Ostatnio było dużo zamieszania wokół pocisku, który spadł na przygraniczną wieś Przewodowo w południowo-wschodniej Polsce. Jedni widzieli tam rosyjską rakietę, inni – ukraińską. Jedni uważają, że to przypadek – inni, że to zamierzone działanie Ukraińców, którzy chcą wciągnąć Polskę i NATO do wojny z Rosją i że takie zdarzenie jest podstawą do zaatakowania Rosji na podstawie artykułu 5 traktatu NATO. Jeśli niektórzy uważają, że ten artykuł jest podstawą naszego bezpieczeństwa, to są w błędzie. W dniu 25 listopada ukazał się na portalu ZeroHedge artykuł NATO Doesn’t Supersede The US Constitution – NATO nie zastępuje Konstytucji USA (https://www.zerohedge.com/geopolitical/nato-doesnt-supersede-us-constitution). Poniżej jego treść:
„W miarę jak nasz rząd nadal prze na pełnych obrotach w do III wojny światowej, zaznajomienie się z doktryną tarczy i miecza oraz artykułem 5 stają się koniecznością dla czujnego obywatela. W zeszłym tygodniu Amerykanie dowiedzieli się, że jakiś pocisk spadł w Polsce i zabił dwie osoby. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że był to celowy akt agresji ze strony Rosji i że Zachód musi zareagować bardziej zdecydowanie.
Dołączyła do niego tutaj, w Stanach Zjednoczonych, grupa polityków, dziennikarzy reżimowych i płatnych lobbystów, którzy sprzedali swój kraj za garść srebrników. Partia wojenna natychmiast wkroczyła do akcji: właśnie na to czekali i modlili się: oto powód do wystrzelenia rakiet i zniszczenia świata.
Polska, podobnie jak Stany Zjednoczone i prawie cała Europa, jest członkiem NATO – Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego. Może powinniśmy się zastanowić, dlaczego kraje takie jak Polska, Estonia i Rumunia są w sojuszu „atlantyckim”? Podstawą jest artykuł 5, który w popularnej wersji nakłada obowiązek obrony w przypadku zaatakowania członka sojuszu. To jednokierunkowa przepustka do III wojny światowej.
W tej narracji były tylko dwie rzeczy nie tak. Po pierwsze, jak ujawniono w ciągu czterdziestu ośmiu godzin i co potwierdził polski rząd i Biały Dom, pocisk był ukraiński, a nie – rosyjski. Władimir Putin nie zaatakował NATO – ani celowo, ani przypadkowo. Zamiast tego ukraiński pocisk obrony powietrznej, który próbował przechwycić rosyjski atak, zboczył z trajektorii, zabijając dwóch Polaków po drugiej stronie granicy. Nagle „zbiorowe bezpieczeństwo” nie było już zagrożone, a w telewizji nikt nie mówił, że wymaga to odwetu NATO na Kijowie. – Zaskoczeni?
Po drugie, nawet gdyby to był rosyjski pocisk i nawet gdyby sam Władimir Putin celował bezpośrednio w tę polską farmę, artykuł 5 nie zobowiązuje Stanów Zjednoczonych do niczego. Traktat NATO zawiera również artykuł 11, który określa, że decyzje sojuszu będą realizowane zgodnie z krajowymi konstytucjami i procedurami poszczególnych członków.
Oznacza to, że wniosek w sprawie formalnego wypowiedzenia wojny musi być przyjęty większością głosów w Senacie i Izbie Reprezentantów. Każdy członek Kongresu lub gadający szef wiadomości, który mówi, że artykuł 5 wymaga natychmiastowej akcji wojskowej bez debaty lub głosowania, albo kłamie albo jest żałośnie niedoinformowany.
I nawet gdyby traktat NATO nie zawierał tego postanowienia, nadal opieralibyśmy się na artykule I, sekcji 8 Konstytucji Stanów Zjednoczonych, najwyższym akcie prawnym USA. Jesteśmy suwerennym narodem, a naród amerykański zawsze ma wybór, czy iść na wojnę, czy nie. Każda międzynarodowa umowa, która próbuje inaczej interpretować prawo będzie ignorowana.
Niestety, partia wojenna nie zawsze ułatwia ten wybór. Przekupują polityków zyskami z kontraktów na broń, zalewają prasę korporacyjną propagandą i instruują naród amerykański, że albo musi zaangażować się w niekończącą się wojnę, albo straci wolność. Sami sobie tworzą zgodę na taki stan rzeczy.
Ten kryzys nadal pokazuje, dlaczego potrzebujemy Defend the Guard – ustawy, która zabraniałaby wykorzystywania jednostek Gwardii Narodowej poszczególnych stanów w czynnej walce bez wypowiedzenia wojny przez Kongres.
To najlepszy sposób, aby powiedzieć Waszyngtonowi, że nie może iść na wojnę bez debaty i głosowania przedstawicieli narodu. A jeśli spróbują, to nie będą mieli mięsa armatniego do walki w takim konflikcie, ponieważ patriotyczni ustawodawcy stanowi nie pozwolą swojej Gwardii Narodowej, kręgosłupowi Sił Zbrojnych USA, uczestniczyć w nielegalnej wojnie.
W przeszłości pracowałem nad wprowadzeniem tej ustawy w ponad dwudziestu stanach, a mój zespół już przygotowuje się do sesji legislacyjnej w 2023 roku. Ale aby odnieść sukces, potrzebuję twojego wsparcia. Wejdź na stronę DefendTheGuard.US, aby sprawdzić, czy projekt ustawy został już przedłożony w Twoim stanie lub czy chcesz skontaktować się ze swoim przedstawicielem i senatorem stanowym. Naród amerykański, aktywny i dobrze poinformowany, nie zostanie wciągnięty przez swoich nieodpowiedzialnych, głupich przywódców w III wojnę światową.”
Pod tym tekstem portal ZeroHedge zamieszcza informację o jego autorze:
Dan McKnight jest weteranem wojennym z 13-letnim stażem. Służył w Korpusie Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych, Armii Stanów Zjednoczonych i Gwardii Narodowej Armii Idaho. Jest założycielem i prezesem Bring Our Troops Home.
W zasadzie to komentarz jest tu zbyteczny, bo Stany Zjednoczone mają podwójne zabezpieczenie, by oficjalnie nie wchodzić do wojny, gdy nie będzie im to odpowiadać. Pierwsze, to artykuł 11 traktatu NATO, który mówi, że decyzje sojuszu będą realizowane zgodnie z krajowymi konstytucjami i procedurami poszczególnych członków. Drugie, to Konstytucja Stanów Zjednoczonych. Amerykanie zawsze mogą się na nią powołać, jeśli uznają to za stosowne. W ich interpretacji amerykańska konstytucja stoi ponad prawem międzynarodowym, tak jak niemiecka konstytucja – ponad prawem unijnym. I w unii i w NATO Polska jest członkiem drugiej, a może nawet trzeciej kategorii. I wszystko wskazuje na to, że i z jednej i z drugiej organizacji nas wypchną, bo połączenie z Ukrainą, niebędącą członkiem unii i NATO, będzie tego wymagać. Co do unii, to nie ma już chyba wątpliwości, że to idzie w tym kierunku, a co do NATO to:
„Centralny Port Komunikacyjny jest projektem cywilnym, ale niezbędnym również z punktu widzenia militarnego – powiedział pełnomocnik rządu ds. CPK Marcin Horała. Inwestycja zwiększy przepustowość, zdolność do przerzutu do Polski wojsk w razie zaostrzania sytuacji międzynarodowej – dodał.” Jest to wypowiedź z 05.04.2022, którą zamieścił portal Bankier.pl.
Czyli, mówiąc wprost, będzie bardziej obiektem militarnym niż cywilnym, dobrze nadającym się do przyjęcia wojsk desantowych. Tylko których? Równie łatwo będą mogły lądować tu wojska niemieckie i rosyjskie. Dla takiego państwa jak Polska, żadne zbrojenia nie mają sensu, bo ma ono znacznie silniejszych sąsiadów. Czesi nie walczyli i nie walczą z Niemcami i z Rosją i żyją. Niepodległość małych narodów, a takim narodem są Polacy, jest iluzją. Niestety to Polsce, a nie Czechom, wyznaczyli wielscy tego świata rolę lokalnego awanturnika, wbrew, jak sądzę, woli większości rozsądnie myślących Polaków.
Dopisek z dnia 30 listopada 2022: Szef Paktu Północnoatlantyckiego Jens Stoltenberg, oświadczył, że warunkiem wstępnym dla ewentualnej akcesji Ukrainy do NATO jest zwycięstwo w wojnie z Rosją. Taką informacje podała Interia. A więc cynizm posunięty do skrajności, bo Ukraina tej wojny nie wygra. A z drugiej strony, to czy ona nie jest już w NATO? NATO jej pomaga, a granica Polski z Ukrainą, zewnętrzna granica NATO, jest otwarta, czyli jej nie ma.
Ostatnie wydarzenia skłoniły mnie do pewnej refleksji. Wszystko wskazuje na to, że wielcy tego świata postanowili, że Polska ma wyjść z unii. Ale póki co, jeszcze w niej jest, a to oznacza, że ja jestem Europejczykiem i obywatelem unii, a moją stolicą, a raczej nadstolicą, jest Bruksela. – No, trochę przesadziłem z tym „Europejczykiem”. Jestem takim Europejczykiem, jak prezydent John F. Kennedy berlińczykiem: Ich bin ein Berliner (Jestem berlińczykiem.). Powiedział tak podczas przemówienia w Berlinie w dniu 26 czerwca 1963 roku z okazji 15 rocznicy berlińskiego mostu powietrznego. Może więc, z racji tego, że pewien etap w historii Polski kończy się, warto przybliżyć sobie historię Belgii i może nawet znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego stolicą unii stała się Bruksela?
Mapa Belgii; źródło: Wikipedia.
Historia tego rejonu jest pogmatwana. Padają tu wymiennie nazwy „Belgia”, „Niderlandy”, „Holandia” na oznaczenie mniej więcej tego samego obszaru. Jest to obszar, na którym ścierały się wpływy francuskie i niemieckie. Nie obeszło się również bez wtrącania się Anglii, która tradycyjnie miesza się we wszelkie europejskie spory. Tak było kiedyś i tak jest teraz. Informacje o historii Belgii zaczerpnąłem z angielskiej i polskiej Wikipedii oraz Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970).
Niderlandy (Low Countries) obejmują przybrzeżny region delty Ren-Moza-Skalda w Europie Zachodniej. Jego definicja zwykle obejmuje współczesne kraje Luksemburg, Belgię i Holandię. Zarówno Belgia jak i Holandia wywodzą swoje nazwy od wcześniejszych nazw regionu, ponieważ „nether” oznacza „niski”, a Belgica jest zlatynizowaną nazwą całych Niderlandów – nomenklatura, która stała się przestarzała po secesji Belgii w 1830 roku. Południowa część współczesnej Belgii, czyli Walonia, jest w przeważającej części górzysta. To praktycznie Ardeny.
Belgia jest federalną monarchią konstytucyjną z systemem parlamentarnym. Jest podzielona na trzy autonomiczne regiony: Region Flamandzki (Flandria) – na północy, Region Waloński (Walonia) – na południu i Region Stołeczny Brukseli. Bruksela jest najmniejszym i najgęściej zaludnionym regionem, a także najbogatszym pod względem PKB na mieszkańca.
Źródło zdjęcia: angielska Wikipedia.
Belgię zamieszkują dwie społeczności: niderlandzkojęzyczna Wspólnota Flamandzka, która stanowi około 60 procent populacji oraz Wspólnota Francuskojęzyczna, która stanowi około 40 procent populacji. W kantonach wschodnich istnieje niewielka społeczność niemieckojęzyczna, licząca około jednego procenta. Region Stołeczny Brukseli jest oficjalnie dwujęzyczny: francuski i niderlandzki, chociaż językiem dominującym jest francuski. Różnorodność językowa Belgii i związane z nią konflikty polityczne znajdują odzwierciedlenie w jej złożonym systemie rządów.
Kraj w obecnym kształcie powstał po rewolucji belgijskiej z 1830 r., kiedy to odłączył się od Holandii, do której po kongresie wiedeńskim w 1815 r. dołączono Niderlandy Południowe (obejmujące większość dzisiejszej Belgii). Nazwa państwa pochodzi od łacińskiego słowa Belgium, używanego podczas „wojen galijskich” Juliusza Cezara na określenie pobliskiego regionu, w okresie około 55 roku p.n.e. Belgia jest częścią obszaru zwanego Niderlandami, historycznie nieco większego regionu niż grupa państw Beneluksu, ponieważ obejmowała również część północnej Francji. Od średniowiecza jego centralne położenie w pobliżu kilku głównych rzek powodowało, że obszar ten był stosunkowo zamożny, połączony handlowo i politycznie z większymi sąsiadami. Belgia zyskała również przydomek „Europejskie pole bitwy”, opinię utwierdzoną w XX wieku przez obie wojny światowe.
Starożytność
W starożytności obszar dzisiejszej Belgii był zamieszkany przez Celtów. Od II wieku p.n.e. przez plemiona Belgów z grupy celtyckiej z pewnymi domieszkami germańskimi. Po podbojach Cezara Gallia Belgica stała się częścią dużej rzymskiej prowincji obejmującej większość północnej Galii. Obszary bliżej dolnego Renu, w tym wschodnia część współczesnej Belgii, ostatecznie stały się częścią nadgranicznej prowincji Germanii Dolnej. W momencie upadku zachodniego Cesarstwa Rzymskiego, rzymskie prowincje Belgica i Germania były zamieszkane przez mieszankę ludności zromanizowanej i mówiących po niemiecku Franków, którzy zdominowali wojsko i władzę.
Gallia Belgica w okresie podboju Galii przez Juliusza Cezara w 54 roku p.n.e.
Wieki średnie
W III wieku n.e. dokonała się chrystianizacja. Wtedy zaczęły się również najazdy germańskich Franków i Fryzów. Z końcem V wieku Belgia weszła w skład państwa Franków. W północnej części Belgii przewagę uzyskał element germański (język flamandzki). Na południu utrzymał się element romański (język francuski). Po traktacie z Verdun w 843 roku tylko część zachodnia, zwana Flandrią, stała się częścią Francji, wschodnia zaś przypadła cesarzowi Lotarowi I i od X do XV wieku, pod nazwą Dolnej Lotaryngii, a później księstwa Brabancji, podlegała zwierzchnictwu Niemiec.
Przez wczesne średniowiecze północna część dzisiejszej Belgii (obecnie powszechnie nazywana Flandrią) była obszarem, na którym mówiono językiem germańskim, podczas gdy w południowej części ludzie nadal byli romanizowani i mówili pochodnymi ludowej łaciny.
Gdy święci cesarze rzymscy i królowie francuscy stracili skuteczną kontrolę nad swoimi domenami w XI i XII wieku, terytorium mniej więcej odpowiadające obecnej Belgii zostało podzielone na stosunkowo niezależne państwa feudalne, w tym:
Hrabstwo Flandrii
Markizat Namuru
Księstwo Brabancji
Hrabstwo Hainaut
Księstwo Limburgii
Hrabstwo Luksemburga
Księże-Biskupstwo Liège (terytorium, którym zarządzał biskup, ale mniejsze od diecezji)
Nadmorskie hrabstwo Flandrii, dzięki handlowi z Anglią, Francją i Niemcami, było w późnym średniowieczu jedną z najbogatszych części Europy i stało się ważnym ośrodkiem kultury. W XI i XII wieku ruch artystyczny Rheno-Mosan lub Mosan rozkwitł w regionie, przenosząc swoje centrum z Kolonii i Trewiru do Liège, Maastricht i Akwizgranu.
Burgundzkie i habsburskie Niderlandy
W 1384 roku Flandria, a w XV wieku również cała Belgia weszła w skład księstwa burgundzkiego, tak zwanych Niderlandów Burgundzkich, a od 1477 – w skład posiadłości Habsburgów. „Belgia” i „Flandria” to dwie pierwsze nazwy zwyczajowe używane dla burgundzkiej Holandii, która była poprzedniczką austriackiej Holandii, poprzedniczki współczesnej Belgii. Unia, technicznie rozciągająca się między dwoma królestwami, zapewniła obszarowi stabilność gospodarczą i polityczną, co doprowadziło do jeszcze większego dobrobytu i twórczości artystycznej.
Państwo burgundzkie Karola I Śmiałego (1465-1477); źródło: angielska Wikipedia.
Niderlandy Burgundzkie w końcowym okresie panowania Karola I Śmiałego; źródło: angielska Wikipedia.
Karol V z rodu Habsburgów był w latach 1506-1555 władcą Burgundii. Podlegały mu również rodziny królewskie Austrii, Kastylii i Aragonii. Wraz z sankcją pragmatyczną z 1549 roku nadał Siedemnastu Prowincjom większe uprawnienia jako stabilnej jednostce, a nie tylko tymczasowej unii personalnej. Sankcja pragmatyczna, wydana przez cesarza rzymskiego Karola V, ustanowiła tzw. Siedemnaście Prowincji, czyli Belgica Regia w oficjalnej łacińskiej terminologii, jako samodzielny podmiot, niezależny od Cesarstwa i Francji. Obejmował on całą Belgię, dzisiejszą północno-zachodnią Francję, dzisiejszy Luksemburg i dzisiejszą Holandię, z wyjątkiem ziem Księże-Biskupstwa Liège.
Habsburskie Niderlandy po sankcji pragmatycznej, w 1560 roku, z wyłączeniem Księże-Biskupstwa Liège, Księstwa Stavelot-Malmedy i Księże-Biskupstwa Cambray; źródło: angielska Wikipedia.
Wojna osiemdziesięcioletnia
Wojna osiemdziesięcioletnia lub rewolta holenderska (ok. 1566/1568–1648) była konfliktem zbrojnym w Holandii Habsburgów pomiędzy różnymi grupami rebeliantów a hiszpańskim rządem. Przyczynami wojny były reformacja, centralizacja, podatki oraz prawa i przywileje szlachty i miast. Po początkowych potyczkach Filip II, król Hiszpanii, władca Holandii, rozmieścił swoje armie i odzyskał kontrolę nad większością terytoriów zajętych przez rebeliantów. Jednak powszechne bunty w armii hiszpańskiej wywołały powstanie ogólne. Pod przywództwem wygnanego Wilhelma Cichego prowincje zdominowane przez katolików i protestantów dążyły do zaprowadzenia pokoju religijnego, jednocześnie wspólnie przeciwstawiając się władzy królewskiej, ale bunt został zdławiony. Pomimo stałych sukcesów wojskowych i dyplomatycznych księcia Parmy, gubernatora Niderlandów Hiszpańskich, Unia Utrechcka kontynuowała opór, proklamując w 1581 roku niepodległość i ustanawiając w 1588 roku zdominowaną przez protestantów Republikę Holenderską. Dziesięć lat później Republika (której centrum nie było już zagrożone) dokonała niezwykłych podbojów na północy i wschodzie przeciwko walczącemu Imperium Hiszpańskiemu i została uznana przez Francję i Anglię w 1596 roku. Powstało holenderskie imperium kolonialne, które rozpoczęło się od holenderskiego ataku na terytoria zamorskie Portugalii.
W obliczu impasu obie strony zgodziły się na dwunastoletni rozejm w 1609 roku; a gdy wygasł w 1621 roku, wznowiono walki w ramach wojny trzydziestoletniej, kończącej się w 1648 roku pokojem w Münster (traktat będący częścią pokoju westfalskiego), na mocy którego Hiszpania uznała Republikę Holenderską za niepodległe państwo. Następstwa wojny osiemdziesięcioletniej miały dalekosiężne skutki militarne, polityczne, społeczno-gospodarcze, religijne i kulturowe w Niderlandach, Cesarstwie Hiszpańskim, Świętym Cesarstwie Rzymskim, Anglii, a także w innych regionach Europy i koloniach europejskich za granicą.
Tak opisuje wojnę osiemdziesięcioletnią angielska Wikipedia i jej dalekosiężne skutki dla całego ówczesnego świata. A niby to z jakiego powodu? Że jakieś państwo czy obszar, zwany Niderlandami, podzielił się na dwa oddzielne byty i powstało holenderskie imperium kolonialne, które zaatakowało zamorskie terytoria Portugalii. Jak to było możliwe? Tak ni z gruchy, ni z pietruchy?
Rok 1588, w którym powstała Holandia, to rok wyjątkowy w historii Anglii. W owym roku Anglia pokonała u jej południowo-zachodnich wybrzeży, niezwyciężoną do tego momentu hiszpańską Armadę. Sama bitwa i jej przebieg to temat na oddzielny blog. Anglicy się obronili i nie dopuścili do desantu wojsk hiszpańskich na wyspę, co skończyłoby się klęską Anglii, bo nie byłaby ona w stanie przeciwstawić się lądowym wojskom hiszpańskim, bo takich wojsk Anglia nie miała. Ta bitwa zakończyła hiszpańską dominację na morzach i zapoczątkowała takową Anglii. Jednym ze skutków tej wygranej przez Anglików bitwy morskiej było powstanie Holandii, czyli oderwanie się Zbuntowanych Prowincji od reszty Niderlandów.
Ale dlaczego Holandia tak od razu zaatakowała zamorskie kolonie Portugalii i dlaczego Portugalii? Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:
„W połowie XVI wieku kilka osób z pierwszorzędnych żydowskich rodów hiszpańskich dochodzi na dworze sułtańskim do decydującego wpływu politycznego. Około roku 1553 zjawia się w Konstantynopolu zbiegła z Portugalii marranka hiszpańska Garcia Mendesia, żona bankiera. Po śmierci męża, należącego do rodu Nassich (patriarchów), prowadziła w Europie rozgałęzione interesy bankowe, pożyczając królom i możnym. Uciekłszy z Portugalii przed inkwizycją, osiadła wśród innych marranów w Antwerpii, potem w Wenecji i Ferrarze, aż powiodło się jej dostać do Konstantynopola, gdzie przeszła otwarcie na judaizm. Wkrótce potem przybył do stolicy tureckiej jej bratanek i zięć Joao Miques, który przeszedł także na judaizm i nazwał się Józef Nassi (patriarcha).”
I dalej:
„Korzystając z odpadnięcia Niderlandów od Hiszpanii, które tak popierał Józef Nassi, znajdują sobie marrani portugalscy znakomitą siedzibę w Amsterdamie (1593 r.), gdzie pozwalają im powracać bez przeszkód na judaizm. Dzięki majątkom portugalskich żydów wydziera Holandia handel zamorski z rąk Portugalczyków i staje się bogatym krajem.
Amsterdam stał się dla żydów nową Jerozolimą. Tu działał Abraham Zacuto Lusitiano, zaufany doradca palatyna Fryderyka, który swoim królestwem zimowym rozpoczął wojnę trzydziestoletnią. Tu wywierał na bieg wypadków w Europie potężny wpływ Manasse ben Izrael (1604-1657), jeden z aktorów rewolucji Cromwellowskiej w Anglii. Tutaj żył, pisał i skupiał koło siebie uczonych chrześcijańskich żydowski filozof Baruch Spinoza.”
Hiszpańskie i austriackie Niderlandy
Wojna osiemdziesięcioletnia (1568–1648) została wywołana polityką rządu hiszpańskiego wobec popularnego w Niderlandach protestantyzmu. Zbuntowane północne Zjednoczone Prowincje (po łacinie – Belgica Foederata – „Federacyjne Niderlandy”), czyli mówiąc po ludzku – Holandia, ostatecznie oddzieliły się od Niderlandów Południowych ( Belgica Regia – „Królewskie Niderlandy”). Te ostatnie były rządzone kolejno przez Hiszpanów (Niderlandy Hiszpańskie) i austriacki Dom Habsburgów (Austriackie Niderlandy) i obejmowały większość współczesnej Belgii. Był to teatr kilku przedłużających się konfliktów przez większą część XVII i XVIII wieku z udziałem Francji, w tym wojny francusko-holenderskiej (1672–1678), wojny dziewięcioletniej (1688–1697), wojny o sukcesję hiszpańską ( 1701-1714) i część wojny o sukcesję austriacką (1740-1748).
