Kolejny etap

Wszystko wskazuje na to, że wojna na Ukrainie wkroczy w kolejną fazę, fazę wojny partyzanckiej. Najwyraźniej armia ukraińska nie jest w stanie zrealizować celów, jakie przed nią postawiono. W takim wypadku jedyną szansą na kontynuowanie tej wojny, żeby uniknąć kapitulacji, jest wojna partyzancka, którą prowadzi się wówczas, gdy wróg jest zbyt silny, by z nim walczyć na otwartym polu. A to oznacza przedłużenie konfliktu na nieokreślony jeszcze czas. Być może będzie to wojna hybrydowa.

W dniu 9 lipca na portalu ZeroHedge ukazał się artykuł UK Military Begins Training 10,000 Ukrainians On British Soil Amid Calls For “Insurgency” – Brytyjskie wojsko rozpoczyna w Wielkiej Brytanii szkolenie 10 000 Ukraińców, które ma ich zachęcić do dalszego oporu (https://www.zerohedge.com/geopolitical/uk-military-begins-training-10000-ukrainians-british-soil-amid-calls-insurgency). Poniżej jego treść:

»Wielka Brytania potwierdziła rozpoczęcie u siebie nowego programu szkolenia tysięcy ukraińskich żołnierzy, który ma trwać co najmniej kilka tygodni dla każdej partii rekrutów.

Wielka Brytania była jednym z pierwszych państw, które rozpoczęło duże dostawy broni do Kijowa wkrótce po rosyjskiej inwazji na kraj 24 lutego. Szczegóły dotyczące zakresu tego nowego programu szkoleniowego świadczą o tym, że wojna ta przybiera charakter wojny zastępczej, pomimo że zachodni politycy długo nie akceptowali tego typu wojny. W sobotę The Guardian podał szczegóły na podstawie oświadczeń ministerstwa obrony:

Nawet 10 tys. ukraińskich żołnierzy przyjedzie do Wielkiej Brytanii na kilkutygodniowe specjalistyczne szkolenia wojskowe. Pierwsza grupa spotkała się w czwartek z sekretarzem obrony Benem Wallace’em, potwierdziło Ministerstwo Obrony.

Ambitny program okrzyknięto kolejną fazą wsparcia Londynu dla Ukrainy w krytycznym momencie upadku rządu Borisa Johnsona, który zrezygnował ze stanowiska premiera. Powszechnie wiadomo, że Wielka Brytania wraz z USA przeszkoliła już tysiące ukraińskich żołnierzy w poprzednich latach, począwszy od 2014 roku i początku konfliktu w Donbasie.

Sekretarz obrony Ben Wallace zapowiedział: „Wykorzystując światowej klasy doświadczenie armii brytyjskiej, pomożemy Ukrainie odbudować jej siły i wzmocnić jej opór, broniąc suwerenności swojego kraju i prawa do wyboru własnej przyszłości”.

Jednym z dowodów na to, jak ogromny i bezprecedensowy jest zakres tego programu, jest to, że do prowadzenia szkolenia Ukraińców potrzeba wielu brytyjskich oddziałów wojskowych, w tym specjalnych. Wielka Brytania od początku wojny przekazała już 2,3 miliarda funtów pomocy ukraińskim siłom obronnym.

Około 1050 brytyjskich pracowników jest rozmieszczanych w czterech tajnych lokalizacjach Ministerstwa Obrony w północno-zachodniej, południowo-zachodniej i południowo-wschodniej części Wielkiej Brytanii”, ujawnia The Guardian.

Interesujące jest również to, że Ukraińcy są w dużej mierze ochotnikami, którzy nie mają żadnego formalnego przeszkolenia wojskowego, o czym świadczy tempo strat po stronie ukraińskiej. Kijowscy urzędnicy przyznali, że w wyniku ataku rosyjskich wojsk, straty po stronie ukraińskiej w ciągu ostatniego miesiąca wynoszą średnio około 200 osób dziennie.

„Szkolenie umożliwi rekrutom ochotnikom z niewielkim lub zerowym doświadczeniem wojskowym nabycie praktycznych umiejętności w walce na froncie” – kontynuuje The Guardian. „Oparty na podstawowym szkoleniu żołnierzy w Wielkiej Brytanii, kurs ten obejmuje obsługę broni, pierwszą pomoc na polu bitwy, orientację w terenie, taktykę patrolowania i prawo konfliktów zbrojnych”.

Pomimo tego, że Moskwa bez wątpienia postrzega to jako ogromną prowokację i eskalację brytyjskiego zaangażowania w wojnę, brytyjskie ministerstwo obrony jest zaskakująco otwarte i bezczelne w kwestii szkolenia, zapraszając nawet ekipy informacyjne do sfilmowania niektórych z trwających kursów, odbywających się w tajnym miejscu.

Ta pierwsza partia ukraińskich wojowników podobno przybyła do Wielkiej Brytanii kilka dni temu, w chwili, gdy siły ukraińskie wydają się być w powolnym odwrocie w Donbasie, gdy prowincja Ługańska jest pod całkowitą kontrolą Rosji, a linie frontu są nieustannie przesuwane w głąb ukraińskiego terytorium dzięki przewadze rosyjskiej artylerii.

Urzędnicy amerykańscy i brytyjscy ostatnio prowokacyjnie wzywali do „powstania” w okupowanych przez Rosję częściach Ukrainy, szczególnie na wschodzie. I tak przykładowo w ubiegły czwartek amerykańscy senatorowie Richard Blumenthal (D-CT) i senator Lindsey Graham (R-SC) odwiedzili stolicę Ukrainy i spotkali się z prezydentem Zełenskim. Blumenthal ogłosił, że ma nadzieję zobaczyć „powstanie” na zajętym przez Rosję terytorium.

„Artyleria dalekiego zasięgu jest bardzo, bardzo ważna. Ale równie ważna jest walka wręcz, którą mamy nadzieję zobaczyć na wschodniej Ukrainie, na terytorium już zajętym przez Rosjan” – powiedział Blumenthal. W świetle nowych informacji brytyjskiego Ministerstwa Obrony na temat rozmiaru programu szkoleniowego dla Ukrainy, pozostaje jedno główne pytanie: czy ten nowy program szkoleniowy na dużą skalę, organizowany w Wielkiej Brytanii, przygotowuje się do zapoczątkowania właśnie takiego scenariusza rebelii? Biorąc pod uwagę charakter programu „ochotniczy bojownik”, na to wygląda.

Obecnie Stany Zjednoczone prowadzą znacznie skromniejszy program, skoncentrowany na dodatkowym szkoleniu ukraińskich oficerów: „Stany Zjednoczone zapewniają również szkolenie ukraińskiej armii, a starsi oficerowie studiują w Fort Leavenworth w Kansas”, zauważa The Guardian. Większość szkoleń organizowanych do tej pory przez Pentagonu zlokalizowana była w Polsce lub innych sąsiednich krajach NATO. Jednak jest możliwe, a nawet prawdopodobne, że amerykańskie agencje wywiadowcze, takie jak CIA, mogą prowadzić większe tajne programy na terytorium USA lub w Europie.«

Natomiast Rosjanie zdają się konsekwentnie realizować zamierzony przez siebie cel. Na tym samym portalu w dniu 11 lipca pojawił się artykuł Putin Signs Decree Offering Citizenship To All Ukrainians – Putin podpisuje dekret przyznający obywatelstwo wszystkim Ukraińcom (https://www.zerohedge.com/geopolitical/putin-signs-decree-offering-citizenship-all-ukrainians). W nim m.in. można przeczytać:

»Miesiąc temu Rosja zaczęła oferować paszporty ukraińskim obywatelom prorosyjskich separatystycznych republik w regionie Donbasu. Prezydent Rosji Władimir Putin podpisał niezwykle kontrowersyjny dekret nadający „wszystkim obywatelom Ukrainy” „prawo do ubiegania się o obywatelstwo Federacji Rosyjskiej według uproszczonej procedury”.

Skłania to do wniosku, że cele wojenne Putina obejmują całkowitą aneksję terytoriów zajętych przez siły rosyjskie, zwłaszcza podbitych regionów na wschodzie i południu.

Jak można było się spodziewać, rząd ukraiński jest wściekły z powodu nowego dekretu, w którym minister spraw zagranicznych Ukrainy stwierdza: „Nielegalne wydawanie paszportów… jest rażącym naruszeniem suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy, a także norm i zasad międzynarodowego prawa humanitarnego”.

Tymczasem, kolejnym dowodem intencji Rosji wobec wschodniej Ukrainy jest to, że w ostatnich dniach obsadziła ona szereg najwyższych stanowisk w administracji nadzorującej lokalne i regionalne gminy ukraińskie.

The Moscow Times opisał ten „desant” w regionach ściśle pozostających pod rosyjską kontrolą wojskową:

Coraz więcej rosyjskich urzędników otrzymuje wysokie stanowiska w okupowanych częściach Ukrainy, co zdaniem analityków jest próbą wzmocnienia więzi z Moskwą przed ewentualnym procesem aneksji.

Tylko w tym tygodniu nominacje objęły byłego deputowanego rosyjskiego parlamentu, przedstawicieli władz regionalnych i wysokiego rangą funkcjonariusza Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB).

W dalszej części raportu czytamy: „Prawdopodobnie najbardziej głośna jak dotąd nominacja miała miejsce we wtorek, kiedy były deputowany rosyjskiego parlamentu Andriej Kozenko został mianowany zastępcą szefa „administracji wojskowo-cywilnej” dla okupowanych obszarów ukraińskiego regionu Zaporoża. Będzie nadzorował gospodarkę i integrację z Rosją, jak podano w oficjalnym oświadczeniu”.

„W przeddzień nominacji Kozenki w obwodzie zaporoskim, szefem rządu w okupowanym regionie chersońskim został były oficer FSB Siergiej Jelisiejew”, dodaje The Moscow Times.«

Wszystko wskazuje na to, że dojdzie do podziału Ukrainy i że jest to tylko kwestia czasu. Sądząc po tym, jak Anglicy i Amerykanie szkolą Ukraińców do walki partyzanckiej, to wojna ta nie skończy się tak szybko. Najwyraźniej wielcy tego świata chcą jeszcze przy jej okazji załatwić wiele innych spraw, co byłoby utrudnione lub wręcz niemożliwe w warunkach pokojowych. Dla Polski i Polaków to bardzo zły scenariusz.

Na wspomnianym portalu pojawił się 12 lipca kolejny artykuł poświęcony Ukrainie US Is Paying $1.7 Billion To Health Care Workers… In Ukraine – Stany Zjednoczone płacą 1,7 miliarda dolarów pracownikom służby zdrowia… na Ukrainie (https://www.zerohedge.com/geopolitical/us-paying-17-billion-health-care-workers-ukraine). Poniżej jego treść:

»Gdy wojna na Ukrainie wkracza w swój szósty miesiąc, pomoc wojskowa z Zachodu staje się rutyną, a USA wiodą prym po tym, jak od lutego wysłały Kijowowi 7 miliardów dolarów pomocy.

Ale administracja Bidena nie tylko wspiera ukraińskie wojsko i jej gospodarkę, wraz z ogromnymi kwotami pomocy humanitarnej wysyłanej regularnie w związku z problemem uchodźców wewnętrznych – USA zamierzają teraz płacić ukraińskim pracownikom służby zdrowia.

„Ukraina otrzymuje dodatkowe 1,7 miliarda dolarów pomocy od rządu USA i Banku Światowego na wypłatę pensji zaniedbanym przez państwo pracownikom służby zdrowia i świadczenie innych podstawowych usług” – donosi Politico we wtorek.

Fundusze na służbę zdrowia pojawiły się po tym, jak minister zdrowia Ukrainy Wiktor Liaszko poinformował o zniszczeniu części infrastruktury medycznej i szpitalnej oraz ograniczeniu dostępności do opieki medycznej, stwierdzając jednocześnie, że wypłata wynagrodzenia pracownikom służby zdrowia z miesiąca na miesiąc staje się coraz trudniejsza z powodu trwającej wojny.

1.7 miliarda dolarów to nie tylko kolejne wsparcie finansowe; to inwestycja, która przybliża nas do zwycięstwa” – powiedział Liashko w oświadczeniu.

Fundusze są przekazywane przez amerykańską Agencję Rozwoju Międzynarodowego (USAID), Departament Skarbu i Bank Światowy.

Pomoc ta pomoże demokratycznemu rządowi Ukrainy w świadczeniu podstawowych usług dla ludności Ukrainy” – powiedziała w oświadczeniu sekretarz skarbu Janet Yellen.

Jak dotąd USAID udzieliło Kijowowi wsparcia budżetowego w wysokości 4 miliardów dolarów, ponieważ ukraiński rząd zabiega o wypłatę pensji urzędnikom i pracownikom z działu podstawowych usług oraz emerytom.

Podsumowując te wysiłki, uruchamiając nową pomoc dla pracowników służby zdrowia, administrator USAID Samantha Power stwierdziła, że „atak Putina na sektor usług publicznych Ukrainy trwa nadal, Stany Zjednoczone śpieszą ze wsparciem finansowym, aby pomóc rządowi utrzymać dostawy prądu, zapewnić niezbędne usługi niewinnym obywatelom i wynagrodzenia pracownikom służby zdrowia, którzy ratują życie walczącym na pierwszej linii.

Co ciekawe, jest to kolejny przypadek, gdy przywódcy USA wyrzucają miliardy w błoto na Ukrainie, i ciągle mówią o „zwycięstwie” – które wciąż jest kluczowym słowem, które pozostało niezdefiniowane.

Tulsi Gabbard niedawno cytowała słowa sekretarza prasowego Pentagonu, Johna Kirby’ego, podkreślające tę sprzeczność…

„Prezydent Zełenski jest demokratycznie wybranym prezydentem suwerennego narodu i tylko on może zdecydować, jak ma wyglądać zwycięstwo i jak chce je osiągnąć”. —John F. Kirby (sekretarz prasowy Pentagonu), 29 kwietnia 2022 r.

Jeśli przekazanie amerykańskiej suwerenności przywódcy innego kraju nie jest zdradą, to co nią jest?

Na ironię zakrawa fakt, że własna infrastruktura Ameryki – od mostów przez sieci elektryczne po systemy wodociągowe i kanalizacyjne – w wielu miastach wymaga wymiany lub remontu, nie wspominając już o tym, że nie tak dawno temu Demokraci mieli obsesję na punkcie „darmowej” opieki zdrowotnej. Ale teraz wydaje się, że priorytetem Waszyngtonu jest opieka zdrowotna na Ukrainie.«

Jak widać Stany Zjednoczone i Wielka Brytania angażują się wszechstronnie w tę wojnę. Jeśli słowo „zwycięstwo” nie zostało zdefiniowane, to oznacza, że cel jest inny. Jedynym państwem Europy kontynentalnej, oprócz Ukrainy, tak bardzo zaangażowanym jest Polska. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania leżą z dala od wojny, więc ich jej skutki nie będą dotyczyć. Krajami „biorącymi” pożyczki są Polska i Ukraina. I na pewno nie będą w stanie ich spłacić. A skoro tak, to będą musiały się zgodzić na wszelkie warunki, jakie im zostaną podyktowane po zakończeniu tej wojny.

O co zatem w tym wszystkim chodzi? Nie sposób tego pojąć, jeśli nie odwołamy się do historii. Józef Mackiewicz, uciekając z Wilna przed bolszewikami, zatrzymał się na parę tygodni w Warszawie. Było to chyba w maju i czerwcu 1944 roku, a więc na krótko przed wybuchem powstania. Co tam zaobserwował, opisał w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić:

„Miasto, w które wpompowuje się miliony dolarów, funtów i złotych monet. Nie licząc dziesiątków milionów w „młynarkach” i markach niemieckich. Ktoś mi mówił, nie wiem czy prawda, że dotychczas zwalono do jednego AK około 30 milionów dolarów w „miękkich” i z pół miliona „twardych” w złocie; pięćdziesiąt milionów „młynarek” i prawie dwa tysiące suwerenów brytyjskich. A ile otrzymała Delegatura, tego już nie wiem. Drugie tyle, albo i więcej. Z tego się przecie nie strzela. Strzela się z dodatkowych zrzutów broni i amunicji. Pieniądze idą normalną drogą w obrót, i jak zauważyłeś, obraca cała Warszawa. Poza własnym potencjałem gospodarczym. To jedno miasto. A teraz weź zaplecze. Chłop w tej Ge-ge ma się znakomicie. Niemcy niszczą inteligencję, a chłopu dają jakieś tam kredyty, ziarno siewne, maszyny, premie i różne inne rzeczy. Tylko, naturalnie, nie trzeba o tym głośno mówić. Chłop, słowem, przyjeżdża z babą do miasta po legendarne „fortepiany”, które ładuje na wóz, obrazy i materiały. To wszystko razem stwarza ruch i szaloną spekulację handlową. Naturalnie nastrojów to na wsi w niczym nie zmienia. Bo o ile strona materialna jest świetna, o tyle strona moralna z pejczem do Murzyna. Ale to inna sprawa.”

Te 30 milionów dolarów w „miękkich”, to jest około 1,5 miliarda dzisiejszych dolarów. Jak widać finansowanie szło ze wszystkich stron: ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, a nawet Niemiec, bo skąd te marki? I jeszcze te „młynarki”, czyli pieniądze tej Ge-ge.

Polską inteligencję i tzw. element patriotyczny „zutylizowano” w czasie II wojny światowej. Posłużono się w tym celu AK. Bez tego nie mógłby powstać PRL, czyli państwo, w którym inteligencją polską stali się Żydzi. W ten sposób Polacy jako naród przestali się liczyć, bo naród bez głowy jest narodem bezwolnym. A poza tym, poprzez przesiedlenia, zaaplikowano mu znaczną dawkę mniejszości narodowych z Kresów i to wszystko wymieszano. I z tej mieszanki powstało wyjątkowo nijakie społeczeństwo. Dlatego w procesie łączenia Polski z Ukrainą Polacy nie są problemem. Problemem są Ukraińcy, a właściwie ta ich cześć, która uważa się za patriotów. Z nimi trzeba zrobić porządek. Oni przecież marzą o Wielkiej Ukrainie, a tu nie o nią chodzi, tylko o odtworzenie I RP. Połączenie Polski i Ukrainy jest tylko etapem na tej drodze, ale nie da się tego zrobić, jeśli nie wyeliminuje się tych patriotów, których my nazywamy banderowcami.

Putin na początku wojny jasno powiedział, jaki jest jej cel: demilitaryzacja i denazyfikacja Ukrainy. Demilitaryzacji to na razie nie widać, ale żeby jej dokonać, to trzeba zlikwidować tych, którzy walczą. Wówczas cała broń stanie się złomem, a ukraińscy nacjonaliści zostaną bohaterami, tyle że martwymi.

Tak więc rządy wszystkich państw zaangażowanych w tę wojnę współpracują ze sobą. I wszystkie te rządy, łącznie z ukraińskim, każdy na swój sposób, podpuszczają banderowców, wciągają ich coraz bardziej do wojny. Dokładnie to samo zrobiono z Polakami w 1944. Anglia współpracowała ze Związkiem Radzieckim, wykorzystując do tego celu AK. No bo skoro Anglia oddała w Jałcie Polskę Stalinowi, to trudno, by skrycie robiła co innego. Tak pewnie kazali postępować angielskim politykom ich nieznani przełożeni. I teraz Anglia też współpracuje z Rosją. I nie tylko ona.

11 lipca ’43

W zeszłym roku w rocznicę rzezi wołyńskiej zamieściłem blog na ten temat. Dziś na tę rzeź patrzę trochę inaczej. Przede wszystkim dlatego, że rok temu nie wiedziałem jeszcze o czymś takim jak eksperyment wołyński. W pewnym uproszczeniu można go tak scharakteryzować: wszystko dla Ukraińców, nic dla Polaków. Obecnie, odnoszę takie wrażenie, że mamy powtórkę tego eksperymentu, tyle że nie ograniczoną do jednego województwa, ale dokonywaną na terenie całego kraju.

