Naród cz.3

My naród – to pierwsze słowa, które wypowiedział Lech Wałęsa 15 listopada 1989 roku w Kongresie Stanów Zjednoczonych w swoim słynnym przemówieniu. To oczywiście cytat z preambuły amerykańskiej konstytucji. Naród to pojęcie sztuczne, które trudno zdefiniować. Swoje powstanie zawdzięcza rewolucji francuskiej, która była początkiem nowej epoki w dziejach ludzkości. Temu zagadnieniu przygląda się Stefan Zweig w biografii Maria Antonina Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1990. Pisze on:

Po czyjej stronie stoi królowa uczuciowo podczas tej wojny? Czy bliższa jej jest obecna czy też dawna ojczyzna? Czy życzy zwycięstwa francuskim czy zagranicznym armiom? Przysięgli rojaliści, jej obrońcy i wielbiciele, bojaźliwie omijają to pytanie, a w pamiętnikach i listach sfałszowali nawet całe ustępy, aby zaciemnić jasny i jednoznaczny fakt, że Maria Antonina całą duszą pragnęła triumfu sprzymierzonych armii, a francuskiej klęski. Stanowczo jest to wyraźne i oczywiste; kto tę okoliczność zamilcza, ten fałszuje fakty, a kto jej zaprzecza – ten kłamie. Przekonania Marii Antoniny idą nawet jeszcze dalej: czuje się ona przede wszystkim królową, a potem dopiero królową Francji i jest nie tylko wrogo usposobiona do tych, którzy ograniczyli jej władzę królewską, a życzliwie do tych, którzy chcą wesprzeć dynastię, lecz czyni wszystko dozwolone i niedozwolone, aby porażkę Francji przyspieszyć i dopomóc zwycięstwu zagranicy. „Niech Bóg sprawi, aby pomszczono kiedyś wszystkie niegodziwości, których doświadczyliśmy w tym kraju”, pisze do Fersena (szwedzki rojalista i jej kochanek – przyp. W.L.), a chociaż od dawna zapomniała ojczystego języka i niemieckie listy musi dawać do tłumaczenia, dodaje: „nigdy nie byłam bardziej niż teraz dumna, że urodziłam się Niemką”. Na cztery dni przed wypowiedzeniem wojny przesyła austriackiemu posłowi (a raczej zdradza) plan wiadomych jej operacyj wojennych. Nastawienie jej jest zupełnie jednoznaczne: austriackie i pruskie chorągwie – to proporce przyjaciół, a francuskie trójkolorowe sztandary – to oznaki wrogów.

A więc jest to otwarta zdrada stanu (wyraz ten po prostu ciśnie się na usta) i sądy każdego kraju nazwałyby dziś zbrodnią takie postępowanie. Nie należy jednak zapominać, że pojęcie nacjonalizmu i narodowości nie istniało jeszcze w XVIII wieku; dopiero francuska rewolucja stworzyła je dla całej Europy. Stulecie, w którego poglądach wyrosła Maria Antonina i które jej wpajano, nie ma jeszcze innych zapatrywań niż czysto dynastyczny punkt widzenia, że kraj należy do króla: gdzie król – tam też prawo, kto walczy za króla i królewską władzę, ten popiera bezsprzecznie rzecz sprawiedliwą; kto się zaś jej przeciwstawia – ten jest powstańcem i buntownikiem, nawet w wypadku gdyby bronił własnego państwa. Zupełne nieuformowanie się patriotycznej myśli daje niespodziewanie w tej wojnie całkiem niepatriotyczne nastawienie uczuciowe po przeciwnej stronie: najlepsi Niemcy, jak Klopstock, Schiller, Fichte i Hölderlin, marzą dla zwycięstwa idei wolnościowej o porażce wojsk niemieckich, nie będących jeszcze armią narodową, lecz armią despotycznych władców. Odstępowanie pruskich wojsk napełnia ich radością, we Francji zaś król i królowa witają klęskę własnych żołnierzy jako osobistą korzyść. I po tej i po tamtej stronie granicy wojna prowadzona jest nie w interesach państwa, lecz dla idei, dla utrzymania lub zniszczenia suwerenności i stłumienia lub zwycięstwa wolności. Dziwaczne to położenie oraz walkę na przełomie dwóch wieków ilustruje najlepiej fakt, iż wódz zjednoczonych wojsk niemieckich, książę Brunszwiku, poważnie rozmyślał jeszcze na miesiąc przed wybuchem wojny, czy nie należałoby raczej objąć dowództwa nad armią francuską przeciwko niemieckiej. Widoczne z tego, że pojęcia „ojczyzna” i „narodowość” nie wryły się jeszcze w roku 1791 zupełnie wyraźnie i jasno w dusze współczesnych. Dopiero wojna, stworzywszy armie narodowe i poczucie narodowe, a tym samym doprowadziwszy do straszliwej bratobójczej walki między całymi narodami, zrodzi ideę patriotyczną i przekaże ją następnemu stuleciu.

x

Po przeczytaniu tego cytatu nasuwa się pytanie: czy dziś nie jest tak samo? Czy obecne władze Polski nie zachowują się podobnie? A władze sanacyjne? Czyż one nie postąpiły cynicznie wciągając słabe, zacofane państwo do wojny z potężnym przeciwnikiem? Czyj interes realizowały? A czy rządy innych państw nie zachowują się podobnie, oczywiście przy zachowaniu odpowiednich proporcji, które tu, na wschodzie Europy, są poza wszelkimi europejskimi standardami.

W innej biografii – Maria Stuart PIW 1959 – Zweig pisał:

„Nie poprzez wojny, lecz poprzez związki małżeńskie zostały w czasie absolutyzmu rozbudowane państwa sukcesyjne: zjednoczona Francja, światowa potęga Hiszpanii, możny dwór Habsburgów. Lecz kuszą jeszcze ostatnie, najcenniejsze klejnoty koron europejskich. Elżbieta czy Maria Stuart, Anglia czy Szkocja. Kto zdobędzie jeden lub drugi kraj poprzez matrimonium, wygrał w światowej grze, a równocześnie z wyścigiem narodowym rozstrzygnie się i drugi wyścig – wojna duchowo-duchowna. Jeśli poprzez małżeństwo z jedną z tych władczyń wyspa brytyjska przypadnie królowi katolickiemu, języczek u wagi w walce między katolicyzmem a protestantyzmem przechyli się ostatecznie na stronę Rzymu. Ecclesia universalis (Kościół powszechny) znów okaże się okaże zwycięski na ziemi. Dlatego też owe zacięte łowy małżeńskie mają o wiele większe znaczenie niż tylko sprawa familijna: zawarte są w nich rozstrzygnięcia światowej wagi.”

Monarchia charakteryzowała się tym, że władzę, przynajmniej oficjalnie, sprawował monarcha i że ta władza pochodziła od Boga, a więc lud jej nie kwestionował i utożsamiał się z nią. Jeśli monarchia prowadziła wojny, to przy pomocy wojsk najemnych. Rewolucja francuska wywróciła wszystko do góry nogami. Obalając monarchię musiała stworzyć inny system władzy. To była republika, czyli demokracja ludowa. Poddani stali się obywatelami i uzyskali prawa wyborcze, czyli wybierali władze. W ten sposób lud, zamiast utożsamiać się z monarchą, utożsamiał się z państwem. By bardziej przywiązać obywateli do państwa, stworzono narody w obrębie tych państw. I w ten sposób pojawiło się zjawisko patriotyzmu, który czasem przyjmował formy skrajne w postaci nacjonalizmu czy wręcz szowinizmu.

„Szowinizm (fr. chauvinisme) – forma skrajnego nacjonalizmu w postaci bezkrytycznego uwielbienia własnego narodu, wiary w jego wyższość połączonego z wrogością względem innych nacji. W szerszym znaczeniu analogiczne przeświadczenie pewnych grup ludzi względem innych (nie zawężające się do narodów).

Szowinizm rozszerzył swoje pierwotne znaczenie o fanatyczne oddanie i nadmierną stronniczość w stosunku do każdej grupy lub sprawy, do jakiej się należy, zwłaszcza gdy obejmuje to uprzedzenia lub wrogość wobec osób z zewnątrz, lub grup rywalizujących, i utrzymuje się nawet w obliczu przeważającego oporu. Szowinista postrzega własnych ludzi jako niepowtarzalnych i wyjątkowych, podczas gdy reszta ludzi jest uważana przez niego za słabych lub podrzędnych. To francuskie pojęcie funkcjonuje analogicznie do brytyjskiego terminu jingoizm, który zachował swoje znaczenie jako szowinizm ściśle w swoim pierwotnym rozumieniu, to znaczy jako postawa agresywnego nacjonalizmu.

Wyrażenie pochodzi od Nicolasa Chauvin, legendarnego żołnierza napoleońskiego znanego z komedii Le soldat laboureur Eugene’a Scribe’a. Bohater tej opowieści, rolnik, był fanatycznie i naiwnie oddany Napoleonowi.” – Wikipedia.

Nicolas Chauvin to postać fikcyjna. Nazwisko to kojarzy się z francuskim słowem „chauve” (czyt. szow), czyli łysy; „chauvin” (czyt. szowę) to szowinista. W internetowym słowniku diki przykład zastosowania słowa „chauve”, to: L’homme qui m’a attaqué, était chauve. (Mężczyzna, który mnie zaatakował, był łysy.)

Pojęcie narodu i narodowości kształtowało się w XIX wieku. Nie jest też chyba przypadkiem to, że idea wskrzeszenia igrzysk olimpijskich zrodziła się pod koniec XIX wieku. Rywalizacja sportowa miała wzmacniać poczucie przynależności narodowej. Nie przypadkiem więc sport zaczął odgrywać tak ważną rolę w życiu społecznym w XX wieku. Pod wpływem tych zmian, pojawienia się republik, również istniejące jeszcze monarchie musiały dostosować się do zmieniających czasów i przed wybuchem I wojny światowej pobór powszechny stał się w nich faktem. Doskonale to opisał Jaroslav Hašek w powieści Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej. Czesi nie chcieli umierać za Najjaśniejszego Pana i na wszelkie sposoby symulowali różne choroby. W skrajnych przypadkach posuwali się nawet do samookaleczenia.

Demokracja nadała ludowi prawa, ale też i obowiązki. Oprócz podatków jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, był obowiązek obrony ojczyzny. Monarchiczne armie najemne przekształciły się w armie tworzone w wyniku poboru powszechnego. Czym innym jest zatem udział najemnika w wojnach, który świadomie, z własnego wyboru i za pieniądze walczy w interesie jakiegoś monarchy, narażając przy tym swoje życie, a czym innym jest przymus republikański. Jednak państwo demokratyczne ma argument: to lud wybrał władzę i to lud jest odpowiedzialny za państwo, a więc i za jego obronę. Innymi słowy: jak trzeba, to musi walczyć w obronie ojczyzny, czyli w obronie interesów władzy, ukrytej obecnie pod nazwą deep state, której nie wybierał i jak trzeba, to musi za nią ginąć, czyli nadal żyje w stanie niewolnictwa, tylko o tym nie wie. Czyż to nie jest ustrój idealny dla władzy, tej ukrytej, a więc i faktycznej?

Czy zatem demokracja nie jest bardziej tyrańską formą władzy niż monarchia? Warto się nad tym zastanowić, zwłaszcza obecnie, gdy grozi nam wciągnięcie do wojny na Ukrainie i związany z tym masowy pobór. Watro też zastanowić się nad tym, kto nam serwuje ten odpustowy patriotyzm.

x

Wiek XXI zaczął się od masowych migracji. Wydaje się więc, że przyszłe konflikty będą przebiegały bardziej na tle religijno-wyznaniowym niż narodowym. Być może właśnie to w największym stopniu przyczyni się do całkowitego zmarginalizowania Europy i białego człowieka.

Austria i Wiedeń

Żydzi, jako naród, to temat skomplikowany i zagadkowy. Jego decydujący wpływ na losy świata wydaje się być niezaprzeczalny. Nie jest łatwo zrozumieć, na czym polega jego fenomen, co nie zmienia tego, że warto próbować, bo to przybliża nas do uzmysłowienia sobie, czym jest nasza rzeczywistość i nasz świat. Takim małym krokiem w tym kierunku może być poznanie postrzegania świata z żydowskiego punktu widzenia. Stefan Zweig (1881-1942) był austriackim Żydem, pisarzem, dramaturgiem i tłumaczem. W swojej autobiografii, Świat wczorajszy; Wspomnienie pewnego Europejczyka PIW 2025, prezentuje swój punkt widzenia na sprawy tego świata i roli w nim żydostwa. Poniżej wybrane fragmenty.

x

Dostosowanie się do środowiska, do narodu i kraju, w którym mieszkają, to dla Żydów nie tylko środek samoobrony, ale i głęboka potrzeba wewnętrzna. Tęsknota za ojczyzną, za spokojem, wytchnieniem, bezpieczeństwem skłania ich do żywiołowego wiązania się z kulturą świata otaczającego. I nigdzie może – z wyjątkiem Hiszpanii w wieku XV – więź taka nie dała szczęśliwszych i płodniejszych rezultatów niż w Austrii. Osiedli od dwustu z górą lat w stolicy cesarstwa, Żydzi zetknęli się tutaj z łatwym w pożyciu, skłonnym do zgody narodem, w którym pod lekkomyślną na pozór powłoką drzemało takie samo głębokie zrozumienie dla wartości duchowych i estetycznych, co w nich samych. I z czymś jeszcze spotkali się w Wiedniu: znaleźli dla siebie zadania życiowe. W ostatnim stuleciu sztuka w Austrii straciła swych starych, tradycyjnych mecenasów i protektorów: dom cesarski i arystokrację. W wieku XVIII Maria Teresa kazała swojej córce brać lekcje muzyki u Glucka, Józef II, jako znawca muzyki, dyskutował z Mozartem o jego operach, Leopold III sam komponował – ale później monarchowie, jak Franciszek II i Ferdynand, nie interesowali się sztuką, a cesarz Franciszek Józef, który przez całe osiemdziesiąt lat swego życia nie tylko nie przeczytał, ale nawet nie wziął do ręki żadnej książki poza regulaminem wojskowym, okazywał nawet wyraźną antypatię do muzyki.

Podobnie arystokracja przestała roztaczać opiekę nad sztuką: minęły owe chwalebne czasy, kiedy to Esterházy gościli u siebie Haydna, Lobkowitzowie, Kinsky i Waldsteinowie ubiegali się o to, kto pierwszy w swoim pałacu usłyszy prawykonanie utworu Beethovena, kiedy hrabina Thun padała na kolana przed geniuszem, błagając, żeby nie wycofywał z Opery Fidelia. Wagner, Brahms, Johann Strauss, Hugo Wolf już nie znajdowali u arystokracji żadnego oparcia. Dlatego też musiało wkroczyć mieszczaństwo, by zająć się utrzymaniem Filharmonii na dawnym poziomie i umożliwić egzystencję rzeźbiarzom i malarzom. Dumę i ambicję Żydów stanowiło to właśnie, że w głównej mierze przyczynili się do utrzymania dobrego imienia kultury wiedeńskiej w jego dawnej świetności. Zawsze kochali to miasto i zżyli się z nim całym sercem, ale dopiero przez umiłowanie sztuki wiedeńskiej poczuli się w pełni równouprawnionymi obywatelami, prawdziwymi wiedeńczykami.

Na życie publiczne nie wywierali dotychczas prawie żadnego wpływu. Blask domu cesarskiego zaćmiewał prywatne fortuny, wysokie stanowiska kierownicze w państwie pozostały w rękach tych, którzy je odziedziczyli; dyplomacja stanowiła rezerwat arystokracji, armia i wyższe urzędy obsadzane były przez stare rody, a Żydzi nawet nie mieli ambicji, by wedrzeć się w uprzywilejowane koła. Taktownie respektowali te tradycyjne przywileje, jako samo przez się zrozumiałe. Przypominam sobie na przykład, że ojciec mój przez całe życie unikał bywania u Sachera, i to nie ze względów oszczędnościowych – różnica cen bowiem między tą restauracją a innymi była śmiesznie mała – ale dlatego, że kierował się naturalnym poczuciem dystansu: czułby się nieswojo czy też uważałby za niewłaściwe sąsiadować ze stolikiem księcia Schwarzenberga lub Lobkowitza. Jedynie w stosunku do sztuki wszyscy w Wiedniu czuli się równouprawnieni, gdyż umiłowanie sztuki uchodziło za powszechny obowiązek, a dzięki udzielanej pomocy i poparciu burżuazja żydowska przyczyniła się w olbrzymim stopniu do rozkwitu kultury wiedeńskiej. Żydzi stanowili gros publiczności, wypełniali sale teatralne i koncertowe, kupowali książki i obrazy, zwiedzali wystawy i wskutek swojego bardziej ruchliwego, a mniej obciążonego tradycją zrozumienia dla sztuki stali się protektorami i pionierami nowoczesności. Prawie wszystkie wielkie zbiory sztuki w XIX stuleciu powstały dzięki nim, prawie wszystkim eksperymentom artystycznym utorowali drogę. Gdyby nie bezustanne mobilizujące zainteresowanie burżuazji żydowskiej, Wiedeń – na skutek gnuśności dworu, arystokracji i milionerów-chrześcijan, którzy woleli trzymać stajnie wyścigowe i urządzać polowania, niż popierać sztukę – pozostałby w dziedzinie sztuki daleko w tyle za Berlinem, podobnie jak Austria pozostała w tyle za Niemcami w dziedzinie polityki. Kto chciał wprowadzić coś nowego lub przyjechał na gościnne występy i szukał w Wiedniu zarówno zrozumienia, jak i audytorium, ten był zdany na burżuazję żydowską. Gdy jeden, jedyny raz w okresie nasilenia antysemityzmu próbowano założyć tak zwany teatr narodowy, nie znaleźli się dla tej imprezy ani autorzy, ani aktorzy, ani publiczność. Po kilku miesiącach ów „teatr narodowy” zbankrutował żałośnie. Na tym przykładzie ujawniło się po raz pierwszy, że dziewięć dziesiątych tego, co świat wielbił jako kulturę wiedeńską XIX wieku, było kulturą popieraną, pielęgnowaną albo wręcz stworzoną przez Żydów wiedeńskich.

Właśnie w latach ostatnich – podobnie jak to działo się w Hiszpanii przed równie tragicznym końcem – żydostwo wiedeńskie stało się artystycznie twórcze, wcale zresztą nie w rodzaju specyficznie żydowskim. Dzięki swemu fantastycznemu darowi asymilacji Żydzi nadali temu, co austriackie, co wiedeńskie, wyraz szczególnie intensywny.

Goldmark, Gustav Mahler i Schönberg odegrali wybitną rolę w muzyce międzynarodowej, Oscar Strauss, Leo Fall i Kálman doprowadzili tradycyjnego walca i operetkę do nowego rozkwitu, Hofmannsthal, Artur Schnitzler, Beer-Hofmann, Peter Altenberg nadali literaturze wiedeńskiej rangę europejską tak wysoką, jakiej nie miała od czasów Grillparzera i Stiftera. Sonnenthal i Max Reinhardt sprawili, że Wiedeń zasłynął na cały świat jako miasto najwspanialszych teatrów, Freud i inni luminarze nauki ściągnęli znów powszechną uwagę na sławny od dawien dawna uniwersytet; we wszystkich dziedzinach – jako uczeni, wirtuozi, plastycy, reżyserzy, architekci, dziennikarze – Żydzi zajmowali w życiu intelektualnym Wiednia niezaprzeczalnie najwyższe pozycje. Dzięki namiętnej miłości do tego miasta zasymilowali się całkowicie i byli szczęśliwi, że mogą służyć sławie Austrii. Uważali swą austriackość za misję wobec świata i – trzeba to powtórzyć w imię uczciwości – duża, jeśli nie największa część tego, co Europa, co Ameryka dziś jeszcze podziwia w muzyce, w literaturze, w teatrze, w rzemiośle artystycznym jako wykwit odnowionej, odmłodzonej kultury austriackiej, zostało stworzone przez Żydów wiedeńskich, którzy w tych osiągnięciach znaleźli spełnienie swych tysiącletnich dążeń duchowych. Gromadzona przez stulecia, nieznajdująca ujścia energia intelektualna związała się ze zmęczoną już nieco tradycją, nasyciła ją, ożywiła, odświeżyła nową siłą i niezmordowaną ruchliwością. Dopiero najbliższe dziesięciolecia wykażą, jakiej zbrodni dopuszczono się na Wiedniu, usiłując gwałtem znacjonalizować, sprowincjonalizować to miasto, którego sens i kultura opierały się właśnie na splocie najróżnorodniejszych elementów, na jego duchowej ponadnarodowości. Geniusz Wiednia – specyficznie muzyczny – polegał na tym, iż potrafił zharmonizować w sobie wszystkie sprzeczności narodowe i językowe. Jego kultura była syntezą wszystkich kultur zachodnich. Każdy, kto tu mieszkał i pracował, czuł się wolny od wszelkich przesądów. Łatwo było w Wiedniu czuć się Europejczykiem i wiem, że dużej mierze mam do zawdzięczenia temu miastu, które już za Marka Aureliusza broniło rzymskiego, uniwersalnego ducha, że tak wcześnie nauczyłem się miłować całym sercem ideę wspólnoty i uważać ją za własną.

Żyło się dobrze, łatwo i beztrosko w owym starym Wiedniu. Niemcy na północy spoglądali nieco gniewnie i pogardliwie na nas, sąsiadów znad Dunaju, którzy, miast być „bitnymi” i utrzymywać rygorystyczny porządek, żyją po epikurejsku, dobrze jedzą, bawią się, bywają w teatrach – i w dodatku komponują znakomitą muzykę. Zamiast niemieckiej „tężyzny”, która wszystkim innym narodom w końcu obrzydziła i wypaczyła życie, zamiast zachłannej woli górowania nad innymi i wiecznego gnania przed siebie – ludzie w Wiedniu lubili pogawędzić sobie przyjemnie, kultywowali harmonijne życie towarzyskie; dobrodusznie i może aż nazbyt tolerancyjnie pozostawili każdemu jego cząstkę bez cienia zawiści. Leben und leben lassen – ta słynna wiedeńska dewiza, która dziś jeszcze wydaje mi się bardziej ludzka niż wszelkie kategoryczne imperatywy, przyjęła się we wszystkich warstwach społeczeństwa. Biedni i bogaci, Czesi i Niemcy, żydzi i chrześcijanie żyli spokojnie mimo zdarzających się czasem drobnych utarczek; nawet polityczne i społeczne fermenty były wolne od owej straszliwej nienawiści, która niby jadowity osad pozostała w krwiobiegu czasów po pierwszej wojnie światowej. W starej Austrii walczono jeszcze po rycersku, obrzucano się co prawda nawzajem inwektywami w prasie, w parlamencie, ale po wygłoszeniu swych cycerońskich tyrad deputowani zasiadali w najlepszej zgodzie przy piwie lub kawie i mówili sobie „ty”. Nawet gdy Lueger, przywódca partii antysemickiej, został burmistrzem miasta, w życiu codziennym nic nie zmieniło się; muszę przyznać, że ani w szkole, ani na uniwersytecie, ani w świecie literackim nie doznałem najmniejszej dyskryminacji czy zniewagi jako Żyd. Nienawiść jednego kraju do drugiego, jednego narodu do innego, stolika do stolika nie tryskała codziennie z gazet, nie separowała człowieka od człowieka, narodowości od narodowości. Jeszcze owe uczucia stadne nie były tak obrzydliwie przemożne w życiu publicznym, jak dzisiaj. Wolność osobista uchodziła – trudno to sobie obecnie wyobrazić – za rzecz samą przez się zrozumiałą. Tolerancji nie uważano wówczas, tak jak dziś, za miękkość i słabość, lecz ceniono wysoko jako wartość etyczną.

x

Nigdy nie zapomnę widoku, jaki przedstawił się moim oczom, gdy pewnego dnia wszedłem do biura podróży w Londynie: tłoczyły się tam tłumy uchodźców, przeważnie Żydów; wszyscy chcieli wyjechać, wszystko jedno dokąd. Obojętne, do jakiego kraju, czy na lodowaty Biegun Północny, czy na rozpalone piaski Sahary, byle wyjechać, byle dalej, gdyż wiza tranzytowa już się kończyła, trzeba ruszać dalej, dalej, z żoną i dzieckiem, pod inne gwiazdy, w świat nieznanej mowy, między ludzi, obcych i niechętnych emigrantom.

Pewnego razu spotkałem w tym biurze bardzo bogatego przemysłowca z Wiednia, którego znałem jako jednego z najinteligentniejszych kolekcjonerów dzieł sztuki. Nie poznałem go w pierwszej chwili, taki był stary, siwy, wymęczony. Obiema rękami uczepił się stołu. Zapytałem, dokąd chce jechać.

„Nie wiem – odpowiedział – kto nas dziś pyta, czego chcemy? Ludzie jadą tam, gdzie ich wpuszczają. Ktoś mi mówił, że tutaj można dostać wizę do San Domingo lub na Haiti”.

Aż serce się we mnie ścisnęło: ten zmęczony życiem, stary człowiek, mający dzieci i wnuki, dygoce w nadziei, że uda mu się pojechać do kraju, który dawniej z trudem znalazłby na mapie; a tam, obcy i nikomu nie potrzebny, żebrać będzie o kawałek chleba. Tuż obok ktoś pytał z rozpaczliwą nadzieją, czy może dostać się do Szanghaju, słyszał, że Chińczycy podobno przyjmują jeszcze uchodźców. Tak się tłoczyli tu ci wszyscy – dawni profesorowie uniwersytetów, dyrektorzy banków, kupcy, właściciele ziemscy, muzycy – a każdy z nich pragnął przewieźć przez góry i morza nędzne szczątki swej egzystencji byle gdzie, zrobić, co się da, przecierpieć, ile się da, byle uciec z Europy, byle uciec, uciec, uciec!

Było to zbiorowisko upiorów. Ale najbardziej wstrząsnęła mną myśl, że tych pięćdziesięciu umęczonych ludzi to zaledwie malutka czołówka rozproszonej, olbrzymiej pięcio-, ośmio-, może dziesięciomilionowej armii Żydów, która już jest w marszu, już napiera na nich z tyłu, armia obrabowanych, stratowanych przez wojnę milionów, czekających na przesyłki od komitetów dobroczynności, na zezwolenia od władz, na pieniądze na podróż. Ta gigantyczna masa, wypłoszona i uciekająca w panicznym strachu przed pożarem, jaki wzniecił Hitler, oblegała dworce wszystkich stacji granicznych Europy i wypełniała więzienia. Cały naród został skazany na wygnanie; odmawiano mu prawa nazywania się narodem, a jednak jest narodem i od dwóch tysięcy lat nie pragnie niczego więcej, niż zaprzestać wiecznej tułaczki i poczuć pod znużonymi stopami ziemię, cichą, spokojną ziemię.

