Kolejny krok

W kolejnym odcinku nr 606 zatytułowanym Doradca Prezydenta Ukrainy: Polacy zgodzili się zapomnieć Rzeź Wołyńską na swoim kanale Podkast Polityczny Leszek Sykulski omawia wywiad, jakiego udzielił doradca prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełeńskiego Aleksij Arestowicz rosyjskiej dziennikarce Julii Łatyninie. Poniżej fragmenty jego komentarza:

»W środę 9 listopada 2022 roku jeden z doradców prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełeńskiego Aleksij Arestowicz udzielił wywiadu rosyjskiej pisarce i dziennikarce Julii Łatyninie. Wywiad ten był transmitowany na żywo na kanale Łatyniny na YouTube i do dziś, do 14 listopada, ma już ponad 400 tys. wyświetleń. W wywiadzie tym poruszono wiele spraw, ale Sykulski skupił się na polskim wątku, ponieważ w wywiadzie tym padły bardzo kontrowersyjne słowa. Polskie media głównego nurtu skoncentrowały się na wypowiedzi Arestowicza o pomocy, jakiej Polska udziela Ukrainie. Natomiast jest tu o wiele ciekawszy fragment, dotyczący trudnej przeszłości polsko-ukraińskiej.

Sykulski cytuje fragment tej wypowiedzi: „Polacy zgodzili się zapomnieć tzw. rzeź wołyńską i wszystkie problemy, jakie między nami były. Oni powiedzieli, że zamknięcie tej karty historii daje szansę zbudowania nowych stosunków. Oni wycofali wszystkie pretensje. My o tym nie rozmawiamy. To wielki krok, ponieważ w pamięci polskiego narodu była to bardzo trudna karta. To, jak niełatwo było to odrzucić, to jeszcze jeden przykład wartości ludzkich w skali narodu i dalekowzroczności polskiego kierownictwa”.

Wypowiedź Arestowicza jest skandaliczna, podkreśla Sykulski, bo nazywanie ludobójstwa wołyńskiego „tzw. rzezią wołyńską”, czy mówienie o tym, że była to w pamięci polskiego narodu bardzo trudna karta, zupełnie przemilczając kwestię pamięci historycznej ukraińskiej, nie traktując tego w ogóle jako trudnej karty w pamięci ukraińskiej, jest absolutnie skandaliczne i bardzo dobrze zresztą oddaje podejście ukraińskiego establishmentu do historii, do, także, kultu zbrodniarzy z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Natomiast to, co jest bardzo istotne, to fakt, czy rzeczywiście doszło do pewnego porozumienia pomiędzy władzami Ukrainy i Polski na temat „zapomnienia o tej karcie historii”, o tym ludobójstwie. Jeżeli tutaj rzeczywiście doszło do tego, co Arestowicz nazywa dalekowzrocznością polskiego kierownictwa, no to należało by absolutnie podkreślić, że byłaby to zdrada narodowa, zdrada polskiej racji stanu. Warto dziś zapytać rządzących, czy rzeczywiście doszło do jakiegoś porozumienia w tym zakresie ze stroną ukraińską. Jeśli tak, to sprawa jest oczywista – doszło do zdrady narodowej. Absolutnie nie można zgadzać się na taką narrację, że ponieważ Ukraina walczy z Rosją, więc nie powinniśmy w ogóle mówić o ludobójstwie na Polakach, że możemy sobie do tego wrócić po wojnie, ewentualnie.

W tej wypowiedzi Arestowicza, oprócz wątków historycznych, pada także kwestia przyszłości Europy środkowo-wschodniej. Arestowicz mówi o tym, że obecnie Ukraina pretenduje do silniejszej roli, silniejszej pozycji w Europie wschodniej i mówi o tym, że Ukraińcy potrzebują silniejszej kooperacji z Polską i dodaje, że chodzi mu o takie literalne rozumienie tej ścisłej kooperacji: „w składzie jednego bardzo trwałego związku, który pozwoli ustanowić nowe prawa gry w Europie wschodniej”. To jest bardzo ciekawe stwierdzenie, czyli mówi się o jakimś bardzo trwałym związku we wschodniej części Europy. No i jest pytanie o jaką formę tego związku może chodzić. Arestowicz dodaje, że zaprasza także kraje bałtyckie, z którymi, jak to określa, jesteśmy w bliskich związkach plus „ jeszcze przyszłą Białoruś”.

Widać tutaj bardzo wyraźnie, że Arestowicz, który jest podpułkownikiem sił zbrojnych Ukrainy, jest byłym oficerem służb specjalnych tego państwa, konkretnie – głównego zarządu wywiadu, jest absolwentem Odeskiego Instytutu Wojskowego – jest to niewątpliwie człowiek dobrze poinformowany, człowiek ustosunkowany, jeśli chodzi o establishment ukraiński, ukraińskie służby specjalne. No i myślę oczywiście, że coś jest na rzeczy. Nie jest przypadkiem takie sondowanie reakcji zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce. To mówienie o przyszłej Białorusi też może wskazywać na jakieś plany zmiany systemu politycznego na Białorusi. Pytanie, czy robione oddolnie, wewnętrznie na Białorusi, czy przy pomocy czynników zewnętrznych.

Faktem jest, że Arestowicz jest człowiekiem wpływowym i jest to człowiek, który wie, co mówi, no i warto zapytać, czy polscy politycy zgadzają się z tego typu planami. Zresztą widzimy, że w Polsce też się wypuszcza tego typu balony próbne, taka próba sondowania opinii publicznej na temat jakiejś formy związku państwowego z Ukrainą. Tutaj mówi się sporo o tym Ukropolu, zresztą także różnego rodzaju think tanki, finansowane z zagranicy, próbują przedstawić to Polakom jako świetlaną przyszłość, że ta federacja polsko-ukraińska byłaby rzeczywiście czymś świetnym i zgodnym z polską racją stanu. Ja osobiście uważam, że było by to absolutnie sprzeczne z polską racją stanu, a przede wszystkim z polskim interesem narodowym. Polaków nikt nie pyta, czy chcieliby żyć w kraju wielonarodowym, takim konglomeracie etnicznym, religijnym czy wielocywilizacyjnym. Myślę, że przede wszystkim należało by zadać pytanie samym Polakom, a nie podejmować decyzje zakulisowo.

Reasumując, należy uznać wypowiedź doradcy prezydenta Ukrainy za absolutnie skandaliczną i należy oczekiwać wyjaśnień ze strony rządu w Warszawie, tak abyśmy mieli pełną jasność, w którą stronę zmierzają nawigatorzy państwa polskiego. Jakie wektory zostały obrane, realne wektory w polityce zagranicznej i polityce bezpieczeństwa i czy nie próbuje się za plecami obywateli podejmować jakichś dalekosiężnych istotnych decyzji geopolitycznych, które będą rzutowały na bezpieczeństwo państwa polskiego i jego obywateli. A byłyby to decyzje niekonsultowane z obywatelami.«

W Wikipedii można przeczytać, że Julija Łatynina jest rosyjską dziennikarką i pisarką, autorką powieści fantasy i sensacyjnych, których akcja toczy się we współczesnej Rosji. Pracuje w stacji radiowej Echo Moskwy, publikuje m.in. w The Moscow Times. Nie jest więc żadną opozycyjną dziennikarką i mieszka w Moskwie. I takiej osobie doradca prezydenta Ukrainy udziela wywiadu. Trochę to dziwne. Jeszcze rozumiałbym, gdyby dziennikarz ukraiński rozmawiał z rosyjskim, ale wysokiej rangi państwowy funkcjonariusz ukraiński rozmawia z dziennikarką państwa, które prowadzi z jego krajem wojnę. No ale cóż? Skoro ta wojna jest ustawką, to dlaczego nie?

Sykulski po raz kolejny komentuje tak, jakby nie wiedział, że cały ten polski rząd nie jest polskim. Ostatni polski rząd to był Władysław Łokietek, bo już jego syn – Kazimierz Wielki odcinał tylko kupony od tego, czego dokonał jego ojciec. Polska, jako państwo, skończyła się wraz z unią personalną polsko-węgierską. Ludwik Węgierski z dynastii Andegawenów nadał szlachcie w 1374 roku przywilej koszycki i od tego momentu zaczęło się osłabianie państwa polskiego. A w tym czasie Kapetyngowie we Francji, których boczną linią byli Andegawenowie, brali wszystko za mordę i wprowadzali władzę absolutną.

Od czasu unii personalnej z Litwą wschód zdominował Polskę, bo Wielkie Księstwo Litewskie było znacznie potężniejszym państwem niż Korona Królestwa Polskiego i miała potężniejszych magnatów-feudałów niż Korona. Żeby ukryć ten fakt i stwarzać pozory, że to jednak Korona dominuje, to bezpośrednio przed unią lubelską włączono do Korony województwo podlaskie, wołyńskie i Kijowszczyznę. I jak się spojrzało na mapę, to faktycznie Korona zrobiła się wielka, a Wielkie Księstwo Litewskie stało się Małym Księstwem Litewskim.

I ten stan trwa do dziś: wschodni element, udający Polaków, rządzi, ale to Polacy są wszystkiemu winni – temu, że to państwo jest takie, jakie jest. Ten wschodni element nigdy nie stracił swojej dominującej pozycji i nie spolonizował się. Owszem, niektórzy przeszli na katolicyzm, wszyscy zaakceptowali język i to wszystko. Te masy Ukraińców, które przesiedlono na tzw. Ziemie Odzyskane nadal są Ukraińcami i bliższy jest im interes Ukrainy niż Polski. I to oni, dominujący w polskiej polityce, za przyzwoleniem i pod kontrolą Żydów, są właśnie tymi sługami narodu ukraińskiego. I prawdę mówią: rządzący są sługami swego narodu. To są Ukraińcy i służą narodowi ukraińskiemu. Przekaz jest tak jasny i czytelny, że już bardziej czytelny być nie może. Tyle że ani Sykulski, który stroi się w piórka patrioty, a faktycznie prowadzi swoją kampanię wyborczą, ani nikt inny nie powie o tym wprost.

Mówi też Sykulski, że federacja polsko-ukraińska nie jest zgodna z polską racją stanu i polskim interesem narodowym i nikt nie pyta Polaków, czy chcieliby żyć w kraju wielonarodowym, takim konglomeracie etnicznym i religijnym. Problem polega na tym, że Polska jest takim konglomeratem, a uczyniły ją nim powojenne przesiedlenia mniejszości kresowych i przyjazd nie mniejszej ilości Żydów wraz z Armią Czerwoną. To, że o tym w PRL-u nie mówiono, to nie znaczy, że tego nie było. Ideologią PRL-u był narodowy socjalizm: jedno państwo, jeden naród, jedna partia. I większość Polaków w to uwierzyła i do dziś wierzy.

Ten kraj, to nie jest żadna Polska, to Ukraina bis, bo Ukraińcy są tu obywatelami, którzy są uprzywilejowani w stosunku do Polaków, a skoro tak, to znaczy, że Polacy są dyskryminowani. Nie należy jednak zapominać o tym, że nad tymi Ukraińcami ktoś jest i bez tego kogoś to wszystko, czego obecnie doświadczamy, nie byłoby możliwe. Ukraińcy są tu tylko narzędziem.

Arestowicz wspomniał o tym, o czym jakiś czas temu mówił Jaki. Z tym, że Jaki mówił o połączeniu Polski z Ukrainą i może, w przyszłości, z Białorusią, a Arestowicz dodaje jeszcze kraje bałtyckie. A więc mamy postęp i tu już nie ma najmniejszej wątpliwości, że chodzi o odtworzenie I RP i to w jej największym zasięgu terytorialnym. A skoro tak, to Polska musi wyjść z unii, o czym już otwartym tekstem wspomniał ostatnio Kaczyński.

Póki co, jesteśmy jeszcze w unii i NATO, które to NATO miało nam zapewnić bezpieczeństwo, aż tu nagle – bum! Spadła rakieta na terytorium Polski, na rzadko zaludniony obszar i trafiła w suszarnię zbóż. Ja rozumiem, że jak rakieta spada na miasto, to prawdopodobieństwo, że nie zniszczy żadnego budynku jest praktycznie zerowe, ale w rzadko zaludnionym obszarze trafienie w jakiś budynek przez rakietę, której celem była inna rakieta?… Tak jakoś dziwnie, ale od razu przypomniała mi się prowokacja gliwicka. Cóż? Prawdy zapewne nie dowiemy się. Spekulować też nie ma sensu z braku rzetelnych informacji, ale jedno jest pewne: Polska, czyli Ukraina bis, jest w coraz bardziej ordynarny sposób wciągana do wojny. Ordynarny, bo zginęli niewinni ludzie.

Racja stanu

W odcinku nr 605 swojego Podkastu Geopolitycznego z dnia 11 listopada geopolityk, Leszek Sykulski, omawia kulisy pewnego zjazdu. Odcinek nosi tytuł: Zjazd w Jabłonnie – Realna rosyjska opozycja czy prowokacja służb? Autor informuje w nim m.in. o tym, że:

W dniach 4-7 listopada 2022 w Jabłonnie pod Warszawą grupa rosyjskich działaczy zorganizowała tzw. I Zjazd Deputowanych Ludowych. Zjazd ten został, przynajmniej oficjalnie, zorganizowany prze Ilię Ponomariowa, byłego rosyjskiego deputowanego do Dumy z obwodu nowosybirskiego. Od 2014 roku przebywa na emigracji. Początkowo w Stanach Zjednoczonych, a następnie na Ukrainie, gdzie w 2019 roku otrzymał obywatelstwo ukraińskie. Deputowanym Dumy był w latach 2007-2016. W 2013 roki postawiono mu zarzuty o defraudację kilkuset tysięcy dolarów z fundacji „Skołkowo”, co było przyczyną jego wyjazdu z kraju. Na tym zjeździe padły bardzo mocne słowa m.in. nakłanianie do zabójstwa Władymira Putina i do wywołania powstania zbrojnego w Federacji Rosyjskiej.

Pierwsze pytanie, które nasuwa się to, w czyim interesie było zorganizowanie tego spotkania? W czyim interesie i dlaczego zorganizowano to spotkane w Polsce, a nie – w innym kraju, chociażby zachodniej Europy? Pada też pytanie, kto finansował to całe zdarzenie i kto je ochraniał?

Brakowało na tym spotkaniu silnej i liczącej się opozycji rosyjskiej, która odżegnywała się od tej inicjatywy i oświadczyła, że działania Ponomariowa mają na celu wspieranie aktów terrorystycznych i są etycznie niedopuszczalne, co więcej dyskredytują ruch opozycyjny w oczach społeczeństwa rosyjskiego. To oświadczenie wskazuje, że część rosyjskiej opozycji uważa Ponomariowa za prowokatora i wichrzyciela.

Na zjeździe tym zabrał głos deputowany ukraińskiej Rady Najwyższej Oleksij Honczarenko: „Macie teraz przed sobą pierwsze zadanie – zabić dyktatora, zabić Putina. Zadanie drugie to stworzenie armii wyzwoleńczej. Wypędzimy armię rosyjską z naszego terytorium, ale to nie wszystko. W waszych rękach jest dokończenie wyzwolenia waszego kraju”.

Mamy tu do czynienia z naruszeniem nie tylko polskiego kodeksu karnego, ale także prawa międzynarodowego. Nawoływanie do zabójstwa głowy państwa jest karalne. Odbywa się to w murach Polskiej Akademii Nauk czy pałacyku zarządzanym przez PAN. Dzieje się to przy aprobacie polskich władz, polskich służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo wewnętrzne – padają nawoływania do zabójstwa prezydenta Rosji. No i pytanie, w czyim interesie? Czy Polska, wysuwając się na przód, wysuwając się jako ten zderzak strategiczny i dopuszczając organizację tego typu konferencji, tak naprawdę nie podsyca napięcia w regionie? To jest fundamentalne pytanie. Pytanie czy Ponomariow jest człowiekiem sterowanym? Czy jego pobyt w Stanach Zjednoczonych nie zakończył się nawiązaniem ściślejszej współpracy z przedstawicielami tego państwa? Czy jego pobyt na Ukrainie też nie wiązał się z nawiązaniem ściślejszych relacji z organami państwowymi Ukrainy. I pytanie, jaką rolę odgrywa na terytorium Polski? No bo działając z terytorium Polski i organizując taki zjazd, w którym nawołuje się do stworzenia jakichś grup terrorystycznych, jakichś grup dywersyjnych, nawołuje się do zabicia prezydenta Rosji – to wszystko niewątpliwie naraża państwo polskie na działania odwetowe, chociażby ze strony Federacji Rosyjskiej.

W tym kontekście warto przybliżyć kilka postaci, które były uczestnikami tego zjazdu. Jedną z najciekawszych był Gienadij Gutkow, pułkownik Federalnej Służby Bezpieczeństwa w stanie spoczynku. Pytanie, co robi pułkownik FSB w Polsce wśród opozycjonistów, wśród emigracji rosyjskiej? Czy to nie jest gra rosyjskich służb specjalnych? Znamy z historii przykłady organizowania fikcyjnych organizacji opozycyjnych po to, by infiltrować emigrację rosyjską, po to, aby infiltrować zachodnie służby specjalne.

Wśród uczestników był też Piotr Carkow, były deputowany moskiewskiego okręgu krasnosielskiego, były deputowany rosyjskiej Dumy Arkadij Jarkowski, czy chociażby profesor Jelena Łukianowa – prawniczka. Przede wszystkim zwraca uwagę fakt, że nawet wśród tych uczestników owej konferencji nie było jednomyślności. Doszło do spięcia między Niną Bielajewą, byłą deputowaną Rady Wiejskiej, która ścięła się z Ponomariowem. Doszło też do pewnego votum separatum Jeleny Łukianowej, jeśli chodzi o część procedowanych kwestii. Widać tak naprawdę, że Ilia Ponomariow nie jest żadnym liczącym się liderem środowisk opozycyjnych. Jest to człowiek, który kanalizuje część zainteresowania opozycją, emigracją rosyjską, zwłaszcza kanalizuje część tego zainteresowania w państwach NATO i unii europejskiej, a także oczywiście Ukrainy. Jeśli przyjrzymy się, do kogo jest adresowane przesłanie tego całego zjazdu, to przede wszystkim wymienia społeczeństwo Ukrainy, społeczeństwo unii europejskiej czy też – szeroko pojętego Zachodu. Wspomina też o społeczeństwie rosyjskim, ale doskonale wiemy, że nie ma żadnego przełożenia, rezonansu w mediach rosyjskich czy w społeczeństwie rosyjskim.

Podczas tego zjazdu mówiono także sporo na temat wywołania potencjalnego powstania na terytorium Federacji Rosyjskiej. Natomiast to zbrojne powstanie było omawiane dosyć mgliście, ponieważ priorytet dawano służbie w ukraińskich formacjach zbrojnych.

Faktem jest, że ten zjazd był także przejawem wykorzystania terytorium państwa polskiego do działań dywersyjnych. No, nie pierwszy raz! W Podkaście Geopolitycznym omawiałem informacje oficjalnie podane przez telewizję Biełsat, hojnie sponsorowaną przez rząd polski, o tworzeniu grup dywersyjnych na terytorium naszego kraju, które mogą wziąć udział w operacjach specjalnych na terytorium Białorusi, czyli w działaniach dywersyjnych, terrorystycznych, wymierzonych przeciwko prezydentowi Łukaszence, przeciwko rządowi białoruskiemu.

Tego typu działalność jest obarczona ogromnym ryzykiem. Promowanie terroryzmu, promowanie różnych zamachów stanu, puczów jest niezgodne z prawem międzynarodowym i należy mieć to na uwadze. To sprowadza konkretne zagrożenie, ryzyko na bezpieczeństwo państwa polskiego i jego obywateli. W tym wypadku mówimy o zjeździe w Jabłonnie. Mieliśmy tu do czynienia z działaniem dywersyjnym, spiskowym, spiskiem politycznym, dywersją polityczną. Pytanie – robioną przez kogo i w czyim interesie, biorąc pod uwagę udział oficera rosyjskich służb specjalnych, biorąc pod uwagę fakt, że organizował to wszystko, przynajmniej sygnował swoim nazwiskiem, człowiek oskarżony o defraudację sporych pieniędzy na terenie Federacji Rosyjskiej.

To wszystko jest bardzo zastanawiające – człowiek, którego opozycjoniści w samej Rosji nie uważają za swego lidera. Natomiast niewątpliwie człowiek działający obecnie w interesie przynajmniej jednego państwa. Na pewno jest to państwo ukraińskie i niewątpliwie te cele, ten zjazd wpisywał się w cele ukraińskich służb specjalnych. Pytanie, co na to służby polskie, co na to władze państwa polskiego? Czy akceptują prowadzenie tego typu działań dywersyjnych? Czy akceptują to ryzyko i zagrożenie? Czy akceptują to, że państwo polskie może być postrzegane na arenie międzynarodowej jako sponsor terroryzmu, jako sponsor grup dywersyjnych, jako państwo, które zamiast mediować, jeszcze bardziej podsyca napięcie w regionie? Moim zdaniem ta cena jest zbyt wysoka i to ryzyko jest zbyt wysokie. Jest to absolutnie sprzeczne z polską racją stanu, z polskim interesem narodowym.

