Ruch egzekucyjny

Ruch egzekucyjny jest mało znanym wydarzeniem w dziejach Polski nowożytnej, czyli okresu od początku XVI wieku. W okresie unii personalnej (1385-1569) za Jagiellonów rozpoczął się proces rozkradania ziemi państwowej, czyli królewszczyzn. Początkowo ziemie te były dzierżawione, a z biegiem czasu ich dzierżawcy uznali je za swoje i często nie płacili sum należnych od takich dzierżaw. Skarb państwa świecił pustkami i król musiał zastawiać kolejne ziemie, by mieć pieniądze na wojny. Na krótko przed unią wyglądało to tak:

Źródło: Wikipedia; praca własna Mathiasrex.

Trzeba pamiętać, że tylko część ziem należała do króla i tylko część z nich była zastawiona. Nie to jest jednak najważniejsze, przynajmniej według mnie, a to, że przed unią Korona Królestwa Polskiego nie graniczyła z Inflantami, ani z Księstwem Moskiewskim. Natomiast sytuacja Litwy była zupełnie inna. To w jej interesie było ograniczenie wpływów Moskwy. Jednak z racji tej, że królami Korony byli Jagiellonowie, to oni wciągnęli ją do wojny o Inflanty. Mamy więc sytuację bliźniaczo podobną do obecnej. Państwo polskie, nie mając w tym żadnego interesu, angażuje się w wojnę na Ukrainie, bo jego rządzący są Ukraińcami. Retoryka jest dokładnie taka sama. Wtedy Zygmunt August uzasadniał zaangażowanie w Inflantach zagrożeniem Moskwy, która, drogą przez Bałtyk zaatakuje Europę zachodnią i narzuci jej swoje tyrańskie rządy. Można by zapytać: a dlaczego przez Bałtyk, skoro drogą lądową jest prościej i łatwiej, bo przecież Moskwa nie była potęgą morską, wprost przeciwnie.

Czy zatem ruch egzekucyjny, który wysuwał wiele postulatów, dążył do zakamuflowania prawdziwych celów, zgłaszanych pomiędzy różnymi innymi? Tylko dwa z nich zostały w pełni zrealizowane: zmiana ustroju, czyli lekcja króla i unia z Litwą.

Sztuczna inteligencja tak o nim pisze:

Ruch egzekucyjny szlachty (XVI w.) to polityczny ruch średniej szlachty dążący do reform w Rzeczypospolitej, głównie w sądownictwie, skarbowości i wojsku, poprzez egzekucję (wyegzekwowanie) praw, odzyskanie królewszczyzn zagarniętych przez magnatów i ograniczenie wpływów Kościoła, by wzmocnić państwo i ograniczyć władzę królewską i magnacką, co przyczyniło się do powstania wojska kwarcianego i reform.

Główne cele ruchu:

  • Egzekucja praw: Wymuszanie przestrzegania istniejących praw i przywilejów przez króla i magnatów, co miało usystematyzować prawo.
  • Egzekucja dóbr: Zwrot królowi i państwu nielegalnie przejętych przez magnatów dóbr królewskich (królewszczyzn), z których dochody miały zasilić skarb państwa.
  • Reforma wojska: Stworzenie stałej armii (wojska kwarcianego) finansowanej z dochodów z królewszczyzn, zdolnej do obrony granic.
  • Reforma sądownictwa i skarbowości: Uporządkowanie systemu prawnego i administracji.
  • Ograniczenie władzy magnatów i Kościoła: Zmniejszenie ich dominacji politycznej i gospodarcze

Przyczyny i kontekst:

  • Kryzys finansowy państwa i koszty wojen (np. z Moskwą).
  • Niechęć szlachty do polityki monarchy (Zygmunta I Starego, a później Zygmunta II Augusta) opartej na magnaterii.
  • Sprzeciw wobec nepotyzmu i kumulacji urzędów przez magnatów.

Kluczowe postaci i wydarzenia:

  • Przywódcy: Rafał Leszczyński, Mikołaj Sienicki, Hieronim Ossoliński.
  • Wojna kokosza (1537): Wczesny protest szlachty przeciw polityce królowej Bony.
  • Sejm piotrkowski 1562/1563: Rozpoczął realizację programu egzekucyjnego, m.in. lustrację królewszczyzn.

Skutki:

  • Wzmocnienie pozycji szlachty w państwie i sejmie.
  • Utworzenie wojska kwarcianego.
  • Reforma systemu miar i wag, poprawa ściągalności podatków.
  • Wpływ na późniejsze reformy (np. elekcyjność tronu, unia lubelska).

To tyle AI. Ostatnie zdanie jest tu najważniejsze, czyli że według AI ruch ten miał wpływ na późniejsze reformy, a więc na ustrój państwa, który stał się ustrojem nowego państwa, czyli Rzeczypospolitej i na likwidację starego państwa poprzez unię z Wielkim Księstwem Litewskim. Na krótko przed unią lubelską wydzielono z WKL jego południową część, czyli ziemie obecnej Ukrainy i połączono je z Koroną. Powstało wspólne państwo polsko-ukraińskie, które nadal nazywano Koroną. Warto o tym pamiętać, bo dziś znowu jest tworzone takie samo państwo, które pewnie też będą nazywać Polską, choć to już dziś jest państwem ukraińskim, wspierającym dzielnicę kijowską. A wszystko to przeciw znienawidzonej Rosji. A co ma z tym wspólnego Polska? – Polska to zamaskowana, po części, Ukraina, zamaskowana, po części, Rosja i zamaskowane, po części, Niemcy. Wszystko to, zusammen do kupy, tworzy najbardziej nienormalne państwo na świecie.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-70) tak opisuje ruch egzekucyjny:

Egzekucja praw, zespół postulatów szlacheckich wysuwanych przez tzw. ruch egzekucyjny średniej szlachty za panowania Zygmunta I i Zygmunta Augusta, oraz przeprowadzenie związanych z nimi reform. Postulaty te, formowane i wysuwane na sejmach i sejmikach głównie od 1525, godziły w interesy magnaterii i kleru. Dotyczyły one uporządkowania i zmodernizowania norm prawnych i ustrojowych, przywrócenia dawnych, słusznych praw – wówczas nie wykonywanych, uznania zasady elekcyjności tronu, przeprowadzenia egzekucji dóbr, reformy skarbu, sądownictwa i wojska. Ponadto domagano się przeprowadzenia unii polsko-litewskiej, terytorialnego zjednoczenia państwa przez włączenie księstw śląskich – Oświęcimia i Zatora, ścisłe gospodarcze i administracyjne zespolenie Prus Królewskich z Koroną. Wysuwano projekty ograniczenia praw kościelnych, miejskich i chłopskich. Różnowiercy egzekucjoniści żądali wprowadzenia kościoła narodowego i uniezależniania Polski od Rzymu. W 1537 roku na tle walki o egzekucję praw doszło do wybuchu kokoszej wojny, podczas której król i senat zmuszeni byli ustąpić przed żądaniami szlachty. Pierwszy akt walki o egzekucję praw zakończyły sejmy piotrkowski (1538) i krakowski (1538-39) kompromisem, będącym w gruncie rzeczy zwycięstwem szlachty. Zygmunt Stary zaręczył, że nie pogwałci praw, bez zgody sejmu nie będzie wydawać konstytucji, po zgonie jego syna odbędzie się elekcja z udziałem całej szlachty. Obóz szlachty egzekucyjnej nie był jednolitym stronnictwem, należeli do niego różnowiercy, część katolików, średnia szlachta, jak również jednostki spośród bogatszej szlachty; większość jednak hołdowała orientacji antyhabsburskiej i antyrzymskiej. W połowie XVI wieku wyodrębniła się w obozie egzekucyjnym grupa postępowa, kierowana przez M. Sienickiego, H. Ossolińskiego, J. Ostroroga i innych, która wypowiadała się m.in. za reformą kościoła, opodatkowaniem kleru i zobowiązaniem go do ponoszenia ciężaru obrony kraju; podnosiła także zagadnienie władzy królewskiej, broniąc jej przed uzurpacją ze strony magnaterii, a zwłaszcza biskupów; dążyła więc do kontroli senatorów, ministrów i starostów. W 1565 grupa posłów sejmowych żądała powołania w całym państwie instygatorów1 z wyboru szlachty, mających na celu kontrolowanie wszystkich senatorów i urzędników ziemskich, a także spraw miejskich i przedstawianie sądom spraw o nadużycia. Projekt ten upadł mimo gwałtownej walki toczącej się o jego wprowadzenie na sejmie 1565 roku. Szczególnie wytężona walka o egzekucję praw przypada na okres od 1552 do pierwszej wolnej elekcji. W 1562-67 przeprowadzono egzekucję dóbr (objęto nią również Prusy Królewskie), 1563 zawieszono egzekwowanie przez starostów wyroków sądów duchownych, 1573 konfederacją warszawską zagwarantowano tolerancję religijną. Na sejmie 1562/63 dokonano reformy systemu podatkowego (m.in. objęto podatkami dziesięciny); 1578 utworzono szlacheckie sądownictwo najwyższej instancji – Najwyższy Trybunał Koronny w Piotrkowie (dla Wielkopolski) i w Lublinie (dla Małopolski). Doprowadzono do zawarcia unii polsko-litewskiej (1569) oraz przeprowadzono inkorporację zależnych od polski księstw (Oświęcim i Zator); włączono ustrojowo Prusy Królewskie do ziem koronnych pozostawiając im jedynie pewien stopień autonomii. Problemy wolnych elekcji i walki polityczne z tym związane – mimo trwałości niektórych postulatów egzekucyjnych – spowodowały pewne zmiany w organizacji życia politycznego w kraju i rozpad stronnictwa egzekucyjnego.

Egzekucja dóbr, prawna lub faktyczna rewindykacja bezprawnie rozdarowanych, posprzedawanych, pozastawianych lub zagarniętych dóbr królewskich. W Polsce w XVI wieku była egzekucja dóbr jednym z głównych postulatów tzw. ruchu egzekucyjnego, wysuniętych przez średnią szlachtę, a skierowanych przeciwko magnaterii. Egzekucja dóbr łączyła się ze sprawą skarbu i wojska; dobra, które chciano odzyskać, przynosiły ok. 700 tys. zł dochodu, rozdane lub zastawione po 1504 pozostawały w przeważającej części w posiadaniu magnatów. Rewindykacja królewszczyzn zapewniała szlachcie zmniejszenie podatków składanych na obronę kraju; dochód z przywróconych królewszczyzn miał zapewnić królowi opłacanie wojska. Egzekucja dóbr rozpatrywana na sejmie 1562-63 uchwalona została przez sejmy 1563-64; m.in. dzierżawcy dóbr królewskich zachowali dla siebie 1/5 dochodów, a z reszty należnej skarbowi królewskiemu czwartą część oddano do skarbu w Rawie dla wojska kwarcianego (stąd nazwa kwarta). Naznaczono rewizorów w poszczególnych ziemiach dla przeprowadzenia rewizji prawomocności nadań, również na sejmie prowadzono weryfikację prawną dotychczasowych nadań dóbr królewskich (tzw. rewizja listów). Granicę egzekucji dóbr określił sejm z 1567, który ustalił, aby do króla wróciły tylko dobra zastawione lub rozdane, z pominięciem dóbr dożywotnich i dzierżawnych.

x

Władysław Konopczyński w książce Dzieje Polski Nowożytnej Instytut Wydawniczy PAX Warszawa 2003 pisze:

Pierwsze występy przodowników szlacheckiej demokracji za Zygmunta kryją się dotąd w pomroce. Czasem odezwie się nazwisko jakiegoś hałaśliwego [Mikołaja] Tąszyckiego czy [Mikołaja] Spławskiego, ale o co oni wołali, nie wiadomo. Bezimienna dotąd i bierna izba poselska mniej więcej od 1520 r. wyraźnie wysuwała żądania sprawiedliwości, usunięcia nadużyć, egzekucji praw. O conventus justitiae, tj. o taki sejm, który by wprawił w klubę2 wszystkie ustawy i po sprawiedliwości rozłożył prawa oraz obowiązki, toczyła się walka od sejmu bydgoskiego 1520 r.: wyobrażano sobie taki sejm rewizyjny jako jeden i ten sam układ posłów i senatorów, gromadzący się automatycznie co lat 4, a termin jego prac zakładano do lat 12. Pierwszym jego celem miało być uregulowanie stosunków między stanem duchownym a świeckim; później do haseł egzekucji przybywa niełączenie urzędów w jednych rękach (incompatibilia), odebranie królewszczyzn na skarb, zjednoczenie Litwy z Koroną.

Słowem rozmaity duch przenikał tę kampanię egzekucyjną: po części publiczny, patriotyczny, państwowy i narodowy; po części – duch zawiści konkurencyjnej jednych uprzywilejowanych wobec drugich. Raz już w 1521 r. padło słowo rokosz, zapożyczone z Węgier. Raz, w 1529 r. podczas choroby króla Wielkopolanie, za podnietą księcia Albrechta zmawiali się, że następcę zmuszą do odebrania księżom 1/3 części dóbr, aby jej użyć na obronę granic, i spiski te krzewiły się dalej, aż się wylały na wierz groźniej dla państwa niż dla tronu i hierarchii kościelnej, w rokoszu lwowskim.

Misję dziejową Krzyżaków inflanckich, spadkobierców Kawalerów Mieczowych, którzy ujarzmili plemiona Łotyszów i Estończyków, a odgrodzili od morza Ruś moskiewską, przecięło nawrócenie Litwy, późniejszą zaś ich rolę jako pionierów niemczyzny podkopała reformacja. Hamował jej postępy chwilowy sojusznik Litwy, dzielny Walter Plettenberg, ale po jego śmierci (1535) luteranizm przemógł. Zresztą, niezależnie od fermentu, jaki ciągnęła za sobą rozterka religijna, wybuchła na nowo około połowy XVI w. odwieczna waśń między zwierzchnikami naddźwińskiej szachownicy, landmistrzem i ryskim arcybiskupem.

Inflanty w szerszym znaczeniu, obejmującym także Kurlandię, Semigalię i Estonię, leżały w sferze interesów Litwy i Moskwy. Pierwsza przez Dźwinę, druga przez Narwę spławiały swe produkty na morze; poza tym cały ten kraj stanowił rynek zbytu dla rolników i kupców obu państw; dla ich ściągnięcia mistrzowie osadzali na probostwach greckiego wyznania popów, najpierw z Litwy, potem z Moskwy. Ale na wypadek sekularyzacji Inflant i zupełnego ich rozkładu zgłosić mieli swe pretensje zwierzchnicy dawniejsi: Duńczycy i Szwedzi, którzy raz już władali w Estonii w XIV w.; zainteresowana była także Hanza, a cesarz Karol V parokrotnie ostatnio interweniował w sporach inflanckich jako zwierzchnik i opiekun wszystkich dependencji Rzeszy.

Do wojny domowej usposobili się mistrz i arcybiskup zamawiając posiłki, pierwszy w rzeszy Niemieckiej, drugi w Prusach u Albrechta; przejęta wiadomość o tym, że Wilhelm zaprasza brata do okupacji kraju, wywołała oburzenie nie tylko wśród samych katolików, bo właśnie przedstawiciele Rygi z Fürstenbergiem oblegli i wzięli Wilhelma w Kokenhausen, puszczając wolno jego koadiutora3. W tej chwili Zygmunt August uznał za stosowne ująć się za arcybiskupem. Czy myślał już wtedy o pozyskaniu całych Inflant dla swego państwa, czy po prostu spełniał życzenie kuzyna Albrechta, który w styczniu [1556] przygalopował do Wilna i prosił o interwencję – dla dobra Hohenzollernów? Nie domyślano się, o czym dziś już wiadomo, że już w 1552 r. król, po zwiedzeniu Gdańska zjechał się z księciem pruskim w Krupiszkach i Braksztynach, przy czym uplanowano „zjednoczenie” Inflant z Polską i Litwą na podobieństwo infeudacji (nadanie ziemi w lenno – przyp. W.L.) Prus, a to pod berłem księcia Wilhelma jako lennika. Cały późniejszy zatarg o koadiutorów był wykonaniem tajnego planu, o którym z senatu wiedział tylko częściowo Achacy Czema, wojewoda malborski. Obecna interwencja miała ratować plany Hohenzollernów, ale jeszcze lepiej musiała służyć państwu Jagiellonów.

Z kolei przedłożona została rzecz senatowi polskiemu: trwałość panowania na przestrzeni Puck – Kłajpeda zależała od owładnięcia dalszymi portami aż po Rewel, przy tym, jak to Zygmunt August niezmordowanie tłumaczył monarchom europejskim, trzeba było przeciąć dowóz z zachodu broni, instruktorów, rzemieślników do Moskwy, jeżeli Iwan nie miał przez Bałtyk rozprzestrzenić swej tyranii na Europę Zachodnią.

Raz pozwolono królowi na potrzebę inflancką zaciągnąć pożyczkę półmilionową, oczywiście pod zastaw królewszczyzn. Co do dóbr obciążonych „starymi sumami” postanowiono (1567), że jeżeli król pozwala na ich scedowanie w dalsze ręce, to nie inaczej, jak za skreśleniem ¼ części sumy dłużnej. Dzierżawcom przyznano z dochodu brutto 1/5 część, rezerwując 3/5 części dla króla. Reszta, tj. czwarta część czystego królewskiego dochodu, pójdzie do skarbu w Rawie na utrzymanie stałego „kwarcianego” wojska. Takie załatwienie sprawy przecięło dalszy odbiór majątków, a w skromnej mierze zaradziło obronie państwa, bo owego żołnierza kwarcianego bywało parę lub kilka tysięcy. Bądź co bądź samo odbywanie periodycznych od 1566 r. lustracji poprawiło gospodarkę w królewszczyznach i umożliwiło dalsze reformy skarbowe.

x

Często, pisząc blogi o tamtych czasach, zastanawiałem się na tym, kto stworzył ustrój I RP. Intuicyjnie czułem, że byli to Żydzi, którzy posługiwali się różnymi tajnymi związkami, ale brakowało mi punktu zaczepienia. Konopczyński pisze:

Mamy więc konkretną datę, czyli rok 1520. Co więc było przyczyną takiego nagłego ożywienia i wzmożonej aktywności? W 1518 roku przybyła do Polski królowa Bona i przyciągnęła ze sobą nie tylko włoszczyznę, ale również członków różnych tajnych związków, które kwitły we Włoszech od czasów renesansu. Reformacja w Polsce była pod względem religijnym ruchem płytkim, powierzchownym i wraz z nastaniem unii wygasła. Podobnie było w przypadku tych wszystkich „wybitnych” umysłów tamtego czasu. Jak szybko się pojawili, tak szybko znikli. Miernoty wypromowane przez tajne związki. Wielcy panowie, z kolei, stawali się protestantami, kalwinami, by później, gdy cel został osiągnięty, powrócić na łono Kościoła. Była ta reformacja tylko zasłoną dymną do realizacji zupełnie innych celów, podobnie jak ruch egzekucyjny.

Według AI przywódcami tego ruchu byli Rafał Leszczyński, Mikołaj Sienicki, Hieronim Ossoliński. Leszczyński był związany z ruchem braci czeskich, Sienicki – z kalwinizmem i ruchem braci czeskich, Ossoliński – kalwin, uczestnik sejmu podpisującego unię polsko-litewską, sygnatariusz konfederacji warszawskiej (1573) gwarantującej innowiercom tolerancję religijną. Konfederacja warszawska nie była wynikiem jakiejś nadzwyczajnej wspaniałomyślności w tym względzie, tylko koniecznością wynikającą z faktu, że po unii większość ludności zamieszkującej nowe państwo wyznawała prawosławie.

Reformacja była najważniejszym wydarzeniem w historii ziem polskich. Jej dziełem było uczynienie języka polskiego językiem narodowym i doprowadzenie do unii polsko-litewskiej. Choć ten pierwszy postulat pojawił się już wcześniej. Z Wikipedii:

Ostroróg pisał po łacinie, że trzeba pisać po polsku. Dlaczego zatem sam nie pisał po polsku? Ano dlatego, że wtedy jeszcze język polski nie był na tyle wykształcony, by móc w nim przekazywać głębsze treści. Tę wadę usunęła po części reformacja. A więc elity posługiwały się łaciną, a mieszczaństwo – językiem niemieckim. A jakim językiem posługiwali się Piastowie? Łaciną czy niemieckim? – Das ist die Frage, że się posłużę szekspirowskim dylematem w wersji niemieckiej. – Czy aby nie niemieckim?

Reformacja i ruch egzekucyjny miały na celu doprowadzenie do unii polsko-litewskiej i jednocześnie do odwrócenia uwagi opinii publicznej, czyli w tamtym czasie szlachty, od prawdziwego celu. Z kolei zaangażowanie w wojnę o Inflanty miało przekonać ją, że chodzi o bezpieczeństwo państwa. Efektem końcowym tych działań była unia polsko-litewska. Dokładnie ten scenariusz jest obecnie realizowany: zaangażowanie Polski w wojnę, która nie jest w jej interesie i dążenie do stworzenia wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, które miałoby powstrzymać Rosję przed parciem na zachód, czyli Drang nach Westen.

Jak to było możliwe, że Wielkie Księstwo Litewskie nie mogło obronić się samo przed Wielkim Księstwem Moskiewskim, tylko szukało pomocy w małej Polsce? I jedno i drugie księstwo było wielkie. Może jednak to litewskie było „wielkie” tylko z nazwy, a w praktyce była to parodia państwa, a unia Polski z tym tworem nie mogła być niczym innym, jak tylko jeszcze większą parodią państwa.

Drang nach Osten zaczął się jeszcze za Kazimierza Wielkiego, gdy do Korony przyłączono Ruś Halicką i Podole. Po zaborach Ruś Halicka została włączona do Austrii, stała się Galicją Wschodnią i Austriacy stworzyli z niej Banderland na długo przed Banderą. Tak więc Polskę stworzyli Niemcy a banderowską Ukrainę – Austriacy, czyli też Niemcy.

W języku niemieckim słowo „Pol” oznacza biegun, „Pole” – bieguny; „Pole” – Polak, „Polin” – Polka, „Polen” – Polska, Polacy. Skąd zatem pochodzi nazwa ‘Polska” i „Polacy”? Czy przypadkiem nie z niemieckiego? Jeśli ziemie polskie były częścią I Rzeszy, to Królestwo Polskie Łokietka zostało przez nią stworzone, tak jak później, w 1916 roku, Królestwo Polskie, które tworzyli Niemcy razem z Austriakami, a nie tak, jak parę dni temu powiedziała Maria Zacharowa, rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej, że to Lenin stworzył Polskę, bo uznał traktat rozbiorowy za nieważny.

Wygląda więc na to, że obecnie mamy do czynienia z sytuacją podobną do tej sprzed unii lubelskiej i wszystko zmierza w kierunku kolejnej unii, choć w praktyce to ona już jest, tylko że nie ogłoszono tego oficjalnie, więc większość ludzi nadal myśli, że żyje w III RP, a to jest Ukraina. Oczywiście to nowe państwo zostanie pozbawione ziem poniemieckich i Ukrainy Zadnieprzańskiej.

  1. Odpowiednik współczesnego prokuratora, który ścigał przestępstwa przeciwko państwu. ↩︎
  2. Tu: wziąć w karby, uporządkować. ↩︎
  3. Duchowny Kościoła katolickiego, zazwyczaj biskup tytularny, który zostaje przydzielony biskupowi diecezjalnemu w celu pomocy w zarządzaniu diecezją. ↩︎

Maria Stuart cz.3

Świat współczesny to świat informacji, wszechogarniającej informacji. Nowoczesne środki przekazu całkowicie nas zdominowały. Jeśli dodamy do tego sztuczną inteligencję, to odróżnienie tego, co jest rzeczywiste od tego, co jest fikcją, staje się poważnym problemem. Nadmiar informacji jest w takiej sytuacji nie błogosławieństwem, ale wręcz przeciwnie – przekleństwem. Może to komuś wydawać się dziwne, ale z tym samym problemem zetknął się Stefan Zweig pisząc biografię Marii Stuart. Z jak skomplikowaną materią mieliśmy w tym wypadku do czynienia, świadczy wstęp do niej, który przytaczam w całości. Zweig pisał:

Sprawy jasne i oczywiste tłumaczą się same, tajemniczość natomiast pobudza myśl twórczą. Postacie i wydarzenia historyczne osnute mgłą, zawoalowane, wołają o coraz to nową interpretację, o coraz to nowe przetworzenie literackie. Klasycznym wprost przykładem, jak wielką podnietę stanowi tajemniczość snująca się wokół, jest tragedia Marii Stuart. Trudno znaleźć w całej historii postać kobiecą, która dałaby natchnienie tylu utworom literackim, która byłaby tematem tylu powieści, biografii i dyskusji. Ponad trzy wieki kusiła pisarzy, zajmowała uczonych i teraz wciąż jeszcze z niczym nie pomniejszoną siłą postać ta domaga się nowych ukształtowań. Taki jest bowiem sens wszystkiego, co powikłane, iż tęskni do jasności, i wszystkiego, co ciemne, iż dąży do światła.

Tajemnica życia Marii Stuart doczekała się równie licznych, jak sprzecznych upostaciowań i interpretacji: nie znajdzie się chyba druga kobieta, której sylwetka byłaby odmalowana w tak rozmaity sposób: już to jako wściekła intrygantka, kiedy indziej jako anielska święta. Na różnorodność tego obrazu wpłynął dziwnym zbiegiem okoliczności nie niedostatek materiału historycznego, lecz na odwrót – oszałamiający nadmiar. Przechowywane dokumenty, protokoły, akta i listy sięgają tysięcy, dziesiątków tysięcy: w ciągu trzech wieków, z roku na rok, wciąż z tym samym zapałem wznawiany jest proces: winna czy niewinna. Ale im gruntowniej bada się dokumenty, tym boleśniej uświadomić sobie trzeba niewiarygodność wszelkich świadectw historycznych, a co za tym idzie, ich naświetleń. Dokument historyczny bowiem, choćby niewątpliwie autentyczny, stary i archiwalnie uwierzytelniony, wcale jeszcze dlatego nie musi być pewny i psychologicznie prawdziwy. Rzadko kiedy można stwierdzić tak wyraźne, jak w sprawie Marii Stuart, jaskrawą rozbieżność w relacjach ówczesnych obserwatorów, dotyczących tego samego wydarzenia i w tym samym czasie. Każdemu dokumentarnie udowodnionemu „tak” przeciwstawić można również dokumentarnie udowodnione „nie”, każdemu oskarżeniu – uniewinnienie. Prawda i fałsz, urojenie i rzeczywistość są tak bałamutnie pomieszane, że właściwie każdy rodzaj ujęcia można by uznać za bardzo prawdopodobny: kto zechce dowieść, że Maria Stuart jest współwinna zabójstwa swego męża, może przytoczyć dziesiątki zeznań świadków – i na odwrót, kto zechce dowieść, iż nie brała udziału w tej zbrodni, znajdzie tyleż samo świadectw; przed każdym odmalowaniem jej portretu psychologicznego farby zostały z góry zmieszane. A gdy do sprzeczności istniejących relacji przyłączy się jeszcze stronniczość polityczna czy patriotyzm narodowy, obraz stanie się jeszcze bardziej zniekształcony.

Leży to bowiem w naturze ludzkiej, iż w każdym zasadniczym sporze, czy to między dwojgiem ludzi, czy to między dwiema ideami, czy też między dwoma światopoglądami, kusi nas nieodparcie, by opowiedzieć się po czyjejś stronie, by przyznać rację jednemu, a nie przyznać drugiemu, by nazwać jednego winnym, a drugiego niewinnym. Jeśli w dodatku, tak jak w niniejszej sprawie, sprawozdawcy sami przeważnie należą do jednego z nawzajem zwalczających się kierunków, religii czy światopoglądów, to jednostronność ich opinii jest już niejako z góry przesądzona; na ogół autorzy protestanccy zwalali całą winę bez reszty na Marię Stuart, autorzy katoliccy – na Elżbietę. W literaturze angielskiej Maria Stuart przedstawiana jest prawie zawsze jako morderczyni, w szkockiej – jako niewinna ofiara nikczemnych oszczerstw. O listach ze szkatułki stanowiących przedmiot dyskusji najbardziej sporny, jedni gotowi przysiąc, że są prawdziwe, inni natomiast gotowi dać głowę, że są sfałszowane; każdy najdrobniejszy fakt jest więc siłą rzeczy zabarwiony stronniczo. Może dlatego też ktoś, kto nie jest ani Anglikiem, ani Szkotem, ktoś, kto nie jest obciążony przynależnością rodową, będzie mógł zdobyć się na czystszy, pozbawiony uprzedzeń obiektywizm, może uda mu się przystąpić do tej tragedii jedynie i wyłącznie z namiętnym, a jednak bezstronnym zainteresowaniem artysty.

Oczywiście nie będzie tak zuchwały, by twierdzić, iż zna prawdę, jedyną prawdę o wszystkich okolicznościach życia Marii Stuart. To, co zdobędzie, stanowi zaledwie maksimum prawdopodobieństwa, a to, co w najlepszej wierze i z najgłębszym przekonaniem uważa za obiektywizm, będzie mimo to subiektywne. Ponieważ nurt w źródłach nie był czysty, musi dobywać swoją prawdę z mętnej wody. Skoro współczesne relacje przeczą sobie nawzajem, musi wybierać między świadkami oskarżenia a świadkami obrony. I gdyby nawet dokonywał takiego wyboru jak najostrożniej, to niejednokrotnie postąpi najrzetelniej, jeśli swoje opinie zaopatrzy znakiem zapytania i przyzna, że ten lub ów fakt z życia Marii Stuart pozostał dlań niejasny i zapewne niejasnym zostanie na zawsze.

W niniejszym eseju przestrzegałem ściśle zasady niekorzystania z tych zeznań, które zostały wydarte pod wpływem tortur czy też strachu lub przymusu: uczciwy poszukiwacz prawdy nigdy nie będzie uważał wymuszonych zeznań za pełnowartościowe i obowiązujące. Podobnie raporty szpiegów i posłów (w owych czasach było to prawie jedno i to samo) zostały wykorzystane z jak największą ostrożnością, każdy dokument piśmienny z góry budził powątpiewanie; reprezentowany tu pogląd, iż sonety i większość listów ze szkatułki można uważać za autentyczne, opiera się na skrupulatnej analizie i przekonywujących dowodach. Wszędzie tam, gdzie w archiwalnych dokumentach krzyżują się przeciwstawne twierdzenia, gruntownie zbadano źródła i motywy polityczne tej sprzeczności, a tam, gdzie wybór między jednym a drugim twierdzeniem stawał się już nieunikniony, zastosowano miarę ostateczną: do jakiego stopnia poszczególne zachowanie zgodne jest z charakterem w całości.

W gruncie rzeczy charakter Marii Stuart nie jest wcale taki tajemniczy: niejednolity tylko w przejawach zewnętrznych, wewnętrznie jest od początku do końca przejrzysty i prostolinijny. Maria Stuart należy do owego rzadkiego i pociągającego typu kobiet, których prawdziwa pełnia życiowa wtłoczona jest w bardzo szczupły czas, rozkwit ich jest krótki, ale bujny, ich prawdziwy charakter ujawnia się nie na przestrzeni całego życia, lecz na wąskim a płomiennym odcinku jednej jedynej namiętności. Aż do dwudziestego trzeciego roku życia nurt uczuciowy Marii Stuart płynie gładko i spokojnie, tak samo od dwudziestego piątego roku nie zostanie ani razu wzburzony, lecz w ciągu tych dwóch krótkich lat następuje w niej wspaniały, żywiołowy wybuch, rzekłbyś, szalejący orkan, który wynosi jej przeciętne losy na wyżyny tragedii antycznej, wielkiej i potężnej jak Oresteja. W ciągu tych dwóch lat Maria Stuart staje się postacią naprawdę tragiczną, przerasta siebie samą; nadmiar uczucia łamie jej życie, przekazując je zarazem wieczności. I tylko dzięki tej jednej namiętności, którą przypłaciła życiem, imię jej żyje w literaturze po dziś dzień.

