Judeochrześcijaństwo c.d.

W blogu „Judeochrześcijaństwo” poruszyłem tematykę wspólnych korzeni judaizmu i chrześcijaństwa. To było prawie dwa lata temu, gdy prezydent i inne osobistości przekonywały nas, że łączą nas wspólne korzenie. Dziś już nikt się tym nie zajmuje, bo są inne, a właściwie jeden „ważny” temat, który zdominował wszystko. W tamtym blogu przedstawiłem temat bardzo powierzchownie. Wydaje mi się, że warty on jest poważniejszego potraktowania. Religia i wiara to są sprawy ponadczasowe i z tego względu nigdy się nie zdezaktualizują.

Judeochrześcijanie to według Wikipedii ci, którzy przyjmowali nauki Jezusa jako poszerzenie Prawa Mojżeszowego, czyli Tory, czyli pierwszych pięciu ksiąg Biblii. Ich przeciwieństwem byli poganochrześcijanie, którzy nie byli zobligowani do przestrzegania Tory. – Niestety, problem jest trochę bardziej skomplikowany.

Wybrałem dwa fragmenty z dwóch książek. Jeden pochodzi z książki Teodora Jeske-Choińskiego Historia Żydów w Polsce (1919), drugi – z powieści Jana Potockiego Rękopis znaleziony w Saragossie (2007) wersja z 1804 roku. W wersji z roku 1810 Potocki zrezygnował z historii Żyda Wiecznego Tułacza, uznawanej za jedną z najbardziej fascynujących opowieści w wersji z 1804 roku. W 2015 roku pojawiła się na rynku wersja z 1810 roku. Jeske-Choiński pisze:

»Wiadomo, że kapłani egipscy wyprzedzili wiedzą i kulturą wszystkie inne narody. Grecja, późniejsza nauczycielka Europy, drzemała jeszcze w majakach legend i mitów, kiedy Egipt dotarł już do wyżyn nauki. Znakomitych astronomów, chemików, fizyków, mechaników, biologów, lekarzy i myślicieli wydał. Nie tylko do tajemnic przyrody zaglądał ze skutkiem, lecz badał także tajniki duszy ludzkiej.

Nie dla całego jednak narodu zagłębiali się kapłani w tajnikach duszy ludzkiej; nie wypuszczali rezultatów swoich badań poza mury świątyń.

Mówi Julian Ochorowicz w swoim dziele Wiedza tajemna w Egipcie: „Do świątyń egipskich wcale nie dopuszczano ludu i nie odbywały się w nich nabożeństwa publiczne w rodzaju naszych. Tylko kapłani mogli przebywać w ich wnętrzu i tylko najwyżsi z nich, oraz król, mieli prawo odchylania zasłony pokrywającej świętą arkę i jej tajemnicze emblematy… Nauka i religia odcięte były od tłumów, a natomiast najściślej połączona ze sobą. Uczonymi byli tylko kapłani, a kapłanami przeważnie uczeni. Jeśli i dziś jeszcze mówimy, że kapłan jest pośrednikiem między ludźmi a Bóstwem, to wyrażenie to było ścisłym i bezwzględnym tylko w tej głębokiej starożytności, kiedy lud sam nie miał nawet pretensji do bezpośredniego wzywania Bóstwa i całą sprawę porozumiewania się ze światem nadziemskim pozostawiał kapłanom. Tym zaś bynajmniej nie chodziło o to, aby lud znał ich tajemnice”.

Po mądrość jeździli do Egiptu znakomici mężowie greccy: Tales, Demokryt, Pitagoras, Solon, Plato i inni. Nie wszystkich dopuszczali kapłani do swoich tajemnic, a tych, którym pozwolili czerpać ze źródła ich wiedzy, skrępowali przysięgą milczenia. Uczniom nie wolno było zdradzać wiedzy nauczycieli.

Te tajemnice kapłanów egipskich odnosiły się prawdopodobnie do ich teologii, niedostępnej dla tłumu. Wykazały badania najnowsze, iż uczeni egipscy byli monoteistami, że wierzyli w duszę ludzką, w jej dalsze życie po śmierci ciała i w sąd ostateczny. Potwierdzają to pisma zawarte w zwojach papirusu, przechowywane przez historyków greckich, i różne egipskie teksty religijne. W jednym z takich ocalonych papirusów, znajdujących się w Turynie, modli się jakiś kapłan: „O Boże, który jesteś budowniczym świata, Ty nie masz ojca, bo pochodzisz z samego siebie… Ty żywisz wszystko, co stworzyłeś… Niebo i ziemia słuchają praw, które im nadałeś… Chwalmy Boga, który na głowami naszymi rozpiął niebo z wszelkimi gwiazdami, który rozłożył kraje na ziemi i oblał je wielkim morzem”.

W innym tekście egipskim czytamy: „Bóg jest jeden i jedyny i nikt inny z Nim nie istnieje. Bóg jest jeden, który stworzył wszystko. Bóg jest duchem, duchem utajonym, duchem duchów, wielkim duchem Egipcjan, duchem boskim. Bóg jest i był od początku; istniał od dawna i był wówczas, gdy nikt inny nie istniał. On istniał, gdy nic innego nie istniało, a co istnieje. On stworzył po swoim przyjściu do bytu. Jest on ojcem początków. Bo jest jeden i wieczny. On jest wieczny i nieskończony i trwa na wieki, na zawsze. Trwał on od wieków niezliczonych i trwać będzie na wieczność całą. Bóg jest bytem utajonym i nikt nie poznał jego postaci. Nikt nie był zdolny do odtworzenia Jego podobieństwa. Jest on utajony dla bóstw i ludzi, jest tajemnicą dla stworzeń swoich. Żaden człowiek nie wie jak Go poznać. Jego imię ukryte; Jego imię jest tajemnicą dla Jego dzieci; imiona Jego niezliczone; nikt liczby ich nie zna. Bóg jest prawdą i żyje prawdą i nią się karmi. On królem prawdy, On trwa w prawdzie, On tworzy prawdę i wykonuje ją we wszechświecie. Bóg jest życiem i żyje się tylko przez niego. On daje życie człowiekowi i On wdycha w jego nozdrza tchnienie życia. On sam siebie rodzi i stwarza” itd.

Trudno odtworzyć plastyczniej Boga. Myli się więc, kto nie wierzy w monoteizm kapłanów egipskich. Ukrywali oni swoją tajemną mądrość przed ciemnym ludem, mniemając, że człowiek nieokrzesany nie jest zdolny wznieść się do wyżyn uczonego myśliciela i zrozumieć istotę Twórcy i Pana świata. Nie dopuszczali tłumu do swoich misteriów, ale nie zapomnieli o obowiązkach kapłana, którego zadaniem jest opieka nad duszą nieuświadomionych.

Julian Ochorowicz twierdzi, że w etyce egipskiej, w Księdze Umarłych, znajdują się najwyraźniej sformułowane przykazania, „których część później ogłosił Mojżesz Żydom, zastosowawszy je do warunków uciekającego z Egiptu ludu i do potrzeb z jego charakteru wynikających”.

Nie byłoby nic dziwnego, gdyby Mojżesz czerpał ze źródeł wiedzy egipskiej. Był przecież mężem Egipcjanki, Sefory, córki kapłana, i jako zięć i uczeń egipskiego mędrca, miał dostęp do tajemnic jego wiedzy.«

W powieści Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego w części poświęconej Historii Żyda Wiecznego Tułacza zamieszcza on wypowiedź egipskiego kapłana Cheremona na temat religii egipskiej. Jego wywody oparte są na De mysteriis Aegyptiorum Jamblicha. Dzieło to dostępne jest w internecie: Iamblichus on the mysteries of the Egyptians, Chaldeans, and Assyrians. W 1821 roku zostało ono przetłumaczone z greckiego przez Thomasa Taylora. Jamblich to filozof grecki żyjący w latach 250-326, założyciel neoplatońskiej szkoły syryjskiej.

W powieści Cheremon zdradza tajniki religii egipskiej młodemu Żydowi, którym był wtedy Żyd Wieczny Tułacz. Opowieść swoją zaczyna od modlitwy egipskiej, która jest podobna do tych zacytowanych wyżej.