Eksperyment wołyński wdrażano w latach 1928-1938. Z tego wynika, że decyzję o jego przeprowadzeniu podjął Piłsudski, a wykonawcą był Henryk Józewski. W tamtych czasach, po zamachu majowym, nic nie mogło się dziać bez zgody Piłsudskiego. A skoro tak, to jest on pośrednio odpowiedzialny za powstanie UPA, bo UPA powstała z organizacji paramilitarnych tworzonych na terenie województwa wołyńskiego przez państwo polskie i na jego koszt.

Jeśli prześledzi się pewną sekwencję wydarzeń, to można dojść do wniosku, że to II RP i jej władze konsekwentnie przygotowywały grunt pod tę rzeź wołyńską.

Przymusowe konwersje

W grudniu 1937 na Wołyniu, wbrew opinii wojewody Henryka Józewskiego, rozpoczęto akcję przymusowych konwersji lokalnych społeczności na rzymski katolicyzm, co uzasadniano potrzebą powrotu do polskości osób zruszczonych w epoce zaborów. Pierwszą miejscowością, w której przeprowadzono akcję, były Hrynki, gdzie oddział Korpusu Ochrony Pogranicza, po znieważeniu przez mieszkańców wsi portretów dostojników państwowych, odebrał dokumenty 40 chłopom, zabronił mieszkańcom opuszczania Hrynek po zachodzie słońca i otoczył wieś. Rezultatem końcowym tych działań było przejście z prawosławia na katolicyzm 572 chłopów. Podobnymi metodami „nawrócono” na Wołyniu do 1939 10 tys. osób. Rząd konsekwentnie twierdził, że wszyscy konwertyci dobrowolnie zmienili religię, środowiska ukraińskie i prawosławne utrzymywały natomiast, że większość przechodzących na katolicyzm czyniła to pod wpływem szantażu i przymusu, lub też za sprawą zatargów z lokalnym klerem prawosławnym. Obecnie wiadomo, że KOP, główny wykonawca akcji nawracania, stosował głównie obietnice nadania chłopom ziemi po przejściu na katolicyzm, przekonywał, że ich przodkowie należeli do katolickiej szlachty zagrodowej, stosował również aresztowania i zastraszanie prawosławnych.

W akcji nawracania na katolicyzm uczestniczyło czynnie duchowieństwo rzymskokatolickie, bezpośrednio promujące swoją religię wśród ludności oraz systematycznie rozszerzające sieć parafialną, by osoby formalnie nawrócone nie wróciły de facto do prawosławia, nie mogąc uczęszczać do kościołów rzymskokatolickich. Niektóre parafie były przy tym zakładane na terenach, gdzie żyły tylko niewielkie grupy katolików, lub nawet nie było żadnych wiernych, zwłaszcza na terenach niezurbanizowanych.

Konsekwencją zmiany polityki polskiej na Wołyniu na prowadzoną z pozycji siły było rozszerzenie wpływów OUN (do tej pory działającej przede wszystkim w Małopolsce Wschodniej) na Wołyń i radykalizacja nastrojów społeczeństwa ukraińskiego na Wołyniu, a także dyskredytacja polityki ugodowej prowadzonej przez reprezentowane w Sejmie RP ukraińskie ugrupowania polityczne. Miało to znaczące konsekwencje, gdy aparatu państwa polskiego na tym obszarze miało po wrześniu 1939 zabraknąć.

Burzenie cerkwi

W 1938 roku Wojsko Polskie przeprowadziło akcję tzw. drugiej pacyfikacji, połączonej z masowym burzeniem cerkwi na terenach etnicznie mieszanych. Istotną rolę odegrał tu gen. Gustaw Paszkiewicz. Przeprowadzenie tej operacji uzasadniano potrzebą konsolidacji narodowej w obliczu zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej. W konsekwencji doprowadziło to dalszej eskalacji konfliktu narodowościowego na terenach etnicznie mieszanych.

Wyburzanie cerkwi na Chełmszczyźnie miało miejsce od maja do lipca 1938, rozbiórki dokonywali wynajmowani robotnicy, więźniowie, saperzy lub strażacy. Głównodowodzącym akcji był gen. Brunon Olbrycht (zastąpiony 21 maja przez płk. Mariana Turkowskiego, zaś nowym wojewodą lubelskim został jawny zwolennik polonizacji major Jerzy de Tramecourt. Olbrycht 20 stycznia 1938 przedstawił szczegółowe wytyczne w sprawie prowadzenia akcji: na szczeblu powiatowym mieli być powołani kierownicy-oficerowie pochodzący z lokalnych jednostek wojskowych, stojący na czele zespołów terenowych. Olbrycht podkreślał również wagę oprawy ideowej całego przedsięwzięcia, konsekwentnego podkreślania ważności działań polonizacyjnych. Szczególną rolę wyznaczał Towarzystwu Rozwoju Ziem Wschodnich, którego nowe placówki nakazał powoływać w każdym powiecie, gdzie powstał zespół terenowy. W kwietniu tego samego roku Olbrycht przedstawił również postulat nasycenia terenu księżmi rzymskokatolickimi.

Oficerowie sanacyjni w LWP

W tekście wytłuściłem trzy nazwiska i zrobiłem to celowo. To gen. Gustaw Paszkiewicz, gen. Brunon Olbrycht i płk Marian Turkowski. Wszyscy oni byli oficerami sanacyjnymi, odpowiedzialnymi za akcję wyburzania cerkwi na Chełmszczyźnie. I jakoś tak się dziwnie złożyło, że wkrótce po wojnie wszyscy oni wstąpili do Ludowego Wojska Polskiego. Taką informację zamieszcza Wikipedia. Dziwne? Sanacyjni oficerowie w LWP! I jakoś tym Ukraińcom, których w wysokich władzach PRL-u nie brakowało, nie przeszkadzało to. Innym decydentom również. Czyżby więc były to jakieś szczególne osoby? Wychodzi na to, że tak.

Sienkiewicz

Aż trudno nie zacytować tu Sienkiewicza, który w Ogniem i mieczem pisze:

„Rozbójniczy ruch Zaporoża i ludowe powstanie ukraińskiej czerni potrzebowały jakichś wyższych haseł niż rzeź i rozbój, niż walka z pańszczyzną i z magnackimi latyfundiami. Zrozumiał to dobrze Chmielnicki i korzystając z tlejących rozdrażnień, zobopólnych nadużyć i ucisków, jakich nigdy w onych surowych czasach nie brakowało, socjalną walkę zamienił w religijną, rozniecił fanatyzm ludowy i zaraz w początkach przepaść między oboma obozami wykopał – przepaść, którą nie pergaminy i układy, ale krew tylko mogła wypełnić.”

Rzeź

O świcie (godzina 3 nad ranem) 11 lipca 1943 roku oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim pod hasłem Śmierć Lachom. Po otoczeniu wsi, by uniemożliwić mieszkańcom ucieczkę, dochodziło do rzezi i zniszczeń. Ludność polska ginęła od kul, siekier, wideł, kos, pił, noży, młotków i innych narzędzi zbrodni. Polskie wsie po wymordowaniu ludności były palone, by uniemożliwić ponowne osiedlenie się. Była to akcja dobrze przygotowana i zaplanowana. Na przykład akcję w pow. włodzimierskim poprzedziła koncentracja oddziałów UPA w lasach zawidowskich (na zachód od Porycka), w rejonie Marysin Dolinka, Lachów oraz w rejonie Zdżary, Litowież, Grzybowica. Na cztery dni przed rozpoczęciem akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków.

Zabójstw dokonywano z wielkim okrucieństwem. Wsie i osady polskie ograbiono i spalono. Po dokonanych masakrach do wsi na furmankach wjeżdżali chłopi z sąsiednich wsi ukraińskich, zabierając całe mienie pozostałe po zamordowanych Polakach. Główna akcja trwała do 16 lipca 1943. W całym zaś lipcu 1943 celem napadów stało się co najmniej 530 polskich wsi i osad. Wymordowano wówczas siedemnaście tysięcy Polaków, co stanowiło kulminację czystki etnicznej na Wołyniu.

Organizacja

Była to, jak pisze Wikipedia, akcja zorganizowana i wcześniej zaplanowana. Wszystko to działo się na terenach okupowanych przez Niemców. Trudno sobie wyobrazić, by mogło to się dziać bez ich wiedzy i aprobaty. Również polityka sanacyjna wobec mniejszości ukraińskiej sprawiała wrażenie, jakby celowo dążono do tego, by tej ludności dostarczyć pretekstu do zemsty. A skoro tak, to prawdziwi sprawcy tej rzezi musieli być bardzo wysoko umiejscowieni w hierarchii społecznej i prawdopodobnie wykonywali polecenia swoich nieznanych przełożonych.

Tyko jakoś dziwnie się składa, że cała obecna, a i wcześniejsza narracja koncentrowała się na okrucieństwie bezpośrednich sprawców. Cała akcja została przeprowadzona tak, by nie zostało nic, co mogłoby podważyć tę oficjalną narrację: tłum dzikich, rozwydrzonych Ukraińców wymordował całą ludność polską. Jest to dokładnie ten sam typ narracji, jaki stosuje się wobec Polaków, oskarżając ich o mord w Jedwabnem i nie tylko tam. W tym wypadku ludność polska jest przedstawiana jako dziki, rozwydrzony tłum. Polacy się bronią, zaprzeczają i oburzają się na taki sposób ich traktowania i jednocześnie oburzają się, gdy Ukraińcy nie chcą ich przeprosić za rzeź wołyńską. Tylko czy rzeczywiście to oni muszą przepraszać? Nacja, która skłóca Polaków z Ukraińcami robi to perfekcyjnie. Jednym się posługuje, by wykończyć drugi, a później zrobi to samo z tym drugim.

Kogo mordowano na Wołyniu?

Zasadnicze pytanie brzmi: Kogo mordowano na Wołyniu? Czy to była ludność polska, czy polska i ukraińska, czy może w przewadze ukraińska, którą wcześniej, w 1937 roku, zmuszono do przejścia na katolicyzm? Na te pytania odpowiedzi nie uzyskamy, bo wszelkie ślady zatarto. To jednak nie oznacza, że takich informacji nie ma. Są! Na tym terenie funkcjonowała polska administracja i dysponowała ona dokładną informacją na temat ludności zamieszkałej na terenie, na którym dokonano rzezi. Państwo polskie przestało istnieć na tym terenie, ale pozostały urzędy z całą ich dokumentacją. Czy zabrali ją ze sobą wycofujący się Niemcy, czy może wpadła ona w ręce komunistów radzieckich? I na te pytania odpowiedzi nie uzyskamy.

Cóż zatem pozostaje? Zabawić się w Sherlocka Holmesa i wykorzystać jego metodę dedukcji? Chyba tylko to.

Od czego się zaczęło?

W 1984 roku w czasopiśmie „Nurt” ukazał się artykuł, w którym jego autor Jerzy Tomaszewski oskarżył Armię Krajową o mordowanie ukraińskich cywilów. Wówczas środowisko kombatantów 27. Wołyńskiej Dywizji AK przystąpiło do zbierania relacji świadków na temat wydarzeń z okresu 1943-1944. Efektem zainicjowanych wtedy prac dokumentalnych były publikacje Władysława Siemaszko oraz jego córki Ewy Siemaszko dotyczące zbrodni popełnionych przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach na Wołyniu.

Jerzy Tomaszewski (1930-2014) – polski historyk i politolog, profesor nauk humanistycznych. Pełnił m.in. funkcję kierownika Centrum Badania i Nauczania Dziejów i Kultury Żydów w Polsce im. Mordechaja Anielewicza. Od 1970 roku zasiadał w Radzie Naukowej, a od 1985 w Zarządzie Żydowskiego Instytutu Historycznego, był członkiem komitetu redakcyjnego Biuletynu ŻIH i rocznika „Polin. Studies in Polish Jewry”. To czasopismo historyczne wydawane od 1986 roku w Londynie przez Institute for Polish-Jewish Studies w Oksfordzie.

Władysław Siemaszko (ur. 1919 w Kurytybie) – polski prawnik, działacz kresowy, od lat 80. XX wieku badacz tragedii polskiej ludności na Wołyniu w okresie II wojny światowej.

Syn polskiego dyplomaty. Mieszkał na Wołyniu w latach 1924-1944. W 194o skazany przez sąd sowiecki na karę śmierci (zamienioną na 10 lat łagru). Osadzony w więzieniu w Łucku do czerwca 1941, uniknął masowej egzekucji przeprowadzonej przez NKWD. W latach 1942-1944 walczył w AK jako oficer 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty. W 1945 aresztowany przez władze radzieckie, a następnie przekazany polskim władzom komunistycznym. W więzieniu przebywał do 1948 roku. Po wojnie ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Do chwili przejścia na emeryturę pracował jako radca prawny.

Ewa Siemaszko (ur. 1947 w Bielsku-Białej) – polska inżynier technolog żywienia, od 1990 roku również badaczka ludobójstwa dokonanego na wołyńskich Polakach podczas II wojny światowej.

Jest córka Władysława Siemaszki, absolwentką Wydziału Technologii Rolno-Spożywczej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie i Podyplomowego Studium Pedagogicznego. W latach 1970-1973 była asystentką w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Katowicach, później pracowała w pozaszkolnej oświacie żywieniowej i jako nauczycielka.

Od 1990 zbiera i opracowuje dokumenty dotyczące losów ludności polskiej na Wołyniu podczas II wojny światowej. Była współautorką wystaw „Zbrodnie NKWD na Kresach Wschodnich II RP: czerwiec-lipiec 1941” w Muzeum Niepodległości w warszawie w 1992 roku oraz „Wołyń naszych przodków” zorganizowanej w październiku 2002 w Domu Polonii w Warszawie. Od 2002 roku, wspólnie z Jarosławem Kosiatym, prowadzi serwis internetowy Wołyń naszych przodków, gdzie udostępnionych został ponad pół tysiąca starych fotografii, wspomnień i innych dokumentów, poświęconych życiu Polaków na kresowym Wołyniu. Współpracuje z Towarzystwem Miłośników Wołynia i Polesia, Stowarzyszeniem „Wspólnota Polska” oraz IPN.

Takie to informacje przekazuje nam Wikipedia o tych, którzy zostali wyznaczeni do rozpętania tej burzy o Wołyniu. Wtedy, w 1984 roku, jeszcze nikt, poza wtajemniczonymi, nie podejrzewał nawet w jakim celu. Ale oni już wiedzieli, że Związek Radziecki upadnie i że powstanie państwo zwane Ukrainą. Życiorysy tych osób, nawet takie lakoniczne, nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości co do ich pochodzenia.

Władysław Siemaszko nie miał matki i jego córka – też. Zawsze myślałem, że żeby zrobić dziecko, to udział kobiety jest niezbędny, a tu się okazuje, że – nie! No cóż, człowiek uczy się całe życie, a i tak umiera głupi. Poza tym, że nie miał matki, to miał „wielkie szczęście”, uniknął masowej egzekucji przeprowadzonej przez NKWD. Walczył w AK, no bo jakże inaczej można było zostać bohaterem? Następnie aresztowany przez władze radzieckie, które przekazały go polskim władzom komunistycznym, a te uwięziły go i po trzech latach zwolniły i pozwoliły mu, temu „wrogowi PRL-u”, skończyć studia. Jednym słowem – w czepku urodzony.

Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945 – dwutomowa książka autorstw Władysława i Ewy Siemaszków (ojca i córki), wydana w 2000 roku. Opisuje zbrodnie nacjonalistów ukraińskich na ludności Wołynia w czasie II wojny światowej.

Dzieło składa się z dwóch tomów, z których pierwszy liczy 1000 stron, a drugi 440. Tom I rozpoczyna przedmowa Ryszarda Szawłowskiego i Wstęp autorów. Następnie autorzy w 11 rozdziałach omawiają zbrodnie dokonane w poszczególnych powiatach województwa wołyńskiego, w układzie terytorialno-chronologicznym. Tom II rozpoczyna rozdział o zbrodniach dokonanych poza Wołyniem oraz lista osób odpowiedzialnych, zdaniem autorów, za ludobójstwo. Większość II tomu zajmują aneksy – relacje świadków, dokumenty i zdjęcia. Dzieło kończy bibliografia licząca 2534 pozycje, indeks miejscowości i spis treści.

Na wydanie pracy autorzy uzyskali dofinansowanie m.in. z Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Pomimo to starania o wydanie „Ludobójstwa…” trwały ponad rok. Autorzy natrafiali na niechęć wydawców, którzy – zdaniem Ewy Siemaszko – nie chcieli poruszać tematu zbrodni UPA z powodu „zmowy milczenia” i „nieoficjalnej cenzury”.

“Ludobójstwo…” pomimo iż zostało napisane przez historyków-amatorów, znalazło uznanie w świecie naukowym i jest uznawane przez polskich historyków za najważniejszą pozycję omawiającą temat rzezi wołyńskiej. Szczególnie dobre opinie zbiera ze względu na bogatą warstwę faktograficzną, dokonaną rekonstrukcję wydarzeń oraz sporządzenie możliwie najpełniejszej listy ofiar.

Najczęściej pojawiające się głosy krytyczne, to m.in.:

  • oparcie „Ludobójstwa…” głównie na wspomnieniach świadków, często spisywanych kilkadziesiąt lat po wojnie,
  • niekorzystanie przez autorów z nieopublikowanych źródeł ukraińskich, radzieckich i niemieckich,
  • zakreślenie zbyt szerokich ram czasowych dla ludobójstwa, tj. 1939–1945.

Historyk powinien przede wszystkim prowadzić badania podstawowe, badania źródłowe i opierać się na dokumentach z epoki. Profesor Makarczuk mówiąc o świadkach, ma świętą rację – od tamtych czasów minęło 50-60 lat. Który ze świadków jest w miarę wiarygodny? (…) Bo przecież nie chodzi o to, aby sięgać po relacje, relacje mogą być jedynie uzupełnieniem (Grzegorz Mazur [w:] „Polska-Ukraina trudne pytania”, t.6, s. 104) – Wikipedia. 

Grzegorz Mazur (1952) jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale w jego przypadku Wikipedia też nie wspomina o rodzicach.

Głosy polemiczne wzbudza także emocjonalna zdaniem krytyków przedmowa Ryszarda Szawłowskiego, w której autor uznał dokonane zbrodnie za „ludobójstwo ukraińskie” (a nie za ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich bądź przez UPA), a także postawił tezę, że z powodu bezwzględności i okrucieństwa sprawców oraz zakłamywania i relatywizacji, „przewyższa” ono znacznie ludobójstwo niemieckie i sowieckie.

Ryszard Klemens Szawłowski lub Richard Szawłowski (1929-2020) – polski politolog, specjalista z zakresu prawa międzynarodowego, historyk amator.

Ukończył studia na Uniwersytecie Warszawskim, doktoryzował się w 1959. Był profesorem na Uniwersytecie Łódzkim, niemieckich uniwersytetach: Uniwersytecie Humboldta w Berlinie i Federalnym Instytucie Sowietologii w Bonn, szkockim Uniwersytecie w Glasgow, kanadyjskim Uniwersytecie Calgary oraz Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie (PUNO) w Londynie. Członek Polskiego Towarzystwa Naukowego na Obczyźnie.

W swoich książkach przedstawia m.in. zbrodnie ukraińskich i białoruskich nacjonalistów na Polakach w latach okupacji 1939–1941. Profesor Szawłowski pierwszy wprowadził do historii i publicystyki pojęcie „wojny polsko-sowieckiej 1939” w odniesieniu do agresji sowieckiej 17 września 1939 roku. Po raz pierwszy ukazał on też uwarunkowania polityczne, prawnomiędzynarodowe oraz psychologiczne tej wojny, oraz obraz zbrodni wojennych popełnionych przez armię sowiecką i zbrodnie band białoruskich i ukraińskich na narodzie polskim.

W artykule Genocidium atrox, publikowanym również jako Trzy ludobójstwa postawił tezę o równoważności zbrodni dokonanych przez III Rzeszę, ZSRR i nacjonalistów ukraińskich, przy nadaniu tym ostatnim kwalifikacji wyższej od zbrodni nazistowskich i sowieckich.

W przypadku Szawłowskiego Wikipedia nie podaje żadnych informacji o rodzicach, co jest w jej przypadku standardem, gdy chodzi o osoby pochodzenia żydowskiego. Zresztą w przypadku tej osoby, jej kariera międzynarodowa zdradza jej pochodzenie.