Zgodnie z tą szczególnie skondensowaną formą przeżyć wewnętrznych, doprowadzonych do jednego momentu wybuchowego, postać Marii Stuart ulega właściwie już z góry określonym rygorom kształtu i rytmu. Odtwórca powinien dążyć jedynie do tego, by tę strzelającą stromo wzwyż i gwałtownie opadającą krzywą przeżyć Marii Stuart oddać w jej niepowtarzalnej i zaskakującej postaci. Niech więc nikomu nie wyda się sprzecznością, iż w książce tej długi okres pierwszych dwudziestu trzech lat życia Marii Stuart i następne dwadzieścia lat więzienia zajmują nie więcej miejsca niż historia dwóch lat tragicznej namiętności. Tylko na pozór w życiu człowieka czas subiektywny i czas obiektywny to jedno i to samo; w rzeczywistości pełnia przeżyć posiłkuje się miarą duszy, która bieg czasu liczy inaczej niż obojętny i zimny kalendarz. W oszołomieniu uczuciowym, w błogim odprężeniu wzbogacona przez los dusza ludzka może w jak najkrótszym czasie przeżyć nieskończoną pełnię, wyzwolony zaś od namiętności okres długich, długich lat odczuwa jako pustkę, jako przemykający cień, jako głuchą nicość. Dlatego też w historii ludzkiego życia liczą się tylko momenty napięcia, chwile rozstrzygające – i prawdziwą będzie tylko ta powieść, która momenty te uwzględnia. Tylko wtedy, gdy człowiek rzuca na szalę wszystkie swe siły, gdy dusza jego żarzy się i płonie – tylko wtedy staje się postacią prawdziwie żyjącą.

x

W pewnym momencie Zweig pisze: do jakiego stopnia poszczególne zachowanie zgodne jest z charakterem w całości. Jest to metoda albo jeden z jej elementów. Innymi słowy, w sprawach wątpliwych odwoływał się on do charakteru Marii Stuart i na tej podstawie wyciągał wnioski i dokonywał oceny czy takie, a nie inne jej postępowanie było prawdopodobne.

A więc charakter całości. Chcąc więc wyjaśnić postawę „polskiego” rządu wobec Ukrainy i niewątpliwie zbliżający się moment wysłania tam wojska polskiego, wypada odwołać się do całości, w tym wypadku będzie nią historia tych ziem. Na zwycięskiej bitwie pod Grunwaldem Królestwo Polskie nic nie zyskało, a Wielkie Księstwo Litewskie odzyskało Żmudź. W tamtym czasie Krzyżacy, na mocy zawartych porozumień, nie zagrażali już Królestwu. Bitwa pod Wiedniem miała obronić I Rzeszę przed turecką nawałą. Turcja nie atakowała Rzeczypospolitej. Napoleon stworzył Księstwo Warszawskie tylko po to, by pozyskać rekruta na wojnę z Rosją i wykorzystać to wojsko również w Hiszpanii. Wojna 1920 roku to wojna o odzyskanie Kresów i choć Piłsudski miał wolną drogę na Moskwę, której nikt nie bronił, to wstrzymał ofensywę. Dziewiętnaście lat później bolszewicy odbili to, co wcześniej stracili, czy na co się zgodzili w Rydze w 1921 roku. W czasie II wojny światowej polskie wojsko na wschodzie broniło interesu Stalina, a te na zachodzie wyzwalało tamte kraje, a nie własny. Mamy wiec obraz taki, że wojsko polskie nigdy w historii nie broniło ziem polskich, tych piastowskich. I tak będzie tym razem: nie będzie tu stać i na miejscu czekać na wroga, tylko pojedzie daleko na wschód.

Ktoś może oczywiście powiedzieć, że to wojsko broniło ziem piastowskich we wrześniu 1939 roku. Nie, nie broniło. Celem tej obrony było umożliwienie wojskom niemieckim i radzieckim dokonanie rozbioru II RP, bo gdyby polskie wojsko nie walczyło, to Niemcy musieliby zająć całe państwo, razem z Kresami, a nie taki był plan. A więc wojsko to zostało wykorzystane przez zdradzieckie władze do realizacji celów, które były wbrew interesom państwa, zbyt słabego, by stawiać opór potężnemu sąsiadowi. I takie wykorzystanie tego wojska umożliwiło likwidację II RP. Bardzo możliwe, że wojsko polskie na Ukrainie również będzie pretekstem do likwidacji III RP. To wszystko było i jest możliwe tylko dlatego, że pomiędzy Niemcami a Rosją nigdy nie było prawdziwego państwa, tylko twory państwowo-podobne, całkowicie uzależnione od jednej lub drugiej strony. Obecna postawa „polskiego” rządu wobec Ukrainy tylko potwierdza ten stan.

Maria Stuart cz.2

Długo zastanawiałem się nad wyborem fragmentów do zacytowania, ostatecznie jednak zdecydowałem się na zamieszczenie całego rozdziału. Jego tytuł to „Powrót do Szkocji; sierpień 1561”. Pochodzi on z książki Stefana Zweiga „Maria Stuart” wydanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy w 1959 roku. Porusza on w nim fundamentalny problem: która władza jest ważniejsza – ta świecka czy duchowa? Gdy Maria Stuart powróciła do Szkocji po trzynastoletnim pobycie we Francji, to zastała już zupełnie inny kraj, w znacznej mierze opanowany przez kalwinizm. Cóż zatem ona, jako katoliczka, mogła zrobić? Czy mogła mieć realną władzę nad swoimi poddanymi?

x

Gdy 19 sierpnia 1561 roku Maria Stuart ląduje w Leith, mgła tak gęsta, jak rzadko kiedy bywa latem na tym północnym wybrzeżu, przesłania brzeg. Jakże różni się ten przyjazd do Szkocji od pożegnania z douce France1! Tam odprowadzał ją w majestatycznym orszaku kwiat francuskiej arystokracji, książęta i hrabiowie, poeci i muzycy dwornie składali jej dowody czci i szacunku. Tutaj nie czekał jej nikt; dopiero gdy łodzie dobiły do brzegu, zebrała się zdziwiona i zaciekawiona gawiedź; kilku rybaków w zgrzebnych kurtkach, paru wałęsających się żołnierzy, trochę kramarzy i wieśniaków przybyłych po to, by w mieście sprzedać owce. Bardziej onieśmieleni niż zachwyceni przyglądają się, jak wysiadają z łodzi bogato wystrojeni panowie i panie w pięknych szatach, księżne i hrabiowie. Dwa światy stanęły oko w oko.

Surowe to powitanie, twarde i szorstkie jak dusza tej północnej krainy. Już w pierwszej chwili poznaje Maria Stuart z bólem straszliwą nędzę swej ojczyzny, pojmuje, że w ciągu tych pięciu dni podróży morskiej cofnęła się o całe stulecie, że przybyła z kraju o wielkiej, bogatej, bujnej, rozrzutnej, delektującej się sobą kulturze do ciasnego, ciemnego i tragicznego świata. W tym mieście, dziesiątki razy plądrowanym i palonym bądź przez Anglików, bądź przez rebeliantów, nie ma pałacu, nie ma ani jednego przyzwoitego domu mieszkalnego, który mógłby ją godnie przyjąć: królowa tego kraju musi przenocować u zwykłego kupca, aby mieć jakikolwiek dach nad głową.

Pierwsze wrażenia mają wielką moc oddziaływania na umysł ludzki, wbijają się w pamięć na całe życie. Może ta młoda kobieta nie wie sama, co ją tak głęboko przejmuje i porusza, gdy teraz, po trzynastu latach nieobecności, wraca do swego kraju jak obca. Czy to tęsknota, czy nieświadome pragnienie owego ciepła i słodyczy życia, które nauczyła się miłować na ziemi francuskiej, czy cień szarego obcego nieba, czy przeczucie zbliżającego się niebezpieczeństwa? Tak czy inaczej, gdy Maria Stuart zostaje sama – jak opowiada Brantȏme – wybucha rzewnym płaczem. Nie wstępuje na wyspę brytyjską tak jak Wilhelm Zdobywca, silna i pewna siebie, w pełnym poczuciu swej władzy; nie, pierwszym jej doznaniem jest zakłopotanie, smutek, trwoga przed czekającymi ją wydarzeniami.

Nazajutrz przyjeżdża śpiesznie zawiadomiony tymczasem regent, brat przyrodni Marii Stuart, hrabia Moray, a wraz z nim kilku panów, aby przygotować jej jako tako godną świtę przed wjazdem do pobliskiego Edynburga.

Ale tym razem nie będzie to uroczysty orszak. Pod bardzo przejrzystym pretekstem rzekomego ścigania piratów Anglicy zatrzymali jeden ze statków, na którym znajdowały się wierzchowce dworskie, i w małym miasteczku Leith z trudem znaleziono jako tako odpowiedniego i znośnie okiełznanego konia dla królowej; natomiast damy dworu i panowie ze świty muszą – bardzo zagniewani – zadowolić się ordynarnymi chłopskimi szkapami, sprowadzonymi w pośpiechu z okolicznych stajen i szop. Na ten widok łzy stają w oczach Marii Stuart: raz jeszcze odczuwa, jak wiele utraciła wraz ze śmiercią swego męża i o ile to mniej znaczy być tylko królową Szkocji niż królową Francji, którą była dotychczas.. Duma nie pozwala jej pokazać się swym poddanym w tak mizernym, niegodnym orszaku. Zamiast joyeuse entrée2 ulicami Edynburga, obiera wraz ze świtą drogę do zamku w Holyrood omijając mury miasta. W głębi ciemnieje zbudowany przez ojca zamek z krągłymi basztami. Na tle nieba odcinają się hardo wieżyczki twierdzy; z zewnątrz, na pierwszy rzut oka, zamek ten prezentuje się wspaniale, czysty w linii, przygniatający kształtami z ciosowego kamienia.

Ale jakże zimne, jakże puste, jakże nieprzytulne wydają się te komnaty królowej, rozpieszczonej przepychem Francji! Nie ma tu gobelinów, ani blasku świeczników, które włoskie zwierciadła powtarzają od ściany do ściany, ani cennych materii, ani połysku złota i srebra. Od wielu lat nie trzymano tu dworu, opustoszałe komnaty nie pamiętają śmiechu ludzkiego, niczyja dłoń od śmierci ojca Marii Stuart nie zdobiła i nie odnawiała tego domu: i tu szczerzy puste oczodoły nędza, dawna klątwa jej królestwa.

Gdy mieszkańcy Edynburga dowiedzieli się, że ich królowa przybyła do Holyrood, wyruszyli jeszcze tej samej nocy, by ją powitać. Nic dziwnego, że to przywitanie, jak na wyrafinowany, wysubtelniony smak francuskiej arystokracji, wypadło trochę z chłopska i nieokrzesanie; mieszkańcy Edynburga nie mieli musiciens de la cour3, którzy umieliby uradować uczennicę Ronsarda kunsztownymi canzonami lub czułymi madrygałami. Mogą powitać królową co najwyżej starodawnym zwyczajem, układając na placach stosy drew – jedyne, w co obfituje ten dziki kraj – ażeby ogniska, bonfires, płonęły przez całą noc. Potem zbierają się pod jej oknami i zaczynają grać na piszczałkach, kobzach i innych prymitywnych instrumentach; to, co w ich pojęciu jest muzyką, wydelikaconym gościom wydaje się piekielnym hałasem; śpiewają przy tym – teksty świeckie zostały im zakazane przez duchownych kalwińskich – chropawymi męskimi głosami psalmy i pobożne pieśni. Mimo najlepszej woli nie mogą nic więcej ofiarować swojej królowej. Ale Maria Stuart cieszy się z dobrego przyjęcia, a w każdym razie okazuje życzliwość i zadowolenie. Przynajmniej w owej godzinie jej przybycia po raz pierwszy od dziesiątków lat panuje znów zgoda i harmonia między królową a jej narodem.

Ani sama królowa, ani jej doradcy nie łudzą się, że najzupełniej niedoświadczoną pod względem politycznym władczynię czeka niepomiernie ciężkie zadanie. Jeszcze przed przybyciem Marii Stuart Maitland Lethington, najtęższa głowa spośród szkockiej arystokracji, napisał prorocze słowa, że jej osoba spowoduje niezwykłe tragedie (it could not fail to raise wonderful tragedies). Nawet energiczny i na wszystko zdecydowany mężczyzna, mąż żelaznej ręki, nie potrafiłby zmusić tego kraju do trwałego spokoju, czegóż więc można żądać od dziewiętnastoletniej kobiety czującej się obco we własnym kraju i tak nie wyszkolonej w sztuce rządzenia? Ubogi kraj, przekupna szlachta, w każdej chwili gotowa do buntu lub wojny, niezliczona ilość klanów żyjących w wiecznych waśniach i sporach między sobą i tylko czekających okazji, by nienawiść przeobraziła się w wojnę domową, duchowieństwo katolickie i protestanckie zażarcie walczące o pierwszeństwo, czujna, niebezpieczna sąsiadka zręcznie podżegająca do zamieszek – i na domiar wszystkiego wrogość światowych mocarstw, które bezlitośnie chcą wciągnąć Szkocję w swe krwawe igraszki: oto sytuacja, jaką zastaje Maria Stuart.

W chwili gdy przybyła do swego kraju, walka ta była już na ostrzu noża. Zamiast zasobnej kasy przejmuje Maria Stuart po swej matce fatalną spuściznę, zaprawdę damnosa hereditas: waśni religijne, tu zacieklej niż gdziekolwiek indziej trawiące dusze ludzkie. W ciągu tych szczęśliwych lat, które Maria Stuart nie przeczuwając nic złego spędziła we Francji, udało się reformacji wtargnąć zwycięsko do Szkocji. Poprzez dwory i domy, poprzez wsie i miasta, poprzez rody i rodziny przebiega straszliwe rozdarcie: jedna część szlachty jest protestancka, druga katolicka, miasta skłaniają się ku nowej wierze, równinny kraj ku starej, jeden klan zwraca się przeciwko drugiemu, jedno pokolenie przeciwko drugiemu, a wzajemną nienawiść podsycają nieustannie rozfanatyzowani duchowni i popierają swoją grą polityczną obce mocarstwa. Największe niebezpieczeństwo dla Marii Stuart stanowi jednak to, że właśnie najpotężniejszy i najbardziej wpływowy odłam szlachty znajduje się w obozie przeciwnym, w obozie kalwinizmu; możliwość owładnięcia bogatymi dobrami kościelnymi podziałała magicznie na tę zaborczą, buntowniczą zgraję. Nareszcie znaleźli znakomity, pseudoetyczny pretekst: mogli się burzyć przeciwko swej władczyni jako obrońcy prawdziwego Kościoła, jako lords of the congregation, a w tym sporze znajdowali zawsze poparcie ze strony Anglii. Ponad dwieście tysięcy funtów ofiarowała już na ten cel oszczędna zazwyczaj Elżbieta, pragnąc wydrzeć Szkocję katolickim Stuartom przy pomocy wojen i buntów, i nawet teraz jeszcze, po uroczyście zawartym pakcie pokojowym, większość oddanych Marii Stuart jest potajemnie na żołdzie Elżbiety.

Maria Stuart mogłaby za jednym zamachem przywrócić zachwianą równowagę, gdyby sama przeszła na protestantyzm, do czego nakłaniała ją usilnie część jej doradców. Lecz jest z rodu Gwizjuszów, pochodzi z rodziny żarliwych szermierzy katolicyzmu i sama, nie będąc fanatyczką religijną, jest wiernie i żarliwie oddana wierze swych ojców i przodków. Nigdy nie odstąpi od swoich przekonań i nawet w obliczu największego niebezpieczeństwa wybierze raczej ustawiczna walkę niż choćby jeden tchórzliwy postępek niezgodny z jej sumieniem. W ten sposób powstał ów nieuleczalny rozłam między nią a szlachtą: zawsze gdy panujący należy do innego Kościoła niż jego poddani, pociąga to za sobą groźne następstwa. Szale wagi nie mogą się stale tak ostro wahać, raz wreszcie musi się sprawa rozstrzygnąć. Właściwie Marii Stuart pozostaje tylko wybór: albo opanować reformację, albo jej ulec. Nieustanne rozbieżności pomiędzy Lutrem, Kalwinem a Rzymem dziwnym zbiegiem okoliczności odbijają się dramatycznie na losach Marii Stuart: osobista walka między Elżbietą a Marią Stuart, pomiędzy Anglią i Szkocją zadecyduje zarazem – i dlatego jest tak bardzo ważka – pomiędzy Anglią a Hiszpanią, pomiędzy reformacją a kontrreformacją.

Tę i tak już dramatyczną sytuację utrudnia jeszcze jedna okoliczność: niezgoda religijna wtargnęła już do jej rodziny, do jej zamku, do gabinetu jej doradców. Najbardziej wpływowy człowiek w całej Szkocji, brat przyrodni Marii, Jakub Stuart, hrabia Moray, któremu królowa musi powierzyć prowadzenie spraw państwowych, jest żarliwym protestantem i obrońcą owej kirk4, którą ona, wierząca katoliczka, potępia jako herezję. Pierwszy położył swój podpis pod sprzysiężeniem obrońców protestantyzmu, lords of congregation, którzy zobowiązali się „odżegnywać się od nauki szatana wraz z jej przesądami i bałwochwalstwem i uznać się odtąd za jej otwartych przeciwników”. Ten „zbór szatana” (congregation of satan), od którego tak się odżegnują, to nic innego jak wiara katolicka, a więc ta, którą wyznaje Maria Stuart. Już od samego początku rozpoczyna się między królową a regentem rozdźwięk w pojmowaniu najistotniejszych spraw życiowych, a stan taki nie wróży spokoju. W głębi serca żywi bowiem królowa jedną tylko myśl: zdławić reformację w Szkocji, a brat jej i regent ma tylko jedno pragnienie: podnieść reformację w Szkocji do godności jedynej religii panującej. Takie jaskrawe przeciwieństwo przekonań musi nieuchronnie doprowadzić przy pierwszej sposobności do otwartego konfliktu.

Ów Jakub Stuart to jedna z postaci, którym los wyznaczył decydującą rolę w dramacie Marii Stuart; rolę tę potrafi odegrać po mistrzowsku. Jako syn tego samego ojca, lecz z nielegalnego, długotrwałego stosunku miłosnego z Małgorzatą Erskine, córką jednego z najbardziej arystokratycznych rodów Szkocji, wydaje się dzięki królewskiej krwi, a jeszcze bardziej dzięki swej własnej żelaznej energii powołany na najgodniejszego dziedzica korony. Jedynie słaba pozycja polityczna skłoniła w swoim czasie Jakuba V do wyrzeczenia się legalnego związku z ukochaną lady Erskine i do umocnienia swojej potęgi i swych finansów poprzez małżeństwo z księżniczką francuską, matką Marii Stuart. Tak oto ciąży na tym ambitnym synu królewskim piętno nielegalnych narodzin., które po wsze czasy zamyka mu drogę do tronu. Chociaż na prośbę Jakuba V papież przyznaje oficjalnie prawo do krwi królewskiej zarówno jemu, jaki pięciorgu innym nieprawnym dzieciom jego ojca, Moray pozostaje mimo to bękartem i nie może rościć pretensji do korony ojcowskiej.

Otóż Moray jest naturą władczą. Porywcza stanowczość jego królewskich przodków, ich duma i żądza władzy burzą się w jego krwi: rozumem i jasnością decyzji góruje nad zachłannym klanem lordów i baronów. Jego cele sięgają daleko, jego plany mają rozległe perspektywy polityczne. Równie mądry jak siostra, ten trzydziestoletni mężczyzna przewyższa ją znacznie rozwagą i doświadczeniem. Patrzy na nią jak na rozbawione dziecko i pozwala się jej bawić, dopóki te igraszki nie krzyżują jego planów. Ten dojrzały mężczyzna nie ulega, tak jak siostra, gwałtownym, nerwowym, romantycznym impulsom, jako władca nie ma w sobie nic bohaterskiego, ale za to zna tajemnicę czekania i cierpliwości, które jest pewniejszą rękojmią sukcesu niż szybki i namiętny poryw.

Pierwszą oznaką prawdziwych uzdolnień politycznych jest umiejętność z góry rezygnowania z tego, co nieosiągalne. Nieosiągalną dla tego nieprawego syna jest korona królewska. Nigdy Moray nie będzie mógł nazywać się Jakubem VI – zdaje sobie z tego sprawę; a więc jako rozważny polityk odstępuje od roszczeń do tytułu króla Szkocji, aby tym pewniej pozostać władcą Szkocji: niechaj będzie regent, skoro nie może być rex. Zrzeka się insygniów władzy, rezygnuje z widomych oznak, aby tym mocniej utrzymać w swych rekach prawdziwą władzę. Jeszcze jako młodzieniec zgarniał dla siebie najbardziej oczywistą postać władzy – bogactwo; otrzymał duży spadek po ojcu, a i poza tym chętnie przyjmuje dary; czerpie korzyści z rozwiązania klasztorów, z wojny, przy każdym połowie pierwszy napełnia swą sieć. Bez skrupułów przyjmuje subsydia od Elżbiety, a gdy siostra jego, Maria Stuart, wraca do Szkocji jako królowa, Moray jest już jednym z najbogatszych i najpotężniejszych ludzi w kraju, tak silnym, że trzeba się z nim liczyć.

Bardziej z wewnętrznej potrzeby niż z rzeczywistej sympatii szuka Maria Stuart przyjaźni ze swym bratem przyrodnim; aby zabezpieczyć własne panowanie, wpycha mu w ręce wszystko, czego zapragnie, zaspokaja jego nienasyconą żądzę bogactw i władzy. Ręce Moraya – na szczęście dla Marii Stuart – są naprawdę niezawodne, umieją utrzymywać i umieją ustępować. Jako urodzony mąż stanu, Moray trzyma się złotego środka: jest protestantem, ale nie obrazoburcą, jest szkockim patriotą, ale przy tym w łaskach u Elżbiety, jest w nie najgorszych stosunkach z lordami, ale w razie potrzeby potrafi pokazać im pięść – w sumie jest to człowiek zimny, wyrachowany, pozbawiony nerwów, którego nie zaślepią pozory władzy, a zaspokoi sama tylko władza.

Tak niepospolity człowiek to wielka zdobycz dla Marii Stuart, dopóki stoi po jej stronie – i olbrzymie niebezpieczeństwo, jeśli wystąpi przeciwko niej. Jako brat związany z nią węzłami tej samej krwi, Moray ma również egoistyczne względy na celu, aby utrzymać siostrę na tronie: żaden Gordon czy Hamilton będąc na jej miejscu nie pozostawiłby mu tak nieograniczonej władzy i swobody w rządzeniu; chętnie pozostawia więc siostrze reprezentację, bez zawiści patrzy, jak podczas uroczystości niosą przed nią berło i koronę, dopóki wie, iż prawdziwą władzę on dzierży w swym ręku. Lecz z chwilą gdy królowa zechce sama panować i obniżyć jego autorytet, duma Stuartów zetrze się z dumą Stuartów. A nie ma straszliwszej wrogości niż wówczas, gdy walczą ze sobą pokrewne natury o tym samym napięciu siły i z tych samych pobudek.

Protestantem jest również sekretarz stanu, Maitland Lethington, drugi mający nie mniejsze znaczenie człowiek na dworze Marii Stuart. Ale i on początkowo jest po stronie królowej; Maitland, tęga głowa, umysł giętki i wyrafinowany, the flower of wits5, jak go nazwała Elżbieta, nie jest tak żądny władzy ani tak ambitny jak Moray. Jako dyplomatę, bawi go zawiła i zawikłana gra polityki i intryg, bawi go cały kunszt kombinacji; nie chodzi mu o sztywne zasady, o religię czy ojczyznę, o królową czy państwo, lecz o artyzm, o sztukę rozgrywek, o supłanie i rozwiązywanie nici na swój własny sposób. W stosunku do Marii Stuart, do której osobiście jest głęboko przywiązany (jedna z czterech Mary, Mary Fleming, zostanie jego żoną), nie jest ani naprawdę wierny, ani naprawdę niewierny. Będzie jej służył, dopóki los jej sprzyja, ale opuści ją w niebezpieczeństwie; po nim, jak po barwnej chorągiewce na dachu, Maria Stuart może poznać, czy wieje wiatr pomyślny, czy niepomyślny, gdyż jako prawdziwy polityk będzie służył nie królowej, nie przyjaciółce, lecz wyłącznie jej fortunie.

Ani z prawa, ani z lewa, ani w mieście, ani we własnym domu nie znajduje Maria Stuart – cóż za fatalny horoskop! – żadnego oddanego przyjaciela. Jednak przy pomocy takiego Moraya, takiego Maitlanda udaje się jej panować i paktować; nieprzejednanie natomiast, nieubłaganie, z zaciekłą, morderczą nienawiścią przeciwstawia się jej od pierwszej chwili najpotężniejszy przedstawiciel ludu, John Knox, kaznodzieja z Edynburga, organizator, pan i władca szkockiej kirk, mistrz demagogii religijnej. Z nim rozpoczyna się walka o być albo nie być, o śmierć i życie.

Kalwinizm Johna Knoxa nie jest bowiem tylko reformatorskim odnowieniem Kościoła, lecz sztywnym systemem państwa bożego i przeto niejako superlatywem protestantyzmu. John Knox występuje władczo i jako władca fanatycznie domaga się od samego króla niewolniczego podporządkowania się jego teokratycznym przykazaniom. Z kościołem anglikańskim, z kościołem luterańskim, z jakąś łagodniejszą postacią reformacji doszłaby może Maria Stuart do porozumienia, zgodnie ze swą miękką i uległą naturą. Samowładztwo kalwinizmu natomiast wyklucza z góry jakąkolwiek możliwość porozumienia z prawdziwym władcą kraju, i nawet Elżbieta, wysługująca się politycznie Knoxem, aby czynić wstręty rywalce, nie cierpi go osobiście z powodu jego nieznośnej zarozumiałości. Jakże dopiero gniewać musi na wskroś ludzką i myślącą w duchu humanistycznym Marię Stuart to jego ponure religianctwo! Czymś zupełnie niepojętym była dla jej bujnej natury, miłującej życie, dla jej poetyckich skłonności ta trzeźwa surowość, niechęć do życia, obrazoburcza nienawiść do sztuki, to gwałcenie radości wysnute z genewskiej nauki – czymś zupełnie nie do zniesienia ten wyniosły upór zakazujący śmiechu i potępiający piękno jako występek, pragnący obrócić wniwecz wszystko, co dla niej najdroższe: swobodne formy obyczajów, muzykę, poezję i taniec, sprawiający, iż świat, i tak ponury, staje się jeszcze bardziej posępny.

Ten twardy charakter, jak ze Starego Testamentu, nadaje edynburskiej kirk John Knox, najzacieklejszy, najbardziej fanatyczny ze wszystkich założycieli Kościoła, prześcigający swego własnego mistrza, Kalwina, w bezkompromisowości i nietolerancji. Początkowo skromny ksiądz katolicki niskiego stopnia, z całym szaleństwem i pasją swej apodyktycznej natury rzuca się w reformację, jest uczniem George’a Wisharta, którego matka Marii Stuart kazała spalić żywcem jako kacerza. Płomień, w którym zginął jego nauczyciel, płonie nadal w duszy ucznia. Jako jeden z przywódców rebelii przeciw regentce, zostaje wzięty do niewoli przez francuską armię posiłkową i skazany na galery we Francji. Długo siedzi tam zakuty w kajdany, lecz wola jego po krótkim czasie staje się równie żelazna jak łańcuchy. Po uwolnieniu ucieka do Kalwina; tu uczy się siły wymowy i bezlitosnej purytańskiej nienawiści wobec wszystkiego, co jasne i helleńskie; po powrocie do Szkocji w ciągu niewielu lat nakłania lordów i lud do przyjęcia reformacji.

John Knox jest chyba najdoskonalszym typem fanatyka religijnego, jaki zna historia: twardszy niż Luter, który jednak nie jest pozbawiony pewnej pogody ducha, surowszy niż Savonarola, gdyż nie umiał się zdobyć na blask i mistyczne światło w swych przemówieniach. Prostolinijność jego była uczciwa, lecz wskutek swej przerażającej ograniczoności myślenia Knox należał do owych ciasnych, surowych umysłów, dla których tylko własna prawda jest prawdziwa, tylko własna cnota cnotliwa, tylko własne chrześcijaństwo chrześcijańskie. Kto nie ma tych samych przekonań co on, jest przestępcą, kto choć o jotę odstępuje od jego żądań, jest sługą szatana. Knox ma w sobie ponurą odwagę opętanego, namiętność ograniczonego fanatyka i obmierzłą dumę „jedynego sprawiedliwego”; w jego surowości tli się jednocześnie niebezpieczna radość z własnego hartu, w jego nietolerancji – ponura satysfakcja z własnej nieomylności.

Ten szkocki Jehowa ze swą falującą brodą staje co niedzielę na ambonie kościoła Św. Idziego i miota gromy nienawiści na tych, którzy nie słuchają jego kazania; kill joy, uśmiercający radość, z gniewem ciska klątwy na beztroskie „plemię szatańskie” tych, którzy służą Bogu nie ściśle według jego wskazówek i jego osobistego rozumienia. Albowiem ten zimny fanatyk nie zna innej radości niż triumf swojej racji, innej sprawiedliwości niż sukces swojej sprawy. Naiwnie triumfuje, ilekroć jakiś katolik czy inny przeciwnik zostanie usunięty lub upokorzony; a jeśli czyjaś mordercza dłoń sprzątnie wroga kirk, to rzecz prosta, nikt inny tylko Bóg pragnął owego chwalebnego czynu i dopomógł do jego spełnienia. Ze swej ambony Knox intonuje pieśń triumfalną, gdy biednemu chłopcu Franciszkowi II, małżonkowi Marii Stuart, zabójcza materia zaczyna się sączyć z ucha, „które nie chciało słyszeć głosu Boga” – a gdy umiera Maria de Guise, matka Marii Stuart, Knox, rozradowany, głosi z ambony: Oby Bóg w Swej niezmierzonej łasce uwolnił nas niebawem i od innych osób z krwi Walezjuszów. Amen! Amen!

Nie ma nic z łagodności boskiej, nic z ewangelicznej dobroci w jego mowach, którymi grozi jak rózgą; jego Bóg jest Bogiem zemsty, zazdrosnym i nieubłaganym, jego Biblią jest tylko Stary Testament, żądny krwi i barbarzyńsko surowy. W jego kazaniach mowa jest o Moabie, O Amaleku, o wszystkich innych wrogach ludu Izraela, których wytępić należy ogniem i mieczem, i groźby te skierowane są przeciwko wrogom jedynej prawdziwej – a więc jego własnej – wiary. A gdy gniewnymi słowy biczuje królową biblijną Jezabel, wiedzą dobrze słuchacze, jaką to królową ma na myśli. Niby burza, co zaciemnia niebo i napawa duszę lękiem za każdym hukiem gromu i zygzakiem błyskawicy – opanował Szkocję kalwinizm, grożąc lada chwila niszczącym wyładowaniem.

Tak świadomy swego celu i nieprzekupny człowiek, który jedynie chce rozkazywać i toleruje tylko posłuszną wiarę, nie przystanie na żaden kompromis; zabieganie o jego względy uczyni go jeszcze bardziej twardym, szyderczym i wymagającym. Wszelkie próby porozumienia rozbijają się o głazy zarozumiałego oporu. Ci, którzy rzekomo walczą w imię Boga, są najbardziej zacietrzewionymi ludźmi na ziemi: wydaje im się, że słuchają tylko boskich przykazań, głusi są przeto na słowa ludzkie.

