Monachium 2025 czy 1938?

Podobno nie ma przypadków, są tylko znaki. Ostatnio miała miejsce w Monachium konferencja na temat bezpieczeństwa. Trudno w takim przypadku nie skojarzyć jej z konferencją z 1938 roku i z tym, co po niej nastąpiło, a nastąpiła wojna. Dyplomacja w Europie ostatnio przyspieszyła i zaraz po tej konferencji doszło do szczytu w Paryżu. Co tam dokładnie ustalono, tego za bardzo nie wiadomo, ale możemy się domyślić. Tomasz Piekielnik na swoim kanale w komentarzu Tajemnice szczytu w Paryżu i wojny z Rosją! Kto wyśle wojsko na Ukrainę? z dnia 18 lutego 2025 roku odniósł się do wypowiedzi premiera Rzeczypospolitej Ukraińskiej Donalda Tuska przed jego wyjazdem na ten szczyt i po powrocie z niego. Mówił m.in.:

Ostatnio w Warszawie szef amerykańskiego Pentagonu Pete Hegseth, sekretarz obrony, zapytany przez dziennikarzy czy może zapewnić, że Ameryka nie będzie w tych rozmowach z Rosją brać pod uwagę wycofania żołnierzy amerykańskich ze wschodniej flanki NATO, odmówił potwierdzenia, że tak nie stanie się. Dał tym samym do zrozumienia, że jest to przedmiotem rozmów pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Rosją. To może być jakiś ruch w kierunku tego, aby w Polsce działo się nieco inaczej niż dotychczas, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i powoływanie się na bezpieczeństwo gwarantowane przez sojusz północnoatlantycki.

Limit wydatków budżetowych to taki wentyl bezpieczeństwa, konstytucyjny, ale również zapisany w traktatach europejskich. Ten wentyl bezpieczeństwa jest wyłączony. W mojej opinii premier jest nam uprzejmy powiedzieć, że możemy zwiększyć prędkość, jadąc prosto w ścianę, a tą ścianą jest upadek finansów. Jeżeli Państwo zwiększacie zadłużenie, z każdym kolejnym rokiem znacznie bardziej, niż zwiększacie swoje dochody, to prędzej czy później spotka was bankructwo. Nie ma innej możliwości, ponieważ ciężar regulowania rat przewyższy w jakimś momencie wasze zdolności zarobkowe. No i o tym uprzejmy jest nam donieść premier, że te bezpieczniki – które mówią, zwolnij, nie można się dalej zadłużać, czyli nie można dalej zwiększać prędkości, bo tam jest ściana, trzeba prędkość zredukować i zatrzymać się przed ścianą – te bezpieczniki zostały właśnie wyłączone.

Na Ukrainie potrzebny jest trwały pokój – powiedział Tusk. Tu się zgadzam z premierem. Na Ukrainie potrzebny jest trwały pokój, a nie tylko zamrożenie działań na froncie po to, żeby one zostały wznowione, ale już po wprowadzeniu wojsk europejskich na Ukrainę. I tego powinniśmy się obawiać i o tym głośno mówić. Zadawać tym samym pytania: W jaki sposób związane są działania na Ukrainie z wojną na Bliskim Wschodzie? Dlaczego Wołodymir Zełeński odwiedza na Bliskim Wschodzie nie tylko Zjednoczone Emiraty Arabskie, ale także premiera Netanjahu? Czy krótkotrwałe zawieszenie broni na Ukrainie może oznaczać niebezpieczeństwo dla Polski? – Te wszystkie pytania są bardzo istotne.

Wypowiedź Tuska trwała 10 minut i nie wzbogaciła naszej wiedzy o nic konkretnego, ale przynajmniej był on uprzejmy na samym początku swojej wypowiedzi powiedzieć, że nie będzie z nami szczery. Zobowiązali się bowiem uczestnicy tego szczytu bezpieczeństwa w Paryżu do dyskrecji. Jakie to ładne słowa na nazwanie czegoś, co jest po prostu tajemnicą, a w relacji rząd – naród, jest zatajaniem ważnych, istotnych informacji. Pytanie dlaczego są one zatajane. Być może dowiemy się metodą faktów dokonanych. Chciałbym jednak, by do tego nie doszło. Mam też taką nadzieję.

x

Dobrze pamiętam moment wejścia Polski do NATO w marcu 1999 roku. Ile było zachwytów, ochów, achów jak to teraz Polska będzie bezpieczna. Dziś, po 26 latach, okazuje się, że NATO nie może zapewnić nam bezpieczeństwa i dlatego Polska musi bronić Ukrainy, bo nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy, jak powiedział kiedyś Litwin Piedroyć, który siedział w Paryżu i wydawał tam „Kulturę” i wszyscy wtedy, nawet komuniści, onanizowali się nią. Polski, dawnej, starej piastowskiej Polski, nie ma od unii personalnej z Litwą w 1385 roku. Jest tylko nowa Polska – kresowa, wschodnioeuropejska.

Całe więc to gadanie o bezpieczeństwie okazało się nie warte funta kłaków i jeśli nawet wojska państw unii wkroczą na Ukrainę, to niczego to nie zmieni. Po prostu jest realizowany pewien scenariusz, który został napisany dawno temu w Ameryce. Po co Polska weszła do NATO? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zadać sobie inne pytanie: A co by było, gdyby wtedy Polska, jak również Czechy Słowacja i Węgry, nie weszła do NATO? Czy wtedy Ukraina mogłaby wysunąć ten fundamentalny warunek swego bezpieczeństwa, czyli wejście do NATO? Przecież to nie miałoby sensu. A radzieccy komuniści, upadającego Związku Radzieckiego, godzili się na niepodległość państw byłego bloku wschodniego, pod warunkiem, że sojusz NATO nie rozszerzy się na wschód. Dziś Rosjanie nie zgadzają się na członkostwo Ukrainy w NATO, jak również sugerują, że NATO powinno wycofać się z Europy Wschodniej. I to się dzieje. Wycofanie się Ameryki z tego konfliktu oznacza w praktyce początek końca NATO w tej części Europy. A to oznacza, że unia europejska wchodzi do gry, czyli że Niemcy wchodzą do gry. Czym to pachnie dla Rzeczypospolitej Ukraińskiej, tego chyba nie muszę nikomu tłumaczyć. Ameryka nie wycofuje się z Europy, jak sugeruje Piekielnik, dlatego że chce skupić się na Bliskim Wschodzie i rejonie Pacyfiku, tylko dlatego, że robi miejsce Niemcom i godzi się na warunki Rosji.

Ameryka zgodziła się na podział Ukrainy. Ile z niej przypadnie Rosji, tego jeszcze nie wiemy. Być może „waleczne” wojska europejskie, jeśli znajdą się na Ukrainie, zostaną jeszcze bardziej zepchnięte na zachód. Być może powstanie jakieś marionetkowe państwo ukraińskie zależne od Rosji. Pozostanie tylko zachodnia Ukraina, z którą nie będzie wiadomo, co zrobić, a raczej wiadomo – przyłączyć do Rzeczypospolitej Ukraińskiej, pomniejszonej o ziemie poniemieckie. Powstanie nowe państwo, czyli że stare zostanie zlikwidowane, bo będzie bankrutem ze względu na niemożliwe do spłacenia zadłużenie, wynikające z transferu pieniędzy na Ukrainę. Problem tylko polega na tym, że nie wiadomo, ile z tych pieniędzy przeznaczano się na cele militarne, a ile lokowano gdzie indziej. A może część z tych pieniędzy była i jest transferowana do firm developerskich, które budują mieszkania w RU dla Ukraińców, którzy zostaną tu jeszcze przesiedleni? Wojna to jest taki wynalazek, który umożliwia ukrywanie wszelkiego rodzaju szwindli, a po wojnie, gdy powstanie nowe państwo, to już nikt nie dojdzie prawdy, tylko pojawi się nowa „arystokracja”. Każda wojna powoduje zmianę stosunków własnościowych. Stare majątki rozpadają się, powstają nowe. A nowobogaccy chcą możliwie szybko uchodzić za starobogackich. – Tak pisał Erich Maria Remarque w jednej ze swoich powieści. W nowym państwie, które powstanie po wojnie, zapewne tak będzie.

Wszystko zmierza w kierunku stworzenia nowego państwa, które powstanie z okrojonej Ukrainy i okrojonej Rzeczypospolitej Ukraińskiej. Nie może jednak dojść do połączenia tych części, gdy jedna z nich jest członkiem NATO, bo na to nie zgadza się Rosja. I po to właśnie mamy ten cyrk i takie, a nie inne zachowanie polityków amerykańskich i europejskich.

Zmowa


Rozproszenie i asymilacja, pozorna asymilacja, są niezbędne do podporządkowywania sobie narodów rdzennych, ale by to mogło działać musi też być pomiędzy Żydami ściślejszy związek w postaci solidarności. To jest to spoiwo, które powoduje, że działają oni zgodnie w imię wspólnego i dalekosiężnego celu, jakim jest całkowite zdominowanie narodów rdzennych. Dobrze to opisał Władysław Reymont w powieści Ziemia obiecana. Poniżej wybrane fragmenty.

Grosglik zaczął spacerować po gabinecie i mówił nieco przyciszonym, przyjacielskim głosem:
- Bo tak mówiąc pomiędzy nami, po przyjacielsku, panie Maurycy, po co panu spółki z Borowieckim? Czy pan nie możesz sam otworzyć fabryki?
- Nie mam pieniędzy! - rzucił krótko i słuchał uważnie.
- To nie przyczyna, bo pieniądze maja ludzie, a pan masz wielkie zaufanie i wielkie zdolności. Dlaczego ja z panem robię interesy? Dlaczego na jedno słowo daję panu teraz trzydzieści tysięcy marek? bo ja pana znam dobrze i wiem, że na tej ufności zarobię z dziesięć procent.
- Siedem i pół! - poprawił Morys skwapliwie.
- Mówię tylko dla przykładu. Każdy z panem zechce robić interes i pan możesz prędko stanąć na mur, więc po co panu ryzykować z Borowieckim? On jest mądry, bardzo mądry kolorysta, ale on nie jest macher. Po co on gada po Łodzi, że trzeba uszlachetniać i podnieść produkcję łódzką! To jest bardzo niemądre gadanie! Co to jest uszlachetnić produkcję? Co to jest "czas kończyć z tandetą łódzką!" - to jego własne słowa, bardzo głupie słowa! - zawołał mocniej ze złością. - Żeby on myślał, jak taniej produkować, gdzie nowe rynki otworzyć dla zbytu, jak podnieść stopę procentową, to byłoby mądre, ale jemu się chce reformować przemysł łódzki! On go nie zreformuje, a może łatwo kark skręcić. Żeby to nie szkodziło nikomu, nikt by i słowa nie powiedział. Chcesz ryzykować - ryzykuj! Włazisz na dach - złam sobie ząb. Po co jemu fabryka!

- Ja panu dobrze życzę, powiedziałem to, co myślę, co myśli cała nasza Łódź. Pan sam powiedz, po co im fabryki! Nie mogą oni siedzieć na wsi, trzymać wyścigowe konie, jeździć za granicę, polować, romansować z cudzymi żonami, robić politykę i wielki szyk po świecie! Im się zachciało fabryk i "uszlachetniania produkcji", im się zdaje, że to angielski koń, co jemu można dać prostą chamską kobyłę za żonę, a ona zaraz mu urodzi samego lorda! - wołał z politowaniem i zgrozą.
- Żeby oni mogli siedzieć na wsi i bawić się, toby z pewnością nie było w Łodzi ani jednego Polaka.
- Niech przychodzą! jest tyle miejsc... stróżów, woźnych, stangretów, oni takie rzeczy dobrze robią, oni są od tego specjaliści, ale po co im się brać do nie swoich rzeczy, dlaczego oni nam mają psuć interesy?
- Do widzenia, dziękuję prezesowi za zwrócenie uwagi.
- Ja myślę, panie Maurycy, bo te wszystkie nasze bidło, parchy, oni tylko patrzą, żeby dzisiaj zrobić geszeft, a w sobotę zjeść dobrą kolację i wyspać się pod pierzyną! Co pan zrobisz?
- Zobaczę. Wiec Borowiecki nie ma ani grosza kredytu u pana?
- Ja nie mogłem stracić wszystkich naszych fabrykantów dla niego!
- Zmowa! - szepnął bezwiednie Moryc.
- Jaka zmowa? co pan gadasz, to tylko obrona! Żeby to był kto inny, nie Borowiecki, toby się jego przydeptało nieznacznie i zdechłby prędko, ale pan wiesz, jak on podparł Bucholca, pan wiesz, co to jest za kolorysta! no i pan wiesz, że w niego wierzą, że on ma stosunki, że on jest znany na rynkach.
- To wszystko prawda, ale jemu może pójść! - zakończył Moryc i wyszedł.

Spoglądał na miasto, na długie sznury domów, na setki kominów, co niby pnie sosen czerwieniły się w rozsłonecznionym upalnym powietrzu i wielkimi słupami dymów biły w górę, wsłuchiwał się w gwar miasta, w przygłuszony a nieustanny szum fabryk pracujących, w turkot ciężkich platform pełnych towarów, krzyżujących się we wszystkich kierunkach.
Rzucał badawcze spojrzenia na szyldy sklepów niezliczonych, na tablice domów, na tysiące nazwisk powypisywanych na balkonach, ścianach i oknach domów.
"Motel Lipa, Chaskiel Cokolwiek, Ita Aronsohn, Józef Reinberg" itd., itd., same nazwiska żydowskie, poprzetykane gdzieniegdzie nazwiskami niemieckimi.
- Sami nasi! - szepnął jakby z pewną ulgą i lekceważący uśmiech przewijał mu się po jego ustach i bił z oczów, gdy spostrzegł polskie nazwisko na szyldziku jakiego szewca lub ślusarza.
- Grosglik ma bzika! - myślał ogarniając spojrzeniem to morze domów, sklepów i fabryk żydowskich. - On ma ładny kawałek choroby - dodał wesoło prawie i już nie myślał o jego obawach spolszczenia Łodzi, bo czuł w tej chwili, patrząc na żydowską potęgę miasta, że jej nic i nikt złamać nie potrafi. - A szczególniej Polacy! - myślał oddając ukłon Kozłowskiemu, który w jasnych jedwabiach, w żółtych lakierkach i z gałką laski przy lśniącym cylindrze, który spychał na tył głowy, spacerował po drugiej stronie ulicy i zaglądał w oczy przechodzącym kobietom.
Nie, już nie myślał o obawach bankiera, ale ta zmowa na Borowieckiego skłopotała go mocno.
Był zaangażowany w tym interesie, tylko z tej strony go obchodziła ich fabryka, bo czy Karol straci, nic go to nie obchodziło, ale sam nie lubił nawet ryzykować, a teraz czuł, że jeśli się zmówili na niego, to go ogryzą do ostatniej kosteczki.
- To jest kein geszeft! - myślał i teraz dopiero zobaczył jasno przyczyny najrozmaitszych przeszkód, jakie ich spotkały.
Zrozumiał, dlaczego przedsiębiorca, który miał im prowadzić roboty mularskie - cofnął się. Oni mu zabronili robić.
Kwestionowano im plany i zwlekano z ich zatwierdzeniem. Ich robota!
Komisja budowlana przerywała im robotę i zmusiła do zgrubienia ścian. Ich denuncjacje!
Niemieckie nadreńskie firmy odmówiły im kredytu na maszyny. To również oni zrobili!
A te wieści fałszywe, złe, głupie, jakie krążyły o Borowieckim po Łodzi, a które źle musiały oddziaływać na ich przyszły kredyt. Któż je rozpuszczał? Ludzie Grosglika, Szai i Zukera.
- To jest sto razy kein geszeft! Oni go zjedzą! - myślał coraz posępniej, ale wchodząc w ulicę, na której była ich fabryka, zaczynał już pracować nad sposobami wycofania się z tego interesu.
Szukał przyzwoitych pozorów, bo zrywać zupełnie z Borowieckim nie chciał.

Cytat pochodzi z książki wydanej przez Wydawnictwo Łódzkie w 1987 roku. Zawiera ona obszerne posłowie autorstwa Bogdana Mazana. Warto, jak sądzę, przytoczyć z niego wybrane fragmenty:

Najbardziej znamienna dla „ziemi obiecanej” postawa została odzwierciedlona w typie lodzermensza („człowieka łódzkiego”), pokazanym w różnych odmianach, zależnych od rasy i środowiska. Pierwotnie nazywano tak tylko przybyszów z Niemiec. Dłuższe przebywanie w Łodzi osłabiło ich patriotyzm niemiecki, ale nie przyciągnęło do polskości. (Dopiero mniej więcej na przełomie wieków stali się najbardziej podatni na tendencje asymilacyjne). Byt, stanowisko i duchową ojczyznę, ale już nie zasady polityczne, znaleźli w Łodzi. Dlatego zapominając o rdzennej nacji, a nie pragnąc nowej, nazywali się „lodzermenszami”. Z czasem tym mianem zaczęto również określać brutalnego przedsiębiorczego arywistę, wyznającego swoją etykę użytkową, często zaś pozbawionego zasad etycznych. Już w 1875 r. korespondent łódzki jednego z tygodników warszawskich zauważył, że charakter miejscowej ludności, ujawniający się w częstym stosowaniu zasady „dojścia do celu bez względu na środki”, pozostawia wiele do życzenia. Dużo się mówi w powieści na temat moralności przemysłowo handlowej, daleko odbiegającej od szlachetnych zasad zalecanych w XIX w. przez filozofa angielskiego Herberta Spencera (w szkicu Moralność handlowa z 1859 r.), które jako ostatni z wielkich bohaterów literackich wcielał Rzecki w Lalce, zmuszony w końcu do ustąpienia pod naciskiem nowych stosunków i ludzi, tak świetnie zobrazowanych właśnie w Ziemi obiecanej. (…) Reymont zdemaskował lodzermensza, czyniąc stopień oddalenia się od tego typu świadectwem prawdziwego człowieczeństwa i pokazując w karykaturalnym świetle współczesnych naśladowców pionierów łódzkiego przemysłu. Nie ma zadatków na lodzermensza Horn, kierujący się „logiką zwykłej etyki uczciwego człowieka”, ani posiadający cechy lekarza dusz lekarz ubogich Wysocki, o którym Róża mówi: „[…] to taki inny, zupełnie nie łódzki człowiek”. Dobrym okazem typu są natomiast Moryc Welt i Stach Wilczek, liczący się tylko „z kodeksem, z policją”. „Największym” człowiekiem tego pokroju jest zdaniem Welta Borowiecki: „On ma ostre pazury, on jest zupełnie człowiek łódzki, on lepszy macher niż ja […] on jest Lodzermensch”.

Borowiecki jest prawdziwy jako typ ilustrujący proces przekształcania się części szlachty polskiej w burżuazję. Również z innych względów mógł być postacią skopiowaną fragmentarycznie z rzeczywistości. Jego kariera jest nieco podobna do awansu znanego wtedy w Łodzi Aleksandra Skrudzińskiego, eks-urzędnika, ożenionego z Niemką, który prowadził przy ul. Piotrkowskiej 214 farbiarnię i wykończalnię. W 1896 r. przy ul. Wschodniej 14, a więc niedaleko od siedziby Reymonta, realizował swoje plany budowlane niejaki Moszek Borowiecki.

Na przykładzie losów Borowieckiego Reymont pokazał nieczęsto dostrzegany paradoks życiowy, polegający na tym, że z chwilą ustalenia się czynników, które uważamy za warunek szczęścia, poczucie szczęścia zanika. Bohater zdobywa fabrykę, majątek, by stwierdzić z rozpaczą, ze stracił szczęście. Ziemskie szczęście ma zwykle, a w przypadku ludzi czynu i szerokich horyzontów jak Borowiecki na pewno, naturę plazmatyczną i jest procesem – rodzajem zadowolenia z dążenia do celu, który wymyka się – niż błogostanem. Borowiecki pojmuje to, gdy zamierza podjąć trud na nowo, by stworzyć szczęście „dla innych”.

x

Skąd się wzięła Łódź? Wszystko zaczęło się po powstaniu listopadowym, gdy w Królestwie zaczął działać Drucki-Lubecki, taki ówczesny odpowiednik Balcerowicza. Zaczął wtedy masowo napływać obcy kapitał, bo nałożono cła na pruskie towary. Kapitał, który działał na terenie Królestwa mógł sprzedawać swoje towary na rynek rosyjski i dalekowschodni bez cła. I tak powstała Łódź i łódzka tandeta. Więcej o Lubeckim w blogu Minister.

Zacytowany na początku fragment z Ziemi obiecanej w sposób bardzo obrazowy opisuje, czym jest rozproszenie, pozorna asymilacja i żydowska solidarność. To jest coś, czego nie da się wyeliminować. Można to zrobić ze wszystkimi żydowskimi firmami czy organizacjami, działającymi oficjalnie – przynajmniej teoretycznie jest to możliwe. Natomiast w przypadku asymilacji pozornej nie ma takiej opcji. Są oni we wszystkich instytucjach. I tak przykładowo, jeśli są w urzędach skarbowych, a są, to mogą niszczyć drobną czy większą przedsiębiorczość nieżydowską. Po to są tworzone nieprecyzyjne przepisy, by można było łatwo wyeliminować niewygodną konkurencję. Tak samo może być w innych instytucjach, w których na eksponowanych stanowiskach zatrudnieni są Żydzi. Ale można też niszczyć konkurencję na masową skalę. O tym w blogu Rewolucja 1905.