Gdy Jan Tomasz Gross opublikował swoją książkę Sąsiedzi, to ze strony polskiej pojawiły się głosy, że jest niewiarygodna, bo opiera się na zeznaniach świadków, składanych po wielu latach. W sytuacji, gdy wielu innych świadków już nie żyje, weryfikacja tych zeznań jest niemożliwa. Taki właśnie zarzut sformułował pod adresem pracy Siemaszków Grzegorz Mazur. Zwraca uwagę podobieństwo obu książek. W obu przypadkach oparto się na zeznaniach świadków, ale nie – złożonych bezpośrednio po wydarzeniach, tylko po wielu latach później. I w obu przypadkach książki zostały napisane nie przez historyków zawodowych, tylko przez amatorów. To oczywiście samo w sobie nie jest wadą, ale uwagę zwraca ten sam schemat, co skłania do wniosku, że inspiracja wyszła z tego samego źródła.

W tym roku jest zupełnie inaczej niż rok temu. Jest więcej szumu. W internecie kanał „wRealu24” zaprezentował trzy debaty, każda z udziałem czterech osób, na temat Wołynia. W jednej z nich wzięła udział Ewa Siemaszko i w pewnym momencie powiedziała:

„Wielu, wielu świadków jednak nie zdecydowało się na przekazanie swoich przeżyć ze względu na traumę i również ze względu na lęk przed zemstą Ukraińców. A więc po kilkudziesięciu latach okazało się, że ludzie są tak ciężko psychicznie doświadczeni, że nawet nie byli w stanie przekazywać swoich przeżyć i tym samym wiele faktów nie zostało odnotowanych.”

Czy rzeczywiście boją się, czy bali się, zemsty Ukraińców? A może kogoś o wiele bardziej potężnego? A może wiedzą coś, o czym nikt inny nie może się dowiedzieć? Coś, co mogło by obnażyć fałsz tej oficjalnej narracji, że nacjonaliści ukraińscy mordowali Polaków. A może mordowali Ukraińców, o których później powiedziano, że to byli Polacy?

Wzajemną nienawiść Ukraińców do Polaków i na odwrót można podsycać tylko poprzez wbijanie pomiędzy nich klina w postaci rzezi wołyńskiej. Znamienne jest to, że historię tych wydarzeń i ich interpretację stręczą nam Żydzi. Wszystkie osoby wymienione powyżej należą do tej nacji. W sytuacji, gdy w Polsce przebywa kilka milionów Ukraińców, a może i więcej, podgrzewanie tego tematu, bez próby dochodzenia do prawdy, jest dążeniem do potęgowania tej nienawiści i niepokojów społecznych.

Szokujący sondaż

W poprzednim blogu wspomniałem o tym, że nowe państwo polsko-ukraińskie może powstać z połączenia Ukrainy pomniejszonej o ziemie zajęte przez Rosję oraz Polski pomniejszonej o tzw. Ziemie Odzyskane. Uderz w stół, a nożyce się odezwą – jak mówi przysłowie.

Na portalu “salon24” pojawił się 6 lipca artykuł zatytułowany Szokujący sondaż: Niemcy gotowi oddać Putinowi terytorium Ukrainy (https://www.salon24.pl/newsroom/1237772,szokujacy-sondaz-niemcy-gotowi-oddac-putinowi-terytorium-ukrainy). Poniżej jego treść:

»Niemieckie kanały telewizyjne RTL i ntv zapytały swoich odbiorców, czy Ukraina powinna oddać terytorium Rosji, aby osiągnąć “pokój”. Większość ankietowanych odpowiedziała na pytanie twierdząco.

Wyniki sondażu

Rosyjska inwazja na Ukrainę trwa już 132 dni. Według sondażu Forsa przeprowadzonego na zlecenie RTL i ntv większość Niemców opowiada się obecnie za tym, by Ukraina poszła na duże ustępstwa wobec Rosji.

Za pozostawieniem Rosji obszarów na wschodzie i południu Ukrainy opowiedziało się 47 proc. badanych. 41 procent osób w Niemczech było przeciwnych. 12 procent nie miało zdania w sprawie.

Burza w internecie

W mediach społecznościowych wielu użytkowników skrytykowało pytanie jako “kolonialistyczne”, “haniebne” i “mylące”. Trwa teraz gorąca dyskusja, czy Putin chciałby tego samego, czego chcą ankietowani Niemcy.

Ukraińscy użytkownicy internetu są wściekli. Sugerują przekazanie Kremlowi krajów związkowych takich jak Turyngia czy Meklemburgia-Pomorze Przednie.

Głupie pytanie, głupia odpowiedź”

“Takie ankiety można bardzo krótko podsumować słowami “głupia odpowiedź na równie głupie pytanie”. Prawdziwe pytanie brzmi: jaki jest cel takich badań, kto na nich korzysta i czy zaangażowani dziennikarze mogą z czystym sumieniem zadawać takie pytania” – skomentował jeden z użytkowników Twittera.«

Prawdziwe pytanie brzmi: jaki jest cel takich badań, kto na nich korzysta i czy zaangażowani dziennikarze mogą z czystym sumieniem zadawać takie pytania – skomentował jeden z użytkowników Twittera.

No właśnie! Jaki jest cel takich badań? Ale nie odpowiedział na postawione przez siebie pytanie. A czy zaangażowani dziennikarze mogą zadawać takie pytania? Zaangażowani pewnie – nie! Ale niezaangażowani jak najbardziej, bo stawianie pytań ukierunkowuje myślenie i ułatwia analizę problemu. Tak więc nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi.

Sondaż ten nie pojawił się przypadkowo i nie przypadkowo postawiono w nim takie pytanie. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale zwiastuje pewne zmiany. W tym wypadku chodzi o oswajanie tzw. opinii publicznej z faktem, że być może jedynym sposobem na zakończenie tego konfliktu będzie zgoda Ukrainy na zaakceptowanie faktu, że tych ziem nie odzyska. Ale jak mają wyjść z twarzą z tej wojny władze Ukrainy? Zgodzić się mogą, ale w zamian muszą dostać jakąś rekompensatę. Czymś takim może być wspólne państwo polsko-ukraińskie. Wtedy Zełenski powie Ukraińcom: wprawdzie tracimy ziemie na wschodzie, ale zyskujemy znacznie więcej na zachodzie. W przypadku władz polskich argumentacja będzie odwrotna: wprawdzie tracimy ziemie na zachodzie, ale ile zyskujemy na wschodzie! To właśnie dlatego stręczą nam od jakiegoś czasu pomysł na unię czy wspólne państwo polsko-ukraińskie. A że używają do tego pokrętnej argumentacji typu udział polski w odbudowie Ukrainy i inne bzdury, to już inna para kaloszy.

Z kolei Ryszard Czarnecki na tym samym portalu w artykule Olaf Scholtz – zakładnik niemieckiej „Ostpolitik” i zwolennik „status quo ante” (https://www.salon24.pl/u/ryszardczarnecki/1237777,olaf-scholz-zakladnik-niemieckiej-ostpolitik-i-zwolennik-status-quo-ante) analizuje politykę zagraniczną niemieckich socjaldemokratów. Artykuł ten pojawił się w dniu 7 lipca. Pierwotnie ukazał się on w „Gazecie Polskiej Codziennie” w dniu 4 lipca. Czarnecki pisze m.in.:

»Moskwa i Berlin: oni zawsze grają razem…

W rozważaniach o „Ostpolitik” kanclerzy Brandta i Schmidta w czasach Niemieckiej Republiki Federalnej oraz Schrödera w czasach Republiki Federalnej Niemiec często pomijane są jeszcze trzy aspekty.

Pierwszy z nich to oczekiwanie sporej części społeczeństwa niemieckiego, aby „dogadać się” z Rosją – „czerwoną” czyli Sowietami, a potem z Rosją Putina, bo jest to korzystne gospodarczo i geopolityczne dla Bonn/Berlina. Stąd zresztą nie wierzę, że pomimo sporych ataków medialnych koalicja SPD/Zieloni- liberałowie z FDP przestanie funkcjonować i w Niemczech nastąpią wcześniejsze wybory. Cały czas bowiem spora część Niemców, nawet jeśli nie jest to większość, ale akceptuje politykę głaskania Rosji, nawet jeśli Rosja jest militarnym agresorem. To problem zresztą nie tylko Niemców, ale też Francuzów oraz – o czym się w Polsce mniej mówi – Włochów. W zeszłym tygodniu spędziłem cztery dni w Rzymie i informowano mnie o sondażach, z których wynika, że 39% Włochów za wojnę w Europie Wschodniej oskarża Rosję, ale 37% uważa, że to „wina”… Ukrainy, USA czy szeroko rozumianego Zachodu.

Drugi powód, dla którego SPD grała z ZSRS, a następnie z Federacją Rosyjską, to fakt reprezentowania interesów niemieckich firm zainteresowanych ekspansją na Wschód – wielkim sowieckim (rosyjskim) rynkiem zbytu lub inwestycjami tam.

Wreszcie trzeci powód, to swoista socjaldemokratyczna „poprawność polityczna” w myśl której należy mieć szczególne relacje z najpotężniejszymi ofiarami Niemiec Hitlera i eksterminacji prowadzonej przez Berlin w latach II wojny światowej – konkretnie wobec Żydów i Rosjan, bo to załatwi sprawę tzw. „deutsche Schuld”, czyli niemieckiej winy , niemieckiego długu, który już oczywiście w znacznie mniejszym stopniu obejmuje Polaków, mimo że z ręki Niemców zginęło sześć milionów obywateli Rzeczypospolitej.

To wszystko sprawiło, że Olaf Scholz jest taki, jaki jest i ani nie potrafi  ani nie chce zerwać pępowiny łączącej niemieckich socjaldemokratów z Rosją – krajem, z którym przecież od lat robi się interesy i od lat ustala się europejskie „status quo”.«

Jak widać Czarnecki również ostro gimnastykuje się, by usprawiedliwić bierną postawę Niemców w tej wojnie i niechęć do angażowania się po którejś ze stron. Nie jest to bynajmniej wynikiem polityki SPD, tylko wynikiem polityki zagranicznej Niemiec, która jest od lat konsekwentnie realizowana bez względu na opcję polityczną, która aktualnie sprawuje rządy. Koncepcja tzw. Mitteleuropy nie została przez Niemców zapomniana i może się szybciej odrodzić i urzeczywistnić niż nam się wydaje. A może tak stać się tylko w porozumieniu z Rosją.

Jakby tego było mało, to mamy jeszcze dymisję rządu Borisa Johnsona. Tego samego, który zapewniał w lutym, że zmieni nazwisko na Johnsoniuk. Powodem dymisji miała być niby afera obyczajowa w rządzie, ale to tylko pretekst. Powód jest zapewne daleko poważniejszy. Być może nowy rząd, który pojawi się za parę miesięcy, bo do tego czasu Johnson będzie nadał sprawował rządy, zmieni swoją politykę wobec Ukrainy i zgodzi się na przyszły pokój w zamian za oddanie Rosji wschodniej Ukrainy. Johnson wyjdzie z twarzą, bo to nie jego wina, że miał takich ministrów. Jednym słowem: podpuścił Ukraińców, zachęcał do konfrontacji z Rosją i zmył się. Klasyka brytyjskiej dyplomacji w stosunku do słabszych. Polska przerabiała to w 1939 i w 1944 roku.

Ukrainizacja Polski

W dniu 4 lipca odbyła się w sejmie konferencja prasowa Konfederacji pod tytułem: Ukrainizacja Polski – pełzająca czy już galopująca? Na początku, z charakterystycznym dla siebie ukraińskim zaśpiewem, głos zabrała Marta Czech. Stwierdziła, że „ukrainizacja Polski przybiera na wadze i powadze”. Wspomniała też, że „media coraz bardziej regularnie używają terminu przesiedleńcy”. Powiedziała też, że Ukraińcy mają przywileje etniczne i zacytowała ministra edukacji Czarnka, zwracającego się do nauczycieli: „Jeśli ktoś przyjął do klasy ucznia z Ukrainy i go nie wypromował, to jest to skandal”. Natomiast jeśli uczeń jest Polakiem, to, jeśli nie przeszedł promocji do następnej klasy, skandalem to nie jest, jak się możemy domyślać. – skomentowała Marta Czech. (Za moich czasów uczeń przechodził z klasy do klasy albo otrzymywał promocję lub zostawał na drugi rok – przyp. W.L.)

Dodajmy jeszcze szerzącą się i wciąż nasilającą się presję poprawności politycznej, jeśli chodzi o kwestie prawdy historycznej, o cenzurę historyczną, zwłaszcza w przypadku ludobójstwa na Wołyniu, ludobójstwa na Polakach, dokonanego przez Ukraińców, przez Ukraińską Armię Powstańczą. Zacytowała też Jarosława Kaczyńskiego. Podczas jego wizyty w Toruniu miał mówić nam o wspólnej przyszłości z Ukrainą i o obowiązku miłości wobec Ukrainy.

Włodzimierz Skalik stwierdził, że pomoc dla Ukraińców jest finansowana z kredytu, a obecne zadłużenie Polski wynosi 1 bilion 700 miliardów złotych. I ten dług będzie nadal gwałtownie rosnąć. W dużych miastach ilość Ukraińców wynosi od 10 do 30%. Powołał się na profesora Bogusława Wolniewicza, filozofa, który twierdził, że jeśli na jakimś terenie egzystują społeczeństwa o dwóch zasadniczo odmiennych kulturach, o zasadniczo odmiennych korzeniach cywilizacyjnych, to z całą pewnością takie zjawisko jest glebą, na której będą rosły konflikty i gdy opadną te emocje związane z pomocą, euforia związana z pomocą, gdy spotkamy się z szarą rzeczywistością dnia codziennego, z całą pewnością te negatywne zjawiska, o których ostrzegał profesor Bogusław Wolniewicz, ujawnią się i również tego się obawiamy.

W związku z tym, że cała ta akcja przesiedleńcza jest akcją zorganizowaną, prowadzoną metodami zorganizowanymi i metodycznymi, odpór należy również dać w sposób przemyślany, mądry i zorganizowany. I Konfederacja Korony Polskiej zakończyła właśnie prace nad dokumentem, który ma pomóc nakreślić politykę, która ma zastopować ukrainizację Polski, ma zastopować banderyzację Polski. – kontynuował Skalik.

Zastanawiamy się bardzo często, mówił Skalik, jak tak szkodliwe dla Polski i Polaków procesy mogą na taką skale być kreowane i prowadzone przez polityków rządzących i wspieranych przez totalną opozycję i wydaje się, że być może, przynajmniej w części, odpowiedzią są pewne kompromitujące materiały, nagrania spec służb Ukrainy pozyskane na przestrzeni ostatnich lat, nawet dekad, m.in. w domach uciech organizowanych i prowadzonych przez obywateli Ukrainy na terenie wschodniej Polski. Być może właśnie te kompromitujące polityków materiały powodują, że jesteśmy dzisiaj bezwolni. Nie mają odwagi sprzeciwić się temu niebezpiecznemu zjawisku, więc angażują się i go kreują.

Poseł Grzegorz Braun przedstawił projekt Konfederacji zatytułowany Stop ukrainizacji Polski. Jest to jedyny w swoim rodzaju program zatrzymania procesów dezintegracji, dekompozycji, nie tylko etnicznej, ale w skutkach również politycznej, również terytorialnej, być może, dekompozycji państwa polskiego, Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Główna teza jaką stawiamy w tym dokumencie – stop ukrainizacji Polski.

Do rozwiązania tego problemu, mówi Braun, trzeba dwóch rzeczy. Po pierwsze trzeba zdecydowanie postawić tamę temu dziś niekontrolowanemu procesowi. Od pierwszych dni było to de facto niekontrolowane przez służbę graniczną przepuszczanie na nasze terytorium osób nieznanych bliżej i nieokreślonych co do statusu, co do zamiarów, co do celów przybywających do Polski z Ukrainy.

I druga rzecz, trzeba rozwiązań dedykowanych, a nie wciągania przybyszów z Ukrainy do polskiego systemu opieki socjalnej, ale uwaga, o zgrozo!, niektórzy chcieliby, żeby wielkim, szybkim krokiem było to wciąganie Ukraińców do polskiego systemu prawno-ustrojowego jako wyborców. My się temu stanowczo przeciwstawiamy.

Mówimy o tym dziś, kontynuuje Braun, ponieważ wypadki następują w lawinowym tempie. To, co jeszcze parę tygodni temu było kamieniem obrazy i punktem w akcie oskarżenia wobec nas, mianowicie słowo przesiedleńcy w miejsce słowa uchodźcy, to słowo jest już dzisiaj używane w świecie polityki, na takim forum chociażby jak szczyt NATO madrycki. Już tam w Madrycie mówiono otwartym tekstem o przesiedleniach ludności. Otóż, jeśli tak, no to, Szanowni Państwo, nie igrajmy dłużej z ogniem.

Dziś zbiera się Rada Bezpieczeństwa Narodowego, zwołana przez prezydenta belwederskiego Dudę i wygląda na to, że polityka bezwzględnego żyrowania upadłości państwa ukraińskiego przez Polaków, że ta polityka ma być kontynuowana. Wygląda na to, że wprowadzenie Polski w rolę strony wojującej, na którą spaść mogą koszta finansowe, polityczne, socjalne, ale także groźba odwetu militarnego, wygląda na to, że ta polityka nie jest dzisiaj przez nikogo kwestionowana.

Konfederacja Korony Polskiej mówi w tych wszystkich sprawach stanowcze veto. I w sprawie wciągania Polski w wojnę i w sprawie świadomego nadawania państwu polskiemu zupełnie innych, nowych rysów na poziomie transformacji ludnościowej, na poziomie już nie transformacji, a rewolucji demograficznej w Polsce, która wynika z bieżących działań i zaniedbań rządu i Prezydenta Rzeczypospolitej. Konfederacja Korony Polskiej mówi: stop ukrainizacji Polski. – Tako rzecze Grzegorz Braun.

Konfederacja stroi się w rejtanowskie piórka, jak zawsze zresztą, stara się pozyskać wyborów, przekonać ich, że tylko ona jest w stanie zadbać o interesy Polski i Polaków. Traktować tego poważnie nie wypada. Niemniej jednak warto czasem wsłuchać się w to, co oni mówią. Szczególnie Braun, który w swojej wypowiedzi, tak nieświadomie czy świadomie, przekazał pewne informacje, które potwierdzają mój scenariusz wydarzeń.

również terytorialnej, być może, dekompozycji państwa polskiego, Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

Ta terytorialna dekompozycja oznacza po prostu oderwanie od państwa jakiejś jej części. A jakiej? W grę mogą wchodzić tylko tzw. Ziemie Odzyskane. Wygląda na to, że nie na długo były odzyskane. Tak może stać się, gdy nastąpi połączenie Polski z Ukrainą. Polski pomniejszonej o wspomniane ziemie i Ukrainy pomniejszonej o część zajętą przez Rosję.

Od pierwszych dni było to de facto niekontrolowane przez służbę graniczną przepuszczanie na nasze terytorium osób nieznanych bliżej i nieokreślonych co do statusu, co do zamiarów, co do celów przybywających do Polski z Ukrainy.

Chyba tylko ktoś naiwny może uwierzyć w to, że to przepuszczanie było niekontrolowane. Służba graniczna dostała takie polecenie i je realizowała. A ci wszyscy ludzie i tak są kontrolowani, bo oni wszyscy posługują się telefonami komórkowymi. Polskie i ukraińskie służby doskonale wiedzą ilu Ukraińców jest na terenie Polski. To tylko my nie wiemy.

Już tam w Madrycie mówiono otwartym tekstem o przesiedleniach ludności.

Skoro tak mówiono na szczycie NATO, to znaczy, że tak naprawdę Europa zachodnia i Anglosasi już zdecydowali, że tak ma być, że ma powstać nowe państwo. Polska, czyli państwo na kółkach, zostanie przesunięta na wschód i to nowe państwo zyska nową nazwę. I tak jest od wieków: raz na wschód, raz na zachód i znowu na wschód. Przecież w takich warunkach nie mogło powstać normalne państwo i normalny naród: brak niezmiennego terytorium, brak zakorzenienia i ciągłe mieszanie narodów. Tylko jedna nacja czuje się doskonale w takich warunkach. Czy zatem zasada: „is fecit, cui prodest” (ten zrobił, komu to przynosi korzyść) nie potwierdza, że sprawcą całego tego zamieszania jest właśnie ta nacja?

