Średniowiecze to okres, który jest dziś powszechnie uznawany za okres ciemnoty i zabobonu. Tak oczywiście nie było. Dowodem na to są choćby kościoły gotyckie, które swoimi rozmiarami i konstrukcją dowodziły tego, że ich budowniczowie dysponowali ogromną wiedzą w zakresie budownictwa i techniki, co w świecie ciemnoty i zabobonu raczej nie byłoby możliwe. Jednak architektoniczny styl gotycki jest dość zagadkowy, bo inspiracją dla jego twórców była idea Niebieskiej Jerozolimy. W związku z tym pożar katedry Notre-Dame w Paryżu w 2019 roku wydaje się być jeszcze bardziej zagadkowy. Co więcej, w tamtym czasie podpalano we Francji również inne kościoły gotyckie. Nigdzie indziej tego nie robiono. Może więc warto przybliżyć sobie ten styl. Wikipedia m.in. tak pisze:
Gotyk – styl w architekturze i innych dziedzinach sztuk plastycznych (rzeźbie, malarstwie i sztuce sepulkralnej), który powstał przed połową XII wieku we Francji i szybko rozprzestrzenił się w Anglii, następnie w wielu innych państwach Europy.
Powstanie gotyku związane jest z rozwijającymi się pod koniec średniowiecza kulturami dworską, rycerską i mieszczańską.
Nazywanie stylu gotyckim zaczęło się w epoce odrodzenia i znaczyło to wówczas tyle, co barbarzyński. Goci – germańscy barbarzyńcy – od V wieku zalewali cesarstwo rzymskie, dlatego tę „barbarzyńską” sztukę nazwano gotykiem.
Architektura gotycka
Architektura gotycka (gotyk) – styl w architekturze europejskiej okresu późnego średniowiecza, od XII do początku XVI wieku. Za wzorcowy przykład budynku gotyckiego na ogół uważa się gotycką katedrę, choć w rzeczywistości był to również okres rozwoju architektury świeckiej (mieszczańskiej i rezydencjonalnej). Architektura gotycka w zamierzeniu jej twórców miała w doskonały sposób odzwierciedlać boską naturę i wielbić Boga. Strzelista, ogromna bryła kościoła stała się symbolem czasów, w których religijność charakteryzowała się wielkim pragnieniem wzniesienia się ku Bogu. W bryle dominują kierunki pionowe. Ich powtarzalność w bliskim sąsiedztwie, rozczłonkowanie bryły, delikatna dekoracja tworzą budowle ekspresyjne i lekkie. Barwne światło przenikające do wnętrza przez wysokie witraże stwarza wrażenie uduchowienia, a powtarzające się we wnętrzu wertykalne linie i znaczna odległość do sklepienia kierują wzrok ku górze.
Historia powstania
Za początek gotyku umownie uważa się rok 1144, kiedy za sprawą opata Sugeriusza przebudowano chór w opactwie Saint Denis, które było wtedy nekropolią (miejscem pochówku królów Francji). Przebudowa ta była wiązana z odnalezieniem pism neoplatońskich Pseudo-Dionizego Areopagity. Następnie był stopniowo przejmowany przez pozostałe państwa Europy (najwcześniej, ok. 1175 przez Anglię, po 1200 roku przez Niemcy). Pierwszym obiektem uznanym jako gotycki jest Bazylika św. Dionizego w Saint-Denis, związana z osobą opata Sugeriusza. Miejscem narodzin gotyku był region Ile-de-France, jednak pewne rozwiązania konstrukcyjne umożliwiające jego powstanie (np. sklepienie krzyżowo-żebrowe) zaczęły pojawiać się już na przełomie XI i XII wieku w Normandii (Évreux, Jumièges, Lessay), północnych Włoszech (kościoły w Rivolta d’Adda i w Mediolanie) i Anglii (katedra w Durham, lata budowy 1093–1128). Łuk ostry pojawia się np. w Burgundii, m.in. w sklepieniu kościoła benedyktynów w Cluny z przełomu XI i XII wieku. Etapy bezpośrednio poprzedzające ukształtowanie się stylu mogą ilustrować kościoły klasztorne w Saint-Germer-de-Fly (dep. Oise) i Saint Martin-des-Champs (Paryż).
Wnętrze kościoła mariackiego w Stargardzie; źródło: Wikipedia (Kapitel – praca własna).
Ideą Sugera było stworzenie ziemskiego odpowiednika Niebieskiej Jerozolimy, budynku o wysokim stopniu linearności i przenikniętego światłem, inspirowanego pismami Pseudo-Dionizego Areopagity. Cienkie kolumny, okna z witrażami i ogólne wrażenie wertykalizmu i lekkości złożyły się na architekturę, której elementy ulegną nasileniu w ciągu dalszego rozwoju stylu gotyckiego.
Budownictwo sakralne
Wznoszone kościoły często odznaczały się ogromnymi rozmiarami. Wysokość wież często przekracza 100 m (np. Katedra w Salisbury – 123,0 m, w Ulm – 161,5 m) a sklepienia nawy głównej wznoszą się średnio 20–30 m nad poziomem posadzki. Rozmach wiąże się nie tylko z rozwojem sztuki budowlanej, ale także z rosnącą pozycją mieszczaństwa, które w wielu przypadkach było fundatorem budowli stawianych w poszczególnych miastach. Skromniejsze kościoły powstawały przy ośrodkach zakonnych hołdujących regule ubóstwa. Cechami najbardziej charakterystycznymi dla gotyckich kościołów są ich ogrom i strzelistość. Gotyckie kościoły były budowane niejednokrotnie przez dziesiątki lat. Zmieniająca się niekiedy sytuacja materialna fundatorów powodowała przerywanie budowy niedokończonych wież (stąd w wielu gotyckich kościołach wieże mają różną wysokość) i wystroju elewacji. Dzieła kończono czasem po latach, w innej epoce i w innym stylu.
x
W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN 1962-70 można m.in. przeczytać:
Gotyk od początku swego istnienia kształtował się jako styl sakralny, związany z doktryną kościoła, dlatego sztuka religijna wysunęła się w okresie jego trwania na pierwsze miejsce, przewyższając swym znaczeniem sztukę świecką. Za najwyższe artystyczne osiągnięcie gotyku uznać należy francuską katedrę, związaną z domeną królewską, urzeczywistniającą ideał „Jeruzalem Niebieskiego”, podobnie jak starochrześcijańska bazylika urzeczywistniała ideał pałacu cesarskiego, a masywna budowla romańska – feudalnego zamku. W warunkach wzmożonej pobożności, obudzonej wyprawami krzyżowymi, powstawały katedry gotyckie w wyniku zbiorowego wysiłku ekonomicznego, społecznego i duchowego, niejednokrotnie w ciągu wielu lat i pokoleń, pod kierunkiem architekta, „magistra operis”.
Związek gotyku ze sztuką religijną miał charakter tak organiczny, a możliwości rozwojowe wydawały się tak niewyczerpane, że styl gotycki trwał w niektórych krajach, np. w Anglii, Belgii i Niemczech, do XVIII wieku, przeciwstawiając się głównie w dziedzinie architektury, częściowo i złotnictwa, renesansowi i barokowi; w innych zaś krajach od czasu do czasu zaznaczał się echem, jak w sztuce 2 połowy quattrocenta, w manieryzmie włoskim, a nawet w sztuce baroku i rokoka. W XVIII wieku nastąpiło odrodzenie sztuki gotyckiej w Anglii (Gothic Revival), co ostatecznie doprowadziło do ukształtowania się neogotyku, którego tradycje w wielu krajach i środowiskach przetrwały niemal do dnia dzisiejszego.
x
Na ciekawą informację natrafiłem w książce „Architektura Style i detale” Wydawnictwo „Arkady”, 2008. To praca zbiorowa pod redakcją Emily Cole. O gotyku w Europie Północnej i Środkowej można przeczytać:
„W średniowieczu większa część Europy Północnej i Środkowej leżała w granicach Świętego Cesarstwa Rzymskiego lub (jak Niderlandy) pozostawała pod kontrolą niemieckiego arcybiskupstwa w Kolonii. Początkowo na terenach tych gotyk nie spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem i pierwsze budowle gotyckie powstały dopiero w połowie XIII wieku, kiedy styl ten panował już na dobre we Francji, Anglii i Hiszpanii. Później jednak, szybko zdobył uznanie i rozwijał się, wprowadzając indywidualne rozwiązania, które zaowocowały jednymi z najpiękniejszych dzieł późnego gotyku w Europie.”
Jest tu więc potwierdzenie tego, o czym pisałem w blogu 1025, że Polska Piastów nie była państwem niepodległym tylko częścią Świętego Cesarstwa Rzymskiego, czyli I Rzeszy.
x
Z kolei E.H. Gombrich w książce O sztuce Dom Wydawniczy REBIS 2009 pisze:
Zachodnia Europa zawsze różniła się od Wschodu, gdzie style artystyczne utrzymywały się przez tysiące lat i wydawało się, że nie ma powodu, by kiedykolwiek miały ulec zmianie. Zachodu nigdy nie cechowała taka bezwładność. Był zawsze pełen niepokoju, po omacku poszukiwał nowych rozwiązań i idei. Styl romański nie przetrwał nawet dwunastego stulecia. Ledwie artyści zdołali przesklepić kościoły i oryginalnie zakomponować majestatyczne rzeźby, a już nowe koncepcje spowodowały, że normańskie i romańskie kościoły zaczęły sprawiać wrażenie niekształtnych i przestarzałych. Nowatorskie pomysły pojawiły się w północnej Francji, tworząc zręby stylu gotyckiego. Na pierwszy rzut oka można by je traktować głównie w kategoriach wynalazku technicznego, lecz po przyjrzeniu się im z bliska okazuje się, że wniosły one dużo więcej.
Ideałem architektów stało się wznoszenie kościołów w sposób, który przypomina nam konstrukcję współczesnych oranżerii. Tyle że oni nie znali stalowych konstrukcji i żelaznych dźwigarów – musieli wykonać je z kamienia, co wymagało bardzo wielu skomplikowanych obliczeń. Pod warunkiem wykonania ich prawidłowo możliwe stało się zbudowanie kościoła całkiem nowego rodzaju: budowli z kamienia i szkła, jakiej świat dotychczas nie widział. Do tego sprowadza się podstawowa idea gotyckich katedr, którą rozwinięto w północnej Francji w drugiej połowie XII w.
Błędem byłoby jednak postrzeganie tych kościołów wyłącznie w kategoriach zdobyczy inżynieryjnych. To talent artysty sprawił, że zauważamy i podziwiamy śmiałość zastosowanych rozwiązań. Przyglądając się świątyni doryckiej , uzmysławiamy sobie funkcję, jaką pełni szereg kolumn dźwigających ciężar płaskiego dachu. Stojąc w gotyckim wnętrzu, zaczynamy pojmować zasady skomplikowanej gry sił naporu i przyciągania, które podtrzymują strzeliste sklepienie. Nie dostrzegamy masywnych filarów i pozbawionych podziałów ścian. Cale wnętrze wydaje się utkane z cienkich łuków i żeber; ich sieć pokrywa sklepienie i spływa po murach nawy, zbiegając się na filarach, które przeobraziły się w wiązki kamiennych prętów. Nawet okna wypełnia dekoracja z przeplatających się linii zwana maswerkiem. – Katedra Kolońska; źródło: Wikipedia (Mkill – praca własna).
Wielkie katedry – kościoły biskupie – projektowano pod koniec XII i na początku XIII w. z takim rozmachem, ze niewiele spośród nich zostało ukończonych w zaplanowanym kształcie. Mimo to i mimo wielu przekształceń, jakim je z czasem poddawano, wejście do tych ogromnych przestrzeni, których rozmiary wydają się gigantyczne w porównaniu z ludzką skalą, pozostaje niezapomnianym przeżyciem. Z trudem możemy sobie wyobrazić, jakie wrażenie budowle te wywierały na tych, którzy znali jedynie masywne i ponure konstrukcje romańskie. Stare kościoły przez swą moc i potęgę przekazywały treści związane z Kościołem Wojującym, dającym schronienie przed naporem zła. Nowe katedry pozwalały wiernym wejrzeć w inną rzeczywistość. Musiały im się jawić jako Jeruzalem niebiańskie, gdy w kazaniach i hymnach słuchali o jego bramach z pereł, fundamentach zdobnych bezcennymi kamieniami i ulicach z czystego złota, przezroczystego jak szkło (Apokalipsa św. Jana 21). Teraz wizja ta zstąpiła z niebios na ziemię. Mury kościołów nie były już zimne i posępne. Były uformowane z witraży, które migotały wszystkimi barwami na podobieństwo rubinów i szmaragdów. Filary, żebra i maswerki połyskiwały złotem. Wszystko, co było ciężkie, przyziemne i monotonne, zostało wyeliminowane. Wierni, którzy oddawali się kontemplacji tego piękna, czuli, iż zbliżają się do zrozumienia tajemnic pozazmysłowej rzeczywistości.
Te cudowne budowle, oglądane nawet z daleka, zdawały się głosić chwałę niebios. Fasada katedry Notre-Dame w Paryżu jest chyba najdoskonalszą realizacją stylu gotyckiego. Tak klarowny i wyrazisty jest układ portali i okien, tak giętkie i wdzięczne są linie maswerków galerii, że zapominamy o realnym ciężarze masy kamieni i cała konstrukcja zdaje się wyrastać przed nami jak miraż.
Podobne wrażenie lekkości i nieważkości wywierają rzeźby, które zapełniają portale na podobieństwo niebiańskich gospodarzy. Podczas gdy romański mistrz z Arles nadał figurom świętych formę solidnych filarów, dobrze osadzonych w architektonicznej ramie, mistrz, który wyrzeźbił północny portal gotyckiej katedry w Chartres, ożywił każdy z posagów. Wydaje się, że figury poruszają się, wpatrują w siebie nawzajem z powagą, a spowijające je fałdy szat sugestywnie oddają kształt ludzkiego ciała. Posągi są wyraźnie oznaczone atrybutami, tak by były rozpoznawalne dla każdego, kto zna Stary Testament. Nie mamy problemu z rozpoznaniem Abrahama, starca trzymającego przed sobą syna Izaaka, którego ma złożyć w ofierze. Możemy z łatwością wskazać Mojżesza z tablicami Dziesięciu Przykazań oraz palem z wężem miedzianym, który uratował Izraelitów od zagłady. – Katedra Kolońska; źródło: Wikipedia (Erika Mlejova – praca własna).
x
Portal powyżej jest bardzo podobny do tego opisanego przez Gombricha w katedrze w Chartres. Czym zatem były te gotyckie katedry? Kto je budował i w jaki sposób? Ich budowa wymagała zapewne zaawansowanej wiedzy technicznej i matematycznej. Jednak nie mniej ciekawym wątkiem jest idea, jaka przyświecała ich twórcom. Była to idea Niebieskiej Jerozolimy. Czym więc są one dla Żydów? Czy wyprawy krzyżowe miały wpływ na miejsce ich powstawania? Wszak rycerstwo Francji, Anglii i Świętego Cesarstwa Rzymskiego miało chyba największy udział w krucjatach i tam powstało ich najwięcej i największych. Renesans, również w architekturze, był w opozycji do średniowiecza, które we Włoszech określano jako coś pośredniego pomiędzy starożytnością a odrodzeniem. Czy określenie rzymski katolicyzm powstało w opozycji do kościołów narodowych czy może raczej do katolicyzmu wielkich katedr, który można by nazwać katolicyzmem jerozolimskim ze względu na wyprawy krzyżowe, po których to właśnie zaczęły powstawać te katedry? Czy fakt, że papieże w czasie wielkiej schizmy obrali sobie za siedzibę Awinion – będący eksklawą państwa papieskiego, ale na terenie Francji – mógł być związany z walkami, jakbyśmy to dziś powiedzieli, frakcyjnymi pomiędzy katolicyzmem rzymskim i jerozolimskim? Różne pytania nasuwają się, a odpowiedzi brak. Tym bardziej zagadkowy był pożar katedry Notre-Dame. Czy to był jakiś znak?
Śmierć papieża i zbliżający się wybór nowego, to okazja do zastanowienia się nad tym, czym był i jest Kościół katolicki. W powieści Mario Puzo The Family Arrow Books 2003, w prologu, jest bardzo zwięzły opis okresu zwanego renesansem, zdarzeń, jakie poprzedzały go i jaki był wówczas stan Kościoła katolickiego. Są to uwagi bardzo ogólne, ale może właśnie dlatego pozwalają na szersze spojrzenie na tamte czasy i na ludzką naturę, a także na prawdziwe pochodzenie władzy i jej charakter. Poniżej ten prolog, a jego wersja oryginalna – na końcu bloga.
x
Gdy czarna śmierć przetoczyła się przez Europę, uśmiercając połowę populacji, wielu obywateli w desperacji odwróciło się od Niebios ku Ziemi. Tu, aby zrozumieć świat materialny, bardziej filozoficznie nastawieni próbowali zgłębić sens istnienia i rozwikłać wielką tajemnicę Życia, podczas gdy biedni mieli jedynie nadzieję na ulżenie swoim cierpieniom.
I tak Bóg zszedł na Ziemię jako Człowiek, a surowa doktryna religijna średniowiecza straciła swoją moc i została zastąpiona studiowaniem wielkich starożytnych cywilizacji Rzymu, Grecji i Egiptu. Gdy dążenie do nowych krucjat osłabło, starożytni bohaterowie odrodzili się, a starożytne wojny toczono na nowo. Człowiek oddalił się od Boga, a Rozum triumfował.
Był to czas wielkich osiągnięć w filozofii, sztuce, medycynie i muzyce. Kultura rozkwitała z wielką pompą i ceremonią. Ale nie obyło się bez kosztów. Starych praw zaniechano zanim powstały nowe. Odejście od Boga i wiary w wieczne zbawienie oraz przejście do kultu Człowieka i nagrody w życiu doczesnym, co nazwano humanizmem, było, w istocie, trudną przemianą.
Wtedy Rzym nie był Świętym Miastem; był miejscem bezprawia. Na ulicach rabowano obywateli, plądrowano domy, szerzyła się prostytucja, a setki ludzi mordowano każdego tygodnia.
Ponadto kraj, który znamy obecnie jako Włochy, jeszcze nie istniał. Zamiast tego istniało pięć wielkich potęg: Wenecja, Mediolan, Florencja, Neapol i Rzym. W granicach „buta” znajdowało się wiele niezależnych miast-państw rządzonych przez stare rodziny pod wodzą lokalnych królów, feudałów, książąt lub biskupów. Wewnątrz kraju sąsiedzi walczyli z sąsiadami o terytorium. A ci, którzy podbijali, zawsze byli czujni – ponieważ kolejny konkurent mógł się niebawem pojawić.
Z zewnątrz groziła interwencja obcych mocarstw, które chciały rozszerzyć swoje imperia. Władcy Francji i Hiszpanii rywalizowali o terytorium, a „barbarzyńscy” Turcy, którzy nie byli chrześcijanami, wkraczali na terytorium Państwa Kościelnego.
Kościół i państwo walczyły o suwerenność. Po parodii Wielkiej Schizmy – kiedy było dwóch papieży w dwóch miastach z podzieloną władzą i zmniejszonymi dochodami – utworzenie nowej siedziby tronu w Rzymie, z jednym tylko papieżem, dało książętom kościoła nową nadzieję. Stając się jeszcze silniejszymi niż wcześniej, duchowi przywódcy kościoła musieli jedynie walczyć z doczesną władzą królów, królowych i książąt małych miast i lenn.
Mimo to Kościół Rzymskokatolicki pogrążył się w chaosie, gdyż bezprawie nie ograniczało się tylko do obywateli. Kardynałowie wysyłali na ulice swoje sługi uzbrojone w kamienie i kusze, by walczyli z rzymską młodzieżą. Mężczyźni na wysokich stanowiskach w kościele – którym nie wolno było się żenić – odwiedzali kurtyzany i utrzymywali wiele kochanek. Oferowano i przyjmowano łapówki. Oficjalne duchowieństwo na najwyższym szczeblu było gotowe przyjąć pieniądze za odpuszczenie grzechów i zredagować ponownie święte papieskie bulle, aby unieważnić najstraszniejsze zbrodnie.
Wielu rozczarowanych obywateli mówiło, że wszystko w Rzymie jest na sprzedaż. Za odpowiednią sumę można kupić kościoły, księży, odpusty, a nawet przebaczenie Boga.
Z niewieloma wyjątkami mężczyźni, którzy zostawali księżmi, wstępowali do kościoła, ponieważ byli drugimi synami – od urodzenia przygotowywanymi do zawodów kościelnych. Nie mieli prawdziwego powołania religijnego, ale ponieważ Kościół nadal miał władzę, aby ogłosić króla królem i obdarzyć wielkimi dobrami ziemskimi, każda włoska rodzina arystokratyczna oferowała prezenty i łapówki, aby synowie zostali mianowani do kolegium kardynalskiego.
Był to renesans, czasy kardynała Rodriga Borgii i jego rodziny.
x
Średniowiecze to wiara w Boga, renesans to wiara w człowieka. Średniowiecze to poznanie poprzez wiarę, renesans – poprzez rozum, czyli doświadczenie i obserwację.
Niezależne miasta-państwa rządzone były przez stare rody pod wodzą lokalnych królów, feudałów, książąt lub biskupów, czyli że te stare rody to to, co dziś określamy mianem deep state. Wygląda więc na to, że prawdziwa władza zawsze była ukryta, a to, co nam przedstawia się jako władzę, to tylko kukiełki, którymi kierują nieznani przełożeni.
Każda włoska rodzina arystokratyczna oferowała prezenty i łapówki, aby ich synowie zostali mianowani do kolegium kardynalskiego. Tak więc prawdziwa władza miała swoich ludzi wszędzie i na każdym szczeblu. Kolegium kardynalskie to kolegium, które kształciło kardynałów, a więc tych, którzy wybierali papieża.
„Po parodii Wielkiej Schizmy…” – Czym zatem była ta Wielka Schizma? Wikipedia tak m.in. pisze:
Wielka schizma zachodnia (także schizma zachodnia, schizma papieska lub wielka schizma; samo określenie wielka schizma może być jednak używane także w odniesieniu do wielkiej schizmy wschodniej) – okres trwający od 1378 do 1417 roku, kiedy to brak zgody kardynałów, kierujących się głównie pobudkami politycznymi, powodował, że do tytułu głowy Kościoła katolickiego rościło sobie pretensje dwóch, a nawet trzech papieży jednocześnie.