Ale najtragiczniejsze w tragedii Żydów XX stulecia było to, że cierpiąc, nie widzieli sensu w tym cierpieniu i nie poczuwali się do winy. Ich praojcowie i przodkowie, skazani na wygnanie w średniowieczu, wiedzieli przynajmniej, że cierpią za swoją wiarę, za swoje prawa. Posiadali jeszcze ów talizman duchowy, jaki ludzie współcześni utracili od dawna: niewzruszoną wiarę w Boga. Żyli i cierpieli w dumnym urojeniu, że są narodem wybranym, że Stwórca świata wyznaczył im los, specjalne posłannictwo, a prorocze słowa Biblii starczyły im za prawo i nakaz. Kiedy rzucano ich na stos, przyciskali do piersi swoje święte księgi i trawieni żarem wewnętrznym, nie odczuwali tak silnie ognia pożerających płomieni. Gdy gnano ich z jednego kraju do drugiego, wiedzieli, że pozostaje im jeszcze ostatnia ojczyzna, ich ojczyzna w Bogu, z której nie przepędzi ich ziemska potęga, ani król, ani cesarz, ani inkwizycja. Dopóki wiązała ich wspólna religia, stanowili jeszcze wspólnotę – i w tym tkwiła ich siła. Gdy ich wypędzano, prześladowano, rozumieli, że muszą odpokutować za swoją winę, za to, że pragnęli odróżnić się i wyodrębnić religią i obyczajami od innych narodów świata. Ale Żydzi w XX wieku nie byli już wspólnotą. Nie łączyła ich wspólna wiara, swoją przynależność do żydostwa traktowali raczej jako balast niż jako powód do dumy i nie poczuwali się do żadnego posłannictwa. Nie trzymali się świętych ongi ksiąg i nie chcieli używać starego wspólnego języka. Pragnęli zżyć się z narodami, wśród których mieszkali, zespolić z nimi całkowicie; do tego celu dążyli niecierpliwie, aby mieć wreszcie spokój przed prześladowaniami i wytchnienie w odwiecznej tułaczce. Tak się więc stało, że złączeni z innymi narodami, czując się bardziej Francuzami, Niemcami, Anglikami, Rosjanami niż Żydami, nie rozumieli się nawzajem.

Teraz dopiero, gdy wrzucono ich wszystkich do jednego worka i rozsypano wśród pyłu wędrownych dróg – dyrektorzy banków z pałaców w Berlinie i szamesi z gmin ortodoksyjnych, profesorowie filozofii z Paryża, dorożkarze z Rumunii, grabarze i laureaci Nagrody Nobla, śpiewaczki-primadonny i płaczki pogrzebowe, literaci i destylatorzy wódek, bogacze i nędzarze, wielcy i mali, pobożni i postępowi, lichwiarze i mędrcy, syjoniści i asymilatorzy, Aszkenazyjczycy i Sefardyjczycy, sprawiedliwi i niesprawiedliwi oraz ci, którzy uważali się od dawna za wyjętych spod klątwy, chrzczeni i mieszańcy – dopiero teraz Żydzi poczuli przymusową więź, jakiej nie doznawali od setek lat. Po raz pierwszy od czasu wygnania z Egiptu połączyła ich znów wspólnota wypędzonych. Ale dlaczego los ścigał zawsze tylko ich? Jaki był powód, jaki sens, jaki cel tych niezrozumiałych prześladowań? Wypędzano ich z różnych krajów, ale własnego im nie przyznawano. Mówiono im: „nie mieszkajcie razem z nami”, ale nie mówiono, gdzie mają mieszkać. Przypisywano im winę, ale nie dawano możliwości odpokutowania. W czasie ucieczki patrzyli na siebie płonącymi oczyma. „Dlaczego ja? Dlaczego ty? Dlaczego ja razem z tobą? Nie znam cię, nie rozumiem twojego języka, nie pojmuję twojego sposobu myślenia, nic mnie z tobą nie łączy. Dlaczego my wszyscy?” – I nikt nie miał na to odpowiedzi.

Nawet Freud, najświetniejszy umysł tej epoki, z którym często w owych czasach rozmawiałem, nie widział żadnego wyjścia, żadnego sensu w tym bezsensie. A może właśnie w tym tkwi ostateczny, mistyczny sens żydostwa, które w zagadkowy sposób potrafi wszystko przeżyć i przetrwać, żeby odwieczne pytanie Hioba do Wiekuistego nie zostało całkowicie zapomniane na tej ziemi.

xxx

To, co decyduje o tym, że Żydzi rządzą światem to:

  • rozproszenie
  • asymilacja
  • monopol na emisję pieniądza
  • monopol w handlu

Żeby panować nad światem, to trzeba być rozproszonym po nim. Żeby skutecznie podporządkować sobie narody rdzenne, to trzeba się z nimi zasymilować, czyli trzeba udawać, że jest się członkiem danego narodu, a jednocześnie pozostawać Żydem. I tu zaczyna się kwadratura koła, czyli asymilacja pozorna prowadzi, prędzej czy później, do asymilacji faktycznej, co tak obrazowo przedstawił Zweig, opisując życie Żydów w Wiedniu na przełomie wieków i na początku XX wieku. Napisał, że nigdzie nie było im tak dobrze, z wyjątkiem Hiszpanii w XV wieku, jak w Austrii. A to oznaczało, że w obu przypadkach doszło, czy może dochodziło, do faktycznej asymilacji.

Panowanie nad światem wymaga rozproszenia i pozornej asymilacji. Gdy ta asymilacja staje się faktyczną, to dominacja nad światem wymyka się z rąk. Żydowskie kierownictwo, czy ci, którzy nimi kierują, muszą reagować. Co w takim wypadku należy czynić? Co można zrobić z ludźmi, którzy dorobili się czegoś, żyją wygodnie, chodzą do kawiarń czy piwiarń, na koncerty czy wystawy, komponują czy piszą książki w języku niemieckim, a nie – hebrajskim? Mówiąc brutalnie, trzeba ich wymordować lub wygonić i zastąpić innymi, którzy zachowali w sobie żydowski pierwiastek i którym jeszcze coś się chce. Jakkolwiek brutalnie by to brzmiało, nie ma innej metody, by pozostałych Żydów zjednoczyć, ożywić w nich żydowskość i zmotywować do działania.

Można więc, w pewnym uproszczeniu, powiedzieć, że historia świata sprowadza się do takich cyklicznych wypędzeń i holokaustów. A kto to robi? Jeśli Żydzi są tak potężni, a przede wszystkim rządzą pieniądzem, to czy to nie oni sami są sprawcami tych drastycznych procesów? Nawet jeśli, po części, są w to zaangażowani członkowie narodów rdzennych, to tylko dlatego, że są od nich uzależnieni.

Czy zatem w rewolucji francuskiej chodziło o to, by starą nieżydowską arystokrację zastąpić żydowskim mieszczaństwem? Ta arystokracja również była żydowska, tylko chyba już za bardzo zasymilowana i gnuśna. Czyż starzy austriaccy arystokraci, Schwarzenberg i Lobkowitz, nie byli, jak same nazwiska wskazują, Żydami? Najwyraźniej czas przed II wojną światową dojrzał, według kierowników żydostwa, do „ostatecznego rozwiązania”, które nie było żadnym ostatecznym rozwiązaniem, bo przecież Hitler nie zajął całej Europy, nie mówiąc o świecie. Chodziło tylko o kolejne przetasowanie wśród Żydów, by tych zblazowanych zastąpić nowymi i by na nowo pobudzić żydowską solidarność i aktywność.

Ciągłe przemieszczanie Żydów i permanentne ich przekonywanie o zagrożeniu, jakie im grozi ze strony narodów rdzennych, jest niezbędne do zachowania żydowskiej tożsamości. Ciągłe przemieszczanie się Żydów wśród narodów rdzennych pozwala im nie tylko na czerpanie z ich mądrości czy doświadczeń, ale również na akumulowanie tej wiedzy i przekazywanie następnym pokoleniom.

Gromadzona przez stulecia, nieznajdująca ujścia energia intelektualna związała się ze zmęczoną już nieco tradycją, nasyciła ją, ożywiła, odświeżyła nową siłą i niezmordowaną ruchliwością. – pisał Zweig. Ta intelektualna przewaga Żydów właśnie z tego wynika, a nie z tego, jak nam próbują oni wmówić, z ich genetycznej wyższości. Nie przypadkiem większość pisarzy czy tłumaczy w różnych krajach to Żydzi. Ciągłe obracanie się wśród różnych narodów wymusza naukę ich języków, czyli rozwijanie tych zdolności i nie tylko tych.

Kryzys wśród żydostwa już w końcu XIX wieku skłonił ich do szukania rozwiązania tego problemu, czyli postępującej asymilacji faktycznej. Lekarstwem na to miał być nie tylko holokaust, ale też syjonizm i stworzenie w Palestynie żydowskiego państwa. Jednak historia państwa Izrael pokazuje, że własne państwo żydowskie również jest problemem i powoduje jakąś degrengoladę Żydów i stąd zapewne ciągłe wojny na Bliskim Wschodzie, które mają na celu utrzymanie ich w ryzach. Nie do końca to się chyba udaje i dlatego być może koniecznością jest szukanie bardziej radykalnego środka i prowokowanie Iranu, który od czasów perskich jest rządzony przez Żydów, ma być tym rozwiązaniem.

Wygląda więc na to, że dzieje świata sprowadzają się do ciągłej walki Żydów o utrzymanie żydostwa w ryzach, tak by nie ulegało ono asymilacji faktycznej z narodami rdzennymi, co jest warunkiem koniecznym do utrzymania ich dominacji nad nimi, a tym samym nad światem. Wymaga to ofiar nie tylko ze strony żydowskiej, ale również i innych narodów.

x

Stefan Zweig opuścił Austrię w 1934 roku. Zostawił tam wszystko, co miał, zarówno w sensie materialnym jak i emocjonalnym. Początkowo wyjechał do Anglii, następnie przebywał w Stanach Zjednoczonych i w końcu dotarł do Brazylii, gdzie w lutym 1942 roku popełnił samobójstwo.

Bizancjum

W blogu Europa starałem się scharakteryzować Europę jako kontynent i uwypuklić jej specyfikę na tle reszty świata. By jednak lepiej to zrozumieć, to wypada porównać ją z Bizancjum, bo – jak twierdził Józef Mackiewicz, cytując jednego z swoich profesorów z Uniwersytetu Warszawskiego – wszelka wiedza bierze się z porównań. Czym było Bizancjum? O tym pisał Georg Ostrogorski (1902-1976) w pracy Dzieje Bizancjum PWN 1968. Był to serbski historyk urodzony w Rosji, międzynarodowej sławy bizantynolog. Poniżej fragment z tej pracy, który ułatwi zrozumienie tego zjawiska, jakim było Bizancjum i jakim jest obecnie Rosja, która uważa się za spadkobierczynię jego dziedzictwa.

x

Na powstanie państwa bizantyjskiego złożyły się przede wszystkim: rzymski system prawno-ustrojowy, kultura grecka i wiara chrześcijańska. Bez tych trzech elementów nie można sobie wyobrazić istnienia tego państwa, tylko ich synteza była w stanie stworzyć to zjawisko historyczne, które nazywamy Cesarstwem Bizantyjskim. Synteza ta stała się możliwa dzięki przesunięciu środka ciężkości państwa rzymskiego na wschód, co z kolei spowodowane było kryzysem, jaki przeżywało Cesarstwo Rzymskie w III w. Wynikiem tego przesunięcia była chrystianizacja Imperium Romanum i założenie nowej stolicy nad Bosforem. Te dwa wydarzenia, zwycięstwo chrześcijaństwa i ostateczne przeniesienie centrum państwa na zhellenizowany Wschód, wyznaczają początek ery bizantyjskiej.

Początkowe dzieje Bizancjum są tylko nowym etapem historii rzymskiej, a państwo bizantyjskie dalszą kontynuacją Imperium Romanum. Określenie „bizantyjski”, jest – jak wiadomo – wyrażeniem późniejszym i nawet nie było znane tym, których nazywamy Bizantyjczykami. Oni nazywali siebie Rzymianami, a ich władcy uważali się za cesarzy rzymskich, następców i spadkobierców dawnych rzymskich cezarów. Nazwa „Rzym” zachowała dla nich urok tak długo, jak długo istniało ich Cesarstwo, a tradycje państwa rzymskiego zawsze miały przemożny wpływ na tok ich myśli i na ich politykę. Rzymska koncepcja państwowości zapewniła spoistość temu, tak zróżnicowanemu etnicznie Cesarstwu, a idea rzymskiego uniwersalizmu określiła jego miejsce w otaczającym świecie.

Bizancjum, jako spadkobierca Cesarstwa Rzymskiego, dąży do tego, aby stać się jedynym cesarstwem chrześcijańskiego świata; stąd rości sobie pretensje do posiadania tych wszystkich ziem, które należały kiedyś do Orbis Romanus a następnie utworzyły składowe części chrześcijańskiej ekumeny. Pretensje te będą jednak stopniowo upadały wobec twardej rzeczywistości, ale nowe państwa, które w ramach chrześcijańskiej ekumeny utworzyły się na terenach dawnego Imperium Romanum obok Cesarstwa Bizantyjskiego, nie stanęły na równej z nim płaszczyźnie ani pod względem prawnym, ani kulturalnym. W wyniku tego wytworzyła się skomplikowana hierarchia państw, na szczycie której znalazł się władca bizantyjski, jako cesarz rzymski i głowa chrześcijaństwa. Osią – wokół której obracała się polityka Cesarstwa we wczesnej epoce bizantyjskiej – była walka o bezpośrednie panowanie nad Orbis Romanus, a w następnych stuleciach – walka o odzyskanie utraconej supremacji.

Wprawdzie Bizancjum świadomie zachowywało więź ze Starym Rzymem, wprawdzie z pobudek ideologicznych i ze względów politycznych podkreślało swoje uprawnienia do spuścizny po nim, jednak z upływem wieków, coraz silniej zaznaczały się różnice między dawnym a nowym Imperium. W ciągu średniowiecza bizantyjskiego grecyzacja czyniła szybkie postępy w dziedzinie kultury i języka a Kościół wywierał coraz to potężniejszy wpływ na życie społeczne w Bizancjum; równocześnie w wyniku ekonomicznej, społecznej i politycznej ewolucji wytwarzał się nowy ład ekonomiczno-społeczny, kształtował się odmienny system państwowy i administracyjny. Wbrew rozpowszechnionemu dawniej poglądowi, ewolucję państwa bizantyjskiego cechuje silny dynamizm. Wszystko tu znajduje się w ciągłym ruchu, ulega stałym zmianom i przebudowie. Cesarstwo Bizantyjskie pod koniec swej historycznej ewolucji nie ma już nic wspólnego z antycznym Imperium Rzymskim poza nazwą i tradycją.

We wczesnym okresie jest ono jednak faktycznie jeszcze Cesarstwem Rzymskim, a jego życie jest całkowicie przesiąknięte elementami rzymskimi. Ta faza, którą można nazwać zarówno wczesnym okresem bizantyjskim, jak i późnym rzymskim, należy zarówno do ewolucji rzymskiej, jak i do bizantyjskiej i obejmuje trzy pierwsze wieki historii bizantyjskiej lub trzy ostatnie historii rzymskiej. Jest to typowa epoka przejściowa, która prowadzi od Imperium Rzymskiego do średniowiecznego Cesarstwa Bizantyjskiego; stare formy rzymskie przeżywały się, nowe zaś formy – bizantyjskie – stopniowo umacniały się coraz silniej.

Początków państwa bizantyjskiego szukać należy w III w., w tym Cesarstwie Rzymskim, tak zmienionym przez kryzys, jaki przeżyło w ciągu tego stulecia. Upadek ekonomiczny zaznaczył się w owym okresie ze szczególną ostrością w zachodniej części Cesarstwa. Wschód okazał się silniejszy i bardziej odporny, to tłumaczy zarówno jego późniejszy rozwój, jak i bizantynizację. Kryzys w. III nie oszczędził jednak także i części wschodniej; był on zresztą wynikiem zmurszałego systemu politycznego i gospodarczego, groźnym zjawiskiem, które objęło swym zasięgiem cały teren ówczesnego państwa i któremu towarzyszyły silne wstrząsy społeczne i gospodarcze. W części wschodniej spadek zaludnienia nie był wprawdzie tak wielki, jak na Zachodzie, a dezorganizacja gospodarki miejskiej nie była tak kompletna, niemniej jednak tu, jak i tam, dawał się dotkliwie odczuć brak siły roboczej, a handel i przemysł były niemal zrujnowane. Kryzys III w. oznaczał koniec kultury antycznej, która była na wskroś kulturą miejską. Innym powszechnym objawem był stały wzrost latyfundiów. Na całym terytorium Cesarstwa rozwój wielkich majątków ziemskich odbywał się kosztem drobnej własności oraz domen państwowych. Następstwem upadku drobnych gospodarstw było coraz szersze przytwierdzenie chłopów do ziemi, a dokuczliwy brak siły roboczej przyspieszył jeszcze ten proces. Przytwierdzenie rolnika do gleby było zresztą tylko swoistą odmianą ogólnego prawidła, a mianowicie nierozerwalnego związania jednostki z jej zawodem. Prawidło to systematycznie wprowadzano w życie od czasów kryzysu III w. i w ten sposób konieczność ekonomiczna torowała drogę przymusowi państwowemu.

W trakcie zaburzeń wywołanych kryzysem upadł pryncypat rzymski i został zastąpiony przez dominat a ten z kolei stał się punktem wyjścia autokracji bizantyjskiej. Stary system municypalny miast rzymskich upadł zupełnie. Cala administracja została skoncentrowana w ręku cesarza i jego aparatu biurokratycznego. Aparat ten, poważnie rozwinięty, stał się prawdziwym kręgosłupem bizantyjskiego absolutyzmu. Magistratura rzymska ustąpiła miejsca biurokracji bizantyjskiej. Urząd cesarza przestał być najwyższą magistraturą a stał się władzą despotyczną, wywodzącą się z woli Boga a nie z woli ludu. Kryzys bowiem, który niósł tak ciężkie plagi i tak gorzkie doświadczenia, zapoczątkował erę wiary i skierował ogólną uwagę na sprawy pozaziemskie.

Jednakże pojęcie suwerenności ludu nie zaginęło całkowicie; senat, ludność miejska zorganizowana w demach, armia, reprezentowały jeszcze siłę polityczną, która była zdolna, zwłaszcza we wczesnym okresie bizantyjskim, do rzeczywistego ograniczania władzy cesarskiej. Stopniowo jednak znaczenie tych czynników, wywodzących się z rzymskiej przeszłości, zanika na rzecz wszechwładzy cesarskiej. Jednocześnie zaś w tym chrześcijańskim państwie coraz bardziej wzrastają wpływy Kościoła. We wczesnym okresie bizantyjskim cesarz uważał religię swoich poddanych, w myśl zasady rzymskiej, za część ius publicum i z tego tytułu sprawował nad Kościołem władzę quasi nieograniczoną. W średniowieczu jednak Kościół w Bizancjum, podobnie zresztą jak i na Zachodzie, stał się potężną instytucją, z którą władza świecka zmuszona była się liczyć. Konflikty między władzą świecką a Kościołem nie należały w Bizancjum do rzadkości i co więcej – przewaga nie zawsze była po stronie cesarza. Jednak antagonizm między tymi dwoma czynnikami nie jest cechą charakterystyczną Bizancjum; można tu mówić raczej o ścisłej wewnętrznej spójni, o współzależności ortodoksyjnego państwa i ortodoksyjnego Kościoła, współzależności, która czyniła z nich jak gdyby jeden państwowo-kościelny organizm. Znamienne jest ścisłe powiązanie interesów obu tych władz i ich zgodna współpraca w walce przeciw wszystkiemu co zagraża porządkowi, ustalonemu na świecie przez Boga, a walka prowadzona była bez względu na to z jakiej strony występowało niebezpieczeństwo: zewnętrznych bądź też wewnętrznych wrogów cesarza, czy też ze strony rozmaitych herezji podważających pozycję Kościoła. Ale taki sojusz poddawał nieuchronnie Kościół pod opiekę potęgi cesarskiej. Stąd w Bizancjum, we wszystkich okresach, przewaga władzy cesarskiej nad Kościołem była objawem typowym i można powiedzieć – nawet normalnym.

x

Nazwa „Rzym” zachowała dla nich urok tak długo, jak długo istniało ich Cesarstwo, a tradycje państwa rzymskiego zawsze miały przemożny wpływ na tok ich myśli i na ich politykę. Rzymska koncepcja państwowości zapewniła spoistość temu, tak zróżnicowanemu etnicznie Cesarstwu, a idea rzymskiego uniwersalizmu określiła jego miejsce w otaczającym świecie.

Rzymska koncepcja państwowości to to, co dziś nazywamy ideą zjednoczonej Europy, a rzymski uniwersalizm to po prostu dzisiejsze multi-kulti. I jedno i drugie determinuje sposób myślenia po obu stronach współczesnej barykady, czyli po stronie Zachodu i po stronie Wschodu.

Bizancjum, jako spadkobierca Cesarstwa Rzymskiego, dąży do tego, aby stać się jedynym cesarstwem chrześcijańskiego świata; stąd rości sobie pretensje do posiadania tych wszystkich ziem, które należały kiedyś do Orbis Romanus a następnie utworzyły składowe części chrześcijańskiej ekumeny.

Osią – wokół której obracała się polityka Cesarstwa we wczesnej epoce bizantyjskiej – była walka o bezpośrednie panowanie nad Orbis Romanus, a w następnych stuleciach – walka o odzyskanie utraconej supremacji.

Spadkobiercą Bizancjum jest Rosja, która w pełni przejęła ideologię i cele polityczne Bizancjum, tyle że realizuje je inną metodą niż Zachód.

Kryzys III w. oznaczał koniec kultury antycznej, która była na wskroś kulturą miejską. Innym powszechnym objawem był stały wzrost latyfundiów. Na całym terytorium Cesarstwa rozwój wielkich majątków ziemskich odbywał się kosztem drobnej własności oraz domen państwowych.

W jaki jednak sposób dochodziło do powstawania tych wielkich majątków? O tym pisał Kautsky:

„Mówiliśmy już o tym, że przejście Germanów do wyższego, niż ich pierwotny, sposobu produkcji, do rozwiniętego rolnictwa i rzemiosła miejskiego, uczyniło koniecznym rozwój odpowiadającego tej produkcji ustroju państwowego. Ale owo przejście dokonywało się za szybko, zwłaszcza w krajach romańskich, jak Włochy, Hiszpania i Galia, gdzie Germanowie zastali produkcję tę już gotową i mocno zakorzenioną u ludności tubylczej, tak że niepodobieństwem było dla nich rozwinąć nowe organy państwowe z samorodnej germańskiej formy ustroju. Funkcje państwowe przypadały teraz w udziale prawie wyłącznie kościołowi, który już w rozpadającym się cesarstwie wyrobił się na organizację polityczną jednoczącą ustrój państwowy. Kościół uczynił przywódcę Germanów, demokratycznego przełożonego ludu, wodza wojsk – monarchą; ale wraz z władzą panującego nad ludem, wzrosła i władza kościoła nad panującym. Stał się on w ręku kościoła kukłą, a kościół z nauczyciela – panem.

Średniowieczny kościół był w samej swej istocie organizacją polityczną. Dokąd on sięgał, dotąd sięgała władza państwa. Założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim przez jego panującego oznaczało nie tylko to, że wzmagano w ten sposób środki nauczania pogan wszelakich artykułów wiary oraz modlitw: dla osiągnięcia tylko tego celu ani Karol Wielki nie byłby rujnował frankońskich chłopów i wymordowywał tysięcy Sasów, ani też ci ostatni, tolerancyjni w rzeczach wiary, jak przeważnie poganie, nie byliby stawiali uporczywego oporu chrześcijaństwu przez lat dziesiątki aż do ostatecznego wyczerpania. Ale założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim oznaczało rozciągnięcie na ten kraj rzymskiego sposobu produkcji i wcielenie kraju do tego państwa, które biskupstwo to zakładało.”

A więc chrześcijaństwo, które dotarło do Polski drogą okrężną przez Czechy, było instrumentem do przyłączenia tych ziem do Cesarstwa Niemieckiego. W ten sposób Kościół posuwał się na wschód i tam zakładał przyczółki w postaci takich biskupstw. A więc powstawały one na ziemiach polskich i były wcielane do Cesarstwa. Może właśnie dlatego tak trudno, w zgodzie z obowiązującą narracją, ustalić przodków Piastów, bo mogłoby się okazać, że to… Niemcy, a ziemie polskie w tamtym czasie to część cesarstwa Niemieckiego.

Tak więc po upadku zachodniej części Imperium Rzymskiego funkcję organizacji państwowej na tym terenie przejął Kościół. W części wschodniej, w Bizancjum, państwo dominowało nad Kościołem. To była fundamentalna różnica, ale niewidoczna na zewnątrz. By konflikt pomiędzy obu częściami byłego Imperium stał się bardziej czytelny, doszło w 1054 roku do wielkiej schizmy wschodniej.

x

W blogu Krzyżowcy cytowałem izraelskiego analityka, który mówił:

„Nie jest ważne, że niektóre państwa UE nie są katolickie. Dla UE nie jest ważne czy ma do czynienia z kościołem grecko-katolickim, katolickim, protestanckim czy prawosławnym. Najważniejsze jest, by skupić wokół siebie tylko chrześcijańskie państwa. I dlatego UE to blok religijny, a NATO wydaje się być niczym innym tylko wojskiem rycerzy krzyżowców. Ja nie żartuję, mówię jak najbardziej poważnie. Przyjmowanie nowych członków w swe struktury wydaje się być krucjatą Świętego Rzymskiego imperium, której celem jest podporządkowanie sobie imperium Bizantyjskiego. Jeśli przyjrzeć się bliżej wszystkim głównodowodzącym wojsk europejskich i wszystkim sekretarzom generalnym NATO, to oni wszyscy, bez wyjątku, są rycerzami krzyżowymi. I dlatego UE jawi się jako blok religijny Świętego Rzymskiego Imperium, którego celem jest odtworzenie wielkiego katolickiego imperium. Sworzniem religijnym UE jest Watykan. Stolicą Kościoła katolickiego jest Watykan, który mieści się w granicach Rzymu. I tak mamy do czynienia z krucjatą Watykanu i UE z pomocą swojej armii krzyżowców, czyli NATO. Wszyscy mianowani oficerowie i generałowie są kawalerami mieczowymi, krzyżowcami. Są tam różne reguły i zakony, ale wszyscy są krzyżowcami.”