W Łodzi, jak w soczewce, zogniskowały się w krótkim czasie te procesy, które miały miejsce na ziemiach polskich po unii polsko-litewskiej. A więc napływ obcej ludności ze wszystkich stron i sprowadzenie miejscowej ludności do roli niewolników. Po dwustu latach niewoli wolny chłop niewiele mógł i stąd na jego własnej ziemi były dla niego dostępne tylko stanowiska robotnicze, najprostsza praca. Reszta była dla obcych. Ci ludzie, którzy tu osiedlali się, asymilowali się z trudnością, bo tak naprawdę, to nie było z czym asymilować się. Nie było narodu o wielowiekowej tradycji i systemie wartości, a więc czynników o wiele ważniejszych niż język i katolicyzm, który z założenia jest uniwersalny, powszechny. I stąd dzisiejsze społeczeństwo polskie jest czymś w rodzaju bezkształtnej masy, a nie litą skałą, wyrzeźbioną przez wielowiekową tradycję i zwyczaje.

Reymont piętnuje w swojej powieści bezwzględne, pozbawione skrupułów dochodzenie do celu, czyli do bogactwa. Taka postawa jest wśród ludności chrześcijańskiej nie do przyjęcia i prędzej czy później kończy się jakimiś wyrzutami sumienia, niepokojem moralnym i konstatacją, że pieniądze szczęścia nie dają, bo po osiągnięciu wielkiego bogactwa powstaje pustka moralna. Natomiast Żydzi nie mają takich dylematów. Dla chrześcijan jest to powód do oburzania się na nich. Istotnie, takie dążenie do bogactwa musi skończyć się dla chrześcijan kacem, mówiąc delikatnie. Ale to jest żydowska pułapka, bo to oni udzielają im kredytów i wytwarzają w nich przekonanie, że człowiek, który ma dużo pieniędzy jest lepszy od innych, że tylko kasa się liczy. Kasa nie może być celem samym w sobie i nie jest nim dla Żydów. Dla Żyda bogacenie się oznacza, że, im on będzie miał więcej pieniędzy, im więcej będzie miał firm różnego rodzaju, kamienic, gruntów, ziemi uprawnej, lasów itp., tym mniej będzie miał tego wszystkiego goj. To jest jego cel. A celem ostatecznym jest dla Żyda zawładnięcie wszelkim bogactwem na Ziemi. To jest cel religijny, tak jak dla chrześcijanina celem religijnym jest życie wieczne, a co w życiu doczesnym, to tylko tymczasowe. U Żyda jest odwrotnie. Żyd nie ma dylematów moralnych, gdy brutalnie obchodzi się z narodami rdzennymi, bo dla niego postępowanie moralne, w rozumieniu chrześcijan, ogranicza się tylko do Żydów, podczas gdy chrześcijanie swoje zasady moralne stosują do wszystkich. Po to właśnie Żydzi wymyślili chrześcijaństwo i zaaplikowali je narodom rdzennym, by ich w ten sposób osłabiać, by nie mogli być wobec Żydów tak brutalni, jak są oni wobec chrześcijan.

Mamy więc u Reymonta przekaz, że pieniądze szczęścia nie dają, że szczytnym celem jest bezinteresowne pomaganie innym. Literatura piękna, w dużym stopniu tworzona przez Żydów, pełna jest tego typu przykładów. A sam Reymont? W Wikipedii można przeczytać:

„13 lipca 1900 Reymont uległ wypadkowi kolejowemu. Trafił do szpitala z dwoma złamanymi żebrami, jednak w raporcie lekarskim napisano, że pisarz ma 12 złamanych żeber oraz inne kontuzje ciała i nie wiadomo, czy będzie nadal zdolny do pracy umysłowej. Notatkę szpitalną sfałszował dr Jan Roch Raum. Wysokie odszkodowanie w wysokości 38 500 rubli pomogło mu zdobyć niezależność finansową.”

No tak, pieniądze szczęścia nie dają, ale bez pieniędzy bieda, zwłaszcza jak się chce pisać powieść we Francji, bo tam, gdzieś pod Paryżem, napisał Reymont Ziemię obiecaną. Czy zatem Reymont był Żydem, czy Żydem był lekarz, który sfałszował szpitalną notatkę i czy urzędnik carskich kolei, który podjął decyzję o wypłacie tak wysokiego odszkodowania, również był Żydem? Myślę, że zacytowany na początku fragment z powieści Reymonta, daje odpowiedź, a przynajmniej skłania do refleksji.

Zamach stanu

W komentarzu z dnia 11 lutego Tomasz Piekielnik porusza na swoim kanale m.in. sprawę zamachu stanu, o którym ostatnio zrobiło się głośno w różnego rodzaju mediach. Od 43:30 komentuje on to zagadnienie. Poniżej zapis tego komentarza.

Chodzi o ciąg dalszy tej sytuacji spektakularnej, dotyczącej zawiadomienia o zamachu stanu, zawiadomienia złożonego do zastępcy Prokuratora Generalnego. Zawiadomienie przygotował i złożył prezes Trybunału Konstytucyjnego pan Bogdan Święczkowski. I tu przypomnienie – Rzeczpospolita z 6 lutego: Wpłynęła do sekretariatu zastępcy Prokuratora Generalnego zamknięta koperta, o której wypowiadał się Bogdan Święczkowski, że jest to zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa zamachu stanu przez działających w porozumieniu, w ramach zorganizowanej grupy przestępczej, polityków wysokiej rangi, takich jak premier Donald Tusk czy Marszałek Sejmu Szymon Hołownia.

Natomiast dziś, 11 lutego, Rzeczpospolita informuje, że Adam Bodnar zawiesza swojego zastępcę, czyli prokuratora Michała Ostrowskiego, tego, który miał tym śledztwem się zająć. Prokurator Adam Bodnar zawiesił na sześć miesięcy swojego zastępcę prokuratora Michała Ostrowskiego – poinformowała we wtorek Prokuratura Krajowa. To pokłosie w sprawie wszczęcia tzw. zamachu stanu. Jak czytamy w komunikacie, decyzja o zawieszeniu prokuratora Michała Ostrowskiego uzasadniona jest „podejmowanymi przez Michała Ostrowskiego działaniami i towarzyszącymi im okolicznościami, które w sposób jednoznaczny wskazują na brak poszanowania dla podstawowych zasad funkcjonowania prokuratury i stanowią emanację postrzegania tej instytucji jako organu zaangażowanego w ochronę partykularnych interesów politycznych”. W komunikacie zaznaczono, że decyzja nie jest prawomocna. Przysługuje od niej odwołanie do sądu dyscyplinarnego, niemniej jest natychmiast wykonalna.

W mediach prokurator Ostrowski wypowiada się, że nie wyobraża sobie, że śledztwo w tej sprawie nie będzie prowadzone, że dalsze czynności nie nabiorą biegu. Jednocześnie zaznaczył, że zamierza wykonać decyzję swojego przełożonego, czyli Prokuratora Generalnego.

Jaki to będzie miało skutek i konsekwencje? Po pierwsze ja dostrzegam tutaj niebezpieczeństwo ingerencji zewnętrznej. I wiem, jak to brzmi, wiem, że jest to bardzo sensacyjne, co teraz mówię. Natomiast uważam, że prawdopodobieństwo tego jest niezerowe. Bo zwróćmy uwagę, jeżeli w Polsce wprowadza się jakiegoś rodzaju marazm ustrojowo-polityczny, czy on jeszcze bardziej eskaluje, to trzeba będzie powiedzieć, to może zostać podchwycone przez zachodnie mocarstwa. W przeszłości, na przestrzeni wielu minionych wieków, bywało tak już niejeden raz. Zatem jeszcze trzeba zadać pytanie, czy to nie jest czasem celowo organizowany stan rzeczy. I tutaj nie dałbym sobie ręki uciąć za tezę, że to wszystko dzieje się przypadkowo, że to nie jest zorganizowane. Wiecie, co mam na myśli, również to doskonale. Zarówno ze strony Brukseli jak i Waszyngtonu mogą pojawiać się tego rodzaju dążenia, aby w większym stopniu niż dotychczas, wykonywać zamęt na terenie Polski. A czy nie jest to także jakimś zwiększeniem prawdopodobieństwa, że będziemy przeżywać to, co nasi prapradziadkowie? Mowa o rozbiorach, zmianach granic i podziale danego państwa na konkretne strefy wpływów. Bo przecież nie ulega wątpliwości, że na przykład takie Niemcy są mocno związane z Dolnym Śląskiem, z Wielkopolską – inwestycyjnie, historycznie. Dodać do tego można jeszcze Pomorze. Ale też Polska centralna z Warszawą na czele, chciałoby się pewnie w Waszyngtonie powiedzieć, że powinna pozostać w dalszym ciągu pod niewidzialnym zarządem komisarycznym Waszyngtonu, czy bardziej władzy zza Waszyngtonu. Kto wie, czy nie wywodzi się ona właśnie z rejonów syjonistycznych, z rejonów Tel Awiwu? Kto wie drodzy Państwo? Ja swoje zdanie mam, ale Państwa zachęcam do myślenia.

x

O co w tym wszystkim chodzi? Business Insider wyjaśnia:

Rządząca koalicja może wykorzystać pomysł Bogdana Święczkowskiego, prezesa Trybunału Konstytucyjnego, przeciwko politykom obecnej opozycji. I to skutecznie, bo ma odpowiednią większość w Sejmie do uchylenia immunitetów posłów PiS, którzy zajmowali eksponowane stanowiska. Eksperci zgodnie jednak podkreślają, że łamanie konstytucji to nie jest zamach stanu. Droga obrana przez człowieka Zbigniewa Ziobry może zaszkodzić Polsce.

  • Bogdan Święczkowski, prezes Trybunału Konstytucyjnemu, zarzuca politykom koalicji rządzącej, w tym premierowi Donaldowi Tuskowi, “zamach stanu”
  • Nazywa ich zorganizowaną grupą przestępczą, która przemocą i groźbami dąży do zmiany konstytucyjnego ustroju Polski poprzez wyeliminowanie TK, Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego
  • Zdaniem części prawników, choć dochodzi do łamania konstytucji, i to od dawna, to jednak nie można mówić o zamachu stanu
  • Eksperci ostrzegają jednak, że rządząca koalicja może wykorzystać pomysł Bogdana Święczkowskiego do rozliczenia PiS

Prezes Trybunału Konstytucyjnego Bogdan Święczkowski złożył do prokuratury zawiadomienie o dokonaniu “zamachu stanu” przez m.in. premiera Donalda Tuska i jego ministrów, marszałka Sejmu Szymona Hołownię, marszałka Senatu Małgorzatę Kidawę-Błońską, posłów koalicji rządzącej, a także niektórych sędziów i prokuratorów. Czy może się okazać, że w Polsce doszło do zamachu stanu? Nie — odpowiadają zgodnie prof. Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego, i dr Kamil Stępniak z Centrum Prawa Konstytucyjnego i Monitorowania Praworządności. Eksperci wskazują na potencjalne skutki zawiadomienia, w tym takie, które mogą uderzyć w PiS.

x

Tak więc Piekielnik dostrzega w tym sporze niebezpieczeństwo ingerencji zewnętrznej. Odwołuje się do historii i przypomina o rozbiorach. Nie da się ukryć, że te rozbiory do dziś rzucają się cieniem na stan umysłów w Polsce, a także wzbudzają strach przed sąsiadami, którzy o niczym innym nie myślą, tylko o kolejnym rozbiorze Polski. Co jest naturalne, gdy nie zna się prawdziwych powodów tych rozbiorów, bo myśli się tak, jak zostało to zakodowane przez edukację i propagandę. Wypada więc to jakoś poukładać.

Wojna siedmioletnia (1756-63) – wojna pomiędzy Wielką Brytanią, Prusami i Hanowerem a Francją, Austrią, Rosją, Szwecją i Saksonią. Była to więc wojna, w której Rosja walczyła z Prusami. W 1757 roku zajęła ona Królewiec i ogłosiła przyłączenie Prus Wschodnich do Rosji. W trakcie tej wojny Rosja zajęła tereny od Królewca po Berlin, zagrażając tym samym istnieniu Prus. W tym czasie Rzeczpospolita była już praktycznie rosyjskim protektoratem, co znaczy, że Rosja rządziła w niej według własnego uznania. W 1762 roku Rosja wycofała się spod Berlina i z Prus. Był to tzw. cud domu brandenburskiego. A dziesięć lat później, gdy Prusy były jeszcze wtedy jakimś wypierdkiem mamuta, Rosja dzieli się z nimi i z Austrią ziemiami Rzeczypospolitej. Taki altruizm ze strony drapieżnego rosyjskiego imperializmu, którym nas dziś starszą, wydaje się być niezrozumiały. Prusy i Austria zajęły ziemie etnicznie polskie, a Rosja ziemie byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, które wcześniej były ziemiami Rusi Kijowskiej.

Konfederacja barska (1768-72) była powstaniem przeciwko zmianom ustrojowym, które zapoczątkował Stanisław August, a które ograniczały dotychczasowe prawa szlachty i magnatów. Doszło w tym czasie do porwania króla, co odbiło się szerokim, negatywnym echem w całej Europie. I stało się to pretekstem do zalegalizowania pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej w 1772 roku. Następnie uchwalenie Konstytucji 3-go maja skutkowało drugim rozbiorem, a insurekcja kościuszkowska – trzecim. Mamy więc tu sekwencję – akcja i reakcja; anarchia, z którą trzeba zrobić porządek. I stąd słuszne podejrzenia Piekielnika, że ten spór o Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy może stać się pretekstem do ingerencji obcych mocarstw. Tylko czy miałoby to skutkować rozbiorem?

Pytanie zasadnicze brzmi: po co były rozbiory Rzeczypospolitej? To chyba jedyny taki przypadek w historii świata, że jedno państwo, czy raczej twór państwowopodobny, staje się łupem trzech sąsiadów. Dlaczego Rosja, która niepodzielnie rządziła w Rzeczypospolitej, podzieliła się nią z Prusami i Austrią? Po klęsce Napoleona w Rosji Księstwo Warszawskie, pomniejszone o Wielkopolskę i Wolne Miasto Kraków, przypadło Rosji. W Wielkopolsce, najludniejszej wówczas polskiej dzielnicy, zaczyna się czas intensywnej germanizacji. Podobnie dzieje się w Królestwie Polskim – intensywna rusyfikacja. A więc Polacy poddawani są intensywnym zabiegom wynaradawiania. W tym samy czasie na ziemiach byłego WKL przebiega zakrojona na szeroką skalę polonizacja, polegająca na upowszechnianiu języka polskiego wśród mas i elit. I stąd mamy taki wysyp różnych Mickiewiczów, Słowackich, Orzeszkowych, Konopnickich itp. Powstał więc na wschodzie nowy naród polski, a stary został zmarginalizowany.

Po co więc były rozbiory, w których uczestniczyły trzy państwa? No właśnie po to, by stworzyć nowy naród. Powstał Polak katolik, który był w opozycji do prawosławnego Rosjanina, który zawsze dąży do przyłączenia do Rosji ziem byłej Rusi Kijowskiej, na których mieszkał już ten Polak katolik. Wcześniej jezuici zajmowali się konwersją prawosławnych na katolicyzm. Po to były podboje Batorego.

Gdy po I wojnie światowej odradzało się państwo polskie, to nie mogło w nim zabraknąć ziem wschodnich. Nie po to trudzono się przez cały XIX. wiek nad stworzeniem nowego narodu polskiego, by został on poza granicami odradzającego się państwa. I tak bolszewicy, którzy w 1920 roku przeważali tyko w okolicach Moskwy i Piotrogrodu, wyruszyli na podbój Europy. Podeszli pod Warszawę i wycofali się. Piłsudski miał otwartą drogę na Moskwę, ale zatrzymał tam, gdzie miał się zatrzymać. Miał zająć ziemie, na których uprzednio stworzono nowy naród polski, które to ziemie miały stać się częścią II RP.

O co zatem chodzi w obecnej kłótni tych rządowych gangów? O to, by stworzyć mocarstwom pretekst do interwencji, tak jak to było w okresie przed zaborami. Piekielnik wspomniał o tym, że Dolny Śląsk, Wielkopolska i Pomorze są mocno związane inwestycyjnie i historycznie z Niemcami. Dał więc do zrozumienia, że Niemcy, prędzej czy później, upomną się o swoje. Co w takim razie z resztą, z centralną i wschodnią Polską? A co z Ukrainą? Ile z niej zostanie po wojnie? Tak intensywne, pod każdym względem, zaangażowanie Polski w wojnę na Ukrainie będzie argumentem za połączeniem tych pozostałości w jedno państwo. Dziś jeszcze nikt nie chce o tym mówić otwarcie, ale przecież cały czas trwa w Polsce urabianie opinii publicznej. W dalszej perspektywie oznacza to, że te pozostałe jeszcze niedobitki starego narodu polskiego zostaną całkowicie zmarginalizowane. Pozostanie tylko nowy naród polski, nowi Ukraińcy – obok tych starych, przesiedlonych po II wojnie światowej – i kolorowi.

W Afryce koloniści, wytyczając sztucznie granice państw, zmusili do egzystowania w obrębie jednego państwa plemion, które często walczyły ze sobą o ziemię i stąd były do siebie wrogo nastawione. Powstałe w ten sposób państwa były ich karykaturami. Lokalni kacykowie nie stali się nagle politykami z krwi i kości, dawne waśnie nie wygasły. To samo stało się po unii polsko-litewskiej, gdy połączono ze sobą państwo zwane Królestwem Polskim z WKL, czyli z czymś, co bardziej przypominało te współczesne postkolonialne państwa afrykańskie. Z tego mariażu mogło powstać tylko to, co niektórzy nazywają obecnie krajem Zulu-Gula. I takim krajem były I RP, II RP, PRL (10. potęga gospodarcza świata) i III RP. Dziś jest nim Rzeczpospolita Ukraińska. Ten, kto wymyślił tę nazwę, a spopularyzował ją Tadeusz Ross, nie zrobił tego przypadkiem. O naszych rodzimych kacykach możemy powiedzieć, że różnią się od kacyków afrykańskich tylko tym, że brakuje im dzid i kolczyków w nosach.

Ukraiński faszyzm

Ostatnio na niektórych kanałach pojawiły się komentarze na temat wypowiedzi pewnej aktywistki ukraińskiej. Leszek Sykulski na swoim kanale: Natalia Panczenko – aktywistka, w wywiadzie dla ukraińskiego kanału straszy Polskę i Polaków, a to wszystko w kontekście trwającej kampanii wyborczej na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej i komentującej kwestię perspektywy odebrania przywilejów socjalnych Ukraińcom powiedziała:

„To jest przede wszystkim ogromne niebezpieczeństwo dla Polaków i rozumiem, że oni rozumieją, bo dziś, kiedy co 10-ty mieszkaniec Polski jest Ukraińcem, to wzrastanie wrogości między Ukraińcami a Polakami jest bardzo niebezpieczne, zwłaszcza dla Polski, ponieważ na terytorium Polski zaczną się walki, rozpoczną się podpalenia sklepów, domów itd.”

W związku z tym wypada sobie zadać pytanie: czyje to jest państwo? Skoro Ukrainka, która ma polskie obywatelstwo, występuje w obronie interesów Ukraińców i swoje ostrzeżenia kieruje pod adresem obywateli państwa, które nadało im te przywileje, tak jakby byli obywatelami tego państwa, to chyba to państwo jest również ukraińskie, skoro preferuje Ukraińców, a Polaków spycha na margines. Mamy więc do czynienia z Rzeczpospolitą Ukraińską (2022 – ?), którą dla niepoznaki nazywają Rzeczpospolitą Polską, która zdechła 24 lutego 2022 roku. Skoro przywileje Ukraińcom nadał ukraiński rząd, to dlaczego ona chce mścić się na Polakach, którzy nie maja nic wspólnego z tą hucpą? Nur für Ukrainer und Ukraine über alles – to jest fakt. Czy w związku z tym mamy do czynienia z państwem, które kieruje się ideologią faszystowską w swoim działaniu, a zatem, czy ustrojem tego państwa nie jest faszyzm, w wersji niemieckiej zwany też narodowym socjalizmem?

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) tak m.in. pisze o faszyzmie:

Cechą charakterystyczną faszyzmu, zwłaszcza w Niemczech i we Włoszech, było to, że potrafił on skupić w swoich szeregach nie tylko elementy z tzw. warstw średnich (średniej burżuazji miejskiej i wiejskiej, drobnomieszczaństwa, drobnych kupców, b. wojskowych itd.), które nie chciały pogodzić się z utratą dawnych pozycji, pragnąc za wszelką cenę odzyskać „szczególne miejsce” w społeczeństwie, lecz także (zwłaszcza w Niemczech) najbardziej zacofane grupy klasy robotniczej. (…) Ponadto faszyzm niemiecki od chwili swego powstania głosił hasła odwetowe, podsycając nastroje „krzywdy narodowej” wyrządzonej Niemcom przez traktat wersalski.