Geneza Wielkiej Schizmy
W roku 1309 papież Klemens V przeniósł siedzibę Kurii Rzymskiej do Awinionu na terenie hrabstwa Venaissin w Prowansji rozpoczynając okres tzw. niewoli awiniońskiej papieży. Jego kolejni następcy (Jan XXII, Benedykt XII, Klemens VI, Innocenty VI i Urban V) rezydowali do roku 1376 w Awinionie, jedynie Urban V w latach 1367–1370 na krótko powrócił do Rzymu. Wszyscy oni byli Francuzami popieranymi i uzależnionymi politycznie od monarchii francuskiej. Kuria Rzymska została zdominowana przez Francuzów, a w gronie kolegium kardynalskiego nasilały się spory pomiędzy frakcjami narodowymi (głównie francuską i włoską). Urząd papieski był wykorzystywany politycznie przez królów Francji, a w Kościele szerzyły się symonia, nepotyzm, rozwiązłość i brak dyscypliny. Skutkowało to stopniowym upadkiem autorytetu papiestwa. Dopiero Grzegorz XI powrócił w 1377 roku do Rzymu za namową Katarzyny ze Sieny (później ogłoszonej świętą).
Początek schizmy
27 marca zmarł w Rzymie papież Grzegorz XI. Zwołano tam pierwsze konklawe 1378 roku, które wybrało Bartolomea Prignano, arcybiskupa Bari. Wstąpił on na tron papieski jako Urban VI. Wątpliwe okoliczności wyboru oraz kontrowersyjne rządy Urbana VI spowodowały bunt większości kardynałów. Przeciwnicy Urbana VI zgromadzili się na zwołanym przez niego konsystorzu w Anagni, gdzie miało dojść do pojednania zwaśnionych stronnictw. Niezadowoleni buntownicy wobec braku ustępstw ze strony papieża przenieśli się do Fondi, gdzie 2 sierpnia wydali odezwę w której stwierdzali nieważność wyboru Urbana VI, jako dokonanego pod przymusem. 9 sierpnia wezwali papieża do ustąpienia, ale dalszy sprzeciw z jego strony doprowadził do tego, iż zbuntowani kardynałowie potwierdzili złożenie go z urzędu i odbyli drugie konklawe 1378 roku. 20 września wybrano a 21 września ogłoszono wybór kardynała Roberta z Genewy, byłego arcybiskupa Cambrai, który przybrał imię Klemens VII. Datę tę można uznać za początek wielkiej schizmy zachodniej.
Klemens VII ekskomunikował Urbana VI, ale nie udało mu się uzyskać powszechnego uznania ani też zdobyć zbrojnie Rzymu, mimo poparcia wielu krajów europejskich i Kurii Rzymskiej. W końcu musiał osiąść w Awinionie. W ten sposób Kościół katolicki podzielił się na dwie obediencje: rzymską i awiniońską, a poszczególne kraje deklarowały poparcie w stosunku do papieży rezydujących w Rzymie lub w Awinionie.
Mapa pokazująca kraje przyjmujące obediencję Awinionu (czerwony) i Rzymu (fioletowy) w czasie schizmy zachodniej; źródło: Wikipedia.
Rzymskich papieży uznawała Anglia, Dania, Flandria, Irlandia, Litwa (wprowadzająca od 1386 roku chrześcijaństwo), Norwegia, Polska, Szwecja, Święte Cesarstwo Rzymskie (w większości), Węgry, północne Włochy i zakon krzyżacki, a awiniońskich papieży uznawały Aragonia, Burgundia, Cypr, Francja, Kastylia i León, Nawarra, Sabaudia, Szkocja, Zakon Joannitów.
Niektóre z księstw Świętego Cesarstwa Rzymskiego w przeciwieństwie do samego cesarza deklarowały poparcie dla papieża awiniońskiego. Niektóre z nich w trakcie trwania wielkiej schizmy zmieniały popierane strony. Portugalia generalnie popierała Rzym, ale w trakcie kryzysu z lat 1383–1385 (tzw. portugalskie interregnum) pretendenci do tronu popierali przeciwne strony. Królestwo Neapolu początkowo popierało papieży awiniońskich, a później rzymskich.
Papieże i antypapieże wielkiej schizmy zachodniej; źródło: Wikipedia.
Sobór w Pizie
Sytuacja zmieniła się znacząco w 1408, gdy większość kardynałów z obydwu obediencji wypowiedziało posłuszeństwo swoim papieżom (Benedyktowi XIII i Grzegorzowi XII). 23 kardynałów zwołało wspólnie sobór do Pizy na dzień 25 marca 1409 roku na którym zebrało się reprezentatywne grono ponad 300 biskupów, przedstawicieli kapituł katedralnych i uniwersytetów. Inicjatywa przezwyciężenia panującej w Kościele katolickim schizmy uzyskała wsparcie znacznej części świata katolickiego, zmęczonego przedłużającą się schizmą i brakiem dobrej woli ze strony obydwu pretendentów do tronu papieskiego.
Sobór zdetronizował niemogących się porozumieć papieży – Grzegorza XII i Benedykta XIII – uznając ich za heretyków. Równocześnie na konklawe zwołanym podczas soboru wybrano Pietro Philargiego na papieża (urzędującego pod imieniem Aleksander V). W efekcie powstała trzecia obediencja – pizańska. Aleksandra V i jego następcę – Jana XXIII – poparły: Anglia, Francja, Litwa, Polska, Portugalia, Skandynawia (państwa unii kalmarskiej: Dania, Norwegia, Szwecja), Święte Cesarstwo Rzymskie, Węgry, północne Włochy, Zakon Krzyżacki oraz łacińskie posiadłości w Grecji i na Cyprze, a nieco później także królestwo Neapolu. Wybór Aleksandra V, jak i jego następcy nie został uznany przez papieży rzymskiego i awiniońskiego. Aleksander V zmarł 3 maja 1410 roku w Bolonii, gdzie 14 maja rozpoczęło się konklawe 1410 roku, które 17 maja wybrało na papieża Neapolitańczyka – kardynała-diakona Baldassare Cossę. Wstąpił on na tron jako Jan XXIII. Sprawował formalnie swój urząd do 29 maja 1415 roku, kiedy to sobór w Konstancji pozbawił go stanowiska.
Zakończenie schizmy na soborze w Konstancji
16 listopada 1414 roku rozpoczął się sobór powszechny w Konstancji zwołany przez Jana XXIII (pizańskiego następcę Aleksandra V), który w tym czasie cieszył się największym poparciem. Jednym z głównych zadań soboru było zakończenie wielkiej schizmy. Sobór sugerował wszystkim trzem urzędującym papieżom abdykację i wybór nowego. 2 marca 1415 roku sobór nakłonił Jana XXIII do wygłoszenia obietnicy dobrowolnego zrzeczenia się tronu, którą powtórzył w bulli wydanej 8 marca. 20 marca uciekł on jednak z Konstancji w obawie przed wysuniętymi przeciwko niemu oskarżeniami. Został jednak wkrótce schwytany i uwięziony a 29 maja sobór pozbawił go formalnie urzędu, czemu się podporządkował.
4 lipca 1415 roku pełnomocnicy rzymskiego papieża Grzegorza XII przeczytali zgromadzonym dokument zwołujący sobór. Papież rzymski – Grzegorz XII – nie chciał uznać soboru, którego sam nie zwołał, jednakże wybrał rozwiązanie kompromisowe i dla siebie zarazem honorowe – „zwołał” sobór, który już od dobrych kilku miesięcy obradował i zatwierdził z mocą wsteczną podjęte na nim decyzje. Uznanie tego dokumentu przez zgromadzonych było ukłonem w jego stronę. Od tego momentu decyzje soboru uznawane są oficjalnie przez Kościół katolicki. Uczestnicy po potwierdzeniu dokumentu zagłosowali za przyjęciem abdykacji Grzegorza XII. Sobór uznał także wszystkie dokumenty wydane przez Grzegorza. Po uzyskaniu jego oświadczenia, że nie będzie ubiegał się o tron papieski ustanowił go kardynałem-biskupem i legatem w Ankonie przyznając mu w Kościele pierwsze miejsce po przyszłym papieżu.
Pomimo podporządkowania się pizańskiego Jana XXIII i rzymskiego Grzegorza XII soborowym decyzjom o złożeniu ich z urzędu, awinioński Benedykt XIII odmawiał zrzeczenia się tytułu. Rezydował on wówczas w Peñíscola a poparcia udzielały mu Aragonia, Kastylia i León, Nawarra, Szkocja i hrabstwo Armagnac. Na przełomie lat 1416/1417 Aragonia, Kastylia i León oraz Nawarra przychyliła się do stanowiska soboru i 27 lipca 1417 roku sobór w Konstancji uznał Benedykta XIII za schizmatyka i ekskomunikował, pozbawiając go tym samym tytułu. Opuścili go też wszyscy popierający go kardynałowie. Szkocja trwała w swoim poparciu tylko do roku 1418. De facto i de iure pozbawiony władzy nie uznał swojej detronizacji aż do śmierci. Nie miało to jednak większego znaczenia praktycznego.
8 listopada podczas soboru w Konstancji rozpoczęło się dość wyjątkowe, ze względu na sposób głosowania, konklawe 1417 roku. Już po 3 dniach – 11 listopada – wybrano kardynała-diakona Oddone Colonnę, który wstąpił na tron Piotrowy jako Marcin V. Inauguracja jego pontyfikatu 21 listopada 1417 roku w Konstancji zakończyła formalnie okres wielkiej schizmy zachodniej.
Konklawe 1417 roku
Konklawe 8-11 listopada 1417 – konklawe, które odbyło się na Soborze w Konstancji i formalnie zakończyło wielką schizmę zachodnią. W jego wyniku papieżem został Marcin V. Było to jedyne w historii konklawe, które odbyło się na terenie Niemiec i jedyne, w którym dopuszczono jako elektorów duchownych spoza Kolegium Kardynalskiego. Było także pierwszym, w którym uczestniczył Polak – arcybiskup gnieźnieński Mikołaj Trąba.
Konsekwencje wielkiej schizmy
Wielka schizma zachodnia i związane z nią negatywne zjawiska doprowadziły do ujawnienia się licznych głosów krytyki pod adresem Kościoła katolickiego i papiestwa. Była niewątpliwym katalizatorem reformacji i okazją do szerzenia swoich tez przez jej prekursorów: Johna Wycliffe’a i Jana Husa. Schizma doprowadziła też do ustalenia Rzymu jako faktycznej, a nie tylko tytularnej, siedziby papieży.
Wśród historyków i teologów, a także znawców prawa kanonicznego nie ma zgody co do tego, którzy z panujących podczas wielkiej schizmy papieży mieli legalne prawo do posługiwania się tym tytułem. Kościół katolicki za prawowitych uznaje papieży obediencji rzymskiej (Urbana VI, Bonifacego IX, Innocentego VII, Grzegorza XII), papieży awiniońskich uznając za uzurpatorów. Wydaje się, że obecnie także papieże pizańscy nie są uznawani przez Watykan, jednakże aż do XX w. Annuario Pontificio ich wymieniało. Także wybrany w 1492 na papieża Rodrigo de Borgia y Borja przybrał imię Aleksander VI uznając niejako prawo do tytułu Aleksandra V. Sytuacja uznania dla papieży pizańskich staje się problematyczna, gdy na tron Piotrowy w 1958 roku wstąpił Angelo Giuseppe Roncalli i przybrał imię Jan XXIII co z kolei świadczy o nieuznawaniu obediencji pizańskiej za legalną przez Kościół katolicki.
Papieże obediencji awiniońskiej i pizańskiej są tradycyjnie nazywani antypapieżami.
x
Mamy więc tu do czynienia z bardzo skomplikowaną i zawiłą materią. Wyboru Urbana VI dokonano pod przymusem. Jednak Wikipedia nie informuje pod jakim przymusem. Jakie to były siły? Zbuntowani kardynałowie na oddzielnym konklawe wybrali swojego papieża Klemensa VII, który nie zdołał pokonać Urbana VI, papieża rzymskiego, i ostatecznie osiadł w Awinionie, który był eksklawą państwa papieskiego, czyli obszarem położonym poza tym państwem, ale należącym do niego. Eksklawą było też Westerplatte. Niektóre księstwa Świętego Cesarstwa Rzymskiego (I Rzesza), w przeciwieństwie do cesarza, deklarowały poparcie dla papieża awiniońskiego. Niektóre w trakcie trwania schizmy zmieniały popierane strony. Portugalia raz tak, raz siak. Podobnie Królestwo Neapolu. Jakaś zawiła gra tam się toczyła.
Później pojawia się trzeci papież, pizański. Poparła go praktycznie cała katolicka Europa, nie został jedynie uznany przez papieża rzymskiego i papieża awiniońskiego. Następnie Jan XXIII, a więc papież pizański, zwołał sobór powszechny w Konstancji, który to sobór pozbawił go tronu. Decyzjom soboru podporządkował się też, czyli ustąpił, papież rzymski Grzegorz XII, natomiast awinioński Benedykt XIII – nie. Ostatecznie sobór uznał go za schizmatyka i w lipcu 1417 ekskomunikował, pozbawiając go tym samym tytułu. W listopadzie 1417 roku, na wyjątkowym konklawe, papieżem został Marcin V. Było to wyjątkowe konklawe, bo niezgodne z dotychczasową procedurą. Czy zatem wszyscy jego następcy, aż do chwili obecnej, byli antypapieżami? A ten, którego wkrótce wybiorą?
Czym była wielka schizma zachodnia? Kłótnią wielkich rodzin arystokratycznych, które faktycznie sprawowały władzę? A może chodziło tylko o podważenie autorytetu Kościoła, czyli przygotowanie gruntu pod reformację? A może była jeszcze jakaś inna przyczyna? W każdym razie dotarcie do istoty władzy wydaje się niemożliwe z pozycji przeciętnego człowieka. Jedno wszakże wydaje się pewne, jeśli uwzględnimy wszystko, co wiązało się z tą schizmą, że władza papieska nie pochodziła od Boga.
xxx
As the black death swept through Europe, devastating half the population, many citizens in desperation turned their eyes from the Heavens to Earth. There, in order to master the physical world, the more philosophically inclined tried to uncover the secrets of existence and unravel Life’s great mysteries, while the poor hoped only to overcome their suffering.
And so it was that God fell to Earth as Man, and the rigid religious doctrine of the Middle Ages lost its power and was replaced by the study of great ancient civilizations of Rome, Greece, and Egypt. As the thirst for the Crusades began to fade, Olympian heroes were reborn and Olympian battles were fought anew. Man pitted his mind against the heart of God, and Reason reigned.
This was the time of great accomplishments in philosophy, the arts, medicine, and music. Culture flourished with great pomp and ceremony. But not without cost. Old laws were broken before new ones were created. The shift from the strict adherence to the world of God and the belief in eternal salvation to the honor of Man and reward in the material world called humanism was, in truth, a difficult transition.
Then, Rome was not the Holy City; it was a lawless place. In the streets, citizens were robbed, house were plundered, prostitution was rampant, and hundreds of people were murdered each week.
Moreover, the country we now know as Italy did not yet exist. Instead, there were five great powers: Venice, Milan, Florence, Naples, and Rome. Within the boundaries of the “boot”, there were many independent city-states ruled by old families led by local kings, feudal lords, dukes, or bishops. Inside the country, neighbor fought neighbor for territory. And those who conquered were always on guard – for the next conquest was close at hand.
From outside the country, there came the threat of invasion by foreign powers who wished to expand their empires. The rulers of France and Spain vied for territory, and the “barbarian” Turks, who were not Christians, were moving in on the Papal States.
Church and state wrestled for sovereignty. After the travesty of the Great Schism – when there were two Popes in two cities with divided power and reduced revenue – the formation of the new seat of the throne in Rome, with only one Pope, gave the princes of the church new hope. Emerging even stronger than before, the spiritual leaders of the church had only to fight the temporal power of the kings, queens, and dukes of the small cities and fiefdoms.
Still, the Holy Roman Catholic Church was in turmoil, for the lawless behavior was not limited to citizens only. Cardinals sent their servants armed in stones and crossbows into the streets to fight with Roman youths; men of high position in the church – forbiden to marry – visited courtesans and kept many mistresses; bribes were offered and taken; and official clergy at the highest levels were ready to accept money to deliver dispensations from the laws and write up sacred papal bulls to pardon the most terrible crimes.
It was said by many a disillusioned citizens that everything in Rome was for sale. Enough money could buy churches, priests, pardons, and even the forgiveness of God.
With very few exceptions, men who became priests entered the church because they were second sons – trained from birth for professions in the church. They had no true religious calling, but because the church still held the power to declare a king a king, and to bestow great blessings on earth, every aristocratic Italian family offered gifts and bribes to get sons named to the college of cardinals.
This was the Renaissance; the time of cardinal Rodrigo Borgia and his family.
Często zastanawiałem się, dlaczego relacje polsko-czeskie były takie, mówiąc delikatnie, dziwne, żeby nie powiedzieć chłodne. Przecież Czesi są pod względem kulturowym i językowym nam najbliżsi. A jednak wśród ludności tego państwa, zwanego oficjalnie Polską, lekceważący czy nawet pogardliwy stosunek do Czechów nie jest rzadkością. Tym bardziej to dla mnie dziwne, bo ja zawsze byłem nastawiony pozytywnie do nich. Skąd zatem to się wzięło i co było tego przyczyną, tych dziwnych relacji polsko-czeskich? I znów, jak w poprzednim blogu, szukając odpowiedzi, zajrzałem do książki Normana Daviesa Boże igrzysko Wydawnictwo ZNAK 1999. Pisze on tak:
Charakterystyka i powiązania Kościoła chrześcijańskiego w Polsce w pierwszych stuleciach nie były jednak proste. Apologeci katoliccy średniowiecza i epok późniejszych zawsze zwracali uwagę wyłącznie na zwierzchnictwo Rzymu i łaciński obrządek. Tymczasem Polanie przyjęli chrześcijaństwo z Czech; w tym kontekście nie należy zapominać, że aż do końca XI w. słowiańska liturgia tradycji Cyryla i Metodego współistniała na ziemiach czeskich z popieranym przez Niemców Kościołem łacińskim. Chociaż nie ma bezpośrednich dowodów na to, że chrzest władcy Wiślan z rąk Metodego wywarł jakikolwiek trwały wpływ na życie religijne na terenach położonych na północ od Karpat, nie ma wątpliwości, że znaczny procent słownictwa religijnego w języku polskim wywodzi się z form czeskich i słowiańskich, nie zaś niemieckich czy łacińskich. Takie słowa, jak „chrzest”, „kazanie”, „kościół”, „pacierz” czy „ksiądz”, dostarczają oczywistych przykładów. Zarówno Wojciech, jak i jego przyrodni brat Gaudenty, byli członkami książęcego rodu Sławnikowiców, patronów słowiańskiego obrządku; można więc oczekiwać, że przenieśli oni te sympatie na teren Polski.
Stosunki Polski z Czechami miały kapitalne znaczenie. Jako starsze z dwóch najważniejszych królestw Słowian Zachodnich, Czechy odgrywały doniosłą rolę w kulturalnym i politycznym rozwoju Polski. Czesi, wcześniej zjednoczeni w obrębie państwa wielkomorawskiego, nawiązali kontakty z zachodnim chrześcijaństwem i cesarstwem niemieckim co najmniej o wiek wcześniej niż Polanie i spełniali rolę głównego filtra, przez który docierała do Polski wiedza o Zachodzie. To właśnie z Pragi – w osobach Dubrawy i Wojciecha – po raz pierwszy dotarła do Polaków religia chrześcijańska. To z Pragi docierała do nich wiedza o subtelnościach powiązań z Niemcami, ponieważ Czechy zostały królestwem elektorskim cesarstwa na prawach inwestytury. To czeski język obdarzył ich praktycznie całym słownictwem z zakresu polityki, religii i życia społecznego. Niektórzy historycy podkreślają, że w tym stadium dziejów Polaków i Czechów w ogóle nie należało uważać za dwa odrębne narody. W pierwszej połowie XI w. istniała realna szansa utworzenia – pod przywództwem czeskim czy polskim – trwale zjednoczonego państwa Słowian Zachodnich.
Wzajemna poufałość nie przeszkodziła jednak powszechnej wówczas fali sąsiedzkich wojen. Nadała raczej szczególny koloryt ich wzajemnym stosunkom: każdy z dwóch słowiańskich braci wtrącał się w najbardziej prywatne sprawy wewnętrzne drugiego, jeśli tylko dostrzegał u niego najmniejszą oznakę słabości. Właśnie podczas jednego z takich momentów słabości – w 990 r., podczas trójstronnej walki dynastycznej Piastów, Przemyślidów, Sławnikowiców – Mieszko I po raz pierwszy namówił Ślężan i Wiślan do nieposłuszeństwa wobec Czechów. W 1003 r. Bolesław Chrobry zdobył Pragę i na krótko został wyniesiony na tron czeski. Morawy – po Dunaj i Cisę – utrzymał do roku 1017. W dwadzieścia lat później król czeski odpłacił pięknym za nadobne. Korzystając z okazji, jaka się nadarzyła w postaci wybuchu powstania pogańskiego w latach 1035-37, Brzetysław zdobył Kraków i Gniezno i uwiózł ciało św. Wojciecha. Władał Śląskiem do 1050 r.
W czasie wojen pomiędzy Polakami a cesarstwem królowie czescy często stawali po stronie cesarstwa, wdzierając się daleko w głąb kraju i prowokując najazdy odwetowe ze strony Polaków. W okresie rozbicia dzielnicowego przejściowo ustalili swoje zwierzchnictwo nad Śląskiem, Wielkopolską, Małopolską, a nawet Mazowszem. W r. 1300 Wacław II, który był już królem czeskim i księciem małopolskim, został ukoronowany na króla Polski i Gniezna. Rządził osobiście aż do swojej śmierci w pięć lat później. Jego syn, Wacław III, został zamordowany w czasie podróży do Polski, którą podjął, aby przejąć tron po zmarłym ojcu. Ten krótki okres supremacji czeskiej nie przyciąga większej uwagi polskich historyków. Jednak w oczach obserwatora z zewnątrz jest to jedna z nielicznych okazji zjednoczenia się w obliczu silniejszego wroga, jaką dzieje ofiarowały ludom Europy Środkowej. W każdym razie był to ostateczny impuls do podjęcia dzieła ponownego zjednoczenia królestwa polskiego za panowania Łokietka.
x
Pisze więc Davies, że słowiańscy bracia wtrącali się w prywatne sprawy każdego z nich. Ten okres był również, według niego, szansą na zjednoczenie. Czy wynikało to z kłótliwości jednych i drugich? Taka sugestia, nawet jeśli bardzo subtelna, zawarta jest w jego opisie relacji polsko-czeskich. Taki wniosek można by było wyciągnąć przy założeniu, że były to niepodległe państwa. W praktyce Czesi i Polacy, a raczej ich księstwa czy królestwa, były częścią Świętego Cesarstwa Rzymskiego, czyli I Rzeszy, a władcy Czech i Polski byli wasalami cesarza i papieża. Z tej racji realizowali ich politykę, której celem było niedopuszczenie do zjednoczenia się Słowian Zachodnich, bo gdyby tak się stało, to powstałoby państwo jednolite pod względem etnicznym, kulturowym i religijnym, czyli, mówiąc ogólnie, cywilizacyjnym. Trudno byłoby w nim o jakieś konflikty natury wyznaniowej czy innej. W tej strefie tak być nie mogło. Zamiast tego stworzono tu „państwo” wielokulturowe, wielowyznaniowe, zróżnicowane w sensie gospodarczym i cywilizacyjnym, czyli źródło wszelkich konfliktów. I tak to trwa do dziś. Wojna na Ukrainie i irracjonalne zaangażowanie się „Polski” w ten konflikt jest tego dowodem.