»Gdy Cheremon odmówił tę modlitwę, obrócił się do mnie i rzekł tymi słowy:

Widzisz, moje dziecię, że my, równie jak wy, uznajemy jedynego Boga, który słowem swoim stworzył świat. Modlitwa, którą słyszałeś, wyciągnięta jest z Pojmandra, księgi, którą przypisujemy trzykroć wielkiemu Thotowi, temu samemu, którego dzieła obnosimy w procesji podczas wszystkich naszych świąt. Posiadamy dwadzieścia sześć tysięcy zwojów przypisywanych temu filozofowi, który miał żyć przed dwoma tysiącami lat. Ponieważ tylko naszym kapłanom wolno je przepisywać, być może zatem, że wiele dodatków wyszło spod ich pióra. Wreszcie wszystkie pisma Thota pełne są ciemnej i dwuznacznej metafizyki, którą można różnymi sposoby tłumaczyć. Poprzestanę więc na wyłożeniu ci powszechnie przyjętych dogmatów, które najwięcej zbliżają się do zasad Chaldejczyków (Babilończyków – przyp. W.L.).

Religie, równie jak wszystkie rzeczy tego świata, ulegają powolnym lecz nieustannym oddziaływaniom, które bezustannie usiłują odmienić ich formy i istotę, tak że po kilku wiekach ta sama religia przedstawia wierze ludzkiej całkiem odmienne zasady, alegorie, których myśli ukrytej niepodobna już odgadnąć, lub dogmaty, którym ogół wierzy zaledwie przez połowę. Nie mogę zatem zaręczyć, że cię nauczę dawnej religii, której ceremonie możesz widzieć przedstawione na płaskorzeźbie Ozymandiasa (u historyków greckich imię faraona Ramzesa II 1292-1225 p.n.e.) w Tebach, wszelako powtórzę ci nauki moich mistrzów tak, jak wykładam je moim uczniom.

Przede wszystkim uprzedzam cię, abyś nigdy nie przywiązywał się ani do obrazu, ani do symbolu, lecz abyś wnikał w myśl w nich ukrytą. Tak na przykład, ił przedstawia to wszystko, co jest materialne. Bożek siedzący na liściu lotosowym i płynący po ile – wyobraża myśl, która spoczywa na materii, wcale jej nie dotykając. Jest to symbol, jakiego użył wasz prawodawca, gdy mówił, że „Duch Boży unosił się nad wodami”. Utrzymują, że Mojżesz był wychowany przez kapłanów z miasta On, czyli Heliopolis. Jakoż w istocie wasze obrzędy bardzo zbliżają się do naszych. Równie jak wy, i my także mamy rodziny kapłańskie, proroków, zwyczaj obrzezania, wstręt do wieprzowiny i wiele tym podobnych punktów wspólnych.

Symbole nigdy nam nie przeszkadzały wierzyć w jednego Boga, wyższego nad wszystkich innych. Pisma Thota nie pozostawiają w tym względzie żadnej wątpliwości. Czytamy tam, co następuje:

Jeden ten Bóg trwa niewzruszenie w odosobnieniu swojej jedności. Nic innego, nawet żadne oderwane pojęcie nie może się z nim potoczyć. Jest swoim własnym ojcem, swoim własnym synem i jedynym ojcem Boga. Jest samym dobrem, początkiem wszystkiego i źródłem pojęć najpierwszych istnień. Ten Bóg jedyny tłumaczy się sam z siebie, ponieważ wystarcza samemu sobie. Jest on prazasadą. Bogiem bogów, monadą jedności, dawniejszą od istnienia i tworzącą zasadę istnienia. Od niego bowiem pochodzi istnienie bytu i sam byt, i dlatego też nazywany jest Ojcem Bytu.

Widzicie zatem, moi przyjaciele – mówił dalej Cheremon – że niepodobna mieć o bóstwie wznioślejszych pojęć od naszych, ale sądzimy, że wolno nam ubóstwiać pewną cześć przymiotów Boga i stosunków jego z nami, czyniąc z nich odrębne bóstwa, a raczej wyobrażenia odrębnych boskich przymiotów.

Tak na przykład rozum boży nazywamy Emeph, gdy zaś ten słowami się wyraża – Thot, czyli przekonaniem, lub też Ermeth, to jest wykładem.

Skoro rozum boży, kryjący w sobie prawdę, schodzi na ziemię i działa pod postacią płodności, wówczas nazywa się Amun. Gdy rozum ten ujawnia się pod postacią sztuki, wówczas nazywamy go Ptah, czyli Wulkanem, gdy zaś objawia się w postaci dobra, zwiemy go Ozyrysem.

Uważamy Boga za jedność, wszelako nieskończona ilość dobroczynnych stosunków, jakie raczy mieć z nami, sprawia, że pozwalamy sobie, bez ubliżenia Jego czci, uważać go za istotę zbiorową, gdyż w istocie jest On zbiorowy i nieskończenie rozmaity w przymiotach, jakie w nim postrzegamy.

Co się tyczy duchów, wierzymy, że każdy z nas ma ich dwóch przy sobie, to jest złego i dobrego. Dusze bohaterów najbliższe są natury duchów, a zwłaszcza te, które przewodniczą w szeregu dusz.

Bogowie, co do swej istoty, dają się przyrównać do eteru, bohaterowie i duchy do powietrza, zwyczajne zaś dusze mają już w sobie coś ziemskiego. Opatrzność boską przyrównamy do światła, które zapełnia wszystkie przestrzenie między światami. Dawne podania prawią nam także o mocach anielskich, czyli posłanniczych, których obowiązkiem jest oznajmić rozkazy Boga, i o innych mocach, jeszcze wyższego stopnia, które Żydzi hellenizujący nazwali archontami lub archaniołami.

Ci spomiędzy nas, którzy poświęcili się kapłaństwu, są przekonani, że posiadają władzę sprowadzania obecności bogów, duchów, aniołów, bohaterów i dusz. Wszelako nie mogą wykonywać tych teurgii¹ bez naruszania ogólnego porządku wszechświata. Gdy bogowie schodzą na ziemię, słońce i księżyc skrywają się na jakiś czas przed wzrokiem śmiertelnych.

Archaniołowie otoczeni są jaśniejszym światłem niż aniołowie. Dusze bohaterów mają mniej blasku aniżeli aniołów, jednakże więcej niż dusze zwykłych śmiertelników, które okrywa cień.

Książęta zwierzyńca niebieskiego ukazują się pod nader wspaniałymi postaciami. Nadto rozróżniamy mnóstwo szczególnych okoliczności towarzyszących ukazywaniu się rozmaitych istot i służących do odróżnienia jednych od drugich. Tak na przykład złe duchy można poznać po złośliwych wpływach, jakie w ślad za nimi ciągną.

Co do bałwanów, wierzymy, że jeżeli wyrabiamy je przy pewnym określonym położeniu ciał niebieskich lub też z pewnymi ceremoniami teurgicznymi, naówczas możemy ściągnąć na nie niejakie cząstki istoty boskiej. Jednakowoż sztuka ta jest tak zwodnicza i niegodna prawdziwej świadomości Boga, że zwykle zostawiamy ją kapłanom daleko niższego stopnia aniżeli ten, do którego mam zaszczyt należeć.

Skoro który z naszych kapłanów wywołuje bogów, pod pewnym względem uczestniczy w ich istocie. Wszelako nie przestaje być człowiekiem, ale tylko natura boska przenika go do pewnego stopnia i łączy się on w pewien sposób z Bogiem. Znalazłszy się w takim stanie, z łatwością może rozkazywać duchom nieczystym, czyli ziemskim, i wypędzać je z ciał, które opętały. Czasami nasi kapłani, łącząc kamienie, zioła i materie zwierzęce, tworzą mieszaninę, która może stać się przybytkiem bóstwa; atoli prawdziwym węzłem łączącym kapłana z bóstwem jest modlitwa.

