Retrospekcja

W poprzednim blogu cytowałem fragmenty książki Kazimierza Dziewanowskiego Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie. I tak przypomniało mi się, że mam jeszcze jedną książkę jego autorstwa – Polityka w sercu Europy. Książka ta została wydana w 1995 roku. Autor we wstępie m.in. pisze: Chcę przedstawić pewien pogląd na sens i wagę wydarzeń ostatnich lat dla sprawy polskiej. Chodzi o miejsce naszego kraju w świecie, o kształtujące się na nowo polskie położenie w Europie, o naszą sytuację geopolityczną przy końcu XX wieku i tuż przed nadejściem trzeciego tysiąclecia.

To miejsce w świecie i położenie w Europie, to oczywiście nasze miejsce w unii europejskiej i NATO. Wtedy wszystko było przed nami i dla większości, choć nie dla wszystkich, wydawało się, że jest to jedyne racjonalne rozwiązanie. Warto więc, jak sądzę, wrócić do tamtych nastrojów, emocji, argumentów i porównać je z obecnymi, które coraz częściej sprowadzają się do propozycji wyjścia z unii i budowy nowego układu bezpieczeństwa poza NATO. Ten nowy układ bezpieczeństwa miałby polegać, jak chce doradca prezydenta Ukrainy Arestowicz, na sojuszu z Ukrainą, Białorusią i państwami bałtyckimi. No cóż, sojusz z upadłym państwem gwarantem bezpieczeństwa. Czy może być coś bardziej absurdalnego? Nie musi, jeśli motorem tego wszystkiego są Stany Zjednoczone. Najwyraźniej w tym wszystkim chodzi chyba o zupełnie coś innego niż bezpieczeństwo. Podobnie jak 30 lat wcześniej, jak się dziś przekonujemy, w całej tej hucpie związanej z wchodzeniem państw Europy wschodniej do NATO i unii, wcale nie chodziło o bezpieczeństwo, tylko o coś zupełnie przeciwnego, czyli o wojnę na Ukrainie. Wykreowano oczywiście odpowiednią dramaturgię, że niby to Zachód nie chce w NATO i unii nowych członków. W końcu po długotrwałych negocjacjach zgodził się. Ci wybitni reżyserzy dlatego są wybitni, bo potrafią zadbać o najdrobniejsze detale tak, by ten cyrk sprawiał wrażenie autentyczności.

Wybrałem z tej książki parę fragmentów, które pokazują, jak bardzo obecna narracja jest daleka od tamtej sprzed ponad 25 lat. Śródtytuły są mojego autorstwa. Dziewanowski pisze:

»Nie ma lepszej metody zapobieżenia przyszłym groźbom dla pokoju w Europie, a co za tym idzie – na świecie, niż rozszerzenie granic Unii Europejskiej tak, by objęła w pierwszej kolejności państwa Grupy Wyszehradzkiej i by zostało to dokonane pod patronatem NATO.

Co jest polskim głównym celem narodowym? Jest nim zmiana sensu polskiego położenia geograficznego, likwidacja zagrożeń, które się z nim dotąd wiązały, stworzenie sytuacji, w której ani ponowny rozbiór Polski, ani powtórka roku 1939 nie będą już możliwe.

Aby to osiągnąć, Polska musi stać się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej i jej instytucji. Powinna też stać się pełnym członkiem NATO. Jeżeli tego nie osiągniemy i pozostaniem w szarej strefie, strefie nieustabilizowanej, pozbawionej poczucia bezpieczeństwa, wystawionej na nieskrępowane i niczym nie ograniczone działanie sił potężniejszych niż nasze własne – historia nieuchronnie znów się powtórzy.

Mamy największą od 200-300 lat szansę zapewnienia Polsce trwałego bezpieczeństwa. Wymaga to cierpliwości i konsekwentnego działania, nie wolno nam obrażać się ani ulegać nastrojom ksenofobicznym. Przede wszystkim nie należy opuszczać rąk. Jeszcze dwa albo trzy lata temu o wstąpieniu do NATO nie można było niemal marzyć.

Rosja

W latach 1987-1991 była gorbomania. Później przyszło uwielbienie Jelcyna, które nie uzyskało jednak własnej nazwy. I nadal jeszcze wielu ludzi zakłada a priori, że politycy rosyjscy są przepełnieni dobrymi chęciami. Żadni politycy z żadnego innego kraju, a zwłaszcza z krajów demokratycznych, nie mają automatycznie tak wielkiego kredytu zaufania.

Tak więc nadal nie brak ludzi, którzy z uporem i zaciekłością występują przeciw rozszerzeniu NATO, którzy biorą rosyjskie obietnice za rzeczywistość i w każdej sytuacji przyznają rację Rosji. Kampania, jaką toczy w tej sprawie tak szacowny, mający wielkie tradycje i autorytet dziennik jak „New York Times”,wskazuje, że nadal dla wielu opinia najwybitniejszych polityków USA czy Niemiec, nie mówiąc już o politykach krajów Europy Środkowej i Wschodniej, liczy się mniej niż pogróżki Żyrinowskiego czy Graczowa.

Tak bywało dawniej i tak bywa teraz. Ale historia historia ostatnich pięćdziesięciu lat dowodzi, że choć Rosja ma na zachodzie – i zawsze miała – wielu oddanych, nawet fanatycznych kibiców, to jej polityka tworzy więcej przeciwników niż przyjaciół.

Choć czasem trudno się oprzeć zwątpieniu, to jednak faktem pozostaje, że na świecie jest więcej trzeźwych ludzi, niż to się z pozoru wydaje.

Powiedzmy szczerze: ekipa Billa Clintona była z początku skłonna zaakceptować Rosję z dorobkiem inwentarza i przyjąć za dobrą monetę wszystko, co Moskwa mówiła. Można by to nazwać postawieniem wszystkiego na jedną kartę lub raczej, jak mówią Anglosasi, wkładaniem wszystkich jajek do jednego koszyka. Tak to wyglądało od początku kadencji aż do konferencji na szczycie, która miała miejsce w Vancouverze. Jednak wrażenie, jakie wywarł na świecie jej przebieg i składane przez amerykańską delegację deklaracje wywołały tak duże zaniepokojenie w byłych republikach radzieckich,a zwłaszcza na Ukrainie, w krajach Europy Środkowej i Wschodniej i wreszcie w Niemczech, że konieczna okazała się poprawka. Pospieszono zapewnić zaniepokojonych, że taka interpretacja stanowiska amerykańskiego nie jest słuszna. Szczególnie starano się uspokoić Ukrainę. Odtąd datuje się powolna, ale stała ewolucja stosunku USA do Ukrainy.

Ukraina

Po czterech latach, w czasie których w światowej polityce (i wśród polityków) utarł się pogląd, że Ukraina jest przykładem nieudanych reform demokratycznych i gospodarczych, nastąpiła zmiana. Dziś coraz częstsze są głosy wskazujące, że Ukrainie udało się przeprowadzić kilka trudnych operacji politycznych, w rezultacie których jej pozycja uległa wzmocnieniu.

Amerykanie niejednokrotnie już oświadczali, że Ukraina staje się ich „strategicznym partnerem”. W tym sensie wypowiadał się prezydent Bill Clinton na spotkaniu w Pradze, mówił sekretarz obrony Richard Perry, wspomniał też o tym Strobe Talbott. Pozycja Ukrainy uległa poprawie i wzmocnieniu w Europie Zachodniej, a szczególnie w Niemczech. Jak do tego doszło?

Po pierwsze: Ukraina mądrze rozegrała sprawę rakiet i układu o nierozpowszechnianiu broni masowego rażenia.

Gdyby uparła się i postanowiła zachować broń – a niemało było tych, którzy jej to doradzali – straciłaby poparcie państw zachodnich, a na dłuższą metę nie uzyskałaby żadnych korzyści wojskowych, choćby ze względu na koszta i trudności z utrzymaniem broni w stanie operacyjnym. Rosja miałaby okazję rozpętać wielką kampanię antyukraińską, zyskałaby poparcie dla swych żądań przywrócenia kontroli nad republikami byłego ZSRR, umocniłaby też swą pozycję jedynego wiarygodnego rozmówcy Ameryki i Unii Europejskiej.

Gdyby natomiast Ukraina oddała broń bez oporu i przetargów – oczywiście również nie uzyskałaby niczego. Tak to jest w życiu i polityce, że upór nie zawsze popłaca, ale zbytnia ustępliwość tym bardziej nie przynosi korzyści. Wykazując elastyczność, lecz broniąc twardo swych interesów, Ukraina osiągnęła maksimum i stała się ważnym partnerem Zachodu.

Najzręczniej, jak było można, Ukraina rozegrała też trudną sprawę Krymu, zmuszając tym Rosję do niechętnej, ale koniecznej powściągliwości. Ostrożny i inteligentny sposób postępowania dał Ukrainie inicjatywę, a nawet przewagę. Umocniło to jej pozycję z Zachodem.

Tak doszło do zmiany postawy USA. Rosja przestała być dla administracji Clintona jedynym partnerem. Ukraina stała się partnerem drugim, a chwilami równorzędnym. Prezydent Clinton i czołowi przedstawiciele administracji mówią dziś, że niepodległość Ukrainy leży w strategicznym interesie Ameryki.

To wszystko nie byłoby jednak wystarczające, gdyby polityka prezydenta Leonida Kuczmy nie zaczęła przynosić pozytywnych zmian w gospodarce. Ale i tu rysują się budzące nadzieję perspektywy.

Dla Polski tworzy to doskonałą, wymarzoną przez pokolenia sytuację. Na zachodniej granicy demokratyczne Niemcy, których przywództwo mówi dziś o Polsce jak o faktycznym sojuszniku. Na dużej części granicy wschodniej – przyjazna Ukraina, która umacnia dobre stosunki z demokratyczną Europą i Stanami Zjednoczonymi.

Polska musi dostosować do tego swą politykę. Powinniśmy wychodzić Ukrainie jak najdalej naprzeciw, być aktywni, udowadniać nasze przyjazne nastawienie. Powinniśmy to zawsze robić delikatnie i z wyczuciem, by nie wzbudzać podejrzeń, że zmierzamy do jakichś dalszych, ukrytych celów. Nie mamy, nie możemy i nie powinniśmy mieć innych celów niż sąsiedztwo niezależnej i prozachodniej Ukrainy. Będzie to dla nas niezwykle ważna gwarancja bezpieczeństwa i wielkie umocnienie naszej własnej pozycji.

Myślę, że taka konfiguracja polityczna otwiera też dalszą, korzystną perspektywę ułożenia w przyszłości równorzędnych i przyjaznych stosunków z Rosją. Sądzę, że istnienie niezawisłej i pomyślnie się rozwijającej Ukrainy jest warunkiem ułożenia w przyszłości dobrosąsiedzkich stosunków w całym regionie. Nie będzie on wtedy przypominał wagi obciążonej na jednej szali żelaznym, wielotonowym blokiem, a na drugiej – koszem wypełnionym różnymi drobiazgami.

Sposób, w jaki Rosja ułoży swe stosunki z Ukrainą zdecyduje o charakterze przyszłego państwa rosyjskiego.

Nieswojo to powiedzieć, ale powstający układ zaczyna przypominać marzenie Józefa Piłsudskiego, by Polska znalazła w Europie miejsce, w którym mogłaby się poczuć bezpieczna. Marzenie, którego nie mógł zrealizować. Dlatego słusznie publicysta „Rzeczpospolitej” Jan Skórzyński przypomniał okrzyk Piłsudskiego: Niech żyje wolna Ukraina! – Jan Skórzyński, Kijów-Warszawa, co może zrobić Polska, „Rzeczpospolita”, 24 sierpnia 1995. Wystąpienie Piłsudskiego miało miejsce w Winnicy, 17 maja 1920 roku.«

Wnioski

Dziś, z perspektywy czasu, widać, że to była pusta retoryka, która miała na celu przekonać elektorat do właściwego głosowania w trakcie referendum akcesyjnego. Coś, co miało nam dać trwały pokój, okazało się iluzją. Obecnie nikt już nie pamięta, wielu nie może pamiętać z racji wieku, jak to wtedy było, jaka była atmosfera. Gdy więc słyszymy polityków, którzy zapewniają nas, że teraz to będzie lepiej, to warto pamiętać o tym, co było wcześniej i co z tego zostało. A nie zostało nic. W sensie gospodarczym trochę się poprawiło, ale dystans do Europy nie zmniejszył się. W sensie bezpieczeństwa pogorszyło się i to bardzo. I wcale nie dlatego, że Rosja nam zagraża, bo nie zagraża. Jeśli ludzie boją się czegoś, to Ukraińców, wśród których jest wielu wojujących nacjonalistów i co gorsza, wielu z nich ma broń. Ale największe niebezpieczeństwo grozi nam ze strony Ameryki, bo to ona decyduje o wszystkim, co dzieje się w tym rejonie. Oczywiście nie należy zapominać o tym, kto rządzi Ameryką.

Właściwie to należało by zadać sobie podstawowe pytanie: dlaczego upadł Związek Radziecki? Oficjalnie, to dlatego, że nie wytrzymał wyścigu zbrojeń z Ameryką i zbyt duże wydatki na zbrojenia doprowadziły gospodarkę radziecką do ruiny. Tylko po co Związek Radziecki ścigał się z Ameryką? Przecież miał broń atomową i przyparty do muru mógł jej użyć, ale nie użył. No właśnie! Obecnie straszą nas tym, że jeśli Rosja przegra wojnę konwencjonalną na Ukrainie, to w desperacji swojej zdecyduje się na użycie ultima ratio regum (napis umieszczany na działach francuskich za panowania Ludwika XIV), czyli ostatniego argumentu królów, czyli w przypadku Rosji broni atomowej. Tak to tłumaczy znany amerykański politolog John Mearsheimer, który twierdzi, że podrażniona rosyjska duma nie pozwoli Rosjanom na pogodzenie się z porażką. Rosja nie użyje tej broni, bo wie, że walczy z NATO, a nie z jakąś parodią państwa, które nazywa się Ukrainą. A poza tym, to w tej wojnie chodzi o odtworzenie I RP.

Dlaczego więc upadł Związek Radziecki? Dlatego, że pewna opcja wyczerpała się i trzeba było poszukać nowej, by wykreować nowy konflikt. Bez rozpadu Związku Radzieckiego nie mogło by dojść do wojny na Ukrainie, a ponadto nie było by argumentu, że Rosja chce odbudować imperium, czyli powrócić do terytorium z czasów ZSRR.

Już w latach 90-tych Amerykanie uznali, że ich strategicznym partnerem w Europie wschodniej będzie Ukraina, a to oznacza, że Polska zostanie zmarginalizowana i jej interes zostanie podporządkowany interesom Ameryki. W praktyce to już się dzieje. W Polsce dokonuje się wymiana społeczeństwa. Polskie społeczeństwo jest wymieniane na ukraińskie. Dzieje się to na dwa sposoby. Pierwszy to przesiedlenia ludności ukraińskiej na teren całej Polski. Drugi to fizyczne wyniszczanie Polaków, szczególnie starszych, poprzez ograniczanie im dostępu do służby zdrowia. Kulminacja nastąpiła w czasie tzw. pandemii. W żadnym innym kraju w Europie nie było tylu zgonów. Było to przygotowanie do przyjęcia pierwszej fali przesiedleńców. ZUS-owskie oszczędności z tytułu nadmiernych zgonów Polaków można było przeznaczyć dla obywateli Ukrainy.

„Nieswojo to powiedzieć, ale powstający układ zaczyna przypominać marzenie Józefa Piłsudskiego, by Polska znalazła w Europie miejsce, w którym mogłaby się poczuć bezpieczna.” Dlaczego było nieswojo to powiedzieć? Bo wcześniej Dziewanowski napisał:

„Piłsudski pragnął zapobiec niszczeniu Polski przez swary partyjne i prywatę (nazwał nawet Polaków narodem idiotów), ale sam nie zdołał ani skutecznie zreformować ustroju, ani go uzdrowić. Sanacja władzy i kraju z choroby prywaty nie powiodła się, bo to wszak nigdy nie jest w pełni możliwe.”

W blogu „Kryzys przysięgowy” pisałem o tym, że w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970) jest informacja o tym, że to sam Piłsudski kreował te swary partyjne i prywatę. Cóż, najwyraźniej to bydle uważało, że to Ukraińcy są mądrzy i nieskazitelni, ale oni, stanowiący najliczniejszą mniejszość narodową w Polsce międzywojennej, nie byli niczemu winni, podobnie jak inne mniejszości, tylko Polacy. To bydle szczerze nienawidziło Polski i Polaków i cały czas dążyło do jej zniszczenia.

24 sierpnia 1995 roku ukazał się w „Rzeczpospolitej” artykuł Jana Skórzewskiego Kijów-Warszawa, co może zrobić Polska. Czy Polak tak zatytułowałby ten artykuł? Raczej napisałby Warszawa-Kijów, co może zrobić Polska. Bo taka jest perspektywa Polaka. Wygląda na to, że autor tego artykułu jest (był) Ukraińcem. Niby drobiazg, ale tak m.in. poznaje się Ukraińców. Ukrainizacja Polski trwa od lat, jeszcze przedwojennych i wcześniejszych. Na sile przybrała po powojennych przesiedleniach na ziemie poniemieckie, a po 24 lutego mamy już do czynienia z końcowym odliczaniem.

Armada

W Blogu „Belgia” wspomniałem o najsłynniejszej chyba bitwie morskiej, w której Anglicy w 1588 roku pokonali niezwyciężoną hiszpańską Armadę. Bitwa ta zapoczątkowała angielską dominację na morzach i umożliwiła rozwój brytyjskiego imperium kolonialnego. Jest to więc jedna z najważniejszych dat w dziejach świata. Jej genezę i przebieg opisał Kazimierz Dziewanowski w swojej książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie, wydanej początkowo w dwóch tomach. Pierwszy ukazał się w 1981, drugi w 1989 roku. W 1996 roku książka ta ukazała się w jednym tomie, bogato ilustrowana i w atrakcyjnej szacie graficznej.

Gottfried Wilhelm Leibniz (1646-1716) – filozof, wybitny różokrzyżowiec, przedstawił publicznie program podziału wszystkich innych kontynentów pomiędzy państwa europejskie. Uważał ten program za sprawiedliwy, gdyż dzicy nie potrafią się rządzić sami, wymagają więc europejskiej opieki i za pokojowy, bo likwidujący wojny pomiędzy państwami europejskimi, co oczywiście nie było prawdą, bo wojny nadal były prowadzone.

Na twierdzeniu, że dzicy nie potrafią się rządzić, zostało sformułowane przez lorda Frederica Lugarda (1858-1945) powiedzenie o „brzemieniu białego człowieka”: posłannictwem Europejczyka jest oświecenie i ucywilizowanie dzikich. I to jest właśnie to brzemię. Jednak lord Lugard użył tego zwrotu w końcu XIX wieku, powtarzając tak właśnie brzmiący tytuł jednego z wierszy Rudgarda Kiplinga The White Mans Burden.

Kazimierz Dziewanowski (1930-1998) to pisarz, dziennikarz, reportażysta, dyplomata (ambasador w USA w latach 1990-1993), potomek, jak sam podkreślał, Jana Dziewanowskiego, oficera napoleońskiego, szwoleżera spod Somosierry, autor tekstu słynnego przemówienia Lecha Wałęsy w Kongresie USA w listopadzie 1989 roku. Książka ta opisuje dzieje Imperium Brytyjskiego. I właśnie na samym początku powstawania tego imperium miała miejsce wspomniana bitwa. Poniżej fragmenty opisu tej bitwy dokonane przez Dziewanowskiego, który korzystał z angielskich źródeł:

x

Hakluyt (autorytet naukowy w dziedzinie geografii, żeglugi, handlu zamorskiego i kolonizacji – przyp. W. L.) nazwał flotę murem obronnym wyspy. Jak słuszne były to słowa, okazało się, gdy nad Anglią zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo – jedno z trzech największych niebezpieczeństw, jakie jej zagroziły w czasach nowożytnych, obok nieudanej wyprawy Napoleona i niedoszłej inwazji Hitlera. Mowa o wyprawie Niezwyciężonej Armady.

Przez wiele lat królowa Elżbieta zwlekała i prowadziła ostrożną politykę, nie ryzykując otwartej wojny z Hiszpanią. Siły wydawały się nierówne. Anglia wciąż jeszcze była nader prymitywnym i dzikim krajem, leżącym na peryferiach Europy, wprawdzie takim krajem, w którym rodziły się już nowe siły, myśli i możliwości, ale nie wszyscy jeszcze byli o tym przekonani. Nie brakowało takich, co sądzili, że porywanie się na niezmierzoną potęgę Hiszpanii jest niebezpiecznym wyzywaniem Boga.

W całej Europie Hiszpania miała renomę ogromną. Uważano jej armie lądowe za niezwyciężone. Wiedziano, że król hiszpański dysponuje nieprzebranymi bogactwami dostarczanymi mu z dalekich ziem, na których rządzili jego gubernatorzy. Hiszpańscy żeglarze pojawili się na oceanach wcześniej niż angielscy. Morze Śródziemne, ten punkt centralny, wokół którego przez tyle wieków skupiała się uwaga Europy – było poddane władzy hiszpańskiej, dzielonej wprawdzie do pewnego stopnia z Wenecją i Turcją, ale Turcja zaznała już potęgi hiszpańskiego oręża i nie potrafiła stawić mu czoła. Za Hiszpanią stał również autorytet papiestwa. Dzieje toczyły się w taki sposób, że wydawało się, iż królowie Hiszpanii niezawodnie staną na czele całej katolickiej Europy.

A jednak stopniowo stawało się coraz bardziej oczywiste, że musi dojść do starcia. Oba państwa stały sobie na drodze i jedno z nich musiało ustąpić. Bez walki obejść się nie mogło. Drogi Anglików i Hiszpanów krzyżowały się w wielu miejscach i w różny sposób. Widzieliśmy już, że tak było na wielkich przestrzeniach oceanicznych i u wybrzeży Ameryki Południowej. Krzyżowały się też w Niderlandach. Hiszpania miała tam ambicje, które uznawano w Anglii za bezpośrednią groźbę. Do tego dołączyły się potężne racje ideologiczne, a ściślej: religijne. Hiszpańskie ambicje przywództwa nad katolicką Europą były narażone na szwank przez angielską herezję. Tocząca się wojna w Niderlandach miała, prócz narodowego, podłoże religijne. Wszystko to sprawiało, że – jak to nieraz można było zaobserwować w dziejach – sprzeczność interesów gospodarczych i imperialnych przybrała w oczach obywateli obu konkurencyjnych państw zabarwienie religijne, ideowe, nadziemskie. W rezultacie rozpalała się między nimi coraz większa nienawiść.

Najważniejszą bez wątpienia przyczyną wzajemnej wrogości było to, że rosnąca siła morska protestanckiej wyspy, która ośmieliła się wysyłać swoich żeglarzy tam, gdzie dotąd niepodzielnie panowali Hiszpanie – groziła skruszeniem fundamentów hiszpańskiej potęgi. Najpierw Anglicy starali się przełamać iberyjski monopol handlowy. Później przystąpili do odbierania Hiszpanom ich bogactw. Wreszcie zagrozili łączności między hiszpańskimi posiadłościami w Ameryce Południowej a metropolią.

Doszła do tego bezpośrednia przyczyna ideologiczna: po długim wahaniu i rozterce Elżbieta wydała wyrok śmierci na Marię Stuart, groźną konkurentkę do tronu, nadzieję Madrytu i Rzymu na przywrócenie katolicyzmu w Brytanii. Napisano już o tym dramacie tomy i niejedną sztukę teatralną. Nie będę go więc omawiać, zwłaszcza że od początku przyjąłem założenie, że będziemy się zajmowali ludźmi, którzy zbudowali imperium, a nie problemami angielskiej polityki wewnętrznej. Trzeba jednak podkreślić, ze śmierć Marii Stuart wywarła wpływ na wybuch wojny między Anglią a Hiszpanią.

W roku 1587 lord Walsingham przekonał królową, że sprawa już dojrzała. Nakłonił ją do zawarcia porozumienia z walczącymi z Hiszpanią Holendrami. Wpływ Walsinghama, który dążył do walki, przeważył nad wpływem drugiego doradcy królowej, Roberta Cecila. George M. Trevelyan napisał: „Gdyby Elżbieta zawsze słuchała rad Walsinghama, byłaby pewno zrujnowana. Gdyby ich nigdy nie słuchała, byłaby również zrujnowana. Na ogół umiała wybrać z rad dwóch wielkich ministrów to, co było najlepsze” – George M. Trevelyan, Historia Anglii, Warszawa 1963.

Król Filip hiszpański natychmiast odpowiedział na to wyzwanie. Nakazał sekwestrację statków angielskich, jakie w tym czasie znajdowały się w portach hiszpańskich. Było ich tam sporo, zwłaszcza w rejonie Zatoki Biskajskiej. Angielskie załogi przemienione w niewolników zostały osadzone na galerach, które Filip począł gromadzić, by zaatakować Anglię. Ale to nie było łatwe.

W roku 1585 królowa dała Drake’owi przyzwolenie, aby zaatakował Hiszpanów już nie jako samotny korsarz, lecz jako dowódca poważnej floty, tyle że wciąż jeszcze nie w Europie i bez wypowiedzenia wojny. Sir Francis popłynął do Indii Zachodnich i od razu przystąpił do działań. Najpierw uderzył na San Domingo. Była to silna forteca, potężnie umocniona przeciwko każdemu atakowi ze strony morza. Ale Drake uderzył od tyłu, przeprowadzając swych ludzi przez kamienne zbocze, leżące poza ostrzałem hiszpańskich baterii. Postąpił więc w podobny sposób, jak w wiele wieków później Japończycy, gdy zdobili Singapur. Ale to już inna historia.

Następnie uderzył na Cartagenę. Załoga twierdzy wiedziała o upadku San Domingo, nie można więc było jej zaskoczyć, ale imię Drake’a działało paraliżująco. Gdy Anglicy przypuścili nagły nocny szturm na miasto – Cartagena padła.