Starcie Słowian Zachodnich z cesarstwem niemieckim musiało skończyć się ich porażką. Cała Europa Zachodnia to obszar, który został podbity przez Rzym, a więc podlegał jego wpływom, czerpał z jego dorobku i doświadczenia. I to tę wiedzę i doświadczenie zachowały państwa, które powstały na terenie byłego imperium. Wprawdzie tylko niewielka część obszaru I Rzeszy znajdowała się w granicach Rzymu, ale to wystarczyło. W takiej sytuacji zetknięcie się I Rzeszy ze Słowianami Zachodnimi musiało doprowadzić do ich wasalizacji, bo ziemie, na których oni mieszkali nie wchodziły w skład Rzymu i nie mogli dorównać Niemcom pod żadnym względem. Ten podział trwa do dziś i wejście „Polski” do unii niczego nie zmieniło. A jej wyjście z unii również niczego nie zmieni, bo to też już było.
Tak więc w zależności o tego, jaki przyjmiemy punkt wyjścia, takie otrzymamy wyjaśnienie. Jeśli przyjmiemy, że Czechy i Polska były państwami niezależnymi, to zachowania ich władców wydają się co najmniej dziwne lub niezrozumiałe, a nawet nielogiczne. Jeśli natomiast założymy, że władcy Polski i Czech byli wasalami Świętego Cesarstwa Rzymskiego, a oba państwa były częścią I Rzeszy, to wszystko układa się w logiczną całość.
W tym roku w kwietniu, podobno 12-tego, przypadła okrągła tysięczna rocznica koronacji Bolesława Chrobrego, co uważane jest w powszechnej świadomości za symbol uniezależnienia się państwa polskiego od cesarza niemieckiego. Jednak w praktyce sytuacja była bardziej skomplikowana i ta niezależność Piastów była bardziej symboliczna niż faktyczna. Dobrze to wyjaśnia Norman Davies w książce Boże igrzysko Wydawnictwo ZNAK 1999. Wprawdzie nie nazywa on rzeczy po imieniu, bo cenzura nie dopuściłaby wtedy do druku tej pracy, ale z informacji przez niego podanych wyłania się stan odmienny od oficjalnej narracji. Pisze on:
Status monarchii nigdy nie był jasno określony. Choć praktycznie rzecz biorąc, Piastowie byli niewątpliwie panami we własnym domu, ich stosunki z władcą Świętego Cesarstwa Rzymskiego oraz władcami innych sąsiednich krajów były przedmiotem stałych modyfikacji i kompromisów. W dokumentach łacińskich z XI i XII w. w odniesieniu do Piastów używano najczęściej tytułu Dux. Tłumaczony na angielski jako Duke i na niemiecki jako Herzog, tytuł ten w nieokreślony sposób implikuje pewien sposób subordynacji wobec dostojnika wyższego rangą w hierarchii feudalnej. Niemieccy historycy interpretowali go zazwyczaj jako oznakę stosunku zwierzchności władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego wobec Piastów. W gruncie rzeczy może słuszniej byłoby interpretować go jako odpowiednik „wodza” czy „dowódcy”.
Gdy jednak na mocy testamentu Krzywoustego z 1138 r. królestwo zostało podzielone między jego synów, tytuł wybrany dla „księcia senioralnego”, który miał zatrzymać prowincję krakowską i sprawować zwierzchnictwo nad braćmi, nie brzmiał Dux, lecz Princeps. Tytuł Dux tłumaczy się na ogół na polski jako „książę”, dla rozróżnienia między pozycją nie koronowanego księcia a pozycją króla (rex), przy czym słowo”król” jest zniekształconym imieniem Karol i pochodzi od imienia Karola Wielkiego. Koronacja nie była jednakże niezawodną oznaką statusu panującego. Gdy podczas uroczystości w Gnieźnie w 1000 r. Otto III włożył swoją własną koronę na głowę Bolesława Chrobrego, wyniósł go w ten sposób do godności patriciusa, czyli „członka starszyzny rzymskiej” i ogłosił „bratem i pomocnikiem w Cesarstwie”. Niektórzy historycy widzą w tym akt łaski okazałej przez cesarza wasalowi; inni gest przyjaźni między równymi. Zgoda Ottona na formalną koronację Bolesława przez ćwierć wieku nie doczekała się realizacji z powodu nieprzejednanej postawy jego następcy, Henryka II. Stała się faktem, za sprawą cichej zgody papieża, w r. 1025 podczas bezkrólewia po śmierci Henryka.
Od tego czasu koronacja i uznanie władców polskich bynajmniej nie następowały automatycznie. Szereg następców Chrobrego uznawało nadrzędną władzę cesarza. W r. 1033 podczas zjazdu w Magdeburgu Mieszko II (990-1034) uznał zwierzchnictwo nowego cesarza niemieckiego Konrada II, czyniąc z Polski lenno cesarskie. Natomiast Kazimierz II Odnowiciel (1016-58), który odbudował państwo po buncie w 1037 r., nie był nigdy koronowany. Bolesław II Szczodry poszedł w ślady swego poprzednika i imiennika i, korzystając z kłopotów cesarza Henryka IV, koronował się na króla w 1076 r. Władysław Herman (1034-1102) nie był koronowany i uznał zwierzchnictwo cesarza. Jego starszy syn Zbigniew starał się pozyskać poparcie cesarza przeciwko swemu młodszemu bratu, Bolesławowi III Krzywoustemu. Ten ostatni zaś był łupieżczym wojownikiem i żadna ochrona nie była mu potrzebna. Nie zatroszczył się o to, aby się koronować, ale w 1135 r. drogą podbojów wymógł na cesarzu zwierzchność nad Pomorzem.
W okresie rozbicia dzielnicowego (1138-1320 – przyp. W.L.), który miał teraz nastąpić, niekończące się walki o tron krakowski uniemożliwiały koronacje królewskie. Od czasu do czasu – jak to miało miejsce w przypadku Bolesława Kędzierzawego (1120-73), księcia Mazowsza, który w r. 1157 złożył hołd cesarzowi Fryderykowi Barbarossie – odzywały się echa cesarskiego zwierzchnictwa. Po śmierci Henryka II Pobożnego (1191-1241) w bitwie pod Legnicą nastąpił ostateczny upadek koncepcji pryncypatu. Dopiero w 1320 r., kiedy Łokietek otrzymał zgodę papieża na wyniesienie do godności monarchy ponownie zjednoczonego królestwa, królestwo polskie, corona regni Poloniae, i tytuł królewski, rex Poloniae, rozpoczęły swą nieprzerwaną karierę.
Na przestrzeni pierwszych stuleci akty hołdu i koronacji stanowiły broń w ręku książąt walczących o umocnienie swej niepewnej władzy. Same w sobie nie były jednak dokładną miarą władzy politycznej. Słabi władcy mogli się do nich odwołać, szukając ochrony i wsparcia, władcy silni zaś używali ich jako oznak swego powodzenia i niezależności lub też jako broni dyplomatycznej. Równie dobrze jednak można je było bezkarnie ignorować. Zwłaszcza we wczesnym okresie władcy cesarstwa niemieckiego woleli naturalnie myśleć, że należy im się posłuszeństwo Piastów – czy to w roli przyjaciół, czy też sprzymierzeńców lub wasali; mieli zaś po temu kilka wyraźnych precedensów, na których mogli się opierać. Sami Piastowie natomiast woleli oczywiście uważać się za władców niepodległego królestwa, którego związki z cesarstwem miały wyłącznie przelotne znaczenie. Oni także mieli własne precedensy.
x
Z tego, co napisał Davies wynika, że Piastowie bardziej byli wasalami cesarza niemieckiego niż królami niezależnego państwa. A czy cichą zgodę papieża, jak on napisał, można uznać za akt o międzynarodowym znaczeniu? Problem z koronacją Bolesława Chrobrego dotyczy też jej daty. Wikipedia tak pisze:
„Trwa spór co do daty koronacji. Niektórzy historycy uważają, że Chrobry od 1000 roku starał się o papieską zgodę na koronację, potwierdzającą akt dokonany podczas zjazdu gnieźnieńskiego. Niezależne źródła proweniencji niemieckiej jednoznacznie potwierdzają, że Bolesław, korzystając z krótkiego bezkrólewia w Niemczech po śmierci Henryka II, kazał się koronować w 1025 roku (dokładna data ani miejsce nie jest znane). Inni uważają (Johannes Fried) iż w 1025 dokonano tylko odnowienia koronacji z roku 1000 (tzw. srebrna, koronacje wielokrotne są spotykane w tym czasie). Przeciwko temu poglądowi protestuje Jerzy Wyrozumski, który zaznacza, że w świetle tekstu z epitafium władcy, jak również według późniejszej polskiej tradycji, symboliczny akt włożenia diademu cesarskiego na głowę polskiego władcy przez Ottona III w 1000 roku nie był przez współczesnych uznawany za jakikolwiek ekwiwalent koronacji. Nie wyklucza to wspomnianego wcześniej faktu, że polski książę starał się uzyskać koronę wkrótce po zjeździe, niemniej starania te zakończyły się niepowodzeniem ze względu na śmierć przychylnych Bolesławowi cesarza Ottona III i papieża Sylwestra II. Istnieją również podania, że korona pierwotnie przeznaczona dla polskiego władcy trafiła ostatecznie na Węgry, gdzie spoczęła na skroniach tamtejszego władcy Stefana.”
Wygląda więc na to, że tej koronacji nie było, bo skoro papież dał ciche przyzwolenie, czyli nieoficjalne, to oficjalnie nie powstało żadne królestwo. Żeby to wszystko zrozumieć, to trzeba sobie uświadomić, czym było Święte Cesarstwo Rzymskie.
Mapa Świętego Cesarstwa Rzymskiego około 1000 r. z Niemcami, Włochami, Czechami i Burgundią; źródło: Wikipedia. Ta mapa wyjaśnia też, dlaczego Włochy dzielą się na bogatą północ i biedne południe.
I Rzesza, prawie 1000-letnia, była zlepkiem księstw i księstewek. Miała ona w miarę stabilne granice na zachodzie, północy i południu. Natomiast na wschodzie te granice były płynne, dynamiczne. Tu księstwa rywalizowały ze sobą o ziemię i ludność zamieszkującą sporny teren. Często zapewne w tych kłótniach rozjemcami byli cesarz i papież. I tak zapewne trzeba patrzeć na wojny Piastów z władcami innych księstw w ramach I Rzeszy, a nie jak na wojny polsko-niemieckie. Na powyższej mapie ziemie polskie oznaczone są jako królestwo, co jest nieprawdą, bo to mapa z około 1000 roku. Nie jest też żadną tajemnicą, że za Piastów osadnictwo niemieckie było bardzo intensywne, mieszczaństwo było praktycznie niemieckie, a miasta zakładano na prawie magdeburskim. Ustrój tych ziem pewnie był zbliżony do tego w Cesarstwie, a wiec zrównoważone stany, w miarę rozwinięte mieszczaństwo i zasobny skarb oraz silna władza centralna. W praktyce można powiedzieć, że ziemie polskie były częścią Świętego Cesarstwa Rzymskiego, czyli I Rzeszy, a Piastowie byli wasalami cesarza. No bo czy w innych warunkach możliwy by był tak intensywny napływ ludności niemieckiej na ziemie polskie? Kraków w pewnym okresie był miastem bardziej niemieckim niż polskim.
x
Konsekwencje podziału Imperium Rzymskiego na część zachodnią i wschodnią trwają do dziś. Początkowo chrześcijaństwo szerzyło się w Europie zachodniej. Stąd nastąpiła jego ekspansja na tereny Europy środkowej. Podobny proces rozwijał się od części wschodniej, czyli od Bizancjum. Zderzenie tych dwóch prądów miało miejsce na ziemiach polskich.
Podział imperium rzymskiego po śmierci Teodozjusza I w 395 roku; źródło: Wikipedia.
Za panowania Włodzimierza Wielkiego (960-1015) dochodzi do chrztu Rusi w 988 roku. Jego następcą był Jarosław Mądry (978-1054). W roku śmierci Jarosława, czyli w 1054, dochodzi do wielkiej schizmy wschodniej, czyli podziału na chrześcijaństwo zachodnie i wschodnie. I w tym samym roku Ruś wchodzi w okres rozbicia dzielnicowego.
W 1169 roku Andrzej Bogolubski, książę włodzimierski, oddziela na Rusi rolę wielkiego księcia od miejsca rezydowania. Od tej pory w Kijowie zasiadali książęta pozostający najczęściej w stosunku lennym do książąt ruskich, a następnie obcych. Przerwanie szlaków handlowych północ-południe – co było wynikiem utworzenia Cesarstwa Łacińskiego (1204-1261) w wyniku czwartej wyprawy krzyżowej (1202-1204) i utworzenie szlaków handlowych wschód-zachód – osłabiło Ruś Kijowską. W 1240 roku, na skutek najazdu mongolskiego, większość księstw ruskich utraciła niezależność polityczną na rzecz Złotej Ordy. Tatarzy nie przejęli bezpośrednio rządów w podległych księstwach, wybierali kandydata do tronu we Włodzimierzu, który z kolei pełnił funkcję zwierzchnią nad pozostałymi księstwami.
Księstwa Rusi Kijowskiej po śmierci Jarosława Mądrego w 1054 roku; źródło: Wikipedia.
Zanim jednak doszło do rozbicia dzielnicowego Rusi Kijowskiej, to było to potężne księstwo. O wyprawach Piastów na Ruś Wikipedia tak pisze:
Do schyłku X wieku państwa polskie i ruskie rozwijały swoje terytoria oddzielnie, nie stykając się ze sobą. Do Mieszka I należały Grody Czerwieńskie (późniejsza Ruś Czerwona lub jej zachodnia część), które siłą zagarnął w 981 roku książę kijowski Włodzimierz, czym zapoczątkował polsko-ruską rywalizację o te ziemie. W roku 1018 Bolesław Chrobry w wyniku udanej wyprawy kijowskiej, nie tylko odzyskał dla Polski Grody Czerwieńskie, ale też zdobył stolicę Rusi. Wysyłane przez niego z Kijowa listy do obu cesarzy oraz bite monety z napisami cyrylicą wskazują, że w chwili koronacji w 1025 roku Bolesław Chrobry i jego syn Mieszko II mogli czuć się pretendentami do zwierzchnictwa nad Rusią Kijowską. Na pewno też w skład Korony Chrobrego wchodziły ziemie Rusi Czerwieńskiej.
Kolejni Piastowie (Bolesław Śmiały, Kazimierz Sprawiedliwy, Leszek Biały) jeszcze kilkakrotnie interweniowali w sprawy Rusi, osadzając na tronie w Kijowie i Haliczu podległych im książąt. Poza tym poprzez żony niektórych Piastów istniały relacje dynastyczne z Rurykowiczami.
W czasie rozbicia dzielnicowego, gdy większa część ziem ruskich pozostawała w zależności od Złotej Ordy, nastąpił upadek Rusi Kijowskiej. Według tradycyjnej historiografii rosyjskiej, czołową rolę na Rusi przejęło wówczas prowincjonalne księstwo włodziemiersko-suzdalskie (później moskiewskie), a czynnik religijny (przeniesienie patriarchatu) dał początek ideologii Trzeciego Rzymu i ekspansji Moskwy na całą Ruś pod pretekstem zbierania ziem ruskich. Jak jednak wykazał ukraiński historyk Mychajło Hruszewski, bezpośrednią legalną kontynuację politycznej władzy książąt kijowskich posiadali wówczas książęta halicko-włodzimierscy, którym faktycznie podlegał Kijów i którzy wciąż uznawali się za panów Rusi. W roku 1253 Daniel Halicki został nawet koronowany na króla Rusi i jego państwo nosiło nazwę Królestwa Rusi.
x
A zatem Bolesław Chrobry, który w 1018 roku zdobył Kijów, działał, podobnie jak późniejsi Piastowie, jako wasal cesarza i papieża, bo i faktycznie takim był. Celem tych wszystkich wypraw było przeciągniecie Rusi na stronę Świętego Cesarstwa Rzymskiego kosztem Bizancjum, a narzędziem do jego realizacji byli Piastowie. To działo się jeszcze przed schizmą w 1054 roku.
Po rozbiciu dzielnicowym Rusi Kijowskiej nie następuje ponowne zjednoczenie. Utrwala się podział na księstwa, z części których powstało Księstwo Moskiewskie i te, które weszły w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego. Zatem ani Moskwa, ani WKL nie były królestwami. To też zapewne stanowiło jakiś argument czy usprawiedliwienie do późniejszych prób podporządkowania sobie takiego księstwa. Powstaje małe Królestwo Polskie złożone z Wielkopolski i Małopolski. To Królestwo Łokietka. Jego syn, Kazimierz Wielki, dorzuca do tego Ruś Halicką. I nadal to niewielkie obszarowo Królestwo łączy się z rozległym WKL. I w ten sposób ten nowy twór staje się formalnie Królestwem. Jagiełło, wielki książę litewski, zostaje królem Polski.
„Pod koniec XV wieku zaczęła się też kształtować ideologia suwerenności Korony i dążenie do zrzucenia zwierzchnictwa cesarstwa i papiestwa. W roku 1555 sejm piotrkowski zrzucił zależność od papieży (od zjazdu w Sulejowie w roku 1318 papieże byli suwerenami Królestwa Polskiego). Za czasów ostatnich Jagiellonów przyjęto również zasadę suwerenności królów Polski od cesarzy, czego symbolem było zamknięcie korony Chrobrego złotymi kabłąkami i globem z krzyżem.” – Wikipedia. Jak to się stało, że przez tyle czasu cesarze i papieże nie zgadzali się na suwerenność swoich wschodnich prowincji, aż w końcu ulegli. Jakież tu siły zadziałały?
A więc następuje zmiana suwerena. Ziemie polskie wydostają się spod cesarskiej i papieskiej dominacji (wyjście z unii europejskiej) i stają się dodatkiem do WKL (wejście w strefę wpływów Bizancjum). Ich wyższy stopień rozwoju gospodarczego (wcześniej część I Rzeszy) i przewaga cywilizacyjna służyć będą od tej chwili interesom „Królestwa Rusi”, co oznaczało zapoczątkowanie permanentnego konfliktu z Moskwą, a później z Rosją. Czy to nie przypomina obecnej sytuacji? – Wszystko dla Ukrainy.
Wychodzi więc na to, że na ziemiach polskich nigdy nie było suwerennego państwa polskiego i obecnie też go nie ma. Jest to strefa zgniotu, w której ścierają się ze sobą ideologie wschodniej i zachodniej części byłego imperium. Zmieniają się tylko nazwy. Raz była to Rzeczpospolita Obojga Narodów, raz Napoleon, Hitler czy Stany Zjednoczone; z drugiej strony Wielkie Księstwo Moskiewskie, Cesarstwo Rosyjskie, Związek Radziecki, Rosja – to wszystko to Bizancjum. To dalej konflikt Rzym – Bizancjum. Czy prawdziwy, czy wykreowany? To już inna para kaloszy. Obecna wojna na Ukrainie to tylko kontynuacja tego zderzenia, zapoczątkowanego przez Stany Zjednoczone, a kończyć je pewnie będzie Europa. Po drugiej stronie Bizancjum – niezmienne i ortodoksyjne, jak niezmienne i ortodoksyjne jest prawosławie, które samo w sobie jest zagadkowe. O tym pisałem w blogu Arianie.
x
Aktualizacja z dnia 31 maja 2025
We wprowadzeniu do książki Dzieje Bizancjum Georg Ostrogorski PWN 1968, natrafiłem na taką uwagę:
“A.F. Grabski starał się odtworzyć stosunki Polski z Bizancjum w XI wieku. Opierając się na źródłach bizantyjskich, rozpatrując politykę Bazylego II w stosunku do Rusi Kijowskiej, konflikty między Bizancjum a państwem niemieckim na terenie Italii południowej i stanowisko, jakie w tych zagadnieniach zajmował Bolesław Chrobry, wówczas sojusznik cesarza niemieckiego.
Zdaniem autora Bolesław, po zajęciu w 1018 r. Kijowa, wysłał do Bazylego II poselstwo ofiarując mu przyjaźń, ale grożąc jednocześnie, iż odwoła posiłkowe oddziały ruskie znajdujące się w armii bizantyjskiej, o ile Bazyli nie wycofa się z Italii południowej.”
Sojusznik cesarza niemieckiego – tak to ładnie wyrażono w tym wprowadzeniu, ale jaki interes i korzyść miałby Chrobry, jako władca Polski, z wycofania się Bazylego z południowej Italii? Był wasalem cesarza niemieckiego i wykonywał jego rozkazy? Bo czy w innym wypadku taki prowincjonalny książę mógł grozić władcy Bizancjum?
W piątek 11 kwietnia wysłuchałem komentarza Macieja Maciaka na jego kanale Musisz to wiedzieć. Już od dłuższego czasu nie zaglądałem tam, ale ponieważ nie znalazłem niczego ciekawego, to, jak mówią, na bezrybiu i rak ryba. Maciak komentował wypowiedź Brauna, który okazał się być zwolennikiem obowiązkowej służby wojskowej. Powiedział on też, że Braun jest austriackim Żydem i że ukraiński nacjonalizm wywodzi się z Galicji, że to Austriacy go stworzyli. Na taką zbitkę słowną, Galicja plus Austriacy, mój procesor zaczął iskrzyć, pojawił się ogień i kłęby dymu. Gdy one opały, wyłonił się napis rzeź galicyjska.
Mam na swojej stronie parę blogów, które mnie uwierają, zamieściłem je w poczuciu niedosytu, że tak naprawdę niczego nie wyjaśniłem. Jednym z nich jest blog Rzeź galicyjska. Nie dotarłem wtedy do faktów, które zmieniłyby mój punkt widzenia i interpretacji tej rzezi. W związku z tym starałem się znaleźć jakieś uzasadnienie dla niej i usprawiedliwić chłopów, którzy mieli tak brutalnie rozprawić się ze szlachtą. Zamieściłem więc obszerny cytat z Rozdroża Marii Dąbrowskiej, która opisywała trudne położenie chłopów od czasu I RP, w której stali się niewolnikami. I tak ich usprawiedliwiałem:
„Rzeź galicyjska nie wzięła się znikąd. Gdyby relacje chłopsko-szlacheckie wyglądały inaczej, Austriacy i Żydzi nie byliby w stanie sprowokować chłopów. To, że doszło do tak drastycznych wydarzeń, oznaczało tylko to, że chłopi byli ludźmi, którzy czuli i cierpieli z racji swego poniżenia. Taka jest ludzka natura: niezgłębiona, tajemnicza, wybuchowa, a nade wszystko nieobliczalna. Szlachta miała wszelkie instrumenty ku temu, by poniżać chłopa: czasem biła go, czasem linczowała, czasem zabijała, ale najczęściej zmuszała go do niewolniczej pracy, wyzyskując wszelkie jego siły witalne. Chłop nie mógł odpowiedzieć tym samym. Nie mógł rozłożyć w czasie swojej zemsty w taki sposób, jak to czyniła szlachta. Gdy więc nadarzyła się okazja, emocje wzięły górę.”