Zaledwie tydzień bawi Maria Stuart w swym kraju, a już odczuła ponurą obecność tego fanatyka. Zanim jeszcze objęła władzę, zapewniła swym poddanym nie tylko pełną swobodę wiary – co przy jej wrodzonej tolerancji nie było dla niej ofiarą – ale nawet pogodziła się z zakazem publicznego odprawiania mszy katolickiej w Szkocji – bolesne to ustępstwo na rzecz zwolenników Johna Knoxa, który twierdził, że „wolałby widzieć dziesięć tysięcy wrogów lądujących w Szkocji niż dowiedzieć się o jednej odprawionej mszy”.

Zrozumiałe, że Maria Stuart, jako gorliwa katoliczka, krewniaczka Gwizjuszów, zastrzegła sobie prawo praktykowania bez przeszkód swej religii we własnej kaplicy domowej i parlament przyznał jej słuszne żądanie bez zastrzeżeń. Jednakże gdy pierwszej niedzieli w jej kaplicy domowej w Holyrood rozpoczęły się przygotowania do mszy katolickiej, rozjątrzony tłum dotarł z groźbami aż do bram. Ministrantowi, który niósł przed ołtarz poświęcane świece, wyrwano je siłą i połamano. Coraz głośniej daje się słyszeć żądanie, aby wydalono, a nawet zamordowano „pogańskiego kapłana”, rozlegają się coraz bardziej wzburzone okrzyki protestu przeciwko „służeniu szatanowi”; we własnym domu królowej lada chwila może wybuchnąć awantura o Kościół.

Na szczęście hrabia Moray, chociaż sam szermierz i obrońca kirk, rzuca się przeciwko rozfanatyzowanej tłuszczy i broni wejścia. Po mszy, odprawionej w wielkim strachu, wyprowadza przerażonego księdza bezpiecznie do jego komnaty; katastrofa została zażegnana, autorytet królowej jeszcze z trudem ocalony. Ale wesoła uroczystość na cześć przybycia Marii Stuart, owe joyousities, jak szyderczo wykpiwa Knox, zostały ku jego radości brutalnie przerwane; po raz pierwszy napotyka romantyczna królowa w swej ojczyźnie na opór rzeczywistości.

Maria Stuart reaguje na te zniewagę wybuchem gniewu. We łzach i w złych słowach wyładowuje tłumioną wściekłość. I tu po raz drugi pada ostrzejsze światło na jej niezbyt wyrazisty jak dotąd charakter. Ta młoda kobieta, od wczesnego dzieciństwa rozpieszczana przez los, jest w głębi duszy delikatna i czuła, ustępliwa i łatwa w pożyciu; wszyscy, od wielmożów na dworze do pokojowych i dziewek folwarcznych, chwalą jej miły, prosty, serdeczny sposób bycia. Potrafi zaskarbić sobie sympatię wszystkich, gdyż nie chełpi się i nie pyszni swym królewskim tytułem, a dzięki naturalnej swobodzie w zachowaniu pozwala zapominać o przewadze swego stanowiska. Ale u podstaw tej szczodrej serdeczności spoczywa silne poczucie godności własnej osoby, dopóty niewidoczne, dopóki nikt go nie tyka, lecz wybuchające namiętnie, jeśli ktokolwiek ośmieli się na sprzeciw lub opór. Ta dziwna kobieta często umiała zapomnieć urazę osobistą, ale nigdy nie zapomniała najmniejszego uchybienia jej królewskiej godności.

Ani przez chwilę nie ścierpi tej pierwszej obelgi. Podobne zuchwalstwo musi być zaraz na samym początku zdławione i surowo ukarane; a Maria Stuart wie, kto jest inicjatorem owych zajść, słyszała o tym brodaczu z kacerskiego kościoła, który podburzał lud przeciwko jej wierze i nasłał zgraję na jej dom. Od razu postanawia rozprawić się z nim energicznie. Maria Stuart bowiem, przywykła do królewskiej wszechpotęgi we Francji, wychowana od dzieciństwa w wierze, iż jej, królowej z bożej łaski, należy się bezwzględne posłuszeństwo, nie może wyobrazić sobie sprzeciwu poddanego, zwykłego mieszczanina; wszystkiego by się prędzej spodziewała, ale nie tego, że ktoś ośmieli się jej otwarcie i hardo przeciwstawić. A na to John Knox jest przygotowany i nawet z góry się cieszy. „Dlaczegóż ta ładna twarz arystokratki miałaby przyprawić mnie o lęk, skoro tylu już rozgniewanym mężom patrzyłem prosto w oczy i nigdy nie doznawałem niegodnego strachu?” – zadaje sobie pytanie. I biegnie pełen zapału do pałacu, gdyż walczyć – i jak sądzi, walczyć o Boga – to największa rozkosz dla każdego fanatyka.

Jeśli Bóg użycza korony królom, to swym kapłanom i wysłannikom udziela daru płomiennego słowa. Według Johna Knoxa wyżej od króla stoi pastor kirk, jako strażnik prawa bożego. Jego zadaniem jest bronić państwa bożego na ziemi, nie wolno mu się wahać, musi poskromić nieposłusznych twardym kosturem swego gniewu, tak jak to uczynił niegdyś Samuel i biblijni sędziowie.

Dochodzi więc do sceny jak w Starym Testamencie: duma królewska i pycha kapłana ścierają się ze sobą – to nie jednostka walczy z jednostką o przewagę, lecz po raz tysiączny zmagają się w zaciekłej walce dwie prastare idee.

Maria Stuart usiłuje powściągnąć swój gniew, chce być łagodna, nie pragnie niczego innego, tylko pokoju dla swego kraju; grzecznie wszczyna rozmowę. John Knox natomiast jest zdecydowany stawiać się ostro, pokazać tej idolatress6, że ani na cal nie pochyli głowy przed możnymi tej ziemi. W chmurnym milczeniu, nie jak oskarżony, lecz jak oskarżyciel słucha wyrzutów królowej za jego książkę The first blast of trumpet against the monstrous regiment of women7, w której odmawia kobietom prawa do panowania. Ten sam Knox, który z powodu tej samej książki będzie się później najpokorniej tłumaczył przed protestantką Elżbietą, wobec tej królowej-„papistki” upiera się w wieloznacznych słowach przy swoich przekonaniach. Stopniowo wymiana zdań staje się coraz gwałtowniejsza. Maria Stuart przypiera Knoxa do muru: czy zdaniem jego poddani winni być bezwzględnie posłuszni swemu władcy, czy nie? Zamiast odpowiedzi „oczywiście”, jak to Maria Stuart oczekiwała, zręczny taktyk sprowadza obowiązek posłuszeństwa do zacieśniającego porównania: jeśli ojciec traci rozum i chce zabijać swoje dzieci, mają one prawo związać mu ręce i wyrwać z nich miecz. Jeśli panujący prześladuje dzieci boże, mają one prawo stawiać opór. Królowa domyśla się w tych zastrzeżeniach buntu teokraty przeciw uprawnieniom władcy.

   - A więc moi poddani - pyta - winni być posłuszni wam, a nie mnie? Więc to ja jestem waszą, a nie wy moim poddanym?
W gruncie rzeczy John Knox tak uważa. Ale jest zbyt ostrożny, aby w obecności Moraya wypowiedzieć się jasno.
- Nie - mówi wymijająco - zarówno panujący, jak i poddani winni być posłuszni Bogu. Królowie winni być żywicielami Kościoła, królowe zaś karmicielkami.
- Ale ja nie chcę być karmicielką waszego Kościoła - odpowiada królowa, rozgniewana dwuznacznością tej odpowiedzi. - Chcę mieć w opiece Kościół rzymskokatolicki, który uważam za Kościół boży.

Teraz dochodzi do starcia oręża na oręż. Rozmowa ta doprowadziła do punktu, w którym nie może być już porozumienia między wierzącą katoliczką a fanatycznym protestantem. Knox staje się wręcz grubiański i pozwala sobie nazwać Kościół rzymskokatolicki „wszeteczną dziewką”, której nie wolno mienić się oblubienicą bożą. A gdy królowa zabrania mu używania podobnych słów, gdyż ubliżają jej sumieniu, Knox odpowiada wyzywająco: „Sumienie wymaga poznania.” On zaś obawia się, że królowej brak właściwego poznania. Zamiast pojednania ta pierwsza próba porozumienia wywołuje tylko zaostrzenie sprzeczności. Knox wie już teraz, że „szatan jest silny” i że po młodej władczyni nie może spodziewać się uległości.

„W sporze z nią natknąłem się na taką stanowczość, jakiej dotąd nie spotkałem u osoby w tak młodym wieku. Od tej chwili dwór już dla mnie nie istnieje, a ja dla dworu” – pisze rozgoryczony.

Z drugiej strony, Maria Stuart po raz pierwszy uświadomiła sobie granice potęgi królewskiej. Z podniesioną głową opuszcza Knox komnatę, zadowolony z siebie i dumny, że przeciwstawił się królowej – a Maria Stuart, zbita z tropu, z goryczą stwierdza własną niemoc; gorące łzy tryskają jej z oczu. Nie będą to ostatnie łzy w jej życiu. Przekona się wkrótce, że władzy nie dziedziczy się po prostu z krwią ojca, ale trzeba zdobywać ją nieustannie wśród walk i upokorzeń.

x

Zweig, opisując konflikt pomiędzy fanatycznym Knoxem a Marią Stuart, uświadomił mi, że reformacja, tak jak ją się przedstawia, to jedna wielka mistyfikacja. Renesans został zapoczątkowany przez prąd zwany humanizmem. To był prawdziwy przewrót. Średniowiecze to był okres całkowitej dominacji Kościoła. W tym czasie Bóg był w centrum ludzkiej uwagi i stąd ciągłe modlitwy, a nawet, w skrajnych wypadkach, biczowanie się i umartwianie. Humanizm natomiast stawia w centrum uwagi człowieka i jego życie doczesne. Ludzie już nie chcą myśleć o śmierci czy życiu pozagrobowym, chcą żyć tu i teraz, chcą korzystać z życia. Zatem protestantyzm, a w szczególności jego skrajna odmiana, kalwinizm, nie są odstępstwem od Kościoła. Wręcz przeciwnie, chcą, by pozostał on takim, jakim był w średniowieczu. Stąd w kalwinizmie mamy taką surowość obyczajów i ciągłe koncentrowanie się na Bogu, co przejawia się w częstych modłach i czytaniu Biblii. Czy więc ci, którzy nazywają średniowiecze ciemnotą i zabobonem, zdają sobie sprawę z tego, że tym jest również protestantyzm, a w szczególności kalwinizm?

Katedry gotyckie, ich strzeliste wieże, symbolizowały dłonie złożone do modlitwy. To był pionowy porządek architektoniczny skierowany ku górze, ku Bogu. Renesans zapoczątkowuje porządek poziomy, a więc przyziemny, w którym zaczynają być budowane kościoły katolickie. Ich wnętrza są bogato dekorowane, pełno w nich obrazów, co raczej odwraca uwagę od Boga, niż ku niemu zbliża. W pewnym sensie jest to profanacja całej idei wiary. Kto tu zatem jest odstępcą i kacerzem: John Knox czy Maria Stuart? I obecnie, gdy wmawia się nam, że jest to jedyny prawdziwy Kościół, to jest to jedno wielkie oszustwo. Katedry gotyckie są niezmienne i takim stylem jest neogotyk. Natomiast gdy patrzy się na tę udziwnioną architekturę współczesnych kościołów katolickich, to rodzi się pytanie: czym tak naprawdę jest katolicyzm? Katedry gotyckie są niezmienne, cerkwie i meczety również. One mają symbolizować trwałość i wieczność. A co symbolizują ciągle zmieniające się bryły kościołów katolickich? Kto zatem odstąpił od Kościoła i kto jest kacerzem?

Ktoś, kto wymyślił wiarę i Boga, dobrze wiedział, co czynił. Trudno jest ludziom pogodzić się z tym, że życie nie trwa wiecznie i potrzebują jakiejś nadziei, że wraz z życiem doczesnym nie wszystko się kończy. Gorliwa wiara ma być gwarantem dostania się do nieba. Ci, którzy powymyślali te różne wiary czy wyznania, dobrze wiedzieli, że to zawsze będzie źródłem wszelkich konfliktów, bo nigdy tak nie będzie, że człowiek będzie żył wiecznie i nie będzie zainteresowany życiem pośmiertnym.

  1. słodką Francją ↩︎
  2. radosnego wjazdu ↩︎
  3. dworskich muzykantów ↩︎
  4. kościół po szkocku ↩︎
  5. wykwintny umysł ↩︎
  6. bałwochwalczyni ↩︎
  7. Pierwszy głos trąbki przeciwko potwornym rządom kobiet ↩︎

Maria Stuart cz.1

Stefan Zweig (1881-1942) austriacki pisarz żydowskiego pochodzenia napisał (1935) beletryzowaną biografię Marii Stuart (1542-1587), PIW 1959. Powieść ta należy do najwybitniejszych jego utworów, a może nawet jest najwybitniejszym. Warto więc, jak sądzę, zapoznać się z jej fragmentami, bo Zweig porusza fundamentalne problemy tyczące ludzkiej egzystencji oraz polityki i jej mrocznych zakamarków. Na początek wypada jednak przedstawić podstawowe informacje o rodzie Stuartów i szkockich klanach. W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Pierwszym królem Szkocji z tego rodu był Robert II, który zasiadł na tronie w 1371 r. Był synem Waltera, szóstego dziedzicznego Wielkiego Stewarda Szkocji i Marjorie, siostry króla Dawida II, ostatniego z dynastii Bruce. Od nazwy urzędu pełnionego przez jego przodków przyjęła się nazwa dynastii (w wersji angielskiej Stuart). Główna linia męska dynastii wygasła na Jakubie V w 1542 r. Dziedziczką tronu została jego córka Maria (zm. 1587 r.). Panowała do 1567 r. Została pozbawiona tronu na rzecz swego syna – Jakuba VI (zm. 1625 r.). Jego ojcem był Henryk Stuart, lord Darnley (zm. 1567 r.), książę Albany z młodszej linii dynastii Stuart.

Klany szkockie – grupy spokrewnionych ze sobą Szkotów, tworzących jedną z lepiej zachowanych struktur klanowych w Europie. Jako zasadnicza forma organizacji społecznej przetrwały klany w Wyżynnej Szkocji (Highlands) do połowy XVIII wieku. Stanowiły jedną z głównych grup oporu przeciw zjednoczeniu z Anglią i angielskiej dominacji. Stąd wszystkie góralskie klany (z wyjątkiem klanu Campbell) popierały prawowitą szkocką dynastię Stuartów, masowo biorąc udział w szkockich powstaniach m.in. w 1715 i 1745. Polityka angielskich najeźdźców próbujących zniszczyć strukturę klanową przyczyniła się paradoksalnie do jej umocnienia, a renesans szkockiej kultury narodowej na początku XIX wieku pozwolił przetrwać klanom do współczesności.

Mapa szkockich klanów górskich i nizinnych rodów; źródło: Wikipedia, autor: Gsl.

Klany szkockie nie są jednolite. Obok wielkich klanów, grupujących mniejsze klany, rody i rodziny złączone jedynie legendarnym pochodzeniem od wspólnego przodka (Klan Chattan, Klan Alpin, Klan Donald), istnieją mniejsze klany, będące w zasadzie rodami (Colquhoun, Graham, Buchanan).

Społeczność klanowa dzieli się zwykle na trzy grupy – ród naczelnika, członków klanu o tym samym nazwisku co naczelnik, zachowujących tradycje wspólnego, często legendarnego pochodzenia i tzw. ludzi złączonych – dawnych mieszkańców ziem zajętych przez klan, członków dawnych podbitych klanów, noszących różne nazwiska, ale uznawanych za współklanowców. Anglicy próbowali odnieść stosunki klanowe do swoich układów społecznych, traktowali wodzów klanu jak posiadaczy ziemskich, drugą grupę jak dzierżawców, a trzecią jak poddzierżawców. Nie było to ścisłe odniesienie, ponieważ tradycyjnie wódz nie był właścicielem ziemi klanu, lecz tylko jej głównym zarządcą i dyspozytorem.

x

Poniżej cały pierwszy rozdział tej książki zatytułowany Królowa w kolebce 1542-1548.

Sześć dni miała Maria Stuart, gdy została królową Szkocji. Już od zarania spełniało się prawo jej życia: wszystkie dary losu otrzymała zbyt wcześnie, by móc się nimi świadomie radować. W posępny dzień grudniowy roku 1542, kiedy na zamku Linlithgow przyszła na świat Maria Stuart, w sąsiednim zamku Falkland ojciec jej, Jakub V, leżał na łożu śmierci; mimo iż miał dopiero lat trzydzieści jeden, był już złamany życiem, znużony koroną, strudzony walką. Był to człowiek odważny, rycerski, pogodny z natury, namiętny miłośnik sztuki i kobiet, zżyty ze swym ludem; nieraz udawał się w przebraniu na uroczystości wiejskie, tańczył i żartował z wieśniakami i niejedna ze szkockich pieśni i ballad, których był twórcą, długo żyła jeszcze w pamięci jego ludu. Ale ten nieszczęsny potomek nieszczęsnego rodu żył w epoce rozwichrzenia, w kraju buntowniczym, i od urodzenia już był skazany na swój tragiczny los. Silny i bezwzględny sąsiad, Henryk VIII, domaga się, by wprowadził reformację, lecz Jakub V pozostaje wierny Kościołowi; szlachta szkocka, stale gotowa utrudniać życie swemu władcy, od razu wykorzystuje tę waśń i nieustannie podżega spokojnego, pogodnego króla do zamieszek i wojny. Już cztery lata przedtem Jakub V starając się o rękę Marii de Guise szczerze jej wyznaje, jak ciężka jest sytuacja króla otoczonego tym krnąbrnym i zaborczym klanem.

„Madame – pisze w tym wstrząsająco szczerym liście – mam dopiero dwadzieścia siedem lat, lecz już przytłoczony jestem zarówno ciężarem życia, jak i korony… Będąc sierotą od dzieciństwa, stałem się jeńcem ambitnych wielmożów; potężny dom Douglasów długo więził mnie w niewoli, i po dziś dzień nienawidzę tego nazwiska i wspomnień z nim związanych. Archibald hrabia d’Angus, Georg, jego brat, i wszyscy wygnani krewniacy nieustannie podburzają króla Anglii przeciwko nam, nie ma chyba ani jednego szlachcica w mym państwie, którego nie kusiliby obietnicami lub nie przekupywali pieniędzmi. Nic nie gwarantuje bezpieczeństwa mojej osobie,nie istnieje żadna rękojmia, iż moja wola i legalnie przysługujące mi prawa zostaną uszanowane. To przeraża mnie, Madame, spodziewam się, że doda mi Pani siły i dopomoże radą. Bez pieniędzy, zdany jedynie na wsparcie, które otrzymuję od Francji, czy na niewielkie składki zamożnego duchowieństwa, usiłuję przyozdobić me zamki, utrzymać me twierdze i budować okręty. Ale moi baronowie uważają króla, który naprawdę chce być królem, za nieznośnego rywala. Mimo przyjaźni króla Francji, mimo posiłków wojskowych,mimo przywiązania mego narodu obawiam się, że nie odniosę decydującego zwycięstwa nad moimi baronami. Pokonałbym wszelkie przeszkody, aby utorować drogę sprawiedliwości i pokoju dla mego narodu, i byłbym może osiągnął ten cel, gdyby panowie szlachta w moim kraju nie czuli za sobą poparcia. Lecz król Anglii nieustannie sieje niesnaski między nimi a mną, i herezje, które zaszczepił w mym państwie, szerzą się i obejmują swym niszczycielskim wpływem Kościół i naród. A że siła moja i przodków moich opierała się od dawna tylko na mieszczaństwie i na Kościele, muszę zadać sobie pytanie: na jak długo starczy nam tej siły?”

Wszystkie nieszczęścia, jakie król przewidział w tym złowróżbnym liście, spełniły się, a los doświadczył go jeszcze ciężej. Obaj synowie, którymi obdarzyła go Maria de Guise, zmarli w kolebce, i Jakub V, w pełni wieku męskiego, wciąż jeszcze nie miał dziedzica korony, która coraz boleśniej uciskała mu skronie. Wreszcie pchnęli go szkoccy baronowie wbrew jego woli ku wojnie z potężną Anglią, opuszczając zdradziecko w decydującej chwili. Pod Solway Moss Szkocja nie tylko przegrywa bitwę, ale i tarci honor; nim dochodzi do walki, rozbiegają się wojska pozbawione dowódców, opuszczone przez baronów; sam król, mąż tak rycerski, w tej rozstrzygającej chwili walczy nie z wrogami, lecz z własną śmiercią. Trawiony gorączką, wyczerpany, spoczywa na łożu w zamku Falkland, zmęczony bezcelową walką i uciążliwym żywotem.

Wtedy, w ów chmurny dzień zimowy, 9 grudnia roku 1542, gdy mgła przesłania okna, puka do drzwi goniec i oznajmia umierającemu, że przyszła mu na świat córka, następczyni tronu. Lecz Jakub V jest zbyt wyczerpany, by zdobyć się na radość czy nadzieję. Dlaczego nie syn, dlaczego nie następca? Bliski śmierci widzi we wszystkim tylko tragizm i klęskę. Odpowiada zrezygnowany: Od kobiety korona na nas przyszła i wraz z kobietą znijdzie.

Owo ponure proroctwo to zarazem jego ostatnie słowa. Z głębokim westchnieniem odwraca się do ściany i nie odpowiada już na żadne pytanie. W kilka dni później odbył się pogrzeb Jakuba V, a Maria Stuart, nim jeszcze otwarła oczy na świat, już została spadkobierczynią jego królestwa.

Podwójnie ciężkie to dziedzictwo być z rodu Stuartów oraz królową Szkocji, gdyż żadnemu Stuartowi na tym tronie dotychczas nie dopisywało szczęście, ani trwałość. Dwaj królowie, Jakub I i Jakub III, zostali zamordowani, dwaj inni, Jakub II i Jakub IV, polegli na polu bitwy, a dwojgu ich następcom, temu niewinnemu dziecku oraz wnukowi tej samej krwi, Karolowi I, los zgotował koniec jeszcze straszliwszy: szafot. Nikomu z tego rodu Atrydów nie udało się osiągnąć szczytu życia, nad żadnym nie świeciła gwiazda szczęścia. Stuartowie wciąż muszą walczyć z wrogami z zewnątrz, z wrogami w kraju i między sobą, wciąż jest niepokój wokół nich i niepokój w nich samych. Niespokojny jak oni jest ich kraj, a najbardziej niewierni są ci, którzy właśnie winni być najwierniejsi: lordowie i baronowie to chmurne a mocne, dzikie a nieokiełzane, zachłanne a wojownicze, krnąbrne a nieugięte rycerstwo – un pays barbare et une gent brutelle (barbarzyński kraj i brutalny lud), jak skarży się poeta Ronsard, zapędzony w tę mglistą krainę. Panujący niczym królowie na swych włościach i zamkach, ciągną jak bydło na rzeź swoich chłopów i pasterzy na wieczne zagony i wyprawy zbójeckie; wszyscy ci władcy klanów nie znają innej radości życia niż wojna. Waśń jest ich rozkoszą, zawiść bodźcem, żądza władzy ich myślą przewodnią.

„Pieniądze i przywileje – pisze poseł francuski – to jedyne syreny, których głosu słuchają szkoccy lordowie. Głoszenie im kazań o obowiązkach wobec książąt, o honorze i sprawiedliwości, o cnocie i o szlachetności uczynków pobudziłoby ich do śmiechu.”

Stare, potężne klany Gordonów, Hamiltonów, Arransów, Maitlandów, Crawfordów, Lindsayów, Lennoxów i Argyllów w swej amoralnej drapieżności i żądzy bijatyk podobne kondotierom włoskim, tylko jeszcze bardziej brutalne, mniej opanowane w swych instynktach, knują podstępnie i walczą nieustannie o pierwszeństwo. Już to zwalczają się nawzajem w długoletnich feuds (waśniach), już to zaprzysięgają sobie w uroczystych bonds (przymierzach) krótkotrwałą wierność, aby sprzymierzyć się przeciwko trzeciemu, wciąż tworzą koterie i kliki, ale nie łączą ich więzy przyjaźni; choć wszyscy są spokrewnieni lub spowinowaceni, w głębi duszy nienawidzą się i zazdroszczą sobie nawzajem, jeden jest drugiemu nieubłaganym wrogiem. Jakiś pierwiastek pogański i barbarzyński tkwi w tych nieokiełznanych duszach, bez względu na to, czy mienią się protestantami, czy katolikami – zależnie od tego, jak przywilej wymaga – zaprawdę, wszyscy oni są wnukami Makbetów i Makdufów, krwawych tanów (szkocki tytuł szlachecki), jak to wspaniale odmalował Szekspir.

Tylko w jednym wypadku ta nieposkromiona banda zazdrośników staje się od razu zgodna: wtedy, gdy trzeba utrzymać w karbach ich wspólnego pana, ich własnego króla, albowiem posłuszeństwo jest dla nich wszystkich czymś nie do zniesienia, a wierność – pojęciem zgoła nieznanym. Jeśli ta parcel of rascals (banda łajdaków) – Burne, Szkot z krwi i kości, napiętnował ich tym mianem – toleruje jeszcze pozory władzy królewskiej nad swymi zamkami i włościami, to dzieje się tak jedynie na skutek zazdrości jednego klanu o drugi. Gordonowie pozostawiają koronę Stuartom tylko dlatego, żeby nie przypadła Hamiltonom, a Hamiltonowie – ponieważ są zazdrośni o Gordonów. Lecz biada królowi szkockiemu, jeśli ośmieli się być prawdziwym władcą i zażąda ładu i karności w swym kraju, jeżeli w śmiałości młodzieńczej poważy przeciwstawić się pysze i drapieżnej chciwości lordów. Wtedy znów skupia się wroga hałastra w braterskiej łączności, aby pozbawić władzy swego króla, a czego nie dokona miecz, tego dopełni skrytobójczy sztylet.

Ta wyłaniająca się z mórz wyspa na najdalej wysuniętym północnym cyplu Europy to kraj tragiczny, szarpany ponurymi namiętnościami, chmurny i romantyczny jak ballada, a na domiar kraj bardzo ubogi. Wszystkie jego siły wysysa ustawiczna wojna. Nieliczne miasta, które właściwie nawet nie są miastami, lecz skupiskiem kilkudziesięciu nędznych domków przycupniętych pod osłoną twierdzy – nigdy nie mogą osiągnąć bogactwa lub choćby mieszczańskiej zamożności, gdyż raz po raz rabowane są i palone. Zamki wielmożów (do dziś jeszcze zachowane jako posępne a potężne ruiny) nie mają w sobie nic z przepychu; jako niedostępne warownie przeznaczone były na cele wojenne, nie dla dwornej sztuki gościnności. Między tymi nielicznymi wielkimi rodami a ich poddanymi istnieje luka: brak stanu średniego, owej żywotnej siły, na której wspiera się państwo.

Jedyny gęściej zamieszkały teren, znajdujący się pomiędzy Tweed a Firth, leży zbyt blisko granicy angielskiej, niszczą go przeto i trzebią nieustanne napady nieprzyjacielskie. Po północnej stronie godzinami można błądzić nad brzegami odludnych jezior, po pustaci łąk i poprzez ciemne północne bory, nie napotykając nigdzie ani wsi, ani zamku, ani grodu. Nie ma gęstych skupisk miast i miasteczek, tak jak w przepełnionych krajach Europy, szerokich traktów nie ożywia ruch ani handel, z portów nie odbijają okręty, aby z dalekich oceanów przywieźć złoto i korzenie, jak to się dzieje w Holandii, w Hiszpanii i w Anglii; niby za pradawnych czasów wiodą tu ludzie mizerny żywot, pasąc trzody owiec, polując na zwierzęta, łowiąc ryby. Pod względem zasobności i kultury Anglia i Europa wyprzedzają Szkocję o co najmniej sto lat. Wraz z początkiem epoki nowożytnej we wszystkich miastach nadbrzeżnych powstają i rozwijają się banki, giełdy, a tymczasem tutaj, niczym w czasach biblijnych, wciąż jeszcze bogactwo mierzy się ilością posiadanych gruntów i owiec; dziesięć tysięcy owiec posiada Jakub V, ojciec Marii Stuart, to jego cały dobytek. Nie ma ani skarbca koronnego, ani armii, ani gwardii przybocznej dla zabezpieczenia swej władzy, gdyż nie mógłby ich opłacić, a parlament, w którym zasiadają lordowie, nigdy nie przyzna królowi odpowiednich środków na utrzymanie jego władzy. Wszystko, co król posiada ponad swe najpierwotniejsze potrzeby, zostało mu podarowane lub pożyczone przez możnych sprzymierzeńców, Francję lub papieża: każdy kobierzec, każdy gobelin, każdy świecznik w jego komnatach i zamkach kupiony jest za cenę upokorzenia.

Ta ustawiczna nędza to ropiejący wrzód, który wycieńcza Szkocję, pozbawia ją siły politycznej. Wskutek niedołęstwa i zachłanności królów, żołnierzy, lordów ten piękny kraj wciąż jest krwawą piłką w rękach obcych mocarstw.

Kto walczy przeciw królowi, a po stronie protestantów, otrzymuje żołd z Londynu, kto zaś staje po stronie katolicyzmu i Stuartów, ciągnie zyski z Paryża, Madrytu i Rzymu: wszystkie te zagraniczne mocarstwa płacą jak najchętniej za szkocką krew. Wciąż jeszcze waha się szala ostatecznej decyzji między dwiema wielkimi nacjami, między Anglią a Francją, dlatego też owa najbliższa sąsiadka Anglii jest dla Francji tak niezastąpionym partnerem w grze politycznej. Ilekroć wtargną wojska angielskie do Normandii, co prędzej zamierza się Francja tym sztyletem w plecy Anglii; wiecznie gotowi do wojny Szkoci posuwają się śpiesznie poprzez border (granicę), przeciwko swym auld enimies (starym wrogom), a także w czasie pokoju stanowią nieustanne zagrożenie. Jak umocnić Szkocję pod względem militarnym – oto wieczna troska polityki francuskiej, toteż nic dziwnego, że Anglia stara się podważyć tę potęgę przez podburzanie lordów i ustawiczne rebelie. Tak więc ten nieszczęsny kraj staje się krwawym terenem stuletniej wojny i dopiero los tego nieświadomego jeszcze dziecięcia zadecyduje o nim ostatecznie.

Jest w tym wspaniały dramatyczny symbol, iż walka zaczyna się już u kolebki Marii Stuart. Jeszcze to niemowlę nie potrafi ani mówić, ani czuć, ani myśleć, ledwo poruszają się w powijakach jego maleńkie rączyny, a już polityka sięga po to nie rozwinięte ciałko, po tę niewinną duszyczkę. Na tym polega fatum Marii Stuart, że losy jej są wplątane w grę intryg i kalkulacji. Nigdy nie będzie jej dane być sobą, beztrosko kierować się własną wolą, zawsze wikłana w matnię polityki, będzie wciąż obiektem dyplomacji, igraszką cudzej woli, zawsze tylko królową lub pretendentką do tronu, sojuszniczką lub wrogiem.