Zwycięstwa Drake’a w Indiach Zachodnich wstrząsnęły Hiszpanią. Utraciła dwieście czterdzieści dział, co było w owym czasie trudne do powetowania, co zaś ważniejsze – osłabła jej wiara we własne siły. Król hiszpański musiał teraz poświęcić znaczną część środków, jakimi rozporządzał, dla umocnienia obrony swych zamorskich posiadłości; to zaś osłabiło go w Europie. Ale królowa nadal nie pozwalała swemu admirałowi zachować dla Anglii zdobytych miast. Wciąż nie chciała wojny. Wolała zadowolić się taktyką, którą Drake nazwał „oskubywaniem brody hiszpańskiego króla”.

Po dwóch latach sytuacja zmieniła się. Filip podjął zakrojone na wielką skalę przygotowania do wojny i do inwazji na Wyspy Brytyjskie. Teraz Elżbieta dała admirałowi wolną rękę.

Wypłynął z Plymouth, by zaatakować Filipa już nie w Indiach Zachodnich czy na wybrzeżu Peru i Panamy, ale w sercu jego potężnego państwa.

Flota hiszpańska skoncentrowała się w dwóch portach: w Lizbonie i Kadyksie. Atak na Lizbonę, której port odznaczał się wąskim, gęsto obsadzonym przez artylerię przejściem, był zbyt ryzykowny – nawet dla Drake’a. Wydaje się zresztą, że królowa i tym razem nie pozwoliła mu jeszcze na atakowanie drugiej stolicy Hiszpanii.

Pozostawał więc Kadyks. Tu również zadanie było nadzwyczaj trudne i większość płynących z Drakiem oficerów uważała, że trzeba zaczekać na Hiszpanów na morzu, zablokować port, przechwycić powracające statki oraz – jeśli tylko możliwe – wywabić wrogą flotę z ukrycia i uderzyć na nią. Ale Drake postanowił inaczej.

Wprowadził eskadrę do środka silnie bronionego portu. Nie było chyba w ówczesnym świecie drugiego dowódcy, który by się na to odważył. Ale Drake wiedział, co robi. Zaskoczenie było tak wielkie, że zgromadzona w Kadyksie flotylla hiszpańska została zdruzgotana ogniem bijących z bliska dział angielskich, zatopiona albo spalona. Zniszczono trzydzieści trzy okręty różnej wielkości, wśród nich dwa ogromne liniowce, jeden liczący tysiąc dwieście ton wyporności i drugi, tysiąc pięćset ton, będący okrętem flagowym Hiszpanów.

Podział administracyjny Hiszpanii; źródło Wikipedia.

Kadyks jest portem, który leży praktycznie u wejścia do Cieśniny Gibraltarskiej, a więc miejscem, z którego Hiszpanie kontrolowali cały ruch na Morzu Śródziemnym. Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której można by było ich zaskoczyć, a tym bardziej wpłynąć do dobrze strzeżonego portu bez ich wiedzy i zgody, chyba że założymy, że byli kompletnymi kretynami. Trudno jednak przyjąć takie założenie w stosunku do ludzi, którzy dokonali podbojów kolonialnych w obu Amerykach, jeszcze zanim pojawili się tam Anglicy.

Brawurowy atak na Kadyks zajął w dziejach brytyjskiej marynarki wojennej miejsce podobne do tego, jakie później zajęły bitwy pod Abukirem i Trafalgarem. Uczestniczyła w nim, prócz Drake’a, plejada innych znakomitych dowódców: Essex, Raleigh, lordowie Charles i Thomas Howardowie. Ich wyprawa zniweczyła tegoroczne plany hiszpańskiego króla, odsunęła termin inwazji. Opóźnienie wyprawy o rok miało i inny skutek. Dotychczasowy jej dowódca, naznaczony przez Filipa znakomity żeglarz, Santa Cruz, zmarł, a jego miejsce zajął książę Medina-Sidonia, który na lądzie był dobrym i zasłużonym żołnierzem, ale nie znał się na sprawach morza. Sam to zresztą rozumiał i usilnie prosił króla, aby zwolnił go od tego obowiązku. Filip był jednak nieprzejednany. Miało to wywrzeć poważny wpływ na dalszy rozwój wypadków.

Przyszedł rok 1588.

Ku brzegom Anglii wyruszyła z Hiszpanii flota, jakiej świat dotąd nie widział. Mimo licznych przeszkód, mimo ataku na Kadyks, król Hiszpanii i jego wodzowie zgromadzili siłę morską, która swą liczebnością przewyższała flotę Anglików. Na pokładzie jej okrętów płynęli zaprawieni w bojach żołnierze hiszpańskiej piechoty w takiej sile, że gdyby wylądowali w Anglii, nie byłoby dla nich przeciwnika. Siły Armady zamierzano zresztą połączyć z nadciągającymi z Niderlandów oddziałami pod wodzą księcia Parmy i dopiero te dwie armie miały wylądować na angielskim brzegu.

Armada liczyła sto trzydzieści okrętów, ponad dziewiętnaście tysięcy żołnierzy, osiem tysięcy trzystu pięćdziesięciu marynarzy, dwa tysiące osiemdziesięciu galerników, dwa tysiące sześćset trzydzieści armat. Do tego trzeba dołączyć armię księcia Parmy w sile szesnastu tysięcy żołnierzy, która miała też pewną liczbę statków transportowych, ale nie miała okrętów wojennych.

Siły angielskie były nieporównanie mniej liczne: zaledwie trzydzieści cztery okręty wojenne Jej królewskiej Mości, do tego spora liczba uzbrojonych okrętów handlowych (wśród nich, trzeba o tym pamiętać, było niemało okrętów kaperskich, wypróbowanych w bojach, o mniejszej jednak sile i gorszym uzbrojeniu niż okręty regularnej floty królewskiej).

Nie byłoby jednak całkiem rzetelne, gdybyśmy zestawiali liczby nie mówiąc o tym, co się za nimi kryje.

Za liczbami dotyczącymi floty angielskiej krył się John Hawkins. To nie ma być dowcip, był to fakt o doniosłym znaczeniu. Ten były handlarz niewolnikami, który skupywał „heban” na zachodnim wybrzeżu Afryki, a sprzedawał w hiszpańskich koloniach po drugiej stronie oceanu, został w roku 1573 mianowany Skarbnikiem i Nadzorcą Floty. Wykazał na tym stanowisku ogromne talenty. Na żegludze znał się jak mało kto, znał się też na walkach z Hiszpanami. Zbadał ich okręty wojenne i taktykę w boju. Wiedział, co trzeba robić i jaki mieć okręt, gdy przyjdzie stawić czoło przeważającym siłom. Nie darmo przedsiębrał wyprawy kaperskie.

Hawkins zapoczątkował budowę okrętów wojennych nowego typu. Obniżono wysokie nadbudówki, które górowały nad pokładami galeonów. Kadłuby wyposażono w miecz pozwalający ostrzej żeglować pod wiatr. Najważniejsza zaś była zmiana kształtu kadłuba. Statki średniowieczne, używane w tym czasie na całym Morzu Śródziemnym, a więc również we flocie hiszpańskiej, były bardzo szerokie. Stosunek długości do szerokości wynosił średnio dwa do jednego. Charakteryzowały się mniejszym zanurzeniem, ale były zarazem mniej zwrotne, wolniejsze i źle manewrowały przy niesprzyjającym wietrze. Podejmując wyprawy odkrywcze i handlowe, Anglicy również posługiwali się takimi żaglowcami, ponieważ były stateczne i mogły żeglować po płytkich wodach. Natomiast od czasów Hawkinsa angielskie okręty wojenne przybrały inny kształt: wydłużyły się, a ich zanurzenie wzrosło. Stosunek długości do szerokości kształtował się teraz jak trzy, a nawet cztery do jednego. Mniej się więc nadawały do żeglugi po płytkich i nieznanych wodach (zobaczymy, że dwieście lat później kapitan Cook ponownie wybierze szeroką i płytko siedzącą w wodzie jednostkę). Były za to nieporównanie szybsze i świetnie manewrowały przy każdym niemal wietrze.

Podstawowym, a właściwie jedynym orężem floty angielskiej zbudowanej przez Hawkinsa była artyleria. Armaty ukryto pod pokładem na specjalnych stanowiskach, wycinając w kadłubie strzelnice. Wprowadzono też ciężkie armaty o większym zasięgu. Odtąd żaglowy okręt wojenny zadawał ciosy, nie zbliżając się do przeciwnika. Manewrował tak, aby ustawić się do wroga bokiem i odpalić salwę całą burtą. W Royal Navy nazywało to się broadside (burta) i stało się głównym narzędziem walki morskiej do czasów pierwszej, a nawet drugiej wojny światowej.

Do czasów Hawkinsa było inaczej. Admirałowie wszystkich flot starali się rozstrzygać wszystkie bitwy morskie, jakby to były bitwy lądowe, tyle że toczone na drewnianych pokładach. Dążono do staranowania okrętu przeciwnika i dostosowywano do tego konstrukcję własnej jednostki. Podstawowym celem był abordaż, wtargnięcie na obcy pokład i uzyskanie zwycięstwa w walce wręcz: na miecze, szpady, topory albo noże. Dlatego właśnie potrzebne były wysokie nadbudówki, by łucznicy i arkebuzerzy mogli z wysoka razić wroga i aby łatwiej było przeskoczyć na nieprzyjacielski pokład.

Tak właśnie przedstawiała się w roku 1588 taktyka Hiszpanów. Mieli oni na pokładach doborowe i liczne oddziały wojskowe. Dowodził nimi książę, który odznaczył się w walkach na lądzie, ale nigdy nie walczył na morzu. Można sobie wyobrazić, że mając na pokładach armię, która – jak sądzili – była w stanie podbić Anglię, i rozumiejąc walkę na morzu jako starcie na białą broń, Hiszpanie byli pewni zwycięstwa. Umieli nadzwyczaj dobrze posługiwać się szpadami, toporami, halabardami…

W niedzielę, 21 lipca, niezwyciężona flota księcia Mediny-Sidonii pojawiła się na redzie portu Plymouth. Przedtem jednak admirał Howard opuścił port i wypłynął w morze. Wiał południowo-zachodni wiatr, sprzyjający Armadzie, a niekorzystny dla Anglików. Te pierwsze godziny wielkiego starcia były dla hiszpańskiego dowódcy pierwszą i niepowtarzalną okazją, w której mógł za jednym zamachem osiągnąć zwycięstwo. Anglicy manewrowali pod wiatr, Armada miała zatem okazje przycisnąć ich do lądu i zapędzić do portu. Gdyby zaś do tego doszło, wtedy nikt nie zdołałby oprzeć się nawale lądujących Hiszpanów – w Plymouth nie było angielskich wojsk lądowych. Flota królowej zostałby niechybnie zniszczona. Niektórzy oficerowie hiszpańscy zorientowali się w sytuacji, ale ich dowódca twardo trzymał się instrukcji, która przewidywała, że ma przepłynąć kanał i połączyć siły z księciem Parmą.

Stało się tak, jak pisał Drake: „Okazja raz stracona, stracona jest na zawsze”. Howard, umiejętnie halsując i wykorzystując lepsze właściwości nawigacyjne swych okrętów, wydostał się na nawietrzną – na zachód od Armady. Teraz panował nad sytuacją. Niebawem dołączyły do niego dalsze jednostki wiozące zaopatrzenie. Hiszpanie przyglądali się temu bezradnie. Książę Medina-Sidonia napisał w raporcie: „Wróg, posiadając okręty tak zwinne i tak doskonale sterowane, że mógł uczynić z nimi wszystko, czego zapragnął, chwycił wiatr”. Jednakże jego raporty wysyłane do Madrytu wskazują, że nie spostrzegł, iż miał zwycięstwo w zasięgu ręki.

Doszło do pierwszych potyczek. W ciągu kilku następnych dni okręty angielskie wielokrotnie ostrzeliwały Armadę, zadając jej straty w ludziach, a nie doznając niemal żadnych szkód. Zatopiono wielki galeon „Santa Ana”, będący flagowym okrętem jednego z hiszpańskich admirałów – Recaldego.

Wreszcie flota hiszpańska zakotwiczyła w pobliżu Calais. Miała tam oczekiwać na przybycie transportowców księcia Parmy. Medina-Sidonia słał do niego listy przynaglające. Tymczasem do floty angielskiej dołączyła eskadra admirała Seymoura, która dotąd zajmowała pozycję u wschodniego wejścia do kanału La Manche (zwanego przez Anglików Kanałem Angielskim) i tam osłaniała Anglię przed niespodziewaną inwazją Parmy. Teraz wszystkie siły angielskie były już skoncentrowane.

W nocy z niedzieli na poniedziałek, z 28 na 29 lipca, na pokładzie „Ark Royal” – okrętu flagowego Howarda – odbyła się narada wojenna. Postanowiono atakować. Hiszpanie zobaczyli wkrótce, że w mroku zbliżają się do nich dziwne jednostki, nieduże i płaskie, przypominające raczej barki niż okręty wojenne. Były to brandery, które piszący o tej bitwie niemal cztery wieki później, były Pierwszy Lord Admiralicji, Winston Churchill nazwał „torpedami tamtych czasów”. Ciszą nocną wstrząsały eksplozje. Osiem branderów stanęło w płomieniach. Wiatr znosił je prosto na miejsce zakotwiczenia Armady.

Wśród Hiszpanów wybuchła panika. Kapitanowie przecinali liny i w ciemnościach usiłowali wydostać się na morze jak najdalej od ziejących ogniem branderów. Jeden z największych okrętów, „San Lorenzo”, stracił w zderzeniu ster i zdryfował na brzeg, gdzie załoga została rozbrojona i internowana przez Francuzów. Było wiele innych zderzeń. Rano Armada z trudem pozbierała się w pobliżu Dunkierki i wyruszyła w kierunku Gravelines. Tam doszło do całodziennej bitwy, w której Anglicy atakowali i podchodzili na bliską odległość, ale w dalszym ciągu nie dawali Hiszpanom okazji do abordażu. I znów ich artyleria okazała się lepsza. Hiszpanie odgryzali się ogniem, ale nie mogli wyrządzić angielskim okrętom większych szkód. Sami natomiast ponosili coraz większe straty. Większość ich jednostek została uszkodzona, niektóre poważnie, trzy zatopiono, a kilka dalszych wpędzono na mielizny, po czym następnego dnia wzięto ich załogi do niewoli.

Książę Parma nie pojawił się. Stało się tak nie z powodu opieszałości, tchórzostwa czy złej woli, ale z przyczyny wiatru. Niezgrabne, ociężałe transportowce Parmy nie były w stanie pokonać wiatru wiejącego z przeciwka.

Bitwa zakończyła się w chwili, gdy Anglikom zbrakło amunicji. To uratowało Armadę, ale jej siła była złamana. Hiszpanie wiedzieli, że są pokonani, ale nie wiedzieli, że wróg nie ma czym strzelać. Natomiast Anglicy wiedzieli, że ich armaty stały się już tylko straszakiem; nie wiedzieli, że Hiszpanom też się kończy amunicja, całkiem zaś skończyła się ich wola walki. Dlatego Howard, pisząc tego dnia do Londynu, oceniał sytuację z powściągliwością: „Ich moc jest nadzwyczaj wielka i wspaniała, ale po troszeczku wyskubujemy im piórka”. Nie wiedział, że Armada straciła już skrzydła.

Książę Medina-Sidonia podjął brzemienną w fatalne skutki decyzję, ale wydawało się, że nie ma wyboru. Ponieważ wiatr spychał go na mielizny Flandrii, więc zamiast lądować w obozie Parmy, postanowił wrócić do domu opływając Anglię. Początkowo droga przebiegała pomyślnie. Flota angielska trzymała się z tyłu, obserwując ruchy wroga, ale nie przeszkadzała mu (jak wiemy, nie bardzo miała czym). Kiedy jednak dzielni, lecz niefortunni Hiszpanie znaleźli się już po drugiej stronie wyspy, u wybrzeży Irlandii – przyszła katastrofa. Tym razem przyczyną nie był Howard ani Drake, tylko potężne burze jesienne, które nadciągnęły tego roku wcześniej niż zazwyczaj. Źródła podają różne liczby, jedne mówią o siedemnastu zatopionych okrętach hiszpańskich, inne o dziewiętnastu. Straty w ludziach oceniano na 4-7 tysięcy. Jedno było pewne: żywioł zadał Armadzie większą klęskę niż Anglicy. Ale to Anglicy sprawili, że zamiast obozować pod Londynem, Medina-Sidonia musiał stawić czoło sztormom u wybrzeży Irlandii. Tak czy inaczej – Anglicy wygrali tę wojnę. Do Hiszpanii wróciła zaledwie połowa Armady.

George Trevelyan napisał:

„Dla sir Francisa Drake’a okręt wojenny był pływającą baterią; dla księcia Mediny-Sidonii była to platforma służąca do wprowadzania do akcji szermierzy i muszkieterów… Nie żołnierz pokładowy, tylko ogień całą burtą uczynił Anglię panią mórz”.

I jeszcze coś, co wiadome jest dopiero teraz, a czego wówczas nikt nie mógł przeniknąć. Było to mianowicie starcie nie tylko dwóch sposobów pojmowania Boga i religii, dwóch sprzecznych interesów ekonomicznych, dwóch konkurujących ze sobą imperializmów. Była to także bitwa różnych organizacji życia społecznego, różnego pojmowania stosunku między władzą a obywatelem, odmiennego widzenia roli jednostki i dwóch różnych mentalności. Rozmaicie też można na to patrzeć. Można powiedzieć, że było to starcie feudalnej, średniowiecznej jeszcze Hiszpanii z nowoczesną, zwiastującą już epokę kapitalizmu, banków, handlu i przemysłu Anglią. A można też powiedzieć, że była to walka dumnych, wiernych zasadom rycerskiego honoru grandów hiszpańskich z kupczykami korzennymi, z lichwiarzami i rozbójnikami morskimi. Jakkolwiek byśmy to nazwali, jedno jest pewne: starły się orężnie dwa różne społeczeństwa, dwie niezgodne formacje umysłowe i psychologiczne.

Wróćmy jeszcze raz do Trevelyana, pod którego piórem rzeczy skomplikowane stają się jasne i przejrzyste:

„Hiszpanie mieli na swych galerach niewolników do wioseł oraz wspaniałych żołnierzy do walki z okrętów, ale nie mieli licznej i energicznej rzeszy prywatnych kupców i żeglarzy, która by dostarczała im niezbędnych marynarzy, takiej, jaka stanowiła bogactwo i dumę Anglii. Bowiem różnice techniczne w obsadzie i taktyce między okrętem hiszpańskim a angielskim świadczyły jeszcze o czymś więcej – o różnicy charakteru społecznego Hiszpanii i nowej Anglii. Przedsiębiorczość prywatna, inicjatywa indywidualna i dobroduszna równość klas wzrastały w odfeudalizowanej Anglii Renesansu i Reformacji, a uwydatniały się najsilniej wśród ludności kupieckiej i żeglarskiej. Najenergiczniejsze jednostki spośród drobnej szlachty oraz klas średnich i niższych w szorstkiej camaraderie wyruszały razem na morze w celach wojennych i handlowych. W Hiszpanii pojęcia i obyczaje społeczeństwa były wciąż jeszcze feudalne, chociaż w polityce król stał się monarchą absolutnym. Drake wiedział doskonale, że na pokładzie okrętu potrzebna jest dyscyplina, a nie feudalizm i duma klasowa. Hierarchia morska nie jest tym samym, co hierarchia lądowa. Hiszpanie u szczytu swej potęgi byli wielkimi żołnierzami i kolonistami, gorszymi żeglarzami, mało przedsiębiorczymi kupcami, fatalnymi politykami i władcami… Jeżeli kiedykolwiek duch społecznej i umysłowej wolności odniósł zwycięstwo, to było nim morskie zwycięstwo Anglii i Holandii nad Hiszpanią”.

x

Te cytaty Trevelyana i komentarz Dziewanowskiego umieściłem na końcu, choć w oryginalnym tekście znajdują się one w środku opisu bitwy. To jest bardzo charakterystyczna narracja. Sprowadza się ona do wtłoczenia czytelnikowi do głowy schematu: zacofana feudalna ciemnota katolicka i postępowa i oświecona społeczność protestancka. I to waśnie dlatego Hiszpania przegrała tę bitwę. To typowa masońska argumentacja. Wspomniałem na początku, że przodek Dziewanowskiego, który był oficerem napoleońskim, brał udział w szarży pod Somosierrą. Praktycznie wszyscy napoleońscy oficerowie, a również niektórzy szeregowi żołnierze, byli masonami. O tym napomknął w swojej powieści Huragan Wacław Gąsiorowski. I pewnie Kazimierz Dziewanowski nim był. Jak mówi przysłowie: niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Pisząc o Hakluycie, robi on w pewnym momencie osobistą uwagę: (…) nawiązał też kontakt z największymi autorytetami geograficznymi ówczesnego świata, zwłaszcza ze słynnym Orteliuszem, największym ówczesnym wydawcą map działającym w Niderlandach. Dziś, siedząc w moim pokoju i patrząc na wiszącą na ścianie jedną z map wydanych przez Orteliusza, widząc jej piękno, barwny druk, a zarazem dużą jeszcze dowolność, z jaką wybitny Flamand zaznaczał łańcuchy górskie, bieg rzek i wybrzeży, czuję daleki odblask emocji, z jaką młody duchowny z Oxfordu oglądał taką samą mapę i czekał na listy uczonego korespondenta.

No cóż? Można zapytać, jakim to sposobem pisarz i dziennikarz z PRL-u wszedł w posiadanie mapy, która na Zachodzie była wyjątkowym rarytasem, a co za tym idzie również bardzo droga. Inna sprawa, że taka mapa najprawdopodobniej nie została zakupiona w jakimś antykwariacie, dostępnym dla każdego, tylko została sprzedana, a może nawet podarowana przez innego masona. Takie mapy nie mogą przecież dostawać się w przypadkowe ręce. To nie okazały dom czy luksusowy samochód, których utrzymanie kosztuje, tylko wyjątkowo rzadka mapa, która wisi na ścianie i tylko zyskuje na wartości, bez kosztów ubocznych, no i oczywiście cieszy oczy.

Na początku pisze Dziewanowski: Morze Śródziemne, ten punkt centralny, wokół którego przez tyle wieków skupiała się uwaga Europy – było poddane władzy hiszpańskiej, dzielonej wprawdzie do pewnego stopnia z Wenecją i Turcją, ale Turcja zaznała już potęgi hiszpańskiego oręża i nie potrafiła stawić mu czoła.

Pisze więc o bitwie morskiej pod Lepanto z 1571 roku, ale nie mówi o niej wprost, bo wówczas cała jego fałszywa narracja zostałaby obnażona. Zgodnie z zasadą, że jeśli fakty nie pasują do teorii, to tym gorzej dla faktów. A w Wikipedii można przeczytać:

„Bitwa pod Lepanto – bitwa morska stoczona 7 października 1571 na południowy zachód od Lepanto pomiędzy Imperium Osmańskim a Ligą Świętą, zakończona zwycięstwem chrześcijan. Bój pod Lepanto był jedną z najkrwawszych bitew morskich w dziejach świata. Liga Święta: Hiszpania, Republika Wenecka, Państwo Kościelne, Republika Genui, Królestwo Sabaudii-Piemontu, Zakon Maltański.

Chrześcijańska armada wyruszyła, by napotkać osmańską. Pod Lepanto po stronie Ligi walczyło około 200 okrętów, w tym 6 silnie uzbrojonych w artylerię galeasów; Turcy mieli około 250 okrętów. Siłami chrześcijańskimi dowodził książę Juan de Austria, wódz i admirał hiszpański, zaś muzułmańskimi admirał Ali Pasza.

Starcie rozpoczęła flota turecka, próbując oskrzydlić flotę chrześcijan, ale potężne galeasy weneckie miały wielką przewagę ogniową, która pozwalała im łatwo zniszczyć osmańskie galery. W tej sytuacji Turkom pozostał jedynie abordaż. Tymczasem okręty chrześcijańskie, szybsze od galer tureckich, nie przyjęły taktyki przeciwnika, lecz starały się ustawiać doń burtami, wykorzystując całą siłę swych dział. Walczono z ogromną determinacją, ale z wolna jęła się zarysowywać przewaga po stronie floty europejskiej. W rezultacie flota osmańska poniosła druzgocącą klęskę – większość okrętów wchodzących w jej skład zostało zdobytych lub zatopionych przez siły Ligi Świętej.”

Jak więc po takiej informacji z Wikipedii brzmi cytat z Trevelyana: „Dla sir Francisa Drake’a okręt wojenny był pływającą baterią; dla księcia Mediny-Sidonii była to platforma służąca do wprowadzania do akcji szermierzy i muszkieterów… Nie żołnierz pokładowy, tylko ogień całą burtą uczynił Anglię panią mórz”.

A więc ogień pokładowy – którą to taktykę wykorzystał Hiszpan dowodzący siłami chrześcijańskimi pod Lepanto w 1571, czyli 17 lat wcześniej – uczynił Anglię panią mórz. A dlaczego nie Hiszpanię? Czyżby Hiszpanie zapomnieli o tej taktyce? A Anglicy? Sami ją wymyślili?

„Za liczbami dotyczącymi floty angielskiej krył się John Hawkins. Na żegludze znał się jak mało kto, znał się też na walkach z Hiszpanami. Zbadał ich okręty wojenne i taktykę w boju. Wiedział, co trzeba robić i jaki mieć okręt, gdy przyjdzie stawić czoło przeważającym siłom. Nie darmo przedsiębrał wyprawy kaperskie.”

Skoro był takim znawcą, to zapewne wiedział wszystko o bitwie pod Lepanto i o taktyce Hiszpanów, która pozwoliła im na zwycięstwo. Ile więc z tego było oryginalną myślą angielską, a ile skopiowano od Hiszpanów? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy. Przedstawiają nam historię taką, jaką chcą byśmy znali, a nie tę prawdziwą.