Hiszpańskie Niderlandy i Republika Holenderska około 1700 roku; źródło: angielska Wikipedia.
Rewolucja Francuska i Królestwo Niderlandów
Po kampaniach 1794 roku podczas wojen z okresu rewolucji francuskiej, Niderlandy – w tym terytoria, które nigdy nominalnie nie znajdowały się pod panowaniem Habsburgów, takie jak biskupstwo Liège – zostały zaanektowane przez Pierwszą Republikę Francuską, kończąc panowanie austriackie w regionie. Ponowne zjednoczenie Niderlandów jako Zjednoczonego Królestwa Niderlandów nastąpiło po rozpadzie Pierwszego Cesarstwa Francuskiego w 1814 roku, po abdykacji Napoleona.
Francja promowała handel i kapitalizm, torując drogę do powstania burżuazji i szybkiego rozwoju produkcji i górnictwa. Dlatego szlachta podupadła ekonomicznie, podczas gdy belgijscy przedsiębiorcy z klasy średniej rozwijali się dzięki włączeniu ich do dużego rynku francuskiego, torując drogę Belgii do roli lidera rewolucji przemysłowej na kontynencie po 1815 roku.
Po aneksji belgijska społeczność biznesowa poparła nowy reżim, w przeciwieństwie do chłopów, którzy pozostali wrogo nastawieni. Aneksja otworzyła nowe rynki we Francji dla wełny i innych towarów z Belgii. Bankierzy i kupcy pomagali finansować i zaopatrywać armię francuską. Francja zniosła zakaz handlu morskiego na Skaldzie, który został wprowadzony w życie przez Holandię. Antwerpia szybko stała się głównym francuskim portem ze światowym handlem, a Bruksela również się rozrosła.
Zjednoczone Królestwo Niderlandów
Po klęsce Napoleona w bitwie pod Waterloo w 1815 roku, na Kongresie Wiedeńskim utworzono królestwo dynastii Orange-Nassau, łącząc w ten sposób Zjednoczone Prowincje Niderlandów z byłymi Niderlandami Austriackimi, tworząc silne państwo buforowe na północ od Francji; po połączeniu tych prowincji Holandia stała się wschodzącą potęgą. Podczas negocjacji dyplomatycznych w Wiedniu padła propozycja nagrodzenia Prus za walkę z Napoleonem dawnym terytorium Habsburgów. Jednak Wielka Brytania nalegała na zachowanie dla siebie dawnego holenderskiego Cejlonu i Kolonii Przylądkowej (Cape Colony), które przechwyciła, gdy Niderlandami rządził Napoleon. W ramach rekompensaty Królestwo Niderlandów zostało powiększone o południowe prowincje (współczesna Belgia).
Belgijska rewolucja
Rewolucja belgijska była konfliktem, który doprowadził do secesji południowych prowincji (głównie byłych południowych Niderlandów) od Zjednoczonego Królestwa Niderlandów i ustanowienia niezależnego Królestwa Belgii.
Rewolucja była spowodowana splotem czynników, z których głównym była różnica wyznaniowa (katolicka społeczność w dzisiejszej Belgii, protestancka – w dzisiejszej Holandii) i brak autonomii w południowej części.
Inne ważne czynniki to m.in.:
Niedostateczna reprezentacja dzisiejszych Belgów w Zgromadzeniu Ogólnym (62% populacji na 50% mandatów);
Większość instytucji znajdowała się na północy, a obciążenia publiczne rozkładały się nierównomiernie. Tylko jeden minister na czterech był Belgiem. W administracji było cztery razy więcej Holendrów niż Belgów. Panowała ogólna dominacja Holendrów nad gospodarczymi, politycznymi i społecznymi instytucjami Królestwa;
Dług publiczny północy (wyższy niż południa) musiał być również obsługiwany przez południe. Pierwotne długi wynosiły początkowo 1,25 miliarda guldenów dla Zjednoczonych Prowincji i tylko 100 milionów dla Południa;
Działania Wilhelma I na polu oświaty (budowa szkół, kontrola kompetencji nauczycieli i tworzenie nowych placówek, utworzenie trzech uniwersytetów państwowych) oddały ją pod całkowitą kontrolę państwa, co nie spodobało się opinii katolików.
Mieszkańcy południa byli głównie Flamandami i Walonami. Oba narody były tradycyjnie rzymskokatolickie, w przeciwieństwie do zdominowanych przez protestantów mieszkańców północy. Wielu zdeklarowanych liberałów uważało rządy króla Wilhelma I za despotyczne. Wśród klasy robotniczej panował wysoki poziom bezrobocia i niezadowolenia.
25 sierpnia 1830 r. w Brukseli wybuchły zamieszki, splądrowano sklepy. Do tłumu dołączyli widzowie teatralni, którzy wychodzili z teatru po obejrzeniu opery La muette de Portici (Niemowa z Portici), o nacjonalistycznym wydźwięku. Powstanie objęło również inne części kraju. Fabryki były okupowane, a maszyny niszczone. Porządek został przywrócony na krótko po tym, jak wysłano wojsko Wilhelma do południowych prowincji, ale zamieszki trwały nadal, a przywództwo przejęli radykałowie, którzy zaczęli nawoływać do secesji.
W jednostkach holenderskich doszło do masowych dezercji rekrutów z południowych prowincji, co zmusiło je do wycofania się. Stany Generalne w Brukseli głosowały za secesją i ogłosiły niepodległość. W następstwie zebrał się Kongres Narodowy. Król Wilhelm powstrzymał się od działań militarnych i zaapelował do wielkich mocarstw. Konferencja londyńska głównych mocarstw europejskich z 1830 roku uznała niepodległość Belgii.
W listopadzie 1830 r. konferencja londyńska 1830 roku, czyli „kongres belgijski” (składający się z delegatów z Wielkiej Brytanii, Francji, Rosji, Prus i Austrii) zarządziła 4 listopada zawieszenie broni. Pod koniec listopada Wielka Brytania i Francja wystąpiły z propozycją: żadnej interwencji wojskowej i ustanowienie niezależnego królestwa Belgii – co zostało zaakceptowane przez pozostałych trzech bardziej konserwatywnych uczestników, którzy opowiadali się za interwencją wojskową w celu przywrócenia absolutystycznego reżimu Wilhelma I. W protokole podpisanym 20 stycznia 1831 r. stwierdzono, że w Belgia zostanie utworzona z regionów nienależących w 1790 roku do Północy. Nowe królestwo będzie zobowiązane do zachowania neutralności w stosunkach zagranicznych. Brytyjski minister spraw zagranicznych Lord Palmerston zdecydowanie poparł księcia Orańskiego jako nowego króla, wybór, który utrzymałby dynastyczny związek między Holandią a nowym królestwem. Książę okazał się nie do przyjęcia dla swego ojca – Wilhelma I, a także dla Francuzów, którzy chcieli wyraźnego zerwania z Holandią. W końcu Palmerston przedstawił swojego kandydata drugiego wyboru, Leopolda I z dynastii Saxe-Coburg – wdowca po księżniczce Charlotte z Walii i wielbiciela brytyjskiego modelu konstytucyjnego – który został zaakceptowany przez wszystkich. 21 lipca 1831 roku odbyła się inauguracja rządów pierwszego „króla Belgów”. Dzień przyjęcia przez niego konstytucji – 21 lipca 1831 r. – jest świętem narodowym Belgi. Holendrzy, podpisując traktat londyński, zaakceptowali decyzję konferencji londyńskiej i w 1839 roku uznali niepodległość Belgii.
1, 2 i 3 – Zjednoczone Królestwo Niderlandów do 1830 roku; 1 i 2 – Królestwo Holandii po 1830 roku; 2 Księstwo Limburgii (1839-1867) (w Niemieckiej Konfederacji po 1839 roku jako rekompensata za Waals-Luksemburg); 3 i 4 – Królestwo Belgii po 1830 roku; 4 i 5 – Wielkie Księstwo Luksemburga (granice do 1830 roku); 4 – Prowincja Luksemburska (Waals-Luksemburg do Belgii w 1838); 5 – Wielkie Księstwo Luksemburga (Niemiecki Luksemburg, granice po 1839 roku). Na niebiesko granice Niemieckiej Konfederacji.
Źródło: angielska Wikipedia.
Rewolucja przemysłowa
Większość społeczeństwa belgijskiego była konserwatywna, zwłaszcza na wsi, a edukacja była na niskim poziomie. Niewiele osób sądziło się, że Belgia – z pozoru „gnuśny” i „uśpiony kulturowo” bastion tradycjonalizmu – stanie na czele rewolucji przemysłowej na kontynencie. Mimo to stała się ona drugim, po Wielkiej Brytanii, krajem, w którym miała miejsce rewolucja przemysłowa. Rozwinęła się w otwartą gospodarkę, skoncentrowaną na eksporcie produktów przemysłowych z silnymi powiązaniami między sektorem bankowym a przemysłem. Belgia nadała tempo całej Europie kontynentalnej, pozostawiając w tyle Holandię.
Uprzemysłowienie miało miejsce w Walonii (francuskojęzyczna południowa Belgia), począwszy od połowy lat dwudziestych XIX wieku, a zwłaszcza po 1830 roku. Głównym czynnikiem przyciągającym przedsiębiorców była dostępność taniego węgla. Na obszarach wydobycia węgla w okolicach Liège i Charleroi zbudowano wielkie piece koksownicze i walcownie. Liderem był Anglik John Cockerill. Jego fabryki w Seraing, już w 1825 roku, zintegrowały wszystkie etapy produkcji, od inżynierii po dostawy surowców.
Tani i łatwo dostępny węgiel przyciągał firmy produkujące metale i szkło, których produkcja wymagała znacznych ilości węgla, dlatego regiony wokół pól węglowych stały się silnie uprzemysłowione. Sillon industriel (Industrial Valley), a w szczególności Pays Noir (Czarny Kraj) wokół Charleroi, były ośrodkiem przemysłu stalowego aż do drugiej wojny światowej.
Pierwsza wojna światowa (1914-1918)
Belgia miała dobrze prosperującą gospodarkę na początku wojny, ale po czterech latach okupacji stała się bardzo biednym krajem. Chociaż w samej Belgii zginęło mało ludzi, to Niemcy „brutalnie i skutecznie ogołocili kraj. Maszyny, części zamienne, całe fabryki łącznie z dachami zniknęły na wschodzie. W 1919 roku było 80% bezrobocie”.
W trakcie wojny Belgia stanęła w obliczu kryzysu żywnościowego, a międzynarodową pomoc zorganizował amerykański inżynier Herbert Hoover. Było to wydarzenie bez precedensu w historii świata. Komisja Hoovera ds. Pomocy dla Belgii (CRB) miała pozwolenie Niemiec i aliantów. Jako przewodniczący CRB Hoover współpracował z liderem belgijskiego Comité National de Secours et d’Alimentation (CNSA), Émile Francqui w celu wyżywienia całego narodu w czasie wojny. CRB pozyskiwała i importowała miliony ton żywności dla CN do dystrybucji i czuwała nad CN, aby upewnić się, że armia niemiecka nie przywłaszczyła żywności. CRB stała się prawdziwą niezależną republiką pomocy, z własną flagą, marynarką wojenną, fabrykami, młynami i kolejami. Prywatne darowizny i dotacje rządowe (78%) zapewniły budżet w wysokości 11 milionów dolarów miesięcznie.
Belgia została zniszczona, nie tyle w wyniku działań wojennych, co raczej w wyniku zrabowania przez Niemców cennych maszyn. Pozostało tylko 81 sprawnych lokomotyw z 3470 dostępnych w 1914 roku. 46 z 51 hut zostało uszkodzonych, a 26 całkowicie zniszczonych. Ponad 100 000 domów zostało zburzonych. Degradacji uległo ponad 120 000 hektarów pól uprawnych. Jednak pomimo tego Belgia zaskakująco szybko podniosła się z ekonomicznej zapaści. Pierwsze powojenne igrzyska olimpijskie odbyły się w Antwerpii w 1920 r. W 1921 r. Luksemburg utworzył unię celną z Belgią.
Okres po II wojnie światowej – belgijski „cud gospodarczy”
W latach 1945–1975 keynesowska teoria ekonomii dominowała w polityce całej Europy Zachodniej, co miało szczególny wpływ na Belgię. Po wojnie rząd anulował długi Belgii. To właśnie w tym okresie powstały znane belgijskie autostrady. Odnotowano znaczny wzrost gospodarczy i wzrost średniego poziomu życia. Jak zauważył Robert Gildea: „Polityka społeczna i gospodarcza miała na celu przywrócenie liberalnego kapitalizmu, złagodzonego przez reformy społeczne, jakie przygotowywano w czasie wojny. Związki zawodowe były również zaangażowane w politykę cenową i płacową w celu obniżenia inflacji, a to, wraz z wykorzystaniem przez aliantów Antwerpii jako głównego punktu zaopatrzenia wojennego, spowodowało tak zwany belgijski cud gospodarczy połączony z wysokimi płacami”. Belgijscy robotnicy zarabiali o 50% więcej niż ich włoscy odpowiednicy i o 40% więcej niż – holenderscy.
W sferze ekonomii II wojna światowa stanowi punkt zwrotny. Ponieważ Flandria została mocno zdewastowana podczas wojny i była, od powstania belgijskiego, w dużej mierze rolnicza, najbardziej skorzystała na planie Marshalla. Jej pozycja jako zacofanego gospodarczo regionu rolniczego oznaczała, że otrzymała wsparcie od Unii Europejskiej i jej poprzedników, z racji członkostwa Belgii w tych organizacjach. W tym samym czasie Walonia przeżywała powolny względny upadek, ponieważ popyt na produkty jej kopalń i młynów był mniejszy. Równowaga gospodarcza między dwiema częściami kraju od zakończenia II wojny światowej ulega zachwianiu: Walonia traci, Flandria – zyskuje.
Strajk generalny 1960-61
W grudniu 1960 roku, w okresie zawirowań po Drugiej Wojnie Szkolnej, Walonię ogarnął strajk generalny w odpowiedzi na ogólny upadek produkcji walońskiej, ale odniósł on sukces tylko w Walonii. Robotnicy walońscy oprócz reform strukturalnych domagali się federalizmu. Mimo że strajk miał być ogólnokrajowy, flamandzcy robotnicy wydawali się niechętni do jego poparcia.
Strajkowi przewodził André Renard, założyciel „renardyzmu”, który łączył wojujący socjalizm z walońskim nacjonalizmem. Historyczka Renée Fox tak opisała alienację Walonii:
Na początku lat 60. (…) następował zasadniczy zwrot w stosunkach między Flandrią a Walonią. Flandria weszła w energiczny okres industrializacji po II wojnie światowej, a znaczny procent kapitału zagranicznego (zwłaszcza ze Stanów Zjednoczonych), napływającego do Belgii w celu wspierania nowych gałęzi przemysłu, był inwestowany we Flandrii. Z kolei kopalnie węgla w Walonii oraz wysłużone huty i stalownie przeżywały kryzys. Region stracił tysiące miejsc pracy i znaczną część kapitału inwestycyjnego. Nowa niderlandzkojęzyczna, pnąca się w górę „populistyczna burżuazja” stawała się nie tylko widoczna i głośna w ruchach flamandzkich, ale także w polityce lokalnej i krajowej… Strajk z grudnia 1960 roku przeciwko prawu oszczędnościowemu Gastona Eyskensa, został zastąpiony zbiorowym wyrażeniem frustracji, niepokojów i skarg, których doświadczała Walonia w odpowiedzi na jej pogarszającą się sytuację gospodarczą oraz przez żądania nowo utworzonego Walońskiego Ruchu Ludowego o… autonomię regionalną dla Walonii…
Wojny językowe
Temu flamandzkiemu odrodzeniu towarzyszyło odpowiednie przeniesienie władzy politycznej na Flamandów, którzy stanowili większość – około 60% populacji. Oficjalne holenderskie tłumaczenie konstytucji zostało zaakceptowane dopiero w 1967 roku.
Wojny językowe osiągnęły punkt kulminacyjny w 1968 roku wraz z podziałem Katolickiego Uniwersytetu w Leuven według języków na Katholieke Universiteit Leuven i Université Catholique de Louvain. Z tego powodu upadł w 1968 roku rząd Paula Vandena Boeynantsa.
Powstanie państwa federalnego
Dalsze spory językowe sprawiły, że kolejne rządy belgijskie stały się bardzo niestabilne. Trzy główne partie (liberalna – prawicowa, katolicka – centrowa i socjalistyczna – lewicowa) podzieliły się na dwie części w zależności od francusko- lub niderlandzkojęzycznego elektoratu. Granicę językową określiła pierwsza ustawa Gilsona z 8 listopada 1962 roku. Zmodyfikowano granice niektórych prowincji, okręgów i gmin (m.in. Mouscron stało się częścią Hainaut, a Voeren – częścią Limburgii), a ułatwienia dla mniejszości językowych zostały wprowadzone w 25 gminach. 2 sierpnia 1963 r. weszła w życie druga ustawa Gilsona, ustalająca podział Belgii na cztery obszary językowe: niderlandzki, francuski i niemiecki, z Brukselą jako obszarem dwujęzycznym.
Podział Brabancji na Brabancję flamandzką (żółty), Brabancję walońską (czerwony) i Region Stołeczny Brukseli (pomarańczowy) w 1995 roku; źródło: angielska Wikipedia.
W 1970 r. nastąpiła pierwsza reforma państwa, w wyniku której powstały trzy wspólnoty kulturowe: holenderska wspólnota kulturalna, francuska wspólnota kulturalna i niemiecka wspólnota kulturalna. Reforma ta była odpowiedzią na flamandzkie żądanie autonomii kulturalnej. Rewizja konstytucji z 1970 r. położyła również podwaliny pod utworzenie trzech Regionów, co było odpowiedzią na postulaty Walonów i francuskojęzycznych mieszkańców Brukseli w sprawie utworzenia autonomii gospodarczej.
Druga reforma państwa miała miejsce w 1980 r., kiedy wspólnoty kulturowe stały się Wspólnotami. Wspólnoty przejęły kompetencje wspólnot kulturowych w sprawach kultury i stały się odpowiedzialne za „sprawy dotyczące osoby”, takie jak polityka zdrowotna i młodzieżowa. Odtąd te trzy wspólnoty były znane jako Wspólnota Flamandzka, Wspólnota Francuska i Wspólnota Niemieckojęzyczna. W 1980 r. utworzono również dwa regiony: Region Flamandzki i Region Waloński. Jednak we Flandrii w 1980 r. podjęto decyzję o natychmiastowym połączeniu instytucji Wspólnoty i Regionu. Chociaż utworzenie regionu brukselskiego przewidziano w 1970 roku, to region stołeczny Brukseli powstał dopiero po trzeciej reformie państwa.
Podczas trzeciej reformy państwowej w 1988 i 1989 roku, pod rządami premiera Wilfrieda Martensa, utworzono Region Stołeczny Brukseli z własnymi instytucjami regionalnymi, a także holenderskimi i francuskimi instytucjami do spraw wspólnotowych. Region stołeczny Brukseli pozostał ograniczony do 19 gmin. Inne zmiany obejmowały rozszerzenie kompetencji Wspólnot i Regionów. Jednym z wartych uwagi obowiązków, które zostały przeniesione na Wspólnoty podczas reformy państwa trzeciego, była edukacja.
Czwarta reforma państwowa, która miała miejsce w 1993 r. za premiera Jeana-Luca Dehaene’a, skonsolidowała poprzednie reformy państwowe i przekształciła Belgię w pełnoprawne państwo federalne. Pierwszy artykuł belgijskiej konstytucji został zmieniony i brzmi następująco: „Belgia jest państwem federalnym składającym się ze wspólnot i regionów”. Podczas czwartej reformy państwa ponownie rozszerzono zakres odpowiedzialności Wspólnot i Regionów, zwiększono ich zasoby i rozszerzono ich kompetencje fiskalne. Inne ważne zmiany obejmowały bezpośrednie wybory parlamentów wspólnot i regionów, podział prowincji Brabancja na Brabancję Flamandzką i Brabancję Walońską oraz reformę dwuizbowego systemu parlamentu federalnego i stosunków między parlamentem federalnym a rządem federalnym. Pierwsze bezpośrednie wybory do parlamentów Gmin i Regionów odbyły się 21 maja 1995 roku.
Jednak czwarta reforma państwa nie zakończyła procesu federalizacji. W 2001 r. miała miejsce piąta reforma państwa, pod rządami premiera Guya Verhofstadta, na mocy porozumień z Lambermont i Lombard. W ramach tej reformy wspólnotom i regionom przekazano więcej uprawnień w zakresie rolnictwa, rybołówstwa, handlu zagranicznego, współpracy na rzecz rozwoju, kontroli wydatków wyborczych i dodatkowego finansowania partii politycznych. Regiony stały się odpowiedzialne za dwanaście podatków regionalnych, a władze lokalne i prowincjonalne stały się władzami Regionów. Pierwszymi wyborami samorządowymi i wojewódzkimi pod nadzorem Regionów były wybory samorządowe w 2006 roku. Funkcjonowanie brukselskich instytucji uległo również zmianie podczas piątej reformy państwowej, czego efektem było m. in. zagwarantowanie miejsca w Parlamencie Regionu Stołecznego Brukseli reprezentacji flamandzkich mieszkańców tego miasta.
Pod koniec 2011 roku, po najdłuższym kryzysie politycznym we współczesnej historii Belgii (589 dni bez rządu w 2010-2011 – przyp. W. L.), porozumienie konstytucyjne między czterema głównymi ugrupowaniami politycznymi (socjalistami, liberałami, partią chrześcijańsko-socjalną, ekologami), ale z wyłączeniem flamandzkich nacjonalistów, zapoczątkowało szóstą reformę państwa, która przewidywała istotne zmiany instytucjonalne i dodatkowe przeniesienie kompetencji ze szczebla federalnego na szczebel Wspólnot i Regionów. Między innymi Senat przestał być wybierany bezpośrednio i stał się zgromadzeniem parlamentów regionalnych. Region Stołeczny Brukseli otrzymał z mocy ustawy autonomię, a Regiony uzyskały uprawnienia w zakresie ekonomii, dotyczące zatrudnienia i opieki nad rodziną, a także większą autonomię fiskalną.
Wnioski
Kiedy zaczynałem pisać ten blog, to nie byłem pewny, czy znajdę odpowiedź na pytanie postawione na jego początku: Dlaczego stolicą unii stała się Bruksela? Odpowiedzi dostarcza ostatni jego fragment – Powstanie państwa federalnego. Belgia to unia europejska w miniaturze, a bardziej precyzyjnie, to model, który stanowi wzór do zastosowania w skali europejskiej tego wszystkiego, co wcześniej wprowadzono w Belgii. Oczywiście historia tego rejonu niejako determinowała wybór miejsca, w którym na przestrzeni wieków dokonywano różnych eksperymentów. To też jest miejsce, w którym ścierają się wpływy francuskie i niemieckie. Oba narody miały w swojej historii okresy dominacji na Europą. Tak więc Bruksela, krakowskim targiem, bardziej niż Paryż czy Berlin, nadawała się na stanie się stolicą zjednoczonej Europy, choć coraz częściej słyszy się określenie Europy regionów, a więc Europa podąża ślad w ślad za Belgią.