Zapomniał jednak dodać, że Rosja ma dokładnie ten sam cel, a jest nim podporządkowanie sobie całego chrześcijaństwa. I jeszcze raz cytowany wcześniej fragment:

„Bizancjum, jako spadkobierca Cesarstwa Rzymskiego, dąży do tego, aby stać się jedynym cesarstwem chrześcijańskiego świata; stąd rości sobie pretensje do posiadania tych wszystkich ziem, które należały kiedyś do Orbis Romanus a następnie utworzyły składowe części chrześcijańskiej ekumeny.”

Mamy więc taką sytuację, że obie przeciwstawne i walczące ze sobą strony mają ten sam cel. Różnica polega na tym, że Rosja realizuje go środkami religijnymi czy misyjnymi: na zdobytym terenie buduje cerkwie i osiedla prawosławnych. O tym w blogu Czyja religia, tego władza.

x

Autor w cytowanym dziele pisał:

„Dla zapewnienia możliwie jak najbardziej skutecznego zarządu państwem, którego granice były tak bardzo rozległe, dokonano podziału terytorium Cesarstwa i władzy cesarskiej. Zapożyczając instytucję współrządów, znaną już poprzednio. Dioklecjan stworzył czteroosobowe kolegium składające się z dwóch augustów i dwóch cezarów. Jeden z augustów panował nad wschodnią częścią Cesarstwa, drugi nad zachodnią; dobierali oni sobie współrządców, którzy nosili tytuły cezarów.”

Jak wynika z tego cytatu, podział Imperium Rzymskiego nastąpił w wyniku decyzji administracyjnej: dokonano podziału terytorium Cesarstwa i władzy cesarskiej. Ale kto tego dokonał? Mamy tu formę bezosobową. Czy zatem nieznani przełożeni? Podział był początkiem rozpadu. A jak doszło do połączenia tych tak różnych bytów jak Hellenowie i Latynowie?

Europa to dwie różne części. Zachodnia – półwysep, w dużym stopniu górzysty, rozwój w oparciu o miasta; wschodnia – wielki, płaski obszar, dogodny do powstawania rozległych latyfundiów, rozwój w oparciu o rolnictwo. Na styku tych dwóch, tak różnych światów, znajduje się strefa przejściowa, obszar, na którym często dochodzi do kolizji tych dwóch części Europy. Tę strefę o zmiennych granicach nazywa się często Polską. Czy w takich warunkach może powstać normalne państwo, czy raczej jego karykatura?

Europa

Europa to kontynent, a raczej część kontynentu zwanego Eurazją. Czym jednak zasłużyła sobie ona na bycie osobnym kontynentem? Zapewne mało kto zastanawia się nad tym, na czym polega jej specyfika. Warto może więc przybliżyć sobie jej historię i to, co stanowi o jej wyjątkowości. Może wtedy łatwiej będzie zrozumieć współczesny świat.

Wikipedia pisze:

Europa – część świata leżąca na półkuli północnej, na pograniczu półkuli wschodniej i zachodniej. Jest uznawana za kontynent albo za część świata tworzącą wraz z Azją kontynent Eurazję.

Nazwa Europy wywodzi się z greckiego słowa Εὐρώπη (Europe) i zwykle poprzez łacińską formę Europa weszło do niemal wszystkich języków świata. Etymologia samego terminu Εὐρώπη jest niejasna: być może pochodzi ono od εὐρωπός (europos) – „łagodnie wznoszący się”, albo od asyryjskiego ereb, „zachód”. Inne teorie wywodzą pochodzenia nazwy od semickiego słowa oznaczającego „ciemny”. Używane jest też określenie Stary Kontynent.

Przebieg umownej granicy Europy z Azją na wschodzie i południowym wschodzie wzbudza kontrowersje. Kwestia ta jest różnie rozstrzygana w nauce poszczególnych krajów, a najwięcej rozbieżności w tej sprawie występuje w nauce anglosaskiej.

Zdjęcie satelitarne; źródło: Wikipedia.

Zwykle przyjmuje się, że Europa rozciąga się od Oceanu Atlantyckiego na zachodzie do gór Ural na wschodzie oraz od Oceanu Arktycznego na północy do Morza Śródziemnego, Morza Czarnego i gór Kaukaz na południu (Kaukaz w niektórych interpretacjach jest zaliczany do Europy, a w niektórych nie).

x

Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga (1929-38) pisze:

Nazwa, położenie i granice.

Nazwa Europa pochodzi zapewne z asyryjskiego (irib lub ereb = zachód) i została za pośrednictwem Fenicjan przyjęta w obecnym brzmieniu przez Greków. Europa jest największym półwyspem Azji, z którą zrasta się na całej granicy wschodniej. Niemniej specjalne stanowisko Europy w historii cywilizacji i w ogóle ludzkości usprawiedliwia w pełni jej samodzielność jako części ziemi. Stanowisko to uzyskała Europa dzięki znakomitym warunkom geograficznym, na które składa się środkowe położenie na półkuli lądowej, w stosunku do wszystkich lądów, wobec równika i bieguna oraz wobec krain o najstarszej cywilizacji, dalej znakomite rozwinięcie wybrzeży i ukształtowanie pionowe, dogodny klimat, obfitość bogactw mineralnych, dobre warunki dla rozwoju życia zwierząt i roślin oraz korzystne rozmieszczenie rzek i dogodne warunki komunikacyjne.

Północne i zachodnie granice Europy są oceaniczne, podobnie jak i południowe, z tą tylko różnicą, że tutaj oddzielają ją od sąsiednich lądów w 4 miejscach tylko wąskie cieśniny. Naturalną wschodnią granicę Europy tworzy łańcuch Uralu, a dalej ku południowi rzeka Ural i góry Kaukazu. Natomiast granica polityczna nie pokrywa się w całości z tą granicą. (…) W ogólności ląd Europy zwęża się wydatnie ku zachodowi, a po odcięciu półwyspów jest podobny do trójkąta prostokątnego, którego wierzchołki są oparte o zatokę Biskajską na zachodzie, morze Karyjskie na północy i morze Kaspijskie na południu.

Historia

Europa była zaludniona we wczesnej już epoce; z jej krańca północnego wyszła germańska grupa Indoeuropejczyków i wyparła ludy innego pochodzenia, których pokrewieństwo i związki są wątpliwe. Dzieje Europy, po których pozostała tradycja piśmienna i wytwory wyższej kultury, rozpoczęły się na półwyspie bałkańskim i wyspach morza Egejskiego. Ich twórcami są indoeuropejscy Hellenowie czyli Grecy, którzy w trzecim tysiącleciu prz. Chr. wdarli się na półwysep Frygo-Traków i pomieszawszy się z niearyjskimi mieszkańcami Mniejszej Azji, stopniowo ich wchłonęli.

Tymczasem w Italii zjawili się Latynowie, którzy objąwszy spuściznę po niearyjskich poprzednikach (Iberach, Liguryjczykach, Illyryjczykach, Etruskach), zdobyli do roku 266 prz. Chr. cały kraj. Państwo rzymskie, rozszerzając się na Azję i Afrykę, zapłodnione kulturą grecką, przedstawia wykwit cywilizacji śródziemnomorskiej.

W okresie wędrówki ludów wtargnęły do państwa rzymskiego liczne szczepy germańskie (Gotowie, Wandalowie, Langobardowie, Frankowie), przyjęły język łaciński i zmieszały się z ludnością tubylczą. Z mieszaniny tej powstawały od wieku VIII. ludy romańskie, które zróżnicowały się później pod względem językowym, politycznym i kulturalnym (Włochy, Hiszpano-Portugalia, Francja, Rumunia). Na kresach państwa rzymskiego i na niezajętych przez nie terytoriach środkowej i północnej Europy, poczęły się tworzyć germańskie i słowiańskie państwa plemienne z chwilą, gdy wędrówka ustąpiła miejsca osiedleniu się. Tak powstawały państwa niezromanizowanych Franków, Alemanów, Bawarów, Sasów, Turyngów, w Wielkiej Brytanii Anglo-sasów; spośród wielu plemion słowiańskich tworzą państwo Polacy i Czesi, na północy germańscy Norwegowie, Duńczycy i Szwedzi. Wszystkie te ludy zawdzięczają swoją wspólność kulturową religii katolickiej i cywilizacji rzymskiej, podczas gdy Rusini i znaczna część południowych Słowian przyjmuje wiarę i cywilizację z Bizancjum. Właściwa Europa średniowieczna zamyka się w ramach religijno-kulturalnych Zachodu. Dzięki organizacji kościelnej stało się możliwe wskrzeszenie cesarstwa rzymskiego przez Karola W., a po rozpadnięciu się jego państwa przez Ottona I.

Nowego ducha wniosło w ludy europejskie Odrodzenie i humanizm, które przyspieszyły tworzenie się typu nowoczesnego Europejczyka, z jego strukturą duchową, opartą na wspólnym wykształceniu klasycznym, religii chrześcijańskiej i poczuciu narodowym. W dziedzinie państwowej występuje od XV wieku dążność do prowadzenia polityki mocarstwowej. Trzeci czynnik rozwoju to Reformacja, stanowiąca germańskie ujęcie chrześcijaństwa, która rozbiła jednolitość religijną zachodniej i środkowej Europy i zmusiła kościół katolicki do wewnętrznej reformy na soborze trydenckim. – Równocześnie ulega zmianie stanowisko Europy, dzięki odkryciu Ameryki i drogi morskiej do Indii. Europa przestała być dla swoich mieszkańców punktem centralnym świata, aczkolwiek, przez założenie szeregu kolonii i supremację nad Nowym Światem, wzmocniło się jej przodownictwo polityczne, a Europejczycy stali się rasą panującą. Z czasem powstają nowe ośrodki polityczne i gospodarcze, a deklaracja niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej uwidoczniła w całej pełni fakt, że poza Europą istnieje organizm państwowy o ludności przeważnie indoeuropejskiej i równorzędnych zasobach duchowych. Mimo ekspansji politycznej i gospodarczego podboju świata przez Europejczyków, zwłaszcza Anglików i Francuzów, zjawisko to występuje coraz silniej, a wojna światowa przyniosła definitywne zepchnięcie Europy z jej dominującego miejsca na kuli ziemskiej. U wszystkich ludów rozbudziło się dążenie do samodzielności (dominia brytyjskie, Islam, Chiny), tak, że zrzucenie opieki i protektoratu Europy wydaje się kwestią czasu.

Losy państwowe Europy od XV wieku kierowane były zaznaczonymi wyżej czynnikami. Istotną zmianą jest wciągnięcie w obręb kultury europejskiej bizantyńskiego Wschodu spadkobierczyni cesarzy bizantyńskich, Turcji, z podlegającymi jej ludami chrześcijańskimi, od 1700 zaś Rosji. Polityka światowa wielkich państw XIX wieku stanowi dalszy ciąg walki o stanowisko mocarstwowe XVII. i XVIII. wieku, prowadzonej przy użyciu wszystkich nowych zdobyczy politycznych, gospodarczych i technicznych. Wojna światowa, będąca starciem kilku imperialistów europejskich, stanowi z tego punktu widzenia, mimo udziału innych części świata, wytwór rozwoju dziejowego Europy.

x

Inaczej trochę rozkłada akcenty Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-70):

Nazwa Europa występuje po raz pierwszy u Homera i Hezjoda; wywodzi się ją zazwyczaj z fenickiego ereph „ciemny”, część filologów opowiada się jednak za greckim pochodzeniem tego wyrazu, uwiecznionego w mitologii. W starożytności kontynent europejski nie tworzył całości gospodarczej ani kulturalnej. Południowa Europa wraz z północną Afryką i południowo-zachodnią Azją tworzyłą ściśle powiązany pod względem gospodarczym i kulturalnym świat śródziemnomorski, który stanowił również jedność polityczną w ramach imperium rzymskiego. Europa północna natomiast stanowiła domenę tzw. barbarzyńskich ludów Celtów, Germanów i Słowian.

Pierwszym krokiem do politycznego i kulturalnego połączenia Europy były podboje rzymskie w I-II w.n.e. w zachodniej i i północno-zachodniej Europie; ekspansja rzymska na północ, a później wędrówki ludów germańskich i słowiańskich w V-VII w.n.e. wytworzyły nowe stosunki etniczne, które mogły przyczynić się do powstania jedności kulturowej i gospodarczej całego kontynentu. Przeszkodził temu jednak upadek cesarstwa rzymskiego i postępująca chrystianizacja. Nastąpił rozkład jedności gospodarczo-kulturalnej świata śródziemnomorskiego w części południowej (Afryka) i południowo-wschodniej (pd.-zach. Azja) opanowanego (od VII w.) przez islam. Rozwój stosunków feudalnych w VI-X wieku postępował nierównomiernie, najwcześniej jednak rozwinął się w zachodniej Europie (VIII-X w.). Ideologiczną nadbudową feudalizmu stał się kościół, który w X wieku objął swymi wpływami niemal cały kontynent europejski. W ciągu VI-X wieków zaznaczył się podział na wschodnio-europejską cywilizację bizantyjską (stanowiącą kontynuację dawnej kultury hellenistycznej), która objęła swymi wpływami Półwysep Bałkański, Ruś i Azję Mniejszą, oraz zachodnią cywilizację łacińską obejmującą swym zasięgiem zachodnią, północno-zachodnią i środkową Europę (Czechy, Polskę, Węgry, kraje skandynawskie). Mimo rozbicia politycznego Europy cywilizacja zachodnia oparłą się falom najazdów arabskich, normańskich, turskich VIII-IX wiek. Jedność kulturowa i i gospodarcza świata bizantyńskiego znalazła wyraz w ramach cesarstwa bizantyńskiego (dawniej wsch.rzym.) i utrzymała się aż do upadku jego potęgi w czasie krucjat. Próbę politycznego zjednoczenia zach. Europy podjęli, w oparciu o papiestwo, królowie Franków, wskrzeszając w 800 zachodnie cesarstwo rzymskie; państwo Franków okazało się jednak nietrwałe. Również wysiłki królów niemieckich (od 962 uwieńczonych koroną cesarską) zmierzające do uzależnienia innych państw chrześcijańskich, nie doprowadziły do jedności politycznej Europy. Rozbicie Europy pogłębiło się w okresie rywalizacji cesarstwa i papiestwa (Grzegorz VII, cezaropapizm) w XI-XIV wieku mimo dążeń Grzegorza VII do narzucenia politycznego zwierzchnictwa kościoła całej Europie. Autorytet papieski został zachwiany po oderwaniu się w 1054 kościoła greckiego. Poważną przeszkodą dla uniwersalistycznych dążeń papiestwa było również tworzenie się silnych państw scentralizowanych (monarchia Kapetyngów), które usiłowały podporządkować sobie papiestwo. Uniwersalistyczne dążenia papiestwa znalazły m.in. ujście w organizowanych 1096-1291 krucjatach, początkowo w Europie (Płw. Pirenejski, kraje nadbałtyckie), później w Syrii i Palestynie. Krucjaty i wyprawy odkrywcze XIII wieku zapoznały Europę z kulturami Wschodu. Wpłynęło to na ożywienie stosunków gospodarczych i handlowych obejmujących dwa konglomeraty gospodarcze: kraje śródziemnomorskie, z przewagą handlową miast włoskich (Wenecja i Genua) oraz kraje nad Bałtykiem i Morzem Północnym, z przewagą niemieckich miast hanzeatyckich. Obydwa te rejony gospodarcze powiązane były siecią dróg lądowych, a od XIV wieku również szlaków morskich przez Atlantyk. Głównymi ośrodkami handlu północnej i południowej Europy stały się początkowo targi szampańskie (XII-XIII w.), a później Brugia i Antwerpia.

Od XVI wieku cywilizacja europejska oddziaływała silnie na sąsiadujące kontynenty dzięki nowym zdobyczom techniki i rozwojowi kultury humanistycznej; rozkwit nauki w okresie renesansu sprzyjał sukcesywnemu eliminowaniu światopoglądu religijnego. W XVI wieku nastąpił dalszy rozłam światopoglądowy i polityczny Europy wskutek reformacji i wojen religijnych. Nawet wspólne niebezpieczeństwo grożące ze strony Turków, których ekspansja od XVI wieku na kontynencie europejskim nie skończyła się z upadkiem cesarstwa bizantyńskiego (1453), nie wpłynęło, mimo wysiłków kościoła, na polityczne zespolenie Europy. Bizantyńskie dziedzictwo kulturowe przejęła w dużej mierze Rosja wyzwolona spod trwającego od XIII wieku jarzma tatarskiego.

Odkrycia geograficzne w XV-XVI wieku doprowadziły do konfrontacji cywilizacji europejskiej z pozaeuropejską. Ekspansja kolonialna Europy spowodowała zniszczenie kwitnących kultur Ameryki Środkowej i Południowej oraz wyludnienie i degradację gospodarczą Afryki, zahamowanie rozwoju Indii i Indonezji. Odkrycia i zdobycze nie pozostały bez wpływu na gospodarczy rozwój Europy. Grabież kolonialna przyspieszyła pierwotną akumulację kapitału, dostarczyła kruszców szlachetnych i surowców, umożliwiając szybki rozwój przemysłu manufakturowego i przechodzenie do kapitalistycznych form produkcji. W ciągu XVI/XVII wieku władzę w najbardziej rozwiniętych gospodarczo krajach zdobyła burżuazja, najpierw w Holandii (1579), następnie Anglii (1648) i Francji (1789). Zapoczątkowało to rywalizację państw europejskich w walce o kolonie. Na macierzystym kontynencie rywalizacja ta wiązała się z ekonomicznymi teoriami merkantylizmu. Wojny religijne w XVI i 1 poł. XVII wieku doprowadziły do ujednolicenia wyznaniowego wewnątrz poszczególnych państw. Państwa te, wzmocnione organizacyjnie przez ustrój absolutystyczny, toczyły walkę o hegemonię w Europie. Po okresie przewagi hiszpańskiej w XVI wieku przyszedł w XVII wieku okres hegemonii francuskiej, która zakończyła się w XVIII wieku. Nastąpił okres tzw. „równowagi europejskiej” utrwalonej wskutek licznych wojen (między Francją, Austrią, Prusami, Anglią i Rosją), które nie dały żadnej ze stron bezwzględnego zwycięstwa. Równowagę tę zakłóciły dopiero rozbiory Polski i Turcji europejskiej, stwarzając w końcu XVIII wieku nową sytuację polityczną. Ofensywa laickiej myśli Oświecenia, rozwój nauki przyczyniły się do spopularyzowania w Europie idei wolnościowych i emancypacyjnych. Znalazły one ujście w Wielkiej Rewolucji Francuskiej, która wstrząsnęła systemem społecznym i politycznym całej ówczesnej Europy.

Wielka Rewolucja Francuska zburzyła stan równowagi między mocarstwami, wzbudziła na całym kontynencie dążenia stanów uprzywilejowanych do wolności i równości, otworzyła perspektywy zbliżenia i zbratania narodów. W schyłkowym okresie Rewolucji ekspansja Francji w Niderlandach, Niemczech i Włoszech – z wojny o zachowanie zdobyczy rewolucji przekształciła się w wojnę zaborczą. Napoleon I zaś wykorzystał przewagę armii stworzonej przez Rewolucję dla nowej próby zbudowania monarchii europejskiej. Dążenia te zostały unicestwione w latach 1812-14 przez Anglię i Rosję, jak również przez narody hiszpański i niemiecki opierające się francuskiemu najazdowi. Wojny napoleońskie miały jednak doniosłe znaczenie dla późniejszych dziejów Europy., spopularyzowały idee Wielkiej Rewolucji Francuskiej na kontynencie europejskim, przenosząc wiele jej zdobyczy do krajów podbitych przez Napoleona. W 1815 roku Kongres Wiedeński przywrócił większość strąconych dynastii, a na straży uznanej na nowo zasady legitymizmu postawił związek monarchów, tzw. Święte Przymierze. Trwałe porozumienie wszystkich państw europejskich nie zostało zrealizowane, w praktyce jednak w ciągu XIX wieku o wszystkich ważniejszych sprawach kontynentu decydował tzw. koncert, tj. porozumienie pięciu głównych mocarstw: Rosji, Prus (od 1871 – Niemiec), Austrii (od 1867 – Austro-Węgier), Francji i Anglii.

W 1859-70 do koncertu 5 mocarstw dołączyły się również zjednoczone Włochy. W interesie ustroju monarchicznego i klas posiadających koncert mocarstw przeciwdziałał w Europie ruchom rewolucyjnym i dążeniom narodowo-wyzwoleńczym, starając się równocześnie nie dopuszczać do nadmiernego wzrostu sił żadnego z uczestników.

Punkt szczytowy gospodarczej i politycznej przewagi Europy nad resztą świata przypadł na przełom XIX i XX wieku. W owym czasie cały niemal obszar Afryki i Azji, z wyjątkiem Chin, Persji i Turcji był już podzielony między mocarstwa kolonialne. Rozwój komunikacji oraz międzynarodowego handlu i kredytu służył gospodarczemu scaleniu świata uzależnionego od giełd zachodniej Europy. Niemcy, zjednoczone od 1871, osiągnęły względną przewagę w koncercie europejskim głównie wskutek długotrwałego okresu pokojowej stabilizacji. W dobie wolnokonkurencyjnego kapitalizmu rozszerzał się reż z wolna w Europie zasięg swobód politycznych. Ostatki systemu feudalnego wraz z poddaństwem chłopów i pańszczyzną uległy likwidacji w środkowej i wschodniej Europie między 1807 a 1866. Kraje demokracji parlamentarnej (Anglia, Francja) obniżały stopniowo cenzus wyborczy. Przeważający na kontynencie system monarchii konstytucyjnych zapewniał burżuazji (poza Rosją) udział we władzy piastowanej jeszcze w zasadzie przez wielką własność ziemską. Rosnąca liczebnie, coraz bardziej uświadomiona i lepiej zorganizowana klasa robotnicza zdobywała stopniowo lepsze warunki pracy i płacy, zmuszając rządy burżuazyjne do rozszerzania ustawodawstwa społecznego (np. Anglia, Niemcy, Austro-Węgry). Część ludności europejskiej emigrowała w tym czasie do innych części świata (ok. 30 mln w 1830-1914 do Stanów Zjednoczonych, ok. 7,5 mln w 1801-1914 z europejskiej Rosji na Syberię). Szybko wzrastał dobrobyt klas posiadających, ugruntowany w znacznej mierze na eksploatacji kolonii; miały w nim swój udział także górne warstwy klas pracujących.

Pierwsze symptomy kryzysu światowej hegemonii Europy ujawniły się już przed 1914, wraz z wkroczeniem kapitalizmu w nowe imperialistyczne stadium. Przechodzenie większości mocarstw do systemu protekcji celnej, zaostrzająca się walka o surowce i rynki zbytu rodziła konflikty polityczne; początkowo między Anglią i Francją, a od schyłku XIX wieku między Anglią a Niemcami. Dążeniom Niemiec do ściślejszego uzależnienia od siebie „Mitteleuropy”, a w przyszłości również krajów Bliskiego Wschodu (plany ekspansji związane z linią kolejową Berlin-Bagdad) opierały się inne mocarstwa. Trójprzymierzu zmontowanemu przez Bismarcka 1879-82 (Niemcy, Austro-Węgry, Włochy) przeciwstawiło się ukształtowane 1904–07 trójporozumienie Anglii, Francji i Rosji. Dwa rywalizujące bloki forsownie zbroiły się, przygotowując do wojny. W tymże czasie dwa nowe mocarstwa pozaeuropejskie: Stany Zjednoczone (od 1898) i Japonia (od 1904) weszły w roli równorzędnych partnerów na arenę polityki światowej. Początek emancypacji „białych” dominiów Wielkiej Brytanii (Kanada 1867, Australia 1900, Afryka Południowa 1910) świadczył także o słabnięciu zależności niektórych krajów zamorskich od Europy.

I wojna światowa (1914-18) zburzyła system równowagi politycznej utrzymywany w Europie od stu lat. Rozpadła się monarchia austro-węgierska, w środkowej i południowo-wschodniej Europie powstały nowe państwa lub odzyskały niepodległość, Niemcy stały się republiką; w wyniku rewolucji październikowej w Rosji 1917 powstało pierwsze w świecie państwo socjalistyczne. Traktaty pokojowe 1919-20 utrwaliły nową strukturę terytorialną Europy. Aby zapobiec na przyszłość konfliktom wojennym, utworzono 1919 Ligę Narodów, która w praktyce służyła jednak przede wszystkim do utrzymania politycznej hegemonii Wielkiej Brytanii i Francji.

x

Co zatem decydowało – poza tym, że Europa jest położona w centralnej części półkuli lądowej i w równej odległości od równika i bieguna – o jej wyjątkowości? Chyba jej na poły wyspiarski kształt. Półwyspami są też, w jej obrębie, Półwysep Iberyjski, Włochy i Skandynawia. W praktyce więc Europa, w sensie cywilizacyjnym, kończy się tam, gdzie zaczyna się jej kontynentalny charakter. Tą granicą jest linia biegnąca wzdłuż granicy wschodniej Niemiec z 1937 roku; dalej na południu obejmuje ona Czechy, Węgry i skręca na południowy zachód do Triestu nad Adriatykiem.

Takie warunki wymuszały niejako rozwój kontynentu oparty o handel morski i lądowy, który był możliwy ze względu na stosunkowo jego niewielki obszar. Z tym wiązał się również rozwój miast, który był konsekwencją powstania wielu niedługich szlaków handlowych. I to było też cechą charakterystyczną rzymskiego imperium w jego części zachodniej. Z kolei jego część wschodnia była bardziej kontynentalna, rozległa, co sprzyjało bardziej rozwojowi opartemu o wielką własność ziemską. Efektem tego było to, że Europa zachodnia rozwijała się szybciej, bo rozwój miast i handlu stymulował nie tylko wymianę towarów, ale również sprzyjał intensywniejszym kontaktom międzyludzkim, co z kolei powodowało rozwój nauki, kultury, sztuki i wszelkiego rodzaju idei i myśli. Jednym słowem Europa zachodnia to dynamika, a wschodnia – statyka.

