Wyrok

W blogu „I PR bis” pisałem m.in. o tym, że proces ukrainizacji Polski postępuje i że wiele faktów wskazuje na to, że wszystko zmierza ku połączeniu obu państw, co będzie pierwszym krokiem do odtworzenia I RP w jej, w przybliżeniu, przedrozbiorowych granicach. Warunkiem koniecznym do rozpoczęcia tego procesu będzie wyjście Polski z unii europejskiej. Nie sądziłem, że wielcy tego świata czytają mój blog, ale jakoś tak dziwnie złożyło się, że parę dni po jego opublikowaniu uruchomili procedurę wychodzenia Polski z unii europejskiej. Tym pierwszym krokiem jest wyrok Trybunału Konstytucyjnego, orzekający o tym, że polskie prawo stoi ponad prawem unijnym. Poniżej fragmenty informacji zamieszczonych w tej sprawie w dniu 8 października na Interii.

»Polski Trybunał Konstytucyjny orzekł w czwartek, że część prawa UE jest niezgodna z polską konstytucją. TK uznał po rozpoznaniu wniosku prezesa Rady Ministrów, że przepisy europejskie w zakresie, w jakim organy Unii Europejskiej działają poza granicami kompetencji przekazanych przez Polskę, są niezgodne z polską konstytucją. Za niezgodny z konstytucją TK uznał także przepis europejski uprawniający sądy krajowe do pomijania przepisów konstytucji lub orzekania na podstawie uchylonych norm, a także przepisy Traktatu o UE uprawniające sądy krajowe do kontroli legalności powołania sędziego przez prezydenta oraz uchwał Krajowej Rady Sądownictwa w sprawie powołania sędziów.

“Wyrok TK potwierdza to, co wynika z treści konstytucji, że prawo konstytucyjne ma wyższość nad innymi źródłami prawa” – podkreślił premier Mateusz Morawiecki w czwartkowym wpisie na Facebooku. Zaznaczył, że Polska ma takie same prawa jak inne państwa i chce, by były one respektowane. Morawiecki podkreślił równocześnie, że wejście Polski do UE było “jednym z najważniejszych wydarzeń ostatnich dziesięcioleci”, a “miejsce Polski jest i będzie w europejskiej rodzinie narodów”.

Francuski publicysta i prawdopodobny kandydat w wyborach prezydenckich we Francji Eric Zemmour pozytywnie skomentował wyrok polskiego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wyższości prawa krajowego nad prawem unijnym.

“Wczoraj polski Trybunał Konstytucyjny orzekł, że kilka artykułów traktatów UE jest niezgodne z Konstytucją RP. Trybunał stwierdził, że instytucje europejskie prowadzą działania wykraczające poza zakres ich kompetencji. Stwierdził, że polskie prawo konstytucyjne jest nadrzędne w stosunku do prawa europejskiego” – napisał Zemmour w oświadczeniu opublikowanym na Twitterze.

Publicysta podkreślił w nim, że kraj członkowski UE ma prawo decydować o ustawodawstwie, które go dotyczy. Przywołał też stanowisko KE, która przekazała, że rozważa zablokowanie funduszy UE dla Polski przewidzianych w Funduszu Odbudowy.

“Te groźby stanowią poważny atak na wolność polityczną w tym kraju. Stawiając polską konstytucję ponad prawem europejskim, polski Trybunał Konstytucyjny korzysta jedynie z przysługujących mu uprawnień. Stosuje jedynie swoją prerogatywę do decydowania o tym, które ustawy mają zastosowanie w Polsce, a które nie” – podkreślił.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wyraziła w piątek w oświadczeniu “głębokie zaniepokojenie” orzeczeniem polskiego Trybunału Konstytucyjnego ws. prymatu prawa europejskiego.

Na jej słowa odpowiedziała była premier Beata Szydło, która napisała na Twitterze: “proszę się nie niepokoić”.

“Szanowna Pani Przewodnicząca, nie musi Pani wyrażać zaniepokojenia orzeczeniem polskiego Trybunału. Wykładnia polskiego TK w kwestii nadrzędności prawa krajowego jest zbieżna z orzecznictwem niemieckiego TK, co jako niemiecki polityk z pewnością Pani dostrzeże” – napisała na Twitterze była szefowa polskiego rządu, a obecnie europosłanka PiS.

Głos w dyskusji na temat wyroku TK zabrał również europoseł PiS Patryk Jaki, który opublikował na swoim Twitterze wymowną grafikę z Angelą Merkel w roli głównej. 

“Prawo unijne jest nadrzędne nad polskim… a niemieckie nad unijnym. Czego nie rozumiecie?” – czytamy na obrazku. 

Obraz

W kolejnym wpisie Jaki przedstawił grafikę z zaznaczonymi państwami, “które przyznały sobie prawo badania czy UE nie wykracza poza swoje kompetencje w sytuacjach, które uznają za sporne”.

Obraz



“Tylko Polska nie może. I jeszcze wielu Polaków walczy o to, aby nie mogła” – dodał europoseł.«

To wszystko, to jeden wielki jazgot, w którym trudno doszukać się sensu i konkretów. Ale tu nie chodzi o jakąś merytoryczną dyskusję, tylko o wykreowanie sporu, który w efekcie ma doprowadzić do wyjścia Polski z unii.

W polskiej konstytucji mamy taki zapis:

Art. 90. 1. Rzeczpospolita Polska może na podstawie umowy międzynarodowej przekazać organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach.

Widać więc, że ten zapis jest nieprecyzyjny, bo nie określono, w jakich sprawach. Nie wiemy też, do czego Polska zobowiązała się, wchodząc do unii, która wtedy jeszcze nie była unią. W sumie cyrk na kółkach. Ale tak jest tworzone prawo, tak, by nie było precyzyjne, stwarzające możliwości do różnorakich interpretacji, ale też po to, by mogło być wykorzystane do celów politycznych, do kreowania sporów interpretacyjnych, prowadzących w końcu do realizacji uprzednio zaplanowanych celów.

Już są szykowane jakieś marsze protestacyjne przeciwko stanowisku unii: „A ty maszeruj, maszeruj, głośno krzycz – niech żyje nam Wołodia Iljicz!” Tak będzie reagował PiS. Strona przeciwna, czyli Platforma, nie pozostanie dłużna. „Bo do tanga trzeba dwojga”. Będą więc dyskusje, wzajemnie przekonywanie się, przerzucanie się argumentami itp. Właściwa oprawa musi być zapewniona. Jednym słowem teatr. „Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają”. – Szekspir jest ponadczasowy. Rozpoczął się spektakl pod tytułem „Polexit”. W końcowej scenie dokona się kolejny rozbiór Polski. Który to już z kolei? Nie mogę się doliczyć. Tyle już ich było. Żydzi robią z Polską, co chcą. Raz ją wypychają na wschód, później wymazują z mapy Europy, by ją wskrzesić znów skierowaną na wschód. W kolejnej odsłonie przerzucają ją na zachód, by po jakimś czasie odwrócić ją od niego i ponownie pchnąć w bezkresy wschodu, żeby już się ostatecznie w nich rozrzedziła.

Marks o Żydach

W blogu „I RP bis” cytowałem Miszalskiego i Rolickiego, którzy pisali o tym, co tak naprawdę stanowi istotę żydostwa i jaka jest mentalność Żyda. Dopełnieniem tego niech będzie felieton Adolfa Nowaczyńskiego Marks przemilczany z jego książki Plewy i Perły z 1934 roku.

»Z okazji 50-lecia od śmierci Karola Marksa (14 marzec 1883) zamieściły nasze pisma socjalistyczne, oraz żydowskie, hebrajskie i żargonowe (jidisz – przyp. W.L.) cały szereg uroczystych artykułów, ani w jednym atoli nie ośmielono się przypomnieć Polakom i Żydom poglądów ojca „naukowego socjalizmu” na to, co najważniejsze i dzisiaj najaktualniejsze, to jest na… żydostwo.

Poglądy te wypowiada K. Marks, mając lat 26, a więc w pełni młodzieńczego, intelektualnego rozmachu.

Syn adwokata, który z żydowskiego wyznania przeszedł na protestantyzm, studia uniwersyteckie przechodzi w Bonn i w Berlinie, doktorat robi w Jenie. Mając za sobą prawo i filozofię, od razu poświęca się publicystyce radykalnej w Arnolda Rugego piśmie „Roczniki Niemieckie”, potem w „Gazecie Reńskiej”, wreszcie, gdy grunt niemiecki staje się nie bardzo bezpiecznym, przenosi się do Paryża. Jest wtedy oczywiście heglistą, ale wielki wpływ nań wywiera materializm filozoficzny modnego wówczas Ludwika Feuerbacha. W listopadzie r. 1843 żeni się Marks z chrześcijanką, szlachcianką, córką b. ministra, z Jenny von Westphalen. W początkach zaś roku 1844, wypowiada właśnie swoje poglądy na żydostwo. Wydają wtedy z Arnoldem Rugem Deutsch-Französische Jahrbücher, do współpracy wciągnąwszy Fr. Engelsa i Bruno Bauera. Marks obcuje także z Proudhonem. W „Rocznikach” drukuje: „Wstęp do heglowskiej filozofii prawa” oraz trzy artykuły o Judenfrage (Kwestia żydowska – przyp. W.L.), stale przez wszystkich marksistów przemilczane, pomijane, skrywane.

Ponieważ tedy niedawno przypomniano je w Niemczech, a w kraju, który liczy największy procent żydów nikt tego nie przypomina, przeto z trzech długich ciągów damy tutaj cytaty i maksymy co najaktualniejsze:

„Szukamy tajemnicy Żyda nie w jego religii, tylko szukamy tajemnicy religii w rzeczywistym Żydzie. Jakąż jest światowa postawa żydostwa? Oto praktyczne potrzeby, egoizm. A jaki jest jego Bóg świecki? Pieniądz”.

„Emancypacja Żydów w jej ostatecznym sensie jest to wyzwolenie się ludzkości od żydostwa. Sam Żyd już się na swój sposób wyzwolił”…

„W Wiedniu na przykład jest ledwo tolerowany, a w gruncie rzeczy, dzięki potędze swego złota, decyduje o losach całego państwa”.

„Żyd, który w najmniejszym państewku niemieckim jest poza prawem, a w gruncie rzeczy decyduje też o losach Europy”.

Gdy cechy i korporacje średniowiecza zamknęły się przed Żydami, zuchwałość przemysłowej i handlowej inicjatywy tych ostatnich kpiła sobie z samoobrony średniowiecznych instytucji” (B. Bauer: „Kwestia żydowska”).

„I to nie jest odosobnionym faktem. Żydostwo istotnie wyzwoliło się na swój sposób, nie tylko skupiwszy w swych rękach całą potęgę złota, ale przez żydostwo także i poza nim pieniądz stał się potęgą wszechświatową, a duch praktyczności żydowskiej stał się praktycznym duchem chrześcijańskich ludów”.

W tej mierze bowiem Żydzi się wyemancypowali, w jakiej chrześcijanie zżydzieli”.

Wierzący i wolny politycznie obywatel angielski (mówi np. pułkownik Hamilton) jest odmianą Laokoona, który już nie robi nawet żadnego wysiłku, aby się uwolnić ze splotów wężów, które go oplatają”.

„Mamon jest ich bożyszczem, do niego modlą się nie tylko wargami, ale wszystkimi siłami swego ciała i ducha”.

„Dla Żydów jest glob ziemski tylko jedną wielką giełdą; stąd przekonanie, że nie mają tu nic więcej na ziemi do spełnienia, jak tylko zostać bogatszymi od swych sąsiadów”.

„Oszustwo opanowało wszelkie ich myśli i jedyne, co ich podnosi wzwyż, to urozmaicenie sobie obiektów tego oszustwa” (Schacher)

„Organizacja, która by predyspozycje oszustwa, a więc możliwości oszustwa usnęła, rozbiłaby także Żydów”.

„Jeżeli Żydzi podróżują, to mają na swych plecach cały swój kram czy kontuar i rozmawiają ze sobą tylko o czynszach, o procentach, o zyskach. Jeżeli zaś przez chwilę milczą, to tylko na to, aby wywąchiwać coś u innych”.

„Praktyczne panowanie żydów nad światem chrześcijańskim osiągnęło w Ameryce Północnej tak już niedwuznaczny, normalny stopień, że nawet głoszenie ewangelii, kaznodziejstwo stało się tam artykułem handlu. Zbankrutowany kupiec „robi” tam w ewangeliach, tak jak wzbogacony ewangelik robi w interesach”.

„Żydostwo utrzymało się obok chrześcijaństwa nie tylko jako religijna krytyka chrześcijaństwa, ale w tej samej mierze dlatego, że duch praktyczno-żydowski, czyli żydostwo utrzymało się w samym społeczeństwie chrześcijańskim i nawet osiągnęło tam (w Ameryce) wysokie wydoskonalenie”.

„Industria jest czuwającym Bogiem Izraela, przy którym żaden inny Bóg nie może się ostać; przemysł poniża wszystkie bóstwa ludzkości, degraduje je i zamienia w towar”.

„Bóg Żydów stał się świeckim, stał się Bogiem wszechświata, Bogiem Żydów właściwych jest weksel; ich Bóg jest tylko iluzorycznym wekslem”.

„Nawet stosunek płciowy, stosunek mężczyzny do kobiety staje się u nich przedmiotem handlu; frymarczy się i kobietą” (Das Weib wird verschachert).

„Pozbawione podstaw i gruntu żydowskie prawodawstwo jest karykaturą religii, pozbawione podstaw i gruntu moralności i w ogóle prawa, a streszcza się tylko w tych formalnych obrządkach, jakimi otaczają świat własnych korzyści”.

Czytamy dalej jeszcze w polemice z Bauerem, co następuje:

„Sprzeczność zachodząca między polityczną potęgą Żyda w praktyce a jego prawami politycznymi jest sprzecznością między polityką a potęgą pieniądza w ogóle. Gdy fikcyjnie pierwsza stoi na drugą, w rzeczywistości stała się jej niewolnicą”.

„To co w religii żydowskiej jest abstrakcyjne, pogarda dla teorii, sztuki, historii człowieka, jako celu samego w sobie, to jest rzeczywistym świadomym stanowiskiem, cnotą tych ludzi pieniędzy (Geldmenschen)”.

„Chimeryczna narodowość Żyda to narodowość kupca, w ogóle człowieka pieniędzy”…

„Jezuityzm żydowski, ten sam praktyczny jezuityzm, który Bauer wykazuje w Talmudzie, jest stosunkiem kręgu korzyści własnej do rządzących nim praw, których chytre obchodzenie jest główną sztuką tego kręgu”…

„Żydostwo nie mogło stworzyć nowoczesności; potrafiło tylko wciągnąć nowe twory i stosunki świata w obręb swoich zabiegów, gdyż potrzeba praktyczna, której kwintesencją jest własna korzyść, zachowuje się biernie i nie rozszerza się dowolnie, lecz znajduje swoje rozszerzenie w dalszym rozwoju stosunków społecznych”…

„Chrześcijaństwo powstało z żydostwa i rozpływa się znów w żydostwie”…

Also sprach Karl Marx. (Tak mówił Karol Marks, to parafraza Also sprach Zarathustra [Tak mówił Zaratustra, również – Tako rzecze Zaratustra] – najczęściej czytana i tłumaczona praca niemieckiego filozofa Friedricha Nietzschego – przyp. W.L.)

A teraz jeszcze w jednej sprawie pogląd marksowski.

Po roku 1850 radykałowie niemieccy planowali (pod wpływem Bunsena) odbudowanie państwa polskiego po przeprowadzeniu wojny z reakcyjną, mikołajewską Rosją. I wtedy to Marks z Engelsem, zastanawiając się nad granicami przyszłej Polski i nad jej dostępem do morza, dawali jako rekompensatę za Gdańsk i Królewiec, Rygę i Mitawę. Z planem tym wypowiedzieli się w korespondencji do „New York Tribune” z lutego r. 1852, zaznaczając przy tej okazji, że w tych krajach pogranicznych, gdzie stykał się element germański z polskim, wytwórczość przemysłowa była w rękach Niemców, wymiana zaś tej wytwórczości na artykuły rolnicze stała się monopolem żydów. Ci to żydzi: „lichwiarz”, „szynkarz”, „handlarz”, mówiący strasznie zepsutym językiem niemieckim przez swoją językową asymilację do Niemców wpłynęli w „spornej sferze wpływów polsko-niemieckich” na „charakter miast”, na ich zgermanizowanie, gdyż „jeśli można już żydów zaliczyć do jakiejkolwiek narodowości, to raczej do niemieckiej aniżeli słowiańskiej”. Also sprach Karl Marx. 1852.

Stąd też szło rewizjonistyczne nastawienie w stosunku do „korytarza” całej lewicy niemieckiej i całego niemieckiego żydostwa.«

Końcówka tego felietonu pozwoli, mam nadzieję, uzmysłowić tym, którzy jeszcze nie rozumieją, skąd takie wzajemne sympatie Niemców i Żydów. I nie będą się już dziwić, że Niemcy jako sprawcy tego nieszczęścia, jakim była II wojna światowa, szybko przestali nimi być. Zastąpili ich naziści, a obecnie nazistów zastępują Polacy, dlatego mamy „polskie obozy zagłady”. Media należą do Żydów. Do nich należy też edukacja. I dlatego to oni piszą historię na nowo. Żydzi i Niemcy od wieków współpracowali ze sobą na terenach zamieszkiwanych przez Polaków. Łączył ich wspólny interes i pewna wspólnota kulturowa, bo jidisz to zepsuty niemiecki. – Siła złego na jednego.

Ludzka natura c.d.

Oglądam czasami na YouTube kanał „wRealu24”, taką „jedyną propolską i niezależną telewizję”. W tej telewizji występuje cyklicznie, co czwartek, autor książki Historia antykultury Krzysztof Karoń. W ostatnim programie nadawanym na żywo 30 września mówił o tym jakie są źródła moralności i czym jest prawo naturalne. Taki był tytuł tego programu. Ale jak to się często zdarza, tytuł sobie a rozmowa sobie. Karoń zaczął od natury człowieka i stwierdził, że stanowiska Kościoła i antykultury mają jeden wspólny punkt. Jest nim twierdzenie, że człowiek jest z natury dobry i w związku z tym jest zdolny do samodoskonalenia się. W tym miejscu wypada wyjaśnić, co autor rozumie pod pojęciem antykultury.

„Antykultura to ideologia władzy zdobywanej i utrzymywanej dzięki poparciu społeczeństwa dążącego do wolności, ale pozbawionego etosu pracy i zdolności do samodzielnej produkcji własnego dobrobytu. Podstawą antykultury był marksizm, czyli ideologia obiecująca dobrobyt zdobywany nie dzięki własnej pracy, ale rewolucyjnej grabieży, jednak w toku historii marksizm przeszedł szereg rewizji, przybrał postać teorii krytycznej i stał się ideologiczną podstawą wszystkich ideologii wyzysku.”

Wyjaśnia też pojęcie teorii krytycznej. „Powstała w kręgu Horkheimera teoria krytyczna była więc marksizmem zrewidowanym pod względem analizy rzeczywistości i metod walki, ale zachowującym ‘marksowskie intencje’ czyli cele, z których najważniejszym było zdobycie władzy politycznej (przez proletariat) i budowa systemu komunistycznego.

Teoria krytyczna jest teorią programowej destrukcji i opiera się na kilku fundamentalnych założeniach, które nigdy nie zostały wyartykułowane wprost, ale które wynikają z jej tekstów kanonicznych. Są to założenia o:

  • nieusuwalnej wadliwości rzeczywistości (społecznej),
  • wynikającym z tej wadliwości nieusuwalnym konflikcie,
  • bezzasadności tworzenia pozytywnych programów i podejmowania pozytywnych działań,
  • wynikającym z niej potrzebie totalnej destrukcji rzeczywistości,
  • korumpującym wpływie racjonalności przyczynowo-skutkowej.
  • w tekstach założycielskich teorii krytycznej od samego początku tkwi również definicja ideologicznego wroga postępu, a w definicji tej z kolei tkwi podstawa jego stygmatyzacji, jako metody walki ideologicznej.

Ponieważ rewolucja krytyczna opiera się na proletariacie mniejszościowym, musi on dysponować techniką umożliwiającą panowanie nad większością. Podstawą dominacji mniejszości nad większością jest stygmatyzacja kultury określającej tożsamość większości, jej spoistość, zdolność do zorganizowanego działania i obrony swoich interesów, a przede wszystkim prawa do określania reguł życia społecznego (czyli realizacji podstawowej zasady demokracji). Celem stygmatyzacji przeciwnika ideologicznego jest utrwalenie przekonania o patologicznym charakterze tradycyjnej kultury.”

Tak więc według Kościoła człowiek jest z natury zdolny do samodoskonalenia i również według antykultury jest do tego zdolny i stąd reforma systemu edukacji. Natura to przyroda, ale natura wynikająca z nauki Kościoła, nie jest podstawą naturalizmu. To jest zespół cech właściwych pewnej kategorii istot. W przypadku człowieka jest to ludzka natura. – Tak mówi Karoń w tym programie.

Człowiek jest wyposażony w rozum umożliwiający mu rozróżnienie dobra od zła. Właściwością człowieka jest sumienie. Najpierw jest człowiek, który został wyposażony w taką zdolność, a potem dopiero są konsekwencje tego wyposażenia. W tym założeniu jest niebezpieczeństwo, podobnie jak w stanowisku antykultury, bo zakłada się, że ten człowiek jest człowiekiem kompletnym. Na swój sposób uczy się samorealizować.

Tymczasem, moim zdaniem, nie jest prawdą, że człowiek ma zakodowane potencje, możliwości opanowania pewnych kwalifikacji zawodowych, moralnych. One wykraczają poza te możliwości, które dostępne są zwierzętom. To najważniejsza różnica pomiędzy ludźmi a zwierzętami. Człowiek może dostrzec w pewnych działaniach sens, w odróżnieniu od wytresowanego zwierzęcia, które w swoich działaniach tego sensu nie widzi. I w pewnym momencie może opanować umiejętność zwaną automotywacją, samospełnieniem. Tylko problem polega na tym, że tych potencji człowiek nie jest w stanie rozwinąć samodzielnie. Te kwalifikacje, które są wspólne ludziom i zwierzętom, to są kwalifikacje, które opanowuje się bez konieczności uczenia się, czyli są one umiejętnościami instynktowymi. Natomiast tych umiejętności, które są typowo ludzkie, nie opanowuje się samemu przez się. Po to, by człowiek opanował te umiejętności, człowiek musi być poddany pewnemu procesowi. Musi się ich nauczyć. Musi wyrobić w sobie pewne nawyki. Jednym z nich jest uczenie się, to znaczy podejmowanie pewnych żmudnych, nieprzyjemnych powtórzeń, w wyniku których opanowuje się taką umiejętność, która przynosi pewien efekt zwany przeżyciem satysfakcji.

W człowieku tkwią pewne potencje, pewien plan, pewien projekt. Nigdy na drodze ewolucji nie mogłoby dojść do spontanicznego przekroczenia granicy pomiędzy zwierzęciem a człowiekiem. Bo nawet gdy w pewnym organizmie zostały zakodowane pewne potencje, to nie mogłyby się one rozwinąć w sposób ewolucyjny. Ludzkie potencje mogą być rozwinięte w człowieku pod warunkiem przymusu wychowania. I ktoś to musi zrobić. Ewolucja nie dopuszcza, w tym wydaniu, do którego jesteśmy wdrażani, ingerencji nauczyciela. Same potencje, to nie są cechy ludzkie. Czy z tego rozumowania można ,a być może i czy należy, wyciągnąć jakieś wnioski?

Jeśli będziemy mieć fałszywe wyobrażenie na temat człowieka i jego możliwości, to będziemy mu projektować jakieś absurdalne koncepcje, których nigdy nie da się zrealizować. Jedynym skutkiem społecznym, i robię duży przeskok, będzie to, czy ludzie będą się okradać, czy nie będą się okradać.