To, co mnie zastanowiło, to sankcja pragmatyczna z 1549 roku, wydana przez Karola V Habsburga, który praktycznie zrzekł się zwierzchnictwa nad całymi Niderlandami. Przypadek chyba bezprecedensowy w historii, by monarcha dobrowolnie zrezygnował z wpływu na swoje posiadłości. Jak to było możliwe? W blogu „Peru” pisałem: Tereny Wenezueli oddał w 1529 roku, jako spłatę długów, Karol V Habsburg augsburskim bankierom rodziny Welser. Czyżby kolejne długi zmusiły go do podjęcia takiej decyzji?
Jedną z przyczyn belgijskiej rewolucji było to, że bogata katolicka Walonia nie chciała utrzymywać biedniejszej i zadłużonej protestanckiej Holandii. Walonia stała się bogata, bo Napoleon otworzył dla niej rynek francuski, a poza tym zarabiała na dostawach dla jego armii. Później role odwróciły się i katolicka w swoich korzeniach Flandria zarabiała w czasie II wojny światowej na dostawach dla wojsk alianckich, a po wojnie została objęta planem Marshalla ze względu na zniszczenia wojenne. Także dotacje unijne trafiały głównie do Flandrii. I w ten sposób katolicka Walonia zbiedniała, a katolicka Flandria rozwija się i bogaci się. I ta Flandria chce się odłączyć od biedniejszej Walonii, tak jak wcześniej bogata Walonia odłączyła się od biedniejszej Holandii.
Przykład Belgii i jej historii pokazuje, że o bogactwie nie decyduje wyznanie i nie to, czy ktoś jest pracowity, bo jest pracowity, gdy widzi, że są efekty jego pracy, a jak nie ma, to nie jest pracowity. Człowiek na ogól zachowuje się racjonalnie. O wszystkim decyduje dopływ pieniędzy i dopuszczenie do rynków zbytu. Obecnie jest tak, że kraje protestanckie są bogatsze od katolickich, bo dostają pieniądze i mają dostęp do rynków zbytu. Protestantyzm to taki na poły judaizm i stąd taka hojność Żydów wobec protestantów.
W kolejnym odcinku nr 606 zatytułowanym Doradca Prezydenta Ukrainy: Polacy zgodzili się zapomnieć Rzeź Wołyńską na swoim kanale Podkast Polityczny Leszek Sykulski omawia wywiad, jakiego udzielił doradca prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełeńskiego Aleksij Arestowicz rosyjskiej dziennikarce Julii Łatyninie. Poniżej fragmenty jego komentarza:
»W środę 9 listopada 2022 roku jeden z doradców prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełeńskiego Aleksij Arestowicz udzielił wywiadu rosyjskiej pisarce i dziennikarce Julii Łatyninie. Wywiad ten był transmitowany na żywo na kanale Łatyniny na YouTube i do dziś, do 14 listopada, ma już ponad 400 tys. wyświetleń. W wywiadzie tym poruszono wiele spraw, ale Sykulski skupił się na polskim wątku, ponieważ w wywiadzie tym padły bardzo kontrowersyjne słowa. Polskie media głównego nurtu skoncentrowały się na wypowiedzi Arestowicza o pomocy, jakiej Polska udziela Ukrainie. Natomiast jest tu o wiele ciekawszy fragment, dotyczący trudnej przeszłości polsko-ukraińskiej.
Sykulski cytuje fragment tej wypowiedzi: „Polacy zgodzili się zapomnieć tzw. rzeź wołyńską i wszystkie problemy, jakie między nami były. Oni powiedzieli, że zamknięcie tej karty historii daje szansę zbudowania nowych stosunków. Oni wycofali wszystkie pretensje. My o tym nie rozmawiamy. To wielki krok, ponieważ w pamięci polskiego narodu była to bardzo trudna karta. To, jak niełatwo było to odrzucić, to jeszcze jeden przykład wartości ludzkich w skali narodu i dalekowzroczności polskiego kierownictwa”.
Wypowiedź Arestowicza jest skandaliczna, podkreśla Sykulski, bo nazywanie ludobójstwa wołyńskiego „tzw. rzezią wołyńską”, czy mówienie o tym, że była to w pamięci polskiego narodu bardzo trudna karta, zupełnie przemilczając kwestię pamięci historycznej ukraińskiej, nie traktując tego w ogóle jako trudnej karty w pamięci ukraińskiej, jest absolutnie skandaliczne i bardzo dobrze zresztą oddaje podejście ukraińskiego establishmentu do historii, do, także, kultu zbrodniarzy z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii.
Natomiast to, co jest bardzo istotne, to fakt, czy rzeczywiście doszło do pewnego porozumienia pomiędzy władzami Ukrainy i Polski na temat „zapomnienia o tej karcie historii”, o tym ludobójstwie. Jeżeli tutaj rzeczywiście doszło do tego, co Arestowicz nazywa dalekowzrocznością polskiego kierownictwa, no to należało by absolutnie podkreślić, że byłaby to zdrada narodowa, zdrada polskiej racji stanu. Warto dziś zapytać rządzących, czy rzeczywiście doszło do jakiegoś porozumienia w tym zakresie ze stroną ukraińską. Jeśli tak, to sprawa jest oczywista – doszło do zdrady narodowej. Absolutnie nie można zgadzać się na taką narrację, że ponieważ Ukraina walczy z Rosją, więc nie powinniśmy w ogóle mówić o ludobójstwie na Polakach, że możemy sobie do tego wrócić po wojnie, ewentualnie.
W tej wypowiedzi Arestowicza, oprócz wątków historycznych, pada także kwestia przyszłości Europy środkowo-wschodniej. Arestowicz mówi o tym, że obecnie Ukraina pretenduje do silniejszej roli, silniejszej pozycji w Europie wschodniej i mówi o tym, że Ukraińcy potrzebują silniejszej kooperacji z Polską i dodaje, że chodzi mu o takie literalne rozumienie tej ścisłej kooperacji: „w składzie jednego bardzo trwałego związku, który pozwoli ustanowić nowe prawa gry w Europie wschodniej”. To jest bardzo ciekawe stwierdzenie, czyli mówi się o jakimś bardzo trwałym związku we wschodniej części Europy. No i jest pytanie o jaką formę tego związku może chodzić. Arestowicz dodaje, że zaprasza także kraje bałtyckie, z którymi, jak to określa, jesteśmy w bliskich związkach plus „ jeszcze przyszłą Białoruś”.
Widać tutaj bardzo wyraźnie, że Arestowicz, który jest podpułkownikiem sił zbrojnych Ukrainy, jest byłym oficerem służb specjalnych tego państwa, konkretnie – głównego zarządu wywiadu, jest absolwentem Odeskiego Instytutu Wojskowego – jest to niewątpliwie człowiek dobrze poinformowany, człowiek ustosunkowany, jeśli chodzi o establishment ukraiński, ukraińskie służby specjalne. No i myślę oczywiście, że coś jest na rzeczy. Nie jest przypadkiem takie sondowanie reakcji zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce. To mówienie o przyszłej Białorusi też może wskazywać na jakieś plany zmiany systemu politycznego na Białorusi. Pytanie, czy robione oddolnie, wewnętrznie na Białorusi, czy przy pomocy czynników zewnętrznych.
Faktem jest, że Arestowicz jest człowiekiem wpływowym i jest to człowiek, który wie, co mówi, no i warto zapytać, czy polscy politycy zgadzają się z tego typu planami. Zresztą widzimy, że w Polsce też się wypuszcza tego typu balony próbne, taka próba sondowania opinii publicznej na temat jakiejś formy związku państwowego z Ukrainą. Tutaj mówi się sporo o tym Ukropolu, zresztą także różnego rodzaju think tanki, finansowane z zagranicy, próbują przedstawić to Polakom jako świetlaną przyszłość, że ta federacja polsko-ukraińska byłaby rzeczywiście czymś świetnym i zgodnym z polską racją stanu. Ja osobiście uważam, że było by to absolutnie sprzeczne z polską racją stanu, a przede wszystkim z polskim interesem narodowym. Polaków nikt nie pyta, czy chcieliby żyć w kraju wielonarodowym, takim konglomeracie etnicznym, religijnym czy wielocywilizacyjnym. Myślę, że przede wszystkim należało by zadać pytanie samym Polakom, a nie podejmować decyzje zakulisowo.
Reasumując, należy uznać wypowiedź doradcy prezydenta Ukrainy za absolutnie skandaliczną i należy oczekiwać wyjaśnień ze strony rządu w Warszawie, tak abyśmy mieli pełną jasność, w którą stronę zmierzają nawigatorzy państwa polskiego. Jakie wektory zostały obrane, realne wektory w polityce zagranicznej i polityce bezpieczeństwa i czy nie próbuje się za plecami obywateli podejmować jakichś dalekosiężnych istotnych decyzji geopolitycznych, które będą rzutowały na bezpieczeństwo państwa polskiego i jego obywateli. A byłyby to decyzje niekonsultowane z obywatelami.«
W Wikipedii można przeczytać, że Julija Łatynina jest rosyjską dziennikarką i pisarką, autorką powieści fantasy i sensacyjnych, których akcja toczy się we współczesnej Rosji. Pracuje w stacji radiowej Echo Moskwy, publikuje m.in. w The Moscow Times. Nie jest więc żadną opozycyjną dziennikarką i mieszka w Moskwie. I takiej osobie doradca prezydenta Ukrainy udziela wywiadu. Trochę to dziwne. Jeszcze rozumiałbym, gdyby dziennikarz ukraiński rozmawiał z rosyjskim, ale wysokiej rangi państwowy funkcjonariusz ukraiński rozmawia z dziennikarką państwa, które prowadzi z jego krajem wojnę. No ale cóż? Skoro ta wojna jest ustawką, to dlaczego nie?
Sykulski po raz kolejny komentuje tak, jakby nie wiedział, że cały ten polski rząd nie jest polskim. Ostatni polski rząd to był Władysław Łokietek, bo już jego syn – Kazimierz Wielki odcinał tylko kupony od tego, czego dokonał jego ojciec. Polska, jako państwo, skończyła się wraz z unią personalną polsko-węgierską. Ludwik Węgierski z dynastii Andegawenów nadał szlachcie w 1374 roku przywilej koszycki i od tego momentu zaczęło się osłabianie państwa polskiego. A w tym czasie Kapetyngowie we Francji, których boczną linią byli Andegawenowie, brali wszystko za mordę i wprowadzali władzę absolutną.
Od czasu unii personalnej z Litwą wschód zdominował Polskę, bo Wielkie Księstwo Litewskie było znacznie potężniejszym państwem niż Korona Królestwa Polskiego i miała potężniejszych magnatów-feudałów niż Korona. Żeby ukryć ten fakt i stwarzać pozory, że to jednak Korona dominuje, to bezpośrednio przed unią lubelską włączono do Korony województwo podlaskie, wołyńskie i Kijowszczyznę. I jak się spojrzało na mapę, to faktycznie Korona zrobiła się wielka, a Wielkie Księstwo Litewskie stało się Małym Księstwem Litewskim.
I ten stan trwa do dziś: wschodni element, udający Polaków, rządzi, ale to Polacy są wszystkiemu winni – temu, że to państwo jest takie, jakie jest. Ten wschodni element nigdy nie stracił swojej dominującej pozycji i nie spolonizował się. Owszem, niektórzy przeszli na katolicyzm, wszyscy zaakceptowali język i to wszystko. Te masy Ukraińców, które przesiedlono na tzw. Ziemie Odzyskane nadal są Ukraińcami i bliższy jest im interes Ukrainy niż Polski. I to oni, dominujący w polskiej polityce, za przyzwoleniem i pod kontrolą Żydów, są właśnie tymi sługami narodu ukraińskiego. I prawdę mówią: rządzący są sługami swego narodu. To są Ukraińcy i służą narodowi ukraińskiemu. Przekaz jest tak jasny i czytelny, że już bardziej czytelny być nie może. Tyle że ani Sykulski, który stroi się w piórka patrioty, a faktycznie prowadzi swoją kampanię wyborczą, ani nikt inny nie powie o tym wprost.
Mówi też Sykulski, że federacja polsko-ukraińska nie jest zgodna z polską racją stanu i polskim interesem narodowym i nikt nie pyta Polaków, czy chcieliby żyć w kraju wielonarodowym, takim konglomeracie etnicznym i religijnym. Problem polega na tym, że Polska jest takim konglomeratem, a uczyniły ją nim powojenne przesiedlenia mniejszości kresowych i przyjazd nie mniejszej ilości Żydów wraz z Armią Czerwoną. To, że o tym w PRL-u nie mówiono, to nie znaczy, że tego nie było. Ideologią PRL-u był narodowy socjalizm: jedno państwo, jeden naród, jedna partia. I większość Polaków w to uwierzyła i do dziś wierzy.
Ten kraj, to nie jest żadna Polska, to Ukraina bis, bo Ukraińcy są tu obywatelami, którzy są uprzywilejowani w stosunku do Polaków, a skoro tak, to znaczy, że Polacy są dyskryminowani. Nie należy jednak zapominać o tym, że nad tymi Ukraińcami ktoś jest i bez tego kogoś to wszystko, czego obecnie doświadczamy, nie byłoby możliwe. Ukraińcy są tu tylko narzędziem.
Arestowicz wspomniał o tym, o czym jakiś czas temu mówił Jaki. Z tym, że Jaki mówił o połączeniu Polski z Ukrainą i może, w przyszłości, z Białorusią, a Arestowicz dodaje jeszcze kraje bałtyckie. A więc mamy postęp i tu już nie ma najmniejszej wątpliwości, że chodzi o odtworzenie I RP i to w jej największym zasięgu terytorialnym. A skoro tak, to Polska musi wyjść z unii, o czym już otwartym tekstem wspomniał ostatnio Kaczyński.
Póki co, jesteśmy jeszcze w unii i NATO, które to NATO miało nam zapewnić bezpieczeństwo, aż tu nagle – bum! Spadła rakieta na terytorium Polski, na rzadko zaludniony obszar i trafiła w suszarnię zbóż. Ja rozumiem, że jak rakieta spada na miasto, to prawdopodobieństwo, że nie zniszczy żadnego budynku jest praktycznie zerowe, ale w rzadko zaludnionym obszarze trafienie w jakiś budynek przez rakietę, której celem była inna rakieta?… Tak jakoś dziwnie, ale od razu przypomniała mi się prowokacja gliwicka. Cóż? Prawdy zapewne nie dowiemy się. Spekulować też nie ma sensu z braku rzetelnych informacji, ale jedno jest pewne: Polska, czyli Ukraina bis, jest w coraz bardziej ordynarny sposób wciągana do wojny. Ordynarny, bo zginęli niewinni ludzie.
W odcinku nr 605 swojego Podkastu Geopolitycznego z dnia 11 listopada geopolityk, Leszek Sykulski, omawia kulisy pewnego zjazdu. Odcinek nosi tytuł: Zjazd w Jabłonnie – Realna rosyjska opozycja czy prowokacja służb? Autor informuje w nim m.in. o tym, że:
W dniach 4-7 listopada 2022 w Jabłonnie pod Warszawą grupa rosyjskich działaczy zorganizowała tzw. I Zjazd Deputowanych Ludowych. Zjazd ten został, przynajmniej oficjalnie, zorganizowany prze Ilię Ponomariowa, byłego rosyjskiego deputowanego do Dumy z obwodu nowosybirskiego. Od 2014 roku przebywa na emigracji. Początkowo w Stanach Zjednoczonych, a następnie na Ukrainie, gdzie w 2019 roku otrzymał obywatelstwo ukraińskie. Deputowanym Dumy był w latach 2007-2016. W 2013 roki postawiono mu zarzuty o defraudację kilkuset tysięcy dolarów z fundacji „Skołkowo”, co było przyczyną jego wyjazdu z kraju. Na tym zjeździe padły bardzo mocne słowa m.in. nakłanianie do zabójstwa Władymira Putina i do wywołania powstania zbrojnego w Federacji Rosyjskiej.
Pierwsze pytanie, które nasuwa się to, w czyim interesie było zorganizowanie tego spotkania? W czyim interesie i dlaczego zorganizowano to spotkane w Polsce, a nie – w innym kraju, chociażby zachodniej Europy? Pada też pytanie, kto finansował to całe zdarzenie i kto je ochraniał?
Brakowało na tym spotkaniu silnej i liczącej się opozycji rosyjskiej, która odżegnywała się od tej inicjatywy i oświadczyła, że działania Ponomariowa mają na celu wspieranie aktów terrorystycznych i są etycznie niedopuszczalne, co więcej dyskredytują ruch opozycyjny w oczach społeczeństwa rosyjskiego. To oświadczenie wskazuje, że część rosyjskiej opozycji uważa Ponomariowa za prowokatora i wichrzyciela.
Na zjeździe tym zabrał głos deputowany ukraińskiej Rady Najwyższej Oleksij Honczarenko: „Macie teraz przed sobą pierwsze zadanie – zabić dyktatora, zabić Putina. Zadanie drugie to stworzenie armii wyzwoleńczej. Wypędzimy armię rosyjską z naszego terytorium, ale to nie wszystko. W waszych rękach jest dokończenie wyzwolenia waszego kraju”.
Mamy tu do czynienia z naruszeniem nie tylko polskiego kodeksu karnego, ale także prawa międzynarodowego. Nawoływanie do zabójstwa głowy państwa jest karalne. Odbywa się to w murach Polskiej Akademii Nauk czy pałacyku zarządzanym przez PAN. Dzieje się to przy aprobacie polskich władz, polskich służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo wewnętrzne – padają nawoływania do zabójstwa prezydenta Rosji. No i pytanie, w czyim interesie? Czy Polska, wysuwając się na przód, wysuwając się jako ten zderzak strategiczny i dopuszczając organizację tego typu konferencji, tak naprawdę nie podsyca napięcia w regionie? To jest fundamentalne pytanie. Pytanie czy Ponomariow jest człowiekiem sterowanym? Czy jego pobyt w Stanach Zjednoczonych nie zakończył się nawiązaniem ściślejszej współpracy z przedstawicielami tego państwa? Czy jego pobyt na Ukrainie też nie wiązał się z nawiązaniem ściślejszych relacji z organami państwowymi Ukrainy. I pytanie, jaką rolę odgrywa na terytorium Polski? No bo działając z terytorium Polski i organizując taki zjazd, w którym nawołuje się do stworzenia jakichś grup terrorystycznych, jakichś grup dywersyjnych, nawołuje się do zabicia prezydenta Rosji – to wszystko niewątpliwie naraża państwo polskie na działania odwetowe, chociażby ze strony Federacji Rosyjskiej.
W tym kontekście warto przybliżyć kilka postaci, które były uczestnikami tego zjazdu. Jedną z najciekawszych był Gienadij Gutkow, pułkownik Federalnej Służby Bezpieczeństwa w stanie spoczynku. Pytanie, co robi pułkownik FSB w Polsce wśród opozycjonistów, wśród emigracji rosyjskiej? Czy to nie jest gra rosyjskich służb specjalnych? Znamy z historii przykłady organizowania fikcyjnych organizacji opozycyjnych po to, by infiltrować emigrację rosyjską, po to, aby infiltrować zachodnie służby specjalne.
Wśród uczestników był też Piotr Carkow, były deputowany moskiewskiego okręgu krasnosielskiego, były deputowany rosyjskiej Dumy Arkadij Jarkowski, czy chociażby profesor Jelena Łukianowa – prawniczka. Przede wszystkim zwraca uwagę fakt, że nawet wśród tych uczestników owej konferencji nie było jednomyślności. Doszło do spięcia między Niną Bielajewą, byłą deputowaną Rady Wiejskiej, która ścięła się z Ponomariowem. Doszło też do pewnego votum separatum Jeleny Łukianowej, jeśli chodzi o część procedowanych kwestii. Widać tak naprawdę, że Ilia Ponomariow nie jest żadnym liczącym się liderem środowisk opozycyjnych. Jest to człowiek, który kanalizuje część zainteresowania opozycją, emigracją rosyjską, zwłaszcza kanalizuje część tego zainteresowania w państwach NATO i unii europejskiej, a także oczywiście Ukrainy. Jeśli przyjrzymy się, do kogo jest adresowane przesłanie tego całego zjazdu, to przede wszystkim wymienia społeczeństwo Ukrainy, społeczeństwo unii europejskiej czy też – szeroko pojętego Zachodu. Wspomina też o społeczeństwie rosyjskim, ale doskonale wiemy, że nie ma żadnego przełożenia, rezonansu w mediach rosyjskich czy w społeczeństwie rosyjskim.
Podczas tego zjazdu mówiono także sporo na temat wywołania potencjalnego powstania na terytorium Federacji Rosyjskiej. Natomiast to zbrojne powstanie było omawiane dosyć mgliście, ponieważ priorytet dawano służbie w ukraińskich formacjach zbrojnych.
Faktem jest, że ten zjazd był także przejawem wykorzystania terytorium państwa polskiego do działań dywersyjnych. No, nie pierwszy raz! W Podkaście Geopolitycznym omawiałem informacje oficjalnie podane przez telewizję Biełsat, hojnie sponsorowaną przez rząd polski, o tworzeniu grup dywersyjnych na terytorium naszego kraju, które mogą wziąć udział w operacjach specjalnych na terytorium Białorusi, czyli w działaniach dywersyjnych, terrorystycznych, wymierzonych przeciwko prezydentowi Łukaszence, przeciwko rządowi białoruskiemu.
Tego typu działalność jest obarczona ogromnym ryzykiem. Promowanie terroryzmu, promowanie różnych zamachów stanu, puczów jest niezgodne z prawem międzynarodowym i należy mieć to na uwadze. To sprowadza konkretne zagrożenie, ryzyko na bezpieczeństwo państwa polskiego i jego obywateli. W tym wypadku mówimy o zjeździe w Jabłonnie. Mieliśmy tu do czynienia z działaniem dywersyjnym, spiskowym, spiskiem politycznym, dywersją polityczną. Pytanie – robioną przez kogo i w czyim interesie, biorąc pod uwagę udział oficera rosyjskich służb specjalnych, biorąc pod uwagę fakt, że organizował to wszystko, przynajmniej sygnował swoim nazwiskiem, człowiek oskarżony o defraudację sporych pieniędzy na terenie Federacji Rosyjskiej.
To wszystko jest bardzo zastanawiające – człowiek, którego opozycjoniści w samej Rosji nie uważają za swego lidera. Natomiast niewątpliwie człowiek działający obecnie w interesie przynajmniej jednego państwa. Na pewno jest to państwo ukraińskie i niewątpliwie te cele, ten zjazd wpisywał się w cele ukraińskich służb specjalnych. Pytanie, co na to służby polskie, co na to władze państwa polskiego? Czy akceptują prowadzenie tego typu działań dywersyjnych? Czy akceptują to ryzyko i zagrożenie? Czy akceptują to, że państwo polskie może być postrzegane na arenie międzynarodowej jako sponsor terroryzmu, jako sponsor grup dywersyjnych, jako państwo, które zamiast mediować, jeszcze bardziej podsyca napięcie w regionie? Moim zdaniem ta cena jest zbyt wysoka i to ryzyko jest zbyt wysokie. Jest to absolutnie sprzeczne z polską racją stanu, z polskim interesem narodowym.
Tak to przedstawił Leszek Sykulski. Oczywiście nie jest to jego dosłowna wypowiedź, choć dosyć wierna, ale chodziło mi o zaakcentowanie głównych wątków i o samą informację, że taki zjazd miał miejsce.