Tak to przedstawił Leszek Sykulski. Oczywiście nie jest to jego dosłowna wypowiedź, choć dosyć wierna, ale chodziło mi o zaakcentowanie głównych wątków i o samą informację, że taki zjazd miał miejsce.

„Mieliśmy tu do czynienia z działaniem dywersyjnym, spiskowym, spiskiem politycznym, dywersją polityczną. Pytanie – robioną przez kogo i w czyim interesie, biorąc pod uwagę udział oficera rosyjskich służb specjalnych, biorąc pod uwagę fakt, że organizował to wszystko, przynajmniej sygnował swoim nazwiskiem, człowiek oskarżony o defraudację sporych pieniędzy na terenie Federacji Rosyjskiej?”

Tak się zapytuje Leszek Sykulski. Oficer rosyjskich służb specjalnych wjeżdża sobie do Polski, do kraju, który jest prawie w stanie wojny z Rosją. Jak to możliwe? Ano możliwe. Cytat z mojego poprzedniego blogu:

„Bractwo nasze jest, zapewne czymś bliskim zakonu, ale stanowi zgromadzenie ludzi świeckich. Nie mamy ślubowań zakonnych (…). Zacny fratello Telesfor przebiega, nie bacząc na wszelkie restrykcje i przepisy graniczne, kraje italskie, jak i kiedy chce. Więcej ci on znaczy mimo swej pokory od wielu głów utytułowanych… (…). Były to czasy wcale nie tak znowu dawne, jak zaczął ten twój eks-kleryk być kimś. I dodam, że kimś w miejscach wcale poważnych i różnych. Nie zdziwię się, jeśli spotkam go w jednej legacji któregoś z mocarstw jako gościa, w innej znowu – niby piastującego urząd powierniczy.”

A może jeszcze cytat z blogu „17 września”:

„W chwili rozpoczęcia agresji ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku pomiędzy 2 a 3 w nocy, wezwany pilnie do Komisariatu Spraw Zagranicznych w Moskwie, otrzymał od zastępcy Ludowego Komisarza Spraw zagranicznych Władimira Potiomkina notę dyplomatyczną, w której ZSRR uzasadniał agresję na Polskę. Grzybowski noty nie przyjął.

Po nieudanej próbie zakwestionowania immunitetu dyplomatycznego przez władze ZSRR, opuścił on w październiku 1939 roku wraz z polskim personelem dyplomatycznym terytorium Związku Radzieckiego, po bezpośredniej interwencji dziekana korpusu dyplomatycznego w Moskwie, ambasadora III Rzeszy Friedricha von Schulenburga i ambasadora Królestwa Włoch Augusto Rosso. Tak pisze Wikipedia, powołując się na Jerzego Łojka i jego pracę Agresja 17 września. Ta sama Wikipedia informuje też, że Grzybowski był masonem. Więc to chyba wyjaśnia interwencję ambasadora III Rzeszy. Nawet towarzysze radzieccy musieli ulec. Po linii masońskiej znaczyło więcej niż po linii partyjnej, choć pewnie ci towarzysze też byli masonami.

Po zamachu majowym w 1926 roku była już inna Polska. W administracji państwowej, w dyplomacji i w wojsku pojawiają się ludzie Piłsudskiego. Wielu z ich to masoni. Czy można zatem dziwić się, że zachowywali się tak, jak się zachowywali. Bliżej im było do masonerii i jej celów niż do państwa i narodu polskiego. To musiało „zaowocować” w tym tragicznym wrześniu.”

Pyta jeszcze Sykulski:

„Pytanie, co na to służby polskie, co na to władze państwa polskiego? Czy prowadzenie tego typu działań dywersyjnych akceptują? Czy akceptują to ryzyko i zagrożenie? Czy akceptują to, że państwo polskie może być postrzegane na arenie międzynarodowej jako sponsor terroryzmu, jako sponsor grup dywersyjnych, jako państwo, które zamiast mediować, jeszcze bardziej podsyca napięcie w regionie? Moim zdaniem ta cena jest zbyt wysoka i to ryzyko jest zbyt wysokie. Jest to absolutnie sprzeczne z polską racją stanu, z polskim interesem narodowym.”

Oczywiście, że władze państwa polskiego akceptują to i dokładnie im o to chodzi, by państwo polskie było postrzegane na arenie międzynarodowej jako sponsor terroryzmu i grup dywersyjnych. O to, by był pretekst do likwidacji tego państwa i żeby inne państwa zaakceptowały to. A kiedy to zaakceptują? Ano wtedy, gdy takie państwo będzie, poprzez swoją politykę popierania terroryzmu, zagrażało ich bezpieczeństwu. Tu nic nie dzieje się przypadkiem. Wszystko jest dokładnie wyreżyserowane.

Nie idzie to wszystko ku dobremu. Kiedyś Konrad I mazowiecki sprowadził do Polski Krzyżaków i jak to się skończyło, każdy wie. Później Łokietek poprosił ich o pomoc w usunięciu Brandenburczyków z Pomorza Gdańskiego i stracił je, bo Krzyżacy już z niego nie wyszli. Tak więc sprowadzanie obcych wojsk do Polski, jak pokazała historia, źle się dla niej kończyło. I tak skończy się sprowadzenie do Polski wojsk amerykańskich – prawdopodobnie utratą tzw. Ziem Odzyskanych. Analogia bardzo czytelna, ale i złowieszcza.

Wszystko to, co dzieje się na świecie, to jest gra. Państwa to tylko figury na szachownicy. Ponad nimi jest jakaś siła, która wydaje polecenia władzom poszczególnych państw i te władze wykonują je bez szemrania. Nie ma dla nich najmniejszego znaczenia, że ich działania mogą być szkodliwe dla państwa, którym rządzą i dla ludzi, którzy je zamieszkują. A już na pewno nie w takim państwie, jak Polska, w którym podział na warstwę rządzącą i podległy mu plebs jest od wieków zakorzeniony i wyjątkowo trwały.

Na potwierdzenie tego cytat z książki Dno czary Lwa Kaltenbergha, o której obszerniej w poprzednim blogu:

»Nie było w dobrym tonie poruszanie w salonach, na towarzyskich spotkaniach czy z racji polowań i zabaw, a i takich uroczystości rodzinnych, jak śluby czy stypy, kwestii związanych ze stanem, już teraz, po powstaniu (listopadowym – przyp. W. L.) i pierwszych, bardzo dotkliwych represjach tej tyle uprzykrzonej (passons le mot [pomińmy to słowo – przyp. W. L.]) ojczyzny. Zresztą, wiadomo powszechnie, że właściwe jej pojęcie dla dobrze urodzonego i odpowiednio „ułożonego”, posiadającego potrzeby „wyższe” człowieka streszcza się do środowisk takich, jak „świat”, jak „towarzystwo”.

Jeszcze mniej ta ojczyzna zajmowała uwagę grup i skupisk z wolna, ale konsekwentnie dobywających się na powierzchnię życia. Zrazu oscylujące nieśmiało między dawnymi swoimi pieleszami, nawykami i życiowymi modelami, z zadziwiającą zdolnością akomodacyjną gromady dorobkiewiczów, „potomków systemu Lubeckiego” – jak zwykł mawiać Michał Sobieski – zaczynały uplasowywać się na miejscach przez tradycję, przez przyjęty obyczaj i inercję jakby zastrzeżone dla kogo innego. Tym, w obecnie szczególnie pogmatwanych warunkach, przedostawanie się w górę stawiało po prostu szereg warunków, od których przyjęcia zależało, czy się utrzymają na osiągniętej z niemałym trudem powierzchni. Niektóre z tych warunków tkwiły zresztą w ich nawykach i postawie. Stąd mogli bez większych zastrzeżeń pisać się na programowe sformułowania pana hrabiego Rzewuskiego, wołającego: „Tu trzeba walczyć z samą cywilizacją i walczyć bez spoczynku. Bo ona jest w gruncie zła, bezbożna, może skonać, ale nigdy siebie nie da uzdrowić”. Ofensywa na cywilizację, „tak świętą w swych fenomenach, a tak nikczemną w swym duchu” (według określenia pana hrabiego), tym bardziej przypaść mogła do smaku nie samym tylko dorobkiewiczom na dostawach dla wojska czy przy budowie Cytadeli w Warszawie…«

Z powyższego cytatu wyraźnie wynika, że dla szlachty i arystokracji pojęcie ojczyzny zawierało w sobie zupełnie inne treści niż nam się obecnie wmawia. Drugą grupą wspomnianą przez autora w tym cytacie, tą, która z wolna, ale konsekwentnie dobywała się na powierzchnię życia byli Żydzi. To właśnie dzięki reformom Lubeckiego Żydzi zaczęli dominować w życiu gospodarczym kraju. O nim szerzej w blogu „Minister”. Natomiast masom, jeszcze nie wtedy, dopiero pod koniec XIX wieku, zaproponowano „patriotyzm”, skrywany pod postacią ideologii narodowej, której twórcami byli Żydzi – Jan Ludwik Popławski i Zygmunt Balicki. I to właśnie dlatego mogą odbywać się w Polsce takie dziwne zjazdy czy konferencje, a z drugiej strony organizuje się naiwnym Polakom różnego rodzaju marsze niepodległości, polskości i czort wie, co tam jeszcze! Dwa różne światy z całkowicie odmiennymi systemami wartości.To nadal trwa, to historia, ale i teraźniejszość zarazem. Tak więc ta polska racja stanu, polski interes narodowy, to dla tych, którzy od wieków rządzą na tym zmiennym obszarze zwanym Polską, to czysta abstrakcja.

Wieki ciemne

W ostatnim tygodniu miałem problemy z łączem internetowym. Jednego dnia było połączenie z internetem, drugiego – nie. W końcu wymieniłem ruter na nowy. W międzyczasie miałem więc czas na przeczytanie książki, której wcześniej nie czytałem, a która od bardzo dawna jest w mojej bibliotece.

Ta książka to Dno czary wydana w 1965 roku. Jej autorem jest Lew Kaltenbergh (1910-1989). Na stronie „lubimyczytać.pl” można przeczytać, że to polski pisarz żydowskiego pochodzenia. Przyszedł na świat w sztetlu w Szumsku w dawnym województwie tarnopolskim (obecnie Ukraina). Jego matka była wyznania prawosławnego. Absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie (Wydział Humanistyczny). Po wojnie wykładał w Akademii Nauk Politycznych w Warszawie. Pracował także w Polskim Radiu. Autor powieści biograficznych i historycznych oraz wspomnień. Tłumacz literatury rosyjskiej, węgierskiej, niemieckiej i rumuńskiej.

Książkę tę wydało wydawnictwo Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza i na jej obwolucie informuje:

„Dno czary” jest nie tylko próbą ujęcia w opowieściowy wątek biografii Norwida. Autor stara się na przestrzeni książki rozszyfrować tajemnicę wyobcowania Poety wśród współczesnych. Dociekając powodów tego zjawiska, opowieść potrąca o sploty spraw politycznych, społecznych i kulturalnych. W jej tle ukazuje się galeria postaci przeszłego czasu, ożywionych ówczesnymi sporami i konfliktami. Swoi i obcy, wielcy i mali twórcy zdarzeń, przesuwając się w barwnym korowodzie dookoła głównej postaci utworu uwypuklają jej samotność. O źródłach tej samotności stara się opowiedzieć książka Lwa Kaltenbergha.

Jest w tej książce fragment, który chcę przytoczyć, a który dotyczy okresu tzw. wieków ciemnych. Wikipedia tak definiuje ten okres:

Wieki ciemne – określenie subiektywne, używane odnośnie do okresu historycznego trwającego od końca V wieku (upadku cesarstwa rzymskiego) do połowy X wieku, nazywanego tak przez niektórych historyków ze względu na niewielki zasób źródeł pisanych z tych czasów oraz przeświadczenie o znacznym upadku kultury, czemu przeczy np. renesans karoliński. Jest to okres powstawania królestw barbarzyńskich, kryzysu w Cesarstwie Bizantyńskim i początku ekspansji Arabów. Poza tym w IX wieku miała miejsce misja Cyryla i Metodego, która zapoczątkowała rozwój chrześcijaństwa wśród Słowian. Pojęcie europejskich „wieków ciemnych” wprowadził Francesco Petrarca.

W dialogu, który chcę zacytować uczestniczą dwie osoby. Bartoli Arrigo Pietro (1801-1872) – włoski historyk, czynny uczestnik lombardzkiej rewolucji r. 1848, autor – m.in. – Antiquitates Ethruscorum (1844). Drugi to Kleofas Czubek, brat Telesfor. „Bractwo nasze jest, zapewne czymś bliskim zakonu, ale stanowi zgromadzenie ludzi świeckich. Nie mamy ślubowań zakonnych (…). Zacny fratello Telesfor przebiega, nie bacząc na wszelkie restrykcje i przepisy graniczne, kraje italskie, jak i kiedy chce. Więcej ci on znaczy mimo swej pokory od wielu głów utytułowanych… (…). Były to czasy wcale nie tak znowu dawne, jak zaczął ten twój eks-kleryk być kimś. I dodam, że kimś w miejscach wcale poważnych i różnych. Nie zdziwię się, jeśli spotkam go w jednej legacji któregoś z mocarstw jako gościa, w innej znowu – niby piastującego urząd powierniczy.” – Mamy więc tu do czynienia z masonem i to zapewne nie najniższego stopnia, dla którego nie istnieją granice państwowe i hierarchia społeczna. Poniżej wspomniany dialog:

»Bartoli łyknął ze szklanki, dopełnił ją, nalał obecnym i wtedy dopiero podjął rzucony sobie temat.

– Spokój! – wyrzekł jakby z żalem. – Prawda, że to wielka rzecz. No, ale cóż mam czynić, grzeszny, gdy nie tylko mnie spokój sam często opuszcza. Teraz to towar niezwykle rzadki na naszym półwyspie. A jeśli kto, jak ja, zagląda zbyt niedyskretnie za parawan przeszłości…

– Ej, maestro! Zagląda się za parawanik historii, a na zewnątrz wywleka się same aluzje do współczesnego nam czasu, co? – zaśmiał się „braciszek”.

– Wcale nie. Aluzje – aluzje nasuwają się same. Zdarza się i tak, że ani nawet myślisz o dniu dzisiejszym, pogrążony z głową w odległe, dalekie sprawy lat arcydawnych… A tu – gdyś się na chwilę oderwał, gdyś się rozejrzał dokoła siebie – aż strach: same wypisy, same cytaty ze sprawozdań, kronik czy tam po prostu akt – już brzmią jak akt oskarżenia. I to w sprawach nie jakoś tam generalizowanych, zaznaczanych tylko ramami. Nie! W konkretnych, jawnie w szczegółach nawet. Figlarna staruszka jest z pani historii.

– Nawet i w owej historii z Joanną?! – spytał półgębkiem Telesfor-Kleofas.

– A nawet! – Bartoli zwrócił się ponownie do Cypriana. – Właśnie, zanim wszedł pan do izby, zwierzałem się „braciszkowi” ze swoich poszukiwań archiwalnych w dziedzinie pewnego kuriozum. Zresztą, sprawa, jeśli ją rozpatrzeć z punktu ustaw kościelnych, niebagatelna, choć pogrążona w głąb mroku średnich wieków. Sprzed dziesięciu stuleci ciekawostka. Co zaś w niej najbardziej dziwnego – to to, że – jakby to powiedzieć – wygląda na podanie, na gminną legendę, jako taka krąży między ludem po całej Italii. Śladem widomym i powszechnym jest znak karciany, bardzo, bardzo stary. „Papieżyca” – La papessa. Figura równa w innych maściach „królowej” czy „damie”.

– A, widziałem, widziałem – przypomniał sobie Cyprian, który już dawniej we Florencji, zauważył tę dziwaczną kartę, zapamiętując nie mniej dziwaczne inne: „wisielca”, „papieża”, „kapucyna”.

– Właśnie. Z kart do gry, szczególnie z tych najstarszych, można wyczytać. Nim figury trafiły do gry, musiały mieć swoją rolę w grach może nie wszystkim dostępnych, ważniejszych, no i wymagających nie lada biegłości. Owóż legenda, która się łączy z ową karcianą „papieżycą” ma wiele odmian, jedno zachowując bez zmian: imię. Jeśli się mówi o osobie, która dała wzór karcianej figurze, nikt jej inaczej nie nazwie, jak „papieżycą Joanną”.

– Nie jedno to chyba rzymskie podanie. Słyszałem też inne – rzekł Kleofas-Telesfor. – Zapewne. To jest o tyle ciekawsze od innych, że ma – może i niepewne, nie najbardziej liczne – ale przecież dokumenty na poparcie tego, że nie były tylko podaniem. Że w jakiejś mierze – to prawdziwa, choć ciemna i powikłana, historia. Nim wkroczyłeś do tej komnaty, mości artysto, wyliczałem naszemu fratello owe świadectwa pisemne.

– Wykładaj, maestro, dokumenty! – wołał z ostentacyjną jowialnością ”braciszek”.

– A proszę: mam nadzieję, że historia kościoła na tyle obydwom panom jest znana, iż pamiętacie, jak to Grzegorz zwany Wielkim wysłał sławnego Augustyna do Brytanii. Stał się tam założycielem opactwa Canterbury. Żadne prawie z naszych opactw, żaden klasztor tu, na ziemi ciągle zwadami zbrojnymi i najściami pogan przeorywanej, nie zachował tej świetnej ciągłości kronik i annałów, co to właśnie sławetne opactwo. A już rejestry pontyfikatów prowadzone były ze szczególną skrupulatnością. Owóż w tych właśnie kronikach, na których niejeden zapis kanoniczny oparto, widnieje pod datą roku 853 taka nota: Hic obiit Leo quartus, cuius tamen anni usque ad Benedictum tertium computantur, eo quod mulier in papam promota fuit (Tutaj zmarł Leon IV, którego lata liczą się jednak do Benedykta III, z powodu tego, że na papieża została wyniesiona kobieta). Tamże pod rokiem 855 czytamy: Johannes. Iste non computantur, quia femina fuit (Jan. Nie został policzony, ponieważ był kobietą). I zaraz po tym wymieniony jest Benedykt trzeci. To były dokumenty najważniejsze, bo podważyć autentyczności zapisu nikt serio nie może. Powiadam: serio, bo podważa się ciągle. Ci sami, co się ustawicznie powołują na kanterberyjską kronikę we wszystkich innych sprawach i wypadkach, w tym jednym chcą widzieć niedokładność, błąd, zmyślenie. Tylko uważcie, panowie, dobrze – zacytowałem dwie noty bezsporne. A przecie co najmniej sześćdziesięciu autorów, w łacinie piszących i w grece – a są między nimi i tacy, których kościół do pocztu świętych zalicza – zaświadcza istnienie i czyny papieżycy Joanny. Z tych, przeważnie uczonych, pisarzy znaczna większość ma do papieżycy stosunek raczej życzliwy, niekiedy – powiedziałbym – pełen uznania. A nie głosi tego uznania byle kto, bo i sławny mnich Marianus Scott i ów, o którym powiada tradycja kościelna, iż diligenter scripsit (napisał ostrożnie), Ballarmin, i współczesny Joannie kapłan rzymski Anastazy, zwany Bibliotekarzem, mąż zaiste o wiedzy i zasługach imponujących. Nie pomogą na to wypusty, robione w późniejszych kopiach, sporządzanych przez benedyktynów z pism Anastazego, boć dochowało się jego manuskryptów wiele. Prawda, że teraz wiele dawnych papierzysk nie tylko ukryto przed okiem niepowołanym, ale pono oddano płomieniom. Bezcenne pergaminy, stanowiące niegdyś własność Ficina, zginęły tajemniczo z półek skarbczyka we Florencji. Niemniej, z dokumentów Joanny-papieżycy dotyczących jest jeszcze jeden, który jako najbardziej może sumiennie całą rzecz przedstawiający, was, panowie Polacy, powinien ciekawić. Jest to zapis wcale obszerny, powołujący się na wiele świadectw pisanych i ustnych, dokonany przez penitencjariusza Innocentego czwartego, biskupa Cosenzy, Marcina Polonusa.