Sprowadzenie człowieka do biologii, to antykultura: nie oceniamy go, tak jak w przypadku zwierzęcia. Według nauki Kościoła człowiek ma w sobie coś, co mu pozwala odróżnić dobro od zła. I z tym stwierdzeniem Karoń się nie zgadza i to podkreśla. A w dalszym ciągu swojej wypowiedzi mówi:

Jest jedna okoliczność, która mówi o tym, że istnieje jakiś element w ludzkiej psychice, czy jakieś granice, których nikt nie jest w stanie opisać w sposób precyzyjny, a które istnieją. Co wskazuje na istnienie takiej sfery, to mianowicie, że w tej grupie młodzieży, która została, pod wieloma względami, wyzwolona w sposób totalny, całkowity, rozwalona rodzina, żadnych zakazów. Jak to było w 1968 roku w Paryżu? Zabrania się zabraniać. Jeśli młodym ludziom zaaplikuje się tego typu wolność, to okazuje się, że w tej wolności, mając w zasadzie wszystko to, co można obiecać człowiekowi w zakresie darmowej wolności, to w tej grupie jest największa liczna samobójstw. Co to oznacza? To oznacza, że ci ludzie, których opiłowano ze wszystkiego i którzy zostali z tą rzeczywistością sam na sam, że w nich jest jakiś rodzaj mechanizmu, nie wiem jak to nazwać, który powoduje, że oni się w tym nie odnajdują, że w nich jest jakaś potrzeba, która nie została zaspokojona, mimo że można powiedzieć, że z pewnego punktu widzenia mają wszystko, o czym człowiek może zamarzyć. Nie zostało spełnione jakieś podstawowe oczekiwanie, jakaś egzystencjalna podstawowa potrzeba, która wywołuje tak dojmujące cierpienie, tak dojmujące poczucie rozbicia, pustki, że człowiek, młody człowiek, który ma przed sobą dekady aktywnego życia, popełnia samobójstwo.

To tyle Karoń. Pierwszy raz słuchałem jego wykładu 30 września, ale nie na żywo o 19-tej, bo wtedy oglądałem mecz Legia – Leicester (jak porypanym musi być język, w którym pisze się Leicester, a wymawia Lester), tylko później. Karoń ma taki sposób mówienia i robi tyle dygresji, że człowiek gubi wątek i, jak w moim przypadku, przysypia. W związku z tym wróciłem do wykładu w sobotni wieczór, ale podszedłem do tematu inaczej. Wyjąłem zeszyt formatu A4, mój ulubiony długopis (szkoda, że mam tak mało okazji, by pisać), dokładnie taki sam, jak te, które mieli astronauci, lecący po raz pierwszy na Księżyc i zacząłem notować. Zdanie po zdaniu, wstrzymując film, często cofając go, by jeszcze raz wysłuchać i uchwycić wątek, a pominąć dygresje. Tu już nie było mowy o przysypianiu, choć pora była ta sama, co za pierwszym razem. Co by nie mówić, aktywność pobudza. Film trwał godzinę i 15 minut. Mnie cała moja operacja zajęła ponad trzy godziny, ale warto było, bo dopiero wtedy zauważyłem, że Karoń w kończącej wypowiedzi przeczył temu, co powiedział na początku.

Na początku powiedział, że według nauki Kościoła i antykultury, człowiek jest z natury dobry i w związku z tym zdolny do samodoskonalenia się. Jeszcze przed wygłoszeniem końcowego wniosku powiedział, że według nauki Kościoła człowiek ma w sobie coś, co mu pozwala odróżnić dobro od zła. I dodał, że on z tym stanowiskiem nie zgadza się, bo to może zapewnić właściwa edukacja. A w końcowej wypowiedzi mówi, że istnieje w ludzkiej psychice jakiś element, czy jakieś granice, których nikt nie jest w stanie opisać w sposób precyzyjny, że nie została spełniona jakaś egzystencjalna podstawowa potrzeba, co w efekcie prowadziło do samobójstw. Tylko że nie dodał, że stało się tak pomimo tej wadliwej edukacji, że ta edukacja nie była w stanie wyeliminować z ludzkiej psychiki tego elementu, i że ci ludzie, popełniający samobójstwo, potrafili, może intuicyjnie, ale jednak potrafili odróżnić dobro od zła. A więc ma on w sobie to coś, coś pierwotnego, co mu pozwala odróżnić dobro od zła.

Ja jestem prosty człowiek i przemawiają do mnie tylko proste tłumaczenia. Wszelkie te intelektualne wygibasy przyprawiają mnie o mdłości albo zasypiam. Jestem zwolennikiem zasady tzw. brzytwy Occama, która, mówiąc w uproszczeniu, polega na tym, że najprostsze objaśnienia rzeczywistości są najbliżej prawdy. I dlatego twierdzę, że nauka Kościoła i antykultura mylą się, twierdząc, że człowiek jest z natury dobry. Myli się też Karoń, twierdząc, że właściwa edukacja uczyni ludzi dobrymi, co w jego rozumieniu oznacza, że nie będą kraść tylko pracować.

Prosta obserwacja życiowa skłania do wyciągnięcia wniosku, że ludzie rodzą się z różnymi zdolnościami lub ich brakiem. Jedni są zdolni i potrafią w trakcie edukacji nabyć umiejętności pozwalające im na dostatnie życie, inni – pozbawieni tych zdolności – wiodą życie skromne lub nędzne. Żadna edukacja nie zniweluje tych różnic, które są wynikiem działania natury, cokolwiek byśmy pod tym pojęciem rozumieli. Talent dostaje się od natury. Obdarzony nim może go rozwinąć lub zmarnować. Człowiek bez talentu, czy upośledzony umysłowo, nawet gdyby nie wiem jak starał się, to nie przeskoczy pewnej bariery. Żadna pracowitość tu nie pomoże. Ci wybitni twierdzą, że talent to 1%, a reszta to praca. Pewnie mają rację, ale jak się nie ma tego jednego procenta, to cały wysiłek na nic.

Jeśli tak jest w przypadku zdolności, różnego rodzaju zdolności, czego nikt nie kwestionuje, to czy inaczej może być w przypadku charakteru? Człowiek rodzi się z natury dobrym – tak mówi nauka Kościoła i antykultura, według Karonia. Jeśli tak, to dlaczego nie rodzi się on z natury zdolnym? Otóż człowiek rodzi się z natury raz zdolnym, raz niezdolnym. I tak samo rodzi się z natury raz dobrym, raz niedobrym. Charakter człowieka jest mu dany w momencie urodzenia, tak jak zdolności lub ich brak. Jeden jest dobry, drugi zły. Jeśli stykają się dwie jednostki, z których jedna jest zła, a druga dobra, to z tego związku mogą powstać dwie złe, dwie dobre lub jedna dobra i jedna zła jednostka. Te różnice często widać w rodzeństwach. Zły charakter zawsze da znać o sobie, prędzej czy później i żadna edukacja tego nie zmieni.

Po co więc ktoś tworzy tego typu teorie? W tym wypadku nauka Kościoła i antykultura. Czy one mają jakiś wspólny mianownik? Komu zależy na tym, by twierdzić, że człowiek rodzi się z natury dobrym? Znaczy, że jeżeli stał się złym, to dlatego, że otoczenie i czynniki zewnętrzne uczyniły go takim. I on w tym momencie jest rozgrzeszony, usprawiedliwiony z tego, że jest zły. Akcja rodzi reakcję.

Większość tych teorii z psychologii i dziedzin pokrewnych tworzą Żydzi, a i nauka Kościoła nie jest wolna od ich wpływu. Może te teorie mają być swego rodzaju obroną przed zarzutami, że Żydzi są źli. Nie są źli, są tacy jak inni, dobrzy z natury.

Jeśli więc człowiek jest z natury dobry, to zepsuć może go tylko otoczenie. A jeśli ma tylko potencje, które muszą być rozwinięte, to zła edukacja skieruje je w złym kierunku, a dobra w dobrym. Można i tak i w ten sposób zepchnąć istotę problemu w niebyt.

Krzysztof Karoń jest postacią zagadkową. Nie chce udzielać żadnych informacji na swój temat. Bardziej popularny stał się od momentu pojawienia się w telewizji „wRealu24”. Ma własną stronę internetową poświęconą historii antykultury. Jego filmy są dostępne na YouTube i na jego stronie. W 2018 roku pojawiło się książkowe wydanie historii antykultury. Tajemniczość skłania do podejrzeń. Ktoś go musiał wypromować. Tylko kto? I w jakim celu? By przekonać pewne środowiska, że wszystkiemu jest winien marksizm kulturowy? Odwrócić uwagę od prawdziwych sprawców? Zagospodarować pewną część prawicowego elektoratu? Ze swoim Programem Wiedzy Społecznej chce trafić do młodzieży akademickiej i szkolnej.

I tak człowiek znikąd, bez historii, staje się postacią rozpoznawalną po prawej stronie sceny politycznej, staje się autorytetem i znawcą marksizmu. Pod jego filmami w telewizji „wRealu24” pojawiła się postać pod nazwą Program Wiedzy Społecznej, która zachęca do oglądania jego wypowiedzi, komentuje, czasem odpowiada na komentarze komentujących. Poniżej wymiana zdań pod omawianym filmem pomiędzy mną a PWS:

W.L. – Jeśli wszystkie umiejętności, które odróżniają człowieka od zwierząt, człowiek może nabyć tylko poprzez przymus, przymusową edukację, to jak ma się do tego umiejętność chodzenia na dwóch nogach i mowa. Nikt nie zmusza niemowlaka do tego, by chodził, bo jak? On jeszcze niczego nie rozumie, ale sam z siebie wstaje i próbuje. Ile prób musi podjąć, by nauczyć się chodzić? Nikt go nie zmusza, a mimo to próbuje. A czy mówienia uczy go ktoś? Czy uczy go ktoś, jak ma powiedzieć “sz”, “cz”, “ż”, “ch”? Mówi mu ktoś, jak ma ułożyć język, by wypowiedzieć te dźwięki? Mnie nikt tego nie uczył.

PWS – “Mnie nikt tego nie uczył.” Uczył, tylko Pan tego nie pamięta.

W.L. – Naprawdę? Nawet jeśli ktoś pomagał mi chodzić, trzymając za ręce, to dziecko samo z siebie próbowało chodzić bez przymusu, który, jak twierdzi Karoń, jest niezbędny w edukacji. A jak się uczyłem mówić, to byłbym w stanie zrozumieć, jak ułożyć język przy wymowie “sz” i “cz”? Ja wtedy jeszcze niczego nie rozumiałem.

PWS – Trzymanie za rękę, zachęcanie dziecka do zajęcia określonej wyprostowanej pozycji też jest przymusem. Przymus to nie przemoc. Człowiek nie jest w stanie sam, bez udziału drugiego człowieka, nauczyć się mówić. Proszę poczytać o tzw “dzikich dzieciach”.

W.L. – „Przymus to nie przemoc.” Przecież ja nie użyłem słowa “przemoc”. Oczywiście, że dziecko nie jest w stanie nauczyć się chodzić i mówić bez udziału człowieka, bo dziecko obserwuje dorosłych i widzi, że oni chodzą na dwóch nogach, a ono raczkuje i też chce tak jak dorośli. Dorośli nie zmuszają dziecka do tego, by chodziło. Podobnie jest z mową. Dziecko słyszy, że dorośli mówią i też próbuje ich naśladować. A poza tym matka cały czas do takiego dziecka mówi, pomimo że nikt jej o tym nie mówił, że ma tak robić. Ona to robi instynktownie. Dlatego żaden mężczyzna nie wychowa dziecka. On może je przewinąć, nakarmić, ubrać, ale nigdy nie zastąpi matki w mówieniu do dziecka.

PWS – Mówienie “do” dziecka jest przecież formą przymusu bo zmusza go do określonego aktywnego zachowania, polegającego nie tylko na słuchaniu ale i obserwowaniu ruchu ust oraz próbach naśladowania. To coś innego niż samo bierne słuchanie “że dorośli mówią” gdzieś obok. Nie jest prawdą, że każda “matka cały czas do takiego dziecka mówi, pomimo że nikt jej o tym nie mówił, że ma tak robić”. Sposób sprawowania opieki nad dziećmi też podlega wpływom kulturowym (i antykulturowym). Nie wynika tylko z samego wrodzonego instynktu. Najlepszy przykład to – coraz powszechniejsze – zabawianie dziecka smartfonem, zamiast rozmową.

W.L. – Dziecka do niczego nie trzeba zmuszać. Ono w sposób naturalny interesuje się wszystkim, bo wszystko na tym świecie jest dla niego nowe. Chce wszystkiego dotknąć, zobaczyć, spróbować, usłyszeć. A jak już nauczy się mówić, to zadaje dużo pytań. Prawdę mówiąc to próbuje je zadawać, gdy jeszcze nie umie dobrze mówić. Ja nie pisałem o sposobie sprawowania opieki nad dziećmi, tylko o tym, jak dziecko uczy się mówić, a uczy się bez przymusu. Pan zdaje się hołduje zasadzie, że jeśli teoria, w tym wypadku teoria antykultury, nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów.

Tak to wygląda w praktyce. Karoń zaczyna wykład i wygłasza tezy, które stoją w sprzeczności z tym, co mówi na końcu. PWS wyznaje zasadę, że jeśli fakty nie pasują do teorii, to tym gorzej dla faktów. Ale to jest, jak mówią, mały pikuś. Zdaniem Władysława Tatarkiewicza filozofia Hegla nie liczyła się z faktami i osiągnięciami nauki; gdy zarzucono mu, że jedna z jego koncepcji astronomicznych nie zgadza się z przyrodą, miał odpowiedzieć: „Tym gorzej dla przyrody”.

I RP bis

Oglądałem ostatnio film Wojciecha Sumlińskiego Powrót do Jedwabnego. Film ten jest nie tylko o tym, co tam się wydarzyło, ale przedstawia te zdarzenia w szerszym kontekście historycznym. Jest w nim również mowa o żydowskich roszczeniach. Kwestię tę poruszają w swoich wypowiedziach Rafał Ziemkiewicz i Ewa Kurek. Oboje dużo piszą na temat relacji polsko-żydowskich i oboje używają tego samego argumentu, zresztą nie tylko oni, że w Polsce, tak jak i w innych krajach, obowiązuje prawo wywodzące się z rzymskich tradycji, mówiące o tym, że w przypadku braku spadkobierców, majątek po zmarłym przechodzi na skarb państwa.

Problem jednak polega na tym, że Żydzi mają swoje prawo, które obowiązywało w gminach żydowskich, które istniały w II RP i państwo to zgodziło się na ich istnienie i ich regulacje prawne. Według tego prawa mienie po zmarłych, którzy nie mieli spadkobierców, przechodzi na gminy, do których należeli. Te gminy w wyniku wojny przestały istnieć, tak jak przestały istnieć kamienice warszawskie należące do Żydów. To jednak nie zraża ich do wysuwania roszczeń. O co zatem chodzi Żydom? Kwota jakiej obecnie żądają jest znacznie większa niż pierwotnie i ponad dwukrotnie przekracza wartość budżetu państwa. Oznacza to praktycznie, że jest ona nie do zapłacenia. Po raz pierwszy kwestia żydowskich roszczeń majątkowych pojawiła się podczas obrad Światowego Kongresu Żydów w Buenos Aires w 1996 roku. Mija już ćwierć wieku i jedyny postęp w tej sprawie to ich rosnąca kwota.

O co więc chodzi Żydom? O przejęcie całego majątku państwa? To państwo jest już ich. Do tego nie są potrzebne takie zabiegi. Chodzi o odtworzenie I RP w jej, w przybliżeniu, przedrozbiorowych granicach, państwa, które będzie państwem żydowskim. Natomiast tzw. Ziemie Odzyskane, bardzo możliwe, że z Wielkopolską, zostaną przyłączone do Niemiec. Mówiąc wprost – kolejny rozbiór Polski. Żeby mogło do tego dojść, to najpierw trzeba urobić opinię publiczną na świecie. Przedstawić Polaków w jak najgorszym świetle, jako ludzi prymitywnych wręcz dzikich, bez skrupułów, chciwych i głupich. Takich, którzy bez zmrużenia oka napadną, ograbią i zabiją swoich sąsiadów. Po to m.in. jest potrzebny fałszywy obraz wydarzeń w Jedwabnem. Przed rozbiorami również przedstawiano I RP jako kraj niepoważny, warcholski, w którym Polacy nie potrafią się rządzić, w którym panuje wieczna anarchia. Do tego, do odtworzenia I RP, potrzebne też jest wyjście Polski z unii europejskiej, o czym coraz częściej można usłyszeć. Nie można podzielić kraju, który jest w większym związku, który podlega władzom unijnym.

Jakiekolwiek argumenty nie przemawiają do Żydów, a próba przekonywania ich, tłumaczenia im, nie ma najmniejszego sensu. Żeby to zrozumieć, trzeba poznać, choć trochę, historię tego narodu i jego przekonania. Trochę o tym pisze Marian Miszalski w swojej książce z 2019 roku Ukryta wojna cicha kapitulacja (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu):

»Są dwa aspekty żydowskiego szowinizmu, tej narodowej odmiany rasizmu: religijny i świecki, więc polityczny.

Szowinizm (fr. chauvinisme) – termin wzięty z XIX-wiecznej francuskiej komedii Eugeniusza Scribe’a Le soldat laboreur, której bohater Mikołaj Chauvin jest przekonany, że własnemu narodowi należy się przywilej żerowania na innych narodach i ich eksploatacji; rasizm to identyczne przekonanie w odniesieniu do rasy. Samo postrzeganie istnienia narodów i ras, różnic między nimi, nie jest, oczywiście, szowinizmem ani rasizmem.

Filozofowie i socjologowie różnie definiują pojęcie rasy. Kant rozróżniał rasy wedle kryterium klimatycznego, twierdząc, że rasy ludzkie kształtowały się poprzez klimat i od niego zależą różnice między rasami; Linneusz klasyfikował ludzkie rasy wedle koloru skóry (biała, żółta, czarna, miedziana, brązowa), co też wiązało się z klimatem; podobnie Cuvier (biała, czarna, żółta). Im bliżej współczesności tym bardziej rasa ludzka definiowana jest przez badaczy wielością kryteriów. Wybitny polski socjolog pochodzenia żydowskiego Ludwik Gumplowicz – urodzony w rodzinie całkowicie zasymilowanej (ojciec był mężem zaufania Rządu Tymczasowego podczas powstania styczniowego, bracia – uczestnikami tego powstania) – definiował rasę jako „grupę etniczną”. Naród to nie tylko wspólne pochodzenie, czyli więzy krwi – potrzebna jest jeszcze wspólna historia, religia, język, władza, nadrzędny interes, kultura, tożsamość cywilizacyjna. Każdy z tych czynników ma niejednakową wagę w kształtowaniu konkretnego narodu. Naród jest przezwyciężeniem „więzów krwi”, pochodzenia, więc li tylko czynnika etnicznego, podobnie jak chrześcijaństwo, jako religia uniwersalna, jest przezwyciężeniem monolatrii judaizmu, jako religii plemiennej. Nawet gdy narody mieszają się ze sobą – nie wytwarzają jeszcze nowej rasy. Rasą staje się ten naród, który najdłużej i najskuteczniej hoduje więzy krwi i na nich głównie opiera swą odrębność, który utrwala swoją „etnię” (pochodzenie genetyczne). Wedle prawa żydowskiego Żydem jest ten, kto pochodzi od matki – Żydówki.

Nie każdy naród jest więc zarazem rasą. W tym ujęciu naród żydowski tworzy zarazem rasę – ale młody naród amerykański nie jest rasą amerykańską: nie stworzył rasy, nowej grupy etnicznej, więc grupy odwołującej się głównie do pochodzenia, do więzów krwi.

Jeśli tak spojrzeć oczami Gumplowicza – żydowscy rasiści w Ameryce mają wielką „przewagę spójności” nad resztą nierasowego narodu amerykańskiego, zważywszy, że i jedni, i drudzy cieszą się prawami „amerykańskich obywateli”…

W książce tej pisząc zamiennie o żydowskim rasizmie lub szowinizmie – mam na myśli rozumienie rasy według Ludwika Gumplowocza.

Aspekt religijny, historycznie głęboki, bo starotestamentowy, bierze się z przeświadczenia religijnych Żydów o ich wyjątkowości jako „narodu wybranego” w ludzkim świecie, w oczach ich Boga. Ten Bóg jest Bogiem żydowskim, Bogiem narodu żydowskiego: takie przekonanie – że jakiś naród ma własnego Boga – nazywane jest monolatrią. Monolatria to religia niższa wobec każdej innej, która ma charakter uniwersalny, więc nie wiążący Boga z określonym plemieniem, ludem czy narodem. Zarówno chrześcijaństwo jak i islam są religiami uniwersalnymi: żadne plemię, lud czy naród nie ma tu Boga dla siebie.

Aspekt świecki, polityczny i historycznie bardzo płytki – bierze się z fałszywego przekonania o historycznej wyjątkowości ludobójstwa dokonanego na Żydach przez Niemców podczas II wojny światowej. Jest to swoista „świecka religia holocaustu”, więc fanatyczna ideologia, zastępująca niewierzącym Żydom ich religię plemienną, monolatrię – judaizm.

Co do religii żydowskiej – judaizmu – jest to religia plemienna, trybalna, bo ograniczona tylko do Żydów. Opiera się na opisanym w Torze „przymierzu” między Bogiem a ludem Izraela: „Wtedy to właśnie Pan zawarł przymierze z Abramem, mówiąc: Potomstwu twemu daję ten kraj, od rzeki egipskiej aż do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat, wraz z Kenitami, Kenizytami, Kadmonitami, Chetytami, Peryzzytami, Refaitami, Amorytami, Kananejczykami, Girgaszytami i Jebusytami”. Bóg żydowski daje zatem Żydom, nie tylko określone terytorium, ale i ludy tam zamieszkujące. To „przymierze” ma charakter transakcji handlowej, coś za coś: ziemia wraz z miejscową ludnością jako niewolnikami – w zamian za uznanie przez Żydów Boga; i wedle plemiennej religii, jaką jest judaizm, obowiązuje Boga tylko względem Żydów jako „narodu wybranego”. Judaizm ma więc niewiele wspólnego z uniwersalną (powszechną) religią, jaką jest chrześcijaństwo; poza tym, że Jezus Chrystus, jako Syn Boży, wcielił się akurat w człowieka należącego do ludu żydowskiego. Ale jako religia – chrześcijaństwo nie stanowi w żadnej mierze kontynuacji judaizmu. Żydzi nie są „starszymi braćmi” w tej samej wierze. Są starszą religią, ale innej wiary. Chrześcijaństwo jako religia uniwersalna (skierowana do wszystkich ludzi) i obiecująca zbawienie wierzącym w Chrystusa – to fundamentalne przezwyciężenie judaizmu i jego zaprzeczenie. Chrześcijańska obietnica zbawienia nie ma charakteru transakcji handlowej, gdyż ani za życia doczesnego, ani po śmierci – zbawionym w Królestwie Niebieskim – nie udziela żadnej własności ani władzy nad kimkolwiek. A że „łaska pańska jest niezbędna do zbawienia” – wyklucza to całkowicie handlowy charakter tej obietnicy.

Co do politycznego aspektu żydowskiego rasizmu: twierdzenie o wyjątkowości ludobójstwa dokonanego na Żydach przez Niemców podczas II wojny światowej jest nieprawdziwe. To zwyczajny polityczny mit, polityczna propaganda: „religia świecka”, czyli ideologia. Ludobójstwo dokonane w Związku Radzieckim przez komunistów na „klasowych wrogach rewolucji” przekracza wielokrotnie liczbę żydowskich ofiar Hitlera (6 milionów według najwyższych szacunków) i oceniane jest (wedle najniższych szacunków) na 20 milionów ofiar.

Samo ludobójstwo zresztą jest równie stare jak historia ludzkości i mamy jego liczne opisy już w Starym testamencie, nadto także w wykonaniu Żydów i na polecenie ich Jehowy…

Aspekt religijny kształtuje postawy Żydów wierzących, aspekt świecki – Żydów niewierzących. Trzeba zauważyć, że w wiekach XIX, XX i XXI postępuje sekularyzacja, czyli zeświecczenie postaw żydowskich (socjalizm i komunizm przyciągają żydowski ciemnogród i ćwierćinteligentów); a po II wojnie światowej aspekt świecki żydowskiego rasizmu – przekonanie o wyjątkowości holocaustu w historii – staje się ideologią zastępującą niewierzącym Żydom wiarę; staje się świecką religią, jaką był bolszewicki komunizm, niemiecki narodowy socjalizm – i w jaki przekształca się każda totalitarna ideologia. Z ideologią demokracji totalnej włącznie. Demokracja bowiem, rozumiana jako metoda rozstrzygania sporów lub podejmowania decyzji „większością głosów” zawsze i w każdej dziedzinie ludzkiej działalności jest także niebezpiecznym totalitaryzmem.

Obydwa te przekonania tworzą razem fundament niebywale silnego rasizmu żydowskiego, bodaj najsilniejszego i najgłębszego z rasizmów XXI wieku. Żydowski rasizm splata się dzisiaj niebezpiecznie z żydowskim nacjonalizmem, więc z przekonaniem, że każdy naród powinien utworzyć własne państwo. Z tego splotu rodzi się niebezpieczne przeświadczenie, że państwu, narodowi żydowskiemu i każdemu Żydowi wolno więcej, niż innym państwom, narodom i ludziom (gojom), jako mniej wartościowym w oczach ich Boga i mniej doświadczonym w dziejach. Aby odwracać uwagę opinii publicznej od własnego ekstremalnego rasizmu – żydowscy rasiści podejmują niebywałe wysiłki polityczne, finansowe i propagandowo-medialne, żeby zwalczać rasizm, szowinizm – nawet „nacjonalizm” – u innych. Rzec można – im głośniej i silniej zwalczają te objawy u innych – tym silniej umacniają swe własne rasistowskie fundamenty i wznoszone na nich budowle polityczne, propagandowe, finansowe i prawne.