„Mieliśmy tu do czynienia z działaniem dywersyjnym, spiskowym, spiskiem politycznym, dywersją polityczną. Pytanie – robioną przez kogo i w czyim interesie, biorąc pod uwagę udział oficera rosyjskich służb specjalnych, biorąc pod uwagę fakt, że organizował to wszystko, przynajmniej sygnował swoim nazwiskiem, człowiek oskarżony o defraudację sporych pieniędzy na terenie Federacji Rosyjskiej?”
Tak się zapytuje Leszek Sykulski. Oficer rosyjskich służb specjalnych wjeżdża sobie do Polski, do kraju, który jest prawie w stanie wojny z Rosją. Jak to możliwe? Ano możliwe. Cytat z mojego poprzedniego blogu:
„Bractwo nasze jest, zapewne czymś bliskim zakonu, ale stanowi zgromadzenie ludzi świeckich. Nie mamy ślubowań zakonnych (…). Zacny fratello Telesfor przebiega, nie bacząc na wszelkie restrykcje i przepisy graniczne, kraje italskie, jak i kiedy chce. Więcej ci on znaczy mimo swej pokory od wielu głów utytułowanych… (…). Były to czasy wcale nie tak znowu dawne, jak zaczął ten twój eks-kleryk być kimś. I dodam, że kimś w miejscach wcale poważnych i różnych. Nie zdziwię się, jeśli spotkam go w jednej legacji któregoś z mocarstw jako gościa, w innej znowu – niby piastującego urząd powierniczy.”
A może jeszcze cytat z blogu „17 września”:
„W chwili rozpoczęcia agresji ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku pomiędzy 2 a 3 w nocy, wezwany pilnie do Komisariatu Spraw Zagranicznych w Moskwie, otrzymał od zastępcy Ludowego Komisarza Spraw zagranicznych Władimira Potiomkina notę dyplomatyczną, w której ZSRR uzasadniał agresję na Polskę. Grzybowski noty nie przyjął.
Po nieudanej próbie zakwestionowania immunitetu dyplomatycznego przez władze ZSRR, opuścił on w październiku 1939 roku wraz z polskim personelem dyplomatycznym terytorium Związku Radzieckiego, po bezpośredniej interwencji dziekana korpusu dyplomatycznego w Moskwie, ambasadora III Rzeszy Friedricha von Schulenburga i ambasadora Królestwa Włoch Augusto Rosso. Tak pisze Wikipedia, powołując się na Jerzego Łojka i jego pracę Agresja 17 września. Ta sama Wikipedia informuje też, że Grzybowski był masonem. Więc to chyba wyjaśnia interwencję ambasadora III Rzeszy. Nawet towarzysze radzieccy musieli ulec. Po linii masońskiej znaczyło więcej niż po linii partyjnej, choć pewnie ci towarzysze też byli masonami.
Po zamachu majowym w 1926 roku była już inna Polska. W administracji państwowej, w dyplomacji i w wojsku pojawiają się ludzie Piłsudskiego. Wielu z ich to masoni. Czy można zatem dziwić się, że zachowywali się tak, jak się zachowywali. Bliżej im było do masonerii i jej celów niż do państwa i narodu polskiego. To musiało „zaowocować” w tym tragicznym wrześniu.”
Pyta jeszcze Sykulski:
„Pytanie, co na to służby polskie, co na to władze państwa polskiego? Czy prowadzenie tego typu działań dywersyjnych akceptują? Czy akceptują to ryzyko i zagrożenie? Czy akceptują to, że państwo polskie może być postrzegane na arenie międzynarodowej jako sponsor terroryzmu, jako sponsor grup dywersyjnych, jako państwo, które zamiast mediować, jeszcze bardziej podsyca napięcie w regionie? Moim zdaniem ta cena jest zbyt wysoka i to ryzyko jest zbyt wysokie. Jest to absolutnie sprzeczne z polską racją stanu, z polskim interesem narodowym.”
Oczywiście, że władze państwa polskiego akceptują to i dokładnie im o to chodzi, by państwo polskie było postrzegane na arenie międzynarodowej jako sponsor terroryzmu i grup dywersyjnych. O to, by był pretekst do likwidacji tego państwa i żeby inne państwa zaakceptowały to. A kiedy to zaakceptują? Ano wtedy, gdy takie państwo będzie, poprzez swoją politykę popierania terroryzmu, zagrażało ich bezpieczeństwu. Tu nic nie dzieje się przypadkiem. Wszystko jest dokładnie wyreżyserowane.
Nie idzie to wszystko ku dobremu. Kiedyś Konrad I mazowiecki sprowadził do Polski Krzyżaków i jak to się skończyło, każdy wie. Później Łokietek poprosił ich o pomoc w usunięciu Brandenburczyków z Pomorza Gdańskiego i stracił je, bo Krzyżacy już z niego nie wyszli. Tak więc sprowadzanie obcych wojsk do Polski, jak pokazała historia, źle się dla niej kończyło. I tak skończy się sprowadzenie do Polski wojsk amerykańskich – prawdopodobnie utratą tzw. Ziem Odzyskanych. Analogia bardzo czytelna, ale i złowieszcza.
Wszystko to, co dzieje się na świecie, to jest gra. Państwa to tylko figury na szachownicy. Ponad nimi jest jakaś siła, która wydaje polecenia władzom poszczególnych państw i te władze wykonują je bez szemrania. Nie ma dla nich najmniejszego znaczenia, że ich działania mogą być szkodliwe dla państwa, którym rządzą i dla ludzi, którzy je zamieszkują. A już na pewno nie w takim państwie, jak Polska, w którym podział na warstwę rządzącą i podległy mu plebs jest od wieków zakorzeniony i wyjątkowo trwały.
Na potwierdzenie tego cytat z książki Dno czary Lwa Kaltenbergha, o której obszerniej w poprzednim blogu:
»Nie było w dobrym tonie poruszanie w salonach, na towarzyskich spotkaniach czy z racji polowań i zabaw, a i takich uroczystości rodzinnych, jak śluby czy stypy, kwestii związanych ze stanem, już teraz, po powstaniu (listopadowym – przyp. W. L.) i pierwszych, bardzo dotkliwych represjach tej tyle uprzykrzonej (passons le mot [pomińmy to słowo – przyp. W. L.]) ojczyzny. Zresztą, wiadomo powszechnie, że właściwe jej pojęcie dla dobrze urodzonego i odpowiednio „ułożonego”, posiadającego potrzeby „wyższe” człowieka streszcza się do środowisk takich, jak „świat”, jak „towarzystwo”.
Jeszcze mniej ta ojczyzna zajmowała uwagę grup i skupisk z wolna, ale konsekwentnie dobywających się na powierzchnię życia. Zrazu oscylujące nieśmiało między dawnymi swoimi pieleszami, nawykami i życiowymi modelami, z zadziwiającą zdolnością akomodacyjną gromady dorobkiewiczów, „potomków systemu Lubeckiego” – jak zwykł mawiać Michał Sobieski – zaczynały uplasowywać się na miejscach przez tradycję, przez przyjęty obyczaj i inercję jakby zastrzeżone dla kogo innego. Tym, w obecnie szczególnie pogmatwanych warunkach, przedostawanie się w górę stawiało po prostu szereg warunków, od których przyjęcia zależało, czy się utrzymają na osiągniętej z niemałym trudem powierzchni. Niektóre z tych warunków tkwiły zresztą w ich nawykach i postawie. Stąd mogli bez większych zastrzeżeń pisać się na programowe sformułowania pana hrabiego Rzewuskiego, wołającego: „Tu trzeba walczyć z samą cywilizacją i walczyć bez spoczynku. Bo ona jest w gruncie zła, bezbożna, może skonać, ale nigdy siebie nie da uzdrowić”. Ofensywa na cywilizację, „tak świętą w swych fenomenach, a tak nikczemną w swym duchu” (według określenia pana hrabiego), tym bardziej przypaść mogła do smaku nie samym tylko dorobkiewiczom na dostawach dla wojska czy przy budowie Cytadeli w Warszawie…«
Z powyższego cytatu wyraźnie wynika, że dla szlachty i arystokracji pojęcie ojczyzny zawierało w sobie zupełnie inne treści niż nam się obecnie wmawia. Drugą grupą wspomnianą przez autora w tym cytacie, tą, która z wolna, ale konsekwentnie dobywała się na powierzchnię życia byli Żydzi. To właśnie dzięki reformom Lubeckiego Żydzi zaczęli dominować w życiu gospodarczym kraju. O nim szerzej w blogu „Minister”. Natomiast masom, jeszcze nie wtedy, dopiero pod koniec XIX wieku, zaproponowano „patriotyzm”, skrywany pod postacią ideologii narodowej, której twórcami byli Żydzi – Jan Ludwik Popławski i Zygmunt Balicki. I to właśnie dlatego mogą odbywać się w Polsce takie dziwne zjazdy czy konferencje, a z drugiej strony organizuje się naiwnym Polakom różnego rodzaju marsze niepodległości, polskości i czort wie, co tam jeszcze! Dwa różne światy z całkowicie odmiennymi systemami wartości.To nadal trwa, to historia, ale i teraźniejszość zarazem. Tak więc ta polska racja stanu, polski interes narodowy, to dla tych, którzy od wieków rządzą na tym zmiennym obszarze zwanym Polską, to czysta abstrakcja.
W ostatnim tygodniu miałem problemy z łączem internetowym. Jednego dnia było połączenie z internetem, drugiego – nie. W końcu wymieniłem ruter na nowy. W międzyczasie miałem więc czas na przeczytanie książki, której wcześniej nie czytałem, a która od bardzo dawna jest w mojej bibliotece.
Ta książka to Dno czary wydana w 1965 roku. Jej autorem jest Lew Kaltenbergh (1910-1989). Na stronie „lubimyczytać.pl” można przeczytać, że to polski pisarz żydowskiego pochodzenia. Przyszedł na świat w sztetlu w Szumsku w dawnym województwie tarnopolskim (obecnie Ukraina). Jego matka była wyznania prawosławnego. Absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie (Wydział Humanistyczny). Po wojnie wykładał w Akademii Nauk Politycznych w Warszawie. Pracował także w Polskim Radiu. Autor powieści biograficznych i historycznych oraz wspomnień. Tłumacz literatury rosyjskiej, węgierskiej, niemieckiej i rumuńskiej.
Książkę tę wydało wydawnictwo Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza i na jej obwolucie informuje:
„Dno czary” jest nie tylko próbą ujęcia w opowieściowy wątek biografii Norwida. Autor stara się na przestrzeni książki rozszyfrować tajemnicę wyobcowania Poety wśród współczesnych. Dociekając powodów tego zjawiska, opowieść potrąca o sploty spraw politycznych, społecznych i kulturalnych. W jej tle ukazuje się galeria postaci przeszłego czasu, ożywionych ówczesnymi sporami i konfliktami. Swoi i obcy, wielcy i mali twórcy zdarzeń, przesuwając się w barwnym korowodzie dookoła głównej postaci utworu uwypuklają jej samotność. O źródłach tej samotności stara się opowiedzieć książka Lwa Kaltenbergha.
Jest w tej książce fragment, który chcę przytoczyć, a który dotyczy okresu tzw. wieków ciemnych. Wikipedia tak definiuje ten okres:
Wieki ciemne – określenie subiektywne, używane odnośnie do okresu historycznego trwającego od końca V wieku (upadku cesarstwa rzymskiego) do połowy X wieku, nazywanego tak przez niektórych historyków ze względu na niewielki zasób źródeł pisanych z tych czasów oraz przeświadczenie o znacznym upadku kultury, czemu przeczy np. renesans karoliński. Jest to okres powstawania królestw barbarzyńskich, kryzysu w Cesarstwie Bizantyńskim i początku ekspansji Arabów. Poza tym w IX wieku miała miejsce misja Cyryla i Metodego, która zapoczątkowała rozwój chrześcijaństwa wśród Słowian. Pojęcie europejskich „wieków ciemnych” wprowadził Francesco Petrarca.
W dialogu, który chcę zacytować uczestniczą dwie osoby. Bartoli Arrigo Pietro (1801-1872) – włoski historyk, czynny uczestnik lombardzkiej rewolucji r. 1848, autor – m.in. – Antiquitates Ethruscorum (1844). Drugi to Kleofas Czubek, brat Telesfor. „Bractwo nasze jest, zapewne czymś bliskim zakonu, ale stanowi zgromadzenie ludzi świeckich. Nie mamy ślubowań zakonnych (…). Zacny fratello Telesfor przebiega, nie bacząc na wszelkie restrykcje i przepisy graniczne, kraje italskie, jak i kiedy chce. Więcej ci on znaczy mimo swej pokory od wielu głów utytułowanych… (…). Były to czasy wcale nie tak znowu dawne, jak zaczął ten twój eks-kleryk być kimś. I dodam, że kimś w miejscach wcale poważnych i różnych. Nie zdziwię się, jeśli spotkam go w jednej legacji któregoś z mocarstw jako gościa, w innej znowu – niby piastującego urząd powierniczy.” – Mamy więc tu do czynienia z masonem i to zapewne nie najniższego stopnia, dla którego nie istnieją granice państwowe i hierarchia społeczna. Poniżej wspomniany dialog:
»Bartoli łyknął ze szklanki, dopełnił ją, nalał obecnym i wtedy dopiero podjął rzucony sobie temat.
– Spokój! – wyrzekł jakby z żalem. – Prawda, że to wielka rzecz. No, ale cóż mam czynić, grzeszny, gdy nie tylko mnie spokój sam często opuszcza. Teraz to towar niezwykle rzadki na naszym półwyspie. A jeśli kto, jak ja, zagląda zbyt niedyskretnie za parawan przeszłości…
– Ej, maestro! Zagląda się za parawanik historii, a na zewnątrz wywleka się same aluzje do współczesnego nam czasu, co? – zaśmiał się „braciszek”.
– Wcale nie. Aluzje – aluzje nasuwają się same. Zdarza się i tak, że ani nawet myślisz o dniu dzisiejszym, pogrążony z głową w odległe, dalekie sprawy lat arcydawnych… A tu – gdyś się na chwilę oderwał, gdyś się rozejrzał dokoła siebie – aż strach: same wypisy, same cytaty ze sprawozdań, kronik czy tam po prostu akt – już brzmią jak akt oskarżenia. I to w sprawach nie jakoś tam generalizowanych, zaznaczanych tylko ramami. Nie! W konkretnych, jawnie w szczegółach nawet. Figlarna staruszka jest z pani historii.
– Nawet i w owej historii z Joanną?! – spytał półgębkiem Telesfor-Kleofas.
– A nawet! – Bartoli zwrócił się ponownie do Cypriana. – Właśnie, zanim wszedł pan do izby, zwierzałem się „braciszkowi” ze swoich poszukiwań archiwalnych w dziedzinie pewnego kuriozum. Zresztą, sprawa, jeśli ją rozpatrzeć z punktu ustaw kościelnych, niebagatelna, choć pogrążona w głąb mroku średnich wieków. Sprzed dziesięciu stuleci ciekawostka. Co zaś w niej najbardziej dziwnego – to to, że – jakby to powiedzieć – wygląda na podanie, na gminną legendę, jako taka krąży między ludem po całej Italii. Śladem widomym i powszechnym jest znak karciany, bardzo, bardzo stary. „Papieżyca” – La papessa. Figura równa w innych maściach „królowej” czy „damie”.
– A, widziałem, widziałem – przypomniał sobie Cyprian, który już dawniej we Florencji, zauważył tę dziwaczną kartę, zapamiętując nie mniej dziwaczne inne: „wisielca”, „papieża”, „kapucyna”.
– Właśnie. Z kart do gry, szczególnie z tych najstarszych, można wyczytać. Nim figury trafiły do gry, musiały mieć swoją rolę w grach może nie wszystkim dostępnych, ważniejszych, no i wymagających nie lada biegłości. Owóż legenda, która się łączy z ową karcianą „papieżycą” ma wiele odmian, jedno zachowując bez zmian: imię. Jeśli się mówi o osobie, która dała wzór karcianej figurze, nikt jej inaczej nie nazwie, jak „papieżycą Joanną”.
– Nie jedno to chyba rzymskie podanie. Słyszałem też inne – rzekł Kleofas-Telesfor. – Zapewne. To jest o tyle ciekawsze od innych, że ma – może i niepewne, nie najbardziej liczne – ale przecież dokumenty na poparcie tego, że nie były tylko podaniem. Że w jakiejś mierze – to prawdziwa, choć ciemna i powikłana, historia. Nim wkroczyłeś do tej komnaty, mości artysto, wyliczałem naszemu fratello owe świadectwa pisemne.
– Wykładaj, maestro, dokumenty! – wołał z ostentacyjną jowialnością ”braciszek”.
– A proszę: mam nadzieję, że historia kościoła na tyle obydwom panom jest znana, iż pamiętacie, jak to Grzegorz zwany Wielkim wysłał sławnego Augustyna do Brytanii. Stał się tam założycielem opactwa Canterbury. Żadne prawie z naszych opactw, żaden klasztor tu, na ziemi ciągle zwadami zbrojnymi i najściami pogan przeorywanej, nie zachował tej świetnej ciągłości kronik i annałów, co to właśnie sławetne opactwo. A już rejestry pontyfikatów prowadzone były ze szczególną skrupulatnością. Owóż w tych właśnie kronikach, na których niejeden zapis kanoniczny oparto, widnieje pod datą roku 853 taka nota: Hic obiit Leo quartus, cuius tamen anni usque ad Benedictum tertium computantur, eo quod mulier in papam promota fuit (Tutaj zmarł Leon IV, którego lata liczą się jednak do Benedykta III, z powodu tego, że na papieża została wyniesiona kobieta). Tamże pod rokiem 855 czytamy: Johannes. Iste non computantur, quia femina fuit (Jan. Nie został policzony, ponieważ był kobietą). I zaraz po tym wymieniony jest Benedykt trzeci. To były dokumenty najważniejsze, bo podważyć autentyczności zapisu nikt serio nie może. Powiadam: serio, bo podważa się ciągle. Ci sami, co się ustawicznie powołują na kanterberyjską kronikę we wszystkich innych sprawach i wypadkach, w tym jednym chcą widzieć niedokładność, błąd, zmyślenie. Tylko uważcie, panowie, dobrze – zacytowałem dwie noty bezsporne. A przecie co najmniej sześćdziesięciu autorów, w łacinie piszących i w grece – a są między nimi i tacy, których kościół do pocztu świętych zalicza – zaświadcza istnienie i czyny papieżycy Joanny. Z tych, przeważnie uczonych, pisarzy znaczna większość ma do papieżycy stosunek raczej życzliwy, niekiedy – powiedziałbym – pełen uznania. A nie głosi tego uznania byle kto, bo i sławny mnich Marianus Scott i ów, o którym powiada tradycja kościelna, iż diligenter scripsit (napisał ostrożnie), Ballarmin, i współczesny Joannie kapłan rzymski Anastazy, zwany Bibliotekarzem, mąż zaiste o wiedzy i zasługach imponujących. Nie pomogą na to wypusty, robione w późniejszych kopiach, sporządzanych przez benedyktynów z pism Anastazego, boć dochowało się jego manuskryptów wiele. Prawda, że teraz wiele dawnych papierzysk nie tylko ukryto przed okiem niepowołanym, ale pono oddano płomieniom. Bezcenne pergaminy, stanowiące niegdyś własność Ficina, zginęły tajemniczo z półek skarbczyka we Florencji. Niemniej, z dokumentów Joanny-papieżycy dotyczących jest jeszcze jeden, który jako najbardziej może sumiennie całą rzecz przedstawiający, was, panowie Polacy, powinien ciekawić. Jest to zapis wcale obszerny, powołujący się na wiele świadectw pisanych i ustnych, dokonany przez penitencjariusza Innocentego czwartego, biskupa Cosenzy, Marcina Polonusa.
– Była przecież w czasach późniejszych nieco inna Joanna. Ta, którą kościelne wyroki skazały na stos. Mocno teraz naciskają francuscy monsiniorowie na kurię w sprawie tej heroiny gallickiej. Orleańska dynastia wiąże z powszechnym tej wojowniczej dziewicy kultem pewne polityczne aspekta. No, o to, żeby zaginęły dokumenta jej dotyczące, obawy nie ma: przeważnie znajdują się tam, we Francji i strzegą ich świeccy, laicy i duchowni porówno. – Ta tyrada Telesfora-Kleofasa nie tylko zadziwiła Cypriana Kamila, ale mocno go podrażniła. Było dziwne słyszeć w ustach duchownego taką apostrofę nawiązująca do roli rzymskiego kleru w usuwaniu czy ukrywaniu dokumentów historycznych. I było szczególnie nieprzyjemne, że tu, w papieskim Rzymie, przedstawiciel polskiego kleru (choć trudno było zgadnąć miejsce w hierarchii kościelnej zajmowane przez Kleofasa Czubka) z taką niemal „salonową” – naturalnie, w najbardziej płaskim rozumieniu tego przymiotnika – swobodą rozprawia i o gorszącej legendzie papieżycy Joanny, i o Joannie Dziewicy Orleańskiej.«
W poprzednim blogu pisałem o tym, że jeśli zna się fakty i odpowiednio się je skojarzy, to wiele z wydarzeń bieżących i przeszłych łatwiej zrozumieć. No właśnie! Jeśli zna się fakty. Powyższy cytat uświadamia, że wiele z tych faktów jest skrywanych i ich poznanie jest niedostępne ogółowi, a zatem ten ogół ma niewielkie szanse na właściwe zrozumienie otaczającej go rzeczywistości oraz przeszłości, która tę rzeczywistość ukształtowała.
Z tego cytatu można wysnuć jeszcze jeden wniosek, a mianowicie to, jak ważne jest w życiu narodów i społeczeństw zakorzenienie. Trwanie w tym samym miejscu, na swojej ziemi przez wieki. To samo w sobie stwarza stabilne, trwałe społeczeństwa, dla których wielowiekowa tradycja jest nieodłącznym elementem ich tożsamości. I w takich społeczeństwach wiedza o ich przeszłości dostępna jest nie tylko z dawnych ksiąg i kronik, które można okroić o niewygodne treści, ale też z pewnych zwyczajów, niezmiennych od wieków. I może na tym przykładzie łatwiej zrozumieć, dlaczego wielcy tego świata tak zabiegają o wielokulturowość, migracje, przesiedlenia, mieszanie narodów i społeczeństw, przesuwanie granic państwowych i tym samym państw. Żaden naród rdzenny i osiadły nie znosi dobrze tego typu eksperymentów. Tylko jedna nacja czuje się w takiej rzeczywistości jak ryba w wodzie i to ona tego dokonuje, z korzyścią dla siebie, bo im te narody słabsze, tym jej łatwiej jest je sobie podporządkować.
Jak zwykle w listopadzie nie da się uniknąć tematyki związanej z odzyskaniem niepodległości. To, czy święto to powinno obchodzić się w taki czy inny dzień, jest sprawą drugorzędną. Ważniejsze są inne. Warto wracać do tamtych wydarzeń, bo powtórka, jak mawiali Rzymianie, jest matką nauki. Czasem jednak przy tej powtórce może pojawić się jakieś skojarzenie, którego wcześniej nie było, a które wiele wyjaśnia z tamtych wydarzeń, wydarzeń wcześniejszych niż sam moment ogłoszenia niepodległości. Skojarzenie to pojawiło mi się po przeczytaniu fragmentu Dziennika Marii Dąbrowskiej z 1916 roku, a dotyczyło tzw. kryzysu przysięgowego i wycofania Legionów z frontu. Czy ktoś z tych ludzi, którzy wezmą udział w różnych marszach z okazji Święta Niepodległości, które to marsze są według mnie zwyczajną paranoją, czy ktoś z nich słyszał o tym kryzysie przysięgowym i jego konsekwencjach? Podejrzewam, że większość z pozostałych również o nim nie słyszała. Warto więc temat przybliżyć, szczególnie w takim momencie. Poniżej fragment wspomnianego Dziennika:
„Już pod samym Lublinem wyminął nas odkryty samochód, w którym zobaczyłam dwie znajome postacie: pułkownika Władysława Sikorskiego i dr Stanisława Kota. Jechali najwidoczniej do Lublina w celu stworzenia lub (jeżeli istniały) wzmocnienia tam placówek Departamentu Wojskowego, tak jak ja jechałam w związku z projektowaną rozbudową placówki Pierwszej Brygady. Zabawiło mnie żałośnie porównanie mojej skromnej osoby i podróży z tą wspaniałą jazdą dwu tak poczesnych osobistości.