– Była przecież w czasach późniejszych nieco inna Joanna. Ta, którą kościelne wyroki skazały na stos. Mocno teraz naciskają francuscy monsiniorowie na kurię w sprawie tej heroiny gallickiej. Orleańska dynastia wiąże z powszechnym tej wojowniczej dziewicy kultem pewne polityczne aspekta. No, o to, żeby zaginęły dokumenta jej dotyczące, obawy nie ma: przeważnie znajdują się tam, we Francji i strzegą ich świeccy, laicy i duchowni porówno. – Ta tyrada Telesfora-Kleofasa nie tylko zadziwiła Cypriana Kamila, ale mocno go podrażniła. Było dziwne słyszeć w ustach duchownego taką apostrofę nawiązująca do roli rzymskiego kleru w usuwaniu czy ukrywaniu dokumentów historycznych. I było szczególnie nieprzyjemne, że tu, w papieskim Rzymie, przedstawiciel polskiego kleru (choć trudno było zgadnąć miejsce w hierarchii kościelnej zajmowane przez Kleofasa Czubka) z taką niemal „salonową” – naturalnie, w najbardziej płaskim rozumieniu tego przymiotnika – swobodą rozprawia i o gorszącej legendzie papieżycy Joanny, i o Joannie Dziewicy Orleańskiej.«

W poprzednim blogu pisałem o tym, że jeśli zna się fakty i odpowiednio się je skojarzy, to wiele z wydarzeń bieżących i przeszłych łatwiej zrozumieć. No właśnie! Jeśli zna się fakty. Powyższy cytat uświadamia, że wiele z tych faktów jest skrywanych i ich poznanie jest niedostępne ogółowi, a zatem ten ogół ma niewielkie szanse na właściwe zrozumienie otaczającej go rzeczywistości oraz przeszłości, która tę rzeczywistość ukształtowała.

Z tego cytatu można wysnuć jeszcze jeden wniosek, a mianowicie to, jak ważne jest w życiu narodów i społeczeństw zakorzenienie. Trwanie w tym samym miejscu, na swojej ziemi przez wieki. To samo w sobie stwarza stabilne, trwałe społeczeństwa, dla których wielowiekowa tradycja jest nieodłącznym elementem ich tożsamości. I w takich społeczeństwach wiedza o ich przeszłości dostępna jest nie tylko z dawnych ksiąg i kronik, które można okroić o niewygodne treści, ale też z pewnych zwyczajów, niezmiennych od wieków. I może na tym przykładzie łatwiej zrozumieć, dlaczego wielcy tego świata tak zabiegają o wielokulturowość, migracje, przesiedlenia, mieszanie narodów i społeczeństw, przesuwanie granic państwowych i tym samym państw. Żaden naród rdzenny i osiadły nie znosi dobrze tego typu eksperymentów. Tylko jedna nacja czuje się w takiej rzeczywistości jak ryba w wodzie i to ona tego dokonuje, z korzyścią dla siebie, bo im te narody słabsze, tym jej łatwiej jest je sobie podporządkować.

Kryzys przysięgowy

Jak zwykle w listopadzie nie da się uniknąć tematyki związanej z odzyskaniem niepodległości. To, czy święto to powinno obchodzić się w taki czy inny dzień, jest sprawą drugorzędną. Ważniejsze są inne. Warto wracać do tamtych wydarzeń, bo powtórka, jak mawiali Rzymianie, jest matką nauki. Czasem jednak przy tej powtórce może pojawić się jakieś skojarzenie, którego wcześniej nie było, a które wiele wyjaśnia z tamtych wydarzeń, wydarzeń wcześniejszych niż sam moment ogłoszenia niepodległości. Skojarzenie to pojawiło mi się po przeczytaniu fragmentu Dziennika Marii Dąbrowskiej z 1916 roku, a dotyczyło tzw. kryzysu przysięgowego i wycofania Legionów z frontu. Czy ktoś z tych ludzi, którzy wezmą udział w różnych marszach z okazji Święta Niepodległości, które to marsze są według mnie zwyczajną paranoją, czy ktoś z nich słyszał o tym kryzysie przysięgowym i jego konsekwencjach? Podejrzewam, że większość z pozostałych również o nim nie słyszała. Warto więc temat przybliżyć, szczególnie w takim momencie. Poniżej fragment wspomnianego Dziennika:

„Już pod samym Lublinem wyminął nas odkryty samochód, w którym zobaczyłam dwie znajome postacie: pułkownika Władysława Sikorskiego i dr Stanisława Kota. Jechali najwidoczniej do Lublina w celu stworzenia lub (jeżeli istniały) wzmocnienia tam placówek Departamentu Wojskowego, tak jak ja jechałam w związku z projektowaną rozbudową placówki Pierwszej Brygady. Zabawiło mnie żałośnie porównanie mojej skromnej osoby i podróży z tą wspaniałą jazdą dwu tak poczesnych osobistości.

Rozbrat między dwoma wyżej wymienionymi, jakby dziś powiedziano, ośrodkami dyspozycji polskiego działania politycznego (Departament Wojs. i Pierwsza Bryg.) stawał się coraz głębszy, co dla mnie i dla Mariana osobiście było bardzo bolesne, gdyż widzieliśmy pewne racje i pewne błędy z obu stron – jednak racje nie chciały się zejść, a błędy nie chciały się do siebie przyznać.

Po zajęciu przez Państwa Centralne całego zaboru rosyjskiego, polityka Piłsudskiego zyskała znacznie mocniejsze podstawy, gdyż większość nadającej ton życiu duchowemu inteligencji warszawskiej i warszawskich polityków sprzyjała daleko bardziej Komendantowi niż galicyjskiemu N.K.N.-owi (Naczelny Komitet Narodowy – przyp. W. L.) – czuła się w klimacie Pierwszej Brygady, z której głównymi postaciami była już dawniej zżyta – bardziej swojo.

Zarysowujące się na tym tle różnice – pominąwszy liczne szczegóły oraz grające, niestety, dużą rolę uprzedzenia dzielnicowe – przedstawiały się mniej więcej w następujący sposób. Stanowisko Piłsudskiego przy zachowaniu minimum nieuniknionej ze względów strategicznych zależności od państw centralnych było nieprzejednane w sprawie bezpośredniego dążenia do zupełnej niepodległości. W związku z tym i w wyniku załamywania się Rosji, Piłsudski uważał za konieczne natychmiastowe podjęcie przygotowań do walki także i z Niemcami, w którym to celu wstrzymał werbunek do umundurowanych i walczących na froncie szeregów, a natomiast organizował przez swych ludzi tajną Polską Organizację Wojskową, znaną pod skrótem P.O.W.

N.K.N.-iści ze swej strony, nie wyrzekając się oczywiście zupełnej niepodległości, sądzili, że zmuszeni będziemy w sposób nieunikniony przejść przez okres niepodległości ograniczonej w postaci jakiejś szeroko autonomicznej czy federacyjnej łączności z Austrią. Do tego stosując bieżącą politykę, uważali, że ani na chwilę nie wolno rezygnować z werbunku do Legionów (których tworzyła się już 3-cia brygada), będących najpoważniejszym atutem w przyszłej rozgrywce o stopień naszej samodzielności. Niezależnie zaś od tego twierdzili, (i mieli w tym słuszność) że nie powinniśmy rozprzęgać raz ustanowionych szeregów, które jako kadry polskiego wojska okażą się w przełomowej chwili nagląco potrzebne bez względu na wynik wojny, a więc także i na wypadek zwycięstwa Anglii i Francji. N.K.N.-iści rozumieli też naturalnie grozę niemiecką, ale jako przeciwwagę tego niebezpieczeństwa widzieli tylko wygrywanie antagonizmów austryacko-pruskich.”

I dalej:

„Wracając do spraw listopadowych, mnie i moich znajomych znacznie więcej od aktu 5-go listopada obchodził nowy ciężki kryzys we frontowych oddziałach Legionów. Piłsudski był już w otwartym zatargu z wojskowymi władzami austryackimi, oficerów zwalniał masowo do podziemnej roboty wojskowej, a i sam niebawem podał się do dymisji. Dowództwo nad wszystkimi oddziałami Legionów objął z ramienia wojskowości austryackiej gen. Szeptycki (później pod koniec wojny gen-gub. lubelski na miejsce v. Cucka), którego brać żołnierska przywitała okrzykami: – „Oddaj Dziadka!” (tak nazywano w wojsku Piłsudskiego). Szeptycki uchodził za przyzwoitego człowieka. Nie wiem czy on, czy inne czynniki dokazały tego, co jedynie pozostawało w tych dramatycznych okolicznościach do zrobienia – mianowicie wycofania Legionów z frontu. Miały pójść na zimowe leże do Baranowicz i Pułtuska, a więc na teren okupacji niemieckiej dotychczas dla nich niedostępny. Oficerowie Piłsudskiego, przeszli ten kryzys tak ciężko, że jeden z nich, obiecujący uczony geolog, Albin Fleszar, odebrał sobie życie za pomocą japońskiego harakiri.”

Tu jest bardzo ważna informacja, na którą wcześniej nie zwróciłem uwagi, bo nie wiedziałem wtedy tego, co teraz wiem. Pod koniec 1916 roku Legiony zostały wycofane z frontu, z jego południowego skrzydła, gdzie walczyły po stronie Austriaków. Zostały przerzucone na północ na niemiecką stronę. Nie przypadkiem. Od 1917 do 1921 istniała Ukraińska Republika Ludowa. Najwyraźniej były tam zbędne. A jak dalsze wypadki pokazały – Niemcom również.

Akt 5 listopada 1916 roku – obietnica powstania Królestwa Polskiego. 15 stycznia 1917 roku powstaje Tymczasowa Rada Stanu, powołana przez niemieckie i austro-węgierskie władze okupacyjne. Po kryzysie przysięgowym w dniu 25 lipca 1917 roku TRS wybrała Radę Regencyjną, która 11 listopada 1918 roku przekazała Piłsudskiemu władzę nad wojskiem, a 14 listopada całość władzy zwierzchniej, po czym rozwiązała się. Tak więc, czy to się komu podoba, czy – nie, to państwo polskie zaczynają tworzyć niemieckie i austriackie władze okupacyjne. Mitem jest więc, że Polacy sami sobie wywalczyli niepodległość. I nie zrobił też tego Piłsudski ze swoimi Legionami.

5 listopada 1916 roku w wyniku konferencji w Pszczynie władze niemieckie i austro-węgierskie wydały proklamację z podpisami swych generalnych gubernatorów von Beselera i Kuka, zawierającą obietnicę powstania Królestwa Polskiego, pozostającego w niesprecyzowanej „łączności z obu sprzymierzonymi mocarstwami”. W akcie tym nie określono granic przyszłej monarchii, a jej status wyrażało słowo „samodzielne”, zamiast – „niepodległe”. Dokument zawierał też sformułowania dotyczące polskiej armii.

Po bitwie pod Kościuchnówką (4-6 lipca 1916), w której I Brygada Legionów Polskich walcząca po stronie Austro-Węgier zapobiegła przerwaniu frontu przez wojska rosyjskie, generał Erich Ludendorff, generalny kwatermistrz Armii Cesarstwa Niemieckiego, napisał list do władz w Berlinie, postulując utworzenie zależnego od Niemiec państwa polskiego i zbudowanie polskiej armii. Jego zdaniem mogło to dać Niemcom zwycięstwo na froncie wschodnim.

Tymczasowa Rada Stanu, ustanowiona przez niemieckie i austro-węgierskie władze okupacyjne w Królestwie Polskim, powstała w styczniu 1917 roku. Została ona utworzona na podstawie rozporządzeń generalnych gubernatorów warszawskiego i lubelskiego z 6 grudnia 1916 roku. Inauguracja TRS odbyła się 14 stycznia 1917 roku na Zamku Królewskim w Warszawie, gdzie generalni gubernatorowie warszawski i lubelski wręczyli członkom dekrety nominacyjne. Na drugim posiedzeniu Rady, w dniu 17 stycznia, wybrano wydział wykonawczy, w skład którego wchodziło 9 osób, w tym Józef Piłsudski (Referat Wojny).

Tymczasowa Rada Stanu uchwaliła 3 lipca 1917 roku projekt tymczasowej organizacji polskich naczelnych władz państwowych, w którym zarezerwowała dla siebie uprawnienie do powołania regenta. W dniu 25 lipca, po kryzysie przysięgowym, TRS wybrała Radę Regencyjną w osobach Aleksandra Kakowskiego, Zdzisława Lubomirskiego i Wacława Niemojowskiego, a następnie złożyła na jej ręce swój mandat. W tym składzie Rada nie uzyskała akceptacji państw okupacyjnych. Ostatecznie w skald Rady Regencyjnej weszli Aleksander Kakowski, Zdzisław Lubomirski i Józef Ostrowski. 3 stycznia 1918 roku Rada wydała dekret o tymczasowej organizacji Władz Naczelnych w Królestwie Polskim.

Tak więc o składzie Rady Regencyjnej decydowali Niemcy, co jest o tyle istotne, że ta Rada przekaże 14 listopada władzę Piłsudskiemu. Istotny był też ten kryzys przysięgowy. Był on związany z odmową złożenia przysięgi na wierność Królestwu Polskiemu i dotrzymanie braterstwa broni wojskom Niemiec i Austro-Węgier do końca wojny przez żołnierzy Legionów Polskich (głównie I i III Brygady). Miał on miejsce 9 i 11 lipca 1917 roku. Piłsudski, mający największe wpływy w Legionach, zalecił legionistom, by nie składali przysięgi. Większość żołnierzy I i III Brygady demonstracyjnie uchyliła się od niej 9 lipca 1917 roku. Przysięgę złożyła tylko większość żołnierzy II Brygady, od samego początku słabo związanych z Piłsudskim (jej dowódcą był Józef Haller). Żołnierze ci zasilili „Polnische Wehrmacht”, nazwany tymczasem Polskim Korpusem Posiłkowym pod niemieckim dowództwem i rekrutowanym z poboru.

Legioniści, którzy odmówili złożenia przysięgi zostali internowani w dwóch obozach: żołnierze w obozie w Szczypiornie (tam grali w piłkę ręczną i stąd jej nazwa „szczypiorniak”), zaś oficerowie w Beniaminowie. W nocy z 21 na 22 lipca 1917 roku Józef Piłsudski i Kazimierz Sosnkowski zostali aresztowani. Po krótkim pobycie w kilku więzieniach Piłsudskiego przewieziono do Magdeburga, gdzie przebywał w ścisłej izolacji w twierdzy wojskowej. Dopiero w sierpniu 1918 roku umieszczono wraz z nim Sosnkowskiego.

To są informacje z Wikipedii, a więc powszechnie dostępne, gdyby komuś chciało się w niej poszperać. Widać wyraźnie, że motorem tych wszelkich działań destrukcyjnych był Piłsudski, ale on tylko wykonywał rozkazy Niemców. To był figurant, wykreowany przez swoich nieznanych przełożonych na bohatera narodowego i twórcę odrodzonego państwa, prawdopodobnie poziomem intelektualnym zbliżonym do poziomu Jarosława Kaczyńskiego, dla którego jest Piłsudski wzorem.

Tak więc pod koniec 1916 roku Legiony zostają wycofane z frontu, ale jeszcze wcześniej, jak pisze Dąbrowska, Piłsudski wstrzymuje werbunek do umundurowanych i walczących na froncie szeregów, a organizuje przez swoich ludzi tajną Polską Organizację Wojskową (POW). Skąd miał pieniądze i dlaczego Austriacy tolerowali, wbrew własnemu interesowi, tego typu działanie. Pewnie jakaś siła wyższa tak zarządziła.

Głównym reprezentantem nacjonalizmu ukraińskiego w XX w. była Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), powstała w 1929 roku w Wiedniu z połączenia kilku mniejszych organizacji, przede wszystkim Ukraińskiej Organizacji Wojskowej, utworzonej w 1920 roku. Według Grzegorza Motyki, historyka, nazwa organizacji nieprzypadkowo nawiązywała do nazwy Polskiej Organizacji Wojskowej, a członkowie UWO odwoływali się do polskich doświadczeń z okresu walk o niepodległość. A skoro nieprzypadkowo, to prawdopodobnie ci sami ludzie tworzyli obie organizacje. Wychodzi więc na to, że to Piłsudski lub jego ludzie utworzyli Ukraińską Organizację Wojskową.

Wątki się mnożą i przeplatają, gra jest coraz bardziej misterna, a jej cele niezrozumiałe dla ówczesnych obserwatorów, tak jak dla nas niezrozumiałe i nieznane są cele obecnej wojny na Ukrainie. W tamtym czasie, ci którzy reżyserowali ówczesne wydarzenia, uznali, że wówczas wojsko polskie było zbędne i mogło tylko przeszkodzić w realizacji zamierzonych celów. Ale jak się go pozbyć? Tu z pomocą przyszedł Piłsudski i wywołany przez niego tzw. kryzys przysięgowy. Skoro żołnierze odmówili złożenia przysięgi, to nie pozostało nic innego, jak ich internować w obozach do czasu, gdy staną się potrzebni, to znaczy do 1920 roku. Ten kryzys to niby miała być manifestacja patriotyzmu.

W tamtym czasie, w latach 1916-1918, silne i regularne wojsko polskie na froncie wschodnim było tak samo niewygodne Niemcom, jak w czasie II wojny światowej niezależne od Stalina polskie wojsko walczące na froncie wschodnim. Gdyby istniało to silne wojsko polskie na froncie wschodnim, to nie byłoby możliwe jego osłabienie w wyniku rewolucji bolszewickiej w Berlinie 7 listopada 1918 roku, bo wprawdzie wojsko niemieckie uległoby rozsypce, co się stało, ale zostałoby wojsko polskie. To wojsko niekoniecznie musiałoby stać tak daleko na wschodzie. Mogłoby cofnąć się do linii Curzona i strzec innych granic i być bardzo przydatnym w czasie plebiscytów na Śląsku i na Mazurach, np. zapobiec najazdowi Niemców z Niemiec zachodnich na czas głosowania. Tak się nie stało, bo w tym czasie było zajęte walką z bolszewikami i dopiero na tę wojnę zostało użyte. Polskie ziemie pozbawione ochrony, a wojsko polskie walczy o to, by mogło dojść do mordu katyńskiego i rzezi wołyńskiej. (Ta interpretacja jest błędna, bo nie uwzględniała istnienia Ober-Ostu; właściwa jest w blogu Analogie – uwaga z dnia 20.03.25).

Warto jeszcze zapoznać się z tym, co pisze o Piłsudskim Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, W-wa 1966. A pisze m.in.:

Po wybuchu I wojny światowej skierował na Kielce (zajęte 12 VIII 1914) tzw. kadrową kampanię strzelców („kadrówka”) i – bez powodzenia – przygotowywał grunt do powstania ludności Królestwa Polskiego przeciw Rosji; z jego inspiracji powstała w tym czasie Polska Organizacja Narodowa, przeciwstawiająca się Naczelnemu Komitetowi Narodowemu w Galicji; nieudana próba odegrania samodzielnej roli politycznej skłoniła Piłsudskiego do podporządkowania się NKN-owi i rozwijania działalności w ramach Legionów Polskich; został komendantem I Brygady Legionów. W tym czasie zaczęła się kształtować legenda wokół jego osoby jako przywódcy walk niepodległościowych. Zaistniałe wówczas konflikty z Komendą Legionów (gł. z szefem sztabu kpt. W. Zagórskim i szefem Departamentu Wojskowego NKN mjr W. Sikorskim) oraz orientacja na współpracę głównie z Niemcami, a nie z Austrią, skłoniły Piłsudskiego pod koniec września 1916 do opuszczenia Legionów. Po akcie 5 listopada 1916 został członkiem Tymczasowej Rady Stanu oraz szefem jej departamentu wojskowego; 1917 przeszedł do opozycji wobec TRS i okupacyjnych władz niemieckich (domagał się utworzenia rządu polskiego) i zainicjował rozbudowę Polskiej Organizacji Wojskowej (utworzonej w sierpniu 1914 w celu prowadzenia dywersji na tyłach wojsk rosyjskich), kierując tym razem jej działalność przeciw Niemcom; jego politykę realizował Konwent Organizacji A; aresztowany przez Niemców 22 VII 1917, w związku z tzw. kryzysem przysięgowym w Legionach (lipiec 1917) został osadzony wraz z K. Sosnkowskim w twierdzy magdeburskiej, po zwolnieniu 10 XI 1918 przybył do Warszawy, gdzie następnego dnia Rada Regencyjna przekazała mu władzę wojskową, a 14 XI – władzę zwierzchnią nad krajem;

Encyklopedia wspomina o Organizacji A. – w związku z tym wypada zapoznać się z tym, co i o niej pisze:

ORGANIZACJA A, utworzona w połowie 1917 roku tajna grupa skupiająca działaczy mających duże wpływy w PPS, PSL – „Wyzwolenie”, PSL – „Piast”, Stronnictwie Niezawisłości Narodowej i Zjednoczeniu Stronnictw Demokratycznych i realizujących linię polityczną J. Piłsudskiego; odpowiednikiem wśród prawicy miała być Organizacja B. Na czele O.A. Stał Konwent; działalnością O.A. kierował, po aresztowaniu Piłsudskiego, J. Moraczewski (przewodniczący), E. Rydz-Śmigły (sprawy wojskowe) i L. Wasilewski (sekretarz); Konwent dysponował POW; 1919 O.A. znana była jako Związek Wolności.