Wygląda na to, że wprowadzenie Polski w rolę strony wojującej, na którą spaść mogą koszta finansowe, polityczne, socjalne, ale także groźba odwetu militarnego, wygląda na to, że ta polityka nie jest dzisiaj przez nikogo kwestionowana.

Skoro ta polityka nie jest przez nikogo kwestionowana, to znaczy, że politycy wszystkich partii i ugrupowań realizują politykę swoich nieznanych przełożonych i są tylko zwykłymi figurantami.

…a rewolucji demograficznej w Polsce, która wynika z bieżących działań i zaniedbań rządu i Prezydenta Rzeczypospolitej.

To nie są działania bieżące i zaniedbania rządu i Prezydenta Rzeczpospolitej, to jest świadome i planowe działanie i to od lat.

Dwie rzeczy skłaniają do wniosku, że wielkim tego świata chodzi o stworzenie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego. Pierwsza to dążenie do wciągnięcia Polski w tę wojnę, czyli wprowadzenie Polski w rolę strony wojującej, jak to ujął Braun. Jeśli tak się stanie, to wszelkie postanowienia pokojowe, będą dotyczyły również Polski, jako strony w tym konflikcie, ale strony przegranej, a ze stroną przegraną nie dyskutuje się, tylko stawia się jej warunki. Bo chyba nikt o zdrowych zmysłach nie sądzi, że Ukraina z pomocą Polski może pokonać Rosję. Zresztą w planach reżyserów tej wojny nie ma takiej opcji. Gdyby była, to pozwoliliby na to Hitlerowi.

Druga rzecz to dążenie do nadania Ukraińcom praw wyborczych. Może tak się stać, że ci, którzy będą decydować o powojennym ładzie w tej części Europy, zechcą przeprowadzić referendum w obu państwach na temat tego, czy oba narody chcą połączenia. No bo skoro one tak się kochają, tak pomaga jeden drugiemu, tak są sobie bliskie, że to prawie jak jeden naród i jedno państwo. Wiadomo, że biedniejszy jest bardziej skłonny do tego typu fuzji, ale bogatszy, czyli Polska – nie. Gdy jednak Ukraińcy w Polsce będą przeważać, bądź stanowić zbliżoną siłę wyborczą, to wynik takiego referendum będzie przesądzony.

Jest jeszcze problem tego rosnącego zadłużenia Polski, którego nie będzie ona w stanie spłacić, nie mówiąc o Ukrainie. Jednak stworzenie nowego państwa będzie skutkowało likwidacją tamtych dwóch i tym samym ich długów. Dlatego trwa takie zadłużanie na potęgę. To oczywiście oznacza, że to nowe państwo i jej elita polityczna będą stworzone i zależne od wierzycieli tych byłych państw. Owi wierzyciele mogą umorzyć dług, ale na własnych warunkach. Na tym właśnie polega władza pieniądza i tak ją wykorzystują Żydzi do realizacji swoich celów.

Dwa narody

Na Wirtualnej Polsce, z flagą ukraińską, ale bez polskiej, więc może na Wirtualnej Ukrainie, ale nie! – nie może być „na” w odniesieniu do Ukrainy, więc w Wirtualnej Ukrainie ukazał się 27 czerwca artykuł po ukraińsku Polska może stać się państwem dwóch narodów (https://vpolshchi.pl/pol-sha-mozhe-stati-derzhavoyu-dvoh-nar-6784465994951200a). Tłumacz Google przetłumaczył go na polski. Jego treść zamieszczam poniżej, bez poprawek:

„Poparcie społeczne i udział społeczeństwa polskiego w sprawie ukraińskiej są jednoznaczne. Jednocześnie na fali entuzjazmu będziemy musieli pamiętać, jakie wielkie wyzwania czekają w takich praktycznych obszarach, jak rynek pracy, edukacja, opieka zdrowotna czy mieszkalnictwo”. – napisali. Eksperci WiseEuropa w swoim najnowszym raporcie. W raporcie eksperci postrzegają Polskę jako nowy kraj dla migrantów. Jakie wyzwania stoją przed krajem?

Polska jako nowy kraj migrantów

Rosyjska inwazja na Ukrainę 24 lutego wywołała kryzys migracyjny na niespotykaną od czasów II wojny światowej skalę. Napływ ludzi uciekających przed wojną jest imponujący, zwłaszcza w Polsce i innych krajach, które do niedawna trudno nazwać krajami migracyjnymi, piszą eksperci WiseEuropa. Fakt, że Polska przyjęła największą liczbę uchodźców z Ukrainy, tłumaczą tym, że społeczeństwo ukraińskie ukształtowało się w Polsce już przed wojną. Jednak dziesięć lat temu Polska nie była krajem imigracji, a wręcz przeciwnie, ze względu na masową emigrację do Europy Zachodniej po 2004 roku saldo migracji było wyraźnie ujemne. A skala napływu migrantów do Polski była znacznie mniejsza niż do Europy Zachodniej i niektórych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. 

Eksperci z WiseEuropa w swoim raporcie zauważają, że masowa migracja Ukraińców do Polski miała miejsce w 2014 roku, przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji na Ukrainę na pełną skalę 24 lutego. Podkreśla się, że masowy napływ migrantów odbywał się bez skoordynowanej, wspólnej polityki migracyjnej w Polsce w formie dokumentu strategicznego.

Co mają na myśli eksperci? Polityka migracyjna w Polsce często koncentruje się na ułatwieniu dostępu do rynku pracy, ale bez uwzględniania innych kwestii. Często liberalizacja jest decyzją poszczególnych instytucji, którą trudno uznać za spójną lub z długofalową wizją – mówi WiseEuropa. Osobno eksperci zwracają uwagę na problem edukacji, który może się wkrótce pojawić. W Polsce jest wiele ukraińskich dzieci i młodzieży, uczniów i studentów, którzy będą musieli w jakiś sposób kontynuować naukę.

„Napływ uchodźców z wojny z Ukrainy przyczynia się do zmiany statusu Polski z kraju przechodzącego z emigracji na imigrację. Transformacja ta jest najszybsza we współczesnej historii Europy. Należy przyjąć, że niezależnie od wyniku wojny i jej konsekwencje dla rozwoju gospodarczego Ukrainy, Polska, z wyraźną przewagą Polaków, ale z rosnącym udziałem Ukraińców” – czytamy w raporcie.

Eksperci podkreślają: Polska będzie miała zróżnicowane społeczeństwo, należy rozumieć, że jest to migracja dłuższa, a nie krótkoterminowa.

Jak zmienia się rynek pracy w Polsce

Brak wystarczającej liczby pracowników na rodzimym rynku, od kilku lat rynek pracy w Polsce coraz bardziej koncentruje się na imigrantach. W tym zakresie obowiązuje elastyczna regulacja zezwoleń na pracę czasową, pozwala ona na zatrudnienie cudzoziemca. W swoim raporcie eksperci zwracają uwagę, że większość uchodźców z Ukrainy w Polsce to kobiety. Szybko znajdują pracę. Większość z nich przyjechała bez wcześniejszego doświadczenia zawodowego w Polsce. Jednak ponad połowa z nich ma wyższe wykształcenie, a na Ukrainie byli zatrudnieni jako specjaliści, np. nauczyciele i pracownicy oświaty, pracownicy usług, handlu i tak dalej. Raport WiseEuropa stwierdza, że ​​znaczna liczba uchodźców jest zatrudniona na stanowiskach niższych niż ich specjalizacja. Tłumaczą to faktem, że prawdopodobnie migranci ci nie zdecydowali się na stałe osiedlenie się w Polsce i na lokalnym rynku pracy. Dlatego często zgadzają się na pracę, którą łatwiej jest odejść. Innym aspektem jest bariera językowa, która często jest dobrym powodem, dla którego migranci nie pracują w swojej specjalności, ale zgadzają się na pracę w innej dziedzinie.

Eksperci twierdzą, że w dłuższej perspektywie rynek pracy w Polsce się zmieni. Na przykład niektóre „męskie” zawody zostaną przystosowane do wykonywania przez kobiety. Jednak właściwe wykorzystanie potencjału migrantów wymaga pewnych rozwiązań. Oto kwestie nakreślone w raporcie WiseEuropa:

  • bariera językowa, bo wielu uchodźców nie mówi po polsku;
  • dostępne oferty pracy często różnią się od wniosków migrantów, tj. mają inne kompetencje;
  • firmy i zespoły będą musiały przyzwyczaić się do wielokulturowości, aby nie było konfliktów w zespole;
  • większość uchodźców to matki z dziećmi, ich możliwości aktywności zawodowej są dość ograniczone, ponieważ istnieje obowiązek opieki;
  • migranci często nie znają rzeczywistego stanu rynku pracy w Polsce, dlatego często godzą się na pracę przy niższych płacach i warunkach pracy.

Edukacja w Polsce ukraińskich uchodźców

Eksperci uważają, że Polska powinna dać uczniom z Ukrainy możliwość włączenia się do polskiego systemu edukacji poprzez włączenie do regularnych zajęć i powołanie wydziałów przygotowawczych od 1 września 2022 roku. „Decyzje te nie powinny być tymczasowe, ale gwarantować wystarczające finansowanie samorządom i angażować wszystkich ukraińskich studentów, a także tych, którzy przyjechali do Polski przed wojną” – czytamy w raporcie WiseEuropa.

Jedną z rekomendacji sugerowanych przez ekspertów jest kontynuacja edukacji uczniów ukraińskich w polskich szkołach z pełnym wsparciem tożsamości narodowej, czyli nowym modelem łączącym elementy systemu polskiego i ukraińskiego.

Kolejną kwestią jest uznawanie kwalifikacji ukraińskich nauczycieli. Eksperci sugerują, że powinno istnieć przejściowe zwolnienie z wymogu znajomości języka polskiego, szkolenia i zatrudniania specjalistów oraz intensywnej nauki języka polskiego.

W swoim nowym raporcie eksperci WiseEuropa zwracają również uwagę na inne, zróżnicowane obszary społeczeństwa, które zmieniają się ze względu na dużą liczbę Ukraińców w Polsce. Na przykład prawo, opieka zdrowotna, polityka integracyjna dla migrantów, rynek mieszkaniowy itp.

Vladyslav Yatsenko, dziennikarz VPolshchi

Poparcie społeczne i udział społeczeństwa polskiego w sprawie ukraińskiej są jednoznaczne.

A więc eksperci WiseEuropa wiedzą, że społeczeństwo polskie popiera to, co robi „polski” rząd w sprawie ukraińskiej. No bo jak mogło by być inaczej, skoro są to eksperci „Mądrej Europy”. Tak to działa. Tworzy się różne think tanki, zatrudnia ekspertów, których zadaniem jest oswajanie społeczeństwa z zamiarami rządu. Później media powołują się na te think tanki jako źródło wiarygodnych i poważnych analiz, a następnie, po uprzednim urobieniu społeczeństwa, przechodzi się do praktycznej realizacji rządowych planów.

Napływ ludzi uciekających przed wojną jest imponujący, zwłaszcza w Polsce i innych krajach, które do niedawna trudno nazwać krajami migracyjnymi, piszą eksperci WiseEuropa. Fakt, że Polska przyjęła największą liczbę uchodźców z Ukrainy, tłumaczą tym, że społeczeństwo ukraińskie ukształtowało się w Polsce już przed wojną. 

Skoro społeczeństwo ukraińskie w Polsce ukształtowało się jeszcze przed wojną, to oznacza, że to nie wojna była przyczyną napływu tylu Ukraińców. A czy bez wydatnej pomocy rządu i różnego rodzaju ulg zachodnie korporacje zatrudniałyby ich tak chętnie?

Eksperci podkreślają: Polska będzie miała zróżnicowane społeczeństwo, należy rozumieć, że jest to migracja dłuższa, a nie krótkoterminowa.

To oznacza, że nie będzie to żadna dłuższa migracja, tylko przesiedlenie, a zróżnicowane społeczeństwo, to brak asymilacji. Zresztą przy tak wielkim napływie obcej ludności i ich uprzywilejowaniu asymilacja nie jest możliwa.

 W swoim raporcie eksperci zwracają uwagę, że większość uchodźców z Ukrainy w Polsce to kobiety.

Chodzi tu młode kobiety z dziećmi. W praktyce oznacza to, że za jedno pokolenie, czyli za 25 lat, będzie to już nowe społeczeństwo, bo polskie, starzejące się, powoli wymiera, a wielu młodych wyjechało za granicę.

Eksperci uważają, że Polska powinna dać uczniom z Ukrainy możliwość włączenia się do polskiego systemu edukacji poprzez włączenie do regularnych zajęć i powołanie wydziałów przygotowawczych od 1 września 2022 roku. „Decyzje te nie powinny być tymczasowe, ale gwarantować wystarczające finansowanie samorządom i angażować wszystkich ukraińskich studentów, a także tych, którzy przyjechali do Polski przed wojną” – czytamy w raporcie WiseEuropa.

Decyzje te nie powinny być tymczasowe, czyli powoli przejmujemy bazę polskiego systemu edukacji. Nie ma znaczenia, że wojna skończy się za jakiś czas. Działania są długofalowe i mają zupełnie inny cel niż oficjalne deklaracje.

Jedną z rekomendacji sugerowanych przez ekspertów jest kontynuacja edukacji uczniów ukraińskich w polskich szkołach z pełnym wsparciem tożsamości narodowej, czyli nowym modelem łączącym elementy systemu polskiego i ukraińskiego.

A więc szykuje się nam nie tylko przejęcie bazy polskiego systemu edukacji, ale również modyfikacja jego programu, a w konsekwencji jego zmiana na ukraiński, no bo czym jest wsparcie tożsamości narodowej, jak nie stopniową zamianą jednej tożsamości na drugą? Kto kontroluje edukację, ten kontroluje przyszłość i modeluje przyszłe społeczeństwo.

Ten artykuł to bardzo ogólnikowe omówienie tego raportu, który jest bardzo obszerny i jest zatytułowany Gościnna Polska 2022+ z podtytułem: Jak mądrze wesprzeć Polskę i Polaków w pomocy osobom uciekającym przed wojną w Ukrainie? (https://wise-europa.eu/wp-content/uploads/2022/06/Raport-Goscinna-Polska-2022.pdf). Plus przy roku 2022 sugeruje, że to ma być gościnna Polska na lata.

We wprowadzeniu redaktorzy projektu Maciej Bukowski i Maciej Duszczyk piszą m.in.:

„Wreszcie kluczowym wyzwaniem w dłuższym okresie będzie zapobieganie konfliktom, jakie mogą zaistnieć między Ukraińcami a Polakami a także między poszczególnymi grupami Ukraińców. Tak duży napływ cudzoziemców w krótkim czasie oddziałuje bowiem na codzienne życie społeczeństwa przyjmującego – zarówno obywateli Polski jak i imigrantów przebywających już w Polsce od dawna, co może powodować konflikty. W krótkim okresie, ze względu na wyjątkowość sytuacji wojennej, można ich łatwo uniknąć, jednak napięcia z pewnością pojawią się z czasem, narastając zwłaszcza w niektórych – szczególnie wrażliwych – obszarach. W szczególności osoby korzystające z usług publicznych świadczonych przez samorządy mogą doświadczyć pogorszenia się poziomu życia ze względu na obecność znacznej liczby uchodźców wojennych, którzy również będą mogli korzystać ze wsparcia państwa. Podobna sytuacja może mieć również miejsce na rynku pracy, z możliwymi negatywnymi skutkami, zwłaszcza na poziomie lokalnym. Ryzyka te należy identyfikować, monitorować i rozwiązywać za pomocą odpowiednio dostosowanych polityk publicznych, w tym kampanii komunikacyjnych. Obszar ten jest przedmiotem zainteresowania rozdziałów siódmego i ósmego.”

W krótkim okresie, ze względu na wyjątkowość sytuacji wojennej, można ich łatwo uniknąć, jednak napięcia z pewnością pojawią się z czasem, narastając zwłaszcza w niektórych – szczególnie wrażliwych – obszarach.

Skoro napięcia pojawią się z czasem, to znaczy, że autorzy raportu doskonale zdają sobie sprawę z faktu, że przyjmowanie Ukraińców w Polsce nie jest tymczasowe i że w pewnym momencie Polacy w swojej masie zorientują się, że stają się obywatelami trzeciej kategorii. Jednak sami Polacy, jako masa, nie zorganizują się. Ktoś będzie musiał ich poprowadzić. Autorzy raportu zapewne wiedzą, że tacy ludzie są już do tych funkcji przygotowywani i stąd ich pewność, że tak będzie.

W szczególności osoby korzystające z usług publicznych świadczonych przez samorządy mogą doświadczyć pogorszenia się poziomu życia ze względu na obecność znacznej liczby uchodźców wojennych, którzy również będą mogli korzystać ze wsparcia państwa. Podobna sytuacja może mieć również miejsce na rynku pracy, z możliwymi negatywnymi skutkami, zwłaszcza na poziomie lokalnym.

Tu autorzy raportu wyraźnie piszą, kto będzie miał pierwszeństwo w dostępie do usług samorządowych i do rynku pracy. Tak więc budowa państwa ukraińskiego w Polsce i wymiana Polaków na Ukraińców trwa od lat, a tocząca się wojna tylko przyspieszyła ten proces. To jest działanie metodą faktów dokonanych. Nawet jeśli ta wojna skończy się za jakiś czas, to ci ludzie już tak będą zakorzenieni w tej, już wtedy, ukraińskiej rzeczywistości, że o ich powrocie na Ukrainę nikt nawet nie wspomni.

Najbardziej charakterystyczne w całej tej propagandzie, w której już otwarcie mówi się o unii polsko-ukraińskiej, wspólnym państwie, jest to, że wszędzie pojawiają się ukraińskie flagi, a polskich brak, wszędzie mówi się o problemach Ukraińców, a o problemach Polaków – wcale. Nawet raport tych ekspertów jest w tonacji niebiesko-żółtej, a bieli i czerwieni nie ma. To chyba najlepszy dowód ku czemu to zmierza.

Krok po kroku

Po drugiej wojnie światowej, po zmianie granic i masowych przesiedleniach ludności z Kresów, zamieszkałych w zdecydowanej większości przez mniejszości narodowe, Polska, zwana PRL-em, nadal była państwem o znacznym ich odsetku. Była to ludność ukraińska, dodatkowo rozproszona po kraju po akcji „Wisła”, białoruska, litewska, niemiecka i żydowska. Jednak władze PRL-u wmawiały ludziom, że PRL to kraj jednolity narodowo i wyznaniowo. Jakiś cel w tym miały. Wszystko wskazuje na to, że wykorzystały pewną, znaną skądinąd ideologię: jeden naród, jedno państwo, jeden przywódca (jedna partia). To oczywiście nie zmieniało faktu, że te mniejszości były, miały swoje organizacje, towarzystwa kulturalne itp. Jednak tego nie nagłaśniano, raczej wyciszano. Wygląda więc na to, że ustrojem PRL-u był narodowy socjalizm.

Wszystko się zmieniło po 1989 roku i nagle okazało się, że te mniejszości są, co więcej, okazało się, że należą się im szczególne prawa z racji bycia mniejszościami. To, że wszyscy ci ludzie byli obywatelami tego państwa i mieli takie same prawa, jak pozostali, to nie wystarczało. Trzeba było ich uprzywilejować. A uprzywilejowanie, czasem nawet symboliczne, skłóca. I o to chodzi.

Dziś mamy już zupełnie inną sytuację i „polski” rząd otwarcie realizuje, zapowiadaną już od jakiegoś czasu, akcję tworzenia z Ukraińców polskiej inteligencji. W praktyce sprowadza się to do tworzenia w Polsce państwa ukraińskiego. Krok po kroku, powoli, ale konsekwentnie.