Rozbrat między dwoma wyżej wymienionymi, jakby dziś powiedziano, ośrodkami dyspozycji polskiego działania politycznego (Departament Wojs. i Pierwsza Bryg.) stawał się coraz głębszy, co dla mnie i dla Mariana osobiście było bardzo bolesne, gdyż widzieliśmy pewne racje i pewne błędy z obu stron – jednak racje nie chciały się zejść, a błędy nie chciały się do siebie przyznać.
Po zajęciu przez Państwa Centralne całego zaboru rosyjskiego, polityka Piłsudskiego zyskała znacznie mocniejsze podstawy, gdyż większość nadającej ton życiu duchowemu inteligencji warszawskiej i warszawskich polityków sprzyjała daleko bardziej Komendantowi niż galicyjskiemu N.K.N.-owi (Naczelny Komitet Narodowy – przyp. W. L.) – czuła się w klimacie Pierwszej Brygady, z której głównymi postaciami była już dawniej zżyta – bardziej swojo.
Zarysowujące się na tym tle różnice – pominąwszy liczne szczegóły oraz grające, niestety, dużą rolę uprzedzenia dzielnicowe – przedstawiały się mniej więcej w następujący sposób. Stanowisko Piłsudskiego przy zachowaniu minimum nieuniknionej ze względów strategicznych zależności od państw centralnych było nieprzejednane w sprawie bezpośredniego dążenia do zupełnej niepodległości. W związku z tym i w wyniku załamywania się Rosji, Piłsudski uważał za konieczne natychmiastowe podjęcie przygotowań do walki także i z Niemcami, w którym to celu wstrzymał werbunek do umundurowanych i walczących na froncie szeregów, a natomiast organizował przez swych ludzi tajną Polską Organizację Wojskową, znaną pod skrótem P.O.W.
N.K.N.-iści ze swej strony, nie wyrzekając się oczywiście zupełnej niepodległości, sądzili, że zmuszeni będziemy w sposób nieunikniony przejść przez okres niepodległości ograniczonej w postaci jakiejś szeroko autonomicznej czy federacyjnej łączności z Austrią. Do tego stosując bieżącą politykę, uważali, że ani na chwilę nie wolno rezygnować z werbunku do Legionów (których tworzyła się już 3-cia brygada), będących najpoważniejszym atutem w przyszłej rozgrywce o stopień naszej samodzielności. Niezależnie zaś od tego twierdzili, (i mieli w tym słuszność) że nie powinniśmy rozprzęgać raz ustanowionych szeregów, które jako kadry polskiego wojska okażą się w przełomowej chwili nagląco potrzebne bez względu na wynik wojny, a więc także i na wypadek zwycięstwa Anglii i Francji. N.K.N.-iści rozumieli też naturalnie grozę niemiecką, ale jako przeciwwagę tego niebezpieczeństwa widzieli tylko wygrywanie antagonizmów austryacko-pruskich.”
I dalej:
„Wracając do spraw listopadowych, mnie i moich znajomych znacznie więcej od aktu 5-go listopada obchodził nowy ciężki kryzys we frontowych oddziałach Legionów. Piłsudski był już w otwartym zatargu z wojskowymi władzami austryackimi, oficerów zwalniał masowo do podziemnej roboty wojskowej, a i sam niebawem podał się do dymisji. Dowództwo nad wszystkimi oddziałami Legionów objął z ramienia wojskowości austryackiej gen. Szeptycki (później pod koniec wojny gen-gub. lubelski na miejsce v. Cucka), którego brać żołnierska przywitała okrzykami: – „Oddaj Dziadka!” (tak nazywano w wojsku Piłsudskiego). Szeptycki uchodził za przyzwoitego człowieka. Nie wiem czy on, czy inne czynniki dokazały tego, co jedynie pozostawało w tych dramatycznych okolicznościach do zrobienia – mianowicie wycofania Legionów z frontu. Miały pójść na zimowe leże do Baranowicz i Pułtuska, a więc na teren okupacji niemieckiej dotychczas dla nich niedostępny. Oficerowie Piłsudskiego, przeszli ten kryzys tak ciężko, że jeden z nich, obiecujący uczony geolog, Albin Fleszar, odebrał sobie życie za pomocą japońskiego harakiri.”
Tu jest bardzo ważna informacja, na którą wcześniej nie zwróciłem uwagi, bo nie wiedziałem wtedy tego, co teraz wiem. Pod koniec 1916 roku Legiony zostały wycofane z frontu, z jego południowego skrzydła, gdzie walczyły po stronie Austriaków. Zostały przerzucone na północ na niemiecką stronę. Nie przypadkiem. Od 1917 do 1921 istniała Ukraińska Republika Ludowa. Najwyraźniej były tam zbędne. A jak dalsze wypadki pokazały – Niemcom również.
Akt 5 listopada 1916 roku – obietnica powstania Królestwa Polskiego. 15 stycznia 1917 roku powstaje Tymczasowa Rada Stanu, powołana przez niemieckie i austro-węgierskie władze okupacyjne. Po kryzysie przysięgowym w dniu 25 lipca 1917 roku TRS wybrała Radę Regencyjną, która 11 listopada 1918 roku przekazała Piłsudskiemu władzę nad wojskiem, a 14 listopada całość władzy zwierzchniej, po czym rozwiązała się. Tak więc, czy to się komu podoba, czy – nie, to państwo polskie zaczynają tworzyć niemieckie i austriackie władze okupacyjne. Mitem jest więc, że Polacy sami sobie wywalczyli niepodległość. I nie zrobił też tego Piłsudski ze swoimi Legionami.
5 listopada 1916 roku w wyniku konferencji w Pszczynie władze niemieckie i austro-węgierskie wydały proklamację z podpisami swych generalnych gubernatorów von Beselera i Kuka, zawierającą obietnicę powstania Królestwa Polskiego, pozostającego w niesprecyzowanej „łączności z obu sprzymierzonymi mocarstwami”. W akcie tym nie określono granic przyszłej monarchii, a jej status wyrażało słowo „samodzielne”, zamiast – „niepodległe”. Dokument zawierał też sformułowania dotyczące polskiej armii.
Po bitwie pod Kościuchnówką (4-6 lipca 1916), w której I Brygada Legionów Polskich walcząca po stronie Austro-Węgier zapobiegła przerwaniu frontu przez wojska rosyjskie, generał Erich Ludendorff, generalny kwatermistrz Armii Cesarstwa Niemieckiego, napisał list do władz w Berlinie, postulując utworzenie zależnego od Niemiec państwa polskiego i zbudowanie polskiej armii. Jego zdaniem mogło to dać Niemcom zwycięstwo na froncie wschodnim.
Tymczasowa Rada Stanu, ustanowiona przez niemieckie i austro-węgierskie władze okupacyjne w Królestwie Polskim, powstała w styczniu 1917 roku. Została ona utworzona na podstawie rozporządzeń generalnych gubernatorów warszawskiego i lubelskiego z 6 grudnia 1916 roku. Inauguracja TRS odbyła się 14 stycznia 1917 roku na Zamku Królewskim w Warszawie, gdzie generalni gubernatorowie warszawski i lubelski wręczyli członkom dekrety nominacyjne. Na drugim posiedzeniu Rady, w dniu 17 stycznia, wybrano wydział wykonawczy, w skład którego wchodziło 9 osób, w tym Józef Piłsudski (Referat Wojny).
Tymczasowa Rada Stanu uchwaliła 3 lipca 1917 roku projekt tymczasowej organizacji polskich naczelnych władz państwowych, w którym zarezerwowała dla siebie uprawnienie do powołania regenta. W dniu 25 lipca, po kryzysie przysięgowym, TRS wybrała Radę Regencyjną w osobach Aleksandra Kakowskiego, Zdzisława Lubomirskiego i Wacława Niemojowskiego, a następnie złożyła na jej ręce swój mandat. W tym składzie Rada nie uzyskała akceptacji państw okupacyjnych. Ostatecznie w skald Rady Regencyjnej weszli Aleksander Kakowski, Zdzisław Lubomirski i Józef Ostrowski. 3 stycznia 1918 roku Rada wydała dekret o tymczasowej organizacji Władz Naczelnych w Królestwie Polskim.
Tak więc o składzie Rady Regencyjnej decydowali Niemcy, co jest o tyle istotne, że ta Rada przekaże 14 listopada władzę Piłsudskiemu. Istotny był też ten kryzys przysięgowy. Był on związany z odmową złożenia przysięgi na wierność Królestwu Polskiemu i dotrzymanie braterstwa broni wojskom Niemiec i Austro-Węgier do końca wojny przez żołnierzy Legionów Polskich (głównie I i III Brygady). Miał on miejsce 9 i 11 lipca 1917 roku. Piłsudski, mający największe wpływy w Legionach, zalecił legionistom, by nie składali przysięgi. Większość żołnierzy I i III Brygady demonstracyjnie uchyliła się od niej 9 lipca 1917 roku. Przysięgę złożyła tylko większość żołnierzy II Brygady, od samego początku słabo związanych z Piłsudskim (jej dowódcą był Józef Haller). Żołnierze ci zasilili „Polnische Wehrmacht”, nazwany tymczasem Polskim Korpusem Posiłkowym pod niemieckim dowództwem i rekrutowanym z poboru.
Legioniści, którzy odmówili złożenia przysięgi zostali internowani w dwóch obozach: żołnierze w obozie w Szczypiornie (tam grali w piłkę ręczną i stąd jej nazwa „szczypiorniak”), zaś oficerowie w Beniaminowie. W nocy z 21 na 22 lipca 1917 roku Józef Piłsudski i Kazimierz Sosnkowski zostali aresztowani. Po krótkim pobycie w kilku więzieniach Piłsudskiego przewieziono do Magdeburga, gdzie przebywał w ścisłej izolacji w twierdzy wojskowej. Dopiero w sierpniu 1918 roku umieszczono wraz z nim Sosnkowskiego.
To są informacje z Wikipedii, a więc powszechnie dostępne, gdyby komuś chciało się w niej poszperać. Widać wyraźnie, że motorem tych wszelkich działań destrukcyjnych był Piłsudski, ale on tylko wykonywał rozkazy Niemców. To był figurant, wykreowany przez swoich nieznanych przełożonych na bohatera narodowego i twórcę odrodzonego państwa, prawdopodobnie poziomem intelektualnym zbliżonym do poziomu Jarosława Kaczyńskiego, dla którego jest Piłsudski wzorem.
Tak więc pod koniec 1916 roku Legiony zostają wycofane z frontu, ale jeszcze wcześniej, jak pisze Dąbrowska, Piłsudski wstrzymuje werbunek do umundurowanych i walczących na froncie szeregów, a organizuje przez swoich ludzi tajną Polską Organizację Wojskową (POW). Skąd miał pieniądze i dlaczego Austriacy tolerowali, wbrew własnemu interesowi, tego typu działanie. Pewnie jakaś siła wyższa tak zarządziła.
Głównym reprezentantem nacjonalizmu ukraińskiego w XX w. była Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), powstała w 1929 roku w Wiedniu z połączenia kilku mniejszych organizacji, przede wszystkim Ukraińskiej Organizacji Wojskowej, utworzonej w 1920 roku. Według Grzegorza Motyki, historyka, nazwa organizacji nieprzypadkowo nawiązywała do nazwy Polskiej Organizacji Wojskowej, a członkowie UWO odwoływali się do polskich doświadczeń z okresu walk o niepodległość. A skoro nieprzypadkowo, to prawdopodobnie ci sami ludzie tworzyli obie organizacje. Wychodzi więc na to, że to Piłsudski lub jego ludzie utworzyli Ukraińską Organizację Wojskową.
Wątki się mnożą i przeplatają, gra jest coraz bardziej misterna, a jej cele niezrozumiałe dla ówczesnych obserwatorów, tak jak dla nas niezrozumiałe i nieznane są cele obecnej wojny na Ukrainie. W tamtym czasie, ci którzy reżyserowali ówczesne wydarzenia, uznali, że wówczas wojsko polskie było zbędne i mogło tylko przeszkodzić w realizacji zamierzonych celów. Ale jak się go pozbyć? Tu z pomocą przyszedł Piłsudski i wywołany przez niego tzw. kryzys przysięgowy. Skoro żołnierze odmówili złożenia przysięgi, to nie pozostało nic innego, jak ich internować w obozach do czasu, gdy staną się potrzebni, to znaczy do 1920 roku. Ten kryzys to niby miała być manifestacja patriotyzmu.
W tamtym czasie, w latach 1916-1918, silne i regularne wojsko polskie na froncie wschodnim było tak samo niewygodne Niemcom, jak w czasie II wojny światowej niezależne od Stalina polskie wojsko walczące na froncie wschodnim. Gdyby istniało to silne wojsko polskie na froncie wschodnim, to nie byłoby możliwe jego osłabienie w wyniku rewolucji bolszewickiej w Berlinie 7 listopada 1918 roku, bo wprawdzie wojsko niemieckie uległoby rozsypce, co się stało, ale zostałoby wojsko polskie. To wojsko niekoniecznie musiałoby stać tak daleko na wschodzie. Mogłoby cofnąć się do linii Curzona i strzec innych granic i być bardzo przydatnym w czasie plebiscytów na Śląsku i na Mazurach, np. zapobiec najazdowi Niemców z Niemiec zachodnich na czas głosowania. Tak się nie stało, bo w tym czasie było zajęte walką z bolszewikami i dopiero na tę wojnę zostało użyte. Polskie ziemie pozbawione ochrony, a wojsko polskie walczy o to, by mogło dojść do mordu katyńskiego i rzezi wołyńskiej. (Ta interpretacja jest błędna, bo nie uwzględniała istnienia Ober-Ostu; właściwa jest w blogu Analogie – uwaga z dnia 20.03.25).
Warto jeszcze zapoznać się z tym, co pisze o Piłsudskim Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, W-wa 1966. A pisze m.in.:
Po wybuchu I wojny światowej skierował na Kielce (zajęte 12 VIII 1914) tzw. kadrową kampanię strzelców („kadrówka”) i – bez powodzenia – przygotowywał grunt do powstania ludności Królestwa Polskiego przeciw Rosji; z jego inspiracji powstała w tym czasie Polska Organizacja Narodowa, przeciwstawiająca się Naczelnemu Komitetowi Narodowemu w Galicji; nieudana próba odegrania samodzielnej roli politycznej skłoniła Piłsudskiego do podporządkowania się NKN-owi i rozwijania działalności w ramach Legionów Polskich; został komendantem I Brygady Legionów. W tym czasie zaczęła się kształtować legenda wokół jego osoby jako przywódcy walk niepodległościowych. Zaistniałe wówczas konflikty z Komendą Legionów (gł. z szefem sztabu kpt. W. Zagórskim i szefem Departamentu Wojskowego NKN mjr W. Sikorskim) oraz orientacja na współpracę głównie z Niemcami, a nie z Austrią, skłoniły Piłsudskiego pod koniec września 1916 do opuszczenia Legionów. Po akcie 5 listopada 1916 został członkiem Tymczasowej Rady Stanu oraz szefem jej departamentu wojskowego; 1917 przeszedł do opozycji wobec TRS i okupacyjnych władz niemieckich (domagał się utworzenia rządu polskiego) i zainicjował rozbudowę Polskiej Organizacji Wojskowej (utworzonej w sierpniu 1914 w celu prowadzenia dywersji na tyłach wojsk rosyjskich), kierując tym razem jej działalność przeciw Niemcom; jego politykę realizował Konwent Organizacji A; aresztowany przez Niemców 22 VII 1917, w związku z tzw. kryzysem przysięgowym w Legionach (lipiec 1917) został osadzony wraz z K. Sosnkowskim w twierdzy magdeburskiej, po zwolnieniu 10 XI 1918 przybył do Warszawy, gdzie następnego dnia Rada Regencyjna przekazała mu władzę wojskową, a 14 XI – władzę zwierzchnią nad krajem;
Encyklopedia wspomina o Organizacji A. – w związku z tym wypada zapoznać się z tym, co i o niej pisze:
ORGANIZACJA A, utworzona w połowie 1917 roku tajna grupa skupiająca działaczy mających duże wpływy w PPS, PSL – „Wyzwolenie”, PSL – „Piast”, Stronnictwie Niezawisłości Narodowej i Zjednoczeniu Stronnictw Demokratycznych i realizujących linię polityczną J. Piłsudskiego; odpowiednikiem wśród prawicy miała być Organizacja B. Na czele O.A. Stał Konwent; działalnością O.A. kierował, po aresztowaniu Piłsudskiego, J. Moraczewski (przewodniczący), E. Rydz-Śmigły (sprawy wojskowe) i L. Wasilewski (sekretarz); Konwent dysponował POW; 1919 O.A. znana była jako Związek Wolności.
Tu już nic nie trzeba dodawać. Tu jest po prostu opis tajnej organizacji, ale też można z tego faktu wyciągnąć wniosek, że skoro Piłsudski, za pośrednictwem swoich tajnych współpracowników, miał pod kontrolą partie polityczne, to i on był odpowiedzialny za to szerzenie się partyjniactwa i anarchię sejmową, z którymi to zjawiskami „walczył” i w tym celu dokonał zamachu stanu. Bardzo nie lubił on Polski i Polaków. Znane jest jego powiedzenie, że dla Polaków można jeszcze coś zrobić, z Polakami – nic. Wyjątkowo cyniczne bydle.
Wypada jeszcze przytoczyć, co m.in. ta encyklopedia pisze o POW:
„Polska Organizacja Wojskowa (POW), tajna organizacja powstała z inicjatywy J. Piłsudskiego w sierpniu 1914 w Warszawie, wkrótce po wybuchu I wojny światowej, ze zjednoczenia oddziałów wojskowych Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich; działała w Królestwie Polskim, potem również w Galicji, na Ukrainie i w Rosji. POW prowadziła na tyłach wojsk rosyjskich wywiad i akcje dywersyjne; po zajęciu 1915 Królestwa Polskiego przez wojska niemieckie i austriackie, część członków POW wstąpiła do I Brygady Legionów Polskich; w połowie 1916 POW liczyła ok. 5 tys., wiosną 1917 ok. 13 tys. osób. Jeszcze pod koniec 1915, po odrzuceniu przez okupacyjne władze niemieckie i austriackie postulatu niezależności Legionów Polskich, Piłsudski wstrzymał dopływ członków POW do Legionów oraz wydał polecenie intensywnego szkolenia ich w półlegalnych szkołach i na kursach wojskowych. Akcjom podejmowanym przez POW patronował Centralny Komitet Narodowy, utworzony w grudniu 1915 z inicjatywy Piłsudskiego przez reprezentantów lewicy aktywistycznej (aktywiści). W dniu 17 I 1917 POW podporządkowała się Tymczasowej Radzie Stanu, lecz w czerwcu tegoż roku odmówiła jej dalszego poparcia, motywując to faktem, iż TRS ogłosiła werbunek do wojska nie wyłoniwszy uprzednio rządu; organizowany w lipcu tzw. kryzys przysięgowy w Legionach Polskich doprowadził do ich rozbicia, a POW przeszła ponownie do działalności konspiracyjnej, podporządkowana faktycznie kierownictwu Organizacji A. POW uczestniczyła w przejmowaniu władzy od Austriaków w Galicji, stanowiła siłę zbrojną rządu ludowego utworzonego 6/7 XI 1918 w Lublinie i brała udział (listopad) w rozbrajaniu Niemców na terenie Królestwa Polskiego. W grudniu 1918 została wcielona do Wojska Polskiego.
W lutym 1918 została utworzona w Poznaniu przez Wincentego Wierzejewskiego odrębna POW zaboru pruskiego, na którą oddziaływała również Narodowa Demokracja; POW zaboru pruskiego wysunęła hasło oderwania Wielkopolski od Niemiec, a jej członkowie wzięli udział w powstaniu wielkopolskim.
19 II 1919 (ładna data, taka przypadkowa? – przyp. W. L.) została utworzona POW Górnego Śląska; stanowiła ona główną siłę zbrojną podczas powstań śląskich.”
Widać więc wyraźnie, że w pewnym okresie POW robiła wszystko, by wojsko polskie zbyt wcześnie nie weszło do walki. Właściwy moment nadszedł w grudniu 1918, gdy, po listopadowej rewolucji, niemieccy żołnierze na wschodnim froncie masowo dezerterowali i wracali do domów. Natomiast filie poznańska i śląska, czyli tajne organizacje, wywołały powstanie wielkopolskie i powstania śląskie.
Gdybym opisał na jakimś forum internetowym, jak działał system partyjny u progu II RP i rolę Piłsudskiego w destabilizowaniu prac sejmu i poszczególnych partii, to zapewne wielu skomentowałoby to jako teorię spiskową, ale tak to opisała PRL-owska Wielka Encyklopedia Powszechna, a przynajmniej takie wnioski nasuwają się po przeczytaniu tego opisu. Przyznam, że mnie samemu trudno w to uwierzyć, że w tym świecie wszystko jest wyreżyserowane, że wojny są zaplanowane, że system partyjny i demokracja są fikcją, że historia jest totalnie zakłamana, ale im więcej czasu poświęcam na analizę tych zjawisk, tym bardziej wszystko zaczyna się układać w logiczną całość. Najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że często wcale nie trzeba mieć dostępu do jakichś tajnych archiwów. Wystarczy tylko skojarzyć pewne fakty, których nikt nie ukrywa i nie kwestionuje. Tak mało i tak dużo zarazem.
W niektórych środowiskach toczą się spory o to, kiedy powinno być obchodzone święto niepodległości. Czy 11 listopada, czy może 28 czerwca, gdy podpisano traktat wersalski? Są to spory jałowe, bo II RP to było jedno wielkie masońskie gnojowisko, które wciągnęło Polaków do wojny z daleko silniejszym przeciwnikiem, wojny, której nie można było wygrać, wojny, która unicestwiła dopiero co rodzącą się polską inteligencję i umocniła i tak już dominującą pozycję Żydów w Polsce. Naprawdę nie ma powodów, by pojawienie się II RP na mapie świata traktować jako odzyskanie przez Polaków własnego państwa. Tak przecież nie było.
Są takie skecze, szczególnie te z epoki PRL-u, które uważa się za, jak to się obecnie mówi, kultowe. Jednym z nich jest skecz „Dług” z 1978 roku. W role dwóch żydowskich kupców wcielili się Jan Kobuszewski i Kazimierz Brusikiewicz. Pod względem artystycznym jest to taka perełka, doskonałe wykonanie, którego nie da się powtórzyć. Jednak są w tym skeczu zdania, które mają głębszy podtekst i mają walor poznawczy. Poniżej jego większy fragment:
- Panie szanowny Rappaport, przecież 800 zł to nie jest suma, której można nie oddać. Można nie oddać 10 zł, jak się jest wielki łobuz, można nie oddać 20 zł. Ale każda suma od 100 zł w górę, to już jest dług honorowy. Panie Rappaport, pan przecież powinieneś to rozumieć, pan jesteś kupiec.