Wybitny polski historyk, Feliks Koneczny, podkreślając plemienny charakter cywilizacji żydowskiej oparty na monolatrii, zauważył trafnie:

Ponieważ Jehowa sprzyja tylko Żydom, a jest wrogiem wszystkich innych ludów, zatem Żydzi, idąc w ślad za swym Bogiem, musieli swój stosunek do obcych doprowadzić do takiego stanu, że już w starożytności nazywano ich „nieprzyjaciółmi rodzaju ludzkiego”. Wyjątkowość Żydów – a na tym opiera się ich plemienna religia – rodzi ekskluzywność w samotraktowaniu się żydostwa […]. Ekskluzywność rodzi pychę, a dla obcych: najpierw wzgardę, następnie nienawiść. W całej historii powszechnej Żydzi rozwinęli nienawiść do stopnia najwyższego, do stopnia takiego, że nie można wyjść z podziwu, jak może w ludzkiej piersi zmieścić się tyle nienawiści. Byłoby to niemożliwe, gdyby nie sakralność (religijne uświęcenie) tej nienawiści.

Czy aby nie dlatego najgorętszymi wrogami „mowy nienawiści” są właśnie… rasiści żydowscy kierowani zamiarem ukrycia własnej, uświęconej religijnie nienawiści do innych?

Fakt, że od czasów potężnej emigracji Żydów z Rosji do Ameryki pod koniec XIX wieku – trwającej niemal nieprzerwanie do początków wieku XX – Żydzi wytworzyli w Stanach Zjednoczonych silne lobby finansowo-polityczne, wzmacnia dzisiaj ten rasizm, który poprzez inne żydowskie diaspory w wielu krajach świata dąży do polityczno-prawnego uprzywilejowania Żydów wszędzie tam, gdzie żyją. To uprzywilejowanie nie jest celem samym w sobie – jest także środkiem do pozyskiwania wpływów, zdobywania przyczółków władzy, współrządzenia, wreszcie – zarządzania krajami, w których uda się zdobyć dostatecznie silną pozycję ekonomiczno-polityczną. Dzisiejsza Ameryka bliska jest tego stanu: Pat Buchanan, wybitny amerykański publicysta, ubiegający się o nominację partii republikańskiej na kandydata na prezydenta w latach 1992 i 1999 powiedział: „Waszyngton to terytorium okupowane przez Izrael”.

Rozwścieczyło to niebywale amerykańskich Żydów. Dlaczego? Przecież powinni być raczej dumni z pozycji politycznej, jaką osiągnęli w Stanach Zjednoczonych… Dała jednak o sobie znać nienawiść do prawdy, wpisana głęboko w żydowską cywilizację, a opisana już w Ewangelii św. Mateusza:

[…] Niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: „Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby doszło to do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu”. Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak im pouczono.

Stosunek żydowskich intelektualistów i liderów do prawdy, już wówczas przypominał więc słynny stosunek do prawdy towarzysza Lenina: „Po co polemizować z Kautsky’m ? Lepiej od razu nazwać go renegatem i zdrajcą!”

Dzisiaj, niewygodnych polemistów, żydowscy „intelektualiści i liderzy” chętnie nazywają „antysemitami” lub udają, że nie słyszą ich argumentów. Ba! W ogóle ich nie zauważają… Oczywiście – w tym szaleństwie jest metoda.«

Żydowski socjolog, Ludwik Gumplowicz, według Miszalskiego całkowicie zasymilowany, zawęził pojęcie rasy do narodu. Rasą jest ten naród, który najdłużej i najskuteczniej hoduje więzy krwi i na nich opiera swą odrębność. Wcześniej rasa była pojęciem szerszym niż naród, a według definicji Gumplowicza rasa jest pojęciem węższym, a właściwie ograniczającym się do jednego narodu, najstarszego narodu. Takie to kombinowanie Żydów: tworzenie teorii, która może mieć zastosowanie tylko do jednego narodu – narodu wybranego. Jakoś trudno mi uwierzyć w całkowitą asymilację Żydów. Ja oczywiście wierzę w ich całkowitą asymilację… pozorną.

Żydzi uważają się za naród wybrany, a więc lepszy od innych i z tego powodu inne narody powinny im służyć. Jeśli jeszcze dodamy do tego, że nienawiść żydowska ma podłoże religijne, jak pisał Koneczny, to jakakolwiek dyskusja z nimi mija się z celem. Żadne argumenty nigdy do nich nie dotrą, bo oni mają swoje racje i cele i nigdy od nich nie odstąpią.

Trochę inaczej opisuje ten problem Henryk Rolicki w swojej książce z 1932 roku Zmierzch Izraela. Pisze tak:

„Jedynym kluczem do zrozumienia żydostwa jest znajomość jego historii. Religia żydowska, to religia historyczna i polityczna. W przekroju teraźniejszości żydostwo dla każdego stanowić musi zagadkę niezgłębioną, coś nienaturalnego, po prostu niesamowitego. W świetle historii rozjaśniają się mroki tajemnicy.”

I następnie cytuje żydowskiego filozofa Heinricha Kohna z jego Die politische Idee des Judentums.

„Korzenie całej religii żydowskiej tkwią w historii żydowskiego ludu. Początkiem jej jest akt historyczny: wywędrowanie z Egiptu. We wszystkich jej chwilach zwrotnych znajdujemy historyczne zdarzenia. Z nich czerpie ona swą siłę, w głębiach żydowskiego charakteru narodowego leży jej tajemnica: formą jej rozwoju jest polityka.

Etyczno-polityczne idee stanowiły rdzeń żydostwa. Mojżesz a po nim wszyscy wielcy przywódcy ludu, których działalność rozwijała się pozornie w całości na terenie religijnym, nie troszczyli się o religię, lecz o Królestwo Boże. Ale w tym pojęciu właśnie polityka jest religią, jest entuzjastycznym dążeniem, skierowanym bezpośrednio ku Absolutowi, ku Bogu, jest jedyną rzeczywistością życia, mieszczącą w sobie wszystkie inne. Nie jest więc już ona zajęciem pośród innych, jakąś płaszczyzną świadomości pomiędzy innymi, lecz jest ustosunkowaniem się człowieka, woli ludzkiej, w sposób obejmujący całe życie, do żądań jakie mu stawia Absolut. A w innym znaczeniu polityką jest tak uregulować stosunki ludzkie i życie codzienne każdego pojedynczego człowieka, aby były po upływie tego okresu skierowane ku celowi ostatecznemu. To skierowanie nazwali żydzi sprawiedliwością (Teraz już chyba jasne, skąd się wzięła nazwa „Prawo i Sprawiedliwość” – przyp. W.L.).”

Dalej Rolicki pisze tak:

»Powiedzmy to sobie w języku mniej filozoficznym. Oto prawodawcy żydów nie troszczyli się o religię, lecz o zapewnienie Jehowie Królestwa Bożego na ziemi. Był to cel polityczny i religia, którą głosili, stała się religią polityczną. Ubierając swój cel polityczny w szatę religijną, uzyskiwali zaszeregowanie całego plemienia i późniejszych pokoleń w jeden zastęp bojowników politycznych. Innym znowu zadaniem było tak uregulować całe prawodawstwo, by każdy czyn jednostki mógł zostać skierowany ku ostatecznemu celowi politycznemu i w ten sposób stać się czynem politycznym. Głównym środkiem działania kierownictwa Izraela było stworzenie dla mas specjalnej etyki; sprawiedliwym, a więc działającym zgodnie z żydowską etyką, jest tylko ten żyd, którego każdy czyn zmierza ku osiągnięciu ostatecznego celu politycznego, czyli ku zapewnieniu królestwa Jehowy.

Żywo musi zainteresować nas Jehowa, ów Bóg izraelski, mający zakrólować nad światem. Przekonujemy się, że nie jest to Bóg uniwersalny, Bóg dla wszystkich, lecz typowe bóstwo Izraela.

Księga Izajasza tak głosi ludowi izraelskiemu: „To mówi Pan: praca egipska i kupiectwo etiopskie i Sabaim, mężowie wysocy do ciebie przyjdą i twoi będą; za tobą chodzić będą, okowami w okowy pójdą i tobie się kłaniać i modlić będą; tylko w tobie jest Bóg, a nie masz oprócz ciebie Boga” (XLV 14).

Albo w innym miejscu: „będą otworzone bramy twoje ustawicznie; we dnie i w nocy nie będą zamknięte, aby noszono do ciebie moc narodów i króle ich, aby przywiedziono. Bo naród i królestwo, które tobie nie służyło, zginie. I przyjdą do ciebie, kłaniając się, synowie tych, którzy cię trapili. I będziesz ssać mleko narodów, a piersiami królów karmion będziesz” (LXI 5).

Jak widzimy, owo królestwo Jehowy nie jest wcale pomyślane nieziemsko; jest to królestwo z tego świata, zapewniające działaczom tego kultu polityczno-religijnego, uczestnikom przymierza z Jehową niedwuznaczne korzyści w postaci władztwa nad innymi narodami.

Oto jest sens przymierza, interes, jaki obie strony kontraktujące znalazły w tym przymierzu: „Sprzedam wam moją naukę i jestem sprzedany wraz z nią” (Midrasz Theruma 34). Oto istotna tajemnica religii politycznej, ku której spełnieniu dąży Izrael przez wieki.

Środki działania ulegają zmianom, gdy zawiodą jedne, sięga się po inne. A tajemniczość celu ostatecznego uzasadnia dostatecznie utajenie środków, dla których jedynym kryterium etycznym jest „sprawiedliwość”, czyli ich wartość praktyczna dla osiągnięcia celu. Stąd odwieczna, powszechna opinia, że żydzi hołdują zasadzie: cel uświęca środki.

Kierownicy Izraela zmiany metod narzucają gwałtem i rewolucyjnie swoim rzeszom. Takie rewolucje wewnątrz Izraela nie niosą jednak z sobą pogardy dla przeszłości. Są to bowiem rewolucje w zakresie używanych środków, metod działania. Dziś odrzucone, mogą kiedyś w przyszłości znaleźć znowu swą wartość.

Rewolucje w Izraelu nie dotykają dogmatu. Jest nim przymierze z Jehową i cel ostateczny. Na tych dogmatach zasadza się niezmienność dziejowa Izraela.«

W innym miejscu Rolicki cytuje „Hajnt” z 24 października 1930 roku:

„Jest głupio myśleć, że dopiero w naszych czasach narodziła się żydowska polityka i że nasi przodkowie o takich wysokich sztukach nie mieli pojęcia. Czy się nie wie, że już w czasach naszych mędrców, którzy kierowali żydowską polityką przeciw okropnemu Rzymowi, jedną z metod walki była demonstracja ludowa, było zawsze wygrywanie różnych sił politycznych w kraju przeciw sobie? Panującego przeciw stanom, kościoła przeciw panującemu itd. Był to niesłychanie powikłany systemat akcji politycznych, o których my dzisiaj nie możemy mieć nawet jasnego pojęcia”.

Te powyższe cytaty, to nie jest łatwa lektura, szczególnie ten drugi, ale dzięki nim łatwiej zrozumieć żydowską mentalność i ich cele. Wszelkie powoływanie się na nasze prawo, naszą etykę itp. nie ma sensu. Jest to walenie głową w mur. Czy zatem wszyscy ci, którzy wysuwają tego typu argumenty są tak naiwni, czy może zupełnie inna motywacja nimi kieruje?

Napisałem powyżej, że Żydzi dążą do odtworzenia państwa zwanego I RP, które to państwo ma być ich państwem. To będzie możliwe po przyłączeniu wschodniej Polski do Ukrainy, Białorusi i Litwy. Natomiast zachodnia część zostanie włączona do Niemiec. Działania mające umożliwić ten proces dokonują się nie od dziś. Pierwszą taką jaskółką była wspólna organizacja przez Polskę i Ukrainę Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej EURO 2012. Wtedy dotarło do mnie, że miejsce Polski jest na wschodzie.

W dniu 27 września pojawił się na Interii artykuł pod tytułem: „Łukaszenka: Widać, co to jest Polska w UE” i dalej cytat: „Aleksandr Łukaszenka: Władze polskie przyczyniają UE nie mniej problemów niż nam”. Dawny sowiecki aparatczyk, wylansowany na dyktatora Białorusi, wykonuje polecenia nieznanych przełożonych i określa Polskę jako kraj, który szkodzi Europie i Białorusi. Żenada! Kacyk o fizjonomii traktorzysty wprzęgnięty w wielką politykę. Tak to się zaczyna. Zaraz się okaże, że Polska przeszkadza nie tylko unii europejskiej, ale też jakiejś nic nie znaczącej Białorusi. Jeśli więc jakaś nic nie znacząca Białoruś, państwo wykreowane przez wielkich tego świata, zaczyna wypowiadać się, ustami swego przywódcy, na temat nic nie znaczącej Polski, że jest ona problemem Europy, to znaczy, że scenariusz już został napisany. Powoli chyba wchodzimy w etap końcowego odliczania – dla Polski. Przed rozbiorami I RP, o jej ustroju, wypowiadał się krytycznie Voltaire – filozof. Teraz krytycznie o Polsce wypowiada się były sowiecki aparatczyk. Takie czasy.

Sam Łukaszenka może sobie szczekać. Karawana idzie dalej. Problem jednak polega na tym, że atakuje również druga strona – unia europejska. Ta ma wielkie możliwości. Wystarczyło, że sejm zatwierdził unijną ustawę o zasobach własnych unii i od razu pojawił się problem kopalni i elektrowni Turów, która znajduje się na styku granic polskiej, czeskiej i niemieckiej. Rząd polski chce poszerzyć eksploatację złóż węgla brunatnego o kolejne 30 km². Czesi złożyli wniosek do unii o zablokowanie tego projektu, tłumacząc to tym, że spowoduje to pogorszenie sytuacji hydrologicznej na ich terenie, co przekładając na normalny język oznacza, że woda gruntowa będzie spływać do tej dziury, która powstanie w trakcie eksploatacji węgla brunatnego. Wprawdzie polscy i czescy geolodzy twierdzą, że nic takiego nie nastąpi i wody na terenach sąsiadujących z elektrownią nie brakuje, ale kogo to obchodzi. Czechów, jak niektórzy twierdzą, podpuścili Niemcy. Unia nakazuje wstrzymanie eksploatacji złóż i nakłada kary – 2,5 mln złotych dziennie.

To jest jeden z przykładów możliwości tego, co może unia. A ma jeszcze ustawę typu: pieniądze za praworządność. Jeśli uzna, że praworządność w danym kraju nie jest przestrzegana, to może cofnąć jakieś dotacje lub fundusze. Może robić to samo pod pozorem dyskryminowania ideologii LGBT itp. Ma wielkie możliwości. Tak działając może doprowadzić każdy kraj członkowski do ruiny, jeśli uzna, że należy to zrobić. Rząd „polski” niby przeciwstawia się, ale tak naprawdę współpracuje z unią. I w pewnym momencie powie: “Ta unia jest nie do wytrzymania”. Jak to leciało kiedyś na Śląsku? „Truman, Truman spuść ta bania, tutaj jest nie do wytrzymania”. Truman był prezydentem USA w latach 1945-53. Jeśli więc będzie następować eskalacja unijnych praktyk wobec Polski, zmierzających do jej osłabienia i dyskryminowania, to „polski” rząd w pewnym momencie może powiedzieć: „Obywatele! Po co nam ta unia! Wyjdźmy z niej”. Takie głosy już coraz częściej słychać. – Polexit. I o to chodzi! Jak Polska wyjdzie z unii, to jej podział i połączenie jej wschodniej części z Ukrainą, Białorusią i Litwą będzie już tylko kwestią czasu. W takich miastach jak Gdańsk, Wrocław czy Szczecin już od dawna wszystko jest szykowane do zintegrowania się z Niemcami.

W dniu 29 września przeczytałem na Interii, że ukraiński klub siatkarski ze Lwowa będzie prawdopodobnie grał w polskiej lidze. Wszystko więc zmierza w tym kierunku. Pod artykułem o tym ukraińskim klubie w polskiej lidze siatkarskiej pojawił się komentarz:

„Niedługo NAKAZ zawierania małżeństw polsko-ukrainskich, obowiązkowo!!! Krok po kroku projekt scalania Polski i Ukrainy wdrażany. Teraz mieszają społeczeństwa, a potem połączą ziemie i będzie w końcu można przenieść tutaj Izrael, bo na wzgórzach Golan gorąco i wrogów za dużo… POLIN w pełnej krasie.”

A pod nim drugi:

„Czy to znaczy że teoretycznie oni mogą być mistrzem naszego kraju i reprezentować Polskę w rozgrywkach międzynarodowych? To chyba niesmaczny żart!”

Do Polski przyjeżdża coraz więcej Ukraińców i często nie po to, by wykonywać najprostsze prace. Coraz częściej słychać ukraiński akcent w Polskim Radiu. Coraz więcej Białorusinów. A więc tak jak zauważył pierwszy komentujący – najpierw mieszanie społeczeństw, a potem łączenie ziem.

Na tym blogu pisałem, że I RP była dziełem Żydów. To oni wymyślili jej idiotyczny ustrój, ale nie dla nich. Dla nich był idealny, by rządzić z tylnego siedzenia. To był ich raj. Jednak w pewnym momencie uznali, że więcej korzyści odniosą, gdy go zlikwidują. Teraz wracają do tego pomysłu. I to jest właśnie dowód na to, że to oni stworzyli I RP powstałą w wyniku unii polsko-litewskiej. Gdyby to Polacy stworzyli to państwo, to po tych wszystkich doświadczeniach tej dwustuletniej symbiozy z Wielkim Księstwem Litewskim i po doświadczeniach II wojny światowej, a w szczególności po Katyniu i Wołyniu, nigdy by już nie pchali się na wschód. Bo nie byłoby Katynia i Wołynia, gdyby po I wojnie światowej powstała Polska bez Kresów. Może mała, ale na swych historycznych najstarszych ziemiach. Ich przyłączenie oznaczało, że była to decyzja Żydów, bo to im były potrzebne wszystkie te konflikty, które zrodziło to karykaturalne państwo, jakim była II RP. Było im ono potrzebne do rozpoczęcia wojny polsko-niemieckiej, co doprowadziło do wybuchu II wojny światowej. I znowu następuje powrót w stare koleiny. Dla Polaków wróży to jak najgorzej, a dla innych będzie raj.

Fundusze

W blogu „Nowy porządek” pisałem m.in. o tym, że zorganizowanie manifestacji, to nie jest taka prosta sprawa i wymaga to wielu zbiegów logistycznych i organizacyjnych. Tego nie robią przypadkowi ludzie. Wcześniej też wspomniałem o tym, że dostaję informacje od Biuletynu Stowarzyszenia Marszu Niepodległości. I ostatnio powiadomili mnie, że już przygotowują się do listopadowego Marszu Niepodległości i proszą o wsparcie finansowe i tłumaczą, dlaczego ono jest tak ważne. Warto przytoczyć obszerne fragmenty tego wyjaśnienia, bo być może nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, jak trudne jest zorganizowanie takiego marszu.

»Marsz Niepodległości to zadanie trudne logistycznie, wymagające dużego nakładu pracy i wielu działań, które nie są widoczne dla jego uczestników. Faktycznie: do kolejnego przemarszu, zaczynamy przygotowywać się już po zakończeniu poprzedniego. Najbardziej zauważalne są efekty techniczne, które generują zresztą największe koszty. Są to m.in. organizacja scen na Rondzie Dmowskiego oraz na błoniach Stadionu Narodowego, nagłośnienie, oświetlenie, agregat prądotwórczy. Dużym zainteresowaniem cieszy się zawsze platforma mobilna. Wymaga to od nas wynajęcia samochodów przewożących sprzęt i elementy konstrukcji, a także dźwigów je podnoszących. Przy montażu i obsłudze pracują też liczni technicy. Publiczność szczególnie zadowolona jest z telebimów umożliwiających zgromadzonym na trasie widzom lepsze zapoznanie się z kluczowymi wydarzeniami naszej uroczystości. Nie sposób nie wspomnieć o setkach barierek, a nawet o przenośnych toaletach, których z roku na rok przybywa – a jednak nadal jest ich zbyt mało.

Straż Marszu Niepodległości

Najważniejsze dla nas jest zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim przybyłym do Warszawy w dniu 11 listopada. Możemy w tym zakresie wyróżnić dwa kluczowe elementy: Straż Marszu Niepodległości oraz służby medyczne, ratowników oraz karetki pogotowia. Przeciętnym obserwatorom może wydawać się, że widoczni na trasie członkowie Straży to mało znaczące grupy ludzi ubranych w pomarańczowe kamizelki, które przemykają tu i ówdzie. Tymczasem jest to efekt ogromnego wysiłku logistycznego i finansowego. Formacja ta jest bowiem odpowiedzialna za organizację, logistykę oraz zabezpieczenie corocznego Marszu Niepodległości. Ochrania też inne imprezy patriotyczne w najodleglejszych zakątkach kraju. Przez cały rok przeprowadza ona regularne szkolenia: strzeleckie, medyczne, z taktyki imprez masowych, łączności itd. Są one organizowane w Warszawie i w innych miejscach kraju. Niezbędnym staje się więc wynajem lokali, opłacenie kosztów przejazdu i noclegów. Pomimo, że służba w Straży opiera się na wolontariacie, chcielibyśmy zapewnić chociażby zwrot kosztów podróży dla osób zamiejscowych i zorganizować noclegi oraz wyżywienie, pozwalające na wypoczynek po całodniowym wysiłku.  

Powstrzymanie prowokacji

Zapewnienie Państwu bezpieczeństwa i jak największego komfortu wymaga też wyposażenia w megafony, telefony, powerbanki, radiostacje i krótkofalówki, których zawsze jest za mało. Chcielibyśmy też wyposażyć ludzi w kamery nasobne, które pozwoliłyby na rejestrację działań interwencyjnych strażników. Wiele z prowokacyjnych ataków można by wtedy nagrywać i pokazać opinii publicznej jako kolejne przykłady agresji wobec patriotów, które media wolą przemilczeć, a jednocześnie chętnie przypisują je nam. Pamiętajmy, że radykalne środowiska lewicowe niejednokrotnie posuwały się do prowokacji. Miejmy to na uwadze szczególnie po wydarzeniach ostatnich miesięcy, kiedy doszło do licznych profanacji i ataków na kościoły oraz wzmożenia gróźb pod naszym adresem. Możemy spodziewać się eskalacji przemocy, a to oznacza, że Straż Marszu Niepodległości jest jeszcze bardziej potrzebna.

Msza święta i część artystyczna

Marszu Niepodległości nie sposób wyobrazić sobie bez Mszy Świętej. Szczególnie w przypadku mszy polowych trzeba zaangażować osoby, które przewiozą sprzęt liturgiczny i pomogą w ustawieniu ołtarzy.

Ważnym elementem Marszu Niepodległości jest część artystyczna. Zespoły muzyczne i chór potrzebują sprzętu i zapewnienia obsługi technicznej. Chcemy zrewanżować się im chociażby zwrotem kosztów dojazdu i noclegami.

Obsługa medialna i prawna

System akredytacji mediów relacjonujących przebieg Marszu, organizacja biura prasowego i konferencji prasowych to również ciężka praca. Chociaż nie kosztują one wiele, wymagają zaangażowania wielu osób. Realizacja transmisji filmowych stanowi znaczący procent naszego kosztorysu. Zapewniamy w ten sposób możliwość choćby biernego uczestnictwa kolejnym tysiącom osób, które z rozmaitych przyczyn nie mogą przybyć do Warszawy.

Niezbędna jest obsługa prawna i administracyjna, na którą składają się m.in. zgłaszanie zgromadzeń, składanie wniosków, odpowiedzi na pisma, spotkania z policją i urzędnikami, staranie się o zgody na przejazd samochodów. Prawnicy niejednokrotnie ratowali Marsz, odwołując się od decyzji Ratusza zakazujących jego organizacji. Miesiącami angażują się w sprawy sądowe. Przygotowują sprostowania fałszywych informacji prasowych w nieustannej wojnie informacyjnej, w której używa się wobec nas kłamstw, półprawd i przeinaczeń. Prawnicy przygotowują też wewnętrzne regulaminy i porady prawne, kontaktują się z firmami i urzędami, z którymi się stykamy.

Promocja

Każda działalność wymaga odpowiedniej promocji. Tworzone są grafiki, ulotki, plakaty, filmy promocyjne, które należy omówić zaprojektować, stworzyć a potem dystrybuować. Wiele z nich potem bezpłatnie wysyłaliśmy naszym sympatykom. Cały sztab ludzi obsługuje portale i media społecznościowe.