Hiszpański król Filip wyznaczył na dowódcę Armady człowieka, który był specjalistą od prowadzenia walk na lądzie, a nie – na morzu. Skoro jednak celem było podbicie Anglii i desant wojsk na wyspę, to może decyzja taka nie była głupia. W takim przypadku celem jest jak najszybsze dotarcie na ląd. Jeśli tak, to po co książę Madina-Sidonia wdawał się w bitwę morską, skoro nie miał doświadczenia i wiedzy w tej dziedzinie? Miał rozkaz, by czekać na połączenie z wojskami księcia Parmy. I czekał na niego na morzu, a Anglicy, krążąc wokół, wybijali Hiszpanów jak kaczki. Dlaczego więc w takiej sytuacji nie skierował się do portu, skoro wszystkie angielskie okręty były na morzu, skoro jego celem był desant, a w Plymouth nie było wojsk lądowych.W końcu flota hiszpańska zakotwiczyła w pobliżu Calais i tam została zaatakowana przez brandery. Hiszpanie wpadli w panikę, przecinali liny i chcieli wydostać się na morze. Tak to opisuje autor. Skoro chcieli się wydostać na morze, to gdzie znajdowała się ta flota. Na morzu czy w porcie? Calais to port francuski, więc nie mogli w nim zakotwiczyć, ani w innym francuskim porcie. A później jeszcze Medina-Sidnia podjął decyzję, by opłynąć Anglię od wschodu i północy i skierować się na południe. I to wszystko, podobno tymi słabo sterowalnymi okrętami, częściowo napędzanymi żaglami a częściowo wiosłami. W takiej sytuacji wybiera się najkrótszą drogę do domu, zwłaszcza że po opłynięciu Anglii, po drugiej stronie mogła czekać na dobicie Armady angielska flota.

To wszystko nie trzyma się kupy, ale to wszystko można wytłumaczyć tym, że te błędy były wynikiem braku doświadczenia głównodowodzącego i stąd takie decyzje. Skoro jednak król podjął decyzję, by Armadą dowodził człowiek bez doświadczenia w prowadzeniu walk na morzu, to albo był idiotą, w co raczej trudno uwierzyć, albo został przez kogoś zmuszony do podjęcia takiej decyzji i nie miał wyboru. A kiedy monarchowie nie mieli wyboru i byli zmuszani do podejmowania decyzji wbrew interesowi własnego narodu? Tylko w jednym wypadku – zadłużenia.

Nadszedł taki moment, że wielcy tego świata uznali, że trzeba wykreować nową potęgę morską, a starą – zdegradować. Tą nową, niezwyciężoną miała zostać Anglia. Jej zwycięstwo miało wzbudzić strach i respekt. To wszystko zostało jeszcze spotęgowane przez fakt, że zwycięstwo nad niezwyciężoną Armadą miało się dokonać przy użyciu daleko mniejszych sił tak, by doszedł do tego jeszcze czynnik niewytłumaczalny, tajemny. No bo jak to możliwe, by dysponując daleko mniejszymi siłami, pokonać taką potęgę? I w ten sposób pojawił się podziw, obezwładniający strach i respekt w odniesieniu do angielskiej floty, umiejętności jej marynarzy i przekonanie, że od tego momentu to Anglicy będą władać morzami. I o to chodziło, bo przecież po przegranej bitwie Hiszpania nie straciła swoich kolonii na rzecz Anglii. Straciła je dopiero po wojnach napoleońskich na rzecz Stanów Zjednoczonych.

Wszystko więc zostało doskonale wyreżyserowane przez najlepszych reżyserów, którzy się tym zajmują od początku. Przygotowanie do konfliktu zaczęło się wiele lat wcześniej, gdy Francis Drake, jeszcze jako pirat, czyli taki współczesny mafioso, za cichym przyzwoleniem królowej, rabował hiszpańskie galeony obładowane złotem, srebrem i drogimi kamieniami i później dzielił się z nią. Dziewanowski pisze, że najcenniejszą zdobyczą Drake’a był hiszpański okręt-skarbiec, noszący groźną nazwę „Cacafuego”, czyli „Plujący ogniem”. Drake zanotował w dzienniku, że zdobyty okręt powinien raczej nazywać się „Plujący srebrem”. Zawierał on oprócz licznych klejnotów i drogich kamieni, trzynaście skrzyń hiszpańskich monet – reali, które wówczas pełniły taką funkcję, jak obecnie dolar. Było tam jeszcze osiemdziesiąt funtów złota i dwadzieścia sześć ton srebra. Funt to prawie pół kilograma, a więc około 40 kilogramów złota było na tym okręcie.

Kiedyś, z ciekawości, sprawdziłem na angielskiej Wikipedii, jak oni przetłumaczyli to „Cacafuego”, bo internetowe słowniki hiszpańsko-polskie nie znają takiego słowa. A więc wyszło, że to nie żaden „Plujący ogniem”, tylko… „Srający ogniem”. Wygląda na to, że ówcześni marynarze niczym się od nas nie różnili. Mieli podobne poczucie humoru.

Kolonia

W blogu „Belgia” skupiłem się na europejskiej historii Belgii i pominąłem jej kolonialny epizod, który jest warty przybliżenia, bo zawiera wiele wątków pobocznych, które rzucają światło na to, jak ten świat jest zorganizowany, jak doszło do powstania tej kolonii. Jest to wstydliwa karta w historii Belgii, choć oczywiście nie tylko Belgowie są odpowiedzialni za to, co tam się działo, w tym „jądrze ciemności”. Kto wie czy nie dlatego Agatha Christi uczyniła bohaterem większości swoich powieści belgijskiego detektywa, Herkulesa Poirot, niewątpliwie sympatycznego, by złagodzić niekorzystny wizerunek Belgów w oczach opinii publicznej tamtych czasów. Patrząc na jej zdjęcie z okresu młodości, to trudno oprzeć się wrażeniu, że jej uroda jest typowo żydowska. Być może jej motywacja do wyboru takiej, a nie innej narodowości dla słynnego detektywa, była inna. Może moje skojarzenie jest bezpodstawne. Na końcu bloga postaram się je uzasadnić. Informacje poniższe pochodzą z angielskiej Wikipedii.

Początki

Belgia, monarchia konstytucyjna, uzyskała niepodległość w 1830 roku po odłączeniu się od Zjednoczonego Królestwa Niderlandów. Zanim została ona powszechnie uznana w 1839 roku, większość mocarstw europejskich miała już swoje kolonie i protektoraty poza Europą i zaczęła tworzyć własne strefy wpływów.

W latach czterdziestych i pięćdziesiątych XIX wieku król Leopold I wstępnie poparł kilka propozycji zdobycia terytoriów zamorskich. W 1843 roku podpisał kontrakt z Ladd & Co. na skolonizowanie Królestwa Hawajów, ale umowa została unieważniona, gdy rezydująca na Hawajach firma Ladd & Co. wpadła w kłopoty finansowe. Belgijscy kupcy próbowali też swoich sił w Afryce Zachodniej, ale to również nie udało się po incydencie w Rio Nuñez w 1849 roku i z powodu rosnącej rywalizacji angielsko-francuskiej w regionie.

Do czasu koronacji drugiego króla Belgii, Leopolda II (1865), belgijski entuzjazm dla kolonializmu osłabł. Kolejne rządy postrzegały ekspansję kolonialną jako ekonomicznie i politycznie ryzykowną i zasadniczo nieopłacalną i uważały, że nieformalne imperium, wykorzystujące rozkwit belgijskiego handlu przemysłowego w Ameryce Południowej i Rosji, jest znacznie bardziej obiecujące. W rezultacie Leopold realizował swoje kolonialne ambicje bez wsparcia rządu belgijskiego. Z archiwów belgijskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Handlu wynika, że Leopold badał potencjalne kolonie na dziesiątkach terytoriów.

Międzynarodowe Stowarzyszenie Afrykańskie

Międzynarodowe Stowarzyszenie Afrykańskie (w pełnym brzmieniu „Międzynarodowe Stowarzyszenie Badań i Cywilizowania Afryki Środkowej”) było frontową organizacją założoną przez uczestników Brukselskiej Konferencji Geograficznej w 1876 roku, której gospodarzem był król Belgii Leopold II. Stowarzyszenie było podobno wykorzystywane przez króla Leopolda do wspierania jego rzekomo altruistycznych i humanitarnych projektów na obszarze Afryki Środkowej, obszaru, który miał stać się kontrolowanym przez Leopolda Wolnym Państwem Kongo. Król Leopold zaproponował Brukselę na siedzibę Międzynarodowego Stowarzyszenia Afrykańskiego, a we wszystkich uczestniczących krajach miały powstać komitety narodowe stowarzyszenia, a także komitet międzynarodowy. Leopold został wybrany przez aklamację na pierwszego przewodniczącego komitetu międzynarodowego, ale powiedział, że będzie pełnić tę funkcję tylko przez rok, aby przewodnictwo mogło rotować wśród ludzi z różnych krajów.

Nowa organizacja została przyjęta z zadowoleniem w całej Europie (datki przesłali Rothschildowie i wicehrabia Ferdynand de Lesseps), a komitety narodowe miały być kierowane przez wielkich książąt (grand dukes), książąt (princes) i innych członków rodziny królewskiej, jednak większość z nich nigdy nie powstała. Międzynarodowa komisja zebrała się tylko raz – w następnym roku i ponownie wybrała Leopolda na przewodniczącego, pomimo jego wcześniejszej deklaracji, że nie będzie kandydować w kolejnych latach, a następnie rozpadła się. Niemniej jednak, dzięki Stowarzyszeniu, Leopold osiągnął swój cel, jakim było przekonanie Belgów i głównych mocarstw Europy, że jego zainteresowanie Afryką było czysto altruistyczne i humanitarne. Następcą Stowarzyszenia został krótko działający Komitet Badań nad Górnym Kongiem oraz Międzynarodowe Stowarzyszenie Konga, które ostatecznie rozwiązało się, gdy Leopold zmienił nazwę tego obszaru na Wolne Państwo Kongo.

W 1879 roku powstało Międzynarodowe Stowarzyszenie Konga, mające bardziej cele gospodarcze, ale wciąż ściśle związane z dawnym stowarzyszeniem. Leopold potajemnie przekupił zagranicznych inwestorów w Towarzystwie Konga, którego cele miały charakter imperialny, przy czym Stowarzyszenie służyło głównie jako filantropijny parawan. W ten sposób Leopold przekształcił „ideologię” organizacji z międzynarodowego stowarzyszenia filantropijnego w prywatne przedsiębiorstwo handlowe… i później przeszedł od planu komercyjnego do rzeczywistości politycznej – do Wolnego Państwa Konga.

Organizacje frontowe

Organizacja frontowa (organizacja-przykrywka) to każdy podmiot utworzony i kontrolowany przez inne organizacje, takie jak agencje wywiadowcze, zorganizowane grupy przestępcze, organizacje terrorystyczne, tajne stowarzyszenia, zakazane organizacje, grupy religijne lub polityczne, grupy adwokackie lub korporacje. Organizacje-przykrywki mogą działać na rzecz grupy macierzystej bez przypisywania działań grupie macierzystej, co pozwala im w ten sposób ukryć pewne działania przed władzami lub opinią publiczną.

Organizacje frontowe, które wydają się być niezależnymi stowarzyszeniami wolontariackimi lub organizacjami charytatywnymi, nazywane są grupami frontowymi. W świecie biznesu organizacje-przykrywki, takie jak firmy-przykrywki lub korporacje fasadowe, są wykorzystywane do ochrony firmy macierzystej przed odpowiedzialnością prawną. W stosunkach międzynarodowych państwo marionetkowe to państwo, które działa jak przykrywka (lub surogat) dla innego państwa (Wygląda na to, że takim państwem-przykrywką dla USA jest Polska – przyp. W. L.).

Konferencja berlińska (1884-1885)

Przed konferencją europejscy dyplomaci robili podchody do rządzących w Afryce w taki sam sposób, jak robili to wcześniej na półkuli zachodniej, nawiązując kontakty z lokalnymi sieciami handlowymi. Na początku XIX wieku europejski popyt na kość słoniową, która była wówczas często wykorzystywana do produkcji dóbr luksusowych, ściągnął wielu europejskich kupców na wewnętrzne rynki Afryki. Europejskie strefy wpływów były w tym czasie ograniczone do przybrzeżnej części tego kontynentu, ponieważ Europejczycy do tego momentu zakładali tylko faktorie handlowe (chronione przez kanonierki).

W 1876 roku belgijski król Leopold II, który w tym samym roku założył i kontrolował Międzynarodowe Stowarzyszenie Afrykańskie, zaprosił Henry’ego Mortona Stanleya, aby dołączył do niego w badaniach i „cywilizowaniu” kontynentu. W 1878 roku powstało również Międzynarodowe Towarzystwo Kongo, które miało bardziej ekonomiczne cele, ale nadal było blisko związane z poprzednim stowarzyszeniem. Leopold potajemnie przekupił zagranicznych inwestorów w Towarzystwie Konga, które miało cele imperialne, a „Towarzystwo Afrykańskie” służyło głównie jako filantropijny parawan.

Od 1878 do 1885 roku Stanley przebywał w Kongo, nie jako reporter, ale jako agent Leopolda, z tajną misją zorganizowania czegoś, co wkrótce po zamknięciu konferencji berlińskiej w sierpniu 1885 roku stało się znane jako Wolne Państwo Kongo. Francuscy agenci odkryli plany Leopolda, a w odpowiedzi Francja wysłała własnych eksploratorów do Afryki. W 1881 roku francuski oficer marynarki wojennej Pierre de Brazza został wysłany do Afryki Środkowej. Udał się do zachodniej części basenu Konga i podniósł francuską flagę nad nowo założonym Brazzaville na terenach dzisiejszej Republiki Konga. Także Portugalia, która zrezygnowała z rozszerzania swego imperium kolonialnego na tym obszarze, również zajęła ten obszar na podstawie starych traktatów z Hiszpanią z czasów Restauracji i z Kościołem katolickim. Szybko zawarła 26 lutego 1884 roku traktat ze swoim byłym sojusznikiem, Wielką Brytanią, w celu zablokowania dostępu Towarzystwa Konga do Atlantyku.

Na początku lat osiemdziesiątych XIX wieku wiele czynników, w tym sukcesy dyplomatyczne, większa europejska wiedza o tamtym rejonie oraz zapotrzebowanie na zasoby, takie jak złoto, drewno i kauczuk, spowodowało gwałtowny wzrost zaangażowania Europy na kontynencie afrykańskim. Sporządzona przez Stanleya mapa dorzecza Kongo (1874–1877) usunęła ostatnią terra incognita z europejskich map kontynentu, wyznaczając obszary kontroli brytyjskiej, portugalskiej, francuskiej i belgijskiej. Te narody rywalizowały ze sobą, by zaanektować terytorium, które mogłoby zostać zajęte przez rywali.

Europejski wyścig kolonialny spowodował, że Niemcy zaczęły organizować własne wyprawy, co niepokoiło zarówno brytyjskich, jak i francuskich mężów stanu. Mając nadzieję na szybkie złagodzenie rodzącego się konfliktu, belgijski król Leopold II przekonał Francję i Niemcy, że wspólny handel w Afryce leży w najlepszym interesie wszystkich trzech krajów. Przy poparciu Brytyjczyków i z inicjatywy Portugalii kanclerz Niemiec Otto von Bismarck wezwał przedstawicieli 13 narodów Europy oraz Stanów Zjednoczonych do udziału w konferencji berlińskiej w 1884 roku w celu wypracowania wspólnej polityki wobec kontynentu afrykańskiego.

Rysunek satyryczny obrazujący Leopolda II i inne imperialne potęgi podczas konferencji berlińskiej z 1884 roku; źródło: angielska Wikipedia.

Konferencja została otwarta 15 listopada 1884 roku i trwała do jej zamknięcia 26 lutego 1885 roku. Liczba pełnomocników różniła się w zależności od kraju, ale te 14 krajów wysłało swoich przedstawicieli na konferencję berlińską i to oni złożyli podpisy pod aktem berlińskim. Te państwa to Niemcy, Austro-Węgry, Belgia, Hiszpania, Dania, Stany Zjednoczone, Francja, Zjednoczone Królestwo, Włochy, Holandia, Portugalia, Rosja, Szwecja-Norwegia, Imperium Otomańskie.

Wolne Państwo Kongo (1885-1908)

Kolonizacja Konga rozpoczęła się pod koniec XIX wieku. Belgijski król Leopold II, sfrustrowany brakiem międzynarodowej potęgi i prestiżu swojego narodu, próbował przekonać belgijski rząd do wsparcia ekspansji kolonialnej wokół, wówczas w dużej mierze, niezbadanego basenu Konga. Jego odmowa doprowadziła Leopolda do stworzenia państwa pod jego osobistymi rządami. Przy wsparciu wielu krajów zachodnich, które postrzegały Leopolda jako użyteczny bufor między rywalizującymi mocarstwami kolonialnymi, Leopold zdobył międzynarodowe uznanie dla Wolnego Państwa Kongo w 1885 roku.

Wolne Państwo Kongo, znane również jako Niezależne Państwo Kongo, było od 1885 do 1908 roku dużym państwem i monarchią absolutną w Afryce Środkowej. Było ono własnością prywatną i było w unii personalnej z Leopoldem II królem Belgii; nie było częścią ani nie należało do Królestwa Belgii, którego był on monarchą konstytucyjnym. Leopold był w stanie przejąć region, przekonując inne państwa europejskie na berlińskiej konferencji w sprawie Afryki, że jest zaangażowany w działalność humanitarną i filantropijną i nie opodatkuje handlu. Za pośrednictwem Międzynarodowego Stowarzyszenia Konga mógł pretendować do większości dorzecza Konga. 29 maja 1885 roku, po zamknięciu konferencji berlińskiej, król ogłosił, że planuje nazwać swoje posiadłości „Wolnym Państwem Kongo”, nazwą, której jeszcze nie używano na konferencji berlińskiej i która oficjalnie zastąpiła „Międzynarodowe Stowarzyszenie Kongo”. Od dnia 1 sierpnia 1885 roku Wolne Państwo Kongo działało jako odrębne od Belgii państwo, w unii personalnej ze swoim królem. Prywatnie kontrolował je Leopold II, chociaż nigdy osobiście go nie odwiedził.

Panowanie Leopolda w Kongu ostatecznie przyniosło niesławę z powodu okrucieństw popełnianych na miejscowej ludności. Wolne Państwo Leopolda II pozyskiwało kość słoniową, kauczuk i minerały w dorzeczu górnego Konga w celu sprzedaży na rynku światowym za pośrednictwem szeregu międzynarodowych koncesjonowanych firm, mimo że rzekomym jego celem było podniesienie poziomu życia miejscowej ludności i rozwój ekonomiczny regionu. Pod rządami Leopolda II Wolne Państwo Kongo stało się jednym z największych międzynarodowych skandali początku XX wieku. Raport brytyjskiego konsula Rogera Casementa doprowadził do aresztowania i ukarania urzędników odpowiedzialnych za zabójstwa podczas wyprawy zbierającej kauczuk w 1903 roku.

Okaleczone kongijskie dzieci; źródło: angielska Wikipedia.

Za nieprzestrzeganie limitów zbiórki kauczuku groziła kara śmierci. W międzyczasie Force Publique było zobowiązane do przedstawienia ręki swoich ofiar jako dowodu, gdy kogoś zastrzelili, ponieważ wierzono, że w przeciwnym razie użyliby amunicji (importowanej z Europy po znacznych kosztach) do polowania. W rezultacie kwoty kauczuku zostały częściowo spłacone w odciętych rękach. Czasami ręce zbierali żołnierze Force Publique, czasami same wioski. Były nawet małe wojny, w których wioski atakowały sąsiednie wioski, aby zebrać ręce, ponieważ ich limity kauczuku były zbyt nierealne, aby je wypełnić.

Teoretycznie każda prawa ręka oznaczała zabójstwo. W praktyce, aby oszczędzić amunicję, żołnierze czasami „oszukiwali”, po prostu odcinając rękę i pozostawiając ofiarę na pastwę losu. Wielu ocalałych mówiło później, że przeżyli masakrę, udając martwych, nie ruszając się nawet po odcięciu rąk i czekając, aż żołnierze odejdą, zanim poproszą o pomoc. W niektórych przypadkach żołnierz mógł skrócić okres służby, przynosząc więcej rąk niż inni żołnierze, co prowadziło do powszechnych okaleczeń i rozczłonkowania.

Zbrodnie i okrucieństwa zainspirowały literaturę i wywołały międzynarodowe oburzenie. Powieść Josepha Conrada Jądro ciemności miała w tym swój udział. Trwała debata na temat wysokiej śmiertelności w tym okresie. Najwyższe szacunki mówią, że powszechne stosowanie pracy przymusowej, tortur i morderstw, doprowadziło bezpośrednio i pośrednio do śmierci 50 % populacji. Brak dokładnych zapisów utrudniał ilościowe określenie liczby zgonów spowodowanych eksploatacją i brakiem odporności na nowe choroby wprowadzone przez kontakt z europejskimi kolonistami. Podczas wojny propagandowej dotyczącej Wolnego Państwa Kongo europejscy i amerykańscy reformatorzy ujawnili opinii publicznej okrucieństwa za pośrednictwem Stowarzyszenia Reform Kongo, założonego przez brytyjskiego konsula Rogera Casementa oraz dziennikarza, autora i polityka E. D. Morela. Aktywny w ujawnianiu działalności Wolnego Państwa Kongo był również pisarz Arthur Conan Doyle, którego książka Zbrodnia Konga była bardzo poczytna na początku XX wieku.

Leopold II zaproponował zreformowanie swojego reżimu w Wolnym Państwie Kongo, ale opinia międzynarodowa poparła jego usunięcie, a żaden naród nie był skłonny do przejęcia schedy. Belgia wydawała się być naturalnym kandydatem do aneksji tego państwa. Przez dwa lata debatowano nad tą kwestią i przeprowadzono w tej sprawie nowe wybory.

Ulegając presji międzynarodowej, parlament Belgii zaanektował Wolne Państwo Kongo i 15 listopada 1908 roku przejął jego administrację, tworząc kolonię Kongo Belgijskie. Zarządzanie nią zostało określone w Karcie Kolonialnej z 1908 roku. Pomimo skutecznego odsunięcia od władzy, międzynarodowa komisja nie pociągnęła do odpowiedzialności ani Leopolda II, który zmarł w Brukseli 17 grudnia 1909 roku, ani koncesjonowanych firm handlowych w Kongu.

Chociaż Wolne Państwo Kongo nie było kolonią belgijską, to Belgia była jego głównym beneficjentem w zakresie handlu i zatrudnienia swoich obywateli. Leopold II osobiście wzbogacił się na eksporcie kauczuku i kości słoniowej. Znaczną część zysku z tego eksportu wydano na budynki użyteczności publicznej w Brukseli, Ostendzie i Antwerpii.

Masoński twór?

Przyznam, że historia Belgii okazała się dla mnie o wiele bardziej interesująca, niż myślałem, że będzie, gdy zacząłem pisać pierwszy blog o tym państwie. Moją uwagę zwrócił obszar zwany Księże-Biskupstwo Liège. Praktycznie przez całe średniowiecze, aż do powstania państwa belgijskiego było ono niezależnym obszarem, w odróżnieniu od sąsiednich. Dlaczego tak się stało i co zadecydowało o jego wyjątkowym statusie? Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych (1904) pisze:

»Pierwsze loże masońskie powstały w Belgi w XVIII wieku. Kraj ten zostający wówczas pod panowaniem austriackim, cieszył się autonomią bardzo rozległą i wolnością opartą na katolicyzmie. Pod panowaniem Francuzów w epoce rozwoju masonerii powiększyła się liczba lóż w Belgii. Głównym ogniskiem propagandy było miasto Liège. W 1756 roku jeden z pisarzy encyklopedystów Piotr Rousseau założył w mieście tym dziennik masoński pt. „Journal Encyclopédique”. Był on w istocie odbiciem ducha encyklopedii, z tą różnicą, że traktowany w tonie spokojnym i poważnym, cel swój i zamiary otaczał grubą osłoną fałszywej pobożności. Dwaj bracia Horion piastujący w mieście Liège wysokie stanowiska, otoczyli go swą opieką; wyłączyli dziennik ten spod cenzury duchownej, wyjednali dla niego zmniejszenie opłaty pocztowej; Voltaire i przyjaciele jego popierali go całą siłą. Duchowieństwo w Liège odznaczające się nauką i cnotą, żądało zamknięcia dziennika. Po długich usiłowaniach udało mu się dokazać tego. Wtedy Rousseau postanowił wydawać podobny dziennik w Brukseli, ale Maria-Teresa nie zezwoliła na to, stosując się do rady nuncjusza i duchowieństwa w Louvain. Osiadł zatem Rousseau w Ardenach, które z kolei stały się ogniskiem propagandy. Stamtąd jak poprzednio z Liège rozchodziło się to mnóstwo dzieł bezbożnych i niemoralnych, których autorów nikt nigdy nie poznał, wydawanych niby to w Rzymie, Frankfurcie, Londynie. Liège jednak nie przestało być ogniskiem masonerii. Pod patronatem Henryka de Velbruck rozwinęło się słynne Société d’émulation (Stowarzyszenie współzawodnictwa), mające rzekomo za zadanie budzić zamiłowanie do literatury, nauk i sztuk, lecz zostając pod opieką masonerii, było raczej propagandą idei filozofów-encyklopedystów. Nic więc dziwnego, że i w Liège wytworzyła się silna partia rewolucyjna tym bardziej, że wiele lóż tego miasta złączonych było z Wielkim Wschodem Francji, jak też i masonami templariuszami Paryża.

P. Amand Neut w znakomitym zbiorze dokumentów masońskich skreślił historię Saint-Martina, księdza apostaty, któremu Napoleon powierzył niejedną misję do spełnienia w Niderlandach. Nędznik ten osiadł w Liège po roku 1815, gdzie wraz z Testem, drugim agentem Napoleona I, a następnie ministrem przedajnym Ludwika-Filipa, przetworzyli całą masonerię belgijską, która przybrała nazwę Partii Liberalnej Belgijskiej. Partia Liberalna, a przynajmniej ci, którzy byli zarazem wolnomularzami, nie chcieli bynajmniej wyrwania Belgii spod władzy Holendrów; woleli bowiem zostawać pod władzą księcia protestanckiego. Kościół katolicki doznawał też wtedy już wielkiego ucisku.