Zaledwie goniec przywiózł do Londynu obie wiadomości, iż Jakub V zakończył życie, a następczynią i królową jest nowo narodzona córka, już postanawia Henryk VIII, król Anglii, starać się jak najśpieszniej o rękę Marii Stuart dla swego syna i następcy, nieletniego Edwarda. Niby towarem kupczą ciałem jeszcze nie ukształtowanym, duszą jeszcze śpiącą. Lecz polityka nie liczy się nigdy z uczuciami, liczy się tylko z koronami, z krajami i z prawami dynastii. Jednostka nie wchodzi w ogóle w rachubę, cóż bowiem znaczy wobec wiadomych, rzeczowych wartości światowych konszachtów! Ale w tym przypadku myśl Henryka VIII o zrękowinach następczyni tronu szkockiego z następcą tronu angielskiego to myśl wcale rozsądna, a nawet ludzka. Ciągnąca się wojna pomiędzy pobratymczymi krajami od dawna już nie ma sensu. Zamieszkałe na tej samej wyspie, nad tym samym morzem, w podobnych warunkach i pokrewnej rasy obydwa narody, angielski i szkocki, niewątpliwie jedno mają tylko zadanie – połączyć się; już sama przyroda wypowiedziała symbolicznie swą wolę. Jedynie zazdrość panująca pomiędzy obydwiema dynastiami, między dynastią Tudorów a Stuartów, stoi na drodze do tego ostatecznego celu; gdyby się jednak udało poprzez małżeństwo zażegnać ów zastarzały konflikt i zbliżyć ku sobie obydwa domy panujące, wspólni potomkowie Stuartów i Tudorów mogliby zostać królami Anglii, a zarazem Szkocji i Irlandii. Wówczas zjednoczona Wielka Brytania mogłaby wystąpić na szersze forum: stanąć do walki o hegemonię nad światem.

Ale fatum nie śpi: jeżeli już czasem w polityce zrodzi się myśl jasna i logiczna, to popsuje ją niemądre wykonanie. Początkowo wszystko jak gdyby układało się jak najbardziej pomyślnie. Lordowie, którym spiesznie wsunięto do kieszeni pieniądze, przystali z radością na projekt małżeństwa. Ale sam pergamin nie wystarczył roztropnemu Henrykowi VIII. Zbyt często doświadczał obłudy i zaborczości tych „mężów honoru”, aby nie wiedział, że tak niepewnych ludzi nie wiąże żadna umowa i że w razie lepszej oferty nie zawahają się przehandlować nieletniej królowej następcy tronu Francji. Dlatego też jako pierwszy warunek stawia szkockim pośrednikom niezwłoczne wydanie dziecka Anglii. Ale jeśli Tudorowie okazują nieufność Stuartom, to i Stuartowie nie mają powodu do zaufania Tudorom; zwłaszcza matka Marii Stuart broni się przed taką umową. Jako pochodząca z rodu Gwizjuszów (francuski – przyp. W.L.), została wychowana w wierze katolickiej, nie chce więc dziecka swego wydawać na łup kacerzom, poza tym wykrywa w tej umowie niebezpieczną pułapkę. Albowiem w jednej z tajnych klauzuli zobowiązali się szkoccy pośrednicy, przekupieni przez Henryka VIII, dotrzymać następującego warunku: w razie przedwczesnego zgonu dziecięcia „cała władza oraz posiadanie królestwa” miałoby przypaść Henrykowi VIII. Ten punkt budzi zastrzeżenia. Po człowieku bowiem, który głowy obydwóch swych żon złożył na szafocie, można się spodziewać, iż zechce przyspieszyć śmierć owego dziecięcia, i to w sposób niezupełnie naturalny, by co prędzej zawładnąć tak ważnym dziedzictwem. Królowa, jako troskliwa matka, nie zgadza się na wydanie dziecka Londynowi. Konkury nieomal przekształcają się w wojnę. Henryk VIII śle wojska, by siłą zawładnąć cennym zastawem; ponure świadectwo nie zamaskowanej brutalności tego stulecia daje rozkaz króla wydany do armii:

„…taka jest wola Jego Królewskiej Mości: wytępić kraj ten ogniem i mieczem. Podpalcie Edynburg i zrównajcie go z ziemią, kiedy wszystko już zrabujecie i splądrujecie… Możecie złupić Holyrood i tyle wsi i miast wokół Edynburga, ile wam się spodoba, rozgrabcie i podpalcie Leith i inne grody, zabijajcie mężczyzn, kobiety i dzieci bez miłosierdzia, gdziekolwiek napotkacie opór.”

Niby gromada Hunów wpadają przez granice zbrojne bandy Henryka VIII. Lecz w ostatniej chwili matka i córka zostają ukryte w bezpiecznym miejscu, na zamku Stirling, a Henryk VIII musi zadowolić się układem, na mocy którego Szkocja zobowiązuje się wydać Anglii Marię Stuart (wciąż traktowana jest jak przedmiot kupna-sprzedaży) w dniu, gdy skończy dziesiąty rok życia.

Wydaje się, że po raz drugi wszystko ułożyło się jak najpomyślniej. Lecz polityka jest jak zawsze nauką sprzeczności: nie w smak jej proste, naturalne, zgodne z rozsądkiem rozwiązania: trudności to jej rozkosz, waśń – to jej żywioł. Teraz partia katolicka rozpoczyna knowania: może by raczej to dziecię, które nauczyło się dopiero gaworzyć, przehandlować francuskiemu królewiczowi zamiast angielskiemu – a po śmierci Henryka VIII nie chcą już dotrzymać zawartej umowy. Wtedy wszakże regent Anglii, Somerset, żąda w imieniu nieletniego króla Edwarda wydania młodziutkiej narzeczonej, a gdy Szkocja stawia opór, każe wkroczyć swej armii, aby lordowie usłyszeli jedyny głos, z którym się liczą: głos przemocy. Dnia 10 września r. 1547 w bitwie – jest to raczej rzeź niż bitwa – pod Pinkie Cleugh zostaje rozbita potęga szkocka, więcej niż dziesięć tysięcy trupów zalega pole walki. Maria Stuart nie skończyła jeszcze pięciu lat, a już z jej powodu leją się potoki krwi ludzkiej.

Bezbronna Szkocja stoi teraz dla Anglii otworem. Lecz w tym splądrowanym kraju niewiele już pozostało do rabowania. Tudorom zależy właściwie na zdobyciu jednego tylko klejnotu: tego dziecięcia, które ucieleśnia koronę i prawa do korony. Lecz ku rozpaczy szpiegów angielskich Maria Stuart znikła bez śladu z zamku Stirling; nikt nawet z grona najbardziej zaufanych nie wie, gdzie ukryła ją królowa-matka. Wynaleziony schron jest niedościgniony: nocą, przy pomocy zaufanej służby, przewieziono dziecko do klasztoru Inchmahome, znajdującego się na małej wysepce nadmorskiej Menteith, dans le pays des sauvages (w kraju dzikusów), jak donosi poseł francuski, i tam je ukryto. Nie ma mostu, który by wiódł do tego romantycznego gniazda; drogocenny ładunek trzeba przeprawić łodzią na brzeg wyspy, a tam już mniszki, które nigdy nie opuszczają klasztoru, obejmują pieczę nad dzieckiem. W całkowitym ukryciu, odcięte od niespokojnego i burzliwego świata, nieświadome niczego dziecko żyje w cieniu wydarzeń, gdy tymczasem dyplomacja poprzez lądy i morza skrzętnie przędzie jego losy. Francja występuje bowiem groźnie, aby przeszkodzić całkowitemu ujarzmieniu Szkocji przez Anglię. Henryk II, syn Franciszka I, wysyła silną flotę i w jego imieniu stara się generał francuskiego korpusu posiłkowego o rękę Marii Stuart dla jego syna i następcy, Franciszka. W ciągu jednej nocy los tego dziecka zmienił się całkowicie dzięki wichrowi zdarzeń politycznych, który ostro i wojowniczo powiał nad Kanałem: miast za królową Anglii mała dziewczynka z rodu Stuartów zostaje naraz upatrzona na królową Francji.

Ledwo zawarto tę nową, korzystniejszą umowę handlową, w dniu 7 sierpnia, cenny obiekt owych szacherek politycznych, Maria Stuart, dziecię liczące lat pięć i osiem miesięcy, zostaje wysłane do Francji i sprzedane na całe życie drugiemu tak samo nie znanemu małżonkowi. Po raz drugi, lecz nie po raz ostatni, cudza wola kształtuje i odmienia jej losy.

Nieświadomość to łaska dzieciństwa. Cóż wie o wojnie i o pokoju, o bitwach i układach dziecko trzyletnie, czteroletnie, pięcioletnie? Cóż znaczą dlań nazwy takie jak Francja i Anglia, imiona Edward i François, cóż znaczy ten szaleńczy zamęt doczesnego świata?

Wysmukła, mała dziewczynka z rozwianymi złotymi lokami biega po ciemnych i jasnych komnatach zamku, bawi się z czterema rówieśnicami. Przydzielono jej bowiem – cóż za śliczny pomysł w tak barbarzyńskiej epoce! – cztery równolatki do towarzystwa, wybrane z najlepszych rodzin szkockich, czterolistną koniczynę złożoną z samych Mary: Mary Fleming, Mary Beaton, Mary Livingstone i Mary Seton. Teraz to jeszcze dzieci, towarzyszki jej dziecięcych igraszek, jutro przybędą razem z nią na obczyznę, by ten nowy kraj nie wydawał się jej tak obcy, później zostaną jej damami dworu i złożą czułe śluby, że nie wyjdą za mąż dopóty, dopóki Maria sama nie pojmie sobie małżonka. Trzy z nich opuszczą ją w nieszczęściu, lecz jedna towarzyszyć jej będzie na wygnanie i aż do śmierci: blask szczęśliwego dzieciństwa będzie świecił nad najczarniejszą godziną jej życia. Ale jakże daleko jeszcze są te ponure i ciemne czasy.

Tymczasem co dzień bawi się wesoło pięć dziewczynek na zamku Holyrood lub Stirling i żadna z nich nie ma pojęcia o majestacie i godności panowania, o jego dumie i niebezpieczeństwach. Aż nagle pewnego wieczoru przenoszą małą Marię Stuart z jej dziecinnego łóżeczka do kołyszącej się na wodzie barki i przeprawiają się razem z nią na wyspę, gdzie będzie jej dobrze i spokojnie; jest to wyspa Inchmahome, gniazdo ciszy. Witają ją obcy mężczyźni, ubrani jakoś inaczej, w szerokie czarne habity. Ale są łagodni i cierpliwi, pięknie śpiewają w wysokiej komnacie z barwnymi oknami i dziecko powoli przyzwyczaja się do nich. Lecz znów wywożą ją pewnego wieczora (zawsze będzie musiała Maria Stuart tak podróżować i uciekać nocą od jednego losu do drugiego) – naraz znajduje się na pokładzie wysokiego statku z trzepocącymi białymi żaglami, w otoczeniu nieznanych wojowników i brodatych marynarzy. Mała Maria nie obawia się – bo i czego? Wszyscy są dla niej dobrzy i łagodni, siedemnastoletni brat przyrodni Jakub – jedno z licznych dzieci nieprawego łoża, spłodzonych przez Jakuba V za jego czasów przedmałżeńskich – gładzi ją po włosach, jest również i ukochana czwórka współtowarzyszek zabawy. Pięć małych dziewczynek bawi się i śmieje się beztrosko wśród dział francuskiego statku wojennego i wśród uzbrojonych marynarzy, wszystkie zachwycone i uszczęśliwione, jak to dzieci, z niespodziewanych zmian.

Na górze, w bocianim gnieździe, stoi majtek na wachcie:wpatruje się w dal niespokojny, gdyż wie, że flota angielska krąży po Kanale, aby w ostatniej chwili porwać narzeczoną angielskiego królewicza, zanim stanie się narzeczoną francuskiego następcy tronu. Ale dziecko spostrzega tylko to, co bliskie – widzi tylko tyle: morze jest błękitne, ludzie życzliwi, a statek, ciężko dysząc jak wielki zwierz, przedziera się przez fale.

Dnia 13 sierpnia przybija wreszcie galion do Roscoff, niewielkiego portu obok Brestu. Szalupy dobijają do brzegu. Dziecinnie uradowana barwną przygodą, pogodna, roześmiana, nie przeczuwająca nic złego, nie mająca jeszcze sześciu lat mała królowa Szkocji wyskakuje na ziemię francuską. I tu kończy się jej dzieciństwo, rozpoczyna się zaś czas doświadczeń i obowiązków.

x

Okres francuski to lata 1548-1561. Pierwszym mężem Marii Stuart był przedwcześnie zmarły Franciszek II (1544-1560). 19 sierpnia 1561 roku powraca do Szkocji. Drugim jej mężem był Henryk Darnley (Stuart) (1546-1567), prawnuk Henryka VII z matki lady Lennox, siostrzenicy Henryka VIII. Trzecim – Jakub Hepburn, hrabia Bothwell (1536–1578), książę Orkney. Jakub VI (1566-1625), syn Marii Stuart i Henryka Darnleya. Po śmierci Marii Stuart (1587) prawowity król Szkocji, po śmierci Elżbiety (1603) król Anglii – Jakub I. Jego panowanie było początkiem unii personalnej Anglii ze Szkocją. O nim Wikipedia tak m.in. pisze:

Syn królowej Marii i lorda Darnleya urodził się 19 czerwca 1566 roku. Zaraz po urodzeniu otrzymał tytuł księcia Rothesay. Na chrzcie otrzymał imiona Karol Jakub. Jego ojcem chrzestnym był król Francji Karol IX Walezjusz. W tym czasie Szkocja była targana zamętem religijnym i waśniami klanów. Możni, w większości protestanci, członkowie zreformowanego przez Johna Knoxa szkockiego Kościoła, stali w opozycji do Marii i Darnleya, którzy byli katolikami. W małżeństwie rodziców Jakuba również nie działo się najlepiej – Darnley miał opinię hulaki i awanturnika, a w czasie, gdy Maria była w ciąży, sprzymierzył się z jej przeciwnikami i brał udział w morderstwie sekretarza żony, Dawida Rizzio.

Darnley, ojciec Jakuba został uduszony w nocy 9/10 lutego 1567 r. Okoliczności zabójstwa pozostają niewyjaśnione. Najczęściej oskarża się Marię o to, że chciała pozbyć się męża. O morderstwo posądzano również Jamesa Hepburna, 4. hrabiego Bothwell, który niedługo po śmierci Darnleya poślubił młodą wdowę, co zostało źle odebrane zarówno przez Szkotów, jak i przez dwory europejskie. Możliwe jest również, że zabójstwa dokonała protestancka opozycja, wiedząc, że odpowie za nie nielubiana królowa. Rzeczywiście, śmierć Darnleya i pośpieszne kolejne małżeństwo Marii przyczyniły się do spadku popularności królowej i wybuchu rebelii. W czerwcu Maria została aresztowana, osadzona w Loch Leven Castle i zmuszona do abdykacji (24 lipca) na rzecz małego syna, który w tym momencie stał się królem Jakubem VI.

x

Na początku napisałem, że powieść ta porusza fundamentalne dla ludzkiej egzystencji problemy. I o tym też pisał Zweig w rozdziale Droga bez wyjścia, obejmującym okres od kwietnia do czerwca 1567 roku. Poniżej jego fragment.

Mimo woli – jest to jakby przymus wewnętrzny – gdy widzimy, jak tragedia Marii Stuart dochodzi do zenitu, coraz bardziej przypominamy sobie Szekspira. Już zewnętrzne podobieństwo sytuacji z tragedią Hamleta jest niezaprzeczalne. I tu, i tam król, podstępnie usunięty z drogi przez kochanka żony, tu i tam nieprzystojny pośpiech, z jakim wdowa spieszy do ołtarza z mordercą męża, tu i tam morderstwo, którego ukrywanie i wypieranie się wymaga większego wysiłku, niż wymagało wykonanie zbrodni. Już samo to podobieństwo jest zaskakujące. Ale jeszcze silniej uderza analogia niektórych scen szkockiej tragedii Szekspira ze scenami historycznymi. Makbet zrodził się, świadomie czy nieświadomie, z atmosfery dramatu Marii Stuart. To, co się działo w zamku Dulsinane w wyobraźni dramaturga, działo się przedtem w zamku Holyrood w rzeczywistości. Tu i tam takie samo poczucie osamotnienia, taki sam przygniatający duszę ciężar po dokonanej zbrodni, takie same budzące budzące grozę uczty, na których nikt nie ośmiela się bawić i z których goście wymykają się jeden za drugim, gdyż czarne kruki nieszczęścia już krążą nad domem. Chwilami trudno rozróżnić: czy to Maria Stuart błąka się po komnatach w bezsenne noce, udręczona wyrzutami sumienia, szukająca śmierci – czy lady Makbet pragnąca zmyć niewidoczną krew ze swych rąk? Czy to Bothwell, czy Makbet staje się coraz bardziej zdecydowany po dokonaniu zbrodni i coraz śmielej, coraz zuchwalej prowokuje wrogość całego kraju, wiedząc wszakże, że odwaga na nic się nie zda i że upiory zawsze będą silniejsze niż żywi. Tu i tam namiętność kobiety działa jako siła napędowa, mężczyzna zaś jest wykonawcą. Ale przede wszystkim przeraźliwie podobna atmosfera, ciężar przytłaczający udręczone dusze, mężczyzna i kobieta przykuci do siebie tą samą zbrodnią, pociągający się nawzajem w tę samą straszliwą przepaść. Nigdzie jeszcze w dziejach świata, nigdzie w literaturze nie znalazła tak wstrząsającego odbicia psychologia zbrodni i tajemniczy wpływ zamordowanego na mordercę, jak w tych dwóch tragediach szkockich, z których jedna była zmyślona, a druga prawdziwa.

To podobieństwo, ta przedziwna analogia – czy to tylko przypadek? Czy nie należałoby raczej przyjąć, iż w utworze Szekspira tragedia Marii Stuart została w pewnej mierze przetworzona, wysublimowana?

Wrażenia z lat dziecinnych pozostawiają niezatarty ślad w duszy twórców; w zagadkowy sposób geniusz przetwarza bodźce z wczesnych lat w wiecznotrwałą rzeczywistość. Niewątpliwie znane były Szekspirowi wydarzenia w zamku Holyrood. Dzieciństwo jego było zapewne wypełnione opowiadaniami i legendami o romantycznej królowej, która utraciła państwo i koronę na skutek szaleńczej namiętności i za karę musiała przenosić się z jednego zamku angielskiego na drugi. Za swych młodych lat Szekspir był może w Londynie akurat tego dnia – jeszcze niedojrzały wiekiem, ale już dojrzały jako pisarz – gdy dzwony rozkołysane nad miastem obwieściły triumfalnie, że potoczyła się głowa wielkiej przeciwniczki Elżbiety i że Henryk Darnley pociągnął za sobą do grobu niewierną małżonkę. A gdy po pewnym czasie Szekspir znalazł w kronikach Holinsheda ponurą historię króla Szkocji – czy wspomnienie o dramatycznym końcu Marii Stuart nie związało się w tajemniczej alchemii z fantazją w jedną całość? Nikt nie może twierdzić z całą pewnością, ale nikt nie może zaprzeczyć, iż na ukształtowanie się tragedii Szekspira wpłynęła tragedia Marii Stuart. Ale tylko ten, kto przeczytał i odczuł w pełni Szekspirowskiego Makbeta, ten zrozumie, co przeżywała Maria Stuart w owym czasie w Holyrood, zrozumie bezgraniczną mękę silnej duszy, która nie dorosła do swego najsilniejszego czynu.

Najbardziej wstrząsające jest w tych obu tragediach – rzeczywistej i zmyślonej – podobieństwo przemiany wewnętrznej Marii Stuart i lady Makbet po dokonaniu zbrodni. Lady Makbet byłą przedtem kobietą energiczną, kochającą, pełną temperamentu, siły woli, ambicji. Chciała, aby ukochany mężczyzna stał się wielki i jej to ręką mogły być napisane słowa z sonetów Marii Stuart: „Dla niego pragnę zdobyć najwyższe zaszczyty…”

Sprężyną jej działania jest ambicja; lady Makbet działa chytrze i stanowczo, dopóki zbrodnia pozostaje jeszcze zamiarem i planem, dopóki gorąca czerwona krew nie splami jej rąk i nie zbruka duszy. Słowami podobnie przymilnymi, jakimi Maria Stuart zwabiła Darnleya do Kirk o’Field, zwabia Dunkana do sypialni, gdzie czeka go sztylet. Lecz od razu po dokonanej zbrodni następuje w niej przemiana, topnieją siły, opuszcza odwaga. Jak ogień w żywym ciele pali ją sumienie; błąka się po komnatach patrząc przed siebie osłupiałym wzrokiem, straszna dla przyjaciół, straszna dla samej siebie. Jedno jedyne obłąkane pragnienie zatruwa jej udręczony umysł: zapomnieć, nie wiedzieć o niczym,nie myśleć o niczym, umrzeć.

Podobnie dzieje się z Marią Stuart po zamordowaniu Darnleya; tak się nagle przeobraża, nawet rysy jej zmieniają się tak bardzo, że Drury, szpieg Elżbiety, donosi do Londynu: „Nie widziałem jeszcze kobiety, która by, podobnie jak królowa, w krótkim czasie tak bardzo zmieniła się zewnętrznie, nie przeszedłszy ciężkiej choroby.”

Niczym nie przypomina pogodnej, rozmownej, pewnej siebie królowej, jaką była przed kilkoma tygodniami. Zamyka się, chowa, ukrywa przed ludźmi. Może liczy na to, tak jak liczyła lady Makbet, że świat będzie milczał, jeśli ona sama będzie milczeć, że czarna chmura zlituje się i przejdzie bokiem. Ale gdy ludzie zaczynają dopytywać i nalegać, gdy nocą z ulic Edynburga docierają do jej okien nazwiska morderców, gdy Lennox, ojciec zamordowanego, gdy Elżbieta, jej wróg, gdy Beaton, jej przyjaciel, i wszyscy inni domagają się odpowiedzi i wyroku, Marii Stuart zaczyna mącić się w głowie. Wie, że musi coś uczynić, by znaleźć jakieś wytłumaczenie, jakieś usprawiedliwienie zbrodni. Ale brak jej siły do udzielenia przekonywającej odpowiedzi, brak jej słów do zamydlenia oczu. Jak we śnie hipnotycznym słyszy głosy z Londynu, z Paryża, z Madrytu, z Rzymu, upominające i ostrzegawcze, ale nie może podźwignąć się ze swego odrętwienia duchowego, słyszy te głosy, tak jak ktoś żywcem pogrzebany słyszy kroki na ziemi – bezbronna, bezsilna, złamana. Wie, że teraz powinna grać rolę pogrążonej w smutku i szlochać, aby uwierzono w jej niewinność. Lecz oczy jej są suche, nie może mówić, nie umie udawać dłużej. Tak trwa całymi tygodniami, aż w końcu i jej wytrzymałość się kończy. Tak jak łania osaczona ze wszystkich stron z rozpaczliwą odwagą obraca się do prześladowców, tak jak lady Makbet chcąc zapewnić sobie bezpieczeństwo dodaje nowe zbrodnie do poprzednich, tak samo Maria Stuart zbiera siły i dźwiga się wreszcie z nieznośnego odrętwienia. Najzupełniej obojętna stała się na to, co świat o niej myśli i czy postępuje rozsądnie, czy nierozsądnie. Byle tylko nie ta cisza, byle coś robić, byle dalej, szybciej, szybciej, byle uciec od tych głosów ostrzegawczych i grożących. Byle naprzód, byle naprzód, nie zatrzymywać się, gdyż wtedy musiałaby zrozumieć, że żadna mądrość jej już nie uratuje.

Jest to jedna z tajemnic duszy ludzkiej: pośpiech na krótko zagłusza strach; podobnie jak woźnica popędza konie biczem, gdy poczuje, że most pod jego wozem trzeszczy i załamuje się, tak samo z rozpaczliwym pośpiechem popędza Maria Stuart czarnego rumaka swego losu, by przegonić wszelkie skrupuły, stratować wszelkie sprzeciwy. Nie chce myśleć o niczym, słyszeć o niczym, wiedzieć o niczym, byle dalej, dalej i dalej, wprost do obłędu! Lepiej skończyć z tą grozą niż poddawać się jej bez końca! Odwieczne to prawo: kamień tym szybciej spada, im bliżej przepaści. Podobnie zachowuje się człowiek: gdy spostrzega, że nie ma dla niego wyjścia, postępuje coraz nieoględniej i nierozważniej.

x

W rozdziale Detronizacja – Lato 1567 Zweig analizuje problem, który stworzyła Maria Stuart. Poniżej fragment.

Począwszy od owego dnia przełomowego, 17 czerwca, kiedy lordowie zamknęli swoją królową w zamku w Lochleven, Maria Stuart nie przestanie już być przedmiotem niepokoju w całej Europie. W jej osobie bowiem stanął przed epoką nowy, wprost rewolucyjny problem o nie dającym się przewidzieć zasięgu: co się ma stać z monarchą, który ostro przeciwstawił się woli swego narodu i który okazał się niegodny korony? W tym wypadku wina leży bezsprzecznie po stronie władczyni: Maria Stuart na skutek swej lekkomyślności stworzyła sytuację niemożliwą, nie do zniesienia. Wbrew woli magnatów, ludu, duchowieństwa obrała na męża człowieka już żonatego, którego opinia publiczna jednomyślnie uważała za mordercę króla Szkocji. Zlekceważyła prawo i moralność i teraz jeszcze wzbrania się uznać to bezsensowne małżeństwo za nieważne. Nawet najżyczliwsi jej przyjaciele są zgodni w przekonaniu, że z tym mordercą u boku nie może pozostawać nadal władczynią Szkocji.

Lecz jakie istnieją możliwości zmuszenia królowej, by wyrzekła się Bothwella albo odstąpiła koronę synowi? Odpowiedź jest druzgocąca: nie ma żadnych. W owej epoce w stosunku do monarchy nie istnieją normy państwowoprawne, narodowi nie wolno jeszcze wyrażać ani ganić władcy, wszelka jurysprudencja kończy się u stopni tronu. Król nie znajduje się jeszcze w zasięgu prawa cywilnego, lecz poza nim albo ponad nim. Poświęcony Bogu, podobnie jak kapłan, nie może swego urzędu przekazać, ani podarować komukolwiek. Nikt nie ma prawa odebrać pomazańcowi bożemu jego królewskiej godności i – trzymając się absolutystycznego światopoglądu – raczej można pozbawić władcę życia niż korony. Można go zamordować, ale nie można zdetronizować, gdyż zastosowanie wobec niego przymusu równałoby się zburzeniu hierarchicznej struktury kosmosu.

Przed tak nowym problemem postawiła Maria Stuart świat swym występnym małżeństwem. Na jej przykładzie ma się rozstrzygnąć nie tylko ten jeden poszczególny konflikt, lecz zasada o charakterze światopoglądowym.

Dlatego lordowie, choć z charakteru swego bynajmniej nie łagodni, tak gorączkowo szukają polubownego rozwiązania. Po tylu latach widać jeszcze wyraźnie, jak bardzo czuli się nieswojo po dokonaniu czynu tak rewolucyjnego, jak osadzenie pod kluczem swej władczyni, i początkowo Maria Stuart miałaby rzeczywiście ułatwioną drogę do powrotu na tron. Wystarczyłoby, żeby uznała swe małżeństwo z Bothwellem za nieważne i w ten sposób przyznała się do błędu. Mogłaby wówczas, choć jej autorytet i popularność mocno ucierpiały, wrócić do dawnych honorów, mogłaby znów zamieszkać w Holyrood i wybrać sobie nowego, godniejszego małżonka. Ale Marii Stuart jeszcze nie zeszło bielmo z oczu. W urojonym przekonaniu o swej nieomylności dalej nie rozumie, że szybko następujące jeden po drugim skandale z Chastelardem, z Rizziem, z Darnleyem, Z Bothwellem wynikały z winy jej karygodnej lekkomyślności. Nie daje się nakłonić do najmniejszych ustępstw. Przeciwko całemu krajowi, przeciwko całemu światu broni zbrodniarza Bothwella i twierdzi, że nie może się z nim rozejść, gdyż wówczas dziecko, które miała z nim, przyszłoby na świat jako bękart. Wciąż jeszcze buja w obłokach, wciąż jeszcze ta nieuleczalna romantyczka nie chce zrozumieć rzeczywistości. Lecz ten upór, który – zależnie od upodobania – uznać można za bezsensowny lub imponujący, prowokuje wprost do aktów przemocy, jakie zostaną dokonane na jej osobie, powoduje rozstrzygnięcie, którego wpływ rozciągać się będzie na całe stulecia: nie tylko Maria Stuart, ale jeszcze wnuk jej, Karol I, krwią swą zapłaci za te roszczenia do nieograniczonej władzy monarszej.

xxx

Stefan Zweig był nie tylko pisarzem, ale również poetą, dramaturgiem i tłumaczem. Jego Nowela szachowa z 1941 roku to studium psychologiczne dokonane przez pryzmat gry w szachy. Był zatem kimś, kto starał się zgłębić ludzką psychikę i jego sugestia, że inspiracją dla Szekspira mógł być los Marii Stuart, nie jest bezpodstawna.

Ale jej los jest też świadectwem czegoś innego, a mianowicie tego, że monarchowie byli tylko marionetkami w ręku jakichś swoich nieznanych przełożonych. W końcu ci nieznani przełożeni uznali, że takie rozwiązanie, czyli że monarcha jest nietykalny, jest zbyt niewygodne. Rewolucja francuska ostatecznie rozwiązała ten problem. Byli jeszcze ci lordowie, którzy ciągle ze sobą walczyli, ale jak trzeba było osłabić króla czy królową, to jakoś tak dziwnie szybko dochodzili do porozumienia i zgodnie działali. Oczywiście byli też tacy, którzy stawali w obronie królowej, ale w tym momencie waśnie pomiędzy nimi ustawały i dzielili się na dwa przeciwstawne obozy i walczyli o jakąś ideę. Czy to oznacza, że była jeszcze jakaś inna siła stojąca ponad nimi i kierująca ich poczynaniami?

Mam taką książkę Shaggy Dog English, której autorem jest Jerzy Godziszewski, wydaną przez Wiedzę Powszechną w 1969 roku. Jest to zbiór krótkich anegdot czy historyjek w języku angielskim. Shaggy dog w sensie dosłownym oznacza kudłatego psa, ale shaggy dog English jest też zwrotem idiomatycznym oznaczającym, tak mniej więcej, niesamowity, niekonwencjonalny angielski. W jednej z nich autor pisze:

„When I was in Scotland I was very much impressed by the rain and fog, to say nothing of the beautiful scenery, and the old castles one comes across every now and then. One day as I was walking up a windy lane, I could see such a castle right in front of me and thought it looked very romantic. If the gates had opened and a knight had ridden out I would not have been surprised.

I happened to spend the night in that very castle and believe me it was quite a thriling experience. I went to bed all right in an old four-poster that might have been used by Mary Queen of Scots herself.”

Nieraz widziałem na zdjęciach te zamki, istotnie często położone w romantycznej scenerii – na wyspie na jeziorze. I często zastanawiałem się nad tym, kto te zamki budował i jak. Jeśli Szkocja była w średniowieczu krajem dzikim, rzadko zaludnionym, to jakim sposobem one powstawały? A przecież było ich dużo. To nie było tak jak w Wielkim Księstwie Litewskim, w którym wielcy feudałowie mieli tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy poddanych, ale ich zamki nie były tak liczne jak w Szkocji. Rzymianie nie dotarli do Szkocji, ale chrześcijaństwo – tak. I budowano tam klasztory. W jednym z nich ukrywano przez pewien czas małoletnią Marię Stuart. Klasztor to też zamek, niedostępny, często budowany na odludziu, dużo tam można ukryć, pomimo że wiara nie ma nic wspólnego z życiem doczesnym i sprawy tego świata powinny być z dala od nich, ale to tylko teoria, w praktyce było inaczej. Co zatem było wcześniej – klasztory czy zamki? A może ci, którzy pierwsi stawali się orędownikami nowej wiary na podbijanym terenie, stawali się również uprzywilejowani wobec reszty tubylców? I czy tak właśnie powstały klany szkockie?

Ponary

W dniu 18 października 2025 na YouTube pojawiło się video kanału Okupowana Polska. Było ono poświęcone zbrodni w Ponarach i zatytułowane: Jak Litwini mordowali Polaków? Kulisy zbrodni w Ponarach. Poniżej fragment komentarza narratora.