- Złociutki panie Goldberg, ja mam inny podgląd na te sprawy. Dla mnie 800 zł to jest właśnie ta suma, której nie można oddać. Można oddać 10 zł, jak się jest bardzo lekkomyślnym, można oddać 20 zł, ale od 100 zł do góry, to każdy dług, on sam z siebie, on robi się fikcyjny. Przecież pan też mnie rozumiesz, pan też jesteś kupiec.
- Złocisty panie Rappaport, teoretycznie to pan jesteś kryty, ale w praktyce pan nie masz racji. Pan musi oddać te pieniądze.
- Co znaczy musi?! Dla samego oddania!
- Ja Gutmanowi jestem winien 800 zł.
- Gutman, on może zaczekać.
- Gutman, nie! Jego dusi Rajtman.
- Rajtman, on też może zaczekać.
- Rajtman nie może, on jest winien Maliniakowi.
- Maliniak też... chwileczkę, Maliniak nie może czekać.
- Dlaczego?
- Maliniak jest winien mnie, a ja nie mogę czekać.
- Pan nie może czekać?
- No przecież pan przychodzisz do mnie, żebym ja pana oddał 800 zł! A ja ich nie mam! Ja pożyczyłem Maliniakowi, Maliniak Rajtmanu, Rajtman Gutmanu, Gutman panu, a pan mnie. To ja się pana pytam: gdzie są te 800 zł?
- Skąd ja mogę wiedzieć?!
- Widzisz pan! I to jest ta cała mistyka finansów. Stąd się bierze ten ogólnoświatowy kryzys gospodarczy.
- Oj! Ja mam takie zbiegowisko w głowie, ja nic z tego nie rozumiem. Nic!
- To ja to pana wyjaśnię. Patrz pan! Ameryka! Ona pożyczyła do Anglii, Anglia do Francji, Francja do Szwajcarii...
- Rysuj pan wolniej...
- Ameryka pożyczyła do Anglii, Anglia do Francji, Francja do Szwajcarii...
- Niderlandy...
- Szwajcaria do Włoch, Włochy do Niemiec, Niemiec do Anglii, a Anglia do Ameryki.
- To kto ma te pieniądze?
- Teoretycznie to myśmy powinni je mieć.
- Co znaczy myśmy?
- Myśmy nikomu nie pożyczali.
W skeczu tym padają takie słowa: „…ale od 100 zł do góry, to każdy dług, on sam z siebie, on robi się fikcyjny”. No właśnie! Od pewnej kwoty każdy dług już jest fikcyjny. To się właśnie dzieje i to od lat. Wszystko zaczęło się od 15 sierpnia 1971 roku, gdy prezydent Stanów Zjednoczonych Richard Nixon zawiesił wymienialność dolara na złoto. W praktyce oznaczało to, że już nie mogło być tak jak wcześniej, że klient mógł przyjść do banku i wymienić dolary na złoto. Na tym właśnie polegało pokrycie dolara w złocie. Nie można go było wydrukować więcej niż wydobyto złota. Żeby ludzie i państwa nie uciekły od dolara jako waluty światowej, powiązano go z ropą w ten sposób, że kto chciał kupić ropę od Arabów musiał płacić dolarami. W ten sposób można było drukować go bez ograniczeń, co spowodowało, że obecnie zadłużenie państw i nie tylko państw jest tak wielkie, że długi te są niespłacalne, czyli są fikcją. Ale fikcją nie są dłużnicy i ich zależność od wierzycieli.
Jakieś parę lat temu Stanisław Michalkiewicz naśmiewał się ze Zbigniewa Ziobro, że ten, chcąc odmienić w celowniku imię i nazwisko Donalda Tuska, powiedział Donaldu Tusku, zamiast – Donaldowi Tuskowi. Później często jeszcze przypominał ten lapsus językowy Ziobry. Nie było to jednak przejęzyczenie. Pamiętam, że sam wtedy zastanawiałem się, jak to było możliwe. Mnie nigdy nie przyszłoby do głowy, by w ten sposób odmienić w celowniku imię i nazwisko Donalda Tuska. I właśnie ten skecz pomaga zrozumieć, skąd taka odmiana. „Ja pożyczyłem Maliniakowi, Maliniak Rajtmanu, Rajtman Gutmanu, Gutman panu, a pan mnie.” Nie powiedział: Rajtamanowi, Gutmanowi, tylko Rajtmanu, Gutmanu. Najwyraźniej ten żydowski polski jest takim zepsutym polskim, jak jidysz jest zepsutym niemieckim. I najwidoczniej nie jest to martwy język, skoro Ziobrze nieopatrznie, może nawet podświadomie, wymknęła się taka odmiana i zdemaskowała go. Mnie w każdym razie bardzo spodobało się to „Donaldu Tusku” i dlatego zapamiętałem.
Czy Michalkiewicz świadomie zdemaskował Ziobrę? Bardzo możliwe, że nie. Wszak obaj należą do tej samej nacji. A może uważał, że nikt sobie nie skojarzy tego błędu z żydowskim żargonem? Jedno nie ulega wątpliwości, że udawanie kogoś innego, niż się jest, wymaga ciągłej samokontroli. A to wcale nie jest takie proste, nawet dla Żydów.
Kiedyś, bardzo dawno temu, gdy jeszcze czytałem „Najwyższy Czas”, zamieszczał w nim swoje artykuły, jeśli dobrze pamiętam nazwisko, Marek Koprowski. Mieszkał w azjatyckiej części Rosji i to jej poświęcał swoją uwagę. W jednym z nich napisał o tym, jak tamtejsze władze patrzyły z nieufnością na kogoś, kto, tak jak on, chodził do biblioteki i przeglądał stare gazety. Czego on tam szukał? Zapewne nie musiał niczego szukać. Wystarczy, że czytał i porównywał to, co pisano wtedy, z tym co się pisze obecnie. I to wystarczy. Ale dla władzy to bardzo niewygodna praktyka, bo demaskuje ją. Po latach widać, jak niewiele miały wspólnego z rzeczywistością miraże roztaczane przez polityków, pragnących jedynie pozyskać głosy wyborców. Czas jest brutalnym weryfikatorem, a może raczej demaskatorem prawdziwych intencji wielkich tego świata. Jak to mówią Rosjanie: Pażywiom, uwidim. No więc dożyliśmy i zobaczyliśmy, po co przyjęto kraje Europy wschodniej do unii.
Ja zachowałem sobie jeden taki stary dodatek „+Plus-Minus” do weekendowego wydania „Rzeczpospolitej” z dnia 14-15 grudnia 2002 roku. Na pierwszej stronie u góry napis: „Po dramatycznych negocjacjach Unia przyjęła wszystkie żądania Polski”. A poniżej, wielkimi literami: „Dzień dobry, Europo”. Pod nim duże zdjęcie, na którym na pierwszym planie uśmiechnięty premier Leszek Miller z uniesioną na wysokość ramienia prawą dłonią. W tle, na drugim planie, Włodzimierz Cimoszewicz w rozpiętej marynarce. Widać więc krawat, którego koniec wyraźnie sięga poniżej paska spodni. Nie wiedział partyjny aparatczyk, że elegancko zawiązany krawat sięga końcem do paska spodni, nie wyżej i nie niżej. Ale skąd on mógł wiedzieć? Przecież on dopiero wchodził do Europy.
We wstępie do swojego artykułu również zamieszczonego na pierwszej stronie, Jędrzej Bielecki pisze:
„Jesteśmy już niemal w Unii Europejskiej. – Wszystkie nasze postulaty zostały przyjęte – oznajmił premier Leszek Miller po kilkunastogodzinnych negocjacjach na szczycie UE w Kopenhadze.”
Polska delegacja w Kopenhadze to: Danuta Hübner, Marek Pol, Włodzimierz Cimoszewicz, Leszek Miller, Grzegorz Kołodko i Jarosław Kalinowski.
W dolnej części pierwszej strony zamieszczony jest również komentarz redakcji, zatytułowany „Unia zaprasza, Polska decyduje”. Poniżej jego treść:
Decyzja zapadła. To już nie deklaracje, to czyn. Europa nas chce. Unia Europejska pragnie nas widzieć w swoim gronie. Swoją wolę poparła w Kopenhadze rozsądnymi ustępstwami, także finansowymi. O tym, czy to zaproszenie przyjmiemy, czy chcemy należeć do Unii, zadecyduje polskie referendum. Dla nas, Polaków decyzja nie powinna być trudna. Dla jej podjęcia nie trzeba nawet odwoływać się do skądinąd słusznych haseł i emocjonalnych deklaracji o chwili dziejowej i historycznym wymiarze ani do wspomnień o czasach komunizmu.
Wystarczy na zimno uświadomić sobie, w którym miejscu jesteśmy teraz. A znajdujemy się, niestety, wciąż w przeszłości. Z winy historii, ale nie bez własnych zaniedbań. W wielu dziedzinach, szczególnie w gospodarce i poziomie życia ludzi, krok, raczej kilka kroków za Europą. Jest to dystans, który być może zdołalibyśmy odrobić sami, ale z pewnością ani za życia tego, ani kilku następnych pokoleń. Świat zmienia się zbyt szybko, Europa nie będzie na nas czekać, samotny wysiłek musiałby się okazać za wielki. A na dodatek trzeba byłoby go dokonywać zgodnie z regułami gry, które inni ustalili dla siebie i dla nas, ale bez naszego udziału.
Wchodząc do Unii Europejskiej, możemy dokonać wielkiego kroku – przejść z przeszłości do współczesności czyli do Unii. Do jedynego miejsca, z którego prowadzi droga w przyszłość. Poza Unią jest oczekiwanie na cud. Ale my nie cudu potrzebujemy, ale europejskiej normalności. – Zespół „Rzeczpospolitej”.
„Rzeczpospolita” zamieściła też wypowiedzi byłych premierów III RP. Poniżej ich fragmenty.
Tadeusz Mazowiecki: Wejście do Unii Europejskiej jest ostatecznym zamknięciem podziału Europy, podziału jałtańskiego. Polsce daje to szanse na wyrównanie poziomu cywilizacyjnego z Europą Zachodnią. Ten podział trwa dłużej niż od czasu wprowadzenia w Polsce komunizmu.
Jam Krzysztof Bielecki: Musimy też nauczyć się wydobywać obiecane nam pieniądze. Składkę Unia ściągnie z nas bezlitośnie, a my musimy umieć odzyskać te pieniądze i jeszcze więcej – 10 miliardów euro w trzy lata. To gigantyczna praca.
Hanna Suchocka: Nie ma dla nas innego miejsca na kontynencie, jak w UE. Europa się organizowała, jednoczyła, gdy my byliśmy odgrodzeni od niej murem. Jeśli chcemy powrócić do naszych korzeni, odzyskać kontakt z Europą, to nie mamy innej drogi.
Józef Oleksy: Sfinalizował się proces niesłychanej doniosłości, na miarę naszej historii, dopełniający polską transformację po dziejowym przełomie 1989 roku. Jeśli dalej wszystko potoczy się pomyślnie, będziemy mogli mówić o nowym etapie w życiu, w rozwoju Polski.
Jerzy Buzek: Zakończenie kilkuletnich negocjacji to ciężka praca kolejnych rządów, parlamentów i samych obywateli. To moment wielkiego triumfu. Kilkanaście lat temu nie wyobrażaliśmy sobie, że coś podobnego może nas spotkać.
Zamieściłem tylko fragmenty ich wypowiedzi, bo to takie zwyczajne pustosłowie. Jedynie wypowiedź Jana Olszewskiego zasługuje na to, by ją w pełni przytoczyć:
„To, że UE doda trochę pieniędzy, było do przewidzenia. Nie zmienia to samego założenia, że zostaliśmy przyjęci na zupełnie innych zasadach niż byli przyjmowani pozostali członkowie. To tworzy wewnątrz Unii podział na członków właściwych, pierwszej kategorii, i nowych – drugiej kategorii. Warunki uzyskane w negocjacjach z UE nie gwarantują, że uzyskamy szansę na wyrównanie poziomu rozwoju gospodarczego z resztą Europy. Raczej odwrotnie – utrwali się podział na dwie strefy. To fatalne dla przyszłości Unii, Polski i Europy. Moim zdaniem żaden z Polaków nie ma prawa zaakceptować takiego układu.
Kiedy byłem premierem, problemem głównym było wyprowadzenie z kraju wojsk rosyjskich i wejście do euroatlantyckiego układu bezpieczeństwa. Od kiedy znaleźliśmy się w NATO, jesteśmy po tamtej stronie. Wchodzenie do struktur europejskich jest sprawą wtórną. Nie jest tak, że musimy wejść do Europy, bo inaczej pozostaniemy poza nią. My jesteśmy w Europie tak samo jak Norwegia, która nie jest członkiem UE.”
Kiedyś Aleksander Dumas napisał powieść Trzej muszkieterowie, a rok później dopisał dalszy jej ciąg, czyli Dwadzieścia lat później. I w przypadku tego „wielkiego wydarzenia” mija właśnie 20 lat. Podstawowe pytanie jakie wypada sobie zadać, to: Jaki był cel łączenia rozwiniętej gospodarczo Europy zachodniej i nierozwiniętej Europy wschodniej? Jeśli różnice w rozwoju tych dwóch części Europy sięgały zamierzchłych czasów, to znaczy, że ten podział był bardzo głęboki. Można wręcz powiedzieć, że sięga on podziału Imperium Rzymskiego na część wschodnią i zachodnią. Jednak, nie cofając się aż tak daleko w przeszłość, wypada zadać sobie proste pytanie: Jaki interes miałyby mieć państwa Europy zachodniej w dofinansowaniu rozwoju państw Europy wschodniej? No bo jak inaczej miałoby odbyć się wydźwignięcie zacofanych gospodarczo państw i wyrównanie poziomu? Jednak takie dofinansowanie oznaczałoby poprawę szeroko pojętej infrastruktury tych państw: budowę nowoczesnych dróg, kolei, modernizację telekomunikacji itp. Nie oznaczałoby to, że te państwa staną się producentami wszelkiego rodzaju dóbr i usług, które zapewniły państwom Europy zachodniej rozwój, bogactwo i przewagę nad Europą wschodnią i nie tylko nad nią. A skoro tak, to podział na dwie Europy pozostanie, utrwali się i pogłębi się.
Nic nie wyszło z wyrównywania poziomów rozwoju gospodarczego, co, po dwudziestu latach od tamtego czasu, jest dziś faktem. A co w takim razie z drugim filarem, czyli bezpieczeństwem, które miało zapewnić Polsce wejście do NATO? W tym wypadku jest jeszcze gorzej, bo NATO wciąga Polskę w wojnę na Ukrainie, a więc mowy o żadnym bezpieczeństwie być nie może. No więc nasze „Dwadzieścia lat później”, to wojna na Ukrainie i coraz częstsze głosy o potrzebie wyjścia z unii. Mają więc rację Rosjanie, czy może raczej władze rosyjskie, że czytanie starych gazet nie jest wskazane, wprost przeciwnie. Ci, którzy kiedyś palili książki, dobrze wiedzieli, co robili. W końcu uporano się z tym problemem, bo internet eliminuje tego typu zagrożenia, że jakieś niepoprawne myśli czy idee trafią przypadkiem do ludzi, do których trafić nie powinny.
Po co więc była ta cała hucpa z rozszerzeniem unii na wschodnią Europę? Pożyliśmy, dożyliśmy i zobaczyliśmy. Zobaczyliśmy Majdan w 2014 roku. W cytowanej przeze mnie w poprzednim blogu książce Życie polskie w dawnych wiekach jest wyjaśnienie tego słowa: W niektórych zamkach zajmował dziedziniec obszar bardzo znaczny; z ruin dotąd zachowanych zamku w Ogrodzieńcu domyślać by się można kilkumorgowej przestrzeni wewnętrznego, głównego dziedzińca. Służył taki dziedziniec za majdan, czyli punkt zborny załogi, a przy uroczystych sposobnościach za widownię obchodów, festynów, tzw. tryumfów, zjazdów i igrzysk rycerskich, którym z osobnej loggii przypatrywały się damy.
Głównym zawołaniem tego Majdanu było: My chcemy do Europy! Ale czy ten postulat, to żądanie, czy to było by możliwe, gdyby żaden z krajów Europy wschodniej nie był członkiem unii europejskiej, a w szczególności Polska, która sąsiaduje z Ukrainą? – I tu jest pies pogrzebany! Gdyby żaden z krajów Europy wschodniej nie był członkiem unii europejskiej, to takie zawołanie nie miałoby sensu. I tu rodzi się kolejne pytanie: Czy ktoś, kto po rozpadzie prządku jałtańskiego planował włączenie państw Europy wschodniej do NATO i unii europejskiej, czy ten ktoś już wtedy planował wojnę na Ukrainie i traktował to włączenie jako etap przejściowy do tej wojny? Wszak to tylko 10 lat. Polska weszła do unii w 2004 roku, a Majdan zaczął się w 2014 roku.
I dzieje się rzecz dziwna. Polska, będąca członkiem drugiej kategorii, Polska, która, podobnie jak inne kraje, wdrożyła u siebie prawo unijne i uznała jego wyższość nad polskim, ta Polska otwiera granicę z Ukrainą, granicę, która jest granicą zewnętrzną unii, a więc decyzję o jej otwarciu musiała podjąć unia, czyli ktoś, kto nią faktycznie rządzi. To nie polski rząd decydował. On tylko wykonał polecenie swoich nieznanych przełożonych. Co to oznacza w praktyce? Oznacza to rozpad unii w tym kształcie. To tak jakby ktoś podkopał w jednym miejscu fundament budynku. Co dalej będzie się działo z takim budynkiem, tego chyba już nie muszę tłumaczyć.
Po raz pierwszy weszła Polska do Europy, przyjmując chrześcijaństwo i akceptując zwierzchność władzy cesarza niemieckiego i papieża. Wchodząc w unię z Litwą, wyszła Polska z Europy i jednocześnie zanegowała zwierzchność cesarza niemieckiego i papieża. I teraz znowu Polska, angażując się w wojnę na Ukrainie i tworząc z nią unię, o czym się nie mówi, a co się dzieje – wychodzi z Europy. Czy tak będzie lepiej, jak próbują nam wmawiać internetowi gdakacze? (Nie ma w słowniku języka polskiego słowa „gdakacz”, więc wygląda na to, że je wymyśliłem.). Historia pokazuje, że na mariażach ze wschodem wyszła Polska, a raczej Polacy, jak Zabłocki na mydle.
W swoich blogach często podkreślam swój negatywny stosunek do I Rzeczypospolitej i w niej upatruję źródła tego wszelkiego zła, które do dziś trapi Polskę. Przyczyną tego zła był feudalny ustrój I RP, która rozwijała się w odwrotnym kierunku niż Europa zachodnia, w której już od czasu krucjat słabnął feudalizm i zaczęły tworzyć się nowoczesne społeczeństwa. W Polsce ustrój feudalny i niewolnictwo chłopów trwało aż do połowy XIX wieku. A więc dopiero jakby wczoraj, w porównaniu z Europą zachodnią, skończył się w Polsce feudalizm i niewolnictwo. To bardzo krótki okres na wykształcenie się nowego społeczeństwa, które i tak zostało pozbawione tej szansy ze względu na nietrwałe granice i przesiedlenia ludności. Jak mi powiedział kolega, bywały we Włoszech, w jednym z miast zobaczył aptekę, która istnieje w tym samym miejscu nieprzerwanie od XIII wieku. Trwałość i niezmienność są jednymi z tych niezbędnych czynników, które decydują o kształcie i rozwoju państw i społeczeństw.
Jednym ze źródeł, które dostarczają prawdziwej wiedzy o tym, czym była I RP, jest książka Władysława Łozińskiego Życie polskie w dawnych wiekach. Po raz pierwszy została ona wydana we Lwowie w 1907 roku. Kolejne wydania pojawiały się w latach 1911 (Lwów), 1921, 1927, 1930, 1934, 1937, 1958 i 1964. Ja mam egzemplarz wydany w 1964 roku. Później wydawano ją jeszcze w latach 1974, 1978, 1989, 2006, 2015. Książka ta jest dostępna na Allegro, a więc nie jest to jakiś unikat, ale jej treść nie przebiła się do powszechnej świadomości. Inna sprawa, że ludzi czytających książki jest coraz mniej.
Wybrałem z tej książki pewne fragmenty, które charakteryzują tych feudałów i ogólnie szlachtę i, jak sądzę, ułatwiają zrozumienie tej polskiej rzeczywistości, którą kiedyś satyryk Tadeusz Ross określił mianem kraju Zulu-Gula. Brzemię tego feudalnego tworu, jakim była I RP, do dziś ciąży na charakterze i mentalności wielu ludzi mieszkających w państwie zwanym jeszcze Polską.
»Przed wiekiem XVI murował tylko grodotwórczy osadnik niemiecki, pierwszy organizator, fortyfikator i rzemieślnik miast głównych na polskiej ziemi. Nie tylko w XV, ale jeszcze w XVI i XVII wieku budują się z drzewa nawet wielkopańskie rezydencje, nawet obronne zamki. Tę przewagę, albo raczej tę wyłączność architektury drewnianej w Polsce, oddaje dobrze słownik starych aktów i zapisków, w którym architectus oznacza zawsze tylko cieślę; architekt zaś w dzisiejszym znaczeniu tego słowa nosi nazwę murator albo lapicida, jakby wyraźna wskazówka, że budowniczym polskim par excellence był cieśla. Polska zaczęła się gęściej murować dopiero w XVI wieku, którego ostatnie dziesięciolecie wraz z pierwszą połową XVII wieku jest porą najbardziej ożywionego budowniczego ruchu. Nawet główne miasta ozdabiają się dopiero w tym czasie wspanialszymi dziełami kościelnej i świeckiej architektury, a wszystkie niemal głośne i mniej głośne zamki, dochowane dotąd w całości lub ruinie, siedziby możnowładczych rodów, powstały w XVI lub XVII wieku.
Wszystkie zamki budowane w ciągu XVI i w pierwszej połowie XVII wieku były obronne, a podzielić się dadzą na dwa typy, tj. zamki ściśle zwarte, w których obronność była głównym celem, a pomieszkanie jako takie miało znaczenie drugorzędne, i na zamki, które łączyły równorzędnie oba te cele i były nie tylko silnymi warowniami, ale zarazem stanowiły wielkopańskie rezydencje, pełne komnat i sal reprezentacyjnych. Jako wzór pierwszego typu służyć nam może zamek Herburtów pod Dobromilem, który przeznaczony był wyłącznie na pomieszczenie załogi w czasie niebezpieczeństwa, podczas gdy sam jego właściciel miał osobną rezydencję w znacznej odległości; jako wzór drugiego typu uważać można Krasiczyn Krasickich, Baranów Leszczyńskich lub Laszki Mniszchów. Zamki i zameczki pierwszego typu zazwyczaj ubogie bywały pod względem architektonicznym. Zbudowane ze skromnego materiału, z cegły i dzikiego kamienia, nie miały najczęściej ani zewnątrz, ani wewnątrz nic, co by wymagało talentu architekta i dłoni artysty; zamki drugiego typu były wspaniałymi dziełami nie tylko fortyfikacyjnej, ale i architektonicznej sztuki. Obwarowane według najlepszych wzorów ówczesnych mistrzów fortecznej inżynierii, były zarazem świetnymi pałacami, bogatymi w cios, marmur, alabaster, dekoracyjne rzeźby, a niekiedy w polichromiczne lub sgraffitowe ozdoby malarskie, jakich ślady zachowały się w niektórych aż do naszych czasów, jak np. w Krasiczynie i Krzyżtoporze.