Tu już nic nie trzeba dodawać. Tu jest po prostu opis tajnej organizacji, ale też można z tego faktu wyciągnąć wniosek, że skoro Piłsudski, za pośrednictwem swoich tajnych współpracowników, miał pod kontrolą partie polityczne, to i on był odpowiedzialny za to szerzenie się partyjniactwa i anarchię sejmową, z którymi to zjawiskami „walczył” i w tym celu dokonał zamachu stanu. Bardzo nie lubił on Polski i Polaków. Znane jest jego powiedzenie, że dla Polaków można jeszcze coś zrobić, z Polakami – nic. Wyjątkowo cyniczne bydle.

Wypada jeszcze przytoczyć, co m.in. ta encyklopedia pisze o POW:

„Polska Organizacja Wojskowa (POW), tajna organizacja powstała z inicjatywy J. Piłsudskiego w sierpniu 1914 w Warszawie, wkrótce po wybuchu I wojny światowej, ze zjednoczenia oddziałów wojskowych Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich; działała w Królestwie Polskim, potem również w Galicji, na Ukrainie i w Rosji. POW prowadziła na tyłach wojsk rosyjskich wywiad i akcje dywersyjne; po zajęciu 1915 Królestwa Polskiego przez wojska niemieckie i austriackie, część członków POW wstąpiła do I Brygady Legionów Polskich; w połowie 1916 POW liczyła ok. 5 tys., wiosną 1917 ok. 13 tys. osób. Jeszcze pod koniec 1915, po odrzuceniu przez okupacyjne władze niemieckie i austriackie postulatu niezależności Legionów Polskich, Piłsudski wstrzymał dopływ członków POW do Legionów oraz wydał polecenie intensywnego szkolenia ich w półlegalnych szkołach i na kursach wojskowych. Akcjom podejmowanym przez POW patronował Centralny Komitet Narodowy, utworzony w grudniu 1915 z inicjatywy Piłsudskiego przez reprezentantów lewicy aktywistycznej (aktywiści). W dniu 17 I 1917 POW podporządkowała się Tymczasowej Radzie Stanu, lecz w czerwcu tegoż roku odmówiła jej dalszego poparcia, motywując to faktem, iż TRS ogłosiła werbunek do wojska nie wyłoniwszy uprzednio rządu; organizowany w lipcu tzw. kryzys przysięgowy w Legionach Polskich doprowadził do ich rozbicia, a POW przeszła ponownie do działalności konspiracyjnej, podporządkowana faktycznie kierownictwu Organizacji A. POW uczestniczyła w przejmowaniu władzy od Austriaków w Galicji, stanowiła siłę zbrojną rządu ludowego utworzonego 6/7 XI 1918 w Lublinie i brała udział (listopad) w rozbrajaniu Niemców na terenie Królestwa Polskiego. W grudniu 1918 została wcielona do Wojska Polskiego.

W lutym 1918 została utworzona w Poznaniu przez Wincentego Wierzejewskiego odrębna POW zaboru pruskiego, na którą oddziaływała również Narodowa Demokracja; POW zaboru pruskiego wysunęła hasło oderwania Wielkopolski od Niemiec, a jej członkowie wzięli udział w powstaniu wielkopolskim.

19 II 1919 (ładna data, taka przypadkowa? – przyp. W. L.) została utworzona POW Górnego Śląska; stanowiła ona główną siłę zbrojną podczas powstań śląskich.”

Widać więc wyraźnie, że w pewnym okresie POW robiła wszystko, by wojsko polskie zbyt wcześnie nie weszło do walki. Właściwy moment nadszedł w grudniu 1918, gdy, po listopadowej rewolucji, niemieccy żołnierze na wschodnim froncie masowo dezerterowali i wracali do domów. Natomiast filie poznańska i śląska, czyli tajne organizacje, wywołały powstanie wielkopolskie i powstania śląskie.

Gdybym opisał na jakimś forum internetowym, jak działał system partyjny u progu II RP i rolę Piłsudskiego w destabilizowaniu prac sejmu i poszczególnych partii, to zapewne wielu skomentowałoby to jako teorię spiskową, ale tak to opisała PRL-owska Wielka Encyklopedia Powszechna, a przynajmniej takie wnioski nasuwają się po przeczytaniu tego opisu. Przyznam, że mnie samemu trudno w to uwierzyć, że w tym świecie wszystko jest wyreżyserowane, że wojny są zaplanowane, że system partyjny i demokracja są fikcją, że historia jest totalnie zakłamana, ale im więcej czasu poświęcam na analizę tych zjawisk, tym bardziej wszystko zaczyna się układać w logiczną całość. Najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że często wcale nie trzeba mieć dostępu do jakichś tajnych archiwów. Wystarczy tylko skojarzyć pewne fakty, których nikt nie ukrywa i nie kwestionuje. Tak mało i tak dużo zarazem.

W niektórych środowiskach toczą się spory o to, kiedy powinno być obchodzone święto niepodległości. Czy 11 listopada, czy może 28 czerwca, gdy podpisano traktat wersalski? Są to spory jałowe, bo II RP to było jedno wielkie masońskie gnojowisko, które wciągnęło Polaków do wojny z daleko silniejszym przeciwnikiem, wojny, której nie można było wygrać, wojny, która unicestwiła dopiero co rodzącą się polską inteligencję i umocniła i tak już dominującą pozycję Żydów w Polsce. Naprawdę nie ma powodów, by pojawienie się II RP na mapie świata traktować jako odzyskanie przez Polaków własnego państwa. Tak przecież nie było.

Skecz

Są takie skecze, szczególnie te z epoki PRL-u, które uważa się za, jak to się obecnie mówi, kultowe. Jednym z nich jest skecz „Dług” z 1978 roku. W role dwóch żydowskich kupców wcielili się Jan Kobuszewski i Kazimierz Brusikiewicz. Pod względem artystycznym jest to taka perełka, doskonałe wykonanie, którego nie da się powtórzyć. Jednak są w tym skeczu zdania, które mają głębszy podtekst i mają walor poznawczy. Poniżej jego większy fragment:

- Panie szanowny Rappaport, przecież 800 zł to nie jest suma, której można nie oddać. Można nie oddać 10 zł, jak się jest wielki łobuz, można nie oddać 20 zł.  Ale każda suma od 100 zł w górę, to już jest dług honorowy. Panie Rappaport, pan przecież powinieneś to rozumieć, pan jesteś kupiec.
- Złociutki panie Goldberg, ja mam inny podgląd na te sprawy. Dla mnie 800 zł to jest właśnie ta suma, której nie można oddać. Można oddać 10 zł, jak się jest bardzo lekkomyślnym, można oddać 20 zł, ale od 100 zł do góry, to każdy dług, on sam z siebie, on robi się fikcyjny. Przecież pan też mnie rozumiesz, pan też jesteś kupiec.
- Złocisty panie Rappaport, teoretycznie to pan jesteś kryty, ale w praktyce pan nie masz racji. Pan musi oddać te pieniądze.
- Co znaczy musi?! Dla samego oddania!
- Ja Gutmanowi jestem winien 800 zł.
- Gutman, on może zaczekać.
- Gutman, nie! Jego dusi Rajtman.
- Rajtman, on też może zaczekać.
- Rajtman nie może, on jest winien Maliniakowi.
- Maliniak też... chwileczkę, Maliniak nie może czekać.
- Dlaczego?
- Maliniak jest winien mnie, a ja nie mogę czekać.
- Pan nie może czekać?
- No przecież pan przychodzisz do mnie, żebym ja pana oddał 800 zł! A ja ich nie mam! Ja pożyczyłem Maliniakowi, Maliniak Rajtmanu, Rajtman Gutmanu, Gutman panu, a pan mnie. To ja się pana pytam: gdzie są te 800 zł?
- Skąd ja mogę wiedzieć?!
- Widzisz pan! I to jest ta cała mistyka finansów. Stąd się bierze ten ogólnoświatowy kryzys gospodarczy.
- Oj! Ja mam takie zbiegowisko w głowie, ja nic z tego nie rozumiem. Nic!
- To ja to pana wyjaśnię. Patrz pan! Ameryka! Ona pożyczyła do Anglii, Anglia do Francji, Francja do Szwajcarii...
- Rysuj pan wolniej...
- Ameryka pożyczyła do Anglii, Anglia do Francji, Francja do Szwajcarii...
- Niderlandy...
- Szwajcaria do Włoch, Włochy do Niemiec, Niemiec do Anglii, a Anglia do Ameryki.
- To kto ma te pieniądze?
- Teoretycznie to myśmy powinni je mieć.
- Co znaczy myśmy?
- Myśmy nikomu nie pożyczali.

W skeczu tym padają takie słowa: „…ale od 100 zł do góry, to każdy dług, on sam z siebie, on robi się fikcyjny”. No właśnie! Od pewnej kwoty każdy dług już jest fikcyjny. To się właśnie dzieje i to od lat. Wszystko zaczęło się od 15 sierpnia 1971 roku, gdy prezydent Stanów Zjednoczonych Richard Nixon zawiesił wymienialność dolara na złoto. W praktyce oznaczało to, że już nie mogło być tak jak wcześniej, że klient mógł przyjść do banku i wymienić dolary na złoto. Na tym właśnie polegało pokrycie dolara w złocie. Nie można go było wydrukować więcej niż wydobyto złota. Żeby ludzie i państwa nie uciekły od dolara jako waluty światowej, powiązano go z ropą w ten sposób, że kto chciał kupić ropę od Arabów musiał płacić dolarami. W ten sposób można było drukować go bez ograniczeń, co spowodowało, że obecnie zadłużenie państw i nie tylko państw jest tak wielkie, że długi te są niespłacalne, czyli są fikcją. Ale fikcją nie są dłużnicy i ich zależność od wierzycieli.

Jakieś parę lat temu Stanisław Michalkiewicz naśmiewał się ze Zbigniewa Ziobro, że ten, chcąc odmienić w celowniku imię i nazwisko Donalda Tuska, powiedział Donaldu Tusku, zamiast – Donaldowi Tuskowi. Później często jeszcze przypominał ten lapsus językowy Ziobry. Nie było to jednak przejęzyczenie. Pamiętam, że sam wtedy zastanawiałem się, jak to było możliwe. Mnie nigdy nie przyszłoby do głowy, by w ten sposób odmienić w celowniku imię i nazwisko Donalda Tuska. I właśnie ten skecz pomaga zrozumieć, skąd taka odmiana. „Ja pożyczyłem Maliniakowi, Maliniak Rajtmanu, Rajtman Gutmanu, Gutman panu, a pan mnie.” Nie powiedział: Rajtamanowi, Gutmanowi, tylko Rajtmanu, Gutmanu. Najwyraźniej ten żydowski polski jest takim zepsutym polskim, jak jidysz jest zepsutym niemieckim. I najwidoczniej nie jest to martwy język, skoro Ziobrze nieopatrznie, może nawet podświadomie, wymknęła się taka odmiana i zdemaskowała go. Mnie w każdym razie bardzo spodobało się to „Donaldu Tusku” i dlatego zapamiętałem.

Czy Michalkiewicz świadomie zdemaskował Ziobrę? Bardzo możliwe, że nie. Wszak obaj należą do tej samej nacji. A może uważał, że nikt sobie nie skojarzy tego błędu z żydowskim żargonem? Jedno nie ulega wątpliwości, że udawanie kogoś innego, niż się jest, wymaga ciągłej samokontroli. A to wcale nie jest takie proste, nawet dla Żydów.

Stare gazety

Kiedyś, bardzo dawno temu, gdy jeszcze czytałem „Najwyższy Czas”, zamieszczał w nim swoje artykuły, jeśli dobrze pamiętam nazwisko, Marek Koprowski. Mieszkał w azjatyckiej części Rosji i to jej poświęcał swoją uwagę. W jednym z nich napisał o tym, jak tamtejsze władze patrzyły z nieufnością na kogoś, kto, tak jak on, chodził do biblioteki i przeglądał stare gazety. Czego on tam szukał? Zapewne nie musiał niczego szukać. Wystarczy, że czytał i porównywał to, co pisano wtedy, z tym co się pisze obecnie. I to wystarczy. Ale dla władzy to bardzo niewygodna praktyka, bo demaskuje ją. Po latach widać, jak niewiele miały wspólnego z rzeczywistością miraże roztaczane przez polityków, pragnących jedynie pozyskać głosy wyborców. Czas jest brutalnym weryfikatorem, a może raczej demaskatorem prawdziwych intencji wielkich tego świata. Jak to mówią Rosjanie: Pażywiom, uwidim. No więc dożyliśmy i zobaczyliśmy, po co przyjęto kraje Europy wschodniej do unii.

Ja zachowałem sobie jeden taki stary dodatek „+Plus-Minus” do weekendowego wydania „Rzeczpospolitej” z dnia 14-15 grudnia 2002 roku. Na pierwszej stronie u góry napis: „Po dramatycznych negocjacjach Unia przyjęła wszystkie żądania Polski”. A poniżej, wielkimi literami: „Dzień dobry, Europo”. Pod nim duże zdjęcie, na którym na pierwszym planie uśmiechnięty premier Leszek Miller z uniesioną na wysokość ramienia prawą dłonią. W tle, na drugim planie, Włodzimierz Cimoszewicz w rozpiętej marynarce. Widać więc krawat, którego koniec wyraźnie sięga poniżej paska spodni. Nie wiedział partyjny aparatczyk, że elegancko zawiązany krawat sięga końcem do paska spodni, nie wyżej i nie niżej. Ale skąd on mógł wiedzieć? Przecież on dopiero wchodził do Europy.

We wstępie do swojego artykułu również zamieszczonego na pierwszej stronie, Jędrzej Bielecki pisze:

„Jesteśmy już niemal w Unii Europejskiej. – Wszystkie nasze postulaty zostały przyjęte – oznajmił premier Leszek Miller po kilkunastogodzinnych negocjacjach na szczycie UE w Kopenhadze.”

Polska delegacja w Kopenhadze to: Danuta Hübner, Marek Pol, Włodzimierz Cimoszewicz, Leszek Miller, Grzegorz Kołodko i Jarosław Kalinowski.

W dolnej części pierwszej strony zamieszczony jest również komentarz redakcji, zatytułowany „Unia zaprasza, Polska decyduje”. Poniżej jego treść:

Decyzja zapadła. To już nie deklaracje, to czyn. Europa nas chce. Unia Europejska pragnie nas widzieć w swoim gronie. Swoją wolę poparła w Kopenhadze rozsądnymi ustępstwami, także finansowymi. O tym, czy to zaproszenie przyjmiemy, czy chcemy należeć do Unii, zadecyduje polskie referendum. Dla nas, Polaków decyzja nie powinna być trudna. Dla jej podjęcia nie trzeba nawet odwoływać się do skądinąd słusznych haseł i emocjonalnych deklaracji o chwili dziejowej i historycznym wymiarze ani do wspomnień o czasach komunizmu.

Wystarczy na zimno uświadomić sobie, w którym miejscu jesteśmy teraz. A znajdujemy się, niestety, wciąż w przeszłości. Z winy historii, ale nie bez własnych zaniedbań. W wielu dziedzinach, szczególnie w gospodarce i poziomie życia ludzi, krok, raczej kilka kroków za Europą. Jest to dystans, który być może zdołalibyśmy odrobić sami, ale z pewnością ani za życia tego, ani kilku następnych pokoleń. Świat zmienia się zbyt szybko, Europa nie będzie na nas czekać, samotny wysiłek musiałby się okazać za wielki. A na dodatek trzeba byłoby go dokonywać zgodnie z regułami gry, które inni ustalili dla siebie i dla nas, ale bez naszego udziału.

Wchodząc do Unii Europejskiej, możemy dokonać wielkiego kroku – przejść z przeszłości do współczesności czyli do Unii. Do jedynego miejsca, z którego prowadzi droga w przyszłość. Poza Unią jest oczekiwanie na cud. Ale my nie cudu potrzebujemy, ale europejskiej normalności. – Zespół „Rzeczpospolitej”.

„Rzeczpospolita” zamieściła też wypowiedzi byłych premierów III RP. Poniżej ich fragmenty.

Tadeusz Mazowiecki: Wejście do Unii Europejskiej jest ostatecznym zamknięciem podziału Europy, podziału jałtańskiego. Polsce daje to szanse na wyrównanie poziomu cywilizacyjnego z Europą Zachodnią. Ten podział trwa dłużej niż od czasu wprowadzenia w Polsce komunizmu.

Jam Krzysztof Bielecki: Musimy też nauczyć się wydobywać obiecane nam pieniądze. Składkę Unia ściągnie z nas bezlitośnie, a my musimy umieć odzyskać te pieniądze i jeszcze więcej – 10 miliardów euro w trzy lata. To gigantyczna praca.

Hanna Suchocka: Nie ma dla nas innego miejsca na kontynencie, jak w UE. Europa się organizowała, jednoczyła, gdy my byliśmy odgrodzeni od niej murem. Jeśli chcemy powrócić do naszych korzeni, odzyskać kontakt z Europą, to nie mamy innej drogi.

Józef Oleksy: Sfinalizował się proces niesłychanej doniosłości, na miarę naszej historii, dopełniający polską transformację po dziejowym przełomie 1989 roku. Jeśli dalej wszystko potoczy się pomyślnie, będziemy mogli mówić o nowym etapie w życiu, w rozwoju Polski.

Jerzy Buzek: Zakończenie kilkuletnich negocjacji to ciężka praca kolejnych rządów, parlamentów i samych obywateli. To moment wielkiego triumfu. Kilkanaście lat temu nie wyobrażaliśmy sobie, że coś podobnego może nas spotkać.

Zamieściłem tylko fragmenty ich wypowiedzi, bo to takie zwyczajne pustosłowie. Jedynie wypowiedź Jana Olszewskiego zasługuje na to, by ją w pełni przytoczyć:

„To, że UE doda trochę pieniędzy, było do przewidzenia. Nie zmienia to samego założenia, że zostaliśmy przyjęci na zupełnie innych zasadach niż byli przyjmowani pozostali członkowie. To tworzy wewnątrz Unii podział na członków właściwych, pierwszej kategorii, i nowych – drugiej kategorii. Warunki uzyskane w negocjacjach z UE nie gwarantują, że uzyskamy szansę na wyrównanie poziomu rozwoju gospodarczego z resztą Europy. Raczej odwrotnie – utrwali się podział na dwie strefy. To fatalne dla przyszłości Unii, Polski i Europy. Moim zdaniem żaden z Polaków nie ma prawa zaakceptować takiego układu.

Kiedy byłem premierem, problemem głównym było wyprowadzenie z kraju wojsk rosyjskich i wejście do euroatlantyckiego układu bezpieczeństwa. Od kiedy znaleźliśmy się w NATO, jesteśmy po tamtej stronie. Wchodzenie do struktur europejskich jest sprawą wtórną. Nie jest tak, że musimy wejść do Europy, bo inaczej pozostaniemy poza nią. My jesteśmy w Europie tak samo jak Norwegia, która nie jest członkiem UE.”

Kiedyś Aleksander Dumas napisał powieść Trzej muszkieterowie, a rok później dopisał dalszy jej ciąg, czyli Dwadzieścia lat później. I w przypadku tego „wielkiego wydarzenia” mija właśnie 20 lat. Podstawowe pytanie jakie wypada sobie zadać, to: Jaki był cel łączenia rozwiniętej gospodarczo Europy zachodniej i nierozwiniętej Europy wschodniej? Jeśli różnice w rozwoju tych dwóch części Europy sięgały zamierzchłych czasów, to znaczy, że ten podział był bardzo głęboki. Można wręcz powiedzieć, że sięga on podziału Imperium Rzymskiego na część wschodnią i zachodnią. Jednak, nie cofając się aż tak daleko w przeszłość, wypada zadać sobie proste pytanie: Jaki interes miałyby mieć państwa Europy zachodniej w dofinansowaniu rozwoju państw Europy wschodniej? No bo jak inaczej miałoby odbyć się wydźwignięcie zacofanych gospodarczo państw i wyrównanie poziomu? Jednak takie dofinansowanie oznaczałoby poprawę szeroko pojętej infrastruktury tych państw: budowę nowoczesnych dróg, kolei, modernizację telekomunikacji itp. Nie oznaczałoby to, że te państwa staną się producentami wszelkiego rodzaju dóbr i usług, które zapewniły państwom Europy zachodniej rozwój, bogactwo i przewagę nad Europą wschodnią i nie tylko nad nią. A skoro tak, to podział na dwie Europy pozostanie, utrwali się i pogłębi się.

Nic nie wyszło z wyrównywania poziomów rozwoju gospodarczego, co, po dwudziestu latach od tamtego czasu, jest dziś faktem. A co w takim razie z drugim filarem, czyli bezpieczeństwem, które miało zapewnić Polsce wejście do NATO? W tym wypadku jest jeszcze gorzej, bo NATO wciąga Polskę w wojnę na Ukrainie, a więc mowy o żadnym bezpieczeństwie być nie może. No więc nasze „Dwadzieścia lat później”, to wojna na Ukrainie i coraz częstsze głosy o potrzebie wyjścia z unii. Mają więc rację Rosjanie, czy może raczej władze rosyjskie, że czytanie starych gazet nie jest wskazane, wprost przeciwnie. Ci, którzy kiedyś palili książki, dobrze wiedzieli, co robili. W końcu uporano się z tym problemem, bo internet eliminuje tego typu zagrożenia, że jakieś niepoprawne myśli czy idee trafią przypadkiem do ludzi, do których trafić nie powinny.