Zanim Ponary stały się symbolem masowych mordów, na ich terenie znajdowało się niepozorne osiedle przeznaczone dla robotników PKP. Miejsce to posiadało wysoki standard oraz było całkiem dobrze skomunikowane z większymi ośrodkami. Na jego terenie znajdowała się stacja kolejowa, z której można było dotrzeć do Wilna, Grodna czy Kowna.

Charakter tego miejsca, radykalnie choć jeszcze nie dramatycznie, zmienił się wraz z wybuchem wojny i nastaniem tzw. drugiej okupacji sowieckiej. W jej trakcie sowieci wybudowali podziemny skład paliw, który stanowił zaopatrzenie dla znajdującego się nieopodal lotniska polowego w Chazbijewiczach. Tempo prac prowadzonych przez sowietów było naprawdę imponujące. Przerwało je dopiero rozpoczęcie operacji Barbarossa, a co za tym idzie, zajęcie Wileńszczyzny przez Wehrmacht. W pierwszej kolejności Niemcy dokładnie zbadali teren dawnej sowieckiej bazy, a następnie wyłączyli ją z użytku i zakazali zbliżać się do niej. Aby uchronić ten teren przed obecnością postronnych, otoczono go drutem kolczastym oraz minami, a następnie przeznaczono na miejsce masowej kaźni.

Jeśli chodzi o topografię terenu i najbliższą okolicę, to Ponary wprost idealnie odpowiadały Niemcom do uczynienia z niej miejsca masowej egzekucji. Z jednej strony znajdowały się w sporej odległości od większych skupisk, a z drugiej posiadały z nimi nowoczesne połączenie kolejowe, które można było wykorzystać do deportacji więźniów.

Dawna baza sowiecka była również nie zniszczona, ogrodzona i zabezpieczona. Oddelegowanym do likwidowania wrogów politycznych oddziałom Einsatzgruppen nie pozostawało nic innego, jak przystąpić w tym miejscu do realizowania swego zbrodniczego rzemiosła. Niemcy zajęli Ponary pod koniec czerwca, a pierwsze egzekucje przeprowadzili już w drugim tygodniu lipca 1941 roku. Z przerwami przeprowadzano je do lata 1944 roku.

x

W Wikipedii można przeczytać:

Zbrodnia w Ponarach – zbiorowe egzekucje przeprowadzane przez okupantów niemieckich i ich litewskich kolaborantów, w czasie II wojny światowej, w latach 1941–1944, nieopodal miejscowości Ponary pod Wilnem.

W okresie pierwszej okupacji sowieckiej w Ponarach rozpoczęto budowę podziemnych magazynów paliwa lotniczego. Gdy w czerwcu 1941 roku Wileńszczyzna została opanowana przez wojska niemieckie, nowy okupant wybrał niedokończone magazyny na miejsce masowych egzekucji. Rozstrzeliwano tam Żydów z Wilna i innych miejscowości, a obok nich także przedstawicieli polskiej inteligencji i członków polskiego ruchu oporu, sowieckich jeńców wojennych, działaczy komunistycznych, Romów. Wykonawcami egzekucji byli przede wszystkim członkowie litewskiej formacji kolaboracyjnej Ypatingasis būrys.

Masowe egzekucje w Ponarach były największą zbrodnią popełnioną w okresie okupacji niemieckiej na Kresach Północno-Wschodnich II Rzeczypospolitej. Dokładna liczba ofiar pozostaje trudna do ustalenia ze względu na fakt, że w ostatnim okresie wojny Niemcy ekshumowali masowe groby i spalili większość zwłok. W literaturze przedmiotu szacowano ją zwykle na około 100 tys. osób. Monika Tomkiewicz, autorka wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej monografii na temat zbrodni ponarskiej, ocenia natomiast, że liczba zamordowanych sięgnęła 80 tys. osób, w tym 72 tys. Żydów i 1,5–2 tys. Polaków.

Modus operandi

Przed II wojną światową Ponary (lit. Paneriai, jid. Ponar) były niewielkim osiedlem wypoczynkowym przeznaczonym dla pracowników Polskich Kolei Państwowych. Swą nazwę wzięło od pobliskiej stacji kolejowej, położonej przy linii Grodno – Wilno – Kowno. Leżały na południe od Wilna, od miasta dzieliła je odległość około 10 kilometrów. W pobliżu Ponar, prostopadle do wspomnianej linii kolejowej, przebiegała droga na Grodno, zwana potocznie „grodzieńką”.

W drugiej połowie 1940 roku, w odległości około trzech kilometrów na północny wschód od stacji Ponary, okupacyjne władze sowieckie rozpoczęły budowę podziemnych magazynów paliwa lotniczego. Docelowo miały one zaopatrywać lotnisko wojskowe w pobliskich Chazbijewiczach. Sowieci otoczyli teren budowy dwumetrowym płotem z drutu kolczastego oraz wysiedlili mieszkańców najbliżej położonych domów. Na terenie „bazy”, jak ochrzciła ją okoliczna ludność, zbudowano także kilka drewnianych szop. Prac budowlanych nie zdołano jednak ukończyć przed wybuchem wojny sowiecko-niemieckiej. Po niedokończonych magazynach pozostało sześć wykopanych dołów. Największy miał średnicę około 40 metrów i głębokość około 5–6 metrów, pozostałe średnicę 8 metrów i głębokość 5 metrów. Doły były połączone rowami o średnicy 1 × 1 metr, w których docelowo miały się znaleźć rurociągi.

Latem 1941 roku nowi okupanci wybrali ponarską „bazę” na miejsce masowych egzekucji. Za decyzją tą przemawiało kilka czynników. Ponary leżały w niewielkiej odległości od Wilna, a przebiegające w pobliżu droga i linia kolejowa umożliwiały szybki i łatwy transport ofiar. Fakt, iż teren „bazy” był ogrodzony i otoczony lasami, ułatwiał zachowanie zbrodni w tajemnicy. Wreszcie wykopane przez Sowietów doły bez trudu można było przekształcić w masowe groby. Niemcy wykonali w „bazie” i w jej okolicach pewne dodatkowe prace budowlane. Teren wokół miejsca straceń otoczono czterometrową siatką zwieńczoną drutem kolczastym i częściowo zaminowano. W ogrodzeniu wybudowano dwie bramy. Większa, dwuskrzydłowa, znajdowała się przy szosie „grodzieńce”, nieopodal przejazdu kolejowego. Mniejsza, od strony wsi Nowosiołki, przeznaczona była dla samochodów ciężarowych. Biegnący przed nią odcinek leśnej drogi częściowo wzmocniono drewnianymi podkładami. Na drzewach wokół „bazy” rozwieszono tablice ostrzegające przed minami. Miejscową ludność ostrzeżono, że zbliżanie się do ogrodzonego terenu będzie karane rozstrzelaniem na miejscu. Z relacji świadków wynika, że zginęło co najmniej kilka osób, które złamały ten zakaz. Na terenie bazy stale przebywało około 10–12 członków Ypatingasis būrys, którzy pełnili służbę wartowniczą.

x

Józef Mackiewicz w powieści Nie trzeba głośno mówić Wydawnictwo Kontra, Londyn 2017, pisze:

W roku 1940 bolszewicy założyli w Ponarach, na spiłowanym kawałku lasu i odebranych od ludności terenach, jakieś przedsiębiorstwo państwowe, wielkie place otaczając mocnym płotem i drutem kolczastym. Z tak zniwelowanego terenu skorzystali Niemcy w roku 1941 i użyli pod miejsce kaźni Żydów. Do Ponar podwożono ciężarówkami, a później całymi transportami kolejowymi, Żydów i tu ich zabijano.

Dalekim echem spływały z tych wzgórz, het, w wielokilometrowy krąg, pojedyncze strzały, krótkie, urywane, trwające nieraz wiele godzin, albo na przemian terkoczące seriami broni maszynowej. Nieraz kilka takich dni z rzędu, przeważnie ku wieczorowi, lub rankiem. Bywały tygodnie, a nawet miesiące przerwy, a później znów, zależnie od kierunku i siły wiatru, od pory roku, mgły czy słońca, rozchodziły się mniej lub bardziej wyraźne postukiwania strzałów.

(…) Wiadomo, że mordowano tam żydowskich mieszkańców Wilna, co mogło stanowić kilkadziesiąt tysięcy. Poza tym zwożono Żydów transportami z pobliskich miasteczek Ostlandu. Rodzinami z getta, bądź też z robót sezonowych, po zakończeniu których nie wracali. Nikt nie był o tym uprzedzony, ani nie wiedział, czy po ostatniej masowej egzekucji nastąpi jeszcze jedna, czy też dłuższa przerwa.

x

Cała ta historyjka o budowie podziemnych magazynów paliwa lotniczego jest zmyślona, by odwrócić uwagę od faktu, że bolszewicy przygotowali nazistom teren pod miejsce kaźni Żydów. Jeśli miałyby to być magazyny paliwa lotniczego, to dlaczego nie próbowano ich budować w pobliżu czy na lotnisku, jak to zazwyczaj czyni się? I dla jakiego lotniska? Polowego? Wojskowego? Na zadupiu zwanym Chazbijewiczami? Jakie tam mogło być lotnisko? Jeśli już, to jakaś łąka, na której mogły lądować awionetki czy inne lekkie samoloty. A poza tym nie buduje się lotnisk, a tym bardziej magazynów paliw, przy samej granicy, bo lotnictwo sąsiada może je łatwo zbombardować. Ale nie to jest ważne. Gdy Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, to zniszczyli parę zdezelowanych okrętów, bo te sprawne wyszły odpowiednio wcześniej w morze. Nie zbombardowali też bazy paliw, która tam się znajdowała, bo nie było takiego rozkazu, bo nie mogło go być. W przypadku takiego zbombardowania dominacja Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku skończyłaby się, ale nie to było w planie.

I nie było w planie zbudowanie w Ponarach magazynów paliwa lotniczego. Bolszewicy ogrodzili ten teren wysokim płotem i dodatkowo drutem kolczastym, czyli budowali obóz koncentracyjny, by nikt nie mógł stamtąd uciec. Wykopali 6 dołów. Jeden o średnicy 40 metrów i głębokości 5-6 metrów, pozostałe o średnicy 8 metrów i głębokości 5 metrów. Prace rozpoczęto, jak informuje Wikipedia, w 1940 roku, o czym też wspomina Mackiewicz. A więc zajęło to około roku, może 6 do 9 miesięcy. I tym czasie tylko tyle? Dziwnie ospałe było to tempo, jak na państwo, które wcześniej budowało potężne fabryki, huty, zapory wodne, linie kolejowe, drogi itp. Najwyraźniej tylko tyle mieli zrobić.

W przypadku masowych mordów są dwie metody pozbywania się zwłok: krematoria lub wielkie doły. Tak właśnie było w Ponarach. Gdy morduje się kilkadziesiąt tysięcy osób, nawet w odstępach czasowych, to nie sposób wykopać tyle grobów, bo kto miałby to zrobić i gdzie. W warunkach pokojowych jest czas na grzebanie zwłok, czas na przygotowanie nowych cmentarzy i wystarcza do tego stosunkowo niewielka ilość grabarzy, bo nic tu nie dzieje się nagle.

A co się stanie, gdy wymorduje się kilkanaście tysięcy osób w ciągu jednego dnia w sytuacji, gdy ludność ta nie jest stłoczona w obozie koncentracyjnym, tylko rozproszona po wioskach i osadach? Kto miałby wykopać tyle grobów? Skoro ludność ta była rozproszona, to nie można było wykopać jednego wielkiego dołu, bo kto miałby do niego zwieźć te zwłoki i czym? A poza tym, kto miałby ten wieki dół wykopać i czym? – Siekierami? W takiej sytuacji pozostaje tylko jedna metoda: wymordować wszystkich, by nie było świadków, a ciała spalić wraz z wszelkimi zabudowaniami, tak by nie pozostał żaden ślad. Całą operację rozpoczęto w niedzielę o trzeciej nad ranem, by nie doszło do sytuacji, że ktoś poszedł w pole, no bo raczej w niedzielę rano w pole nie poszedł, a jeśli już to – do kościoła.

To wszystko działo się w sytuacji, gdy front był daleko na wschodzie. I jak to się stało, że państwo, które kierowało się zasadą Ordnung muss sein, pozwoliło na działania obcych sił paramilitarnych na terenie mu podległym?

Pierwszy manifest komunistyczny

Wszyscy słyszeli o manifeście komunistycznym Karola Marksa, ale nie był on pierwszym tego typu programem politycznym. Był nim ten z okresu rewolucji francuskiej. Stefan Zweig w książce Portret człowieka politycznego Wydawnictwo „Książnica”, Katowice 2000 tak pisze:

Czas, w którym Fouché został prokonsulem, należał do radykałów. Toteż w swoim departamencie Loire Inférieure, w Nantes, Nevers i Moulins, Fouché zachowuje się jak wściekły radykał. Ciska gromy na umiarkowanych, zarzuca kraj płomiennymi manifestami, rzuca najstraszliwsze groźby na bogatych, wahających się, niezdecydowanych, wywierając moralną i fizyczną presję werbuje na wsiach całe regimenty ochotników i wysyła ich na wroga. Talentami organizacyjnymi, szybką orientacją dorównuje co najmniej każdemu ze swoich kolegów, zuchwałością słów wszystkich ich przewyższa. Gdyż to jedno trzeba zdecydowanie stwierdzić: w przeciwieństwie do słynnych szermierzy Rewolucji, Robespierre’a i Dantona, Joseph Fouché nie zachowuje powściągliwości w sprawach Kościoła i własności prywatnej, przez tamtych określanych jeszcze z szacunkiem jako „nietykalne”, lecz głosi zdecydowanie radykalny i bolszewicki program społeczny. Pierwszym wyraźnym manifestem komunistycznym ery nowożytnej nie jest słynny manifest Karola Marksa ani „Goniec heski” Georga Büchnera, lecz owa bardzo mało znana, celowo nie zauważana przez socjalistyczną historiografię „Instruction” z Lyonu, podpisana wprawdzie przez Fouchégo i Collota d’Herbois, ale niewątpliwie ułożona przez samego Fouchégo. Ten utrzymany w stanowczym tonie, wyprzedzający postulatami o sto lat swoją epokę dokument – jeden z najbardziej zdumiewających dokumentów Rewolucji – jest wart chyba tego, by go wydobyć z zapomnienia; nawet jeżeli w czasach, gdy późniejszy książę Otranto protestował rozpaczliwie przeciwko temu, czego domagał się niegdyś zwykły obywatel Joseph Fouché, jego „instrukcja” – traktując rzecz historycznie – straciła mimo wszystko na wartości, to wyznanie wiary czyni go pierwszym niewątpliwym socjalistą i komunistą Rewolucji. Nie Marat, nie Chaumette sformułowali najśmielsze postulaty Rewolucji Francuskiej, lecz Joseph Fouché, a oryginalny tekst rzuca więcej światła na jego tak na ogół nieuchwytny charakter niż jakikolwiek opis.

Na początku tej „Instruction” Fouché ośmiela się głosić nieomylność wszelkich aktów gwałtu: „tym, którzy działają w w interesie Rewolucji, wolno wszystko. Nie ma większego niebezpieczeństwa dla republikanina niż chowanie się za prawami Republiki. Kto je narusza, nawet ten, kto pozornie przesadza, często daleki jest jeszcze od właściwego rezultatu. Póki istnieje na świecie jeden choćby nieszczęśliwy, wolność musi być celem naszych poczynań”.

Po tym stanowczym, w pewnym sensie już maksymalistycznym wstępie Fouché następująco definiuje istotę rewolucji:

„Rewolucja została dokonana w interesie ludu; nie należy jednak przez to rozumieć owej klasy uprzywilejowanych dzięki bogactwu, którzy zagarnęli dla siebie wszystkie przyjemności życia, wszystko, czym dysponuje kraj. Lud to jest ogół obywateli Francji, a przede wszystkim ta niebywale liczna klasa nędzarzy, którzy bronią granic ojczyzny i żywią społeczeństwo swoją pracą. Rewolucja byłaby politycznym i moralnym nadużyciem, gdyby troszczyła się tylko o polepszenie bytu kilkuset osób i pozwoliła dalej trwać w biedzie dwudziestu czterem milionom. Rażącym oszustwem byłoby występowanie w imieniu równości, gdy między ludźmi istnieją jeszcze tak ogromne różnice w dobrobycie.”

Następnie Fouché wykłada swoją ulubioną teorię, że „mauvais riche”, „niedobry bogacz”, nigdy nie będzie prawdziwym rewolucjonistą, szczerym i oddanym republikaninem, a więc każda burżuazyjna tylko rewolucja, która utrzyma wszystkie różnice majątkowe, musi nieuchronnie wyrodzić się w nową tyranię, „gdyż bogaci zawsze będą uważali siebie za inny rodzaj ludzi”. Dlatego domaga się od ludu największego wysiłku i całkowicie „integralnej” rewolucji.

„Nie miejcie złudzeń: żeby stać się prawdziwym republikaninem, każdy obywatel musi przejść rewolucję wewnętrzną, podobną do tej, która odmieniła oblicze Francji. Nic nie łączy poddanych tyranów z mieszkańcami wolnego kraju. Trzeba więc całkowicie odmienić wszystkie ich działania, ich uczucia, ich przyzwyczajenia. Jesteście ciemiężeni, winniście więc roznieść w proch i pył waszych ciemiężycieli, byliście niewolnikami kościelnych zabobonów, teraz nie powinniście mieć żadnej religii poza religią wolności… Każdy, komu obcym pozostanie ten entuzjazm, kto zna inne radości i troski niż szczęście ludu, kto potrafi zimno kalkulować, kto oblicza, jakie korzyści przynieść mu może prestiż, stanowisko, talent, uchylając się choć na chwilę od myślenia o dobru powszechnym, każdy, komu nie kipi w żyłach krew, gdy mowa o ucisku i o zbytku, kto ma łzy litości dla wroga ludu miast zachować całe współczucie dla męczenników wolności, kłamie, jeżeli śmie nazywać się republikaninem. Tacy ludzie niech lepiej opuszczą nasz kraj, gdyż zostaną zdemaskowani, a ich nieczystą krwią nasiąknie gleba wolności. Republice potrzebni są tylko ludzie wolni, wszystkich innych jest zdecydowana wyplenić, i tylko takich uznaje za swoje dzieci, którzy dla niej chcą żyć, walczyć i umierać.”

W trzecim akapicie „Instruction” rewolucyjne wyznanie wiary bez osłonek i wyraźnie przekształca się w manifest komunistyczny (pierwszy ze sformułowanych w 1793 roku):

„Każdy, kto posiada więcej, niż mu koniecznie potrzeba, musi okazywać pomoc innym, a nałożona na niego opłata winna być proporcjonalna do wielkich potrzeb ojczyzny; najpierw trzeba więc ogólnie i prawdziwie rewolucyjnie ustalić, ile każdy obywatel powinien złożyć w darze dla sprawy publicznej. Nie chodzi tutaj o obliczenia matematyczne ani o obawy i ociąganie towarzyszące zwykle wymiarowi publicznych podatków; zastosowana metoda musi być tak samo wyjątkowa, jak wyjątkowa jest sytuacja. Niech wasze działania będą więc śmiałe i zakrojone na wielką skalę, zabierając każdemu obywatelowi to, co nie jest mu koniecznie potrzebne, gdyż wszelki nadmiar (le superflu) jest wyraźnym pogwałceniem praw ludu. Wszystko, co wykracza poza potrzeby człowieka, może być wykorzystane tylko źle. Nie pozostawiajcie więc nikomu nic ponadto, co koniecznie potrzebne, w czasie wojny cała reszta należy się Republice i jej armiom.”

Fouché podkreśla, że nie należy się zadowalać tylko pieniędzmi.

„Ojczyzna żąda teraz wszystkich rzeczy – ciągnie – których niektórzy mają nadmiar, a które mogą być przydatne obrońcom ojczyzny. Są na przykład ludzie posiadający niewiarygodne ilości płótna i koszul, sukna i butów. Wszystkie te rzeczy muszą być przedmiotem rewolucyjnej rekwizycji.”

Żąda również bez ogródek wydania całego złota i srebra, „metaux vils et corrupteurs” (metale nieszlachetne i szkodliwe), którymi gardzi prawdziwy republikanin, na rzecz skarbu państwa, gdzie „wybije się na nich wizerunek Rewolucji i po oczyszczeniu przez ogień będą służyć tylko ogółowi. Nam potrzebne są tylko stal i żelazo, a Republika zatriumfuje”. Kończy zaś swoje wezwanie strasznym apelem o bezwzględność:

„Będziemy rządzić z całą surowością przydanego nam autorytetu, jako złe intencje karać będziemy wszystko, co w innych warunkach uchodzić może za opieszałość, słabość lub powolność. Minął jednak czas półśrodków, oglądania się na różne względy. Pomóżcie nam uderzać mocno albo sami zostaniecie uderzeni. Wolność lub śmierć! Do was należy wybór.”

To teoretyczne dziełko pozwala wyrobić sobie pojęcie o poczynaniach Josepha Fouché jako prokonsula. W departamencie Loire Inférieure, w Nantes, Nevers i Moulins, waży się podjąć walkę z najpotężniejszymi siłami Francji, przed którymi ostrożnie cofali się nawet Robespierre i Danton: z własnością prywatną i Kościołem. Działa szybko i zdecydowanie na rzecz „égalisation des fortunes” (zrównywanie majątków), wymyślając tak zwane „komitety filantropijne”, którym ludzie zamożni mieli rzekomo według własnego uznania składać dary. By jednak nie było wątpliwości, już z góry delikatnie upomina, że „jeżeli bogaty nie uczyni użytku z prawa przysłużenia się reżimowi wolności, Republika ma prawo zawładnąć jego mieniem”. Nie toleruje żadnego nadmiaru i stanowczo zwalcza wszelki „superflu”. „Republikaninowi potrzebne jest tylko żelazo, chleb i czterdzieści écus zarobku.” Fouché wyprowadza konie ze stajni, wysypuje mąkę z worków, dzierżawcy mają pod karą śmierci przestrzegać jego zaleceń, nakazuje piec żołnierski chleb wielkiej wojny, taki sam dla wszystkich, i zabrania wypieku jakiegokolwiek białego luksusowego pieczywa. Co tydzień stawia dzięki temu na nogi po pięć tysięcy rekrutów wyposażonych w konie, buty, ubrania i flinty, siłą uruchamia fabryki, i wszystko jest posłuszne jego żelaznej energii. Napływają pieniądze, podatki, daniny i ofiary, dostawy i świadczenia i po dwóch miesiącach działalności z dumą pisze do Konwentu: „ on rougit ici d’être riche”, „tutaj ludzie wstydzą się uchodzić jeszcze za bogatych”. Naprawdę powinien jednak powiedzieć: „Tutaj ludzie boją się być bogaci”.

W tym samym czasie radykał i komunista Joseph Fouché, późniejszy książę Otranto, milioner z protekcji króla pobożnie biorący w kościele drugi ślub, dał się poznać jako najbardziej zapamiętały, namiętny przeciwnik religii chrześcijańskiej. „Ten obłudny kult trzeba zastąpić wiarą w Republikę i w moralność” – grzmi w pełnym pogróżek liście i już niczym ogniste gromy spadają na kościoły i katedry pierwsze represje. Ustawa za ustawą, dekret za dekretem: „Księża nie mają prawa nosić duchownych strojów poza miejscem kultu”, pozbawia się ich wszelkich przywilejów, gdyż „nadeszła pora – argumentuje Fouché – by tej klasie pyszałków narzucić czystość pierwszych chrześcijan i cofnąć ich do klasy mieszczan.”

Wkrótce Josephowi Fouché już nie wystarcza funkcja zwierzchnika sił zbrojnych, kierownika wymiaru sprawiedliwości, dyktatora o nieograniczonej władzy cywilnej – zgarnia dla siebie również wszystkie uprawnienia kościelne. Znosi celibat, nakazuje, żeby w ciągu miesiąca każdy ksiądz ożenił się albo zaadoptował dziecko, publicznie udziela ślubów i daje rozwody, wstępuje na ambonę (z której starannie usunięto wszystkie krzyże i symbole religijne) i wygłasza ateistyczne kazania, w których zaprzecza nieśmiertelności i istnieniu Boga. Likwidacji ulegają chrześcijańskie ceremonie pogrzebowe, a jedyną pociechą są wyryte na cmentarzach słowa: „Śmierć to wieczny sen”. Ten nowy papież jako pierwszy na prowincji wprowadza w Nevers cywilny chrzest, nadając swojej córeczce imię od departamentu, „Nièvre”. Ochrzcił dziecko przy akompaniamencie werbli i wojskowej muzyki Gwardii Narodowej bez pośrednictwa Kościoła, na rynku miasta. W Moulins przejechał na czele orszaku przez całe miasto i ściskając młot w dłoni rozbijał krzyże, krucyfiksy i obrazy świętych, „haniebne symbole fanatyzmu”. Ze zrabowanych mitr biskupich i ściągniętych z ołtarzy obrusów ułożono stos i podczas gdy jaskrawe płomienie buchały w górę, plebs wrzeszcząc tańczył wokół tego ateistycznego autodafè. Wyładowanie jednak swojej złości tylko na martwych przedmiotach, na bezbronnych kamiennych figurkach i kruchych krzyżach byłoby dla Fouchégo połową sukcesu. Prawdziwy triumf odniósł dopiero wtedy, gdy pod wpływem jego siły przekonywania arcybiskup François Laurent zrzucił mnisi kaptur i przywdział czerwoną czapeczkę, a za nim poszło z entuzjazmem trzydziestu księży, sukces, o którym fama z szybkością płomienia obiegła całą Francję. Fouché z dumą może chwalić się przed swymi mniej zdecydowanymi kolegami ateistami, że na obszarze poddanym jego władzy wyplenił fanatyzm, zniszczył chrześcijaństwo.

Czyny wariata, szaleńcza pasja fanatycznego idealisty, można by pomyśleć! W rzeczywistości jednak, nawet gdy udaje namiętność, Joseph Fouché zawsze pozostaje człowiekiem umiejącym liczyć, realistą. Wie, że będzie musiał zdać rachunek przed Konwentem, wie również, że patriotyczne frazesy i listy, podobnie jak asygnaty, dawno już straciły na wartości, i po to, by wywołać podziw, trzeba przemawiać kruszcem. Toteż podczas gdy wystawione przez niego regimenty maszerowały ku granicy, Fouché wysłał do Paryża wszystko, co zrabował po kościołach. Do Konwentu wciągano skrzynię za skrzynią, wypełnione złotymi monstrancjami, połamanymi i przetopionymi srebrnymi świecznikami, krucyfiksami z litego metalu i wyrwanymi z nich drogimi kamieniami. Wiedział, że Republice potrzebna jest przede wszystkim gotówka, toteż jako pierwszy, jako jedyny, przysłał z prowincji takie wymowne łupy. Konwent najpierw zdumiewa ta nowa energia, potem jednak radując się głośno nagradza hucznymi brawami. Odtąd Konwent zna i wymienia nazwisko Fouchégo jako żelaznego człowieka, najbardziej nieustraszonego, najstraszliwszego republikanina Republiki.

x

Głównym postulat rewolucji francuskiej to zabrać bogatym i dać biednym. Jego podstawą ideologiczną był manifest komunistyczny, zwany „Instruction” z Lyonu. Skąd u rewolucjonistów taka nienawiść do bogatych? Czy choć w części postulat ten został zrealizowany? Nie został. To, o co w takim razie chodziło? Wiemy, że w wyniku tej rewolucji arystokracja straciła, a zyskała burżuazja, czyli mieszczaństwo, bo bourgeoisie to po francusku mieszczanin. Czy jednak awans pewnej grupy społecznej musiał automatycznie wiązać się z pauperyzacją drugiej? Niekoniecznie, a przynajmniej potrzeba było na to dużo czasu, bo przecież w przypadku arystokracji jej bogactwo było wynikiem wielowiekowej akumulacji ziemi i niewolniczej pracy poddanych. Było więc ono niewyobrażalne. Tak zgromadzone bogactwo, przeważnie w ziemi i nieruchomościach, nie mogło, tak z dnia na dzień, wyparować jak jakieś papiery na giełdzie. Tu, do jego przejęcia, potrzebna była rewolucja, która, posługując się zmanipulowanym plebsem, podkopie fundamenty arystokratycznego gmachu. Stąd hasło: zabrać bogatym. A bogatymi byli wtedy arystokraci. Nawet jeśli część z nich była Żydami, to nie miało to znaczenia. Najważniejsze było to, by zabrać czy podważyć pozycję nieżydowskich posesjonatów. Ci, z kolei, przyzwyczajeni do pewnego poziomu życia, szukali ratunku w mieszanych małżeństwach. I w ten sposób arystokratyczna ziemia i nieruchomości stawały się własnością Żydów.

Trochę inaczej przebiegało to w czasie rewolucji październikowej. Tam wszystko upaństwowiono, bo nie było w Rosji stosunkowo licznego i bogatego mieszczaństwa i jego rolę przejęło państwo. Ale przecież państwo, to nie jest jakiś abstrakcyjny byt. Ktoś nim musi rządzić. I rządził tak, by po wielu latach stwierdzić, że komunistyczne państwo nie sprawdziło się i że prywatny lepiej sobie poradzi. I wszystko sprywatyzowano, nie tylko w Związku Radzieckim, ale i w innych państwach tzw. demokracji ludowej. I cały ich majątek trafił do międzynarodowego kapitału.

Rewolucje i wojny to doskonały pretekst do dokonywania zmian, które bez nich nie byłyby możliwe. A korzyści z tych zmian odnosi zawsze tylko jedna nacja.

100 dni

Gdy tak obserwuję obecną scenę polityczną, to mam wrażenie, że jest tak jak zawsze, tyle że aktorzy coraz gorsi. A może to tylko moje subiektywne odczucie. Czym było owe 100 dni Napoleona? A może nie tylko to, może cała jego kariera i nie tylko jego? Czy rzeczywiście prawdziwi rządzący są niewidoczni, głęboko ukryci, ale realnie wpływający na naszą rzeczywistość? W przypadku rewolucji angielskiej szybko doszło do restauracji monarchii, w przypadku rewolucji francuskiej też szybko doszło do jej restauracji, a później jeszcze szybciej do ponownej. A zatem na brak restauracji nie możemy narzekać, więc głód nam nie grozi. Po co był ponowny powrót Napoleona do władzy na tak krótki okres? Najpierw mamy we Francji rewolucję, powstaje rząd rewolucyjny, a wraz z nim wielki bałagan i kłótnie frakcyjne, co uzasadnia wprowadzenie dyktatury. To pozwala na podbicie Europy kontynentalnej, by zaprowadzić w niej porządek prawny podobny do tego, który za rewolucji wprowadzono we Francji: poddani stali się obywatelami i otrzymali prawa wyborcze. Gdy to już zrobiono, to skierowano Napoleona do Rosji, by połamał sobie na niej zęby i gdy to się dokonało, pozbyto się go, zsyłając na wyspę, która „przypadkiem” leży tylko 20 km od wybrzeża Włoch, chyba tylko po to, by mógł on z powrotem łatwo dostać się na ląd. Natomiast kolejne zesłanie – na Wyspę św. Heleny, leżącą na południowym Atlantyku, z dala od wybrzeży Afryki – taki powrót uniemożliwiło. O co chodziło z tymi 100-tu dniami? Proste pytanie, a odpowiedź niestety trudna.