Idea zjednoczonej Europy, to idea stara, bo sięgająca czasów rzymskich, gdy była częścią tego imperium. Próbę wskrzeszania tej idei podjął Karol Wielki. Po nim, jak niektórzy twierdzą, próbę tę podejmowali Napoleon i Hitler. Trudno jednak się z tym zgodzić, bo obaj zaatakowali Rosję, która nie ma nic wspólnego z Europą zachodnią w sensie cywilizacyjnym i kulturowym. Próba włączenia Rosji do Europy, to próba łączenia wody z ogniem. Czy Imperium Rzymskie rozpadło się na część zachodnią i wschodnią m.in. dlatego, że były to zupełnie dwa odmienne organizmy gospodarcze w obrębie jednego państwa? Jeśli zatem ma dojść do ziszczenia się idei zjednoczonej Europy, to musi to być zjednoczenie państw zachodniej Europy, która kiedyś byłą częścią Imperium Rzymskiego. A to oznacza, że cała Europa wschodnia musi być wyłączona z tego procesu. Po co więc było jej przyłączenie? Może po to, by Niemcy mogły odebrać swoje wschodnie ziemie. Ale jak to zrobić bez wojny? Raczej trudno. Włączenie Polski do unii i NATO dało pretekst Ukrainie do wysunięcia podobnych żądań, które nie byłyby możliwe, gdyby Polska nie była w tych organizacjach. Wojna skończy się prawdopodobnie tym, że Niemcy odbiorą to, co ich; reszta Polski połączy się z zachodnią Ukrainą i tym samym Polska, i pewnie cała Europa wschodnia, zostanie wypchnięta z unii. A wojna z Rosją, jak często, służy temu, by w Europie dokonywano rewolucyjnych zmian, których bez tej wojny nie dałoby się przeprowadzić.

Europa, dzięki koloniom, zdominowała świat. To prawda, że Europejczycy korzystali z dorobku starszych cywilizacji, ale tylko oni potrafili ten dorobek wykorzystać, wzbogacić i rozpowszechnić na cały świat. Czy zatem można dziś powiedzieć, że Europa została zdominowana przez Nowy Świat, który stworzyła, czy może raczej ten Świat jest nadal narzędziem w jej ręku? Nie można jednak zapominać o tym, kto tak naprawdę rządził w Rzymie a później tworzył tę kolonialną Europę.

Natura władzy

W książce Podróże do wielu odległych narodów świata – Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982 – Jonathan Swift opisuje w pewnym momencie swój pobyt na Wyspie Czarowników. Zawarte tam uwagi odnoszą się m.in. do natury władzy. Warto więc, jak sądzę, zapoznać się z nimi.

W posłowiu Juliusz Kydryński m.in. pisze:

„Nie znam drugiej książki, która w podobnie bezlitosny sposób rozprawiałaby się z całą ludzkością, z samą jej naturą i wszystkimi stworzonymi przez nią instytucjami. (…)

I dziwne, że dopiero w 1976 r., a więc w dwieście pięćdziesiąt lat od chwili ukazania się pierwszego wydania Podróży, Collin McKelvie z uniwersytetu w Dublinie podjął się wydania arcydzieła Swifta, uwzględniającego pełną korektę autorską. Wydanie to, opublikowane przez Appletree Press Ltd. w Belfaście, stało się rewelacją nawet dla czytelnika angielskiego. Otóż autor obecnego polskiego przekładu Podróży dysponował także tym wydaniem. Czytelnik polski otrzymuje zatem po raz pierwszy pełny i najbardziej autentyczny tekst Podróży Gulivera. Przekład Macieja Słomczyńskiego wypełnia dotkliwą i zawstydzającą lukę w naszej literaturze translatorskiej.”

x

Glubbdubdrib oznacza w najdokładniejszym tłumaczeniu, jakie umiem sporządzić, Wyspę Czarowników lub Magów. Jest mniej więcej trzykrotnie mniejsza niż wyspa Wight i niezwykle żyzna; a rządzi nią głowa pewnego plemienia składającego się wyłącznie z magów. (…)

Gubernator i jego rodzina obsługiwani są przez służbę domową dość osobliwego rodzaju. Dzięki swej zręczności w nekromancji ma on moc wywoływania kogo zechce spośród zmarłych i żądania od niego usług przez dwadzieścia cztery godziny, lecz nie dłużej; nie może także wywoływać tej samej osoby częściej niż raz na trzy miesiące, jeśli nie zajdą nadzwyczajne okoliczności. (…)

Zapragnąwszy ujrzeć tych starożytnych, których rozum i uczoność zyskały największa sławę, poświeciłem cały dzień na to przedsięwzięcie. Wyraziłem życzenie, aby Homer i Arystoteles pojawili się na czele wszystkich swych komentatorów; (…)

Spędziłem pięć dni na rozmowach z wielu innymi starożytnymi mędrcami. Widziałem też większość rzymskich cesarzy. Nakłoniłem Gubernatora do przywołania kucharzy Heliogabala, by przyrządzili nam obiad, lecz nie mogli okazać nazbyt wielu umiejętności, gdyż nie mieli z czego robić. Helota Agesilausa przyrządził nam garnek polewki spartańskiej, lecz nie byłem w stanie przełknąć nawet drugiej łyżki.

Sprawy osobiste zmuszały obu panów, którzy przywiedli mnie na wyspę, do opuszczenia jej po upływie następnych trzech dni. Spędziłem je na oglądaniu współczesnych zmarłych, którzy najbardziej wsławili się podczas ostatnich dwustu czy trzystu lat u nas lub w innych krajach europejskich; a będąc zagorzałym wielbicielem starych, dostojnych rodów, poprosiłem, aby Gubernator przywołał tuzin lub dwa tuziny królów wraz z ośmioma lub dziewięcioma pokoleniami ich przodków. Spotkało mnie bolesne i niespodziane rozczarowanie. Gdyż miast długiego orszaków diademów ujrzałem w pewnym rodzie dwóch skrzypków, trzech wymuskanych dworzan i włoskiego prałata; a w innych: cyrulika, opata i dwóch kardynałów. Mam nazbyt wiele uwielbienia do głów koronowanych, aby zatrzymywać się zbyt długo przy tak kruchym przedmiocie. Lecz jeśli mowa o hrabiach, markizach, książętach, lordach i im podobnych, nie miałem tylu skrupułów. I muszę wyznać, że nie bez zadowolenia odnajdywałem źródła pewnych rysów charakterystycznych dla niektórych rodów. Jasno mogłem stwierdzić, skąd wziął się w jednej rodzinie wydłużony podbródek i czemu druga tak obfitowała w łotrów podczas dwu pokoleń, a podczas dwu następnych – w głupców; czemu trzeci ród ma wodogłowie, a czwarty wydaje samych szalbierzy. Pojąłem wówczas, czemu Polydore Virgil1 powiada o pewnym wielkim domu: Nec vir fortis, nec faemina casta (Ani odważny mężczyzna, ani czysta kobieta – przyp. W.L.); a także czemu okrucieństwo, fałsz i tchórzostwo urosły jako cechy, którymi niektóre rody wyróżniają się podobnie jak tarczą herbową. Pojąłem, kto pierwszy wniósł francę w szlachetny dom, którą potomność kolejno dziedziczyła w postaci skrofulicznych wrzodów. A trudno było mi się dziwić temu wszystkiemu, widząc przecięcie linii dziedzictwa przez paziów, lokajów, służących, stangretów, kosterów, muzykantów, utracjuszy, żołdaków i rzezimieszków.

Obrzydła mi przy tym całkowicie historia nowożytna. Gdyż przebadawszy dokładnie wszystkie osobistości, które w ciągu ostatnich lat uzyskały największy rozgłos na dworach władców, odkryłem, że świat został gruntownie wprowadzony w błąd przez sprzedajnych pisarzy, którzy przypisali tchórzom największe czyny wojenne, głupcom najlepsze rady, pochlebcom prawość, rzymską cnotę zdrajcom ojczyzny, pobożność niewierzącym, skromność sodomitom, prawdomówność donosicielom. Pojąłem, jak wielu niewinnych i znakomitych ludzi zostało skazanych na śmierć lub wygnanie dzięki wpływowi ministrów na przekupnych sędziów; a także, jak wielu nicponiów wyniesionych zostało na najwyższe, najbardziej odpowiedzialne stanowiska, dające największą moc, godność i zysk; jak wielki udział w działaniach i wypadkach na dworach, w rodach i senatach mają rajfurzy, kurwy, stręczyciele, pieniacze i trefnisie. Jak niskiego mniemania nabrałem o ludzkim rozumie i uczciwości, gdy dowiedziałem się prawdy o sprężynach i przyczynach wielkich przedsięwzięć i przemian w świecie, a także o godnych wzgardy wydarzeniach, którym zawdzięczają one rozgłos.

Odkryłem przy tym łotrostwo i nieuctwo tych, którzy udają, że piszą anegdoty, czyli historie sekretne i z pomocą zatrutych pucharów wysyłają zastępy królów do grobu; odtwarzają rozmowę pomiędzy Królem i Pierwszym Ministrem, choć nie było przy niej żadnego świadka; mają klucz do otwierania umysłów i szaf ambasadorów i sekretarzy stanu; a także cierpią nieustannie, gdyż słowa ich pojęto opacznie. Odkryłem tam prawdziwe przyczyny wielu wydarzeń, które zdumiały świat, jak to kurwa może rządzić dzięki intrydze, jak intryga rządzi radą, a rada senatem. Pewien generał wyznał przede mną, że odniósł zwycięstwo jedynie dzięki tchórzostwu i nikczemnemu postępowaniu, a pewien admirał, że jedynie brak rozpoznania pomógł mu w rozbiciu nieprzyjaciela, któremu pragnął zaprzedać swą flotę. Trzej królowie oświadczyli mi, że w ciągu całego swego panowania nigdy nie obdarzyli urzędem człowieka zasłużonego, chyba że przez omyłkę lub dzięki podstępowi ministra, któremu powierzyli ów wybór; a nie uczyniliby tego także, gdyby dano im żyć ponownie; dowodzili przy tym z wielką mocą, że tron monarszy musiałby runąć nie podtrzymywany przez zepsucie, albowiem ów stanowczy, śmiały, niespokojny duch, jakim cnota umie natchnąć człowieka, jest wiekuistą przeszkodą w uszczęśliwianiu człowieka.

Ciekawość pchnęła mnie do dokładnego wypytywania o to, w jaki sposób tak wielu ludzi zdobyło wysokie godności i tytuły, a także ogromne majątki; ograniczyłem przy tym me pytania do niedawnych czasów, nie obstając jednak przy dniu dzisiejszym, gdyż nie chciałem urazić nawet cudzoziemców (a mam nadzieję, że nie muszę przekonywać Czytelnika, jakobym mówiąc o tych sprawach mógł choćby w najmniejszym stopniu mieć na myśli mój kraj rodzinny). Przywołano wielką liczbę ludzi, o których była mowa powyżej; i po wielce pobieżnym wybadaniu ich odsłonił mi się obraz tak haniebny, że nie mogę wspominać o nim bez przygnębienia. Wiarołomstwo, ucisk, przekupywanie świadków, oszustwo, stręczycielstwo i podobne słabostki znajdowały się pośród najbardziej godnych wybaczenia rzemiosł, o których wspomnieli, więc ze zrozumiałych względów wybaczyłem im to. Lecz gdy wyznali, że zawdzięczają swą wielkość lub bogactwo pederastii lub kazirodztwu, a inni – prostytuowaniu swych żon i córek; a jeszcze inni – zdradzie ojczyzny lub władcy; albo trucicielstwu połączonemu z przenicowaniem sprawiedliwości tak, aby skazano niewinnego; odkrycia te ostudziły me głębokie, wrodzone uwielbienie dla osób wysokiego stanu, co, mam nadzieję, zostanie mi wybaczone, choć winne one być traktowane przez nas, stojących niżej, z należytym ich wysokiej godności najgłębszym szacunkiem.

Często czytywałem o wielkich usługach oddawanych władcom i państwom, zapragnąłem więc ujrzeć ludzi, którzy owe usługi oddali. Gdy zapytałem o nich, odpowiedziano mi, że w żadnym ze spisów nie można ich odszukać, z wyjątkiem kilku osób, które historia ukazuje nam jako najdzikszych łotrów i zdrajców. Jeśli mowa o pozostałych, nie usłyszałem już o nich więcej. Ci pierwsi natomiast ukazali mi się wszyscy ze smutnym wejrzeniem i w najuboższych szatach. Większa ich część wyznała mi, że zmarli w nędzy i niesławie, a pozostali na szafocie lub szubienicy.

Wśród innych był tam jeden, którego dzieje wydawały mi się dość osobliwe. U boku jego stał młodzieniec liczący około osiemnastu lat. Wyznał mi, że przez wiele lat był dowódcą okrętu, a podczas bitwy morskiej pod Actium sprzyjający los pozwolił mu przebić się przez szyk nieprzyjacielski, zatopić trzy wielkie okręty wroga i pojmać czwarty, co stało się jedyną przyczyną ucieczki Antoniusza i wynikłego z niej zwycięstwa; a ów młodzieniec u jego boku, to jego jedyny syn, który zginął tam w boju. Dodał, że ufny w swe zasługi wyruszył po zakończeniu wojny do Rzymu, by prosić na dworze Augusta o przydzielenie mu większego okrętu, którego dowódca zginął. Nie bacząc jednak na jego zasługi okręt ów powierzono chłopcu, który nigdy dotąd nie widział morza, synowi wyzwoliciela, służącego jednej z kochanek królewskich. Po powrocie na własny okręt został oskarżony o zaniedbanie obowiązków i okręt ów powierzono ulubionemu paziowi Vice-Admirała Publicoli. Wówczas udał się na wieś, do ubogiej zagrody z dla od Rzymu i tam zakończył życie. Tak bardzo zaciekawiła mnie ta historia, że pragnąc poznać całą prawdę poprosiłem by wezwano Agrippę, który był admirałem podczas owej bitwy. Ukazał się on i potwierdził prawdziwość całego opowiadania, lecz z dodatkami zaszczytnymi dla kapitana, który przez skromność umniejszył lub przemilczał największą część swych zasług.

Zdziwił mnie obraz zepsucia rozrastającego się tak wysoko i tak szybko w owym cesarstwie, za sprawą tak próżno osiągniętego zbytku, co kazało mi osądzać z mniejszym zdumieniem podobne wydarzenia w innych krajach, gdzie występki wszelkiego rodzaju królowały znacznie dłużej, a cała sława wraz z łupami zagarniana była przez naczelnych wodzów, którzy, być może, mieli najmniejsze prawo do obu.

Ponieważ wszystkie wezwane osoby pojawiały się w takiej dokładnie postaci, w jakiej przebywały one na tym świecie, dało mi to przyczynę do melancholijnych rozmyślań nad tym, jak bardzo rodzaj ludzki zmarniał podczas ostatnich stu lat. Jak franca wraz z wszystkimi swymi następstwami i pod wszystkimi nazwami odmieniła każdy rys angielskiego oblicza, skróciła wzrost naszych ciał, stargała nam nerwy, doprowadziła do zwiotczenia ścięgna i mięśnie, pokryła ziemistą barwą lica i dała nam zjełczałe i obwisłe ciała.

W poniżeniu tym zapragnąłem, aby pojawili się przede wszystkim dawni wolni chłopi angielscy, tak sławni ongi z prostoty obyczajów, jadła i szat, z prawości postępowania, ducha prawdziwej wolności, męstwa i miłości do ojczyzny. Po porównaniu żywych z umarłymi nie mogłem ukryć wzruszenia na myśl, jak owe czyste, narodowe cnoty zostały za sztukę złota przełajdaczone przez ich wnuków, którzy sprzedając swe głosy i biorąc udział w oszustwach wyborczych, poznali wszystkie występki i całe zepsucie, jakiego można nauczyć się u dworu.

x

By to wszystko zrozumieć, wypada jeszcze przybliżyć epokę, w której żył Swift i osobę samego autora. W cytowanym na początku posłowiu jego autor m.in. pisze:

Przyznana w Anglii oficjalnie (za panowania królowej Anny, 1702-1714) wolność prasy przyczyniła się wprawdzie do rozwoju dziennikarstwa i publicystyki, posługującej się przeważnie pamfletem, wśród ludzi piszących świeżo jednak trwała pamięć represji, spotykających zresztą wciąż jeszcze co zuchwalszych autorów. Pamiętano, jak łatwo było narazić się na karę pręgierza (co przytrafiło się Danielowi Defoe), a nawet na obcięcie uszu i napiętnowanie (co za Karola II spotkało Williama Prynne). Nic więc dziwnego, że czcigodny dziekan katedry św. Patryka w Dublinie, Jonathan Swift, który sam wyznał Alexandrowi Pope, że pisze „to vex the world rather than divert it” („by raczej oburzać świat niż go bawić”), wolał swą znakomitą, a zagadkową książkę wydać anonimowo. I chociaż Podróże do wielu odległych narodów świata, przez Lemuela Gullivera, początkowo lekarza okrętowego, a następnie kapitana licznych okrętów stały się z miejsca wielkim sukcesem wydawniczym i czytali je wszyscy „od członków gabinetu do mieszkańców pokoju dziecinnego”, chociaż zacny abbé Desfontaines przełożył je niemal natychmiast na francuski (co prawda znacznie łagodząc oryginalny tekst), Swift wolał na razie pozostać tajemniczym „Richardem Sympsonem”, bo pod tym nazwiskiem nadesłał rękopis zdumionemu wydawcy. Nie znaczy to, żeby jego autorstwa nie rozszyfrowano i żeby pisarz nie stał się adresatem tyluż wyrazów uznania i zachwytu, ilu napaści i inwektyw. No cóż, sam ostatecznie chciał „oburzać”, co mu się w znacznej mierze udało.

Zagadkowość utworu Swifta, który obok wcześniejszego Robinsona Crusoe Defoe miał stać się najwybitniejszą powieścią angielskiego Oświecenia i jednym z największych osiągnięć literatury światowej, łączy się z tajemnicą psychiki jego twórcy. „Niełatwo pogodzić jego pogardę dla ludzkości z afektem, jakim darzył przyjaciół i jakim oni go darzyli, ani jego gorzką niechęć do kobiet z miłością, jaką wzbudził. Trudno też, biorąc pod uwagę jego życie, przyzwoite i nie obrażające panujących zasad obyczajowych, i jego prawdziwą, jeśli nawet formalną religijność, wyjaśnić napastliwość niektórych jego utworów. Zwykłe fizjologiczne zjawiska życia, napełniały go, jak się zdaje, niewytłumaczalnym przerażeniem. Wczesne lata ubóstwa pozostawiły na nim niezatarte piętno, stał się człowiekiem dumnym i zgorzkniałym. Gdyby się urodził w bogactwie i pochodził z dobrego rodu, zająłby zapewne przodujące, być może nawet decydujące stanowisko w zawiłym życiu politycznym swej epoki” (George Sampson).

Istotnie, życie polityczne epoki było zawiłe i skomplikowane, a nie mniej skomplikowane było życie samego Swifta. Pełne smutków i rozczarowań, stawiało go często wobec sytuacji przymusowych, w których przyrodzona wrażliwość młodego Jonathana była wystawiana na ciężkie próby. Anglik, urodzony w Irlandii, której początkowo nie znosił, stał się w późniejszym w życiu jej gorliwym patriotą. Satyryk i humorysta, okazał się chyba pierwszym na świecie przedstawicielem – jakbyśmy dziś powiedzieli – „czarnego” humoru, o czym świadczą – obok samych Podróży Gullivera – liczne jego wiersze i pamflety, a zwłaszcza makabryczna Skromna propozycja (A modest Proposal). Intelektualista i polityk, z pewnością powołany – jak słusznie twierdzi Sampson – do zajmowania najwybitniejszych stanowisk, z konieczności niemal wstępuje do stanu duchownego, a w nim dochodzi do godności dziekana dublińskiej katedry św. Patryka, co było zaszczytem wprawdzie, niemniej – właściwie wygnaniem. Życie towarzyskie, jakkolwiek bujne, uprawiał jednak raczej dorywczo, z okazji okresowych pobytów w Anglii, życie osobiste zaś, którego najciekawszą „dokumentacją” jest słynny Journal to Stella, pisany dla wieloletniej przyjaciółki i towarzyszki (którą być może poślubił, choć jest to nie wyjaśnioną do dziś tajemnicą), kryło jeszcze nie mniej tajemniczy i kłopotliwy epizod, związany z postacią młodziutkiej Hester Vanhomrigh, zwanej przez Swifta Vanessą. Świadectwem tego epizodu jest poemat Cadenus and Vanessa.

Na tle jego czasów życie Swifta nabiera szczególnego wyrazu. Gdy Jonathan rodzi się w Dublinie 30 listopada 1667 roku, ojciec jego nie żyje już od kilku miesięcy. Matka wraca do swych krewnych w Anglii, zostawiając syna na wychowaniu u ludzi obcych; w końcu chłopcem, pozbawionym obojga rodziców, zajmuje się najpierw stryj Godwin, a po jego śmierci znany polityk i eseista Sir William Temple (niektórzy twierdzą, że ojciec owego Temple’a był w istocie również prawdziwym ojcem Jonathana). Po latach nauki w szkole w Kilkenny i dublińskim Trinity College, Swift obejmuje w domu Temple’a (w Moor Park w pobliżu Londynu) stanowisko jakby sekretarza, rozczarowany jednak brakiem protekcji, jakiej oczekiwał, postanawia zostać duchownym. Ale pobyt w Moor Park przynosi mu niemałe korzyści i przeżycia. Bogata biblioteka Temple’a skłania go do poważniejszych studiów, ponadto w Moor Park poznaje Esther Johnson, naturalną córkę Temple’a, a swą późniejszą „Stellę” (bo dla niej właśnie będzie pisał po latach wspomniany Journal).

Jako duchowny Swift dwukrotnie otrzymuje prebendę w Irlandii, wraca jednak sporadycznie do Anglii, gdzie nawiązał liczne znajomości i przyjaźnie w kołach literackich i politycznych. Sam już spróbował swych sił jako człowiek pióra: pisywał ody w stylu Pindara (po których przeczytaniu jego kuzyn Dryden powiedział: „Kuzynie Swift, nigdy nie będziesz poetą”), napisał głośną Opowieść o beczce (Tale of a Tub), satyrę na „korupcję w religii i nauczaniu”, oraz Bitwę książek (The Battle of the Books), pamflet na temat sporu o wartości literatury starożytnej i nowoczesnej; powstałe w latach dziewięćdziesiątych XVII w., rzeczy te opublikowane zostały dopiero w r. 1704, także zresztą anonimowo.

Tymczasem w okresie restauracji Stuartów powstały w kraju dwa stronnictwa, z których jedno: torysi, byli – najogólniej biorąc – stronnikami króla, drugie zaś: whigowie2, opowiadało się raczej po stronie dysydentów kościoła anglikańskiego i londyńskich kupców. W praktyce politycznej granica poglądów jednych i drugich była zresztą dość płynna, zdarzały się wzajemne odstępstwa i kompromisy. W każdym razie Swift, początkowo przyjaciel whigów (wśród nich Addisona i Steele’a, wydawców pism „Tatler” i „Spectator”), gdy zorientował się, że stronnictwo to nie przysłuży się ani jemu samemu, ani sprawie jego kościoła, do którego był szczerze przywiązany, przeszedł do torysów, łącząc się z ich przywódcami Harleyem i Bolingbroke’em. Zaczął atakować dawnych przyjaciół w pamfletach na tematy religijne w piśmie „Examiner”. Gdy w 1713 r. otrzymał stanowisko dziekana katedry św. Patryka, zrozumiał, że do końca życia jest skazany na pobyt w Irlandii. Wrogość, z jaką odnosiła się do niego królowa Anna, zamykała mu drogę do większej kariery, a po śmierci królowej triumf whigów przesądził o jego odsunięciu od spraw publicznych.

Jednakże po latach przerwy powstają znowu jego pamflety, dowodzące żywego już uczestnictwa autora w sprawach Irlandii (m.in. Drapier’s Letters, w których pierwszy protestuje przeciwko wprowadzeniu w Irlandii miedzianych monet, bitych przez niejakiego Mr Wooda3, a w końcu owa Skromna propozycja, w której Swift pomoc dla ubogich widzi w sprzedaży ich dzieci na… mięso dla bogatych), przede wszystkim jednak – 28 października 1726 roku – ukazują się Podróże do wielu odległych narodów świata.

xxx

Rewolucja angielska z czasów Cromwella (w 1653 dochodzi do władzy) była punktem zwrotnym w dziejach Anglii i świata. W jej wyniku Żydzi mogli oficjalnie powrócić do Anglii po ich wygnaniu w roku 1290. Głównym aktem ustawodawczym parlamentu, zwołanego po zwycięstwie tej rewolucji, była ustawa o prawach (Bill of Rights, 1689); ustanowiła ona supremację parlamentu nad władzą monarszą i, wraz z ustawą o następstwie tronu (Act of Settlement, 1701), stworzyła podstawy konstytucyjne nowego ustroju. Ustanowienie pełnej odpowiedzialności ministrów przed parlamentem zmuszało monarchę do ich wyboru spośród większości parlamentarnej, wskutek czego umocnił się system dwóch partii, rywalizujących ze sobą o zdobycie większości. Zwycięstwo rewolucji i parlamentu wzmogło siłę żywiołów kapitalistycznych. W 1694 powołano Bank Angielski, mający wyłączne prawo emisji banknotów; umocniła się pozycja City londyńskiej, ciągnącej dodatkowe zyski ze stałego wzrostu zadłużenia państwa; nowych bodźców doznała polityka ekspansji morskiej i kolonialnej.

Taka była mniej więcej rzeczywistość, w której przyszło żyć i działać autorowi cytowanej powieści. Więcej o tym jak do tego doszło w blogu Król i parlament. Gdy czyta się ten fragment, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nic nie zmieniło się, że ludzie władzy są tak samo skorumpowani, wyzbyci wszelkich skrupułów, głupi, zawistni, mściwi i zboczeni pod względem seksualnym na wszelkie możliwe sposoby. Tego typu wynaturzenia są jakby nieodłączną cechą osobowości ludzi, którzy są wynoszeni na eksponowane stanowiska. Czy to przypadek, czy może raczej świadoma polityka tych, którzy dzierżą faktyczną władzę? Wydaje się, że to drugie.

Na końcu cytowanego fragmentu Swift, jakby z pewną nostalgią, pisze:

„W poniżeniu tym zapragnąłem, aby pojawili się przede wszystkim dawni wolni chłopi angielscy, tak sławni ongi z prostoty obyczajów, jadła i szat, z prawości postępowania, ducha prawdziwej wolności, męstwa i miłości do ojczyzny. Po porównaniu żywych z umarłymi nie mogłem ukryć wzruszenia na myśl, jak owe czyste, narodowe cnoty zostały za sztukę złota przełajdaczone przez ich wnuków, którzy sprzedając swe głosy i biorąc udział w oszustwach wyborczych, poznali wszystkie występki i całe zepsucie, jakiego można nauczyć się u dworu.’