Wszystkie obrzędy i dogmaty, jakie wam wyłożyłem, przypisujemy nie Thotowi, czyli trzeciemu Merkuremu, który żył za Ozymandiasa, ale prorokowi Bitysowi, który żył na dwa tysiące lat przedtem i wytłumaczył zasady pierwszego Merkurego (pierwszy – uosobienie mądrości boskiej, trzeci – ziemskie wcielenie tej mądrości). Atoli, jak to wam już mówiłem, czas wiele dodał, przemienił, tak że nie sądzę, aby dawna religia miała się dostać do nas w swym pierwotnym składzie. Na koniec, jeśli mam już wam wszystko powiedzieć, nasi kapłani czasami odważają się grozić własnym bogom; wtedy podczas składania ofiar tak się wyrażają: „Jeżeli nie spełnisz mego żądania, odsłonię najskrytsze tajniki Izydy, zdradzę tajemnice otchłani, zdruzgoce skrzynię Ozyrysa i rozsypię jego członki”.

Wyznam wam, że wcale nie pochwalam tych formuł, od których nawet Chaldejczycy zupełnie się wstrzymują.

Gdy Cheremon doszedł był do tego miejsca swojej nauki, jeden z niższych kapłanów uderzył w dzwon na północ; ponieważ jednak i wy także zbliżacie się do miejsca waszego noclegu, pozwólcie zatem, abym odłożył na jutro dalszy ciąg mego opowiadania.

Następnej nocy czcigodny Cheremon przyjął nas ze zwykłą mu dobrocią i tak zaczął mówić:

Obfitość przedmiotów, jakie wczoraj wam wykładałem, nie pozwoliła mi mówić o powszechnie przyjętym przez nas dogmacie, który jednak większej jeszcze wziętości używa pomiędzy Grekami z powodu rozgłosu, jaki mu nadał Plato. Mam na myśli wiarę w Słowo, czyli w mądrość boską, którą my nazywamy Mander, to znowu Meth, lub też czasami Thot, czyli przekonaniem.

Jest jeszcze inny dogmat, o którym muszę wam wspomnieć, a który wprowadził jeden z trzech Thotów, zwany Trismegistą, czyli trzykroć wielkim, ponieważ pojmował bóstwo jako podzielone na trzy wielkie potęgi: na samego Boga, którego nazwał Ojcem, następnie na Słowo i Ducha.

Takimi są nasze dogmaty. Co do zasad, są one równie czyste, zwłaszcza dla nas, kapłanów. Praktykowanie cnoty, post i modlitwy wypełniają dni naszego życia.

Pokarmy roślinne, które spożywamy, nie zapalają w nas krwi i łatwiej pozwalają nam pokonywać nasze namiętności. Kapłani Apisa wystrzegają się wszelkich kontaktów z kobietami.

Taką jest dziś nasza religia. Oddala się ona od dawnej w wielu ważnych punktach, zwłaszcza we względzie metempsychozy (reinkarnacja, wędrówka dusz), która dziś mało ma zwolenników, chociaż przed siedmiuset laty, gdy Pitagoras zwiedzał nasz kraj, była powszechnie przyjęta. Nasza mitologia często także wspomina o bogach planetarnych, inaczej nazwanych rządcami, wszelako dziś zaledwie niektórzy wróżbici horoskopów trzymają się tej nauki. Mówiłem wam już, że religie, jak wszystkie rzeczy, zmieniają się na świecie.

Pozostaje mi objaśnić wam nasze święte misteria; wkrótce o wszystkim się dowiecie. Naprzód, bądźcie przekonani, że gdybyście nawet zostali wtajemniczeni, nie bylibyście mędrszymi co do początków naszej mitologii. Otwórzcie historyka Herodota, należał on do wtajemniczonych i na każdym kroku szczyci się tym, a jednak czynił poszukiwania nad pochodzeniem bogów greckich jak ten, który by nie miał w tym względzie jaśniejszych pojęć od reszty ludzi. To, co on nazywa świętą mową, nie miało żadnego związku z historią. Były to, według określenia Rzymian, turpiloquentia, czyli bezwstydne mowy. Każdy nowy adept musiał wysłuchać opowiadania obrażającego ogólnie przyjętą przyzwoitość. W Eleuzis2 mówiono o Baubie, która przyjmowała u siebie Cererę, we Frygii zaś o miłostkach Bachusa. My tu, w Egipcie, wierzymy, że bezwstydność ta jest symbolem oznaczającym nikczemność istoty materii i więcej nic w tej mierze nie wiemy.

Pewien znakomity konsularny mąż, nazwiskiem Cycero, w ostatnich czasach napisał książkę o naturze bogów. Wyznaje tam, że nie wie, skąd Italia przyjęła swoją wiarę, a jednak był augurem (przepowiadał przyszłość z lotu ptaków), a tym samym znał wszystkie misteria toskańskiej religii. Nieświadomość, przebijająca we wszystkich dziełach pisarzów wtajemniczonych, dowodzi wam, że wtajemniczenie bynajmniej nie uczyniłoby was mądrzejszymi w kwestii początków naszej religii. W każdym razie misteria sięgają nader odległej epoki. Możecie widzieć uroczysty pochód Ozyrysa na płaskorzeźbie Ozymandiasa. Cześć Apisa i Mnewisa (byki, Minewisa uważano za ojca Apisa) wprowadził do Egiptu Bachus przed przeszło trzema tysiącami lat.

Wtajemniczenie nie rzuca żadnego światła ani na początek wiary, ani na historię bogów, ani nawet na myśl w symbolach ukrytą, jednakże wprowadzenie misteriów potrzebne było dla rodzaju ludzkiego. Człowiek mający sobie jakiś wielki grzech do zarzucenia lub taki, który splamił swe ręce zabójstwem – staje przed kapłanami misteriów, wyznaje winy i odchodzi oczyszczony za pośrednictwem wody. Przed ustanowieniem tego zbawiennego obrzędu, społeczeństwo odpychało od siebie ludzi nie mogących przystępować do ołtarzów, a ci następnie z rozpaczy stawali się rozbójnikami.

W misteriach Mitry3 podają adeptowi chleb i wino i ucztę tę nazywają Eucharystią. Grzesznik, pogodzony z Bogiem, zaczyna nowe życie, uczciwsze od tego, jakie dotąd prowadził.

Misteria – rzekł Cheremon – mają jeszcze jeden obrzęd wszystkim wspólny. Gdy jaki bóg umrze, grzebią go, płaczą nad nim przez kilka dni, po czym bóg ku wielkiej wszystkich radości zmartwychwstaje. Niektórzy utrzymują, że symbol ten wyobraża słońce, ale na ogół panuje przekonanie, że chodzi o ziarna powierzone ziemi.

Oto jest wszystko, mój młody Izraelito – dodał kapłan – co ci mogę powiedzieć o naszych dogmatach i obrzędach. Widzisz więc, że wcale nie jesteśmy bałwochwalcami, jak to nam wasi prorocy często zarzucali, ale wyznam ci, że sądzę, iż wkrótce ani moja, ani twoja religia nie wystarczy już dla ludzkości. Rzuciwszy wzrok dokoła, wszędy spostrzegamy jakąś niespokojność i popęd do nowości.

W Palestynie lud tłumem wychodzi na puszczę, ażeby słuchać nowego proroka, który chrzci wodą z Jordanu. Tu znowu widać terapeutów4, czyli magów-uzdrowicieli, którzy do wiary naszej mieszają wiarę Persów. Jasnowłosy Apolloniusz wędruje z miasta do miasta i udaje Pitagorasa: kuglarze podają się za kapłanów Izydy, porzucono już dawną cześć bogini, opustoszały jej świątynie i kadzidła przestały dymić na Jej ołtarzach.

Nauki mądrego Cheremona były daleko dłuższe od wyciągu, jaki wam uczyniłem. Ogólnym ich wnioskiem było, że pewien prorok, imieniem Bitys, dowiódł w swoich dziełach istnienia Boga i i aniołów, i że drugi prorok, nazwany Thot, osłonił te pojęcia ciemną metafizyką, która zdawała się tym wznioślejszą.

W teologii tej Bóg, którego nazwano Ojcem, czczony był jedynie przez milczenie, wszelako gdy chciano wyrazić, że sam sobie wystarcza, mówiono, że jest swoim własnym ojcem i własnym synem. Czczono go także pod postacią syna i wtedy nazywano „rozumem bożym” lub Thotem, co znaczy po egipsku – przekonanie.