Po co więc była ta cała hucpa z rozszerzeniem unii na wschodnią Europę? Pożyliśmy, dożyliśmy i zobaczyliśmy. Zobaczyliśmy Majdan w 2014 roku. W cytowanej przeze mnie w poprzednim blogu książce Życie polskie w dawnych wiekach jest wyjaśnienie tego słowa: W niektórych zamkach zajmował dziedziniec obszar bardzo znaczny; z ruin dotąd zachowanych zamku w Ogrodzieńcu domyślać by się można kilkumorgowej przestrzeni wewnętrznego, głównego dziedzińca. Służył taki dziedziniec za majdan, czyli punkt zborny załogi, a przy uroczystych sposobnościach za widownię obchodów, festynów, tzw. tryumfów, zjazdów i igrzysk rycerskich, którym z osobnej loggii przypatrywały się damy.

Głównym zawołaniem tego Majdanu było: My chcemy do Europy! Ale czy ten postulat, to żądanie, czy to było by możliwe, gdyby żaden z krajów Europy wschodniej nie był członkiem unii europejskiej, a w szczególności Polska, która sąsiaduje z Ukrainą? – I tu jest pies pogrzebany! Gdyby żaden z krajów Europy wschodniej nie był członkiem unii europejskiej, to takie zawołanie nie miałoby sensu. I tu rodzi się kolejne pytanie: Czy ktoś, kto po rozpadzie prządku jałtańskiego planował włączenie państw Europy wschodniej do NATO i unii europejskiej, czy ten ktoś już wtedy planował wojnę na Ukrainie i traktował to włączenie jako etap przejściowy do tej wojny? Wszak to tylko 10 lat. Polska weszła do unii w 2004 roku, a Majdan zaczął się w 2014 roku.

I dzieje się rzecz dziwna. Polska, będąca członkiem drugiej kategorii, Polska, która, podobnie jak inne kraje, wdrożyła u siebie prawo unijne i uznała jego wyższość nad polskim, ta Polska otwiera granicę z Ukrainą, granicę, która jest granicą zewnętrzną unii, a więc decyzję o jej otwarciu musiała podjąć unia, czyli ktoś, kto nią faktycznie rządzi. To nie polski rząd decydował. On tylko wykonał polecenie swoich nieznanych przełożonych. Co to oznacza w praktyce? Oznacza to rozpad unii w tym kształcie. To tak jakby ktoś podkopał w jednym miejscu fundament budynku. Co dalej będzie się działo z takim budynkiem, tego chyba już nie muszę tłumaczyć.

Po raz pierwszy weszła Polska do Europy, przyjmując chrześcijaństwo i akceptując zwierzchność władzy cesarza niemieckiego i papieża. Wchodząc w unię z Litwą, wyszła Polska z Europy i jednocześnie zanegowała zwierzchność cesarza niemieckiego i papieża. I teraz znowu Polska, angażując się w wojnę na Ukrainie i tworząc z nią unię, o czym się nie mówi, a co się dzieje – wychodzi z Europy. Czy tak będzie lepiej, jak próbują nam wmawiać internetowi gdakacze? (Nie ma w słowniku języka polskiego słowa „gdakacz”, więc wygląda na to, że je wymyśliłem.). Historia pokazuje, że na mariażach ze wschodem wyszła Polska, a raczej Polacy, jak Zabłocki na mydle.

Feudalna I RP

W swoich blogach często podkreślam swój negatywny stosunek do I Rzeczypospolitej i w niej upatruję źródła tego wszelkiego zła, które do dziś trapi Polskę. Przyczyną tego zła był feudalny ustrój I RP, która rozwijała się w odwrotnym kierunku niż Europa zachodnia, w której już od czasu krucjat słabnął feudalizm i zaczęły tworzyć się nowoczesne społeczeństwa. W Polsce ustrój feudalny i niewolnictwo chłopów trwało aż do połowy XIX wieku. A więc dopiero jakby wczoraj, w porównaniu z Europą zachodnią, skończył się w Polsce feudalizm i niewolnictwo. To bardzo krótki okres na wykształcenie się nowego społeczeństwa, które i tak zostało pozbawione tej szansy ze względu na nietrwałe granice i przesiedlenia ludności. Jak mi powiedział kolega, bywały we Włoszech, w jednym z miast zobaczył aptekę, która istnieje w tym samym miejscu nieprzerwanie od XIII wieku. Trwałość i niezmienność są jednymi z tych niezbędnych czynników, które decydują o kształcie i rozwoju państw i społeczeństw.

Jednym ze źródeł, które dostarczają prawdziwej wiedzy o tym, czym była I RP, jest książka Władysława Łozińskiego Życie polskie w dawnych wiekach. Po raz pierwszy została ona wydana we Lwowie w 1907 roku. Kolejne wydania pojawiały się w latach 1911 (Lwów), 1921, 1927, 1930, 1934, 1937, 1958 i 1964. Ja mam egzemplarz wydany w 1964 roku. Później wydawano ją jeszcze w latach 1974, 1978, 1989, 2006, 2015. Książka ta jest dostępna na Allegro, a więc nie jest to jakiś unikat, ale jej treść nie przebiła się do powszechnej świadomości. Inna sprawa, że ludzi czytających książki jest coraz mniej.

Wybrałem z tej książki pewne fragmenty, które charakteryzują tych feudałów i ogólnie szlachtę i, jak sądzę, ułatwiają zrozumienie tej polskiej rzeczywistości, którą kiedyś satyryk Tadeusz Ross określił mianem kraju Zulu-Gula. Brzemię tego feudalnego tworu, jakim była I RP, do dziś ciąży na charakterze i mentalności wielu ludzi mieszkających w państwie zwanym jeszcze Polską.

»Przed wiekiem XVI murował tylko grodotwórczy osadnik niemiecki, pierwszy organizator, fortyfikator i rzemieślnik miast głównych na polskiej ziemi. Nie tylko w XV, ale jeszcze w XVI i XVII wieku budują się z drzewa nawet wielkopańskie rezydencje, nawet obronne zamki. Tę przewagę, albo raczej tę wyłączność architektury drewnianej w Polsce, oddaje dobrze słownik starych aktów i zapisków, w którym architectus oznacza zawsze tylko cieślę; architekt zaś w dzisiejszym znaczeniu tego słowa nosi nazwę murator albo lapicida, jakby wyraźna wskazówka, że budowniczym polskim par excellence był cieśla. Polska zaczęła się gęściej murować dopiero w XVI wieku, którego ostatnie dziesięciolecie wraz z pierwszą połową XVII wieku jest porą najbardziej ożywionego budowniczego ruchu. Nawet główne miasta ozdabiają się dopiero w tym czasie wspanialszymi dziełami kościelnej i świeckiej architektury, a wszystkie niemal głośne i mniej głośne zamki, dochowane dotąd w całości lub ruinie, siedziby możnowładczych rodów, powstały w XVI lub XVII wieku.

Wszystkie zamki budowane w ciągu XVI i w pierwszej połowie XVII wieku były obronne, a podzielić się dadzą na dwa typy, tj. zamki ściśle zwarte, w których obronność była głównym celem, a pomieszkanie jako takie miało znaczenie drugorzędne, i na zamki, które łączyły równorzędnie oba te cele i były nie tylko silnymi warowniami, ale zarazem stanowiły wielkopańskie rezydencje, pełne komnat i sal reprezentacyjnych. Jako wzór pierwszego typu służyć nam może zamek Herburtów pod Dobromilem, który przeznaczony był wyłącznie na pomieszczenie załogi w czasie niebezpieczeństwa, podczas gdy sam jego właściciel miał osobną rezydencję w znacznej odległości; jako wzór drugiego typu uważać można Krasiczyn Krasickich, Baranów Leszczyńskich lub Laszki Mniszchów. Zamki i zameczki pierwszego typu zazwyczaj ubogie bywały pod względem architektonicznym. Zbudowane ze skromnego materiału, z cegły i dzikiego kamienia, nie miały najczęściej ani zewnątrz, ani wewnątrz nic, co by wymagało talentu architekta i dłoni artysty; zamki drugiego typu były wspaniałymi dziełami nie tylko fortyfikacyjnej, ale i architektonicznej sztuki. Obwarowane według najlepszych wzorów ówczesnych mistrzów fortecznej inżynierii, były zarazem świetnymi pałacami, bogatymi w cios, marmur, alabaster, dekoracyjne rzeźby, a niekiedy w polichromiczne lub sgraffitowe ozdoby malarskie, jakich ślady zachowały się w niektórych aż do naszych czasów, jak np. w Krasiczynie i Krzyżtoporze.

Zamki i pałace polskie, budowane prawie wyłącznie przez Włochów, górowały architekturą nad niemieckimi – Jerzy Ossoliński w diariuszu podróży swojej do Ratyzbony (1636) pogardliwie mówi o pałacach panów rakuskich, „że wszystkie te fabryki bardziej na austerie albo na staroświeckie klasztory wyglądają aniżeli na pałace”. Toteż do zbudowania każdego takiego zamku polskiego potrzeba było ogromnego kapitału, do jego konserwacji ogromnej fortuny – wzniesiony raz nadmiernym wysiłkiem pożerał stale wielkie sumy, najczęściej też niósł za sobą ruinę i sam ulegał ruinie. Nie tyle jednak upadek fortun i nie tyle burze wojenne poniszczyły wielkopańskie nasze zamki, co niedbalstwo i zaniechanie najtańszych choćby i najskromniejszych środków konserwacji. Ileż to zamków polskich obrócił w ruinę nie Tatar, nie Szwed, nie Kozak, ale deszcz wpadający do środka przez dach dziurawy – patrzył na to już hetman Żółkiewski, który polecając w swoim testamencie „opatrować zamek, żeby się nie psował”, dodaje: „Wszak nie trzeba nic dalej, jeno żeby nie ciekło, a jeśli się gdzie dachówka zepsuje, o inszą nie trudno”. Zamki w Olesku, w Przemyślu, już w XVII wieku były ruinami.

Klęski publiczne i katastrofy wojenne, które od połowy XVII wieku przez długi okres lat nieprzerwanym szeregiem nawiedzały Polskę, robiąc z niej niejako jedno wielkie pobojowisko, wstrzymały ruch budowniczy. Dopiero w ostatnich dziesiątkach lat XVII wieku zaczyna się Polska murować dalej, ale teraz w nadziei spokojniejszych czasów zamiast warownych zamków powstają pałace i wspaniałe otwarte rezydencje. Prym co do czasu i świetności bierze pałac zbudowany przez króla Jana III w Wilanowie.

W porze ostatnich lat XVII wieku aż do ostatnich XVIII powstają te świetne sielskie rezydencje, które wyglądają na polskiej ziemi, pod jej szarym niebem i wśród mizernego otoczenia dworków szlacheckich krytych słomą i lepianek chłopskich, jak gdyby je magiczna różdżka przeniosła powietrzem już gotowe wprost z ojczyzny duków włoskich i markizów francuskich – powstają rozkoszne wille i pałace, jak Arkadia i Nieborów Radziwiłłów, Białystok i Choroszcza Branickich, Jabłonna i Korsuń Poniatowskich, Klemensów Zamoyskich, Lachowce Jabłonowskich, Poryck Czackich, Puławy i Wołczyn Czartoryskich, Rydzyna Sułkowskich, Słonim i Siedlce Ogińskich, Tulczyn i Zofiówka Potockich, Werki Massalskich itd. Jak wszystkie wspanialsze zamki obronne, tak i te pałace i wille stworzyła dłoń cudzoziemca: Locci, Belotti, Solari, Chiaveri, Fontana, Louis, Folino, Quarengi, Merlini, Schlüter, Pöppelmann – oto imiona głównych architektów ostatniej pory – z Polaków nieco tylko jeden Gucewicz, autor pałacu w Werkach.

Zamki polskie w XVI i XVII wieku miały urządzenia wewnętrzne równie bogate i pyszne, jak wyniosłe i dumne były ich fasady, baszty i wieże. Zbytek wszakże, jaki się roztaczał w ich salach i komnatach, był jeszcze niedawny w Polsce, zrodził się dopiero na schyłku XVI, a wybujał do niezwykłych rozmiarów w XVII i XVIII wieku. Bardzo było skromne i poważne przedtem urządzenie domów szlacheckich, senatorskich, a nawet czasowych pozastołecznych siedzib królewskich. Dopiero później bogatsza szlachta idzie z magnatami, magnaci z monarchami w zawody; niektóre zamki widocznie wzorują się na zamku wawelskim, a ich wewnętrzna dekoracja jest naśladownictwem komnat monarszych. Fantazja artysty i bogactwo materiału składają się na to architektoniczne i ornamentacyjne ustrojenie sal i pokojów. Marmur, złoto, cyprys, heban, różane drzewo, a znacznie później mahoń, złotogłów, jedwab i szpalerowe tkaniny flamandzkie i włoskie służą za materiał dekoracyjny.

Co nas w urządzeniu zamków uderza, to fakt, że podczas gdy pod architektonicznym względem mają wyłącznie lub przeważnie piętno włoskie, to dekoracja ich wewnętrzna, a głównie sprzęty, srebra i galanterie są pochodzenia niemieckiego lub flamandzkiego. Ossolińscy posługują się niemieckim malarzem Justem Ammanem, zamek Sieniawskich w Brzeżanach dekoruje sztukaturami i rzeźbami wrocławianin Pfister, podhoreckie sale i komnaty ozdabia pędzlem Jan de Baan, a w warszawskim pałacu Kazanowskich zastaje Jarzemski „holendrowe malarze w szerokich pludrach”, jak malują obrazy. Gdańsk był pośrednikiem między polskimi amatorami zbytku a twórcami niemieckich rękodzieł artystycznych; Wrocław, Norymberga i Augsburg, z którymi kupiectwo naszych stolic utrzymywało ciągłe relacje, miały zawsze bardzo wydatne pole zbytu w Polsce. Mimo dwóch Francuzek na tronie polskim w XVII wieku nie traci u nas przewagi artystyczny przemysł niemiecki, dopiero z końcem XVIII wieku wypiera go z pałaców zwycięsko smak i artystyczna produkcja Francji.

Porą najświetniejszego rozwoju wyższej sztuki ozdobnego pejzażowego ogrodnictwa, porą, z której się datują najsłynniejsze kreacje tego rodzaju, są ostatnie dziesiątki lat XVIII wieku, szczytem zaś zbytku i wielkopańskiej fantazji jest Zofiówka Szczęsnego Potockiego, stworzona podobno kosztem piętnastu milionów, opiewana przez Trembeckiego i Delille’a, sławiona jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku jako la merveille de l’Ukraine (cud Ukrainy – przyp. W. L.) – owoc posępnej raczej melancholii aniżeli poetycznej wyobraźni, tragiczna sielanka, smutny kwiat, rzucony na grób własnych iluzyj. Te wszystkie rozkoszne parki i pałace z drugiej połowy XVIII wieku, te wszystkie rezydencje wyliczone przez nas poprzednio: Białystok, Łabuń, Słonim, Jabłonów, Wołczyn, Puławy i tyle innych, to już świat całkiem nowy, całkiem obcy, świat prawie improwizowany, odcięty od przeszłości, odcięty od społeczeństwa, odcięty nawet od domowych tradycyj tych ludzi, którzy go stworzyli. Już i te wspaniałe zamki magnackie, które powstały w ostatnich latach XVI i w pierwszej połowie XVII wieku, nie wyrastały z siły, z kulturalnego gruntu społeczeństwa, nie wiązały się organicznie ze swoim światem, ale przecież o tyle były mu bliższe i o tyle pożyteczne, o ile były zarazem obronne, o ile miały dwie racje bytu: praktyczną potrzeby i etyczną służby. Zbytkiem były owe bogate, złotem i srebrem nabijane zbroje szlachty polskiej, bo dość było na samym żelazie, ale w tych zbrojach bito się przecież i zwyciężano; zbytkiem była wspaniałość zamków magnackich, bo dość im było na samych basztach i wałach, ale te zamki stawiły przecież opór najeźdźcom i wytrzymywały oblężenia. O wielkopańskich siedzibach XVIII wieku i tego powiedzieć nie można. Były niejako celem same sobie; nie było najczęściej między nimi a ich panami wewnętrznej relacji smaku, szczerze odczuwanej estetycznej czy też cywilizacyjnej potrzeby i prawdziwego ukontentowania. Gdyby ten zbytek, niekiedy tak lekkomyślny i gorszący, był kwiatem ze swojskiego, nad miarę żyznego gruntu, gdyby wypływał z wyrafinowanej sztuki życia, jak np. we współczesnej Francji, ze szczerego, głębokiego amatorstwa, gdyby ta elegancja zewnętrzna łączyła się była z elegancją umysłów lub gdyby była nareszcie schyłkowym patologicznym objawem, tak zrozumiałym w narodach bardzo starej kultury i bardzo bogatych środków, ale już przeżytych i przekwitłych – miałoby to wszystko pewne uzasadnienie i pewną logikę społeczną. Ale w narodzie młodym, ubogim, surowym jeszcze i mało oświeconym był to tylko kontrast szyderczy, a dlatego bolesny, że zbiegł się z najtragiczniejszą dobą naszych dziejów.

Po tym wszystkim, co wiemy o rezydencjach magnackich ubiegłych wieków, łatwo sobie wyobrazić, co kosztowało ich utrzymanie w całym ruchu i wymaganej świetności reprezentacji. Fortuny magnackie bywały olbrzymie – ks. Karol Radziwiłł (Panie Kochanku) obok 16 miast posiadał 583 wsie w samych królewszczyznach, a oprócz tego ogromny majątek osobisty, rodzinny; Szczęsny Potocki wraz z królewszczyzną trzy miliony morgów ziemi, a w nich jeden milion ornej, uprawianej – intratę roczną hetmana Branickiego szacowano na pół miliona złotych, a przecież nie wystarczały dochody i uciekano się do zaciągania długów.

Najznaczniejszą część olbrzymich wydatków, jakich wymagało utrzymanie rezydencji magnackiej, pochłaniała służba. Już sama wielkość i obronność zamku wymagały licznej służby zbrojnej; zbytek i zamiłowanie świetności reprezentacyjnej podwajały lub potrajały tę liczbę, niebezpieczeństwa publiczne, trwogi tatarskie, zajazdy i prywatne wojny możnowładców doprowadziły ją do rozmiarów, rzec można, nieprawdopodobnych. Służba wielkopańska miała swoje stopnie hierarchiczne, a dzieliła się na szlachecką i nieszlachecką. Uboga szlachta dostarczała zazwyczaj kontyngentu zbrojnej czeladzi i tzw. służby rękodajnej. Sługa rękodajny – manu stipulatus – stąd brał swoją nazwę, że podaniem ręki ślubował dotrzymanie warunków i terminu swojej ugody służbowej; był to niejako sługa za kontraktem, mógł pozywać i być pozwany w razie jego niedotrzymania.

Szukać protekcji u wielkiego pana-możnowładcy, oddać na jego usługi głos, szablę i sumienie, gardłować za jego przekonaniem, choćby się miało własne wprost przeciwne, podzielać jego sympatie, okazywać mu wszędzie i zawsze służalczą czołobitność, a za to wyzyskiwać, ile się tylko da, jego wpływ, jego piwnicę i jego worek – nazywano trzymaniem się klamki pańskiej. Z czasem klamka pańska stała się jakby rodzajem społecznej instytucji, albo raczej jakby jakimś stałym uprawnionym zawodem, do którego się przygotować i o który starać się należy. Ale ta klamka pańska, tak niestety obca znaczeniu jakiejś zacnej patriarchalności i braterskości szlacheckiej, którym ją ustroiła fałszywa, choć tradycyjna legenda, była wprawdzie źródłem i walnym środkiem krescytywy (kariera, wzrost znaczenia, poprawa bytu – przyp. W. L.), ale też i upodlenia zarazem; co gorsza, śmiało powiedzieć można, była jedną z klątw społecznego i publicznego życia dawnej Polski, szkołą korupcji i magnatów, i szlachty, akademią krzykactwa, warcholstwa i serwilizmu zarazem, fabryką pasożytów i próżniaków, źródłem najszkodliwszych niekiedy fakcyj (fakcja daw. a) stronnictwo, partia, koteria. b) spisek, zmowa – przyp. W. L.) i ruiną politycznego sumienia. Ona to też przyczyniła się głównie do megalomanii, która niejednego magnata polskiego zrobiła tragikomiczną postacią.