Co więc takiego stało się, a może raczej, kto zepsuł tych ludzi? Jeśli sprzedawali się za sztukę złota, to znaczy, że sprzedawali się tym, którzy tymi sztukami złota dysponowali bez ograniczeń. Ale na tym nie skończyło się? Temu zepsuciu w sferze materialnej towarzyszyło zepsucie w sferze obyczajowej. I tym chyba można wytłumaczyć wszelkie obecne afery na tym tle w kręgach władzy. A to oznacza, że scena polityczna została szczelnie odgrodzona od tych, którzy nie poddali się tym warunkom, na jakich mogliby być dopuszczeni do najwyższych stanowisk. Zatem każde wybory to teatr dla naiwnych, wierzących w demokrację, a faktycznie jest to wybór tych, którzy już uprzednio zostali zaakceptowani przez prawdziwą władzę.

Obecnie dokonano pewnego „postępu” w stosunku do czasów Swifta, bo wszelkie aberracje w sferze obyczajowej są wprowadzane na szeroką skalę wśród mas. Wydaje się, że próby zmiany tożsamości są o wiele groźniejsze, niż zależność finansowa. Do tego dochodzi jeszcze kontrola za pomocą telefonów komórkowych, które są obecnie bardziej kieszonkowymi komputerami niż telefonami w ścisłym znaczeniu i służą one bardziej do inwigilacji właściciela takiego urządzenia, a ich funkcja komunikacyjna jest tylko dodatkiem. To dzieło tych samych, którzy w czasach Swifta psuli rdzenny naród angielski.

  1. Polydore Vergil (born c. 1470, Urbino, Urbino and Pesaro—died April 18, 1555, Urbino) was an Italian-born Humanist who wrote an English history that became required reading in schools and influenced the 16th-century English chroniclers Edward Hall and Raphael Holinshed and, through them, Shakespeare. – Britannica.

    Polydore Vergil or Virgil (Italian: Polidoro Virgili, commonly Latinised as Polydorus Vergilius; c. 1470 – 18 April 1555), widely known as Polydore Vergil of Urbino, was an Italian humanist scholar, historian, priest and diplomat, who spent much of his life in England. He is particularly remembered for his works the Proverbiorum libellus (1498), a collection of Latin proverbs; De inventoribus rerum (1499), a history of discoveries and origins; and the Anglica Historia (drafted by 1513; printed in 1534), an influential history of England. He has been dubbed the “Father of English History”. – angielska Wikipedia. ↩︎
  2. Warto objaśnić pochodzenie tych nazw, aktualnych w życiu politycznym Anglii po dzień dzisiejszy. Słowo tories – oznaczało rozbójników irlandzkich; przezwisko to, zaakceptowane z dumą przez obrzucanych nim działaczy, miało sugerować, że są oni kryptopapistami. Natomiast whigs – skrót słowa whigamores, oznaczającego grupę purytańskich chłopów z zachodniej Szkocji. (A. Maurois: Dzieje Anglii). ↩︎
  3. Za ten pamflet nałożono cenę na głowę Swifta, a chociaż w Irlandii wiedziano, kto naprawdę ukrywał się pod pseudonimem Drapier, nikt przecież autora nie wydał. ↩︎

RAŚ

W czasie niedzielnych marszów w dniu 25 maja, na marszu Trzaskowskiego pojawiły się żółto-niebieskie flagi, co mogło kojarzyć się z flagami Ukrainy, które są niebiesko-żółte. Te pierwsze to barwy Górnego Śląska, na którym działa Ruch Autonomii Śląska (RAŚ). Warto więc sobie przybliżyć ten Ruch, jak i historię tego regionu. Informacje poniższe pochodzą z Wikipedii.

Ruch Autonomii Śląska (RAŚ) – stowarzyszenie utworzone w styczniu 1990 na Górnym Śląsku. Od 27 czerwca 2001 z siedzibą w Katowicach. Głównym celem organizacji jest utworzenie autonomicznego regionu w historycznych granicach Górnego Śląska. Ruch Autonomii Śląska powołuje się na posiadanie autonomii w okresie II Rzeczypospolitej przez województwo śląskie, które działało w ramach Statutu Organicznego, nadanego przez Sejm Ustawodawczy.

Autonomia

Jednym z głównych postulatów RAŚ jest przeprowadzenie szerokiej reformy państwa, polegającej na przekształceniu Rzeczypospolitej Polskiej w państwo regionalne. Celem tego stowarzyszenia jest doprowadzenie do autonomizacji Śląska na skutek takiej reformy państwa. RAŚ odżegnuje się od poglądów separatystycznych – zdaniem tego stowarzyszenia szeroka autonomia w ramach Rzeczypospolitej Polskiej jest najkorzystniejszą formą funkcjonowania dla Śląska.

Według programu RAŚ autonomia miałaby funkcjonować w oparciu o przywrócony Sejm Śląski, regionalny rząd i Skarb Śląski. Regionalny parlament miałby być ciałem jednoizbowym, wybieranym w wyborach większościowych. Sejm Śląski wybierałby ze swego składu rząd, na czele którego stawałby premier. Skarb Śląski zastąpiłby Urzędy Skarbowe, większość zgromadzonych środków pozostawałaby w regionie, a jedynie niewielka ich część byłaby przekazywana do budżetu centralnego. W gestii centralnych władz pozostawałyby m.in. dyplomacja, wojsko i polityka monetarna.

Rejestracja i prawne aspekty działalności

27 czerwca 2001 dokonano wpisu RAŚ do Krajowego Rejestru Sądowego (numer 0000021371). W myśl zapisu RAŚ jest stowarzyszeniem z siedzibą w Katowicach przy ulicy Księdza Norberta Bończyka 9/4. Stowarzyszenie na zewnątrz reprezentuje Zarząd, który także jest upoważniony do zaciągania zobowiązań majątkowych. Zarząd może upoważniać Przewodniczącego i Wiceprzewodniczącego RAŚ większością 2/3 głosów do zaciągania zobowiązań majątkowych.

Narodowy spis powszechny

Najbardziej widocznym sukcesem RAŚ była agitacja przed spisem powszechnym w 2002 roku prowadzona pod hasłem „Masz prawo zadeklarować narodowość śląską”. W spisie powszechnym narodowość śląską zadeklarowało ponad 173 tys. osób. Pełnomocnikiem Spisowym RAŚ był Andrzej Roczniok. Działacze RAŚ twierdzą, że wynik ten nie oddaje całej prawdy, ponieważ rachmistrze spisowi często odmawiali wpisania narodowości śląskiej do formularza.

Współpraca

RAŚ utrzymuje biura w USA, Belgii i Niemczech, jest także od 1993 członkiem Ligi Regionów, organizacji postulującej podział Polski na 12 autonomicznych regionów (jej członkami jest także Unia Wielkopolan, Związek Górnośląski, Związek Podhalan i Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie). Przez dłuższy czas współpracował z organizacjami niemieckiej mniejszości narodowej w Polsce. RAŚ utrzymuje kontakty z niemieckimi organizacjami Ślązaków oraz regionalistami z krajów Unii Europejskiej.

W 1997 RAŚ wziął udział w konferencji Partii Regionalistów Wolnej Bretanii (obok innych organizacji jak np. Liga Celtycka, Partia Walii, Szkocka Partia Narodowa, czy Flamandzka Unia Narodowa). Dwaj przedstawiciele RAŚ brali też udział w konferencji w Bozen, gdzie omawiano przeprowadzanie akcji zbierania funduszy na szkoły niemieckie na Śląsku. Jednak od kilku lat mniejszość niemiecka zaczęła traktować RAŚ jako konkurencję w walce o głosy wyborców na Śląsku.

Część działaczy RAŚ działa na rzecz Związku Ludności Narodowości Śląskiej, który usiłuje na drodze sądowej zalegalizować w Polsce narodowość śląską (20 grudnia 2001 i 17 lutego 2004 Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu odrzucił wniosek w tej sprawie).

Od 2004 Ruch Autonomii Śląska jest członkiem europejskiej partii politycznej Wolnego Sojuszu Europejskiego, zrzeszającej regionalistów, autonomistów i separatystów z różnych krajów Europy.

Ruch współpracuje też ze stowarzyszeniami działającymi na rzecz autonomii Śląska z innych państw. Do tej pory powstały Initiative für Autonomie Schlesiens e.V. (Niemcy), Silesian Autonomy Movement UK (Wielka Brytania) oraz Bevegelsen for Autonomii Silesia (Norwegia).

Przychylne RAŚ stanowisko zajmował pochodzący ze Śląska znany reżyser i senator Kazimierz Kutz, który przed wyborami samorządowymi w 2006 otwarcie poparł RAŚ. RAŚ wspierają także znani na Śląsku i poza nim: pisarz Henryk Waniek, dramaturg Ingmar Villqist oraz artysta plastyk Andrzej Urbanowicz, gdyż ich zdaniem stowarzyszenie prezentuje zaangażowanie w bieżące sprawy regionu, głównie w kwestiach ochrony i promocji górnośląskiej tożsamości narodowej oraz kultury.

Publikacje historyczne byłych działaczy RAŚ

W niektórych publikacjach byłych działaczy RAŚ (m.in. Dariusza Jerczyńskiego czy Bruno Nieszporka) można było znaleźć twierdzenia, że historia Śląska została zafałszowana przez polskich nacjonalistów, natomiast germanizacja i walka z Polakami organizacji takich jak Hakata i Komisja Kolonizacyjna były formą obrony przed polskim nacjonalizmem oraz że Polska „walnie się przyczyniła” się do wybuchu II wojny światowej.

Nieszporek dokonał rewizji ustaleń historycznych dotyczących przyczyn obu wojen światowych, a zwłaszcza II wojny światowej. Za sprawcę tej ostatniej oprócz Hitlera i Stalina uznał także w dużym stopniu Żydów (zwłaszcza amerykańskich), Polaków i USA. W omawianiu przyczyn pierwszej wojny światowej w dużym stopniu posłużył się obszernymi cytatami z Adolfa Hitlera (Mein Kampf). Jerzy Gorzelik, przewodniczący RAŚ, w artykule stanowiącym komentarz do dyskusji wokół tekstów Nieszporka i Jerczyńskiego, opublikowanym w „Jaskółce Śląskiej”, wyraził jednoznacznie negatywny stosunek do wszelkich prób rehabilitacji systemów totalitarnych.

Stosunek do nazwy Auschwitz-Birkenau

W liście Związku Ludności Narodowości Śląskiej do UNESCO, zgłoszonym przez paru członków RAŚ, będących jednocześnie członkami ZLNŚ, proszono, by nie uwzględniono wniosku polskich i żydowskich władz w sprawie zmiany nazwy obozu koncentracyjnego na „Auschwitz-Birkenau. Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady 1940-45”. W uzasadnieniu prośby wskazywano na istnienie w latach 1945–1948 na terenie dawnego obozu nazistowskiego komunistycznego łagru, w którym przetrzymywano m.in. Ślązaków. Działania te wzbudziły protest czołowych postaci świata politycznego, m.in. byłego więźnia Auschwitz Władysława Bartoszewskiego. Ostatecznie Ruch Autonomii Śląska nie poparł wniosku ZLNŚ, który nie został też uwzględniony przez UNESCO. Akcja ta miała na celu zwrócenie uwagi społeczeństwa polskiego na przemilczany i marginalizowany problem powojennych brutalnych obozów pracy, w których przetrzymywano głównie Ślązaków oraz śląskich Niemców bez wyroku, a czasem nawet bez podejrzenia popełnienia przestępstwa.

Kontrowersje wzbudziła także wypowiedź jednego z byłych członków RAŚ, Andrzeja Rocznioka, który stwierdził w 2005, iż po II wojnie światowej istniały „polskie obozy koncentracyjne”. Ta kontrowersyjna opinia po raz kolejny przywróciła debatę nt. odpowiedzialności moralnej za powojenne obozy niewolniczej pracy dla niektórych grup etnicznych (tj. Ślązaków i śląskich Niemców).

Raport Urzędu Ochrony Państwa

W 2000 Urząd Ochrony Państwa w raporcie o bezpieczeństwie państwa ostrzegał, że RAŚ może stanowić „potencjalne zagrożenie dla interesów RP”. RAŚ uznał za nieuprawnione sugestie uznające go za strukturę podległą Związkowi Wypędzonych. Sam katowicki UOP sprawę bagatelizował, ówczesny rzecznik delegatury mjr Zbigniew Nowak w rozmowie z Janem Dziadulem z Polityki mówił: Nie widzimy obecnie żadnych zagrożeń dla polskiej racji stanu na Śląsku, także w działaniach ruchu autonomistów. Zbigniew Nowak stwierdził jednocześnie, w odpowiedzi na sugestie ze strony RAŚ o zagrożeniach wynikających dla kraju z powodu działań UOP w stosunku do legalnych organizacji, iż spośród 30 największych ruchów autonomistycznych i separatystycznych, w większości działających na terenie Unii Europejskiej, wszystkie monitorowane są przez krajowe służby specjalne.

Historia

Górny Śląsk (łac. Silesia Superior; śl. Gōrny Ślōnsk; cz. Horní Slezsko; dś. Aeberschläsing, Oberschläsing; niem. Oberschlesien) – część historycznej krainy Śląska, położona w południowej Polsce oraz w północnej części Czech, w górnym dorzeczu Odry i początkowego biegu Wisły. Wzmiankowana po raz pierwszy w XV w. Pojęcie Górnego Śląska na przestrzeni dziejów używane było jednak w różnym znaczeniu, czasami w odniesieniu do regionu, czasem do konkretnej jednostki administracyjnej. Górny Śląsk można rozważać w kontekście politycznym, kulturowym, gospodarczym oraz etnicznym i trudno jest ściśle wyznaczyć jego granice, które zmieniały się w różnych okresach.

Za rdzeń Górnego Śląska można uznać obszar władzy książąt opolskich. Do niego przyłączyło się morawskie księstwo opawskie (podzielone potem na opawskie i karniowskie) oraz stopniowo kilka mniejszych państw stanowych. Natomiast w XV w. odłączyły się od niego ziemia siewierska oraz księstwa oświęcimskie i zatorskie. Na tej podstawie można przyjąć, że historyczny Górny Śląsk znajduje się na obszarze dzisiejszej Rzeczypospolitej Polskiej i Republiki Czeskiej, na terenie województwa śląskiego, województwa opolskiego i kraju morawsko-śląskiego. Historyczną stolicą Górnego Śląska jest Opole.

Górny Śląsk i inne krainy historyczne na tle współczesnych granic administracyjnych; źródło: Wikipedia (Netzach, praca własna).

Górny Śląsk często utożsamiany jest z województwem śląskim, mimo że prawie połowa jego terytorium to ziemie historycznie małopolskie. Województwo to obejmuje wschodni Górny Śląsk i część Śląska Cieszyńskiego, a poza tym ziemie historycznej Małopolski (m.in. ziemia częstochowska, Zagłębie Dąbrowskie, Żywiecczyzna). Z kolei w województwie opolskim, współcześnie zwykle utożsamianym z terminem Śląsk Opolski, mieści się zachodnia część historycznego Górnego Śląska oraz fragmenty Dolnego Śląska (Brzeg, Namysłów).

Podział na Śląsk pruski i Śląsk Austriacki

W 1526 Śląsk przeszedł pod władzę Habsburgów, a od 1742 (koniec I wojny śląskiej) stał się częścią Prus z wyłączeniem księstw cieszyńskiego i opawskiego, a także części karniowskiego i nyskiego. Śląsk został tym samym podzielony na część pruską i austriacką, i ta międzypaństwowa granica przetrwała do I wojny światowej. W monarchii austriackiej Habsburgów obszarów tych nie nazywano Górnym Śląskiem a Śląskiem Austriackim. Po I wojnie światowej nazwa Śląsk Austriacki wyszła z użycia, natomiast część Śląska, która weszła w skład Czechosłowacji nazwano Śląskiem Czeskim (termin ten ukuto już w XVIII w., odwołując się do ziem Korony Czeskiej). Stosowano tu ponadto nazwy nowych subregionów, m.in. Śląsk Cieszyński (Těšínsko), Śląsk Opawski (Opavsko), a po I wojnie światowej: Kraj Sudetów (Sudetenland), Kraik hulczyński (Hlučínsko) czy Zaolzie. Odrębność kulturowa wytworzona w przeszłości między np. Śląskiem Cieszyńskim a dawnym obszarem Śląska pruskiego utrzymuje się również współcześnie. W polskiej części Śląska Cieszyńskiego mieszkańcy określają siebie jako Cieszyniacy, ewentualnie Ślązacy (czasem dodając cieszyńscy), co ma ich odróżniać od mieszkańców z dawnego Śląska pruskiego – Górnoślązaków, z którymi relacje w przeszłości nie były najlepsze. Rodzima ludność z dawnego Śląska Austriackiego na terenie Czech ma co najwyżej tożsamość śląską w odmianie opawskiej czy cieszyńskiej, ale zwykle nie jest ona dominującym składnikiem tożsamości regionalnej. Termin Górny Śląsk jest tu traktowany raczej jako pojęcie historyczne, używane niechętne ze względu na uwikłanie w dawne spory narodowościowe.

Wschodnia i zachodnia część Górnego Śląska

W 1945 niemal cały historyczny Śląsk znalazł się w granicach państwa polskiego. Wówczas na wschodnim Górnym Śląsku osiedlono stosunkowo niewielu przesiedleńców. Częściowa wymiana ludności dotyczyła przede wszystkim zachodniej i centralnej części Górnego Śląska – lokowano tu ludność z Kresów Wschodnich (głównie z południowo-wschodnich województw II Rzeczypospolitej: lwowskiego, stanisławowskiego i tarnopolskiego); osiedlali się tam też migranci z centralnej i wschodniej Polski Polski, a także z Zagłębia Dąbrowskiego czy polskiej części Galicji oraz Polacy powracający do kraju z Europy Zachodniej. W miastach prawobrzeżnej części Śląska Opolskiego (rozumianego tu jako dawna rejencja opolska) jak Bytom, Zabrze, Gliwice, oraz zwłaszcza w centrach miast takich jak np. Opole, Racibórz, Koźle, Dobrodzień, Pyskowice, Strzelce Opolskie, Krapkowice, Olesno miejsce po częściowo ewangelickiej ludności niemieckiej zajęła napływowa katolicka ludność polska. W efekcie w centrach miast przeważała tam polska ludność napływowa, a ich obrzeża, wioski i niewielkie miasta w dalszym ciągu zamieszkiwała rodzima ludność śląska, której nie objęły wysiedlenia, jednak spora część tej rodzimej ludności wyjechała dobrowolnie do Niemiec w późniejszych powojennych latach w okresie Polski Ludowej. Na Dolnym Śląsku wymiana ludności była praktycznie całkowita. Z czechosłowackiej części Śląska po II wojnie światowej również wysiedlono ludność niemiecką. Współcześnie zmniejsza się liczba osób deklarujących się jako Polacy czy Ślązacy w czeskiej części Śląska Cieszyńskiego.

W następnych powojennych latach, w okresie całego PRL-u i później, na (polskim) Górnym Śląsku masowo w bardzo dużej ilości osiedlała się ludność z całej Polski (tj. ludność napływowa z różnych części Polski) wskutek rozwoju przemysłu i rozbudowy nowych osiedli, a nawet całych miast (np. Tychy), co zdecydowanie zwiększyło liczbę ludności regionu. Ludność ta często osiedlała się na Górnym Śląsku ze względu na podejmowanie się pracy m.in. w przemyśle (kopalnie, huty), jako że przemysł, zwłaszcza górniczy, stanowił bardzo ważną część gospodarki PRL-u. Najwięcej napływowych na Górnym Śląsku pochodziło z okolic Kielc, Krakowa, Częstochowy czy Łodzi, choć faktycznie ludność napływowa pochodziła z całej Polski, także też innych okolic niż wymienione. Podobnie zresztą sytuacja wyglądała w sąsiednim, małopolskim Zagłębiu Dąbrowskim, w którym również osiedlała się ludność napływowa z całej Polski m.in. wskutek rozwoju przemysłu czy budowy nowych osiedli.

W 1945 utworzono województwo śląsko-dąbrowskie obejmujące przedwojenny polski Górny Śląsk, dawną rejencję opolską oraz Zagłębie Dąbrowskie. W 1950 wydzielono osobne województwa katowickie i opolskie. Granica między tymi województwami przypominała do pewnego stopnia granice między „polskim” a „niemieckim” Górnym Śląskiem z 1922. Przesunięto jednak bardziej uprzemysłowione Gliwice, Bytom i Zabrze do przemysłowego województwa katowickiego, natomiast województwo opolskie miało mieć bardziej charakter rolniczy. Jego terytorium powiększono o dolnośląskie powiaty: brzeski i namysłowski. Od tego czasu termin Śląsk Opolski, obok nazwy Opolszczyzna, stosowany jest zwykle w odniesieniu właśnie do województwa opolskiego.

Górny Śląsk a Dolny Śląsk

Na Śląsku ludność słowiańskiego pochodzenia pojawiła się w VII w. Na Dolnym Śląsku napływ ludności niemieckiej doprowadził z czasem do jej germanizacji i już w średniowieczu dominowali tu ekonomicznie i kulturowo Niemcy. Bardzo wcześnie, bo w II poł. XVI w. dominującą religią stał się protestantyzm. Jeszcze w XVIII w. polska strefa językowa obejmowała niektóre dolnośląskie miasta wraz z okolicami takie jak Oława, Trzebnica, Namysłów. Między XVIII a XIX w. polsko-niemiecka granica językowa przebiegała mniej więcej jak ta oddzielająca Górny Śląsk od Dolnego Śląska wyznaczona przez rzeki: Stobrawa, Odra, Nysa Kłodzka.

Na Górnym Śląsku kolonizacja niemiecka nie była tak intensywna, m.in. przez naturalną barierę w postaci rzeki Odry i gęstej puszczy. Ludność wiejska tworzyła społeczności lokalne, zachowując swój sposób życia i język. Kontrreformacja osiągała tu sukcesy i po wojnie trzydziestoletniej znaczna część ludności z protestanckich kolonii niemieckich przeszła na katolicyzm. Za czasów pruskich ta część Śląska była raczej zapomniana i zacofana. Radykalnie zmieniło się to w II poł. XIX w., kiedy silnie rozwinął się tu przemysł. W okresie międzywojennym wschodnia część Górnego Śląska należała do II Rzeczypospolitej, natomiast część zachodnia oraz Dolny Śląsk były częścią Rzeszy.

x

Po 1989 roku powstała Liga Regionów, czyli organizacja, która postulowała podział Polski na 12 regionów. W jej skład wchodziły następujące organizacje: Unia Wielkopolan, Związek Górnośląski, Związek Podhalan i Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie. Nie jest przypadkiem, że wszystkie te organizacje, poza Związkiem Podhalan, powstały na terenach, które już za czasów piastowskich graniczyły bezpośrednio z niemieckimi księstwami I Rzeszy. I Rzesza to był model państwa czy federacji oparty na regionalizmie. Składała się ona z mnóstwa większych czy mniejszych księstw. Polska Piastów, jak pisałem w blogu 1025, była częścią tej Rzeszy, a Piastowie – wasalami cesarza niemieckiego. Tak więc tereny te stały się miejscem zderzenia się żywiołów niemieckiego i polskiego. Naturalną rzeczą było to, że żywioł niemiecki okazał się silniejszy i bardziej ekspansywny. Skutkiem tego na przestrzeni wieków wytworzyły się nowe społeczności czy narody – kaszubski i śląski, a raczej górnośląski. Również Wielkopolska miała podobne doświadczenia. Natomiast na Podhalu zaznaczyły się wpływy austriackie, czyli też niemieckie.

Po rozpadzie dzielnicowym Łokietek zdołał zjednoczyć (czy może tak zaplanowano?) tylko Wielkopolskę i Małopolskę. Śląsk pozostał poza tym zjednoczonym państwem. Unia personalna z Litwą, która oznaczała w praktyce wyjście zjednoczonego państwa z ówczesnej unii europejskiej, była początkiem unifikacji obu państw, czyli Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. W tym czasie (1386-1569) Jagiellonowie intensywnie pracowali nad likwidacją w miarę rozwiniętego za czasów I Rzeszy społeczeństwa polskiego. Zlikwidowali mieszczaństwo, a z chłopów zrobili niewolników. Musiało być tak jak w WKL. I wtedy doszło do unii realnej w 1569 roku.

Nie wszystko jednak udało się Jagiellonom. Żeby więc dobić naród polski, zorganizowano najazd Szwedów, zwany potocznie potopem szwedzkim. W tym czasie zniszczono ziemie byłego Królestwa Polskiego. Natomiast tereny byłego WKL zostały zajęte przez Rosję, która niczego w nim nie zniszczyła. Tak przygotowywano teren pod stworzenie nowego narodu polskiego.

W XIX wieku w Wielkopolsce prowadzono intensywną germanizację, a w Królestwie Polskim – rusyfikację. W tym samym czasie, pod zaborem rosyjskim, jezuici – po tym jak caryca Katarzyna II nie zgodziła się na kasację ich zakonu, co uczyniono w całej Europie – wraz z tamtejszą arystokracją, którą już wcześniej spolszczono, intensywnie uczyli miejscową ludność języka polskiego. Bardzo możliwe, że równocześnie nadawano edukowanej młodzieży polskie nazwiska. Skoro wcześniej 47 rodów bojarów rusińskich i litewskich zaadoptowało 47 herbów szlachty polskiej, stając się w ten sposób polskimi szlachcicami, to dlaczego by nie powtórzyć tego z masami, nadając im już nie herby tylko nazwiska?

W ten sposób stworzono na wschodzie nowy naród polski, który ze starym narodem polskim, już wtedy zmarginalizowanym, nie miał nic wspólnego. I ten nowy naród zdominował odrodzoną II RP. W PRL-u nic nie zmieniło się. Po powojennych przesiedleniach społeczeństwo polskie stało się jeszcze bardziej wschodnie w mentalności i sposobie myślenia. Konająca III RP zaprosiła miliony Ukraińców, utrwalając tym samym wschodni charakter społeczności ją zamieszkujących.

Nowy naród polski, ukształtowany na wschodzie, składał się ze społeczności byłego WKL. Nie były one w pełni wykształcone w sensie językowym i narodowościowym i dlatego było to możliwe. Jednak trzeba było stworzyć mu jakąś podstawę ideologiczną, jakiś system wartości. I tak narodził się Polak-katolik. Odwoływano się w tym przypadku do jakiejś mętnej idei polskości i katolicyzmu, który odróżniał ich od pozostałej ludności prawosławnej tych terenów.