W dniu 29 czerwca ukazał się na Interii artykuł Lwowska drużyna wystąpi w lidze polskiej. Wiemy gdzie zagra (https://sport.interia.pl/siatkowka/ekstraklasa-mezczyzn/news-lwowska-druzyna-wystapi-w-lidze-polskiej-wiemy-gdzie-zagra,nId,6124073). Poniżej jego treść:

»Nigdy wcześniej w sięgającej początku XXI wieku historii PlusLigi nie wystąpił w niej zespół zagraniczny. Klub Barkom-Każany Lwów będzie pierwszym. Ukraińscy siatkarze wystąpią w krakowskiej hali Hutnika, na najważniejsze mecze mają się przenieść do TAURON Areny.

Plotki dotyczące występów klubu ze Lwowa w polskiej lidze siatkówki krążyły już od jakiegoś czasu zarówno w Polsce jak i w Ukrainie. Głośno było o tym przed poprzednim sezonem 2021/22, gdy mówiono o tym, że lwowianie za rok dołączą do PlusLigi.

W marcu 2022 r., niecały miesiąc po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, władze ligi siatkówki oficjalnie potwierdziły udział klub Barkom- Każany Lwów w polskich rozgrywkach, które zostaną poszerzone z 14 do 16 zespołów.

Barkom-Każany Lwów zagra w rozgrywkach siatkarskiej PlusLigi

Mamy wyjątkowy czas, wspólnie uznaliśmy że nasi ukraińscy przyjaciele spełniają wymogi i jednocześnie zasługują na nasze wsparcie oraz solidarność – powiedział prezes zarządu Polskiej Ligi Siatkówki, Artur Popko, cytowany w oficjalnym komunikacie.

Właśnie ogłoszono terminarz PlusLigi na sezon 2022/23. Drugim obok lwowskiego beniaminkiem będzie BBTS Bielsko-Biała. W zaplanowanej na pierwszy weekend października 1. kolejce bielszczanie zmierzą się u siebie z Cuprum Lubin, a Barkom-Każany na wyjeździe z Treflem Gdańsk. No dobrze, a gdzie będzie występowała drużyna ze Lwowa w roli gospodarza? Lwów jest położony z dala od frontu działań wojennych, jednak rosyjscy agresorzy kilkukrotnie wystrzelili rakiety w miasto leżące tuż obok polskiej granicy. Niestety, kilka z nich dosięgło celu, nie jest bezpiecznie. 

Udało nam się uzyskać informację, że lwowiacy wystąpią w hali Hutnika Kraków, dodatkowo na stronie TVP Sport czytamy, że na najważniejsze mecze drużyna może przenieść się do TAURON Areny. To będzie spora atrakcja dla krakowskich kibiców, od powstania PlusLigi dwie dekady temu żadna drużyna z tego miasta nie uczestniczyła w jej rozgrywkach.«

Autor artykułu dokonał pewnego psychologicznego zabiegu, a mianowicie, nie napisał „ukraińska drużyna” tylko „lwowska drużyna”, odwołując się do emocji wielu Polaków. Lwów odegrał wyjątkową rolę po odzyskaniu przez Polskę niepodległości po pierwszej wojnie światowej. Dostarczył wykwalifikowanych kadr, ludzi, którzy rozjeżdżali się po całym kraju, by organizować i budować nowe państwo. Jednak II wojna światowa zlikwidowała polski Lwów. Obecnie jest to już inne miasto i inni ludzie tam mieszkają. Nie ma powrotu do przeszłości. Polskiego Lwowa już nie będzie, a Kraków powoli staje się ukraińskim miastem, zresztą nie tylko Kraków.

Można chyba bez przesady powiedzieć, że Jałta stanowiła gwóźdź do trumny narodu polskiego. Jej skutki były o wiele gorsze niż unii lubelskiej. Po niej nastąpiło zdominowanie nowego państwa przez potężnych feudałów z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz migracja części ludności polskiej na wschód. I ten naród gdzieś tam rozrzedzał się w tych bezkresnych przestrzeniach wschodu. Nie było jednak, poza nieliczną elitą WKL, migracji ze wschodu do Korony. Dopiero masowe przesiedlenia po II wojnie światowej zmieniły diametralnie strukturę ludności w tej nowej Polsce. Nie było tak, że przesiedlono tylko Polaków. A może nawet było tak, że przesiedlono przeważnie ludność niepolską, bo przecież mnóstwo Polaków pozostało na Kresach. To nowe państwo, czyli PRL, nie było więc państwem jednolitym etnicznie. III RP wpisała się w ten model. No bo jak wytłumaczyć fakt, że ten niby polski rząd robił wszystko, by utrudniać Polakom z Kazachstanu powrót do kraju. Przecież polski rząd tak nie zachowałby się i nie wydawałby tysiącami polskich paszportów Żydom z Izraela i nie sprowadzałby milionami Ukraińców, którzy nie uciekali przed wojną, bo wszyscy oni pochodzą z trenów, które nie są objęte działaniami wojennymi.

Jeśli więc Ukraińcy są tak ochoczo przyjmowani w tym kraju i goszczeni przez wielu, to wypada zadać sobie pytanie: Kim są ci ludzie, którzy tak się zachowują? Polakami? A może Polakami ukraińskiego pochodzenia albo Ukraińcami z polskim obywatelstwem. Jeśli uwzględnimy przesiedlenia po II wojnie światowej, akcję „Wisła”, napływ paru milionów Ukraińców po 2014 roku i paru milionów po 24-tym lutego tego roku, to może się okazać, że tzw. mniejszość ukraińska w Polsce nie jest żadną mniejszością tylko większością. Może więc niepotrzebnie niektórzy denerwują się, że Polacy są tacy naiwni czy głupi, że są tak pomocni i życzliwi Ukraińcom, że nawet śpiewają z nimi „Czerwoną Kalinę”. Być może nawet są tacy, ale większość, to prawdopodobnie obywatele polscy ukraińskiego pochodzenia. Teraz dopiero wychodzi szydło z worka.

Taka akcja, podmiany społeczeństwa, nie byłaby możliwa, gdyby nie przesiedlenia po II wojnie światowej, które diametralnie zmieniły strukturę społeczeństwa, które nazywa się polskim. Takie coś jest możliwe, bo państwo polskie jest zdominowane przez różnego rodzaju mniejszości. Oczywiście kierują tym wszystkim Żydzi, ale wysługują się również mniejszościami, ostatnio najaktywniej Ukraińcami.

I RP była państwem multi-kulti, ale dotyczyło to elit władzy, szlachty, magnaterii. Zaczęło się od unii horodelskiej z 1413. W celu powiązania feudałów litewskich z polskimi, 47 rodzin możnowładców i szlachty polskiej przyjęło do swych herbów 47 rodzin panów i bojarów litewskich. Od unii lubelskiej (1569) zaczęła się dominacja potężnych feudałów z WKL, z których wielu, jeśli nie wszyscy, byli już pełnoprawnymi szlachcicami polskimi. Trudno więc dziwić się, że w XIX wieku wybuchały idiotyczne powstania, a później to najbardziej kretyńskie – warszawskie, skutkujące zburzeniem miasta. A co tam! Zburzę miasto i wyjadę na emeryturę do Kanady, jak było w przypadku tego, który poprzez zburzenie tego miasta chciał poruszyć sumienie świata. Sumienia świata nie poruszył, a pozostawił po sobie tylko ruiny i zgliszcza. Tak mógł postąpić tylko człowiek, który miał bardzo luźny związek z tym państwem, a ludzie w nim mieszkający byli mu zupełnie obojętni, może nawet obcy.

Jest więc Polska krajem, którego nie tylko elity są od wieków obce, ale też jej społeczeństwo jest mocno wymieszane od czasów powojennych przesiedleń. Jednak tym, którzy za to odpowiadają, jest jeszcze za mało. Zapragnęli totalnego zmarginalizowania Polaków. Nie ma bardziej stosownego do tego pretekstu jak wojna. Wojna usprawiedliwia masowe przesiedlenia i dlatego sztucznie wykreowano konflikt rosyjsko-ukraiński. Ja oczywiście nie neguję, że przy jego okazji załatwia się jeszcze wiele innych spraw, jak choćby potęgowanie światowego kryzysu, ale to jest główny powód wywołania tej wojny – zmarginalizowanie Polaków i zastąpienie ich Ukraińcami.

Jest tylko jedno pytanie, na które nie potrafię sobie odpowiedzieć: Skąd u Żydów taka nienawiść do Polaków, a pobłażliwość wobec Ukraińców, którzy dokonywali na nich w przeszłości wielu na szeroką skalę zakrojonych pogromów, których na taką skalę w Polsce nigdy nie było?

Ukraińska Republika Radziecka

Wojna na Ukrainie trwa i nic nie wskazuje na to, by szybko skończyła się. Pompowanie w to upadłe państwo dziesiątek miliardów dolarów trwa w najlepsze. Wsparcie idzie z Ameryki i z Europy. Nie pierwszy to raz tak się dzieje. Różnica polega na tym, że poprzednio budowano, a teraz niszczy się. Adolf Nowaczyński w książce z 1934 roku Plewy i perły tak opisywał wcześniejszy eksperyment:

»Dwie ciekawe książki, godne polecenia dla tych wszystkich nielicznych, którzy nie zapomnieli jeszcze do cna, że istnieje nie tylko daleki Wschód, ale i bliski.

Francuska: Le probleme de l’interpendence de l’Ukraine et de la France (Problem współzależności Ukrainy i Francji), 1931. Autor: deputowany Emanuel Evain, członek parlamentarnej komisji dla spraw zagranicznych. Przedmowa E. Soulier.

Sowiecka, ale w niemieckim języku wydana książka przez charkowskie biuro „zur Förderung der kulturellen Verbindungen mit dem Ausland(promowanie więzi kulturalnych z zagranicą) pod tytułem: „Der ökonomische, soziale und kulturelle Aufbau der ukrainischen Räte-Republik(Struktura gospodarcza, społeczna i kulturalna ukraińskiej Republiki Rad), 1931.

Propaganda co się zowie. A jak daleko w ogóle sięga i jakie przybrała rozmiary, tego jeszcze inne dowody także, że np. w Ameryce… w Milwaukee wychodzi słownik ukraińsko-angielski: „Pocket Dictionary of Ukrainian-English”… a w Nowym Jorku jako osobny przedruk z „Ukrainian Review” broszura nieprzyjemna: „Western-Ukraine under Polish Yoke:(jarzmem)

Jest ich dużo tych Ukraińców i zaczynają się mocno krzątać po świecie. Co się to i dziwić? Jeżeli w Wielkiej Brytanii zaczynają rościć pretensje autonomiczne i Szkocja, i Walia, jeżeli wyspa Malta chce zrzucić swoje „jarzmo”, to tym zaraźliwym ruchem (mocno zatrącającym masowymi psychozami) przejmują się łatwo i inni. Równocześnie i równolegle narodowościowe ruchy centrypetalne i centryfugalne: paneuropa, panislamizm, panamerykanizm, pansemityzm… I wprost przeciwnie: Islandia chce oderwać się od Danii, Ulster od Irlandii. Malta chce być niezależną itp.

O Ukrainie sowieckiej często się dowiadujemy to i owo z telegramów agencji ATE. Ale bywały to przeważnie tak zwane „nowiny tatarskie”, zawsze Hiobowe i alarmistyczne. A to bunty, a to głody, a to mordowania komisarzów ludowych, a to nieurodzaj na zboże i pomór na bydło. Jako próbkę sugestii dajemy taki telegram jeszcze z zeszłego roku:

„LONDYN, 25.11. (ATE) – W angielskich kołach handlowych wielkie wrażenie wywołały obszerne raporty i sprawozdania otrzymane przez angielską izbę handlową od przedstawicieli firm angielskich, handlujących z Sowietami. Według nadesłanych sprawozdań Sowiety nie są w stanie opanować anarchii, jaka wytworzyła się na Ukrainie, gdzie role tzw. „kułaków” odgrywają obecnie kolektywy rolne, sprzeciwiające się dostarczaniu zboża. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy sytuacja na Ukrainie uległa od dawna nienotowanemu zaostrzeniu. Napady terrorystyczne i zabójstwa komunistów zdarzają się prawie codziennie w rozmaitych okręgach. Wzmogła się wśród ludności propaganda oddzielenia Ukrainy od Sowietów”.

Otóż takich i tym podobnych telegramów ATE, czytało się już sporo powtarzanych raz po raz. A że się obietnice nie bardzo spełniały, więc nie sposób nie odnosić się do tego chronicznego… „oddzielenia” się od USSR z pewnym sceptycyzmem.

Raczej też pouczać się z nowych publikacji choćby i propagandowych czy przyjacielskich (Evain).

Sowiecka „Kanada”, składająca się z dziewięciu dawnych guberni małoruskich, podzielona jest obecnie na 365 rejonów. Ukraińcy przeważają zwartą masą jednolitą w 80 proc. Rosjan na obszarze USSR jest dwa miliony, Niemców pół miliona, Polaków 550 000, a zwartą masą w 70 proc. w tzw. „rejonie Marchlewskiego” ze „stolicą” Zwiachlem. Żydów 7 proc., ale ich się systematycznie wysiedla. Poza obszarem USSR zostali Ukraińcy jeszcze w dawnej guberni Woronezkiej i w obszarze Donieckim. Restów nie jest portem ukraińskim. Wschodni Donbas też nie należy do USSR. Centralą władz administracyjnych i militarnych jest Charków, stolicą kulturalną, obyczajową, literacką, artystyczną Kijów.

Ukraina Sowiecka jest jedną z najbogatszych, jeżeli nie najbogatszą w swych głębinach ziemią na naszej planecie. W jej łonie złożone są skarby nad skarbami. Oczywiście przede wszystkim czarnoziem, po czym węgiel, nafta, rtęć, żelazo, cynk, mangan, grafit, sól, fosforyty, kaolin, glina fajansowa i jeszcze rozmaite metale, jakich tylko człowiek zapragnie. Klimat dla cukru i tytoniu idealny. Trzy „strumyki”: Dniepr, Dniestr, Bug.

Do tego wszystkiego przybyło w ostatnich latach: poprawiona i najgęstsza w Sowietach sieć kolejowa. Dalej: rozbudowa Donbasu i portu w Odessie, dalej: Dnieprostrój to jest największa na całym świecie hiperamerykańska hydrocentrala i tama rzeczna. Dalej: Magnitogorsk, to jest największy w Europie piec dla żelaza. Dalej: fabryka traktorów w Charkowie, druga z rzędu pod względem produkcji maszyn na świecie. To już jest gotowe. „Robią się zaś przedsięwzięcia jeszcze inne, na dość olbrzymią skalę, służące do wzmożenia przemysłu metalurgicznego i chemicznego do granic w Europie niebywałych. Wszystko z pomocą i pod kierunkiem Europejczyków i Amerykanów z państw ultrakapitalistycznych. Wszystko kosztem czasowej (podobno) degradacji materiału ludzkiego i roboczego do poziomu Asyryjczyków, Egipcjan i… prostych cyfr… numerów… jak w „Sing-Singu”… człowiek numer 1737, kobieta numer 7345…

W każdym atoli razie duży rozwój i rozrost potęgi w USSR skonstatować się daje. Różne książki i dzieła, a tu i ówdzie, korespondencje w pismach mówią o tym wyraźnie. Kiereński twierdzi, że (od czasu jego wyjazdu) to tylko fikcja i bluff… Ale procent bluffu, fikcji, przesady, megalomanii i imponowania Europie (dognać i przegnać) nie jest jednakże tak wielki, żeby te wszystkie sukcesy należało ignorować i ich nie widzieć. Tym bardziej, że jak gospodarczo, tak i kulturalnie w USSR poziom podniósł się wydatnio. Przymus szkolny już wydał swe rezultaty. Analfabetów w USSR nie ma. Ławra Peczerska zamieniona na Muzeum Narodowe Ukraińskie. Duży pono rozkwit literatury, dramatu, malarstwa, muzyki, cztery wielkie teatry operowe, dużo szkół specjalnych, laboratoriów.

Że są wielkie kłopoty, komplikacje i awantury z kołchozami, sowchozami, kolektywizacją agrarną, kampaniami zbożowymi, mechanizacją, maszynizacją uprawy roli i chlebozagotówkiem, to też nie ulega żadnej wątpliwości. Że bywają lokalne borby z kułakami, psucie traktorów i obrabiarek, tu i ówdzie głód, a tam strzelanina to także prawda.«

x

Co z tego wynika? Wynika to, że państwa kapitalistyczne: Ameryka i kraje Europy zachodniej, wtłoczyły niewyobrażalną ilość pieniędzy w ZSRR, czyli ideologicznego przeciwnika, a więc wroga. Zrobiły tak, mając pełną świadomość, że dług ten nigdy nie zostanie spłacony. Wydawać więc by się mogło, że było to jakieś działanie bez sensu. Jednak tak nie było. To tylko z punktu widzenia przeciętnego człowieka wygląda tak, że on swój dług musi spłacić, bo jeśli – nie, to zostanie zlicytowany.

W przypadku państw jest inaczej. Państwa nie bankrutują, ale stają się zakładnikami międzynarodowego kapitału. Chyba nikt zdroworozsądkowo myślący nie ma wątpliwości, że Związek Radziecki nie spłacił swoich długów. I prawdopodobnie wcale nie musiał, bo państwem tym rządzili Żydzi, podobnie jak i pozostałymi. Chodziło tylko o to, by słabo rozwinięte państwo, jakim była Rosja carska, przekształcić w państwo dysponujące potężnym przemysłem, by takie państwo mogło przeciwstawić się innemu państwu, w które również międzynarodowy kapitał wtłoczył mnóstwo pieniędzy. Tylko przy względnej równowadze sił konflikt pomiędzy takimi państwami może trwać długo i skutecznie wyniszczać walczące strony. Dokładnie ten sam schemat działania zastosowano obecnie na Ukrainie. Bez pomocy Ameryki i unii europejskiej Ukraina nie miałaby szans na przedłużanie tej wojny na czas nieokreślony. Ale bez odpowiedniego zachowania Rosji, czyli zaangażowania tylko części swojego potencjału wojennego, również ten scenariusz nie byłby możliwy do realizacji. Dobry reżyser, jak widać, zadba o wszystko i ma zapewne w zanadrzu alternatywne scenariusze.

Jeśli więc Związek Radziecki nie spłacił swojego przedwojennego długu, to tym bardziej nie spłacił go powojenny Związek Radziecki, oddzielony od Zachodu żelazną kurtyną. Zapewne nie zrobiła tego po 1990 roku Rosja, bo zgodziła się na rozszerzenie NATO na kraje Europy środkowej, pomimo że amerykańscy prezydenci obiecywali Gorbaczowowi, że tego nie uczynią. A skoro tak, to musiała zgodzić się na wejście do wojny z Ukrainą pod pretekstem zagrożenia swojego bezpieczeństwa z uwagi na możliwość rozmieszczenia pocisków nuklearnych bezpośrednio przy jej granicy. Ale Chiny i Korea Północna też posiadają broń jądrową i graniczą z Rosją. Że Chiny dziś współpracują z Rosją? Dziś tak, a w przyszłości może być różnie. A i w przeszłości relacje rosyjsko-chińskie nie zawsze były sielanką.

Skąd te wszystkie państwa mają pieniądze na tę wojnę na Ukrainie? Ano zadłużają się u międzynarodowego kapitału, czyli u Żydów. A oni skąd mają pieniądze? Oni je drukują, a obecnie druk ten jest coraz częściej zastępowany elektronicznym kreowaniem pieniądza. Ktoś, kto ma monopol na ten proceder, nie martwi się tym, że jakieś państwo, samorząd czy firma nie spłaci długu. Ten ktoś dodrukuje sobie nowych pieniędzy, a ci wszyscy dłużnicy staną się niewolnikami tego, od kogo pożyczyli. Tak więc pieniądz jest narzędziem, które umożliwia Żydom uzależnianie od siebie wszystkich pozostałych nacji i państw. Jest on dla nich tylko narzędziem, a nie – celem samym w sobie, tak jak dla innych nacji, którym Żydzi to wmówili, we własnym zresztą interesie.