Olbrzymi koszt, łożony na zbyteczną służbę, niczym był wobec zwyczaju trzymania milicji dworskich. W XVI wieku żołnierz prywatny był potrzebą nie zawsze publiczną, bo niestety zbyt często fakcyjną i osobistą; z biegiem czasów staje się coraz bardziej tylko paradą. Pierwotnie wojska prywatne składały się głównie z ubogiej szlachty zagonowej i z poddanych chłopów, których ćwiczono i ubierano na sposób niemiecki – agrestes, habitu vero Germani – później, zwłaszcza od czasu bezkrólewi po śmierci Zygmunta Augusta i po ucieczce Henryka Walezego aż w głąb XVII wieku, poczęli możnowładcy polscy robić tzw. zaciągi, tj. werbować na Węgrzech i Wołoszy żołdactwo najemne. Kiedy w czasie bezkrólewia po zgonie ostatniego Jagiellończyka wojewoda sieradzki Łaski toczy prywatną wojnę z wojewodą krakowskim Zborowskim, sprowadza sobie węgierskich hajduków; przed elekcją Stefana Batorego gromadzi starosta Mężyk w Stężycy 1 600 najemnego węgierskiego żołnierza. Tych werbowanych na Węgrzech, a osobliwie w Siedmiogrodzie i Słowacji najemników zwano pospolicie sabatami, i odtąd nie masz magnata, zwłaszcza na Rusi, który by ich nie miał na swoim zamku. Rokosz Zebrzydowskiego, wyprawy Mniszchowskie do Moskwy, awanturnicze wojny staczane przez panów polskich, Mohiłowych zięciów, o hospodarstwo wołoskie, prywatne wojny między Diabłem Stadnickim a Łukaszem Opalińskim, między Herburtem Szczęsnym a Stadnickimi z Leska itd. były epoką największego wzmożenia się tych band najemnych, tych bezkarnych, łupieżczych, na pół dzikich sabatów, trzymanych na żołdzie magnackim. Sapiehowie, Stadniccy, Ligęzowie, Krasiccy, Herburtowie, Potoccy, Jazłowieccy utrzymywali w tych czasach całe korpusy takiego żołdactwa, ze swoją własną i całych ziem ruiną. Obok Węgrów i Słowaków spotykało się w tych najemnych szeregach także rozhultajonych lisowczyków, Tatarów, tzw. Czeremisów, czyli Lipków litewskich, Szkotów, Niemców, nawet Cyganów. Niektórzy możnowładcy miewali po kilka tysięcy najemnego żołdactwa; stałe kadry w spokojniejszych nawet czasach wynosiły po kilkaset pieszego i konnego żołnierza. Stanisław Lubomirski miał zawsze 200 dragonii niemieckiej i 400 Węgrów na swoim dworze. Jeszcze w XVIII wieku każdy prawie zamożniejszy szlachcic miewa po kilkunastu albo przynajmniej po kilku ułanów lub kozaków, za to liczba magnatów, utrzymujących stale wojska nadworne, szczupleje bardzo, chociaż nie brak i w tych czasach dworów z ogromną stosunkowo siłą zbrojną; w Nieświeżu np. w r. 1792 była artyleria, chorągiew ordynacka, dragonia, lejbkompania i sześć kompanii piechoty po niemiecku zorganizowanej, razem około 6 000 żołnierza.

Gdzie jednak armia bywała improwizowana, tam oczywiście nie brakło także improwizowanych wodzów, regimentarzy, rotmistrzów. W czasie zamieszek domowych, jak np. podczas rokoszu Zebrzydowskiego, w awanturniczych wyprawach do Moskwy i do Wołoszczyzny, w każdej dorywczej ruchawce, czy to w niej chodziło o lokalny odpór Tatarom lub opryszkom, czy też o starościńską egzekucję mota nobilitate (przy dobraniu okolicznej szlachty – przyp. W. L.), na zajazdach i wojnach prywatnych, każdy, czy to pan czy szlachcic, zaciągnąwszy kupę luźnego żołnierza lub zgraję sabatów, uważał się za hetmana lub regimentarza, a już przynajmniej za rotmistrza, jeździł na czele swojej czeladzi z buławą lub buzdyganem w ręku, a nawet ci, którzy i takiego nie mieli pretekstu, nawet ci, którzy otrzymawszy królewski list przypowiedni na sformowanie roty, nigdy jej nie przyprowadzili do obozu, kazali się malować z tymi oznakami wojskowego dostojeństwa.

Zamki i rezydencje wielkopańskie rozpadały się w gruzy; tylko mała ich cząstka zachowała się do naszych czasów w całości i ze śladami pierwotnego splendoru. Na gruzach ich urosła legendarna tradycja, poetyczniejsza i chlubniejsza od prawdy. Miały one momenta zasłużonej sławy, epizody dobrze spełnionej misji patriotycznej i cywilizacyjnej, ale wpływ dodatni, jaki wywierały na społeczeństwo ubiegłych wieków, pożytek, jaki mu niosły, nie odpowiadał olbrzymim kapitałom, jakie w nich leżały, świetności materialnej, do jakiej się wznosiły, brzemieniu w końcu, jakim przygniatały lud ubogi, przyczyniający się znojem i groszem do ich blasku. I Rzplitę kosztowały więcej, niż dla niej były warte. O ile warowne, wstrzymywały do pewnego stopnia zagony najeźdźców i dawały schronienie uboższej szlachcie i najbliższym przynajmniej gromadkom bezbronnego ludu; o ile były tylko rezydencjami, zastępowały poniekąd miasta, bo w każdym wielkim dworze był ksiądz, lekarz, aptekarz i rzemieślnik. Dawały ubogiej szlachcie chleb łatwy, ale nie uczyły pracy; były może akademią ogłady, ale bardziej jeszcze szkołą serwilizmu i zuchwalstwa. Wpływu społecznego w kulturalnym znaczeniu i w pełniejszej mierze mieć nie mogły, raz dlatego, że ich stosunkowo było mało, po wtóre, że między nimi a całym ich otoczeniem otwierała się przepaść, której wypełnić jedna strona nie chciała lub nie umiała, a druga nie mogła.«

Podwaliny ustroju I Rzeczypospolitej zostały stworzone jeszcze za czasów zjednoczonego Królestwa Polskiego (1320-1386). Jego istotą była słaba władza królewska, uniemożliwiająca monarsze dowolne dysponowanie ziemiami, które mu podlegały. Demokracja szlachecka miała być tym, co ograniczało króla. Za ostatnich dwóch Piastów władza królewska uległa wzmocnieniu, ale już za panowania Ludwika Węgierskiego i polsko-węgierskiej unii personalnej wydatnie osłabła. Po powstaniu unii realnej polsko-litewskiej i śmierci ostatniego Jagiellona podstawową zasadą ustrojową Rzeczpospolitej Obojga Narodów stała się również wolna elekcja i liberum veto.

Wielkie Księstwo Litewskie powstało po rozbiciu dzielnicowym na Rusi i podporządkowaniu południowej części jej księstw Litwie. W Polsce początkowo silna władza królewska zapewne ograniczyła trochę władzę polskiego możnowładztwa, natomiast na Litwie księstwa ruskie miały większą autonomię i były większe, przynajmniej pod względem obszaru. I tym chyba należy tłumaczyć potęgę i przewagę nad polskimi tych litewskich i rusińskich magnatów, którzy po przejściu na katolicyzm stali się „Polakami”. I to oni nadali ton „kulturowy” temu tworowi zwanemu I RP, który to twór trudno było nazwać państwem. Była to karykatura państwa doprowadzona do absurdu. Powstanie Chmielnickiego tłumi feudał Wiśniowiecki, który dysponuje wojskiem daleko liczniejszym od króla i to on decyduje, jak prowadzić walkę, a król tylko przygląda się. Do tego dochodzą jeszcze prywatne wojny, możliwe dzięki posiadaniu prywatnych wojsk. Nazywanie tego tworu państwem i do tego jeszcze mocarstwem zakrawa na kpiny. Państwo, które dopuszcza istnienie na swoim terytorium wojsk innych niż własne nie jest państwem.

Czym zatem była I RP? Chyba jakimś wielkim eksperymentem, przeprowadzonym przez tych, którzy od początku parają się tego typu doświadczeniami na żywych organizmach społecznych i państwowych. Niestety negatywne skutki tych zabiegów odczuwamy do dziś.

Korona Królestwa Polskiego

W poprzednim blogu pisałem o tym, że państwo polskie skończyło się w 1385 roku wraz z powstaniem unii personalnej polsko-litewskiej. Jednak i wcześniej z tym państwem bywało różnie, choć trzeba przyznać, że przynajmniej niektórzy Piastowie starali się dbać o polski interes. Pewne rzeczy łatwiej będzie zrozumieć, jeśli uświadomimy sobie, czym było to państwo. Jego wczesne dzieje dzieli się na pewne okresy:

  • państwo dawnych Piastów (966-1138)
  • rozbicie dzielnicowe (1138-1320)
  • zjednoczone Królestwo Polskie (1320-1386)
  • Korona Królestwa Polskiego w latach 1386-1795, od 1569 część Rzeczypospolitej
  • Rzeczpospolita Obojga Narodów (RON) – Korona Królestwa Polskiego (KKP) i Wielkie Księstwo Litewskie (WKL) w latach 1569-1795

Tak więc nawet, jeśli ktoś nie chce zaakceptować, czy nie uznaje tego, że państwo polskie skończyło się w 1385 czy 1386 roku, to musi uznać, że skończyło się ono w 1569 roku, bo Korona Królestwa Polskiego nie była już samodzielnym bytem, tylko częścią składową Rzeczypospolitej, a to nie to samo.

Rozbicie dzielnicowe

Ważnym okresem w dziejach Polski był okres rozbicia dzielnicowego, tym bardziej ważnym, że trwał 182 lata, podczas gdy Rzeczpospolita Obojga Narodów – 226, a więc tylko o 44 lata dłużej. O rozbiciu dzielnicowym nie wiemy prawie nic, a RON jest gloryfikowana na wszelkie sposoby i odwoływanie się do jej tradycji jest powszechne.

Dlaczego Bolesław Krzywousty podzielił Polskę i czy rzeczywiście takie były jego intencje? Któż więc mógł się do tego przyczynić? To właśnie w czasie rozbicia dzielnicowego pojawił się przywilej dla Żydów wielkopolskich księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego w postaci tzw. Statutu kaliskiego (1264). Rozbicie dzielnicowe w średniowieczu w Europie wystąpiło również m.in. na Rusi, na Węgrzech i w Niemczech.

Próbę zjednoczenia podjęli książęta śląscy Henryk Brodaty i Henryk Pobożny. Zajęli oni Wielkopolskę, ziemię krakowską i ziemię lubuską. Jednak najazd tatarski w 1241 roku i klęska pod Legnicą, gdzie zginął Henryk Pobożny, spowodowała rozpad tej monarchii.

Rozbicie dzielnicowe miało miejsce w krajach Europy wschodniej i środkowej. I ten rejon doświadcza najazdów tatarskich. Można sobie zadać pytanie dlaczego tylko ten rejon? Dlaczego Tatarzy, odnosząc zdecydowane zwycięstwo pod Legnicą, nie ruszyli dalej na zachód? Czyżby Europa zachodnia była pod ochroną? A jeśli tak, to pod czyją? Bolszewicy też zatrzymali się w 1920 roku pod Warszawą. Hitler bardzo łagodnie potraktował podbitą Europę zachodnią i jej ludność, w porównaniu do tego, co robił we wschodniej Europie.

W XIII wieku podzielone państwo traciło na znaczeniu na arenie międzynarodowej – część ziem zajęli Brandenburczycy i Krzyżacy. W 1295 roku na króla Polski koronował się książę wielkopolski Przemysł II, ale w następnym roku został zamordowany. W 1300 roku król czeski Wacław II koronował się na króla Polski, zmuszając księcia Władysława Łokietka do emigracji z kraju. Łokietek wrócił w 1304 roku. Rok później zmarł Wacław II, a po nim koronę polską objął Wacław III, który został zamordowany w 1306 roku. Po jego śmierci Czesi opuścili Polskę a rządy w Krakowie objął Władysław Łokietek. Rządził też na Pomorzu Gdańskim, które w 1308 roku zajęli Brandenburczycy. Łokietek poprosił o pomoc Krzyżaków, którzy po wygnaniu najeźdźców włączyli Pomorze do swojego państwa. W 1311 roku stłumił bunt krakowskiego wójta Alberta. W 1314 roku zajął Wielkopolskę. Po opanowaniu dwóch najważniejszych dzielnic został koronowany w 1320 roku w Krakowie. Poza granicami znajdowały się księstwa śląskie, stopniowo uzależniane od Królestwa Czeskiego. Nie udało się przyłączyć utraconego w XII wieku Pomorza Zachodniego. Niezależne pozostały księstwa mazowieckie zainteresowane ziemiami ruskimi. – I tak powstało Zjednoczone Królestwo Polskie.

Zjednoczone Królestwo Polskie

Zjednoczone Królestwo Polskie, inaczej odrodzone Królestwo Polskie – państwo polskie w okresie od 20 stycznia 1320 roku do 4 marca 1386 roku, czyli za panowania dwóch ostatnich Piastów (Łokietka i Kazimierza Wielkiego) i Andegawenów. Tak je definiuje Wikipedia.

Królestwo Polskie za panowania dynastii węgierskiej (wraz z lennami); źródło: Wikipedia.

Formą sprawowania władzy była monarchia stanowa (władza dwóch stanów: rycerstwa i duchowieństwa), która zastąpiła monarchię patrymonialną (państwo to własność monarchy). Głową państwa był król, który rządził krajem za pomocą rozwiniętej administracji państwowej. Lata 1320-1370 to okres zwiększania się władzy królewskiej, lecz lata 1370-1386 to okres pomniejszania jej na rzecz szlachty. Ten drugi okres, to okres tzw. unii personalnej polsko-węgierskiej. A więc już od tego momentu można mówić o końcu państwa polskiego.

Za panowania Kazimierza Wielkiego (1333-1370) powstała koncepcja Korony Królestwa Polskiego, która odbierała władcy prawo swobodnego dysponowania ziemiami państwa, tj. dzielenia Królestwa między synów i nadawania jego ziem innym państwom. Społeczeństwo dzieliło się wówczas na szlachtę, mieszczaństwo, chłopów, duchowieństwo i Żydów.

W latach 1320-1386 Polska prowadziła początkowo wojny z zakonem krzyżackim, a następnie przede wszystkim spory dyplomatyczne z Krzyżakami i Luksemburgami. Ci ostatni zasiedli na tronach Czech (1310), Brandenburgii (1373-1415), Węgier (1387) oraz Rzeszy jako królowie Niemiec i cesarze rzymscy (od 1308 do 1437). Po Luksemburgach schedę przejęli Habsburgowie. W efekcie działań Kazimierza Wielkiego i jego doradców w 1335 roku Luksemburgowie otrzymali Śląsk i zrzekli się, w zamian za 20 000 kop groszy praskich, praw do tytułu króla Polski. Wikipedia nie pisze, co to za doradcy, ale w przypadku Kazimierza Wielkiego, to chyba nietrudno domyślić się.

W latach 1310-1335 Jan Luksemburczyk był uznawany na arenie międzynarodowej za króla Polski. Władysław Łokietek i Kazimierz Wielki nosili tytuł króla krakowskiego. Dopiero w 1335 roku Jan sprzedał Kazimierzowi prawa do korony polskiej. Tym samym rządzący w Krakowie Piast został uznany przez społeczność międzynarodową za króla Polski. Działania prowadzone przez niego w kolejnych latach pozwoliły na zakończenie sporu z Krzyżakami i zawarcie pokoju kaliskiego (1343), a następnie na ekspansję na Ruś Halicko-Włodzimierską.

A więc Kazimierz „Wielki” za nic nie warty gest uznania go za króla Polski zrzekł się Śląska, a później zakończył spór z Krzyżakami, oddając im praktycznie Pomorze Gdańskie.

Po śmierci Kazimierza Wielkiego (1370) tron polski objął Ludwik Węgierski z dynastii Andegawenów (gałąź Kapetyngów) – dynastii rządzącej Węgrami od 1308 do 1382 roku. Jego ojcem był Karol Robert, a matką Elżbieta Łokietkówna, córka króla Polski Władysława I Łokietka i siostra Kazimierza III Wielkiego. Na mocy układu między Węgrami a Polską, dynastia andegaweńska miała prawo przejąć tron polski w wypadku śmierci króla Kazimierza Wielkiego, gdyby ten nie zostawił dziedzica płci męskiej. Po jego śmierci (5 listopada 1370), Ludwik przybył do Krakowa i 17 listopada w katedrze wawelskiej został koronowany na króla Polski. Zawiązano wówczas unię personalną pomiędzy obu królestwami. Ludwik nie miał męskiego dziedzica. O ile na Węgrzech nie było to problemem, to w Polsce – tak, gdyż nie dziedziczyło się po kądzieli. W zamian za sukcesję swoich córek do tronu polskiego w dniu 17 września 1374 roku Ludwik wydał dla szlachty polskiej przywilej koszycki.

Okres jego rządów to zarazem początek supremacji szlachty, obdarzonej przywilejami, w życiu politycznym kraju. Po śmierci Ludwika (1382) nastąpił okres najdłuższego w historii bezkrólewia. Ostatecznie królową Polski 16 października 1384 roku została córka Ludwika – Jadwiga Andegaweńska. W 1386 roku poślubiła księcia litewskiego Jagiełłę, który 4 marca 1386 roku został koronowany na króla Polski.

Korona Królestwa Polskiego

Korona Królestwa Polskiego, w skrócie Korona Polska lub Królestwo Polskie, potocznie Korona

  • 1. powstała pod koniec XIV wieku koncepcja państwa polskiego jako czynnika nadrzędnego wobec władzy królów Polski, początkowo dziedzicznych (Andegawenowie), a następnie wybieranych (od Władysława II Jagiełły do Stanisława Augusta Poniatowskiego);
  • 2. nazwa państwa polskiego w latach 1386-1569, pozostającego w unii z Litwą, a później, w latach 1569-1795 nazwa jednego z dwóch równoprawnych członów Rzeczypospolitej Obojga Narodów;
  • 3. określenie całości obszaru ziem wchodzących w skład Królestwa Polskiego na podstawie dziedzictwa i prawnej sukcesji.

Publiczno-prawne pojęcie Korony Królestwa na określenie suwerennego państwa wraz ze swoimi prawami i historycznym terytorium, w przeciwieństwie do państwa będącego tylko dziedziczną własnością poszczególnych królów, narodziło się w XIII wieku we Francji. W Polsce koncepcja Korony Królestwa Polskiego pojawiła się w okresie Zjednoczonego Królestwa Polskiego, gdy po wygaśnięciu dynastii Piastów władzę królewską odziedziczyli po nich Andegawenowie (1370).

Tak to opisuje Wikipedia. Wypada więc sprawdzić, co też ona pisze na ten temat o Francji.

Za czasów panowania Kapetyngów postępował proces wzmacniania władzy królewskiej i scalania ziem francuskich. Król Filip II August jako pierwszy w 1190, a oficjalnie od 1204 roku tytułował się „Królem Francji”, w miejsce dotychczasowego „króla Franków”. Kapetyngowie przeprowadzili także inne liczne reformy administracyjne i ustrojowe. Między innymi w roku 1302 utworzyli Stany Generalne. Proces scalania ziem francuskich kontynuowali Walezjusze, którzy w 1328 roku, po wygaśnięciu głównej linii Kapetyngów, zasiedli na tronie Francji. Na przełomie XV i XVI wieku w zjednoczonej i scentralizowanej Francji władza królewska zaczęła przybierać formę absolutyzmu. Główni konkurenci monarchii, wielcy feudałowie, utracili dotychczasowe znaczenie, ponieważ miasta, w których pojawiły się formy produkcji wczesnokapitalistycznej, były sojusznikami monarchii.

Z kolei w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN, W-wa 1964, można przeczytać:

Jednocząca się monarchia francuska nie podważała podstaw ekonomicznych ustroju feudalnego, chciała się jednak pozbyć wielkich feudałów jako konkurentów do władzy i w tym celu podnosiła polityczne znaczenie mieszczaństwa. Wzrastało ono już przez fakt obsadzania mieszczanami ważnych urzędów; dalszym krokiem było przekształcenie przez Filipa IV Pięknego tradycyjnych zjazdów wasali królewskich w Stany Generalne (1302), w których obok duchowieństwa i szlachty zasiadali przedstawiciele „stanu trzeciego”, w praktyce – miast. Systematycznie malała liczba chłopów przywiązanych do gruntu (serfs), którzy już od czasów krucjat wykupywali się z tej formy zależności; świadczenia w naturze i robocizna ustępowały czynszom pieniężnym. Zmieniona struktura społeczna Francji sprzyjała rozwojowi władzy królewskiej. Poparty przez Stany Filip IV Piękny odparł interwencję papieża Bonifacego VIII w sprawy wewnętrzne Francji, a następnie królowie francuscy zyskali wpływ na papiestwo w okresie tzw. niewoli awiniońskiej.