Mam nadzieję, że uświadomiłem Państwu jak kompleksowym, wielotorowym, ale i kosztownym przedsięwzięciem jest organizacja Marszu Niepodległości. Przez cały rok setki ludzi wkładają mnóstwo wysiłku w to, byśmy mogli spotkać się przez kilka godzin 11 listopada na ulicach Warszawy i wyrazić nasz patriotyzm. Uczcimy wysiłek i ofiarę niezliczonych niepodległościowców, dzięki którym możemy żyć w wolnej Ojczyźnie nie tylko w początkach II Rzeczypospolitej, ale i tych, którzy tworzyli ją u zarania naszych dziejów i przez kolejne stulecia aż po czasy powstania antykomunistycznego i współczesność. Utrwalamy i szerzymy wartości im przyświecające, chcąc być świadomymi Polakami, którzy w sztafecie pokoleń zachowają tożsamość kulturową. Miłość do Ojczyzny musi iść w parze z troską o ochronę atakowanej rodziny – tej podstawowej komórki społecznej. Naród jest niejako wielką rodziną rodzin. Szczęśliwie żyjemy w czasach pokoju, jednak nieustannie toczy się bezlitosna wojna gospodarcza – dlatego podkreślamy też kwestię suwerenności gospodarczej.«

Podpisał się pod tym Robert Bąkiewicz – Prezes Zarządu. Dodając na zakończenie: Widzimy się – jak zawsze – w Warszawie, w Święto Niepodległości z „Bogiem, Honorem i Ojczyzną” w sercach i umysłach.

Jak więc widać, jest to skomplikowana operacja. Marsz Niepodległości jest największym tego typu wydarzeniem w Polsce, stąd i skala trudności nieporównywalna z podobnymi manifestacjami. Jednak inne tego typu imprezy czy protesty też wymagają sporego wysiłku logistycznego i organizacyjnego. A wszystkie bez względu na skalę – pieniędzy. Bez nich niczego nie będzie. Skąd oni mają na to fundusze?

Podobne pytanie zadał sobie Adolf Nowaczyński w swoim felietonie Ofensywa bezbożników zamieszczonym w książce Perły i plewy z 1934 roku. Pisze on tak:

»Skąd oni mają fundusze na te swoje pisemka i na tę swoją akcję i propagandę?

Ostatecznie bowiem wychodzi tego siana i tej sieczki wcale dużo i to wychodzi systematycznie. „Polska Odrodzona”, „Polska Wolność”, „Wiedza dla wszystkich”, „Racjonalista”, „Ster”, „Jutro Rzeczypospolitej” itp. itd. Muszą płacić druk, papier, lokale redakcyjne, honoraria, kolportaż, reklamę. Wiemy wszyscy, co to teraz kosztuje i jak trudno już jest o każdy złoty, o każdy grosz. Płacić trzeba, prenumeratorów na to nie ma, bo być nie może. Rozsyła się dla propagandy gratis i franco. Ale skąd fundusze na to biorą? Pisemka wychodzą systematycznie, punktualnie. Więc skądś fundusze mieć tam muszą.

Oczywiście na pewne periodyki dają złoto Geldhaby i Nababy zza Żelaznej Bramy. Ale to by nie wystarczyło. Raczej tedy tu i ówdzie alimentacja z funduszów dyspozycyjnych. Ale których? Jakieś tam kasy jednak muszą stać otworem dla dywersyjnych batalionów wolnomyślicielskich. Dzięki nim jakoś to tam idzie, a przy poprawionej koniunkturze wszystkie te pisemka z małych fortów agnostycyzmu rozbudują się szybko na wielkie twierdze, bogate w amunicję i trujące gazy antychrystianizmu wojującego, zaczepnego, burzącego wszystko dookoła.

Na razie w obrębie tych fortów-pisemek, „sanatek” (jak nazywają antykatolickie pisma w Polonii amerykańskiej), wre praca przygotowawcza, organizacyjna, uczenie i ćwiczenie rekrutów, seminaria dla „pionierów”. Przede wszystkim kadry nauczycielskie i profesorskie szkół średnich i ludowych. To mają być te korpusy szturmowe „udarników”, które na dane hasło pójdą w Kulturkampf. Cały plan kampanii wedle wzorów francuskich w roku 1892, a potem 1905 (Combes, Sembat, Waldeck-Rousseau, A. F. Buisson, etc). Ministerstwo Oświaty i Wyznań ustosunkowuje się do całej kampanii „obiektywnie” i nie bez życzliwej neutralności. Nie na darmo unosi się dziś nad nim (po śmierci pogodzonego z katolicyzmem śp. Czerwińskiego) duch… Buchnerów, Moleschottów, Darwinów, Straussów, którego jeden ksiądz Żongołłowicz egzorcyzmami z gmachu nie przepędzi. W ministerstwie na ważnych stanowiskach osadzeni są: dr Taubenschlag, dr Kretz, dr M. Friedländer, prof. Ign. Myśliński (?), p. Janusz Korczak; „Rocznik Pedagogiczny” redaguje Helena Rajchman-(Radlińska), „Ruch Pedagogiczny” redaguje p. Henryk Rowid (?). Tak liczna semicka grupa nad pedagogiką polską czuwa i asocjację nauczycielską „Zrąb” odpowiednio „nowoczesnym” duchem przepaja. Toteż zdarza się potem, że w Wilnie wydawane dla kształcącej się młodzieży przez wizytatora tamtejszego okręgu p. Ostrowskiego i dr. Hirschberga pismo „Ster” zaleca jako lekturę dla młodzieży… Anat. France’a. Kuratorem warszawskiego rewiru jest znów niejaki p. Pytlakowski, którego nie należy mieszać z p. Dworakowskim, aczkolwiek wszystko co p. Pytlakowski zadeklaruje, to p. Dworakowskiemu zwykle bardzo się podoba.

Gdy taki duch Buchnerów, Straussów, Moleschottów idzie do ministerstwa, nie można się dziwić, że w obu pisemkach wolnomyślicielskich wśród współpracowników przeważają profesorowie i nauczyciele, czerpiący swe idee pedagogiczne z „Rocznika” Raichman-Radlińskiej i z „Ruchu” Henryka „Rowida”…

„Racjonalistą”, miesięcznikiem „Koła Intelektualistów” kieruje, jak to można było przypuszczać, któryś z Landaów, tym razem Józef Landau, autor „Mojej Utopii” (sic); filarami są prof. Kotarbiński i prof. Ułaszyn (Poznań). „Racjonalista” prezentuje się skromnie, pod względem intelektualnym desperacko prymitywnie. Toteż najwyższy czas, aby wódz „Racjonalistów” p. Landau podał do zgody rękę wodzowi „Wolnomyślicielców” p. Dawidowi Jabłońskiemu i aby viribus unitis wzięli się do burzenia baszt i murów nadwiślańskiego „Ciemnogrodu”, ewentualnie zfuzjowawszy się jeszcze z „Polską Wolnością” Tad. Wieniawy-Długoszowskiego, entuzjastycznego panegirysty „Dybała zwycięzcy” oraz z „Polską Odrodzoną”, księdza „narodowego” Farona, który teraz zerwał węzły łączności z „biskupem” Hodurem i kościołem narodowym w Scranton.

Całkiem odrębnymi torami idzie sobie „Wiedza dla wszystkich”, redagowana przez p. Tadeusza Orynga. Jak Bolesława Wieniawę nie należy mieszać z wolnomyślicielem Tadeuszem, tak nie należy Tadeusza Orynga z Wacławem. Ten drugi bowiem, autor osławionej kajdaniarskiej broszury pt.: „Zbrodniarze” (r. 1926), miał zeszłego roku powierzone sobie redagowanie pisma „Journal des Nations”, na co dostał odpowiednie sowite fundusze; wywdzięczył się ministrowi w ten sposób, że w krytycznym momencie sesji genewskiej przedrukował w tym piśmie artykuł „Manchester Guardiana” o Ukraińcach (bez komentarza), za co oczywiście z trzaskiem został raz na zawsze zlikwidowany i usunięty.«

Tak więc już przed wojną polska pedagogika i edukacja była zdominowana przez Żydów i ich usłużnych pomocników. Nie trzeba chyba dodawać, że po wojnie, jeśli się coś zmieniło, to na gorsze. Nie inaczej działo się po 1989 roku. Jest to zbyt ważna dziedzina, by ktoś inny mógł ją kontrolować.

Ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że Marsz Niepodległości jest żydowskim wymysłem. Oni go organizują i finansują. Poniekąd tak kreują wizerunek Polaka, bo przecież to wydarzenie jest również pokazywane za granicą. W końcu skoro Żydzi mają media w swoich rękach, to nie mają z tym problemu. Idą więc naiwni Polacy w tym marszu, utrwalając stereotyp Polaka katolika i patrioty. A ten patriotyzm sprowadza się do tego marszu i wymachiwania flagą narodową. Nigdy tego nie rozumiałem – od samego początku. Tak jak nie rozumiem tego: „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Wbrew temu, co pisze Bąkiewicz, ja nie noszę tego ani w sercu, ani w umyśle. A więc zapewne w pojęciu Żyda Bąkiewicza nie jestem Polakiem.

To, że coś takiego jest możliwe, to efekt edukacji, żydowskiej edukacji, w trakcie której wmawiano i nadal wmawia się uczniom, że patriotyzm polega na walce za ojczyznę, a nawet na poświęcaniu dla niej życia. No i oczywiście na tym, że ojczyznę trzeba kochać. Świadomie gloryfikuje się wszystkie przegrane powstania, a ich uczestników przedstawia się jako bohaterów. Jest to wynikiem tego, że edukacja, interpretacja historii i propaganda są w rękach żydowskich. Celem tych zabiegów jest utwierdzenie Polaków w przekonaniu, że takie gwałtowne protesty mają sens i że władza przestraszy się ich gniewu czy niezgody na istniejący stan. Nic bardziej błędnego. I jeszcze to wmawianie, że Polska jest krajem niepodległym, w którym Polacy mają na coś wpływ. Efekt jest taki, że idą Polacy w marszu, a Żydzi w duchu śmieją się: wyprowadzamy was na ulice, które są wasze, a kamienice są nasze. Czy ci ludzie, którzy uczestniczą w takim marszu, zdają sobie sprawę z tego, jakich pajaców z siebie robią? Jedni Żydzi organizują marsz, a inni, w mediach wszelkiego rodzaju, też zagranicznych, opisują Polaków jako faszystów. I taki przekaz idzie w świat. Nic więc dziwnego, że Żydzi śmieją się z nich i uważają za durniów. A żeby było jeszcze śmieszniej, to często sami krzyczą lub namawiają naiwnych do okrzyków: Tu jest Polska, a nie Polin! A przecież jest dokładnie odwrotnie, a krzykiem niczego się nie zmieni, co najwyżej ośmieszy się.

Edukacja c.d.

„Dajcie mi na przeciąg wieku wychowanie publiczne, a zmienię świat” mawiał filozof Leibnitz, wybitny różokrzyżowiec. Niewątpliwie bez przejęcia systemu edukacji, siły starające się wprowadzić Nowy Porządek Świata, miałyby o wiele trudniejsze zadanie. Przede wszystkim trudno byłoby wmówić ludziom, że oto, ni stąd, ni zowąd, pojawił się jakiś śmiertelnie groźny wirus, który nie jest ani śmiertelny, ani groźniejszy od zwykłego wirusa grypy, ani nie jest niczym nowym. Skoro jednak mówią tak „uczone głowy”, to chyba coś musi być na rzeczy. Nie jest ważne, że jest jeszcze mnóstwo ludzi, którzy nie wierzą w tę bajkę. Niestety tych, którzy wierzą jest znacznie więcej i to może decydować.

Antony Sutton w swojej książce z 1983 roku Skull and bones; Tajemna elita Ameryki poświęca też dużo miejsca edukacji. Poniżej fragmenty jego wywodów:

»Każda grupa pragnąca zapewnić sobie kontrolę nad przyszłością amerykańskiego społeczeństwa, musi najpierw przejąć kontrolę nad systemem edukacji, czyli nad populacją przyszłości. Wszystko zaczęło się na Yale. Nawet na kartach oficjalnej historii Yale da się odczuć świadomość potęgi tego uniwersytetu i sukcesu, jaki odniósł. W oficjalnej historii czytamy, że „Sukces Yale był nieznośny i tajemniczy”.

Pełną świadomość tego sukcesu miał też najważniejszy rywal Yale, Uniwersytet Harvarda. Doszło do tego, że w 1892 roku młody harvardzki wykładowca, George Santayana, udał się na Yale, by zbadać ową „niepokojącą legendę” o potędze tego Uniwersytetu. Santayana przytoczył słowa absolwentów Harvardu zamierzających wysłać swoich synów na Yale i tłumaczących to faktem, że gdy zamkną się za nimi mury uczelni, „wszyscy, którzy ukończyli Harvard pracują dla absolwentów Yale”.

Nikt wcześniej nie zadał jednak oczywistego pytania – dlaczego? Czym jest „potęga Yale”?

W latach pięćdziesiątych XIX wieku trzech członków Zakonu opuściło mury Yale i wspólnie, współpracując też niekiedy z innymi członkami, dokonało rewolucji, która zmieniła oblicze, kierunek i cel amerykańskiego systemu edukacji. Rewolucja ta była błyskawiczna, cicha i wyjątkowo udana. Amerykanie nawet dzisiaj, w 1983 roku, nie są świadomi tego zamachu stanu.

Wywrotowe trio tworzyli:

  • Timothy Dwight (wtajemniczony w roku 1849), wykładowca w yale’owskiej Divinity School, a następnie dwunasty rektor Uniwersytetu Yale.
  • Daniel Coit Gilman (wtajemniczony w roku 1852), pierwszy rektor Uniwersytetu Kalifornijskiego, pierwszy rektor Uniwersytetu Johna Hopkinsa i pierwszy prezes Carnegie Institution.
  • Andrew Dickson White (wtajemniczony w roku 1853), pierwszy rektor Uniwersytetu Cornell i pierwszy przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego.

Tych trzech godnych uwagi mężczyzn wstąpiło w szeregi Zakonu w odstępie kilku lat od siebie (1849, 1852, 1853). Natychmiast wyruszyli do Europy. Wszyscy trzej rozpoczęli studia filozoficzne na Uniwersytecie Berlińskim, zmonopolizowanym przez filozofię postheglowską.

Dlaczego to niemieckie doświadczenie jest takie ważne? Ponieważ był to okres, w którym ukształtowała się osobowość tych trzech mężczyzn. Dopiero co ukończyli studia, snuli plany na przyszłość, a ferment, jaki wywołała filozofia heglowska, był w tamtym czasie w Niemczech siłą dominującą.

Hegliści dzielili się na dwie grupy. Ich prawe skrzydło tkwiło u korzeni pruskiego militaryzmu, stanowiąc natchnienie dla zjednoczenia Niemiec i – w późniejszym okresie – dojścia do władzy Hitlera. W gronie tym czołowe pozycje zajmowali Karl Ritter z Uniwersytetu Berlińskiego, na którym studiowała nasza trójka, baron von Bismarck i baron von Stockmar, zaufany doradca angielskiej królowej Wiktorii. Prawicowym heglistą był także żyjący nieco wcześniej Karl Theodor Dalberg (1744-1817), arcykanclerz rzeszy Niemieckiej, spokrewniony z angielskim lordem Actonem i członek Zakonu Iluminatów o pseudonimie Baco v. Verulam.

Istnieli także hegliści o poglądach lewicowych, będący orędownikami socjalizmu naukowego. Najsłynniejszymi z nich byli rzecz jasna Karol Marks, Fryderyk Engels, Heinrich Heine, Max Stirner i Moses Hess.

Należy pamiętać, że dla obu grup punktem wyjścia jest heglowska teoria państwa, czyli przekonanie o wyższości państwa nad jednostką. Pruski militaryzm, nazizm i marksizm mają te same filozoficzne korzenie. Nie pozostało to bez wpływu na naszą trójkę.

Związki z iluminatami

Johann Friedrich Herbart był wybitnym niemieckim filozofem z początku XIX wieku. W Stanach Zjednoczonych istniało niegdyś National Herbart Society for the Scientific Study of Education (Krajowe stowarzyszenie imieniem Herbarta na rzecz nauki o edukacji), którego celem było przystosowanie herbartiańskich zasad do amerykańskiego systemu edukacji. Stowarzyszenie to przekształciło się później w National Society for the Study of Education. Obecnie nie słyszy się zbyt często o Johannie Herbarcie, ale jego wpływy przetrwały w tak zwanych „wzbogaconych” szkolnych programach nauczania i w obecnej metodologii pedagogicznej.

Herbart był teoretykiem pedagogiki, a także filozofem i psychologiem. Uważał on, że pedagogikę należy uprawiać w ściśle naukowy sposób, a naczelnym celem edukacji jest przygotowanie dziecka do życia w porządku społecznym, którego jest integralną częścią. W ślad za Heglem głosił, że jednostka nie ma znaczenia. Celem edukacji nie jest jedynie rozwój indywidualnego talentu, indywidualnej sprawności, siły psychicznej czy wiedzy. Jest nim rozwój charakteru i moralności społecznej, a najważniejsze zadanie wychowawcy polega na dokonywaniu analizy działań i powinności człowieka wobec społeczeństwa.

Zadaniem kształcenia jest urzeczywistnienie tych celów i rozbudzanie pożądanych społecznie idei. W przekonaniu Herbarta i zgodnie z teorią Hegla moralne jest zatem to, co przynosi korzyść społeczeństwu.

Herbartianie są zwolennikami koncentrowania przedmiotów wokół głównego tematu, czyli na przykład łączenia historii, wiedzy o społeczeństwie i literatury angielskiej. Pozwala to nauczycielowi na łatwiejsze podejmowanie tych tematów, które są bardziej przydatne dla osiągnięcia celu.

Wszystkie idee, które odnajdujemy w dzisiejszej filozofii edukacyjnej weszły do amerykańskiej pedagogiki za pośrednictwem grup herbartiańskich.

Johann Herbart studiował na Uniwersytecie w Jenie, gdzie znalazł się pod wpływem Johanna Herdera, Friedricha Schillera, Johanna Fichtego i Johanna Goethego. W późniejszych latach, będąc w Szwajcarii, nawiązał kontakt z Johannem Pestalozzim. Ludzie, którzy wywarli nań największy wpływ, mają jedną interesującą cechę: albo byli członkami Zakonu Iluminatów, albo uważa się, że mieli z nim bliskie związki.

Jeszcze ściślejszy związek łączył Herbarta z innym znanym członkiem Zakonu Iluminatów, Johannem Heinrichem Pestalozzim (1746-1827). Pestalozzi był cieszącym się sławą szwajcarskim nauczycielem mieszkającym w Interlaken i noszącym iluminacki pseudonim „Alfred”.

Na samym początku XIX wieku, przed ukończeniem doktoratu, Herbart spędził trzy lata w szwajcarskim Interlaken. Efektem jego kontaktów z Pestalozzim jest książka na temat teorii pedagogicznych tego ostatniego, z których wiele Herbart przyjął za swoje. Książka ta nosi tytuł Pestalozzis Idee eines Abc der Anschauung (Zbadane i naukowo wywiedzione abecadło poglądowości według pomysłu Pestalozziego). Została przetłumaczona na angielski. Fakt ten nie pozostaje bez znaczenia, stanowi bowiem przyczynek do tego, jak znaczny wpływ na dzisiejszą pedagogikę wywiera iluminacka książka.

Jeśli zaś chodzi o edukację, iluminaci mieli następujący cel: „Musimy urobić zwykłych ludzi w każdym zakątku. Cel ten uda się osiągnąć przede wszystkim dzięki szkołom i naturalnemu, serdecznemu zachowaniu, łaskawości, popularności i tolerancji dla ich przesądów, które bez pośpiechu wykorzenimy i rozwiejemy”.

Zakon Iluminatów powstał na Uniwersytecie w Ingolstadt, Grupa w All Souls College na Uniwersytecie Oksfordzkim w Anglii, a Zakon na Uniwersytecie Yale w Stanach Zjednoczonych. Paradoks polega na tym, że instytucje rzekomo oddane poszukiwaniu prawdy i wolności stały się kolebkami organizacji, których celem jest zniewolenie świata.

Wpływ Deweya

Patrząc na postać Johna Deweya z perspektywy osiemdziesięciu lat utrzymywania się jego wpływu, można go uznać za najważniejszy czynnik kolektywizacji lub heglizacji amerykańskich szkół. Dewey był nieodmiennie filozofem zmiany społecznej i dlatego właśnie wywarł wpływ tak dogłębny i wszechogarniający. I to właśnie w pracy i realizowaniu pomysłów Johna Deweya kryją się cele Zakonu.

Gdy Zakon sprowadził G. Stanleya Halla z Lipska na Uniwersytet Johna Hopkinsa, John Dewey już tam był, czekając na napisanie swojej rozprawy doktorskiej na temat „psychologii” Kanta. Będąc już wyznawcą filozofii Hegla, przyswoił sobie psychologię Wundta i Hegla i zastosował je w swojej koncepcji edukacji, której celem była zmiana społeczna. Doskonale ilustruje to cytat z Mojego pedagogicznego credo Deweya:

Szkoła jest przede wszystkim instytucją społeczną. Ponieważ edukacja jest procesem społecznym, szkoła po prostu stanowi tę formę życia wspólnotowego, w której wszystkie te wpływy skupiają się, by jak najskuteczniej doprowadzić dziecko do partycypowania w odziedziczonych przezeń zasobach rasy i wykorzystania jego własnych sił dla celów społecznych. Edukacja jest więc życiem, a nie przygotowaniem do przyszłego życia.

Wynika z tego, że deweyowska edukacja nie skupia się na dziecku, ale na państwie, ponieważ heglowskie „cele społeczne” zawsze stawiają w centrum państwo.

W tym właśnie tkwi sedno nieporozumień pomiędzy współczesnymi rodzicami a systemem edukacji. Rodzice uważają, że dziecko chodzi do szkoły, by nabyć w niej umiejętności potrzebnych mu w dorosłym życiu, ale Dewey stwierdza wyraźnie, że edukacja nie jest „przygotowaniem do przyszłego życia”. Deweyowski system edukacji nie przywiązuje wagi do rozwijania talentów dziecka. Przeciwnie, jego zadaniem jest przygotowanie go do funkcjonowania w roli części składowej organicznej całości, czyli mówiąc wprost, bycia trybikiem w mechanizmie organicznego społeczeństwa. Podczas gdy wartości moralne większości Amerykanów są zakorzenione w indywidualizmie, system oświatowy czerpie swoje z heglowskiej koncepcji państwa jako absolutu. Nic dziwnego, że dochodzi do nieporozumień.

Gdy porówna się Hegla, Johna Deweya oraz teoretyków i praktyków dzisiejszej pedagogiki, uderza ich niezwykłe podobieństwo. Hegel uważał, że jednostka jest pozbawiona wartości, o ile nie pełni funkcji społecznej: „Państwo jest rzeczywistością absolutną, a jednostka uzyskuje obiektywność, prawdę i moralność wyłącznie będąc częścią państwa”.

John Dewey starał się zminimalizować wolność jednostki. W swoim artykule Demokracja i administracja oświatowa („School & Society”, XVL, 1937) pisze o „zagubionej jednostce”, po czym ponownie powołuje się na Hegla: „wolność jest partycypacją każdej dojrzałej istoty ludzkiej w tworzeniu wartości regulujących wspólne życie”. Jest to stwierdzenie czysto heglowskie, analogiczne do przekonania, że człowiek może znaleźć wolność jedynie w posłuszeństwie wobec państwa. Krytycznie nastawiony do Johna Deweya Horace M. Kallen stwierdził, że Dewey był „ślepy na czysty indywidualizm jednostek”.

Cel edukacji

Jaki jest zatem cel edukacji, skoro jednostka nie ma żadnych praw i żyje tylko dla państwa?

Hegel nie musiał pisać o oświacie i – o ile nam wiadomo – w jego pismach nie znajdzie się zdania poświęconego wyłącznie zagadnieniom edukacji. Nie było takiej potrzeby. W opinii Hegla wszystkie jednostki istnieją wyłącznie z łaski państwa. Pogląd ten znalazł odzwierciedlenie we wszystkich systemach politycznych opartych na filozofii Hegla, bez względu na to, czy chodziło o radziecki komunizm, czy hitlerowski narodowy socjalizm. John Dewey podzielał heglowskie postrzeganie społeczeństwa jako organicznej całości:

Wykształcenie polega albo na umiejętności wykorzystywania swoich zdolności umysłowych dla dobra społeczeństwa, albo na umiejętności partycypowania w doświadczeniu innych i poszerzania w ten sposób indywidualnej świadomości na świadomość rasy (Wykłady dla pierwszego roku pedagogiki).