Wikipedia m.in. pisze:

Zaczynał karierę jako dowódca artylerii w wojskach rewolucji francuskiej, walczący z paryskim powstaniem rojalistów, z Monarchią Habsburgów i z Królestwem Wielkiej Brytanii. Obalił francuskie rządy Dyrektoriatu przez zamach stanu, wprowadził nową konstytucję i kontynuował walkę z Austrią, zdobywając nowe ziemie. Jako cesarz kontynuował walki z Austrią i Wielką Brytanią, a także sprzymierzoną z nimi carską Rosją, zdobywając m.in. tereny I Rzeszy Niemieckiej, dalsze części Półwyspu Apenińskiego oraz Bałkanów. Walki z dotychczasowymi wrogami oraz z Królestwem Prus i Królestwem Szwecji przyniosły mu tereny tego pierwszego państwa, z których utworzył Księstwo Warszawskie. Walczył z Wielką Brytanią także gospodarczo, za pomocą embarga znanego jako blokada kontynentalna. Obalił również władze Hiszpanii i Portugalii, wprowadzając tam przychylne mu rządy. Przy wsparciu Wielkiej Armii najechał na Rosję, ale po zdobyciu Paryża przez sprzymierzonych i jego zajęciu przez Rosjan 31 marca 1814 roku się abdykował. Doszło do pierwszej restauracji Burbonów. Wrócił do rządów w czasie znanym jako 100 dni Napoleona, jednak jego przegrana z Wielką Brytanią i Prusami w bitwie pod Waterloo skończyła się pojmaniem przez Brytyjczyków, ostatecznym uwięzieniem i drugą restauracją Burbonów. Mimo finalnej porażki Napoléon Bonaparte uchodzi za jednego z najwybitniejszych dowódców wojskowych w dziejach i bywa nazywany geniuszem wojny. Walki Francji pod przywództwem Bonapartego są znane jako wojny napoleońskie. Wywarły one wpływ na niemal całą Europę, skutkując między innymi utworzeniem Cesarstwa Austrii, upadkiem I Rzeszy Niemieckiej i kongresem wiedeńskim, na którym powołano Związek Niemiecki.

Bonaparte to także wpływowy reformator polityczny, kontynuujący pewne cele rewolucji francuskiej. We Francji i na podbitych terenach wprowadził kodeks cywilny znany jako Kodeks Napoleona, wprowadzający m.in. wolność religijną, świeckość państwa i małżeństwa cywilne z możliwością rozwodu. Kodeks ten był wzorcem dla przepisów innych państw, a jego niektóre zapisy obowiązywały w Polsce jeszcze po II wojnie światowej. Napoleońskie wojny i reformy przyczyniły się do upadku feudalizmu w Europie i zastąpienia go kapitalizmem. Rządy i poglądy Bonapartego i jego kontynuatorów są znane jako bonapartyzm i uznawane za nowożytną formę cezaryzmu.

Wczesne lata

Po wybuchu rewolucji francuskiej Bonaparte nie od razu ją poparł. Zgłosił się do korsykańskich powstańców Paolego, w konsekwencji odmowy przyjęcia przeszedł na stronę francuską. W kwietniu 1791 został awansowany na porucznika. Kiedy Paoli w maju 1793 wywołał antyfrancuskie powstanie, rodzina Bonapartych musiała uciekać z wyspy.

W lipcu 1793, Bonaparte opublikował pro-republikański pamflet pt. Le souper de Beaucaire (Kolacja w Beaucaire), którym zjednał sobie wsparcie Augustyna Robespierre’a, młodszego brata lidera Rewolucji, Maksymiliana Robespierre’a. Z pomocą swojego korsykańskiego znajomego, Antoine’a Christophe’a Salicetiego, Bonaparte został zaprzysiężony kapitanem artylerii sił rewolucyjnych podczas oblężenia Tulonu.

Po upadku jakobinów, z którymi był związany, znalazł się chwilowo w więzieniu, a potem przez kilkanaście miesięcy pozostawał bez przydziału. Dopiero lider Dyrektoriatu Paul Barras, który pamiętał Napoleona z okresu oblężenia Tulonu, powołał go do objęcia dowództwa nad oddziałami broniącymi Republiki w czasie rojalistycznego powstania 13 Vendémiaire (5 października 1795). Pozwoliło to Napoleonowi kolejny raz wykazać się skutecznością, przez zastosowanie w walkach ulicznych artylerii. Po tym wydarzeniu został mianowany dowódcą wojsk wewnętrznych i generałem dywizji.

9 marca 1796, mając 27 lat, poślubił owdowiałą arystokratkę Józefinę de Beauharnais, która po śmierci swojego męża była kochanką Barrasa i kilku innych wpływowych polityków. To wówczas zmienił nazwisko, nadając mu francuską pisownię i wymowę. Kilka dni po ślubie z Józefiną, Napoleon objął dowództwo nad wojskami francuskimi walczącymi z Austriakami na terytorium północnej Italii i spekulowano, że stało się tak dzięki znajomościom Józefiny.

W 1797 roku trwała wciąż wojna Francji z Monarchią Brytyjską, ostatnim państwem I koalicji antyfrancuskiej, zawiązanej w 1793 roku przeciwko rewolucji we Francji. By zmusić Wielką Brytanię do zakończenia wojny, Napoleon Bonaparte zaproponował podbicie Indii – perły Korony Brytyjskiej. W tym celu Napoleon ruszył na Egipt, mający być przyszłą bazą wypadową do ataku na Indie. Wyprawa egipska doszła do skutku w maju 1798 roku. Wzięło w niej udział 38 tysięcy marynarzy i żołnierzy oraz 175 uczonych i artystów, którzy mieli badać kulturę i historię Egiptu. Ich zasługą było odkrycie na nowo dla Europy historii starożytnego Egiptu.

Zamach stanu 18 brumaire’a

Napoleon, nie czekając na ostateczne zakończenie kampanii, powrócił do Francji. Katastrofalny autorytet rządzącego wówczas we Francji dyrektoriatu dawał wielkie nadzieje wszelkiego typu spiskowcom i zamachowcom. Rząd był zbyt skorumpowany i niekompetentny, aby poradzić sobie z problemami, jakie dotknęły państwo.

Pomysł przejęcia władzy na drodze zamachu stanu wyszedł od księdza Emanuela Sieyèsa, który wszedł do dyrektoriatu w maju 1799 roku, razem z nim spiskował inny dyrektor Roger Ducos, były minister spraw zagranicznych Charles Talleyrand, a także szef policji Joseph Fouché. Napoleon miał z początku jedynie poprzeć zamach wojskiem i swym autorytetem, jakim cieszył się wśród paryżan. Początkowo wybrano do tego zadania generała Jouberta, ale ten zginął w bitwie pod Novi 15 sierpnia 1799 roku, wśród konspiratorów wstawił się za Bonapartem Talleyrand.

Zamach stanu miał się odbyć 16 i 17 brumaire’a (7 i 8 listopada), ostatecznie jednak przesunięto go na 9 i 10 listopada. Pierwszego dnia Napoleon spotkał się o szóstej rano z sześćdziesięcioma oficerami 17 Okręgu Wojskowego oraz adiutantami z Gwardii Narodowej, wtedy „dobitnie przedstawił im rozpaczliwe położenie Republiki i poprosił o to, aby udowodnić swoje przywiązanie do jego osoby, składając przysięgę wierności obu izbom”. Mniej więcej w tym samym czasie, w pałacu Tuileries, przegłosowano mianowanie Napoleona dowódcą 17 Okręgu Wojskowego i Gwardii Narodowej oraz przeniesiono mające się odbyć następnego dnia obrady izb ustawodawczych do Saint-Cloud. Udało się to zrobić dzięki zwołaniu obrad o niesamowicie wczesnej porze i niepowiadomieniu członków Rady Starszych przeciwnych Napoleonowi. Następnie Bonaparte przybył osobiście do izby ustawodawczej i wygłosił przemówienie, w którym odwołał się do jedności narodowej Francuzów i które zostało bardzo ciepło przyjęte. Jeszcze tego dnia ze swych stanowisk ustąpili Ducos i Sieyès.

Nazajutrz 10 listopada obie izby ustawodawcze zebrały się na obradach w Saint-Cloud, przybył tam także Napoleon, by przemówić do Rady Starszych i Rady Pięciuset i przekonać ich do porzucenia konstytucji roku 3. Tego dnia bowiem przekupstwem i groźbami zmuszono pozostałych dyrektorów do ustąpienia ze stanowiska, powstała więc próżnia we władzy. Tak brzmiała jego (bardzo dobrze przyjęta) przemowa do Rady Starszych:

„Jesteście na wulkanie. Republika nie ma już rządu; dyrektoriat został rozwiązany, frakcje się miotają. Nadszedł czas decyzji. Wezwaliście mnie i moich towarzyszy broni, żebyśmy wsparli waszą mądrość, ale czas jest cenny. Musimy zdecydować. Wiem, że mówimy o Cezarze, o Cromwellu, jakby obecną chwilę można było porównać do wydarzeń z przeszłości. Ale tak nie jest, a ja pragnę jedynie bezpieczeństwa Republiki i chcę wspierać decyzje, jakie zamierzacie podjąć”

Następnie próbował przemówić do Rady Pięciuset, ale nie dano mu dojść do głosu i musiał uciekać pod osłoną grenadierów. Słychać wtedy było takie okrzyki jak: „Precz z tyranem!”, „Cromwell!”, „Wyjąć go spod prawa!”. Wtedy Napoleon i Lucjan, jego brat, pozyskali wsparcie 400 żołnierzy ochraniających Ciało Prawodawcze. W tym celu musieli odegrać istne przedstawienie, w którym Lucjan mierzył szpadą w Napoleona, mówiąc, że gdyby chciał sięgnąć po władzę, osobiście by go zabił. Przekonywali żołnierzy, że większość deputowanych Rady Pięciuset została sterroryzowana przez garstkę „fanatyków na angielskim żołdzie”. Do sali wdarło się wojsko pod wodzą Murata i rozpędziło przeciwników Bonapartego, następnie Lucjan, przewodniczący posiedzeniu, zebrał ok. 50 członków Rady i przegłosował odpowiednie ustawy: Ducosa, Sieyèsa i Napoleona mianowano tymczasowymi konsulami, a także zawieszono obrady izby ustawodawczej i wyrzucono z niej 61 przeciwników nowego reżimu. Nowa konstytucja miała zostać opracowana przez komisję łącznie 50 deputowanych z obu izb ustawodawczych, ale prawdopodobnie została opracowana już wcześniej przez Sieyèsa.

Klęska

Po klęsce Francuzów w kampanii moskiewskiej wojna rozgorzała ponownie w 1813 na terytoriach niemieckich. Napoleonowi udało się sprowadzić z Francji nową 150-tysięczną armię i początkowo odniósł zwycięstwa w bitwach pod Lützen, Dreznem i Budziszynem. Poniósł jednak klęskę w wielkiej Bitwie Narodów pod Lipskiem, rozegranej w dniach 16–19 października 1813. Bitwa pod Lipskiem była największą bitwą w historii wojen napoleońskich. Poległ w niej m.in. Józef Poniatowski, który był jedynym marszałkiem polskiej narodowości. Po zdobyciu Paryża przez Sprzymierzonych 31 marca 1814 rozpoczęła się rosyjska okupacja miasta.

Abdykacja

Pod wpływem nalegań części swoich marszałków Napoleon abdykował 6 kwietnia, zrzekając się władzy na rzecz syna, powierzając regencję swej żonie Marii Ludwice. Koalicja państw zawiązana przeciwko Napoleonowi zażądała jednak bezwarunkowej kapitulacji i zrzeczenia się tronu. Bonaparte, wobec zdrady marszałka Marmonta, bezwarunkową abdykację podpisał 6 kwietnia 1814 roku, co zostało potwierdzone konwencją z 11 kwietnia (tzw. traktat z Fontainebleau, który wszedł w życie 13 kwietnia). Zesłano go na wyspę Elbę, położoną na Morzu Śródziemnym, 20 km od wybrzeża Włoch.

100 dni

W kwietniu 1814 francuski Senat ogłosił detronizację cesarza Napoleona i sprowadził brata zgilotynowanego Ludwika XVI, aby ten objął rządy. Napoleon abdykował 6 kwietnia, zachowując tytuł cesarski i otrzymał dożywotnio we władanie wyspę Elbę na Morzu Śródziemnym. Jego żona Maria Luiza i syn Napoleon II otrzymali Księstwo Parmy i Piacenzy. 30 maja 1814 VI koalicja podpisała w Paryżu korzystny dla Francji pokój (I pokój paryski) z Ludwikiem XVIII Burbonem jako królem. Nowy ład w Europie miał być zatwierdzony na kongresie w Wiedniu, który zebrał się we wrześniu 1814. Ludwik XVIII wprowadził Kartę Konstytucyjną utrzymującą wolność słowa, równość i braterstwo; powołał dwuizbowy parlament (Izba Deputowanych i Izba Parów). Społeczeństwo obawiało się powrotu rządów absolutystycznych, dawna arystokracja wprowadzała chaos, a dymisje napoleońskich generałów oraz odebranie inwalidom wojennym prawa do rent obniżały morale armii, odrodził się kult Napoleona.

Cesarz zdecydował się na powrót i 26 lutego 1815 opuścił Elbę. 1 marca o godzinie 2:00 w nocy wylądował z oddziałami liczącymi około 800 ludzi w zatoce Juan (dziś niewielka miejscowość plażowa Golfe-Juan w gminie Vallauris, w okręgu Grasse) na Riwierze. Rozpoczął w ten sposób tak zwany „lot orła” – blisko trzytygodniową podróż do stolicy, w trakcie której z wygnańca na powrót stał się cesarzem Francuzów. Po biwaku w oliwnym gaju oddziały wyruszyły w drogę o godzinie 23:00. 4 marca dotarli do Digne, 5 marca do Gap, gdzie została wydrukowana proklamacja, którą cesarz podyktował 28 lutego, jeszcze na pokładzie statku. 6 marca dotarli do Corps, położonego u stóp dzisiejszego sanktuarium maryjnego La Salette. We wtorek 7 marca przez La Mure i Plateau Mateysine podążyli na północ. Wczesnym popołudniem na rozległych błoniach nad Wielkim Jeziorem Laffrey cesarzowi zastąpił drogę batalion piechoty. Wystąpienie cesarza do żołnierzy i przejście tego oddziału na stronę Napoleona (tak zwane Spotkanie na Łące Laffrey) uznawane jest za kluczowy moment epopei „100 dni” Napoleona.

20 marca dotarł do Paryża, wszędzie owacyjnie witany przez Francuzów i o godzinie 21:00 tego dnia zajął Pałac Tuileries, opuszczony zaledwie 20 godzin wcześniej przez króla Ludwika XVIII. Tu 22 kwietnia ogłosił liberalną konstytucję, opracowaną przez Benjamina Constanta.

Do ostatecznej bitwy doszło na terenie Belgii, gdzie stacjonowały, nie rozwiązane jeszcze, wojska VI koalicji (pruskie pod dowództwem feldmarszałka Blüchera i brytyjskie księcia Wellingtona). Wprawdzie część armii pruskiej została wcześniej powstrzymana, lecz i tak Blücherowi udało się w decydującym momencie bitwy pod Waterloo, kiedy zwycięstwo Francuzów było bliskie, wesprzeć potężnymi siłami pruskimi Wellingtona, w konsekwencji czego koalicja Wielkiej Brytanii i Prus ostatecznie pokonała Napoleona (18 czerwca 1815). Rezultatem był II pokój paryski podpisany w listopadzie 1815.

22 czerwca 1815 Napoleon, po „100 dniach”, abdykował kolejny raz. 3 lipca 1815 przyjechał do Rochefort, chcąc przedostać się do Ameryki, jednak ze względu na blokadę portu przez okręty Royal Navy było to niewykonalne. 8 lipca 1815 powrócił do Paryża Ludwik XVIII. 15 lipca 1815 Napoleon poddał się kapitanowi fregaty HMS „Bellerophon” Frederickowi Maitlandowi i jako więzień brytyjski dowieziony został do Plymouth. 31 lipca 1815 delegacja rządu brytyjskiego oznajmiła Napoleonowi, że będzie deportowany na Wyspę Świętej Heleny. 7 sierpnia 1815 więźnia przeniesiono na HMS „Northumberland”; podróż do miejsca zesłania trwała od 7 sierpnia do 15 października 1815. Napoleon zmarł w Longwood House na Wyspie Świętej Heleny 5 maja 1821.

Wojny napoleońskie zakończyły się na terenie Belgii w 1815 roku kapitulacją Francji i internowaniem obalonego Napoleona na Wyspie Świętej Heleny, na południowym Atlantyku. Klęska armii Napoleona przesądzona została na polach bitewnych, ale przyczynili się do niej również sami Francuzi. Zdrada oficerów i żołnierzy, których Napoleon wyniósł, dając im tytuły i zaszczyty, przesądziła o klęsce. W ostatnim okresie panowania Bonapartego dochodziło do spisków i zdrad, przykładem może być tajna współpraca byłego napoleońskiego ministra dyplomacji, księcia Charles’a Talleyranda, z carem Rosji Aleksandrem I.

x

W listopadzie 1799 roku, a więc w 10 lat po wybuchu rewolucji, dochodzi do zamachu stanu. W tym czasie rządzi Dyrektoriat, czyli pięcioosobowy rząd. Parlament to Rada Starszych i Rada Pięciuset. W maju 1799 roku w skład Dyrektoriatu wchodzi ksiądz Emmanuel Sieyes i spiskuje z dwoma innymi członkami Dyrektoriatu, czyli, w pewnym sensie, rząd sam siebie obala. W tym samym czasie przegłosowano (kto?) w Pałacu Tuileries mianowanie Napoleona dowódcą Gwardii Narodowej. 10 listopada zebrały się dwie izby ustawodawcze: Rada Starszych i Rada Pięciuset. Rada Pięciuset nie poparła Napoleona i wtedy wsparło go 400 żołnierzy z ochrony parlamentu. Zanim jednak do tego doszło, to Napoleon przebywał w Egipcie, bo niby miała to być baza wypadowa do ataku na Indie w celu osłabienia Anglii. Jednak nie dokończył tej kampanii, tylko wrócił do Francji. Czy samowolnie podjął taką decyzję, czy z czyjegoś rozkazu? O tym nigdzie nie piszą. Czy zatem rozkaz otrzymał od jakiegoś wysoko postawionego masona?

Po klęsce w bitwie pod Lipskiem Napoleon abdykował 6 kwietnia 1814 roku i został zesłany na Elbę. Wojska okupacyjne opuściły Paryż w czerwcu. Wikipedia pisze, że cesarz zdecydował się na powrót 26 lutego 1815 roku. Wypada więc zapytać czy to było zesłanie, czy – nie? Bo skoro sam zdecydował się na powrót, to znaczy, że nie było zesłania, tylko posuniecie taktyczne. A może znowu ktoś mu wydał rozkaz do powrotu?

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-70) pisze:

„Na wieść o głębokim niezadowoleniu, jakie wzbudziły we Francji rządy Burbonów, oraz o sporach wśród zwycięzców zebranych na kongresie wiedeńskim Napoleon wylądował w zatoce Juan na czele drobnego oddziału wojska i, bez żadnego wystrzału, opanował cały kraj, deklarując rządy liberalne i pokojowe. Władcy Europy odrzucili jego oświadczenie i uznali go za wyjętego spod prawa. Uprzedzając przeciwników, Napoleon wkroczył do Belgii i tu, w bitwie pod Waterloo 18 V 1815, poniósł druzgocącą klęskę.”

Z kolei Niall Ferguson, w książce Potęga pieniądza – Finansowa historia świata Wydawnictwo Literackie, 2010, pisze:

Wellington nazwał bitwę pod Waterloo „najbardziej wyrównanym starciem, jakie dane mu było oglądać”. Po całodziennych zajadłych natarciach, kontrnatarciach i bohaterskich obronach, nadejście spóźnionej armii pruskiej okazało się rozstrzygające.

W tej samej książce, nieco wcześniej, pisze:

„Rankiem 18 czerwca 1815 roku liczące 67 tysięcy żołnierzy oddziały brytyjskie, holenderskie i niemieckie pod dowództwem księcia Wellingtona stanęły na polach pod Waterloo niedaleko Brukseli, naprzeciwko niemal równie licznych wojsk francuskich dowodzonych przez cesarza Francuzów Napoleona Bonaparte. Bitwa pod Waterloo była kulminacyjnym punktem konfliktu zbrojnego między Anglią a Francją, trwającego z krótkimi przerwami przez ponad dwadzieścia lat. Było to jednak coś więcej niż tylko walka wrogich armii. Było to także starcie dwóch konkurencyjnych systemów finansowych: francuskiego, który za czasów Napoleona polegał głównie na grabieży (w formie podatków nakładanych na podbite narody), i brytyjskiego, opartego na długu publicznym.”

Czy zatem nie mieliśmy w tym wypadku do czynienia ze starciem dwóch żydowskich frakcji: kontynentalnej i brytyjskiej, w walce o dominację w Europie i na świecie. Rewolucja angielska pozwoliła Żydom na powrót do Anglii i skutkowała utworzeniem banku centralnego w tym kraju. Rewolucja francuska zapewniła francuskiemu mieszczaństwu, czyli Żydom, pozycję dominującą we francuskim społeczeństwie, a po podboju Europy również w społeczeństwach innych państw europejskich.

Czy dziś nie mamy do czynienia z podobną sytuacją? Czy to walka o utrzymanie dominacji dolara na świecie, czyli walka Żydów amerykańskich z pozostałymi, którzy ukrywają się za parawanem unii europejskiej i państw BRICS? – Tego nie wiem. Polityka żydowska jest wielowątkowa, wielowarstwowa i wielce zagmatwana. Bardzo trudno jest ją rozszyfrować.

Starożytny Rzym

Poprzedni blog był poświęcony starożytnej Grecji. W tym wypada zastanowić się, czym był starożytny Rzym, ile z niej zapożyczył i co nowego wniósł do dziejów świata. Ujmując to najbardziej lapidarnie jak się da, to można powiedzieć, że Grecja to kultura, a Rzym to organizacja społeczeństwa, państwa i prawo rzymskie, które do dziś jest najważniejszym przedmiotem na studiach prawniczych. Wikipedia bardzo obszernie i szczegółowo opisuje dzieje starożytnego Rzymu. Ja starałem się wybrać z niej pewne fragmenty z okresu Rzymu królewskiego i Republiki rzymskiej, które stały się podstawą do stworzenia wartości europejskich, jakbyśmy to dziś powiedzieli. To, co stało się pod koniec istnienia średniej republiki, było, w mojej ocenie, punktem zwrotnym w dziejach starożytnego Rzymu i świata. W 133 roku p.n.e. trybun ludowy Tiberius Gracchus przedstawił projekt ustawy, by ziemię, będącą własnością wspólną, rozdzielić wśród biedniejszych obywateli, czemu przeciwstawili się wielcy właściciele ziemscy, którzy często tę ziemię dzierżawili od dłuższego czasu i uważali ją za swoją. Inicjatywę Gracchusa zawetował inny trybun, Marcus Octavius, co było wydarzeniem bez precedensu, bo dotychczas żaden trybun nie występował przeciwko innemu. Wydaje mi się, że to jest ten moment, w którym lud stracił realny wpływ na władzę i stał się nic nie znaczącym do niej dodatkiem i tak jest do dziś. Ciekawe, że takie samo podłoże miał ruch egzekucyjny w XVI wielu w Rzeczypospolitej, którego celem była reforma państwa. Średnia szlachta domagała się zwrotu nielegalnie zajętych przez magnatów dóbr królewskich.

Starożytny Rzym – cywilizacja rozwijająca się w basenie Morza Śródziemnego i części Europy. Jej kolebką było miasto i późniejsza stolica Rzym, leżące w Italii, które w pewnym momencie swoich dziejów rozpoczęło ekspansję, rozszerzając swoje panowanie na znaczne obszary i wchłaniając m.in. kulturę starożytnej Grecji. Cywilizacja rzymska, nazywana też niekiedy grecko-rzymską, razem z pochodzącą z Bliskiego Wschodu religią – chrześcijaństwem, stworzyła podstawy późniejszej cywilizacji europejskiej. Miasto Rzym zaczęło kształtować się w VIII wieku p.n.e., natomiast kres stworzonego przez nie państwa nastąpił formalnie w 1453 roku n.e. (wraz z upadkiem Konstantynopola i tym samym Cesarstwa Bizantyńskiego), choć dosyć często jako koniec starożytnego Rzymu przyjmuje się rok 476 n.e., w którym upadło cesarstwo zachodniorzymskie.

Dzieje Rzymu można podzielić na następujące okresy:

Rzym królewski – od początków miasta (założenie Rzymu przez Romulusa – tradycyjna data to 753 p.n.e.) do obalenia ostatniego króla – Tarkwiniusza Pysznego – roku 509 p.n.e.

Republika rzymska – lata 509-27 p.n.e.

  • okres wczesnej Republiki – od obalenia Tarkwiniusza Pysznego (509 p.n.e.) do zakończenia podboju Italii (zdobyciem Volsini) w 264 p.n.e.
  • okres średniej Republiki – od rozpoczęcia wojen punickich (264 p.n.e.) do roku 133 p.n.e.
  • okres późnej Republiki – od rozpoczęcia reform agrarnych przez braci Grakchów (Tyberiusza i Gajusza) w 133 p.n.e. do upadku Republiki w 27 p.n.e. (podaje się także rok 31 p.n.e. lub 30 p.n.e.)

Cesarstwo Rzymskie – od ogłoszenia Oktawiana Augustem 27 p.n.e. do upadku Konstantynopola w 1453 n.e.

  • okres wczesnego Cesarstwa – od ustanowienia pryncypatu przez Oktawiana w 27 p.n.e. do śmierci Marka Aureliusza (koniec pax Romana) w 180 n.e.
  • okres średniego Cesarstwa – od śmierci Marka Aureliusza (180 n.e.) do objęcia władzy przez Dioklecjana i wprowadzenia dominatu w roku 284
  • okres późnego Cesarstwa – od objęcia władzy przez Dioklecjana w 284 do podziału Cesarstwa po śmierci Teodozjusza w 395

W 395 roku nastąpił ostateczny podział cesarstwa na dwa niezależne państwa:

  • Cesarstwo zachodniorzymskie – zlikwidowane w 476 roku (obalenie ostatniego cesarza Romulusa Augustulusa przez Odoakra
  • Cesarstwo Bizantyjskie (Bizancjum) – upadło w 1453 na skutek zdobycia Konstantynopola przez Turków Osmańskich

x

Rzym królewski (łac. Regnum Romanum) – okres w dziejach starożytnego Rzymu trwający według tradycji od założenia miasta przez legendarnego Romulusa w 753 p.n.e. do obalenia monarchii i wprowadzenia Republiki przez Lucjusza Juniusza Brutusa w 509 p.n.e.

Większość znanych źródeł literackich dotyczących Rzymu królewskiego to wytwór o wiele późniejszej historiografii senatorskiej i poezji doby cesarstwa (I wiek p.n.e. – I wiek n.e.). Przekaz przez nie prezentowany to pomieszanie legend i faktów historycznych. Wynika z niego, że najstarsza osada powstała w środkowych Włoszech, na wzgórzu palatyńskim (łac. Mons Palatinus), nad rzeką Tyber, w obrębie tzw. Roma quadrata.

Ustrój

Rzym we wczesnym okresie był monarchią, tzn. że pełnia władzy w mieście (łac. imperium) przypadała królowi. Władca (łac. rex) dowodził armią, a także posiadał pełnię władzy cywilnej, sądowej i religijnej. Jej pozostałości znane są także w postaci tytulatury funkcji religijnych, które przeszły w ręce członków rodów patrycjuszowskich w okresie późniejszym np.: król ofiar (łac. rex sacrorum), regia nazwa budynku kolegium pontyfików, interregnum okres pomiędzy ustąpieniem jednego z najwyższych urzędników a nastaniem kolejnego, czy też regifugium doroczne święto obchodzone 24 lutego na cześć ucieczki ostatniego króla. Według tradycji król był obieralny przez zgromadzenie ludowe (łac. comitia curiata). Królowi przysługiwały zapożyczone od Etrusków insygnia zwane fasces.

Senat w okresie królewskim miał najprawdopodobniej funkcję doradczą. Należeli do niego przedstawiciele możnych rodów (pierwotnie 100). Znaczenia nabierał w okresie bezkrólewia, kiedy to wyznaczał interrexów, tzn. urzędników wypełniających obowiązki króla i zmieniających się co 5 dni. Trwało to do momentu wyboru nowego władcy, co ważne zatwierdzanego przez senat (łac. patrum auctoritas) na podstawie pomyślnych wróżb (łac. inauguratio).

Obok króla i senatu trzecim organem władzy było zgromadzenie ludowe (łac. comitia curiata). Niestety niewiele o nim wiadomo poza faktem, że głosowano na nim według kurii, które były najprawdopodobniej, jak w innych miastach latyńskich, pozostałością podziałów rodowych z okresu przedmiejskiego.

Społeczeństwo

Podstawową jednostką społeczną starożytnego Rzymu była rodzina. Na jej czele stał pater familias (ojciec rodziny) mający nieograniczoną władzę (łac. auctoritas) nad wszystkimi członkami rodziny, niewolnymi oraz mieniem.

Spokrewnione rodziny łączyły się ze sobą w rody (łac. gens), a jego członkowie nosili oprócz imion indywidualnych także imię rodowe (łac. nomen gentile, np. Fabiusze, Juliusze, Klaudiusze itp.). Rody łączyły się w kurie (łac. co viria, zgromadzenie mężczyzn) początkowo w liczbie trzydziestu. Każda kuria zobowiązana była do wystawienia 10 jeźdźców (łac. decuria) i 100 pieszych (łac. centuria) w przypadku wojny. Dziesięć kurii tworzyło tribus (łac. tribu, plemię).

Zasadnicza linia podziału społeczeństwa Rzymu królewskiego przebiegała pomiędzy poszczególnymi grupami wolnych obywateli. Warstwę wyższą tworzyły bogate rody arystokratyczne (tzw. patrycjusze), a niższą plebejusze (łac. plebes, lud). Mozaikę tę uzupełniali uzależnieni od możnych klienci (często wyzwoleńcy) oraz ludzie niewolni.

x

Republika rzymska – (łac. Res publica Romana) – okres w historii starożytnego Rzymu, w którym był on republiką, trwający od upadku królestwa w 509*1 do początku cesarstwa w 27.

Wczesna republika

Powstanie republiki i konflikt pomiędzy plebejuszami i patrycjuszami

Zgodnie z rzymską tradycją historyczną od momentu swojego powstania Rzym był rządzony przez królów. Ostatnim z nich miał być Tarquinius Superbus (534* – 509*), którego tyrańskie rządy zakończyły się wygnaniem z Rzymu. Po obaleniu monarchii Rzym stał się republiką, co wiązało się przede wszystkim z postawieniem na czele państwa dwóch jednorocznych urzędników o równej władzy, początkowo prawdopodobnie nazywanych pretorami, a później konsulami. Prawo do sprawowania konsulatu i innych urzędów przysługiwało jedynie patrycjuszom, którzy tworzyli zamknięty stan arystokratyczny, ponieważ tylko ich uważano za uprawnionych do dokonywania czynności o charakterze sakralnym (w szczególności auspicjów) podtrzymujących więzi pomiędzy Rzymem a bogami. W roku 494* grupa obywateli postanowiła się zbuntować przeciwko nadużyciom konsulów i opuściła Rzym, po czym zawiązała sprzysiężenie, powołując spośród siebie dwóch trybunów, mających chronić członków sprzysiężenia przed nadużyciami urzędników. Średniozamożni plebejusze, bo pod taką nazwą stali się znani członkowie sprzysiężenia, stanowili zasadniczą część rzymskiej armii, stąd patrycjusze nie mogli ich po prostu zignorować. Tak rozpoczęła się trwająca dwa wieki walka patrycjuszy z plebejuszami. Pierwszym znaczącym sukcesem plebejuszy była kodyfikacja prawa w postaci tzw. Prawa XII tablic z 449*, która ograniczyła samowolę urzędników. W tym samym roku republika uznała także istnienie organizacji plebejskiej i nietykalność trybunów. W latach 444* – 367* zamiast konsulów powoływano 3 lub 6 trybunów konsularnych, przy czym kilkukrotnie stali się nimi plebejusze. Pozycja organizacji plebejuszy wzrosła w IV w. p.n.e., kiedy zaczęła ona zdobywać poparcie wśród rzymskiej biedoty domagając się rozdziału pomiędzy obywateli ziemi publicznej (ager publicus) oraz uchwalenia ustaw chroniących przed niewolą za długi. To w tym okresie do plebejuszy zaliczono wszystkich obywateli rzymskich nie będących patrycjuszami. W roku 367* plebejuszy dopuszczono do konsulatu, zaś w 326* zniesiono niewolę za długi. Za ostateczny koniec konfliktu pomiędzy plebejuszami a patrycjuszami uważa się uchwalenie w roku 287 lex Hortensia, zgodnie z którą uchwały komicjów plebejskich (plebiscitia) uzyskały moc ustaw (leges) wiążących całe państwo bez obowiązkowego dotychczas zatwierdzenia senatu. Ostatecznie pewna część górnej warstwy plebsu zespoliła się z patrycjuszami poprzez mieszane małżeństwa i wspólne sprawowanie urzędów, tak że zaczęła się wytwarzać nowa arystokracja senatorska, określana często mianem nobilitas.