Ideologia faszyzmu nie stanowiła zwartego systemu światopoglądowego, lecz była eklektycznym połączeniem różnych, czasem wręcz wykluczających się elementów przyjętych z irracjonalistycznej filozofii XIX w., z nacjonalistycznych doktryn solidaryzmu społecznego oraz z antydemokratycznych teorii socjologicznych usiłujących teoretycznie uzasadnić idee etnocentryzmu, elitaryzmu i „wyższości rasowej”. Zespalając te elementy, odpowiednio spreparowane do celów propagandowych, ideologowie faszyzmu szerzyli całkowicie irracjonalistyczny i zmitologizowany pogląd na życie społeczne. Podstawę stanowił mit „misji dziejowej” własnego narodu i jego wyższości nad innymi oraz mit wroga – sprawcy wszelkiego zła społecznego; takim wrogiem dla faszyzmu włoskiego był „zgniły liberalizm”, dla faszyzmu niemieckiego przede wszystkim „Żyd” (jako „twór żydowski” przedstawiano zarówno komunizm, jak i „międzynarodową plutokrację”).

x

Cechą ustroju faszystowskiego, zwanego w Niemczech narodowym socjalizmem, było:

  • misja dziejowa własnego narodu i jego wyższość nad innymi narodami
  • mit wroga – sprawcy wszelkiego zła, czyli Żyda

Cechą ustroju faszystowskiego w Rzeczypospolitej Ukraińskiej jest:

  • wyższość narodu ukraińskiego nad polskim i innymi narodami, które mają pomagać Ukraińcom w walce z Rosją, która to walka jest jego misją dziejową
  • mit wroga – sprawcy wszelkiego zła, czyli Rosji

Tak więc to przejściowe państwo, w którym żyjemy, ma ustrój faszystowski w wersji narodowo-socjalistycznej. Do „pełni szczęścia” brakuje tu jeszcze tylko podpalenia miejscowego Reichstagu.

Scena jest powoli przygotowywana, aktorzy uczą się swoich ról. Nie przypadkiem ukraińska aktywistka, która jest opłacana przez mafię rządową lub jakąś inną organizację szemranego pochodzenia, wypowiedziała się w takim tonie i w kontekście wyborów prezydenckich. W styczniu 2025 Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy i kandydat Koalicji Obywatelskiej na prezydenta, zaproponował, aby świadczenie 800+ było wypłacane tylko tym obywatelom Ukrainy, którzy mieszkają, pracują i płacą podatki w Polsce. Natomiast w ostatnim sondażu United Surveys 86% ankietowanych uważa, że świadczenie 800+ powinno być wypłacane tym obywatelom Ukrainy, którzy mieszkają, pracują i płacą podatki w Polsce. Jakoś tak dziwnie się składa, że dopiero teraz pytają ludzi o zdanie, a gdy mafia rządowa przyznawała Ukraińcom wszelkie możliwe świadczenia, to nikt ich o zdanie nie pytał. Inna sprawa, że jest to sondaż zamówiony i na taki wynik zamówiony.

Po co teraz ten cyrk? Ano po to, by Ukraińcy mieli pretekst do wszczęcia akcji terrorystycznych w Rzeczypospolitej Ukraińskiej. Faszystowski rząd ukraiński będzie miał pretekst do wprowadzenia stanu wojennego czy wyjątkowego, a jak wiadomo, taki stan zawiesza wszelkie prawa obywatelskie. I w takiej sytuacji będzie można przeprowadzić szeroko zakrojoną akcję poboru do wojska. Gdy ten stan wprowadzi się, to wszelkie akcje terrorystyczne, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ustaną. I wtedy wojsko zostanie wysłane na Ukrainę. Mamy więc taką sytuację, że faszystowski rząd ukraiński obdarzył obywateli Ukrainy przywilejami, które może im zabrać i jeśli tak się stanie, to może dojść do zamieszek. Ukraińcy zechcą ogniem i mieczem je utrzymać, a na front ukraiński pójdą pewnie Polacy, no bo przywileju obrony Rzeczpospolitej Ukraińskiej, w odróżnieniu o innych przywilejów, faszystowski rząd RU Ukraińcom nie przyznał.

x

Jeśli więc dojdzie do jakichś zamachów terrorystycznych, to będzie to wojna ukraińsko-ukraińska, tak jak to było za czasów I RP, o czym w bogu Przedmurze. A skąd się wziął taki dziwny ustrój tego tworu i dlaczego Królestwo Polskie nazywano Koroną, o tym w blogu Korona Królestwa Polskiego.

Algieria

W poprzednim blogu Wojna futbolowa pisałem o tym, że państwa to organizacje przestępcze, a rządy to zalegalizowane mafie. W przypadku Salwadoru i Hondurasu w wyniku kłótni pomiędzy mafiami najbardziej ucierpieli ci, którzy nic na tych kłótniach nie zyskiwali, wprost przeciwnie – najwięcej traci. Byli to chłopi salwadorscy. Wydaje się, że ten mechanizm działa wszędzie podobnie. W świecie Zachodu jest bardziej zakamuflowany i nie tak zabójczy dla mas jak w tzw. Trzecim Świecie. Dobrze go opisał Ryszard Kapuściński w reportażu Algieria zakrywa twarz w książce Wojna Futbolowa Czytelnik 1981.

W 1962 roku Algieria stała się niepodległym państwem. Pierwszym prezydentem został Ahmed Ben Bella. W 1965 roku został obalony w wyniku zamachu. Prezydentem został Huari Bumedien (1965-78). Ministrem spraw zagranicznych w latach 1963-79 został Abd al-Aziz Buteflika, który był też prezydentem w latach 1999-2019. Kapuściński szczegółowo opisuje ten zamach i okoliczności, w jakich do niego doszło. Ja jednak wybrałem te fragmenty, które pozwalają zrozumieć, czym były czy nadal są państwa postkolonialne i dlaczego dzieje się w nich tak, jak się dzieje. Ktoś może pomyśleć, że są to, z naszego punktu widzenia, sprawy nieistotne. Nic bardziej mylnego! Coraz więcej migrantów z tamtych okolic przybywa do Polski, więc może warto ich bliżej poznać, a raczej ich historię i mentalność.

x

19 czerwca 1965 roku został usunięty prezydent Algierii – Ahmed Ben Bella. Stało się to w nocy, po godzinie drugiej, w czasie zmiany wart. Ben Bella mieszkał w domu przy Avenue Franklin-Roosevelt, mniej więcej w połowie drogi między gorącym, zatłoczonym centrum Algieru a ekskluzywną dzielnicą willową zwaną Hydra. Ten dom, choć ma piękną nazwę willa Joly (powinno być chyba jolly – radosny, wesoły; przyp. W.L.), nie odznacza się niczym szczególnym. Również mieszkanie prezydenta mieściło się w przeciętnym, aczkolwiek eleganckim standardzie. (…)

Namiętnością Ben Belli była piłka nożna. Dużo przesiadywał na meczach i sam grał. Jego najbliższym towarzyszem tych zabaw był zapalony piłkarz, minister spraw zagranicznych Algierii i główny współautor spisku przeciw Ben Belli – Abdel Aziz Buteflika.

x

Technicznie biorąc zamach na Ben Bellę został przeprowadzony absolutnie bezbłędnie, z doskonałą precyzją. Warunki topograficzne były dla zamachowców jak najlepsze: willa Joly leży w sąsiedztwie domu, w którym mieszka pułkownik Bumedien, w sąsiedztwie willi Artur, w której mieszka Buteflika, a przede wszystkim w sąsiedztwie sztabu generalnego, gdzie opracowano plan spisku, oraz w pobliżu koszar żandarmerii. Ben Bella żył samotnie w miejscu otoczonym domami zamieszkałymi przez ludzi, którzy potem wtrącili go do lochu. Tak więc dramat, nawet w sensie dosłownym, rozegrał się między sąsiadami z jednego podwórka.

x

Ben Bella był przywódcą Algierii przez trzy lata. Algieria jest krajem niezwykłym, jedynym w swoim rodzaju. Na każdym kroku rzeczywistość algierska odsłania nam swoje kontrasty, sprzeczności i konflikty. Nic nie jest tu jednoznaczne i nic nie poddaje się formule.

Pewien dziennikarz francuski od lat zajmujący się Algierią powiedział mi z bezbronną szczerością: „Ja nie rozumiem tego kraju”. „Ciągle nie mogę pojąć – zwierzył się w rozmowie wybitny ekonomista – jak się to wszystko może trzymać”.

Algieria należy do grupy krajów Afryki, w których kolonializm europejski panował najdłużej. Francuzi panowali w Algierii przez 132 lata. Tylko Portugalczycy w Angoli i Mozambiku oraz Afrykanerzy i Anglicy w Południowej Afryce mają dłuższy staż kolonialny. Tak długi okres panowania kolonialnego Francuzów wycisnął na Algierii tragiczne piętno, którego ten kraj nie pozbędzie się przez całe dziesiątki lat.

Kolonializm okaleczył i zdeformował Algierię w sposób znacznie większy, niż dokonał tego w stosunku do większości niepodległych krajów Afryki. Główną rolę w tej deformacji kolonialnej odgrywają zawsze osadnicy europejscy. Dlatego nie tylko długość okresu kolonialnego, ale również – a może nawet przede wszystkim – ilość osadników jest decydującym miernikiem, jakim ocenia się stopień spustoszenia kolonialnego w danym kraju Afryki. Pod tym względem na całym kontynencie afrykańskim Algieria ustępuje tylko Afryce Południowej. Ilość osadników europejskich w Algierii wynosiła około 1 200 000 ludzi. Jest to tyle, ile wynosiła liczba osadników europejskich w dwudziestu sześciu krajach Afryki tropikalnej łącznie. Osadnicy stanowili jedną dziesiątą ludności Algierii.

Ale nie tylko to jest ważne. Położenie geograficzne Algierii ma również zasadnicze znaczenie. Spośród wszystkich kolonii afrykańskich Algieria była kolonią najbliżej położoną swojej metropolii. Dzisiaj z Algieru do Paryża samolot leci dwie godziny. Te dwie godziny lotu są nie tylko faktem komunikacyjnym, ale i symbolem więzi między Francją i Algierią, którą motali Francuzi przez 132 lata i której ani wojna wyzwoleńcza, ani niepodległość nie przecięła. Co więcej, jeżeli przypatrzymy się cyfrom, okaże się, że Algieria jest dziś krajem bardziej związanym (nie tylko ekonomicznie) ze swoją byłą metropolią kolonialną niż inne niepodległe państwo afrykańskie.

x

Przeszłość kolonialna ciąży dziś nad każdą dziedziną rzeczywistości algierskiej. Istotą kolonializmu jest to, że w życiu kraju podbitego wytwarza on całe szeregi przepaści. Wszędzie powstają te przepaście: w ekonomice, w uwarstwieniu społecznym, w mentalności ludzkiej. Dla kraju kolonialnego charakterystyczny jest obraz, na którym widzimy najnowocześniejszą zautomatyzowaną fabrykę tranzystorów, a przy ścianie tej fabryki zaczynają się pieczary, gdzie mieszkają ludzie posługujący się do dziś drewnianą motyką. „Patrzcie jakie wybudowaliśmy im wspaniałe szosy” – mówią koloniści. Tak, ale przy tych szosach leżą wioski, których ludność nie wyszła jeszcze z paleolitu. – Taki właśnie obraz przedstawia Algieria.

Ludzie, którzy są zakochani we Francji, muszą zachwycać się Algierem. Jest to miasto na wskroś francuskie, nawet arabska dzielnica Kazba ma bardzo francuskie esprit. To nie jest Afryka, to jest Lyon, Marsylia. Świetnie zaopatrzone wystawy, wyborna francuska kuchnia, urocze bistra. Wymysły mody paryskiej docierają tu tego samego dnia, podobnie jak prasa Paryża i jak paryskie plotki.

Ale czterdzieści kilometrów od Algieru, od tego Paryża Afryki, zaczyna się epoka kamienna. Po półgodzinnej jeździe samochodem czuję, że jestem z powrotem w Afryce. Sześćdziesiąt kilometrów za Algierem zaczynają się wsie, w których ludzie do dziś nie znają koła garncarskiego. Oryginalne garnki kabylskie są lepione ręką. I nowy kontrast: w tej prymitywnej Kabylii, gdzie uważa się, że dziecka nie można myć, bo umrze w boleściach, znajduje szpital i w tym szpitalu naszego lekarza, który właśnie przyjechał na kontrakt z Krakowa i który mi mówi: „Panie, tu jest taka sala chirurgiczna, że mnie nawet nie śniło się, że takie cuda techniki istnieją. Ja nawet nie wiem, jak się tymi cackami posługiwać”.

Kontrasty. Algieria to są nieprawdopodobne kontrasty. Pięć formacji społeczno-ekonomicznych współistnieje tu ze sobą o miedzę albo przeplata się w najbardziej zdumiewającą mozaikę.

Dwa kontrasty są optycznie najbardziej przepastne: kontrast między stolicą Algierii i resztą kraju i kontrast między północną częścią Algierii, położoną w basenie Morza Śródziemnego, a częścią środkową i saharyjską, a więc interiorem albo, jak tu mówią, bledem. Ta część północna, nadmorska, ma dobry klimat, przychylny ludziom i uprawom. W tej głównej części mieszkali kolonowie. Tu są wielkie plantacje i tu jest przemysł. Tu są duże miasta, a także bardzo ładne – znowu francuskie – miasteczka. Piękne szosy, motele, pałacyki, dokładnie jak na Wybrzeżu Lazurowym.

Podróż w głąb Algierii jest przede wszystkim podróżą w czasie: cofamy się w epoki zamierzchłe, ale ciągle żywe, ciągle wszechobecne. Reszta kraju to spalony step albo piaski Sahary. Dziewięć dziesiątych Algierii – to Sahara.

Sahara algierska słynna jest z tego, że znajduje się na niej francuski ośrodek atomowy w Regane, pierwsze zagłębie naftowe oraz że na skałach Tassilii zachowały się najstarsze freski świata. Również na algierskiej Saharze w miasteczku Insalah istniał do niedawna największy na świecie rynek niewolników. Ben Bella ten rynek zamknął, rozdał niewolnikom ziemię oraz palmy daktylowe należące do handlarzy niewolników. Dzisiaj w Insalah istnieje jedyna na świecie dyktatura niewolników, których nazywano „haratin” (zwierzęta juczne). W ten sposób Ben Bella spełnił marzenie Spartakusa.

Kolonializm tworzy przepaście społeczne. Są one żywe w społeczeństwie algierskim. Na jednym biegunie polityka kolonialna wytwarza warstwę „kulturalnych” i „sprawnych” tubylców, na drugi biegun – biedy i ciemnoty – spycha resztę społeczeństwa. Od całości społeczeństwa odcina się wyraźnie i niedemokratycznie warstwa urzędnicza, mieszczańska i inteligencka. Są to ludzie wymodelowani na Francuzów, którzy przejęli ich styl życia i w dużym stopniu – myślenia. Ich miejscem życia jest miasto, pofrancuskie biuro i francuska kawiarnia. W skład tej warstwy wchodzą przedstawiciele wszystkich odcieni politycznych Algierii – od reakcjonistów do komunistów. Łączą ich nie poglądy polityczne, ale styl życia. Z tego środowiska rekrutuje się większość politycznego i administracyjnego aparatu Algierii. Warunkiem uczestniczenia w rządzącej elicie algierskiej jest znajomość francuskiego, a ci ludzie władają francuskim biegle. Ich wspólną cechą oprócz stylu życia jest jeszcze oderwanie od kraju. Jedna rzecz, której ci ludzie na pewno nie robią: nie zasypują przepaści między Algierem i Algierią. Nie zajmują się tym. Nie myślą o tym. Przede wszystkim dlatego, że nie znają kraju, że żyją w Algierze, ale nie żyją w Algierii. „Uderzające jest – powiedział mi ktoś w rozmowie – że ci ludzie z rządu i z partii w ogóle nie znają Algierii i nic o niej nie wiedza. Tu nikt nie zna wsi. Ben Bella trochę interesował się wsią, ale niewielu poza nim”. A wieś to 80 procent Algierii.

Znowu wpływ francuskiej tradycji, dla której typowy jest dworski styl w polityce. Udziela się to całej atmosferze politycznej Algieru, którą przenikają intrygi i w której dużo jest plotek. Środowisko wyżywa się w różnych ocenach, frakcjach, frondach i spiskach. Wszyscy wyżywają się w tym, co dzisiaj powiedział Bumaza, co jutro powie Mahsas i czy pojutrze zamkną Said Mohammeda czy Mohammed Saida. A to, że w kraju jest trzy miliony bezrobotnych, nad tym już się nie dyskutuje. Ben Bella chciał jakoś oczyścić styl polityki algierskiej z tego nieznośnego intryganctwa, z tej płycizny kawiarnianej, ale nie potrafił i zresztą – nie zdążył.

Ben Bella wobec warstwy urzędniczej popełnił błąd fatalny, najbardziej zgubny w skutkach: dał jej francuską, kolonialną siatkę płac. Przeczytałem tysiąc stron o Algierii i nie znalazłem nigdzie wzmianki na ten temat, a przecież to jest fakt podstawowy, fakt, który mógł przekreślić szanse socjalizmu w Algierii jeszcze zanim zbudowanie tego socjalizmu zostało w ogóle proklamowane. O co tu chodzi? Cała administracja państwowa i gospodarcza Algierii liczy około 300 000 pracowników średnich i wyższych. Te stanowiska (było ich wówczas nieco mniej) zajmowali głównie Francuzi. Zarobki Francuzów w Algierii były w stosunku do średnich dochodów Algierczyka fantastyczne, ale nawet w stosunku do dochodów Francuza zatrudnionego w równoległej kategorii we Francji – były bardzo wysokie. Ogromna większość Francuzów wyjechała. Na ich miejsce przyszli Algierczycy. I przejęli te same zarobki. W ten sposób w jednej chwili, jednym dekretem, została powołana do życia warstwa biurokratycznej burżuazji. Ci ludzie wiedzą, że wszystkie inicjatywy socjalistyczne wymagają akumulacji. I że zasadniczym źródłem akumulacji wewnętrznej w kraju o takiej ekonomice jak Algieria – jest pozycja w budżecie przeznaczona na płace urzędników. Biurokracja zjada połowę budżetu Algierii. Jest więc wiadome, że wszelki ambitny program budowania socjalizmu w Algierii musi zacząć się od zburzenia tej pokolonialnej struktury płac, a więc od pozbawienia biurokracji jej przywilejów materialnych.

x

Francja zostawiła w Algierii gospodarkę o strukturze typowo kolonialnej, zacofanej. Zasadniczą cechą tej gospodarki jest to, że stanowi ona integralną część organizmu ekonomicznego Francji, że jest niesamodzielna i niewystarczalna.

Powierzchnia Algierii wynosi 2 381 000 km kw. Algieria jest blisko osiem razy większa od Polski. Liczy ponad dwanaście milionów mieszkańców (z tego 15 procent stanowią Berberzy – Kabyle i Tuaregowie, reszta – Arabowie).

Pod względem ogólnego rozwoju ekonomicznego, poziomu infrastruktury i rozmieszczenia ludności Algieria rozpada się na dwie wyraźne – a w samym terenie gołym okiem widoczne – części: północną – stanowiącą 5 procent powierzchni kraju – i pozostałą część kraju.

Te pięć procent decyduje o wszystkim – gospodarczo, politycznie, społecznie. Różnica między północą Algierii a pozostałą Algierią – szalona. Jeżeli przyjąć średni dochód Algierczyka za 100, to dochód mieszkańca części południowej wynosi – 30, dochód mieszkańca północnego Oranu – 200, a mieszkańca Algieru – 275.

W północnej i środkowej części kraju średnia gęstość zaludnienia wynosi 5 osób na jeden km kw. W części południowej – trzech ludzi przypada na dziesięć km kw.

Przemył algierski stanowi najmniejszy sektor gospodarki. Zatrudnia on 2 procent ludności (ponad 240 tysięcy pracujących) i dostarcza 20 procent dochodu narodowego brutto. Resztę dochodu daje rolnictwo. W rolnictwie pracuje około 70 procent ludności.

x

Wojna algierska trwała siedem i pół roku. Była to w ostatnim dziesięcioleciu – obok rewolucji chińskiej i wojny wietnamskiej – największa wojna wyzwoleńcza na świecie. Lud algierski zdał w tej wojnie egzamin bohaterstwa, wytrwałości i patriotyzmu.

Wojna zakończyła się porażką Francji. Ale Algieria za to zwycięstwo zapłaciła cenę wielką i płaci ją do dziś. W czasie wojny wyginęła jedna dziesiąta społeczeństwa algierskiego – ponad milion ludzi. Tych zabitych, zamordowanych, spalonych napalmem nazywają tu chuhada – męczennicy.

Francuzi dokonali w Algierii ogromnych zniszczeń. Zrównali z ziemią ponad osiem tysięcy wsi algierskich, pozbawiając dachu nad głową miliony ludzi. Spalili tysiące hektarów lasów, które osłaniały ziemie algierskie przed erozją. Wyniszczyli bydło stanowiące dla połowy chłopstwa algierskiego podstawę utrzymania (z siedmiu milionów sztuk bydła ocalało tylko trzy miliony). Fellach dźwigał główny ciężar tej wojny (wytł. W.L.).

Wojna była również przyczyną olbrzymich procesów migracyjnych. O ile idea walki wyzwoleńczej była czynnikiem umacniającym jedność społeczeństwa algierskiego, o tyle migracje powodowały jego rozbicie, zdziesiątkowanie. Był to proces jednoczesny, który odbijał się na świadomości Algierczyków w sposób szczególnie skomplikowany.