W przypadku Ślązaków mamy do czynienia z zupełnie odmiennym procesem. Przede wszystkim jest to społeczność czy naród, który odróżnia się od nowego narodu polskiego tym, że od pokoleń mieszkają na tym samym terenie i ma własną gwarę czy język, jak oni utrzymują. I ten język i to niezmienne trwanie na tym samym terenie stało się podstawą do wytworzenia pewnych tradycji i systemu wartości. Ich patriotyzm to ich język – ich i nikogo innego, krajobraz i tradycja. To są konkrety. W przypadku Polaka-katolika mamy do czynienia z czymś nieokreślonym, bo przecież każdy, kto mówi po polsku i jest katolikiem, bez względu na to czy mieszka w Polsce, na Białorusi czy na Ukrainie – może uważać się za Polaka i za takiego jest uważany w Polsce. Wszak dla Srokowskiego z Gazety Warszawskiej Polska to przede wszystkim Lwów i Kresy. A dla mnie Kresy to nie Polska. I kto tu jest Polakiem? – On czy ja?

Oczywiście w przypadku Ślązaków nie jest to tak jednoznacznie jak wyżej napisałem. Są zapewne tacy, którym bliżej do Niemców, inni może nie odżegnują się od związków z Polską, a może są też tacy, którzy akceptują związki z jednymi i drugimi. Mamy też na Śląsku do czynienia z mniejszością niemiecką i ludnością napływową. Nie można też wykluczyć działania służb specjalnych, które te środowiska rozbijają i skłócają. Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że RAŚ ma jasno sprecyzowany cel: uznanie gwary śląskiej za język i zdobycie możliwie jak najszerszego zakresu autonomii.

Przedstawiciele RAŚ pojawili się na marszu Trzaskowskiego, bo on im obiecuje, że uzna gwarę śląską za język. Czy środowiska PiS-u i Nawrocki odmawiają im tego? Bardzo możliwe, bo ich elektorat to w dużym stopniu przedstawiciele nowego narodu polskiego, dla którego nie bardzo wiadomo, co jest najważniejsze. Czy to, żeby Polska była Polską, co nic nie znaczy? Czy to, żeby Ukraińcy przeprosili za Wołyń? Czy może jeszcze coś innego, równie nieprecyzyjnego?

Jeśli Trzaskowski wywiąże się ze swojej obietnicy wobec RAŚ, co wcale nie jest takie pewne, to będzie to w jakimś stopniu pozytywny gest w stosunku do dawnej Polski i starych Polaków, którzy, może w niewielkim stopniu, ale jednak, byli tym elementem, którzy złożył się na powstanie śląskiej społeczności lub narodu śląskiego, jak chcą Ślązacy.

Belgia c.d.

Tak się złożyło, że przez tydzień, od drugiego do dziewiątego maja, byłem w Belgii. Zaprosiła mnie koleżanka. Mieszkałem u niej w mieście Verviers, liczącym około 50 tys. mieszkańców, położonym w Walonii we wschodniej Belgii. Była to dzielnica domów jednorodzinnych. Mieszkałem więc w walońskim domu, w którym było dużo książek po francusku. Wszystkie te domy były zbudowane w podobnym stylu i tonacji. Jedne większe, inne mniejsze. Ściany tych domów mogły być budowane z różnych materiałów, ale wszystkie były od zewnątrz wyłożone cegłą w mniej więcej tym samym kolorze. Dachy pokryte blachą też w mniej więcej tym samym kolorze, takim ciemnobrązowym czy czymś zbliżonym do tego. Za ogrodzenie służą żywopłoty i nie ma bram, czyli nie ma czegoś takiego jak w Polsce, gdzie ludzie odgradzają się solidnymi płotami i bramami. Jak patrzyłem na te domy, trochę jakby stylizowane na średniowieczne, to miałem wrażenie, jakby czas tam się zatrzymał. To, że te domy były podobne do siebie i w podobnej kolorystyce, stwarzało wrażenie harmonii, porządku, trwałości i niezmienności. Nie ukrywam, że bardzo przyjemnie było przebywać w takim otoczeniu. Gdy więc wylądowałem w Modlinie i jechałem w kierunku Białegostoku i patrzyłem na te podwarszawskie miejscowości, to miałem wrażenie, jakby wielka bomba uderzyła w nie i wszystko bezładnie rozproszyło się. Wszystko przypadkowe, jeden dom taki, drugi inny, jeden nowy, drugi wali się ze starości; jeden wielki chaos. Owszem, są już w Polsce miejsca, które przypominają Zachód, ale są to enklawy, a pomiędzy nimi – syf. Ja oczywiście nie musiałem jechać na Zachód, żeby to dostrzec, ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć to na własne oczy.

Mapa Belgii; źródło: Wikipedia.

W blogu Belgia pisałem o historii i współczesności tego państwa, więc tu będzie o tym, co ja widziałem. W sensie geograficznym można podzielić Belgię na trzy części: wschodnia i południowo-wschodnia – górzysta, środkowa – równinna, północna – niziny nadmorskie. Mieszkałem w części górzystej. Na początek wybraliśmy się do miejscowości Spa, czyli do tego słynnego uzdrowiska. To skrót od łacińskiego Sanus per Aquam, czyli zdrowy przez wodę. Tam domy poza centrum są podobne do tych w Verviers i tak samo są nieogrodzone. Ludzie z Verviers często wynajmują tam domy lub mieszkania. Jest to miejscowość typowo górska, to Ardeny.

Następnego dnia pojechałem z koleżanką na przegląd techniczny jej samochodu do niemieckiej części Belgii, do miejscowości Lonzen, jakieś 15-20 km od Verviers. Było tam sześć stanowisk obsługi. Na każdym stanowisku po dwóch pracowników. Przed wjazdem na stanowisko kontroli pracownik pytał o język: francuski czy niemiecki? Wszystkie informacje na stacji obsługi były w obu językach. Również pracownik przy kasie pytał o język.

Wyjazd do Brugii, to praktycznie przejazd przez całą Belgię ze wschodu na zachód. Belgia ma najgęstszą sieć połączeń kolejowych na świecie. Jadąc pociągiem linie kolejowe ciągle się schodzą, rozchodzą, krzyżują. Pociągi te nie są najnowsze, ale są wygodne. Nie ma tam miejscówek, można jechać do wybranej miejscowości drogą okrężną i wysiadać w trakcie podróży, a później wsiadać do innego pociągu. Pociągi często kursują, więc podróżowanie nimi jest bardzo wygodne.

Gdy wsiada się do pociągu w Verviers, to komunikaty głosowe i na monitorze są po francusku. Gdy pociąg wjeżdża do Flandrii, to język zmienia się na flamandzki. Gdy pociąg dociera do Brukseli, to komunikaty są w języku francuskim i flamandzkim, a w Brugii tylko flamandzki. W wagonach na ścianach umieszczone są krótkie rymowanki typu: La regle d’or, Courtois d’abord – co można przetłumaczyć jako Uprzejmość przede wszystkim, to podstawa. To samo oczywiście po flamandzku, ale nawet nie próbowałem tego zapamiętać.

Do Antwerpii dotarłem przez Brukselę, w której najważniejsza jest wizyta na rynku, który po francusku nazywa się Grand-Place, a po flamandzku Grote Markt. W rzeczywistości robi większe wrażenie niż na zdjęciach. W Antwerpii – przede wszystkim wielki, trój-poziomowy dworzec i „diamentowa” ulica tuż obok dworca oraz rynek, obok którego znajduje się największa w Belgii katedra gotycka. Na jednej z witryn sklepowych zobaczyłem ogłoszenie; szukano sprzedawcy, warunek: znajomość francuskiego, flamandzkiego i angielskiego. Wracając przesiadałem się w Leuven, to Flandria. Pociąg zapowiadano po flamandzku i po niemiecku, bo jechał on do niemieckiej części Belgii i tak jest w każdym przypadku, gdy pociąg tam jedzie. A w pociągu jakaś porypana baba z mnóstwem kolczyków w uszach robiła komuś przez smartfon wykład po angielsku. Obok jakiś młody Hiszpan podrywał młodą i urodziwą blondynkę, Walonkę, z którą rozmawiał po francusku, a czasem po hiszpańsku, bo ona znała trochę ten język. Byli jeszcze jacyś Rosjanie z wrzeszczącym dzieciakiem. Komunikaty po flamandzku. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko niemieckiego, ale ten pojawił się następnego dnia.

Tak się złożyło, że 9 maja, gdy w Moskwie obchodzono 80-tą rocznicę zwycięstwa nad faszyzmem, ja, po raz pierwszy w życiu, stanąłem na niemieckiej ziemi, niejako od zakrystii, bo od zachodniej strony. Gdy wyjeżdżałem do Belgii, to wiedziałem, że muszę tam pojechać. Tam, to znaczy do Akwizgranu. Pociąg z Verviers jedzie tam tylko pół godziny. Wsiadłem do pierwszego wagonu od lokomotywy, więc gdy wysiadałem, od razu trafiłem na trzech policjantów, którzy stali przy schodach, którymi schodziło się do tunelu prowadzącego do miasta, ale zupełnie mnie olali. Nie było żadnego halt!, ani hände hoch! Poczułem się jak w domu. Po tym flamandzkim, to niemiecki wydawał się całkiem przyjaznym językiem, bo coś rozumiałem.

Akwizgran, czyli Aachen, a po francusku Aix-la-Chapelle. La chapelle to po francusku kaplica. I o nią właśnie mi chodziło. Karol Wielki (742-814), król Franków (768-814), cesarz rzymski (800-814), władca imperium Karolingów, wybrał Akwizgran na swoją siedzibę. W 936 roku Otton I koronował się w katedrze akwizgrańskiej. Od tego momentu aż do roku 1531 koronowało się tam 31 królów niemieckich. Karol Wielki stworzył pierwsze europejskie imperium od czasu upadku cesarstwa zachodniorzymskiego. Od jego imienia pochodzi w języku polskim słowo król. Karol Wielki zmarł 28 stycznia 814 roku i został pochowany w katedrze w Akwizgranie.

Imperium Franków; źródło: Wikipedia.

Na dworze Karola Wielkiego, który uważał się za spadkobiercę cesarzy rzymskich, pracowano z zapałem nad odnową tradycji rzymskiego rzemiosła. Kaplica, którą Karol Wielki wzniósł ok. 800 r. w swym pałacu w Akwizgranie, jest wierną kopią słynnego kościoła wybudowanego w Rawennie około trzech wieków wcześniej. – E.H. Gombrich O sztuce Dom Wydawniczy REBIS 2009.

Można więc powiedzieć, że Akwizgran to historyczna stolica pierwszej unii europejskiej, a obecną jej stolicą jest Bruksela. W sumie można by powiedzieć, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, a mnie udało się odwiedzić obie te stolice.

10 maja nad ranem jechałem autostradą z Verviers do Charleroi. To trzypasmowa autostrada do Paryża. Po bokach obsadzona gęsto drzewami. Jadąc nią miało się wrażenie, że jedzie się w tunelu z drzew. Na całej tej długości była oświetlona.

x

Stolicą Flandrii jest Bruksela i tam mieści się parlament Flandrii. Również w niej mieści się parlament regionu Brukseli i, o czym wszyscy wiedzą, parlament europejski. Stolicą Walonii jest Namur i tam mieści się parlament waloński. Czy Niemcy w swojej części mają swój parlament, tego nie wiem. Flamandowie mówią po flamandzku, a Walonowie po francusku. Językami urzędowymi są flamandzki, francuski i niemiecki. Wszyscy mieszkają na swoich miejscach historycznych. Każdy mówi w swoim języku i wiadomo, kto kim jest. Jedni i drudzy mają swoje parlamenty i mogą zabiegać o swoje interesy. Są jeszcze Murzyni i Arabowie, ale ich łatwo poznać po kolorze skóry. I to podoba mi się w Belgii: wiadomo kto kim jest. Natomiast w Polsce mamy zupełnie odmienną sytuację. Nie wiadomo, kto kim jest. Wszyscy są Polakami, ale mają różne interesy, które są realizowane nieformalnie. Mieliśmy i mamy przesiedlenia, co nigdy nie sprzyja stabilizacji, a wręcz przeciwnie. Mamy mniejszości narodowe rozporoszone są po całym państwie. Mniejszości, które mają przywileje, których nie mają Polacy, czyli ci, których nie zalicza się do mniejszości narodowych, a więc są dyskryminowani we własnym niby państwie, choć prawdopodobnie stanowią w nim mniejszość. I to jest właśnie kraj Zulu-Gula. Już od dłuższego czasu nie utożsamiam się z tym państwem i ludźmi w nim mieszkającymi, ale po krótkim pobycie w Belgii, całkowicie wyzbyłem się jakichkolwiek złudzeń. To, czy taki czy inny pawian zostanie pawianem numer jeden, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. To dla mnie jakiś cyrk ta kampania prezydencka i inne wybory zresztą też. Nie spodziewałem się, że ten krótki wyjazd okaże się taką cezurą w moim życiu. Ale mleko już się rozlało.

Gotyk

Średniowiecze to okres, który jest dziś powszechnie uznawany za okres ciemnoty i zabobonu. Tak oczywiście nie było. Dowodem na to są choćby kościoły gotyckie, które swoimi rozmiarami i konstrukcją dowodziły tego, że ich budowniczowie dysponowali ogromną wiedzą w zakresie budownictwa i techniki, co w świecie ciemnoty i zabobonu raczej nie byłoby możliwe. Jednak architektoniczny styl gotycki jest dość zagadkowy, bo inspiracją dla jego twórców była idea Niebieskiej Jerozolimy. W związku z tym pożar katedry Notre-Dame w Paryżu w 2019 roku wydaje się być jeszcze bardziej zagadkowy. Co więcej, w tamtym czasie podpalano we Francji również inne kościoły gotyckie. Nigdzie indziej tego nie robiono. Może więc warto przybliżyć sobie ten styl. Wikipedia m.in. tak pisze:

Gotyk – styl w architekturze i innych dziedzinach sztuk plastycznych (rzeźbie, malarstwie i sztuce sepulkralnej), który powstał przed połową XII wieku we Francji i szybko rozprzestrzenił się w Anglii, następnie w wielu innych państwach Europy.

Powstanie gotyku związane jest z rozwijającymi się pod koniec średniowiecza kulturami dworską, rycerską i mieszczańską.

Nazywanie stylu gotyckim zaczęło się w epoce odrodzenia i znaczyło to wówczas tyle, co barbarzyński. Goci – germańscy barbarzyńcy – od V wieku zalewali cesarstwo rzymskie, dlatego tę „barbarzyńską” sztukę nazwano gotykiem.

Architektura gotycka

Architektura gotycka (gotyk) – styl w architekturze europejskiej okresu późnego średniowiecza, od XII do początku XVI wieku. Za wzorcowy przykład budynku gotyckiego na ogół uważa się gotycką katedrę, choć w rzeczywistości był to również okres rozwoju architektury świeckiej (mieszczańskiej i rezydencjonalnej). Architektura gotycka w zamierzeniu jej twórców miała w doskonały sposób odzwierciedlać boską naturę i wielbić Boga. Strzelista, ogromna bryła kościoła stała się symbolem czasów, w których religijność charakteryzowała się wielkim pragnieniem wzniesienia się ku Bogu. W bryle dominują kierunki pionowe. Ich powtarzalność w bliskim sąsiedztwie, rozczłonkowanie bryły, delikatna dekoracja tworzą budowle ekspresyjne i lekkie. Barwne światło przenikające do wnętrza przez wysokie witraże stwarza wrażenie uduchowienia, a powtarzające się we wnętrzu wertykalne linie i znaczna odległość do sklepienia kierują wzrok ku górze.

Historia powstania

Za początek gotyku umownie uważa się rok 1144, kiedy za sprawą opata Sugeriusza przebudowano chór w opactwie Saint Denis, które było wtedy nekropolią (miejscem pochówku królów Francji). Przebudowa ta była wiązana z odnalezieniem pism neoplatońskich Pseudo-Dionizego Areopagity. Następnie był stopniowo przejmowany przez pozostałe państwa Europy (najwcześniej, ok. 1175 przez Anglię, po 1200 roku przez Niemcy). Pierwszym obiektem uznanym jako gotycki jest Bazylika św. Dionizego w Saint-Denis, związana z osobą opata Sugeriusza. Miejscem narodzin gotyku był region Ile-de-France, jednak pewne rozwiązania konstrukcyjne umożliwiające jego powstanie (np. sklepienie krzyżowo-żebrowe) zaczęły pojawiać się już na przełomie XI i XII wieku w Normandii (Évreux, Jumièges, Lessay), północnych Włoszech (kościoły w Rivolta d’Adda i w Mediolanie) i Anglii (katedra w Durham, lata budowy 1093–1128). Łuk ostry pojawia się np. w Burgundii, m.in. w sklepieniu kościoła benedyktynów w Cluny z przełomu XI i XII wieku. Etapy bezpośrednio poprzedzające ukształtowanie się stylu mogą ilustrować kościoły klasztorne w Saint-Germer-de-Fly (dep. Oise) i Saint Martin-des-Champs (Paryż).

Wnętrze kościoła mariackiego w Stargardzie; źródło: Wikipedia (Kapitel – praca własna).

Ideą Sugera było stworzenie ziemskiego odpowiednika Niebieskiej Jerozolimy, budynku o wysokim stopniu linearności i przenikniętego światłem, inspirowanego pismami Pseudo-Dionizego Areopagity. Cienkie kolumny, okna z witrażami i ogólne wrażenie wertykalizmu i lekkości złożyły się na architekturę, której elementy ulegną nasileniu w ciągu dalszego rozwoju stylu gotyckiego.

Budownictwo sakralne

Wznoszone kościoły często odznaczały się ogromnymi rozmiarami. Wysokość wież często przekracza 100 m (np. Katedra w Salisbury – 123,0 m, w Ulm – 161,5 m) a sklepienia nawy głównej wznoszą się średnio 20–30 m nad poziomem posadzki. Rozmach wiąże się nie tylko z rozwojem sztuki budowlanej, ale także z rosnącą pozycją mieszczaństwa, które w wielu przypadkach było fundatorem budowli stawianych w poszczególnych miastach. Skromniejsze kościoły powstawały przy ośrodkach zakonnych hołdujących regule ubóstwa. Cechami najbardziej charakterystycznymi dla gotyckich kościołów są ich ogrom i strzelistość. Gotyckie kościoły były budowane niejednokrotnie przez dziesiątki lat. Zmieniająca się niekiedy sytuacja materialna fundatorów powodowała przerywanie budowy niedokończonych wież (stąd w wielu gotyckich kościołach wieże mają różną wysokość) i wystroju elewacji. Dzieła kończono czasem po latach, w innej epoce i w innym stylu.

x

W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN 1962-70 można m.in. przeczytać:

Gotyk od początku swego istnienia kształtował się jako styl sakralny, związany z doktryną kościoła, dlatego sztuka religijna wysunęła się w okresie jego trwania na pierwsze miejsce, przewyższając swym znaczeniem sztukę świecką. Za najwyższe artystyczne osiągnięcie gotyku uznać należy francuską katedrę, związaną z domeną królewską, urzeczywistniającą ideał „Jeruzalem Niebieskiego”, podobnie jak starochrześcijańska bazylika urzeczywistniała ideał pałacu cesarskiego, a masywna budowla romańska – feudalnego zamku. W warunkach wzmożonej pobożności, obudzonej wyprawami krzyżowymi, powstawały katedry gotyckie w wyniku zbiorowego wysiłku ekonomicznego, społecznego i duchowego, niejednokrotnie w ciągu wielu lat i pokoleń, pod kierunkiem architekta, „magistra operis”.

Związek gotyku ze sztuką religijną miał charakter tak organiczny, a możliwości rozwojowe wydawały się tak niewyczerpane, że styl gotycki trwał w niektórych krajach, np. w Anglii, Belgii i Niemczech, do XVIII wieku, przeciwstawiając się głównie w dziedzinie architektury, częściowo i złotnictwa, renesansowi i barokowi; w innych zaś krajach od czasu do czasu zaznaczał się echem, jak w sztuce 2 połowy quattrocenta, w manieryzmie włoskim, a nawet w sztuce baroku i rokoka. W XVIII wieku nastąpiło odrodzenie sztuki gotyckiej w Anglii (Gothic Revival), co ostatecznie doprowadziło do ukształtowania się neogotyku, którego tradycje w wielu krajach i środowiskach przetrwały niemal do dnia dzisiejszego.

x

Na ciekawą informację natrafiłem w książce „Architektura Style i detale” Wydawnictwo „Arkady”, 2008. To praca zbiorowa pod redakcją Emily Cole. O gotyku w Europie Północnej i Środkowej można przeczytać:

„W średniowieczu większa część Europy Północnej i Środkowej leżała w granicach Świętego Cesarstwa Rzymskiego lub (jak Niderlandy) pozostawała pod kontrolą niemieckiego arcybiskupstwa w Kolonii. Początkowo na terenach tych gotyk nie spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem i pierwsze budowle gotyckie powstały dopiero w połowie XIII wieku, kiedy styl ten panował już na dobre we Francji, Anglii i Hiszpanii. Później jednak, szybko zdobył uznanie i rozwijał się, wprowadzając indywidualne rozwiązania, które zaowocowały jednymi z najpiękniejszych dzieł późnego gotyku w Europie.”

Jest tu więc potwierdzenie tego, o czym pisałem w blogu 1025, że Polska Piastów nie była państwem niepodległym tylko częścią Świętego Cesarstwa Rzymskiego, czyli I Rzeszy.

x

Z kolei E.H. Gombrich w książce O sztuce Dom Wydawniczy REBIS 2009 pisze:

Zachodnia Europa zawsze różniła się od Wschodu, gdzie style artystyczne utrzymywały się przez tysiące lat i wydawało się, że nie ma powodu, by kiedykolwiek miały ulec zmianie. Zachodu nigdy nie cechowała taka bezwładność. Był zawsze pełen niepokoju, po omacku poszukiwał nowych rozwiązań i idei. Styl romański nie przetrwał nawet dwunastego stulecia. Ledwie artyści zdołali przesklepić kościoły i oryginalnie zakomponować majestatyczne rzeźby, a już nowe koncepcje spowodowały, że normańskie i romańskie kościoły zaczęły sprawiać wrażenie niekształtnych i przestarzałych. Nowatorskie pomysły pojawiły się w północnej Francji, tworząc zręby stylu gotyckiego. Na pierwszy rzut oka można by je traktować głównie w kategoriach wynalazku technicznego, lecz po przyjrzeniu się im z bliska okazuje się, że wniosły one dużo więcej.

Ideałem architektów stało się wznoszenie kościołów w sposób, który przypomina nam konstrukcję współczesnych oranżerii. Tyle że oni nie znali stalowych konstrukcji i żelaznych dźwigarów – musieli wykonać je z kamienia, co wymagało bardzo wielu skomplikowanych obliczeń. Pod warunkiem wykonania ich prawidłowo możliwe stało się zbudowanie kościoła całkiem nowego rodzaju: budowli z kamienia i szkła, jakiej świat dotychczas nie widział. Do tego sprowadza się podstawowa idea gotyckich katedr, którą rozwinięto w północnej Francji w drugiej połowie XII w.


Błędem byłoby jednak postrzeganie tych kościołów wyłącznie w kategoriach zdobyczy inżynieryjnych. To talent artysty sprawił, że zauważamy i podziwiamy śmiałość zastosowanych rozwiązań. Przyglądając się świątyni doryckiej , uzmysławiamy sobie funkcję, jaką pełni szereg kolumn dźwigających ciężar płaskiego dachu. Stojąc w gotyckim wnętrzu, zaczynamy pojmować zasady skomplikowanej gry sił naporu i przyciągania, które podtrzymują strzeliste sklepienie. Nie dostrzegamy masywnych filarów i pozbawionych podziałów ścian. Cale wnętrze wydaje się utkane z cienkich łuków i żeber; ich sieć pokrywa sklepienie i spływa po murach nawy, zbiegając się na filarach, które przeobraziły się w wiązki kamiennych prętów. Nawet okna wypełnia dekoracja z przeplatających się linii zwana maswerkiem. – Katedra Kolońska; źródło: Wikipedia (Mkill – praca własna).

Wielkie katedry – kościoły biskupie – projektowano pod koniec XII i na początku XIII w. z takim rozmachem, ze niewiele spośród nich zostało ukończonych w zaplanowanym kształcie. Mimo to i mimo wielu przekształceń, jakim je z czasem poddawano, wejście do tych ogromnych przestrzeni, których rozmiary wydają się gigantyczne w porównaniu z ludzką skalą, pozostaje niezapomnianym przeżyciem. Z trudem możemy sobie wyobrazić, jakie wrażenie budowle te wywierały na tych, którzy znali jedynie masywne i ponure konstrukcje romańskie. Stare kościoły przez swą moc i potęgę przekazywały treści związane z Kościołem Wojującym, dającym schronienie przed naporem zła. Nowe katedry pozwalały wiernym wejrzeć w inną rzeczywistość. Musiały im się jawić jako Jeruzalem niebiańskie, gdy w kazaniach i hymnach słuchali o jego bramach z pereł, fundamentach zdobnych bezcennymi kamieniami i ulicach z czystego złota, przezroczystego jak szkło (Apokalipsa św. Jana 21). Teraz wizja ta zstąpiła z niebios na ziemię. Mury kościołów nie były już zimne i posępne. Były uformowane z witraży, które migotały wszystkimi barwami na podobieństwo rubinów i szmaragdów. Filary, żebra i maswerki połyskiwały złotem. Wszystko, co było ciężkie, przyziemne i monotonne, zostało wyeliminowane. Wierni, którzy oddawali się kontemplacji tego piękna, czuli, iż zbliżają się do zrozumienia tajemnic pozazmysłowej rzeczywistości.

Te cudowne budowle, oglądane nawet z daleka, zdawały się głosić chwałę niebios. Fasada katedry Notre-Dame w Paryżu jest chyba najdoskonalszą realizacją stylu gotyckiego. Tak klarowny i wyrazisty jest układ portali i okien, tak giętkie i wdzięczne są linie maswerków galerii, że zapominamy o realnym ciężarze masy kamieni i cała konstrukcja zdaje się wyrastać przed nami jak miraż.