Ostatnie zdanie przywodzi na myśl hitlerowską filozofię rasy, czyli prawicowy heglizm, a poglądy dzisiejszych pedagogów odzwierciedlają to podejście. Oto cytat z wypowiedzi członka zgromadzeń ustawodawczych Kalifornii, Johna Vasconcellosa, piastującego także nader ważne stanowisko przewodniczącego Wspólnej Komisji do spraw Ogólnego Planowania w Szkolnictwie Wyższym oraz Komitetu do Spraw Celów Oświatowych przy zgromadzeniu stanowym Kalifornii:

Przyszedł czas na nową wizję nas samych, człowieka, ludzkiej natury i ludzkiego potencjału oraz nową teorię polityczną i instytucje oparte na tej wizji. Na czym polega ta wizja Człowieka? Na przekonaniu, że ludzka natura, pełna, organizmiczna istota ludzka jest kochająca… że ze swej natury człowiek dąży ku wspólnocie (cyt. za : Rex Myles, Brotherhood and Darkness).

Na czym ma polegać to „poszerzenie indywidualnej świadomości” (Dewey) i „dążenie ku wspólnocie” (Vasconcellos)?

Za zasłoną starannego języka kryje się Nowy Porządek Świata, światowe społeczeństwo organiczne. W Konstytucji nie ma jednak najmniejszej wzmianki na temat światowego porządku organicznego. Żaden urzędnik państwowy ani osoba piastująca stanowisko wybieralne nie może zgodnie z prawem popychać Stanów Zjednoczonych w kierunku takiego ustroju, ponieważ jest to w sposób oczywisty niezgodne z Konstytucją. Dewey nie był, rzecz jasna, urzędnikiem państwowym, ale Vasconcellos złożył przysięgę na wierność Konstytucji.

Większość ludzi, zapytana o światowy porządek, odpowie prawdopodobnie, że zanim zaangażujemy się w ezoteryczne pomysły, powinniśmy najpierw zająć się problemami wewnątrz naszego kraju. Większym zmartwieniem dla Amerykanów jest chyba korupcja polityczna, żałośnie niskie standardy oświatowe i bezduszna biurokracja. Trudno dostrzec, co nowy porządek świata może mieć wspólnego z kształceniem dzieci, ale odpowiedź na to zagadnienie można znaleźć w literaturze. Fichte, będący poprzednikiem Hegla i źródłem wielu jego idei filozoficznych, miał jasno sprecyzowaną koncepcję Ligi Narodów (Volkenbund) oraz wizję związku zaprowadzającego pokój. Fichte zapewniał, że „gdy federacja ta się rozprzestrzeni i stopniowo obejmie całą Ziemię, zapanuje wieczny pokój, będący jedyną zgodną z prawem relacją pomiędzy państwami”.

National Education Association, zajmujące się lobbowaniem w sprawach związanych z edukacją, w 1976 roku stworzyło program z okazji dwusetnej rocznicy istnienia Stanów Zjednoczonych zatytułowany „Deklaracja Niepodległości: kształcenie na rzecz globalnej społeczności”. Na szóstej stronie tego dokumentu czytamy: „Jesteśmy zaangażowani w ideę kształcenia na rzecz globalnej społeczności. Zachęcamy do udzielenia nam pomocy w przekształceniu tego zaangażowania w działanie i zmobilizowanie światowego szkolnictwa do rozwijania światowej społeczności”.

Cel niemal w całości odpowiadający celom Hegla sformułował w swojej książce Self Knowlegde and Social Action (Samowiedza i działanie społeczne) Obadiah Silas Harris, adiunkt wydziału Zarządzania i Rozwoju Szkolnictwa Uniwersytetu Nowy Meksyk w Las Cruces w Nowym Meksyku:

Gdy edukatorzy społeczni mówią, że edukacja społeczna bierze pod uwagę jednostkę jako całość i jej całe otoczenie, mają na myśli dokładnie to: dziedzina jaką jest edukacja społeczna obejmuje jednostkę wraz z całą jej strukturą psychofizyczną oraz klimatem ekologicznym wraz ze wszystkimi implikacjami – społecznymi, politycznymi, ekonomicznymi, kulturalnymi, duchowymi itd. Jej celem jest zintegrowanie jednostki w sobie (sic!) i w społeczności, aż jednostka stanie się kosmiczną duszą, a społeczność światem.

W tej samej książce na stronie osiemdziesiątej czwartej czytamy:

Kosmiczna dusza (…) cała rasa ludzka wykształci własną rzeczywistą duszę – kosmiczną duszę rasy. Tak wygląda przyszłość ewolucji ludzkości. Wynikiem pojawienia się uniwersalnej duszy będzie wielkie zjednoczenie całej rasy ludzkiej, dające początek nowej erze, świtowi nowej światowej potęgi.

Ostatni przytoczony cytat jeszcze bardziej trąci Adolfem Hitlerem niż wypowiedzi Johna Vasconcellosa. Ma on w sobie taką samą mieszaninę okultyzmu, etniczności i absolutyzmu.

Powszechnie uważa się, że zgodnie z określonym w Konstytucji charakterem relacji pomiędzy jednostką a państwem, to jednostka pełni funkcję nadrzędną, a celem istnienia państwa jest służba jednostce i że państwo nie ma władzy, za wyjątkiem wyraźnie wyrażonej woli narodu.

Krótko mówiąc, propozycje Johna Deweya i jego zwolenników są niekonstytucyjne. Nigdy nie przekroczyłyby progów amerykańskich klas szkolnych, gdyby za ich rozpowszechnianiem nie stała ogromna potęga Zakonu.«

Sutton pisał to ponad 40 lat lat temu. Gdybyśmy w jego opisie zamiast uczniów i studentów wstawili społeczeństwo, to uzyskalibyśmy obraz współczesności i cele, do których dążą rządzący światem. Być może do wielu ludzi nie dociera ten fakt, że obecnie jednostka nic nie znaczy i na nic nie ma wpływu. Nawet nie decyduje o własnym zdrowiu. Nie ma znaczenia, że mogę się dobrze czuć i nic mi nie dolega. O tym czy jestem zdrowy, czy chory, decyduje państwo, a konkretnie testy, które ono uznaje za miarodajne, a które zostały stworzone w zupełnie innym celu niż diagnozowanie zarażenia wirusem. Państwo uznało, że nawet jak ktoś jest zdrowy, to jest chory, chory bezobjawowo i może zarażać innych. I ono decyduje o tym, gdzie mi wolno wejść czy pojechać, a gdzie – nie. Ono decyduje o tym, że wszyscy obywatele danego kraju mogą zarażać, a emigranci nie zarażają. Tak więc już jesteśmy niewolnikami, choć jeszcze do niewielu to dociera, a państwo jest już wszechmogące. Jest absolutem.

Hegel uważał, że jednostka jest pozbawiona wartości, o ile nie pełni funkcji społecznej i że wszystkie jednostki istnieją wyłącznie z łaski państwa. Za młodu uczono mnie, że idee Lenina są wiecznie żywe, a teraz okazuje się, że to idee Hegla są wiecznie żywe. W tej chwili mamy do czynienia z wdrażaniem heglowskiego modelu państwa. Państwo decyduje o tym, które jednostki są wartościowe, a które nie. Ci, którzy są właścicielami małych firm uznani zostali za zbędnych i nie przedstawiają dla państwa żadnej wartości. Podobnie ludzie starzy. To, czy ktoś będzie żyć, będzie zależeć, a właściwie już zależy, od państwa. My nie wiemy, czy my wszyscy dostajemy takie same „szczepionki”. Czy są tacy, którzy dostają sól fizjologiczną, czy może nic im nie wstrzykuje się, a dostają zaświadczenia o szczepieniu? A ci faktycznie „zaszczepieni”? Jak państwo uzna, że mają żyć, to będą żyli, a jak uzna, że są zbędni, to ich zlikwiduje. To dlatego rządom wszystkich państw zależy na „zaszczepieniu” wszystkich. Każde inne tłumaczenie jest zwykłą zasłoną dymną, a mówiąc bardziej dosadnie – ściemą.

Sutton wielokrotnie zwracał uwagę na to, że z heglizmu czerpał zarówno nazizm jak i komunizm. Na portalu Interia ukazał się artykuł o nazistowskiej edukacji. Link tu: https://kobieta.interia.pl/zycie-i-styl/news-jak-wychowac-naziste-edukacja-do-smierci,nId,5487992 Autorka nie zająknęła się nawet o heglowskich korzeniach nazizmu. Trudno jednak mieć do niej o to pretensję. Wszak propaganda to uzupełnienie edukacji i jej cele są podobne: przedstawianie jedynie słusznego obrazu historii i teraźniejszości.

Po co to wszystko? Proste pytanie, na które nikt nie chce dać odpowiedzi. Sutton pisał, że celem jest Nowy Porządek Świata. Być może więcej nie mógł napisać. Po co to wielkie zjednoczenie całej rasy ludzkiej, dającej początek nowej erze, świtowi nowej światowej potęgi? Można i tak nazwać mesjański cel Żydów i ich uparte dążenie do tego, by stać się rasą panów. Ideologiczną podstawę pod te dążenia zapewnił m.in. Georg Wilhelm Friedrich Hegel.

Nowy Porządek

Na naszych oczach rodzi się państwo totalitarne, a właściwie państwa totalitarne, bo zjawisko dotyczy całego świata. Wielu uważa, że pandemię wymyślono, by na niej zarabiać, wzbogacać się, a jej trwanie leży w interesie tych, którzy na tym korzystają. Gdyby tak faktycznie było, to nie byłoby jeszcze tak źle. Ale jest gorzej. Pandemię wymyślono po to, by całkowicie podporządkować jednostkę państwu i pozbawić ją wszelkiej własności. Prawdopodobnie więc przytłaczająca większość tych, którzy zarabiają na niej, również jest ujęta w tym planie. To jest końcowy etap pewnego procesu dziejowego, starannie zaplanowanego i realizowanego od lat, a może nawet od początku. Dobrze to opisuje i wyjaśnia Antony Sutton w książce Skull and bones; tajemna elita Ameryki. Pierwsze jej wydanie pojawiło się w 1983 roku, a więc Sutton pisał ją prawdopodobnie na przełomie lat 70-tych i 80-tych. Poniżej wybrane przeze mnie fragmenty:

»Historię działań operacyjnych Zakonu można zrozumieć jedynie w ramach heglowskiego procesu dialektycznego. Najprościej rzecz ujmując, chodzi o pogląd, że to konflikt tworzy historię.

Efektem tej zasady jest przekonanie, że kontrolowany konflikt może wprowadzić historię na z góry określone tory. Gdy więc, na przykład, Komisja Trójstronna wypowiada się na temat „zarządzanego konfliktu”, co czyniła wielokrotnie na łamach swoich publikacji, sugeruje tym samym sterowanie konfliktem dla osiągnięcia długoterminowych, z góry określonych celów, a nie po prostu swobodne posiłkowanie się manipulacją dla rozwiązania problemu.

Dialektyka przenosi ów „zarządzany konflikt” Komisji Trójstronnej o jeden krok dalej. Z punktu widzenia heglistów istniejąca siła (teza) rodzi siłę jej przeciwną (antytezę). Konflikt pomiędzy tymi siłami tworzy syntezę. Następnie cały proces zaczyna się od początku: teza przeciwstawiona antytezie prowadzi do syntezy.

Synteza, do której dąży establishment, nosi nazwę Nowego Porządku Świata. Bez kontrolowanego konfliktu porządek ten nigdy jednak nie nadejdzie. Przypadkowe działania poszczególnych członków społeczeństwa nie doprowadzą do syntezy, która jest bytem sztucznym, a zarazem musi zostać stworzona. Tworzy się ją zaś dzięki przemyślanemu wykorzystaniu zarządzanego konfliktu. Przez cały czas poświęcony na dążenie do syntezy, nie osiąga się żadnych korzyści z rozgrywania zaangażowanych stron. Wyjaśnia to, dlaczego międzynarodowi bankierzy popierali nazistów, Związek Radziecki, Północną Koreę, Północny Wietnam i tak do znudzenia, przeciwko Stanom Zjednoczonym. „Konflikt” rodzi zysk, popychając jednocześnie świat w kierunku Rządu Światowego. Proces ten trwa do dzisiaj.

Według Hegla konflikt politycznej „prawicy” z polityczną „lewicą”, lub zgodnie z heglowską terminologią tezy i antytezy, jest niezbędny, by pchnąć historię do przodu i by mogła nastąpić historyczna zmiana. Konflikt pomiędzy tezą i antytezą prowadzi do syntezy, czyli nowej sytuacji historycznej.

Popularyzowana historia świata, zarówno na Zachodzie, jak i w krajach marksistowskich, składa się jedynie z opisów i analiz dokonywanych z politycznych perspektyw „prawicy” lub „lewicy”. Dzieła historyczne wydawane na Zachodzie postrzegają komunizm i socjalizm albo z punktu widzenia kapitalizmu finansowego, albo marksizmu. Z kolei książki publikowane w Związku Radzieckim widzą Zachód jedynie z perspektywy marksizmu. Istnieją jednak inne ramy dla analizy historycznej, które niestety (o ile nam wiadomo), nigdy nie zostały wykorzystane. Dopiero użycie ram heglowskiej logiki pozwoliłoby stwierdzić, czy elity kontrolujące państwo wykorzystują proces dialektyczny do stworzenia z góry zaplanowanej historycznej syntezy.

We współczesnych dziełach historycznych ten twórczy proces jedynie przebłyskuje gdzieniegdzie w zwodniczy sposób. Najbardziej przekonujące przebłyski można znaleźć w książce Tragedy and Hope Carrolla Quigleya. Rzadko się zdarza, by politycy z marginesu elitarnego kręgu władzy pozwolili opinii publicznej na choćby krótki wgląd w jego struktury. Prezydent Woodrow Wilson stwierdził na przykład: „Najwięksi przedstawiciele branży handlowej i produkcyjnej w Stanach Zjednoczonych wiedzą, że istnieje siła tak zorganizowana, tak wyrafinowana, tak kompletna i tak wszechobecna, iż wszelkie słowa krytyki pod jej adresem należy wypowiadać szeptem”.

Fakty zawarte w niniejszej książce dowodzą, że obecna sytuacja na świecie jest wynikiem świadomego działania elitarnej siły, polegającej w mniejszym lub większym stopniu na manipulacji żywiołami „prawicy” i „lewicy”. Twierdzimy, że najpotężniejsza ze wszystkich elit tego świata w ciągu mniej więcej ostatnich stu lat patronowała zarówno żywiołom prawicowym jak i lewicowym, by zaprowadzić nowy porządek świata.

Nie ulega wątpliwości, że tak zwany establishment w Stanach Zjednoczonych korzysta z „zarządzanego konfliktu”. Przykłady wykorzystania praktyki „zarządzania” kryzysem w celu osiągnięcia korzystnego rezultatu (korzystnego rzecz jasna dla elity) można bez trudu znaleźć w literaturze, na przykład w publikacjach Komisji Trójstronnej. Co więcej, nie ulega wątpliwości, że decyzje dotyczące wojny i pokoju są podejmowane przez kilku członków elity, a nie przez większość podczas głosowania w politycznym referendum.

Na czym polega proces dialektyczny

Na przestrzeni ostatnich dwustu lat, od czasu gdy w niemieckiej filozofii rozbłysła gwiazda Kanta, można wyróżnić dwa sprzeczne ze sobą systemy filozoficzne oraz przeciwstawne idee państwa, społeczeństwa i kultury. W Stanach Zjednoczonych, na terenie Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i we Francji podstawą filozofii jest jednostka oraz prawa jednostki. Tymczasem w Niemczech, od czasów Kanta, przez Fichtego i Hegla aż do roku 1945, filozofia opierała się na powszechnym braterstwie, odrzuceniu indywidualizmu i ogólnym sprzeciwie wobec klasycznej zachodniej myśli liberalnej w niemal wszystkich jej aspektach. Niemiecki idealizm stanowił podstawy filozoficzne prac zarówno Karla Marksa i lewicowych heglistów, jak i Bismarcka, Hitlera i heglistów prawicowych. Na tym właśnie polega paradoks: Hegel zapewnił podstawy teoretyczne nie tylko najbardziej konserwatywnym ruchom niemieckim, ale i najbardziej rewolucyjnym ruchom XIX wieku. Korzenie filozofii zarówno Marksa, jak i Hitlera tkwią w heglizmie.

Z heglowskiego systemu myśli filozoficznej, obcemu większości z nas, mieszkańców Zachodu, wynikają takie absurdy, jak „pochód Boga w świecie”, pogląd, że państwo jest także swego rodzaju bogiem, że jedyną powinnością obywatela jest służba Bogu poprzez służbę państwu, że państwo jest absolutnym rozumem, że obywatel może odnaleźć wolność jedynie poprzez oddawanie czci państwu i całkowitemu posłuszeństwu wobec niego.

Z systemu filozoficznego Hegla wywodzi się dialektyka historyczna, czyli przekonanie, że wszystkie wydarzenia historyczne są skutkiem konfliktu pomiędzy przeciwstawnymi siłami. Te powstające wydarzenia są czymś innym od wydarzeń konfliktowych i od nich wyższym. Każdą ideę lub realizację idei można uznać za tezę. Teza taka będzie zachętą do pojawienia się sił jej przeciwstawnych, czyli antytezy. Ostatecznym rezultatem nie będzie natomiast ani teza, ani antyteza, lecz synteza tych dwóch skomplikowanych sił.

Karol Marks w Kapitale przedstawił kapitalizm jako tezę, a komunizm jako antytezę. Historycy – także marksistowscy – całkowicie zignorowali jednak fakt, że wynikiem starcia tych systemów nie będzie społeczeństwo ani kapitalistyczne, ani komunistyczne, lecz stanowiące syntezę obu wzajemnie zwalczających się sił. W systemie heglowskim starcie przeciwieństw musi doprowadzić do powstania społeczeństwa nie będącego ani kapitalistycznym, ani komunistycznym. Heglowski plan wydarzeń przewiduje ponadto, że nowa synteza będzie odzwierciedlała koncepcje państwa jako boga, z jednostką całkowicie podporządkowaną wszechmocnemu państwu.

Jaką rolę w opinii heglistów pełni więc parlament lub kongres? Celem istnienia tych instytucji jest jedynie zapewnienie jednostkom poczucia, że ich opinie mają jakieś znaczenie i danie rządowi możliwości skorzystania z ewentualnej mądrości, którą „prostacy” mogą przypadkowo się wykazać. Hegel ujął to następująco: „Dzięki temu uczestnictwu, subiektywnej wolności i swojej pysze, [jednostki] wyrażające ogólne opinie mogą w wyraźny sposób okazać się skuteczne, i cieszyć się satysfakcjonującym poczuciem, że coś znaczą”.

Wojna, będąca dla heglistów zorganizowanym konfliktem pomiędzy narodami, jest jedynie widocznym rezultatem starcia idei. John Dewey, heglowski ulubieniec współczesnego systemu edukacji, napisał: „Wojna najskuteczniej uczy daremności wszelkich zaledwie ukończonych interesów i kładzie kres samolubnemu egoizmowi jednostki, pozwalającemu jej uznać swoje życie i majątek za należące wyłącznie do niej lub do jej rodziny”.

Doktryna heglowska głosi przede wszystkim boskie prawo państwa, a nie boskie prawo królów. W opinii Hegla i jego propagatorów państwo jest bogiem na Ziemi: „Istnienie państwa to pochód Boga w świecie, jego podstawą jest siła Rozumu, urzeczywistniająca się pod postacią woli. Każde państwo, czym by nie było, ma udział w boskiej naturze. Państwo nie jest dziełem człowieka, stworzyć je może jedynie Rozum” (Zasady filozofii prawa).

Dla Hegla jednostka jest niczym, jednostka nie ma praw, a moralność polega jedynie na podążaniu za przywódcą. Jednostka ambitna powinna natomiast stosować się do zasady senatora Mansfielda i tańczyć, jak jej zagrają.

Wystarczy to porównać do ducha i litery Konstytucji Stanów Zjednoczonych: „My, Naród” przyznajemy państwu pewne prawa, pozostawiając inne w gestii ludzi. Rozdział Kościoła od państwa jest integralną częścią Konstytucji, stanowiąc zaprzeczenie heglowskiego „państwa będącego bogiem na Ziemi”. Porównajmy jednak ten wymóg prawny z działaniami Zakonu w Stanach Zjednoczonych, Grupy w Anglii, iluminatów w Niemczech i Politbiura w Rosji. Wszyscy ci elitaryści uważają państwo za siłę nadrzędną, a samozwańcza elita rządząca państwem zachowuje się rzeczywiście jak Bóg na Ziemi.

Wywoływanie wojen i rewolucji

Manipulowanie „lewicą” i „prawicą” na froncie wewnętrznym jest powielane na arenie międzynarodowej, gdzie w dążeniu do syntezy jednego świata sztucznie konstruuje się i burzy „lewicowe” i „prawicowe” struktury polityczne.

Podręczniki uniwersyteckie przedstawiają wojnę i rewolucję jako w mniejszym lub większym stopniu przypadkowe rezultaty działania sprzecznych sił. Do załamania się negocjacji politycznych i przejścia do fizycznego konfliktu dochodzi, według autorów tych książek, po bohaterskich wysiłkach mających na celu uniknięcie wojny. Niestety, jest to bzdura. Wojna jest zawsze świadomym aktem twórczym konkretnych jednostek.

W zachodnich podręcznikach są także olbrzymie luki. Na przykład po II wojnie światowej trybunał powołany do zbadania nazistowskich zbrodni wojennych starannie ocenzurował wszystkie materiały dowodzące wsparcia, jakiego Zachód udzielił Hitlerowi. W ten sam sposób w zachodnich podręcznikach dotyczących radzieckiego rozwoju gospodarczego nie znajdzie się wzmianki na temat gospodarczej i finansowej pomocy udzielonej rewolucji październikowej i późniejszego rozwoju ekonomicznego zachodnich firm i banków.

Rewolucję ukazuje się zawsze jako spontaniczne wydarzenie skierowane przeciwko autokratycznie rządzonemu państwu, wywołane przez ludzi upośledzonych politycznie lub ekonomicznie. W żadnym z zachodnich podręczników nie znajdzie się informacji o tym, że rewolucje potrzebują pieniędzy, a źródłem tych pieniędzy w wielu wypadkach była Wall Street.

W rezultacie można stwierdzić, że uprawiana na Zachodzie historia jest w takim samym stopniu zniekształcona, ocenzurowana i w dużej mierze bezużyteczna jak historia hitlerowskich Niemiec, Związku Radzieckiego czy komunistycznych Chin. Żadna zachodnia fundacja nie dofinansuje badań poświęconych niepopularnym i niepoprawnym zagadnieniom, niewielu zachodnich naukowców jest w stanie „przetrwać”, zgłębiając te teorie i nie ulega wątpliwości, że żadne duże wydawnictwo nie przyjmie chętnie tekstu odzwierciedlającego ten tok myślenia.

W istocie istnieje inna, w znacznej mierze nieudokumentowana wersja dziejów, opowiadająca zupełnie inną historię niż nasze ugrzecznione i okrojone podręczniki. Opowiada ona o świadomym doprowadzeniu do wojny, o celowym finansowaniu rewolucji zmierzającej do zmiany rządu i o wykorzystaniu konfliktu do zaprowadzenia Nowego Porządku Świata.«

Czy rzeczywiście tak jest, że w światowej polityce nie ma miejsca na spontaniczność, że wszystko jest z góry zaplanowane? A jeśli tak, to kto planuje i po co? Jeśli zgadzamy się z tym, że wszystko jest planowane, to musimy sobie również odpowiedzieć na to drugie pytanie. Jeden naród od początku miał jasno sprecyzowany cel, którym zawsze było podporządkowanie sobie pozostałych narodów. To jest zapisane w Starym Testamencie. Obecnie nazywa się to Nowym Porządkiem Świata, w którym jednostka nie będzie miała nic, będzie całkowicie podporządkowana państwu. A to państwo, jak pisał Sutton, to samozwańcza elita, czyli, mówiąc wprost, Żydzi.

Samo zjawisko, jak sądzę, jest wcześniejsze, a właściwie to chyba wykorzystywane przez Żydów od początku. W historii Polski też można je dostrzec. Nawet powstanie unii polsko-litewskiej na to wskazuje. Powstała ona w dobie reformacji. W tamtym okresie polskie elity umysłowe i polityczne prawie w całości przeszły na kalwinizm. A kalwinizm to najbliższe judaizmowi wyznanie chrześcijańskie. Sama reformacja w pewnym momencie dominowała w całej Europie. Cóż więc takiego stało się, że jej nie zdominowała? Katolicyzm nie mógł być całkowicie zduszony, bo nie byłoby konfliktu, nie byłoby wojen religijnych, jak choćby wojna trzydziestoletnia, po której cała Europa była zniszczona i na jej odbudowę potrzebne były pieniądze. A kto je miał? Kto zgadnie?