Zamki i pałace polskie, budowane prawie wyłącznie przez Włochów, górowały architekturą nad niemieckimi – Jerzy Ossoliński w diariuszu podróży swojej do Ratyzbony (1636) pogardliwie mówi o pałacach panów rakuskich, „że wszystkie te fabryki bardziej na austerie albo na staroświeckie klasztory wyglądają aniżeli na pałace”. Toteż do zbudowania każdego takiego zamku polskiego potrzeba było ogromnego kapitału, do jego konserwacji ogromnej fortuny – wzniesiony raz nadmiernym wysiłkiem pożerał stale wielkie sumy, najczęściej też niósł za sobą ruinę i sam ulegał ruinie. Nie tyle jednak upadek fortun i nie tyle burze wojenne poniszczyły wielkopańskie nasze zamki, co niedbalstwo i zaniechanie najtańszych choćby i najskromniejszych środków konserwacji. Ileż to zamków polskich obrócił w ruinę nie Tatar, nie Szwed, nie Kozak, ale deszcz wpadający do środka przez dach dziurawy – patrzył na to już hetman Żółkiewski, który polecając w swoim testamencie „opatrować zamek, żeby się nie psował”, dodaje: „Wszak nie trzeba nic dalej, jeno żeby nie ciekło, a jeśli się gdzie dachówka zepsuje, o inszą nie trudno”. Zamki w Olesku, w Przemyślu, już w XVII wieku były ruinami.
Klęski publiczne i katastrofy wojenne, które od połowy XVII wieku przez długi okres lat nieprzerwanym szeregiem nawiedzały Polskę, robiąc z niej niejako jedno wielkie pobojowisko, wstrzymały ruch budowniczy. Dopiero w ostatnich dziesiątkach lat XVII wieku zaczyna się Polska murować dalej, ale teraz w nadziei spokojniejszych czasów zamiast warownych zamków powstają pałace i wspaniałe otwarte rezydencje. Prym co do czasu i świetności bierze pałac zbudowany przez króla Jana III w Wilanowie.
W porze ostatnich lat XVII wieku aż do ostatnich XVIII powstają te świetne sielskie rezydencje, które wyglądają na polskiej ziemi, pod jej szarym niebem i wśród mizernego otoczenia dworków szlacheckich krytych słomą i lepianek chłopskich, jak gdyby je magiczna różdżka przeniosła powietrzem już gotowe wprost z ojczyzny duków włoskich i markizów francuskich – powstają rozkoszne wille i pałace, jak Arkadia i Nieborów Radziwiłłów, Białystok i Choroszcza Branickich, Jabłonna i Korsuń Poniatowskich, Klemensów Zamoyskich, Lachowce Jabłonowskich, Poryck Czackich, Puławy i Wołczyn Czartoryskich, Rydzyna Sułkowskich, Słonim i Siedlce Ogińskich, Tulczyn i Zofiówka Potockich, Werki Massalskich itd. Jak wszystkie wspanialsze zamki obronne, tak i te pałace i wille stworzyła dłoń cudzoziemca: Locci, Belotti, Solari, Chiaveri, Fontana, Louis, Folino, Quarengi, Merlini, Schlüter, Pöppelmann – oto imiona głównych architektów ostatniej pory – z Polaków nieco tylko jeden Gucewicz, autor pałacu w Werkach.
Zamki polskie w XVI i XVII wieku miały urządzenia wewnętrzne równie bogate i pyszne, jak wyniosłe i dumne były ich fasady, baszty i wieże. Zbytek wszakże, jaki się roztaczał w ich salach i komnatach, był jeszcze niedawny w Polsce, zrodził się dopiero na schyłku XVI, a wybujał do niezwykłych rozmiarów w XVII i XVIII wieku. Bardzo było skromne i poważne przedtem urządzenie domów szlacheckich, senatorskich, a nawet czasowych pozastołecznych siedzib królewskich. Dopiero później bogatsza szlachta idzie z magnatami, magnaci z monarchami w zawody; niektóre zamki widocznie wzorują się na zamku wawelskim, a ich wewnętrzna dekoracja jest naśladownictwem komnat monarszych. Fantazja artysty i bogactwo materiału składają się na to architektoniczne i ornamentacyjne ustrojenie sal i pokojów. Marmur, złoto, cyprys, heban, różane drzewo, a znacznie później mahoń, złotogłów, jedwab i szpalerowe tkaniny flamandzkie i włoskie służą za materiał dekoracyjny.
Co nas w urządzeniu zamków uderza, to fakt, że podczas gdy pod architektonicznym względem mają wyłącznie lub przeważnie piętno włoskie, to dekoracja ich wewnętrzna, a głównie sprzęty, srebra i galanterie są pochodzenia niemieckiego lub flamandzkiego. Ossolińscy posługują się niemieckim malarzem Justem Ammanem, zamek Sieniawskich w Brzeżanach dekoruje sztukaturami i rzeźbami wrocławianin Pfister, podhoreckie sale i komnaty ozdabia pędzlem Jan de Baan, a w warszawskim pałacu Kazanowskich zastaje Jarzemski „holendrowe malarze w szerokich pludrach”, jak malują obrazy. Gdańsk był pośrednikiem między polskimi amatorami zbytku a twórcami niemieckich rękodzieł artystycznych; Wrocław, Norymberga i Augsburg, z którymi kupiectwo naszych stolic utrzymywało ciągłe relacje, miały zawsze bardzo wydatne pole zbytu w Polsce. Mimo dwóch Francuzek na tronie polskim w XVII wieku nie traci u nas przewagi artystyczny przemysł niemiecki, dopiero z końcem XVIII wieku wypiera go z pałaców zwycięsko smak i artystyczna produkcja Francji.
Porą najświetniejszego rozwoju wyższej sztuki ozdobnego pejzażowego ogrodnictwa, porą, z której się datują najsłynniejsze kreacje tego rodzaju, są ostatnie dziesiątki lat XVIII wieku, szczytem zaś zbytku i wielkopańskiej fantazji jest Zofiówka Szczęsnego Potockiego, stworzona podobno kosztem piętnastu milionów, opiewana przez Trembeckiego i Delille’a, sławiona jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku jako la merveille de l’Ukraine (cud Ukrainy – przyp. W. L.) – owoc posępnej raczej melancholii aniżeli poetycznej wyobraźni, tragiczna sielanka, smutny kwiat, rzucony na grób własnych iluzyj. Te wszystkie rozkoszne parki i pałace z drugiej połowy XVIII wieku, te wszystkie rezydencje wyliczone przez nas poprzednio: Białystok, Łabuń, Słonim, Jabłonów, Wołczyn, Puławy i tyle innych, to już świat całkiem nowy, całkiem obcy, świat prawie improwizowany, odcięty od przeszłości, odcięty od społeczeństwa, odcięty nawet od domowych tradycyj tych ludzi, którzy go stworzyli. Już i te wspaniałe zamki magnackie, które powstały w ostatnich latach XVI i w pierwszej połowie XVII wieku, nie wyrastały z siły, z kulturalnego gruntu społeczeństwa, nie wiązały się organicznie ze swoim światem, ale przecież o tyle były mu bliższe i o tyle pożyteczne, o ile były zarazem obronne, o ile miały dwie racje bytu: praktyczną potrzeby i etyczną służby. Zbytkiem były owe bogate, złotem i srebrem nabijane zbroje szlachty polskiej, bo dość było na samym żelazie, ale w tych zbrojach bito się przecież i zwyciężano; zbytkiem była wspaniałość zamków magnackich, bo dość im było na samych basztach i wałach, ale te zamki stawiły przecież opór najeźdźcom i wytrzymywały oblężenia. O wielkopańskich siedzibach XVIII wieku i tego powiedzieć nie można. Były niejako celem same sobie; nie było najczęściej między nimi a ich panami wewnętrznej relacji smaku, szczerze odczuwanej estetycznej czy też cywilizacyjnej potrzeby i prawdziwego ukontentowania. Gdyby ten zbytek, niekiedy tak lekkomyślny i gorszący, był kwiatem ze swojskiego, nad miarę żyznego gruntu, gdyby wypływał z wyrafinowanej sztuki życia, jak np. we współczesnej Francji, ze szczerego, głębokiego amatorstwa, gdyby ta elegancja zewnętrzna łączyła się była z elegancją umysłów lub gdyby była nareszcie schyłkowym patologicznym objawem, tak zrozumiałym w narodach bardzo starej kultury i bardzo bogatych środków, ale już przeżytych i przekwitłych – miałoby to wszystko pewne uzasadnienie i pewną logikę społeczną. Ale w narodzie młodym, ubogim, surowym jeszcze i mało oświeconym był to tylko kontrast szyderczy, a dlatego bolesny, że zbiegł się z najtragiczniejszą dobą naszych dziejów.
Po tym wszystkim, co wiemy o rezydencjach magnackich ubiegłych wieków, łatwo sobie wyobrazić, co kosztowało ich utrzymanie w całym ruchu i wymaganej świetności reprezentacji. Fortuny magnackie bywały olbrzymie – ks. Karol Radziwiłł (Panie Kochanku) obok 16 miast posiadał 583 wsie w samych królewszczyznach, a oprócz tego ogromny majątek osobisty, rodzinny; Szczęsny Potocki wraz z królewszczyzną trzy miliony morgów ziemi, a w nich jeden milion ornej, uprawianej – intratę roczną hetmana Branickiego szacowano na pół miliona złotych, a przecież nie wystarczały dochody i uciekano się do zaciągania długów.
Najznaczniejszą część olbrzymich wydatków, jakich wymagało utrzymanie rezydencji magnackiej, pochłaniała służba. Już sama wielkość i obronność zamku wymagały licznej służby zbrojnej; zbytek i zamiłowanie świetności reprezentacyjnej podwajały lub potrajały tę liczbę, niebezpieczeństwa publiczne, trwogi tatarskie, zajazdy i prywatne wojny możnowładców doprowadziły ją do rozmiarów, rzec można, nieprawdopodobnych. Służba wielkopańska miała swoje stopnie hierarchiczne, a dzieliła się na szlachecką i nieszlachecką. Uboga szlachta dostarczała zazwyczaj kontyngentu zbrojnej czeladzi i tzw. służby rękodajnej. Sługa rękodajny – manu stipulatus – stąd brał swoją nazwę, że podaniem ręki ślubował dotrzymanie warunków i terminu swojej ugody służbowej; był to niejako sługa za kontraktem, mógł pozywać i być pozwany w razie jego niedotrzymania.
Szukać protekcji u wielkiego pana-możnowładcy, oddać na jego usługi głos, szablę i sumienie, gardłować za jego przekonaniem, choćby się miało własne wprost przeciwne, podzielać jego sympatie, okazywać mu wszędzie i zawsze służalczą czołobitność, a za to wyzyskiwać, ile się tylko da, jego wpływ, jego piwnicę i jego worek – nazywano trzymaniem się klamki pańskiej. Z czasem klamka pańska stała się jakby rodzajem społecznej instytucji, albo raczej jakby jakimś stałym uprawnionym zawodem, do którego się przygotować i o który starać się należy. Ale ta klamka pańska, tak niestety obca znaczeniu jakiejś zacnej patriarchalności i braterskości szlacheckiej, którym ją ustroiła fałszywa, choć tradycyjna legenda, była wprawdzie źródłem i walnym środkiem krescytywy (kariera, wzrost znaczenia, poprawa bytu – przyp. W. L.), ale też i upodlenia zarazem; co gorsza, śmiało powiedzieć można, była jedną z klątw społecznego i publicznego życia dawnej Polski, szkołą korupcji i magnatów, i szlachty, akademią krzykactwa, warcholstwa i serwilizmu zarazem, fabryką pasożytów i próżniaków, źródłem najszkodliwszych niekiedy fakcyj (fakcja daw. a) stronnictwo, partia, koteria. b) spisek, zmowa – przyp. W. L.) i ruiną politycznego sumienia. Ona to też przyczyniła się głównie do megalomanii, która niejednego magnata polskiego zrobiła tragikomiczną postacią.
Olbrzymi koszt, łożony na zbyteczną służbę, niczym był wobec zwyczaju trzymania milicji dworskich. W XVI wieku żołnierz prywatny był potrzebą nie zawsze publiczną, bo niestety zbyt często fakcyjną i osobistą; z biegiem czasów staje się coraz bardziej tylko paradą. Pierwotnie wojska prywatne składały się głównie z ubogiej szlachty zagonowej i z poddanych chłopów, których ćwiczono i ubierano na sposób niemiecki – agrestes, habitu vero Germani – później, zwłaszcza od czasu bezkrólewi po śmierci Zygmunta Augusta i po ucieczce Henryka Walezego aż w głąb XVII wieku, poczęli możnowładcy polscy robić tzw. zaciągi, tj. werbować na Węgrzech i Wołoszy żołdactwo najemne. Kiedy w czasie bezkrólewia po zgonie ostatniego Jagiellończyka wojewoda sieradzki Łaski toczy prywatną wojnę z wojewodą krakowskim Zborowskim, sprowadza sobie węgierskich hajduków; przed elekcją Stefana Batorego gromadzi starosta Mężyk w Stężycy 1 600 najemnego węgierskiego żołnierza. Tych werbowanych na Węgrzech, a osobliwie w Siedmiogrodzie i Słowacji najemników zwano pospolicie sabatami, i odtąd nie masz magnata, zwłaszcza na Rusi, który by ich nie miał na swoim zamku. Rokosz Zebrzydowskiego, wyprawy Mniszchowskie do Moskwy, awanturnicze wojny staczane przez panów polskich, Mohiłowych zięciów, o hospodarstwo wołoskie, prywatne wojny między Diabłem Stadnickim a Łukaszem Opalińskim, między Herburtem Szczęsnym a Stadnickimi z Leska itd. były epoką największego wzmożenia się tych band najemnych, tych bezkarnych, łupieżczych, na pół dzikich sabatów, trzymanych na żołdzie magnackim. Sapiehowie, Stadniccy, Ligęzowie, Krasiccy, Herburtowie, Potoccy, Jazłowieccy utrzymywali w tych czasach całe korpusy takiego żołdactwa, ze swoją własną i całych ziem ruiną. Obok Węgrów i Słowaków spotykało się w tych najemnych szeregach także rozhultajonych lisowczyków, Tatarów, tzw. Czeremisów, czyli Lipków litewskich, Szkotów, Niemców, nawet Cyganów. Niektórzy możnowładcy miewali po kilka tysięcy najemnego żołdactwa; stałe kadry w spokojniejszych nawet czasach wynosiły po kilkaset pieszego i konnego żołnierza. Stanisław Lubomirski miał zawsze 200 dragonii niemieckiej i 400 Węgrów na swoim dworze. Jeszcze w XVIII wieku każdy prawie zamożniejszy szlachcic miewa po kilkunastu albo przynajmniej po kilku ułanów lub kozaków, za to liczba magnatów, utrzymujących stale wojska nadworne, szczupleje bardzo, chociaż nie brak i w tych czasach dworów z ogromną stosunkowo siłą zbrojną; w Nieświeżu np. w r. 1792 była artyleria, chorągiew ordynacka, dragonia, lejbkompania i sześć kompanii piechoty po niemiecku zorganizowanej, razem około 6 000 żołnierza.
Gdzie jednak armia bywała improwizowana, tam oczywiście nie brakło także improwizowanych wodzów, regimentarzy, rotmistrzów. W czasie zamieszek domowych, jak np. podczas rokoszu Zebrzydowskiego, w awanturniczych wyprawach do Moskwy i do Wołoszczyzny, w każdej dorywczej ruchawce, czy to w niej chodziło o lokalny odpór Tatarom lub opryszkom, czy też o starościńską egzekucję mota nobilitate (przy dobraniu okolicznej szlachty – przyp. W. L.), na zajazdach i wojnach prywatnych, każdy, czy to pan czy szlachcic, zaciągnąwszy kupę luźnego żołnierza lub zgraję sabatów, uważał się za hetmana lub regimentarza, a już przynajmniej za rotmistrza, jeździł na czele swojej czeladzi z buławą lub buzdyganem w ręku, a nawet ci, którzy i takiego nie mieli pretekstu, nawet ci, którzy otrzymawszy królewski list przypowiedni na sformowanie roty, nigdy jej nie przyprowadzili do obozu, kazali się malować z tymi oznakami wojskowego dostojeństwa.
Zamki i rezydencje wielkopańskie rozpadały się w gruzy; tylko mała ich cząstka zachowała się do naszych czasów w całości i ze śladami pierwotnego splendoru. Na gruzach ich urosła legendarna tradycja, poetyczniejsza i chlubniejsza od prawdy. Miały one momenta zasłużonej sławy, epizody dobrze spełnionej misji patriotycznej i cywilizacyjnej, ale wpływ dodatni, jaki wywierały na społeczeństwo ubiegłych wieków, pożytek, jaki mu niosły, nie odpowiadał olbrzymim kapitałom, jakie w nich leżały, świetności materialnej, do jakiej się wznosiły, brzemieniu w końcu, jakim przygniatały lud ubogi, przyczyniający się znojem i groszem do ich blasku. I Rzplitę kosztowały więcej, niż dla niej były warte. O ile warowne, wstrzymywały do pewnego stopnia zagony najeźdźców i dawały schronienie uboższej szlachcie i najbliższym przynajmniej gromadkom bezbronnego ludu; o ile były tylko rezydencjami, zastępowały poniekąd miasta, bo w każdym wielkim dworze był ksiądz, lekarz, aptekarz i rzemieślnik. Dawały ubogiej szlachcie chleb łatwy, ale nie uczyły pracy; były może akademią ogłady, ale bardziej jeszcze szkołą serwilizmu i zuchwalstwa. Wpływu społecznego w kulturalnym znaczeniu i w pełniejszej mierze mieć nie mogły, raz dlatego, że ich stosunkowo było mało, po wtóre, że między nimi a całym ich otoczeniem otwierała się przepaść, której wypełnić jedna strona nie chciała lub nie umiała, a druga nie mogła.«
Podwaliny ustroju I Rzeczypospolitej zostały stworzone jeszcze za czasów zjednoczonego Królestwa Polskiego (1320-1386). Jego istotą była słaba władza królewska, uniemożliwiająca monarsze dowolne dysponowanie ziemiami, które mu podlegały. Demokracja szlachecka miała być tym, co ograniczało króla. Za ostatnich dwóch Piastów władza królewska uległa wzmocnieniu, ale już za panowania Ludwika Węgierskiego i polsko-węgierskiej unii personalnej wydatnie osłabła. Po powstaniu unii realnej polsko-litewskiej i śmierci ostatniego Jagiellona podstawową zasadą ustrojową Rzeczpospolitej Obojga Narodów stała się również wolna elekcja i liberum veto.
Wielkie Księstwo Litewskie powstało po rozbiciu dzielnicowym na Rusi i podporządkowaniu południowej części jej księstw Litwie. W Polsce początkowo silna władza królewska zapewne ograniczyła trochę władzę polskiego możnowładztwa, natomiast na Litwie księstwa ruskie miały większą autonomię i były większe, przynajmniej pod względem obszaru. I tym chyba należy tłumaczyć potęgę i przewagę nad polskimi tych litewskich i rusińskich magnatów, którzy po przejściu na katolicyzm stali się „Polakami”. I to oni nadali ton „kulturowy” temu tworowi zwanemu I RP, który to twór trudno było nazwać państwem. Była to karykatura państwa doprowadzona do absurdu. Powstanie Chmielnickiego tłumi feudał Wiśniowiecki, który dysponuje wojskiem daleko liczniejszym od króla i to on decyduje, jak prowadzić walkę, a król tylko przygląda się. Do tego dochodzą jeszcze prywatne wojny, możliwe dzięki posiadaniu prywatnych wojsk. Nazywanie tego tworu państwem i do tego jeszcze mocarstwem zakrawa na kpiny. Państwo, które dopuszcza istnienie na swoim terytorium wojsk innych niż własne nie jest państwem.
Czym zatem była I RP? Chyba jakimś wielkim eksperymentem, przeprowadzonym przez tych, którzy od początku parają się tego typu doświadczeniami na żywych organizmach społecznych i państwowych. Niestety negatywne skutki tych zabiegów odczuwamy do dziś.
W poprzednim blogu pisałem o tym, że państwo polskie skończyło się w 1385 roku wraz z powstaniem unii personalnej polsko-litewskiej. Jednak i wcześniej z tym państwem bywało różnie, choć trzeba przyznać, że przynajmniej niektórzy Piastowie starali się dbać o polski interes. Pewne rzeczy łatwiej będzie zrozumieć, jeśli uświadomimy sobie, czym było to państwo. Jego wczesne dzieje dzieli się na pewne okresy:
państwo dawnych Piastów (966-1138)
rozbicie dzielnicowe (1138-1320)
zjednoczone Królestwo Polskie (1320-1386)
Korona Królestwa Polskiego w latach 1386-1795, od 1569 część Rzeczypospolitej
Rzeczpospolita Obojga Narodów (RON) – Korona Królestwa Polskiego (KKP) i Wielkie Księstwo Litewskie (WKL) w latach 1569-1795
Tak więc nawet, jeśli ktoś nie chce zaakceptować, czy nie uznaje tego, że państwo polskie skończyło się w 1385 czy 1386 roku, to musi uznać, że skończyło się ono w 1569 roku, bo Korona Królestwa Polskiego nie była już samodzielnym bytem, tylko częścią składową Rzeczypospolitej, a to nie to samo.
Rozbicie dzielnicowe
Ważnym okresem w dziejach Polski był okres rozbicia dzielnicowego, tym bardziej ważnym, że trwał 182 lata, podczas gdy Rzeczpospolita Obojga Narodów – 226, a więc tylko o 44 lata dłużej. O rozbiciu dzielnicowym nie wiemy prawie nic, a RON jest gloryfikowana na wszelkie sposoby i odwoływanie się do jej tradycji jest powszechne.
Dlaczego Bolesław Krzywousty podzielił Polskę i czy rzeczywiście takie były jego intencje? Któż więc mógł się do tego przyczynić? To właśnie w czasie rozbicia dzielnicowego pojawił się przywilej dla Żydów wielkopolskich księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego w postaci tzw. Statutu kaliskiego (1264). Rozbicie dzielnicowe w średniowieczu w Europie wystąpiło również m.in. na Rusi, na Węgrzech i w Niemczech.
Próbę zjednoczenia podjęli książęta śląscy Henryk Brodaty i Henryk Pobożny. Zajęli oni Wielkopolskę, ziemię krakowską i ziemię lubuską. Jednak najazd tatarski w 1241 roku i klęska pod Legnicą, gdzie zginął Henryk Pobożny, spowodowała rozpad tej monarchii.
Rozbicie dzielnicowe miało miejsce w krajach Europy wschodniej i środkowej. I ten rejon doświadcza najazdów tatarskich. Można sobie zadać pytanie dlaczego tylko ten rejon? Dlaczego Tatarzy, odnosząc zdecydowane zwycięstwo pod Legnicą, nie ruszyli dalej na zachód? Czyżby Europa zachodnia była pod ochroną? A jeśli tak, to pod czyją? Bolszewicy też zatrzymali się w 1920 roku pod Warszawą. Hitler bardzo łagodnie potraktował podbitą Europę zachodnią i jej ludność, w porównaniu do tego, co robił we wschodniej Europie.