Sam nie bardzo wierzyłem w to, co wtedy napisałem, ale to było ponad 4 lata temu, a więc niewiele ponad rok od założenia bloga i wyszło tak, jak wyszło. Dziś, dzięki Maciakowi, coś zaiskrzyło i wróciłem do tematu. Wikipedia pisze:
Rabacja galicyjska rozpoczęła się 19 lutego, choć do pierwszych napadów na dwory doszło już 18 lutego. Zbrojne gromady chłopów zrabowały i zniszczyły w ciągu kilku dni w drugiej połowie lutego 1846 roku ponad 500 dworów w cyrkułach: tarnowskim (tu zagładzie uległo ponad 90% dworów), bocheńskim, sądeckim, wielickim, jasielskim. Chłopi oblegali również miasta, np. Limanową i Grybów. Zamordowano, często w bardzo okrutny sposób (stąd określanie tych wydarzeń terminem rzeź) od ponad 1200 do 3000 osób, niemal wyłącznie ziemian, urzędników dworskich i rządowych. Bandy atakowały także mniejsze oddziały powstańcze zmierzające do Krakowa. W okolicach Jasła buntowi chłopskiemu przeciwko właścicielom rodzinnej wsi Smarzowy – Boguszom, przewodził Jakub Szela, który wkrótce miał objąć kontrolę nad większym terytorium. Szereg posiadłości pomiędzy Bogoniowicami a Grybowem rozgrabiły oddziały Antoniego Korygi. Jak ustalił i podkreślał prof. Stefan Kieniewicz, mimo skali wydarzeń, ani jeden Żyd nie padł ofiarą [powstańców]. Nie atakowano również Niemców. Nieliczną część ofiar stanowili księża, którzy choć nie cieszyli się posłuchem ze strony chłopstwa, to byli potrzebni jednak dla utrzymania kultu kościelnego.
Rzeź galicyjska, Jan Nepomucen Lewicki; źródło: Wikipedia. Jak widać, za każdą ściętą głowę Austriacy płacili tym, którzy im ją dostarczyli.
Gdy powstanie krakowskie zostało stłumione i chłopi przestali być potrzebni Austriakom, wojsko przywróciło spokój. Jakub Szela został internowany, a następnie przesiedlony na Bukowinę. Bardzo szybko w Galicji zapanował spokój, jednak długo jeszcze pamiętano o rabacji galicyjskiej, która swoim zasięgiem objęła przede wszystkim Tarnowskie, Sanockie, Nowosądeckie i część Jasielskiego. Krwawe wystąpienia chłopskie miały miejsce przede wszystkim na tym obszarze, gdzie rozwinął się masowy ruch trzeźwości, propagowany przez Kościół katolicki, który w ciągu roku przyniósł spadek spożycia alkoholu do kilku procent wielkości wcześniejszej. Prawdopodobnie brak możliwości utopienia chłopskich krzywd w alkoholu stał się przyczyną nasilenia drastyczności buntu.
x
Z tej informacji wynika, że największe nasilenie rzezi przypadło na okolice Tarnowa, a więc zamieszkałe w większości, jak sądzę, przez ludność polską. Do takiego, a nie innego zachowania chłopów miało dojść również na skutek braku alkoholu. Szelę, gdy wykonał swoje zadanie, przeniesiono na Bukowinę. A o samym Szeli Wikipedia tak m.in. pisze:
Jakub w „młodym wieku” miał rzekomo spalić ojcowską chałupę, co zarzucano mu w 1846 r., jednak do tej pory nie znalazło to potwierdzenia w źródłach. Podobnie nie wiadomo, czy był w wojsku. Prawdopodobnie w 1805 r. został zamustrowany do wojska, do 35 pułku piechoty. Kilka miesięcy potem w bitwie pod Ulm (8–15 października 1805) trafił do niewoli, skąd po wypuszczeniu (lub ucieczce) wrócił do domu. Tam odciął sobie siekierą palce mały i serdeczny, zaś środkowy trwale uszkodził, wszystkie w lewej dłoni. Okaleczenie to uwolniło go od służby wojskowej. Ojciec Jakuba, który zmarł w 1807 r., najprawdopodobniej wydziedziczył go (być może po spaleniu domu), przekazując schedę jego żyjącemu bratu Kazimierzowi, który dzięki temu stał się najbogatszym chłopem (kmieciem) we wsi, dysponując ponad 32 morgami ziemi (ponad 18 ha).
Mimo że Jakub Szela nie umiał czytać ani pisać, w imieniu gminy Smarzowa, jako jej reprezentant (deputowany, plenipotent), wraz ze Stanisławem (zwanym Wojciechem) Białasem prowadził spór z rodziną dziedziców – Boguszami. Język niemiecki Szela znał w niewielkim stopniu, korzystając z usług tzw. pokątnych adwokatów i pisarzy (Winkeladvokat, Winkelschreiber). Jako reprezentant chłopów Szela bywał upokarzany, więziony i bity. Po uwięzieniu w kajdanach w końcu grudnia 1832 r. został zaprowadzony na nabożeństwo do kościoła. Stanie na mrozie przed świątynią zakończyło się groźnymi odmrożeniami. To spowodowało, że zaczął myśleć o zemście. Jakub Szela, stawiając opór dziedzicowi, z jednej strony jako deputowany wsi Smarzowy podtrzymywał w jej imieniu tradycję sporu wsi z dziedzicami o niwę (działka, grunt – przyp. W.L.) Kopaliny, datowanego co najmniej od 1781 roku, przy czym rozgałęziony w Smarzowej i okolicy ród Szelów jako taki był stratny na podziale Kopalin przed laty. Ziarno niezgody zasiane było więc już w poprzednim pokoleniu, problem nierozwiązany jednakże narastał, aby w lutym 1846 roku znaleźć krwawy finał.
W 1846 Szela przewodził w okolicach Jasła buntowi chłopskiemu przeciwko właścicielom rodzinnej wsi Smarzowej – Boguszom. Rychło zapanował nad większym terytorium, obejmując swoim zasięgiem ponad 100 wsi. Agresja chłopów skierowana była przeciwko panom, właścicielom majątków ziemskich, i związanym z nimi urzędnikom (zwanych m.in. „ciarachami”, „surdutowymi” czy pogardliwie „panami-Polakami”), a sporadycznie też przeciw księżom. Ich furia uderzyła we wszystkich niebędących chłopami – oszczędzili jedynie urzędników cesarskich, Żydów i Niemców. Krwawe wystąpienia chłopów trwały dwa dni, ale do sporadycznych ekscesów dochodziło jeszcze przez wiele tygodni.
x
Z tych informacji wynika, że Szela mógł być chory psychicznie lub mógł być austriackim agentem lub jednym i drugim. Sama rabacja trwała dwa dni i w tym czasie spalono 500 dworów i wyrżnięto od 1200 do 3000 ludzi. Wygląda więc na to, że akcja była doskonale zorganizowana i że taką operację mogły przeprowadzić zdyscyplinowane i wyszkolone oddziały. Sam Szela, z kolei, był może bardziej wyszkolonym żołnierzem niż chłopem. I jeszcze to przeniesienie na Bukowinę, tak jak przywódców powstania warszawskiego ewakuowano do Anglii i Kanady.
Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) pisze:
Szela Jakub, ur. 15 VII 1787 w Smarzowej (pow. jasielski), zm. 1866 w Sołce (Bukowina), przywódca chłopski w powstaniu 1846 w Galicji, syn zagrodnika, z zawodu cieśla; był wieloletnim pełnomocnikiem wsi w procesie z dziedzicem Boguszem o odszkodowanie za nieprawny zabór gruntów i przeciążanie pańszczyzną; składał skargi w gubernium, znosił areszty i chłosty za stawianie oporu wobec dworu. Podczas powstania chłopskiego 1846 w Galicji stanął (20 II) na czele okolicznych chłopów i rozgromił kilkanaście dworów na pograniczu Tarnowskiego i Jasielskiego (m.in. zabijając rodzinę Boguszów); starał się zorganizować walkę w skali ogólnokrajowej; wysuwał hasło odmowy pańszczyzny na folwarkach; 1 kwietnia wystąpił do gubernatora z memoriałem w imieniu 50 wsi o obniżenie pańszczyzny do jednego dnia rocznie z morgi i o zamianę reszty na czynsz; po przeprowadzeniu pacyfikacji wsi przez wojsko austr. internowany 20 IV 1846 w Tarnowie, w lutym 1848 przesiedlony na Bukowinę.
Z kolei Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga (1929-1938) pisze:
Szela Jakób, przywódca chłopów z czasów rzezi galicyjskiej 1846 (zm. 1866), za namową starosty Breindla stanął na czele urlopników, z którymi zaczął pamiętną rzeź galicyjską w powiatach bocheńskim, rzeszowskim i tarnowskim. W ten sposób rząd austriacki sparaliżował wybuch zamierzonego powstania, gdyż chłopi z zaciekłością mordowali szlachtę, dwory jej zaś grabili i palili. Po pacyfikacji kraju rząd austriacki ofiarował S. osadę w Glitt na Bukowinie, lecz i tu spotkał się z pogardą sąsiadów, którzy go unikali. Umarł w obłąkaniu.
x
Ten wspomniany powyżej starosta to nie Breindl tylko Breinl, zapewne literówka. To był Joseph Breinl von Wallerstern. Tę narrację w Wikipedii, powtarzającą się w innych źródłach, można ująć w następujących punktach:
rabacja trwała w praktyce dwa dni
zniszczono 500 dworów i zabito 1200-3000 osób
chłopi mieli pomóc Austriakom w stłumieniu powstania krakowskiego
w tarnowskim zniszczono 90% dworów, ponadto niszczono i mordowano w cyrkułach bocheńskim, wielickim, sądeckim i jasielskim
najbardziej krwawe wystąpienia były tam, gdzie rozwinął się ruch trzeźwości
Szela nie umiał pisać i czytać
Szela prowadził długotrwały spór z rodziną dziedziców – Boguszami i w związku z tym był więziony, bity i upokarzany
za głównego podżegacza, zachęcającego chłopów do mordów, uważany jest starosta tarnowski Breinl
W sumie nie ma w tym żadnej logiki. Jeśli chłopi byli potrzebni Austriakom do zwalczania powstania krakowskiego, to dlaczego całą akcje przeprowadzono poza terenem objętym tym powstaniem. Jedynie Bochnia i Wieliczka znajdowały się na granicy terenów objętych powstaniem i rabacją.
Obszar Galicji objęty powstaniem chłopskim (czerwony) w odniesieniu do powstania krakowskiego (niebieski); źródło: Wikipedia.
Największych zniszczeń i zapewne mordów dokonano w cyrkule tarnowskim, a więc daleko poza terenem objętym powstaniem krakowskim. Jeśli rodzina Boguszów tak dokuczyła Szeli, to dlaczego mordowano tych, którzy nie mieli z tym nic wspólnego?
Po pacyfikacji kraju rząd austriacki ofiarował S. osadę w Glitt na Bukowinie, lecz i tu spotkał się z pogardą sąsiadów, którzy go unikali. Umarł w obłąkaniu.
…lecz i tu spotkał się z pogardą sąsiadów… – to sugeruje, że i w stronach rodzinnych towarzyszyła mu ta pogarda. A skoro tak, to czy możliwe byłoby, by chłopi poszli z nim mordować szlachtę? Raczej niemożliwe. Jednak kluczem do wyjaśnienia tej zagadki galicyjskiej jest słowo urlopnicy.
…za namową starosty Breindla stanął na czele urlopników, z którymi zaczął pamiętną rzeź galicyjską w powiatach bocheńskim, rzeszowskim i tarnowskim.
Słownik Języka Polskiego PWN: urlopnik, przestarzałe, żołnierz korzystający urlopu. Jak śpiewał Andrzej Rosiewicz w przeboju Chłopcy radarowcy:
To się wtedy okazało, Że to nie są milicjanci, Że to byli przebierańcy.
A więc to nie byli chłopi, tylko urlopnicy, czyli żołnierze, którzy dostali urlop na wykonanie pewnego zadania. Wojsko to wojsko, a rozkaz, to rozkaz. I zapewne chętnych nie brakowało, bo można było dobrze zarobić. Z jakiego wojska byli ci żołnierze? – Z austriackiego. Czy mogli to być ci, którzy pochodzili z terenów objętych rabacją? Mordowaliby szlachtę z terenów, z których pochodzili? Wojsko desantowe – bo skoro główna akcja trwała dwa dni, to był to desant – musiało pochodzić z Galicji Wschodniej. Wojsko ewakuowało się, a jedynego świadka przeniesiono na Bukowinę. Wobec tego Wyspiański mógł napisać w Weselu: Myśmy wszystko zapomnieli… Mego dziadka piłą rżnęli.
Szela był na analfabetą i miał doświadczenie szeregowego żołnierza. Nie mógł więc dowodzić tak skomplikowaną operacją wojskową, jaką była rabacja. Był słupem. Nie ulega wątpliwości, że ścisłe i nieformalne dowództwo musiało być austriackie. Rzeź galicyjska była operacją wojskową, podobnie jak była nią rzeź wołyńska. UPA powstała ze zmilitaryzowanych, uzbrojonych i wyszkolonych przez Piłsudskiego oddziałów na Wołyniu w okresie tak zwanego eksperymentu wołyńskiego z lat 1928-38. Oczywiście nie można wykluczyć, że jakaś niewielka ilość chłopów mogła wziąć udział w tej rzezi, ale sami chłopi nie byliby w stanie zorganizować się. Jeśli ktoś w to wierzy, to jest naiwny.
Mamy więc tu do czynienia z wielką mistyfikacją. Rzeź galicyjska została utrwalona w świadomości potomnych jako mord, którego dokonali chłopi na szlachcie. I byli to chłopi polscy, bo przecież rzecz działa się w Galicji zachodniej, a więc na terenach, gdzie dominowała ludność polska. Jaki więc był cel tej mistyfikacji? To był czas, gdy po rzeziach na Ukrainie pozostało tylko wspomnienie. Jej wschodnia część znalazła się w Rosji, a zachodnia – w Austrii. Czy ktoś wybiegał bardzo daleko w przyszłość i uwzględniał możliwość powstania wspólnego państwa polsko-ukraińskiego? Po części takim państwem była II RP, a po powojennych przesiedleniach również PRL i III RP. Obecnie wizja wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, już oficjalnie, staje się coraz bardziej realna. Czy rzeź galicyjska ma być za jakiś czas wykorzystana jako kontrargument przeciwko tym, którzy uważają, że Ukraińcy i Polacy mają niewiele ze sobą wspólnego?
Jakoś tak dziwnie się dzieje, że obecnie do zaostrzania sytuacji wewnętrznej w Rzeczypospolitej Ukraińskiej wykorzystuje się rzeź wołyńską, a Ukraińcy nie kwapią się z kontrargumentem w postaci rzezi galicyjskiej. Czy ten argument czeka na swój czas, gdy po burzliwym okresie przyjdzie czas na „pojednanie”? – My wprawdzie odpowiadamy za rzeź wołyńską, ale i wy macie swoje grzechy i niczym się od nas nie różnicie. A może nie do pojednania, a jeszcze większego zaognienia relacji polsko-ukraińskich, które bardziej są relacjami ukraińsko-ukraińskimi? Za jakiś czas przekonamy się, czy tak będzie.
Wybory prezydenckie, czyli wybór pawiana nr 1, coraz bliżej. Zarejestrowano już chyba dwunastu pawianów, a jeśli Państwowa Komisja Wyborcza zatwierdzi pozostałych, to będzie ich siedemnastu. Dotychczas zatwierdziła 15-tu. To znacznie więcej niż w poprzednich wyborach. Wtedy było ich dziesięciu, jedenastu. W związku z tym Tomasz Piekielnik na swoim kanale zastanawia się nad tym, czy to możliwe, by kandydaci bez zaplecza partyjnego mogli zebrać wymaganą liczbę 100 tys. podpisów. Poniżej zapis jego wypowiedzi na ten temat, który poruszył w końcowej części swego komentarza.
Niektórzy kandydaci, bo jest ich co najmniej jeden, zebrali podpisy w liczbie 100 tys., czy ponad 100 tys., powiedzmy 250 tys., bez struktur, bez nawet, co potwierdzają internauci, zbliżonej z tą liczbą liczby wizyt na swojej stronie internetowej, na której można było pobrać dokument do podpisów wyborczych, rejestrować się i tak dalej. I prezydent Komorowski wyjaśnia, jak to się dzieje – kandydaci na prezydenta kupili podpisy? Komorowski mówi (polsatnews.pl):
– Mogę się zakładać, że absolutna większość osób, które kandydują, a nie mają zaplecza politycznego, po prostu kupiła te głosy od wyspecjalizowanych firm – uznał Komorowski, odnosząc się do rekordowej liczby osób deklarujących zebranie 100 tys. podpisów, by móc startować w wyborach głowy państwa. Z kolei Leszek Miller ocenił, że prezydenta powinno wybierać Zgromadzenie Narodowe.
Stwierdzenie faktu przez pana Bronisława Komorowskiego, należy tak ocenić te słowa, niż uznać za tezę, choć pan Komorowski mówi, że może się o to założyć, to pamiętajmy, że kandydował w wyborach prezydenckich, był czołowym politykiem Platformy Obywatelskiej, zatem zapewne do jego uszu dochodziły konkretne informacje, sygnały, wiadomości i fakty dotyczące tego, jak zbiera się podpisy w trakcie wyborów prezydenckich. Komorowski dalej mówi:
– Mam swoją opinię w tej kwestii. Uważam, że przestał działać próg, który wprowadzono do ustawy, żeby nie było ogromnej ilości „planktonu politycznego” w prezydenckiej kampanii wyborczej. To było tych 100 tys. podpisów.
Jeszcze raz twierdzę, w mojej opinii, były prezydent stwierdza pewien fakt. Zadajmy sobie pytanie: jak ktoś bez zaplecza politycznego, deklarujący wykonywanie, powiedzmy sobie szczerze takiej, a nie innej aktywności zawodowej, etatowo, nazwijmy to dydaktycznej – lub inni kandydaci jeszcze jakąś inną dziwną działalność deklarują, że wykonują – nazwijmy to redaktorsko-nijaką. Jeżeli oni zebrali po 100 tys. podpisów, a jeden 250 tys., to w opinii, wyrażonej przez prezydenta Komorowskiego, musieli kupić podpisy. Tylko pytanie za czyje, skoro najprawdopodobniej nie za swoje. Kto za tym się kryje? Kto za tym stoi? Czy oni sami to wiedzą, czy może nawet nie wiedzą i nie chcą wiedzieć? Może podejrzewają, a nie wnikają. Może cieszą się, że jakaś fala podpływa, to na niej zabiorą się gdzieś dalej. Kto wie jak jest naprawdę? Ale nie ulega wątpliwości, że trafnie, w mojej opinii, w wywiadzie na kanale w pewnej debacie pan Grzegorz Braun, konkretnie na kanale pani Moniki Jaruzelskiej, w pewnej debacie powiedział wprost do swojego adwersarza: pan chyba nawet nie wie, kto za tym stoi, za zebraniem tych podpisów. Bo to jest fizycznie niemożliwe, żeby zebrać bez zaplecza politycznego, bez ludzi, bez struktur tak gigantyczną ilość podpisów.
Wyobraźcie sobie Państwo, ile to jest ludzi – 250 tysięcy czy nawet 100 tysięcy ludzi. Tu nie chodzi o to, że ktoś może mieć tego typu obserwatorów. Na tym kanale, gdzie z ogromną przyjemnością goszczę Państwa, niebawem dobijemy do 200 tys. subskrypcji. Ale w mojej opinii, jeśli wyraziłbym tego typu prośbę zbierania podpisów, to okazałoby się, że niewielki ułamek tej liczby, to byłyby podpisy faktycznie zebrane. Bo czym innym jest kogoś oglądać, a czym innym jest wydrukować dokument, podpisać, porozmawiać z rodziną, ze znajomymi, żeby może też podpisali, wybrać się na pocztę i wysłać czy zanieść osobiście. I nazwijmy to tzw. „konwersja” w tym przypadku wyniosłaby może 10 może 20%, ale gwarantuję Państwu, że moje szacunki są dość optymistyczne, nawet gdyby to wszystko rozlało się jakoś lawinowo. Zatem pytanie, jak uzbierano te podpisy w przypadku niektórych osób, co uważa na ten temat pan prezydent Komorowski, ja mogę tylko powiedzieć: cóż, nie da się temu, co mówił prezydent Komorowski czy dostrzegł pan Grzegorz Braun, logicznie zaprzeczyć. Ale Państwu pozostawiam własną ocenę, możecie Państwo uważać, jak tylko sobie Państwo życzycie.
x
Nazywam tych ludzi pawianami, choć wiem, że obrażam pawiany. Za dużo już w swoim życiu widziałem, by tzw. polityków traktować poważnie. Widziałem budowę „drugiej Polski”. Wtedy w radiowej Trójce była satyryczna audycja „60 minut na godzinę”, a w niej „Dyrekcja cyrku w budowie”, bo to był cyrk. Jak można było zaciągać kredyty w dewizach i musieć je później spłacać w tych dewizach, skoro złoty nie był wymienialny na nie? Plan był taki, że te dewizy uzyska się że sprzedaży towarów wyprodukowanych w fabrykach wybudowanych za kredyty dewizowe. Problem jednak polegał na tym, że Zachód dał kredyty, ale nie udostępnił swojego rynku zbytu dla tych towarów. To musiało skończyć się katastrofą i tak się skończyło. I to był właśnie ten cyrk w budowie.
Później przyszła kolej na budowę „drugiej Japonii” i, co naturalne, nic z tego nie wyszło. Jedyne, co się udało, to Matka Boska w klapie marynarki. Do trzech razy sztuka, chciałoby się powiedzieć. Może tym razem się uda? „Drugą Irlandię” budował człowiek, który zawsze stał habacht (na baczność), gdy rozmawiał ze swoimi niemieckimi przełożonymi. I tym razem nic z tego nie wyszło. Kolejny projekt jest już realizowany bez rozgłosu i nikt nie chce go firmować. Dlaczego? Czyżby uważali, że budowa „drugiej Ukrainy” to obciach? A jednak, w odróżnieniu od poprzednich, nieudanych projektów, wygląda na to, że ten zakończy się powodzeniem. Jak zatem wierzyć w obietnice polityków, które są tylko słowami rzucanymi na wiatr, jak śpiewała kiedyś Dalida:
Paroles et paroles et paroles et paroles et paroles Et encore des paroles que tu sèmes au vent Słowa, słowa, słowa, słowa, słowa I jeszcze raz słowa, które rzucasz na wiatr
Tak więc to, co mówią politycy, czyli nasze pawiany, to tylko słowa. Ważniejsze i prawdziwe jest to, o czym nie mówią, a nie mówią o budowie drugiej Ukrainy na terenie Rzeczypospolitej Ukraińskiej, która w praktyce już nią jest.