No to teraz jest już chyba jasne, skąd „polski” rząd ma pieniądze na pomoc wojskową dla Ukrainy i na utrzymywanie w Polsce kilku milionów Ukraińców. Oba państwa są już tak zadłużone, że zgodzą się na wszystko. Ukrainę zrujnowała wojna, a Polskę – tworzenie nowego społeczeństwa i pomoc Ukrainie walczącej z Rosją. Nie jest to jednak wynik głupoty rządów obu państw, tylko wynik ich świadomego działania. W obu państwach rządzą Żydzi i realizują cel światowego żydostwa, które chce nowego porządku w Europie wschodniej i konsekwentnie do tego dąży.

Rozpad unii?

Wojna to „wspaniały” wynalazek. Nic tak nie zmienia rzeczywistości jak ona, nic tak nie usprawiedliwia wielu zmian, które nie byłyby możliwe, gdyby nie wojna. Świat po wojnie na Ukrainie będzie zupełnie inny, szczególnie w Europie środkowej i wschodniej, która tym różni się od Europy zachodniej, że granice państwowe w niej nigdy nie były stałe, co w praktyce oznaczało, że i państwa nie były trwałe. Powstawały i znikały, wchłaniane przez potężniejsze. Szczególnie dotyczyło to obszaru Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Europa zachodnia ma takie niezmienne granice od setek lat. Może więc nie przypadkiem miejsce konfliktu jest w Europie wschodniej. Może więc nie przypadkiem państwa Europy środkowej i wschodniej zostały przyjęte do unii europejskiej. Ten podział, prędzej czy później, musiał zaowocować rozłamem, a słabsze państwa musiały szukać sobie potężniejszego protektora. Tylko czy to wszystko, czego obecnie doświadczamy, dzieje się spontanicznie, czy może wyreżyserował to jakiś utalentowany reżyser? Oto jest pytanie!

Na portalu Zerohedge ukazał się 23 czerwca artykuł Ukraine War Blows Up EU’s Superpower Delusion – Wojna na Ukrainie dowodzi, że mocarstwowość Unii Europejskiej jest iluzją (https://www.zerohedge.com/geopolitical/ukraine-war-blows-eus-superpower-delusion).

»Przywódcy Francji, Niemiec i Włoch wspólnie odwiedzili Ukrainę, próbując przedstawić jednolity europejski front w sprawie wojny rosyjsko-ukraińskiej. Jednodniowa wizyta była bogata w formie, ale uboga w treść: jedność europejska pozostaje iluzją.

Kiedy rosyjski prezydent Władimir Putin rozpoczął inwazję na Ukrainę 24 lutego, Unia Europejska odpowiedziała następnego dnia pakietem bezprecedensowych sankcji gospodarczych mających na celu izolację Rosji.

UE, chwalona za okazanie „determinacji, jedności i szybkości” w odpowiedzi na działania Putina, stanęła w obliczu przemian, dzięki którym będzie odgrywać rolę „geostrategicznego aktora” na scenie globalnej. Jeden z obserwatorów stwierdził, że UE stała się „głównym geopolitycznym protagonistą” i że Europa „odkryła, że jest supermocarstwem”.

21 marca, niecały miesiąc po inwazji Rosji na Ukrainę, europejscy urzędnicy ogłosili ambitny plan osiągnięcia przez UE „strategicznej autonomii”, mający na celu zrównanie liczącego 27 państw bloku z Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Jego oczywistym celem było umożliwienie „suwerennej” UE działania niezależnie od Stanów Zjednoczonych i Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) w sprawach obrony i bezpieczeństwa. Ten plan jest teraz w rozsypce.

W miarę jak wojna się przeciągała, jedność europejska załamywała się, a wysiłki zmierzające do przekształcenia Unii Europejskiej w europejskie superpaństwo — Stany Zjednoczone Europy — okazały się być tym, czym są: złudzeniami wielkości.

Największe państwa członkowskie UE — Francja i Niemcy — starały się uspokoić Putina kosztem suwerenności Ukrainy. Prezydent Francji Emmanuel Macron, największy zwolennik europejskiej autonomii strategicznej, twierdzi, że Putin nie powinien być „upokarzany”, a nawet wezwał Ukrainę do ustępstw terytorialnych, aby pomóc rosyjskiemu dyktatorowi zachować twarz.

Tymczasem premier Niemiec Olaf Scholz z niejasnych powodów uparcie odmawia dostarczenia Ukrainie broni, której ona potrzebuje do obrony przed rosyjską agresją.

Niemiecko-francuska uległość rozwścieczyła większość członków UE i NATO z Europy Środkowej i Wschodniej. Słusznie obawiają się oni, że jeśli imperialne ambicje Putina nie zostaną na Ukrainie powstrzymane, to one będą następnym celem.

Rosyjski odwet i niejednomyślna reakcja UE spowodowały wyraźną zmianę w układzie sił bloku w kwestiach bezpieczeństwa. Francja i Niemcy od dawna przypisują sobie faktyczne przywództwo w UE — i oczekują, że inne państwa członkowskie dostosują się do nich. Niepowodzenie Paryża i Berlina w tym względzie w obliczu agresji Putina stworzyło próżnię przywódczą UE, którą wypełniły Polska, kraje bałtyckie i inne dawne kraje komunistyczne. Powrót do przedwojennego status quo wydaje się mało prawdopodobny.

Inwazja Putina na Ukrainę podkreśliła niezbędność Stanów Zjednoczonych i NATO dla europejskiej obrony i bezpieczeństwa. Francja i Niemcy, nie broniąc najbardziej podstawowych wartości zachodnich, podważyły swoją wiarygodność i zaufanie. Można oczekiwać, że inne państwa członkowskie UE będą zdecydowanie sprzeciwiać się wszelkim wysiłkom na rzecz rozwoju niezależnego europejskiego potencjału wojskowego, który podważa sojusz transatlantycki.

Poniżanie Putina

W szczególności Macron i Scholz wielokrotnie starali się przypodobać Putinowi. Obaj na przykład odbyli liczne indywidualne rozmowy telefoniczne z rosyjskim przywódcą – rozmowy, które inne państwa członkowskie UE skrytykowały jako kontrproduktywne, ponieważ takie rozmowy mogą przekonać Putina, że może zakończyć tę wojnę na własnych warunkach. Po jednym takim telefonie 13 maja Scholz wezwał do zawieszenia broni na Ukrainie, ale nie zażądał, aby Rosja natychmiast wycofała wszystkie swoje wojska z terytorium Ukrainy.

Według niemieckiej gazety Welt am Sonntag Niemcy, mimo wielokrotnych obietnic, nadal nie przekazały Ukrainie ani jednej sztuki ciężkiej broni. Niektórzy mówią, że Scholz gra na zwłokę. Niemiecki magazyn informacyjny Der Spiegel doniósł niedawno, że Scholz odmawia wypowiedzenia słów „Ukraina musi wygrać”, ponieważ uważa, że Ukraina nie może odnieść zwycięstwa.

Inni uważają, że niemiecki kanclerz czeka na zakończenie wojny, aby niemiecki przemysł mógł wznowić współpracę z Rosją. Zdaniem wszystkich ekspertów politycznych, rozterka Scholza, niezależnie od motywacji, poważnie nadszarpnęła wiarygodność Niemiec. Scholz wydaje się niezdolny lub niechętny do przyznania, po lekcjach brytyjskiego ułagodzenia Adolfa Hitlera w latach 30. XX wieku, że jeśli Putin wygra na Ukrainie, może skierować swój wzrok na Europę.

Tymczasem Macron uparcie trzymał się koncepcji przekształcenia UE w suwerenne superpaństwo. Podczas przemówienia w Parlamencie Europejskim 9 maja francuski prezydent wezwał do zbudowania „silniejszej i bardziej suwerennej Europy”, która może stać się „panem własnego losu”. Dodał, że wojna na Ukrainie „nie może odwracać naszej uwagi od tego programu”.

Macron, który udzielał Ukrainie wsparcia militarnego, ostrzegał też przed upokarzaniem Putina i wzywał do porozumienia z Rosją „w celu zbudowania nowej równowagi bezpieczeństwa” w Europie. Zostało to szeroko zinterpretowane jako wezwanie Ukrainy do ustępstw terytorialnych wobec Putina.

3 czerwca Macron powtórzył swoje ostrzeżenie o upokorzeniu Putina. W rozmowie z francuskimi mediami powiedział:

„Nie wolno nam upokarzać Rosji, tak aby po zakończeniu walk dojść do porozumienia kanałami dyplomatycznymi. Jestem przekonany, że rolą Francji jest bycie siłą pośredniczącą”.

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kuleba odpowiedział:

„Wezwania do uniknięcia upokorzenia Rosji mogą tylko upokorzyć Francję. Wszyscy lepiej skoncentrujmy się na tym, jak powstrzymać Rosję. To przyniesie pokój i ocali życie wielu ludziom”.

Prezydent Polski Andrzej Duda w rozmowie z niemiecką gazetą Bild powiedział, że rozmowy telefoniczne z Putinem przypominały rozmowy z Adolfem Hitlerem:

„Jestem zdumiony wszystkimi rozmowami, które w tej chwili prowadzą z Putinem Kanclerz Scholz i prezydent Emmanuel Macron. Te rozmowy są bezużyteczne. Co oni robią? Legitymują jedynie osobę odpowiedzialną za zbrodnie popełnione przez armię rosyjską na Ukrainie. Władimir Putin odpowiada za to. Podjął decyzję o wysłaniu tam wojsk. Dowódcy są mu podporządkowani. Czy ktoś tak rozmawiał z Adolfem Hitlerem podczas II wojny światowej? Czy ktoś powiedział, że Adolf Hitler musiał ratować twarz? Że powinniśmy postępować w taki sposób, aby nie upokarzało to Adolfa Hitlera?”

John Chipman, szef londyńskiego Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych, napisał na Twitterze:

Koniec francuskiej wyjątkowości. Kiedy już uznasz, że jesteś mediatorem między dobrem a złem, dni świetności się skończyły.

„Ratowanie twarzy” jest słabym celem dyplomatycznym; Putin sam może wziąć osobistą odpowiedzialność za swoją twarz.

Upokorzenie: łagodna kara za zbrodnie wojenne.

Interesy narodowe

Niektórzy obserwatorzy spekulują, że obsesja Macrona na punkcie upokorzenia Putina wynika z błędnego zrozumienia traktatu wersalskiego z czerwca 1919 r., który oficjalnie zakończył I wojnę światową. Przez długi czas utrzymywał się pogląd, że warunki narzucone Niemcom były upokarzające i podsycały nastroje nacjonalistyczne i w końcu doprowadziły do wyniesienia Adolfa Hitlera do władzy i II wojny światowej, ale współcześni uczeni zakwestionowali tę narrację: mówią, że Traktat Wersalski nie był wystarczająco surowy dla Niemiec.

Inni podejrzewają, że Macron i Scholz szukają rozwiązania w formie nowego Kongresu Wiedeńskiego w XIX-wiecznym stylu, w którym Francja, Niemcy i Rosja zgadzają się podzielić Europę na strefy wpływów. Takie porozumienie przypuszczalnie przekształciłoby Ukrainę w państwo wasalne Rosji.

Jeszcze inni uważają, że Francja i Niemcy są przede wszystkim zainteresowane ochroną interesów narodowych i interesów finansowych w Rosji.

Niemiecki poseł do Parlamentu Europejskiego Reinhard Bütikofer zauważył:

„Ponieważ twardogłowi z Moskwy kwestionują, czy Europa ‘przetrwa’ obecny kryzys, prezydent Macron mówi: Nie wolno nam upokarzać Rosji. Macron wydaje się nie zdawać sobie sprawy z tego, że obrona Ukrainy przed rosyjską agresją polega również na obronie wspólnego bezpieczeństwa Europy. Putin chce czegoś więcej niż tylko zdominowania Ukrainy. Macron uważa, że interesy Francji są rozbieżne z interesami Europy Wschodniej i Środkowej”.

Komentarz Bütikofera dotyka sedna sprawy: interesy narodowe wciąż mają znaczenie. Jednym z mitów założycielskich UE jest to, że suwerenność narodowa jest koncepcją przestarzałą i że interesy narodowe 27 państw członkowskich UE można podporządkować nowemu „interesowi europejskiemu”. Wojna na Ukrainie i różne reakcje na nią dowiodły, że interesy narodowe są ważne i nadal będą takimi.

Premier Łotwy Krišjānis Kariņš w rozmowie z Politico przekonywał, że jedynym sposobem na osiągnięcie trwałego pokoju i bezpieczeństwa w Europie jest pokonanie Rosji w wojnie na Ukrainie:

„Trudność polega na tym, że niektórzy z moich kolegów mają błędne przekonanie… pokój za wszelką cenę. Pokój za wszelką cenę to to, co robiliśmy przez 20 lat w relacjach z Putinem. Pokój za wszelką cenę oznacza zwycięstwo Putina. We własnym interesie Niemiec, Francji, Włoch i wszystkich innych, jeśli naprawdę chcemy bezpieczeństwa w Europie, Rosja musi przegrać, w końcu musi zdać sobie sprawę, że nie może działać w ten sposób. I wspólnie możemy tego dokonać.”

Transatlantyckie układy

Tymczasem transatlantyzm cieszy się coraz większą popularnością. Nowe badanie przeprowadzone przez Globsec, think tank z siedzibą w Bratysławie, wykazało szerokie poparcie (79%) w dziewięciu krajach Europy Środkowo-Wschodniej (Bułgaria, Czechy, Węgry, Estonia, Łotwa, Litwa, Polska, Rumunia i Słowacja) dla NATO jako gwaranta bezpieczeństwa.

Badanie wykazało również znaczny wzrost postrzegania przez kraje Europy Środkowo-Wschodniej Stanów Zjednoczonych jako strategicznego partnera. Na przykład w Polsce takie postrzeganie wzrosło z 54 proc. w 2021 r. do 73 proc. w 2022 r. Z kolei postrzeganie Niemiec przez Polskę jako strategicznego partnera spadło z 48 proc. w 2021 r. do 27 proc. w 2022 r.

„Postrzeganie USA jako partnera strategicznego wzrosło o 10 punktów procentowych od 2021 r.” – czytamy w raporcie. „Waszyngton jest obecnie postrzegany jako kluczowy sojusznik w NATO przez 3/4 respondentów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej”.

Niemiecki analityk Marcel Dirsus zauważył:

Bez amerykańskiego wsparcia już byłoby po Ukrainie. Kraje takie jak Niemcy i Francja jeszcze bardziej utrudniły europejską jedność, ponieważ nikt na wschód od Odry nie wierzy, że pomogą, gdy sprawy przybiorą niekorzystny obrót…

Co to za korzyść dla Polski czy Estonii, że Niemcy mają więcej czołgów, skoro ani one, ani Rosja nie wierzą, że Berlin byłby skłonny użyć ich do obrony Warszawy czy Tallina?

Bardzo wątpię, aby Europejczycy z Europy Środkowej, którzy już wcześniej byli sceptyczni co do europejskiej autonomii lub suwerenności, czy czegokolwiek innego, patrzyli na Macrona i Scholza i myśleli, że teraz nadszedł czas, aby bardziej polegać na Paryżu i Berlinie. Jeśli już, to wolą postawić na Amerykę.

Polski analityk Konrad Muzyka powiedział:

Ukraina pokazała, że Francja i Niemcy nie chcą zwiększać kosztów związanych z atakiem Rosji na Ukrainę. Paryż i Niemcy nie chcą tam wysyłać sprzętu, co więc sprawia, że ludzie myślą, że ich żołnierze zginą za Tallin, Wilno, Rygę czy Warszawę?

Amerykański ekspert ds. polityki zagranicznej Elliot Cohen podsumował:

Prezydent Macron nadal, przewrotnie, mówi o wyjściu z wojny, o wykorzystaniu europejskich gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Dlaczego, u licha, jakikolwiek Ukrainiec myśli, że Francja lub Niemcy mogą lub zechcą walczyć w ich imieniu? To próżność, a nie cechy męża stanu w działaniu.

Retoryka kontra konkrety

16 czerwca Macron, Scholz i włoski premier Mario Draghi, wraz z prezydentem Rumunii Klausem Iohannisem, przybyli do stolicy Ukrainy, Kijowa, po raz pierwszy od początku wojny. Wizyta miała najwyraźniej na celu udowodnić, że nie ma czegoś takiego jak europejski rozłam i niepełne poparcie dla Ukrainy.

Przywódcy zapewnili, że UE nie zmusi Ukrainy do poddania się lub oddania terytorium w celu zakończenia wojny. „Ukraina wybierze taki pokój, jakiego pragnie” – powiedział Draghi. „Żadne rozwiązanie dyplomatyczne nie może być oddzielone od woli Kijowa, od tego, co uważa za akceptowalne dla jego narodu. Tylko w ten sposób możemy zbudować sprawiedliwy i trwały pokój”.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski został również zaproszony do udziału w szczycie G7, który odbędzie się w Niemczech w dniach 26-28 czerwca oraz szczycie NATO w Madrycie w dniach 29-30 czerwca.

Trzej przywódcy wyrazili poparcie dla nadania Ukrainie statusu kandydata do członkostwa w UE, ale Macron podkreślił, że takiemu statusowi będzie towarzyszyć „mapa drogowa”, która zawierałaby „warunki”. Wcześniej Macron, Scholz i Draghi stwierdzili, że kandydowanie Ukrainy może potrwać kilkadziesiąt lat.

Niemiecki poseł Norbert Röttgen skrytykował wyjazd Scholza na Ukrainę jako polityczną demonstrację:

Kanclerz Scholz wzbudził duże oczekiwania związane z wyjazdem na Ukrainę. Nie spełnił ich mówiąc „tak” dla członkostwa w UE i zaproszeniem na szczyt G7. Ukraina potrzebuje teraz szybkiej pomocy, jesteśmy jej to winni. Członkostwo w UE to kwestia dziesięcioleci .

Analityk europejski David Herszenhorn, pisząc dla Politico, zauważył:

Pomimo zachęcającej retoryki trio przywódców – reprezentujących największe, najbogatsze i najpotężniejsze kraje UE – nie ogłosiło żadnej konkretnej nowej pomocy wojskowej lub finansowej dla Ukrainy, która mogłaby przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Kijowa.

Z kolei prezydent USA Joe Biden poinformował w środę o dodatkowym miliardzie dolarów wsparcia dla Ukrainy….

Podczas gdy Ukraina usilnie dąży do zdobycia statusu kandydata, samo jego przyznanie nie wskazuje na to, kiedy lub nawet czy Ukraina kiedykolwiek formalnie zostanie członkiem…

Wielu urzędników i dyplomatów UE powiedziało, że trudno sobie wyobrazić, że Ukraina dokona znacznego postępu w kierunku faktycznego członkostwa, dopóki nie przestanie być w stanie wojny, a Macron powiedział, że cały proces może potrwać dekadę lub dłużej.

Korespondenci Guy Chazan, Roman Olearchyk i Amy Kazmin, pisząc dla Financial Times, stwierdzili:

Prezydent Francji Emmanuel Macron, kanclerz Niemiec Olaf Scholz i premier Włoch Mario Draghi nie tylko ciepło wypowiadali się o Ukrainie – poparli również jej starania o przystąpienie do UE.

Ale kiedy euforia opadła, niektórzy Ukraińcy zaczęli zastanawiać się, czy wizyta trzech przywódców, do których dołączył również prezydent Rumunii Klaus Iohannis, oznaczała przerost formy nad treścią.

Andrij Melnyk, ambasador Ukrainy w Berlinie, podsumował tę ambiwalencję. Członkostwo Ukrainy w UE to daleka przyszłość, powiedział niemieckiej telewizji ZDF. „A teraz potrzebujemy przetrwania” – dodał. „I do tego potrzebujemy ciężkiej broni.”

Każdy, kto miał nadzieję, że wizyta ta skończy z tego typu retoryką, będzie rozczarowany. Jedyne nowe zobowiązanie wyszło od Macrona, który powiedział, że Francja dostarczy sześć dodatkowych haubic Cezar, oprócz 12, które już dała Ukrainie. …

Kwestia broni wciąż ciąży nad stosunkami między Ukrainą a jej sojusznikami. Prezydencki doradca Mychajło Podolak napisał na Twitterze na początku tego miesiąca, że Ukraina potrzebuje 1000 haubic, 300 wyrzutni rakiet, 500 czołgów, 2000 pojazdów opancerzonych i 1000 dronów, aby osiągnąć równowagę z Rosją i „zakończyć wojnę”. Sprzętu, który kraje zachodnie zobowiązały się do tej pory dostarczyć, jest zdecydowanie za mało.