Rewolucja w roku 1830 pociągnęła większość liberalną. Katolicy, mający wielką przewagę liczebną, podlegając wpływom ducha czasu, rządzeni szlachetnością nieprzypuszczającą złej wiary w przeciwnikach, dopisali do konstytucji artykuły zapewniające nieograniczoną swobodę rozprzestrzeniania wszelkich doktryn. Lojalna tolerancja była konieczną w owej epoce, w warunkach w jakich się znajdowało społeczeństwo belgijskie, lecz nieszczęściem tolerancja ta przeszła możliwe granice, bo w konstytucji z roku 1831 nadano równe prawa prawdzie i błędom, zasiewając tym sposobem indyferentyzm religijny. Jednakże liberaliści wolnomularze nie byli z tego jeszcze zadowoleni. „Wolność dla wszystkich i we wszystkim nie jest naszą dewizą. Społeczeństwo religijne jest potężne w Belgii, obowiązkiem więc naszym jest wglądać w jego działalność i przeszkadzać jego zaborom” – Independant. Loża „Wolnomyślicieli” w Verviers postanowiła nie dopuszczać żadnego profana, który by nie dawał jawnych dowodów swej niezależności i stałości, jako też żądać od członków obietnicy niezawierania związków małżeńskich podług przepisów Kościoła. W roku 1837 otwarcie nowej loży w Gandawie zmusiło biskupów belgijskich do wydania listu pasterskiego z ostrzeżeniem i dowodami, że należący do lóż przestają być dziećmi Kościoła. Skutkiem tego listu liczba lóż się zmniejszyła, lecz pozostali członkowie wolnomularstwa większą jeszcze nienawiść powzięli do Kościoła i jawną mu już wypowiedzieli wojnę. Prezydentem Izby kasacyjnej był pan Defacqz, mistrz masonerii narodowej; nic więc dziwnego, że pousuwano z zarządu gorliwszych katolików, i na gruzach Kościoła postanowiono zaprowadzić wszechwładztwo dogmatyczne państwa, co z następstwem czasu doprowadziło do socjalizmu. Defacqz, Verhaegen, Defre, przywódcy masonerii i partii liberalnej znaleźli pomoc w Leopoldzie Sasko-Koburg-Gtajskim, który w roku 1833 został z woli monarchów europejskich królem belgijskim. Należał on do rodziny, której Weisshaupt (haupt: stojący na czele, głowa rodziny – przyp. W. L.) zapewnił poparcie towarzystw tajnych jako wynagrodzenie za dany mu przytułek. Król Leopold był sam wolnomularzem wyższych stopni, kawalerem Kadosz.«

Wygląda więc na to, że Księże-Biskupstwo Liège miało jakiś szczególny status, jeszcze zanim powstała masoneria. Skoro to jednak było biskupstwo, a więc obszar podległy Kościołowi katolickiemu, to jakim sposobem zachował autonomię wobec takich potęg jak choćby arcykatolicka Austria, której podlegały całe Niderlandy. Niby, według powyższego cytatu, duchowieństwu tego biskupstwa udało się zamknąć dziennik „Journal Encyclopédique”, ale Rousseau postanowił wydawać podobny w Brukseli, „ale Maria-Teresa nie zezwoliła na to, stosując się do rady nuncjusza i duchowieństwa w Louvain. Osiadł zatem Rousseau w Ardenach, które z kolei stały się ogniskiem propagandy”. Tylko, gdzie w Ardenach? Leżą w nich dwa większe belgijskie miasta: Namur i Verviers. Namur leży w Walonii, a Verviers w odległości 30 km na południowy-wschód od Liège, czyli w Księże-Biskupstwie Liège, z którego to niby duchowieństwo wyrzuciło Rousseau. Taka zabawa w kotka i myszkę, bo w cytacie jest mowa o Verviers jako miejscu loży masońskiej, więc zapewne tam osiadł Rousseau. Kościół niby zwalczał masonerię, ale tak, by jej krzywdy nie zrobić. Przypomina to trochę dzisiejsze zabawy, w których państwo skazuje „opozycjonistów” na kary więzienia, a później szybko ich zwalnia.

W listopadzie 1830 r. konferencja londyńska 1830 roku, czyli „kongres belgijski” (składający się z delegatów z Wielkiej Brytanii, Francji, Rosji, Prus i Austrii) zarządziła 4 listopada zawieszenie broni. Pod koniec listopada Wielka Brytania i Francja wystąpiły z propozycją: żadnej interwencji wojskowej i ustanowienie niezależnego królestwa Belgii, co zostało zaakceptowane przez pozostałych trzech bardziej konserwatywnych uczestników, którzy opowiadali się za interwencją wojskową w celu przywrócenia absolutystycznego reżimu Wilhelma I.

Wychodzi więc na to, że powstanie listopadowe wcale nie wybuchło po to, by belgijska rewolucja odniosła zwycięstwo, bo Anglia i Francja zadbały o to, by Rosja, Prusy i Austria nie użyły siły i tym samym, by belgijska rewolucja odniosła zwycięstwo. I belgijska rewolucja odniosła zwycięstwo i powstało niepodległe państwo Belgia, które niemal od razu zapragnęło być potęgą kolonialną.

I na kongresie berlińskim wszystkie europejskie monarchie zgodziły się na to, by to nie one, ale dopiero co powstałe państwo objęło w posiadanie ostanie nieskolonizowane terytoria, choć był to łakomy kąsek ze względu na kauczuk i kość słoniową, na które było w owym czasie wielkie zapotrzebowanie. Jak widać był ktoś jeszcze ponad tymi monarchiami, ktoś kto chciał, by to właśnie belgijski król stał się właścicielem obszaru, dla którego sam później wybrał nazwę. A belgijski król, jak jego ojciec, był zapewne masonem.

Okrucieństwa, jakich dopuścili się kolonizatorzy, wzburzyły ówczesną europejską opinię publiczną i całe przedsięwzięcie, które było wynikiem masońskich zabiegów, stało się dla niej niewygodne i postanowiono wyciszyć całą aferę poprzez scedowanie kolonii na państwo belgijskie. Jak wiadomo w takim przypadku winnego nie ma, w odróżnieniu od sytuacji, gdy to belgijski król był właścicielem państwa. W sumie całe odium spadło na Belgów, którzy tylko po części uczestniczyli w tym procederze, a już na pewno nie przeciętny Belg. Ale stereotyp drapieżnego i okrutnego Belga pozostał. Może to właśnie ten stereotyp chciała złagodzić Agatha Christi i stąd taki sympatyczny detektyw. A czy tak rzeczywiście było?

Dziś Belgia i Belgowie już tak się nie kojarzą, ale jest to państwo całkowicie zdominowane przez masonerię, bo to ona je stworzyła. Już w czasie Wiosny Ludów była Bruksela centrum wszelkich demokratycznych i niepodległościowych ruchów w Europie. Nie było więc dogodniejszego miejsca, by uczynić z Brukseli siedzibę władz unijnych.

Artykuł 5

Ostatnio było dużo zamieszania wokół pocisku, który spadł na przygraniczną wieś Przewodowo w południowo-wschodniej Polsce. Jedni widzieli tam rosyjską rakietę, inni – ukraińską. Jedni uważają, że to przypadek – inni, że to zamierzone działanie Ukraińców, którzy chcą wciągnąć Polskę i NATO do wojny z Rosją i że takie zdarzenie jest podstawą do zaatakowania Rosji na podstawie artykułu 5 traktatu NATO. Jeśli niektórzy uważają, że ten artykuł jest podstawą naszego bezpieczeństwa, to są w błędzie. W dniu 25 listopada ukazał się na portalu ZeroHedge artykuł NATO Doesn’t Supersede The US Constitution – NATO nie zastępuje Konstytucji USA (https://www.zerohedge.com/geopolitical/nato-doesnt-supersede-us-constitution). Poniżej jego treść:

„W miarę jak nasz rząd nadal prze na pełnych obrotach w do III wojny światowej, zaznajomienie się z doktryną tarczy i miecza oraz artykułem 5 stają się koniecznością dla czujnego obywatela. W zeszłym tygodniu Amerykanie dowiedzieli się, że jakiś pocisk spadł w Polsce i zabił dwie osoby. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że był to celowy akt agresji ze strony Rosji i że Zachód musi zareagować bardziej zdecydowanie.

Dołączyła do niego tutaj, w Stanach Zjednoczonych, grupa polityków, dziennikarzy reżimowych i płatnych lobbystów, którzy sprzedali swój kraj za garść srebrników. Partia wojenna natychmiast wkroczyła do akcji: właśnie na to czekali i modlili się: oto powód do wystrzelenia rakiet i zniszczenia świata.

Polska, podobnie jak Stany Zjednoczone i prawie cała Europa, jest członkiem NATO – Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego. Może powinniśmy się zastanowić, dlaczego kraje takie jak Polska, Estonia i Rumunia są w sojuszu „atlantyckim”? Podstawą jest artykuł 5, który w popularnej wersji nakłada obowiązek obrony w przypadku zaatakowania członka sojuszu. To jednokierunkowa przepustka do III wojny światowej.

W tej narracji były tylko dwie rzeczy nie tak. Po pierwsze, jak ujawniono w ciągu czterdziestu ośmiu godzin i co potwierdził polski rząd i Biały Dom, pocisk był ukraiński, a nie – rosyjski. Władimir Putin nie zaatakował NATO – ani celowo, ani przypadkowo. Zamiast tego ukraiński pocisk obrony powietrznej, który próbował przechwycić rosyjski atak, zboczył z trajektorii, zabijając dwóch Polaków po drugiej stronie granicy. Nagle „zbiorowe bezpieczeństwo” nie było już zagrożone, a w telewizji nikt nie mówił, że wymaga to odwetu NATO na Kijowie. – Zaskoczeni?

Po drugie, nawet gdyby to był rosyjski pocisk i nawet gdyby sam Władimir Putin celował bezpośrednio w tę polską farmę, artykuł 5 nie zobowiązuje Stanów Zjednoczonych do niczego. Traktat NATO zawiera również artykuł 11, który określa, że decyzje sojuszu będą realizowane zgodnie z krajowymi konstytucjami i procedurami poszczególnych członków.

Oznacza to, że wniosek w sprawie formalnego wypowiedzenia wojny musi być przyjęty większością głosów w Senacie i Izbie Reprezentantów. Każdy członek Kongresu lub gadający szef wiadomości, który mówi, że artykuł 5 wymaga natychmiastowej akcji wojskowej bez debaty lub głosowania, albo kłamie albo jest żałośnie niedoinformowany.

I nawet gdyby traktat NATO nie zawierał tego postanowienia, nadal opieralibyśmy się na artykule I, sekcji 8 Konstytucji Stanów Zjednoczonych, najwyższym akcie prawnym USA. Jesteśmy suwerennym narodem, a naród amerykański zawsze ma wybór, czy iść na wojnę, czy nie. Każda międzynarodowa umowa, która próbuje inaczej interpretować prawo będzie ignorowana.

Niestety, partia wojenna nie zawsze ułatwia ten wybór. Przekupują polityków zyskami z kontraktów na broń, zalewają prasę korporacyjną propagandą i instruują naród amerykański, że albo musi zaangażować się w niekończącą się wojnę, albo straci wolność. Sami sobie tworzą zgodę na taki stan rzeczy.

Ten kryzys nadal pokazuje, dlaczego potrzebujemy Defend the Guard – ustawy, która zabraniałaby wykorzystywania jednostek Gwardii Narodowej poszczególnych stanów w czynnej walce bez wypowiedzenia wojny przez Kongres.

To najlepszy sposób, aby powiedzieć Waszyngtonowi, że nie może iść na wojnę bez debaty i głosowania przedstawicieli narodu. A jeśli spróbują, to nie będą mieli mięsa armatniego do walki w takim konflikcie, ponieważ patriotyczni ustawodawcy stanowi nie pozwolą swojej Gwardii Narodowej, kręgosłupowi Sił Zbrojnych USA, uczestniczyć w nielegalnej wojnie.

W przeszłości pracowałem nad wprowadzeniem tej ustawy w ponad dwudziestu stanach, a mój zespół już przygotowuje się do sesji legislacyjnej w 2023 roku. Ale aby odnieść sukces, potrzebuję twojego wsparcia. Wejdź na stronę DefendTheGuard.US, aby sprawdzić, czy projekt ustawy został już przedłożony w Twoim stanie lub czy chcesz skontaktować się ze swoim przedstawicielem i senatorem stanowym. Naród amerykański, aktywny i dobrze poinformowany, nie zostanie wciągnięty przez swoich nieodpowiedzialnych, głupich przywódców w III wojnę światową.”

Pod tym tekstem portal ZeroHedge zamieszcza informację o jego autorze:

Dan McKnight jest weteranem wojennym z 13-letnim stażem. Służył w Korpusie Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych, Armii Stanów Zjednoczonych i Gwardii Narodowej Armii Idaho. Jest założycielem i prezesem Bring Our Troops Home.

W zasadzie to komentarz jest tu zbyteczny, bo Stany Zjednoczone mają podwójne zabezpieczenie, by oficjalnie nie wchodzić do wojny, gdy nie będzie im to odpowiadać. Pierwsze, to artykuł 11 traktatu NATO, który mówi, że decyzje sojuszu będą realizowane zgodnie z krajowymi konstytucjami i procedurami poszczególnych członków. Drugie, to Konstytucja Stanów Zjednoczonych. Amerykanie zawsze mogą się na nią powołać, jeśli uznają to za stosowne. W ich interpretacji amerykańska konstytucja stoi ponad prawem międzynarodowym, tak jak niemiecka konstytucja – ponad prawem unijnym. I w unii i w NATO Polska jest członkiem drugiej, a może nawet trzeciej kategorii. I wszystko wskazuje na to, że i z jednej i z drugiej organizacji nas wypchną, bo połączenie z Ukrainą, niebędącą członkiem unii i NATO, będzie tego wymagać. Co do unii, to nie ma już chyba wątpliwości, że to idzie w tym kierunku, a co do NATO to:

„Centralny Port Komunikacyjny jest projektem cywilnym, ale niezbędnym również z punktu widzenia militarnego – powiedział pełnomocnik rządu ds. CPK Marcin Horała. Inwestycja zwiększy przepustowość, zdolność do przerzutu do Polski wojsk w razie zaostrzania sytuacji międzynarodowej – dodał.” Jest to wypowiedź z 05.04.2022, którą zamieścił portal Bankier.pl.

Czyli, mówiąc wprost, będzie bardziej obiektem militarnym niż cywilnym, dobrze nadającym się do przyjęcia wojsk desantowych. Tylko których? Równie łatwo będą mogły lądować tu wojska niemieckie i rosyjskie. Dla takiego państwa jak Polska, żadne zbrojenia nie mają sensu, bo ma ono znacznie silniejszych sąsiadów. Czesi nie walczyli i nie walczą z Niemcami i z Rosją i żyją. Niepodległość małych narodów, a takim narodem są Polacy, jest iluzją. Niestety to Polsce, a nie Czechom, wyznaczyli wielscy tego świata rolę lokalnego awanturnika, wbrew, jak sądzę, woli większości rozsądnie myślących Polaków.

Dopisek z dnia 30 listopada 2022: Szef Paktu Północnoatlantyckiego Jens Stoltenberg, oświadczył, że warunkiem wstępnym dla ewentualnej akcesji Ukrainy do NATO jest zwycięstwo w wojnie z Rosją. Taką informacje podała Interia. A więc cynizm posunięty do skrajności, bo Ukraina tej wojny nie wygra. A z drugiej strony, to czy ona nie jest już w NATO? NATO jej pomaga, a granica Polski z Ukrainą, zewnętrzna granica NATO, jest otwarta, czyli jej nie ma.

Belgia

Ostatnie wydarzenia skłoniły mnie do pewnej refleksji. Wszystko wskazuje na to, że wielcy tego świata postanowili, że Polska ma wyjść z unii. Ale póki co, jeszcze w niej jest, a to oznacza, że ja jestem Europejczykiem i obywatelem unii, a moją stolicą, a raczej nadstolicą, jest Bruksela. – No, trochę przesadziłem z tym „Europejczykiem”. Jestem takim Europejczykiem, jak prezydent John F. Kennedy berlińczykiem: Ich bin ein Berliner (Jestem berlińczykiem.). Powiedział tak podczas przemówienia w Berlinie w dniu 26 czerwca 1963 roku z okazji 15 rocznicy berlińskiego mostu powietrznego. Może więc, z racji tego, że pewien etap w historii Polski kończy się, warto przybliżyć sobie historię Belgii i może nawet znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego stolicą unii stała się Bruksela?

Mapa Belgii; źródło: Wikipedia.

Historia tego rejonu jest pogmatwana. Padają tu wymiennie nazwy „Belgia”, „Niderlandy”, „Holandia” na oznaczenie mniej więcej tego samego obszaru. Jest to obszar, na którym ścierały się wpływy francuskie i niemieckie. Nie obeszło się również bez wtrącania się Anglii, która tradycyjnie miesza się we wszelkie europejskie spory. Tak było kiedyś i tak jest teraz. Informacje o historii Belgii zaczerpnąłem z angielskiej i polskiej Wikipedii oraz Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970).

Niderlandy (Low Countries) obejmują przybrzeżny region delty Ren-Moza-Skalda w Europie Zachodniej. Jego definicja zwykle obejmuje współczesne kraje Luksemburg, Belgię i Holandię. Zarówno Belgia jak i Holandia wywodzą swoje nazwy od wcześniejszych nazw regionu, ponieważ „nether” oznacza „niski”, a Belgica jest zlatynizowaną nazwą całych Niderlandów – nomenklatura, która stała się przestarzała po secesji Belgii w 1830 roku. Południowa część współczesnej Belgii, czyli Walonia, jest w przeważającej części górzysta. To praktycznie Ardeny.

Belgia jest federalną monarchią konstytucyjną z systemem parlamentarnym. Jest podzielona na trzy autonomiczne regiony: Region Flamandzki (Flandria) – na północy, Region Waloński (Walonia) – na południu i Region Stołeczny Brukseli. Bruksela jest najmniejszym i najgęściej zaludnionym regionem, a także najbogatszym pod względem PKB na mieszkańca.

Źródło zdjęcia: angielska Wikipedia.

Belgię zamieszkują dwie społeczności: niderlandzkojęzyczna Wspólnota Flamandzka, która stanowi około 60 procent populacji oraz Wspólnota Francuskojęzyczna, która stanowi około 40 procent populacji. W kantonach wschodnich istnieje niewielka społeczność niemieckojęzyczna, licząca około jednego procenta. Region Stołeczny Brukseli jest oficjalnie dwujęzyczny: francuski i niderlandzki, chociaż językiem dominującym jest francuski. Różnorodność językowa Belgii i związane z nią konflikty polityczne znajdują odzwierciedlenie w jej złożonym systemie rządów.

Kraj w obecnym kształcie powstał po rewolucji belgijskiej z 1830 r., kiedy to odłączył się od Holandii, do której po kongresie wiedeńskim w 1815 r. dołączono Niderlandy Południowe (obejmujące większość dzisiejszej Belgii). Nazwa państwa pochodzi od łacińskiego słowa Belgium, używanego podczas „wojen galijskich” Juliusza Cezara na określenie pobliskiego regionu, w okresie około 55 roku p.n.e. Belgia jest częścią obszaru zwanego Niderlandami, historycznie nieco większego regionu niż grupa państw Beneluksu, ponieważ obejmowała również część północnej Francji. Od średniowiecza jego centralne położenie w pobliżu kilku głównych rzek powodowało, że obszar ten był stosunkowo zamożny, połączony handlowo i politycznie z większymi sąsiadami. Belgia zyskała również przydomek „Europejskie pole bitwy”, opinię utwierdzoną w XX wieku przez obie wojny światowe.

Starożytność

W starożytności obszar dzisiejszej Belgii był zamieszkany przez Celtów. Od II wieku p.n.e. przez plemiona Belgów z grupy celtyckiej z pewnymi domieszkami germańskimi. Po podbojach Cezara Gallia Belgica stała się częścią dużej rzymskiej prowincji obejmującej większość północnej Galii. Obszary bliżej dolnego Renu, w tym wschodnia część współczesnej Belgii, ostatecznie stały się częścią nadgranicznej prowincji Germanii Dolnej. W momencie upadku zachodniego Cesarstwa Rzymskiego, rzymskie prowincje Belgica i Germania były zamieszkane przez mieszankę ludności zromanizowanej i mówiących po niemiecku Franków, którzy zdominowali wojsko i władzę.

Gallia Belgica w okresie podboju Galii przez Juliusza Cezara w 54 roku p.n.e.

Wieki średnie

W III wieku n.e. dokonała się chrystianizacja. Wtedy zaczęły się również najazdy germańskich Franków i Fryzów. Z końcem V wieku Belgia weszła w skład państwa Franków. W północnej części Belgii przewagę uzyskał element germański (język flamandzki). Na południu utrzymał się element romański (język francuski). Po traktacie z Verdun w 843 roku tylko część zachodnia, zwana Flandrią, stała się częścią Francji, wschodnia zaś przypadła cesarzowi Lotarowi I i od X do XV wieku, pod nazwą Dolnej Lotaryngii, a później księstwa Brabancji, podlegała zwierzchnictwu Niemiec.

Przez wczesne średniowiecze północna część dzisiejszej Belgii (obecnie powszechnie nazywana Flandrią) była obszarem, na którym mówiono językiem germańskim, podczas gdy w południowej części ludzie nadal byli romanizowani i mówili pochodnymi ludowej łaciny.

Gdy święci cesarze rzymscy i królowie francuscy stracili skuteczną kontrolę nad swoimi domenami w XI i XII wieku, terytorium mniej więcej odpowiadające obecnej Belgii zostało podzielone na stosunkowo niezależne państwa feudalne, w tym:

  • Hrabstwo Flandrii
  • Markizat Namuru
  • Księstwo Brabancji
  • Hrabstwo Hainaut
  • Księstwo Limburgii
  • Hrabstwo Luksemburga
  • Księże-Biskupstwo Liège (terytorium, którym zarządzał biskup, ale mniejsze od diecezji)

Nadmorskie hrabstwo Flandrii, dzięki handlowi z Anglią, Francją i Niemcami, było w późnym średniowieczu jedną z najbogatszych części Europy i stało się ważnym ośrodkiem kultury. W XI i XII wieku ruch artystyczny Rheno-Mosan lub Mosan rozkwitł w regionie, przenosząc swoje centrum z Kolonii i Trewiru do Liège, Maastricht i Akwizgranu.

Burgundzkie i habsburskie Niderlandy

W 1384 roku Flandria, a w XV wieku również cała Belgia weszła w skład księstwa burgundzkiego, tak zwanych Niderlandów Burgundzkich, a od 1477 – w skład posiadłości Habsburgów. „Belgia” i „Flandria” to dwie pierwsze nazwy zwyczajowe używane dla burgundzkiej Holandii, która była poprzedniczką austriackiej Holandii, poprzedniczki współczesnej Belgii. Unia, technicznie rozciągająca się między dwoma królestwami, zapewniła obszarowi stabilność gospodarczą i polityczną, co doprowadziło do jeszcze większego dobrobytu i twórczości artystycznej.

Państwo burgundzkie Karola I Śmiałego (1465-1477); źródło: angielska Wikipedia.
Niderlandy Burgundzkie w końcowym okresie panowania Karola I Śmiałego; źródło: angielska Wikipedia.

Karol V z rodu Habsburgów był w latach 1506-1555 władcą Burgundii. Podlegały mu również rodziny królewskie Austrii, Kastylii i Aragonii. Wraz z sankcją pragmatyczną z 1549 roku nadał Siedemnastu Prowincjom większe uprawnienia jako stabilnej jednostce, a nie tylko tymczasowej unii personalnej. Sankcja pragmatyczna, wydana przez cesarza rzymskiego Karola V, ustanowiła tzw. Siedemnaście Prowincji, czyli Belgica Regia w oficjalnej łacińskiej terminologii, jako samodzielny podmiot, niezależny od Cesarstwa i Francji. Obejmował on całą Belgię, dzisiejszą północno-zachodnią Francję, dzisiejszy Luksemburg i dzisiejszą Holandię, z wyjątkiem ziem Księże-Biskupstwa Liège.

Habsburskie Niderlandy po sankcji pragmatycznej, w 1560 roku, z wyłączeniem Księże-Biskupstwa Liège, Księstwa Stavelot-Malmedy i Księże-Biskupstwa Cambray; źródło: angielska Wikipedia.

Wojna osiemdziesięcioletnia

Wojna osiemdziesięcioletnia lub rewolta holenderska (ok. 1566/1568–1648) była konfliktem zbrojnym w Holandii Habsburgów pomiędzy różnymi grupami rebeliantów a hiszpańskim rządem. Przyczynami wojny były reformacja, centralizacja, podatki oraz prawa i przywileje szlachty i miast. Po początkowych potyczkach Filip II, król Hiszpanii, władca Holandii, rozmieścił swoje armie i odzyskał kontrolę nad większością terytoriów zajętych przez rebeliantów. Jednak powszechne bunty w armii hiszpańskiej wywołały powstanie ogólne. Pod przywództwem wygnanego Wilhelma Cichego prowincje zdominowane przez katolików i protestantów dążyły do zaprowadzenia pokoju religijnego, jednocześnie wspólnie przeciwstawiając się władzy królewskiej, ale bunt został zdławiony. Pomimo stałych sukcesów wojskowych i dyplomatycznych księcia Parmy, gubernatora Niderlandów Hiszpańskich, Unia Utrechcka kontynuowała opór, proklamując w 1581 roku niepodległość i ustanawiając w 1588 roku zdominowaną przez protestantów Republikę Holenderską. Dziesięć lat później Republika (której centrum nie było już zagrożone) dokonała niezwykłych podbojów na północy i wschodzie przeciwko walczącemu Imperium Hiszpańskiemu i została uznana przez Francję i Anglię w 1596 roku. Powstało holenderskie imperium kolonialne, które rozpoczęło się od holenderskiego ataku na terytoria zamorskie Portugalii.