Podobne wrażenie lekkości i nieważkości wywierają rzeźby, które zapełniają portale na podobieństwo niebiańskich gospodarzy. Podczas gdy romański mistrz z Arles nadał figurom świętych formę solidnych filarów, dobrze osadzonych w architektonicznej ramie, mistrz, który wyrzeźbił północny portal gotyckiej katedry w Chartres, ożywił każdy z posagów. Wydaje się, że figury poruszają się, wpatrują w siebie nawzajem z powagą, a spowijające je fałdy szat sugestywnie oddają kształt ludzkiego ciała. Posągi są wyraźnie oznaczone atrybutami, tak by były rozpoznawalne dla każdego, kto zna Stary Testament. Nie mamy problemu z rozpoznaniem Abrahama, starca trzymającego przed sobą syna Izaaka, którego ma złożyć w ofierze. Możemy z łatwością wskazać Mojżesza z tablicami Dziesięciu Przykazań oraz palem z wężem miedzianym, który uratował Izraelitów od zagłady. – Katedra Kolońska; źródło: Wikipedia (Erika Mlejova – praca własna).

x

Portal powyżej jest bardzo podobny do tego opisanego przez Gombricha w katedrze w Chartres.
Czym zatem były te gotyckie katedry? Kto je budował i w jaki sposób? Ich budowa wymagała zapewne zaawansowanej wiedzy technicznej i matematycznej. Jednak nie mniej ciekawym wątkiem jest idea, jaka przyświecała ich twórcom. Była to idea Niebieskiej Jerozolimy. Czym więc są one dla Żydów? Czy wyprawy krzyżowe miały wpływ na miejsce ich powstawania? Wszak rycerstwo Francji, Anglii i Świętego Cesarstwa Rzymskiego miało chyba największy udział w krucjatach i tam powstało ich najwięcej i największych. Renesans, również w architekturze, był w opozycji do średniowiecza, które we Włoszech określano jako coś pośredniego pomiędzy starożytnością a odrodzeniem. Czy określenie rzymski katolicyzm powstało w opozycji do kościołów narodowych czy może raczej do katolicyzmu wielkich katedr, który można by nazwać katolicyzmem jerozolimskim ze względu na wyprawy krzyżowe, po których to właśnie zaczęły powstawać te katedry? Czy fakt, że papieże w czasie wielkiej schizmy obrali sobie za siedzibę Awinion – będący eksklawą państwa papieskiego, ale na terenie Francji – mógł być związany z walkami, jakbyśmy to dziś powiedzieli, frakcyjnymi pomiędzy katolicyzmem rzymskim i jerozolimskim? Różne pytania nasuwają się, a odpowiedzi brak. Tym bardziej zagadkowy był pożar katedry Notre-Dame. Czy to był jakiś znak?

Wielka Schizma

Śmierć papieża i zbliżający się wybór nowego, to okazja do zastanowienia się nad tym, czym był i jest Kościół katolicki. W powieści Mario Puzo The Family Arrow Books 2003, w prologu, jest bardzo zwięzły opis okresu zwanego renesansem, zdarzeń, jakie poprzedzały go i jaki był wówczas stan Kościoła katolickiego. Są to uwagi bardzo ogólne, ale może właśnie dlatego pozwalają na szersze spojrzenie na tamte czasy i na ludzką naturę, a także na prawdziwe pochodzenie władzy i jej charakter. Poniżej ten prolog, a jego wersja oryginalna – na końcu bloga.

x

Gdy czarna śmierć przetoczyła się przez Europę, uśmiercając połowę populacji, wielu obywateli w desperacji odwróciło się od Niebios ku Ziemi. Tu, aby zrozumieć świat materialny, bardziej filozoficznie nastawieni próbowali zgłębić sens istnienia i rozwikłać wielką tajemnicę Życia, podczas gdy biedni mieli jedynie nadzieję na ulżenie swoim cierpieniom.

I tak Bóg zszedł na Ziemię jako Człowiek, a surowa doktryna religijna średniowiecza straciła swoją moc i została zastąpiona studiowaniem wielkich starożytnych cywilizacji Rzymu, Grecji i Egiptu. Gdy dążenie do nowych krucjat osłabło, starożytni bohaterowie odrodzili się, a starożytne wojny toczono na nowo. Człowiek oddalił się od Boga, a Rozum triumfował.

Był to czas wielkich osiągnięć w filozofii, sztuce, medycynie i muzyce. Kultura rozkwitała z wielką pompą i ceremonią. Ale nie obyło się bez kosztów. Starych praw zaniechano zanim powstały nowe. Odejście od Boga i wiary w wieczne zbawienie oraz przejście do kultu Człowieka i nagrody w życiu doczesnym, co nazwano humanizmem, było, w istocie, trudną przemianą.

Wtedy Rzym nie był Świętym Miastem; był miejscem bezprawia. Na ulicach rabowano obywateli, plądrowano domy, szerzyła się prostytucja, a setki ludzi mordowano każdego tygodnia.

Ponadto kraj, który znamy obecnie jako Włochy, jeszcze nie istniał. Zamiast tego istniało pięć wielkich potęg: Wenecja, Mediolan, Florencja, Neapol i Rzym. W granicach „buta” znajdowało się wiele niezależnych miast-państw rządzonych przez stare rodziny pod wodzą lokalnych królów, feudałów, książąt lub biskupów. Wewnątrz kraju sąsiedzi walczyli z sąsiadami o terytorium. A ci, którzy podbijali, zawsze byli czujni – ponieważ kolejny konkurent mógł się niebawem pojawić.

Z zewnątrz groziła interwencja obcych mocarstw, które chciały rozszerzyć swoje imperia. Władcy Francji i Hiszpanii rywalizowali o terytorium, a „barbarzyńscy” Turcy, którzy nie byli chrześcijanami, wkraczali na terytorium Państwa Kościelnego.

Kościół i państwo walczyły o suwerenność. Po parodii Wielkiej Schizmy – kiedy było dwóch papieży w dwóch miastach z podzieloną władzą i zmniejszonymi dochodami – utworzenie nowej siedziby tronu w Rzymie, z jednym tylko papieżem, dało książętom kościoła nową nadzieję. Stając się jeszcze silniejszymi niż wcześniej, duchowi przywódcy kościoła musieli jedynie walczyć z doczesną władzą królów, królowych i książąt małych miast i lenn.

Mimo to Kościół Rzymskokatolicki pogrążył się w chaosie, gdyż bezprawie nie ograniczało się tylko do obywateli. Kardynałowie wysyłali na ulice swoje sługi uzbrojone w kamienie i kusze, by walczyli z rzymską młodzieżą. Mężczyźni na wysokich stanowiskach w kościele – którym nie wolno było się żenić – odwiedzali kurtyzany i utrzymywali wiele kochanek. Oferowano i przyjmowano łapówki. Oficjalne duchowieństwo na najwyższym szczeblu było gotowe przyjąć pieniądze za odpuszczenie grzechów i zredagować ponownie święte papieskie bulle, aby unieważnić najstraszniejsze zbrodnie.

Wielu rozczarowanych obywateli mówiło, że wszystko w Rzymie jest na sprzedaż. Za odpowiednią sumę można kupić kościoły, księży, odpusty, a nawet przebaczenie Boga.

Z niewieloma wyjątkami mężczyźni, którzy zostawali księżmi, wstępowali do kościoła, ponieważ byli drugimi synami – od urodzenia przygotowywanymi do zawodów kościelnych. Nie mieli prawdziwego powołania religijnego, ale ponieważ Kościół nadal miał władzę, aby ogłosić króla królem i obdarzyć wielkimi dobrami ziemskimi, każda włoska rodzina arystokratyczna oferowała prezenty i łapówki, aby synowie zostali mianowani do kolegium kardynalskiego.

Był to renesans, czasy kardynała Rodriga Borgii i jego rodziny.

x

Średniowiecze to wiara w Boga, renesans to wiara w człowieka. Średniowiecze to poznanie poprzez wiarę, renesans – poprzez rozum, czyli doświadczenie i obserwację.

Niezależne miasta-państwa rządzone były przez stare rody pod wodzą lokalnych królów, feudałów, książąt lub biskupów, czyli że te stare rody to to, co dziś określamy mianem deep state. Wygląda więc na to, że prawdziwa władza zawsze była ukryta, a to, co nam przedstawia się jako władzę, to tylko kukiełki, którymi kierują nieznani przełożeni.

Każda włoska rodzina arystokratyczna oferowała prezenty i łapówki, aby ich synowie zostali mianowani do kolegium kardynalskiego. Tak więc prawdziwa władza miała swoich ludzi wszędzie i na każdym szczeblu. Kolegium kardynalskie to kolegium, które kształciło kardynałów, a więc tych, którzy wybierali papieża.

„Po parodii Wielkiej Schizmy…” – Czym zatem była ta Wielka Schizma? Wikipedia tak m.in. pisze:

Wielka schizma zachodnia (także schizma zachodnia, schizma papieska lub wielka schizma; samo określenie wielka schizma może być jednak używane także w odniesieniu do wielkiej schizmy wschodniej) – okres trwający od 1378 do 1417 roku, kiedy to brak zgody kardynałów, kierujących się głównie pobudkami politycznymi, powodował, że do tytułu głowy Kościoła katolickiego rościło sobie pretensje dwóch, a nawet trzech papieży jednocześnie.

Geneza Wielkiej Schizmy

W roku 1309 papież Klemens V przeniósł siedzibę Kurii Rzymskiej do Awinionu na terenie hrabstwa Venaissin w Prowansji rozpoczynając okres tzw. niewoli awiniońskiej papieży. Jego kolejni następcy (Jan XXII, Benedykt XII, Klemens VI, Innocenty VI i Urban V) rezydowali do roku 1376 w Awinionie, jedynie Urban V w latach 1367–1370 na krótko powrócił do Rzymu. Wszyscy oni byli Francuzami popieranymi i uzależnionymi politycznie od monarchii francuskiej. Kuria Rzymska została zdominowana przez Francuzów, a w gronie kolegium kardynalskiego nasilały się spory pomiędzy frakcjami narodowymi (głównie francuską i włoską). Urząd papieski był wykorzystywany politycznie przez królów Francji, a w Kościele szerzyły się symonia, nepotyzm, rozwiązłość i brak dyscypliny. Skutkowało to stopniowym upadkiem autorytetu papiestwa. Dopiero Grzegorz XI powrócił w 1377 roku do Rzymu za namową Katarzyny ze Sieny (później ogłoszonej świętą).

Początek schizmy

27 marca zmarł w Rzymie papież Grzegorz XI. Zwołano tam pierwsze konklawe 1378 roku, które wybrało Bartolomea Prignano, arcybiskupa Bari. Wstąpił on na tron papieski jako Urban VI. Wątpliwe okoliczności wyboru oraz kontrowersyjne rządy Urbana VI spowodowały bunt większości kardynałów. Przeciwnicy Urbana VI zgromadzili się na zwołanym przez niego konsystorzu w Anagni, gdzie miało dojść do pojednania zwaśnionych stronnictw. Niezadowoleni buntownicy wobec braku ustępstw ze strony papieża przenieśli się do Fondi, gdzie 2 sierpnia wydali odezwę w której stwierdzali nieważność wyboru Urbana VI, jako dokonanego pod przymusem. 9 sierpnia wezwali papieża do ustąpienia, ale dalszy sprzeciw z jego strony doprowadził do tego, iż zbuntowani kardynałowie potwierdzili złożenie go z urzędu i odbyli drugie konklawe 1378 roku. 20 września wybrano a 21 września ogłoszono wybór kardynała Roberta z Genewy, byłego arcybiskupa Cambrai, który przybrał imię Klemens VII. Datę tę można uznać za początek wielkiej schizmy zachodniej.

Klemens VII ekskomunikował Urbana VI, ale nie udało mu się uzyskać powszechnego uznania ani też zdobyć zbrojnie Rzymu, mimo poparcia wielu krajów europejskich i Kurii Rzymskiej. W końcu musiał osiąść w Awinionie. W ten sposób Kościół katolicki podzielił się na dwie obediencje: rzymską i awiniońską, a poszczególne kraje deklarowały poparcie w stosunku do papieży rezydujących w Rzymie lub w Awinionie.

Mapa pokazująca kraje przyjmujące obediencję Awinionu (czerwony) i Rzymu (fioletowy) w czasie schizmy zachodniej; źródło: Wikipedia.

Rzymskich papieży uznawała Anglia, Dania, Flandria, Irlandia, Litwa (wprowadzająca od 1386 roku chrześcijaństwo), Norwegia, Polska, Szwecja, Święte Cesarstwo Rzymskie (w większości), Węgry, północne Włochy i zakon krzyżacki, a awiniońskich papieży uznawały Aragonia, Burgundia, Cypr, Francja, Kastylia i León, Nawarra, Sabaudia, Szkocja, Zakon Joannitów.

Niektóre z księstw Świętego Cesarstwa Rzymskiego w przeciwieństwie do samego cesarza deklarowały poparcie dla papieża awiniońskiego. Niektóre z nich w trakcie trwania wielkiej schizmy zmieniały popierane strony. Portugalia generalnie popierała Rzym, ale w trakcie kryzysu z lat 1383–1385 (tzw. portugalskie interregnum) pretendenci do tronu popierali przeciwne strony. Królestwo Neapolu początkowo popierało papieży awiniońskich, a później rzymskich.

Papieże i antypapieże wielkiej schizmy zachodniej; źródło: Wikipedia.

Sobór w Pizie

Sytuacja zmieniła się znacząco w 1408, gdy większość kardynałów z obydwu obediencji wypowiedziało posłuszeństwo swoim papieżom (Benedyktowi XIII i Grzegorzowi XII). 23 kardynałów zwołało wspólnie sobór do Pizy na dzień 25 marca 1409 roku na którym zebrało się reprezentatywne grono ponad 300 biskupów, przedstawicieli kapituł katedralnych i uniwersytetów. Inicjatywa przezwyciężenia panującej w Kościele katolickim schizmy uzyskała wsparcie znacznej części świata katolickiego, zmęczonego przedłużającą się schizmą i brakiem dobrej woli ze strony obydwu pretendentów do tronu papieskiego.

Sobór zdetronizował niemogących się porozumieć papieży – Grzegorza XII i Benedykta XIII – uznając ich za heretyków. Równocześnie na konklawe zwołanym podczas soboru wybrano Pietro Philargiego na papieża (urzędującego pod imieniem Aleksander V). W efekcie powstała trzecia obediencja – pizańska. Aleksandra V i jego następcę – Jana XXIII – poparły: Anglia, Francja, Litwa, Polska, Portugalia, Skandynawia (państwa unii kalmarskiej: Dania, Norwegia, Szwecja), Święte Cesarstwo Rzymskie, Węgry, północne Włochy, Zakon Krzyżacki oraz łacińskie posiadłości w Grecji i na Cyprze, a nieco później także królestwo Neapolu. Wybór Aleksandra V, jak i jego następcy nie został uznany przez papieży rzymskiego i awiniońskiego. Aleksander V zmarł 3 maja 1410 roku w Bolonii, gdzie 14 maja rozpoczęło się konklawe 1410 roku, które 17 maja wybrało na papieża Neapolitańczyka – kardynała-diakona Baldassare Cossę. Wstąpił on na tron jako Jan XXIII. Sprawował formalnie swój urząd do 29 maja 1415 roku, kiedy to sobór w Konstancji pozbawił go stanowiska.

Zakończenie schizmy na soborze w Konstancji

16 listopada 1414 roku rozpoczął się sobór powszechny w Konstancji zwołany przez Jana XXIII (pizańskiego następcę Aleksandra V), który w tym czasie cieszył się największym poparciem. Jednym z głównych zadań soboru było zakończenie wielkiej schizmy. Sobór sugerował wszystkim trzem urzędującym papieżom abdykację i wybór nowego. 2 marca 1415 roku sobór nakłonił Jana XXIII do wygłoszenia obietnicy dobrowolnego zrzeczenia się tronu, którą powtórzył w bulli wydanej 8 marca. 20 marca uciekł on jednak z Konstancji w obawie przed wysuniętymi przeciwko niemu oskarżeniami. Został jednak wkrótce schwytany i uwięziony a 29 maja sobór pozbawił go formalnie urzędu, czemu się podporządkował.

4 lipca 1415 roku pełnomocnicy rzymskiego papieża Grzegorza XII przeczytali zgromadzonym dokument zwołujący sobór. Papież rzymski – Grzegorz XII – nie chciał uznać soboru, którego sam nie zwołał, jednakże wybrał rozwiązanie kompromisowe i dla siebie zarazem honorowe – „zwołał” sobór, który już od dobrych kilku miesięcy obradował i zatwierdził z mocą wsteczną podjęte na nim decyzje. Uznanie tego dokumentu przez zgromadzonych było ukłonem w jego stronę. Od tego momentu decyzje soboru uznawane są oficjalnie przez Kościół katolicki. Uczestnicy po potwierdzeniu dokumentu zagłosowali za przyjęciem abdykacji Grzegorza XII. Sobór uznał także wszystkie dokumenty wydane przez Grzegorza. Po uzyskaniu jego oświadczenia, że nie będzie ubiegał się o tron papieski ustanowił go kardynałem-biskupem i legatem w Ankonie przyznając mu w Kościele pierwsze miejsce po przyszłym papieżu.

Pomimo podporządkowania się pizańskiego Jana XXIII i rzymskiego Grzegorza XII soborowym decyzjom o złożeniu ich z urzędu, awinioński Benedykt XIII odmawiał zrzeczenia się tytułu. Rezydował on wówczas w Peñíscola a poparcia udzielały mu Aragonia, Kastylia i León, Nawarra, Szkocja i hrabstwo Armagnac. Na przełomie lat 1416/1417 Aragonia, Kastylia i León oraz Nawarra przychyliła się do stanowiska soboru i 27 lipca 1417 roku sobór w Konstancji uznał Benedykta XIII za schizmatyka i ekskomunikował, pozbawiając go tym samym tytułu. Opuścili go też wszyscy popierający go kardynałowie. Szkocja trwała w swoim poparciu tylko do roku 1418. De facto i de iure pozbawiony władzy nie uznał swojej detronizacji aż do śmierci. Nie miało to jednak większego znaczenia praktycznego.

8 listopada podczas soboru w Konstancji rozpoczęło się dość wyjątkowe, ze względu na sposób głosowania, konklawe 1417 roku. Już po 3 dniach – 11 listopada – wybrano kardynała-diakona Oddone Colonnę, który wstąpił na tron Piotrowy jako Marcin V. Inauguracja jego pontyfikatu 21 listopada 1417 roku w Konstancji zakończyła formalnie okres wielkiej schizmy zachodniej.

Konklawe 1417 roku

Konklawe 8-11 listopada 1417 – konklawe, które odbyło się na Soborze w Konstancji i formalnie zakończyło wielką schizmę zachodnią. W jego wyniku papieżem został Marcin V. Było to jedyne w historii konklawe, które odbyło się na terenie Niemiec i jedyne, w którym dopuszczono jako elektorów duchownych spoza Kolegium Kardynalskiego. Było także pierwszym, w którym uczestniczył Polak – arcybiskup gnieźnieński Mikołaj Trąba.

Konsekwencje wielkiej schizmy

Wielka schizma zachodnia i związane z nią negatywne zjawiska doprowadziły do ujawnienia się licznych głosów krytyki pod adresem Kościoła katolickiego i papiestwa. Była niewątpliwym katalizatorem reformacji i okazją do szerzenia swoich tez przez jej prekursorów: Johna Wycliffe’a i Jana Husa. Schizma doprowadziła też do ustalenia Rzymu jako faktycznej, a nie tylko tytularnej, siedziby papieży.

Wśród historyków i teologów, a także znawców prawa kanonicznego nie ma zgody co do tego, którzy z panujących podczas wielkiej schizmy papieży mieli legalne prawo do posługiwania się tym tytułem. Kościół katolicki za prawowitych uznaje papieży obediencji rzymskiej (Urbana VI, Bonifacego IX, Innocentego VII, Grzegorza XII), papieży awiniońskich uznając za uzurpatorów. Wydaje się, że obecnie także papieże pizańscy nie są uznawani przez Watykan, jednakże aż do XX w. Annuario Pontificio ich wymieniało. Także wybrany w 1492 na papieża Rodrigo de Borgia y Borja przybrał imię Aleksander VI uznając niejako prawo do tytułu Aleksandra V. Sytuacja uznania dla papieży pizańskich staje się problematyczna, gdy na tron Piotrowy w 1958 roku wstąpił Angelo Giuseppe Roncalli i przybrał imię Jan XXIII co z kolei świadczy o nieuznawaniu obediencji pizańskiej za legalną przez Kościół katolicki.

Papieże obediencji awiniońskiej i pizańskiej są tradycyjnie nazywani antypapieżami.

x

Mamy więc tu do czynienia z bardzo skomplikowaną i zawiłą materią. Wyboru Urbana VI dokonano pod przymusem. Jednak Wikipedia nie informuje pod jakim przymusem. Jakie to były siły? Zbuntowani kardynałowie na oddzielnym konklawe wybrali swojego papieża Klemensa VII, który nie zdołał pokonać Urbana VI, papieża rzymskiego, i ostatecznie osiadł w Awinionie, który był eksklawą państwa papieskiego, czyli obszarem położonym poza tym państwem, ale należącym do niego. Eksklawą było też Westerplatte. Niektóre księstwa Świętego Cesarstwa Rzymskiego (I Rzesza), w przeciwieństwie do cesarza, deklarowały poparcie dla papieża awiniońskiego. Niektóre w trakcie trwania schizmy zmieniały popierane strony. Portugalia raz tak, raz siak. Podobnie Królestwo Neapolu. Jakaś zawiła gra tam się toczyła.

Później pojawia się trzeci papież, pizański. Poparła go praktycznie cała katolicka Europa, nie został jedynie uznany przez papieża rzymskiego i papieża awiniońskiego. Następnie Jan XXIII, a więc papież pizański, zwołał sobór powszechny w Konstancji, który to sobór pozbawił go tronu. Decyzjom soboru podporządkował się też, czyli ustąpił, papież rzymski Grzegorz XII, natomiast awinioński Benedykt XIII – nie. Ostatecznie sobór uznał go za schizmatyka i w lipcu 1417 ekskomunikował, pozbawiając go tym samym tytułu. W listopadzie 1417 roku, na wyjątkowym konklawe, papieżem został Marcin V. Było to wyjątkowe konklawe, bo niezgodne z dotychczasową procedurą. Czy zatem wszyscy jego następcy, aż do chwili obecnej, byli antypapieżami? A ten, którego wkrótce wybiorą?

Czym była wielka schizma zachodnia? Kłótnią wielkich rodzin arystokratycznych, które faktycznie sprawowały władzę? A może chodziło tylko o podważenie autorytetu Kościoła, czyli przygotowanie gruntu pod reformację? A może była jeszcze jakaś inna przyczyna? W każdym razie dotarcie do istoty władzy wydaje się niemożliwe z pozycji przeciętnego człowieka. Jedno wszakże wydaje się pewne, jeśli uwzględnimy wszystko, co wiązało się z tą schizmą, że władza papieska nie pochodziła od Boga.

xxx

As the black death swept through Europe, devastating half the population, many citizens in desperation turned their eyes from the Heavens to Earth. There, in order to master the physical world, the more philosophically inclined tried to uncover the secrets of existence and unravel Life’s great mysteries, while the poor hoped only to overcome their suffering.

And so it was that God fell to Earth as Man, and the rigid religious doctrine of the Middle Ages lost its power and was replaced by the study of great ancient civilizations of Rome, Greece, and Egypt. As the thirst for the Crusades began to fade, Olympian heroes were reborn and Olympian battles were fought anew. Man pitted his mind against the heart of God, and Reason reigned.

This was the time of great accomplishments in philosophy, the arts, medicine, and music. Culture flourished with great pomp and ceremony. But not without cost. Old laws were broken before new ones were created. The shift from the strict adherence to the world of God and the belief in eternal salvation to the honor of Man and reward in the material world called humanism was, in truth, a difficult transition.

Then, Rome was not the Holy City; it was a lawless place. In the streets, citizens were robbed, house were plundered, prostitution was rampant, and hundreds of people were murdered each week.

Moreover, the country we now know as Italy did not yet exist. Instead, there were five great powers: Venice, Milan, Florence, Naples, and Rome. Within the boundaries of the “boot”, there were many independent city-states ruled by old families led by local kings, feudal lords, dukes, or bishops. Inside the country, neighbor fought neighbor for territory. And those who conquered were always on guard – for the next conquest was close at hand.

From outside the country, there came the threat of invasion by foreign powers who wished to expand their empires. The rulers of France and Spain vied for territory, and the “barbarian” Turks, who were not Christians, were moving in on the Papal States.

Church and state wrestled for sovereignty. After the travesty of the Great Schism – when there were two Popes in two cities with divided power and reduced revenue – the formation of the new seat of the throne in Rome, with only one Pope, gave the princes of the church new hope. Emerging even stronger than before, the spiritual leaders of the church had only to fight the temporal power of the kings, queens, and dukes of the small cities and fiefdoms.

Still, the Holy Roman Catholic Church was in turmoil, for the lawless behavior was not limited to citizens only. Cardinals sent their servants armed in stones and crossbows into the streets to fight with Roman youths; men of high position in the church – forbiden to marry – visited courtesans and kept many mistresses; bribes were offered and taken; and official clergy at the highest levels were ready to accept money to deliver dispensations from the laws and write up sacred papal bulls to pardon the most terrible crimes.

It was said by many a disillusioned citizens that everything in Rome was for sale. Enough money could buy churches, priests, pardons, and even the forgiveness of God.

With very few exceptions, men who became priests entered the church because they were second sons – trained from birth for professions in the church. They had no true religious calling, but because the church still held the power to declare a king a king, and to bestow great blessings on earth, every aristocratic Italian family offered gifts and bribes to get sons named to the college of cardinals.

This was the Renaissance; the time of cardinal Rodrigo Borgia and his family.

Anglia w satyrze

Pisałem już wcześniej, że wielka literatura tym różni się od zaściankowej, że porusza tematy fundamentalne dla ludzkiej egzystencji. Do niej niewątpliwie zalicza się powieść Jonathana Swifta Podróże Guliwera. Pewnie dla wielu znana jest jej wersja dla dzieci. Wikipedia tak o niej pisze:

Podróże Guliwera (ang. Gulliver’s Travels) – popularny skrót tytułu powieści Jonathana Swifta napisanej w 1726 roku, stanowiącej połączenie satyry na ludzką naturę z parodią popularnych w tamtym okresie „powieści podróżniczych”. Powieść ta stanowi najbardziej znaną pracę Swifta, jest jednocześnie zaliczana do klasyki literatury angielskiej. Pełny tytuł to “Travels into Several Remote Nations of the World. In Four parts. By Lemuel Gulliver, First a Surgeon, and then a Captain of Several Ships”, czyli “Podróże do wielu odległych narodów świata, w 4 częściach, opisane przez Lemuela Guliwera, najpierw lekarza okrętowego, później kapitana kilku statków”.