I Rzeczpospolita była dziwnym tworem. Połączono dwa państwa pod wieloma względami różniące się od siebie. Najważniejszą jednak różnicą były wyznania. I na tle tych różnic dochodziło do najpoważniejszych konfliktów. Było to dziwne państwo, które powstało z inspiracji Żydów lub też oni sami je stworzyli. Powstał dziwny „naród” – szlachta. Naród, do którego mógł się zapisać każdy Żyd, który przyjął chrzest. I zapisywali się Żydzi do tego narodu. Ich protegowanymi byli królowie i najwięksi magnaci, co skutkowało tym, że Żydzi automatycznie wspinali się na najwyższe szczeble drabiny społecznej. I wykorzystywali ten historyczny proces dialektyczny, chociaż zapewne tak tego nie nazywali. Efektem ich „twórczej” działalności było m.in. powstanie Chmielnickiego.

Traktat wersalski został tak sklecony, by nikt z niego nie był zadowolony, by rodził konflikty. II RP była po części odtworzeniem I RP i wszystkiego tego, co rodziło konflikty. I o to chodziło. W końcu musiało dojść do wojny. Tylko czy rzeczywiście musiało? Znowu wykreowano konflikt.

Do wojny w 1939 roku nie powinno było dojść. Żaden normalny rząd nie podjąłby walki w sytuacji, w której przeciwnik pod każdym względem dominował i mógł zaatakować z trzech stron. Dlaczego jednak doszło do tej wojny? Doszło, bo bez niej nie doszłoby do starcia nazizmu i bolszewizmu, a to już było uprzednio zaplanowane. Jednak rząd polski podjął taką decyzję, bo otrzymał obietnicę pomocy ze strony Anglii i Francji. To go usprawiedliwiało w oczach opinii publicznej, no bo zaraz ruszy Francja i Anglia. Nic to, że rok wcześniej doszło do aneksji Czech, chociaż Czechosłowacja miała gwarancje Francji i ZSRR. Francja się nie ruszyła, a Związek Radziecki zawarował był sobie, że ruszy się dopiero wtedy, gdy ruszy Francja.

Zanim jednak doszło do wojny we wrześniu 1939 roku, Niemcy i ZSRR podpisały 23 sierpnia tajne porozumienie, o którym wiedziały służby dyplomatyczne wszystkich krajów, tylko polskie nie „wiedziały”. Nie „wiedział” też polski wywiad, choć pisał o tym 30 sierpnia Kurier Poznański. Ale jaja, ale jaja – powiedziałby listonosz z serialu „Świat według Kiepskich”. Jednak ci, którzy to wszystko zaplanowali wiedzieli, że ZSRR musi zaatakować od tylu, bo ci „naiwni” i „durni” Polacy gotowi jeszcze, pomimo niemieckiej przewagi, skutecznie się bronić. I bardzo możliwe, że obroniliby się, gdyby zabezpieczenie nie było podwójne. To drugie zabezpieczenie to masa masonów wśród polskiej kadry dowódczej, którzy robili wszystko, by polskie wojsko poniosło klęskę. A gdyby tak się stało, że Polacy obroniliby się, to nie mogłoby dojść do starcia nazizmu i bolszewizmu „i cały misterny plan w pi.du”, czyli nie byłoby tych wszystkich zmian do jakich doszło po II wojnie światowej. A gdyby tak się stało, że po I wojnie światowej powstałaby Polska bez Kresów, a w ich miejsce powstałyby Białoruś i Ukraina, to co wtedy? Pod jakim pretekstem Związek Radziecki napadłby na Białoruś i Ukrainę? Nie byłoby argumentu, że polscy panowie gnębią ludność białoruską i ukraińską.

Przykładów tego, że to wszystko jest zaplanowane jest mnóstwo i to nie tylko na szczeblu międzynarodowym, ale też i na – lokalnym. W przypadku Polski najbardziej wyrazistym przykładem tego był Marzec ’68. Opisałem to w blogu pod tym samym tytułem. Inna sprawa, że pozostałe polskie przesilenia też były starannie zaplanowane, o czym też pisałem.

Zaplanowane są też wszelkiego rodzaju protesty i często uczestniczą w nich „zawodowi” protestanci. Jeśli ktoś uważa, że protesty są spontaniczne i niezależne od ośrodków decyzyjnych, to niech spróbuje zorganizować taki protest. Po pierwsze, to nie wiadomo, czy dostałyby zezwolenie władz miejskich na jego zorganizowanie; po drugie, to przekonałyby się, że nie ma chętnych do udziału w takim proteście; po trzecie, to przekonałyby się, że taki protest kosztuje. Tylko kto z tych, którzy oglądają takie protesty zastanawia się nad tym.

Czy takie opisanie i zinterpretowanie rzeczywistości, jak zrobił to Sutton, jest bliskie prawdy? W nauce najprostsze wyjaśnienie problemu jest zawsze rozwiązaniem najbardziej zadowalającym. – Tak napisał sam Sutton. To brzytwa Occama (Ockhama). Jest to znana zasada, sformułowana po raz pierwszy przez angielskiego średniowiecznego teologa Williama of Occam, że do objaśnienia rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów, niż jest to absolutnie konieczne. Innymi słowy: im prostsze wyjaśnienie, które najprościej tłumaczy najwięcej problemów, tym bliższe jest ono prawdy. Ta zasada sprawdza się również w polityce i historii.

Zakon

W poprzednim blogu pisałem, cytując Wikipedię, że motto Novus Ordo Seclorum widnieje, nie tylko na Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych i banknocie jednodolarowym, ale również na herbie Yale School of Management – szkoły biznesowej Uniwersytetu Yale. Mamy więc tu do czynienia z pewną ciągłością pewnych idei. Natomiast herbowe motto Uniwersytetu Yale to „Światłość i prawda” pisane po hebrajsku i po łacinie.

Źródło: Wikipedia

Do pełni obrazu wypada jeszcze wyjaśnić, skąd się wzięła nazwa tego uniwersytetu. Pochodzi ona od nazwiska Elihu Yela’a, który w 1718 roku podarował uczelni towary o wartości 562 funtów szterlingów, co na owe czasy było pokaźną sumą. Był on kupcem i filantropem, gubernatorem Madrasu. Już samo zestawienie – kupiec i filantrop, nie powinno nastręczać trudności z ustaleniem tożsamości fundatora tego uniwersytetu, bo za takiego został uznany.

Czym jest Uniwersytet Yale, Zakon i jakie są cele jego członków, to wyjaśnia Antony Sutton w swojej książce Sukll and bones; Tajemna elita Ameryki, która po raz pierwszy została wydana w 1983 roku. Ja korzystam z książki wydanej w 2018 roku przez Wydawnictwo Wektory. We wprowadzeniu do wydania z 2002 roku Sutton pisze:

»Historia opublikowania Tajemnej elity Ameryki. Wprowadzenia w tajniki zakonu Skull and Bones jest niezwykła. Zaczęła się na początku lat osiemdziesiątych XX wieku od przekazania przez anonimowego darczyńcę grubej na osiem cali paczki dokumentów. Papiery te zawierały ni mniej, ni więcej tylko listę członków oraz inne dokumenty dotyczące naprawdę tajnego stowarzyszenia działającego na Uniwersytecie Yale – bractwa Skull and Bones (Czaszka i Kości).

Mimo skromnej akcji promocyjnej i kilku zaledwie recenzji zignorowanych przez najważniejszych dystrybutorów, sprzedaż Tajemnej elity Ameryki utrzymywała się przez ostatnie szesnaście lat na stałym poziomie kilkuset egzemplarzy miesięcznie. Pokłosiem jej wydania był szereg artykułów i książek napisanych przez różnych autorów, jednak mój prawdziwy cel, którym było doprowadzenie do wszczęcia badań na temat wpływu, jaki filozofia Hegla wywiera na współczesną Amerykę, nie został osiągnięty. W dużym stopniu jest za to odpowiedzialny system edukacji oparty na heglowskiej koncepcji państwa, któremu udało się skutecznie ogłupić Amerykę.

Ta nieszczęsna, destrukcyjna filozofia, stanowiąca źródło zarówno nazizmu, jak i marksizmu, zatruła i skaziła naszą opartą na konstytucji republikę. Znaczną część winy za owo zepsucie ponosi elitarna grupa absolwentów Yale zrzeszonych w Skull and Bones, tak zwanych Bonesmenów. Fakt posługiwania się przez nich symbolem czaszki i kości oraz heglowska filozofia, którą się kierują, mówią same za siebie, choć z typową dla siebie obłudą będą was przekonywać, że jest inaczej.

Heglizm gloryfikuje państwo będące narzędziem służącym rozpowszechnianiu etatyzmu oraz materialistycznych idei i zasad w systemie edukacji, nauce, polityce i ekonomii.

Zastanawiacie się, dlaczego nasze społeczeństwo jest tak ogłupione? Winę za to ponosi trzech członków Skull and Bones, którzy w XIX wieku przenieśli na grunt amerykański pruski system edukacji oraz filozofia polityczna całkowicie sprzeczna z klasycznym liberalizmem kultywowanym w tym czasie w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. W klasycznym systemie liberalnym państwo jest zawsze podporządkowane jednostce. Heglowski etatyzm, jak widać na przykładzie nazizmu i marksizmu, czyni suwerenem państwo, a jednostka ma istnieć po to, by temu państwu służyć.

Nasz dwupartyjny, republikańsko-demokratyczny system (w istocie tworzy go jedna heglowska partia, a nikt inny nie jest ani mile widziany, ani w ogóle do niego dopuszczony) stanowi odbicie owego heglizmu. Niewielka grupa – bardzo niewielka grupa – jest w stanie z jego pomocą manipulować i do pewnego stopnia kontrolować społeczeństwo, wykorzystując je do swoich własnych celów.

To nie wszystko – pomyślcie o ich pirackiej fladze. Znak umieszczony na butelkach zawierających substancje trujące, symbol dywizji „Totenkopf” walczącej w II wojnie światowej. Skull and Bones nie tylko zaangażowało się na dużą skalę w przemyt narkotyków (rodziny Bushów i Prescottów w latach sześćdziesiątych XIX wieku), ale w iście heglowskim stylu stworzyło też jego przeciwieństwo, czyli tak zwaną „wojnę z narkotykami”. Ta przepełniona hipokryzją polityka pozwalała utrzymać ceny narkotyków, kontrolować ich podaż i wysyłać do więzień całe miliony, podczas gdy beneficjentami tego procederu są, w dużej mierze, nie kto inny tylko ci sami „Bonesmeni”, którzy uchwalają prawa skierowane przeciwko narkotykom (Taft, 1904).

Prawica i lewica – narzędzie kontroli

W oczach heglistów państwo jest bytem wszechmogącym, „pochodem Boga w świecie”. Jest to w istocie kult państwa. W heglowskim państwie postęp polega na wymuszonym konflikcie, wynikającym ze starcia przeciwieństw. Jeśli jesteś w stanie kontrolować te przeciwieństwa, panujesz też nad rezultatem ich zderzenia.

Podążamy tropem niezwykłego wpływu, jaki stowarzyszenie Skull and Bones wywarło na największy heglowski konflikt: starcie nazizmu z komunizmem. Członkowie Skull and Bones zajmowali najwyższe stanowiska w kręgach decyzyjnych. Bush, Harriman, Stimson, Lovet i tak dalej – wszyscy należeli do stowarzyszenia i odegrali znaczącą rolę w kierowaniu tym konfliktem przy użyciu „prawicy” oraz „lewicy”. Finansowali oni i sprzyjali rozwojowi obu tych filozofii i w dużym stopniu sprawowali kontrole nad tym, co z nich wynikło. Sprzyjał temu redukcjonizm w nauce, będący przeciwieństwem historycznego spojrzenia holistycznego (całościowego, ogólnego – przyp. W.L.). Dzielenie nauki i procesu uczenia się na coraz węższe segmenty sprawiło, że za pomocą części łatwiej było kontrolować całość.

Zdaniem Charlotte Thomson Iserbyt, autorki The Deliberate Dumbing Down America, początki amerykańskiego systemu edukacji wiążą się z działalnością Rockefellera i Gatesa. Faktycznie jednak ów etatystyczny system edukacji stanowi odbicie idei Hegla przeszczepionych na amerykański grunt przez trzech członków Skull nad Bones – Gilmana, White’a i Dwighta – a następnie wspieranych finansowo przez Rockefellera.

W dalszej części Sutton pisze :

Oficjalna historia establishmentu

Istnieje coś takiego jak, historia establishmentu, historia oficjalna, która zdominowała karty podręczników historii, wydawnictwa branżowe, media oraz półki w bibliotekach. Oficjalna linia zakłada niezmiennie, że wydarzenia takie jak wojny, rewolucje, skandale czy zabójstwa są zdarzeniami mniej lub bardziej przypadkowymi i pozostającymi bez związku ze sobą nawzajem. Wydarzenia z założenia NIGDY nie mogą być wynikiem spisku, ani rezultatem przemyślanego i zaplanowanego działania grupowego. Doskonałym tego przykładem jest zabójstwo Kennedy’ego – zaledwie dziewięć godzin po tym, jak w Dallas doszło do tej tragedii, stacje telewizyjne ogłosiły, że strzelanina nie była wynikiem spisku, niezależnie od tego, że nie da się udowodnić twierdzenia negatywnego i że śledztwo dopiero się zaczęło.

Biada każdej książce i każdemu autorowi, który nie mieści się w oficjalnych wytycznych. Nie otrzyma wsparcia fundacji. Wydawcy stchórzą. Dystrybucja będzie zupełnie przypadkowa albo nie będzie jej wcale.

Chcąc zapewnić przewagę jedynie słusznej linii, w 1946 roku Fundacja Rockefellera przeznaczyła sto trzydzieści dziewięć tysięcy dolarów na stworzenie oficjalnej historii II wojny światowej. Wszystko po to, by zapobiec ukazaniu się demaskatorskich publikacji, podobnych do tych, jakie po zakończeniu I wojny wprawiły w zakłopotanie cały establishment. Czytelnika zainteresuje fakt, że Zakon, któremu mamy się przyjrzeć na łamach tej książki, już w latach osiemdziesiątych XIX wieku wykazał się daleko idącą zapobiegliwością i powołał do życia zarówno Amerykańskie Towarzystwo Historyczne, jak i Amerykańskie Towarzystwo Ekonomiczne (większość ekonomistów w tamtych czasach była bardziej historykami niż analitykami). Zrobił to na swoich warunkach, obsadził swoimi ludźmi i wyznaczył własne cele. Andrew Dickson White był członkiem Zakonu i pierwszym prezesem Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego.

Porażka oficjalnej historii

Czasy się zmieniły. Słabość, niespójność i zwyczajne kłamstwa oficjalnej historii ujrzały światło dzienne. W latach osiemdziesiątych XX wieku trudno już znaleźć myślącego człowieka, który przyjmowałby to, co ona głosi. Panuje powszechne przekonanie, że oficjalna historia stała się w mniejszym lub większym stopniu artykułem konsumpcyjnym, spreparowanym przez naiwnych lub chciwych historyków. Historycy chętni temu, by nadstawiać karku i sprzeciwiać się panującemu trendowi, zdarzają się rzadko, a co więcej, niektórzy z nich padają ofiarą jeszcze bardziej zawiłej gry. Wśród zwykłych, ale myślących obywateli, czyli na poziomie w największym stopniu pozostającym poza zasięgiem wpływu Zakonu, spisek stał się więc powszechnie przyjętym wyjaśnieniem dla wielu wydarzeń. Można przywołać choćby przykład zabójstwa Kennedy’ego, gdzie oficjalna teoria „samotnego strzelca” nigdy nie została zaakceptowana przez przeciętnych Amerykanów, aferę Watergate, w przypadku której „Głębokie Gardło” będące źródłem przecieku i wyczyszczone taśmy z daleka śmierdzą spiskiem, czy wreszcie Pearl Harbor, gdzie kontradmirał Husband E. Kimmel oraz generał major Walter C. Short przyjęli na siebie winę generała George’a C. Marshalla i prezydenta Franklina D. Roosevelta.

Zakon – czym jest i jak to się zaczęło

Wtajemniczeni nazywają go Zakonem. Inni od ponad stu pięćdziesięciu lat znają go pod nazwą Kapituły 322 tajnego niemieckiego stowarzyszenia. Oficjalnie, dla celów prawnych, w 1856 roku Zakon został wcielony do Russell Trust. Swego czasu był znany jako „Bractwo Śmierci”. Ci, którzy bagatelizują jego znaczenie albo chcą go wyśmiać nazywają go „Czaszka i Kości” lub po prostu „Kości”.

Amerykański okres w dziejach tego niemieckiego zakonu rozpoczął się w roku 1833 na Uniwersytecie Yale. Jego założycielami byli generał William Huntington Russel oraz Alphonso Taft, który w 1876 roku został sekretarzem wojny w administracji prezydenta Granta. Alphonso Taft był ojcem Williama Howarda Tafta, jedynego człowieka piastującego zarówno urząd prezydenta jak i prezesa Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych.

Czym jest Zakon?

Zakon nie jest po prostu kolejnym bractwem studenckim z greckimi literami w nazwie, z hasłami i specjalnymi uściskami dłoni, tak popularnymi w większości miasteczek uniwersyteckich. Kapituła 322 to tajne stowarzyszenie, którego członkowie są zobowiązani do zachowania milczenia. O ile wiadomo, działa ono jedynie na Uniwersytecie Yale. Posiada własne zasady i uroczyste obrzędy. Nie przepada za wścibstwem i dociekliwością obywateli, nazywanych przez wtajemniczonych „postronnymi” lub „wandalami”. Jego członkowie zawsze się tego członkostwa wypierają (lub powinni to robić) – po sprawdzeniu kilkuset oficjalnych życiorysów członków Skull and Bones okazało się, że tylko sześciu powołuje się na przynależność do stowarzyszenia. Pozostali milczą na ten temat. Byłoby niezwykle ciekawe dowiedzieć się, czy liczni członkowie Zakonu na różnych szczeblach władzy i piastujący stanowiska rządowe ujawniło tę przynależność w swoich danych biograficznych, przekazanych FBI w celu sprawdzenia ich przeszłości.

Przede wszystkim jednak Zakon jest potężny, niewiarygodnie wręcz potężny. Jeśli tylko czytelnik wytrwa i przeanalizuje dowody, które zostaną mu zaprezentowane – a te są przytłaczające – jego wizja świata bez wątpienia zarysuje się o wiele ostrzej, z przerażająca wyrazistością.

W tym momencie należałoby jeszcze dodać kilka istotnych spostrzeżeń na temat Zakonu:

  • do stowarzyszenia należą jedynie studenci najstarszego roku na Uniwersytecie Yale. Członkowie są wybierani już na trzecim roku, ale w szeregach Skull and Bones spędzają jedynie jeden rok, ostatni rok swojej nauki. Innymi słowy, organizacja jest nastawiona na działalność poza kampusem, po zakończeniu studiów. Przywódcy zakonu spotykają się raz do roku na Deer Island na rzece Świętego Wawrzyńca.
  • stowarzyszenia seniorskie, czyli zrzeszające studentów najstarszego roku, są charakterystyczne wyłącznie dla Yale. Oprócz Skull and Bones na Yale działają jeszcze dwa inne bractwa tego typu, ale nie spotyka się ich nigdzie indziej. Scroll and Key (Zwój i Klucz) oraz Wolf’s Head (Wilcza Głowa) to podobno rywalizujące ze sobą stowarzyszenia założone w połowie XIX wieku. W swoim artykule opublikowanym w „Esquire” Rosenbaum zauważył nader trafnie, że jeśli któryś z przedstawicieli liberalnego establishmentu ze Wschodniego Wybrzeża nie jest członkiem Skull and Bones, to niemal na pewno należy albo do Scroll and Key, albo do Wolf’s Head.

Jakie znaczenie ma liczba „322” umieszczona w nazwie Kapituły 322? William Russel zapożyczył ideę stowarzyszenia z Niemiec, dlatego utrzymywano, że 322 oznacza rok 32 (1832), drugą kapitułę niemieckiej organizacji. Być może istnieją gdzieś także kapituły 320 i 321, a 323 jest określeniem pokoju w świątyni Skull and Bones na Yale.

Istnieje jeszcze inne wytłumaczenie dla tej liczby, zgodnie z którym Zakon pochodzi od greckiego bractwa sięgającego czasów Demostenesa, czyli roku 322 p.n.e. Wydaje się być ono wiarygodne, ponieważ dokumenty Skull and Bones są datowane poprzez dodanie liczby 322 do liczby oznaczającej bieżący rok, czyli na przykład dokumenty pochodzące z roku 1950 noszą datę 2272 Roku Demosteńskiego.

Kto jest członkiem tego tajnego stowarzyszenia?

Na liście zawierającej ponad dwa tysiące pięćset nazwisk osób przyjętych do Zakonu nie sposób nie zauważyć pewnych charakterystycznych cech:

  • Większość członków pochodzi ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Jeszcze w roku 1950 zaledwie trzech członków mieszkało w kalifornijskim Los Angeles, podczas gdy adresy dwudziestu ośmiu wskazywały na New Haven w Connecticut.
  • Wszyscy członkowie są mężczyznami, a niemal wszyscy należą do WASP (White Anglo Saxon Protestant). Większość z nich wywodzi się z rodzin angielskich purytanów, a ich przodkowie przybyli do Ameryki Północnej pomiędzy rokiem 1630 a 1660.
  • Owe purytańskie rodziny albo zawierały związki małżeńskie z członkami elity finansowej, albo wiązały się z synami finansowych potentatów, na przykład Rockefellerów, Davisonów i Harrimanów, których synowie wstępowali następnie do Zakonu.

Modus operandi Zakonu

Działania Zakonu są ukierunkowane na zmianę naszego społeczeństwa i zaprowadzenie nowego porządku świata. Ma to być starannie zaplanowany porządek, w którym wolność osobista zostanie znacznie ograniczona, ochrona konstytucyjna zniesiona, znikną też granice państwowe oraz różnice kulturalne.

Cel ten można wydedukować, analizując, a następnie sumując działania poszczególnych członków: ich konsekwentny schemat utrzymuje się od ponad stu lat. Częścią tej działalności będzie w współpraca z Grupą (brytyjski odpowiednik Zakonu – przyp. W.L.), której przyświecają analogiczne, a do tego spisane cele.

Jeśli więc zauważamy, że członkowie interesują się głównie hodowlą kaczek, że piszą artykuły na temat kaczek, chowają kaczki, sprzedają kaczki, powołują rady zajmujące się studiami nad kaczkami, tworzą kaczą filozofię, rozsądek nakazywałby stwierdzić, że ich główny cel ma związek z kaczkami, a cała ta działalność nie jest jedynie dziełem przypadku.

Z historycznego punktu widzenia działania Zakonu koncentrowały się zawsze wokół społeczeństwa, a dokładnie wokół tego, jak w określony sposób zmienić to społeczeństwo, by osiągnąć określony cel: nowy porządek świata. Wiemy, które części składowe życia społecznego będą musiały ulec zmianie, aby zaprowadzenie nowego porządku świata było możliwe, możemy więc pod tym kątem sprawdzić działania Zakonu. Tymi elementami musiałyby więc być:

  • Edukacja – w jaki sposób będzie zachowywać się społeczeństwo przyszłości.
  • Pieniądze – sposoby przechowywania bogactwa i wymiany dóbr.
  • Prawo – upoważnienie do egzekwowania woli państwa, światowe państwo potrzebuje światowego prawa i światowego sądu.
  • Polityka – kierunek, w którym zmierza państwo.
  • Gospodarka – wytwarzanie bogactwa.
  • Historia – co zdaniem ludzi wydarzyło się w przeszłości.
  • Psychologia – sposoby kontrolowania tego, w jaki sposób ludzie myślą.
  • Filantropia – aby ludzie mieli dobre zdanie na temat kontrolujących.
  • Medycyna – władza nad zdrowiem, życiem i śmiercią.
  • Religia – duchowe wierzenia ludzi, dla wielu stanowiące bodziec do działania.
  • Media – co ludzie wiedzą i czego dowiadują się na temat aktualnych wydarzeń.
  • Ciągłość – moc wyznaczania, kto pójdzie w twoje ślady.