W obliczu impasu obie strony zgodziły się na dwunastoletni rozejm w 1609 roku; a gdy wygasł w 1621 roku, wznowiono walki w ramach wojny trzydziestoletniej, kończącej się w 1648 roku pokojem w Münster (traktat będący częścią pokoju westfalskiego), na mocy którego Hiszpania uznała Republikę Holenderską za niepodległe państwo. Następstwa wojny osiemdziesięcioletniej miały dalekosiężne skutki militarne, polityczne, społeczno-gospodarcze, religijne i kulturowe w Niderlandach, Cesarstwie Hiszpańskim, Świętym Cesarstwie Rzymskim, Anglii, a także w innych regionach Europy i koloniach europejskich za granicą.

Tak opisuje wojnę osiemdziesięcioletnią angielska Wikipedia i jej dalekosiężne skutki dla całego ówczesnego świata. A niby to z jakiego powodu? Że jakieś państwo czy obszar, zwany Niderlandami, podzielił się na dwa oddzielne byty i powstało holenderskie imperium kolonialne, które zaatakowało zamorskie terytoria Portugalii. Jak to było możliwe? Tak ni z gruchy, ni z pietruchy?

Rok 1588, w którym powstała Holandia, to rok wyjątkowy w historii Anglii. W owym roku Anglia pokonała u jej południowo-zachodnich wybrzeży, niezwyciężoną do tego momentu hiszpańską Armadę. Sama bitwa i jej przebieg to temat na oddzielny blog. Anglicy się obronili i nie dopuścili do desantu wojsk hiszpańskich na wyspę, co skończyłoby się klęską Anglii, bo nie byłaby ona w stanie przeciwstawić się lądowym wojskom hiszpańskim, bo takich wojsk Anglia nie miała. Ta bitwa zakończyła hiszpańską dominację na morzach i zapoczątkowała takową Anglii. Jednym ze skutków tej wygranej przez Anglików bitwy morskiej było powstanie Holandii, czyli oderwanie się Zbuntowanych Prowincji od reszty Niderlandów.

Ale dlaczego Holandia tak od razu zaatakowała zamorskie kolonie Portugalii i dlaczego Portugalii? Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

„W połowie XVI wieku kilka osób z pierwszorzędnych żydowskich rodów hiszpańskich dochodzi na dworze sułtańskim do decydującego wpływu politycznego. Około roku 1553 zjawia się w Konstantynopolu zbiegła z Portugalii marranka hiszpańska Garcia Mendesia, żona bankiera. Po śmierci męża, należącego do rodu Nassich (patriarchów), prowadziła w Europie rozgałęzione interesy bankowe, pożyczając królom i możnym. Uciekłszy z Portugalii przed inkwizycją, osiadła wśród innych marranów w Antwerpii, potem w Wenecji i Ferrarze, aż powiodło się jej dostać do Konstantynopola, gdzie przeszła otwarcie na judaizm. Wkrótce potem przybył do stolicy tureckiej jej bratanek i zięć Joao Miques, który przeszedł także na judaizm i nazwał się Józef Nassi (patriarcha).”

I dalej:

„Korzystając z odpadnięcia Niderlandów od Hiszpanii, które tak popierał Józef Nassi, znajdują sobie marrani portugalscy znakomitą siedzibę w Amsterdamie (1593 r.), gdzie pozwalają im powracać bez przeszkód na judaizm. Dzięki majątkom portugalskich żydów wydziera Holandia handel zamorski z rąk Portugalczyków i staje się bogatym krajem.

Amsterdam stał się dla żydów nową Jerozolimą. Tu działał Abraham Zacuto Lusitiano, zaufany doradca palatyna Fryderyka, który swoim królestwem zimowym rozpoczął wojnę trzydziestoletnią. Tu wywierał na bieg wypadków w Europie potężny wpływ Manasse ben Izrael (1604-1657), jeden z aktorów rewolucji Cromwellowskiej w Anglii. Tutaj żył, pisał i skupiał koło siebie uczonych chrześcijańskich żydowski filozof Baruch Spinoza.”

Hiszpańskie i austriackie Niderlandy

Wojna osiemdziesięcioletnia (1568–1648) została wywołana polityką rządu hiszpańskiego wobec popularnego w Niderlandach protestantyzmu. Zbuntowane północne Zjednoczone Prowincje (po łacinie – Belgica Foederata – „Federacyjne Niderlandy”), czyli mówiąc po ludzku – Holandia, ostatecznie oddzieliły się od Niderlandów Południowych ( Belgica Regia – „Królewskie Niderlandy”). Te ostatnie były rządzone kolejno przez Hiszpanów (Niderlandy Hiszpańskie) i austriacki Dom Habsburgów (Austriackie Niderlandy) i obejmowały większość współczesnej Belgii. Był to teatr kilku przedłużających się konfliktów przez większą część XVII i XVIII wieku z udziałem Francji, w tym wojny francusko-holenderskiej (1672–1678), wojny dziewięcioletniej (1688–1697), wojny o sukcesję hiszpańską ( 1701-1714) i część wojny o sukcesję austriacką (1740-1748).

Hiszpańskie Niderlandy i Republika Holenderska około 1700 roku; źródło: angielska Wikipedia.

Rewolucja Francuska i Królestwo Niderlandów

Po kampaniach 1794 roku podczas wojen z okresu rewolucji francuskiej, Niderlandy – w tym terytoria, które nigdy nominalnie nie znajdowały się pod panowaniem Habsburgów, takie jak biskupstwo Liège – zostały zaanektowane przez Pierwszą Republikę Francuską, kończąc panowanie austriackie w regionie. Ponowne zjednoczenie Niderlandów jako Zjednoczonego Królestwa Niderlandów nastąpiło po rozpadzie Pierwszego Cesarstwa Francuskiego w 1814 roku, po abdykacji Napoleona.

Francja promowała handel i kapitalizm, torując drogę do powstania burżuazji i szybkiego rozwoju produkcji i górnictwa. Dlatego szlachta podupadła ekonomicznie, podczas gdy belgijscy przedsiębiorcy z klasy średniej rozwijali się dzięki włączeniu ich do dużego rynku francuskiego, torując drogę Belgii do roli lidera rewolucji przemysłowej na kontynencie po 1815 roku.

Po aneksji belgijska społeczność biznesowa poparła nowy reżim, w przeciwieństwie do chłopów, którzy pozostali wrogo nastawieni. Aneksja otworzyła nowe rynki we Francji dla wełny i innych towarów z Belgii. Bankierzy i kupcy pomagali finansować i zaopatrywać armię francuską. Francja zniosła zakaz handlu morskiego na Skaldzie, który został wprowadzony w życie przez Holandię. Antwerpia szybko stała się głównym francuskim portem ze światowym handlem, a Bruksela również się rozrosła.

Zjednoczone Królestwo Niderlandów

Po klęsce Napoleona w bitwie pod Waterloo w 1815 roku, na Kongresie Wiedeńskim utworzono królestwo dynastii Orange-Nassau, łącząc w ten sposób Zjednoczone Prowincje Niderlandów z byłymi Niderlandami Austriackimi, tworząc silne państwo buforowe na północ od Francji; po połączeniu tych prowincji Holandia stała się wschodzącą potęgą. Podczas negocjacji dyplomatycznych w Wiedniu padła propozycja nagrodzenia Prus za walkę z Napoleonem dawnym terytorium Habsburgów. Jednak Wielka Brytania nalegała na zachowanie dla siebie dawnego holenderskiego Cejlonu i Kolonii Przylądkowej (Cape Colony), które przechwyciła, gdy Niderlandami rządził Napoleon. W ramach rekompensaty Królestwo Niderlandów zostało powiększone o południowe prowincje (współczesna Belgia).

Belgijska rewolucja

Rewolucja belgijska była konfliktem, który doprowadził do secesji południowych prowincji (głównie byłych południowych Niderlandów) od Zjednoczonego Królestwa Niderlandów i ustanowienia niezależnego Królestwa Belgii.

Rewolucja była spowodowana splotem czynników, z których głównym była różnica wyznaniowa (katolicka społeczność w dzisiejszej Belgii, protestancka – w dzisiejszej Holandii) i brak autonomii w południowej części.

Inne ważne czynniki to m.in.:

  • Niedostateczna reprezentacja dzisiejszych Belgów w Zgromadzeniu Ogólnym (62% populacji na 50% mandatów);
  • Większość instytucji znajdowała się na północy, a obciążenia publiczne rozkładały się nierównomiernie. Tylko jeden minister na czterech był Belgiem. W administracji było cztery razy więcej Holendrów niż Belgów. Panowała ogólna dominacja Holendrów nad gospodarczymi, politycznymi i społecznymi instytucjami Królestwa;
  • Dług publiczny północy (wyższy niż południa) musiał być również obsługiwany przez południe. Pierwotne długi wynosiły początkowo 1,25 miliarda guldenów dla Zjednoczonych Prowincji i tylko 100 milionów dla Południa;
  • Działania Wilhelma I na polu oświaty (budowa szkół, kontrola kompetencji nauczycieli i tworzenie nowych placówek, utworzenie trzech uniwersytetów państwowych) oddały ją pod całkowitą kontrolę państwa, co nie spodobało się opinii katolików.

Mieszkańcy południa byli głównie Flamandami i Walonami. Oba narody były tradycyjnie rzymskokatolickie, w przeciwieństwie do zdominowanych przez protestantów mieszkańców północy. Wielu zdeklarowanych liberałów uważało rządy króla Wilhelma I za despotyczne. Wśród klasy robotniczej panował wysoki poziom bezrobocia i niezadowolenia.

25 sierpnia 1830 r. w Brukseli wybuchły zamieszki, splądrowano sklepy. Do tłumu dołączyli widzowie teatralni, którzy wychodzili z teatru po obejrzeniu opery La muette de Portici (Niemowa z Portici), o nacjonalistycznym wydźwięku. Powstanie objęło również inne części kraju. Fabryki były okupowane, a maszyny niszczone. Porządek został przywrócony na krótko po tym, jak wysłano wojsko Wilhelma do południowych prowincji, ale zamieszki trwały nadal, a przywództwo przejęli radykałowie, którzy zaczęli nawoływać do secesji.

W jednostkach holenderskich doszło do masowych dezercji rekrutów z południowych prowincji, co zmusiło je do wycofania się. Stany Generalne w Brukseli głosowały za secesją i ogłosiły niepodległość. W następstwie zebrał się Kongres Narodowy. Król Wilhelm powstrzymał się od działań militarnych i zaapelował do wielkich mocarstw. Konferencja londyńska głównych mocarstw europejskich z 1830 roku uznała niepodległość Belgii.

W listopadzie 1830 r. konferencja londyńska 1830 roku, czyli „kongres belgijski” (składający się z delegatów z Wielkiej Brytanii, Francji, Rosji, Prus i Austrii) zarządziła 4 listopada zawieszenie broni. Pod koniec listopada Wielka Brytania i Francja wystąpiły z propozycją: żadnej interwencji wojskowej i ustanowienie niezależnego królestwa Belgii – co zostało zaakceptowane przez pozostałych trzech bardziej konserwatywnych uczestników, którzy opowiadali się za interwencją wojskową w celu przywrócenia absolutystycznego reżimu Wilhelma I. W protokole podpisanym 20 stycznia 1831 r. stwierdzono, że w Belgia zostanie utworzona z regionów nienależących w 1790 roku do Północy. Nowe królestwo będzie zobowiązane do zachowania neutralności w stosunkach zagranicznych. Brytyjski minister spraw zagranicznych Lord Palmerston zdecydowanie poparł księcia Orańskiego jako nowego króla, wybór, który utrzymałby dynastyczny związek między Holandią a nowym królestwem. Książę okazał się nie do przyjęcia dla swego ojca – Wilhelma I, a także dla Francuzów, którzy chcieli wyraźnego zerwania z Holandią. W końcu Palmerston przedstawił swojego kandydata drugiego wyboru, Leopolda I z dynastii Saxe-Coburg – wdowca po księżniczce Charlotte z Walii i wielbiciela brytyjskiego modelu konstytucyjnego – który został zaakceptowany przez wszystkich. 21 lipca 1831 roku odbyła się inauguracja rządów pierwszego „króla Belgów”. Dzień przyjęcia przez niego konstytucji – 21 lipca 1831 r. – jest świętem narodowym Belgi. Holendrzy, podpisując traktat londyński, zaakceptowali decyzję konferencji londyńskiej i w 1839 roku uznali niepodległość Belgii.

1, 2 i 3 – Zjednoczone Królestwo Niderlandów do 1830 roku; 1 i 2 – Królestwo Holandii po 1830 roku; 2 Księstwo Limburgii (1839-1867) (w Niemieckiej Konfederacji po 1839 roku jako rekompensata za Waals-Luksemburg); 3 i 4 – Królestwo Belgii po 1830 roku; 4 i 5 – Wielkie Księstwo Luksemburga (granice do 1830 roku); 4 – Prowincja Luksemburska (Waals-Luksemburg do Belgii w 1838); 5 – Wielkie Księstwo Luksemburga (Niemiecki Luksemburg, granice po 1839 roku). Na niebiesko granice Niemieckiej Konfederacji.

Źródło: angielska Wikipedia.

Rewolucja przemysłowa

Większość społeczeństwa belgijskiego była konserwatywna, zwłaszcza na wsi, a edukacja była na niskim poziomie. Niewiele osób sądziło się, że Belgia – z pozoru „gnuśny” i „uśpiony kulturowo” bastion tradycjonalizmu – stanie na czele rewolucji przemysłowej na kontynencie. Mimo to stała się ona drugim, po Wielkiej Brytanii, krajem, w którym miała miejsce rewolucja przemysłowa. Rozwinęła się w otwartą gospodarkę, skoncentrowaną na eksporcie produktów przemysłowych z silnymi powiązaniami między sektorem bankowym a przemysłem. Belgia nadała tempo całej Europie kontynentalnej, pozostawiając w tyle Holandię.

Uprzemysłowienie miało miejsce w Walonii (francuskojęzyczna południowa Belgia), począwszy od połowy lat dwudziestych XIX wieku, a zwłaszcza po 1830 roku. Głównym czynnikiem przyciągającym przedsiębiorców była dostępność taniego węgla. Na obszarach wydobycia węgla w okolicach Liège i Charleroi zbudowano wielkie piece koksownicze i walcownie. Liderem był Anglik John Cockerill. Jego fabryki w Seraing, już w 1825 roku, zintegrowały wszystkie etapy produkcji, od inżynierii po dostawy surowców.

Tani i łatwo dostępny węgiel przyciągał firmy produkujące metale i szkło, których produkcja wymagała znacznych ilości węgla, dlatego regiony wokół pól węglowych stały się silnie uprzemysłowione. Sillon industriel (Industrial Valley), a w szczególności Pays Noir (Czarny Kraj) wokół Charleroi, były ośrodkiem przemysłu stalowego aż do drugiej wojny światowej.

Pierwsza wojna światowa (1914-1918)

Belgia miała dobrze prosperującą gospodarkę na początku wojny, ale po czterech latach okupacji stała się bardzo biednym krajem. Chociaż w samej Belgii zginęło mało ludzi, to Niemcy „brutalnie i skutecznie ogołocili kraj. Maszyny, części zamienne, całe fabryki łącznie z dachami zniknęły na wschodzie. W 1919 roku było 80% bezrobocie”.

W trakcie wojny Belgia stanęła w obliczu kryzysu żywnościowego, a międzynarodową pomoc zorganizował amerykański inżynier Herbert Hoover. Było to wydarzenie bez precedensu w historii świata. Komisja Hoovera ds. Pomocy dla Belgii (CRB) miała pozwolenie Niemiec i aliantów. Jako przewodniczący CRB Hoover współpracował z liderem belgijskiego Comité National de Secours et d’Alimentation (CNSA), Émile Francqui w celu wyżywienia całego narodu w czasie wojny. CRB pozyskiwała i importowała miliony ton żywności dla CN do dystrybucji i czuwała nad CN, aby upewnić się, że armia niemiecka nie przywłaszczyła żywności. CRB stała się prawdziwą niezależną republiką pomocy, z własną flagą, marynarką wojenną, fabrykami, młynami i kolejami. Prywatne darowizny i dotacje rządowe (78%) zapewniły budżet w wysokości 11 milionów dolarów miesięcznie.

Belgia została zniszczona, nie tyle w wyniku działań wojennych, co raczej w wyniku zrabowania przez Niemców cennych maszyn. Pozostało tylko 81 sprawnych lokomotyw z 3470 dostępnych w 1914 roku. 46 z 51 hut zostało uszkodzonych, a 26 całkowicie zniszczonych. Ponad 100 000 domów zostało zburzonych. Degradacji uległo ponad 120 000 hektarów pól uprawnych. Jednak pomimo tego Belgia zaskakująco szybko podniosła się z ekonomicznej zapaści. Pierwsze powojenne igrzyska olimpijskie odbyły się w Antwerpii w 1920 r. W 1921 r. Luksemburg utworzył unię celną z Belgią.

Okres po II wojnie światowej – belgijski „cud gospodarczy”

W latach 1945–1975 keynesowska teoria ekonomii dominowała w polityce całej Europy Zachodniej, co miało szczególny wpływ na Belgię. Po wojnie rząd anulował długi Belgii. To właśnie w tym okresie powstały znane belgijskie autostrady. Odnotowano znaczny wzrost gospodarczy i wzrost średniego poziomu życia. Jak zauważył Robert Gildea: „Polityka społeczna i gospodarcza miała na celu przywrócenie liberalnego kapitalizmu, złagodzonego przez reformy społeczne, jakie przygotowywano w czasie wojny. Związki zawodowe były również zaangażowane w politykę cenową i płacową w celu obniżenia inflacji, a to, wraz z wykorzystaniem przez aliantów Antwerpii jako głównego punktu zaopatrzenia wojennego, spowodowało tak zwany belgijski cud gospodarczy połączony z wysokimi płacami”. Belgijscy robotnicy zarabiali o 50% więcej niż ich włoscy odpowiednicy i o 40% więcej niż – holenderscy.

W sferze ekonomii II wojna światowa stanowi punkt zwrotny. Ponieważ Flandria została mocno zdewastowana podczas wojny i była, od powstania belgijskiego, w dużej mierze rolnicza, najbardziej skorzystała na planie Marshalla. Jej pozycja jako zacofanego gospodarczo regionu rolniczego oznaczała, że otrzymała wsparcie od Unii Europejskiej i jej poprzedników, z racji członkostwa Belgii w tych organizacjach. W tym samym czasie Walonia przeżywała powolny względny upadek, ponieważ popyt na produkty jej kopalń i młynów był mniejszy. Równowaga gospodarcza między dwiema częściami kraju od zakończenia II wojny światowej ulega zachwianiu: Walonia traci, Flandria – zyskuje.

Strajk generalny 1960-61

W grudniu 1960 roku, w okresie zawirowań po Drugiej Wojnie Szkolnej, Walonię ogarnął strajk generalny w odpowiedzi na ogólny upadek produkcji walońskiej, ale odniósł on sukces tylko w Walonii. Robotnicy walońscy oprócz reform strukturalnych domagali się federalizmu. Mimo że strajk miał być ogólnokrajowy, flamandzcy robotnicy wydawali się niechętni do jego poparcia.

Strajkowi przewodził André Renard, założyciel „renardyzmu”, który łączył wojujący socjalizm z walońskim nacjonalizmem. Historyczka Renée Fox tak opisała alienację Walonii:

Na początku lat 60. (…) następował zasadniczy zwrot w stosunkach między Flandrią a Walonią. Flandria weszła w energiczny okres industrializacji po II wojnie światowej, a znaczny procent kapitału zagranicznego (zwłaszcza ze Stanów Zjednoczonych), napływającego do Belgii w celu wspierania nowych gałęzi przemysłu, był inwestowany we Flandrii. Z kolei kopalnie węgla w Walonii oraz wysłużone huty i stalownie przeżywały kryzys. Region stracił tysiące miejsc pracy i znaczną część kapitału inwestycyjnego. Nowa niderlandzkojęzyczna, pnąca się w górę „populistyczna burżuazja” stawała się nie tylko widoczna i głośna w ruchach flamandzkich, ale także w polityce lokalnej i krajowej… Strajk z grudnia 1960 roku przeciwko prawu oszczędnościowemu Gastona Eyskensa, został zastąpiony zbiorowym wyrażeniem frustracji, niepokojów i skarg, których doświadczała Walonia w odpowiedzi na jej pogarszającą się sytuację gospodarczą oraz przez żądania nowo utworzonego Walońskiego Ruchu Ludowego o… autonomię regionalną dla Walonii…

Wojny językowe

Temu flamandzkiemu odrodzeniu towarzyszyło odpowiednie przeniesienie władzy politycznej na Flamandów, którzy stanowili większość – około 60% populacji. Oficjalne holenderskie tłumaczenie konstytucji zostało zaakceptowane dopiero w 1967 roku.

Wojny językowe osiągnęły punkt kulminacyjny w 1968 roku wraz z podziałem Katolickiego Uniwersytetu w Leuven według języków na Katholieke Universiteit Leuven i Université Catholique de Louvain. Z tego powodu upadł w 1968 roku rząd Paula Vandena Boeynantsa.

Powstanie państwa federalnego

Dalsze spory językowe sprawiły, że kolejne rządy belgijskie stały się bardzo niestabilne. Trzy główne partie (liberalna – prawicowa, katolicka – centrowa i socjalistyczna – lewicowa) podzieliły się na dwie części w zależności od francusko- lub niderlandzkojęzycznego elektoratu. Granicę językową określiła pierwsza ustawa Gilsona z 8 listopada 1962 roku. Zmodyfikowano granice niektórych prowincji, okręgów i gmin (m.in. Mouscron stało się częścią Hainaut, a Voeren – częścią Limburgii), a ułatwienia dla mniejszości językowych zostały wprowadzone w 25 gminach. 2 sierpnia 1963 r. weszła w życie druga ustawa Gilsona, ustalająca podział Belgii na cztery obszary językowe: niderlandzki, francuski i niemiecki, z Brukselą jako obszarem dwujęzycznym.

Podział Brabancji na Brabancję flamandzką (żółty), Brabancję walońską (czerwony) i Region Stołeczny Brukseli (pomarańczowy) w 1995 roku; źródło: angielska Wikipedia.

W 1970 r. nastąpiła pierwsza reforma państwa, w wyniku której powstały trzy wspólnoty kulturowe: holenderska wspólnota kulturalna, francuska wspólnota kulturalna i niemiecka wspólnota kulturalna. Reforma ta była odpowiedzią na flamandzkie żądanie autonomii kulturalnej. Rewizja konstytucji z 1970 r. położyła również podwaliny pod utworzenie trzech Regionów, co było odpowiedzią na postulaty Walonów i francuskojęzycznych mieszkańców Brukseli w sprawie utworzenia autonomii gospodarczej.

Druga reforma państwa miała miejsce w 1980 r., kiedy wspólnoty kulturowe stały się Wspólnotami. Wspólnoty przejęły kompetencje wspólnot kulturowych w sprawach kultury i stały się odpowiedzialne za „sprawy dotyczące osoby”, takie jak polityka zdrowotna i młodzieżowa. Odtąd te trzy wspólnoty były znane jako Wspólnota Flamandzka, Wspólnota Francuska i Wspólnota Niemieckojęzyczna. W 1980 r. utworzono również dwa regiony: Region Flamandzki i Region Waloński. Jednak we Flandrii w 1980 r. podjęto decyzję o natychmiastowym połączeniu instytucji Wspólnoty i Regionu. Chociaż utworzenie regionu brukselskiego przewidziano w 1970 roku, to region stołeczny Brukseli powstał dopiero po trzeciej reformie państwa.

Podczas trzeciej reformy państwowej w 1988 i 1989 roku, pod rządami premiera Wilfrieda Martensa, utworzono Region Stołeczny Brukseli z własnymi instytucjami regionalnymi, a także holenderskimi i francuskimi instytucjami do spraw wspólnotowych. Region stołeczny Brukseli pozostał ograniczony do 19 gmin. Inne zmiany obejmowały rozszerzenie kompetencji Wspólnot i Regionów. Jednym z wartych uwagi obowiązków, które zostały przeniesione na Wspólnoty podczas reformy państwa trzeciego, była edukacja.

Czwarta reforma państwowa, która miała miejsce w 1993 r. za premiera Jeana-Luca Dehaene’a, skonsolidowała poprzednie reformy państwowe i przekształciła Belgię w pełnoprawne państwo federalne. Pierwszy artykuł belgijskiej konstytucji został zmieniony i brzmi następująco: „Belgia jest państwem federalnym składającym się ze wspólnot i regionów”. Podczas czwartej reformy państwa ponownie rozszerzono zakres odpowiedzialności Wspólnot i Regionów, zwiększono ich zasoby i rozszerzono ich kompetencje fiskalne. Inne ważne zmiany obejmowały bezpośrednie wybory parlamentów wspólnot i regionów, podział prowincji Brabancja na Brabancję Flamandzką i Brabancję Walońską oraz reformę dwuizbowego systemu parlamentu federalnego i stosunków między parlamentem federalnym a rządem federalnym. Pierwsze bezpośrednie wybory do parlamentów Gmin i Regionów odbyły się 21 maja 1995 roku.

Jednak czwarta reforma państwa nie zakończyła procesu federalizacji. W 2001 r. miała miejsce piąta reforma państwa, pod rządami premiera Guya Verhofstadta, na mocy porozumień z Lambermont i Lombard. W ramach tej reformy wspólnotom i regionom przekazano więcej uprawnień w zakresie rolnictwa, rybołówstwa, handlu zagranicznego, współpracy na rzecz rozwoju, kontroli wydatków wyborczych i dodatkowego finansowania partii politycznych. Regiony stały się odpowiedzialne za dwanaście podatków regionalnych, a władze lokalne i prowincjonalne stały się władzami Regionów. Pierwszymi wyborami samorządowymi i wojewódzkimi pod nadzorem Regionów były wybory samorządowe w 2006 roku. Funkcjonowanie brukselskich instytucji uległo również zmianie podczas piątej reformy państwowej, czego efektem było m. in. zagwarantowanie miejsca w Parlamencie Regionu Stołecznego Brukseli reprezentacji flamandzkich mieszkańców tego miasta.