Trzy miliony Algierczyków zostało wygnanych ze swoich wiosek i zamkniętych w rezerwatach albo przesiedlonych na najbardziej odosobnione tereny. 400 tysięcy Algierczyków znalazło się więzieniach albo było internowanych. 300 tysięcy zbiegło do Tunezji i Maroka. Równolegle, przez wszystkie lata wojny, trwała ucieczka ludzi ze wsi (najbardziej dotkniętej represjami) – do miast.

Dzisiaj 30 procent ludności algierskiej żyje w miastach, co nie jest uzasadnione żadną przyczyną ekonomiczną. Większa część tych ludzi miejskich to bezrobotni, ale na wieś albo nie chcą wracać, albo nie mogą, bo ich wioski już nie istnieją.

Ale obok strat ludzkich i materialnych ślady wojny zachowały się również w świadomości społecznej. Są to ślady żywe, dodatnie i ujemne. Dodatnie – bo z wojny tej wyszła Algieria jako kraj samodzielnych ambicji społecznych i politycznych, jako kraj antyimperialistyczny i antykolonialny. Ujemne – bo w czasie wojny wytworzyły się w społeczeństwie algierskim podziały, które paraliżują jedność działania Algierczyków i kładą się ciężarem na ich życie polityczne.

Społeczeństwo to nigdy nie było jednolite. Stanowiło ono – i stanowi po dziś dzień – mieszaninę grup etnicznych, sekt religijnych, warstw społecznych, plemion i klanów. To cała bogata i złożona mozaika. Wojna zaprowadziła pewien ład w tym chaosie socjalnym. Wciągnęła większość Algierczyków do walki o wspólny cel. Ale po zakończeniu wojny ta dezintegracja zaczęła się odradzać na nowo. Powstanie Kabylów jest tego przykładem. Lud algierski nie jest jeszcze wartością uformowaną, to tygiel, w którym się wszystko ciągle miesza.

Wojna dodała do tego nowy podział: z jednej strony na tych, którzy brali udział w wojnie, z drugiej – na tych, którzy byli na służbie Francuzów. A ci, którzy brali udział w wojnie, dzielą się z kolei na tych, którzy walczyli wewnątrz kraju, i na tych, którzy walczyli poza jego granicami. W kraju walczyła partyzantka. Oblicza się, że w partyzantce brało bezpośredni udział 300 tysięcy Algierczyków. Te oddziały najbardziej krwawiły.

Jednocześnie Francuzi wciągnęli do swojej armii i administracji część Algierczyków. Walczyli rękami tych Algierczyków z powstańcami algierskimi. Podziały przebiegają często przez jedną wieś, przez jedną rodzinę. („Tudży – pisze o jednym z miasteczek algierskich Jules Roy w swojej książce Wojna w Algierii – nie ma ani jednej rodziny, która nie byłaby podzielona i nie musiałaby układać się zarówno z FWN (Front Wyzwolenia Narodowego – przyp. W.L.), jak i z armią francuską… w pewnych rodzinach jeden mężczyzna przystąpił do rebelii, a drugi jest w armii francuskiej… Dlaczego są w służbie francuskiej? Bo tu się dostaje kawałek chleba i żołd… Czy te podziały znikną, gdy nastanie pokój? Armia sądzi, że przeciwnie, pogłębią się jeszcze bardziej… Jak nie podzielać tej obawy? W Tudży trzydziestu mężczyzn służy w armii francuskiej i co wieczór urządza zasadzki na swoich braci-partyzantów”).

Pamięć o tym, co kto robił w czasie wojny, jest w dzisiejszej Algierii żywa, a wzajemna wrogość tych ludzi z dwóch stron barykady nie ustąpiła. Rzecz w tym, że spośród tych kolaborantów rekrutuje się kadra algierskich fachowców, bo tylko oni mieli możność zdobywania kwalifikacji. Oni dziś stanowią podstawową kadrę administracyjną Algierii, a wielu z nich uprawia cichy, ale systematyczny sabotaż. Rząd musiał ich nawet wciągnąć z powrotem do armii. Stało się to w czasie konfliktu z Marokiem, który Algieria przegrała przez słabość służby tyłów. Rząd mógł wyprowadzić z tego jeden wniosek: trzeba wciągnąć kolaborantów, bo to są fachowcy. I tak się stało.

Jest wreszcie trzecia grupa – to emigranci. Ci, którzy spędzili wojnę w więzieniach Francji (jak Ben Bella), albo ci, którzy służyli w armii algierskiej utworzonej w Maroku i Tunezji (jak Bumedien). Między partyzantami i emigrantami ciągnie się spór, który nie ma końca, który nie ustanie przez całe pokolenie.

Chodzi o to, że Algieria uzyskała niepodległość w momencie poważnego wyniszczenia ruchu partyzanckiego. Partyzanci byli wykrwawieni, zdziesiątkowani, zepchnięci w głąb kraju, na najbardziej odludne i niedostępne tereny Byli rozproszeni. Tymczasem u granic Algierii, w Tunezji i Maroku, stała silna, doskonale wyszkolona, solidnie odkarmiona młoda armia algierska. Przy pierwszym kroku, który zrobili partyzanci, aby sięgnąć po władzę, ta armia wjechała pancernymi kolumnami do Algierii i zaprowadziła swoje porządki.

Od tego momentu, od lata 1962, ta armia graniczna rozstrzygała, rozstrzyga i będzie jeszcze przez lata rozstrzygać w Algierii o wszystkim. Od tego momentu też cała politycznie czynna część społeczeństwa algierskiego, cała kierująca tym krajem elita i cały administrujący Algierią aparat, będą rozpadały się na trzy grupy, trzy frakcje:

  • emigrantów
  • kombatantów
  • kolaborantów

Jest to elementarny klucz do zrozumienia układów wewnętrznych w polityce algierskiej.

x

Przewrót ukazał Algierię taką, jaka ona jest. Jako typowy kraj Trzeciego Świata. Na dole – chłopska masa w wiecznym kieracie biedy, w ciągłym strachu, że przyjdzie susza, w ciągłej modlitwie do Allacha o miskę strawy, której jałowa ziemia nie jest w stanie dać. Na górze, gdzieś tam w salonach, ktoś kogoś zamyka, ktoś kogoś obala. Dwa światy – i żadnej widocznej więzi między nimi.

Po przewrocie władzę w Algierii objęła Rada Rewolucyjna. Większość rady stanowi elita armii algierskiej. Jest to duża armia, łącznie z oddziałami policji licząca 100 tysięcy ludzi. Jest dobrze uzbrojona.

Na scenie politycznej Algierii została armia. O stosunkach panujących w armii mało wiedzą w Algierii. Armia ma w sobie coś z mafii, coś z sekty religijnej. Oficerowie witają się tam nie przez salutowanie, ale podają sobie ręce i całują się w oba policzki.

x

Do pełnego obrazu wypadałoby jeszcze dodać wcześniejszą historię Algierii. Wikipedia tak pisze:

Terytorium współczesnej Algierii w starożytności zamieszkiwały ludy berberyjskie. Od XII wieku p.n.e. na wybrzeżach kraju powstawały fenickie osady handlowe, które od IX wieku p.n.e. należały do Kartaginy. W III wieku p.n.e. w głębi kraju utworzone zostało państwo Numidii, dołączone w I wieku p.n.e. do Imperium Rzymskiego. W okresie rządów rzymskich kraj stał się jednym ze spichlerzy imperium, dzięki czemu nastąpił szybki rozwój kulturalny i gospodarczy ziem. W V wieku n.e. wybrzeże Algierii zajęli Wandalowie, w 533 Bizancjum, z kolei w drugiej połowie VII wieku Arabowie. Arabowie przeprowadzili w kraju proces islamizacji i arabizacji miejscowych ludów berberyjskich. W ciągu średniowiecza tereny często zmieniały władców. Wybrzeża były opanowane przez piratów berberyjskich. U schyłku XV wieku licznie osiedlili się tu muzułmańscy uchodźcy z Hiszpanii, zasilili oni osady pirackie. Częste eskapady piratów na tereny Hiszpanii i hiszpańskie okręty, doprowadziły do zajęcia przez Hiszpanów portu w Oranie w 1509 (kontrolowali go do 1708 r.), a w 1510 Algieru. Zagrożeni ekspansją hiszpańską piraci zwrócili się o pomoc do Imperium Osmańskiego i w 1519 przyjęli zwierzchnictwo tureckie. Obecna Algieria została włączona w skład Imperium Osmańskiego pod arabską nazwą Al-Dżazair. Od początku XVIII wieku władzę przejmowali lokalni władcy. W 1830 roku Algier został zdobyty przez Francję.

xxx

Północne tereny współczesnej Algierii, podobnie jak całe południowe wybrzeże Morza Śródziemnego, były częścią Imperium Rzymskiego. Później weszły w skład Imperium Osmańskiego i w końcu przyszła Francja. Na konferencji berlińskiej w latach 1884-1885 Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Portugalia, Włochy i Belgia podzieliły pomiędzy siebie całą Afrykę. Jedynym niepodległym państwem pozostała Etiopia. Państwa te podzieliły ten kontynent w sposób sztuczny, co widać po wytyczonych granicach stref ich wpływów, które dziś są granicami „niepodległych” państw.

Problem polegał na tym, że ludność Afryki zatrzymała się na pewnym etapie rozwoju lub była, w trakcie kolonizowania, dopiero na tym etapie, który Europa miała już dawno za sobą. To był przeważnie etap rozwoju plemiennego, a czasem nawet jeszcze niższy. Gdy więc Francja weszła do Algierii, to był to już wtedy kraj, w którym było nieco lepiej rozwinięte wybrzeże i kompletnie zacofana część południowa, czyli Sahara. Trudno zresztą się dziwić, by na pustyni było inaczej, ale były tam bogactwa naturalne, które z punktu widzenia tubylczej ludności nie miały znaczenia, bo ona nawet o nich nie widziała, a nawet gdyby wiedziała, to nie wiedziałby, co z nimi zrobić. Powstało więc państwo, które zawierało w sobie te dwie tak bardzo różne części i zamieszkałe przez bardzo różne społeczności czy plemiona. Doszło do paradoksalnej sytuacji, że na pustyni żyły plemiona rodem z epoki kamiennej, a obok miały francuski ośrodek atomowy.

Można z grubsza powiedzieć, że państwo w czasach nowożytnych, jako forma organizacji społeczeństwa, powstało w Europie, a we wschodniej Azji istniały stare. Reszta to były obszary, na których nie doszło do jego wykształcenia się. I dlatego zostały one skolonizowane, bo ludność tubylcza nie mogła oprzeć się tym lepiej zorganizowanym i stojącym na wyższym poziomie rozwoju technicznego. Jak to się zatem stało, że ludność tych obszarów raptem – ni z tego, ni z owego – zyskała świadomość narodową i zapragnęła niepodległości? Cud, cud niczym w Kanie Galilejskiej, w której Jezus zamienił wodę w wino, choć według wersji Ferdynanda Kiepskiego zamienił wodę w wódkę. Jakim to cudem w Ameryce Łacińskiej w krótkim czasie (1810-1825) powstały niepodległe państwa, a w Afryce w latach 60-tych XX wieku? Czy mogły te społeczności dokonać takiego przeskoku – od organizacji plemiennej do socjalizmu, czyli do najwyższej formy rozwoju społecznego, jak mnie uczono za czasów PRL-u? Nie mogły i nie dokonały. A można jeszcze zapytać: skąd miały środki na prowadzenie walki narodowo-wyzwoleńczej i wiedzę, jak tę walkę prowadzić? Ludzie na poziomie rozwoju plemiennego walczą o wyzwolenie narodowe. Dobre! W Algierii armia, stacjonująca za granicą, wkroczyła dopiero wtedy, gdy partyzanci, wyczerpani walką, zostali zepchnięci na pustynię. Tak jakby czekała na rozkaz, na odpowiednią chwilę. Doskonali scenarzyści i reżyserzy zostali tam „zatrudnieni”, zresztą nie tylko tam i nie tylko wtedy.

Jeśli Francja zbudowała Algierię, to czy ona faktycznie oddała władzę tym algierskim Arabom czy może tylko podstawiono figurantów, którzy i tak wykonują polecenia Paryża? Pomyślmy sobie, gdy Ukrainie dano „niepodległość”, to zabrano jej broń atomową, no bo nie może ona pozostawać w rękach ludzi nieodpowiedzialnych, by nie użyć bardziej dosadnych słów. Czy zatem Francja wycofała się z Algierii i pozostawiła na pustyni swój ośrodek atomowy Algierczykom? Raczej to niemożliwe. Kiedyś oglądałem na YouTube krótkie video z bicia rekordu prędkości przez TGV i sceny z wnętrza tego pociągu (train à grande vitesse – pociąg dużej prędkości). Nie było tam żadnego czarnego i ciapatego, ale za to w piłkarskiej reprezentacji Francji… Tak więc cały ten tzw. Trzeci Świat jest nadal skolonizowany, tyle że obecnie przyjął formę „niezależnych” państw. I teraz te państwa, poprzez swoich obywateli, kolonizują Europę. Czy ci, którzy faktycznie żądzą światem podpisali na nią wyrok? Bolesław Prus we wstępie do swojej powieści Faraon pisał:

Rodowici Egipcjanie mieli barwę skóry miedzianą, czym chełpili się, gardząc jednocześnie czarnymi Etiopami, żółtymi Semitami i białymi Europejczykami. Ten kolor skóry, pozwalający odróżnić swojego od obcego, przyczyniał się do utrzymania narodowej jedności silniej aniżeli religia, którą można przyjąć, albo język, którego można się wyuczyć.

Z biegiem czasu jednak, kiedy państwowy gmach zaczął pękać, do kraju coraz liczniej napływały obce pierwiastki. Osłabiały one spójność, rozsadzały społeczeństwo, a nareszcie zalały i rozpuściły w sobie pierwotnych mieszkańców kraju.

Czy zatem Europejczycy podzielą los rodowitych Egipcjan? Wszystko wskazuje na to, że w tym właśnie kierunku sprawy zmierzają. Możemy więc powiedzieć: Europejczyk zrobił swoje, Europejczyk może odejść. Jeśli przyszła rywalizacja ma polegać na konfrontacji mocarstwa morskiego (obie Ameryki, Wielka Brytania, Australia, Nowa Zelandia) z kontynentalnym (Chiny, Rosja), to Europa może być w tym konflikcie niewiele już znaczącym dodatkiem.

Czy nie jest tak, że Żydzi na przestrzeni dziejów wysługiwali się Europejczykami do podboju świata, a później, jak ich wykorzystali, to zmarginalizowali? Czy nie było tak z Portugalczykami, Hiszpanami, Francuzami, Holendrami, Niemcami? Anglosasi jeszcze im służą, ale czy nie porzucą ich na rzecz Chińczyków?

Wojna futbolowa

Polityka to skomplikowana i pogmatwana dziedzina ludzkiej działalności. Najczęściej jest tak, że prawdziwe cele są ukryte, a opinię publiczną karmi się jakimiś zastępczymi tematami. Tak jest obecnie i tak było w przeszłości. Sądzę, że dobrą ilustracją tego problemu jest tzw. wojna futbolowa. Wikipedia tak o niej pisze:

Wojna futbolowa lub wojna stu godzin – krótkotrwały konflikt zbrojny pomiędzy Salwadorem a Hondurasem, który miał miejsce w 1969 roku. Określenie wojna futbolowa stworzone przez Ryszarda Kapuścińskiego i rozpowszechnione przez mass media, wywodzi się z przekonania, że powodem wybuchu wojny był przegrany przez Honduras 15 czerwca 1969 mecz w czasie eliminacji do mistrzostw świata w piłce nożnej. W rzeczywistości stosunki między państwami były napięte już znacznie wcześniej, sam mecz stał się niejako punktem kulminacyjnym fali nacjonalizmu i nienawiści rozpętywanej przez obie strony, co zresztą Ryszard Kapuściński wyraźnie zaznacza.

Salwador i Honduras; źródło zdjęcia: Wikipedia.

Jedną z głównych przyczyn konfliktu było osadnictwo salwadorskich rolników na przygranicznych terenach Hondurasu. Honduraski rząd, ale i duzi posiadacze ziemscy skupieni wokół Krajowej Federacji Rolników i Hodowców, podejmowali działania mające na celu zmuszenie salwadorskich imigrantów do opuszczenia kraju. Wojskowe władze Salwadoru obawiały się, że powrót dużej liczby ubogich, pozbawionych ziemi chłopów może wzmóc żądania przeprowadzenia reformy rolnej, parcelacji majątków wielkich posiadaczy ziemskich, a nawet spowodować rozwój partyzantki antyrządowej.

Podsycana m.in. przez media atmosfera wrogości między obydwoma państwami sięgnęła zenitu po przegraniu przez Honduras meczu piłki nożnej w stolicy sąsiada. Honduraskie radio zaapelowało do obywateli o wypędzenie Salwadorczyków z honduraskiej ziemi. W Salwadorze doszło do masowych demonstracji przeciwko Hondurasowi, a incydenty graniczne doprowadziły do zerwania stosunków dyplomatycznych pomiędzy obydwoma krajami. 14 lipca armia Salwadoru zaatakowała sąsiada. W walkach zginęło ok. 2 tysięcy ludzi. Wojna została zakończona po interwencji Organizacji Państw Amerykańskich, jednak napięcie pomiędzy państwami utrzymało się do 1972. Ostateczne rozwiązanie konfliktu nastąpiło we wrześniu 1992 roku, na skutek wyroku Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze, który 2/3 spornego terytorium przyznał Hondurasowi.

Na kanale Powojnie jego autor powrócił trzy lata temu do tematu tej wojny.

Zanim przejdę do zacytowania wybranych fragmentów z reportażu Kapuścińskiego, wypada, jak zwykle, zacząć od początku. Niestety, ale bez znajomości historii, zrozumienie rzeczywistości jest niemożliwe i dlatego tę historię tak fałszuje się, ukrywa prawdę i przeinacza fakty.

Połowę południowoamerykańskiego kontynentu zajmuje Brazylia. W odróżnieniu od hiszpańskojęzycznej Ameryki, w której dochodzenie do niepodległości miało burzliwy przebieg, w Brazylii odbyło się to w sposób pokojowy. Regent Piotr nad brzegiem rzeki Ipiranga, na wieść o tym, że portugalskie Kortezy anulowały jego wszystkie edykty, krzyknął: Independencia ou Morte, czyli Niepodległość albo śmierć. I tak Brazylia stała się niepodległa. Wiele lat później, daleko na północy, inny przywódca zakrzyknął, już nie po portugalsku, ale po hiszpańsku: Socialismo o muerte. Jak widać, w tamtym rejonie, nikt nie bawi się w żadne subtelności, od razu wykłada kawę na ławę.

Hiszpańskie kolonie w Ameryce Łacińskiej sięgały od Meksyku po Patagonię. To, co było w Ameryce Południowej, to było wicekrólestwo Peru. Dzieliło się ono na mniejsze jednostki terytorialne, zwane audiencjami. I gdy nastał czas wojen napoleońskich w Europie, to skutki ich były również odczuwalne w Ameryce Południowej. W latach 1810-25 praktycznie wszystkie te audiencje stały się niepodległymi państwami, niepodległymi od Hiszpanii. Ta niepodległość oznaczała jednak popadniecie w zależność od powstałego w 1776 roku państwa zwanego Stanami Zjednoczonymi, czyli z deszczu pod rynnę.

Na północy było wicekrólestwo Nowej Hiszpanii, które obejmowało Meksyk i całą Amerykę Środkową. Meksyk, podobnie jak państwa Ameryki Południowej, stał się niepodległy w tym samym okresie, w 1821 roku. Początkowo w obrębie jego terytorium znajdował się obszar kontynentalnej Ameryki Środkowej. W 1823 roku powstało państwo zwane Zjednoczonymi Prowincjami Ameryki Środkowej. Obejmowało ono obszar Gwatemali, Hondurasu, Kostaryki, Nikaragui i Salwadoru. Pierwszym państwem, które opuściło tę federację był Honduras (1838). Rozwiązanie jej nastąpiło w 1841, gdy opuścił ją Salwador.

Monarchie tym różnią się od republik, że w monarchiach niewolnicy nie mają prawa głosu, natomiast w republikach – mają. Republiki charakteryzują się tym, że istnieją w nich partie polityczne, które zabiegają o głosy niewolników, zwanych w nich obywatelami. System republikański jest daleko wygodniejszy dla rządzących, bo w nim rządzący nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje czyny. Po wyborach przychodzą nowi ludzie, a o poprzednikach już nikt nie pamięta. Jest to nieomal władza boska, jak powiedział Churchill, bo tylko Bóg przed nikim nie odpowiada. To tłumaczy, dlaczego Stany Zjednoczone tak lubią demokrację. Natomiast zaczadzeni propagandą niewolnicy łudzą się, że mają na coś wpływ.