Podbój Italii

Kompromis pomiędzy patrycjuszami a plebejuszami został zawarty w obliczu konieczności wspólnego prowadzenia wojen, które doprowadziły Rzym do podboju całej Italii. Po upadku monarchii Rzym od nowa uregulował stosunki z Latynami zawierając z nimi w roku 493* przymierze znane jako foedus Cassianum. Prowadzone w V w. wojny, skierowane przede wszystkim przeciwko Wolskom, Aeuquom i Sabinom, przynosiły korzyści wszystkim członkom przymierza. Przełomowym wydarzeniem było zdobycie w roku 396* wielkiego etruskiego miasta Veii. Miasto zostało zniszczone, a jego mieszkańcy wymordowani lub sprzedani w niewolę, tak że cała jego ziemia uprawna mogła zostać rozdzielona. (…) W 282 Rzym sprowokował wojnę z ostatnim niezależnym miastem Italii, Tarentem, który zwrócił się o pomoc do króla Epiru Pyrrusa (307–302, 297–272). W trakcie wojny z Pyrrusem (280–275) Rzymianie doznali szeregu porażek, jednak w krytycznym momencie udało im się zawrzeć sojusz z Kartaginą. W roku 275 Pyrrus wycofał się z Italii, zaś jego śmierć w roku 272 stała się sygnałem do kapitulacji Tarentu i dotychczas nieugiętych Samnitów. Za ostatni akt podboju Italii uznaje się zdobycie przez Rzym etruskiego miasta Volsinii w 264.

Społeczeństwo i ustrój wczesnej republiki

Podbój Italii był możliwy, ponieważ Rzymianie stworzyli mechanizmy powodujące, iż każde kolejne zwycięstwo pomnażało ich potęgę. Odbywało się to przede wszystkim poprzez osadzanie na zdobytej ziemi (po uprzedniej eksterminacji lub wygnaniu poprzednich mieszkańców) własnych obywateli, głównie w ramach tzw. kolonii. Ponieważ armia rzymska miała charakter obywatelski, tj. składała się z Rzymian zobowiązanych do różnego rodzaju służby wojskowej zależnie od wielkości posiadanego majątku (najbogatsi tworzyli kawalerię, najbiedniejsi służyli jako procarze) każdy taki przydział ziemi oznaczał zwiększenie potencjału militarnego państwa. Mieszkańcom wielu podbitych miast nadawano rzymskie obywatelstwo (często było to tzw. civitates sine suffragio, czyli bez praw politycznych), przy zachowaniu poprzedniego. Tego rodzaju nadal autonomiczne osady były nazywane municypiami. Ci nowi obywatele, zdegradowani zarówno politycznie, jak i majątkowo, musieli początkowo odczuwać wobec zdobywców ogromny resentyment, jednak nieustanna ekspansja ich nowych władców dawała im szansę odzyskania statusu quo ante, a nawet jego podwyższenia, kosztem kolejnych ofiar Rzymu. W ten sposób „raz skorzystawszy z owoców zaborczości, której sami padli byli ofiarą, nowi obywatele nie mieli już wyboru i stawali się takimi samymi patriotami rzymskimi jak obywatele optimo iure. Ta polityka rozciągania własnego obywatelstwa na ludy podbite była być może największą różnicą kultury politycznej Rzymu w stosunku do greckich polis, gdzie obowiązywała zasada obywatelskiego ekskluzywizmu. W okresach przerw pomiędzy wielkimi wojnami Rzymianie atakowali znacznie słabszych przeciwników, często ich sprzymierzeńców, pod różnymi pretekstami traktowanych jak buntownicy, i konfiskowali część ich ziemi. Ta brutalność była akceptowana przez wszystkie warstwy społeczeństwa, ponieważ chłopom dawała upragnioną ziemię i łupy, zaś ich wodzom sławę i bogactwo.

Najłagodniejszą formą podporządkowania Rzymowi był sojusz (foedus), zakładający udzielanie pomocy wojskowej (auxilia). Kontyngenty sprzymierzeńców, którzy zachowywali wewnętrzną autonomię i poza tym nie płacili daniny, stanowiły ponad połowę rzymskiej armii. Szczególną kategorię stanowili Latynowie, którym przysługiwało tzw. ius latinum, niepełna forma obywatelstwa rzymskiego, zgodnie z którą mogli oni korzystać z praw politycznych po przeniesieniu się do Rzymu. Od czasu zwycięstwa nad Latynami w 338* Rzymianie stosowali zasadę zgodnie z którą z każdym pokonanym przeciwnikiem zawierali osobny traktat (jeśli nie unicestwili go całkowicie) i chociaż sprzymierzeńcy byli związani sojuszem z nimi, to nie mogli zawierać sojuszy pomiędzy sobą. W ten sposób Rzymianie mogli wygrywać animozje pomiędzy sprzymierzeńcami, różnicując ich status według swojego upodobania, zgodnie z zasadą divide et impera. Oznaczało to iż Italia „pozostała luźną federacją silnie uzależnionych od Rzymu państewek. Sam Rzym zachował formy ustrojowe miasta państwa (civitas) i naczelne władze rzymskie pozostały w zasadzie władzami miejskimi”.

W III w. wykształciły się ostatecznie republikańskie instytucje, z których większość miała istnieć aż do końca funkcjonowania państwa rzymskiego, nawet jeśli w okresie cesarstwa przestała się z nimi wiązać rzeczywista władza. Suwerenną władzę w republice sprawował lud rzymski (populus Romanus), który wypowiadał się poprzez zgromadzenia. Istniały trzy rodzaje zgromadzeń. Komicja centurialne były zorganizowane według podziału obywateli na klasy majątkowe, co zapewniało przewagę w głosowaniach najbogatszym. To one wybierały wyższych magistratów: konsulów, pretorów i cenzorów, zatwierdzały traktaty z obcymi państwami oraz decydowały o wojnie i pokoju. Komicja tribusowe były zorganizowane na podstawie okręgów, tribus, poprzez które głosowano. W III wieku stały się one głównym organem ustawodawczym (chociaż uprawnienia w tym zakresie posiadały też komicja centurialne). Wybierano na nich także niższych magistratów: edylów kurulnych i kwestorów. Concilia plebis, także oparte na organizacji tribusowej (głosy w ramach tribus liczono tu jednak na zasadach całkowicie egalitarnych), wybierały trybunów ludowych i edylów plebejskich, oraz wydawały wspomniane już powyżej plebiscitia, które od 287 miały moc ustaw. Najwyższymi urzędnikami byli wybierani na okres jednego roku dwaj konsulowie, których władza (imperium), będąca przedłużeniem dawnej władzy królewskiej, była teoretycznie nieograniczona. Ich decyzje mogły zostać podważone jedynie przez odwołanie się obywatela do ludu (ius provocationis) oraz veto trybunów ludowych. (…) Rzymski senat był początkowo jedynie ciałem doradczym, z racji jednorocznych kadencji najważniejszych urzędników oraz przebywania konsulów z reguły poza granicami miasta stał się symbolem ciągłości państwa oraz organem w ramach którego podejmowano najważniejsze decyzje o strategicznym znaczeniu. Było to spowodowane także składem senatu, obejmującego byłych magistratów, na czele z dawnymi konsulami i pretorami. Nawet jeśli uchwały senatu (senatus consultum) formalnie rzecz biorąc były jedynie zaleceniami, to sprawujący swój urząd tylko przez rok konsul nie mógł sobie raczej pozwolić na zlekceważenie zdania swoich kolegów. Z biegiem czasu kompetencje senatu coraz bardziej się rozrastały, przy czym w okresie wczesnej republiki do najważniejszych należało zarządzanie finansami państwa oraz nadzorowanie spraw kultu religijnego.

Republika w okresie wielkich podbojów

Wojny punickie

Wojny punickie – nazwa ogólna dla konfliktów zbrojnych między Republiką rzymską a Kartaginą, państwem powstałym z fenickiej (łac. Poeni – Fenicjanie, punicus – fenicki, bella punica – wojny fenickie) kolonii w Afryce Północnej (obecnie Tunezja), jakie rozegrały się z przerwami w okresie od 264 do 146 r. p.n.e.

Kartagina i jej kolonie przed pierwszą wojną punicką; źródło: Wikipedia.

W polityce Kartaginy w III wieku p.n.e. zarysowały się dwa kierunki dalszego rozwoju:

  • pierwszy, popierany przez kupiectwo i rzemieślników, głosił rozszerzenie wpływów w terytoriach zamorskich poprzez podboje i kolonizację (w tym handlową)
  • drugi, zgodny z interesem właścicieli ziemskich, stawiał za główny cel utrwalenie już posiadanych zdobyczy afrykańskich i ich jak najefektywniejsze

Najwięcej zwolenników znalazł wariant pierwszy, gdyż podstawą ekonomicznego bytu Kartaginy był handel i handel pośredniczy. Transakcje zawierane przez Kartaginę dotyczyły w głównej mierze produktów rolnych, wyrobów rzemiosła, metali (w tym szlachetnych) oraz niewolników, na których oparte było stojące na bardzo wysokim poziomie rolnictwo. Penetracja militarna i handlowa Morza Śródziemnego prowadzona przez Kartaginę, uzależniała od niej w dużej części handel tego rejonu. Jednak poważną przeszkodę w osiągnięciu całkowitej dominacji handlowej stanowiły wolne miasta greckie położone na Sycylii, która była uważana za spichlerz rejonów śródziemnomorskich. Dzięki położeniu na przecięciu morskich szlaków handlowych miała duże znaczenie gospodarcze, strategiczne i polityczne. W kartagińskim posiadaniu znajdowały się położone w zachodniej części Sycylii posiadłości: Lilibeum, Drepanum i Panormus, jednak ich znaczenie w porównaniu z Syrakuzami czy Mesyną było nieznaczne. Opanowanie lub uzależnienie od siebie tych miast było jednym z głównych celów ekspansji kartagińskiej. Sycylia pełniła równocześnie niebagatelną rolę w planach rzymskich. Wyspa miała służyć jako dostawca żywności do Wiecznego Miasta, a także stanowić rodzaj buforu ochronnego w razie agresji ze strony Kartaginy.

Przed wojnami punickimi Rzym zajmował tylko tereny współczesnych Włoch. Do Fenicji należały prawie cała Sycylia – bez Mesyny i Syrakuz, które były wolnymi miastami greckimi – Korsyka, Sardynia, północne wybrzeże Afryki i południowa część Hiszpanii. Po tych wojnach stały się one częścią Rzymu.

Wojny z państwami hellenistycznymi

W latach 229–228 Rzymianie zajęli część Illiri, tym samym inaugurując swoją ekspansję na Bałkanach. Oznaczało to jednak ingerencję w strefę wpływów Macedonii i w 215 król Filip V (221–179) zawarł z Hannibalem układ przewidujący iż po zwycięstwie tego ostatniego rzymskie posiadłości w Illirii przejdą na jego rzecz. W odpowiedzi Rzym zawarł sojusz z Etolami (związek wspólnot i poleis greckich) i doprowadził do wybuchu nierozstrzygniętej tzw. I wojny macedońskiej (215–205). Po pokonaniu Kartaginy Rzymianie niezwłocznie przystąpili do ostatecznej rozprawy z Filipem, który został całkowicie pokonany w trakcie II wojny macedońskiej (200–196). Rzymianie ogłosili miasta greckie wolnymi, niezadowoleni z takiego stanu rzeczy byli jednak Etolowie, którzy tym samym nie uzyskali oczekiwanych zdobyczy. Zachęcany do tego przez Etolów, w roku 192 przeciwko Rzymowi wystąpił Seleukida Antioch III (223–187), rychło jednak okazało się, że pozostali Grecy są mu niechętni i w obliczu rzymskiej przewagi musiał on opuścić Europę. O losach wojny z Seleukidami zdecydowało rzymskie zwycięstwo pod Magnezją, po którym w 188 Antioch zgodził się wycofać z Azji Mniejszej aż po góry Taurus, zapłacić gigantyczną kontrybucję i zrezygnować z posiadania floty. Etolowie stali się państwem klienckim Rzymu, którego hegemonia nad światem hellenistycznym nie ulegała odtąd wątpliwości. Kolejna wojna z Macedonią w latach 171–167 doprowadziła do zagłady tego państwa, które zostało podzielone na cztery podlegające Rzymowi republiki. Do ostatecznego podporządkowania terenów Grecji doszło w latach 148–146, kiedy po stłumieniu rebelii w dawnej Macedonii i pokonaniu zbyt niezależnego z rzymskiego punktu widzenia Związku Achajskiego utworzono w tym regionie prowincję, kończąc tym samym definitywnie z fikcją greckiej wolności z łaski Rzymu.

Podbój Galii Cisalpejskiej i Iberii

Po zakończeniu II wojny punickiej Rzymianie przystąpili do systematycznego podbijania Gali Cisalpejskiej. Do roku 196 pokonano Kenomanów i Insubrów, jednak Bojowie skapitulowali dopiero po 11 latach nieprzerwanych walk (201–191), podczas których Rzymianie przegrali przynajmniej trzy walne bitwy. W latach 187–180 podbito Ligurów, jednak walki z pomniejszymi ludami Galii Cisalpejskiej miały się toczyć aż do 155.

Wielkość Półwyspu Iberyjskiego oraz siła zamieszkujących go ludów sprawiła, że okazał się on najtrudniejszą do ujarzmienia zdobyczą Rzymian. Rzymska obecność w Iberii była związana z zajęciem tamtejszych posiadłości Kartaginy w czasie II wojny punickiej, została zaś uregulowana w 197 utworzeniem dwóch prowincji, Hiszpanii Dalszej i Bliższej. Przez następne niemal dwadzieścia lat Rzymianie prowadzili walki z Celtyberami (w Hiszpanii Bliższej) i Luzytanami (w Hiszpanii Dalszej), jednak pomimo zwycięstw nie byli w stanie ich ujarzmić. Sytuacja zmieniła się dopiero za sprawą namiestnika Hiszpanii Bliższej Tiberiusa Gracchusa (180–178), który zaczął zawierać z miejscowymi ludami układy regulujące ich powinności wobec republiki. Ta polityka, kontynuowana przez jego następców, dała Iberii ćwierć wieku pokoju. Około 155 Rzymianie wznowili politykę agresji, co w pierwszym rzędzie doprowadziło do wybuchu wojny z Luzytanami. Ich najważniejszy przywódca, Wiriatus, zadał Rzymowi cały szereg klęsk w latach 147 do 139, dopóki nie został skrytobójczo zamordowany. W Hiszpanii Bliższej głównym przeciwnikiem byli Arewakowie i Rzymianie ponieśli całą serię porażek próbując zdobyć ich główne miasto, Numancję. W 137 cała rzymska armia konsularna została otoczona i konsul Mancinus był zmuszony zaprzysiąc pokój, nie zatwierdzony jednak później przez senat. Dopiero w 133 ogromna armia pod wodzą zdobywcy Kartaginy, Scipio Aemilianusa, pokonała Numantyńczyków i zrównała miasto z ziemią. Po zakończeniu tej wojny w rękach Rzymian znalazła się cała Iberia z wyjątkiem regionu Gór Kantabryjskich.

Ekspansja Rzymu w II wieku p.n.e.; źródło: Wikipedia.

Powstanie systemu prowincjonalnego

Po zdobyciu Sycylii Rzymianie potraktowali jej mieszkańców inaczej, niż wcześniej podbijane ludy Italii – nie otrzymali oni statusu sprzymierzeńców, lecz zostali uznani za poddanych i obciążeni daniną (vectigal) i cłami. (…) W związku z powyższym Rzymianie musieli zorganizować rządy na terenach zamorskich inaczej niż w Italii, do czego wstępem było ustanowienie w roku 227 dwóch dodatkowych pretorów, którzy mieli sprawować swoją władzę (imperium) wyłącznie na Sycylii i Sardynii (z Korsyką). Takie określenie zakresu władzy Rzymianie nazywali provincia (np. prowincje konsulów były niemal zawsze obszarami wyznaczonymi im dla toczenia wojen) teraz jednak ten termin, dotąd przywiązany do osób, „został po raz pierwszy związany na stałe z pewnymi terytoriami: w czas wojny i w czas pokoju, Sycylia i Sardynia były odtąd rok po roku obszarami sprawowania władzy przez rzymskich urzędników”.

Niemal do końca republiki tak rozumiane prowincje zasadniczo nie straciły swojego charakteru – były one obszarami działań wojskowych rzymskich magistratów (nawet jeśli polegały one tylko na bezkrwawej okupacji), którzy stojąc na czele swych oddziałów rządzili danym regionem na zasadzie stanu wojennego, posiadając nieograniczoną władzę wojskowego dowódcy. Oznaczało to także, że ściągane z prowincji podatki przez długi czas były traktowane jak właściwie przedłużenie wojskowych kontrybucji, a namiestnicy uważali podlegające im tereny za podlegające rabunkowi jak kraje podbite.

Wzrost pozycji senatu

W tym okresie doszło do dalszego wzrostu pozycji senatu. Wiemy, że jeszcze w roku 295 to lud decydował o zadaniach (provincia) konsulów, lecz już w czasie II wojny punickiej obowiązywała zasada, iż decyduje o tym senat. To zatem senat wyznaczał prowincje pretorskie i konsularne (o ich przydziale konkretnej osobie decydowało losowanie), decydował o wielkości poboru, a w razie potrzeby przedłużał władzę namiestnika (prorogatio imperii) – kompetencja kiedyś także należąca do zgromadzeń. (…) Wszystko to sprawiło, że w rękach senatu znalazła się całość polityki zagranicznej republiki, zaś „im większą Rzym był potęgą, tym więcej petentów tłoczyło się przed drzwiami kurii, szukając sankcji dla prowadzonej przez siebie polityki, a zwłaszcza poparcia przeciw rywalom i wrogom, wewnętrznym i zewnętrznym” co oznaczało iż „praktycznie cała polityka świata śródziemnomorskiego przechodziła teraz przez senat, i to wskutek inicjatywy samych cudzoziemców”.

Przemiany społeczne

Zamorska ekspansja Rzymu dramatycznie zmieniła jego społeczeństwo i pozwoliła na zniesienie podatku od majątku (tributum) w Italii po zwycięstwie w wojnie z Macedonią w 167. W największym stopniu korzystali jednak na niej członkowie nobilitas i ludzie z nimi związani. Po konfiskacie części ziemi pokonanego przeciwnika Rzymianie włączali ją do areału ziemi publicznej (ager publicus). Jej część była potem rozdzielana pomiędzy obywateli, a część sprzedawana lub użytkowana na zasadzie faktycznego zajmowania, bez tytułu własności (possessio). Teoretycznie można było użytkować jedynie do 500 iugera ziemi (125 hektarów), w praktyce jednak zamożni Rzymianie bezustannie przekraczali ten limit. Wielka własność ziemska zaczęła powstawać już podczas podboju Italii, a rozrosła się ogromnie gdy po II wojnie punickiej do ager publicus włączono tereny południowej Italii skonfiskowane sprzymierzeńcom, którzy zdradzili Rzym podczas wojny z Hannibalem. Podczas gdy większość ziemi skonfiskowanej w Galii Cisalpejskiej została rozdzielona pomiędzy rzymskich obywateli, ziemia publiczna południowej Italii stała się obszarem na którym na zasadzie possessio istniały wielkie majątki ziemskie. Ich istnienie było możliwe także dlatego, że w wyniku podbojów do Rzymu napłynęło tysiące niewolników, którzy stali się pracownikami latyfundiów, i to od tego momentu niewolna siła robocza zaczyna odgrywać istotną rolę w gospodarce Italii. Zgodnie z zasadą terra Italia przyjmowano iż mieszkańcy Italii nie powinni mieszkać poza nią, co w praktyce oznaczało, że nie przydzielano im ziemi w zdobytych prowincjach. Akcja kolonizacyjna w Gali Cisalpejskiej właściwie ustała pod koniec lat siedemdziesiątych II w. i od tego momentu obywatele nie mogli się już spodziewać, że ich wysiłek zbrojny zostanie wynagrodzony ziemią. Było to tym bardziej dotkliwe, że wojny toczyły się teraz nie w Italii, a w odległych zamorskich regionach, przy czym żołnierze często pozostawali poza domem przez wiele lat, co powodowało upadek ich gospodarstw. W rezultacie w II w. armia rzymska zaczęła mieć problemy z poborem, zwłaszcza na wojnę w Iberii, która nie oferowała perspektywy zdobycia wielkich łupów, a kojarzyła się z długoletnią służbą z dala od domu i dużą szansą na śmierć, ranę lub niewolę. Ponadto działki przyznawane kolonistom nadal pozwalały jedynie na skromne utrzymanie, podczas gdy w ówczesnej Italii zaczęła powstawać rozwinięta gospodarka towarowo-pieniężna, oferująca całkiem inne perspektywy życiowe. Weterani wracali do podupadłych gospodarstw i musieli konkurować z gospodarstwami używającymi niewolników. Alternatywą dla życia na ubogiej wsi było sprzedanie nobilitas ziemi, czasami wymuszone, i emigracja do Rzymu, gdzie obywatele mogli żyć pełniąc jedynie rolę klienta rzymskiej elity władzy, bądź osiedlenie się w prowincji, gdzie Rzymianin natychmiast stawał się członkiem miejscowej warstwy wyższej. W tym samym czasie przedstawiciele nobilitas tworzyli ogromne fortuny dzięki łupom, darom od obcych państw, udziałowi w rozwijającym się handlu międzynarodowym i korzystaniu z ager publicus. Rosło zatem społeczne rozwarstwienie i wiążące się z nim niezadowolenie klas niższych.

Kryzys i upadek republiki

Reformy Gracchów i epoka Mariusa

Konflikt interesów pomiędzy nobilitas a niższymi warstwami rzymskiego społeczeństwa w pełni ujawnił się w 133, kiedy trybun ludowy Tiberius Gracchus przedstawił projekt ustawy przewidującej rozdzielenie ziemi wchodzącej w skład ager publicus pośród biedniejszych obywateli. Pomimo że jego propozycje były podobne do wielu inicjatyw tego rodzaju we wcześniejszej historii Rzymu spotkały się one z gwałtownym oporem wielkich właścicieli ziemskich, którzy, czasami dzierżąc ziemię publiczną przez okres dwóch pokoleń, od dawna uważali ją za swoją własność i nie zamierzali się nią z kimkolwiek dzielić. Inicjatywę Gracchusa zawetował inny trybun, Marcus Octavius, co było wydarzeniem bez precedensu – dotychczas nigdy trybun nie występował przeciwko innemu trybunowi – i doprowadziło do dyskusji czy trybun może działać wbrew woli plebsu. (…) Wydarzenia czasów Gracchów doprowadziły jednak do tego iż ta zgoda pomiędzy różnymi instytucjami, reprezentującymi różne elementy społeczeństwa, została bezpowrotnie utracona, a rozdzierający odtąd republikę konflikt ostatecznie doprowadził do jej upadku. Jego oznaką było powstanie dwóch stronnictw, które miały zdominować ostatnie lata istnienia republiki – popularów, będących duchowymi spadkobiercami Gracchów, oraz optymatów, broniących republiki przed ich zdaniem niszczącymi dla niej próbami zmian.

x

Zbigniew Krasnowski w swojej książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936) wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja” w 2021 roku pisze:

Skrzypek żydowski, Bronisław Huberman, znany ze swoich oświadczeń w sprawach natury politycznej, podczas wymiany zdań na temat wpływu żydostwa na życie narodów rdzennych w krajach Europy, m.in. powiedział:

„Uważam, że my, żydzi, jesteśmy w Europie jedynymi Europejczykami. Był jeszcze jeden naród – starzy Ateńczycy, lecz oni znikli. Utrzymuję, że my, żydzi, wytworzyliśmy dla Europy wszystkie wartości, które obecnie istnieją w życiu kulturalnym, ekonomicznym i politycznym. Musimy jednak tworzyć dalej…” – „Hajnt”, nr 35, 10 II 1931r., „Bron. Huberman wypowiada swoje wrażenia z podróży do Erec Israel”, A. Alperin, koresp. z Paryża.

Jeśli tak jest, to wypada tę myśl rozwinąć i zapytać czy tylko wartości pozytywne, czy również negatywne? Bo jeśli to Żydzi wytworzyli te wszystkie wartości, to są odpowiedzialni za wszystko, co było dobre, ale również i za to, co było złe.

Gdy czyta się książki czy opracowania historyczne, to prawie zawsze pewne zdarzenia są opisane w formie bezosobowej, a więc, że wybuchła rewolucja, że obalono monarchię, a później republikę itp. Samo się to jednak nie zrobiło, a skoro tak, to kto? Tu odpowiedzi brak.

Greckie miasta rozwinęły się wokół wszystkich wybrzeży Morza Śródziemnego. Czy już wtedy byli tam Żydzi? Przypadek Persji jest wielce zastanawiający, bo wygląda na to, że to państwo samo na siebie napadło. To tak jakby Słowacja w 1939 roku, będąc państwem satelickim III Rzeszy, napadła na nią i pokonała ją. Takim państwem wasalnym Persji była Macedonia. Początkowo opanowała ona Grecję, a następnie podbiła Persję. Czy nie po to, by Żydzi greccy mogli osiedlić się we wszystkich państwach, które Persja uprzednio sobie podporządkowała? W ten sposób, jako Grecy, rozsiedli się m.in. na terenach obecnej Syrii, Turcji i Egiptu. I gdy Rzym wchłonął te tereny, to razem z tymi Żydami. A to oznaczało, że Rzym zaaplikował sobie truciznę, która, działając powoli, ale skutecznie, doprowadziła do jego upadku.

Dopóki Rzym rozwijał się na półwyspie, to jeszcze to jakoś działało i lud miał wpływ na politykę. Gdy jednak zaczął podbijać tereny zamorskie, to sytuacja zmieniła się:

W tym okresie doszło do dalszego wzrostu pozycji senatu. Wiemy, że jeszcze w roku 295 to lud decydował o zadaniach (provincia) konsulów, lecz już w czasie II wojny punickiej obowiązywała zasada, iż decyduje o tym senat. To zatem senat wyznaczał prowincje pretorskie i konsularne (o ich przydziale konkretnej osobie decydowało losowanie), decydował o wielkości poboru, a w razie potrzeby przedłużał władzę namiestnika (prorogatio imperii) – kompetencja kiedyś także należąca do zgromadzeń. (…) Wszystko to sprawiło, że w rękach senatu znalazła się całość polityki zagranicznej republiki, zaś „im większą Rzym był potęgą, tym więcej petentów tłoczyło się przed drzwiami kurii, szukając sankcji dla prowadzonej przez siebie polityki, a zwłaszcza poparcia przeciw rywalom i wrogom, wewnętrznym i zewnętrznym” co oznaczało iż „praktycznie cała polityka świata śródziemnomorskiego przechodziła teraz przez senat, i to wskutek inicjatywy samych cudzoziemców”.

A więc wpływ cudzoziemców był coraz większy i to ich interesy były realizowane. Żydzi opanowali Rzym, a po jego upadku dominowali na trenach, które on podbił, czyli w Europie Zachodniej. Z państw hellenistycznych powstało Bizancjum, którego spadkobiercą stała się Rosja. Czym zatem jest konflikt Zachodu ze Wschodem, również ten obecny? Po obu stronach Żydzi pociągają za sznurki.

Żydzi poprzez rozproszenie i asymilację zdobywają przewagę ekonomiczną i polityczną we wszystkich narodach rdzennych. Wnikają głęboko w ich tkankę i tworzą „walczące” ze sobą partie i stronnictwa. W III RP są obecni w tych „propolskich” środowiskach i w tych opozycyjnych. Z jednej strony Żydzi, obywatele III RP, reprezentują interesy Ukrainy, a z drugiej – Żydzi, obywatele III RP, demonstrują swoje patriotyczne postawy. W ten sposób pociągają za sobą innych obywateli, nieświadomych i ulegających emocjom. Taka to żydowska gra od czasów najdawniejszych, od czasów starożytnej Grecji i starożytnego Rzymu, a może nawet od jeszcze dawniejszych. Nic zatem dziwnego, że naród tak stary, przekazujący z pokolenia na pokolenie wiedzę i doświadczenie przodków, tak konsekwentny w działaniu, że ten naród dominuje wśród narodów rdzennych.

  1. Daty opatrzone asteriskiem podane są według tzw. chronologii varroniańskiej, ustalonej w I w. p.n.e. przez Marcusa Terentiusa Varrona na podstawie przyjętej przez niego listy eponimicznych (określających rok) rzymskich magistratów: konsulów, decemwirów i trybunów konsularnych. W stosunku do chronologii absolutnej daty chronologii varroniańskiej cofają daty wcześniejsze niż 333 p.n.e. o cztery lata (stąd 753 p.n.e.* to 749 p.n.e.), 332–325 p.n.e. – o trzy lata, 323–310 p.n.e. – o dwa lata, 308–302 p.n.e. – o rok; od 300 p.n.e. daty są zgodne z chronologią absolutną. Zobacz F.W. Walbank et al. (red.): The Cambridge Ancient History. Second Edition. Volume VII. Part II. The Rise of Rome to 220 B.C. Cambridge: Cambridge University Press. ↩︎

Starożytna Grecja

Żeby zrozumieć, czym było Imperium Rzymskie, trzeba cofnąć się do wcześniejszego okresu, do starożytnej Grecji, ale żeby wyrobić sobie bardziej ogólny pogląd, to trzeba cofnąć się do czasów Hamana i Estery. O tym w blogu Purim. Poniższe informacje pochodzą z Wikipedii.

Dzieje starożytnej Grecji (Hellady) to historia kilku następujących po sobie wysokich kultur oddzielonych „ciemnymi wiekami” i wielkimi migracjami. O najstarszej z tych kultur (jeszcze przedhelleńskiej) zwanej od mitycznego króla Minosa kulturą minojską, która rozwinęła się w III tysiącleciu p.n.e. na Krecie, wiadomo stosunkowo najmniej. Jej świadectwem są ruiny wielkich pałaców odkryte w Knossos i Fajstos. Nie wiadomo, kim byli ich budowniczowie. Nie udało się dotąd odczytać dwóch starszych z trzech pozostawionych przez nich systemów pisma. Z badań archeologicznych wynika, że w 2 połowie III tysiąclecia p.n.e. na wyspie znajdowało się wiele niezależnych małych państw. Pod koniec tysiąclecia władcy z Knossos podporządkowali sobie sąsiadów. Korzystne położenie geograficzne pozwoliło Kreteńczykom uczestniczyć w wymianie handlowej między ośrodkami cywilizacji greckich a Bliskim Wschodem i Egiptem. Zyski z handlu zainwestowano w rozwój floty, co uczyniło z Krety w XIX-XVIII w. p.n.e. największe mocarstwo morskie. Około 1800 p.n.e. Kreteńczycy założyli pierwszą kolonię na Kyterze, a wkrótce potem następne na innych wyspach Morza Egejskiego. W XV w. p.n.e. kultura minojska załamała się, co wiązane jest z erupcją wulkanu na wyspie Thira i – prawdopodobnie – z następstwami tsunami powstałego w trakcie tego wybuchu.