Jeśli chodzi o działalność poszczególnych członków Zakonu, jej schemat na pierwszy rzut oka wydaje się mylący i pozornie niekonsekwentny. Oto kilka przykładów:

  • Andrew Carnegie, właściciel olbrzymiego koncernu metalurgicznego zarabiał na wojnie, ale pod wpływem członka Zakonu, Daniela Coit Gilmana, był także gorliwym przewodniczącym i sponsorem American Peace Society. Na pozór wygląda to na niekonsekwencję. Czy Carnegie mógł być zwolennikiem wojny i pokoju jednocześnie?
  • Celem założonej przez należących do Zakonu Williama H. Tafta i Theodore’a Marburga Ligi na rzecz Pokoju było krzewienie pokoju, a jednak organizacja ta aktywnie nawoływała do przystąpienia Stanów Zjednoczonych do I wojny światowej. Jakim sposobem Liga mogła opowiadać się w tym samym czasie za pokojem i działaniami zbrojnymi?
  • W latach dwudziestych XX wieku W. Averell Harriman był głównym stronnikiem Związku Radzieckiego, któremu udzielał wsparcia zarówno dyplomatycznego, jak i finansowego. Harriman przyczynił się do założenia Ruskombanku, czyli pierwszego radzieckiego banku komercyjnego. Max May, wiceprezes zdominowanego przez interesy Harrimanów i Morganów Guaranty Trust, został pierwszym wiceprezesem Ruskombanku, odpowiedzialnym za operacje zagraniczne. Innymi słowy, amerykański bankier pozostający pod wpływem członka Zakonu otrzymał kluczowe stanowisko w banku radzieckim. Okazuje się jednak, że Averell Harriman, jego brat Roland Harriman oraz należący do Skull and Bones E.S. James i Knight Woolley byli za pośrednictwem Union Bank (w którym mieli duże udziały) głównymi bankierami Hitlera.

Podręczniki historii uczą nas, że naziści i komuniści byli zawziętymi wrogami, a ich ustroje stanowiły przeciwieństwo. Czy rozsądny człowiek mógł w takim razie udzielać wsparcia zarówno Związkowi Radzieckiemu, jak i Hitlerowi? Czy Harriman zachowywał się irracjonalnie, czy też jego niekonsekwencja ma jakieś wytłumaczenie?

  • Rodzina Bundych dostarcza nam kolejnego przykładu pozornej niekonsekwencji. William Bundy był przez dziesięć lat związany z Central Intelligence Agency. McGeorge Bundy pełnił funkcję doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego za rządów prezydenta Kennedy’ego i Johnsona. Tym samym Bundy są prawdopodobnie zwolennikami pronatowskiej linii politycznej w kontaktach Stanów Zjednoczonych i Europy. A jednak Bundy mają powiązania z działaniami i organizacjami nie tylko przeciwnymi NATO, ale wręcz promarksistowskimi, na przykład z Institute for Policy Studies. Czy Bundy są niekonsekwentni?
  • Poszczególni członkowie Zakonu deklarują publicznie najróżniejsze poglądy, przekonania i skłaniają się ku rozmaitym ideologiom. William Buckley co jakiś czas rzuca gromy pod adresem Związku Radzieckiego. Z drugiej strony mamy Johna Burtta, należącego do kilkunastu organizacji będących przykrywką dla komunistów. William S. Coffin Junior przez trzy lata pracował w CIA, po czym stał się przywódcą ruchu sprzeciwiającego się wojnie w Wietnamie, a czynił to za pośrednictwem National Conference for a New Politics (konferencja zorganizowana w 1967 roku w Chicago przez Komunistyczną Partię Stanów Zjednoczonych, której celem było stworzenie nowego zjednoczonego ciała politycznego na lewicy – przyp. tłum.) oraz Clergy and Laymen Concerned about Vietnam (Duchowni i świeccy zatroskani sprawą Wietnamu). Coffin był jednym z Bostońskiej Piątki, postawionym w stan oskarżenia pod zarzutem spisku mającego na celu naruszenie praw federalnych. Nie można także zapominać, że W. Averell Harriman jest doświadczonym mężem stanu związanym z Partią Demokratyczną.

Ciekawy zestaw działań i poglądów. Czy odzwierciedlają one niespójne filozofie? Czy w obliczu takiej zbieraniny indywidualnych poczynań jest możliwe, by Zakon miał jeden stały cel?

Odpowiedź brzmi: nie ma w tym niekonsekwencji, ponieważ cel, który przyświeca Zakonowi, dalece wykracza poza te działania, a do tego owe pozorne sprzeczności działają na jego korzyść.

Państwo jest absolutem

Czy możliwe jest istnienie wspólnego celu, skoro członkowie Zakonu najwyraźniej stoją w opozycji do siebie i podejmują sprzeczne działania?

Prawdopodobnie najtrudniejszym zadaniem stojącym przed autorem tej książki będzie przekazanie czytelnikowi w istocie trywialnej informacji: celem Zakonu nie jest „lewica” ani „prawica”. „Lewica” i „prawica” są sztucznie wykreowanymi narzędziami mającymi posłużyć wprowadzeniu zmiany, a ich skrajne odłamy stanowią istotne elementy w procesie kontrolowanej zmiany.

Odpowiedź na tę pozorną polityczną zagadkę kryje się w heglowskiej logice. Nie można zapominać, że zarówno Marks jak i Hitler, stanowiący uosobienie skrajnej „lewicy” i „prawicy”, przedstawiani jako podręcznikowi wręcz przeciwnicy, wyewoluowali z tego samego systemu politycznego: heglizmu. Stwierdzenie to wywołuje grymas intelektualnej udręki na twarzach marksistów i nazistów, ale jest oczywiste dla każdego studenta politologii.

Wbrew twierdzeniom marksistów idea historycznego procesu dialektycznego nie wywodzi się od Marksa, lecz Fichtego i Hegla żyjących w Niemczech w drugiej połowie XVIII i na początku XIX wieku. W procesie dialektycznym zderzenie przeciwieństw prowadzi do syntezy. Na przykład w wyniku konfliktu politycznej lewicy z prawicą powstaje nowy system polityczny – nie lewicowy czy prawicowy, ale będący ich syntezą. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Prawidłowość tę można dzisiaj prześledzić w literaturze wydawanej przez Komisję Trójstronną, gdzie popiera się zmianę, a środki prowadzące do jej wprowadzenia określa się mianem „zarządzania konfliktem”.

W systemie heglowskim konflikt ma kluczowe znaczenie. Co więcej, w opinii Hegla i systemów opierających się na jego filozofii państwo jest absolutem. Państwo wymaga od każdego obywatela całkowitego posłuszeństwa. W tak zwanym systemie organicznym jednostka nie istnieje sama dla siebie, ale jej celem jest wypełnienie zadania przewidzianego dla niej przez państwo. Wolność można znaleźć jedynie w posłuszeństwie wobec państwa. W hitlerowskich Niemczech wolność nie istniała, wolności jednostki nie przewiduje marksizm, nie będzie jej także wtedy, gdy zapanuje Nowy Porządek Świata. I jeśli przypomina to orwellowski Rok 1984, to tak właśnie ma być.

Mówiąc krótko, państwo jest najważniejsze, a konflikt jest narzędziem umożliwiającym zaprowadzenie idealnego społeczeństwa. Wolność jednostki kryje się w jej posłuszeństwie wobec rządzących. (Zaszczepisz się, będziesz mógł podróżować – przyp. W.L.)

Czym jest więc państwo? Jest nim rzecz jasna samozwańcza elita. – wytł. W.L. Co ciekawe, Fichte, który zaprezentował te idee jeszcze przed Heglem, był masonem, niemal na pewno należał także do iluminatów, a z całą pewnością był ich protegowanym. Johann Wolfgang Goethe (wśród iluminatów znany jako Abaris) zapewnił Fichtemu stanowisko na Uniwersytecie w Jenie.

Co więcej, wyznawana przez iluminatów zasada, że cel uświęca środki – zasada, którą Quigley uznał za niemoralną, a stosowana zarówno przez Grupę, jak i przez Zakon – wywodzi się z filozofii heglowskiej.

Stanowi to istotny aspekt próby wyjaśnienia działań Zakonu. W latach 1831-1832, gdy założyciel stowarzyszenia, William Russel, przebywał w Niemczech, w żaden sposób nie mógł on nie zetknąć się z teorią Hegla i uniknąć dyskusji na jej temat. W kręgach uniwersyteckich była ona na ustach wszystkich. Ogarnęła niemieckich intelektualistów jak szaleństwo gry w Pac-Mana. Większość Amerykanów nic na temat teorii Hegla nie słyszało, a ci, którzy się z nią zapoznali, nie chcieli mieć z nią więcej do czynienia. Dlaczego? Ponieważ jej założenia są całkowicie sprzeczne z naturalnym poczuciem indywidualnej wolności i gwarancji konstytucyjnych. Większość z nas uważa, że to państwo ma służyć jednostce, a nie na odwrót.

Opinia Zakonu jest sprzeczna z poglądami większości z nas. Uświadomienie sobie tego jest niezbędne, by móc zrozumieć, o co mu chodzi. Dlatego właśnie wszelkie spory pomiędzy lewicą a prawicą, choć mające kluczowe znaczenie dla propagowania idei zmiany, nigdy nie będą mogły przerodzić się w dyskusję na temat podstaw jeffersonowskiej demokracji głoszącej, że najlepszym rządem jest ten, który najmniej rządzi. Dyskusja, a wraz z nią środki finansowe, zawsze zmierzają w kierunku wzmocnienia prerogatyw państwa i ich wykorzystywania, jak najdalej od kwestii praw jednostki. Dopóki dyskusja nie wykracza poza ramy państwa i władzy państwowej, z punktu widzenia Zakonu nie ma znaczenia, czy coś nazywa się lewicą, prawicą, demokratami, republikanami, opcją laicką czy religijną.

Wspólnym mianownikiem pozornie całkowicie odmiennych poglądów prezentowanych przez członków Zakonu jest fakt, że przyświeca im nadrzędny cel, dla realizacji którego kluczowe znaczenie ma konflikt idei. Dopóki przedmiotem dyskusji nie staną się prawa jednostki, zderzenie poglądów generuje konflikt niezbędny do wprowadzenia zmiany. Ponieważ celem jest także globalna kontrola, kładzie się nacisk na globalne myślenie, czyli internacjonalizm. Odbywa się to za pośrednictwem światowych organizacji i światowego prawa. Wielki wkład Taftów w realizację celów Zakonu był związany ze światowym systemem sądowym i światowym prawem – internacjonalistycznym aspektem Nowego Porządku Świata.«

Ja czytałem tę książkę w 2018 roku i wtedy ta wizja państwa opresyjnego, ograniczającego podstawowe prawa jednostki wydawała mi się odległa, co więcej, nawet nie wyobrażałem sobie w jaki sposób można pozbawić człowieka tych praw: prawa do swobodnego przemieszczania się, do oddychania świeżym powietrzem, do korzystania z wszelkich obiektów użyteczności publicznej, do kultywowania tradycji i wszystkiego tego, co czyni nas ludźmi. Pod jakim pretekstem? Owszem, rozumiałem ten fikcyjny podział na lewicę i prawicę i sztuczność tych konfliktów, bo ja już od ponad dwudziestu lat nie chodzę na żadne wybory. Dopiero jednak teraz zrozumiałem, jak można ograniczyć a wręcz sterroryzować jednostkę, stłamsić ją pod pozorem wymyślonej pandemii. Pandemia jest tylko środkiem, narzędziem do realizacji celu, jakim jest państwo dominujące nad jednostką. A po co państwo ma dominować nad jednostką? Taka sztuka dla sztuki? Realizacja filozofii Hegla? A po co Hegel stworzył taką filozofię? Bo mu odbiło? W powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego Żyd znajduję taki fragment:

„Otóż, najukochańsi Niemcy – kończył Duńczyk – wierzcie mi, że nie mówię tego przez zazdrość o posiadanie Szlezwiku i Holsztynu, bo wcale mi te księstwa nie smakują… wy się mylicie grubo, utrzymując, iż Schiller, Goethe, Kant, Hegel byli Niemcami…”

Kraszewski tego nie mówi wprost, ale skoro nie byli Niemcami, no to kim mogli być? Nie trudno się domyślić. Jeśli Hegel był Żydem, to ta cała jego filozofia jest tylko po to, by dać podstawy do stworzenia państwa absolutu, czyli wszechmocnego. No, ale nawet takie państwo nie jest bezosobowym, jakimś abstrakcyjnym bytem. Sutton pisał, a ja wytłuściłem: Czym jest państwo? Jest nim rzecz jasna samozwańcza elita. A więc jakaś elita, ale jaka? Chyba nie po to wysilali się ci wszyscy żydowscy filozofowie, by ktoś inny mógł sobie tyłek podetrzeć papierem, na którym wydrukowano ich przemyślenia. Tą samozwańczą elitą są oczywiście Żydzi i realizują oni swój chory, mesjanistyczny cel podporządkowania sobie świata. Tylko czy rzeczywiście chodzi o podporządkowanie sobie świata, skoro oni już teraz nim rządzą? Czy to nie jest dążenie do samounicestwienia się? Do zakończenia tego etapu istnienia ludzkości, na którym dominowała cywilizacja żydowska? Czasami jest tak w życiu jednostek, że lepiej je zakończyć samobójstwem, niż dalej trwać. Czy czasem nie może tak być w przypadku narodów, a osobliwie – narodu wybranego? A czy ten naród, ginąc, chce pociągnąć za sobą inne narody? Końcowe odliczanie? Był kiedyś, w 1986 roku, taki przebój zespołu Europe – The Final Countdown. I nawet jest w nim taka fraza: Will things ever be the same again? – Czy kiedykolwiek jeszcze będzie tak samo?

Ja oczywiście nie wiem, czy takie wnioskowanie ma sens. Jednak obserwacja rzeczywistości skłania mnie do takiego wniosku. Tempo, w jakim rośnie zadłużenie wszystkiego i wszystkich, jest przerażające. Cały świat jest zadłużony i bez szans na spłatę tego długu. Kiedy patrzę na prawie puste autobusy i pociągi, to zastanawiam się, skąd firmy transportowe mają pieniądze na pokrycie swoich kosztów i wynagrodzenia dla pracowników? Bo przecież nie od klientów. W przypadku transportu lotniczego jest podobnie. A ile jest takich firm? Tu już nie działa normalna ekonomia, to wszystko kręci się w oparciu o emisję pustego pieniądza. Ci, którzy go pożyczają, wiedzą że nie zostanie on zwrócony. Czyli że staną się właścicielami wszystkiego, co zadłużone. Teraz już chyba chodzi tylko o zadłużenie tego wszystkiego, co jeszcze nie jest zadłużone, tak by stać się właścicielami całego świata. Mesjański cel bliski realizacji. A co potem? Samounicestwienie?

Novus Ordo

Skąd taki tytuł? – Nie! Nie zacząłem uczyć się łaciny, ale zawsze uważałem, że jej, chociaż podstawowa znajomość, jest warunkiem niezbędnym dla człowieka, który chce uchodzić za wykształconego. Jest ona obecna, choć w coraz mniejszym stopniu, w kraju, w którym językiem urzędowym jest język angielski. Nasze banknoty nie są tak „sophisticated” jak amerykańskie, a zwłaszcza jak banknot jednodolarowy, który ze względu na niski nominał jest, czy był, dostępny dla każdego Amerykanina i nie tylko dla niego, bo te banknoty krążą, a właściwe krążyły, po całym świecie. Obecnie, ze względu na obrót bezgotówkowy, nie są tak wykorzystywane jak kiedyś. U mnie zachowały się jeszcze dwa banknoty jednodolarowe i gdy porównuję je z polskimi, to to jest przepaść. Nie tylko ze względu na projekt i treści w nim zawarte, ale też ze względu na jakość papieru i druku. Podejrzewam jednak, że banknoty innych krajów też nie dorównują amerykańskim. Choć, z drugiej strony, żaden inny banknot amerykański nie ma tak wyszukanego projektu i łacińskich sentencji.

US one dollar bill, reverse, series 2009.jpg
Źródło: Wikipedia

Wyszukiwarka internetowa to potęga, pod warunkiem, że się wie, co w nią wpisać. Biorę więc do ręki banknot jednodolarowy i czytam: Novus Ordo Seclorum i już jestem w domu, jak to się u nas mówi. Wpisuję zwrot w wyszukiwarkę i otwiera się przede mną „nowy porządek”. W Wikipedii można przeczytać:

»Novus Ordo Seclorum (w tłumaczeniu z łaciny: Nowy Porządek Wieków) – fraza widniejąca na odwrocie Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych, zaprojektowanej po raz pierwszy w 1782 roku oraz od 1935 na odwrocie amerykańskiego banknotu jednodolarowego. Napis taki widnieje również na herbie Yale School of Management, szkoły biznesowej Uniwersytetu Yale. Wyrażenie to często jest błędnie tłumaczone jako „Nowy Porządek Świata” (wtedy łacińska wersja brzmiałaby novus ordo mundi).

Nowy porządek świata (łac. Novus Ordo Mundi, ang. New World Order, skrótowo NPŚ, ang. NWO) – teoria spiskowa wykorzystywana do opisu rzekomych przyczyn istotnych zmian w polityce międzynarodowej, według której „zakonspirowana elita globalnej władzy” dąży do objęcia władzy nad światem poprzez autorytarny rząd światowy, który ma zastąpić suwerenne państwa.

Teoria ta wykorzystuje jako pretekst:

  • program pokojowy prezydenta USA Thomasa Wilsona, znany jako Czternaście punktów Wilsona, ogłoszony w 1918 roku;
  • utworzenie Ligi Narodów i Organizacji Narodów Zjednoczonych;
  • zmianę układu sił politycznych na świecie (który ukształtował się jeszcze w latach 50. XX wieku), w wyniku rozpadu ZSRR i bloku wschodniego.

Jednym z pretekstów stosowania tej teorii spiskowej po zakończeniu zimnej wojny było również określenie „nowy porządek świata” użyte przez Michaiła Gorbaczowa i George’a H.W. Busha oraz członków Klubu Bilderberg, Komisji Trójstronnej i Rady Stosunków Zagranicznych rządu USA, dla określenia zmian jakie nastąpiły wtedy na świecie.

Przykłady tez teorii spiskowych dotyczących NWO

Niektórzy twierdzą, że świat jest zakulisowo sterowany przez grupę bądź grupy ludzi dążących do wprowadzenia „Nowego Porządku Świata”, który ma się rzekomo cechować utworzeniem jednej zależnej religii (projekt HAARP i Blue Beam), praniem mózgu (projekt Monarch (następca MKULTRA)), wszczepianiem innym ludziom chipów pod skórę, powszechną inwigilacją za pomocą monitoringu i projektu Echelon oraz bezgotówkowym obrotem towarami.«

Jak można wywnioskować z powyższego opisu, nie był on od lat aktualizowany i wszystko, co miało być teorią spiskową, stało się naszą rzeczywistością. Może więc fakt, że nikt całościowo nie redaguje i nie kontroluje Wikipedii jest jej największą zaletą. Wygląda na to, że nie ma nic bardziej aktualnego i bliższego prawdy niż nieaktualizowane teksty sprzed lat.

Wielka Pieczęć Stanów Zjednoczonych i jej odwzorowanie na banknocie jednodolarowym obfituje w tak wielką ilość symboli, a właściwie jeden symbol, którym jest liczba 13, że trudno tu mówić o przypadku. Wikipedia tak to opisuje:

»Wielka Pieczęć Stanów Zjednoczonych (ang. Great Seal of the United States) jest używana do potwierdzania autentyczności dokumentów wydawanych przez władze Stanów Zjednoczonych. Nazwę tę stosuje się zarówno do określenia pieczęci (znajdującej się w posiadaniu sekretarza stanu USA) oraz, bardziej ogólnie, do znajdującego się na niej wizerunku. Po raz pierwszy pieczęć została użyta 16 września 1782 roku. Prace nad stworzeniem Wielkiej Pieczęci nadzorował Charles Thomson.

Źródło: Wikipedia

Awers

Na awersie znajduje się bielik amerykański z rozpostartymi skrzydłami, każde ze skrzydeł zdobi 13 piór. Lewym (heraldycznie) szponem trzyma 13 (jak trzynaście kolonii) strzał, prawym zaś gałązkę oliwną o 13 liściach, co symbolizować ma zdolność Stanów Zjednoczonych do prowadzenia wojen oraz do utrzymania pokoju i bezpieczeństwa. Głowa orła zwrócona jest w kierunku gałązki, co ma symbolizować nadrzędność pokoju. Dziobem chwyta motto „E Pluribus Unum” (łac. „Jedno uczynione z wielu”) złożone z 13 liter, nad głową znajduje się nimb z 13 gwiazdami umieszczonymi na niebieskim tle. Tarcza, którą trzyma orzeł na piersi (składa się z 13 pasów) odróżnia się od flagi amerykańskiej tym, że nie ma gwiazd na niebieskim polu, zaś pasy zewnętrzne są koloru białego, nie czerwonego.

Źródło: Wikipedia

Rewers

Na rewersie pieczęci widnieje niedokończona piramida z 13 warstw kamieni, u podstawy której widnieje wypisany rok 1776 (zapisany cyframi rzymskimi). W miejscu, gdzie powinien znajdować się szczyt piramidy widnieje tzw. Oko Opatrzności. Dodatkowo na rewersie znajdują się dwie łacińskie sentencje – złożone z 13 liter „Annuit Coeptis” („[Bóg] spojrzał życzliwie na nasze przedsięwzięcie”, z Eneidy Wergiliusza) oraz Novus Ordo Seclorum („Nowy Porządek Wieków” – początkowo motto wolnomularstwa, zaczerpnięte z czwartej eklogi Wergiliusza). Rewers wielkiej pieczęci znajduje się np. na odwrocie banknotu jednodolarowego.«

Mamy więc trzy łacińskie sentencje czy motta:

  • E Pluribus Unum – Jedno uczynione z wielu
  • Annuit Coeptis – [Bóg] spojrzał życzliwie na nasze przedsięwzięcie
  • Novus Ordo Seclorum – Nowy Porządek Wieków

Tak je tłumaczy Wikipedia. Jednak na amerykańskiej stronie poświęconej Wielkiej Pieczęci (http://www.greatseal.com/index.html), do której odwiedzenia zachęcam, a z której zaczerpnąłem poniższe informacje, tłumaczenie z łaciny nieco się różni, co nie jest takie istotne. Ważniejsze jest wyjaśnienie, dlaczego wybrano takie motta.

W pierwszym przypadku chodzi o pewien symbol. Ta jedność to sześć narodów, które zaludniły Amerykę: Anglicy, Szkoci, Irlandczycy, Holendrzy, Niemcy i Francuzi. Do tego dochodzi 13 niezależnych Stanów Ameryki.

Thomson wyjaśnił, że motto „E pluribus unum” nawiązuje do unii między stanami a rządem federalnym, co symbolizuje tarcza na piersi orła. Trzynaście pasków „reprezentuje kilka stanów połączonych w jedną solidną, zwartą całość, wspierającą Wodza, który jednoczy całość i reprezentuje Kongres”.

E Pluribus Unum opisuje akcję: Wielu jednoczy się w jedno. Dokładnym tłumaczeniem motta jest „From Many, One” lub „Out of Many, One” – fraza, która oddaje symbolikę na tarczy.

Łacińska dewiza „E Pluribus Unum” pojawiła się na stronie tytułowej corocznego tomu Gentleman’s Magazine czy Monthly Intelligencer – obok rysunku dłoni trzymającej bukiet różnych kwiatów.

The Gentleman’s Magazine ukazywał się co miesiąc w Londynie od 1731 roku i był dobrze znany z piśmiennictwa dla Amerykanów w latach siedemdziesiątych XVIII wieku. Roczny tom z „E Pluribus Unum” na dole strony tytułowej łączył dwanaście wydań magazynu z danego roku. Dostarczał czytelnikom wielu przydatnych informacji.

To pokazuje, że Amerykę początkowo przyrównywano do bukietu różnych kwiatów, gdzie współistniały jedność i indywidualność – w przeciwieństwie do „tygla”, który stapiał wszystkich w nieokreśloną masę.

Źródło: greatseal.com

W drugim przypadku wyjaśnienie jest takie:

Charles Thomson, znawca łaciny, zmienił drugą osobę „annue” na trzecią osobę „annuit” i ukuł motto: „Annuit Coeptis” – umieszczając je nad okiem Opatrzności, gdzie wyjaśnił, że oznaczało to, że „opatrzność wielokrotnie wspomagała nasze amerykańskie przedsięwzięcie”.

Jeśli niepodległość Ameryki datuje się od 1776 roku, a Wielką Pieczęć zaprojektowano w 1782 roku, to znaczy, że Opatrzność interweniowała na długo przed tymi datami, gdy oni dopiero realizowali swój plan. Znaczy to też, że oni dokładnie wiedzieli, po co oni tworzą tę Amerykę.

W trzecim przypadku uwagi są następujące:

Dalekowzroczni założyciele Stanów Zjednoczonych spojrzeli zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość, zdając sobie sprawę z tego, że ich działania będą miały długotrwałe konsekwencje dla przyszłych pokoleń.