A więc mamy aferę: Afera jest panie Ferdku, jakby powiedział Boczek ze „Świata według Kiepskich”. To nie możliwe, by osoba bez zaplecza politycznego mogła zebrać 100 tys. podpisów, ale możliwe, gdy kupi te podpisy od wyspecjalizowanych firm, jak powiedział Komorowski. Co to za wyspecjalizowane firmy, tego nie sprecyzował. Kto zatem winny? Ten, który kupił te podpisy, czy ta wyspecjalizowana firma?
Taką ilość podpisów można zebrać inaczej. Można to zrobić w potężnych korporacjach i kazać pracownikom podpisać się pod nazwiskiem jakiegoś kandydata. Można też wydrukować dane personalne z ewidencji ludności, która jest obecnie zarządzana centralnie i podpisać się pod różnymi nazwiskami. I taka osoba nawet nie będzie wiedzieć, że poparła jakiegoś kandydata. Przecież weryfikacją tych list zajmuje się Państwowa Komisja Wyborcza i nikt inny nie ma do nich dostępu. A jak ta komisja sprawdza autentyczność tych podpisów i liczy je? Czort jeden wie czy ona je liczy i sprawdza. A może nikt tam nie dostarcza tych 100 tysięcy podpisów, tylko tak nam się mówi. Oczywiście zbierają je, by ludzie widzieli, że oni je zbierają, ale ile ich zbiorą, to ich słodka tajemnica. Jednym słowem teatr. A jeszcze czasem komisja może zakwestionować jakieś podpisy albo stwierdzić, że na listach znalazły się dane osobowe nieboszczyków, jak to się stało w przypadku dwóch, jeszcze nie zarejestrowanych, kandydatów. To nawet nie teatr, to kabaret. Być może jest jeszcze wiele innych sposobów na tego typu akcje. Ja tylko pokazałem, że możliwości w tym względzie są nieograniczone. Jednak wybrano tylko jedną opcję, czyli kupowanie podpisów i to jest nagłaśniane.
A więc po nitce do kłębka. Piekielnik wziął na tapetę dwóch. Artur Bartoszewicz to ten, który zebrał 250 tys. podpisów, a Maciej Maciak (Ruch Dobrobytu i Pokoju, czyli willa z basenem dla każdego) to ten, który prowadzi działalność redaktorsko-nijaką. Co do pierwszego, to niewiele można o nim powiedzieć, poza tym, że nie wie, kto mu zebrał te podpisy i kto za tym stoi. Tak go poinformował Braun. A skoro on tak powiedział, to wie, że ktoś za tym stoi, ale nie podzielił się tą informacją z widzami kanału Moniki Jaruzelskiej: wiem, ale nie powiem.
Więcej wiemy o Macieju Maciaku, który jest założycielem Ruchu Dobrobytu i Pokoju i ma na YouTube swój kanał Musisz to wiedzieć. Wiadomo też, że od początku wojny na Ukrainie był on nastawiony antyukraińsko i opowiadał się za współpracą z Białorusią i Rosją. Często też jest gościem białoruskiego kanału internetowego.
A więc mamy już przygotowaną scenę do przeprowadzenia wariantu rumuńskiego na wypadek, gdyby głosowanie w sposób kontrolowany wymknęło się spod kontroli i tzw. kandydat niezależny, a raczej zależny od swoich nieznanych przełożonych, zdobył nadspodziewanie dużo głosów. Gdyby to był Maciej Maciak, to wiadomo by było, że to niewidzialna ręka wszechmogącego Putina ingerowała w wybory i jedyną obroną przed tym demonem będzie wprowadzenie stanu wyjątkowego czy wojennego, bo przecież bezpieczeństwo państwa jest najważniejsze. W przypadku Bartoszewicza ta nadzwyczajna ilość podpisów wystarczyłaby do skierowania podejrzeń na wschód. I właśnie dlatego uznano, że doszło do kupienia podpisów, bo kto inny oprócz Putina mógłby dysponować takimi pieniędzmi? Ingerencja Rosji w wybory w Polsce to również argument za tym, by budować koalicję chętnych i wysłać wojsko, również polskie, na Ukrainę.
x
Dziś mamy kolejną rocznicę katastrofy smoleńskiej. O tym w blogu Katastrofa smoleńska.
W blogu Syberia pisałem o tym, że główne mocarstwa nie walczą ze sobą bezpośrednio. Tak było w przypadku, gdy mocarstwo lądowe, Rosja, zetknęło się z mocarstwem morskim, Wielką Brytanią, w Kalifornii. Mocarstwo lądowe wycofało się, sprzedając jednocześnie za bezcen Alaskę. Podobnie było w przypadku, gdy Francja i Wielka Brytania „skrzyżowały szpady” w Afryce. W Wikipedii można przeczytać:
Incydent w Faszodzie – kulminacyjny punkt brytyjsko-francuskiego konfliktu o granice posiadłości kolonialnych w Afryce Wschodniej, który miał miejsce w 1898 roku i omal nie doprowadził Wielkiej Brytanii i Francji do wojny. Skończył się korzystnie dla strony brytyjskiej, gdyż jego skutkiem było ograniczenie działalności Francji w strefie wpływów brytyjskich w Afryce.
Tło
Pod koniec XIX wieku europejskie mocarstwa prowadziły w Afryce gwałtowną ekspansję. Ten okres nazywany jest wyścigiem o Afrykę. Największą rolę odegrały wówczas dwa mocarstwa: Wielka Brytania i Francja.
Francuzi prowadzili ekspansję w głąb Afryki z jej atlantyckiego wybrzeża, podporządkowując sobie kolejne terytoria Sahelu położone wzdłuż południowej granicy Sahary, czyli obszar współczesnego Senegalu, Mali, Nigru i Czadu. Ich głównym celem było uzyskanie połączenia pomiędzy rzeką Niger a Nilem, co zapewniłoby Francuzom kontrolę nad całym handlem w Sahelu (kontrolę nad szlakami karawanowymi biegnącymi przez Saharę uzyskali już wcześniej).
Celem Brytyjczyków było połączenie ich posiadłości w Afryce Południowej (współczesne obszary RPA, Botswany, Zimbabwe i Zambii) z posiadłościami w Afryce Wschodniej (dzisiejsza Kenia) i dorzeczem Nilu. Zdobycie kontroli nad Sudanem (który wówczas obejmował również obszar dzisiejszej Ugandy) było kluczem dla realizacji tych ambicji, szczególnie, że Egipt był już pod kontrolą brytyjską.
Źródło zdjęcia: Wikipedia.
Jeśli wyznaczyć linie pomiędzy Kapsztadem a Kairem (proponowana przez Cecila Rhodesa „czerwona linia”) oraz pomiędzy Dakarem a Somali Francuskim (dzisiejsze Dżibuti), to okazuje się, że przecinają się one w okolicach Faszody (dzisiejsze Kodok), co wyjaśnia jej strategiczne znaczenie. Francuska oś wschód-zachód i brytyjska oś północ-południe nie mogły istnieć równocześnie; naród kontrolujący skrzyżowanie tych osi mógł zrealizować swoje plany jako jedyny.
Faszoda miała także swoje znaczenie dla sporu pomiędzy Wielką Brytanią a Francją o legalność brytyjskiej okupacji Egiptu. Wielu francuskich polityków żałowało decyzji o nieprzyłączeniu się do okupacji. Planowali zmusić Brytyjczyków do wycofania się z Egiptu, a placówka nad Nilem mogła stanowić bazę dla francuskich kanonierek. Istniały także plany przegrodzenia Nilu tamą, co odcięłoby Brytyjczyków od zasobów wodnych. Te plany były bardzo trudne w realizacji, jednak wywołały obawy wśród Brytyjczyków, którzy – dla zapewnienia Egiptowi bezpieczeństwa – postanowili przejąć kontrolę nad Nilem.
Przebieg
Latem 1896 Francuzi wysłali z Libreville nad Zatoką Gwinejską oddział 11 oficerów marynarki i 150 afrykańskich żołnierzy pod dowództwem kapitana Jean-Baptiste’a Marchanda, by objąć protektorat nad okolicami Faszody, w której znajdowała się niewielka twierdza. Mieli połączyć się z dwiema innymi ekspedycjami idącymi przez Abisynię, z których jedna, wychodząca z Dżibuti, dowodzona była przez Christiana de Bonchamps, weterana ekspedycji kapitana Williama Stairsa do Katangi.
Ekspedycja Marchanda, po przejściu z zachodu na wschód kontynentu, dotarła do Faszody nad Nilem Białym 10 lipca 1898 roku, jednak ekspedycji Bonchampsa to się nie udało, ze względu na sprzeciw Etiopczyków wobec przemarszu i wypadek w wąwozie rzeki Baro. 18 września w Faszodzie pojawiła się flotylla brytyjskich kanonierek. Brytyjczykami dowodził Horatio Kitchener, zwycięzca spod Omdurmanu, który odbijał Sudan w imieniu egipskiego kedywa. Obie strony rościły sobie prawa do Faszody.
Informacje o spotkaniu dotarły do Londynu i Paryża, gdzie rozpaliły poczucie narodowej dumy obu imperialnych narodów. Obie strony oskarżały się wzajemnie o ekspansjonizm i agresję. Doszło do trwającego dwa miesiące międzynarodowego kryzysu, a oba mocarstwa zmobilizowały swoje floty.
Na morzu przewaga liczebna, techniczna i organizacyjna Wielkiej Brytanii była znaczna. Wojska lądowe Francji były liczniejsze, jednak nie mogły zagrozić Brytyjczykom bez odpowiedniego wsparcia morskiego.
Fakty te były znane Théophile’owi Delcassému, nowo powołanemu ministrowi spraw zagranicznych Francji. Dbał on o utrzymanie sojuszu z Wielką Brytanią, spodziewając się przyszłego konfliktu z Cesarstwem Niemieckim, i nie widział żadnej korzyści w ewentualnym konflikcie kolonialnym. Nalegał na pokojowe rozwiązanie sporu. W tym czasie społeczeństwo francuskie zaczęło kwestionować racjonalność wojny z powodu sporu w odległej Afryce, a później afera Dreyfusa odwróciła uwagę opinii publicznej od Sudanu. 3 listopada 1898 roku rząd Francji nakazał wycofanie oddziałów wojskowych, nie rozgłaszając tego faktu.
Skutki
W marcu 1899 roku Francuzi i Brytyjczycy doszli do porozumienia, zgodnie z którym źródła Nilu i Kongo miały stanowić granicę ich stref wpływów. Niektórzy historycy uważają rozwiązanie konfliktu i wzrost potęgi Niemiec za przyczyny ustanowienia entente cordiale. Incydent był ostatnim sporem kolonialnym między Wielką Brytanią a Francją.
Z kolei Britannica tak opisuje ten incydent:
Spory wynikały ze wspólnego dążenia każdego kraju, aby połączyć swoje rozproszone posiadłości kolonialne w Afryce. Celem Wielkiej Brytanii było połączenie Ugandy z Egiptem poprzez linię kolejową z Przylądka Dobrej Nadziei do Kairu, podczas gdy Francja, nacierając na wschód od zachodniego wybrzeża, miała nadzieję rozszerzyć swoje panowanie na całą Afrykę Środkową i Sudan.
Aby spełnić ekspansjonistyczne aspiracje Francji, francuski minister spraw zagranicznych,Gabriel Hanotaux w 1896 r. zorganizował wyprawę 150 ludzi pod dowództwem Jean-Baptiste Marchanda. Równie zdeterminowany, by odzyskać Sudan, brytyjski oddział pod dowództwem Sir (później Lorda) Horatio Herberta Kitchenera otrzymał jednocześnie rozkaz, aby ruszyć na południe z Egiptu (gdzie Brytyjczycy byli okopani od 1882 r.) w górę rzeki Nil. Marchand dotarł do Faszody 10 lipca 1898 r. i zajął opuszczony egipski fort; Kitchener, który musiał najpierw zdobyć Omdurman i Chartum, dotarł do Faszody dopiero 18 września. W napiętej konfrontacji, która nastąpiła, ani Marchand, ani Kitchener nie byli gotowi zrezygnować ze swoich roszczeń do fortu, ale ponieważ obaj chcieli uniknąć starcia militarnego, zgodzili się, że nad fortem powinny powiewać flagi egipskie, brytyjskie i francuskie.
Nowy francuski minister spraw zagranicznych, Théophile Delcassé, świadomy międzynarodowych implikacji incydentu i pragnący uzyskać brytyjskie poparcie przeciwko Niemcom, postanowił zignorować reakcję oburzonej opinii publicznej. 4 listopada polecił Marchandowi wycofanie się z Faszody, ale nadal popierał francuskie roszczenia do szeregu mniejszych posterunków, które miały utrzymać otwarty francuski korytarz do Białego Nilu. Chociaż brytyjski premier i minister spraw zagranicznych, lord Salisbury, odrzucili również tę propozycję, rządy Francji i Wielkiej Brytanii ostatecznie zgodziły się (21 marca 1899 r.), że dział wodny rzek Nil i Kongo powinien wyznaczać granicę między ich strefami wpływów.
Następnie Francuzi skonsolidowali wszystkie swoje zdobycze na zachód od działu wodnego, podczas gdy pozycja Brytyjczyków w Egipcie została potwierdzona. Rozwiązanie kryzysu doprowadziło do anglo-francuskiej Ententy z 1904 r.
O tym incydencie wspomniał również Ryszard Kapuściński w swoim eseju o Rwandzie. Poniżej ten fragment z bloguLudobójstwo:
Mitterrand był pod silną presją proafrykańskiego lobby. O ile większość metropolii europejskich radykalnie zerwała ze swoim dziedzictwem kolonialnym, o tyle w wypadku Francji jest inaczej. Po dawnej epoce pozostała jej bowiem duża, czynna i dobrze zorganizowana armia ludzi, którzy zrobili kariery w administracji kolonialnej, spędzili (nieźle!) życie w koloniach, a teraz w Europie są już obcy, czują się nieprzydatni, niepotrzebni. Jednocześnie wierzą głęboko, że Francja jest nie tylko krajem europejskim, ale także wspólnotą wszystkich ludów kultury i języka francuskiego, że, słowem, Francja to także globalna przestrzeń kulturalno-językowa: Francophonie. Filozofia ta przełożona na uproszczony język geopolityki mówi, że jeśli ktoś gdzieś na świecie atakuje kraj frankojęzyczny, to niemal tak, jakby uderzył w samą Francję. W dodatku urzędników i generałów z lobby proafrykańskiego uwiera jeszcze dotkliwie kompleks Faszody. Kilka słów na ten temat. Otóż w XIX wieku, kiedy kraje Europy dzieliły między siebie Afrykę, Londynem i Paryżem rządziła dziwaczna (choć wówczas zrozumiała) obsesja, aby swoje posiadłości na tym kontynencie mieć ułożone w linii prostej i aby istniała między nimi terytorialna ciągłość. Londyn chciał mieć taką linię z północy na południe – z Kairu do Cape Town, a Paryż – z zachodu na wschód, tj. z Dakaru do Dżibuti. Jeżeli teraz weźmiemy mapę Afryki i wykreślimy na niej dwie prostopadłe linie, to skrzyżują się one w południowym Sudanie, w miejscu, gdzie nad Nilem leży mała rybacka wioska – Faszoda. Panowało wówczas w Europie przekonanie, że kto będzie miał Faszodę, ten zrealizuje swój ekspansjonistyczny ideał jednoliniowego kolonializmu. Między Londynem i Paryżem zaczął się wyścig. Obie stolice wysłały w kierunku Faszody swoje ekspedycje militarne. Pierwsi dotarli Francuzi. 16 lipca 1898 roku, pokonując pieszo straszliwą trasę z Dakaru, doszedł do Faszody kapitan J.D. Marchard i zatknął tu francuską flagę. Oddział Marcharda składał się ze stu pięćdziesięciu Senegalczyków – dzielnych i oddanych mu ludzi. Paryż szalał z radości. Francuzów rozpierała duma. Ale dwa miesiące później dotarli tu także Anglicy. Dowodzący ekspedycją lord Kitchener ze zdumieniem stwierdził, że Faszoda jest już zajęta. Nie zważając na to, wywiesił również flagę brytyjską. Londyn szaleje z radości. Anglików rozpiera duma. Oba kraje żyją teraz w gorączce nacjonalistycznej euforii. Z początku żadna strona nie chce ustąpić. Wiele wskazywało na to, że I wojna światowa rozpocznie się już wówczas, w 1898 roku – o Faszodę. W końcu (ale to długa historia) Francuzi musieli się wycofać. Zwyciężyła Anglia. Wśród starych, francuskich kolonów epizod Faszody jest ciągle bolesną raną i nawet dziś na wiadomość, że Anglophones gdzieś próbują się ruszyć, od razu rzucają się do ataku.
x
A więc Francuzi musieli się wycofać. W takim razie można by zapytać: to po co było to całe przedsięwzięcie? Czy ci ludzie, którzy podejmowali decyzję o marszu na Faszodę nie wiedzieli, że Anglia nie zgodzi się na kontrolę Nilu w jego górnym biegu, co miałoby wpływ na Sudan i Egipt, znajdujące się w angielskiej strefie wpływu? Przez dwa miesiące trwał ten kryzys. W końcu nowy minister spraw zagranicznych Francji nakazał wycofanie się Francuzów z Faszody. Wikipedia pisze, że to dlatego, że spodziewano się konfliktu z Cesarstwem Niemieckim i pomoc Wielkiej Brytanii byłaby wskazana. A skoro tak, to znaczy, że na 16 lat przed wybuchem I wojny światowej wiedziano już, że ona wybuchnie i kto z kim będzie walczył przeciwko komu. Oczywiście takie stanowisko rządu francuskiego nie podobało się opinii publicznej we Francji. Co innego przegrać po walce, a co innego poddać się bez niej. Coś zatem musiało być na rzeczy i sprawę tę należało jakoś wyciszyć czy skierować uwagę opinii publicznej na inne tory. Być może po to właśnie na nowo rozniecono tlącą się w tamtym czasie aferę Dreyfusa, którego oskarżono wcześniej o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Czy nie po to wykorzystano ją, by zatuszować niechlubne wycofanie się z Faszody i wykreować nowego wroga – Niemcy, a z Anglii zrobić sojusznika?
Incydent w Faszodzie potwierdza tylko, po tym jak Rosja wycofała się z Ameryki Północnej, że Wielka Brytania została wybrana przez Żydów na to, by stać się najpotężniejszym imperium, ważniejszym od innych, któremu należy się pierwszeństwo pomiędzy potęgami, a inne miały ustępować, gdy dochodziło do bezpośredniego kontaktu. W takiej sytuacji, gdy po wybuchu I wojny światowej, Anglia przystąpiła do niej po stronie Francji, to Niemcom nie pozostało nic innego, jak tylko odwołać się do siły wyższej: Gott Strafe England (Boże ukarz Anglię). Taki napis mógł przeczytać dzielny wojak Szwejk, gdy przebywał w swojej ulubionej praskiej piwiarni, w której, po decyzji Anglii, do denek kufli przyklejano nalepki z takim właśnie napisem. Oczywiście decyzja była odgórna.
Faktem jest, że Rosja wycofała się z Ameryki Północnej a Francja – z Faszody, wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice. Jaka zatem siła zmusiła te dwa mocarstwa do podjęcia takich decyzji? Jeśli komuś wydaje się, że to, co obecnie obserwujemy na Ukrainie, na Bliskim czy Dalekim Wschodzie, w Ameryce – to jakaś rywalizacja mocarstw, że kształtuje się świat wielobiegunowy, to jest w błędzie. Świat był, jest i jeszcze długo pozostanie jednobiegunowy. A ci, którzy tym rządzą, ustawiają sobie te mocarstwa – które sami sobie wykreowali – jak pionki i figury na szachownicy i przesuwają je wedle własnego uznania.
W poprzednim blogu pisałem o zarazie w Londynie w roku 1665, a wcześniej o pożarze w 1666 roku. Czy te zdarzenia były przypadkowe, czy raczej ktoś je sprowokował? To brzmi jak teoria spiskowa, ale umiejscowienie ich w ówczesnej angielskiej rzeczywistości ułatwi zrozumienie tego, co tak naprawdę tam się działo. Jeśli nawet nie da to jednoznacznej odpowiedzi, to przynajmniej skłoni do refleksji nad złożonością tego świata, a to już jest jakiś krok w kierunku prawdy. Dobrze ten okres, moim zdaniem, został opisany, choć monotonnym językiem, w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-70). Żeby jednak lepiej zrozumieć, o czym ona pisze, to warto pamiętać o tym, że Tudorowie to dynastia narodowa. Henryk VIII uniezależnił kościół angielski od papiestwa, a jego córka Maria była gorliwą katoliczką, z kolei jej następczyni – Elżbieta, wprost przeciwnie. Szkocka dynastia Stuartów miała swą gałąź katolicką i protestancką. Za pierwszych Stuartów, katolików, doszło do unii personalnej Anglii i Szkocji, a ostatnia ze Stuartów, Anna, protestantka, doprowadziła do unii realnej. Kościół anglikański to raczej schizma niż protestantyzm. W pewnym sensie, upraszczając to wszystko, można pokusić się o pewne uogólnienie, że tak naprawdę był to spór starej arystokracji, wzbogaconej jeszcze na krucjatach, z Żydami, poprzebieranymi za purytanów, o władzę w państwie, które miało zbudować największe na świecie imperium, nie tylko kolonialne, ale przede wszystkim finansowe.
x
Epoka Tudorów
Legitymując się wątpliwym prawem do tronu, Henryk VII Tudor pokonał Ryszarda III pod Bosworth (1485) i, choć uśmierzanie opozycji trwało jeszcze 12 lat, zyskał poparcie poddanych. Jego panowanie położyło podwaliny pod rządy absolutne zarówno w Anglii, jak i w Irlandii, w której drastycznie ograniczono uprawnienia parlamentu. Henryk VII zgromadził znaczne środki w skarbie, co uniezależniało go od uchwał podatkowych parlamentu; zreorganizowana przez króla Izba Gwiaździsta1 stała się narzędziem władzy, skierowanym głównie przeciw lokalnym potentatom. Wzrost znaczenia władz centralnych ułatwiła ogólna koniunktura gospodarcza. Rosła pozycja miejscowego kupiectwa, głównie kosztem hanzeatów. Od XVI wieku nabierało znaczenia angielskie sukiennictwo, zużytkowujące miejscową wełnę eksportowaną dawniej na kontynent.