Przedstawiciele kultury mykeńskiej (greccy Achajowie) ukształtowanej w XV w. p.n.e. na Peloponezie, zniszczyli pałace na Krecie i narzucili wyspie swoje zwierzchnictwo. Posługiwali się przejętym od Kreteńczyków alfabetem, tzw. pismem linearnym B (odczytanym). Śladami ich działalności budowlanej są ruiny twierdz w Mykenach i Tyrynsie, a aktywności politycznej – późniejszy, literacki opis wojny z Troją w Azji Mniejszej (Iliada Homera).

W XII w. p.n.e. kultura mykeńska upadła – miasta zostały zniszczone, pismo wyszło z użycia. Stało się tak za przyczyną napływu obcych ludów i, być może, trzęsień ziemi. Czas od XII do VIII w. p.n.e. nosi w historii Grecji nazwę „wieków ciemnych”. W tym czasie Grecy kolonizowali wybrzeża Anatolii, powstały m.in. miasta Efez i Milet.

Greckie kolonie (kolor czerwony) powstałe do VI wieku p.n.e.; źródło: Wikipedia; autor: Gepgepgep – praca własna.

„Właściwa” starożytna Grecja ukształtowała się między VIII a VI w. p.n.e. Uformowały się wówczas państwa-miasta, terytorialne wspólnoty obywateli zwane polis. Powstał alfabet, pierwsze zbiory praw, umocniła się wspólnota kulturowa Greków, bazująca na wspólnocie języka, religii i tradycji zawartej w poematach epickich takich jak Iliada i Odyseja, a także na uznaniu ogólnogreckich ośrodków kultu: Zeusa w Olimpii oraz Apollina w Delos i w Delfach, igrzysk w Olimpii i wyroczni delfickiej. Emigracja ludności poszukującej lepszych warunków życia zaowocowała powstaniem kolonii greckich w całym basenie Morza Śródziemnego (Italia, Sycylia, tereny dzisiejszej Francji i Hiszpanii, Libii, Egiptu, Cypru i pd. Turcji) oraz nad Morzem Czarnym.

Pod koniec tego okresu ustaliła się ostatecznie odmienność ustrojowa największej polis Sparty, stale zagrożonej buntami podbitej ludności, zmilitaryzowanej i zamkniętej w swych granicach. Drugie co do wielkości, ale najludniejsze miasto-państwo Hellady, otwarte i ożywione handlem Ateny, przechodziło w VI w. przemiany ustrojowe, które do udziału w sprawowaniu władzy włączały kolejne grupy obywateli. Demokracja ateńska rozwinęła się w pełni w V w. Losowanie urzędów i wynagradzanie obywateli za sprawowanie funkcji publicznych umożliwiło wówczas bezpośredni udział w rządach nawet najuboższym.

Konflikt grecko-perski w latach 499-479; źródło: Wikipedia; Bibi Saint-Pol, praca własna. Macedonia oznaczona jest jako państwo wasalne Persji.

Konflikt między Persją i greckimi koloniami w Azji Mniejszej, a następnie atak perski na poleis na Półwyspie Bałkańskim sprawił, że u progu V w. p.n.e. zagrożeni w swych siedzibach Grecy wspólnie wystąpili przeciw najeźdźcom. Współdziałanie Aten i Sparty pozwoliło zwyciężyć Persów (490–470 p.n.e.), ale korzyści polityczne z sukcesu wyniosły głównie Ateny. Nadal obawiające się Persów mniejsze polis uznały ich hegemonię i przyłączały się do kierowanego przez nie Związku Morskiego. Rywalizacja obu państw doprowadziła do kilkudziesięcioletniej wojny, w której zaangażowali się także sojusznicy Sparty ze Związku Peloponeskiego i Aten ze Związku Morskiego. Mimo udziału w kolejnych wojnach, Ateny były w V w. p.n.e. niekwestionowaną stolicą kulturalną Grecji.

Wzrost pozycji Macedonii (360-336 p.n.e.)

Macedonia do połowy IV wieku p.n.e. pozostawała na peryferiach świata greckiego. Jej mieszkańcy etnicznie i językowo pokrewni Grekom, byli przez nich uznawani za po części barbarzyńców, jednak kraj stopniowo upodabniał się kulturowo do reszty Hellady. Decydującą zmianą w historii Macedonii było wstąpienia na tron w 360 p.n.e. Filipa II, wcześniej zakładnika w Tebach podczas szczytu potęgi tego polis. Nowy król zreformował armię, tworząc formację falangi macedońskiej, a także kawalerii tzw. hetajrów. Pokonał zagrażających państwu z północy Dardanów, potem dzięki zręcznej polityce i podbojom (m.in. w Tracji gdzie zajął greckie poleis oraz kopalnie złota) znacząco poszerzył granice i zasoby Macedonii. Interwencja podczas tzw. III wojny świętej w Grecji Środkowej dała mu możliwość przyłączenia w 352 p.n.e. Tesalii, później anektował poleis Związku Chalcydyckiego oraz dalsze tereny w Tracji aż po Morze Czarne. Rosnąca pozycja Macedonii doprowadziła do wojny z sojuszem Aten i Teb zakończonej sukcesem Filipa. W 337 r. p.n.e. narzucił on całej Grecji (z wyjątkiem Sparty) swoją hegemonię, tworząc Związek Koryncki – formalnie sojusz mający walczyć z Persją, w rzeczywistości narzędzie dominacji macedońskiej. Kolejnym etapem podbojów Filipa była wojna z Persją, rozpoczęta w 336 r. p.n.e., jednak tego samego roku król padł ofiarą zamachu, a na tronie macedońskim zasiadł jego dwudziestoletni syn, Aleksander, później nazwany Wielkim.

Panowanie Aleksandra Wielkiego (336-323 p.n.e.)

Młody król szybko stłumił opór miast greckich i został wybrany hegemonem Związku Korynckiego. Jednak gdy ruszył na wyprawę w głąb Bałkanów w Tebach wybuchło powstanie. Aleksander szybko wrócił do Beocji, zdobył i zrównał z ziemią miasto. Czyn ten ostudził w Grecji nastroje antymacedońskie i pozwolił władcy na kontynuowanie rozpoczętej przez ojca rozprawy z Persją. W 334 p.n.e. z wielką armią przekroczył Hellespont i rozpoczął kampanię, która po kilku latach walk uczyniła go panem całego rozległo państwa perskiego (obejmującego Azję Mniejszą, Lewant i Syrię, Egipt, Mezopotamię oraz Iran), którego stolicą uczynił Babilon. W 327 r. p.n.e. przekroczył Hindukusz i z sukcesami walczył w Indiach, lecz opór znużonej armii zmusił go do powrotu do Babilonu w 324 r. p.n.e., gdzie zajął się organizowaniem swojego imperium oraz planami kolejnych podbojów. Latem 323 r. p.n.e. niespełna 33-letni władca zmarł pozostawiając ogromne państwo dowódcom swojej armii. Jego podboje i włączenie pod panowanie macedońsko-greckie wielkich obszarów na Wschodzie zapoczątkowało nowy okres w dziejach Grecji.

Okres hellenistyczny (323-30 p.n.e.)

Imperium Macedońskie (336-323) i królestwa Diadochów w 301 roku p.n.e. i w 200 roku p.n.e.; Wikipedia, Captain Blood,praca własna.

Kształtowanie się świata hellenistycznego

Ogromne państwo Aleksandra szybko stało się polem walki pomiędzy jego dowódcami starającymi się wykroić dla siebie własne królestwa – nazwano ich diadochami, a toczone przez nich walki wojnami diadochów. Także część greckich poleis pod przywództwem Aten spróbowała uzyskać niezależność w tzw. wojnie lamijskiej z lat 323–321 p.n.e., ale uległy armii macedońskiej. Wojny diadochów trwające blisko 40 lat po śmierci Aleksandra doprowadziły do powstania trzech królestw, rządzonych przez dynastie wywodzące się od ich założycieli:

  • państwo Seleucydów z centrum w Syrii, obejmującego także Mezopotamię, Iran oraz część Azji Mniejszej
  • Egipt Ptolemeuszy ze stolicą w Aleksandrii
  • Macedonia Antygonidów

Scena polityczna świata greckiego uzupełniana była przez mniejsze, mniej lub bardziej niezależne państwa i poleis jak np. Epir, Pergamon (później lokalna potęga w Azji Mniejszej), Rodos czy poleis zachodniego basenu Morza Śródziemnego.

Świat hellenistyczny

Zakończenie wojen diadochów nie spowodowało końca rywalizacji między państwami hellenistycznymi. Seleucydzi i Ptolemeusze stoczyli w III i II w. p.n.e. szereg wojen tzw. syryjskich o kontrolę nad Syrią i Palestyną. Ptolemeusze prowadzili ekspansję na wyspach Morza Egejskiego, także w części Azji Mniejszej. Antygonidzi w Macedonii starali się utrzymać kontrolę nad resztą Grecji kontynentalnej, ale musieli stawić czoło nowym tworom politycznym – Związkom Achajskiemu i Etolskiemu. W przeciągu III w. p.n.e. w Azji Mniejszej rosła pozycja Pergamonu, który przeciwstawiał się głównie Seleucydom, walczył także z Galatami – Celtami, którzy po spustoszeniu północnej Grecji na początku III w. p.n.e. osiedli w Anatolii.

Rozległe państwo Seleucydów borykało się także z tendencjami odśrodkowymi – w III w. p.n.e. uniezależniły się jego wschodnie rubieże – królestwo Greko-Baktryjskie rządzone przez grecką elitę, które potem rozpoczęło ekspansję w Indiach. Inna uniezależniona prowincja – Partia, zdobyta przez koczowników ze stepu Środkowo-Azjatyckiego, stała się poważnym zagrożeniem dla Seleucydów, przejmując później inne wschodnie satrapie.

Ekspansja Rzymu i upadek świata hellenistycznego

Na Zachodzie szybko rosła potęga italskiego miasta – Rzymu. Na początku III w. p.n.e. było już panem prawie całej Italii (w tym znajdujących się tam greckich poleis). Seria wojen z Kartaginą dała mu pozycję hegemona na Zachodzie i kontrolę, w większości greckiej, Sycylii. Wojny macedońskie toczone przez Rzym z Antygonidami pozwoliły mu zaangażować się w politykę w Grecji, gdzie został wkrótce głównym arbitrem. Po zwycięskiej wojnie z Seleucydami z lat 192–188 p.n.e. mógł dyktować swoje warunki tak wrogom, jak i sojusznikom w regionie. Stopniowo kolejne części świata greckiego stawały się rzymskimi prowincjami. Próbę przeciwstawienia się tej ekspansji podjął w latach 88–66 p.n.e. helleński Pont pod rządami Mitrydatesa VI, zyskując sojuszników na terenie Grecji europejskiej i w Azji Mniejszej, ale w końcu uległ rzymskim armiom. Znacznie okrojone państwo Seleucydów stało się prowincją w latach 60 I w. p.n.e., ostatnie z państw hellenistycznych – Egipt w 30 r. p.n.e. Wschodnie tereny państwa Seleucydów (Mezopotamia i Iran) trafiły w ręce Partów.

Suwerenne, greckie i hellenistyczne państwa i poleis zniknęły z mapy politycznej, jednak ich kultura wciąż trwała, silnie oddziałując także na Rzymian. Wschodnia połowa Imperium Romanum pozostała greckojęzyczna, a część elementów greckiej kultury przyjmowały także dalsze państwa Wschodu.

x

Skoro kultura hellenistyczna tak bardzo oddziaływała na Rzym, to wypada przybliżyć sobie ten świat hellenistyczny. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) tak m.in. pisze:

Hellenizm – nazwa wprowadzona do nauki przez J.G. Droysena (1836) na określenie dziejów greckich w latach ok. 330-30 p.n.e., tj. od podboju monarchii perskiej przez Aleksandra Wielkiego do zlikwidowania państw hellenistycznych, które pojawiły się na terenie jego imperium.

Jedną z podstawowych zasad polityki władców hellenistycznych było kolonizowanie terenów państw osadnikami grecko-macedońskimi, zakładanie miast typu greckie polis (podległych komendantowi załogi macedońskiej) lub kolonii wojskowych. Z Macedończyków i Greków rekrutowali się urzędnicy i wojsko; w ich rękach znalazła się ziemia, handel i obrót pieniężny. Punkt ciężkości życia ekonomicznego i kulturalnego przeniósł się z Grecji do Azji Zachodniej i Egiptu. Rozkwit gospodarczy, któremu towarzyszył rozwój handlu sięgającego do krajów Dalekiego Wschodu i wschodniej Afryki, był wywołany m.in. upłynnieniem zasobów kruszców szlachetnych jeszcze przez Aleksandra Wielkiego, eksploratorską polityką władców, wyzyskiwaniem zasobów surowców i umiejętności rzemieślniczych ludów orientalnych. Kształtująca się na Wschodzie kultura zwana hellenistyczną (w odróżnieniu od helleńskiej, czyli czysto greckiej), była kulturą nowego typu, powstałą wśród Greków pochodzących z różnych stron Grecji i pozostających w kontakcie z wysoką kulturą ludów orientalnych; szczególnymi jej cechami były: uniwersalizm – mający za podstawę jedność ekonomiczną państw hellenistycznych (unia europejska się kłania – przyp. W.L.), kosmopolityzm, jako wynik przejścia z roli obywatela miasta-państwa (gr. polis – stąd polites) do roli obywatela świata (gr. kosmopolites – termin wprowadzony przez cynika Diogenesa z Synopy), indywidualizm – znajdujący wyraz m.in. w ówczesnych kierunkach filozoficznych (cynizm, stoicyzm, epikureizm), poszukujących drogi do szczęścia jednostki oraz synkretyzm, wypływający z tych samych dążeń, lecz wiążący nadzieje ludzkie z pomocą i opieką mniej znanych, potężnych bóstw, utożsamianych z bóstwami rodzimymi. Przejawem zachodzących procesów było również wytworzenie się na podstawie dialektu attyckiego nowej formy języka greckiego, zwanej wspólnym (gr. koine); w tym języku powstawało ówczesne piśmiennictwo.

Podboje Aleksandra Wielkiego i głębokie zmiany, jakie zaszły we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego w okresie hellenizmu, zburzyły dawne stosunki polityczne, społeczne, ekonomiczne i ideologiczne. W sferze religii wyraziło się to m.in. w rozpowszechnianiu się judaizmu, oraz w zjawisku zwanym synkretyzmem. Polegało ono na stapianiu się różnych kultów i różnych bóstw w jedno, z ogólną tendencją utworzenia jednego (choć nie jedynego) bóstwa (Izyda, Serapis). Władcy hellenistyczni, chcąc zapewne m.in. zjednoczyć we wspólnym kulcie wieloplemienne i niejednolite społeczeństwo, wprowadzili oparty na wschodnich tradycjach kult panującego. Charakterystyczny był również dla hellenizmu kult bogini „losu” – Tyche oraz babiloński kult gwiazd (i planet), którym przypisywano wpływ na bieg wszelkich zdarzeń. Poznanie przyszłego losu miała ułatwić coraz bardziej rozpowszechniająca się astrologia, a zapobiec niepomyślnym przypadkom gnoza, posługująca się w niższych formach magią. Wyrazem racjonalizujących tendencji w hellenizmie były poglądy religijne Euhemera. Wszystkie te wierzenia nie zaspokoiły jednak ówczesnych dążeń ludzkich – potrzeby szczęścia; jedni szukali go w radościach życia doczesnego, inni w ówczesnych systemach filozoficznych, wielu zaś widziało w życiu pozagrobowym; drogę do szczęścia pozagrobowego wskazywały coraz szerzej uprawiane religie misteryjne. Na tym podłożu znalazł licznych wyznawców chrystianizm, rozwijający się w okresie cesarstwa rzymskiego.

x

Po tym cytacie z WEP już można się zorientować, czym był hellenizm, ale otwartym tekstem pisze o tym Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932), wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja”:

Po rozpadnięciu się państwa Aleksandra Wielkiego na Macedonię, Egipt i Syrię, Palestyna dostała się pod władzę Egiptu. Jest to okres, w którym po raz pierwszy w całej pełni hellenizm spotyka się z judaizmem twarzą w twarz. Barwnie i wszechstronnie opisał to spotkanie Tadeusz Zieliński w swej dwutomowej książce: „Hellenizm a judaizm”.

Na dworze Ptolomeuszów w Aleksandrii żydzi są nader mile widziani i są powiernikami królów, nie omijają ich urzędy państwowe i inne korzyści. Okres panowania egipskiego (323-201 przed Chr.) zaznacza się mniej lub więcej powierzchowną hellenizacją Palestyny, a nawet Jerozolimy. Ton życiu duchowemu żydostwa nadają teraz niewidzialne wpływy skupień emigracyjnych. Właściwie już od śmierci Nehemiasza podnieta dla podtrzymania Erec Izrael (siedziby narodowej) płynie z Babilonu. Jest to znany nam kierunek „ogrodzenia”. Drugie potężne skupienie żydowskie wytwarza się w Aleksandrii. Przedstawia ono kierunek hellenistyczny, a więc mniej więcej pozornej asymilacji do cywilizacji greckiej.

Jerozolima jest miejscem, gdzie oba te kierunki toczą ze sobą walkę.

Hellenizm jest widoczny z dala, a judaizm nurtuje pod spodem. Hellenizm niesie z sobą równouprawnienie obywatelskie z ludnością macedońską egipskiego państwa; w Aleksandrii Ptolomeusze równają ludność żydowską w prawach z ludnością panującą. Stąd rozchodzą się żydzi po innych miastach Egiptu i uzyskują większość w nadbrzeżnych miastach Cyrenajki (dzisiejszy Trypolis).

W państwie syryjskim, pod którego władzą znalazł się Babilon, żydzi również otrzymują pełnię praw obywatelskich; z Babilonu rozchodzą się do miast założonych przez dynastię Seleucydów i dają początek m.in. wielkiemu żydowskiemu skupieniu w Antiochii.

x

Można więc powiedzieć, że hellenizm to asymilacja Żydów na terenie byłego państwa perskiego. Skoro nawet WEP pisze, że w rękach Macedończyków i Greków znalazła się ziemia, handel i obrót pieniężny, to chyba nie ma żadnych wątpliwości, co to byli za Macedończycy i Grecy. Natomiast Persja, to chciałoby się powiedzieć ewenement na skalę światową, bo to państwo, które samo na siebie napadło. Bo jak inaczej rozumieć fakt, że Macedonia, która była całkowicie podległa Persji napadła na nią i doprowadziła do jej rozpadu. Prawdopodobnie stało się tak dlatego, że łatwiej było przyłączyć Grecję do Imperium Rzymskiego jako oddzielne państwo, niż gdyby była ona częścią innego potężnego państwa. Zresztą losy Aleksandra Wielkiego też świadczą o tym, że wszystko było wyreżyserowane.

Żydzi wykorzystali Persję, by zdominować Egipt, tereny obecnej Syrii i Turcji. To, co było dalej na wschód, też zostało przez nich opanowane. Później to samo czyniono w Imperium Rzymskim, gdy ono podbijało Europę Zachodnią. Za legionami rzymskimi szli Żydzi i osiedlali się na zdobytych terenach. Do tych samych celów służyło wykorzystywanie imperiów kolonialnych Portugalii, Hiszpanii, Francji, Anglii, Holandii i Rosji.

Jeśli komuś dzisiaj wydaje się, że to, z czym mamy obecnie do czynienia, to walka o utrzymanie dominacji dolara na świecie, to jest w błędzie. Żydzi kontrolują wszystkie waluty i nie ma to dla nich najmniejszego znaczenia, czy walutą dominującą będzie dolar czy jakaś inna waluta stworzona przez państwa BRICS, bo będzie ona pod ich kontrolą, tak jak wszystkie banki na świecie. A czy pozwolą dalej Ameryce być mocarstwem dominującym, czy raczej zdecydują na to, że nadszedł czas Chin, to za jakiś czas się dowiemy.

Można też powiedzieć, że Żydzi cały czas robią to samo, co robili w okresie hellenistycznym. Mamy więc kosmopolityzm, unifikację gospodarczą, wędrówki ludów, horoskopy i co tam jeszcze.

Mongolskie najazdy

Zawsze powtarzałem i będę powtarzał do znudzenia, że kluczem do zrozumienia teraźniejszości jest przeszłość. I właśnie z tego powodu tak bardzo fałszuje się historię, by współcześni nie rozumieli teraźniejszości. Często zastanawiałem się nad tym, dlaczego Mongołowie zaatakowali ziemie polskie i po ich podbiciu nie ruszyli na zachód? Wydaje mi się, że znalazłem odpowiedź na to pytanie. Wikipedia tak m.in. pisze o mongolskich najazdach:

Tło historyczne

W maju 1223 w bitwie nad rzeką Kałką wojska rusko-połowieckie zostały pokonane przez armię imperium mongolskiego – w ten sposób Mongołowie stanęli u wrót Europy. W sierpniu 1227 umarł Czyngis-chan – jego imperium uległo podziałowi: zachodnia część przypadła w spadku jego wnukowi Batu-chanowi, który w 1236 stanął na czele inwazji na Europę. W grudniu 1240 Mongołowie zdobyli Kijów i ostatecznie podbili Ruś Kijowską, która weszła w skład Złotej Ordy.

Charakterystyka najazdów

I najazd mongolski

Z ziem ruskich główne siły mongolskie skierowały się na Węgry, gdzie schroniły się niedobitki Połowców pod dowództwem chana Kocjana uciekających przed pogromami mongolskimi. Pomocniczy zagon wojska mongolskiego pod dowództwem Bajdara w 1241 uderzył na Polskę, z zadaniem związania sił polskich i czeskich, aby nie mogły przyjść z odsieczą królowi węgierskiemu Beli IV.

Po bitwie legnickiej przed armią mongolską stanął problem jakim było osłonięcie oddziałów walczących bezpośrednio na Węgrzech przed siłami czeskimi. Dlatego też Bajdar szachując króla czeskiego dokonał w końcu kwietnia krótkiego wypadu dywersyjnego na Łużyce. Manewr ten zupełnie zmylił Wacława czeskiego, co oddziałom mongolskim pozwoliło na bezpieczne wtargnięcie trzema kolumnami na Morawy. Teren Moraw był systematycznie pustoszony przez siły mongolskie. Dopiero w końcu maja Wacław wzmocniony resztkami polskiego rycerstwa i posiłkami niemieckimi postawił na kontruderzenie. W tym czasie jednak Bajdar wraz z całą armią biorącą udział w udanym najeździe na Polskę wycofał się z Moraw na Węgry.

Kiedy wszystko wskazywało na to, że następnym celem uderzenia Mongołów będzie Europa Zachodnia, nastąpił odwrót. Duże straty sięgające około jednej trzeciej stanu pierwotnego, oddalenie od koczowisk, bunty w ujarzmionej Rusi i w Azji, wreszcie wieść o śmierci władcy imperium mongolskiego chana Ugedeja skłoniły Batu-chana i towarzyszących mu wodzów do odwrotu.

II najazd mongolski

Do kolejnego najazdu doszło na przełomie 1259 i 1260. Wówczas Złota Orda pod wodzą Burundaja zorganizowała – zakończoną sukcesem – wyprawę przeciwko Bolesławowi V Wstydliwemu.

III najazd mongolski

Do ostatniego najazdu mongolskiego doszło na przełomie 1287 i 1288. Dwie grupy wojsk mongolskich (północna pod dowództwem Telebogi i południowa pod dowództwem Nogaja) operowały w porozumieniu. Północna pod dowództwem Telebogi przez Lublin i Sandomierz dotarła do Gór Świętokrzyskich, gdzie pod Łagowem została pokonana przez wojska księcia Leszka Czarnego. Południowa pod dowództwem Nogaja doszła pod Kraków i na Podhale, gdzie stoczyła bitwę nad Dunajcem, a następnie doznała klęski w bitwie pod Starym Sączem, pokonana przez Polaków i przybyłe im na pomoc wojska węgierskie.

Podsumowanie

Najazdy Mongołów, choć przyniosły duże straty ludnościowe i gospodarcze (zwłaszcza I najazd w 1241), to nie spowodowały uzależnienia Polski od imperium mongolskiego. Wstrzymały natomiast proces jednoczenia państwa polskiego i osłabiły jego siłę – dopiero w 1320 Władysław I Łokietek został koronowany na króla Polski. Tę datę uznaje się za moment odtworzenia zjednoczonego Królestwa Polskiego.

x

Z powyższej charakterystyki najazdów mongolskich wynika, że ich celem była grabież i zniszczenie. Czy rzeczywiście była to grabież i zniszczenie dla samej grabieży i samego zniszczenia? Warto w tym momencie zacytować Normana Daviesa. W swojej monumentalnej pracy Boże igrzysko Wydawnictwo ZNAK 1999 pisze:

Zasadnicze przemiany społeczne nastąpiły w XIII w. w wyniku kolonizacji. Koloniści rekrutowali się częściowo z cudzoziemskich imigrantów, częściowo zaś spośród miejscowej ludności, która podejmowała reorganizację istniejących osiedli według nowego modelu. Główny impuls dla tego ruchu przyszedł z określonych terenów w zachodnich i północnych Niemczech, które już od dawna dostarczały osadników marchiom na wschodzie i które nękała groźba przeludnienia i coraz uciążliwszego ucisku feudalnego. Kolonizacja przybierała dwie odmienne formy: osadnictwa wiejskiego oraz lokacji miast. Proces ten wspomagała inicjatywa ze strony polskich książąt, których ziemie miały o wiele za mało ludności i nierzadko były dewastowane w wyniku wojennych grabieży i najazdów tatarskich. Oferując warunki dzierżawy korzystniejsze od tych, jakie można było uzyskać w Niemczech, oraz powołując zawodowego zasadźcę (lokatora), który wyszukiwał, przywoził i organizował nowo przybyłych, energiczny książę mógł w ciągu zaledwie kilku lat wzmocnić się i podnieść gospodarkę swego dziedzictwa.

Tempo kolonizacji wiejskiej nadał Henryk Brodaty, książę Śląska, który w 1205 r. rozpoczął kampanię mającą na celu ściągnięcie aż do dziesięciu tysięcy rodzin chłopskich i założenie około czterystu nowych wsi. Każda rodzina miała otrzymać jeden łan (18 ha, niem. Lahn – przyp. W.L.) ziemi ornej; pastwiska i lasy miały być użytkowane wspólnie. Wszystkie świadczenia i daniny miały zostać odroczone na czas umowy, potrzebny na zagospodarowanie. Po upływie tego okresu miały się one ograniczyć do służby wojskowej, opłat z tytułu dzierżawy i dziesięcin, płatnych w gotówce, a częściowo w naturze, oraz służby na dworze i prac przy naprawie grodu, co miało zająć dwa do czterech dni w roku. Szczegółową umowę spisaną w 1227 r. przez Henryka Brodatego z biskupem wrocławskim przyjęto jako wzór dla większości dalszych aktów kolonizacji wiejskiej na terenie całej Polski. W nowych wsiach koloniści cieszyli się znaczną autonomią. Według tzw. „prawa niemieckiego” podlegali oni tylko rozkazom dziedzicznego sołtysa (Schultheiss), czyli „naczelnika”, mianowanego przez pana, oraz jurysdykcji wiejskich ławników, którym sołtys przewodniczył. Ich sytuacja była o wiele lepsza od położenia reszty ludności wiejskiej, która nadal podlegała daninom i obowiązkom nakładanym przez jus ducale, czuli „prawo polskie” książąt. Wielu z nich zachowało swą odrębną swą odrębną tożsamość aż do czasów współczesnych. We wsi Wilamowice w pobliżu Oświęcimia w województwie krakowskim potomkowie mieszkańców założonej w 1242 r. osady fryzyjskiej do dziś zachowali własny strój regionalny i rodzimy dialekt.

Jako model nowego osadnictwa miejskiego przyjęto powszechnie dawne „prawo magdeburskie”. Stare miasta słowiańskie otrzymywały nowe przywileje lokacyjne jako miasta „niemieckie” – Wrocław w r. 1242, Poznań w r. 1253, Kraków w r. 1257. Przyciągały one osadników niemieckiego pochodzenia i stopniowo powstawała w nich odrębna warstwa mieszczan. Odtąd znane były światu zewnętrznemu pod niemieckimi nazwami Breslau, Posen i Krakau. W innych miejscach kraju zakładano zupełnie nowe miasta, których mieszkańcami od początku byli niemieccy emigranci. Thorn (Toruń) nad Wisłą został założony przez Krzyżaków w 1231 r., natomiast miasto Neu Sandez (Nowy Sącz) założył w rejonie Karpat w 1292 r. król Wacław czeski w okresie swego sporu z Łokietkiem. Proces kolonizacji, w XIII w. przebiegający dość leniwie, miał nabrać tempa w wiekach późniejszych – XIV, XV, XVI.

x

Podstawowe pytanie jest z kategorii, co było pierwsze: kura czy jajko? Czy zatem kolonizacja niemiecka była wynikiem najazdów mongolskich, które wyludniły ziemie polskie, czy może raczej kolonizacja ta była możliwa, bo najpierw „oczyszczono” teren, co umożliwiło tę kolonizację? O tym, że mongolskie najazdy były po to, by umożliwić niemiecką kolonizację, świadczą niektóre fakty. Szczegółową umowę spisaną w 1227 r. przez Henryka Brodatego z biskupem wrocławskim przyjęto jako wzór dla większości dalszych aktów kolonizacji wiejskiej na terenie całej Polski. Umowa ta została spisana na 14 lat przed pierwszym najazdem. Czy już tedy wiedziano o tym, co nastąpi i czyniono odpowiednie przygotowania? Mongołowie pod podbiciu ziem polskich nie ustanawiają na nich swojej władzy, tak jak to zrobili na Rusi Kijowskiej. Nie kierują się dalej na zachód, co wydawałoby się naturalne w przypadku podbojów, których celem jest zdobycie nowych terenów i ustanowienie na nich swojej władzy. Wprost przeciwnie – wycofują się z podbitych terenów. Celem najazdów mongolskich były też Czechy i Węgry, a więc ziemie, na które również była nakierowana niemiecka kolonizacja.

Niemiecka kolonizacja obejmowała zarówno obszary wiejskie jak i miejskie. Można więc powiedzieć, że była kolonizacją totalną. Jeśli dodamy do tego fakt, że osadnicy niemieccy na wsiach byli uprzywilejowani w stosunku do miejscowej ludności, to jej dominacja na tych terenach była tylko kwestią czasu. Natomiast miasta były opanowane przez niemieckie mieszczaństwo.

W tamtym czasie, w roku 1264, nadano Żydom kaliskim przywilej, który przyznawał im prawo do swobodnego poruszania po terytorium całego kraju i zajmowania się handlem. I tu rodzi się kolejne pytanie: czy takie uprzywilejowanie niemieckich osadników na wsiach nie było po to, by ich gospodarstwa, rozwijając się, zadłużyły się i zostały przejęte przez wierzycieli? Czy tak właśnie powstała „polska” szlachta, która później tak hojnie udzielała swoich herbów litewskim i rusińskim bojarom, których korzenie wydają się tożsame z tymi tej „polskiej”?

Jakie zatem korzenie ma ludność ziem piastowskich? Czy są to korzenie niemieckie i korzenie miejscowej ludności, która do XIX wieku przetrwała w stanie niewolnictwa? A jeśli tak, to w jakich proporcjach?