Na koniec, ponieważ spostrzegano w naturze ducha i materię, poczytywano ducha za emanację Boga i przedstawiano go pływającego po ile, jak to wam już gdzie indziej powiedziałem. Twórca tej metafizyki zwany był „trzykroć wielkim”. Plato, który przepędził osiemnaście lat w Egipcie, wprowadził do Grecji naukę o Słowie, za co uzyskał od Greków przydomek boskiego.

Cheremon utrzymywał, że wszystko to nie istniało zupełnie w duchu dawnej religii egipskiej, że ta zmieniła się, gdyż w ogóle zmiana leży w naturze każdej religii. Zdanie jego pod tym względem wkrótce potwierdziły wypadki zaszłe w synagodze aleksandryjskiej.

Nie byłem jedynym Żydem, który badał teologię egipską; inni także zasmakowali w niej, zwłaszcza zaś oczarował ich duch enigmatyczny, który panował w całej egipskiej literaturze, a który pochodził zapewne z pisma hieroglificznego i z zasady nieprzywiązywania się do symbolu, ale do myśli w nim ukrytej.

Nasi rabinowie aleksandryjscy pragnęli także mieć zagadki do rozwiązywania i wyobrazili sobie, że pisma Mojżesza (Pięcioksiąg starotestamentowy), jakiekolwiek przedstawiają opowiadania faktów i rzeczywistą historię, są wszelako pisane z tak boską sztuką, że obok myśli dziejowej skrywają jeszcze myśl inną, tajemniczą i alegoryczną. Niektórzy z naszych uczonych wyjaśnili tę ukrytą myśl z przenikliwością, która im zaszczyt w owym czasie przyniosła, jednakże ze wszystkich rabinów najwięcej odznaczył się Filon. Długie badania nad Platonem wprawiły go w rzucanie pozornego światła na ciemności metafizyki, stąd też nazywano go Platonem synagogi.

Pierwsze dzieło Filona traktowało o stworzeniu świata, szczególniej zaś zastanawiało się nad własnościami liczby siedem. W piśmie tym autor nazywa Boga Ojcem, co zupełnie wchodzi w zakres teologii egipskiej, nie zaś stylu Biblii. Znajdujemy tam również, że wąż jest alegorią rozkoszy i że historia kobiety stworzonej z żebra mężczyzny jest także alegoryczną.

Tenże sam Filon napisał również dzieło o snach, gdzie mówi, że Bóg ma dwie świątynie: jedną z nich stanowi cały świat, a jej kapłanem jest słowo boże; drugą zaś stanowi dusza czysta i rozumna, której kapłanem jest człowiek.

W książce swojej o Abrahamie Filon jeszcze wydatniej wyraża się w duchu egipskim, gdyż mówi:

Ten, którego Pismo święte nazywa będącym (czyli tym, który jest), w istocie jest ojcem wszystkiego. Z dwóch stron otaczają go potęgi bytu, najdawniejsze i najściślej z nim złączone, potęga twórcza i potęga rządząca. Jedna zwana jest Bogiem, druga Panem. Złączony z tymi potęgami ukazuje się nam raz w pojedynczym, a raz w potrójnym kształcie: w pojedynczym, gdy dusza zupełnie oczyszczona wzniósłszy się ponad wszystkie liczby, nawet ponad liczbą dwa, tak bliską jedności, dosięga pojęcia prostego i samowystarczalnego; w potrójnym zaś przedstawia się duszy niezupełnie jeszcze przypuszczonej do wielkich tajemnic.

Tenże Filon, który tak aż do utraty rozumu się rozplatonował, jest tym samym, który później był posłem do cesarza Klaudiusza. Cieszył się on wielką powagą w Aleksandrii i prawie wszyscy hellenizujący Żydzi, porwani urokiem jego stylu i popędem, jaki wszyscy ludzie mają do nowości, przyjęli jego naukę tak dalece, że wkrótce byli tylko, że tak powiem, Żydami z nazwiska. Księgi mojżeszowe stały się dla nich pewnego rodzaju tłem, na którym tkali według upodobania własne alegorie i tajemnice, zwłaszcza zaś mit potrójnego kształtu.

W owej epoce esseńczycy5 już byli utworzyli dziwaczne swe stowarzyszenie. Nie żenili się i nie posiadali żadnych majątków, wszystko należało do ogółu. Na koniec ujarzmiono powstające wokół nowe religie, mieszaniny judaizmu i magizmu6, sabeizmu7 i platonizmu, wszędzie zaś mnóstwo przesądów gwiaździarskich. Dawne religie zewsząd waliły się ze swych posad.«

Tak więc sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Żydzi czerpali nie tylko z Egiptu, ale też z Persji i Babilonii, a pewnie też z wielu innych źródeł. Nowo powstała religia, czyli chrześcijaństwo, musiało zmagać się z problemem, który otrzymało w spadku: czy 1=1, czy może 1=2, a nawet, czy 1=3? Do tego dochodziły inne wersje: czy 1=3, ale przez 2 i 1 znaczy więcej niż 2 i 3. Cóż za pole do popisu! Żydzi to wykorzystali i chrześcijaństwo, zanim zdążyło okrzepnąć i stworzyć spójną doktrynę, podzieliło się na wrogie sobie wyznania. I o to chyba chodziło tym, którzy uważają się za starszych braci w wierze.

1 – teurgia – rodzaj magii, mającej na celu wywieranie wpływu na istoty nadziemskie, by zmusić je do określonych działań.

2 – Eleuzis – miasto w Attyce; odbywały się tu słynne misteria eleuzyńskie, święte widowiska w kulcie Demeter (Cerery) i jej córki Persefony.

3 – Mitra – staroperskie bóstwo słońca. Kult Mitry rozpowszechnił się w świecie grecko-rzymskim w pierwszych wiekach naszej ery.

4 – terapeuci – sekta ascetów-pustelników żydowskich, osiadła w I w. n.e. nad jeziorem Mareotis koło Aleksandrii. Jedynym źródłem historycznym, które wspomina o ich istnieniu, jest traktat Filona z Aleksandrii De vita contemplativa.

5 – esseńczycy – żydowskie tajne stowarzyszenie religijne (rodzaj zakonu mistyczno-ascetycznego), istniejące w Palestynie od ok. 150 r. p.n.e. Esseńczyków obowiązywała ścisła asceza, wspólność dóbr, bezwzględne posłuszeństwo zwierzchnikom. Niektórzy badacze wskazują na podobieństwo między nauką Żydów esseńskich a wczesnym chrześcijaństwem.

6 – magizm – staroperskie wierzenia religijne.

7 – sabeizm – oddawanie czci boskiej ciałom niebieskim (Słońcu, gwiazdom itd.).

Arianie

W 395 roku Cesarstwo Rzymskie rozpadło się na część zachodnią i wschodnią. Cesarstwo zachodniorzymskie, po dwukrotnym zdobyciu Rzymu przez barbarzyńców, upadło w 476 roku. Wschodniorzymskie ze stolicą w Konstantynopolu, od 330 roku, przetrwało i nawet rozwijało się. Konsekwencje tego podziału odczuwamy w Europie do dziś. Granica pomiędzy tymi dwoma częściami, to granica pomiędzy katolicyzmem a prawosławiem.

Tym, który przekształcił dawną kolonię grecką Byzantion w nową siedzibę cesarza – Konstantynopol, był cesarz Konstantyn I Wielki (306-337). Był pierwszym cesarzem, który przeszedł na chrześcijaństwo. Konstantyn zmarł z przyczyn naturalnych 22 maja 337 roku w Ancyronie niedaleko Nikomedii, położonej w północno-zachodniej Turcji w pobliżu Konstantynopola. Na kilka dni przed śmiercią przyjął chrzest z rąk ariańskiego biskupa Euzebiusza z Nikomedii. W Kościele prawosławnym Konstantyn Wielki jest czczony jak święty równy apostołom. Jego wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 21 maja (kalendarz juliański) lub 3 czerwca (kalendarz gregoriański). A skoro tak się rzeczy mają, to trudno oprzeć się wrażeniu, że prawosławiu nogi wyrastają z arianizmu. I tak naprawdę, to prawosławie jest tylko zmienioną jego formą.