Pod koniec 2011 roku, po najdłuższym kryzysie politycznym we współczesnej historii Belgii (589 dni bez rządu w 2010-2011 – przyp. W. L.), porozumienie konstytucyjne między czterema głównymi ugrupowaniami politycznymi (socjalistami, liberałami, partią chrześcijańsko-socjalną, ekologami), ale z wyłączeniem flamandzkich nacjonalistów, zapoczątkowało szóstą reformę państwa, która przewidywała istotne zmiany instytucjonalne i dodatkowe przeniesienie kompetencji ze szczebla federalnego na szczebel Wspólnot i Regionów. Między innymi Senat przestał być wybierany bezpośrednio i stał się zgromadzeniem parlamentów regionalnych. Region Stołeczny Brukseli otrzymał z mocy ustawy autonomię, a Regiony uzyskały uprawnienia w zakresie ekonomii, dotyczące zatrudnienia i opieki nad rodziną, a także większą autonomię fiskalną.

Wnioski

Kiedy zaczynałem pisać ten blog, to nie byłem pewny, czy znajdę odpowiedź na pytanie postawione na jego początku: Dlaczego stolicą unii stała się Bruksela? Odpowiedzi dostarcza ostatni jego fragment – Powstanie państwa federalnego. Belgia to unia europejska w miniaturze, a bardziej precyzyjnie, to model, który stanowi wzór do zastosowania w skali europejskiej tego wszystkiego, co wcześniej wprowadzono w Belgii. Oczywiście historia tego rejonu niejako determinowała wybór miejsca, w którym na przestrzeni wieków dokonywano różnych eksperymentów. To też jest miejsce, w którym ścierają się wpływy francuskie i niemieckie. Oba narody miały w swojej historii okresy dominacji na Europą. Tak więc Bruksela, krakowskim targiem, bardziej niż Paryż czy Berlin, nadawała się na stanie się stolicą zjednoczonej Europy, choć coraz częściej słyszy się określenie Europy regionów, a więc Europa podąża ślad w ślad za Belgią.

To, co mnie zastanowiło, to sankcja pragmatyczna z 1549 roku, wydana przez Karola V Habsburga, który praktycznie zrzekł się zwierzchnictwa nad całymi Niderlandami. Przypadek chyba bezprecedensowy w historii, by monarcha dobrowolnie zrezygnował z wpływu na swoje posiadłości. Jak to było możliwe? W blogu „Peru” pisałem: Tereny Wenezueli oddał w 1529 roku, jako spłatę długów, Karol V Habsburg augsburskim bankierom rodziny Welser. Czyżby kolejne długi zmusiły go do podjęcia takiej decyzji?

Jedną z przyczyn belgijskiej rewolucji było to, że bogata katolicka Walonia nie chciała utrzymywać biedniejszej i zadłużonej protestanckiej Holandii. Walonia stała się bogata, bo Napoleon otworzył dla niej rynek francuski, a poza tym zarabiała na dostawach dla jego armii. Później role odwróciły się i katolicka w swoich korzeniach Flandria zarabiała w czasie II wojny światowej na dostawach dla wojsk alianckich, a po wojnie została objęta planem Marshalla ze względu na zniszczenia wojenne. Także dotacje unijne trafiały głównie do Flandrii. I w ten sposób katolicka Walonia zbiedniała, a katolicka Flandria rozwija się i bogaci się. I ta Flandria chce się odłączyć od biedniejszej Walonii, tak jak wcześniej bogata Walonia odłączyła się od biedniejszej Holandii.

Przykład Belgii i jej historii pokazuje, że o bogactwie nie decyduje wyznanie i nie to, czy ktoś jest pracowity, bo jest pracowity, gdy widzi, że są efekty jego pracy, a jak nie ma, to nie jest pracowity. Człowiek na ogól zachowuje się racjonalnie. O wszystkim decyduje dopływ pieniędzy i dopuszczenie do rynków zbytu. Obecnie jest tak, że kraje protestanckie są bogatsze od katolickich, bo dostają pieniądze i mają dostęp do rynków zbytu. Protestantyzm to taki na poły judaizm i stąd taka hojność Żydów wobec protestantów.

Kolejny krok

W kolejnym odcinku nr 606 zatytułowanym Doradca Prezydenta Ukrainy: Polacy zgodzili się zapomnieć Rzeź Wołyńską na swoim kanale Podkast Polityczny Leszek Sykulski omawia wywiad, jakiego udzielił doradca prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełeńskiego Aleksij Arestowicz rosyjskiej dziennikarce Julii Łatyninie. Poniżej fragmenty jego komentarza:

»W środę 9 listopada 2022 roku jeden z doradców prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełeńskiego Aleksij Arestowicz udzielił wywiadu rosyjskiej pisarce i dziennikarce Julii Łatyninie. Wywiad ten był transmitowany na żywo na kanale Łatyniny na YouTube i do dziś, do 14 listopada, ma już ponad 400 tys. wyświetleń. W wywiadzie tym poruszono wiele spraw, ale Sykulski skupił się na polskim wątku, ponieważ w wywiadzie tym padły bardzo kontrowersyjne słowa. Polskie media głównego nurtu skoncentrowały się na wypowiedzi Arestowicza o pomocy, jakiej Polska udziela Ukrainie. Natomiast jest tu o wiele ciekawszy fragment, dotyczący trudnej przeszłości polsko-ukraińskiej.

Sykulski cytuje fragment tej wypowiedzi: „Polacy zgodzili się zapomnieć tzw. rzeź wołyńską i wszystkie problemy, jakie między nami były. Oni powiedzieli, że zamknięcie tej karty historii daje szansę zbudowania nowych stosunków. Oni wycofali wszystkie pretensje. My o tym nie rozmawiamy. To wielki krok, ponieważ w pamięci polskiego narodu była to bardzo trudna karta. To, jak niełatwo było to odrzucić, to jeszcze jeden przykład wartości ludzkich w skali narodu i dalekowzroczności polskiego kierownictwa”.

Wypowiedź Arestowicza jest skandaliczna, podkreśla Sykulski, bo nazywanie ludobójstwa wołyńskiego „tzw. rzezią wołyńską”, czy mówienie o tym, że była to w pamięci polskiego narodu bardzo trudna karta, zupełnie przemilczając kwestię pamięci historycznej ukraińskiej, nie traktując tego w ogóle jako trudnej karty w pamięci ukraińskiej, jest absolutnie skandaliczne i bardzo dobrze zresztą oddaje podejście ukraińskiego establishmentu do historii, do, także, kultu zbrodniarzy z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Natomiast to, co jest bardzo istotne, to fakt, czy rzeczywiście doszło do pewnego porozumienia pomiędzy władzami Ukrainy i Polski na temat „zapomnienia o tej karcie historii”, o tym ludobójstwie. Jeżeli tutaj rzeczywiście doszło do tego, co Arestowicz nazywa dalekowzrocznością polskiego kierownictwa, no to należało by absolutnie podkreślić, że byłaby to zdrada narodowa, zdrada polskiej racji stanu. Warto dziś zapytać rządzących, czy rzeczywiście doszło do jakiegoś porozumienia w tym zakresie ze stroną ukraińską. Jeśli tak, to sprawa jest oczywista – doszło do zdrady narodowej. Absolutnie nie można zgadzać się na taką narrację, że ponieważ Ukraina walczy z Rosją, więc nie powinniśmy w ogóle mówić o ludobójstwie na Polakach, że możemy sobie do tego wrócić po wojnie, ewentualnie.

W tej wypowiedzi Arestowicza, oprócz wątków historycznych, pada także kwestia przyszłości Europy środkowo-wschodniej. Arestowicz mówi o tym, że obecnie Ukraina pretenduje do silniejszej roli, silniejszej pozycji w Europie wschodniej i mówi o tym, że Ukraińcy potrzebują silniejszej kooperacji z Polską i dodaje, że chodzi mu o takie literalne rozumienie tej ścisłej kooperacji: „w składzie jednego bardzo trwałego związku, który pozwoli ustanowić nowe prawa gry w Europie wschodniej”. To jest bardzo ciekawe stwierdzenie, czyli mówi się o jakimś bardzo trwałym związku we wschodniej części Europy. No i jest pytanie o jaką formę tego związku może chodzić. Arestowicz dodaje, że zaprasza także kraje bałtyckie, z którymi, jak to określa, jesteśmy w bliskich związkach plus „ jeszcze przyszłą Białoruś”.

Widać tutaj bardzo wyraźnie, że Arestowicz, który jest podpułkownikiem sił zbrojnych Ukrainy, jest byłym oficerem służb specjalnych tego państwa, konkretnie – głównego zarządu wywiadu, jest absolwentem Odeskiego Instytutu Wojskowego – jest to niewątpliwie człowiek dobrze poinformowany, człowiek ustosunkowany, jeśli chodzi o establishment ukraiński, ukraińskie służby specjalne. No i myślę oczywiście, że coś jest na rzeczy. Nie jest przypadkiem takie sondowanie reakcji zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce. To mówienie o przyszłej Białorusi też może wskazywać na jakieś plany zmiany systemu politycznego na Białorusi. Pytanie, czy robione oddolnie, wewnętrznie na Białorusi, czy przy pomocy czynników zewnętrznych.

Faktem jest, że Arestowicz jest człowiekiem wpływowym i jest to człowiek, który wie, co mówi, no i warto zapytać, czy polscy politycy zgadzają się z tego typu planami. Zresztą widzimy, że w Polsce też się wypuszcza tego typu balony próbne, taka próba sondowania opinii publicznej na temat jakiejś formy związku państwowego z Ukrainą. Tutaj mówi się sporo o tym Ukropolu, zresztą także różnego rodzaju think tanki, finansowane z zagranicy, próbują przedstawić to Polakom jako świetlaną przyszłość, że ta federacja polsko-ukraińska byłaby rzeczywiście czymś świetnym i zgodnym z polską racją stanu. Ja osobiście uważam, że było by to absolutnie sprzeczne z polską racją stanu, a przede wszystkim z polskim interesem narodowym. Polaków nikt nie pyta, czy chcieliby żyć w kraju wielonarodowym, takim konglomeracie etnicznym, religijnym czy wielocywilizacyjnym. Myślę, że przede wszystkim należało by zadać pytanie samym Polakom, a nie podejmować decyzje zakulisowo.

Reasumując, należy uznać wypowiedź doradcy prezydenta Ukrainy za absolutnie skandaliczną i należy oczekiwać wyjaśnień ze strony rządu w Warszawie, tak abyśmy mieli pełną jasność, w którą stronę zmierzają nawigatorzy państwa polskiego. Jakie wektory zostały obrane, realne wektory w polityce zagranicznej i polityce bezpieczeństwa i czy nie próbuje się za plecami obywateli podejmować jakichś dalekosiężnych istotnych decyzji geopolitycznych, które będą rzutowały na bezpieczeństwo państwa polskiego i jego obywateli. A byłyby to decyzje niekonsultowane z obywatelami.«

W Wikipedii można przeczytać, że Julija Łatynina jest rosyjską dziennikarką i pisarką, autorką powieści fantasy i sensacyjnych, których akcja toczy się we współczesnej Rosji. Pracuje w stacji radiowej Echo Moskwy, publikuje m.in. w The Moscow Times. Nie jest więc żadną opozycyjną dziennikarką i mieszka w Moskwie. I takiej osobie doradca prezydenta Ukrainy udziela wywiadu. Trochę to dziwne. Jeszcze rozumiałbym, gdyby dziennikarz ukraiński rozmawiał z rosyjskim, ale wysokiej rangi państwowy funkcjonariusz ukraiński rozmawia z dziennikarką państwa, które prowadzi z jego krajem wojnę. No ale cóż? Skoro ta wojna jest ustawką, to dlaczego nie?

Sykulski po raz kolejny komentuje tak, jakby nie wiedział, że cały ten polski rząd nie jest polskim. Ostatni polski rząd to był Władysław Łokietek, bo już jego syn – Kazimierz Wielki odcinał tylko kupony od tego, czego dokonał jego ojciec. Polska, jako państwo, skończyła się wraz z unią personalną polsko-węgierską. Ludwik Węgierski z dynastii Andegawenów nadał szlachcie w 1374 roku przywilej koszycki i od tego momentu zaczęło się osłabianie państwa polskiego. A w tym czasie Kapetyngowie we Francji, których boczną linią byli Andegawenowie, brali wszystko za mordę i wprowadzali władzę absolutną.

Od czasu unii personalnej z Litwą wschód zdominował Polskę, bo Wielkie Księstwo Litewskie było znacznie potężniejszym państwem niż Korona Królestwa Polskiego i miała potężniejszych magnatów-feudałów niż Korona. Żeby ukryć ten fakt i stwarzać pozory, że to jednak Korona dominuje, to bezpośrednio przed unią lubelską włączono do Korony województwo podlaskie, wołyńskie i Kijowszczyznę. I jak się spojrzało na mapę, to faktycznie Korona zrobiła się wielka, a Wielkie Księstwo Litewskie stało się Małym Księstwem Litewskim.

I ten stan trwa do dziś: wschodni element, udający Polaków, rządzi, ale to Polacy są wszystkiemu winni – temu, że to państwo jest takie, jakie jest. Ten wschodni element nigdy nie stracił swojej dominującej pozycji i nie spolonizował się. Owszem, niektórzy przeszli na katolicyzm, wszyscy zaakceptowali język i to wszystko. Te masy Ukraińców, które przesiedlono na tzw. Ziemie Odzyskane nadal są Ukraińcami i bliższy jest im interes Ukrainy niż Polski. I to oni, dominujący w polskiej polityce, za przyzwoleniem i pod kontrolą Żydów, są właśnie tymi sługami narodu ukraińskiego. I prawdę mówią: rządzący są sługami swego narodu. To są Ukraińcy i służą narodowi ukraińskiemu. Przekaz jest tak jasny i czytelny, że już bardziej czytelny być nie może. Tyle że ani Sykulski, który stroi się w piórka patrioty, a faktycznie prowadzi swoją kampanię wyborczą, ani nikt inny nie powie o tym wprost.

Mówi też Sykulski, że federacja polsko-ukraińska nie jest zgodna z polską racją stanu i polskim interesem narodowym i nikt nie pyta Polaków, czy chcieliby żyć w kraju wielonarodowym, takim konglomeracie etnicznym i religijnym. Problem polega na tym, że Polska jest takim konglomeratem, a uczyniły ją nim powojenne przesiedlenia mniejszości kresowych i przyjazd nie mniejszej ilości Żydów wraz z Armią Czerwoną. To, że o tym w PRL-u nie mówiono, to nie znaczy, że tego nie było. Ideologią PRL-u był narodowy socjalizm: jedno państwo, jeden naród, jedna partia. I większość Polaków w to uwierzyła i do dziś wierzy.

Ten kraj, to nie jest żadna Polska, to Ukraina bis, bo Ukraińcy są tu obywatelami, którzy są uprzywilejowani w stosunku do Polaków, a skoro tak, to znaczy, że Polacy są dyskryminowani. Nie należy jednak zapominać o tym, że nad tymi Ukraińcami ktoś jest i bez tego kogoś to wszystko, czego obecnie doświadczamy, nie byłoby możliwe. Ukraińcy są tu tylko narzędziem.

Arestowicz wspomniał o tym, o czym jakiś czas temu mówił Jaki. Z tym, że Jaki mówił o połączeniu Polski z Ukrainą i może, w przyszłości, z Białorusią, a Arestowicz dodaje jeszcze kraje bałtyckie. A więc mamy postęp i tu już nie ma najmniejszej wątpliwości, że chodzi o odtworzenie I RP i to w jej największym zasięgu terytorialnym. A skoro tak, to Polska musi wyjść z unii, o czym już otwartym tekstem wspomniał ostatnio Kaczyński.

Póki co, jesteśmy jeszcze w unii i NATO, które to NATO miało nam zapewnić bezpieczeństwo, aż tu nagle – bum! Spadła rakieta na terytorium Polski, na rzadko zaludniony obszar i trafiła w suszarnię zbóż. Ja rozumiem, że jak rakieta spada na miasto, to prawdopodobieństwo, że nie zniszczy żadnego budynku jest praktycznie zerowe, ale w rzadko zaludnionym obszarze trafienie w jakiś budynek przez rakietę, której celem była inna rakieta?… Tak jakoś dziwnie, ale od razu przypomniała mi się prowokacja gliwicka. Cóż? Prawdy zapewne nie dowiemy się. Spekulować też nie ma sensu z braku rzetelnych informacji, ale jedno jest pewne: Polska, czyli Ukraina bis, jest w coraz bardziej ordynarny sposób wciągana do wojny. Ordynarny, bo zginęli niewinni ludzie.

Racja stanu

W odcinku nr 605 swojego Podkastu Geopolitycznego z dnia 11 listopada geopolityk, Leszek Sykulski, omawia kulisy pewnego zjazdu. Odcinek nosi tytuł: Zjazd w Jabłonnie – Realna rosyjska opozycja czy prowokacja służb? Autor informuje w nim m.in. o tym, że:

W dniach 4-7 listopada 2022 w Jabłonnie pod Warszawą grupa rosyjskich działaczy zorganizowała tzw. I Zjazd Deputowanych Ludowych. Zjazd ten został, przynajmniej oficjalnie, zorganizowany prze Ilię Ponomariowa, byłego rosyjskiego deputowanego do Dumy z obwodu nowosybirskiego. Od 2014 roku przebywa na emigracji. Początkowo w Stanach Zjednoczonych, a następnie na Ukrainie, gdzie w 2019 roku otrzymał obywatelstwo ukraińskie. Deputowanym Dumy był w latach 2007-2016. W 2013 roki postawiono mu zarzuty o defraudację kilkuset tysięcy dolarów z fundacji „Skołkowo”, co było przyczyną jego wyjazdu z kraju. Na tym zjeździe padły bardzo mocne słowa m.in. nakłanianie do zabójstwa Władymira Putina i do wywołania powstania zbrojnego w Federacji Rosyjskiej.

Pierwsze pytanie, które nasuwa się to, w czyim interesie było zorganizowanie tego spotkania? W czyim interesie i dlaczego zorganizowano to spotkane w Polsce, a nie – w innym kraju, chociażby zachodniej Europy? Pada też pytanie, kto finansował to całe zdarzenie i kto je ochraniał?

Brakowało na tym spotkaniu silnej i liczącej się opozycji rosyjskiej, która odżegnywała się od tej inicjatywy i oświadczyła, że działania Ponomariowa mają na celu wspieranie aktów terrorystycznych i są etycznie niedopuszczalne, co więcej dyskredytują ruch opozycyjny w oczach społeczeństwa rosyjskiego. To oświadczenie wskazuje, że część rosyjskiej opozycji uważa Ponomariowa za prowokatora i wichrzyciela.

Na zjeździe tym zabrał głos deputowany ukraińskiej Rady Najwyższej Oleksij Honczarenko: „Macie teraz przed sobą pierwsze zadanie – zabić dyktatora, zabić Putina. Zadanie drugie to stworzenie armii wyzwoleńczej. Wypędzimy armię rosyjską z naszego terytorium, ale to nie wszystko. W waszych rękach jest dokończenie wyzwolenia waszego kraju”.

Mamy tu do czynienia z naruszeniem nie tylko polskiego kodeksu karnego, ale także prawa międzynarodowego. Nawoływanie do zabójstwa głowy państwa jest karalne. Odbywa się to w murach Polskiej Akademii Nauk czy pałacyku zarządzanym przez PAN. Dzieje się to przy aprobacie polskich władz, polskich służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo wewnętrzne – padają nawoływania do zabójstwa prezydenta Rosji. No i pytanie, w czyim interesie? Czy Polska, wysuwając się na przód, wysuwając się jako ten zderzak strategiczny i dopuszczając organizację tego typu konferencji, tak naprawdę nie podsyca napięcia w regionie? To jest fundamentalne pytanie. Pytanie czy Ponomariow jest człowiekiem sterowanym? Czy jego pobyt w Stanach Zjednoczonych nie zakończył się nawiązaniem ściślejszej współpracy z przedstawicielami tego państwa? Czy jego pobyt na Ukrainie też nie wiązał się z nawiązaniem ściślejszych relacji z organami państwowymi Ukrainy. I pytanie, jaką rolę odgrywa na terytorium Polski? No bo działając z terytorium Polski i organizując taki zjazd, w którym nawołuje się do stworzenia jakichś grup terrorystycznych, jakichś grup dywersyjnych, nawołuje się do zabicia prezydenta Rosji – to wszystko niewątpliwie naraża państwo polskie na działania odwetowe, chociażby ze strony Federacji Rosyjskiej.

W tym kontekście warto przybliżyć kilka postaci, które były uczestnikami tego zjazdu. Jedną z najciekawszych był Gienadij Gutkow, pułkownik Federalnej Służby Bezpieczeństwa w stanie spoczynku. Pytanie, co robi pułkownik FSB w Polsce wśród opozycjonistów, wśród emigracji rosyjskiej? Czy to nie jest gra rosyjskich służb specjalnych? Znamy z historii przykłady organizowania fikcyjnych organizacji opozycyjnych po to, by infiltrować emigrację rosyjską, po to, aby infiltrować zachodnie służby specjalne.

Wśród uczestników był też Piotr Carkow, były deputowany moskiewskiego okręgu krasnosielskiego, były deputowany rosyjskiej Dumy Arkadij Jarkowski, czy chociażby profesor Jelena Łukianowa – prawniczka. Przede wszystkim zwraca uwagę fakt, że nawet wśród tych uczestników owej konferencji nie było jednomyślności. Doszło do spięcia między Niną Bielajewą, byłą deputowaną Rady Wiejskiej, która ścięła się z Ponomariowem. Doszło też do pewnego votum separatum Jeleny Łukianowej, jeśli chodzi o część procedowanych kwestii. Widać tak naprawdę, że Ilia Ponomariow nie jest żadnym liczącym się liderem środowisk opozycyjnych. Jest to człowiek, który kanalizuje część zainteresowania opozycją, emigracją rosyjską, zwłaszcza kanalizuje część tego zainteresowania w państwach NATO i unii europejskiej, a także oczywiście Ukrainy. Jeśli przyjrzymy się, do kogo jest adresowane przesłanie tego całego zjazdu, to przede wszystkim wymienia społeczeństwo Ukrainy, społeczeństwo unii europejskiej czy też – szeroko pojętego Zachodu. Wspomina też o społeczeństwie rosyjskim, ale doskonale wiemy, że nie ma żadnego przełożenia, rezonansu w mediach rosyjskich czy w społeczeństwie rosyjskim.

Podczas tego zjazdu mówiono także sporo na temat wywołania potencjalnego powstania na terytorium Federacji Rosyjskiej. Natomiast to zbrojne powstanie było omawiane dosyć mgliście, ponieważ priorytet dawano służbie w ukraińskich formacjach zbrojnych.

Faktem jest, że ten zjazd był także przejawem wykorzystania terytorium państwa polskiego do działań dywersyjnych. No, nie pierwszy raz! W Podkaście Geopolitycznym omawiałem informacje oficjalnie podane przez telewizję Biełsat, hojnie sponsorowaną przez rząd polski, o tworzeniu grup dywersyjnych na terytorium naszego kraju, które mogą wziąć udział w operacjach specjalnych na terytorium Białorusi, czyli w działaniach dywersyjnych, terrorystycznych, wymierzonych przeciwko prezydentowi Łukaszence, przeciwko rządowi białoruskiemu.

Tego typu działalność jest obarczona ogromnym ryzykiem. Promowanie terroryzmu, promowanie różnych zamachów stanu, puczów jest niezgodne z prawem międzynarodowym i należy mieć to na uwadze. To sprowadza konkretne zagrożenie, ryzyko na bezpieczeństwo państwa polskiego i jego obywateli. W tym wypadku mówimy o zjeździe w Jabłonnie. Mieliśmy tu do czynienia z działaniem dywersyjnym, spiskowym, spiskiem politycznym, dywersją polityczną. Pytanie – robioną przez kogo i w czyim interesie, biorąc pod uwagę udział oficera rosyjskich służb specjalnych, biorąc pod uwagę fakt, że organizował to wszystko, przynajmniej sygnował swoim nazwiskiem, człowiek oskarżony o defraudację sporych pieniędzy na terenie Federacji Rosyjskiej.

To wszystko jest bardzo zastanawiające – człowiek, którego opozycjoniści w samej Rosji nie uważają za swego lidera. Natomiast niewątpliwie człowiek działający obecnie w interesie przynajmniej jednego państwa. Na pewno jest to państwo ukraińskie i niewątpliwie te cele, ten zjazd wpisywał się w cele ukraińskich służb specjalnych. Pytanie, co na to służby polskie, co na to władze państwa polskiego? Czy akceptują prowadzenie tego typu działań dywersyjnych? Czy akceptują to ryzyko i zagrożenie? Czy akceptują to, że państwo polskie może być postrzegane na arenie międzynarodowej jako sponsor terroryzmu, jako sponsor grup dywersyjnych, jako państwo, które zamiast mediować, jeszcze bardziej podsyca napięcie w regionie? Moim zdaniem ta cena jest zbyt wysoka i to ryzyko jest zbyt wysokie. Jest to absolutnie sprzeczne z polską racją stanu, z polskim interesem narodowym.

Tak to przedstawił Leszek Sykulski. Oczywiście nie jest to jego dosłowna wypowiedź, choć dosyć wierna, ale chodziło mi o zaakcentowanie głównych wątków i o samą informację, że taki zjazd miał miejsce.

„Mieliśmy tu do czynienia z działaniem dywersyjnym, spiskowym, spiskiem politycznym, dywersją polityczną. Pytanie – robioną przez kogo i w czyim interesie, biorąc pod uwagę udział oficera rosyjskich służb specjalnych, biorąc pod uwagę fakt, że organizował to wszystko, przynajmniej sygnował swoim nazwiskiem, człowiek oskarżony o defraudację sporych pieniędzy na terenie Federacji Rosyjskiej?”