Książka zdobyła ogromną popularność już wkrótce po wydaniu (John Gay stwierdził, że stanowi lekturę uniwersalną, czytaną przez wszystkie warstwy społeczne), ukazuje się drukiem praktycznie nieprzerwanie od roku pierwszej publikacji.

Współcześni czytelnicy Swifta postrzegali Podróże Guliwera jako powieść z kluczem, starając się rozszyfrować aluzje do działających na scenie politycznej stronnictw, a nawet konkretnych postaci. W kolejnych częściach książki Swift poddał krytyce obyczajowość brytyjską początku XVIII wieku (kompromitacja polityki, sądownictwa, ustroju parlamentarnego, nauki, filozofii), atakował nietolerancję, pychę, głupotę, donosicielstwo, intrygi.

George Orwell powiedział, że gdyby miał wybrać sześć książek, które miałyby ocaleć, podczas gdy wszystkie inne uległyby zniszczeniu, Podróże Guliwera z pewnością znalazłyby się wśród nich.

Książka przedstawia się jako zwykła powieść podróżnicza, której narratorem jest „Lemuel Guliwer, początkowo lekarz pokładowy, później kapitan kilku statków”. Z uwagi na drastyczne często fragmenty, książka doczekała się szeregu wariantów dostosowanych do różnych czytelników. Oryginalna książka jest ostrą, brutalną satyrą. Jej opublikowanie świadczy o znacznej wolności słowa w ówczesnej Wielkiej Brytanii.

x

W powieści tej opisane są cztery podróże Guliwera. Pierwsza prowadzi do krainy Liliputów, w drugiej bohater trafia do krainy gigantów, gdzie sam gra rolę liliputa. Trzecia podróż wiedzie go na wyspę Laputa do królestwa muzyków i matematyków, czwarta – do kraju rządzonego nie przez ludzi, którzy zachowują się tam jak dzikie i trudne do poskromienia zwierzęta, lecz przez mądre konie Houyhnhnmy. Podróże Guliwera uważane są za pierwszą w historii krytykę czasów nowożytnych, arcydzieło satyry społecznej i politycznej poddające krytyce obyczajowość społeczeństwa, którego jedynym drogowskazem stała się chytrość i pogoń za zyskiem. – Tak charakteryzował tę powieść wydawca, czyli Wydawnictwo Siedmioróg Wrocław 2022. Z tego wydania pochodzą wybrane przeze mnie cytaty. Niestety przekład jest zły i może stąd brak nazwiska tłumacza. Dziwna to praktyka, z którą spotykam się po raz pierwszy. Choć, z drugiej strony, czy w kraju Zulu-Gula może jeszcze coś dziwić? A może to Ukrainiec i dlatego nie ma nazwiska?

x

W Lilipucie:

Jakkolwiek państwo nasze w oczach cudzoziemca zdaje się być kwitnące, musimy jednak z dwiema plagami walczyć: z buntem wewnętrznym i najazdem z zewnątrz, którym nam grozi potężny nieprzyjaciel. Co do pierwszego, to trzeba ci wiedzieć, że od siedemdziesięciu księżyców były w tym państwie dwie partie sobie przeciwne pod nazwami Tramecksan i Slamecksan, tak nazwane od wysokich i niskich klocków, czyli obcasów u trzewików, którymi się różnili.

Wiadomo wszystkim, że wysokie klocki bardziej się zgadzają z naszą starą konstytucją. A choć tak się ma sprawa, cesarz postanowił używać tylko niskich klocków, tak w sprawowaniu rządu, jako też we wszystkich od woli monarszej zależnych urzędach. Mogłeś nawet zauważyć, że klocki Jego Cesarskiej Mości są przynajmniej o durr niższe niż któregokolwiek z dworzan (durr to ich czternasta część ciała).

Niechęci dwóch partii – mówił dalej – w takim wysokim są stopniu, że ani nie jedzą, ani nie piją ze sobą, ani do siebie nie mówią. Rozumiemy, że tramecksani, czyli wysokie klocki, przeważają nas liczbą, ale w naszych rękach jest władza. Niestety! Lękamy się, żeby syn cesarski, następca tronu, nie miał skłonności do klocków wysokich, zwłaszcza, jak łatwo dostrzec, że jeden jego klocek wyższy jest od drugiego, dlatego idąc, trochę kuleje. Otóż wśród wewnętrznego zamieszania grozi nam najazdem wyspa Blefusku, która jest drugim wielkim cesarstwem świata, tak prawie obszernym i mocnym jak nasze państwo. Bo co się tyczy opowiadań twoich, jakoby znajdowały się na świecie inne państwa, stany, zamieszkane przez ludzi tak wielkich i tak ogromnych jak ty jesteś, filozofowie nasi bardzo w to wątpią i wolą raczej twierdzić, żeś spadł z księżyca lub z jakiejś innej gwiazdy, ponieważ stu ludzi twojej wielkości w krótkim czasie wyjadłoby w państwie naszego cesarza wszystkie owoce, wszystkie bydlęta i całą żywność.

Ponadto nasi dziejopisarze od sześciu tysięcy księżyców o żadnych innych krajach, prócz państw Liliputu i Blefusku, wzmianki nie czynią. Te dwa straszne mocarstwa, jak ci nadmieniłem, przez trzydzieści sześć księżyców toczyły ze sobą uporczywą wojnę, której powód był następujący: wszyscy się na to zgadzają, że początkowo zawsze tłuczono jaja przed jedzeniem z grubszego końca, ale dziad cesarza miłościwie nam panującego, gdy jeszcze był dzieckiem, mając jeść jajo i nadłamawszy je zgodnie ze starożytnym zwyczajem, nieszczęśliwym jakimś przypadkiem skaleczył sobie palec, skąd się wzięło, że cesarz, ojciec jego, pod surowymi karami wydał prawo, żeby od owego czasu jaja z cieńszego końca tłuczono. Lud tą ustawą był tak oburzony, że dziejopisarze nasi wspominają o sześciu z tego powodu rozruchach, w których jeden cesarz utracił życie, a drugi koronę. To zamieszanie i niezgody wewnętrzne wzniecali zawsze królowie Blefusku (Putin – przyp. W.L.), a kiedy bunty poskramiano, winowajcy uciekali do ich kraju. Szacuje się, że jedenaście tysięcy ludzi na przestrzeni tego czasu wolało ponieść śmierć niż poddać się prawu tłuczenia jaj z cieńszego końca. Napisano kilkaset wielkich tomów o tym zdarzeniu i udostępniono ludowi, ale księgi Grubo-Końców zakazane są od dawna, a ich partia uznana za niegodną posiadania urzędów. W czasie tych ustawicznych zamieszek królowie Blefusku często przez posłów swoich oskarżali nas o zbrodnie, jakobyśmy kardynalnie gwałcili przykazania naszego wielkiego proroka Lustroga, objawione w pięćdziesiątym czwartym rozdziale Brundrecalu (to jest ich Alkoranu), co jednak, myślę, jest tylko przekręceniem tekstu, który brzmi: Wszyscy wierni tłuc będą jaja z końca wygodniejszego”.

Według mnie, każdy powinien sam rozstrzygać, który koniec do tłuczenia jest wygodniejszy, a przynajmniej ustanowienie tego należy zostawić Najwyższemu Sędziemu. Grubo-Końce tyle względów u króla Blefusku, tyle tajnej pomocy i wsparcia w swoim własnym kraju znaleźli, że z tego powodu między dwoma państwami już przez trzydzieści sześć księżyców panuje krwawa wojna z odmiennym szczęściem dla stron walczących. W tej wojnie straciliśmy czterdzieści okrętów liniowych i wiele pomniejszych statków, i trzydzieści tysięcy najlepszych naszych majtków i żołnierzy. Uważa się, że nieprzyjaciel nieco większą poniósł stratę. Jakkolwiek jest, teraz szykują (Putin – przyp. W.L.) wielką flotę w celu wkroczenia do naszego kraju.

x

W krainie gigantów:

Zacząłem od opowiadania, że nasze stany złożone są z dwóch wysp zawierających trzy potężne królestwa pod jednym monarchą, nie licząc stanów, które mamy w Ameryce. Rozwodziłem się dużo nad urodzajem naszej ziemi i umiarkowanego powietrza. Opisałem potem ustanowienie naszego Parlamentu, złożonego po części ze znakomitego ciała, nazwanego Izbą Lordów, osób krwi najszlachetniejszej, dawnych dziedziców i panów najpiękniejszych majętności w kraju. Opowiadałem, jak im najtroskliwszą dają edukację, tak w naukach, jak i sztuce wojennej, aby mogli być urodzonymi króla i królestwa konsyliarzami, prawodawcami państwa, członkami Najwyższej Izby Sprawiedliwości, od której nie ma apelacji, i gorliwymi obrońcami monarchy i ojczyzny przez swoje męstwo, postępki i wierność; że ci panowie są ozdobą i bezpieczeństwem królestwa, godnymi następcami swoich sławnych przodków, których dostojeństwa były nagrodą znakomitej cnoty i których potomstwa wyrodnego nie widziano. Razem z nimi zasiada w tej Izbie wielu świętych mężów, tytułowanych biskupami, których szczególną powinnością jest czuwać nad religią i tymi, co ją opowiadają, że na to wysokie dostojeństwo król i najmądrzejsi jego doradcy wybierają spośród duchowieństwa ludzi świątobliwych i uczonych i że ci biskupi są duchownymi ojcami kleru i narodu.

Dodałem, że drugą część tego Parlamentu stanowi zacne zgromadzenie, nazwane Izbą Gmin, złożone z osób szlachetnych, wybranych w głosowaniu powszechnym przez obywateli z powodu ich rozumu i miłości do ojczyzny, żeby wyrażali mądrość całego narodu. Powiedziałem, że te dwa ciała czynią najzacniejsze w Europie zgromadzenie, któremu wraz z królem przekazane jest prawodawstwo.

Potem opisałem nasze sądy, gdzie zasiadają wielebni mędrcy, rzetelni tłumacze prawa, którzy wyrokami swymi rozstrzygają kłótnie prywatnych osób, którzy karzą zbrodnie, a niewinności bronią. Nie zaniedbałem powiedzieć o mądrej ekonomii naszych dochodów, o waleczności i doskonałej dyscyplinie naszych wojsk lądowych i morskich. Wymieniłem liczbę ludu, podając, ile milionów liczy każda sekta religijna i partia polityczna. Nie opuściłem ani naszych zabaw, ani widowisk publicznych, ani żadnych szczegółów, które mogły czynić zaszczyt mojej ojczyźnie. Zakończyłem krótkim opisaniem wypadków i zdarzeń w ciągu ostatnich stu lat w Anglii.

Ta rozmowa ciągnęła się przez pięć audiencji, a każda audiencja trwała po kilka godzin. Król Jegomość słuchał wszystkiego z wielką pilnością, notując krótko, co mówiłem, i pytania, które mi chciał zadawać. Gdy zakończyłem moje długie mowy, Król Jegomość na szóstej audiencji, przejrzawszy, co sobie z nich zapisał, miał wiele wątpliwości, pytań i zarzutów względem każdego artykułu. Spytał mnie najpierw, jaką otrzymuje edukację młodzież szlacheckiego urodzenia dla wykształcenia ciała i duszy i czym się najwięcej zajmuje w latach do nauki najzdatniejszych. Co się robi, by zapewnić wakujące miejsce w Izbie Lordów, kiedy zgaśnie jakiś dom szlachetny, co musi czasem się przytrafić? Jakie przymioty potrzebne są tym, których na nowych wynoszą lordów? Czy widzimisię monarchy albo suma wręczona jakiejś damie lub pierwszemu ministrowi, albo też chęć wzmocnienia partii nieprzyjaznej obywatelom nie bywają powodem do takich promocji? Jaką znajomość praw krajowych posiadają lordowie i w jaki sposób stają się zdolni do ostatecznego rozsądzania praw swych współobywateli? Czy od chciwości, stronniczości i popędów są wolni, tak że przekupstwo lub inne niegodne względy nie mają do nich dostępu? Czy ci święci biskupi, o których mówiłem, do godności swojej zawsze przychodzą przez umiejętności teologiczne i pobożność? Czy nie czynią czasem podłości? Albo czy nie wchodzą w intrygi, będąc jeszcze prostymi kapłanami? Czy nigdy taki święty lord nie był zaprzedany jakiemuś możnemu panu, za którego staraniem doszedł do biskupstwa i czy w takim razie nie idzie potem zawsze ślepo za zdaniem swego dobrodzieja na zgromadzeniach Izby Lordów?

Chciał wiedzieć, jak lud obiera tych, których do Izby Gmin wysyła dla wyrażenia mądrości narodu. Czy ktoś nieznany, lecz z pełnym workiem złota nie może za pomocą przekupstwa zyskać większości głosów i zostać wyniesiony nad panów i najzacniejszą w okolicy szlachtę? Dlaczego z taką gwałtownością ubiegają się o to, aby być wybranymi na zgromadzenie Parlamentu, gdy ten wybór wielkie ze sobą niesie troski i wydatki, a żadnego nie przynosi zysku, często pociągając za sobą zubożenie całego rodu? Ponieważ twierdziłem, że brak wynagrodzenia dla członków Parlamentu jest próbą najwyższej cnoty i ducha obywatelskiego, Król Jegomość wątpił, by to zawsze było szczere. Pytał, czy te osoby są zupełnie bezinteresowne i czynią to jedynie z wielkiej miłości do ojczyzny, czy też spodziewają się koszty swoje odebrać z lichwą od słabego i złego monarchy i sprzedajnych ministrów, poświęcając dobro publiczne? Król Jegomość tyle mi pytań zadawał, tyle zarzutów czynił, iż roztropność nie pozwala mi ich wszystkich powtarzać.

Co do sądów, chciał także, żebym mu wyjaśnił kilka kwestii, co uczyniłem z wielką dokładnością, bo sam zostałem niegdyś prawie zniszczony przez długie prowadzenie sprawy, mimo że ją w końcu ze zwrotem kosztów wygrałem. Spytał mnie, ile przeważnie kosztuje praca prawnika, czy nie za wiele? Czy adwokaci mają wolność bronienia spraw niesprawiedliwych? Czy religia lub polityka odgrywają jakąś rolę w wymiarze sprawiedliwości? Czy adwokaci znają gruntownie ogólne podstawowe zasady sprawiedliwości, czy też poprzestają na mniemaniach o prawie i zwyczajach danego kraju? Czy adwokaci i sędziowie mają moc ustanawiania tych praw, które tłumaczą, jak im się wydaje i podoba? Cy ci prawnicy nigdy nie występują jako obrońcy i oskarżyciele tego samego przestępstwa i nie cytują swoich poprzednich opinii, zmieniając je wedle potrzeb? Czy stan ten jest bogaty, czy ubogi? Czy za obronę lub konsultację biorą zapłatę i czy mogą być wybierani do Izby Gmin?

Potem zaczął mówić o ekonomii i powiedział mi, że jego zdaniem pomyliłem się w tym temacie, ponieważ podałem, że podatki przynoszą tylko pięć lub sześć milinów na rok, a tymczasem rozchód nierównie sięga dalej i dwukrotnie przewyższa dochody. Bardzo dokładnie sobie zanotował to, co mówiłem, sądząc, że się z naszej ekonomii może czegoś nauczyć. Nie mogę pojąć – mówił – jak królestwo śmie czynić większe wydatki nad intraty i zjadać dobra swoje, jak jakiś prywatny człowiek.

Pytał mnie, kim są nasi wierzyciele i skąd bierzemy pieniądze, aby im zapłacić. Mocno dziwił się, że podejmujemy tak kosztowne i wyczerpujące wojny. Zapewne – mówił – że albo jesteście narodem niespokojnym i kłótliwym, albo też macie bardzo złych sąsiadów, a wasi generałowie muszą być bogatsi od waszych królów. Co wy macie za sprawę do innych państw oprócz wysp waszych, cóż macie z nimi za interesy oprócz handlu i traktatów, czyż musicie myśleć o ich podboju, czyż nie dosyć jest pilnować portów i brzegów swoich?

A najbardziej temu się dziwił, żeśmy utrzymywali najemne wojska w czasie pokoju i wolności narodu. Mówił mi, że jeżeli nami rządzą wybrani przez nas członkowie Parlamentu, nie może pojąć, kogo się mamy obawiać i przeciw komu wojnę toczyć. Pytał się mnie, czy dom prywatnego człowieka nie lepiej bywa strzeżony przez niego samego, przez jego dzieci i sługi domowe niż przez hultajów przypadkowo najętych, bardzo mizernie płatnych, którzy zarzynając nas, sto razy więcej mogliby zyskać.

Śmiał się bardzo z mojej dziwacznej (jak mu się podobało nazywać) arytmetyki, gdy mu wyliczyłem, ile nas jest, a uczyniłem to, porównując wiele stronnictw religijnych i politycznych. Czemu – powiedział – zmusza się ludzi mających przekonania przeciwne publicznemu dobru, aby je zmieniali, zamiast zmuszać ich, aby je ukrywali? Pierwsze jest tyranią, niewykonanie drugiego słabością. Nie można nikomu zabronić, aby trzymał truciznę w swoim domu, ale koniecznie należy zakazać jej publicznej sprzedaży.

Uczynił mi uwagę, że między zabawami naszej szlachty wspomniałem o grze hazardowej. Chciał wiedzieć, od jakiego wieku powszechnie na tę zabawę sobie pozwalają. Wiele na nią czasu tracą? Czy niekiedy przez nią majątków swoich nie trwonią? Czy ludzie podli i nikczemni nie mogą czasem przez swoją w tym rzemiośle sprawność zgromadzić wielkich bogactw, trzymać lordów naszych w uległości, przyzwyczajać ich do złego towarzystwa, odrywać ich zupełnie od doskonalenia rozumu i staranności w interesach domowych, a przez straty, które mogą ponosić, nauczać ich, żeby tej samej używali bezecnej sprawności, przez którą sami zostali zrujnowani?

Dziwiła go niewypowiedzianie historia naszego ostatniego stulecia. Był to według niego tylko okropny łańcuch sprzysiężeń, buntów, zabójstw, rzezi, rewolucji, wygnań i najszkaradniejszych skutków, które chciwość, partyjniactwo, hipokryzja, zdrada, okrucieństwo, zajadłość, szaleństwo, nienawiść, zazdrość, żądza, złość i ambicja mogły wydać.

Podczas drugiej audiencji Jego Królewska Mość powtórzył znowu wszystko, co mu powiedziałem. Porównał swoje pytania z odpowiedziami, które mu dawałem, a potem wziąwszy mnie na swoje ręce i łagodnie głaszcząc, wyraził się w tych słowach, których nigdy nie zapomnę, jak i tonu, którym je wymówił:

– Mój malutki przyjacielu, Grildrigu, uczyniłeś nadzwyczajną pochwałę swego kraju. Dowiodłeś, że niewiedza, lenistwo i występek są właściwymi przymiotami do ubiegania się o miano prawodawcy, że prawa bywają wyjaśniane, tłumaczone i stosowane przez osoby, których interes i umiejętności skłaniają do zepsucia, zawikłania i omijania praw. Pierwotne zasady instytucji waszego rządu mogłyby jeszcze uchodzić, ale widzę odmieniły je występki. Z tego nawet, coś mi powiadał, nie widzę, żeby jedna przynajmniej cnota była potrzebna dla dostąpienia urzędu. Nie widzę, żeby ludzie zaliczani byli do szlachty przez swoje cnoty, żeby kapłani wynoszeni byli na dostojeństwa przez świątobliwość i wiedzę, żołnierze przez męstwo, sędziowie przez nieposzlakowaną opinię, senatorowie przez miłość do ojczyzny, ministrowie przez mądrość. Lecz co do ciebie – kończył król – któryś większą część swego życia spędził w podróżach, chce wierzyć, iż występkami swego kraju nie całkiem jesteś zarażony. Ale z tego wszystkiego, coś mi opowiadał i z odpowiedzi, jakie z największym trudem od ciebie wydobyłem, sądzę, iż większa część twoich rodaków jest najszkodliwszym rodzajem robaków, jakiemu natura na powierzchni ziemi czołgać się pozwoliła.

xxx

Powieść ta składa się z czterech części. Wybrałem fragmenty z części pierwszej i drugiej, bo dotyczą one polityki. Opis walczących ze sobą mocarstw, to metafora stosunków pomiędzy Anglią i Francją w XVIII wieku. W trzeciej części akcja toczy się na latającej wyspie Laputa. To królestwo muzyków i matematyków, którzy całkowicie oddają się nauce i sztuce, ale nie potrafią zastosować tej wiedzy w praktyce. To satyra na Royal Society, czyli brytyjską akademię nauk. W czwartej części autor opisuje krainę rządzoną przez konie, w której ludzie są zdegradowani do roli dzikich i trudnych do okiełznania zwierząt.

x

Czytając te dwa zacytowane fragmenty, nie sposób odnieść wrażenia, że to wszystko jest nadal aktualne, pomimo że Swift pisał to w 1726 roku, a więc trzysta lat temu. Mamy więc tam cesarza, który popiera „klocki niższe”, a jego syn, następca tronu, skłania się ku „klockom wyższym”. My mieliśmy prezydenta, „prawicowego”, który wspierał „lewą nogę”. Po roku 1989 z czasem ukształtował się u nas system dwupartyjny. I my też mamy swoje klocki niższe i wyższe. Wiadomo więc skąd to przyszło.

Opis relacji dwóch państw, czyli Liliputu i Blefusku, pasuje jak ulał do wojny na Ukrainie. Obecne zawirowania na linii Rosja – Stany Zjednoczone obrazują, jak doskonałym systemem rządzenia jest system dwupartyjny. Pozwala on na stworzenie klarownego podziału: jeden jest za wojną na Ukrainie (Biden), drugi – przeciw (Trump). Gdyby rządził monarcha, to taka jego zmiana stanowiska stawiałaby go w bardzo negatywnym świetle. Oznaczało by to, że władca jest niepoważny i jak pijany odbija się raz od jednej, raz od drugiej ściany. Również system trójpartyjny nie byłby wskazany, bo uniemożliwiałby klarowny podział. Ten system, stworzony w Anglii, narzuca ona lub jej zbrojne ramię, czyli Stany Zjednoczone, państwom Trzeciego Świata, a więc również Rzeczypospolitej Ukraińskiej.

Anglia jest monarchią, ale nie ma własnego parlamentu, ma go Wielka Brytania. Jej parlament jest dwuizbowy. Składa się z Izby Lordów i Izby Gmin. Nie bardzo wiadomo w jaki sposób wybierani są członkowie Izby Lordów, która do XIX wieku odgrywała główną rolę w Parlamencie. Obecnie Izba Gmin decyduje o wszystkim. W jej skład wchodzi 650 deputowanych wybieranych w wyborach powszechnych, w jednomandatowych okręgach wyborczych. O ich specyfice pisałem w blogu Pomysły.

O systemie prawnym Wielkiej Brytanii Wikipedia tak pisze:

„System prawny Anglii znacznie różni się od systemów prawnych państw kontynentalnych. Różnice te wynikają przede wszystkim z faktu, że w odróżnieniu od całościowo oraz licznie skodyfikowanych i uregulowanych ustawowo dziedzin prawa w państwach na kontynencie europejskim w Anglii (jak i w pozostałych częściach Wielkiej Brytanii) system prawa stanowionego dotyka tylko niektórych gałęzi prawa, przy czym cała reszta opiera się na prawie precedensowym.

System prawny Anglii charakteryzuje się występowaniem obok siebie zarówno prawa ustawowego (statutory law), jak i prawa precedensowego (case albo common law). Pierwsze składa się z szeregu różnych aktów prawa stanowionego, w szczególności ustaw (statutes). W Anglii nie ma konstytucji w sensie formalnym, nie istnieje szczególny akt prawny o randze ponad ustawowej, co jest typowe dla krajów Europy kontynentalnej i USA. Z kolei angielskie prawo common law jest tworzone na podstawie rozstrzygnięć uprzednio przyjętych we wcześniej wydanych wyrokach sądowych, które noszą miano precedensów.”

Z kolei Swift tak m.in. pisze:

„Maksyma sędziów brzmi, że cokolwiek osądzono przedtem, osądzono dobrze. Dlatego z wielką starannością chowają wszystkie dawniejsze dekrety, nawet te, które dyktowała niewiedza i które są przeciwne słuszności i zdrowemu rozumowi. Nazywają je precedensami, czyli zbiorem zasad prawnych. Przywodzi się je jako mające powagę dla uzasadnienia niesprawiedliwych wyroków i sędziowie zawsze się do nich stosują i sądzą według tych przykładów.”

Powyższy cytat wyjaśnia, dlaczego Wielka Brytania nie ma konstytucji. Wprawdzie rządzący we wszystkich państwach, gdzie ona obowiązuje, jej nie przestrzegają, ale dzięki niej możemy przynajmniej dokonać oceny ich działań. I dlatego wiemy, że stan wojenny w Polsce został wprowadzony niezgodnie z konstytucją, czyli nielegalnie, bo w czasie jego wprowadzania obradował Sejm i tylko on mógł podjąć taką decyzję. Również dzięki temu wiemy, że Zełeński sprawuje swój urząd nielegalnie. Co z taką wiedzą może zrobić przeciętny obywatel? Ano tylko tyle, że wie, że władza jest niepoważna i nie przestrzega prawa, które sama ustanawia. A to oznacza, że legitymizowanie takiej władzy poprzez udział w wyborach nie ma sensu. Jednak ta prosta prawda nie dociera do zdecydowanej większości obywateli. W Anglii natomiast wypracowano taki system prawny, w którym udowodnienie władzy, że łamie prawo jest prawie niemożliwe, co więcej, można w nim usprawiedliwić każdą, nawet największą zbrodnię, powołując się na wcześniejsze precedensy. Iście szatański wynalazek.

Nie mogę pojąć – mówił – jak królestwo śmie czynić większe wydatki nad intraty i zjadać dobra swoje, jak jakiś prywatny człowiek. Pytał mnie, kim są nasi wierzyciele i skąd bierzemy pieniądze, aby im zapłacić.

To są te dwa fundamentalne zagadnienia, pytania, które wyjaśniają wszystko. Państwa mogą się zadłużać, bo mają od kogo pożyczać pieniądze. A kim są ci, którzy pożyczają je i skąd oni je biorą? Reszta, czyli wszelkiego rodzaju teorie geopolityczne i ekonomiczne, to zwykłe robienie ludziom wody z mózgu.