W styczniu 1776 roku Thomas Paine zainspirował Kolonie wizją nowej ery amerykańskiej. W Common Sense napisał: „Sprawa Ameryki jest w dużej mierze sprawą całej ludzkości… To nie jest sprawa dnia, roku czy wieku; potomność jest praktycznie zaangażowana w to wyzwanie i w mniejszym lub większym stopniu odczuje skutki naszego obecnego działania, które będą trwały nawet do końca świata (even to the end of time)”.

W zasadzie to chyba nie powinno już być wątpliwości, że Stany Zjednoczone to projekt masoński. Motta można interpretować na różne sposoby. Ta niejasność i wieloznaczność jest typowa dla Żydów, którzy lubują się w tworzeniu takich niejednoznaczności. Cały Talmud jest tak napisany, by tylko wtajemniczeni potrafili odnaleźć prawdziwe znaczenie zawartych w nim treści. Każdą z tych sentencji można różnie rozumieć czy interpretować, ale tylko wybrani znają prawdę.

Pozostają jeszcze dodatkowe informacje na temat liczby „13”. Na cytowanej stronie są takie wyjaśnienia:

»Liczba 13 tradycyjnie kojarzy się z transformacją, odnowieniem i regeneracją – być może dlatego, że w ciągu roku jest około 13 pełni Księżyca. Piramida ma 8 krawędzi i 5 płaszczyzn, co daje w sumie 13 elementów.

Popularne amerykańskie zwroty składające się z 13 liter:

  • The Spirit of 76
  • July The Fourth
  • American Eagle
  • American Dream
  • Don’t Tread on Me
  • An Appeal to God

Franklin D. Roosevelt został wybrany na prezydenta w 1932 roku i zmarł 13 lat później w 1945 roku. Trzynasty prezydent, który był nim więcej niż jedną kadencję. Roosevelt umieścił obie strony Wielkiej Pieczęci na jednodolarowym banknocie w 1935 roku.

„Dlatego mówię do nich w przypowieściach, ponieważ widząc nie widzą, a słysząc nie słyszą ani nie rozumieją”. – Mateusz 13:13. – Czy Wielka Pieczęć jest rodzajem obrazowej przypowieści?

Jedyną księgą w Biblii, której 13. rozdział ma dokładnie 13 wersetów, jest Pierwszy List do Koryntian, którego 13. werset jest ponadczasowy i uniwersalny:

„A teraz trwajcie wiara, nadzieja, miłość, te trzy; Ale z nich największa jest miłość.”

Charles Thomson, główny projektant Wielkiej Pieczęci, również przetłumaczył całą Biblię z języka greckiego na angielski.«

Tak więc zwrot „Nowy Porządek”, który powtarzają jak mantrę wszyscy wielcy tego świata, nie jest niczym oryginalnym i nie zrodził się w ich głowach. Jest nawet starszy niż „New Deal”. Jeśli w styczniu 1776 roku Thomas Paine pisze: Sprawa Ameryki jest w dużej mierze sprawą całej ludzkości… To nie jest sprawa dnia, roku czy wieku; potomność jest praktycznie zaangażowana w to wyzwanie i w mniejszym lub większym stopniu odczuje skutki naszego obecnego działania, które będą trwały nawet do końca świata (even to the end of time).

Zabrzmiało to bardzo proroczo, ale i groźnie. Oznacza to, że tworzenie Ameryki miało jasno określony cel, którego realizacja wchodzi w końcową fazę. Po to zbudowano ten potężny kraj, by podbić świat i podporządkować sobie jego ludność. Dziś wykorzystuje się nie tyle jego potęgę militarną, co nagromadzony w niej kapitał, który jest o wiele bardziej groźny niż najgroźniejsza broń. Któż więc w połowie XVIII wieku mógł myśleć tak dalekowzrocznie i być pewnym skutków tego przedsięwzięcia?

Czy walka o niepodległość, która rozpoczęła się w momencie, gdy było trzynaście kolonii, była przypadkowym zbiegiem okoliczności, czy tak z góry zaplanowano, że o niepodległość ma walczyć trzynaście kolonii? Tego zapewne nie dowiemy się, ale wszechobecność tej liczby w symbolach Wielkiej Pieczęci skłania do takich wniosków.

Żyjemy w czasach ostatecznych, bo bez względu na to jak zakończy się ten „eksperyment”, to świat już nie będzie taki jak wcześniej. Sam projekt ma trwać mniej więcej do 2030 roku, co oznacza, że wybrano wariant „gotowania żaby na wolnym ogniu”. Chodzi o to, by przyzwyczajać ludzi do „nowej normalności”, tak by po czasie uznali to za stan naturalny. Jeden z polskich ekonomistów, Artur Śliwiński, w wywiadzie na kanale internetowym „cepolska”, stwierdził, że długofalowe, globalne projekty nigdy nie udają się, właśnie dlatego, że są długofalowe i globalne. Być może tak będzie, ale katastrofalnych skutków tych działań nie da się uniknąć. Nawet nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, jakie one będą.

Kiedyś, już dawno temu, pamiętam jak przyglądałem się temu jednodolarowemu banknotowi z tą piramidą z Okiem Opatrzności i z tymi mottami, których znaczenia nie rozumiałem, ale odniosłem wrażenie, że coś złowieszczego emanuje z tej piramidy i tego oka, że jakieś złe, tajemne siły kryją się za tymi symbolami.

Gnostycyzm

Korzenie wolnomularstwa sięgają gnostycyzmu. Warto więc, moim zdaniem, przybliżyć sobie ten nurt myślowy, zwłaszcza że wywierał i nadal wywiera on wpływ na wielu uczonych, myślicieli, polityków. Jego ślady widoczne były m.in. w nazizmie i bolszewizmie. Ale wypada chyba zacząć od najdawniejszych czasów. Feliksa Eger w książce z 1894 roku Historia towarzystw tajnych, Dom Wydawniczy „Ostoja”, 2019, tak pisze o początkach masonerii:

»Powstanie i rozwój towarzystwa tajnego, takiego jak wolnomularstwo na łonie społeczeństwa chrześcijańskiego, którego jest zupełnym zaprzeczeniem, to fakt zwracający uwagę nie tylko historyka i filozofa, ale każdego myślącego człowieka.

O początkach wolnomularstwa najsprzeczniejsze istnieją podania; które są zmyślone, które prawdziwe, rozstrzygnąć trudno, podamy je zatem bez komentarzy.

Pisarze masońscy, chcąc stowarzyszeniu swemu nadać większe znaczenie, wyprowadzają początek jego z najodleglejszej starożytności, sięgają nawet aż do stworzenia świata: „Bóg stworzył światło, zatem Bóg był pierwszym wolnomularzem”, powiada B. Bazon; inni wyprowadzają wolnomularstwo od Noego, od mularzy pracujących nad wieżą Babel, nad piramidami egipskimi, kościołem Salomonowym, wreszcie nad wieżą Strasburską lub kościołami, których tak wielką liczbę w IX wieku wystawiono.

Wielu szuka także początków wolnomularstwa w tajemnicach pogańskich, nie zgadzają się jednak co do miejsca. Pagody indyjskie, lasy Druidów w Galii, świątynie Egipcjan w Memfis lub Heliopolis, misteria eleuzyjskie w Grecji lub cześć dobrej bogini w Rzymie, wszystko to po szczególe, a według innych autorów razem, w nieprzerwanym porządku stanowić miało początek lub ciąg trwania tradycji masońskiej.

Historycy, pisarze katoliccy, a nawet masońscy, poważniej przedmiot ten traktujący dowodzą, że herezje gnostyków, manichejczyków, albigensów, socynianów, głównie zaś templariuszy (?) stały się podstawą wolnomularstwa. Tylko organizację przyjęło ono od stowarzyszeń, czyli cechów mularskich, jak o tym świadczą przechowane dotychczas nazwy: kielni, cyrklów, węgielnic, czeladników, majstrów itp. Pierwszą z wymienionych herezji był gnostycyzm. Przewrotna ta nauka, wyszedłszy ze Wschodu w początkach II wieku, zapragnęła połączyć z dogmatami religii Chrystusa magię chaldejską, kabałę żydowską, teurgię egipską i eklektyzm aleksandryjski. Teurgia to nauka polegająca na wchodzeniu w bliższe stosunki za pomocą praktyk i obrządków z bóstwem i duchami i na wywoływaniu skutków nadprzyrodzonych.

Pogarda wszelkiego prawa była ich moralnością… Gnostycy utrzymywali, że Natura objawia dwie wielkie zasady wspólności i jedności wszystkich rzeczy; że prawa ludzkie przeciwne tym prawom naturalnym, są wykroczeniem przeciwko porządkowi ludzkiemu i boskiemu; że dla przywrócenia tego porządku należy ustanowić wspólność ziemi, majętności i kobiet. W ogólności nauczali oni, że im większą pogardę czuć będziemy dla praw istniejących, im więcej wyzwolimy się z tego, co się zwie religią, tym lepiej czcić będziemy Najwyższą Istotę, tym staniemy się podobniejszymi Bogu.

B. Claret wyprowadzając początek wolnomularstwa od gnostyków, tak się o tych ostatnich wyraża: „Od 58 r. ery naszej wyobrażenia zaczerpnięte od zwolenników Zoroastra, z filozofii Platona, z teogonii (pochodzenie bogów – przyp. W.L.) i pneumatogonii (pochodzenie wiatrów – przyp. W.L.) Egiptu, Chaldei i Grecji, wyznawane były tajemnie przez wiele sekt, znanych pod ogólną nazwą gnostyków; utrzymywały bowiem, że one tylko same posiadają prawdziwą wiedzę… Gnostycy nazywali się sami dziećmi światłości. Wtajemniczeni dzielili się na wiele stopni”.

B. Redares utrzymuje, że „wszyscy oni byli wtajemniczonymi do dawnych misteriów, że byli mularzami wybranymi, odznaczającymi się nauką i zdolnościami”… A w innym miejscu: „Jakkolwiek przyjmowali oni wszystkich do swego grona, udzielali stopnie małej tylko liczbie wybranych, znanych im dobrze ze sposobu myślenia i usposobienia. Próba neofita trwała lat 5, najwstrzemięźliwsze milczenie było mu przez ten czas nakazanym. Poddać się też musiał przy przechodzeniu z jednego stopnia na drugi, dopóki nie doszedł do stopnia najwyższego, bardzo przykrym próbom, mającym wykazać, jaką jest jego odwaga i wytrwałość. Po przejściu prób zostawał człowiekiem wolnym”…«

Z kolei Raymond J. L. Walters w książce Drogocenne kamienie: Klejnoty, Talizmany, Źródła mocy; Świat Książki, Warszawa 1999, pisze:

»Północnoafrykańskie miasto Aleksandria, będące niegdyś wioską położoną na skrzyżowaniu szlaków handlowych, stało się głównym ośrodkiem handlowym i kulturalnym Bliskiego Wschodu. Kupcy zwozili swoje towary do pełnego blasku miasta z dalekich krajów, z Persji, Indii, Azji Mniejszej i z wielu ziem okupowanych przez Rzymian. A co najważniejsze, wraz z nimi przybywały tu ich specyficzne wierzenia, obyczaje i religie.

Wśród mieszkańców rojnych ulic Aleksandrii znalazła się też religijna sekta, której członkowie zwali siebie gnostykami – „tymi, którzy wiedzą”. Twierdzili, że osiągnęli poznanie (gr. gnosis), niedostępne prostym śmiertelnikom, będące szczególną koncepcją konfliktu dobra ze złem. Przyswoili też sobie wiele idei filozoficznych, rytuałów i talizmanów występujących w innych religiach. Dominujący wówczas Kościół koptyjski, zaalarmowany gwałtownym wzrostem liczby gnostyków, uznał ich w końcu za heretyków i ekskomunikował.

Wielu gnostyków późnej starożytności wierzyło, że ich bóg Abraksas jest Istotą Najwyższą. Przedstawiano go z ramionami i torsem człowieka oraz z głową koguta – symbolizującą zapobiegliwość. Ciało spoczywało na nogach z węży, będących symbolem umysłu i „słowa”. W jednej ręce bóg ten trzymał tarczę mądrości, w drugiej bicz władzy.

Postać Abraksasa widnieje na wszelkiego rodzaju amuletach i talizmanach, wykonanych przeważnie z chalcedonów, takich jak karneol, agat, heliotrop, jaspis i onyks. Przygotowanie odpowiednich wzorów do rzeźbienia na talizmanach należało do licznych obowiązków kapłanów.

Na niektórych talizmanach ryto słowa, obdarzone, jak uważano, magicznymi właściwościami. Należało do nich zapożyczone z cywilizacji sumeryjsko-babilońskiej kabalistyczne słowo „abrakadabra” napisane tak, by było coraz krótsze. Zapis literowy tego słowa pochodzi ze starożytnego chaldejskiego zwrotu abrada ka dabra – co znaczy: „przepada jak słowo”. Na talizmanie słowo to wypisywano wielokrotnie, w formie trójkąta, jedno pod drugim, skracając je w każdym rzędzie o jedną literę, aż do momentu, kiedy zostało samo „A”.

ABRAKADABRA
BRAKADABRA
RAKADABRA
AKADABRA
KADABRA
ADABRA
DABRA
ABRA
BRA
RA
A

Podczas wielkiej zarazy w 1665 roku zaklęciem tym posługiwali się w Anglii arabscy lekarze, którzy przybyli, by nieść pomoc jej ofiarom.

„Wielu ludzi, bojąc się zarazy (…) stara się uniknąć jej, wykorzystując pewne słowa i formuły, zwłaszcza słowo abrakadabra uformowane w trójkąt.” – Daniel Defoe, pisarz (1660-1731).

W II stuleciu n.e. zarysował się już kres gnostycyzmu. Stało się to nieuniknione od chwili, gdy cesarstwo rzymskie, przyjąwszy chrześcijaństwo, rozpoczęło rugowanie konkurencyjnych religii. Jednak nowa religia nie zakazała (może nie była w stanie), produkcji talizmanów, a wyklęci kapłani gnostyków nadal ich dostarczali. Przez wieki, aż do dzisiaj, na Bliskim Wschodzie, w krajach okupowanych niegdyś przez Rzymian, znajduje się pięknie rzeźbione kamienie abraksas.

Na wielu talizmanach widoczne są także kody numerologiczne. Numerologię można określić jako wiarę w potęgę myśli zawartej w magicznych słowach lub w ich połączeniach. Zręcznie wykorzystywali ją kapłani gnostyków, a także pierwsi chrześcijanie. Każdej literze greckiego alfabetu przyporządkowano pewną liczbę. Same liczby nie miały znaczenia, ale ostateczny wynik sumowania wszystkich liczb przypisanych danej kombinacji liter miał ukrytą moc. Czasem greckie litery łączono z formułami astrologicznymi i rzeźbiono na chalcedonie. By tym sposobem przyciągnąć dobre wpływy.«

Gdy przyjrzymy się bliżej temu trójkątowi równoramiennemu, to zauważymy, że prawe ramię składa się z samych liter “A”, natomiast lewe ramię tworzy wyraz “Abrakadabra”. Wszystkie linie równoległe do prawego ramienia składają się z tych samych liter. Ten wyraz w całej pełni obrazuje, na czym ma polegać magia słów. Można by więc zapytać, czym różni się wiara w magię słów i liczb od wiary w Boga? I dlaczego wiara w Boga, to według “postępowców” ciemnota, a podobna wiara magię, taką czy inną, już – nie. Podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w RPA w 2010 roku przed meczem Nigeria – Argentyna grupa kibiców nigeryjskich zrobiła kukłę Messiego i nakłuwała ją igłą w serce, krzycząc przy tym: Messi! Messi! Messi! Nie pomogło. Argentyna wygrała, wprawdzie skromnie, bo 1:0, ale wygrała. A Messi też ma się dobrze.

Z mojej strony należy się jeszcze wyjaśnienie, co to takiego ten chalcedon. Jest to drobnokrystaliczna odmiana kwarcu zawierająca gęsto rozsiane drobne, niewidoczne gołym okiem, inkluzje (kropelki) wody. Makroskopowo (gołym okiem) chalcedon ma wygląd ciała bezpostaciowego białego lub zabarwionego na różne kolory. I tak karneol jest brunatnoczerwoną odmianą chalcedonu, agat – odmianą o koncentrycznym lub równoległym ułożeniu wielobarwnych warstewek, heliotrop – zielony chalcedon z czerwonymi plamkami, jaspis – odmiana pasiasta, wstęgowa, plamista, cętkowana, żyłkowa, marmurkowa, pstra itp., onyks – odmiana agatu o naprzemianległych czarno-białych wstęgach.

Można więc wyciągnąć z tego wniosek, że gnostycy przywiązywali dużą wagę do słowa. Ale czy tylko oni? W „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Jana Potockiego czytamy:

„…w hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacją, każde zdanie straszliwą formułą, która, gdy ją kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki.

Wiecie dobrze, że Adonaj (hebr. Bóg – przyp. W.L.) słowem stworzył świat i następnie sam zamienił się w słowo. Słowo wprawia w ruch powietrze i umysł, działa na zmysły i dusze zarazem. Chociaż nie jesteście wtajemniczeni, zdołacie jednak z tego wywnioskować, że słowo jest koniecznym pośrednikiem między materią a wszelkim umysłem.”

Z kolei w Biblii w Ewangelii według św. Jana jest napisane:

1. Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo. 2. Ono było na początku u Boga. 3. Wszystko przez nie powstało, a bez niego nic nie powstało, co powstało. 4. W nim było życie, a życie było światłością ludzi.

Internetowa Encyklopedia PWN tak definiuje pojęcie gnozy i gnostycyzmu:

„Gnoza – (gr. gnosis, wiedza, poznanie) swoisty rodzaj wiedzy uzyskanej z poznania opartego na intuicji i kontemplacji w odróżnieniu od wiedzy wynikającej z uczenia się i doświadczenia zmysłowego.

Pierwotnie (np. w Biblii i u niektórych Ojców Kościoła) dostępne człowiekowi poznanie Boga, zapewniające mu zbawienie, następnie centralne pojęcie gnostycyzmu, oznaczające ezoteryczną wiedzę teozoficzną, mającą pochodzić z pozaintelektualnej intuicji (irracjonalizm), uzyskiwanej bądź przez wewnętrzną iluminację (iluminizm), bądź przez wtajemniczenie (inicjację); wg gnostyków gnoza zastępuje zarówno wiarę religijną, jak i naturalne poznanie ludzkie, uważane za błędne (agnostycyzm), ponieważ jest zależne od zmysłowego złudzenia otaczającymi rzeczami materialnymi i od wadliwego funkcjonowania intelektu; metafizyczną treścią gnozy jest równoczesne zanegowanie odrębności, jedności i realności istniejących bytów jednostkowych przez przyjęcie, że wszystkie byty powstają z jednego wspólnego tworzywa (monizm), którym jest myśl (idealizm); myśl ta przekształca się nieustannie w kołowym procesie między wyjściową, nieokreśloną powszechnością boskiego absolutu a ocenianą negatywnie zdegenerowaną rzeczywistością i jednostkowością bytów (proces ten jest ujmowany zwykle w perspektywie dualizmu jako dialektyczne ścieranie się bytu i niebytu, dobra i zła, światła i ciemności itp.); w konsekwencji antropologiczne koncepcje gnozy, zbudowane na dualizmie (duch-materia, świadome-nieświadome itp.), są zdominowane przez soteriologiczny problem ucieczki ducha ludzkiego ze świata pozornego do świata pierwotnej myśli.”

Jak widać ta definicja, dosyć zagmatwana jak sądzę, jest zawężona, bo pomija temat magii słów i ich nadzwyczajnej mocy. Według niej wszystkie byty powstają z jednego wspólnego tworzywa (monizm), którym jest myśl. Stąd już tylko jeden krok do wniosku, że wszystko jest wspólne, co oznacza komunizm, nazywany obecnie, dla niepoznaki, zrównoważonym rozwojem.

„Gnostycyzm – (gr. gnostikos, poznawczy) ogólna nazwa nurtów myślowych oparta na gnozie, rozwijających się w II-III wieku we wschodnich prowincjach cesarstwa rzymskiego.

Wątki myślowe zapowiadające właściwy gnostycyzm w sposób niewyraźny (tzw. pregnostycyzm, m.in. apokaliptyka żydowska z Kumran) oraz wyraźny (tzw. protognostycyzm, różne doktryny irańskie i indoirańskie, orfizm, pitagorejczycy, platonizm) pojawiły się w II w. n. e.; gnostycyzm klasyczny ukształtował się w II-III w. we wschodnich prowincjach cesarstwa rzymskiego, a jego twórcy (m.in. Bazylides, Walentyn, Marcjon z Synopy) łączyli wątki filozofii hellenistycznej z religijnymi wątkami judaizmu i chrześcijaństwa, dając początek pierwszym szkołom gnostyckim; zwalczany w imię ortodoksji chrześcijańskiej przez Ojców Kościoła, gnostycyzm wpłynął m.in. na manicheizm, w średniowieczu nawiązywały do gnostycyzmu rozmaite sekty chrześcijańskie (m.in. bogomolcy, katarzy), muzułmańskie (isma’ilici) oraz żydowskie (kabała); w okresie nowożytnym gnostycyzm przejawił się w renesansowym hermetyzmie (np. M. Ficino), protestanckiej teozofii (J. Böhme) oraz ideologii różokrzyżowców i purytanów; rzeczywiste odrodzenie gnostycyzmu nastąpiło w XIX w., wpływając na strukturę i treść wielu nurtów kultury; wśród przedstawicieli gnostycyzmu współczesnego wymienia się twórców XIX-wiecznego idealizmu niemieckiego (J.G. Fichte, F.W.J. Schelling, F. Schleiermacher, G.W.F. Hegel), mistycyzmu rosyjskiego (S. Bułgakow, P. Florenski) oraz twórców spirytyzmu (A. Kardec), teozofii (H. Bławatska, A. Besant), antropozofii (R. Steiner); główne wątki gnostyckie wystąpiły również w ideologii marksizmu i narodowego socjalizmu, w egzystencjalizmie (J.P. Sartre, M. Heidegger) i w koncepcjach twórców współczesnej psychologii (S. Freud, C.G. Jung, A.H. Maslow, C.R. Rogers); za formę gnostycyzmu można uznać ruch New Age, w ramach którego rozwija się m.in. tzw. neognoza reprezentowana przez naukowców z amerykańskich uniwersytetów w Princeton i Pasadenie.”

Tak więc wszystko zaczęło się w Aleksandrii, w tym pierwszym na świecie kosmopolitycznym mieście. Mieszały się tam kultury, religie, wierzenia z całego ówczesnego świata. Była ona też wtedy największym skupiskiem Żydów. W takim otoczeniu czuli się oni jak ryba w wodzie i nie będzie chyba wielką przesadą stwierdzenie, że to pewnie oni stworzyli ten nurt myślowy zwany gnostycyzmem, a pewnie też i inne. To był I i II wiek n.e. Był to okres sprzyjający powstawaniu różnych sekt chrześcijańskich. Dopiero sobór nicejski I z 325 roku ukształtował doktrynalne podstawy tego, co później nazwano ortodoksją chrześcijańską. Ale to, co powstało wcześniej, czyli te różne sekty chrześcijańskie, przetrwało i wywierało ogromny wpływ na umysłowość wielu uczonych, filozofów i panujących. Jednym z nich był Baruch Spinoza, który do dziś jest idolem wielu masonów, a na którego twórczości gnostycyzm pozostawił wyraźny ślad.

Jeden z tych masonów wyraźnie akcentuje w piosence słowo “monistyczny”, śpiewając, że Spinoza stworzył system monistyczny i naturalistyczny. Oprócz innych uczonych i filozofów wspomniany jest tam Kartezjusz, z którego Spinoza też czerpał. Może nie przypadkiem został wspomniany, może ze względu na jego słynne: “Myślę, więc jestem”.

Jeden z komentarzy pod tym filmikiem: “Trzaskowski brought me here.” To komentarz sprzed roku. Tak więc nie tylko “idee Lenina wiecznie żywe”. Także gnostycyzm ma się dobrze, choć może wielu zwolenników monizmu i naturalizmu nie zdaje sobie z tego sprawy, skąd wyrastają korzenie tych nurtów myślowych, jak to ujmuje Encyklopedia PWN.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to co powyżej przedstawiłem nie jest zbyt jasne, logiczne i spójne. Ale takie były te nurty myślowe, które wykorzystywały różne sekty religijne w celu zwabiania do nich różnych naiwnych, łatwowiernych, mających nadzieję, że dostąpią jakiejś tajemnicy. A one służyły przeważnie do wywoływania zamieszek, niepokojów, rewolucji. Bez nich zapewne nie byłaby możliwa reformacja. Sekty nie zniknęły, ale obecnie ich rolę przejęły różne bojówki, stowarzyszenia, partie polityczne itp.