Tak się zapytuje Leszek Sykulski. Oficer rosyjskich służb specjalnych wjeżdża sobie do Polski, do kraju, który jest prawie w stanie wojny z Rosją. Jak to możliwe? Ano możliwe. Cytat z mojego poprzedniego blogu:

„Bractwo nasze jest, zapewne czymś bliskim zakonu, ale stanowi zgromadzenie ludzi świeckich. Nie mamy ślubowań zakonnych (…). Zacny fratello Telesfor przebiega, nie bacząc na wszelkie restrykcje i przepisy graniczne, kraje italskie, jak i kiedy chce. Więcej ci on znaczy mimo swej pokory od wielu głów utytułowanych… (…). Były to czasy wcale nie tak znowu dawne, jak zaczął ten twój eks-kleryk być kimś. I dodam, że kimś w miejscach wcale poważnych i różnych. Nie zdziwię się, jeśli spotkam go w jednej legacji któregoś z mocarstw jako gościa, w innej znowu – niby piastującego urząd powierniczy.”

A może jeszcze cytat z blogu „17 września”:

„W chwili rozpoczęcia agresji ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku pomiędzy 2 a 3 w nocy, wezwany pilnie do Komisariatu Spraw Zagranicznych w Moskwie, otrzymał od zastępcy Ludowego Komisarza Spraw zagranicznych Władimira Potiomkina notę dyplomatyczną, w której ZSRR uzasadniał agresję na Polskę. Grzybowski noty nie przyjął.

Po nieudanej próbie zakwestionowania immunitetu dyplomatycznego przez władze ZSRR, opuścił on w październiku 1939 roku wraz z polskim personelem dyplomatycznym terytorium Związku Radzieckiego, po bezpośredniej interwencji dziekana korpusu dyplomatycznego w Moskwie, ambasadora III Rzeszy Friedricha von Schulenburga i ambasadora Królestwa Włoch Augusto Rosso. Tak pisze Wikipedia, powołując się na Jerzego Łojka i jego pracę Agresja 17 września. Ta sama Wikipedia informuje też, że Grzybowski był masonem. Więc to chyba wyjaśnia interwencję ambasadora III Rzeszy. Nawet towarzysze radzieccy musieli ulec. Po linii masońskiej znaczyło więcej niż po linii partyjnej, choć pewnie ci towarzysze też byli masonami.

Po zamachu majowym w 1926 roku była już inna Polska. W administracji państwowej, w dyplomacji i w wojsku pojawiają się ludzie Piłsudskiego. Wielu z ich to masoni. Czy można zatem dziwić się, że zachowywali się tak, jak się zachowywali. Bliżej im było do masonerii i jej celów niż do państwa i narodu polskiego. To musiało „zaowocować” w tym tragicznym wrześniu.”

Pyta jeszcze Sykulski:

„Pytanie, co na to służby polskie, co na to władze państwa polskiego? Czy prowadzenie tego typu działań dywersyjnych akceptują? Czy akceptują to ryzyko i zagrożenie? Czy akceptują to, że państwo polskie może być postrzegane na arenie międzynarodowej jako sponsor terroryzmu, jako sponsor grup dywersyjnych, jako państwo, które zamiast mediować, jeszcze bardziej podsyca napięcie w regionie? Moim zdaniem ta cena jest zbyt wysoka i to ryzyko jest zbyt wysokie. Jest to absolutnie sprzeczne z polską racją stanu, z polskim interesem narodowym.”

Oczywiście, że władze państwa polskiego akceptują to i dokładnie im o to chodzi, by państwo polskie było postrzegane na arenie międzynarodowej jako sponsor terroryzmu i grup dywersyjnych. O to, by był pretekst do likwidacji tego państwa i żeby inne państwa zaakceptowały to. A kiedy to zaakceptują? Ano wtedy, gdy takie państwo będzie, poprzez swoją politykę popierania terroryzmu, zagrażało ich bezpieczeństwu. Tu nic nie dzieje się przypadkiem. Wszystko jest dokładnie wyreżyserowane.

Nie idzie to wszystko ku dobremu. Kiedyś Konrad I mazowiecki sprowadził do Polski Krzyżaków i jak to się skończyło, każdy wie. Później Łokietek poprosił ich o pomoc w usunięciu Brandenburczyków z Pomorza Gdańskiego i stracił je, bo Krzyżacy już z niego nie wyszli. Tak więc sprowadzanie obcych wojsk do Polski, jak pokazała historia, źle się dla niej kończyło. I tak skończy się sprowadzenie do Polski wojsk amerykańskich – prawdopodobnie utratą tzw. Ziem Odzyskanych. Analogia bardzo czytelna, ale i złowieszcza.

Wszystko to, co dzieje się na świecie, to jest gra. Państwa to tylko figury na szachownicy. Ponad nimi jest jakaś siła, która wydaje polecenia władzom poszczególnych państw i te władze wykonują je bez szemrania. Nie ma dla nich najmniejszego znaczenia, że ich działania mogą być szkodliwe dla państwa, którym rządzą i dla ludzi, którzy je zamieszkują. A już na pewno nie w takim państwie, jak Polska, w którym podział na warstwę rządzącą i podległy mu plebs jest od wieków zakorzeniony i wyjątkowo trwały.

Na potwierdzenie tego cytat z książki Dno czary Lwa Kaltenbergha, o której obszerniej w poprzednim blogu:

»Nie było w dobrym tonie poruszanie w salonach, na towarzyskich spotkaniach czy z racji polowań i zabaw, a i takich uroczystości rodzinnych, jak śluby czy stypy, kwestii związanych ze stanem, już teraz, po powstaniu (listopadowym – przyp. W. L.) i pierwszych, bardzo dotkliwych represjach tej tyle uprzykrzonej (passons le mot [pomińmy to słowo – przyp. W. L.]) ojczyzny. Zresztą, wiadomo powszechnie, że właściwe jej pojęcie dla dobrze urodzonego i odpowiednio „ułożonego”, posiadającego potrzeby „wyższe” człowieka streszcza się do środowisk takich, jak „świat”, jak „towarzystwo”.

Jeszcze mniej ta ojczyzna zajmowała uwagę grup i skupisk z wolna, ale konsekwentnie dobywających się na powierzchnię życia. Zrazu oscylujące nieśmiało między dawnymi swoimi pieleszami, nawykami i życiowymi modelami, z zadziwiającą zdolnością akomodacyjną gromady dorobkiewiczów, „potomków systemu Lubeckiego” – jak zwykł mawiać Michał Sobieski – zaczynały uplasowywać się na miejscach przez tradycję, przez przyjęty obyczaj i inercję jakby zastrzeżone dla kogo innego. Tym, w obecnie szczególnie pogmatwanych warunkach, przedostawanie się w górę stawiało po prostu szereg warunków, od których przyjęcia zależało, czy się utrzymają na osiągniętej z niemałym trudem powierzchni. Niektóre z tych warunków tkwiły zresztą w ich nawykach i postawie. Stąd mogli bez większych zastrzeżeń pisać się na programowe sformułowania pana hrabiego Rzewuskiego, wołającego: „Tu trzeba walczyć z samą cywilizacją i walczyć bez spoczynku. Bo ona jest w gruncie zła, bezbożna, może skonać, ale nigdy siebie nie da uzdrowić”. Ofensywa na cywilizację, „tak świętą w swych fenomenach, a tak nikczemną w swym duchu” (według określenia pana hrabiego), tym bardziej przypaść mogła do smaku nie samym tylko dorobkiewiczom na dostawach dla wojska czy przy budowie Cytadeli w Warszawie…«

Z powyższego cytatu wyraźnie wynika, że dla szlachty i arystokracji pojęcie ojczyzny zawierało w sobie zupełnie inne treści niż nam się obecnie wmawia. Drugą grupą wspomnianą przez autora w tym cytacie, tą, która z wolna, ale konsekwentnie dobywała się na powierzchnię życia byli Żydzi. To właśnie dzięki reformom Lubeckiego Żydzi zaczęli dominować w życiu gospodarczym kraju. O nim szerzej w blogu „Minister”. Natomiast masom, jeszcze nie wtedy, dopiero pod koniec XIX wieku, zaproponowano „patriotyzm”, skrywany pod postacią ideologii narodowej, której twórcami byli Żydzi – Jan Ludwik Popławski i Zygmunt Balicki. I to właśnie dlatego mogą odbywać się w Polsce takie dziwne zjazdy czy konferencje, a z drugiej strony organizuje się naiwnym Polakom różnego rodzaju marsze niepodległości, polskości i czort wie, co tam jeszcze! Dwa różne światy z całkowicie odmiennymi systemami wartości.To nadal trwa, to historia, ale i teraźniejszość zarazem. Tak więc ta polska racja stanu, polski interes narodowy, to dla tych, którzy od wieków rządzą na tym zmiennym obszarze zwanym Polską, to czysta abstrakcja.

Wieki ciemne

W ostatnim tygodniu miałem problemy z łączem internetowym. Jednego dnia było połączenie z internetem, drugiego – nie. W końcu wymieniłem ruter na nowy. W międzyczasie miałem więc czas na przeczytanie książki, której wcześniej nie czytałem, a która od bardzo dawna jest w mojej bibliotece.

Ta książka to Dno czary wydana w 1965 roku. Jej autorem jest Lew Kaltenbergh (1910-1989). Na stronie „lubimyczytać.pl” można przeczytać, że to polski pisarz żydowskiego pochodzenia. Przyszedł na świat w sztetlu w Szumsku w dawnym województwie tarnopolskim (obecnie Ukraina). Jego matka była wyznania prawosławnego. Absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie (Wydział Humanistyczny). Po wojnie wykładał w Akademii Nauk Politycznych w Warszawie. Pracował także w Polskim Radiu. Autor powieści biograficznych i historycznych oraz wspomnień. Tłumacz literatury rosyjskiej, węgierskiej, niemieckiej i rumuńskiej.

Książkę tę wydało wydawnictwo Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza i na jej obwolucie informuje:

„Dno czary” jest nie tylko próbą ujęcia w opowieściowy wątek biografii Norwida. Autor stara się na przestrzeni książki rozszyfrować tajemnicę wyobcowania Poety wśród współczesnych. Dociekając powodów tego zjawiska, opowieść potrąca o sploty spraw politycznych, społecznych i kulturalnych. W jej tle ukazuje się galeria postaci przeszłego czasu, ożywionych ówczesnymi sporami i konfliktami. Swoi i obcy, wielcy i mali twórcy zdarzeń, przesuwając się w barwnym korowodzie dookoła głównej postaci utworu uwypuklają jej samotność. O źródłach tej samotności stara się opowiedzieć książka Lwa Kaltenbergha.

Jest w tej książce fragment, który chcę przytoczyć, a który dotyczy okresu tzw. wieków ciemnych. Wikipedia tak definiuje ten okres:

Wieki ciemne – określenie subiektywne, używane odnośnie do okresu historycznego trwającego od końca V wieku (upadku cesarstwa rzymskiego) do połowy X wieku, nazywanego tak przez niektórych historyków ze względu na niewielki zasób źródeł pisanych z tych czasów oraz przeświadczenie o znacznym upadku kultury, czemu przeczy np. renesans karoliński. Jest to okres powstawania królestw barbarzyńskich, kryzysu w Cesarstwie Bizantyńskim i początku ekspansji Arabów. Poza tym w IX wieku miała miejsce misja Cyryla i Metodego, która zapoczątkowała rozwój chrześcijaństwa wśród Słowian. Pojęcie europejskich „wieków ciemnych” wprowadził Francesco Petrarca.

W dialogu, który chcę zacytować uczestniczą dwie osoby. Bartoli Arrigo Pietro (1801-1872) – włoski historyk, czynny uczestnik lombardzkiej rewolucji r. 1848, autor – m.in. – Antiquitates Ethruscorum (1844). Drugi to Kleofas Czubek, brat Telesfor. „Bractwo nasze jest, zapewne czymś bliskim zakonu, ale stanowi zgromadzenie ludzi świeckich. Nie mamy ślubowań zakonnych (…). Zacny fratello Telesfor przebiega, nie bacząc na wszelkie restrykcje i przepisy graniczne, kraje italskie, jak i kiedy chce. Więcej ci on znaczy mimo swej pokory od wielu głów utytułowanych… (…). Były to czasy wcale nie tak znowu dawne, jak zaczął ten twój eks-kleryk być kimś. I dodam, że kimś w miejscach wcale poważnych i różnych. Nie zdziwię się, jeśli spotkam go w jednej legacji któregoś z mocarstw jako gościa, w innej znowu – niby piastującego urząd powierniczy.” – Mamy więc tu do czynienia z masonem i to zapewne nie najniższego stopnia, dla którego nie istnieją granice państwowe i hierarchia społeczna. Poniżej wspomniany dialog:

»Bartoli łyknął ze szklanki, dopełnił ją, nalał obecnym i wtedy dopiero podjął rzucony sobie temat.

– Spokój! – wyrzekł jakby z żalem. – Prawda, że to wielka rzecz. No, ale cóż mam czynić, grzeszny, gdy nie tylko mnie spokój sam często opuszcza. Teraz to towar niezwykle rzadki na naszym półwyspie. A jeśli kto, jak ja, zagląda zbyt niedyskretnie za parawan przeszłości…

– Ej, maestro! Zagląda się za parawanik historii, a na zewnątrz wywleka się same aluzje do współczesnego nam czasu, co? – zaśmiał się „braciszek”.

– Wcale nie. Aluzje – aluzje nasuwają się same. Zdarza się i tak, że ani nawet myślisz o dniu dzisiejszym, pogrążony z głową w odległe, dalekie sprawy lat arcydawnych… A tu – gdyś się na chwilę oderwał, gdyś się rozejrzał dokoła siebie – aż strach: same wypisy, same cytaty ze sprawozdań, kronik czy tam po prostu akt – już brzmią jak akt oskarżenia. I to w sprawach nie jakoś tam generalizowanych, zaznaczanych tylko ramami. Nie! W konkretnych, jawnie w szczegółach nawet. Figlarna staruszka jest z pani historii.

– Nawet i w owej historii z Joanną?! – spytał półgębkiem Telesfor-Kleofas.

– A nawet! – Bartoli zwrócił się ponownie do Cypriana. – Właśnie, zanim wszedł pan do izby, zwierzałem się „braciszkowi” ze swoich poszukiwań archiwalnych w dziedzinie pewnego kuriozum. Zresztą, sprawa, jeśli ją rozpatrzeć z punktu ustaw kościelnych, niebagatelna, choć pogrążona w głąb mroku średnich wieków. Sprzed dziesięciu stuleci ciekawostka. Co zaś w niej najbardziej dziwnego – to to, że – jakby to powiedzieć – wygląda na podanie, na gminną legendę, jako taka krąży między ludem po całej Italii. Śladem widomym i powszechnym jest znak karciany, bardzo, bardzo stary. „Papieżyca” – La papessa. Figura równa w innych maściach „królowej” czy „damie”.

– A, widziałem, widziałem – przypomniał sobie Cyprian, który już dawniej we Florencji, zauważył tę dziwaczną kartę, zapamiętując nie mniej dziwaczne inne: „wisielca”, „papieża”, „kapucyna”.

– Właśnie. Z kart do gry, szczególnie z tych najstarszych, można wyczytać. Nim figury trafiły do gry, musiały mieć swoją rolę w grach może nie wszystkim dostępnych, ważniejszych, no i wymagających nie lada biegłości. Owóż legenda, która się łączy z ową karcianą „papieżycą” ma wiele odmian, jedno zachowując bez zmian: imię. Jeśli się mówi o osobie, która dała wzór karcianej figurze, nikt jej inaczej nie nazwie, jak „papieżycą Joanną”.

– Nie jedno to chyba rzymskie podanie. Słyszałem też inne – rzekł Kleofas-Telesfor. – Zapewne. To jest o tyle ciekawsze od innych, że ma – może i niepewne, nie najbardziej liczne – ale przecież dokumenty na poparcie tego, że nie były tylko podaniem. Że w jakiejś mierze – to prawdziwa, choć ciemna i powikłana, historia. Nim wkroczyłeś do tej komnaty, mości artysto, wyliczałem naszemu fratello owe świadectwa pisemne.

– Wykładaj, maestro, dokumenty! – wołał z ostentacyjną jowialnością ”braciszek”.

– A proszę: mam nadzieję, że historia kościoła na tyle obydwom panom jest znana, iż pamiętacie, jak to Grzegorz zwany Wielkim wysłał sławnego Augustyna do Brytanii. Stał się tam założycielem opactwa Canterbury. Żadne prawie z naszych opactw, żaden klasztor tu, na ziemi ciągle zwadami zbrojnymi i najściami pogan przeorywanej, nie zachował tej świetnej ciągłości kronik i annałów, co to właśnie sławetne opactwo. A już rejestry pontyfikatów prowadzone były ze szczególną skrupulatnością. Owóż w tych właśnie kronikach, na których niejeden zapis kanoniczny oparto, widnieje pod datą roku 853 taka nota: Hic obiit Leo quartus, cuius tamen anni usque ad Benedictum tertium computantur, eo quod mulier in papam promota fuit (Tutaj zmarł Leon IV, którego lata liczą się jednak do Benedykta III, z powodu tego, że na papieża została wyniesiona kobieta). Tamże pod rokiem 855 czytamy: Johannes. Iste non computantur, quia femina fuit (Jan. Nie został policzony, ponieważ był kobietą). I zaraz po tym wymieniony jest Benedykt trzeci. To były dokumenty najważniejsze, bo podważyć autentyczności zapisu nikt serio nie może. Powiadam: serio, bo podważa się ciągle. Ci sami, co się ustawicznie powołują na kanterberyjską kronikę we wszystkich innych sprawach i wypadkach, w tym jednym chcą widzieć niedokładność, błąd, zmyślenie. Tylko uważcie, panowie, dobrze – zacytowałem dwie noty bezsporne. A przecie co najmniej sześćdziesięciu autorów, w łacinie piszących i w grece – a są między nimi i tacy, których kościół do pocztu świętych zalicza – zaświadcza istnienie i czyny papieżycy Joanny. Z tych, przeważnie uczonych, pisarzy znaczna większość ma do papieżycy stosunek raczej życzliwy, niekiedy – powiedziałbym – pełen uznania. A nie głosi tego uznania byle kto, bo i sławny mnich Marianus Scott i ów, o którym powiada tradycja kościelna, iż diligenter scripsit (napisał ostrożnie), Ballarmin, i współczesny Joannie kapłan rzymski Anastazy, zwany Bibliotekarzem, mąż zaiste o wiedzy i zasługach imponujących. Nie pomogą na to wypusty, robione w późniejszych kopiach, sporządzanych przez benedyktynów z pism Anastazego, boć dochowało się jego manuskryptów wiele. Prawda, że teraz wiele dawnych papierzysk nie tylko ukryto przed okiem niepowołanym, ale pono oddano płomieniom. Bezcenne pergaminy, stanowiące niegdyś własność Ficina, zginęły tajemniczo z półek skarbczyka we Florencji. Niemniej, z dokumentów Joanny-papieżycy dotyczących jest jeszcze jeden, który jako najbardziej może sumiennie całą rzecz przedstawiający, was, panowie Polacy, powinien ciekawić. Jest to zapis wcale obszerny, powołujący się na wiele świadectw pisanych i ustnych, dokonany przez penitencjariusza Innocentego czwartego, biskupa Cosenzy, Marcina Polonusa.

– Była przecież w czasach późniejszych nieco inna Joanna. Ta, którą kościelne wyroki skazały na stos. Mocno teraz naciskają francuscy monsiniorowie na kurię w sprawie tej heroiny gallickiej. Orleańska dynastia wiąże z powszechnym tej wojowniczej dziewicy kultem pewne polityczne aspekta. No, o to, żeby zaginęły dokumenta jej dotyczące, obawy nie ma: przeważnie znajdują się tam, we Francji i strzegą ich świeccy, laicy i duchowni porówno. – Ta tyrada Telesfora-Kleofasa nie tylko zadziwiła Cypriana Kamila, ale mocno go podrażniła. Było dziwne słyszeć w ustach duchownego taką apostrofę nawiązująca do roli rzymskiego kleru w usuwaniu czy ukrywaniu dokumentów historycznych. I było szczególnie nieprzyjemne, że tu, w papieskim Rzymie, przedstawiciel polskiego kleru (choć trudno było zgadnąć miejsce w hierarchii kościelnej zajmowane przez Kleofasa Czubka) z taką niemal „salonową” – naturalnie, w najbardziej płaskim rozumieniu tego przymiotnika – swobodą rozprawia i o gorszącej legendzie papieżycy Joanny, i o Joannie Dziewicy Orleańskiej.«

W poprzednim blogu pisałem o tym, że jeśli zna się fakty i odpowiednio się je skojarzy, to wiele z wydarzeń bieżących i przeszłych łatwiej zrozumieć. No właśnie! Jeśli zna się fakty. Powyższy cytat uświadamia, że wiele z tych faktów jest skrywanych i ich poznanie jest niedostępne ogółowi, a zatem ten ogół ma niewielkie szanse na właściwe zrozumienie otaczającej go rzeczywistości oraz przeszłości, która tę rzeczywistość ukształtowała.

Z tego cytatu można wysnuć jeszcze jeden wniosek, a mianowicie to, jak ważne jest w życiu narodów i społeczeństw zakorzenienie. Trwanie w tym samym miejscu, na swojej ziemi przez wieki. To samo w sobie stwarza stabilne, trwałe społeczeństwa, dla których wielowiekowa tradycja jest nieodłącznym elementem ich tożsamości. I w takich społeczeństwach wiedza o ich przeszłości dostępna jest nie tylko z dawnych ksiąg i kronik, które można okroić o niewygodne treści, ale też z pewnych zwyczajów, niezmiennych od wieków. I może na tym przykładzie łatwiej zrozumieć, dlaczego wielcy tego świata tak zabiegają o wielokulturowość, migracje, przesiedlenia, mieszanie narodów i społeczeństw, przesuwanie granic państwowych i tym samym państw. Żaden naród rdzenny i osiadły nie znosi dobrze tego typu eksperymentów. Tylko jedna nacja czuje się w takiej rzeczywistości jak ryba w wodzie i to ona tego dokonuje, z korzyścią dla siebie, bo im te narody słabsze, tym jej łatwiej jest je sobie podporządkować.

Kryzys przysięgowy

Jak zwykle w listopadzie nie da się uniknąć tematyki związanej z odzyskaniem niepodległości. To, czy święto to powinno obchodzić się w taki czy inny dzień, jest sprawą drugorzędną. Ważniejsze są inne. Warto wracać do tamtych wydarzeń, bo powtórka, jak mawiali Rzymianie, jest matką nauki. Czasem jednak przy tej powtórce może pojawić się jakieś skojarzenie, którego wcześniej nie było, a które wiele wyjaśnia z tamtych wydarzeń, wydarzeń wcześniejszych niż sam moment ogłoszenia niepodległości. Skojarzenie to pojawiło mi się po przeczytaniu fragmentu Dziennika Marii Dąbrowskiej z 1916 roku, a dotyczyło tzw. kryzysu przysięgowego i wycofania Legionów z frontu. Czy ktoś z tych ludzi, którzy wezmą udział w różnych marszach z okazji Święta Niepodległości, które to marsze są według mnie zwyczajną paranoją, czy ktoś z nich słyszał o tym kryzysie przysięgowym i jego konsekwencjach? Podejrzewam, że większość z pozostałych również o nim nie słyszała. Warto więc temat przybliżyć, szczególnie w takim momencie. Poniżej fragment wspomnianego Dziennika:

„Już pod samym Lublinem wyminął nas odkryty samochód, w którym zobaczyłam dwie znajome postacie: pułkownika Władysława Sikorskiego i dr Stanisława Kota. Jechali najwidoczniej do Lublina w celu stworzenia lub (jeżeli istniały) wzmocnienia tam placówek Departamentu Wojskowego, tak jak ja jechałam w związku z projektowaną rozbudową placówki Pierwszej Brygady. Zabawiło mnie żałośnie porównanie mojej skromnej osoby i podróży z tą wspaniałą jazdą dwu tak poczesnych osobistości.

Rozbrat między dwoma wyżej wymienionymi, jakby dziś powiedziano, ośrodkami dyspozycji polskiego działania politycznego (Departament Wojs. i Pierwsza Bryg.) stawał się coraz głębszy, co dla mnie i dla Mariana osobiście było bardzo bolesne, gdyż widzieliśmy pewne racje i pewne błędy z obu stron – jednak racje nie chciały się zejść, a błędy nie chciały się do siebie przyznać.

Po zajęciu przez Państwa Centralne całego zaboru rosyjskiego, polityka Piłsudskiego zyskała znacznie mocniejsze podstawy, gdyż większość nadającej ton życiu duchowemu inteligencji warszawskiej i warszawskich polityków sprzyjała daleko bardziej Komendantowi niż galicyjskiemu N.K.N.-owi (Naczelny Komitet Narodowy – przyp. W. L.) – czuła się w klimacie Pierwszej Brygady, z której głównymi postaciami była już dawniej zżyta – bardziej swojo.

Zarysowujące się na tym tle różnice – pominąwszy liczne szczegóły oraz grające, niestety, dużą rolę uprzedzenia dzielnicowe – przedstawiały się mniej więcej w następujący sposób. Stanowisko Piłsudskiego przy zachowaniu minimum nieuniknionej ze względów strategicznych zależności od państw centralnych było nieprzejednane w sprawie bezpośredniego dążenia do zupełnej niepodległości. W związku z tym i w wyniku załamywania się Rosji, Piłsudski uważał za konieczne natychmiastowe podjęcie przygotowań do walki także i z Niemcami, w którym to celu wstrzymał werbunek do umundurowanych i walczących na froncie szeregów, a natomiast organizował przez swych ludzi tajną Polską Organizację Wojskową, znaną pod skrótem P.O.W.