Henryk VIII (panujący 1509-47) poprowadził dalej dzieło centralizacji władzy. Przy poparciu klas posiadających parlament poddał królowi (1534) sądową władzę nad kościołem w Anglii i uznał króla za jego głowę. Opór niektórych dostojników (kanclerz i kardynał John Fisher oraz kanclerz Morus, ścięci 1535) nie pociągnął za sobą społeczeństwa. Sekularyzacja klasztorów (1536-39) znacznie ożywiła obrót ziemią, ułatwiła jej intensywne wykorzystanie, jak też przebudowę gospodarki w kierunku kapitalistycznym.
Dalszy rozwój reformacji dokonywał się z oporami, ale konsekwentnie. Spory wyznaniowe w Anglii były w znacznym stopniu refleksem walk politycznych. Próbę rekatolizacji podjęła córka Henryka VIII i następczyni Edwarda VI, Maria I, która poślubiła Filipa II, króla hiszpańskiego. Po jej śmierci Elżbieta I przywróciła anglikanizm. Katolicyzm począł oznaczać dla Anglików zależność od papiestwa i znienawidzonych Habsburgów hiszpańskich. Poparcie Elżbiety przez społeczeństwo wiązało się z jej polityką skierowaną przeciw Hiszpanii: jej panowanie (1558-1603) cechowała zgodność polityki państwa z potrzebami ekspansji gospodarczej i z ogólnymi interesami klas posiadających.
Od połowy XVI wieku trwała ekspansja gospodarcza żywsza niż w większości krajów Europy. Rozpoczęto eksploatację bogactw mineralnych (metale, węgiel kamienny), przebudowano rolnictwo. Postęp w gospodarce wiejskiej prowadził do nasilenia ogradzania, które przyniosło wzrost zysków wielkim i średnim właścicielom i użytkownikom, lecz pozbawiło ziemi znaczną liczbę drobnych posiadaczy. Rosły miasta, ale przemysł, skrępowany w ośrodkach tradycyjnego rzemiosła ograniczeniami cechowymi, rozwijał się głównie na wsi (chałupnictwo jako uzupełnienie zajęć rolnych) i w nowych centrach miejskich. Rynki zbytu znajdował przemysł (zwłaszcza sukiennictwo) głównie w strefie bałtyckiej i na Bliskim Wschodzie.
W 1566-70 powstała giełda londyńska, od 1518 tworzono nowe uprzywilejowane kompanie handlowe (Lewantyńska, Moskiewska, Wschodnia, Wschodnioindyjska). Wojny z Hiszpanią i poparcie udzielane zbuntowanym Niderlandom wiązały się z walką przeciw hiszpańsko-portugalskiemu monopolowi handlu z koloniami. Tworzono podstawy wielkiej floty handlowej; angielscy podróżnicy (Richard Chancellor, M. Frobisher i J. Davis) poszukiwali krótszej drogi do Indii; wśród ustawicznych walk rosła bezwzględna eksploatacja Irlandii. Udzielane przez królową koncesje przyspieszały rozwój ówczesnego przemysłu i handlu. Mimo dochodu przynoszonego przez nie Koronie i roli w akumulacji kapitału – pod koniec panowania Elżbiety zaczęły one jednak wpływać hamująco na inicjatywę kapitalistyczną, wywołując żywe protesty Izby Gmin.
Kryzys społeczeństwa i państwa w XVII wieku
Panowanie pierwszych Stuartów, Jakuba I i Karola I, wiąże się z unią personalną Anglii i Szkocji (od 1603). Głosząc teorię o nadrzędnym i nadprzyrodzonym charakterze uprawnień króla, Stuartowie forsowali ją w praktyce sądowej i weszli rychło w otwarty konflikt z parlamentem. Względy dynastyczne skłoniły Jakuba I do ustępstw na rzecz Hiszpanii i katolików. Sprzyjały temu sfery dworskie, gdy tymczasem opinia publiczna upatrywała interes kraju w popieraniu protestantów na kontynencie i w wojnie z Hiszpanią. Walka o władzę przybrała charakter konfliktu politycznego – parlamentu z królem, konfliktu konstytucyjnego – prawa powszechnego (Common Law) z prerogatywą królewską, wreszcie konfliktu społecznego – między „krajem” i „dworem”. Ocena wydarzeń, prowadzących wprost ku rewolucji i wojnie domowej, jest przedmiotem otwartego sporu w nauce; ówczesne ugrupowania i orientacje polityczne nie pokrywały się z klasami społecznymi. Król i jego dążenia absolutystyczne (próba Jakuba I rządów bez parlamentu 1614-1621) znajdowały poparcie w zacofanych, feudalnych środowiskach ziemiaństwa, głównie w północno-zachodniej połowie kraju. Rósł opór przeciw pasożytnictwu dworu i arbitralnie narzucanym ciężarom fiskalnym. Ogólnym podłożem wydarzeń był żywy rozwój gospodarczy kraju i zmiany w układzie sił społecznych. Za Jakuba I zaznaczył się kryzys majątkowy arystokracji oraz spadek jej wpływów. Wzrosły natomiast od drugiej połowy XVI wieku znaczenie i świadomość gentry2, której – wraz z bogatym mieszczaństwem rozwijających się ośrodków (zwłaszcza Londynu i portów) przypada główna rola w wyborach parlamentarnych. Ożywieniu gospodarczemu i politycznemu towarzyszył od czasów Elżbiety I rozkwit kultury i oświaty.
Karol I kontynuował politykę ojca, napotykając od początku opór parlamentu. Opozycja religijna (kalwińska) i polityczna znalazła wyraz w rozpowszechnieniu purytanizmu i uzyskała większość w Izbie Gmin. Król trzykrotnie rozwiązywał parlament, ale nie zdołał zapewnić sobie jego uległości: postawiono w stan oskarżenia królewskiego faworyta, księcia G. V. Buckinghama, potępiono arbitralne posunięcia prawne i fiskalne króla. W zamian za przyznany podatek król zatwierdził szereg żądań parlamentu. Aresztowanie 9 posłów oznaczało zerwanie króla z rządami parlamentarnymi. Swe rządy osobiste (1629-40) Karol I sprawował przy pomocy hr. Th. Strafforda oraz arcybiskupa W. Lauda. Posłuszne królowi sądy sformułowały wygodne dla niego podstawy prawne pobierania podatków i udzielania koncesji gospodarczych (monopoli), Laud zwalczał opozycję purytańską w kościele anglikańskim, Strafford zaś pacyfikował Irlandię. Trudniej było Karolowi reorganizować kościół w Szkocji. Próba reformy w duchu anglikańskim (ustanowienie biskupów) doprowadziła tam do powstania. Zmusiło to Karola do zwołania (13 IV 1640) Parlamentu Krótkiego3, lecz ten przeciwstawił się królowi . Niepowodzenia Strafforda w wojnie ze Szkotami, którzy wkroczyli do Anglii i żądali okupu, spowodowały zwołanie Parlamentu Długiego4 (3 XI 1640), co stanowiło początek rewolucji angielskiej 1640-1660. Ośrodkiem walki z polityką króla stała się Izba Gmin. Zniosła Izbę Gwiaździstą oraz kościelny Sąd Wysokiej Komisji, zapewniła sobie ciągłość działania. Strafford i Laud zostali przez nią skazani na śmierć i straceni, szereg orzeczeń sądowych z okresu rządów osobistych uznano za nieprawne.
W łonie Izby Gmin zarysowały się różnice w kwestiach religii i stosunku do króla, który w styczniu 1642 roku opuścił Londyn, w sierpniu zaś rozpoczął działania wojenne przeciw stronnikom parlamentu. W toku wojny domowej armia parlamentu została zreorganizowana (Armia Nowego Wzoru). Jej trzon stanowili independenci, głównymi dowódcami byli Th. Fairfax i O. Cromwell. Karol pobity pod Naseby (1645), został wyparty ze środkowej Anglii i oddał się w ręce Szkotów, którzy wydali go parlamentowi. Wkrótce wystąpiły sprzeczności w łonie armii (independenci i radykalne ugrupowania religijno-społeczne) oraz między armią a prezbiteriańskim5 parlamentem; po stronie króla stanęli Szkoci. Po łatwym zwycięstwie armia parlamentu usunęła z gmachu znaczną część posłów, pozostali (Parlament Kadłubowy) – mimo oporu Izby Lordów – skazali króla na śmierć (1649). Dnia 19 V 1649 Anglię proklamowano republiką (commonwealth). Do władzy, dzięki armii, doszedł O. Cromwell jako lord protektor (od 1653). W okresie republiki zniesiono liczne instytucje i prawa utrudniające przemianę gospodarki i struktury społeczeństwa w kierunku kapitalistycznym. Cromwell opanował Irlandię i Szkocję; w wojnie z Hiszpanią uzyskał m.in. Jamajkę. Wielkie znaczenie miało wykonywanie uchwalonego w 1651 Aktu nawigacyjnego6. Po raz pierwszy interesy handlu angielskiego stały się czynnikiem decydującym o polityce państwa (wojna z Holandią 1652-54). Klasy posiadające odczuwały jednak niepewność wobec arbitralnych decyzji gubernatorów wojskowych, co po śmierci O. Cromwella doprowadziło do przywrócenia monarchii Stuartów.
Okres restauracji Stuartów
Restauracja Stuartów (1660) utrwaliła główne zdobycze rewolucji. Ugruntowano uprawnienia parlamentu, ograniczono prerogatywy królewskie; wkrótce wprowadzono ustawy ograniczające uprawnienia katolików. Mimo to Karol II usiłował prowadzić politykę zagraniczną sprzeczną z życzeniami parlamentu, korzystając z tajnych subsydiów francuskich. W tych warunkach spotkały Anglię niepowodzenia w dalszych wojnach z Holandią (1665-67, 1673-74).W epoce ogólnej depresji gospodarka angielska 2 połowy XVII wieku rozwijała się słabiej niż w poprzednim stuleciu, ale rosła w stosunku do konkurentów. W przeciwieństwie do przemysłu handel zagraniczny skrępowany był jeszcze koncesjami, które stopniowo przełamywano. Szczególną role odegrały londyńskie sfery finansowe, zainteresowane w handlu zagranicznym. Gospodarka kolonialna w Ameryce Północnej i Środkowej oraz w Indiach przyczyniła się także do wzrostu produkcji w kraju; wielkie znaczenie dla gromadzenia kapitału miał handel z koloniami hiszpańskimi i portugalskimi (m.in. handel niewolnikami). Na morzach Anglia skutecznie konkurowała z Holandią. Przewrót w handlu zagranicznym i polityce gospodarczej wywołało zniesienie ceł wywozowych na pszenicę i wprowadzenie premii wywozowych (od 1673, z przerwami). Był to rezultat znacznej intensyfikacji wskutek przemian kapitalistycznych i wzrostu popytu.
Kiedy Karolowi II udało się skupić wokół siebie grupę reakcyjnych polityków, z której wyłoniło się stronnictwo torysów, opozycja skonsolidowała się również (późniejsi wigowie; oba stronnictwa od ok. 1680). Pamięć wojny domowej i rządów armii skłaniała obie strony do unikania przemocy. Następca Karola II, katolik Jakub II, prowokował jednak opozycję, dopuszczając katolików do rządów, organizując w Irlandii armię katolicką i gromadząc wojsko pod Londynem. Gdy urodził mu się syn, co stwarzało możliwość kontynuacji monarchii katolickiej, przywódcy opozycji ofiarowali (1688) tron namiestnikowi Niderlandów Wilhelmowi Orańskiemu, mężowi Marii (która była protestancką córką Jakuba II). Jakubowi pozwolono uciec do Francji, jego zaś stronnicy – poza Irlandią – nie stawiali oporu. Bezkrwawy przewrót nazwano później Wspaniałą Rewolucją – Glorious Revolution.
Monarchia parlamentarna. Wiek XVIII.
Głównym aktem ustawodawczym parlamentu, zwołanego po zwycięstwie rewolucji, była ustawa o prawach (Bill of Rights, 1689); ustanowiła ona supremację parlamentu nad władzą monarszą i, wraz z ustawą o następstwie tronu (Act of Settlement, 1701), stworzyła podstawy konstytucyjne nowego ustroju. Ustanowienie pełnej odpowiedzialności ministrów przed parlamentem zmuszało monarchę do ich wyboru spośród większości parlamentarnej, wskutek czego umocnił się system dwóch partii, rywalizujących ze sobą o zdobycie większości. Zwycięstwo rewolucji i parlamentu wzmogło siłę żywiołów kapitalistycznych. W 1694 powołano Bank Angielski, mający wyłączne prawo emisji banknotów; umocniła się pozycja City londyńskiej, ciągnącej dodatkowe zyski ze stałego wzrostu zadłużenia państwa; nowych bodźców doznała polityka ekspansji morskiej i kolonialnej. Rozpoczął się cykl wojen, w których Anglia – zmieniając ciągle partnerów – miała niezmiennie jako swego przeciwnika Francję, głównego wówczas konkurenta do supremacji handlowo-kolonialnej i pretendenta do dominacji nad kontynentem europejskim. Wojny toczyły się w Europie, Azji i Ameryce. W wojnie 1689-97 Anglia w sojuszu z Holandią i innymi państwami protestanckimi zahamowała ambicje francuskie, lecz dopiero wojna o sukcesję hiszpańską (1701-13) przyniosła załamanie potęgi wojskowej Francji i wyniszczenie jej gospodarki. Na mocy pokoju w Utrechcie (1713) Wielka Brytania uzyskała od Hiszpanii Gibraltar i Minorkę, a w Ameryce Północnej posiadłości francuskie: Akadię (odtąd Nowa Szkocja), Nową Fundlandię i posiadłości nad Zatoką Hudsona.
W 1702 wstąpiła na tron Anna, ostatnia ze Stuartów; w 1707 przeprowadziła unię realną Anglii i Szkocji, tworzących odtąd (wraz z włączoną wcześniej Walią) Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii7; likwidacji uległa tajna rada i parlament szkocki w Edynburgu, a Szkoci otrzymali przedstawicielstwo w obu izbach parlamentu w Londynie. Jednak poczucie odrębności narodowej i trudności procesu integracji powodowały opór Szkotów. Gdy w 1714, po śmierci bezdzietnej królowej, tron zjednoczonego państwa objął (zgodnie z aktem o sukcesji 1701) elektor Hanoweru, Jerzy I, prawnuk Jakuba I Stuarta, Szkoci poparli Jakuba Edwarda, syna Jakuba II; ich powstanie (1715), z którym sympatyzowała partia torysów, zostało szybko stłumione. Za Jerzego I i jego syna, Jerzego II, partią większości byli wigowie; ich dążeniu do maksymalnego zredukowania władzy i wpływów monarchy sprzyjały obcość narodowa i językowa obu pierwszych Hanowerczyków na tronie brytyjskim oraz ich duża obojętność wobec problemów politycznych Anglii.
Za rządów R. Walpole’a (1721-42) ustaliła się instytucja gabinetu jako kolektywnego ciała rządzącego, związanego łączną odpowiedzialnością, stanowiącego jednocześnie kierownictwo partii większości; premier jako głowa rządu i większości parlamentarnej, był więc faktycznie najpotężniejszym człowiekiem u władzy. Różnorodny system wyborczy, w miastach korzystny dla grup rządzących, a oparty na własności ziemskiej w hrabstwach, decydował o szczupłości liczby wyborców do Izby Gmin (ok. 250 tys. wyborców na 6,5 mln ludności w Anglii i Walii w połowie XVIII wieku), co przy jawności głosowania czyniło z tej Izby ostoję ziemiaństwa i bogatego mieszczaństwa, która utrzymywała znaczenie, adoptując powoli rodziny nowobogackie. Sukcesy gospodarcze i wzrost potęgi imperialnej oraz pewien klimat wolności zapewniał popularność ustroju i zgodę między rządzącymi i rządzonymi – z wyjątkiem Szkocji. Tam raz jeszcze (1745) doszło do powstania (jakobici), krwawo stłumionego i zakończonego złamaniem ustroju klanowego w północnej, górzystej części kraju.
x
O co w tym całym zamieszaniu chodziło? Za Henryka VII władza królewska rosła w siłę. Podobnie było za Henryka VIII, który stał się również głową kościoła angielskiego. Jego córka, Maria I, zwana przez purytanów krwawą Marią, podjęła próbę rekatolizacji Anglii, a jej następczyni, Elżbieta, przywraca anglikanizm. Po jej śmierci, w anglikańskiej Anglii, królami zostają katoliccy Stuartowie ze Szkocji. Później pojawia się, jak Filip z konopi, Cromwell, który tworzy Armię Nowego Typu, czyli zawodową i dokonuje rewolucji. Powstaje republika, ale nie wszyscy są zadowoleni z rewolucyjnego zamordyzmu i dochodzi do restauracji monarchii, która jednak nie cofa zdobyczy rewolucji, ale je utrwala, co oznacza wzmocnienie roli parlamentu i osłabienie władzy królewskiej. Po faktycznym zwycięstwie rewolucji, pomimo przywrócenia monarchii, powstaje Bank Anglii, który ma monopol na emisję pieniądza i zadłużanie państwa. Wzrosła również rola City. Rządy parlamentu oznaczają praktycznie to, że nikt nie ponosi odpowiedzialności za podejmowane decyzje, które tak naprawdę nie wiadomo kto podejmuje. Kto za tym stał? First things first, jak mawiają Anglicy, czyli najpierw rzeczy podstawowe.
Cytowana powyżej encyklopedia tak pisze:
„Wyprawy Rzymian do Brytanii zapoczątkował Juliusz Cezar (55 i 54 p.n.e.). Podbój Galii przez Rzymian wzmógł wpływy rzymskie również w Brytanii: zacieśniły się kontakty handlowe, osiedlili się rzymscy kupcy, na wzór rzymski wprowadzono monetę srebrną. Ułatwiło to Rzymianom podbój terenów późniejszej Anglii (43 n.e.), jednak panowanie rzymskie pozostawało nie ustabilizowane na pograniczu Dewonu, Walii i na północy. Próby podboju północnej części wyspy zawiodły, a Hadrian polecił usypać wał (123 n.e.) jako granicę Brytanii rzymskiej.”
Po śmierci Hadriana, Antoninus Pius zbudował kolejny mur 160 km na północ od muru Hadriana. Antoninus nie był w stanie podbić północnych plemion. Gdy Marek Aureliusz został cesarzem, wycofał się spod tego muru i uznał Mur Hadriana za główną linię obrony. Obszar pomiędzy murami nazywa się Nizinami Szkockimi lub Nizinami Centralnymi. Zdjęcie i informacja – angielska Wikipedia. Tak więc teren, który podbili Rzymianie, to teren współczesnej Anglii. Nie podbili oni Walii i Szkocji. A kto tam z nimi przybył i pozostał?
W 410 roku legiony rzymskie wycofały się z Wyspy, którą opanowały germańskie plemiona Anglów i Sasów. W katach 1016-35 Anglia stanowiła część wielkiego mocarstwa skandynawskiego. W 1066 roku książę Normanów Wilhelm, po bitwie pod Hastings, usunął rządy anglosaskie i wprowadził rządy normandzkie. Stworzył ustrój feudalny, rozdawał ziemię rycerzom normandzkim i stworzył finanse państwowe. Jego dzieło kontynuowała dynastia andegaweńska Plantagenetów. Henryk II wzmocnił władzę królewską kosztem czynników feudalnych. Poprawił system sprawiedliwości, poddał kościół wpływom państwa. Jego syn Jan doprowadził absolutyzm królewski do samowoli i spowodował bunt poddanych, których musiał uspokoić wydaniem w 1215 roku Wielkiej Karty Wolności. Za panowania Henryka III, przywódca opozycji hr. Leicester, pokonawszy króla w bitwie pod Lewes (1264), zwołał w 1265 do Londynu pierwszy parlament, w którym obok baronów wzięli udział przedstawiciele hrabstw i miast. Tak powstała angielska Izba Gmin, która w przeciwieństwie do reprezentacji stanowych na kontynencie, obejmowała przedstawicieli zarówno szlachty (gentry) jak i mieszczaństwa, a przez to zbliżała się do przedstawicielstwa ogólnonarodowego. – Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga (1929-38).
Po co te wszystkie informacje? Arnold Zweig, który był Żydem, w powieści Czas dojrzał Czytelnik 1960 pisał:
„Wczoraj opowiadał jej, że tą drogą ciągnęły już rzymskie kohorty i kupcy, którzy wieźli tędy do stolicy świata sól, wosk, bursztyny i skóry. – Może byli wśród nich także przodkowie naszych praojców, bo przecież trzy czy cztery gminy żydowskie znad Renu pochodzą jeszcze z czasów rzymskiego imperium.” I dalej: „Ta Europa czy Ewropa – jej imię pochodzi z hebrajskiego Erew, wieczór, zachód…”
Skoro więc Żydzi rozproszyli się po całym Imperium Rzymskim, to musieli również przybyć z Rzymianami do Anglii. Legiony rzymskie wycofały się, a Żydzi zostali. Zbigniew Krasnowski w książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936), wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja” w 2021 roku, pisze:
Skrzypek żydowski, Bronisław Huberman, znany ze swoich oświadczeń w sprawach natury politycznej, podczas wymiany zdań na temat wpływu żydostwa na życie polityczne narodów rdzennych w krajach Europy, m.in. powiedział:
Uważam, że my, żydzi, jesteśmy w Europie jedynymi Europejczykami. Był jeszcze jeden naród – starzy Ateńczycy, lecz oni znikli. Utrzymuję, że my, żydzi, wytworzyliśmy dla Europy wszystkie wartości, które obecnie istnieją w życiu kulturalnym, ekonomicznym i politycznym. Musimy jednak tworzyć dalej…
Z kolei ten sam autor w książce Światowa polityka żydowska (1934) wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja” w 2021 roku pisze:
Wszystkie kraje posiadają „swoich” żydów. Pozostając żydami, to jest należąc do jednego, lecz rozproszonego narodu, żydzi pod firmą „Anglików”, „Amerykanów”, „Niemców” itd. itd. załatwiają na zewnątrz interesy tych poszczególnych narodów, jako rzekomi ich członkowie i decydują o ich losach. I nie można temu się dziwić: wszak przywilej „równouprawnienia” do tego ich uprawnia.
x
Czy zatem wszystko to, co się działo w Anglii przed rewolucją, w trakcie i po niej, nie było dziełem Żydów, którzy po obu stronach barykady mieli swoich wykonawców i dyktowali im, co mają robić? Nie udało się Rzymianom podbić Walii i Szkocji, a Żydzi nie mieli z tym problemu. Nie pomogło „Braveheart”. Na pieniądze, podstęp, intrygi nie ma mocnych. Czy w takiej sytuacji ta zaraza z 1665 roku i ten pożar z 1666 roku były dziełem przypadku, sił natury? „Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają”, jak pisał Szekspir. Niektórzy jednak uważają, że to nie Szekspir, tylko Francis Bacon napisał te dzieła. Czyżbyśmy zatem mieli do czynienia z teatrem w teatrze? Jak patrzeć na czołowych przywódców świata? Czy to nie są aktorzy, którzy mają pewne role do odegrania, tak jak ci z czasów angielskiej rewolucji i restauracji?