Demokracja w Ameryce Łacińskiej to często naprzemienne rządy lewicy i prawicy, która, gdy lewica zagalopuje się za mocno w swoich reformach, reaguje, co przejawiało się najczęściej w formie puczów wojskowych, czyli odsunięciem lewicy od władzy.

x

Ryszard Kapuściński w swoim reportażu Wojna futbolowa, zamieszczonym w książce pod tym samym tytułem (Czytelnik, 1981), opisał tło i przebieg tej wojny. Niektórzy zarzucają mu, że tytuł tego reportażu jest mylący, bo ta wojna nie wybuchła z powodu meczu piłkarskiego. Oczywiście, że nie z tego powodu, ale był to, jak sądzę, świadomy z jego strony zabieg marketingowy. Jaki inny tytuł przyciągnąłby tylu czytelników? Natomiast na jego końcu wyjaśnia on, z jakich powodów wybuchła ta wojna. Poniżej wybrane przeze mnie fragmenty:

Luis Suarez powiedział, że będzie wojna, a we wszystko, co mówił Luis – wierzyłem. Mieszkaliśmy razem w Meksyku, Luis dawał mi lekcje Ameryki Łacińskiej. Czym jest i jak ją rozumieć. Potrafił przewidzieć wiele wydarzeń. W swoim czasie przewidział upadek Goularta w Brazylii, upadek Boscha w Dominikanie i Jimeneza w Wenezueli. Na długo przed powrotem Perona wierzył, że stary caudillo będzie znowu prezydentem Argentyny, zapowiedział też rychłą śmierć dyktatora Haiti – Franşoisa Duvaliera, któremu wszyscy dawali wiele lat życia. Luis umiał poruszać się po sypkich piaskach tutejszej polityki, w których tacy amatorzy jak ja grzęźli beznadziejnie, co krok popełniając błędy.

Tym razem swoją opinię o czekającej nas wojnie Luis wygłosił po odłożeniu gazety, w której przeczytał sprawozdanie z meczu piłki nożnej rozegranego między reprezentacjami Hondurasu i Salwadoru. Obie drużyny walczyły o prawo udziału w mistrzostwach świata, zapowiedzianych na lato 1970 roku w Meksyku.

W Ameryce Łacińskiej, mówił, granica między futbolem a polityką jest niezmiernie wąska. Długa jest lista rządów, które upadły lub zostały obalone przez wojsko, ponieważ drużyna narodowa poniosła porażkę. Zawodnicy drużyny, która przegrała, są nazywani później w prasie zdrajcami ojczyzny. Kiedy Brazylia zdobyła w Meksyku mistrzostwo świata, mój kolega – Brazylijczyk, emigrant polityczny, był zrozpaczony: „Prawica wojskowa – powiedział – ma zapewnione co najmniej pięć lat spokojnych rządów”. W drodze do tytułu mistrzowskiego Brazylia pokonała Anglię. Wychodzący w Rio de Janeiro dziennik „Jornal dos Sportes” w artykule pt. „Jezus broni Brazylii” tak wyjaśnia przyczynę wygranej: „Ilekroć piłka leciała w stronę naszej bramki i gol wydawał się nieuchronny, Jezus spuszczał nogę z obłoków i wykopywał piłkę na aut”. Do artykułu dołączono rysunki ilustrujące to nadprzyrodzone zjawisko.

Kto idzie na stadion, może stracić życie. Oto mecz, w którym Meksyk przegrywa z Peru 1:2. Rozgoryczony kibic meksykański woła ironicznym tonem: Viva Mexico! W kilka chwil później ginie zmasakrowany przez tłum. Ale czasem rozbudzone emocje znajdują ujście w innej formie. Po meczu, w którym Meksyk pokonał Belgię 1:0, pijany ze szczęścia Augusto Mariaga – naczelnik więzienia dla skazanych na dożywocie w Chilpancingo (Meksyk, stan Guerrero), biega z pistoletem w ręku, strzela w powietrze i z okrzykiem: Viva Mexico! otwiera wszystkie cele wypuszczając na wolność 142 groźnych, ciężkich przestępców. Sąd uniewinnia Mariagę, „ponieważ – czytamy w uzasadnieniu wyroku – działał w uniesieniu patriotycznym”.

– Myślisz, że warto pojechać do Hondurasu? – spytałem Luisa, który redagował wtedy poważny i wpływowy tygodnik „Siempre”. – Myślę, że warto – odpowiedział – na pewno coś się zdarzy. Następnego dnia rano byłem w Tegucigalpie.

x

Skradając się przez las spytałem żołnierza, dlaczego biją się z Salwadorem. Odpowiedział, że nie wie, że to są sprawy rządowe. Spytałem go, jak może walczyć, nie wiedząc, w imię jakiej sprawy przelewa krew. Odpowiedział, że żyjąc na wsi lepiej nie zadawać pytań, bo człowiek pytający wzbudza podejrzliwość sołtysa. Sołtys wyznaczy go później do robót publicznych. Pracując tam, chłop musi zaniedbać gospodarkę i rodzinę, czeka go jeszcze większy głód. A przecież wystarczy już tej zwyczajnej biedy, która i tak jest. Trzeba tak żyć, żeby nazwisko człowieka nie obijało się władzy o uszy. Władza, jeśli usłyszy jakieś nazwisko, zaraz je zapisuje i taki rozpoznany człowiek ma potem dużo kłopotów. Sprawy rządowe nie są na rozum chłopa ze wsi, bo rządowi mają świadomość, a chłopu nikt świadomości nie da.

x

Wojna futbolowa trwała sto godzin. Jej ofiary: sześć tysięcy zabitych, kilkanaście tysięcy rannych. Około pięćdziesięciu tysięcy ludzi straciło domy i ziemię. Zniszczono wiele wiosek.

W wyniku interwencji państw Ameryki Łacińskiej oba kraje zaprzestały działań wojennych, ale do dzisiaj na granicy Hondurasu i Salwadoru wybuchają zbrojne utarczki, giną ludzie i płoną wsie.

Prawdziwa przyczyna tej wojny była następująca: Salwador – najmniejszy kraj Ameryki Środkowej, ma największą gęstość zaludnienia na kontynencie amerykańskim (ponad 160 osób na km kw.). Jest ciasno, tym bardziej, że większość ziemi znajduje się w rękach czternastu wielkich klanów obszarniczych. Mówi się nawet, że „Salwador jest własnością czternastu rodzin”. Tysiąc latyfundystów posiada dokładnie dziesięć razy więcej ziemi, niż ma jej łącznie sto tysięcy chłopów. Dwie trzecie ludności wiejskiej nie ma ziemi. Część bezrolnej biedoty od lat emigrowała do Hondurasu, gdzie było dużo ziemi bezpańskiej. Honduras (112 tys. km kw.) jest blisko sześć razy większy od Salwadoru, ale posiada o połowę mniej ludności (około 2,5 miliona). Była to emigracja cicha, nielegalna, ale latami tolerowana przez rząd Hondurasu.

Chłopi z Salwadoru osiedlali się w Hondurasie, zakładali wsie i wiedli żywot nieco lepszy niż w swoim kraju. Było ich 300 tysięcy.

W latach 60-tych zaczęły się niepokoje wśród chłopstwa Hondurasu, które domagało się ziemi. Rząd uchwalił dekret o reformie rolnej. Ponieważ był to rząd oligarchiczny i uzależniony od Stanów Zjednoczonych, dekret nie przewidywał ani podziału latyfundiów, ani podziału ziem należących do amerykańskiego koncernu United Fruit, który na terenie Hondurasu posiada wielkie plantacje bananowe. Rząd chciał obdzielić chłopów Hondurasu ziemią, zajmowaną w tym czasie przez chłopów Salwadoru. Oznaczało to, że 300 tysięcy emigrantów salwadorskich ma wrócić do swojego kraju, w którym nie mieli nic. Oligarchiczny rząd Salwadoru sprzeciwił się przyjęciu tych ludzi, obawiając się chłopskiej rewolucji.

Rząd Hondurasu nalegał, rząd Salwadoru odmawiał. Stosunki między obu krajami były napięte. Po obu stronach granicy gazety prowadziły kampanię nienawiści, oszczerstw i wyzwisk. Wyzywali się od hitlerowców, karłów, pijaków, sadystów, pająków, agresorów, złodziei itd. Robili pogromy i palili sklepy.

W tych okolicznościach doszło do spotkań piłkarskich między reprezentantami Hondurasu i Salwadoru. Decydujący mecz odbył się na neutralnym terenie, w Meksyku (wygrał Salwador 3:2). kibiców Hondurasu posadzono po jednej stronie stadionu, kibiców Salwadoru – po drugiej, a pośrodku usiadło pięć tysięcy policjantów meksykańskich uzbrojonych w tęgie pały.

Piłka nożna pomogła zaognić jeszcze bardziej nastroje szowinizmu i histerii hurrapatriotycznej, tak potrzebnych do rozpętania wojny i wzmocnienia władzy oligarchii w obu krajach.

Pierwszy zaatakował Salwador, który miał znacznie silniejszą armię i liczył na łatwe zwycięstwo. Wojna zakończyła się impasem. Granica pozostała ta sama. Jest to granica wytyczona na oko w buszu, w górzystym terenie, do którego obie strony zgłaszają pretensje. Część emigrantów wróciła do Salwadoru, część nadal żyje w Hondurasie.

Oba rządy były zadowolone z wojny, ponieważ przez kilka dni Honduras i Salwador zajmowały czołowe miejsca w prasie światowej i były obiektem zainteresowania międzynarodowej opinii. Małe kraje z trzeciego, czwartego i dalszych światów mają szanse wzbudzić żywsze zainteresowanie dopiero wówczas, kiedy zdecydują się na przelew krwi. Smutna to prawda, ale tak jest.

xxx

W zasadzie Kapuściński wszystko wyjaśnił. Problem narastał od początku lat 60-tych. Ktoś potrzebował ziemi. Czy to byli obszarnicy z Krajowej Federacji Rolników i Hodowców, czy amerykański koncern United Fruit, czy może rząd, który chciał dać ziemię chłopom honduraskim? W każdym razie rząd zaordynował reformę rolną. Reforma rolna, jakkolwiek brzmiałoby to pięknie, polega na tym, że zabiera się jednym, a daje drugim. I najczęściej jest tak, że zabiera się najsłabszym. Padło więc na salwadorskich chłopów. Zanim doszło to tej wojny, ich wysiedlenia trwały od lat. Dlaczego jednak wcześniej rząd Hondurasu tolerował to osadnictwo? Czy dlatego, że granica pomiędzy obu krajami nie została dokładnie wytyczona, a rząd nie miał pomysłu na zagospodarowanie tego terenu?

Na początku, przynajmniej od pewnego momentu, było tak: w obu Amerykach mieszkali czerwoni, w Afryce – czarni, w Azji – żółci. Tylko na zachodnim półwyspie Azji, zwanym Europą, mieszkali biali. I to oni podbili cały świat, a przynajmniej ich rękami tego dokonano. Wcześniej te ludy żyły według własnych praw. Jednak ich podbój przez białych zburzył całkowicie ich sposób życia, organizacji i ich system wartości. Skąd wzięła się przewaga białych? Czy dlatego, że państwa Europy Zachodniej powstały na gruzach Imperium Rzymskiego i odziedziczyły po nim jego dorobek? Bardzo możliwe. Czy to właśnie tam trzeba szukać klucza do zrozumienia obecnej rzeczywistości?

Podbojów kolonialnych dokonywały monarchie. Monarchia to był taki ustrój, w którym władza pochodziła od Boga. Ten stan akceptowali rządzący i rządzeni. Grzechem byłoby zatem dążenie do obalenia monarchii, bo byłoby to wbrew prawom boskim. Czy nie po to więc powstało chrześcijaństwo, by umożliwiło powstanie takiej właśnie organizacji państwowej? Przez trzysta lat panowała monarchia hiszpańska nad Ameryką od Meksyku do Patagonii. Nie było tam państw i granic. W takiej sytuacji trudno sobie wyobrazić, by doszło tam do czegoś takiego jak wojna pomiędzy sąsiadującymi państwami.

Pierwszym zaburzeniem tego boskiego porządku była reformacja, która wysunęła zasadę czyja władza, tego religia. A więc pierwsze miejsce należało się władzy świeckiej, choć państwa protestanckie nadal były monarchiami. Dopiero rewolucja francuska postawiła sprawę jasno: teraz państwo jest bogiem. I obaliła monarchię. Wiek XIX był wiekiem ruchów narodowo-wyzwoleńczych, no bo to narody miały być tkanką tych państw, a w nich już byli nie niewolnicy tylko obywatele. Co jednak miało spajać te narody? W monarchii tę funkcję spełniał monarcha. W państwach był to patriotyzm, czyli miłość do ojczyzny, a w praktyce – do państwa. Ale czym był ten patriotyzm? W tym samym XIX wieku stworzono na wschodzie, pod rosyjskim zaborem, nowy naród polski z nie w pełni wykształconych pod względem językowym społeczności prawosławnych, które wcześniej nie miały swego monarchy. Zaaplikowano im język polski i, w opozycji do prawosławia, katolicyzm. W ten sposób narodził się Polak-katolik, który był skonfliktowany ze wszystkim, co rosyjskie, bo dotyczyło to ludzi, którzy mieszkali na terenach byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, do których to ziem rościła sobie prawo Rosja.

Jak jednak stworzyć patriotyzm tam, gdzie ludzie mówią tym samym językiem i wszyscy są katolikami? Czym różnił się chłop salwadorski od chłopa honduraskiego? Mówili tym samym językiem i byli katolikami. To był problem całej Ameryki Łacińskiej. W pewnym momencie z pomocą przyszła piłka nożna. Kiedyś trafiłem na blog pewnego Niemca, który zamieszczał na nim relacje ze swoich podróży po Ameryce Południowej. W Peru zapuszczał się w najbardziej niebezpieczne dzielnice Limy, pomimo ostrzeżeń, że jest tam bardzo niebezpiecznie dla białych. On jednak nie przejmował się tym. Przed wejściem do takiej dzielnicy zakładał koszulkę piłkarskiej reprezentacji Peru i to było najlepsze zabezpieczenie.

Powstawały państwa, a ich obywatele mieli prawa, ale też i obowiązki. W praktyce jednak jedynym trwałym i niezmiennym prawem obywateli jest ich prawo głosu, czyli prawo wyboru władzy. Pozostałe to obowiązki, z których najważniejszym jest obowiązek obrony ojczyzny w razie niebezpieczeństwa. Oznacza to, że państwo w zamian za ochronę, jaką oferuje obywatelowi, wątpliwą zresztą, żąda od niego, by w razie potrzeby stanął w jego obronie, czyli żeby oddał za nie swoje życie. I po to właśnie tresuje się obywateli w duchu jakiegoś patriotyzmu. Wojna pomiędzy Salwadorem a Hondurasem zakończyła się niczym. Chłopi po obu stronach frontu walczyli w interesie oligarchów obu państw i międzynarodowych korporacji. Tylko oni tracili życie i swoje skromne majątki.

Państwa to organizacje przestępcze, rządy to zalegalizowane przez obywateli, czyli współczesnych niewolników, bezkarne mafie. Ta legalizacja odbywa się poprzez głosowanie. Przedstawiciele tych mafii mówią wprost – nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy, czyli – zabierzemy ci wszystko i nic nam nie zrobisz. Skoro tak, to znaczy, że obywatel jest niewolnikiem, bo jeśli można mu zabrać jego własność, to znaczy, że to nie jest jego własność. Cała polityka sprowadza się więc do tego, że rządzący przekonują swoich niewolników, że oni mają na coś wpływ, podczas gdy w praktyce nie decydują o niczym.

Czystka etniczna

W dniu 25 stycznia 2025 roku podczas 27. posiedzenia Sejmu Sławomir Mentzen w swoim wystąpieniu pytał o to, jaki interes ma Polska w pomaganiu Ukrainie, nie dostając w zamian nic. Trwa kampania prezydencka, więc „troska” Mentzena o państwo polskie jest zrozumiała. Poniżej skrót jego wypowiedzi, zamieszczony na kanale Wiadomości Teraz.

Jaki Polska ma interes w leczeniu mieszkańców Ukrainy, mieszkających na Ukrainie, którzy przyjeżdżają tu leczyć się? Nie rozumiem, jaki my mamy interes w fundowaniu darmowych leków mieszkańcom Ukrainy? Nie rozumiem, jaki mamy interes w fundowaniu darmowej nauki na naszych uniwersytetach czy politechnikach mieszkańcom Ukrainy?

Od wybuchu wojny na Ukrainie minęły już prawie trzy lata. To była oczywiście wielka tragedia, wielki szok, wiele ludzi musiało uciekać, wiele osób straciło dach nad głową, straciło życie, straciło rodziny. Wiele osób musiało ułożyć sobie życie zupełnie na nowo w innym miejscu Europy, nie na Ukrainie. Ale od tego momentu minęły już prawie trzy lata. Natomiast pomimo tego cały czas w Polsce obowiązuje ustawa o pomocy obywatelom Ukrainy. Cały czas pomagamy Ukraińcom, którzy problem mieli trzy lata temu, pomimo tego, że od tego czasu sytuacja zmieniła się. Są całe obszary Ukrainy, gdzie nie toczą się żadne walki, a w Polsce sytuacja budżetowa od tamtej pory stanowczo się pogorszyła. Mamy na rok 2025 uchwalony budżet z rekordowym deficytem, z rekordowym poziomem odsetek. Nasz deficyt wynosi połowę naszych przychodów, wynosi 1/3 naszych wydatków. Mamy tragiczną sytuację budżetową. Premier polskiego rządu powiedział, że ten budżet jest hojny. To prawda, jest hojny, tylko niestety dla Ukraińców.

Mamy w nim pieniądze na wypłacanie 800+ dla Ukraińców, na 300+ dla Ukraińców, na 1500+ dla Ukraińców. Jeżeli ktokolwiek jeszcze wierzy, że program 800+ ma charakter demograficzny, to my teraz płacimy kilka miliardów złotych rocznie na wsparcie demografii Ukrainy. Co więcej, wypłacamy 800+ dla dzieci, które nie mieszkają w Polsce. Wypłaty 800+ dla ludzi mieszkających na Ukrainie. Wypłaty 800+ Ukraińcom, którzy w Polsce nawet nie pracują, którzy nie płacą w Polsce podatków. Dopłacamy w ramach kredytu 2% Ukraińcom do zakupu mieszkań w Polsce, pomimo tego, że mogli mieć wiele nieruchomości na terytorium Ukrainy.

Mamy pieniądze na leczenie Ukraińców, którzy nie płacą w Polsce składek. Polak, jeżeli nie jest odpowiednio zarejestrowany, nie może być leczony w Polsce, jeżeli nie opłaci składek, jeżeli nie jest zarejestrowany jak bezrobotny, a Ukrainiec może bez żadnych warunków. Mamy do czynienia z turystyką onkologiczną. Ukraińcy przyjeżdżają do Polski raz w miesiącu, żeby zachować status uchodźcy, leczą się następnie wracają na Ukrainę. Na Ukrainie wszyscy wiedzą, że można leczyć się za darmo w Polsce. Wystarczy się do Polski dostać. Co więcej, Ukraińcy mają też leki refundowane w Polsce, mają leki za darmo dla osób powyżej 65-tego roku życia i poniżej 18-tego roku życia. Przyjeżdżają do Polski, leczą się, dostają darmowe leki i wracają na Ukrainę. A w tym samym czasie nie ma pieniędzy na leczenie Polaków. Nie ma nawet pieniędzy na leczenie Ukraińców w Polsce, którzy płaca składkę zdrowotną. Płacimy nawet zasiłki dla ludzi mieszkających na Ukrainie. Według ostatnich badań 20% Ukrainek mieszkających w Warszawie pracuje zdalnie z terytorium Ukrainy, a i tak mają dostęp do wszystkich zasiłków, tak jakby mieszkały w Polsce.

Jaki mamy w tym interes? Jaki interes ma państwo polskie, jaki interes ma naród polski, żeby leczyć Ukraińców znajdujących się na Ukrainie? Jaki mamy interes w wysyłaniu na Ukrainę socjalu? Jak to ułatwia Ukrainie walkę z Rosją, jeżeli fundujemy socjal Ukraińcom? Wszędzie tak nie jest. W Norwegii albo w Szwajcarii Ukrainiec nie dostanie nawet azylu, jeżeli pochodzi z terytoriów, które nie są objęte walkami. Ukrainiec ze Lwowa nie dostanie azylu w Norwegii, nie dostanie azylu w Szwecji, Szwajcarii, bo oni to rozumieją, że on nie potrzebuje w tym momencie pomocy. Niestety w Polsce taką pomoc dostanie.

x

Gdy pod tym video napisałem, że jest to czystka etniczna, to mój wpis został natychmiast usunięty. Od samego początku twierdzę, że kanały, które mają dużą oglądalność, czyli po kilkanaście, kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy wyświetleń, nie są kanałami niezależnymi.

To, z czym obecnie mamy do czynienia, to tworzenie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego i jednocześnie marginalizacja obywateli polskich – nur für Nazi-Ukrainer. Ukraine über alles. Dowody:

  • świadczenia socjalne
  • świadczenia zdrowotne
  • edukacja na każdym poziomie

Jeśli świadczenia te obejmują nie tylko tych Ukraińców, którzy przybyli do Polski po 24 lutego 2022 roku, ale również tych, którzy mieszkają na Ukrainie, to znaczy, że traktowani są oni jak obywatele polscy, czyli obecne państwo polskie traktuje ich jak swoich obywateli. Jest to pierwszy krok do pełnego obywatelstwa. I nawet w takiej sytuacji są już uprzywilejowani w stosunku do obywateli Polski. Jeśli są preferowani w takich podstawowych dziedzinach dla zachowania tkanki narodu jak świadczenia zdrowotne i socjalne, to znaczy, że mamy do czynienia z czystką etniczną. To jest czystka rozłożona w czasie, więc niewidoczna. Stopniowo jednak, za sprawą preferencji w tych dziedzinach i edukacji, za 25-30 lat dojdzie do marginalizacji ludności polskiej.