Na soborze nicejskim w 325 roku ustalono, że Jezus Chrystus jest odwiecznym Synem Bożym, równym co do istoty Bogu Ojcu, a zatem Bóg jest jeden w istocie, troisty w osobach, jako Bóg Ojciec, Syn Boży (Jezus) i Duch Święty. To jest fundament wiary chrześcijańskiej wyznania katolickiego.

W III wieku pojawiła się w łonie chrześcijaństwa nauka arianizmu głosząca, że Jezus Chrystus, Syn Boży, nie jest równy Ojcu i jest mu podporządkowany. Pogląd ten został odrzucony na soborze nicejskim, potwierdzony przez sobór konstantynopolitański I (381 r.) i w Nicejsko-konstantynopolitańskim wyznaniu wiary.

Prawosławie nie przyjmuje dogmatu o pochodzeniu Ducha Świętego zarówno od Ojca jak i od Syna. Teologowie prawosławni tłumaczą, że Bóg Ojciec jest jedynym źródłem i Syna, i Ducha Świętego. Zaś Bazyli Wielki napisał: „Bóg jest jeden, bo Ojciec jest jeden.”

Tak więc podstawowe wyznanie wiary w prawosławiu pozostaje niezmienne i jest prawie takie same jak w arianizmie. Idąc dalej tym tropem trudno oprzeć się wrażeniu, że prawosławiu jest bliżej do judaizmu niż do katolicyzmu. W judaizmie mamy wiarę w jedynego Boga osobowego i niepodzielnego.

Pierwszy cesarz rzymski przyjmuje chrzest z rąk ariańskiego biskupa, a więc oficjalnie i całe cesarstwo staje się ariańskie. To może oznaczać, że arianie dominowali wśród wyznań chrześcijańskich. Że tak mogło być, może potwierdzać fakt, że Wizygoci stali się arianami w IV wieku. To stało się prawdopodobnie w czasie, gdy przebywali na Bałkanach w drodze do Italii i Hiszpanii.

Nauczanie Ariusza oraz jego uczniów wyraża tekst wyznania wiary biskupa ariańskiego Wulfili, w którym zawiera się doktryna Trójcy typowa dla subordynacjonizmu (Chrystus podporządkowany Ojcu):

„Ja, Wulfila, biskup i wyznawca, zawsze tak wierzyłem i w tej jedynej i prawdziwej wierze odbywam swoją podróż do mojego Pana. Wierzę, że jest tylko jeden Bóg Ojciec, jedyny niezrodzony i niewidzialny, i /wierzę/ w Jego jednorodzonego Syna, naszego Pana i naszego Boga, stwórcę wszystkich rzeczy, nie mając innego poza Nim. Zatem jest jeden Bóg wszystkiego, który jest również Bogiem naszego Boga, i wierzę w Ducha Świętego, w oświecającą i uświęcającą moc.”

Wulfila (310-383) – duchowny rzymski pochodzenia grecko-germańskiego, tłumacz Biblii, misjonarz i apostoł Gotów działający w IV wieku. Wulfila urodził się w mieszanej rodzinie. Jego ojciec był Gotem, a matka Greczynką z Kapadocji. Kształcił się w klasztorach na terenie Mezji. Należał do uczniów Euzebiusza z Nikomedii. Pod wpływem swego nauczyciela, który był biskupem Berytu (Bejrut), Nikomedii i Konstantynopola, stał się wyznawcą doktryny arianizmu, potępionej jako herezja na soborze nicejskim I.

W 341 roku został konsekrowany na biskupa Taurydy (antyczne miasto greckie na Krymie) i wysłany jako apostoł do plemion Gotów osiadłych nad Dunajem. Pod wpływem działalności Wulfili i jego następców Germanie początkowo skłonni przyjąć trynitaryzm (Trójca Święta) odrzucili tę doktrynę i stali się gorliwymi arianami.

Po zakończeniu misji w 348 roku osiadł w Mezji (teren Serbii, Bułgarii i częściowo Rumunii), gdzie mieszkał do końca życia. Dzięki protektoratowi ze strony cesarzy z dynastii konstantyńskiej nie obawiał się prześladowań. Brał udział w dysputach i soborach będąc stanowczo w opozycji do oficjalnej doktryny trynitarnej Kościoła.

W poprzednim blogu o Wizygotach zamieściłem mapę z Wikipedii, którą ponownie zamieszczam poniżej, z której wynika, że po podziale Imperium Rzymskiego jego wschodnia część była katolicka. Tak miało być za czasów Anastazjusza I, ale z informacji z tej samej Wikipedii, z której pochodzą wszystkie powyższe informacje, wynika, że Anastazjusz I był zwolennikiem monofizytyzmu, doktryny, według której Chrystus ma jedną złączoną naturę bosko-ludzką i nie istnieje w dwóch naturach, tj. boskiej i ludzkiej. Z tego wynika, że katolikiem nie był.

Źródło: Wikipedia

Wydaje się więc, że arianizm był dominującym wyznaniem chrześcijańskim na całym obszarze Imperium Rzymskiego po tym, jak Konstantyn przyjął chrzest w 337 roku. Dlaczego więc Imperium rozpadło się na dwie części? Dlaczego ludy barbarzyńskie atakowały tylko część zachodnią, a we wschodniej przyjmowały wiarę ariańską i wspomagały jej władców w odzyskiwaniu części zachodniej. Wszak Wizygoci przeszli przez Italię i odzyskali ją dla Imperium, podobnie jak Hiszpanię, z której wyrzucili ludy barbarzyńskie do Afryki. Czy można tu mówić o przypadku? W 330 roku stolica Imperium zostaje przeniesiona z Rzymu do Konstantynopola. Dopiero w 395 roku, a więc po 65 latach, następuje podział na część wschodnią i zachodnią. I dopiero w 476 roku następuje upadek części zachodniej, co uważa się za upadek Imperium. Jeśli było tak źle, to dlaczego tylko w części zachodniej? Część wschodnia zaczęła nawet odzyskiwać tereny części zachodniej, a to chyba znaczy, że tam kryzysu nie było. Jak to więc możliwe, że Imperium, stanowiące całość, zaczyna się w pewnym momencie sypać, ale tylko częściowo? Czy kryzys może działać wybiórczo?

Mapa Cesarstwa Bizantyńskiego
Cesarstwo Bizantyńskie w momencie największego zasięgu terytorialnego. Źródło: Wikipedia

W IV i V wieku na całym obszarze dawnego Imperium dominuje arianizm i od VI wieku ariańscy władcy zaczynają przechodzić na katolicyzm. I tak jakoś dziwnie, że dzieje się tak tylko w części zachodniej. Z czasem cała ona staje się katolicka, a wschodnia – powoli z ariańskiej przekształca się w prawosławną. Cóż takiego stało się? Jakież to niewidzialne siły zadziałały?

Cały ten okres, od upadku Imperium Rzymskiego do IX wieku, przyjęło się nazywać Wiekami Ciemnymi ze względu na stosunkowo niewielką ilość zachowanych dokumentów i przekazów. Chyba bardzo chciano coś ukryć i nie można wykluczyć, że niszczono te dokumenty. Jednak skutków pewnych działań nie da się zataić. Konsekwencje tych działań odczuwamy do dziś, choćby w postaci podziału na katolicyzm i prawosławie. Ale chyba komuś było za mało, bo nie mógł się oprzeć, by do tego pakietu nie dorzucić później protestantyzmu.

Akcje

Są takie kanały internetowe i ludzie, którzy, opisując rzeczywistość, dochodzą do wniosku, że większość, jeśli nie wszystkie liczące się, globalne firmy, są własnością dwóch firm: Blackrock i Vanguard. I na tym poprzestają. Wprawdzie dodają, że te firmy też mają swoich akcjonariuszy, ale nie zadają sobie pytania, kto jest końcowym właścicielem tych akcji. Informują one również o tym, że firmy te powstały w połowie lat 80-tych. Dalej już nic z tych informacji nie wynika. Nie dowiemy się, jak to się stało, że powstały globalne firmy. A powstały dlatego, że wszystkie państwa o liczących się gospodarkach otworzyły im swoje rynki, a ściślej, ich demokratyczne rządy. A kto wymyślił demokrację? Tę powszechną demokrację, nie – ateńską.