Dalej z Wikipedii możemy dowiedzieć się, że:

Idea Korony Królestwa Polskiego, której symbolem były insygnia koronacyjne, została uznana za wiodącą zasadę ustrojową polskiej monarchii stanowej. Umożliwiła zachowanie ciągłości państwa polskiego i niepodzielności jego terytorium. Utożsamiała z państwem „panów polskich”, a następnie ogół ziemiaństwa, co stworzyło fundamenty pod ustrój republikański Rzeczypospolitej i demokrację szlachecką.

Mamy więc taką sytuację, że na zachodzie Europy, w tym wypadku we Francji, tworzy się nowoczesne państwo z silną władzą centralną i zanikiem feudalizmu i związanego z nim niewolnictwa, a w Polsce mamy proces dokładnie odwrotny: wzmocnienie feudalizmu i niewolnictwa oraz osłabienie władzy centralnej, czyli królewskiej. Maria Dąbrowska w „Rozdrożu – studium na temat zagadnień wiejskich” zacytowała Świętochowskiego: „W wieku XVIII lud wiejski marzył o przywróceniu mu praw z XIV wieku!” Kto o tym decydował, że te dwie części Europy poddane zostały zupełnie odmiennym procesom dziejowym?

Pod koniec XV wieku zaczęła się kształtować ideologia suwerenności Korony i dążenie do zniesienia zwierzchnictwa cesarstwa i papiestwa. W 1555 roku sejm piotrkowski zrzucił zależność od papieży (od zjazdu w Sulejowie w roku 1318 papieże byli suwerenami Królestwa Polskiego). Za czasów ostatnich Jagiellonów przyjęto również zasadę suwerenności królów Polski od cesarzy (Niemiec – przyp. W. L.), czego symbolem było zamknięcie korony Chrobrego złotymi kabłąkami i globem z krzyżem.

Z tego wniosek jest taki, że państwo polskie, w takiej czy innej formie, było zależne od papieży i cesarzy niemieckich. Cesarz to tytuł nadrzędny w stosunku do króla. I proces uniezależniania się rozpoczął się od czasu sejmu piotrkowskiego w 1555 roku. Czy to tak przypadkiem te trzy piątki w dacie? Można więc powiedzieć, że do tego czasu państwo polskie było w ówczesnej unii europejskiej tak samo od niej zależne, jak i obecne państwo „polskie”. Uniezależnienie się od papieża i cesarza oznaczało wyjście z tej unii, czyli taki renesansowy polexit. On był niezbędny, by doszło do unii realnej z Litwą. Dokładnie tak, jak obecnie: unia realna z Ukrainą będzie możliwa dopiero po wyjściu Polski z unii. I coraz głośniej o tym wróble ćwierkają.

Jednoczenie ziem koronnych

Początkowo terytorium Korony Królestwa Polskiego tworzyły ziemie zjednoczonego Królestwa Polskiego oraz Ruś Czerwona, którą dołączono w 1387 roku. Po śmierci Jadwigi Jagiełło kontynuował jednoczenie ziem Korony i przyłączył do niej ziemię wieluńską (1391), ziemię dobrzyńską (1411) i Podole (1432), które wcześniej było lennem. W wyniku wojny trzynastoletniej w 1466 roku do Korony włączono Prusy Królewskie, czyli utracone Pomorze Gdańskie i ziemię chełmińską, a także Warmię, która zachowała autonomię.

Po śmierci ostatnich Piastów mazowieckich w 1526 roku w skład Korony weszło Mazowsze. W roku 1564 król Zygmunt August, ostatni wielki książę litewski, zrzekł się na rzecz KKP praw do sukcesji w Wielkim Księstwie Litewskim. W roku 1569 na sejmie w Lublinie jako prawny spadkobierca dziedzictwa Giedymina przekazał Koronie ruskie ziemie ziemie będące w dyspozycji WKL. W tym samym roku Zygmunt August inkorporował również do Korony jako lenno Księstwo Kurlandii i Semigalii.

Źródło: Wikipedia.

Ostateczny kształt na wschodzie KKP uzyskała w 1634 roku po zawarciu pokoju z Moskwą. Wszyscy królowie elekcyjni zaprzysięgali strzec niepodzielności terytorium Korony i Litwy oraz odzyskać utracone terytoria.

Demokracja szlachecka

Demokracja szlachecka – system panujący w XV i XVI wieku w Królestwie Polskim, a następnie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W założeniu gwarantował masom szlacheckim prawo głosowania i decydowania o sprawach państwa, a także miał być przykładem tolerancji i formalnej równości w łonie samego stanu szlacheckiego.

Szlachta zbierała się na sejmikach ziemskich, wybierając przedstawicieli, którzy mieli reprezentować daną ziemię (powiat itp.) na sejmie walnym. Otrzymywali tzw. instrukcje sejmikowe, w których określano, jak powinni głosować w sprawach istotnych z punktu widzenia szlachty danej ziemi. Po zakończeniu sejmu walnego ponownie zbierały się sejmiki, a posłowie zdawali relacje z obrad (sejmiki relacyjne). Za początek demokracji szlacheckiej przyjmuje się – co do zasady – rok 1454, w którym sejmiki szlacheckie na mocy przywilejów nieszawskich uzyskały szerokie kompetencje w sprawach ogólnopaństwowych.

Główne cechy demokracji szlacheckiej to:

  • wolna elekcja
  • sejmy i sejmiki szlacheckie
  • senat
  • przywileje szlacheckie

Statuty nieszawskie 1454 (lub przywileje nieszawskie) – przywileje wydane w listopadzie i grudniu 1454 przez króla Kazimierza IV Jagiellończyka, w czasie wojny trzynastoletniej, dla szlachty poszczególnych ziem Polski.

Statuty nieszawskie sankcjonowały dotychczasowe swobody szlachty, wprowadzały nowe oraz ingerowały w swobodę decyzji króla. Odzwierciedlały antagonizm małopolsko-wielkopolski i różnice w szczegółowych rozwiązaniach prawnych w tych dzielnicach. Najważniejsze było postanowienie redakcji wielkopolskiej, iż król nie może ustanawiać nowych praw, zwoływać pospolitego ruszenia i nakładać podatków nadzwyczajnych bez odwołania się do sejmików ziemskich (postanowienie to pominięto w tekście dla Małopolski i Rusi).

Statuty nieszawskie powtórzone i rozszerzone w przywileju piotrkowskim 1496, należały, obok przywileju koszyckiego 1374 i konstytucji nihil novi 1505, do najważniejszych pomników prawa sprzyjających powstaniu w Polsce demokracji szlacheckiej.

Nihil novi (łac. nic nowego) – potoczna nazwa konstytucji sejmowej z 1505 roku poważnie ograniczającej kompetencje prawodawcze monarchy I Rzeczypospolitej. Pełna formuła łacińska brzmiała Nihil novi […] sine communi Consiliorum et Nuntiorum Terresterium consensu” (nic nowego bez zgody Panów Rady i posłów ziemskich).

Tak to przedstawia Wikipedia. A Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze i cytuje Izaaka Lewina:

»Opór Polaków paraliżuje się szerzeniem demoralizacji wewnętrznej, obezwładnianiem sejmów, jako organów opinii publicznej, przekupywaniem sejmików i posłów sejmowych. Żydostwo w tym zakresie odznacza się aktywnością gorączkową. Sejmiki – jak wiadomo – opatrywały posłów na Sejm instrukcjami, które miały dla nich charakter wiążący.

„Otóż wiedzieli o tym dobrze żydzi polscy, że instrukcje poselskie ważyły mocno na sali obrad sejmowych. Wiedzieli, że gdyby w instrukcji zalecono jakąś krzywdę, np. zwiększenie pogłównego lub coś podobnego, było by później ominięcie klęski bardzo trudne, a przede wszystkim bardzo kosztowne. Wiedzieli dalej, że każdy poseł może odegrać ważną rolę i że należy wytężyć wszystkie siły, aby na Sejm pojechali deputaci dobrze dla żydów usposobieni. Wszczynali tedy energiczne starania w tym kierunku i brali w ten sposób czynny udział w wyborach sejmowych… nie tylko poszczególne gminy dbały o uwzględnienie ich lokalnych interesów w instrukcjach, ale i żydostwo, jako całość, zdawało sobie sprawę z wielkiego znaczenia aktu wyborczego.” – Izaak Lewin, Udział żydów w wyborach sejmowych w dawnej Polsce, studium zamieszczone w Miesięczniku żydowskim, styczeń 1932.

Całe żydostwo polskie w swych organach samorządowych nakładało na swych współwyznawców specjalne świadczenia, by zebrać pieniądze na fundusz wyborczy.

„Oto najważniejsza pozycja w funduszu wyborczym żydów Polski przedrozbiorowej: podarunki. Droga ta zresztą była jedyną, która wiodła do celu. Jeżeli się chciało istotnie przychylnie usposobić dla jakiejś sprawy posłów, czy innych dygnitarzy w dawnej Polsce, to najłatwiej i najniezawodniej było to można uskutecznić podarunkami. Ten argument przemawiał do przekonania, był więc stale w użyciu i wykazywał tendencję do ciągłego wzrostu na wadze i pojemności… prócz prezentów pochłaniały wielkie sumy pieniężne dary dla uczestników sejmiku.” – Lewin.

I tak „rozrzucano wtedy na sejmikach ogromne sumy pieniężne na prawo i lewo. Staroszlacheckie apetyty nie dawały się bowiem łatwo zaspokoić… Doszło bowiem do tego, że rozpowszechniło się w Polsce mniemanie: Kto o żydach dobrze mówi, jest już przekupiony; kto na nich wygaduje, chce nim dopiero zostać.” – Lewin.

Przekupstwa dokonywane przez żydów były pieczołowicie zorganizowane. Władze autonomiczne żydowskie nie pozwalały tutaj swym współwyznawcom na żadną partyzantkę. Do dokonywania przekupstw żydowskie zjazdy samorządowe (sejm żydowski ziem koronnych i litewskich) powoływały specjalnych urzędników, tzw. sztadlanów.

„Poza kwestią, kto brał pieniądze żydowskie podczas wyborów w dawnej Polsce, należy do naszego tematu i odwrotna strona zagadnienia: kto te pieniądze dawał, a raczej kto je do właściwych adresatów doprowadzał? Otóż to było zadaniem – sztadlanów. Niepodobna mówić o stosunkach polsko-żydowskich w dawnej Rzeczypospolitej, a pominąć sztadlanów. Byli oni z jednej strony pomostem, przez który przedostawały się dezyderaty żydowskie na zewnątrz, z drugiej zaś komunikowali żydom, co ich czeka ze strony włodarzy państwa. Byli tymi, którzy w imieniu żydów nawiązywali kontakt z najrozmaitszymi czynnikami polskimi… po największej części sztadlan był zawodowym syndykiem. Interwencje w dawnej Polsce wymagały nie lada sprytu, wytrzymałości i rutyny; dlatego skuteczniej podjąć się ich mogły osoby, które stale utrzymywały kontakt z urzędnikami i dygnitarzami.” – Lewin.

Sztadlani byli specjalnymi aktami mianowani przez władze autonomiczne żydowskie i kontraktowo opłacani za swe czynności. „Wszystkie wydatki były skrupulatnie notowane.” – Lewin. A więc istniała nawet buchalteria tych przekupstw.

„W każdym razie koszta zarówno interwencji, jak i utrzymania sztadlanów były ogromne. Powstaje więc kwestia: Czy się to opłacało? Czy interwencje były przynajmniej skuteczne? Zapiski w księdze protokołów litewskich świadczą, że działalność sztadlanów była bardzo rozgałęziona, wobec czego koszta te rozkładały się przynajmniej na wiele spraw. Głównie zajmowali się uregulowaniem pogłównego i innych podatków. Zazwyczaj ich to mocno absorbowało. Mieli jednak zadanie przeprowadzenia niektórych spraw na sejmie, które wkraczają już bezpośrednio w funkcje ustawodawcze… Pieniądze związkowe nie szły wówczas na marne.” – Lewin.

Sądzę, że pytanie, czy żydzi wpływali na politykę Rzeczypospolitej w okresie jej upadku w kierunku dla siebie pożądanym, staje się w świetle tych przytoczeń – pytaniem zbytecznym.

Zrywanie sejmów w epoce saskiej, które doszło do zupełnego zatamowania ich działalności, było niewątpliwie rezultatem krańcowej demoralizacji, szerzonej po mistrzowsku od wieku przez sztadlanów żydowskich. W tej atmosferze stają się zrozumiałe „sejmy nieme” i sejmy zatwierdzające rozbiory, a postacie Rejtanów i Wybickich nabierają tragicznej wyrazistości.«

Jak więc, po zacytowaniu Izaaka Lewina, odnieść się do tego, co pisze Wikipedia? – Idea Korony Królestwa Polskiego została uznana za wiodącą zasadę ustrojową polskiej monarchii stanowej. Umożliwiła zachowanie ciągłości państwa polskiego i niepodzielności jego terytorium. Utożsamiała z państwem „panów polskich”, a następnie ogół ziemiaństwa, co stworzyło fundamenty pod ustrój republikański Rzeczypospolitej i demokrację szlachecką.

A więc podwaliny ustroju RON stworzono jeszcze w okresie KKP. Tam na wschodzie było WKL z jego bezkresnymi ziemiami i feudalnym ustrojem. Dla szlachty, dla której podstawą egzystencji była ziemia i tania, niewolnicza siła robocza, perspektywa połączenia się z takim państwem musiała być pociągająca.

Koncepcja Korony Królestwa Polskiego, to koncepcja, która odbierała władcy prawo swobodnego dysponowania ziemiami państwa, tj. dzielenia Królestwa między synów i nadawania jego ziem innym państwom. To też koncepcja państwa polskiego jako czynnika nadrzędnego wobec władzy królów Polski. Innymi słowy była to koncepcja, która miała zapobiec rozbiciu dzielnicowemu i utracie ziem na korzyść sąsiednich państw. Niby idea szczytna, tylko czy rozbicie dzielnicowe było czymś, co było intencją Bolesława Krzywoustego, czy może ktoś jego wolę nieco zmodyfikował? Tego nie dowiemy się, ale to, co zaproponowano, było wpadnięciem z deszczu pod rynnę. I dlaczego taki ustrój powstał tylko w Polsce, pomimo że nie tylko ona doświadczyła rozbicia dzielnicowego?

Czyje państwo?

Czy polskie wojsko pojawi się na Ukrainie? Leszek Sykulski twierdzi, że tak i w swoich licznych wystąpieniach coraz głośniej to akcentuje. Czy to możliwe? Na taki scenariusz wydarzeń wskazywać mogą również zakupy broni przez Polskę m.in. w Korei oraz szykowane ustawy, dotyczące ochrony ludności cywilnej itp. Wydaje się, że taki rozwój wydarzeń jest wysoce prawdopodobny i to nie tylko ze względu na czynione przygotowania, bo stara łacińska sentencja brzmi: Si vis pacem, para bellum – Jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny. Jednak Rzymianie nie byli pierwszymi, którzy przekazali tę myśl potomnym. Wcześniej uczynił to Platon, a jeszcze wcześniej Sun Tzu. Jednak w przypadku Polski wcale nie chodzi o odstraszanie potencjalnego agresora, ale o wejście do toczącej się pomiędzy jej sąsiadami wojny. A to zupełnie co innego.

Wydaje się, że walka w nie swojej sprawie i nie w obronie własnych interesów jest cechą permanentną państwa, które powstało w wyniku unii personalnej w 1385 roku, kiedy to królem Polski został Litwin – Władysław Jagiełło. Bitwa pod Grunwaldem w 1410 roku jest tego najlepszym dowodem. Kazimierz Wielki zawarł z Krzyżakami pokój i nie stanowili oni już zagrożenia. Nie miała więc Polska żadnego interesu, by wszczynać z nimi wojnę. Natomiast Litwa i owszem, miała taki interes, bo w bitwie nad Strawą (1348) pomiędzy zakonem krzyżackim a Wielkim Księstwem Litewskim, Księstwo to straciło Żmudź. Po I pokoju toruńskim (1411) Litwa odzyskała ją, a Polska nie zyskała nic.

Wojna trzynastoletnia (1454-1466) była wynikiem tego, że Związek Pruski zwrócił się do króla polskiego z prośbą o przyłączenie Prus do Polski. Rada królewska zaakceptowała prośbę i król ogłosił swoją decyzję. W wyniku II pokoju toruńskiego (1466) Polska odzyskała Pomorze Gdańskie, utracone przez Łokietka. Otoczenie króla zadecydowało, że Polska nie będzie w stanie wchłonąć całych Prus. Co to było za otoczenie, to zainteresowanych odsyłam do bloga „Prusy”. I tak dokonał się podział na Prusy Królewskie, włączone do Polski i Prusy Zakonne, które po Hołdzie Pruskim (1525) stały się Prusami Książęcymi – państwem świeckim. Konsekwencje tego stanu dały znać o sobie u progu II wojny światowej, gdy ten „korytarz”, czyli dawne Prusy Królewskie, przeszkadzał Niemcom w lądowym połączeniu z Prusami, tak jak kiedyś Żmudź przeszkadzała zakonowi krzyżackiemu w połączeniu Prus z Inflantami. I takie to były konsekwencje polityki Jagiellonów, którzy tylko wykonywali polecenia swoich nieznanych przełożonych. Później było jeszcze gorzej.

Głównym celem unii lubelskiej, a więc unii realnej, tworzącej wspólne państwo polsko-litewskie, była pomoc polskiego wojska w celu obrony ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego, które to ziemie Księstwo odebrało Rusi Kijowskiej i o które upomniała się Moskwa, gdy wyzwoliła się spod mongolskiej dominacji. I stąd te wojny północne z Moskwą i ze Szwedami o Inflanty oraz wojny na południowym wschodzie z Turkami. Takie były konsekwencje unii z WKL, które rozciągało się od morza do morza i istotnie było wielkim. To nie był polski interes i nie polskie ziemie. A polskie ziemie, głównie Śląsk z przewagą polskiej ludności, oddano bez walki. Taki to był biznes i taka polityka. Przecież w normalnym państwie władze dbałyby przede wszystkim o własne ziemie i ich utrzymanie lub odbicie.

Kolejną hucpą była Odsiecz Wiedeńska (1683). Znowu nie we własnym interesie, chyba raczej Kościoła katolickiego: robienie za przedmurze chrześcijaństwa, czyli dla idei, a nie – dbanie o własne sprawy. Ale takie to było dziwne państwo ta Rzeczpospolita Obojga Narodów, w którym interesy jednego narodu stawiano ponad interesami – drugiego.

Następne bezsensowne działanie to udział wojska polskiego w wojnie Napoleona z Rosją. Napoleon stworzył Księstwo Warszawskie, by pozyskać rekruta na tę wojnę. A później, po klęsce, wykorzystał je do swoich celów w Hiszpanii i w zamorskich operacjach.

Polska odzyskała niepodległość w 1918 roku i początkowo były to ziemie utworzonego wcześniej przez Niemców Królestwa Polskiego, do którego dołączono ziemie zaboru pruskiego i austriackiego. Po rewolucji 7 listopada 1918 roku w Niemczech, kordon wojsk niemieckich, oddzielających Europę od Rosji bolszewickiej, sypie się i w lutym 1919 roku marszałek Foch wydaje rozkaz, by w miejsce ustępujących wojsk niemieckich wkroczyły wojska polskie. I w ten sposób kształtuje się front polsko-bolszewicki. W konsekwencji doprowadzi to do wojny 1920 roku. Była więc początkowo Polska państwem złożonym z ziem polskich: Wielkopolski, Małopolski, Mazowsza i Pomorza Gdańskiego. Komuś jednak najwyraźniej zależało na tym, by powstała inna Polska i zadecydował, że to polskie wojsko ma „bronić” Europy przed bolszewicką nawałą. A ta bolszewicka nawała była ustawką, pretekstem do zajęcia przez wojsko polskie ziem, należących kiedyś do Rusi Kijowskiej. W tamtym czasie bolszewicy nie pokonali jeszcze białych, jeszcze walczył Denikin, Wrangel i inni. Nie mieli szans na przeniesienie rewolucji do Niemiec, bo zbyt wiele ich sił wiązali biali.

W 1919 roku w maju i w październiku strona polska i bolszewicka prowadziły tajne rozmowy. Pod koniec kwietnia 1920 roku bolszewicy koncentrują wojska na froncie północnym, Piłsudski przerzuca swoje wojska na Wyprawę Kijowską. 14 maja wojska bolszewickie uderzają na froncie północnym. Piłsudski przerzuca dywizje z Ukrainy na ten front. 26 sierpnia resztki rozbitych pod Warszawą wojsk bolszewickich próbują utworzyć front biegnący od Grodna przez Białowieżę do Kamieńca Litewskiego i Tyszowca. W tym czasie stan liczebny armii polskich wzrasta do 900 tysięcy. I dopiero po miesiącu, bo 21 września, Piłsudski decyduje się uderzyć na bolszewików. 22 września ma miejsce bitwa niemeńska, która ostatecznie rozbija wojska bolszewickie. 21 września, na tajnej konferencji, kilku członków CK partii podejmuje decyzję o skierowaniu wszystkich sił przeciwko Wranglowi. 8 października wojska polskie docierają pod Mińsk. Bolszewickie władze miasta uciekają. Droga na Moskwę wolna. 12 października podpisano wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami.