Gdyby wojna na Ukrainie nie wybuchła, to nie byłoby pretekstu do przesiedleń i tego wszystkiego, co powyżej. Główny powód wybuchu tej wojny to stworzenie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego. Pozostałe są tylko przy okazji. W żadnym innym państwie Ukraińcy nie są traktowani tak jak w Polsce. I nie pomogą tu zaklęcia różnych komentatorów i zaklinaczy rzeczywistości, że chodzi głównie o odcięcie Europy od Chin.

Jednak rozwój wydarzeń w tym przyszłym wspólnym państwie prawdopodobnie pójdzie w kierunku permanentnego konfliktu. Wiadomo, że mamy w Polsce dużą mniejszość ukraińską, która jest efektem zaszłości historycznych, a przede wszystkim powojennych przesiedleń, w których udział Ukraińców był największy. Jeśli więc nowi Ukraińcy będą bardziej uprzywilejowani, niż starzy, którzy są obywatelami polskimi, to będzie dochodzić na tym tle do konfliktów, w których starzy Ukraińcy, jako obywatele polscy od dawna, a więc „Polacy”, wystąpią przeciw tym nowym. Do tego dojdzie jeszcze nierozwiązywalna kwestia Wołynia. Będzie to więc konflikt ukraińsko-ukraiński, który oficjalnie będzie nazywany polsko-ukraińskim. Będzie tak, jak było na Ukrainie po unii lubelskiej. Rusini, którzy wcześniej przeszli na katolicyzm i stali się polską szlachtą, byli uprzywilejowani w Rzeczypospolitej, a Rusini, którzy pozostali przy prawosławiu – nie. Więcej o tym w blogu Przedmurze.

Od początku wojny na Ukrainie zadłużenie Polski skokowo wzrosło. Nie ma takiej możliwości, by ten dług został spłacony. Jedynym rozwiązaniem byłoby ogłoszenie upadłości tego państwa, ale ponieważ w przypadku państw nie ma takiej możliwości, to jedyną, jaka pozostaje, będzie jego likwidacja. Wówczas wszystkie długi i kredyty, nie tylko państwowe, zostaną umorzone. I dlatego obecnie w Polsce kradnie każdy, kto może, bo wie, że nie będzie rozliczony. Oczywiście nie wszystkich to będzie dotyczyć. Prawdopodobnie będzie tak, jak w okresie istnienia Księstwa Warszawskiego, gdy Napoleon umorzył połowę długów zaciągniętych w berlińskich bankach za czasów zaboru pruskiego. Ta umorzona część to prawdopodobnie długi, które zaciągnęli Żydzi, którzy przybyli do Warszawy i innych miast wraz z pruskim wojskiem i pruską administracją po III rozbiorze. Resztę ściągnął on poprzez nałożenie drakońskich podatków na obywateli Księstwa Warszawskiego. Były to tzw. sumy bajońskie. W ten sposób Żydzi zdominowali gospodarczo ziemie, które później znalazły się pod zaborem rosyjskim.

Podobno nie ma na tym świecie darmowych obiadów. Dlaczego Ukraińców traktuje się w Polsce z taką wyrozumiałością? Czy nie przyjdzie im kiedyś za to wszystko zapłacić? Pieniądze, które dostają nie pochodzą od państwa polskiego. Ono jest tylko pośrednikiem. Pieniądze te pochodzą z pożyczek, jakie państwo polskie zaciąga w bankach, czyli u Żydów. Czy kiedyś Żydzi wystawią rachunek ukraińskiej czerni? Jeśli tak, to znajdzie się ona w sytuacji nie do pozazdroszczenia.

BRICS

W dniu 24 stycznia na bułgarskim kanale Pogled Info bułgarski politolog Władimir Trifonow rozmawiał z izraelskim politologiem, ekspertem w dziedzinie bezpieczeństwa międzynarodowego i cyberterroryzmu Simonem Cipisem. Najciekawszym było jego spojrzenie czy interpretacja tego, czym jest BRICS. Poniżej streszczenie tego wątku i niektórych innych:

Po zakończeniu wojny globalny Zachód pozostał globalnym Zachodem. Tu nic nie zmieniło się. Natomiast na globalnym Wschodzie nastąpiły fundamentalne zmiany. Rozpadł się Związek Radziecki, ale nie tylko on. Rozpadł się blok państw socjalistycznych na wschodzie Europy oraz Układ Warszawski. Co mamy w zamian? W zamian mamy bardzo interesującą grę. Po pierwsze mamy globalny blok, który nazywa się BRICS. I jest w tym bloku parę osobliwości. Oprócz Federacji Rosyjskiej wszyscy pozostali członkowie BRICS to byłe kolonie Wielkiej Brytanii: Południowa Afryka, Brazylia, Chiny, Indie, Wietnam, Korea, Turcja. Jedynie Federacja Rosyjska nie była brytyjską kolonią. A zatem, co to takiego BRICS i co tam może się dziać? Według mnie są trzy scenariusze, które mogą być tam realizowane:

  • pierwszy – BRICS to anglosaski projekt, pułapka na Rosję, bo pozostałe państwa, z racji większości, mogą blokować inicjatywy Rosji, czyli taki koń trojański.
  • drugi – Rosja świadomie weszła w tę pułapkę i pewni rosyjscy politycy świadomie weszli we współpracę z Anglosasami.
  • trzeci – rosyjskie elity wiedzą, że to pułapka, ale świadomie weszły do tej gry, by przechytrzyć Anglosasów, to znaczy, używając języka piłkarskiego, wygrać z nimi na ich połowie boiska.

To trzy powody, dla których powstał BRICS. Oficjalnie mówi się, że wszystko, co nie jest Zachodem to BRICS: nie ma tam zachodniej religii, nie ma tam państw w pełni demokratycznych. Są tam dyktatury, totalitarne reżimy, monarchie, niepełne demokracje. Nie ma tam takich demokracji jak w Wielkiej Brytanii, USA, Kanadzie, Australii i Nowej Zelandii. Tak więc cechą BRICS jest wszystko, co jest antyzachodnie. Wszystko to kolonie Wielkiej Brytanii oprócz Federacji Rosyjskiej. A więc globalny Zachód kontra globalny Wschód.

x

Na pierwszy rzut oka to, w co gra Trump, to tradycyjna polityka USA: Rosja – przeciwnik od ponad stu lat. By uniknąć krytyki, Trump musi oficjalnie głosić antyrosyjską retorykę. Rosja ma trzech sojuszników w Ameryce Środkowej i Południowej. Są to Brazylia, członek BRICS, Kuba i Wenezuela. Wroga polityka Ameryki wobec Kuby i Wenezueli, to jakby atak na Rosję i chęć uniknięcia zarzutów o prorosyjskość. Tak więc Trump musi balansować. Z jednej strony droczy się z Putinem, a z drugiej – oddał jej Ukrainę, ale musi być antyrosysjki. W jaki sposób? Na Ukrainie nie może, więc musi wyżywać się na tradycyjnych sojusznikach Rosji – na Kubie i na Wenezueli. Musi pokazywać, że lubi Rosję, ale tak nie do końca i dlatego Kuba i Wenezuela to dla Trumpa taki worek bokserski, w który może uderzać, ale ten worek nie odda ciosu. I w ten sposób może powiedzieć: widzicie ja nie jestem takim wielkim przyjacielem Rosji, bo atakuję jej sojuszników.

x

Jaki teraz może być rozkład sił? Trump zadzwonił do Xi Jinpinga, a ten do Putina. Obecnie mamy złoty wiek Chin. Chiny to teraz mistrz tzw. miękkiej siły (soft power). Dlaczego? W ciągu ostatnich stu lat nie było tam żadnych wojen, oprócz II wojny światowej. Oznacza to, że ze sportowego punktu widzenia, zachowują formę. A Rosja, która również brała udział w II wojnie światowej? Rosja też jest w sportowej formie, bo Rosja, po rozpadzie ZSRR, cały czas z kimś walczy: Czeczenia, Gruzja, Syria, Ukraina. Rosja od wojny nie odzwyczaiła się, a Chiny – tak. Jak one rekompensują to sobie? Właśnie tą miękką siłą. Inwestują w nieruchomości na Zachodzie i w globalną infrastrukturę: linie kolejowe, porty morskie, międzynarodowe lotniska, w sieci hotelowe, drogi, drążą tunele (jeden z nich w Izraelu). Chiny dysponują ogromnymi zasobami i są w stanie realizować gigantyczne projekty i zarządzać nimi. Chiny inwestują w nieruchomości na Zachodzie, a Zachód inwestuje w chiński przemysł. I dlatego wojna pomiędzy Chinami a USA jest niemożliwa z punktu widzenia globalnej polityki i makroekonomii. Chiński przemysł pozwala osiągać inwestorom ogromne zyski. Chińczycy produkują dziś maszyny nie gorsze od niemieckich, ale dwa razy tańsze.

Zachodni kapitał inwestuje w chiński przemysł, ale skoro cały przemysł koncentruje się w Chinach, to Chińczykom nie pozostaje nic innego jak inwestycje na Zachodzie w sieci hotelowe, ziemię, centra biznesowe. W praktyce trzecia część nieruchomości w Ameryce należy do Chin, a cały przemysł chiński w rękach Zachodu. USA nie będzie niszczyć swego przemysłu, a Chiny nie będą niszczyć swych nieruchomości. I dlatego wojna pomiędzy Chinami a Stanami Zjednoczonymi jest niemożliwa.

x

W Davos spotkały się elity NATO i unii europejskiej. To są części składowe światowego deep state. Straszą one zagrożeniem ze strony Rosji. Natomiast Rosja nie ma sił i możliwości, by zaatakować Europę Zachodnią, pomimo że dysponuje nowoczesną bronią, ale nie jest w stanie tyle jej wyprodukować i przechować, by wystarczyła na podbicie Europy. Nikt nie jest w stanie stwierdzić, w jakim stanie jest rosyjska bron jądrowa. Jeśli w większości jest ona z czasów Związku Radzieckiego, to jest ona już w bardzo złym stanie, być może nie do użycia. Skąd więc taka retoryka u europejskich członków NATO i UE? Stąd, że za tymi ultraglobalistami, elitą wojny, stoi czarna arystokratyczna dynastia, która rządzi Europą i jej cel na przestrzeni ostatnich lat nie zmienił się. Jest nim podporządkowanie kontynentu euroazjatyckiego, na którym położona jest Rosja, która rządzi tym kontynentem. Jak można go zdobyć? Wojna z Napoleonem nie udała się, z Hitlerem też, zimna wojna również. Szukają obecnie metody konfrontacji z Rosją i rozumieją, że z ich rąk wymykają się Stany Zjednoczone. Trump zapowiedział, że przestanie finansować NATO. Zapowiedział wariant wyjścia USA z NATO, a bez USA NATO nie może istnieć. I będzie to pierwszy prezydent, który dąży do rozpadu NATO. I cały ten plan walki z Rosją rozpada się jak domek z kart.

x

Walka pomiędzy elitami odbywa się na dwóch poziomach: lokalnym i globalnym. Omówiliśmy poziom globalny, ale na lokalnym – w każdym państwie bez wyjątku, wewnątrz ich elit rządzących: politycznych i wojskowych – są przedstawiciele dwóch elit: globalna elita wojny i elita antywojenna; elita Anglosasów i elita zwolenników pokoju. Jak powstają te elity? Ludzie, którzy studiują na zachodnich uniwersytetach czy akademiach wojskowych, wracają do swoich krajów. Nie wykluczam, że ci ludzie mogą być zwerbowani przez Anglosasów. I tak przykładowo, wszyscy generałowie Sztabu Generalnego Izraela przechodzą szkolenie w USA. I wszyscy oni zajmują najwyższe stanowiska w tym sztabie. Dokładnie to samo dotyczy innych państw: Australii, Nowej Zelandii, Kanady. Wszyscy szefowie sztabów generalnych, także Wielkiej Brytanii, wszyscy bez wyjątku, odbywają szkolenia w akademiach wojskowych w USA.

Podobnie było w czasach Związku Radzieckiego. Istniał tam Uniwersytet Przyjaźni Narodów imienia Lumumby. Studenci z Środkowej i Południowej Ameryki, z Bliskiego Wschodu i z Afryki przyjeżdżali studiować na tym uniwersytecie i KGB wielu z nich werbowało. Gdy ci absolwenci wracali do swych krajów, dochodzili do władzy i działali w interesie ZSRR. Te metody działania ZSRR przejął od Anglosasów. Związku Radzieckiego już nie ma, ale Anglosasi nadal werbują studentów i wielu z nich dochodzi do wysokich stanowisk w swoich krajach, nawet do stanowiska premiera i prezydenta. I tak przykładowo, jeden z najbliższych współpracowników Gorbaczowa, Jakowlew, był brytyjskim agentem. Przeszedł szkolenie w Anglii, a później został ambasadorem ZSRR w Kanadzie. I takich agentów było mnóstwo w radzieckim rządzie. I jest to jeden ze sposobów podporządkowywania sobie przez Anglosasów różnych państw.

To jest wewnętrzna walka pomiędzy tymi dwoma elitami. Ona ma miejsce w każdym państwie i tu nie ma wyjątków. I tak jest w Rosji, w Izraelu, w Niemczech, także u was w Bułgarii. Na najwyższych szczeblach władzy obowiązkowo jest ktoś z tych elit: albo elita patriotów albo elita deep state albo Anglosasów albo globalistów czy ultarglobalistów.

xxx

Wszyscy politolodzy i tym podobni fachowcy na całym świecie mówią mniej więcej to samo, że są jakieś elity, że jest jakieś deep state i że one ze sobą walczą. Jeśli jednak Cipis powiedział wyraźnie, że Zachód zainwestował w chiński przemysł, to znaczy, że ten przemysł jest jego własnością. I teraz ten Zachód, poprzez podstawionych Chińczyków, kupuje po całym świecie wszystko, co się da. Nie ulega wątpliwości, że – wykorzystując potencjał i liczebność Chińczyków – wykupi wszystko, czyli cały świat. A kto ma od początku plan zawładnięcia wszelką własnością na Ziemi?

Ja to się robi? Bardzo prosto. Najpierw trzeba poznać ten świat. W związku z czym tworzy się dwie potęgi morskie, czyli Hiszpanię i Portugalię. Kiedy ma się już w zarysach rozeznanie, to już się wie, że prawdziwe mocarstwo, które Żydzi będą wykorzystywać do podporządkowywania reszty świata, musi leżeć na wyspach. I stąd wybór Anglii. Później doszła Ameryka, która jest prawie wyspą i Australia oraz Nowa Zelandia. Takie mocarstwo morskie umożliwia kontrolowanie wszystkich szlaków handlowych i może trzymać w szachu państwa położone na pozostałych kontynentach i wzniecać w nich wojny, samemu będąc w bezpiecznym miejscu. Nie przypadkiem też państwa protestanckie leżą na wyspach lub półwyspach jak Skandynawia albo w górach jak Szwajcaria.

Jak jednak podporządkować sobie wszystkie państwa na tych rozległych kontynentach? Co innego kontrolować szlaki komunikacyjne, a co innego całe kontynenty. Trzeba z najludniejszego, jak to było w trakcie tworzenia koncepcji, kraju, stworzyć fabrykę świata i stopniowo poprzez handel, inwestycje w nieruchomości i we wszelkie inne inwestycje, przejmować wszystko, co się da. Więcej o tym przejmowaniu w blogu Rabini.

Oczywiście podporządkowanie jest nie tylko materialne, ale również dotyczy sfery niematerialnej. Wielkie anglosaskie mocarstwo ma na wszystko pieniądze i dlatego wszystko było czy nadal jest tam na najwyższym poziomie. Dotyczy to w szczególności systemu edukacji. Zatem dla wszystkich na świecie skończenie studiów w Ameryce czy w Wielkiej Brytanii było i nadal jest wielką nobilitacją w ich krajach. I tak się tworzy własne lobby we wszystkich pozostałych państwach na świecie.

Do czego zatem to wszystko zmierza? Wszystko wskazuje na to, że NATO rozpadnie się. Co w takim razie z BRICS, które, według Cipisa, zstąpiło Układ Warszawski? Pewnie też rozpadnie się. Jeśli Trump wycofa się z Europy, a przejmie Grenlandię i oficjalnie Kanał Panamski, to będzie to oznaczać powstanie powiększonego mocarstwa morskiego, czyli: obie Ameryki, Grenlandia, Australia i Nowa Zelandia i pewnie jeszcze Japonia, o której Cipis nie wspomniał. Z drugiej strony będzie mocarstwo lądowe euroazjatyckie. To, żeby nie było wątpliwości, nie jest moja koncepcja, tylko Kissingera – dwóch konkurujących ze sobą supermocarstw: morskiego i lądowego. O tym w blogu Doktryna.

Pozostaje jeszcze kwestia tego czy to mocarstwo lądowe będzie monolitem, czy może będą w nim jakieś tarcia, bo przecież po rozpadzie NATO, a pewnie i unii, to Niemcy będą przeciwwagą dla Rosji. Być może razem z odtworzoną Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Tak dla bezpieczeństwa, by to mocarstwo lądowe nie za bardzo urosło w siłę.

Czy tak będzie? Wprawdzie pierwsze jaskółki nie czynią wiosny, ale sprawy powoli zmierzają w tym kierunku.

Niemcy zjednoczone

Niemcy – jako państwo znajdujące się w samym środku Europy, z racji tego położenia – wpływało i wpływa na jej losy. Trudno zrozumieć jej historię bez znajomości historii Niemiec, ale też trudno zrozumieć bez tego jej teraźniejszość. Cechą charakterystyczną Niemiec w całej ich historii było to, że wschodnia granica tego państwa, jeśli tak je można było nazywać, była zmienna, w odróżnieniu od zachodniej, która była i jest stabilna. Drugą cechą charakterystyczną było to, że zachodnia część składała się z wielu małych księstw czy państw, a wschodnia, to monarcha Habsburgów i Prusy, które rywalizowały ze sobą o dominację na całym obszarze I Rzeszy. Jeśli więc wschodnia granica Niemiec jest zmienna, na co wskazują jej dzieje i zmieniała się w wyniku wojen, to czy tym razem będzie inaczej? Wprawdzie Niemcy nie są bezpośrednio zaangażowane w wojnę na Ukrainie, ale w sytuacji, gdy Ameryka oficjalnie wycofuje się z Europy, to o jej powojennym kształcie będą decydować Niemcy i Rosja. Dla Polski będzie to oznaczało utratę ziem zachodnich. Informacje zawarte poniżej pochodzą z Wikipedii.

Wojna trzydziestoletnia (1618-1648) zakończyła wojny religijne w Rzeszy, która pozostała jednak podzielona na wiele małych państw. W XVIII wieku było ich około 1800. Od 1740 roku spory pomiędzy austriacką monarchią Habsburgów oraz Prusami zdominowały niemiecką historię. Od 1618 roku Elektorat Brandenburgii (jako część Świętego Cesarstwa Rzymskiego) i Księstwo Pruskie (do 1657 lenno Królestwa Polskiego, następnie suwerenne państwo) były połączone unią personalną, związek ten określany jest nazwą Brandenburgia-Prusy.

Brandenburgia-Prusy; źródło: Wikipedia.

16 listopada 1700 cesarz Leopold I (Habsburg) podpisał tzw. „traktat koronny”, zgodnie z którym zezwolił Fryderykowi I na podniesienie Prus Książęcych do rangi królestwa w zamian za udzielenie pomocy w wojnie o sukcesję hiszpańską. Królestwo powstało 18 stycznia 1701, w momencie koronacji elektora brandenburskiego i księcia Prus Fryderyka I na „króla w Prusach” z rezydencją królewską w Berlinie. Nie mógł on przyjąć tytułu króla Prus (gdyż ich część leżała w Królestwie Polskim), ani „króla Brandenburgii” (gdyż Brandenburgia formalnie pozostawała częścią Świętego Cesarstwa Rzymskiego). Koronacja miała miejsce w Królewcu, który był tradycyjną stolicą dotychczasowego Księstwa Pruskiego.

Prusy

Królestwo Prus (niem. Königreich Preußen) – historyczne państwo rządzone przez dynastię Hohenzollernów, powstałe w 1701 roku w wyniku koronacji Fryderyka III na „króla w Prusach”. W latach 1815–1866 państwo członkowskie Związku Niemieckiego, w latach 1866–1871 Związku Północnoniemieckiego, w latach 1871–1918 Cesarstwa Niemieckiego. Król Prus był jednocześnie cesarzem niemieckim, a Prusy w Cesarstwie miały pozycję hegemoniczną.

W maju 1715 roku Królestwo Prus dołączyło do III wojny północnej, stając po stronie Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Danii, Saksonii, Rosji i Hanoweru. Fryderyk I osobiście prowadził swoją 30-tysięczną armię podczas oblężenia Stralsundu, choć rzeczywiste dowództwo nad wojskiem powierzył Leopoldowi I, księciu Anhaltu-Dessau. W wyniku pokoju w Nystad Prusy uzyskały wschodnią część Pomorza Szwedzkiego ze Szczecinem oraz wyspami Wolin i Uznam.

W 1740 roku, po objęciu władzy w państwie przez Fryderyka II wojska pruskie wkroczyły na Śląsk, będący częścią Monarchii Habsburskiej, wywołując tym samym wybuch I wojny śląskiej. Na mocy pokoju wrocławskiego i traktatu berlińskiego Prusy zajęły większość ziem Śląska, poza księstwami cieszyńskim i opawskim, a także częścią księstwa karniowskiego.