Nie jesteśmy w stanie wskazać właścicieli konkretnych akcji, bo nie mamy dostępu do takich danych. Możemy jednak pokusić się o odpowiedź na pytanie: jaka nacja rządzi rynkiem kapitałowym, którego częścią są akcje? Rządzi nim ta nacja, która ten rynek wymyśliła. Bo przecież nie wymyśliła go sobie po to, by innym zrobić dobrze.

Nie będę próbował silić się na jakieś oryginalne wnioski i przemyślenia, tylko zacytuję kogoś, kto już na długo przede mną opisał to zjawisko w sposób logiczny i spójny. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

»Zwycięstwo rewolucji francuskiej oddało życie gospodarcze Europy i Ameryki w ręce finansjery żydowskiej.. Wprawdzie żydzi już od dawna zajmowali przednie pozycje w handlu światowym, byli niemal wyłącznymi dostawcami kredytu, opanowali eksploatacje zamorskich kolonii, mieli nader poważny udział w działalności kompani zachodnioindyjskich i wschodnioindyjskich, znaleźli sobie pokaźne miejsce w mnożących się w drugiej połowie XVIII wieku przedsiębiorstwach przemysłowo-fabrycznych, dopiero jednak w wieku XIX udało się im społeczeństwom aryjskim narzucić, dzięki zwycięstwu haseł rewolucji francuskiej oraz na skutek doktryn ekonomicznego liberalizmu, swą własną etykę, swe własne wyobrażenia i nawet swe prawodawstwo. W zakresie tego zagadnienia istnieje wyczerpujące dzieło wybitnego ekonomisty, pochodzenia żydowskiego, rozreklamowanego przez syjonistów, Wernera Sombarta pt. „Die Juden und das Wirtschaftsleben” (Żydzi, a życie gospodarcze). Z tego powodu uwzględnię poniżej tylko rzeczy najbardziej istotne i niedwuznaczne.

Bezpośrednio po wojnach napoleońskich w 1817 roku uszczęśliwia Ricardo Anglię swym dziełem, zatytułowanym: Zasady ekonomii politycznej. Doprowadza ona zasady liberalizmu do szczytu i tworzy z tego kierunku ekonomicznego to właśnie, czego żydom było potrzeba.

Ricardo swymi teoriami otworzył żydom bramy do opanowania gospodarczego świata za pomocą kapitału i żydowskiego prawa; i jeszcze jedno: jego teoria płac robotniczych stała się naukowym uzasadnieniem najskrajniejszego wyzysku robotników. Według Ricarda cena płacy nie ma nic wspólnego z wartością pracy. Cena naturalna pracy ludzkiej, to tyle, ile trzeba, by zachować klasę robotniczą przy życiu i pozwolić jej na takie rozmnażanie się, by liczba robotników nie zmniejszała się. Poza tym, około tej wytycznej, zasadniczej, płace wahają się nieco, zależnie od popytu i podaży rąk roboczych, przy czym mają raczej tendencje do zmniejszania się. Obniżenie płac robotniczych – zdaniem Ricarda – to dopiero naprawdę czysty zysk kapitalisty. Skoro pogoń za zyskiem jest dążeniem naturalnym, to zdrową tendencją jest „śrubowanie” w dół zarobków robotniczych. Kapitaliści mają tu pole do popisu, a roi się wśród nich od żydów…

Liberalizm podłożył podwaliny pod to, co nazywamy nowoczesnym ustrojem kapitalistycznym. Umożliwił on żydom opanowanie centrów życia gospodarczego w całym świecie, a ponadto sprawił, że mogli Europie i Ameryce narzucić swoje własne prawa. Przecież system gospodarki wszechświatowej, jaką propagował liberalizm, nie był dla żydów niczym nowym. Uprawiali go od wieków z powodzeniem i starali się chytrze omijać granice państwowe. Od dawna wyrobili między sobą instytucje prawne, ułatwiające im obrót międzypaństwowy i już częściowo w XVII i XVIII wieku potrafili uzyskać dla niektórych ze swych instytucji prawnych uznanie oficjalne władz państwowych. W XIX wieku liberalizm sprawił, że te instytucje żydowskie stały się ogólnie obowiązującym prawem i zapanowały nad aryjskim światem.

Atak liberalno-żydowski uderzył na dwa fundamenty prawa rzymskiego: na pojętą po rzymsku instytucję zobowiązań i na prawo własności ziemskiej.

Zobowiązanie prawa rzymskiego nosi charakter aktu zawieranego między dwoma określonymi osobami w sposób mniej lub więcej uroczysty. Z natury rzeczy zobowiązanie prawa rzymskiego związane jest z pewną ilością formalności, niedogodnych dla kupców międzynarodowych. Polega ono na zaufaniu jednej jednostki do drugiej, a żydzi nie łatwo mogli być w stosunku do nieżydów osobami godnymi szczególnego zaufania. Toteż handel żydowski już z dawna wyrobił dla siebie zasady zobowiązań zupełnie niezgodne z zasadami rzymskich zobowiązań. Potworzył instytucje, w których kupiec żydowski i bankier mogli się obracać swobodnie, a więc: weksel żyrowany, banknot, obligacje, akcje. Wspólną cechą tych papierów było oderwanie prawa płynącego z zobowiązań od osoby kogoś, kto uczestniczył, jako strona, w jego zawarciu a związanie go z posiadaczem papieru, a nawet po prostu z okazicielem papieru. Weksel i żyro wekslowe powstaje w XVI wieku wśród żydostwa weneckiego. Akcja (wówczas jeszcze imienna) powstaje w XVI w. wśród żydów holenderskich. Banknot, jako papier emitowany przez bank, rodzi się w Wenecji w XV wieku. Papiery na okaziciela – jak się zdaje – powstały jeszcze za czasów rzymskich wśród żydów aleksandryjskich. Za ich genezą żydowską przemawiają względy przytoczone przez Sombarta, a mianowicie „interes, jaki mieli żydzi w wysokim stopniu, zaś pod pewnymi względami oni tylko wyłącznie we wprowadzeniu formy prawnej papierów na okaziciela”.

„Chodziło im mianowicie o ukrycie istotnego posiadacza. Żydzi aleksandryjscy, wysyłając morzem ładunki towarów, woleli podstawiać fikcyjnych właścicieli, nie będących żydami. Później w wiekach średnich, gdy na zachodzie Europy spotykały żydów konfiskaty majątków, papiery na okaziciela umożliwiały zniknięcie majątku, aż póki fala prześladowań żydostwa w danej miejscowości nie minęła”. – W. Sombart, Die Juden und das Wirtschaftsleben.

Tak więc powstały instytucje umożliwiające oderwanie uprawnienia od osoby zawierającej zobowiązanie, wówczas rzucała ona swoje zobowiązanie niejako w powietrze i nie mogła wiedzieć, kto odeń zażąda jego wypełnienia. Odpowiadało to duchowi przepisów żydowskich.

„Prawo żydowskie nie posiada słowa na określenie zobowiązania, zna tylko słowo dług (Chow) i żądanie (Thwia). Żądanie i dług są w prawie żydowskim samodzielnymi przedmiotami… Osoba, w stosunku do której istnieje zobowiązanie czy prawo jakiegoś żądania, nie musi być określona”. – W. Sombart, Die Juden und das Wirtschaftsleben.

Do handlu tymi papierami, przedstawiającymi rzucone na rynek zobowiązania osób fizycznych i prawnych, powołali żydzi giełdę. Dzięki niej ukrycie osoby uprawnionego stało się jeszcze bardziej ułatwione. Dziś finansjera światowa, dzięki prawu żydowskiemu i giełdzie, stała się mocą ukrytą, i to ukrytą legalnie. W XIX w. prawo wekslowe, akcyjne, giełdowe itd. staje się czymś ogólnie obowiązującym w Europie i Ameryce oraz w koloniach. Kapitał chowa się za zasłoną papierów. Walka z prawem rzymskim idzie tak daleko, że powstaje zasada prawa zaiste niezwykła: oto w sprawach kupieckich rozstrzyga najpierw specjalne prawo handlowe, potem – jeżeli brak przepisów prawa handlowego w danej kwestii – decyduje zwyczaj handlowy, a dopiero – co się nie zdarza – gdyby brakło w danej kwestii zarówno przepisów prawa handlowego, jak i zwyczaju handlowego, wolno sędziemu poradzić się na szarym końcu przepisów prawa cywilnego, opartego na prawie rzymskim. A więc i tutaj Rzym został postponowany.