Takie to dziwne i niezrozumiałe na pozór rzeczy działy się na tej wojnie. Dopiero, gdy uświadomimy sobie, że w tej wojnie chodziło tylko i wyłącznie o to, by do ziem, które przyznano Polsce na konferencji wersalskiej, dołączyć ziemie wschodnie, to przebieg tej wojny będzie bardziej zrozumiały.

Linia frontu w grudniu 1917 i obszar okupowany przez państwa centralne po traktacie brzeskim; źródło: Wikipedia.

11 listopada 1918 roku Niemcy podpisały akt bezwarunkowej kapitulacji na zachodzie, ale ich wojska na wschodzie nadal miały pozostać pod bronią. W marcu 1918 roku bolszewicy podpisali z Niemcami traktat pokojowy w Brześciu. W listopadzie powstało państwo polskie i pomiędzy jego wschodnią granicą a granicą niemiecką z Rosją Radziecką wytworzył się pas ziemi niczyjej. Gdy w Niemczech wybuchła 7 listopada rewolucja, żołnierze zaczęli masowo dezerterować i opuszczać jednostki wojskowe. W lutym 1919 roku na ich miejsce weszło wojsko polskie. Na wieść o rewolucji w Berlinie bolszewicy unieważniają postanowienia traktatu brzeskiego i ruszają na podbój Europy. Wcześniej takiego zamiaru nie mieli, bo podpisali z Niemcami traktat pokojowy, by wszystkie siły skierować przeciwko białym, a teraz im się odmieniło. Jeszcze nie uporali się z nimi i mieli przed sobą dwa lata walk, a już chcieli podbijać Europę. Taka to była nawała, dla picu. Wszystko wcześniej wyreżyserowane i ustalone. Ale Polska „obroniła” Europę przed tą „nawałą” i dlatego w nagrodę dostała ziemie na wschodzie. – A kto to wszystko wyreżyserował? Kto zgadnie?

I znowu wykorzystano Polaków do walki o nie swoje ziemie. Dostarczono broń i amunicję, umundurowanie, konie, wyżywienie itp. Po pokoju ryskim (1921) II RP uzyskała granice, które przetrwały do 1939 roku. W nagrodę zaserwowano później Polakom Katyń i Wołyń. Nie było by tego, gdyby Polska pozostała w swoich etnicznych granicach z 1918 roku. Wojna 1920 roku nie była zwycięstwem. Była porażką dla narodu polskiego, któremu przyszło żyć w jednym państwie z wrogimi mu Litwinami, Ukraińcami i Białorusinami. Każda z tych nacji mogła mieć własne państwo, tak jak stało się to po 1989 roku. Komuś to jednak nie pasowało.

W 1939 roku zostali Polacy podstępnie wciągnięci do wojny z przeciwnikiem, z którym nie mieli szans wygrać. „Sojusznicy” ich oszukali, mamiąc szybką pomocą, a masońskie władze II RP, które doskonale wiedziały, że żadnej pomocy nie będzie, cynicznie nawoływały naród do obrony ojczyzny. Później walczył on na wszystkich frontach Europy zupełnie bezsensownie, nie mając w tym żadnego interesu.

Po wojnie, wbrew obowiązującej propagandzie, na ziemie poniemieckie przesiedlano kresowe mniejszości i tym sposobem Polska znowu stała się państwem wielonarodowym. Po 24-tym lutego tego roku kolejne przesiedlenie, prawdopodobnie około 10 milionów Ukraińców, zmienia diametralnie strukturę etniczną społeczeństwa polskiego. Jednak już te powojenne przesiedlenia spowodowały to, że mniejszość ukraińska zyskała w Polsce silną pozycję. To oczywiście wszystko dzięki Żydom, którzy rządzą w tym kraju już od czasów po powstaniu styczniowym. Efekt jest taki, że ta żydowsko-ukraińska władza wyśle na Ukrainę wojsko polskie, które znowu będzie walczyć nie o interes Polski i Polaków, ale o interes jakichś nieznanych przełożonych, którzy dążą do stworzenia nowego państwa polsko-ukraińskiego.

Państwo polskie skończyło się w 1385 roku wraz z wstąpieniem na tron królewski Litwina i powstaniem unii personalnej, łączącej Polskę i Litwę. Dla Polaków nigdy nic dobrego nie wyszło z tego angażowania się na wschodzie i tym razem też nic dobrego nie wyjdzie. To wróży tylko nowe nieszczęścia. Mają Polacy pecha, że żyją w państwie, które nie jest ich państwem i nie dba o ich interesy. Wszystko wskazuje na to, że mamy początek końca czegoś, co można nazwać polskimi ziemiami etnicznymi. Ukraińcy są już w całej Polsce i będzie ich coraz więcej. Atak Rosjan na infrastrukturę energetyczną na całej Ukrainie spowoduje kolejną falę uchodźców do Polski. Tak jakby Rosjanie umówili się z Amerykanami. To już nie jest atak na cele wojskowe. On jest tylko i wyłącznie po to, by wzbudzić tę falę uchodźców. Wyłania się scenariusz podobny do tego w Kosowie, gdzie kolebka serbskiej państwowości zamieszkana jest przez muzułmanów, a Serbowie to tylko około 10% tamtej społeczności. Różnica jest taka, że Serbowie mają własne państwo, a Polacy – nie.

Analiza

Z jednej strony mamy wojnę na Ukrainie, a z drugiej – coraz bardziej gorączkowe przygotowania do, zdaje się, przyszłorocznych wyborów. Szykowane są dwa nowe ugrupowania, czy może nawet partie. Twarzą jednej z nich jest Wojciech Olszański – pajac i przebieraniec, Ukrainiec, który gra polskiego patriotę. Twarzą drugiej jest Maciej Maciak z kanału „Musisz to wiedzieć”. On, podobnie jak Olszański, tworzy struktury terenowe i ma już ponoć swoich przedstawicieli w wielu gminach. To niby jest antysystem, ale do zabawy w politykę potrzebne są duże pieniądze, a żaden z nich takich nie ma. Wypada więc zapytać skąd je mają? Odpowiedzi na to pytanie nie będzie, ale łatwo się domyślić, kto ma pieniądze w takich ilościach, że może sobie pozwolić na taką rozrzutność.

Za antysystem, czy może za osobę starającą się obiektywnie oceniać naszą rzeczywistość, uważany jest też Leszek Sykulski, geopolityk, geostrateg. On, zapytany o to czy będzie startował w wyborach, odpowiedział, że nie wyklucza takiej możliwości, co w praktyce oznacza, że prawdopodobnie wystartuje. A skoro tak to może warto bliżej zapoznać się z jego sposobem interpretacji otaczającej nas rzeczywistości.

Na swoim kanale w odcinku Wojna na Ukrainie i jej konsekwencje dla bezpieczeństwa Polski z 10 października analizuje on bieżącą sytuację. Ja starałem się wybrać z niego to, co najistotniejsze.

Na początku Sykulski przedstawia swoje 4 hipotezy:

  • nie chodzi o żadną Ukrainę (1)
  • Rosja nie prowadzi pełnoskalowej wojny na Ukrainie (2)
  • tę wojnę można było przerwać (3)
  • ta wojna jest częścią znacznie szerszego procesu, całej kaskady konfliktów, które nas dopiero czekają (4)

Te konflikty według Sykulskiego to:

  • celem Rosji jest nowy traktat bezpieczeństwa w Europie
  • relacje Bliski Wschód (Izrael) – Stany Zjednoczone
  • Daleki Wschód: Chiny i Tajwan

Wokół tych trzech puntów toczy się gra. Wojna na Ukrainie jest sztucznie przeciągana. Gdyby Rosja chciała zaangażować wszystkie siły: powszechną mobilizację i nowoczesny sprzęt, to wygrałaby tę wojnę w ciągu kilku tygodni.

Niemcy chcą stworzyć w Europie państwo federacyjne, którego motorem będą trzy stolice: Berlin, Paryż i Rzym. Gra idzie o wyparcie wpływów amerykańskich z Europy. O słabnięciu Ameryki ma też świadczyć zachwianie pozycji dolara i jego dominacji w transakcjach za ropę.

Proces dehumanizacji. Transhumanizm – przekształcenie człowieka w istotę postludzką, wykorzystując wszelkie możliwe osiągnięcia technologiczne. Połączenie człowieka z komputerem. Przeniesienie świadomości człowieka do sztucznej inteligencji, połączenie mózgu człowieka z komputerem. Na etapie przejściowym wykorzystanie mikroczipów wszczepianych do mózgu czy w organizm człowieka. Wykorzystanie nanotechnologii do monitorowania efektywności chociażby żołnierzy na polu walki.

Klaus Schwab mówi o IV-tej rewolucji przemysłowej:

  • I rewolucja przemysłowa to wiek pary
  • II – to masowa produkcja, energia elektryczna
  • III – to komputer, rewolucja informatyczna
  • IV – to sztuczna inteligencja, internet rzeczy, możliwości ingerowania w genom człowieka, możliwość produkcji człowieka poza organizmem ludzkim

Jeżeli zwrócimy uwagę na proces inwigilacji człowieka, na proces ingerencji w genom człowieka, czyli wprowadzanie w życie ideałów transhumanizmu czy posthumanizmu, to mamy tu wiele punktów wspólnych. W Chinach są daleko posunięte eksperymenty posthumanistyczne, a drugim największym na świecie stowarzyszeniem transhumanistów jest rosyjskie towarzystwo transhumanistyczne.

Cele Rosji w wojnie na Ukrainie, to jest zmiana struktury narodowościowej w Europie Środkowej. Jednym z tych celów jest zmiana granic Ukrainy, jest dezintegracja państwa ukraińskiego. Chodzi także o radykalizację postaw na zachodniej Ukrainie, radykalizację wśród najbardziej nacjonalistycznego środowiska na Ukrainie, który ma być czynnikiem destabilizacji Europy Środkowej.

Stany Zjednoczone mają mieć kordon sanitarny między Niemcami a Rosją, czyli idea Międzymorza, ale Międzymorze bez Białorusi i Ukrainy jest słabym Międzymorzem. I takie Międzymorze jest ideą Stanów Zjednoczonych.

Wojna, im dłużej będzie trwała, tym bardziej będzie petryfikować zmiany narodowościowe w tej części Europy, które będą stanowić doskonałą okazję do lokowania agentury nielegalnej. Taki agent czy oficer wywiadu pod przykrywką uchodźcy, imigranta zarobkowego, który otrzymuje azyl, pozwolenie na pracę, jest bardzo często przez wiele a nawet kilkanaście lat nieaktywny. Jest uśpionym agentem, oficerem. Wtapia się w społeczeństwo. Może być księgowym, może pracować w oddziale ksiąg archiwalnych, w urzędzie stanu cywilnego. Jestem przekonany, że dziś mamy do czynienia z ogromną operacją plasowania agentury rosyjskiej na terytorium Europy Środkowej i my sami ich zapraszamy. Te otwarte granice to okazja, by Rosjanie mogli lokować tutaj swoja agenturę.

Natomiast zmiana struktury etnicznej, to nic innego, jak bomba z opóźnionym zapłonem. To jest możliwość podpalenia tej części Europy, gdy zajdzie taka potrzeba. I jest to jeden z celów rosyjskich.

Drugie to potężne osłabienie gospodarcze Europy i żywnościowe. Brak dostaw żywności do krajów biedniejszych wywoła falę emigracji do Europy, która nie będzie na to przygotowana.

Rosjanie wciągają Polskę w swoją grę. Polska jest na drugim miejscu, jeśli chodzi o wsparcie militarne Ukrainy, po Ameryce. Pod względem PKB – państwa bałtyckie, czyli główny ciężar wsparcia spadł na państwa Międzymorza.

Wielka akcja przesiedleńcza, to co obserwujemy obecnie, to nie jest żadna pomoc uchodźcom. Osobom, którym nadano status uchodźcy, to margines. Ma to na celu stworzenie obszaru zaplecza siły roboczej, ponieważ Niemcy mają swoją wizję Mitteleuropy. To ma być obszar taniej siły roboczej i to zapewni im ta emigracja.

Potencjalna wojna na Bliskim Wschodzie. Wyraźnie widać, że Izrael prze do wojny. Nie chodzi o Iran. Celem jest CHRL, która zaopatruje się w ropę w rejonie Zatoki Perskiej. Iran jest jednym z najważniejszych partnerów handlowych CHRL. Chodzi więc o storpedowanie idei Jedwabnego Szlaku, która zintegrowałaby cały kontynent Euroazjatycki.

Czy dzisiejsze państwa są najważniejszymi graczami? Niekoniecznie. Pytanie tylko, czy dzisiaj państwa są właścicielami korporacji, czy korporacje właścicielami państw? Jeśli prześledzimy historię ostatnich 200 lat, tego jak kształtowała się elita finansowa, jak coraz większą rolę zaczynają odgrywać fundusze inwestycyjne, potężne jak BlackRock, Vanguard. Jak deep state (głębokie państwo), które nie tylko w Stanach Zjednoczonych ukształtowało się, to widzimy, że ta struktura jest o wiele bardziej złożona niż nam się próbuje przedstawić w mediach głównego nurtu.

4-ta hipoteza wielkiego resetu

Wojna na Ukrainie ma przyspieszyć wdrażanie wielkiego resetu, czyli tworzenia nowego ładu międzynarodowego. Chodzi o całkowicie nowy model społeczny, chodzi o wyeliminowanie gotówki z naszego życia. Pandemia 2020 zlikwidowała terroryzm. Putin też nagle zlikwidował koronawirusa.

Uniwersalny dochód gwarantowany z powodu rosnącego bezrobocia wywołanego automatyzacją i cyfryzacją procesów gospodarczych. Ale on nie za darmo. Ten, kto się podda cyfrowej kontroli będzie miał dochód gwarantowany. I te wszystkie teorie spiskowe o zaczipowaniu ludzi stają się dziś rzeczywistością.

Dzisiaj walki nie wygrywa się na polu bitwy. Ona się rozgrywa w świadomości ludzkiej. Najważniejszą suwerennością, której należy bronić, to jest suwerenność kulturowa, o której w ogóle nie mówi się w polskich mediach. Pojęcie prawdy jest zastępowane pojęciem narracji. Potężne zagrożenie to zdobywanie władzy nad państwami przez ponadnarodowe korporacje. Tu się buduje barykady, nie płoty na granicy, ale na uniwersytetach, w szkołach, w domu rodzinnym. Jeżeli dzisiaj polski rząd w polskiej przestrzeni informacyjnej nie ma władzy nad korporacjami, które zgarniają grube miliardy na polskim społeczeństwie, mówię o korporacjach medialnych typu korporacje amerykańskie, media społecznościowe, gdzie te korporacje wpływają w sposób bezpośredni na wyniki wyborów i bieżącą scenę polityczną w Polsce. Rząd polski nie ma nad tym żadnej kontroli. Tu się zaczyna walka, a nie od 300-tysięcznej armii. A ta najważniejsza wojna, to jest wojna niewidzialna, tą suwerennością, od której zaczyna się mówienie o niepodległości Rzeczypospolitej to jest suwerenność kulturowa.

Tak to wygląda według Sykulskiego, który jest obecnie postrzegany jako najpoważniejszy, najbardziej profesjonalny geopolityk w polskiej przestrzeni medialnej, kreowany na niezależnego. Czy tak rzeczywiście jest? Czy niezależny komentator może mieć swój własny kanał, który ma ponad 60 tys. subskrybentów? Raczej mało prawdopodobne, jak sądzę.

Osobiście odebrałem jego przekaz jako bardzo chaotyczny i pełen sprzeczności. Przekaz, który niczego nie wyjaśnił, raczej wprowadzi zamęt w głowie. Mówi Sykulski, że Niemcy dążą do wyparcia Ameryki z Europy, a Stany Zjednoczone chcą mieć kordon pomiędzy Niemcami a Rosją. Tylko po co im ten kordon? I czy Niemcy mogą wyprzeć Amerykę z Europy, jeśli na ich terenie stacjonują wojska amerykańskie?

Rosja, według Sykulskiego, dąży do destabilizacji Europy Środkowej. Otwarta granica to okazja dla lokowania rosyjskiej agentury. Ale otwarta jest granica pomiędzy Polską i Ukrainą. Jeśli przez tę granicę przechodzi rosyjska agentura, to musi być to marnej jakości agentura, bo dla dobrej agentury nie istnieją granice. A poza tym Rosja ma w Polsce swoją agenturę już od czasów przedrozbiorowych. Za czasów Związku Radzieckiego nic się zmieniło. Rosja nie musi tworzyć w Polsce agentury, ona ma ją tu cały czas.

Zmiana struktury etnicznej to cel Rosji, służący do destabilizowania tej części Europy. Tylko co na tym zyska Rosja? Zdaniem Sykulskiego to Rosjanie wciągają Polskę w swoją grę. – A nie Amerykanie? Wygląda na to, że wraz z decyzją o kandydowaniu w wyborach zmieniła się Sykulskiemu optyka i wszystkiemu winna Rosja.

Akcja przesiedleńcza ma na celu stworzenie taniej siły roboczej. A nie stworzenie z Ukraińców polskiej inteligencji, jak oświadczył Gowin? Ukraińcy są zatrudniani nie tylko w korporacjach na stanowiskach robotniczych. Ukraiński akcent słychać w mediach, reklamach. LOT zatrudnia Ukraińców, a wcześniej zwalniał Polaków.

W końcu stwierdza Sykulski, że to nie państwa są najważniejszymi graczami a korporacje. A skoro tak, to cała ta jego analiza, że to Niemcy, to Amerykanie, to Rosjanie o czymś decydują, nie warta jest funta kłaków. Bo albo państwa decydują, albo korporacje. Na logikę tak to by wyglądało. Jednak czasem jest tak, że państwa wykonują zadania, którym korporacje nie są w stanie podołać. Dotyczy to wojen i masowych przesiedleń. Jest więc tak, że nad państwami i korporacjami jest suweren. Ten sam dla jednych i drugich i kieruje nimi wedle własnego uznania i dla własnych korzyści. O tym jednak Sykulski nie może powiedzieć, bo błyskawicznie zostałby zneutralizowany.

Wojna na Ukrainie ma na celu stworzenie nowego ładu międzynarodowego – twierdzi Sykulski. A New Deal, czyli Nowy Ład? Stworzono go bez wojny, po wielkim kryzysie z 1929 roku.

Wspomina on też o potencjalnej wojnie pomiędzy Izraelem a Iranem, bo Iran jest jednym z najważniejszych partnerów handlowych Chin, które zaopatrują się w ropę w Zatoce Perskiej. Chodzi więc o storpedowanie idei Jedwabnego Szlaku. Tylko co ma piernik do wiatraka? A Ameryka jest chyba większym partnerem handlowym Chin niż Iran. W czyje to interesy bardziej uderzyło by? USA czy Chin?

Na końcu mówi on o tym, że korporacje medialne mają duży wpływ na opinię publiczną i wynik wyborów i że prawdziwa walka odbywa się w świadomości ludzkiej, że w środowisku akademickim dominuje marksizm kulturowy. Najważniejszą suwerennością, której należy bronić jest suwerenność kulturowa. W sumie ostatnie parę minut poświęcił temu, o czym Krzysztof Karoń latami opowiadał na kanale wRealu24 i czemu poświęcił swoją książkę „Historia antykultury”.

To wszystko, o czym mówi Sykulski, można zrealizować bez wojny. „Pandemia” pokazała, że rządy mogą wszystko zrobić, nie licząc się z ludźmi. Mogą skasować tzw. demokrację i rządzić dekretami. Mogą wszystkich zaczipować, a ci, którzy na to nie zgodzą się, nic nie kupią. Nie potrzeba wojny, by zlikwidować gotówkę. Już jest coraz więcej sklepów, w których płacić można tylko kartą. To tylko kwestia czasu. Natomiast dwóch rzeczy nie da się zrobić bez wojny: zmienić granic i dokonać masowych przesiedleń. I po to przede wszystkim jest ta wojna. A że ułatwia ona, a może nawet przyspiesza realizację innych celów, to już inna para kaloszy.

Jedną granicę już zmieniono i przesiedlono kilka milinów Ukraińców na Ukrainę-bis, którą jeszcze niektórzy nazywają Polską. Wszystko zaczęło się dawno temu. Na krótko przed zawarciem unii lubelskiej (1569) włączono do Korony południową część Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli Wołyń i Kijowszczyznę, czyli ziemie obecnej Ukrainy. To było jedno państwo, połączone z tak okrojoną Litwą unią. Komuś najwyraźniej mocno zależy na odtworzeniu takiego państwa, skoro z tego powodu wywołał wojnę. Ale jego odtworzenie będzie wiązało się z kolejną zmianą granic. W tym wypadku będzie to zmiana granicy polsko-niemieckiej.