Wojna siedmioletnia rozpoczęła się 29 sierpnia 1756 wtargnięciem wojsk pruskich pod wodzą Fryderyka II Wielkiego, do Saksonii. Przeciwko Prusom wystąpiła Austria, chcąc odzyskać Śląsk (tzw. III wojna śląska). W 1757 Rosja przystąpiła do wojny – po stronie Austrii i Francji przeciwko Prusom, zajmując Królewiec i ogłaszając przyłączenie Prus (Wschodnich) do Rosji. W sierpniu 1759 w bitwie pod Kunowicami oddziały pruskie zostały pokonane przez koalicję rosyjsko-austriacką. W październiku 1760 roku Berlin był przez kilka dni okupowany przez Austriaków i Rosjan.

W 1758 roku Prusy Wschodnie znalazły się pod okupacją rosyjską, która trwała do roku 1762. Śmierć carycy w 1762 roku, nazywana „cudem domu brandenburskiego”, spowodowała jednak przywrócenie władzy Hohenzollernów i podpisanie pokoju w Hubertusburgu w 1763 roku, przypieczętowującego włączenie znacznej części Śląska do Królestwa Prus.

Prusy uczestniczyły w roku 1772 roku w I rozbiorze Polski, w wyniku którego uzyskały 36 000 km², a także obszar województw: chełmińskiego, malborskiego, pomorskiego oraz części inowrocławskiego i kaliskiego. Fryderyk II przyjął wówczas tytuł króla Prus (niem. König von Preussen).

27 sierpnia 1791 król Prus wraz z cesarzem Leopoldem II Habsburgiem wydał deklarację z Pillnitz, wzywając siły europejskie do przywrócenia monarchii absolutnej we Francji. Pomimo że sama deklaracja miała charakter przede wszystkim symboliczny, to we Francji była odczytywana jako zagrożenie dla rewolucji i doprowadziła do jeszcze większej radykalizacji w środowisku rewolucjonistów. 20 kwietnia 1792 Francja wypowiedziała wojnę Austrii, a Prusy stanęły po stronie Habsburgów. We wrześniu 1792 roku została powstrzymana ofensywa wojsk Pruskich w bitwie pod Valmy. W 1795 Prusy wycofały się z wojny, podpisując z Francją traktat pokojowy w Bazylei.

Źródło: Wikipedia (autor: Tournasol7).

W 1793 roku Prusy wzięły udział w drugim rozbiorze Polski, uzyskując 58 000 km², obejmujących obszar województw: poznańskiego, gnieźnieńskiego, kaliskiego, sieradzkiego, inowrocławskiego, brzeskokujawskiego, płockiego, a także części mazowieckiego i rawskiego oraz ziemi dobrzyńskiej, Gdańska i Torunia. W roku 1795 Prusy w wyniku trzeciego rozbioru Polski uzyskały 43 000 km², zajmując część Mazowsza (z Warszawą) i Litwy oraz Podlasie.

Związek Reński

Związek Reński, Konfederacja Reńska (fr. États confédérés du Rhin, niem. Rheinbund) – konfederacja państw niemieckich, zależnych od I Cesarstwa Francuskiego, istniejąca w latach 1806–1813.

Związek Reński w 1812 roku, w okresie swojego największego zasięgu; źródło: Wikipedia.

Utworzenie Związku Reńskiego było rezultatem zwycięskiej dla Napoleona wojny z Austrią i Rosją w 1805 r., zakończonej podpisaniem pokoju w Preszburgu (obecnie Bratysława). Na jego mocy największą stratą Austrii było pozbawienie przodownictwa w Rzeszy. Jej miejsce zajęła Francja. Władcy niemieccy, pod naciskiem Napoleona, postanowili wystąpić ze Świętego Cesarstwa Rzymskiego i zawiązać konfederację pod jego protektoratem. W ramach Związku przeprowadzono likwidację drobnych państw niemieckich i włączenie ich do większych terytoriów (mediatyzacja); objęła ona przede wszystkim terytoria kościelne i tzw. wolnych rycerzy Rzeszy. Państwa wchodzące w skład Związku formalnie zachowały suwerenność – mogły prowadzić politykę zagraniczną, ale faktycznie pozostawały pod przemożnym wpływem Napoleona. Związek Reński pozostawał w sojuszu wojskowym z Cesarstwem Francji. Był on zobowiązany do wystawienia na czas wojny 63-tysięcznego wojska. W zamian Napoleon miał wystawić, w razie konfliktu zagrażającego państwom skonfederowanym, 200-tysięczny korpus.

Związek Niemiecki

Związek Niemiecki (niem. Deutscher Bund) – konfederacja państw niemieckich i wolnych miast, utworzona podczas kongresu wiedeńskiego na mocy aktu z dnia 8 czerwca 1815 roku, służąca wspólnemu zorganizowaniu gospodarek tych państw. Związek upadł w 1866 roku, w wyniku rywalizacji między Cesarstwem Austrii i Królestwem Prus (tzw. Deutscher Dualismus), działań wojennych, Wiosny Ludów oraz niemożności dojścia wielu państw-członków do porozumienia.

Związek Niemiecki w 1820 roku; główne kraje Cesarstwo Austrii (na żółto) i Królestwo Prus (na niebiesko) nie były całkowicie w granicach Związku (czerwoną linią); źródło: Wikipedia. Na tej mapce wyraźnie widać, jakie znaczenie ma dla Niemców granica polsko-niemiecka z 1937 roku.

Na kongresie wiedeńskim cesarz Austrii nie odzyskał tytułu cesarza rzymskiego. Wielka Brytania zaakceptowała Związek Niemiecki jako przeciwwagę dla agresywnej polityki Francji i Rosji. Związek miał zastąpić rozwiązane w 1806 r. Święte Cesarstwo Rzymskie. W jego skład wchodziło początkowo 35 państw (księstwa, królestwa i Cesarstwo Austriackie) i 4 wolne miasta: Brema, Hamburg, Frankfurt nad Menem i Lubeka. Z racji posiadania ziem na terytorium Związku Niemieckiego członkami Związku były też Wielka Brytania (Hanower, do 1837), Holandia (Luksemburg, do 1867) i Dania (Holsztyn, do 1864). Zachodnia część Wielkiego Księstwa Luksemburga została w 1839 przyłączona do Belgii. Prezydentem Związku zostawał każdorazowo cesarz Austrii.

Wojna prusko-austriacka

Wojna prusko-austriacka (niem. Deutscher Krieg, Preußisch-Deutscher Krieg, czes. Prusko-rakouská válka) – konflikt zbrojny pomiędzy Królestwem Prus, Królestwem Włoch i kilkoma państwami-członkami Związku Niemieckiego, a Cesarstwem Austriackim, Saksonią, Królestwem Hanoweru, Królestwem Bawarii oraz kilkoma państwami-członkami Związku Niemieckiego, w dniach od 16 czerwca do 23 sierpnia 1866.

Podłoże

Między Prusami a Austrią od dawna trwała rywalizacja o przewodnictwo w utworzonym w 1815 r. Związku Niemieckim. Od władców obu państw oczekiwano, że przeprowadzą polityczną unifikację Niemiec i przekształcą Związek w federacyjne państwo ogólnoniemieckie. O ile większość władców niemieckich i arystokracja feudalna tradycyjnie popierały Habsburgów, depozytariuszy tradycji Świętego Cesarstwa Rzymskiego, o tyle niemiecka burżuazja i intelektualiści wiązali swe nadzieje z Hohenzollernami i rządem pruskim, bardziej dynamicznym od austriackiego. Od 1834 większość państw niemieckich łączył także Niemiecki Związek Celny, zorganizowany przez Prusy, który zapewniał sprawniejszą współpracę gospodarczą i stanowił pruską przeciwwagę dla wpływów austriackich. Od 1862 funkcję premiera Królestwa Prus pełnił Otto von Bismarck, otwarcie kontestujący dominację austriacką i konsekwentnie dążący do zjednoczenia Niemiec pod przewodnictwem pruskim. Po wojnie z Danią (1864 r.), Cesarstwo Austrii zyskało oddalone od jej granic Księstwo Holsztynu, natomiast Prusy Księstwo Szlezwiku. Spowodowało to konflikt, który wykorzystał Otto von Bismarck i w 1866 r. rozpoczął działania wojenne (choć pierwszy krok należał do Austrii, bo na jej żądanie Bundestag – powołując się na artykuł 19. Aktu Związkowego Kongresu Wiedeńskiego o „ochronie wewnętrznego bezpieczeństwa Niemiec i zagrożonych praw jego członków” – uchwalił 11 kwietnia 1866 r. mobilizację związkowych sił zbrojnych, oczywiście poza oddziałami pruskimi). Z uwagi na ten akt – formalnie i w znacznym stopniu faktycznie – była to wojna prusko-niemiecka, jednakże jej główną treścią była rywalizacja pomiędzy dwiema głównymi potęgami, stąd tradycyjna nazwa konfliktu w historiografii. Wcześniej, dzięki działaniom dyplomacji, Bismarck zapewnił sobie neutralność Rosji i Francji oraz wsparcie Włoch, którym obiecał pomoc w uzyskaniu należącej do Austriaków Wenecji.

Zakończenie wojny

Wojna zakończyła się pokojem w Pradze podpisanym 23 sierpnia 1866, który obowiązywał Prusy i Austrię. 10 października 1866 zawarty został układ pokojowy pomiędzy Włochami a Austrią. Na jego mocy Prusy przejęły Holsztyn wraz z ostatecznym włączeniem Szlezwiku, który od 1864 znajdował się pod administracją pruską. Ponadto Prusy anektowały niektóre państwa niemieckie, które wystąpiły przeciwko nim. Były to: Królestwo Hanoweru, Księstwo Nassau, Elektorat Hesji i Wolne Miasto Frankfurt. W wyniku tych zmian granic terytorium państwa pruskiego stanowiło teraz zwartą, geograficzną całość. Wbrew sugestiom króla Wilhelma I Hohenzollerna i pruskiej generalicji, Bismarck zrezygnował z odbierania Austrii terytoriów takich jak Czechy lub Austria właściwa i z ewentualnej aneksji Saksonii. Uznał, że w przyszłości Austria może stać się sojusznikiem zjednoczonych pod pruskim przewodnictwem Niemiec. Ponadto dzięki staraniom Bismarcka, sojusznicze Włochy uzyskały Wenecję. Najważniejszym skutkiem wojny było jednak wycofanie się Austrii z polityki niemieckiej (rozwiązanie Związku Niemieckiego i utworzenie Związku Północnoniemieckiego, oba wydarzenia w 1866 r.), co umożliwiło w 1871 r. zakończenie jednoczenia Niemiec pod przewodnictwem Królestwa Prus i powołanie Cesarstwa Niemieckiego.

Związek Północnoniemiecki

Związek Północnoniemiecki (niem. Norddeutscher Bund) – początkowo sojusz wojskowy części państw niemieckich, zawiązany 18 sierpnia 1866 r. w ramach procesu zjednoczenia Niemiec pod przywództwem Prus, w miejsce Związku Niemieckiego rozwiązanego po wojnie austriacko-pruskiej, przekształcony 1 lipca 1867 r. w państwo federalne, podniesione następnie w 1871 r. do rangi Cesarstwa Niemieckiego. Był to najwcześniejszy podmiot prawa międzynarodowego, z którym współczesne Niemcy zachowują ciągłość prawną, a zarazem pierwsze niemieckie państwo narodowe, w którego skład Prusy weszły jako całość, zatem włączając w to również Prusy Wschodnie oraz zabór pruski podzielonej Polski, toteż nasiliła się zarówno germanizacja tych terenów, jak i opór Polaków przeciwko niej.

Związek Północnoniemiecki (1866-1871); źródło: Wikipedia.

Do Związku Północnoniemieckiego weszły 22 państwa niemieckie położone na północ od linii Menu oraz Królestwo Prus wraz z jego częściami nienależącymi do uprzednio istniejących Świętego Cesarstwa Rzymskiego i Związku Niemieckiego: Prowincją Prusy, Wielkim Księstwem Poznańskim oraz wchodzącymi w skład Prowincji Pomorze terytorium dawnego starostwa drahimskiego.

Do Związku nie weszły: Cesarstwo Austrii, Bawaria, Wirtembergia, Badenia, część Hesji, Luksemburg, Liechtenstein, oraz kantony szwajcarskiej Alemanii.

W 1867 r. Reichstag uchwalił nową konstytucję opracowaną przez Ottona von Bismarcka (kanclerz Związku), była ona wstępem do zjednoczenia Niemiec pod egidą Prus. Związek istniał do 1871 r.

Cesarstwo Niemieckie

Źródło: Wikipedia.

Po pokonaniu przez Związek Północnoniemiecki Francji podczas wojny w 1870 r., 18 stycznia 1871 r. w okupowanym Wersalu proklamowano w Galerii Zwierciadlanej pałacu wersalskiego Cesarstwo Niemieckie, które połączyło wszystkie państewka niemieckie poza Austrią, Luksemburgiem, Liechtensteinem oraz kantonami szwajcarskiej Alemanii. Prusy, które zajmowały ok. 2/3 powierzchni nowego państwa, zdominowały je. Pruscy królowie z dynastii Hohenzollernów przybrali tytuł cesarski, a Berlin stał się jego stolicą. W kolejnych latach dzięki polityce zagranicznej Bismarck jako kanclerz Niemiec pod rozkazami cesarza zapewnił państwu silną pozycję na arenie międzynarodowej poprzez luźne trzymanie się przymierzy, odosabnianie Francji w sprawach dyplomatycznych i unikanie wojen.

x

W Geografii Powszechnej PWN (1962-67) w rozdziale poświęconym Niemcom zawarty jest syntetyczny zarys historii Niemiec autorstwa Jerzego Kowalewskiego, którego fragment warto przytoczyć, ponieważ zawiera on informacje, których brak w Wikipedii (wytłuszczenia W.L.):

W roku 1618 elektor brandenburski otrzymał od Polski jako lenno ziemie zakonu krzyżackiego (Prusy Książęce – sekularyzowane w 1525 r.). W czasie wojny polsko-szwedzkiej Fryderyk Wilhelm uzyskał zrzeczenie się przez Polskę zwierzchnictwa nad Prusami Książęcymi (1657r.). Elektor Fryderyk III koronował się w 1701 r. na króla Prus, zaś Fryderyk II (1740-86) powiększył terytorium Prus o oderwany od Austrii Śląsk. Prusy stały się znaczną potęgą polityczną i militarną. W trzech rozbiorach Polski (1772-95) Prusy zagarnęły ok. 150 tys. km² ziem polskich. Poważną siłą stała się również Austria, która w pierwszym i trzecim rozbiorze Polski zagarnęła ok. 130 tys. km² ziem polskich, a w ciągu XVII i XVIII w. w wojnach z Turcją uzyskała znaczne nabytki na Węgrzech.

Austria i Prusy wystąpiły zbrojnie przeciw rewolucji francuskiej, poniosły szereg ciężkich klęsk w wojnach prowadzonych z rewolucyjną Francją i Napoleonem. W wyniku tych klęsk Francja zajęła terytoria na lewym brzegu Renu, zniesione zostały prawie wszystkie niemieckie państwa kościelne i wiele mniejszych państewek świeckich, przestało istnieć Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego (1806 r.) i utworzony został pod protektoratem Napoleona Związek Reński, który z biegiem czasu objął nie tylko państwa południowoniemieckie, lecz również północno-zachodnio-niemieckie. Na mocy traktatu pokojowego w Tylży (1807 r.) Prusy straciły znaczną część swoich terytoriów, a z części zagarniętych przez nie ziem polskich utworzono Księstwo Warszawskie, rozszerzone następnie na część ziem zagarniętych przez Austrię. Klęski poniesione w walce z Francją skłoniły Prusy do przeprowadzenia szeregu reform wewnętrznych i rozbudziły w kraju ruch przeciw Napoleonowi. W toku wyprawy Napoleona na Rosję wojska pruskie, które uczestniczyły w tej wyprawie, przeszły na stronę Rosji i brały następnie udział w rozbiciu armii Napoleona.

Na kongresie wiedeńskim (1814-15) utworzono związek 39 państw niemieckich, w którym dominowała Austria, ale który był terenem stałej rywalizacji Austrii i Prus. Rywalizacja ta nie przeszkadzała wspólnej walce Austrii i Prus z tendencjami liberalno-burżuazyjnymi, które przybierały na sile w krajach niemieckich w miarę rozwoju kapitalizmu i wzrostu świadomości narodowej. Część burżuazji niemieckiej rozwijała plany utworzenia jednolitego państwa niemieckiego w oparciu o Prusy, które w 1834 r. utworzyły Niemiecki Związek Celny i utorowały w ten sposób drogę szybszemu rozwojowi gospodarki kapitalistycznej. Część burżuazji, zwłaszcza w krajach południowych, zmierzała do zjednoczenia kraju pod przewodnictwem Austrii. Obok ruchów liberalno-burżuazyjnych rozwijały się również ruchy demokratyczne, ze swymi żądaniami zaczęła występować również klasa robotnicza (powstanie tkaczy śląskich w 1844 r.). W roku 1847 Marks i Engels założyli Związek Komunistów.

Rewolucja 1848-49 r. nie osiągnęła swego głównego celu, jakim było utworzenie jednolitego demokratycznego państwa niemieckiego. Po pierwszych zwycięstwach ludu w Wiedniu, Berlinie i innych miastach burżuazja zawarła ugodę z klasami rządzącymi dla walki z ruchem demokratycznym i robotniczym oraz z ruchami wyzwoleńczymi na ziemiach polskich. Zgromadzenie Narodowe we Frankfurcie i utworzony przez nie rząd centralny nie zdobyły realnej władzy. Klęska powstania w Wiedniu stała się sygnałem do wystąpienia sił kontrrewolucyjnych również w Prusach i w innych krajach i do zduszenia rewolucji. Z pomocą caratu rząd austriacki stłumił rewolucję na Węgrzech. W oparciu o Rosję Austria uniemożliwiła nawet podjęte przez Prusy próby zreformowania Związku Niemieckiego (1850 r.).

Klęska rewolucji nie mogła jednak powstrzymać tendencji do zjednoczenia Niemiec. Dzieło zjednoczenia podjął rząd pruski, a mianowany w 1862 r. szefem tego rządu Otto von Bismarck realizował je poprzez politykę „żelaza i krwi”. Pomógłszy rządowi carskiemu w walce z powstaniem styczniowym w Polsce, zapewnił sobie poparcie Rosji przeciw Austrii. Po rozbiciu Danii w wojnie o Szlezwik-Holsztyn (1864 r.) rozgromił Austrię(1866 r.) i zmusił ją do uznania prawa Prus do stworzenia nowego Związku Niemieckiego, już bez udziału Austrii. Zwycięskie Prusy włączyły w swoje granice szereg nowych ziem niemieckich i utworzyły w 1867 r. pod swoją hegemonią Związek Północnoniemiecki. Bawaria, Badenia, Wirtembergia i Hesja-Darmsztadt nie weszły w skład związku, ale połączyły się z Prusami tajnym przymierzem wojskowym. Po rozbiciu Francji (1870-71) również państwa południowoniemieckie weszły w skład proklamowanego 18.I.1871 r. cesarstwa niemieckiego, które zaanektowało Alzację i Lotaryngię.

x

Jak widać historia Niemiec jest bardzo zawiła i zagadkowa. W 1273 roku królem został Rudolf I Habsburg. Od 1438 na tronie niemieckim na stałe zasiadła dynastia Habsburgów, wywodząca się z Górnej Alzacji. W XIII wieku przejęli oni Austrię i Styrię po wymarłym rodzie Babenbergów. Dzięki układom z Jagiellonami zdobyli na stałe trony czeski i węgierski. W 1415 Hohenzollernowie, wywodzący się ze Szwabii, otrzymują od cesarza Brandenburgię. W XVII wieku wzrasta potęga Prus.

Jak to się stało? W roku 1618 elektor brandenburski otrzymał od Polski jako lenno ziemie zakonu krzyżackiego (Prusy Książęce – sekularyzowane w 1525 r.). W czasie wojny polsko-szwedzkiej Fryderyk Wilhelm uzyskał zrzeczenie się przez Polskę zwierzchnictwa nad Prusami Książęcymi (1657r.). – Tak pisał cytowany wyżej Jerzy Kowalewski. Wypadałoby uściślić. To była Rzeczpospolita, a nie Polska. Pierwsza decyzja w 1618 roku, to panowanie Zygmunta III Wazy, a druga w 1657 roku, to – Jana Kazimierza, obaj Wazowie, czyli Szwedzi. Był to czas potopu szwedzkiego i rosyjskiego (zajęcie ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego), a więc państwo w zasadzie nie istniało.