W XIII wieku podzielone państwo traciło na znaczeniu na arenie międzynarodowej – część ziem zajęli Brandenburczycy i Krzyżacy. W 1295 roku na króla Polski koronował się książę wielkopolski Przemysł II, ale w następnym roku został zamordowany. W 1300 roku król czeski Wacław II koronował się na króla Polski, zmuszając księcia Władysława Łokietka do emigracji z kraju. Łokietek wrócił w 1304 roku. Rok później zmarł Wacław II, a po nim koronę polską objął Wacław III, który został zamordowany w 1306 roku. Po jego śmierci Czesi opuścili Polskę a rządy w Krakowie objął Władysław Łokietek. Rządził też na Pomorzu Gdańskim, które w 1308 roku zajęli Brandenburczycy. Łokietek poprosił o pomoc Krzyżaków, którzy po wygnaniu najeźdźców włączyli Pomorze do swojego państwa. W 1311 roku stłumił bunt krakowskiego wójta Alberta. W 1314 roku zajął Wielkopolskę. Po opanowaniu dwóch najważniejszych dzielnic został koronowany w 1320 roku w Krakowie. Poza granicami znajdowały się księstwa śląskie, stopniowo uzależniane od Królestwa Czeskiego. Nie udało się przyłączyć utraconego w XII wieku Pomorza Zachodniego. Niezależne pozostały księstwa mazowieckie zainteresowane ziemiami ruskimi. – I tak powstało Zjednoczone Królestwo Polskie.
Zjednoczone Królestwo Polskie
Zjednoczone Królestwo Polskie, inaczej odrodzone Królestwo Polskie – państwo polskie w okresie od 20 stycznia 1320 roku do 4 marca 1386 roku, czyli za panowania dwóch ostatnich Piastów (Łokietka i Kazimierza Wielkiego) i Andegawenów. Tak je definiuje Wikipedia.
Królestwo Polskie za panowania dynastii węgierskiej (wraz z lennami); źródło: Wikipedia.
Formą sprawowania władzy była monarchia stanowa (władza dwóch stanów: rycerstwa i duchowieństwa), która zastąpiła monarchię patrymonialną (państwo to własność monarchy). Głową państwa był król, który rządził krajem za pomocą rozwiniętej administracji państwowej. Lata 1320-1370 to okres zwiększania się władzy królewskiej, lecz lata 1370-1386 to okres pomniejszania jej na rzecz szlachty. Ten drugi okres, to okres tzw. unii personalnej polsko-węgierskiej. A więc już od tego momentu można mówić o końcu państwa polskiego.
Za panowania Kazimierza Wielkiego (1333-1370) powstała koncepcja Korony Królestwa Polskiego, która odbierała władcy prawo swobodnego dysponowania ziemiami państwa, tj. dzielenia Królestwa między synów i nadawania jego ziem innym państwom. Społeczeństwo dzieliło się wówczas na szlachtę, mieszczaństwo, chłopów, duchowieństwo i Żydów.
W latach 1320-1386 Polska prowadziła początkowo wojny z zakonem krzyżackim, a następnie przede wszystkim spory dyplomatyczne z Krzyżakami i Luksemburgami. Ci ostatni zasiedli na tronach Czech (1310), Brandenburgii (1373-1415), Węgier (1387) oraz Rzeszy jako królowie Niemiec i cesarze rzymscy (od 1308 do 1437). Po Luksemburgach schedę przejęli Habsburgowie. W efekcie działań Kazimierza Wielkiego i jego doradców w 1335 roku Luksemburgowie otrzymali Śląsk i zrzekli się, w zamian za 20 000 kop groszy praskich, praw do tytułu króla Polski. Wikipedia nie pisze, co to za doradcy, ale w przypadku Kazimierza Wielkiego, to chyba nietrudno domyślić się.
W latach 1310-1335 Jan Luksemburczyk był uznawany na arenie międzynarodowej za króla Polski. Władysław Łokietek i Kazimierz Wielki nosili tytuł króla krakowskiego. Dopiero w 1335 roku Jan sprzedał Kazimierzowi prawa do korony polskiej. Tym samym rządzący w Krakowie Piast został uznany przez społeczność międzynarodową za króla Polski. Działania prowadzone przez niego w kolejnych latach pozwoliły na zakończenie sporu z Krzyżakami i zawarcie pokoju kaliskiego (1343), a następnie na ekspansję na Ruś Halicko-Włodzimierską.
A więc Kazimierz „Wielki” za nic nie warty gest uznania go za króla Polski zrzekł się Śląska, a później zakończył spór z Krzyżakami, oddając im praktycznie Pomorze Gdańskie.
Po śmierci Kazimierza Wielkiego (1370) tron polski objął Ludwik Węgierski z dynastii Andegawenów (gałąź Kapetyngów) – dynastii rządzącej Węgrami od 1308 do 1382 roku. Jego ojcem był Karol Robert, a matką Elżbieta Łokietkówna, córka króla Polski Władysława I Łokietka i siostra Kazimierza III Wielkiego. Na mocy układu między Węgrami a Polską, dynastia andegaweńska miała prawo przejąć tron polski w wypadku śmierci króla Kazimierza Wielkiego, gdyby ten nie zostawił dziedzica płci męskiej. Po jego śmierci (5 listopada 1370), Ludwik przybył do Krakowa i 17 listopada w katedrze wawelskiej został koronowany na króla Polski. Zawiązano wówczas unię personalną pomiędzy obu królestwami. Ludwik nie miał męskiego dziedzica. O ile na Węgrzech nie było to problemem, to w Polsce – tak, gdyż nie dziedziczyło się po kądzieli. W zamian za sukcesję swoich córek do tronu polskiego w dniu 17 września 1374 roku Ludwik wydał dla szlachty polskiej przywilej koszycki.
Okres jego rządów to zarazem początek supremacji szlachty, obdarzonej przywilejami, w życiu politycznym kraju. Po śmierci Ludwika (1382) nastąpił okres najdłuższego w historii bezkrólewia. Ostatecznie królową Polski 16 października 1384 roku została córka Ludwika – Jadwiga Andegaweńska. W 1386 roku poślubiła księcia litewskiego Jagiełłę, który 4 marca 1386 roku został koronowany na króla Polski.
Korona Królestwa Polskiego
Korona Królestwa Polskiego, w skrócie Korona Polska lub Królestwo Polskie, potocznie Korona
1. powstała pod koniec XIV wieku koncepcja państwa polskiego jako czynnika nadrzędnego wobec władzy królów Polski, początkowo dziedzicznych (Andegawenowie), a następnie wybieranych (od Władysława II Jagiełły do Stanisława Augusta Poniatowskiego);
2. nazwa państwa polskiego w latach 1386-1569, pozostającego w unii z Litwą, a później, w latach 1569-1795 nazwa jednego z dwóch równoprawnych członów Rzeczypospolitej Obojga Narodów;
3. określenie całości obszaru ziem wchodzących w skład Królestwa Polskiego na podstawie dziedzictwa i prawnej sukcesji.
Publiczno-prawne pojęcie Korony Królestwa na określenie suwerennego państwa wraz ze swoimi prawami i historycznym terytorium, w przeciwieństwie do państwa będącego tylko dziedziczną własnością poszczególnych królów, narodziło się w XIII wieku we Francji. W Polsce koncepcja Korony Królestwa Polskiego pojawiła się w okresie Zjednoczonego Królestwa Polskiego, gdy po wygaśnięciu dynastii Piastów władzę królewską odziedziczyli po nich Andegawenowie (1370).
Tak to opisuje Wikipedia. Wypada więc sprawdzić, co też ona pisze na ten temat o Francji.
Za czasów panowania Kapetyngów postępował proces wzmacniania władzy królewskiej i scalania ziem francuskich. Król Filip II August jako pierwszy w 1190, a oficjalnie od 1204 roku tytułował się „Królem Francji”, w miejsce dotychczasowego „króla Franków”. Kapetyngowie przeprowadzili także inne liczne reformy administracyjne i ustrojowe. Między innymi w roku 1302 utworzyli Stany Generalne. Proces scalania ziem francuskich kontynuowali Walezjusze, którzy w 1328 roku, po wygaśnięciu głównej linii Kapetyngów, zasiedli na tronie Francji. Na przełomie XV i XVI wieku w zjednoczonej i scentralizowanej Francji władza królewska zaczęła przybierać formę absolutyzmu. Główni konkurenci monarchii, wielcy feudałowie, utracili dotychczasowe znaczenie, ponieważ miasta, w których pojawiły się formy produkcji wczesnokapitalistycznej, były sojusznikami monarchii.
Z kolei w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN, W-wa 1964, można przeczytać:
Jednocząca się monarchia francuska nie podważała podstaw ekonomicznych ustroju feudalnego, chciała się jednak pozbyć wielkich feudałów jako konkurentów do władzy i w tym celu podnosiła polityczne znaczenie mieszczaństwa. Wzrastało ono już przez fakt obsadzania mieszczanami ważnych urzędów; dalszym krokiem było przekształcenie przez Filipa IV Pięknego tradycyjnych zjazdów wasali królewskich w Stany Generalne (1302), w których obok duchowieństwa i szlachty zasiadali przedstawiciele „stanu trzeciego”, w praktyce – miast. Systematycznie malała liczba chłopów przywiązanych do gruntu (serfs), którzy już od czasów krucjat wykupywali się z tej formy zależności; świadczenia w naturze i robocizna ustępowały czynszom pieniężnym. Zmieniona struktura społeczna Francji sprzyjała rozwojowi władzy królewskiej. Poparty przez Stany Filip IV Piękny odparł interwencję papieża Bonifacego VIII w sprawy wewnętrzne Francji, a następnie królowie francuscy zyskali wpływ na papiestwo w okresie tzw. niewoli awiniońskiej.
Dalej z Wikipedii możemy dowiedzieć się, że:
Idea Korony Królestwa Polskiego, której symbolem były insygnia koronacyjne, została uznana za wiodącą zasadę ustrojową polskiej monarchii stanowej. Umożliwiła zachowanie ciągłości państwa polskiego i niepodzielności jego terytorium. Utożsamiała z państwem „panów polskich”, a następnie ogół ziemiaństwa, co stworzyło fundamenty pod ustrój republikański Rzeczypospolitej i demokrację szlachecką.
Mamy więc taką sytuację, że na zachodzie Europy, w tym wypadku we Francji, tworzy się nowoczesne państwo z silną władzą centralną i zanikiem feudalizmu i związanego z nim niewolnictwa, a w Polsce mamy proces dokładnie odwrotny: wzmocnienie feudalizmu i niewolnictwa oraz osłabienie władzy centralnej, czyli królewskiej. Maria Dąbrowska w „Rozdrożu – studium na temat zagadnień wiejskich” zacytowała Świętochowskiego: „W wieku XVIII lud wiejski marzył o przywróceniu mu praw z XIV wieku!” Kto o tym decydował, że te dwie części Europy poddane zostały zupełnie odmiennym procesom dziejowym?
Pod koniec XV wieku zaczęła się kształtować ideologia suwerenności Korony i dążenie do zniesienia zwierzchnictwa cesarstwa i papiestwa. W 1555 roku sejm piotrkowski zrzucił zależność od papieży (od zjazdu w Sulejowie w roku 1318 papieże byli suwerenami Królestwa Polskiego). Za czasów ostatnich Jagiellonów przyjęto również zasadę suwerenności królów Polski od cesarzy (Niemiec – przyp. W. L.), czego symbolem było zamknięcie korony Chrobrego złotymi kabłąkami i globem z krzyżem.
Z tego wniosek jest taki, że państwo polskie, w takiej czy innej formie, było zależne od papieży i cesarzy niemieckich. Cesarz to tytuł nadrzędny w stosunku do króla. I proces uniezależniania się rozpoczął się od czasu sejmu piotrkowskiego w 1555 roku. Czy to tak przypadkiem te trzy piątki w dacie? Można więc powiedzieć, że do tego czasu państwo polskie było w ówczesnej unii europejskiej tak samo od niej zależne, jak i obecne państwo „polskie”. Uniezależnienie się od papieża i cesarza oznaczało wyjście z tej unii, czyli taki renesansowy polexit. On był niezbędny, by doszło do unii realnej z Litwą. Dokładnie tak, jak obecnie: unia realna z Ukrainą będzie możliwa dopiero po wyjściu Polski z unii. I coraz głośniej o tym wróble ćwierkają.
Jednoczenie ziem koronnych
Początkowo terytorium Korony Królestwa Polskiego tworzyły ziemie zjednoczonego Królestwa Polskiego oraz Ruś Czerwona, którą dołączono w 1387 roku. Po śmierci Jadwigi Jagiełło kontynuował jednoczenie ziem Korony i przyłączył do niej ziemię wieluńską (1391), ziemię dobrzyńską (1411) i Podole (1432), które wcześniej było lennem. W wyniku wojny trzynastoletniej w 1466 roku do Korony włączono Prusy Królewskie, czyli utracone Pomorze Gdańskie i ziemię chełmińską, a także Warmię, która zachowała autonomię.
Po śmierci ostatnich Piastów mazowieckich w 1526 roku w skład Korony weszło Mazowsze. W roku 1564 król Zygmunt August, ostatni wielki książę litewski, zrzekł się na rzecz KKP praw do sukcesji w Wielkim Księstwie Litewskim. W roku 1569 na sejmie w Lublinie jako prawny spadkobierca dziedzictwa Giedymina przekazał Koronie ruskie ziemie ziemie będące w dyspozycji WKL. W tym samym roku Zygmunt August inkorporował również do Korony jako lenno Księstwo Kurlandii i Semigalii.
Źródło: Wikipedia.
Ostateczny kształt na wschodzie KKP uzyskała w 1634 roku po zawarciu pokoju z Moskwą. Wszyscy królowie elekcyjni zaprzysięgali strzec niepodzielności terytorium Korony i Litwy oraz odzyskać utracone terytoria.
Demokracja szlachecka
Demokracja szlachecka – system panujący w XV i XVI wieku w Królestwie Polskim, a następnie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W założeniu gwarantował masom szlacheckim prawo głosowania i decydowania o sprawach państwa, a także miał być przykładem tolerancji i formalnej równości w łonie samego stanu szlacheckiego.
Szlachta zbierała się na sejmikach ziemskich, wybierając przedstawicieli, którzy mieli reprezentować daną ziemię (powiat itp.) na sejmie walnym. Otrzymywali tzw. instrukcje sejmikowe, w których określano, jak powinni głosować w sprawach istotnych z punktu widzenia szlachty danej ziemi. Po zakończeniu sejmu walnego ponownie zbierały się sejmiki, a posłowie zdawali relacje z obrad (sejmiki relacyjne). Za początek demokracji szlacheckiej przyjmuje się – co do zasady – rok 1454, w którym sejmiki szlacheckie na mocy przywilejów nieszawskich uzyskały szerokie kompetencje w sprawach ogólnopaństwowych.
Główne cechy demokracji szlacheckiej to:
wolna elekcja
sejmy i sejmiki szlacheckie
senat
przywileje szlacheckie
Statuty nieszawskie 1454 (lub przywileje nieszawskie) – przywileje wydane w listopadzie i grudniu 1454 przez króla Kazimierza IV Jagiellończyka, w czasie wojny trzynastoletniej, dla szlachty poszczególnych ziem Polski.
Statuty nieszawskie sankcjonowały dotychczasowe swobody szlachty, wprowadzały nowe oraz ingerowały w swobodę decyzji króla. Odzwierciedlały antagonizm małopolsko-wielkopolski i różnice w szczegółowych rozwiązaniach prawnych w tych dzielnicach. Najważniejsze było postanowienie redakcji wielkopolskiej, iż król nie może ustanawiać nowych praw, zwoływać pospolitego ruszenia i nakładać podatków nadzwyczajnych bez odwołania się do sejmików ziemskich (postanowienie to pominięto w tekście dla Małopolski i Rusi).
Statuty nieszawskie powtórzone i rozszerzone w przywileju piotrkowskim 1496, należały, obok przywileju koszyckiego 1374 i konstytucji nihil novi 1505, do najważniejszych pomników prawa sprzyjających powstaniu w Polsce demokracji szlacheckiej.
Nihil novi (łac. nic nowego) – potoczna nazwa konstytucji sejmowej z 1505 roku poważnie ograniczającej kompetencje prawodawcze monarchy I Rzeczypospolitej. Pełna formuła łacińska brzmiała Nihil novi […] sine communi Consiliorum et Nuntiorum Terresterium consensu” (nic nowego bez zgody Panów Rady i posłów ziemskich).
Tak to przedstawia Wikipedia. A Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze i cytuje Izaaka Lewina:
»Opór Polaków paraliżuje się szerzeniem demoralizacji wewnętrznej, obezwładnianiem sejmów, jako organów opinii publicznej, przekupywaniem sejmików i posłów sejmowych. Żydostwo w tym zakresie odznacza się aktywnością gorączkową. Sejmiki – jak wiadomo – opatrywały posłów na Sejm instrukcjami, które miały dla nich charakter wiążący.
„Otóż wiedzieli o tym dobrze żydzi polscy, że instrukcje poselskie ważyły mocno na sali obrad sejmowych. Wiedzieli, że gdyby w instrukcji zalecono jakąś krzywdę, np. zwiększenie pogłównego lub coś podobnego, było by później ominięcie klęski bardzo trudne, a przede wszystkim bardzo kosztowne. Wiedzieli dalej, że każdy poseł może odegrać ważną rolę i że należy wytężyć wszystkie siły, aby na Sejm pojechali deputaci dobrze dla żydów usposobieni. Wszczynali tedy energiczne starania w tym kierunku i brali w ten sposób czynny udział w wyborach sejmowych… nie tylko poszczególne gminy dbały o uwzględnienie ich lokalnych interesów w instrukcjach, ale i żydostwo, jako całość, zdawało sobie sprawę z wielkiego znaczenia aktu wyborczego.” – Izaak Lewin, Udział żydów w wyborach sejmowych w dawnej Polsce, studium zamieszczone w Miesięczniku żydowskim, styczeń 1932.
Całe żydostwo polskie w swych organach samorządowych nakładało na swych współwyznawców specjalne świadczenia, by zebrać pieniądze na fundusz wyborczy.
„Oto najważniejsza pozycja w funduszu wyborczym żydów Polski przedrozbiorowej: podarunki. Droga ta zresztą była jedyną, która wiodła do celu. Jeżeli się chciało istotnie przychylnie usposobić dla jakiejś sprawy posłów, czy innych dygnitarzy w dawnej Polsce, to najłatwiej i najniezawodniej było to można uskutecznić podarunkami. Ten argument przemawiał do przekonania, był więc stale w użyciu i wykazywał tendencję do ciągłego wzrostu na wadze i pojemności… prócz prezentów pochłaniały wielkie sumy pieniężne dary dla uczestników sejmiku.” – Lewin.
I tak „rozrzucano wtedy na sejmikach ogromne sumy pieniężne na prawo i lewo. Staroszlacheckie apetyty nie dawały się bowiem łatwo zaspokoić… Doszło bowiem do tego, że rozpowszechniło się w Polsce mniemanie: Kto o żydach dobrze mówi, jest już przekupiony; kto na nich wygaduje, chce nim dopiero zostać.” – Lewin.
Przekupstwa dokonywane przez żydów były pieczołowicie zorganizowane. Władze autonomiczne żydowskie nie pozwalały tutaj swym współwyznawcom na żadną partyzantkę. Do dokonywania przekupstw żydowskie zjazdy samorządowe (sejm żydowski ziem koronnych i litewskich) powoływały specjalnych urzędników, tzw. sztadlanów.
„Poza kwestią, kto brał pieniądze żydowskie podczas wyborów w dawnej Polsce, należy do naszego tematu i odwrotna strona zagadnienia: kto te pieniądze dawał, a raczej kto je do właściwych adresatów doprowadzał? Otóż to było zadaniem – sztadlanów. Niepodobna mówić o stosunkach polsko-żydowskich w dawnej Rzeczypospolitej, a pominąć sztadlanów. Byli oni z jednej strony pomostem, przez który przedostawały się dezyderaty żydowskie na zewnątrz, z drugiej zaś komunikowali żydom, co ich czeka ze strony włodarzy państwa. Byli tymi, którzy w imieniu żydów nawiązywali kontakt z najrozmaitszymi czynnikami polskimi… po największej części sztadlan był zawodowym syndykiem. Interwencje w dawnej Polsce wymagały nie lada sprytu, wytrzymałości i rutyny; dlatego skuteczniej podjąć się ich mogły osoby, które stale utrzymywały kontakt z urzędnikami i dygnitarzami.” – Lewin.
Sztadlani byli specjalnymi aktami mianowani przez władze autonomiczne żydowskie i kontraktowo opłacani za swe czynności. „Wszystkie wydatki były skrupulatnie notowane.” – Lewin. A więc istniała nawet buchalteria tych przekupstw.
„W każdym razie koszta zarówno interwencji, jak i utrzymania sztadlanów były ogromne. Powstaje więc kwestia: Czy się to opłacało? Czy interwencje były przynajmniej skuteczne? Zapiski w księdze protokołów litewskich świadczą, że działalność sztadlanów była bardzo rozgałęziona, wobec czego koszta te rozkładały się przynajmniej na wiele spraw. Głównie zajmowali się uregulowaniem pogłównego i innych podatków. Zazwyczaj ich to mocno absorbowało. Mieli jednak zadanie przeprowadzenia niektórych spraw na sejmie, które wkraczają już bezpośrednio w funkcje ustawodawcze… Pieniądze związkowe nie szły wówczas na marne.” – Lewin.
Sądzę, że pytanie, czy żydzi wpływali na politykę Rzeczypospolitej w okresie jej upadku w kierunku dla siebie pożądanym, staje się w świetle tych przytoczeń – pytaniem zbytecznym.
Zrywanie sejmów w epoce saskiej, które doszło do zupełnego zatamowania ich działalności, było niewątpliwie rezultatem krańcowej demoralizacji, szerzonej po mistrzowsku od wieku przez sztadlanów żydowskich. W tej atmosferze stają się zrozumiałe „sejmy nieme” i sejmy zatwierdzające rozbiory, a postacie Rejtanów i Wybickich nabierają tragicznej wyrazistości.«
Jak więc, po zacytowaniu Izaaka Lewina, odnieść się do tego, co pisze Wikipedia? – Idea Korony Królestwa Polskiego została uznana za wiodącą zasadę ustrojową polskiej monarchii stanowej. Umożliwiła zachowanie ciągłości państwa polskiego i niepodzielności jego terytorium. Utożsamiała z państwem „panów polskich”, a następnie ogół ziemiaństwa, co stworzyło fundamenty pod ustrój republikański Rzeczypospolitej i demokrację szlachecką.
A więc podwaliny ustroju RON stworzono jeszcze w okresie KKP. Tam na wschodzie było WKL z jego bezkresnymi ziemiami i feudalnym ustrojem. Dla szlachty, dla której podstawą egzystencji była ziemia i tania, niewolnicza siła robocza, perspektywa połączenia się z takim państwem musiała być pociągająca.
Koncepcja Korony Królestwa Polskiego, to koncepcja, która odbierała władcy prawo swobodnego dysponowania ziemiami państwa, tj. dzielenia Królestwa między synów i nadawania jego ziem innym państwom. To też koncepcja państwa polskiego jako czynnika nadrzędnego wobec władzy królów Polski. Innymi słowy była to koncepcja, która miała zapobiec rozbiciu dzielnicowemu i utracie ziem na korzyść sąsiednich państw. Niby idea szczytna, tylko czy rozbicie dzielnicowe było czymś, co było intencją Bolesława Krzywoustego, czy może ktoś jego wolę nieco zmodyfikował? Tego nie dowiemy się, ale to, co zaproponowano, było wpadnięciem z deszczu pod rynnę. I dlaczego taki ustrój powstał tylko w Polsce, pomimo że nie tylko ona doświadczyła rozbicia dzielnicowego?