Świat opanowały żydowskie przepisy handlowe i instytucje zrodzone z ich ducha. Pieniądz dzięki nim zmienił swoje znaczenie, swoją treść. Przedtem był tylko środkiem ułatwiającym wymianę towarów. W wieku XIX za wzorem żydowskim staje się środkiem, dzięki któremu posiąść można wszystko. Zdobycie takiego cudownego środka staje się celem życia pojedynczych ludzi i całych społeczeństw. Enrichissez-vous! Gromadźcie złoto! Złoto staje się już nie tylko środkiem cudownym, ale wprost samo w sobie celem.

Finansjera żydowska, działająca z ukrycia, szła aż do Wielkiej Wojny ogromnymi krokami, przygotowując sobie podbój świata. Uzależniła państwa przez popieranie lekkomyślnej gospodarki budżetowej, wywoływanie wojen, szczególnie kolonialnych, co w rezultacie zmuszało skarby do ratowania się pożyczkami organizowanymi przez wielkie banki żydowskie. Na ludność nałożono bezproduktywny haracz w formie oprocentowania i amortyzacji tych państwowych pożyczek.

Małego kapitalistę aryjskiego ograbiały giełdy z jego oszczędności, dając zyski spekulantom żydowskim. Ogromne towarzystwa akcyjne, syndykaty i trusty zmonopolizowały produkcję, zmuszając konsumenta do kupna towaru po cenie dyktowanej przez przemysł i handel. Dzięki dzikiej produkcji, gdzie nie wytwarzano tego, czego konsumentowi było potrzeba, lecz to, co można było sprzedać, dzięki anarchicznej konkurencji wybuchały raz po raz kryzysy przemysłowe, na których znowu obławiali się spekulanci. Pieniądze szły do kieszeni tych, którzy stworzyli formy prawne i organizacyjne życia gospodarczego i zżyli się z nimi od wieków. Wyzysk jednostek aryjskich przez jednostki żydowskie zastąpiony został w XIX wieku przez zbiorowy, zorganizowany prawnie wyzysk świata aryjskiego przez żydowską finansjerę, która osiąga w życiu żydostwa stanowisko kierownicze. W XIX wieku kierownictwo polityczne Izraela przenosi się do rąk finansistów, aż dopiero ruch syjonistyczny wyrywa im z rąk tę władzę na rzecz żydostwa wschodniego.

Narzucenie światu aryjskiemu żydowskiego ustroju gospodarczego dało rozpanoszonemu żydostwu olbrzymią potęgę. Znikły wszelkie niedogodności diaspory, a pozostały same korzyści. Teraz skupienie wielkich mas żydowskich na jakimś terenie zdawało się nie przedstawiać trudności gospodarczych. Mogli przecież mieszkańcy żydowscy jakiegoś kraju handlować z całym światem i wyzyskiwać cały świat. Nie byli skazani, jak przedtem, na ssanie soków żywotnych jedynie z ludności miejscowej.

„W przedkapitalistycznej epoce gospodarczej, gdy żyd, jako handlarz i rzemieślnik, wykonywał niemal wyłącznie funkcje obrotu pieniężnego i wymiennego, musiała między liczbą żydów na jakimś ściśle ograniczonym obszarze, a liczbą nieżydów istnieć stała proporcja, określona siłą nabywczą ciasnego lokalnego rynku”. – Ignaz Zollschan, Revision des jeudischen Nationalismus.

Nowoczesny kapitalizm usunął tę niedogodność Dał więc żydostwu trzy zasadnicze korzyści:

  1. pozwolił im narzucić nieżydom swoje prawa i opanować ich gospodarczo,
  2. pozwolił im ukryć właściwego władcę, żydowski kapitał międzynarodowy, za zasłoną papierów i giełdy, czyniąc go niedosięgłym,
  3. pozwolił im na prowadzenie swobodnej, a więc planowej akcji w zakresie skupiania i rozpraszania mas żydowskich.

Zdawał sobie z tych korzyści sprawę twórca syjonizmu, Herzl, gdy krzepił swój lud i zachęcał finansjerę żydowską do poparcia syjonizmu. Uważał, że żydowscy bogacze nie mają się czego bać i mogą śmiało zdjąć maskę asymilacji.

„Ustawowe równouprawnienie żydów, gdziekolwiek ono tylko istnieje, nie da się już znieść. Nie tylko dlatego, że byłoby to przeciwne nowoczesnemu poczuciu, ale także dlatego, że wpędziłoby to od razu wszystkich żydów, ubogich i bogatych, do stronnictw wywrotowych. Właściwie nie można przedsięwziąć przeciw nim nic skutecznego. Jak można dzisiaj dosięgnąć ruchomy majątek? Spoczywa w zadrukowanych kawałkach papieru, które zamknięte są gdzieś w świecie, być może, że w chrześcijańskich kasach”. – Theodor Herzl, Der Judenstaat.

Wojna światowa, spowodowana przez interesy kapitału, zdawała się finansjerze światowej żydowskiej zapewniać dyktaturę zupełną. Poczęła więc propagować dwa hasła, by umocnić się na zdobytych pozycjach.

Najpierw Paneuropa, Stany Zjednoczone Europy, a to celem pozbawienia państw i rządów resztek samodzielności politycznej i gospodarczej. Przy pomocy wolnomularstwa światowego i Ligi Narodów zamierzano osiągnąć ten cel. W Stanach Zjednoczonych Europy prawdziwy rząd, reprezentujący władzę istotną, znalazłby się w ręku tych, którzy przodują dzisiaj w Lidze Narodów. Żydostwo znajdowało usłużnych, gotowych mu ułatwić sięgnięcie po półoficjalną władzę nad narodami Europy. A potem – dosyć wojen. Rozbrojenie moralne. Pacyfizm wszechświatowy. Cele wojny osiągnięto już przecież. Precz z wszelakim nacjonalizmem, bo nadszedł czas pacyfizmu i Paneuropy. Wszystko trzeba podporządkować interesom handlu światowego.

Znany propagator Paneuropy, hr. Coudenhove Kalergi (syn żydówki i żonaty z żydówką) pisze bez ogródek:

„Świat doszedł do tego miejsca, w którym nie poradzi sobie już nacjonalizmem. Trzeba mu pośredników i zwiastunów pokoju. Na tym polu leży wielka misja żydostwa. Tkwiąc korzeniami we wszystkich narodowych kulturach, może przewodzić w stworzeniu nowego sumienia świata”.«

Książka, jak zaznaczyłem na wstępie, ukazała się w 1932 roku, a więc autor pisał ją z perspektywy lat 20-tych XX wieku. Wszystko jest w niej aktualne. Jedyne, co wtedy nie wyszło Żydom, to Liga Narodów, więc była potrzebna druga wojna, która sprawę załatwiła. Powstała inna organizacja, której skutki działania odczuwamy dziś wszyscy na własnej skórze. To czy ktoś pisze bzdury, czy – nie, weryfikuje czas. W tym przypadku interpretacja Rolickiego broni się i zadziwia aktualnością.

To, że pewne firmy mają różnych udziałowców, którzy mają udziały w innych firmach, a te inne firmy mają jeszcze innych udziałowców, jest cechą charakterystyczną żydowskiego działania, mającego na celu ukrycie prawdziwych właścicieli. Ten schemat powielają Żydzi również w swoich innych organizacjach. Doskonale to opisuje Marian Miszalski w swojej książce Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu):

»O Żydach amerykańskiej diaspory powiadają w Ameryce, że “gdzie dwóch Żydów, tam sześć żydowskich organizacji: każdy należy do jednej, obydwaj tworzą trzecią, a każda z tych organizacji należy do jeszcze innej”… Rzeczywiście: amerykańska diaspora żydowska opleciona jest gęstą siecią żydowskich organizacji o rozmaitym charakterze: politycznym, ekonomicznym, oświatowym, kulturalnym, społecznym, charytatywnym. Spełniają dwie funkcje: po pierwsze – cementują wewnętrznie żydowską mniejszość narodową, ułatwiając zarazem jej polityczną kontrolę przez najwyższe żydowskie ośrodki władzy; po wtóre – są narzędziem szybkiej mobilizacji całej diaspory; po trzecie – intensywnie poszukują kontaktów i partnerów pośród nieżydowskich amerykańskich organizacji, by wciągnąć Amerykanów na orbitę swego oddziaływania.