Habsburgowie próbują doprowadzić do likwidacji państwa pruskiego (wojna siedmioletnia 1756-1763). W 1757 Rosja przystępuje do wojny po stronie Austrii, czyli Habsburgów, przeciwko Prusom. Zajmuje Królewiec i ogłasza przyłączenie Prus Wschodnich do Rosji. Rosjanie zajęli tereny od Królewca po Berlin, zagrażając w 1762 roku istnieniu państwa pruskiego. Wtedy umiera caryca Elżbieta Piotrowna – śmiertelny wróg króla pruskiego, a jej następca Piotr III, który uwielbiał Fryderyka II Wielkiego, nakazał natychmiastowy odwrót armii rosyjskiej, a nawet przekazał część swojej armii Fryderykowi (tzw. cud domu brandenburskiego). Piotr III został zamordowany po paru miesiącach panowania, a jego miejsce zajęła Katarzyna II, która uznała, że ani zwycięstwo, ani upadek Prus, nie są w interesie Rosji i postanowiła wycofać się z wojny. To skutkuje podpisaniem pokoju w 1763 roku i Prusy zajmują Śląsk, a więc stają się jeszcze silniejsze. Tak więc rosnąca potęga Prus, to nie wynik jakich szczególnych predyspozycji ich władców (Fryderyk II Wielki), tylko efekt opisanych wyżej decyzji królów Rzeczypospolitej i carów Rosji, co w przypadku Rosji nie dziwi. Dynastia Romanowów była bardziej niemiecka niż rosyjska. Tym bardziej więc nie dziwi, że w czasie kampanii napoleońskiej w Rosji, wojska pruskie zdradziły Napoleona i przeszły na stronę rosyjską.

O ile większość władców niemieckich i arystokracja feudalna tradycyjnie popierały Habsburgów, depozytariuszy tradycji Świętego Cesarstwa Rzymskiego, o tyle niemiecka burżuazja i intelektualiści wiązali swe nadzieje z Hohenzollernami i rządem pruskim, bardziej dynamicznym od austriackiego.

Tak m.in. Wikipedia tłumaczy źródło sporu, który doprowadził do wojny niemiecko-austriackiej w 1866 roku i w konsekwencji do powstania Cesarstwa Niemieckiego. Ta burżuazja niemiecka i intelektualiści to po prostu Żydzi. Czasy się zmieniały i arystokracja feudalna, nawet jeśli wśród niej było dużo Żydów, musiała ustąpić. A później te Cesarstwo – które nie powstałoby, gdyby nie postawa Rosji – napadło na tę Rosję w 1914 roku. Ale jakie to ma znaczenie? Przecież w wojnach i tak giną tylko narody rdzenne.

Wygląda więc na to, że pierwszym kluczowym momentem w historii Niemiec był rok 1657. Rzeczpospolita, będąc pod okupacją rosyjską i szwedzką, zrzeka się zwierzchnictwa nad Prusami Książęcymi. Drugim – był tzw. cud domu brandenburskiego. Czy zatem współczesne Niemcy, które powstały w wyniku zdominowania I Rzeszy przez Prusy, istnieją dzięki cudom brandenburskim? Dlaczego nie? Skoro był „cud nad Wisłą”? Rosjanie wycofali się spod Berlina w 1759 roku, pomimo że mogli go zdobyć. Podobnie bolszewicy pod Warszawą w 1920 roku. W obu przypadkach nie było cudu, wszystko odbyło się zgodnie z wcześniej ustalonym planem.

x

Dziś prezydent Ameryki mówi: America first! „Polski” prezydent i „polski” rząd mówią: Ukraine first! Czy też dostaną jakieś posiadłości ziemskie we Francji czy w innym bezpiecznym kraju jak Jan Kazimierz? Czy tak jak on działają w interesie Prus?

Wojna trzydziestoletnia

Wojna trzydziestoletnia, o której zapewne każdy, kto interesuje się historią i polityką, słyszał. Jednak w szczegółach, jak sądzę, mało kto się orientuje, bo wojna ta nie toczyła się na polskich ziemiach, choć zaczęła się blisko, bo w Pradze. Warto więc sobie przybliżyć to jedno z najważniejszych wydarzeń w dziejach nowożytnej Europy. Wikipedia tak m.in. pisze:

Wojna trzydziestoletnia (łac. Bellum tricennale) – europejski konflikt trwający od 23 maja 1618 do 24 października 1648 pomiędzy protestanckimi państwami Świętego Cesarstwa Rzymskiego (I Rzeszy) wspieranymi przez inne państwa europejskie (takie jak Szwecja, Dania, Republika Zjednoczonych Prowincji [obecna Holandia – przyp. W.L.], Francja), a katolicką dynastią Habsburgów. Mimo że wojnę zainicjowały przyczyny natury religijnej, na jej długotrwałość wpłynęło m.in. dążenie mocarstw europejskich (nie tylko protestanckich) do osłabienia potęgi Habsburgów.

Święte Cesarstwo Rzymskie w 1648 roku; źródło: Wikipedia.

W historiografii konflikt ten dzielony jest na cztery fazy (okresy):

  • 1618–1623 – okres wojny czesko-palatynackiej,
  • 1623–1630 – duński okres wojny,
  • 1630–1636 – szwedzki okres wojny,
  • 1636–1648 – francusko-szwedzki okres wojny.

W wojnie tej, pośrednio lub bezpośrednio, uczestniczyły niemal wszystkie państwa europejskie. Stronę katolicką reprezentowały państwa podległe Habsburgom (Austria i Hiszpania), niektóre księstwa I Rzeszy (m.in. Bawaria, niemieckie księstwa biskupie, m.in.: arcybiskupstwo Kolonii, arcybiskupstwo Moguncji oraz arcybiskupstwo Trewiru). Oficjalnie swojego wsparcia katolikom nie udzieliła Rzeczpospolita Obojga Narodów, jednak polskie oddziały lisowczyków (8–10 tys. żołnierzy) uczestniczyły w konflikcie za zgodą króla Zygmunta III Wazy.

Po stronie protestanckich państw Rzeszy (m.in. Czech – w tym Śląska, Palatynatu, Brandenburgii, Saksonii, księstw meklemburskich) stanęła Dania (do 1629 roku), Siedmiogród, Szwecja i katolicka Francja.

Wojna nie zakończyła się zupełnym zwycięstwem strony protestanckiej. Jej głównymi skutkami, oprócz zapewnienia częściowej wolności wyznania na terenie Rzeszy, było osłabienie dynastii Habsburgów, wzmocnienie pozycji Francji i Szwecji oraz uznanie niepodległości Zjednoczonych Prowincji Niderlandów. Z drugiej strony Habsburgowie przeprowadzili rekatolicyzację Czech i umocnili swoją pozycję w tym państwie. Wojnę zakończył pokój westfalski podpisany w 1648 roku.

Geneza wojny

Mimo pokoju w Augsburgu zawartego w 1555, katoliccy Habsburgowie dążyli do powstrzymania postępów reformacji w Niemczech, jak również do umocnienia władzy cesarskiej i politycznej jedności Rzeszy oraz wspierali wysiłki kontrreformacyjne Kościoła i swych katolickich wasali. Protestanci, w odpowiedzi na akty naruszania prawa, jakich kilkakrotnie dopuścili się cesarze, powołali w 1608 roku tzw. Unię Protestancką (zwaną też Unią Ewangelicką), która miała reprezentować ich interesy w sejmie Rzeszy. Pretekstem do jej zawiązania były wydarzenia związane ze sprawą miasta Donauwörth. Unii przewodził palatyn reński, Fryderyk V. Protestanci zaczęli szukać sprzymierzeńców w państwach wrogo nastawionych do potężnego rodu Habsburgów.

Sprawa miasta Donauwörth w Bawarii

O mieście Donauwörth zrobiło się głośno w roku 1607. Miasto to należało do miast Rzeszy, w których gwarantem tolerancji religijnej był sam cesarz (ponadto w miastach Rzeszy nie obowiązywała zasada cuius regio, eius religio). Zdecydowana większość mieszkańców była wyznania luterańskiego i rada miasta prowadziła wrogą politykę wobec mniejszości katolickiej. W święto Bożego Ciała protestanci napadli na katolików biorących udział w procesji związanej z tym świętem, zniszczyli monstrancję, podarli sztandary. Cesarz Rudolf II nakazał władcy Bawarii – Maksymilianowi Wittelsbachowi zająć się sprawą, ale jego komisarze zostali przepędzeni z Donauwörth. W wyniku tego zdarzenia Rudolf II wydał na miasto dekret o banicji (1607), a wykonawcą tego dekretu został Maksymilian. Miasto zostało zdobyte i podporządkowane katolickiemu władcy Bawarii. Zostali tam wprowadzeni jezuici, którzy w ciągu 20 lat spowodowali rekatolizację miasteczka. Sprawa tego miasta miała wielkie znaczenie, to właśnie po tych wydarzeniach powstała Unia Protestancka – jedna ze stron w nadchodzącej wojnie trzydziestoletniej.

Tło historyczne

Święte Cesarstwo Rzymskie w XVII wieku stanowiło konglomerat kilkuset księstw, hrabstw, biskupstw i miast. Było także zróżnicowane pod względem religijnym oraz etnicznym. W Królestwie Czeskim, Saksonii, na Śląsku i księstwach północnych dominowały wyznania protestanckie, zaś Bawaria, Austria i liczne inne (zwłaszcza południowe) księstwa były katolickie. Księstwa protestanckie zrzeszone były w Unii Ewangelickiej, którą kierował elektor-hrabia Palatynatu, a państwa katolickie stworzyły w 1609 roku Ligę Katolicką, pod przewodnictwem Maksymiliana I, księcia Bawarii.

Panujący w Rzeszy cesarze z dynastii Habsburgów wierni byli ortodoksji katolickiej i w ramach polityki kontrreformacji prześladowali protestantów. Z kolei w państwach protestanckich dochodziło do prześladowania katolików. Tymczasem obrona wolności religijnej stała się dla ich poddanych, podobnie jak dla książąt Rzeszy, pretekstem do poszerzania zakresu swobód i ograniczania cesarskiej kontroli. Na tym tle doszło w 1609 do potwierdzenia zupełnej wolności religijnej w Czechach przez cesarza Rudolfa II (tzw. List majestatyczny). Nowy cesarz Maciej nie dotrzymywał wolności i dlatego w Pradze 23 maja 1618 doszło do sporu i ostrego konfliktu w zamku królewskim na Hradczanach, w wyniku którego protestanccy delegaci czescy wyrzucili przez okno katolickich przedstawicieli cesarskich (defenestracja praska). Stało się to bezpośrednią przyczyną wojny pomiędzy stanami czeskimi a nowo wybranym królem Ferdynandem II, która następnie rozprzestrzeniła się na całą Rzeszę i stała się wojną między Unią Protestancką a Ligą Katolicką.

Źródło: Wikipedia.

x

Jak widać na powyższej ilustracji, wojna trzydziestoletnia toczyła się na terenie Niemiec. Z zewnątrz interweniowały Dania, Szwecja i Francja. A więc to Niemcy zostały zniszczone w wyniku tej wojny, a nie cała Europa. W dalszej części Wikipedia bardzo szczegółowo opisuje przebieg tej wojny i w tych szczegółach giną gdzieś najważniejsze kwestie. W związku z tym przytaczam poniżej opis tej wojny z Encyklopedii Powszechnej Wydawnictwa Gutenberga (1929-38):

Trzydziestoletnia wojna, wojna domowa na tle religijnym w latach 1618-48; brały w niej udział również państwa ościenne, na skutek czego przybrała ona rozmiary wojny europejskiej. Oprócz spraw wyznaniowych należy przyczyn wojny trzydziestoletniej szukać w politycznym układzie sił w Niemczech na początku XVII wieku. Pokój augsburski 1555 nie zdołał doprowadzić do istotnej pacyfikacji między katolikami a protestantami; jedni i drudzy przygotowywali się do walnej rozprawy, co stało się już tylko kwestią krótkiego czasu z chwilą zawiązania w 1608 roku przez protestantów „Unii”, obejmującej wszystkie księstwa protestanckie prócz Saksonii, a przez katolików w 1609 roku „Ligi” pod wodzą Maksymiliana księcia bawarskiego. Złamanie praw i przywilejów, nadanych protestantom czeskim przez Rudolfa II spowodowało tzw. defenestrację, tj. wyrzucenie przez okno delegatów cesarskich, co było początkiem I okresu.

Okres czeski (1618-20)

Czesi wybrali królem Fryderyka V., palatyna (odpowiednik wojewody – przyp. W.L.) reńskiego, lecz zostali pobici w 1620 na Białej Górze, a tym samym wydani odtąd w następnych wiekach na łup germanizacji. Cesarz Ferdynand II., chcąc zgnębić zupełnie przeciwników, odebrał Fryderykowi V. prawo elektorskie i chciał pozbawić go Palatynatu.

Okres palatyński (1621-24)

Palatynat zajęły zwycięskie wojska cesarskie pod wodzą Tillyego, po pobiciu Fryderyka i jego protestanckich sprzymierzeńców. Pobitym protestantom pospieszył na pomoc Chrystian IV., król duński.

Okres duński (1624-30)

Chrystian IV. pobity przez Tillyego i Wallensteina zmuszony został do zawarcia pokoju w Lubece 12 maja 1629 roku. Wojska cesarskie zwyciężyły również członków „Unii”, opanowały sytuację w całych Niemczech, a triumfujący cesarz wydał w 1629 edykt restytucyjny, w którym nakazał protestantom zwrócić wszystkie dobra kościelne, sekularyzowane po 1552 roku. Książęta „Ligi” w obawie przed niezwykłą potęgą cesarza, spowodowali ustąpienie Wallensteina. Niemal zupełnie pokonani protestanci sprowadzili w 1630 na pomoc króla szwedzkiego Gustawa Adolfa.

Okres szwedzki (1630-36)

Sprowadzenie króla szwedzkiego zdecydowanie odwróciło sytuację. Gustaw Adolf w przymierzu z Sasami pobił w 1631 Tillyego pod Breitenfeld, Sasi zajęli Czechy. Cesarz powołał ponownie Wallensteina, który wyparł Sasów z Czech, lecz pod Lützen pobity został w 1632 przez Gustawa Adolfa, który tu zginął. Kanclerz szwedzki Oxenstierna, pragnąc odnieść jak największe korzyści dla Szwecji, zorganizował w 1632 związek w Heilbronn, obejmujący Frankonię, Szwabię i Nadrenię; sam Wallenstein w porozumieniu ze Szwedami zamyślał o zdradzie, lecz zginął w 1634 zamordowany. Gdy jednak cesarz zwyciężył wojska szwedzko-protestanckie Horna i Bernarda Weimarskiego pod Nördlingen w 1634, zawarła Saksonia w 1635 pokój odrębny, do którego przyłączyły się Brandenburgia i inne księstwa północne. Wypalającą się pożogę wojenną podsyciła pomoc francuska.

Okres szwedzko-francuski (1636-48)

Na czele sił francuskich (uzyskanych na podstawie układu Saint-Germain-en-Laye z 1635 roku) pobił Bernard Weimarski wojska cesarskie nad Renem w 1638; feldmarszałek szwedzki Torstenson zwyciężył w 1642 pod Breitenfeld, w 1645 pod Jankowem i zagroził Wiedniowi; Francuzi zwyciężali w Bawarii, a miary niepowodzeń dopełniło zajęcie w 1648 Pragi przez szwedzkiego wodza Königsmarka. Wówczas cesarz zmuszony widział się zawrzeć w 1648 pokój zwany westfalskim. Trzydziestoletnia wojna prócz poważnych strat terytorialnych, zrujnowała Niemcy gospodarczo, osłabiła doszczętnie władzę cesarską, spowodowała niemal zupełną niezawisłość książąt, którzy obcych władców uznawali za swych suwerenów.

x

Wikipedia tak podsumowuje zakończenie tej wojny:

Pokój westfalski – wielostronny traktat pokojowy kończący wojnę trzydziestoletnią (1618–1648), zawarty 24 października 1648 pomiędzy Świętym Cesarstwem Rzymskim a Królestwem Francji (małoletniego Ludwika XIV zastępował w rządach pierwszy minister, kardynał Jules Mazarin) i jej sojusznikami w Münster oraz między Habsburgami a Szwecją w Osnabrücku. Jeden z najbardziej znaczących traktatów międzynarodowych w historii nowożytnej Europy.

Skutki

  • Pokój westfalski w 1648 był wielkim zwycięstwem Francji w jej wielowiekowej rywalizacji z dynastią Habsburgów. Król francuski stał się gwarantem pokoju, a więc także stanu ustrojowego w Cesarstwie, gwarantem słabości władzy cesarskiej (podobnie, w XVIII w. car Rosji będzie gwarantem słabości władzy królewskiej w Rzeczypospolitej Obojga Narodów).
  • Pokój westfalski umacniał niemiecki partykularyzm polityczny i dodatkowo osłabiał cesarski autorytet, o którego wzmocnienie zabiegali Habsburgowie.
  • Ostateczne fiasko walki Habsburgów z niemieckim protestantyzmem. Po 1648 w zasadzie nie będą już wybuchały wojny religijne.
  • Habsburgowie hiszpańscy musieli ostatecznie przyzwolić na istnienie protestanckich, wolnych i niepodległych Niderlandów Północnych. W II połowie XVII w. głównym wrogiem Holandii stanie się Francja, a Hiszpania będzie nawet holenderskim sprzymierzeńcem.
  • Widząc upadek swoich planów, Habsburgowie główną uwagę skupili na budowie scentralizowanego państwa absolutnego oraz zdecydowanej walce z reformacją w Austrii, Czechach i na Węgrzech.
  • Francja uzyskała Alzację, krainę germańskojęzyczną (dialekt alemański). Alzacja, Lotaryngia i Kraj Saary będą przedmiotem sporów francusko-niemieckich aż do 1957 r.
  • Wzrosło znaczenie elektorów saskiego i brandenburskiego, których pozycja na arenie międzynarodowej będzie się odtąd umacniać. Mimo anulowania pokoju praskiego Wettynowie zachowali Łużyce uzyskane w 1635, a Hohenzollernowie przejęli Pomorze Tylne. Będą teraz dążyć do połączenia go z posiadłościami w Prusach.
  • Pomimo podziału Palatynatu katolicy zachowali większość głosów w Kurii Elektorów Rzeszy, co gwarantowało Habsburgom sukcesję tronu niemieckiego i cesarskiego.

Znaczenie wojny trzydziestoletniej i pokoju westfalskiego

  • Zwycięstwo monarchii absolutnych: największym zwycięzcą okazała się Francja. Upadła monarchia stanowa w Czechach. Rozpoczął się proces budowy monarchii absolutnych w Niemczech.
  • Prawo wszystkich państw niemieckich do własnej polityki zagranicznej. Rzesza staje się luźnym związkiem państw.
  • Dowód na nietrwałość pokoju augsburskiego, który wprowadzał wzajemną tolerancję tylko pomiędzy katolikami a luteranami, pomijał kalwinistów.
  • Koniec wielkich konfliktów religijnych i trwały pluralizm religijny w Rzeszy.
  • Wzrost znaczenia armii zawodowych.

x

Z tego, co zostało zacytowane z Encyklopedii Gutenberga, można wywnioskować, że w początkowym okresie tej wojny przewagę uzyskała strona katolicka. I w tym momencie dochodzi do odsunięcia Wallensteina – jednego z dwóch głównodowodzących po stronie katolickiej. Tłumaczono to w ten sposób, że książęta „Ligi” obawiali się wzrostu potęgi cesarza. Można więc tu zapytać: czy wojnę prowadzi się po to, by ją wygrać, czy w jakimś innym celu? W końcowej fazie tej wojny strona protestancka zdobywa przewagę i zagraża Wiedniowi. I tu znowu strona przeważająca nie chce zwyciężyć, tylko dochodzi do zawarcia pokoju. W sumie więc można powiedzieć, że stan powstały po zakończeniu tej wojny niewiele różnił się od stanu przedwojennego. Rzesza, jak była rozbita na wiele księstw i księstewek, tak i pozostała taką. Pozostał też podział na katolików i protestantów. Jedno tylko zmieniło się. Po tej wonie nie było już w Rzeszy wojen religijnych. Można więc wysnuć z tego wniosek, że różnice na tle religijnym były tylko pretekstem, zasłoną dymną, no bo skoro po stronie protestanckiej walczyła katolicka Francja, to wszystko to nie trzyma się kupy. Na tym tle łatwiej zrozumieć, dlaczego reformacja wybuchła w Rzeszy. Wiele księstw i księstewek, czyli rozdrobnienie, ułatwiało zasianie fermentu w różnych jej częściach, w przeciwieństwie do silnej władzy Habsburgów w jej południowo-wschodniej części. A jeśli takich warunków zabrakło, to łączyło się państwo katolickie z prawosławnym, czyli Koronę z Wielkim księstwem Litewskim i konflikt gotowy.

O co więc chodziło w tej wojnie? – O zniszczenie gospodarki i depopulację. Ale taka sytuacja, to okazja do odbudowy i zastąpienia tych wymordowanych innymi. I o to chodziło. Odbudował ten, kto miał kapitał i zastąpił tych, których pozbyto się, ale zapewne nie pozbyto się ich nazwisk.

Straty ludzkie w Rzeszy na skutek wojny; źródło: Wikipedia.

W sumie więc wojna trzydziestoletnie umożliwiła Żydom zdobycie dominującej pozycji w Rzeszy. Na mniejszą skalę schemat ten zastosowali oni podczas potopu szwedzkiego, który zniszczył Koronę. Odkąd pojawili się Żydzi w Palestynie, odtąd trwają tam nieprzerwanie wojny. I wcale nie jest tak, że Żydzi wyniosą się stamtąd, bo grozi im jakieś niebezpieczeństwo. Nie grozi im żadne niebezpieczeństwo, bo to oni je stwarzają narodom rdzennym. Nie wyniosą się, bo oni muszą wzniecać wojny na całym świecie, bo tylko taki stan zapewnia im ich dominację nad pozostałymi narodami, które wykrwawiają się w nich.