Komentarz eksperta

Irlandzka analityczka Judy Dempsey w artykule German Ambiguity Is Deciding Ukraine’s Future – Niemiecka dwuznaczność decyduje o przyszłości Ukrainy opublikowanym przez brukselski think tank Carnegie Europe napisała, że zwlekanie Scholza związane z wysłaniem ciężkiej broni na Ukrainę zmniejsza szanse Kijowa na zachowanie suwerenności i że podważyło pozycję Niemiec w całej Europie:

Pozycja Scholza zdradza brak przywództwa, a wraz z nim brak przekonania i konsekwencji. Chodzi też o strach przed antagonizowaniem Kremla. Niemieckie elity polityczne, które wyrosły w czasie zimnej wojny, nie chcą rezygnować ze swojego szczególnego biznesu i politycznych powiązań z Moskwą, nadal niechętnie akceptują działania rosyjskie w Gruzji, Syrii, Białorusi, a teraz na Ukrainie.

Te działania dotyczą tego, że Rosja aspiruje do przekształcenia europejskiego porządku postzimnowojennego. Im dłużej Scholz będzie kontynuował swoją niejednoznaczną postawę wobec Ukrainy, tym większe prawdopodobieństwo, że Putin wykorzysta kanclerza Niemiec i prezydenta Francji Emmanuela Macrona, by skłonić Ukrainę do kompromisu i ostatecznie zmienić europejską architekturę bezpieczeństwa.

W praktyce miałoby to katastrofalne konsekwencje dla relacji transatlantyckich, które Putin od dawna stara się osłabić. Podzieliło by to Europę. Polska i kraje bałtyckie są obecnie głęboko nieufne w stosunku do relacji Francji i Niemiec z Putinem. Uważają, że Paryż i Berlin nie traktują poważnie rosyjskiego programu imperialistycznego.

Poza Ukrainą dwuznaczna postawa Scholza szkodzi całej Europie. Putin nie zawaha się wykorzystać jej zarówno militarnie jak i politycznie.

Były szef MI6, John Sawers, w artykule Macron gra w ryzykowną grę na Ukrainie – opublikowanym przez Financial Times, ostrzegł, że naleganie francuskiego prezydenta, by nie upokarzać Putina, może doprowadzić do przedwczesnego zawieszenia broni, które utrwali rosyjskie zdobycze:

Zachód ma dwa cele w wojnie na Ukrainie: utrzymanie suwerenności Ukrainy i powstrzymanie Rosji przed podobnymi atakami na kraje europejskie w przyszłości.

Jednak walki w regionie Donbasu są wyniszczające i stąd tendencje do wspierania każdego posunięcia, które prowadziłoby do ich zakończenia. Nic dziwnego, że pojawiły się apele o jak najszybszą inicjatywę pokojową, podczas gdy prezydent Francji Emmanuel Macron powiedział, że ważne jest to, by nie „upokarzać” Rosji z powodu jej inwazji – uwaga, która wywołała chłodną reakcję szefa sztabu ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

Problem polega na tym, że zawieszenie broni w tym momencie utrwaliło by rosyjskie zdobycze wojskowe w terenie. Nie ma powodu, by sądzić, że Władimir Putin zgodziłby się na wycofanie…

Jeżeli kolejna ekipa europejskiej dyplomacji ustąpi Rosji po raz kolejny w kwestii militarnych zdobyczy na Ukrainie, wtedy Putin odzyska siłę polityczną w kraju i poczuje się upoważniony do rozpoczęcia nowych militarnych agresji w przyszłości. Ukraińcy chcą walczyć dalej i potrzebują naszego ciągłego wsparcia – zaawansowanej broni i coraz ostrzejszych sankcji wobec Rosji. To oznacza jeszcze kilka miesięcy wyniszczających walk. Ale przedwczesne zawieszenie broni pomoże Putinowi zakończyć ten konflikt zwycięsko. Żaden zachodni przywódca nie powinien być jego pomocnikiem.

Austriacki politolog Ralph Gert Schöllhammer w artykule Why Europe Hedges Its Support for Ukraine – Dlaczego Europa ogranicza swoje poparcie dla Ukrainy opublikowanym przez The Wall Street Journal twierdzi, że Paryż i Berlin obawiają się, że Ukraina w Unii może doprowadzić do konkurencyjnej osi Warszawa-Kijów:

Pomimo ponadnarodowych ambicji UE i jej najzagorzalszych zwolenników, w kalkulacjach politycznych państw członkowskich nadal dominują interesy narodowe. Dla Paryża i Berlina kryzys na Ukrainie to nie tylko kwestia bezpieczeństwa, ale również możliwość decydowania o przyszłym podziale władzy w UE.

Najbardziej prestiżowe stanowiska w UE zajmują politycy zachodnioeuropejscy, co odzwierciedla brak równowagi sił między Europą Wschodnią i Zachodnią, od pani von der Leyen (Niemcy) i prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde (Francja) po wysoką przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josep Borrell (Hiszpania) i przewodniczącego Rady Europejskiej Charles Michel (Belgia). Rządy Europy Wschodniej dały jasno do zrozumienia, że ten status quo jest dla nich coraz bardziej nie do zaakceptowania, a wojna na Ukrainie dała im dodatkową pewność, że to się zmieni.

UE jest zbudowana wokół Niemiec i Francji, a oba państwa zazdrośnie strzegą swojej pozycji jako ostatecznych decydentów w Europie. Politycy w obu krajach są świadomi, że Ukraina w Unii może prowadzić do konkurencyjnej osi Warszawa-Kijów, czego ani Francja ani Niemcy nie chcą. Ukraina jest politycznie i kulturowo bliżej Polski niż Niemcy, co oznacza, że siła Niemiec w UE może zostać znacznie zmniejszona i zastąpiona przez rosnące wpływy Europy Wschodniej.

Myśli te mogą wydawać się cyniczne w świetle heroicznej walki Ukrainy i jej mieszkańców, ale błędem byłoby sądzić, że polityka siły została zastąpiona powszechnie wyznawanymi ideałami.

Ekspert europejski Stefan Auer w eseju pt. Walka Ukrainy o wolność demaskuje suwerenną Europę jako iluzję – opublikowanym przez Financial Times, napisał, że Europejczycy z Europy Środkowej lepiej niż Francja czy Niemcy rozumieją związek między narodową niepodległością a bezpieczeństwem:

Wspólne oburzenie z powodu rosyjskiej inwazji na Ukrainę początkowo wzmocniło europejską jedność. Ale wyzwania, które wywołała wojna, wydają się wzmacniać rozłam w Europie. Państwa Europy Środkowej i Wschodniej, z godnym uwagi wyjątkiem Węgier, zdecydowanie popierają walkę Ukrainy o integralność terytorialną, podczas gdy Niemcy, Francja i Włochy szukają sposobów na zaakceptowanie postawy Rosji.

Dla UE nawrót do suwerenności państwowej jest nieoczekiwany. Integracja europejska rzekomo sprawiła, że państwa narodowe stały się coraz bardziej przestarzałe. Dialog, a nie groźby przemocy, utrzymałby pokój…

Zamiast wrogów, Europejczycy myśleli, że mają partnerów, konkurentów lub w najgorszym wypadku rywali. Rosyjska inwazja na Ukrainę wymusiła nagłą ponowną rewizję tego poglądu…

Kiedyś truizmem było, że Francja potrzebowała UE do ukrycia swojej słabości, podczas gdy Niemcy potrzebowały jej do ukrycia swojej siły. W odniesieniu do Rosji można argumentować, że Niemcy wykorzystują względną słabość UE, aby usprawiedliwić własną bezczynność…

Ale jeśli chodzi o pomoc Ukrainie w samej wojnie, to stolice narodowe, a nie Bruksela, mają znaczenie. To, czego chce Moskwa, a wielu zachodnich zwolenników Putina wydaje się gotowych zaakceptować, to podział Europy na strefy wpływów. Idea Grossraum wyartykułowana przez prawnika koronnego nazistowskich Niemiec, Carla Schmitta: teoria wielkich przestrzeni gospodarczych kontrolowanych przez wielkie mocarstwa….

Niemiecki kanclerz Olaf Scholz powtarza takie argumenty, kiedy deklaruje, że „Rosja nie może wygrać tej wojny”, zamiast jednoznacznie opowiedzieć się za zwycięstwem Ukrainy. Jest to tak logiczne, jak błędne. Tam, gdzie nie ma wrogów, nie może być zwycięzców.

Natomiast przywódcy Europy Środkowej i Wschodniej nie boją się łączyć języka wartości z polityką siły. Francuska i niemiecka wizja pokoju implikuje ukraińskie ustępstwa terytorialne. Takie pomysły są nieroztropne i nie zapewnią bezpieczeństwa ani Europie, ani Ukrainie. Nie wolno dążyć do suwerennej Europy kosztem suwerenności Ukrainy….

W rzeczywistości, aby Europa mogła być wolna, Ukraina musi wygrać tę decydującą bitwę naszych czasów. Przegranym będzie nie tylko Rosja Putina. Klęska rosyjskiego imperializmu powinna w końcu położyć kres francusko-niemieckim złudzeniom, bez względu na to, czy ich celem jest suwerenna czy post-narodowa Europa.

Niemiecki analityk Ulrich Speck w eseju Wojna ukraińska i odrodzenie NATO opublikowanym przez szwajcarską gazetę Neue Zürcher Zeitung stwierdził, że działania Macrona i Scholza scementowały NATO, a nie UE, jako podstawę europejskiego bezpieczeństwa:

Trzy wydarzenia uczyniły NATO ponownie głównym rozgrywającym.

Po pierwsze: otwarty atak Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Tym razem nie tylko mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej, ale także mieszkańcy Europy Zachodniej i Ameryki Północnej byli zaszokowani naruszeniem wszelkich norm, na których opiera się europejski porządek pokojowy: otwarta, agresywna wojna i podbój z niezliczonymi okrucieństwami i zbrodniami wojennymi. Jest więc jasne, że Putin jest gotowy do realizacji swojego projektu nowego imperium rosyjskiego, nawet dużym kosztem. Jasne jest też, że jeśli odniesie sukces, prawdopodobnie nie zatrzyma się na Ukrainie.

Drugim powodem odrodzenia NATO jest to, że Stany Zjednoczone wypełniają swoją klasyczną rolę przywódczą w sojuszu zachodnim. Dla administracji Bidena odrodzenie sojuszy znajduje się w centrum polityki zagranicznej: ścisła współpraca z sojusznikami jest postrzegana jako decydująca przewaga nad Chinami i Rosją, co pozwala jej radzić sobie z autokratycznymi przeciwnikami z pozycji „siły”.

Trzecim powodem jest to, że przywódcy UE, Francja i Niemcy, bardzo zachowawczo zareagowali na atak Rosji na Ukrainę. Podczas gdy Stany Zjednoczone poczyniły zdecydowane postępy w dostawach broni i sankcjach, wspierane przez zdecydowanie działającą Wielką Brytanię, wydawało się, że Paryż i Berlin miały do końca nadzieję, że będą w stanie zmienić zdanie rosyjskiego prezydenta. Obaj są niechętni dostawom broni na Ukrainę i są bardziej skłonni do współpracy niż do konfrontacji w formie sankcji. Fakt, że Macron i Scholz od początku wojny nie byli w Kijowie, podkreśla ich chłodny stosunek do Ukrainy.

Z taką postawą Berlin i Paryż zdyskredytowali się w oczach Europy Środkowo-Wschodniej i Skandynawów jako wiarygodni partnerzy na wypadek rosyjskiego zagrożenia. Bardziej niż kiedykolwiek, w polityce bezpieczeństwa, Europa wschodnia i północna będzie polegać na Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii – czyli na NATO.

Oznacza to, że nie ma alternatywy dla NATO – przynajmniej tak długo, jak Rosja zajmuje stanowisko rewizjonistyczne, nie szanuje granic i nie uznaje zmian w regionie po zakończeniu zimnej wojny. Lekcja z obecnych doświadczeń jest taka, że tylko Stany Zjednoczone są w stanie utrzymać Rosję w szachu. Narzędziem do tego pozostaje NATO, które nie przeżyło się, ale jest jeszcze ważniejszym instrumentem polityki bezpieczeństwa wolnego Zachodu, niż było nim przez dziesięciolecia.«

A więc wszystko jasne! Wszystko wskazuje na to, że dni unii są policzone, choć jej rozpad nastąpi jeszcze nie tak szybko. Jeszcze długo będzie spierać się „stara” unia z „nową” o to, jakie stanowisko zająć wobec Rosji. Do porozumienia oczywiście nie dojdzie.

Gdy czytam te opinie ekspertów, to się zastanawiam, czy to są eksperci czy „eksperci”? I dochodzę do wniosku, że chyba jednak eksperci, którzy nie mogą wszystkiego powiedzieć i są raczej od tego, by wszystko bardziej zagmatwać niż wyjaśnić. No bo jak wytłumaczyć fakt, że oni nie widzą słonia w składzie porcelany, to znaczy nie widzą, że dokonuje się największa po wojnie wędrówka ludów i miliony „uchodźców” wlewają się do Polski i od razu uzyskują oni prawa, które dają im przewagę nad miejscową ludnością. Ewenement na skalę światową, a oni o tym ani słowa. Nie widzą też oni tego, że ci „uchodźcy” przybywają z terenów nieobjętych wojną. W Polsce dokonuje się podmiana społeczeństw, kładzie się podwaliny pod nowe państwo. I tego też nie widzą. Jak więc w takiej sytuacji można rzetelnie opisywać zaistniałą sytuację i wyciągać logiczne wnioski? Nie można. To wszystko przecież nie dzieje się przypadkiem, to zostało zaplanowane znacznie wcześniej i jest konsekwentnie realizowane. A skoro tak, to czemuś to służy. Ktoś ma w tym jakiś cel.

W jakim celu zamykane są kopalnie węgla kamiennego w Polsce, podczas gdy w innych krajach trwa wydobycie? Chyba nie w celu zmniejszenia emisji dwutlenku węgla? Jeśli skojarzymy sobie fakt, że prawie wszystkie te kopalnie znajdują się na tzw. ziemiach poniemieckich, to jedynym sensownym wnioskiem będzie ten, że ziemie te za jakiś czas powrócą do Niemiec, co w praktyce będzie oznaczać likwidację jałtańskiego porządku w tej części Europy. Postawa Niemiec w tym rosyjsko-ukraińskim sporze nie jest przypadkowa. To one do spółki z Rosją będą wykreślać nową mapę Europy po tej wojnie.

Eksperci twierdzą, i nie tylko oni, że celem Putina, po zwycięstwie na Ukrainie, będzie podbój kolejnych państw w Europie. Jednak fakty tego nie potwierdzają. Początkowo Putin uderzył z trzech stron: z północy, wschodu i południa. Ofensywa z północy szła w kierunku Kijowa i wydawało się, że celem jest opanowanie połowy Ukrainy, tj. Ukrainy zadnieprzańskiej. Dziś wojska rosyjskie bronią tylko terenów wschodniej i południowej Ukrainy, łącznie z Krymem, a więc terenów, które nigdy Ukrainą nie były.

Piszą eksperci, że Niemcy i Francja obawiają się osi Kijów-Warszawa w przyszłej unii i stąd taki stosunek tych państw do pomocy Ukrainie. Trzeba być nieźle naćpanym, by uwierzyć w taką bzdurę. Niemcy, których ambicją zawsze, od zjednoczenia, było dominowanie nad Europą, ci Niemcy mieliby bać się państw, o jednym z których jeden z jego wysokich urzędników powiedział, że to państwo to ch…, d… i kamieni kupa. O drugim, upadłym, to nie warto nawet wspominać.

O co więc w tym wszystkim chodzi? Podział w unii jest widoczny: państwa starej unii, tworzące jej rdzeń, skłaniają się ku Rosji i bardzo dbają o to, by Putin nie stracił twarzy, bo Putin to taka delikatna i subtelna dziewczynka, która w razie niepowodzenia może się popłakać. W żadnym wypadku nie można do tego dopuścić.

Z kolei kraje nowej unii walczą o powstrzymanie imperialistycznych zapędów Putina, a więc o obronę demokracji. A jak obrona demokracji, to nie może w niej zabraknąć Stanów Zjednoczonych, które przecież na całym świecie poświęcają się temu szczytnemu celowi.

Ukraina nawet nie myśli o tym, by odstąpić Rosji część swego terytorium, a Rosja, niby już nie carska, ale wyznaje zasadę Denikina: Ani piędzi ziemi rosyjskiej w zamian za pomoc w walce z bolszewikami!

Tak więc Ukraina nie chce oddać ziemi, którą już nie włada. Rosja nie wycofa się z ziemi, którą zajęła. Francja i Niemcy nie odstąpią od dbania o kondycję psychiczną Putina, żeby przypadkiem nie popadł w depresję. Stany Zjednoczone nie odstąpią od obrony demokracji, bo to mają we krwi. Wydaje się, że sytuacja jest patowa.

Jest jednak rozwiązanie, które, moim zdaniem, zadowoli wszystkich i wszystkim pozwoli wyjść z twarzą z tego konfliktu. Jeśli Ukraina ma stracić ziemie, które i tak już do niej nie należą, to w zamian musi otrzymać jakąś rekompensatę. Czymś takim może być nowe państwo ukraińsko-polskie. Rosja na to zgodzi się. Niemcy też się zgodzą, pod warunkiem, że odzyskają swoje utracone po II wojnie światowej ziemie. Zapewne zgodzą się na to obywatele obu, zrujnowanych do tego czasu państw, bo likwidacja tych państw będzie oznaczała likwidację ich długów. Oczywiście będzie musiało być referendum, by ich obywatele mogli się wypowiedzieć w tak fundamentalnej dla nich kwestii. Na to zgodzą się również Amerykanie, bo demokracja ponad wszystko. I tak to się skończy, jak w bajce Krasickiego: „Gdy więc wszystkie sposoby ratunku upadły, wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły.” Tym zającem będzie oczywiście Polska, a właściwie Polacy.

Podstawowym celem tej wojny jest, w mojej opinii, likwidacja państwa polskiego, ale przy jej okazji realizuje się również inne ważne cele, z których najważniejszym jest spotęgowanie światowego kryzysu, który umożliwi osiągnięcie podstawowego celu globalistów (Żydów), czyli nowego porządku świata.

Viktor Orban

Na kanale internetowym „Powojnie” pojawił się krótki film zatytułowany Viktor Orban: początki politycznej kariery. W jaki sposób po raz pierwszy został premierem Węgier? Niby nic szczególnego, ale są w nim zdjęcia Orbana z okresu dzieciństwa i młodości. I właśnie te zdjęcia zwróciły moją uwagę, bo Orban, jak ktoś skomentował, wygląda na nich jak Żyd. Istotnie tak wygląda. A skoro tak, to pewnie jest Żydem. Pewne fakty z jego życiorysu zdają się to potwierdzać. Z tego filmu można m.in. dowiedzieć się, że:

„Urodził się w 1963 roku. Będąc nastolatkiem sympatyzował z organizacjami komunistycznymi. Na studiach był liberałem, zwolennikiem wyprowadzenia wojsk radzieckich z Węgier. W demokratycznych wyborach stał się konserwatystą i liderem prawicy. Rodzice Orbana byli protestantami. (Jednak Wikipedia podaje informację, że byli kalwinami, a więc najbliżej judaizmu. – przyp. W.L.) On sam podobno nie interesował się religią, co wiele lat później nie przeszkadzało mu odwoływać się do wartości chrześcijańskich.

Mając 14 lat związał się z komunistyczną organizacją młodzieżową. Potem twierdził, że był młody i naiwny. Po odbyciu dwuletniej służby wojskowej rozpoczął studia prawnicze w Budapeszcie. Po uzyskaniu dyplomu w 1987 przez dwa lata pracował tam jako socjolog w jednym z instytutów. 30 marca 1988 roku został współzałożycielem Związku Młodych Demokratów, czyli w skrócie Fideszu. Do partii należeli studenci o liberalnych poglądach sprzeciwiający się reżimowi.