Izba Gwiaździsta, Sąd Izby Gwiaździstej – angielski sąd o specjalnych uprawnieniach, który zaczął kształtować się w czasach panowania króla Edwarda (pierwsza wzmianka pochodzi z 1398 roku. Wywodził się ze średniowiecznej Rady Królewskiej, późniejszej Tajnej Rady. Za panowania Karola I Stuarta służył do walki z antyrojalistyczną purytańską opozycją. ↩︎
Gentry – ziemiaństwo angielskie lub inne rodziny żyjące na pewnym poziomie majątkowym nieposiadające tytułów szlacheckich. ↩︎
Krótki Parlament – określenie parlamentu angielskiego obradującego od 13 kwietnia do 13 maja 1640 roku. Zwołany został przez Karola I. Parlament odrzucił jego żądania uchwalenia podatków i wszczął krytykę polityki króla. Na skutek powstania silnej opozycji rozwiązany przez króla po 23 dniach obrad. ↩︎
Długi Parlament – okres obrad parlamentu angielskiego zwołanego przez króla Karola I w 1640 roku, zakończony w 1653 roku pod bitwie pod Worcester, formalnie rozwiązany w 1660 roku. Długi Parlament uchwalił szereg ustaw, które ograniczały władzę króla. ↩︎
Prezbiterianizm – krąg protestanckich kościołów reformowanych charakteryzujących się ustrojem opartym na władzy prezbiterów, czyli starszych zborów (duchownych i świeckich). Kościoły prezbiteriańskie swoją genezę wywodzą z reformacji szwajcarskiej. ↩︎
Akty nawigacyjne – XVII-wieczne angielskie ustawy dotyczące handlu i prawa morskiego. Wprowadzały protekcjonistyczny i merkantylistyczny system handlowy, którego celem miała być ochrona Anglii i jej kolonii przed konkurencją innych państw kolonialnych. ↩︎
Anglia+Walia+Szkocja=Wielka Brytania. Wielka Brytania+Irlandia Północna=Zjednoczone Królestwo. Tak to definiuje angielska Wikipedia. ↩︎
Były pewne zdarzenia w historii, które ze względu na swój przebieg skłaniają do snucia pewnych teorii, które nazywa się teoriami spiskowymi. Tak było w przypadku zarazy, która nawiedziła Londyn w 1665 roku i pożaru w 1666 roku. Daniel Defoe w swoim Dzienniku roku zarazy PIW 2022 szczegółowo opisał jej przebieg. Poniżej parę wybranych fragmentów z tego dziennika.
Doktor zarazy; w XVII, XVIII i XIX wieku medycy zajmujący się ofiarami epidemii, nosili maski z dziobami wypełnionymi ziołami i cieczami, mającymi chronić ich przed zabójczymi miazmatami; zdjęcie: fragment okładki cytowanej książki.
Było to jakoś na początku września 1664 roku, kiedy, tak jak inni moi sąsiedzi, usłyszałem w potocznej rozmowie, że zaraza powróciła do Holandii, a grasowała tam bardzo gwałtownie, zwłaszcza w Amsterdamie i Rotterdamie w roku 1663, dokąd, jak powiadają, została zawleczona, zdaniem jednych – z Włoch, zdaniem innych – z Lewantu, razem z towarami przywiezionymi do kraju przez flotę turecką; inni znów powiadają, że przywleczono ją z Krety, jeszcze inni, że z Cypru. Mniejsza o to zresztą, skąd się wzięła, ale wszyscy twierdzili zgodnie, że powróciła znów do Holandii.
Nie mieliśmy wówczas takich rzeczy jak drukowane gazety, które by szerzyły pogłoski i dawały sprawozdania z różnych wydarzeń, uzupełniając je ludzką fantazją, jak to się czasem praktykowało za mojej pamięci. Ale podobnych informacji dostarczały listy kupców oraz innych, którzy utrzymywali korespondencję z zagranicą, i z nich to podawano sobie nowiny jedynie z ust do ust; tak więc wiadomości nie szerzyły się błyskawicznie wśród ogółu, jak się to dzieje obecnie. Jednakże rząd zdawał się otrzymywać prawdziwe sprawozdania i wiele odbywało się narad, w jaki sposób zapobiec przesiąkaniu tych wieści na zewnątrz; wszystko zachowywano w ścisłej tajemnicy. Toteż pogłoski ucichły, ludzie zaczęli je puszczać w niepamięć jako przedmiot mało nas dotyczący i, jak ufaliśmy, nieprawdziwy, aż dopiero pod koniec listopada, a może nawet na początku grudnia 1664 roku dwóch ludzi, rzekomo Francuzów, zmarło na zarazę przy ulicy Long Acre, a raczej w górnym końcu Drury Lane. Rodzina, u której przebywali, starała się to ukryć w miarę możności, ponieważ jednak zaczęto o tym przebąkiwać w sąsiedztwie, doszło to do uszu Sekretarzy Stanu, ci zaś, uważając za swój obowiązek dowiedzieć się bliższych szczegółów, polecili dwóm lekarzom i chirurgowi przeprowadzenie oględzin zwłok, co też uczynili; stwierdziwszy oczywiste oznaki choroby na ciałach obu nieboszczyków, wyrazili głośno opinię, że zmarli oni na zarazę. Po czym oznajmili ją pisarzowi parafialnemu, który z kolei powiadomił Radę Miejską.
x
Nadeszła tymczasem połowa lipca i zaraza, która dotąd grasowała raczej na przeciwległym krańcu miasta, zaczęła zwracać się ku wschodowi, a więc w stronę dzielnicy, gdzie mieszkałem. Jak można było zauważyć, zaraza nie zmierzała prosto do nas; gród bowiem, to znaczy miasto w obrębie murów, nie odczuwał zarazy; nie przerzuciła się także przez rzekę do Southwark; bo chociaż zmarło tam w tym tygodniu 1268 osób na wszelkiego rodzaju choroby, z czego można podejrzewać, że ponad dziewięćset na zarazę, jednakże w całym mieście, w obrębie murów, zmarło zaledwie dwadzieścia osiem osób, w Southwark tylko dziewiętnaście, łącznie z parafią Lambeth; natomiast w samej tylko parafii St. Giles i St. Martin-in-the-Fields było czterysta dwadzieścia jeden zgonów.
Rozumieliśmy jednak, że morowe powietrze szerzy się przeważnie w parafiach podmiejskich, gdzie, jako że były bardzo gęsto zaludnione, i to przez ubogich, zaraza znajdowała więcej ofiar niż w grodzie, jak to dalej jeszcze zaznaczę. Zauważyliśmy więc, powiadam, że choroba zbliża się ku nam, a mianowicie poprzez parafie Clerkenwell, Cripplegate, Shoreditch i Bishopsgate, z których dwie ostatnie graniczą z Aldgate, Whitechapel i Stepney, mór zatem grasował najzacieklej i najgwałtowniej w tych dzielnicach, nawet wówczas, gdy zaczął wygasać w parafiach zachodnich, skąd wziął początek.
Ponieważ rozpoczęła się ucieczka z grodu, mogłem zaobserwować, że dwór wywędrował wcześnie, a mianowicie już w czerwcu, i udał się do Oksfordu, gdzie Panu Bogu podobało się go oszczędzić; jak słyszałem, zaraza nie dosięgła go nawet w najlżejszym stopniu, za co, jak mogłem zauważyć, nikt z rodziny królewskiej nie złożył nigdy żadnego dowodu wdzięczności, nie wprowadzili też niemal żadnych reform, a choć powiedzenie im tego byłoby daremne, to ich wołające o pomstę do nieba grzechy zdolne były, jak można śmiało stwierdzić, nie odstępując od zasad miłosierdzia chrześcijańskiego, przyczynić się znacznie do ściągnięcia Sądu Bożego na cały naród.
Oblicze Londynu uległo teraz dziwnej zmianie; mam na myśli skupienie zabudowań grodu, jurydyk miejskich, przedmieść, Westminster, Southwark itd., jeżeli bowiem chodzi o dzielnicę miasta zwaną City, inaczej mówiąc, w obrębie murów, zaraza dotknęła ją w bardzo niewielkim stopniu. Na ogól jednak oblicze miasta uległo moim zdaniem znacznej zmianie; smutek i troska przesłaniały wszystkie twarze; bo jeśli niektóre dzielnice nie były jeszcze skazane na zagładę, to jednak wszyscy zdawali się głęboko przejęci, a widząc, że zaraza zbliża się w sposób widoczny, uważali, że zarówno oni, jak ich rodziny są w największym niebezpieczeństwie.
x
Jeżeli mówię o szeregach zamkniętych domów, to nie chcę przez to powiedzieć, że zostały zamknięte na rozkaz urzędów, ale że bardzo wiele osób wyjechało wraz z dworem, dlatego że wymagały tego pełnione przez nich funkcje albo dlatego że były w jakowyś sposób z nim związane, inni znów opuścili miasto ze strachu przed zarazą, co sprawiło, że niektóre ulice wyglądały po prostu rozpaczliwie. Jednakże strach nawet w przybliżeniu nie osiągnął takich rozmiarów w City, zwanym tak w pojęciu nieco oderwanym, a to przede wszystkim dlatego, że choć z początku ogarnęła ludzi nieopisana trwoga, jednakże z uwagi na to, jak już nadmieniłem, iż zaraza występowała zrazu z częstymi przerwami, żyli na przemian w obawie bądź też beztrosko, te odpływy zaś i przypływy następowały kilkakrotnie, tak iż oswoili się z nimi całkowicie; toteż nawet wówczas, gdy nawrót zarazy wydawał się gwałtowny, widząc, że na razie mór nie szerzy się ani w City, ani w dzielnicach wschodnich i południowych, ludzie zaczęli nabierać odwagi, a może, powiedziałbym, hartu. Wprawdzie dużo osób uciekło, jak to mogłem zaobserwować, jednakże byli to przeważnie mieszkańcy zachodnich krańców miasta oraz tego, co nazywamy sercem grodu, to znaczy z kręgu ludzi najzamożniejszych i niezwiązanych z rzemiosłem ani handlem. Jednakże większość pozostałej ludności została i zdawała się znosić cierpliwie najgorsze; w jurydykach miejskich więc, jak również na przedmieściach w Southwark i na wschodnich peryferiach, na przykład w Wapping, Retcliff, Stepney, Rotherhithe itp., ludność na ogół pozostawała na miejscu z wyjątkiem niektórych zamożnych rodzin, niezwiązanych z miastem, jak już wspomniałem, żadnymi interesami zawodowymi.
W tym miejscu nie należy zapominać, że zarówno gród, jak przedmieścia były w okresie tego nawiedzenia niezwykle gęsto zaludnione, to znaczy w chwili największego nasilenia moru; bo choć dożyłem czasów, kiedy mogłem zaobserwować dalszy wzrost zaludnienia i większe niż kiedykolwiek tłumy napływały do Londynu, by się tam osiedlić, to jednak mieliśmy zawsze wrażenie, że ilość osób, które po skończonej wojnie i rozwiązaniu armii oraz Restauracji, czyli przywróceniu monarchii i powrocie rodziny królewskiej, tłumnie przybyły do Londynu, by zająć się handlem lub służyć dworowi w zamian za wynagrodzenie, posady, przywileje itp., była tak znaczna, że miasto liczyło przypuszczalnie o z górą sto tysięcy mieszkańców więcej niż pierwotnie; nie dość na tym, byli tacy, którzy twierdzili, że liczba ich wzrosła w dwójnasób, gdyż przybyły tu wszystkie zrujnowane rodziny stronników partii królewskiej. Żołnierze weterani zajęli się przeważnie handlem lub rzemiosłem i osiedlili się tu wraz z rodzinami. W ślad za dworem powróciło wystawne życie i nowe mody. Ludzie odzyskali dawną wesołość i zamiłowanie do zbytku, a radość z powodu przywrócenia monarchii ściągnęła bardzo wiele rodzin do stolicy.
Często myślałem sobie, że tak jak Rzymianie rozpoczęli oblężenie Jerozolimy w chwili, gdy zebrali się tam Żydzi na święto Paschy, wskutek czego zaskoczono niezliczone rzesze ludzi, którzy kiedy indziej znajdowaliby się w różnych okolicach kraju, tak samo zaraza wtargnęła do Londynu w chwili, gdy na skutek wcześniej wymienionych okoliczności liczba mieszkańców wzrosła niepomiernie. Ponieważ młodzieńczy i wesoły dwór przyciągał ogromny napływ ludzi, co znów wywoływało wielkie ożywienie przemysłu i handlu, zwłaszcza w dziedzinie mody i elegancji, zjeżdżały tam z kolei liczne zastępy rzemieślników, rękodzielników i tym podobnych ludzi, przeważnie ubogich, żyjących z pracy rąk własnych. I przypominam sobie najdokładniej, że w memoriale, który złożyłem lordowi majorowi, dotyczącemu doli ubogich, liczyłem, że w grodzie i pod miastem znajdują się setki, a może nawet tysiące tkaczy trudniących się wyrobem wstążek, z których większość zamieszkuje w parafiach Shoredith, Stepney, Whitechapel i Bishopsgate. położonych w obrębie Spitalfields; to znaczy takiego Spitalfields, jakim było wówczas, teraz bowiem jest pięć razy większe.
Z tego wszakże można wnosić, ilu ogółem było ludzi w mieście; i często mnie, przyznaję, dziwiło, że pomimo tak ogromnej liczby osób, które od razu na początku wyjechały, tyle ich jeszcze, jak się okazuje, pozostało.
x
Muszę się jednak cofnąć do zarania tych zdumiewających czasów. Kiedy obawy ludności zaczęły dopiero się budzić, wzmogło je w dziwny sposób kilka szczególnych znaków i graniczy to niemal z cudem, że zestawiwszy je ze sobą, ludzie nie powstali jak jeden mąż i nie porzucili swoich siedzib, opuszczając miasto, które Niebo zdawało się przeznaczyć na nową Haceldamę1 skazaną na zagładę, na zmiecenie z powierzchni ziemi wraz ze wszystkim, co tam się znajduje. Wymienię tylko parę tych znaków, w istocie jednak były one tak liczne, że dziwiłem się często, iż ktokolwiek (zwłaszcza niewiasty) odważył się pozostać w mieście.
Po pierwsze, na kilka miesięcy przed zarazą ukazała się na niebie ognista gwiazda czy też kometa, tak jak w zeszłym roku na krótko przed pożarem. Stare kobiety i flegmatyczni hipochondrycy płci odmiennej, których mógłbym niemal także nazwać starymi babami, zauważyli, zwłaszcza potem, ale dopiero kiedy minęły te dopusty Boże, iż obie komety przeleciały wprost nad miastem, tak blisko domów, iż niewątpliwie zwiastowały coś bardzo ważnego, i to tylko dla miasta; że kometa przed zarazą miała barwę przyćmioną, bladą, a ruszała się ciężko, uroczyście i powoli, natomiast kometa przed pożarem była jaskrawa i błyszcząca, a nawet, jak mówili niektórzy, płomienna, poruszała się zaś szybko i zamaszyście, z czego wynika, że jedna z nich zwiastowała karę ciężką, powolną, lecz surową, straszną i budzącą trwogę, jaką była zaraza, druga zapowiadała cios nagły, szybki i ognisty – pożogę. Nie dość na tym, niektórzy opowiadali szczegółowo, że kiedy ujrzeli kometę poprzedzającą pożar, zdawało im się nie tylko, iż przelatuje szybko i z impetem, co można było dostrzec gołym okiem, ale nawet słyszeli szum potężnego pędu, groźnego i strasznego, wprawdzie odległy, ale dość wyraźny.
Widziałem obie te gwiazdy i, wyznać muszę, miałem głowę tak nabitą powszechnie panującymi zabobonami, że i ja byłem skłonny dopatrywać się w nich zwiastunów i ostrzeżenia, że zbliża się Sąd Boży, a zwłaszcza kiedy po pierwszej komecie, po której nastąpiła zaraza, ukazała się druga podobna, mogłem sobie tylko powiedzieć, że Pan Bóg nie dość jeszcze srogo ukarał nasze miasto.
Nie mogłem jednakże nadać tym znakom takiego znaczenia wyższej natury, jak to czynili inni, wiedziałem bowiem również, że astronomowie przypisują podobne zjawiska przyczynom naturalnym, że ruchy planet, a nawet dewiacje są obliczone albo też uczonym zdaje się, że potrafią je obliczyć, nie można więc ich naprawdę nazwać zwiastunami ani prognostykami, a tym bardziej sprawcami podobnych klęsk, jak wojna, ogień czy mór.
Ale niech sobie moje myśli czy też myśli filozofów będą, jakie chcą, a raczej były, jakie chciały; owe znaki wywarły niezwykły wpływ na umysły prostych ludzi, którzy prawie wszyscy mieli złe przeczucia, że zbliża się straszny kataklizm i kara Boska grozi miastu; a stało się to na widok tej komety oraz na głos pierwszego dzwonu na trwogę, jakim była śmierć dwóch osób zmarłych w grudniu w parafii St. Giles.
x
Jednakże przezorności lorda majora (burmistrz – przyp. W.L.) i Rady Miejskiej w obrębie grodu, sądom pokoju zaś poza obrębem murów, wspomaganym pieniężnie ze wszystkich stron, zawdzięczamy, iż udało się zachować spokój wśród ubogiej ludności oraz w miarę sił zaspokoić jej potrzeby.
Ponadto dwie okoliczności powstrzymały motłoch od wybryków. Przede wszystkim nawet ludzie bogaci nie gromadzili zapasów żywności w swoich domach, choć powinni byli w istocie to uczynić, i gdyby byli dość przezorni, by tak postąpić, jak zrobili nieliczni, i zamknęli się całkowicie, może łatwiej uniknęliby plagi. Okazało się jednak, że jest inaczej, motłoch więc nie dobrałby się do zapasów żywności, gdyby się był włamał do owych domów, choć rzecz jasna, mało do tego brakowało, a pociągnęłoby to za sobą całkowitą ruinę miasta, nie było bowiem wojsk regularnych, które mogły im stawić opór, nie dałoby się też zrekrutować wyćwiczonych oddziałów dla obrony miasta, gdyż brak było mężczyzn zdolnych do noszenia broni.
Ale czujność lorda majora i tych radnych miejskich, których można było zgromadzić (wielu bowiem nawet spośród nich zmarło, wielu zaś wyjechało), zapobiegła temu nieszczęściu, a osiągnęli to przy pomocy najłagodniejszych i najbardziej ludzkich środków, jakie można sobie wyobrazić, wspierając najbardziej zrozpaczonych zasiłkami pieniężnymi, innym dostarczając zarobków, a przede wszystkim powierzając im dozór nad domami zapowietrzonymi. Że zaś było takich bardzo wiele, twierdzono, że w pewnej chwili zamknięto dziesięć tysięcy domów, każdego zaś pilnowało dwóch stróżów, a mianowicie jeden w nocy, drugi w dzień, nastręczało to sposobności zatrudnienia od razu wielu biedaków.
Kobiety i dziewki służebne, które zostały zwolnione przez chlebodawców, przeznaczono do opieki nad chorymi w całym mieście, to zatrudniło wielki ich zastęp.
Druga okoliczność, nader smętna w istocie, była również w pewien sposób zbawienna, a mianowicie zaraza grasująca straszliwie od połowy sierpnia do połowy października zmiotła przez ten czas od trzydziestu do czterdziestu tysięcy tych biedaków, którzy, gdyby pozostali przy życiu, staliby się wskutek skrajnej nędzy nieznośnym ciężarem, inaczej mówiąc, całe miasto nie byłoby w stanie łożyć tak znacznych sum ani dostarczyć im żywności; byliby więc z czasem, na to, by utrzymać się przy życiu, zmuszeni plądrować bądź sam gród, bądź graniczące z nim osiedla, a więc rozpętaliby zarówno w całym kraju, jak i w mieście najskrajniejszą panikę i zamieszanie.
x
Winienem jeszcze tutaj uczynić inną uwagę na użytek potomności, a to w jaki sposób ludzie zarażają się jedni od drugich; mianowicie, że zdrowi nie zarażali się bezpośrednio od chorych, ale od tych, którzy miewali się dobrze. Muszę jeszcze wytłumaczyć, że gdy mówię o chorych, mam na myśli tych, o których wiadomo, że są chorzy, leżą w łóżku, kurują się, mają na ciele obrzęki i wrzody, i tym podobne tumory. Tych wszyscy się wystrzegali; leżeli oni w łóżku albo stan ich był taki, że nie sposób go było zataić.
Gdy mówię: „ci, którzy się dobrze miewają”,mam na myśli tych, którzy ulegli zarazie, nosili ją w sobie i we krwi, na pozór wszakże nie znać było jej następstw; nie dość na tym, oni sami nie zdawali sobie z tego sprawy, niejedni nawet przez kilka dni. Ci tchnęli śmierć wszędzie i na każdego, co się do nich zbliżył, co mówię, nawet ich odzież kryła w sobie miazmaty choroby, ręce zarażały wszystko, czego się dotknęły, zwłaszcza gdy były gorące i spocone, a mieli wielką skłonność do potów.
Tymczasem nie sposób było rozpoznać takich osób, a one same, jak już mówiłem, nie wiedziały, że są zapowietrzone. To właśnie byli ci, którzy tak często padali zemdleni na ulicy, gdyż czasem chodzili po mieście do ostatka, do chwili kiedy zaczynali się pocić, robiło im się słabo, siadali pod jakimiś drzwiami i umierali. Prawdę powiedziawszy, gdy się tak stało, starali się co sił dobrnąć do drzwi własnego domu; niekiedy zdołali wejść pod swój dach i od razu umierali; czasem znów chodzili dopóty, dopóki nie wystąpiły na nich znamiona choroby, a jeszcze o tym nie wiedzieli i umierali w godzinę albo dwie po powrocie do domu, póki zaś byli poza nim, czuli się dobrze. To właśnie byli ludzie niebezpieczni, takich to zdrowi ludzie powinni się najwięcej obawiać, skądinąd wszakże nie sposób było ich rozpoznać.
W tym leży przyczyna, dlaczego jest rzeczą niemożliwą w okresie nawiedzenia zapobiec szerzeniu się epidemii, choćby się stosowało największą czujność, jaka jest w ludzkiej mocy, a mianowicie dlatego, że nie sposób odróżnić osób zapowietrzonych od zdrowych, a także trudno, aby ci, co ulegli zarazie, jasno zdawali sobie z tego sprawę.
To, jak sądzę, jest przyczyną, że tyle osób mówi o tym, iż powietrze jest skażone i zepsute i że nie warto zważać na to, z kim się przestaje, zaraza bowiem jest w powietrzu.