N.K.N.-iści ze swej strony, nie wyrzekając się oczywiście zupełnej niepodległości, sądzili, że zmuszeni będziemy w sposób nieunikniony przejść przez okres niepodległości ograniczonej w postaci jakiejś szeroko autonomicznej czy federacyjnej łączności z Austrią. Do tego stosując bieżącą politykę, uważali, że ani na chwilę nie wolno rezygnować z werbunku do Legionów (których tworzyła się już 3-cia brygada), będących najpoważniejszym atutem w przyszłej rozgrywce o stopień naszej samodzielności. Niezależnie zaś od tego twierdzili, (i mieli w tym słuszność) że nie powinniśmy rozprzęgać raz ustanowionych szeregów, które jako kadry polskiego wojska okażą się w przełomowej chwili nagląco potrzebne bez względu na wynik wojny, a więc także i na wypadek zwycięstwa Anglii i Francji. N.K.N.-iści rozumieli też naturalnie grozę niemiecką, ale jako przeciwwagę tego niebezpieczeństwa widzieli tylko wygrywanie antagonizmów austryacko-pruskich.”

I dalej:

„Wracając do spraw listopadowych, mnie i moich znajomych znacznie więcej od aktu 5-go listopada obchodził nowy ciężki kryzys we frontowych oddziałach Legionów. Piłsudski był już w otwartym zatargu z wojskowymi władzami austryackimi, oficerów zwalniał masowo do podziemnej roboty wojskowej, a i sam niebawem podał się do dymisji. Dowództwo nad wszystkimi oddziałami Legionów objął z ramienia wojskowości austryackiej gen. Szeptycki (później pod koniec wojny gen-gub. lubelski na miejsce v. Cucka), którego brać żołnierska przywitała okrzykami: – „Oddaj Dziadka!” (tak nazywano w wojsku Piłsudskiego). Szeptycki uchodził za przyzwoitego człowieka. Nie wiem czy on, czy inne czynniki dokazały tego, co jedynie pozostawało w tych dramatycznych okolicznościach do zrobienia – mianowicie wycofania Legionów z frontu. Miały pójść na zimowe leże do Baranowicz i Pułtuska, a więc na teren okupacji niemieckiej dotychczas dla nich niedostępny. Oficerowie Piłsudskiego, przeszli ten kryzys tak ciężko, że jeden z nich, obiecujący uczony geolog, Albin Fleszar, odebrał sobie życie za pomocą japońskiego harakiri.”

Tu jest bardzo ważna informacja, na którą wcześniej nie zwróciłem uwagi, bo nie wiedziałem wtedy tego, co teraz wiem. Pod koniec 1916 roku Legiony zostały wycofane z frontu, z jego południowego skrzydła, gdzie walczyły po stronie Austriaków. Zostały przerzucone na północ na niemiecką stronę. Nie przypadkiem. Od 1917 do 1921 istniała Ukraińska Republika Ludowa. Najwyraźniej były tam zbędne. A jak dalsze wypadki pokazały – Niemcom również.

Akt 5 listopada 1916 roku – obietnica powstania Królestwa Polskiego. 15 stycznia 1917 roku powstaje Tymczasowa Rada Stanu, powołana przez niemieckie i austro-węgierskie władze okupacyjne. Po kryzysie przysięgowym w dniu 25 lipca 1917 roku TRS wybrała Radę Regencyjną, która 11 listopada 1918 roku przekazała Piłsudskiemu władzę nad wojskiem, a 14 listopada całość władzy zwierzchniej, po czym rozwiązała się. Tak więc, czy to się komu podoba, czy – nie, to państwo polskie zaczynają tworzyć niemieckie i austriackie władze okupacyjne. Mitem jest więc, że Polacy sami sobie wywalczyli niepodległość. I nie zrobił też tego Piłsudski ze swoimi Legionami.

5 listopada 1916 roku w wyniku konferencji w Pszczynie władze niemieckie i austro-węgierskie wydały proklamację z podpisami swych generalnych gubernatorów von Beselera i Kuka, zawierającą obietnicę powstania Królestwa Polskiego, pozostającego w niesprecyzowanej „łączności z obu sprzymierzonymi mocarstwami”. W akcie tym nie określono granic przyszłej monarchii, a jej status wyrażało słowo „samodzielne”, zamiast – „niepodległe”. Dokument zawierał też sformułowania dotyczące polskiej armii.

Po bitwie pod Kościuchnówką (4-6 lipca 1916), w której I Brygada Legionów Polskich walcząca po stronie Austro-Węgier zapobiegła przerwaniu frontu przez wojska rosyjskie, generał Erich Ludendorff, generalny kwatermistrz Armii Cesarstwa Niemieckiego, napisał list do władz w Berlinie, postulując utworzenie zależnego od Niemiec państwa polskiego i zbudowanie polskiej armii. Jego zdaniem mogło to dać Niemcom zwycięstwo na froncie wschodnim.

Tymczasowa Rada Stanu, ustanowiona przez niemieckie i austro-węgierskie władze okupacyjne w Królestwie Polskim, powstała w styczniu 1917 roku. Została ona utworzona na podstawie rozporządzeń generalnych gubernatorów warszawskiego i lubelskiego z 6 grudnia 1916 roku. Inauguracja TRS odbyła się 14 stycznia 1917 roku na Zamku Królewskim w Warszawie, gdzie generalni gubernatorowie warszawski i lubelski wręczyli członkom dekrety nominacyjne. Na drugim posiedzeniu Rady, w dniu 17 stycznia, wybrano wydział wykonawczy, w skład którego wchodziło 9 osób, w tym Józef Piłsudski (Referat Wojny).

Tymczasowa Rada Stanu uchwaliła 3 lipca 1917 roku projekt tymczasowej organizacji polskich naczelnych władz państwowych, w którym zarezerwowała dla siebie uprawnienie do powołania regenta. W dniu 25 lipca, po kryzysie przysięgowym, TRS wybrała Radę Regencyjną w osobach Aleksandra Kakowskiego, Zdzisława Lubomirskiego i Wacława Niemojowskiego, a następnie złożyła na jej ręce swój mandat. W tym składzie Rada nie uzyskała akceptacji państw okupacyjnych. Ostatecznie w skald Rady Regencyjnej weszli Aleksander Kakowski, Zdzisław Lubomirski i Józef Ostrowski. 3 stycznia 1918 roku Rada wydała dekret o tymczasowej organizacji Władz Naczelnych w Królestwie Polskim.

Tak więc o składzie Rady Regencyjnej decydowali Niemcy, co jest o tyle istotne, że ta Rada przekaże 14 listopada władzę Piłsudskiemu. Istotny był też ten kryzys przysięgowy. Był on związany z odmową złożenia przysięgi na wierność Królestwu Polskiemu i dotrzymanie braterstwa broni wojskom Niemiec i Austro-Węgier do końca wojny przez żołnierzy Legionów Polskich (głównie I i III Brygady). Miał on miejsce 9 i 11 lipca 1917 roku. Piłsudski, mający największe wpływy w Legionach, zalecił legionistom, by nie składali przysięgi. Większość żołnierzy I i III Brygady demonstracyjnie uchyliła się od niej 9 lipca 1917 roku. Przysięgę złożyła tylko większość żołnierzy II Brygady, od samego początku słabo związanych z Piłsudskim (jej dowódcą był Józef Haller). Żołnierze ci zasilili „Polnische Wehrmacht”, nazwany tymczasem Polskim Korpusem Posiłkowym pod niemieckim dowództwem i rekrutowanym z poboru.

Legioniści, którzy odmówili złożenia przysięgi zostali internowani w dwóch obozach: żołnierze w obozie w Szczypiornie (tam grali w piłkę ręczną i stąd jej nazwa „szczypiorniak”), zaś oficerowie w Beniaminowie. W nocy z 21 na 22 lipca 1917 roku Józef Piłsudski i Kazimierz Sosnkowski zostali aresztowani. Po krótkim pobycie w kilku więzieniach Piłsudskiego przewieziono do Magdeburga, gdzie przebywał w ścisłej izolacji w twierdzy wojskowej. Dopiero w sierpniu 1918 roku umieszczono wraz z nim Sosnkowskiego.

To są informacje z Wikipedii, a więc powszechnie dostępne, gdyby komuś chciało się w niej poszperać. Widać wyraźnie, że motorem tych wszelkich działań destrukcyjnych był Piłsudski, ale on tylko wykonywał rozkazy Niemców. To był figurant, wykreowany przez swoich nieznanych przełożonych na bohatera narodowego i twórcę odrodzonego państwa, prawdopodobnie poziomem intelektualnym zbliżonym do poziomu Jarosława Kaczyńskiego, dla którego jest Piłsudski wzorem.

Tak więc pod koniec 1916 roku Legiony zostają wycofane z frontu, ale jeszcze wcześniej, jak pisze Dąbrowska, Piłsudski wstrzymuje werbunek do umundurowanych i walczących na froncie szeregów, a organizuje przez swoich ludzi tajną Polską Organizację Wojskową (POW). Skąd miał pieniądze i dlaczego Austriacy tolerowali, wbrew własnemu interesowi, tego typu działanie. Pewnie jakaś siła wyższa tak zarządziła.

Głównym reprezentantem nacjonalizmu ukraińskiego w XX w. była Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), powstała w 1929 roku w Wiedniu z połączenia kilku mniejszych organizacji, przede wszystkim Ukraińskiej Organizacji Wojskowej, utworzonej w 1920 roku. Według Grzegorza Motyki, historyka, nazwa organizacji nieprzypadkowo nawiązywała do nazwy Polskiej Organizacji Wojskowej, a członkowie UWO odwoływali się do polskich doświadczeń z okresu walk o niepodległość. A skoro nieprzypadkowo, to prawdopodobnie ci sami ludzie tworzyli obie organizacje. Wychodzi więc na to, że to Piłsudski lub jego ludzie utworzyli Ukraińską Organizację Wojskową.

Wątki się mnożą i przeplatają, gra jest coraz bardziej misterna, a jej cele niezrozumiałe dla ówczesnych obserwatorów, tak jak dla nas niezrozumiałe i nieznane są cele obecnej wojny na Ukrainie. W tamtym czasie, ci którzy reżyserowali ówczesne wydarzenia, uznali, że wówczas wojsko polskie było zbędne i mogło tylko przeszkodzić w realizacji zamierzonych celów. Ale jak się go pozbyć? Tu z pomocą przyszedł Piłsudski i wywołany przez niego tzw. kryzys przysięgowy. Skoro żołnierze odmówili złożenia przysięgi, to nie pozostało nic innego, jak ich internować w obozach do czasu, gdy staną się potrzebni, to znaczy do 1920 roku. Ten kryzys to niby miała być manifestacja patriotyzmu.

W tamtym czasie, w latach 1916-1918, silne i regularne wojsko polskie na froncie wschodnim było tak samo niewygodne Niemcom, jak w czasie II wojny światowej niezależne od Stalina polskie wojsko walczące na froncie wschodnim. Gdyby istniało to silne wojsko polskie na froncie wschodnim, to nie byłoby możliwe jego osłabienie w wyniku rewolucji bolszewickiej w Berlinie 7 listopada 1918 roku, bo wprawdzie wojsko niemieckie uległoby rozsypce, co się stało, ale zostałoby wojsko polskie. To wojsko niekoniecznie musiałoby stać tak daleko na wschodzie. Mogłoby cofnąć się do linii Curzona i strzec innych granic i być bardzo przydatnym w czasie plebiscytów na Śląsku i na Mazurach, np. zapobiec najazdowi Niemców z Niemiec zachodnich na czas głosowania. Tak się nie stało, bo w tym czasie było zajęte walką z bolszewikami i dopiero na tę wojnę zostało użyte. Polskie ziemie pozbawione ochrony, a wojsko polskie walczy o to, by mogło dojść do mordu katyńskiego i rzezi wołyńskiej. (Ta interpretacja jest błędna, bo nie uwzględniała istnienia Ober-Ostu; właściwa jest w blogu Analogie – uwaga z dnia 20.03.25).

Warto jeszcze zapoznać się z tym, co pisze o Piłsudskim Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, W-wa 1966. A pisze m.in.:

Po wybuchu I wojny światowej skierował na Kielce (zajęte 12 VIII 1914) tzw. kadrową kampanię strzelców („kadrówka”) i – bez powodzenia – przygotowywał grunt do powstania ludności Królestwa Polskiego przeciw Rosji; z jego inspiracji powstała w tym czasie Polska Organizacja Narodowa, przeciwstawiająca się Naczelnemu Komitetowi Narodowemu w Galicji; nieudana próba odegrania samodzielnej roli politycznej skłoniła Piłsudskiego do podporządkowania się NKN-owi i rozwijania działalności w ramach Legionów Polskich; został komendantem I Brygady Legionów. W tym czasie zaczęła się kształtować legenda wokół jego osoby jako przywódcy walk niepodległościowych. Zaistniałe wówczas konflikty z Komendą Legionów (gł. z szefem sztabu kpt. W. Zagórskim i szefem Departamentu Wojskowego NKN mjr W. Sikorskim) oraz orientacja na współpracę głównie z Niemcami, a nie z Austrią, skłoniły Piłsudskiego pod koniec września 1916 do opuszczenia Legionów. Po akcie 5 listopada 1916 został członkiem Tymczasowej Rady Stanu oraz szefem jej departamentu wojskowego; 1917 przeszedł do opozycji wobec TRS i okupacyjnych władz niemieckich (domagał się utworzenia rządu polskiego) i zainicjował rozbudowę Polskiej Organizacji Wojskowej (utworzonej w sierpniu 1914 w celu prowadzenia dywersji na tyłach wojsk rosyjskich), kierując tym razem jej działalność przeciw Niemcom; jego politykę realizował Konwent Organizacji A; aresztowany przez Niemców 22 VII 1917, w związku z tzw. kryzysem przysięgowym w Legionach (lipiec 1917) został osadzony wraz z K. Sosnkowskim w twierdzy magdeburskiej, po zwolnieniu 10 XI 1918 przybył do Warszawy, gdzie następnego dnia Rada Regencyjna przekazała mu władzę wojskową, a 14 XI – władzę zwierzchnią nad krajem;

Encyklopedia wspomina o Organizacji A. – w związku z tym wypada zapoznać się z tym, co i o niej pisze:

ORGANIZACJA A, utworzona w połowie 1917 roku tajna grupa skupiająca działaczy mających duże wpływy w PPS, PSL – „Wyzwolenie”, PSL – „Piast”, Stronnictwie Niezawisłości Narodowej i Zjednoczeniu Stronnictw Demokratycznych i realizujących linię polityczną J. Piłsudskiego; odpowiednikiem wśród prawicy miała być Organizacja B. Na czele O.A. Stał Konwent; działalnością O.A. kierował, po aresztowaniu Piłsudskiego, J. Moraczewski (przewodniczący), E. Rydz-Śmigły (sprawy wojskowe) i L. Wasilewski (sekretarz); Konwent dysponował POW; 1919 O.A. znana była jako Związek Wolności.

Tu już nic nie trzeba dodawać. Tu jest po prostu opis tajnej organizacji, ale też można z tego faktu wyciągnąć wniosek, że skoro Piłsudski, za pośrednictwem swoich tajnych współpracowników, miał pod kontrolą partie polityczne, to i on był odpowiedzialny za to szerzenie się partyjniactwa i anarchię sejmową, z którymi to zjawiskami „walczył” i w tym celu dokonał zamachu stanu. Bardzo nie lubił on Polski i Polaków. Znane jest jego powiedzenie, że dla Polaków można jeszcze coś zrobić, z Polakami – nic. Wyjątkowo cyniczne bydle.

Wypada jeszcze przytoczyć, co m.in. ta encyklopedia pisze o POW:

„Polska Organizacja Wojskowa (POW), tajna organizacja powstała z inicjatywy J. Piłsudskiego w sierpniu 1914 w Warszawie, wkrótce po wybuchu I wojny światowej, ze zjednoczenia oddziałów wojskowych Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich; działała w Królestwie Polskim, potem również w Galicji, na Ukrainie i w Rosji. POW prowadziła na tyłach wojsk rosyjskich wywiad i akcje dywersyjne; po zajęciu 1915 Królestwa Polskiego przez wojska niemieckie i austriackie, część członków POW wstąpiła do I Brygady Legionów Polskich; w połowie 1916 POW liczyła ok. 5 tys., wiosną 1917 ok. 13 tys. osób. Jeszcze pod koniec 1915, po odrzuceniu przez okupacyjne władze niemieckie i austriackie postulatu niezależności Legionów Polskich, Piłsudski wstrzymał dopływ członków POW do Legionów oraz wydał polecenie intensywnego szkolenia ich w półlegalnych szkołach i na kursach wojskowych. Akcjom podejmowanym przez POW patronował Centralny Komitet Narodowy, utworzony w grudniu 1915 z inicjatywy Piłsudskiego przez reprezentantów lewicy aktywistycznej (aktywiści). W dniu 17 I 1917 POW podporządkowała się Tymczasowej Radzie Stanu, lecz w czerwcu tegoż roku odmówiła jej dalszego poparcia, motywując to faktem, iż TRS ogłosiła werbunek do wojska nie wyłoniwszy uprzednio rządu; organizowany w lipcu tzw. kryzys przysięgowy w Legionach Polskich doprowadził do ich rozbicia, a POW przeszła ponownie do działalności konspiracyjnej, podporządkowana faktycznie kierownictwu Organizacji A. POW uczestniczyła w przejmowaniu władzy od Austriaków w Galicji, stanowiła siłę zbrojną rządu ludowego utworzonego 6/7 XI 1918 w Lublinie i brała udział (listopad) w rozbrajaniu Niemców na terenie Królestwa Polskiego. W grudniu 1918 została wcielona do Wojska Polskiego.

W lutym 1918 została utworzona w Poznaniu przez Wincentego Wierzejewskiego odrębna POW zaboru pruskiego, na którą oddziaływała również Narodowa Demokracja; POW zaboru pruskiego wysunęła hasło oderwania Wielkopolski od Niemiec, a jej członkowie wzięli udział w powstaniu wielkopolskim.

19 II 1919 (ładna data, taka przypadkowa? – przyp. W. L.) została utworzona POW Górnego Śląska; stanowiła ona główną siłę zbrojną podczas powstań śląskich.”

Widać więc wyraźnie, że w pewnym okresie POW robiła wszystko, by wojsko polskie zbyt wcześnie nie weszło do walki. Właściwy moment nadszedł w grudniu 1918, gdy, po listopadowej rewolucji, niemieccy żołnierze na wschodnim froncie masowo dezerterowali i wracali do domów. Natomiast filie poznańska i śląska, czyli tajne organizacje, wywołały powstanie wielkopolskie i powstania śląskie.

Gdybym opisał na jakimś forum internetowym, jak działał system partyjny u progu II RP i rolę Piłsudskiego w destabilizowaniu prac sejmu i poszczególnych partii, to zapewne wielu skomentowałoby to jako teorię spiskową, ale tak to opisała PRL-owska Wielka Encyklopedia Powszechna, a przynajmniej takie wnioski nasuwają się po przeczytaniu tego opisu. Przyznam, że mnie samemu trudno w to uwierzyć, że w tym świecie wszystko jest wyreżyserowane, że wojny są zaplanowane, że system partyjny i demokracja są fikcją, że historia jest totalnie zakłamana, ale im więcej czasu poświęcam na analizę tych zjawisk, tym bardziej wszystko zaczyna się układać w logiczną całość. Najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że często wcale nie trzeba mieć dostępu do jakichś tajnych archiwów. Wystarczy tylko skojarzyć pewne fakty, których nikt nie ukrywa i nie kwestionuje. Tak mało i tak dużo zarazem.

W niektórych środowiskach toczą się spory o to, kiedy powinno być obchodzone święto niepodległości. Czy 11 listopada, czy może 28 czerwca, gdy podpisano traktat wersalski? Są to spory jałowe, bo II RP to było jedno wielkie masońskie gnojowisko, które wciągnęło Polaków do wojny z daleko silniejszym przeciwnikiem, wojny, której nie można było wygrać, wojny, która unicestwiła dopiero co rodzącą się polską inteligencję i umocniła i tak już dominującą pozycję Żydów w Polsce. Naprawdę nie ma powodów, by pojawienie się II RP na mapie świata traktować jako odzyskanie przez Polaków własnego państwa. Tak przecież nie było.

Skecz

Są takie skecze, szczególnie te z epoki PRL-u, które uważa się za, jak to się obecnie mówi, kultowe. Jednym z nich jest skecz „Dług” z 1978 roku. W role dwóch żydowskich kupców wcielili się Jan Kobuszewski i Kazimierz Brusikiewicz. Pod względem artystycznym jest to taka perełka, doskonałe wykonanie, którego nie da się powtórzyć. Jednak są w tym skeczu zdania, które mają głębszy podtekst i mają walor poznawczy. Poniżej jego większy fragment:

- Panie szanowny Rappaport, przecież 800 zł to nie jest suma, której można nie oddać. Można nie oddać 10 zł, jak się jest wielki łobuz, można nie oddać 20 zł.  Ale każda suma od 100 zł w górę, to już jest dług honorowy. Panie Rappaport, pan przecież powinieneś to rozumieć, pan jesteś kupiec.
- Złociutki panie Goldberg, ja mam inny podgląd na te sprawy. Dla mnie 800 zł to jest właśnie ta suma, której nie można oddać. Można oddać 10 zł, jak się jest bardzo lekkomyślnym, można oddać 20 zł, ale od 100 zł do góry, to każdy dług, on sam z siebie, on robi się fikcyjny. Przecież pan też mnie rozumiesz, pan też jesteś kupiec.
- Złocisty panie Rappaport, teoretycznie to pan jesteś kryty, ale w praktyce pan nie masz racji. Pan musi oddać te pieniądze.
- Co znaczy musi?! Dla samego oddania!
- Ja Gutmanowi jestem winien 800 zł.
- Gutman, on może zaczekać.
- Gutman, nie! Jego dusi Rajtman.
- Rajtman, on też może zaczekać.
- Rajtman nie może, on jest winien Maliniakowi.
- Maliniak też... chwileczkę, Maliniak nie może czekać.
- Dlaczego?
- Maliniak jest winien mnie, a ja nie mogę czekać.
- Pan nie może czekać?
- No przecież pan przychodzisz do mnie, żebym ja pana oddał 800 zł! A ja ich nie mam! Ja pożyczyłem Maliniakowi, Maliniak Rajtmanu, Rajtman Gutmanu, Gutman panu, a pan mnie. To ja się pana pytam: gdzie są te 800 zł?
- Skąd ja mogę wiedzieć?!
- Widzisz pan! I to jest ta cała mistyka finansów. Stąd się bierze ten ogólnoświatowy kryzys gospodarczy.
- Oj! Ja mam takie zbiegowisko w głowie, ja nic z tego nie rozumiem. Nic!
- To ja to pana wyjaśnię. Patrz pan! Ameryka! Ona pożyczyła do Anglii, Anglia do Francji, Francja do Szwajcarii...
- Rysuj pan wolniej...
- Ameryka pożyczyła do Anglii, Anglia do Francji, Francja do Szwajcarii...
- Niderlandy...
- Szwajcaria do Włoch, Włochy do Niemiec, Niemiec do Anglii, a Anglia do Ameryki.
- To kto ma te pieniądze?
- Teoretycznie to myśmy powinni je mieć.
- Co znaczy myśmy?
- Myśmy nikomu nie pożyczali.

W skeczu tym padają takie słowa: „…ale od 100 zł do góry, to każdy dług, on sam z siebie, on robi się fikcyjny”. No właśnie! Od pewnej kwoty każdy dług już jest fikcyjny. To się właśnie dzieje i to od lat. Wszystko zaczęło się od 15 sierpnia 1971 roku, gdy prezydent Stanów Zjednoczonych Richard Nixon zawiesił wymienialność dolara na złoto. W praktyce oznaczało to, że już nie mogło być tak jak wcześniej, że klient mógł przyjść do banku i wymienić dolary na złoto. Na tym właśnie polegało pokrycie dolara w złocie. Nie można go było wydrukować więcej niż wydobyto złota. Żeby ludzie i państwa nie uciekły od dolara jako waluty światowej, powiązano go z ropą w ten sposób, że kto chciał kupić ropę od Arabów musiał płacić dolarami. W ten sposób można było drukować go bez ograniczeń, co spowodowało, że obecnie zadłużenie państw i nie tylko państw jest tak wielkie, że długi te są niespłacalne, czyli są fikcją. Ale fikcją nie są dłużnicy i ich zależność od wierzycieli.

Jakieś parę lat temu Stanisław Michalkiewicz naśmiewał się ze Zbigniewa Ziobro, że ten, chcąc odmienić w celowniku imię i nazwisko Donalda Tuska, powiedział Donaldu Tusku, zamiast – Donaldowi Tuskowi. Później często jeszcze przypominał ten lapsus językowy Ziobry. Nie było to jednak przejęzyczenie. Pamiętam, że sam wtedy zastanawiałem się, jak to było możliwe. Mnie nigdy nie przyszłoby do głowy, by w ten sposób odmienić w celowniku imię i nazwisko Donalda Tuska. I właśnie ten skecz pomaga zrozumieć, skąd taka odmiana. „Ja pożyczyłem Maliniakowi, Maliniak Rajtmanu, Rajtman Gutmanu, Gutman panu, a pan mnie.” Nie powiedział: Rajtamanowi, Gutmanowi, tylko Rajtmanu, Gutmanu. Najwyraźniej ten żydowski polski jest takim zepsutym polskim, jak jidysz jest zepsutym niemieckim. I najwidoczniej nie jest to martwy język, skoro Ziobrze nieopatrznie, może nawet podświadomie, wymknęła się taka odmiana i zdemaskowała go. Mnie w każdym razie bardzo spodobało się to „Donaldu Tusku” i dlatego zapamiętałem.

Czy Michalkiewicz świadomie zdemaskował Ziobrę? Bardzo możliwe, że nie. Wszak obaj należą do tej samej nacji. A może uważał, że nikt sobie nie skojarzy tego błędu z żydowskim żargonem? Jedno nie ulega wątpliwości, że udawanie kogoś innego, niż się jest, wymaga ciągłej samokontroli. A to wcale nie jest takie proste, nawet dla Żydów.