Najważniejszym wydarzeniem w pierwszych latach politycznej działalności Orbana było przemówienie, które wygłosił 16 czerwca 1989 roku w Budapeszcie. Tego dnia oficjalnie pochowano bohaterów antykomunistycznego powstania w 1956 roku. W dniu pogrzebu rozpoczęła się wielka polityczna kariera Viktora Orbana, która trwa do dziś. Wówczas nieznany opozycyjny polityk wygłosił mowę, która stała się jednym z symboli upadającego komunizmu na Węgrzech. Domagał się jak najszybszego wycofania wojsk radzieckich oraz wolnych wyborów.

Viktor Orban stał się osobą, z którego zdaniem liczyło się węgierskie społeczeństwo. Zwrócił też na siebie uwagę reszty świata. Nie powinno więc dziwić, że latem 1989 roku wziął udział w obradach okrągłego stołu opozycji. On sam reprezentował Fidesz. Węgierscy opozycjoniści wystąpili zjednoczeni przeciwko Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej i 18 września 1989 roku zawarli porozumienie dotyczące programu pokojowej transformacji ustrojowej. Kluczem do jej przeprowadzenia miały być demokratyczne wybory. Węgierska Socjalistyczna Partia Robotnicza rozwiązała się 7 października 1989 roku, przekształcając się w Węgierską Partię Socjalistyczną.

Orban miał wtedy 26 lat. Pod wrażeniem jego charyzmy i odwagi był słynny Węgier George Soros. Jego fundacja Społeczeństwa Otwartego zaproponowała mu stypendium w Wielkiej Brytanii. Orban propozycję przyjął. Przez kolejne 9 miesięcy studiował na naukach politycznych w Oksfordzie. Jego osobistym opiekunem w Anglii był polsko-brytyjski filozof Zbigniew Pełczyński były żołnierz Armii Krajowej. W styczniu 1990 roku Orban wrócił do ojczyzny. Chciał zostać parlamentarzystą pierwszego postkomunistycznego zgromadzenia narodowego.

Na początku transformacji sytuacja gospodarcza Węgier była bardzo trudna. Orban wykorzystywał te trudności, głosząc swoje liberalne poglądy. W jednym ze swoich wystąpień stwierdził, że wszystko, co można sprywatyzować, powinno być sprywatyzowane. Mówił też, że Europa środkowo-wschodnia, a zwłaszcza Węgry, mają przed sobą kilka ścieżek, którymi mogą podążać. Najgorsza to ta, co dziś może wydawać się dziwne, która prowadzi na wschód, czyli w kierunku Rosji. Poza tym wzywał do jak najszybszego wstąpienia do unii europejskiej oraz NATO. Z czasem jednak liberalne poglądy Orbana zaczęły się zmieniać. Od około 1992 roku coraz częściej bronił konserwatywnego Węgierskiego Forum Demokratycznego.

Zaczął też opowiadać się za zmianami w swojej partii. Żądał strukturalnej transformacji, która doprowadziłaby do wzmocnienia jego pozycji. Działania Orbana zniechęciły część polityków Fideszu. Niektórzy z nich opuścili partię i zdecydowali się poprzeć partie opozycyjne. 18 kwietnia 1993 roku Orban został pierwszym prezesem Fideszu, który przekształcił się z radykalnej studenckiej organizacji w centro-prawicową partię ludową.

W wyborach w 1994 roku Fidesz uzyskał niewiele ponad obowiązujący próg wyborczy, czyli ponad 5%. Pomimo porażki Orban pozostał na stanowisku prezesa partii. W rozmowach ze swoimi zwolennikami wybielał się, twierdząc, że pierwsze rządy państw Europy środkowo-wschodniej po upadku komunizmu niestety są skazane na porażkę w drugich demokratycznych wyborach, ponieważ nie otrzymują wsparcia ze strony Zachodu. Tym sposobem liberałowie nie zastąpili konserwatystów – powiedział w jednym z wywiadów. W 1994 roku Orban zapewniał, że żadnego prawicowego zwrotu Fideszu na pewno nie będzie.

W tym czasie socjaliści stworzyli koalicję z liberałami. Nowy rząd chciał ustabilizować sytuację w kraju. Głównym celem było zatrzymanie galopującej inflacji. Wprowadzono plan stabilizacyjny, który nazwano, od nazwiska ówczesnego ministra finansów, panem Bokrosa. Rząd przyspieszył prywatyzację. Trwała wyprzedaż majątku narodowego. Reformy, zamiast wyciągnąć kraj z kryzysu, doprowadziły do kolejnych protestów społecznych. Fidesz powoli odzyskiwał wyborców. Prawicowe poglądy zyskiwały coraz więcej sympatyków.

Wzrost poparcia dla stronnictwa Orbana odbywał się kosztem konserwatystów z Węgierskiego Forum Demokratycznego. Jego lider Józef Antal zmarł w grudniu 1993 roku. Prawa strona politycznej barykady potrzebowała nowego przywódcy. Kimś takim stał się Viktor Orban. W 1998 roku jego partia Fidesz wygrała wybory, a on został premierem.”

Jak wynika z przytoczonych w tym filmie informacji, transformacja ustrojowa w Polsce i na Węgrzech przebiegała według tego samego scenariusza, a więc została wyreżyserowana przez tych samych fachowców. Nawet mieli Węgrzy taki sam plan jak my, tylko nazwisko inne. Orban był zwolennikiem prywatyzowania wszystkiego, podobnie jak socjaliści i liberałowie. I tak samo jak w Polsce, prywatyzacja na Węgrzech była po prostu rozkradaniem majątku narodowego. W obu krajach obowiązywała ta sama żydowska zasada: Gazet kusy muter, co znaczy: grabić gojim jest dozwolone.

W przypadku Żydów bywa tak, że czasem zdjęcia z młodości lub z późnej starości uwydatniają żydowskie rysy twarzy. Nie zawsze tak bywa, a może nawet częściej tak nie bywa. Jednak w przypadku Orbana tak właśnie było. Znamienne jest również to, że stypendium w Anglii załatwił i sfinansował mu Soros. Ten sam, którego później wyrzucił z Węgier. Nie sądzę, by on sam na to wpadł. Może nawet sam Soros mu doradził. Cóż mogło go bardziej uwiarygodnić w oczach Węgrów i nie tylko ich, jak nie taka zdecydowana postawa wobec żydowskiego „filantropa”? Takim gestem pozyskał zapewne sympatię i zaufanie wielu wyborców.

Na obecną politykę Orbana w stosunku do unii europejskiej i Rosji wypada więc patrzeć przez pryzmat jego pochodzenia. I dopiero na tym tle widać, że nie jest to żadna niezależna polityka. Orban odgrywa rolę, jaką mu wyznaczyli jego nieznani przełożeni. Zresztą nie tylko on. A polityka ta jest niezwykle wyrafinowana i wielowątkowa. Rabin poseł Thon w artykule zatytułowanym Do historii polityki żydowskiej tak o niej pisał w „Hajnt” z 24 października 1930 roku:

„Jest głupio myśleć, że dopiero w naszych czasach narodziła się żydowska polityka i że nasi przodkowie o takich wysokich sztukach nie mieli pojęcia. Czy się nie wie, że już w czasach naszych mędrców, którzy kierowali żydowską polityką przeciw okropnemu Rzymowi, jedną z metod walki była demonstracja ludowa, było zawsze wygrywanie różnych sił politycznych w kraju przeciw sobie? Panującego przeciw stanom, kościoła przeciw panującemu itd. Był to niesłychanie powikłany systemat akcji politycznych, o których my dzisiaj nie możemy mieć nawet jasnego pojęcia.”

Jakieś mam takie przekonanie, graniczące z pewnością, że ten niesłychanie powikłany systemat akcji politycznych ma zastosowanie na wojnie na Ukrainie.

Unia czy polexit?

W piątek 17 czerwca ukazał się na Interii artykuł Piotra Zaremby Czy PiS wahnie się w kierunku polexitu? (https://wydarzenia.interia.pl/felietony/news-czy-pis-sie-wahnie-w-kierunku-polexitu,nId,6098570). Nie wiem, dlaczego autor użył słowa „wahnąć się”. Słowo „wahać się” oznacza ‘kołysać się, poruszać się ruchem wahadłowym’: „Furtka wahała się w prawo i w lewo.” Prosto i precyzyjnie byłoby: Czy PiS zdecyduje się na polexit? Po co więc taki zabieg? Najwyraźniej Zaremba, zresztą nie tylko on, chce upodobnić język polski do ukraińskiego, by nie raził on tak Ukraińców, bo ukraiński jest językiem ludowym, a polski jest językiem literackim. Taras Szewczenko, ich wieszcz narodowy, pisał wiersze po ukraińsku, ale prozą pisał po rosyjsku. Chyba nie bez przyczyny.

Zaremba pisze w swoim artykule m.in. tak:

»Opozycja zawsze wmawiała prawicy zamiar zerwania z Unią. Teraz być może ten scenariusz zaczyna się spełniać. Jeśli rozwiązaniem alternatywnym ma być federalna Europa.

“Wprawdzie opuszczenie UE nie jest dziś realne, ale trzeba robić wszystko, by przygotować Polaków do tego rozwiązania, chyba że głęboka reforma umożliwi powrót do realnej europejskiej wspólnoty” – to pointa felietonu Bronisława Wildsteina w ostatnim tygodniku “Sieci”.

Wcześniej publicysta opisuje Unię jako “twór zdegenerowany i oligarchiczny”. Tytuł tekstu “Wizyta namiestnika” odnosi się do pojawienia się w Polsce szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, przywożącej i zarazem nie przywożącej nam pieniądze na Krajowy Plan Odbudowy. Felieton krytykuje mocno rząd Morawieckiego za wdanie się w targi z unijną biurokracją. Jest w nim żal do prezydenta i premiera, że traktują besztanie Polski przez von der Leyen za coś oczywistego.

Podobne tony brzmią w obszernym tekście Rafała Ziemkiewicza w “Do Rzeczy”. Ten z kolei zaczyna tak: “Rząd PiS dokonał zdumiewającej wolty zaprzeczając wszystkiemu, co głosił i w imię czego jego wyborcy wybaczają od lat oczywiste niedostatki sanacyjnego modelu sprawowania władzy. Krajowy Plan Odbudowy to kapitulacja!”. Tytuł tekstu jest jeszcze bardziej dosadny: “Wyprzedaż niepodległości”.

Tekst Ziemkiewicz zmierza do wykazania, że związek Polski z Unią prowadzi donikąd. Rzecz w tym, że ten autor, niesłusznie opisywany jako związany z PiS, stawiał sprawę wyjścia z UE na porządku dziennym już wielokrotnie. Tymczasem Wildstein owszem, krytykował unijne mechanizmy i kibicował rządowi, ilekroć ten okazywał asertywność. Ale mam wrażenie, że wezwanie do przygotowywania polexitu pojawiło się u niego po raz pierwszy. Brak w tym konkretnego scenariusza.  A jednak… Czy to coś znaczy?

Jest jasne, że na wezwaniach do wojowniczości wobec UE kapitał polityczny zbijał w świecie polityki Zbigniew Ziobro. Teraz spiera się z premierem, na co w istocie godził się polski rząd, a o czym ministrowie dowiedzieli się później. Skądinąd nie posuwa się aż tak daleko jak Ziemkiewicz i Wildstein. Za to znamienny jest swoisty bunt Marka Suskiego.

Ten nie ukrywa swojej krytyki kamieni milowych, które poznał dopiero teraz. Ma pretensje, że Unia chce w tych kilkuset warunkach decydować o wszystkim: od nowych podatków po zmiany w sejmowym regulaminie. Używa bardzo mocnego języka porównując Unię do Stalina. Suski nie jest zbyt poważany, ale przecież to mainstreamowy pisowiec, wypełniający zwykle bez szemrania wolę prezesa Kaczyńskiego. Czy tak jest w tym przypadku i czemu miałyby te jego sprzeciwy służyć? I co na to szeregowi posłowie i działacze PiS?

Obrazowo pułapkę w jaką wpadł rząd i PiS opisuje nie tylko Ziemkiewicz, ale i (w “Sieciach”) Jan Rokita, ten skądinąd bez tak radykalnych konkluzji. Uzyskanie środków na KPO miało być sukcesem Morawieckiego. Ale do tej pory mówiono głównie o zatrzymaniu zmian w sądownictwie. Teraz pojawiła się cała lista warunków, w tym tak szokujących jak podwyższenie wieku emerytalnego. Przecież Zjednoczona Prawica ogłosiła cofnięcie tej innowacji rządu PO-PSL za swój główny sukces.

Na dokładkę Rokita zwraca uwagę na niejasny mechanizm. W istocie Komisja Europejska może pod dowolnym pretekstem w każdej chwili wstrzymać napływ tych środków. To da natychmiast euroentuzjastycznej opozycji okazję do oskarżeń. Opozycji, która (ma się rozumieć poza Konfederacją) z kolei samą dyskusję z warunkami Unii uważa za bluźnierstwo.

Do tej pory wstrzymywanie pieniędzy było czymś wyjątkowym. Teraz  sama groźba finansowych blokad ma służyć wymuszaniu określonej polityki. Czy tylko dlatego, jak powiedział w Polsacie Ignacy Morawski z “Pulsu Biznesu”, aby przekonać wyborców z krajów bogatszych takich jak Holandia czy Niemcy, że warto takich transferów dokonywać? A może jednak w imię federalistycznego projektu, który zacznie się realizować bez zmiany unijnych traktatów?

To z kolei postawi przed polską prawicą pytanie o granice zgody na to. Będzie też po części spór o samą treść polityki, jak w przypadku owych “represji” wobec diesli. Przecież Parlament Europejski już obwieścił, że życzy sobie aby do roku 2035 zastąpił je napęd elektryczny. “KPO wygeneruje ogromne obciążenie dla gospodarki, a zarazem obniżenie poziomu życia, z takim trudem osiągniętego po roku 1989” – pisze Ziemkiewicz. Zapewne nie dotyczy to każdego z kamieni milowych. Ale jesteśmy na dyskusję o tym skazani. Sama rewolucja energetyczna oznacza potężne koszty społeczne.

Wiemy, że przygniatająca część polskiego elektoratu była zawsze za Unią, jako ogólną zasadą. Ale ostatnio badań takich nie przeprowadzano. Nie pytano tym bardziej Polaków o kamienie milowe. Dochodzi do tego nasza ocena elit europejskich w kontekście wojny Rosji z Ukrainą. Wyraźnie pogłębia się różnica zdań między częścią państw naszego regionu i Zachodem. Wizyta Scholza i Macrona w Kijowie tylko chwilowo ją klajstruje.  Czy istotnie “wartości europejskie” brzmią dziś równie przekonująco jak powiedzmy przed rokiem?

Może więc jest miejsce na nowe trendy, na trwalszą zmianę po prawej stronie? Może wystąpienie Suskiego to rodzaj buntu, a może Kaczyński sonduje poprzez niego opinię publiczną? Na razie zachowując możliwość gry na kilku fortepianach.

Na koniec moja krótka refleksja. To jest kwadratura koła. Rozumiem argument ministra Schreibera, który tak skomentował kamienie milowe: “albo droga z Europą i wolnym światem, albo współpraca z Rosją”. To była przez laty także moja racja. Na ile jest nadal? Nie chcę federalnej Europy. Potrzeba nowych bilansów i obrachunków.« 

A więc grupa znanych dziennikarzy i polityków mówi otwartym tekstem o możliwości wyjścia Polski z unii. Na razie są to niby sugestie, propozycje na wypadek, gdyby władze unijne, według tychże dziennikarzy i polityków, upierały się przy swoim stanowisku i dążyły do przekształcenia unii w federację. A takim wypadku oni wszyscy, choć nie wprost, sugerują, że wyjście z unii byłoby najlepszym rozwiązaniem. A wprost, to konkluduje autor cytowanego artykułu: „Potrzeba nowych bilansów i obrachunków.”

No cóż! Na takie dictum wypada zacząć od podstaw. Jest takie angielskie przysłowie First things first, czyli najpierw rzeczy podstawowe. Czym jest zatem unia? Wikipedia tak opisuje unię europejską:

„Unia Europejska posiada cechy:

  • organizacji międzynarodowej
  • konfederacji
  • państwa federalnego

Wśród teoretyków prawa, politologii i stosunków międzynarodowych trwa spór, za co dokładnie można uznać unię. Federaliści doszukują się w niej państwa federalnego lub konfederacji. Zwolennicy Europy ojczyzn wykazują, że fundament stanowi jedynie współpraca między państwami, co determinuje istnienie organizacji międzynarodowej. Ścierają się odrębne wizje poszczególnych państw członkowskich, jak i doktryn politycznych.”

Jednym słowem: ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra. Nawet wiem, kto wymyślił takiego potworka. Skoro nie wiadomo, czym jest unia, to dlaczego ci „polscy” politycy i dziennikarze tak ostentacyjnie wyrażają swój sprzeciw wobec polityki władz unijnych? I znowu wypada zacząć od definicji.

Konfederacja państw – związek państw oparty na umowie międzynarodowej w celu prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej. Z reguły nie ma scentralizowanej władzy. Państwa tworzące konfederację pozostają suwerennymi podmiotami prawa międzynarodowego.

Federacja – inaczej państwo związkowe, państwo federalne – państwo składające się z części obdarzonych autonomią (stanów, krajów związkowych, prowincji, kantonów lub emiratów), ale posiadających wspólny (federalny) rząd.

Czym jest więc unia? Konfederacją czy federacją? Jednym i drugim. A czym bardziej? Wspólna polityka zagraniczna wychodzi ostatnio unii słabo. A czy unia ma wspólny dla wszystkich państw rząd? Ma, jest nim komisja europejska. Polskie prawo w 80 lub nawet 90% jest prawem unijnym. Również finanse unijne stanowią pokaźne źródło finansowania polskiej gospodarki. A zatem unia jest bardziej federacją niż konfederacją.

Proces unifikowania prawa i stopniowego przekazywania kompetencji poszczególnych rządów na rzecz komisji europejskiej, nie jest procesem, który zaczął się wczoraj. Trwa on od samego początku istnienia unii i wszyscy politycy o tym dobrze wiedzieli i wiedzą. Wyrazy oburzenia czy niezadowolenia są podszyte fałszem. Nie o to im chodzi, by reformować unię, tylko o to, by mieć pretekst do podjęcia działań, zmierzających do wyjścia z niej. Nie przypadkiem słowo „polexit” pojawiło się wkrótce po wyjściu Wielkiej Brytanii z unii. Jak widać polityka polska jest zawsze zgodna z angielską, zawsze, wbrew zdrowemu rozsądkowi, semper fidelis. Tak to wygląda z naszego punktu widzenia, ale nie z punktu widzenia Żydów rządzących Polską.

Wyjście Polski z unii jest niezbędne do stworzenia państwa polsko-ukraińskiego, czyli do likwidacji państwa polskiego. Zaczęło się więc powolnie przygotowywanie polskiego społeczeństwa, oswajanie go z opinią, że unia europejska, ze swoimi dążeniami do tworzenia federacji, stanowi zagrożenie dla polskiej niepodległości, której zresztą Polska już dawno nie ma, bo zrzekła się jej na rzecz unii. Natomiast nowa propozycja, o której niektórzy już napomykają, wcale nie gwarantuje jej odzyskania. Wprost przeciwnie. Jest to propozycja typu: zamienił stryjek siekierkę na kijek. Tak jednak postanowili wielcy tego świata, a ci, którzy im służą, muszą teraz przekonać maluczkich, że tak będzie dla nich lepiej. Często są to ci sami, którzy 20 lat temu przekonywali nas do tej unii.

Dlaczego tak jest, że Polska nie może być państwem o stałych granicach, że ciągle jej ludność miesza się z innymi nacjami, że ciągle trwają jakieś wędrówki ludów z zachodu na wschód i odwrotnie? Czy jest drugie takie państwo na świecie, które od wieków doświadcza czegoś takiego? Drugi tak wymieszany naród? Jedno jest pewne. W takim miejscu jedna nacja czuje się jak ryba w wodzie.