Zaraza była tak silna, tak zajadła, tak wszędzie przenikała, udzielała się zaś tak niepostrzeżenie, że najskrupulatniejsza ostrożność nie mogła uchronić nas przed nią, póki byliśmy na miejscu. Niech mi wszakże wolno będzie nadal żywić przeświadczenie – mam zaś wiele przykładów świeżo zachowanych w pamięci, dostatecznych, by mnie utrwalić w tym przekonaniu, i nie sądzę, by ktokolwiek oparł się ich oczywistej wymowie – że nikt w całym narodzie nie nabawił się choroby czy też zarazy inaczej, niż w zwykły sposób zarażając się, czy to bezpośrednio przez odzież, dotknięcie czy smród od kogoś, kto już poprzednio jej uległ.
Dowodzi tego również droga, którą epidemia dotarła do Londynu, a mianowicie przez towary przywiezione z Holandii, a sprowadzone tam z Lewantu; pierwszy jej wypadek nastąpił w domu przy Long Acre, dokąd towary owe zostały dostarczone i gdzie po raz pierwszy je rozpakowano; po czym zaraza szerzyła się z domu do domu przez niebaczne obcowanie z chorymi oraz zarażanie się funkcjonariuszy parafialnych, mających do czynienia z umarłymi itd. Są to znane prawdy potwierdzające założenie podstawowe, że zaraza przenosiła się z ludzi na ludzi i z domu do domu, a nie w żaden inny sposób.
x
Muszę wspomnieć jeszcze o przebiegu zarazy; jak się zaczęła na jednym krańcu miasta, posuwała się stopniowo, powoli przechodząc z jednej dzielnicy do drugiej i podobnie jak ciemna chmura, gdy przeciąga nad naszymi głowami, w miarę jak gęstnieje i ciężko zawisa w powietrzu w jednym końcu, jaśnieje i rozprasza się w drugim, tak plaga posuwała się z zachodu na wschód; gdy wzmagała się na wschodzie, przygasała na zachodzie, dzięki czemu te dzielnice miasta, których jeszcze nie dosięgła zaraza, albo te, które opuściła po wyładowaniu na nich swojej furii, były niejako oszczędzone na to, aby pomagać i otaczać opieką pozostałe dzielnice. Tymczasem, gdyby zaraza rozszerzyła się od razu na cały gród i przedmieścia, szalejąc wszędzie z jednakową siłą, tak jak to się stało w niektórych miastach za granicą, pochłonęłaby wszystkich ludzi, umierałoby ich po dwadzieścia tysięcy dziennie, jak podobno było w Neapolu; nie mogliby też wspomagać się i wspierać jedni drugich.
W ostatnim tygodniu września plaga osiągnęła swój punkt szczytowy i furia jej zaczynała się uciszać. Pamiętam, że mój przyjaciel doktor Heath, gdy przyszedł mnie odwiedzić w poprzednim tygodniu, zapewnił mnie, że groza nasilenia złagodnieje za kilka dni. Jednakże widziałem raport z tego tygodnia, a podawał on cyfry najwyższe w całym roku, a mianowicie 8287 zgonów na wszelkie choroby. Wytknąłem mu to z wyrzutem i zapytałem, na czym opiera swoje twierdzenie. Moje pytanie nie zaskoczyło go tak, jak sądziłem. „Widzi pan – odrzekł – sądząc po liczbie chorych i zapowietrzonych, powinno było w ostatnim tygodniu umrzeć dwadzieścia tysięcy osób zamiast ośmiu tysięcy, gdyby epidemia była równie silna jak przed dwoma tygodniami; wówczas bowiem zabijała ludzi w dwa albo trzy dni, teraz śmierć nie następuje nigdy przed upływem tygodnia lub dziesięciu dni. Wtedy nawet jedna osoba na pięć nie powracała do zdrowia, podczas gdy teraz, jak to mogłem zaobserwować, umierają najwyżej dwie osoby na pięć. I wspomni pan moje słowa, następny raport wykaże mniejszą liczbę zgonów, i przekona się pan, że więcej osób powraca do zdrowia, niż dotąd bywało; bo choć mnóstwo jest wszędzie ludzi zapowietrzonych i tyleż ich co dzień ulega zarazie, jednakże nie tyle osób umrze, jak bywało dotychczas, gdyż złośliwość epidemii złagodniała”. To powiedziawszy, wyraził nadzieje, a nawet więcej niż nadzieję, bo przekonanie, że epidemia osiągnąwszy swój punkt szczytowy, poczyna zanikać; tak też było istotnie, gdyż w następnym tygodniu, który był, jak już powiedziałem, ostatnim tygodniem września, raport zmalał prawie o dwa tysiące.
x
Złośliwość zarazy wyczerpała się, a także zima już wkrótce nadciągnęła, powietrze było czyste i chłodne, zaczęły się nawet ostre, coraz bardziej siarczyste mrozy, toteż większość chorych wyzdrowiała i w miecie zapanowały lepsze warunki zdrowotne. Były wprawdzie nawroty zarazy nawet w grudniu i raporty znowu podniosły się o blisko sto wypadków zgonu, ale to znów minęło i niebawem życie powróciło do dawnego trybu. Aż dziw brał, jak nagle zaludniło się miasto, tak iż cudzoziemiec nie zauważyłby, ilu ludzi zginęło. Nie brakowało też mieszkańców w dawnych siedzibach, bardzo mało domów, a nawet żaden nie stał pustką, a jeżeli się to zdarzyło, nie brak było czynszowników chcących je wynająć.
Pragnąłbym móc powiedzieć, że tak jak stolica zmieniła oblicze, tak zmienił się również charakter jej mieszkańców. Nie wątpię, że wielu z nich miało nadal głębokie poczucie wyzwolenia i że byli serdecznie wdzięczni Wszechwładnej Ręce, która ochroniła ich w tak niebezpiecznej dobie. Byłoby nader niesprawiedliwie sądzić inaczej w mieście tak ludnym, zamieszkałym przez ludzi tak nabożnych, jakimi się okazali londyńczycy przez cały czas nawiedzenia, jednakże wyjąwszy to, czego można się było dopatrzyć w niektórych rodzinach i na niektórych twarzach, trzeba przyznać, że postępowanie ludzi było na ogół takie samo jak przed nawiedzeniem i dała się zauważyć zaledwie bardzo niewielka różnica.
Nie brakło nawet takich, którzy twierdzili, że było jeszcze gorzej, że moralność poczęła upadać coraz bardziej właśnie od tego czasu, że ludzie jak marynarze z chwilą, gdy ustanie sztorm, stawali się jeszcze gorsi i głupsi, jeszcze śmielsi i bardziej zatwardziali w grzechu i niemoralności, niż było przedtem, ale nie chcę się tak zagłębiać. Wymagałoby to opowiadania nie byle jak długiego, by wyliczyć szczegółowo wszystkie stopnie, poprzez które zwykły bieg rzeczy został w tym mieście w końcu przywrócony i począł toczyć się swoim dawnym trybem.
xxx
Z tego, co napisał Defoe, zaraza dotarła do Londynu z Holandii, a tam – z Włoch, Lewantu, Krety lub z Cypru. Informacje o niej rozchodziły się poprzez listy kupców. Natomiast rząd otrzymywał prawdziwe informacje i zachowywał je w tajemnicy. Skąd jednak otrzymywał je, o tym autor nie wspomina. Pod koniec 1664 roku upubliczniono fakt śmierci dwóch osób z powodu zarazy. Nie atakowała ona równomiernie w całym mieście, a samego centrum, czyli City, praktycznie nie dotknęła. Rząd, czyli dwór, uciekł do Oksfordu. Początkowo zaraza atakowała z częstymi przerwami. Ponadto nie szerzyła się w City i w dzielnicach wschodnich i południowych. W okresie zarazy samo centrum i przedmieścia były gęsto zaludnione, a po jej ustąpieniu liczba ludności znacznie wzrosła. Ludzie wracali, by zając się handlem i służyć dworowi. Tak działo się po przywróceniu monarchii i powrocie rodziny królewskiej. Ciekawy jest wątek dwóch komet, z których jedna pojawiła się przed zarazą w 1665 roku, a druga – przed pożarem w 1666 roku. Pierwsza miała barwę przyćmioną i poruszała się wolno, druga była jasna, błyszcząca i poruszała się szybko i szum jej potężnego pędu był słyszalny. Zaraza pozbawiła życia od trzydziestu do czterdziestu tysięcy biedaków na ogólną liczbę ofiar szacowaną na siedemdziesiąt do stu tysięcy. Ci biedacy, gdyby przeżyli, byliby dla miasta wielkim ciężarem, jak to ujął Defoe. Zaraza uaktywniała się lub słabła w sposób podobny do tego, jak porusza się chmura nad miastem. Najwyższa tygodniowa cyfra zgonów, to prawie osiem tysięcy trzysta. Największe jej nasilenie miało miejsce od lipca do końca września, a więc trzy miesiące. Po zarazie miasto nadzwyczaj szybko zaludniło się. Nie było opustoszałych domów, żaden nie był niezamieszkały, a jeżeli tak się działo, to nie brakowało czynszowników chcących je wynająć.
Można powiedzieć, że zaraza atakowała wybiórczo i stąd stosunkowo niewielka liczba zmarłych. Gdyby działała z jednakową siłą na terenie całego miasta, to pochłonęłaby wszystkich mieszkańców. Umierałoby po dwadzieścia tysięcy dziennie, jak podobno działo się w Neapolu. Pojawiają się wątpliwości. Jeśli w Londynie i w Neapolu grasowała ta sama zaraza, to dlaczego w Londynie działała wybiórczo i z przerwami, a w Neapolu – nie? W tym miejscu wypada uzmysłowić sobie, co działo się w Anglii przed zarazą. A działo się dużo.
Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (pierwsze wydanie 1932), wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja”, pisze:
Ostatnie lata wojny trzydziestoletniej przypadają na okres, w którym Anglia pod rządami Karola I Stuarta, żonatego z Burbonką, Marią Henrietą, gorliwą katoliczką, jest terenem walk zawziętych. Z jednej strony stoi król, oparty o państwowy kościół anglikański, reprezentujący raczej schizmę niż reformację religijną, z drugiej zaś obóz purytanów, opartych o parlament. Walki króla z parlamentem wypełniają dzieje panowania Karola I.
W r. 1641 bawi w Anglii Komeniusz, wezwany przez parlament, zaś rok później wybucha wojna domowa (1642-1645). Jako jeden z podrzędnych wodzów wypływa na jej falach Olivier Cromwell. Po zaprzestaniu kroków wojennych (1645) toczą się rokowania długotrwałe między purytanami a królem, zakończone wybuchem drugiej wojny domowej (1648), w tym właśnie czasie, gdy na kontynencie zawierano Traktat Westfalski, kończący wojnę trzydziestoletnią.
Na czele najradykalniejszego skrzydła purytanów, tzw. niezależnych purytanów, staje Cromwell i zwycięża wojska szkockie, stojące u boku króla. Odtąd już można mówić w Anglii o dyktaturze rewolucyjnej; nawet parlament zostaje zmuszony siłą do uznania faktów, a potem rozpędzony. Król zostaje skazany na śmierć i ścięty (1649), jak później Ludwik XVI we Francji.
Cromwell w całym kraju rzeziami i mordami wymusza sobie posłuszeństwo; przeprowadza wywłaszczenie katolików, topi w strumieniach krwi powstanie katolickie w Irlandii w r. 1650 i w r. 1653 po zwycięstwach nad flotą holenderską przyjmuje tytuł Lorda Protektora, zmieniony potem na tytuł Wysokiego Lorda Protektora.
Ruch purytański zanieśli do Anglii w XVI w. anabaptyści, ci sami, co fundowali „Nową Jerozolimę” w Monastyrze pod władzą Jana z Lejdy, dobrowolnego wykonawcy wyroków śmierci. Toteż sympatie dla Izraela nie były wcale platoniczne. Nie zapominajmy, że żydów oficjalnie w Anglii nie było, jeszcze w r. 1290 zostali wygnani z wyspy. Co najwyżej nieliczni marrani, bardzo kryjący się przed okiem niepowołanym, bardziej jeszcze niż w Hiszpanii, opanowanej inkwizycją, mogli się byli przyczaić i trwać przez pokolenia. Marranów hiszpańskich do połowy XVI w. do kraju nie puszczano. A tu teraz chrześcijanie sami stają się dzięki reformacji nie już półżydami, ale wprost żydami nieobrzezanymi.
Ducha żydowskiego purytanizm czerpał tak samo z kalwinizmu jak i anabaptyzmu. Rzeczywiście głębsza analiza wiary i etyki kalwińskiej, a już szczególnie purytańskiej, daje w rezultacie judaizm. „To pokrewieństwo i ta tożsamość nie ulegają żadnej wątpliwości i jesteśmy w prawie wnioskować, jak to czyni wyraźnie wybitny ekonomista (Sombart – przyp. autora), że purytanizm to judaizm.” – George Batault, Kwestia żydowska.
Taki kierunek religijny narzuciła Anglii dyktatura Cromwella i w jego imię Anglia i Irlandia spłynęły krwią. Lecouteulx de Cantelen w swych „Les sectes et sociétes secretes” zapewnia, że Cromwell był „wysoko wtajemniczony w misteria masonerii”. Za jego rządów poczynają się próby ponownego wprowadzenia do Anglii żydów, wypędzonych stamtąd w 1290 r. Akcję tę w porozumieniu z Cromwellem przeprowadza Manasse ben Izrael z Amsterdamu.
x
Mamy więc tu do czynienia z dziwną zarazą, podobnie jak dziwny był ten pożar w następnym roku. Wyglądało to tak, jakby ktoś stopniowo oczyszczał teren pod nową kolonizację. Najpierw pozbyto się części ludzi i zajęto ich domy. To działo się poza City, które zarazy nie doświadczyło. W następnym roku, dla odmiany, City zostało pochłonięte przez pożar. Później je odbudowano i ktoś stał się właścicielem tego terenu i wszystkiego, co na nim powstało. Marrani, czyli hiszpańscy Żydzi, od połowy XVI wieku stopniowo osiedlają się w Anglii, a rewolucja Cromwella, czyli rewolucja angielska, otwiera szeroko Żydom wrota do Anglii. To jednak za mało, by podporządkować sobie i wykorzystać państwo, które będzie budowało imperium i stolicę świata, przynajmniej tę finansową i gospodarczą. Chyba jednak uznano, że sami nie dadzą rady podporządkować go sobie i zjednali sobie pomocników, czyli protestantów, zwanych na gruncie angielskim purytanami I chyba po to potrzebna była reformacja. U protestantów zbawienie osiąga się poprzez wiarę, a u katolików poprzez uczynki, co oznacza, że protestant może pozwolić sobie na wszelkie występki i zbrodnie, ale jeśli będzie głęboko wierzył, czyli czytał Biblię, to będzie zbawiony. Nie miał więc moralnych problemów purytanin, by wyrżnąć Indian w Ameryce. Katolik natomiast musi zasłużyć na to zbawienie poprzez dobre uczynki, miłosierdzie itp. W nagrodę za to, że Anglosasi robią Żydom laskę, ci odwdzięczają się im szerszym strumieniem pieniądza, który trafia do państw protestanckich i dlatego społeczeństwa te są bogatsze od pozostałych. Bo to nie jest tak, że bogactwo bierze się z pracy. Owszem bierze się z niej, ale ta praca musi być odpowiednio wynagradzana, by ludzie chcieli pracować, a nawet bardzo ciężko pracować. Jeśli praca nie jest odpowiednio wynagradzana, to rodzi się zniechęcenie, apatia i obojętność, czyli brak motywacji. Chińczycy zawsze byli pracowici, jak wszyscy Azjaci, ale jak wyglądały komunistyczne Chiny wcześniej, a jak wyglądają dziś? Liberia to państwo, w którym 80% populacji to protestanci. Ci Murzyni nie robią nic innego, tylko modlą się całymi dniami w zborach i Liberia wygląda tak, jak wygląda. Z samego czytania Biblii nie ma bogactwa.
Tak więc Stany Zjednoczone to zbrojne ramię żydostwa, służące im do podporządkowywania sobie całego świata. Ale nie tylko armia tego państwa do tego służy. Nie przypadkiem najlepsze i najbardziej prestiżowe uczelnie są w Stanach Zjednoczonych i w Anglii. Dzięki temu kształcą się tam studenci i stypendyści ze wszystkich państw, stając się w ten sposób agentami Anglosasów, a w praktyce Żydów.
I po to była potrzebna rewolucja w Anglii oraz zaraza i pożar Londynu.
Haceldama – krwawe pole; pole koło Jerozolimy, które kapłani kupili za trzydzieści judaszowych srebrników. ↩︎
W poprzednim blogu cytowałem Arnolda Zweiga, który charakteryzował obszar zwany Ober-Ostem. Pisał on m.in. tak:
„Niewiele linii kolejowych ożywiało te rozległe prowincje, żadna z nich nie odpowiadała potrzebom mieszkańców. Tak więc szyny kolejowe biegły jedynie jako środki pomocnicze przyszłych operacji wojennych, wtłaczając w obręb swej szczupłej, zbyt ograniczonej sieci wszelki ruch komunikacyjny i potrzeby gospodarcze. Armia sprzymierzonych szczepów niemieckich tysiącem ssawek przylgnęła do ogromnego obszaru. W każdym punkcie, gdzie krzyżowały się drogi lub leżały gęściejsze skupiska ludności, przytwierdzała ona swoje macki, które czyhały, obezwładniały, dusiły lub popuszczały, zależnie od potrzeb i woli najwyższych instancji. Zarazem pompowały one z osłabionego kraju wszystkie soki żywotne i toczyły je w armię lub w państwo niemieckie; odcięte od morza i wszelkiego dowozu, niby gigantyczny polip wysysało ono okolice, które można było jeszcze z czegokolwiek ograbić.”
Fundusz Obronności i Bezpieczeństwa w KPO – tak nazywa się fundusz, który powołuje Polska. We wtorek o jego powstaniu poinformowała minister funduszy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Na obronę z Krajowego Planu Odbudowy ma trafić 30 mld zł. Pieniądze będą służyć nie tylko wzmocnieniu polskiego przemysłu zbrojeniowego, ale również rozbudowie infrastruktury strategicznej, w tym np. dróg.
“To już oficjalnie: Polska jako pierwsza w Europie powołuje Fundusz Obronności i Bezpieczeństwa w KPO. Zainwestujemy miliardy w schrony, infrastrukturę podwójnego zastosowania i rozwój polskich firm zbrojeniowych. Rozwiniemy nasz przemysł i badania nad nowymi technologiami” – poinformowała we wtorek na portalu X minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz.
Dodała, że resort rozpoczyna rozmowy z Komisją Europejską związane z kwestią powołania funduszu, a w ciągu dwóch miesięcy we współpracy z Ministerstwem Obrony Narodowej i innymi resortami wypracowany zostanie plan inwestycyjny dla tego funduszu. Przekierowanie środków w ramach Krajowego Planu Odbudowy na cele obronne było jednym z punktów wtorkowego posiedzenia rządu.
Mowa o Krajowym Planie Odbudowy – programie inwestycyjnym, który stworzono w ramach polityki łagodzenia skutków społecznych i gospodarczych pandemii Covid-19.
Teraz jednak fundusze z KPO zostaną przesunięte na cele obronne, o czym zadecydowano we wtorek na posiedzeniu rządu. Pieniądze trafią na Fundusz Bezpieczeństwa i Obronności (FBiO), z którego będą rozdysponowywane na wzmacnianie zdolności obronnych Polski. Właśnie z FBiO finansowana ma być modernizacja przemysłu obronnego kraju, ale także rozwój technologii i infrastruktury strategicznej.
x
Tak się składa, że mieszkam na Podlasiu, w tej części, która wchodziła w skład Ober-Ostu. I prawdę mówiąc niewiele się zmieniło od czasu, gdy Zweig opisywał ten obszar. Układ linii kolejowych pozostał bez mian. Białystok i Lublin, a więc dwa największe miasta na tzw. ścianie wschodniej, nigdy nie miały połączenia kolejowego, takiego normalnego. Jeśli chce się przejechać koleją z jednego do drugiego miasta – dziś pociągi pomiędzy tymi miastami nie kursują, kiedyś kursował jeden – to trzeba, mówiąc językiem żeglarskim, halsować, czyli jechać zygzakiem, wykorzystując odcinki, które były budowane dla celów woskowych. Nie można też przejechać normalnie do Trójmiasta. Trzeba jechać przez Warszawę albo telepać się przez Mazury, czyli Prusy. W tym celu trzeba najpierw jechać na północ do Ełku i tam pociąg skręca na zachód. Tak samo jest, gdy chce się pojechać do Krakowa – tylko przez Warszawę. Kiedyś miałem okazję jechać pociągiem z Krakowa do Lublina. Pod Rozwadowem (Stalowa Wola) pociąg kręcił takie piruety, że głowa mała, bo przejeżdżał przez dawną granicę austriacko-rosyjską.
Po „odzyskaniu” niepodległości w 1918 roku połączono ze sobą trzy różne części, należące do trzech różnych państw i do dziś te części nie zostały scalone w sensie komunikacyjnym i nie wyrównano różnic w infrastrukturze kolejowej i drogowej. Szczególnie dotyczy to wschodniej części Rzeczypospolitej Ukraińskiej. Nie zrobiono tego w PRL-u, nie zrobiono tego również w III RP (1989-2022). Zapewne dlatego, że było to zabronione. Z tego wynika, że zarówno PRL jaki III RP były koloniami. W RU priorytetem są zbrojenia – wszystko dla województwa kijowskiego.
W takiej sytuacji nie dziwi, że strategia obronna RU zakłada cofniecie się na linię Wisły, czyli oddanie całej wschodniej części. To jest oczywiście nieco zmodyfikowana pierwsza wersja układu Ribbentrop-Mołotow. O tym, jak ewentualnie zostanie ustalona strefa wpływów na tym obszarze, zadecydują wnukowie obu wyżej wymienionych panów, a nie te pawiany w garniturach. Oni, co najwyżej, mogą bawić się w wybory pawiana nr 1 i skakać z gałęzi na gałąź, czyli pajacować.
Od czasu unii personalnej z Litwą w 1385 roku, pomiędzy Rosją a Niemcami, istnieje strefa, którą można określić jako Zulu-Gula Land, czyli typowy obszar kolonialny i poligon wojskowy, nazywany wcześniej przedmurzem. Stąd te bitwy, z których nic nie wynikało i nie było z nich żadnych korzyści, jak choćby Grunwald czy Wiedeń. W takich warunkach nie mogło powstać nowożytne, nowoczesne państwo, podobne do tych w Europie Zachodniej, a co się z tym wiąże – również takie społeczeństwo i naród. I tak ten obszar nadal jest traktowany przez współczesne państwa tej Europy i Stany Zjednoczone.