W Ameryce istnieje dzisiaj ponad 80 żydowskich organizacji o charakterze ogólnokrajowym, które propagują syjonizm i całkowite poparcie dla polityki Izraela. Niezależnie od nich istnieje ponad 1,5 tysiąca innych o najrozmaitszym charakterze, organizacje religijne, charytatywne, studenckie, organizacje non profit, pozarządowe organizacje polityczne, edukacyjne lub propagandowe, „think tanki” – czyli ośrodki analityczno-propagandowe, najczęściej pod nazwą „instytutów” – fundacje. Żadna inna mniejszość narodowa w Ameryce – choćby i znacznie liczniejsza – nie założyła tylu swoich organizacji, co Żydzi! Niektóre z nich powstały w końcowych latach ubiegłego wieku i w początkach obecnego, ale prawdziwy „rozkwit” miał miejsce w latach 60. i 70. XX wieku. Towarzyszyła mu żydowska penetracja amerykańskiego życia publicznego jako sposób zdobywania politycznych wpływów. Jak wspomniałem – niemal wszystkie te organizacje nakładają się na siebie, zazębiają się, jedne uczestniczą w drugich, drugie – w trzecich, trzecie – w pierwszych… a członkowie zarządu, rady czy kierownictwa jednej organizacji zasiadają w zarządzie, radzie czy kierownictwie innej organizacji… jeszcze innej… Sieć staje się przez to jeszcze bardziej gęsta, zwarta. To właśnie metoda i struktura antycznej, militarnej „falangi” albo „żółwia”, przeniesiona w warunki walki politycznej innej epoki. Metoda zorganizowanego rasizmu w warunkach demokratycznych.

Z czego bierze się ten uderzający fenomen? Niewielka mniejszość – a tyle organizacji?…

To nie fenomen – to metoda. Metoda zwiększania swych wpływów obejmująca wymianę pozyskiwanych informacji, propagandowe nagłaśnianie swych żądań, narzucanie żydowskiego punktu widzenia i promowanie „swoich” autorytetów. Jest to metoda budowania coraz silniejszego lobby politycznego. Ilość śpiewaków w tym chórze jest niewielka, bo diaspora nie jest zbyt liczna – ale tworzy ją wiele wzajemnie nagłaśniających się „chórków”, współgrających ze sobą ściśle na co dzień, koordynujących swe działania. Tworzą też skonsolidowaną kadrę „dyrygentów”. Zagłuszają w ten sposób głosy innych mniejszości. Głosy innych mniejszości, nawet znacznie większych, są przez to słabiej słyszalne.

Powtórzmy raz jeszcze, że podobna metoda tworzenia wielości rozmaitych organizacji połączonych ze sobą i powiązanych kadrowo – stosowana jest przez Żydów także w dzisiejszej Polsce, w której – wskutek dziwnej polityki kolejnych polskich rządów – osiedla się z polskimi paszportami coraz więcej Żydów.«

Wygląda na to, że dokładnie tę samą metodę wykorzystują Żydzi w biznesie. Nie wiem tylko, w której z tych dziedzin zastosowali ją najpierw. Podejrzewam jednak, że chyba w interesach. Do kogo więc należą firmy Blackrock i Vanguard? Do kogo personalnie? Tego nigdy się nie dowiemy, ale do jakiej nacji? To chyba, po przeczytaniu powyższych cytatów, nie powinno już być trudne do odgadnięcia.

Wszystkie te niby niezależne kanały internetowe, by być ogólnodostępnymi, muszą nadawać tam, gdzie jest największy ruch, czyli na YouTube czy Facebook. A to oznacza autocenzurę, bo właścicielami tych platform są Żydzi. Dalsze konsekwencje tego są takie, że nie mogą one opisywać rzeczywistości taką, jaką ona jest. Czasem niektóre są banowane na jakiś, krótki zazwyczaj czas – dla uwiarygodnienia. Bo gdyby rzeczywiście były groźne, to zostałyby całkowicie skasowane, bez możliwości odwołania się. I taki to teatrzyk mamy z tymi „niezależnymi” kanałami. W zamian za posłuszeństwo mają one możliwość publikowania i wynagradzania za reklamy. Prawdziwi opozycjoniści w PRL-u, jak pisał Józef Mackiewicz, siedzieli w więzieniu, a licencjonowani podróżowali po Europie. Dziś jest tak samo. Licencjonowani nadają na YouTube, a prawdziwi nie są do niego dopuszczani.

Podziały

Źle się dzieje w państwie duńskim, chciałoby się powiedzieć za Szekspirem, gdyby nie to, że źle się dzieje na całym świecie. W miarę, jak coraz głębiej brniemy w tę „pandemię”, coraz wyraźniej widać, że jest ona tylko i wyłącznie pretekstem do zniewalania, podporządkowywania i, nie bójmy się tego słowa, zabijania ludzi. To, co dzieje się u nas, może jeszcze niektórym dawać nadzieję, że tu chodzi o jakiegoś wirusa, ale to, co dzieje się w świecie szerokim, nie napawa optymizmem. Wprost przeciwnie! Jeszcze nie cały internet jest pod kontrolą. Warto więc korzystać póki można. Na portalu ZeroHedge znalazłem artykuł: We Are Now Entering Full-Blown Tyranny In The Western World (W świecie zachodnim wkraczamy już w tyranię w pełnym wymiarze). Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/political/we-are-now-entering-full-blown-tyranny-western-world.

»Jeśli zaakceptujemy to, co nam teraz robią, to będą po prostu przesuwać granice. W ciągu ostatnich 12 miesięcy władze zachodniego świata wykorzystywały pandemię jako pretekst do narzucenia praktyk rodem z Orwella, których nigdy byśmy nie przyjęli w normalnych czasach. Obiecują nam, że ograniczenia są tylko „tymczasowe”, ale pandemia trwa już od roku i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie ustąpiła. Jeśli rządzący nami są gotowi dojść do tak absurdalnych skrajności podczas stosunkowo niewielkiej pandemii, to do czego będą zdolni, gdy sytuacja ulegnie znacznemu pogorszeniu?

Obserwowanie wydarzeń, które miały miejsce w kościele w Edmonton w ostatnich dniach, było dla mnie emocjonalnym przeżyciem. W ubiegłą środę RCMP (Kanadyjska Królewska Policja Konna) skupiła na sobie globalną uwagę, gdy postawiła potrójne ogrodzenie wokół kościoła GraceLife, próbując powstrzymać ludzi. Nie wiem dlaczego zdecydowali, że jedno ogrodzenie nie wystarczy. Najwyraźniej gromadzenie się chrześcijan jest tak niebezpieczne, że potrzebne były trzy ogrodzenia.

Nie trzeba dodawać, że to drakońskie posunięcie trafiało na pierwsze strony gazet, a w niedzielę około 400 chrześcijan zgromadziło się, by zaprotestować w kościele. Większość z nich po prostu śpiewała hymny lub czytała Biblię, ale kiedy kilku z nich zaczęło burzyć jeden z płotów, to do środka wkroczyło 200 uzbrojonych po zęby policjantów. Takich scen spodziewałbym się w komunistycznych Chinach, Korei Północnej lub Iranie.

Tego rodzaju zdarzenia nigdy nie miały mieć miejsca w Kanadzie. Spośród 4,4 miliona ludzi mieszkających w Albercie było tylko 2013 zgonów, a około połowa z nich to osoby w wieku 80 lat lub starsze. Jeśli chodzenie do kościoła nie jest bezpieczne, to dlaczego hordy Kanadyjczyków mogą każdego dnia w tygodniu krążyć po sklepach? Jeśli kościoły miałyby zostać zamknięte, można by pomyśleć, że Wal-Mart, Costco i Canadian Tire również powinny zostać zamknięte. Ale nie są zamknięte.

W całym zachodnim świecie obiecują nam, że życie w końcu wróci do „normalności” po zakończeniu pandemii i wmawiają nam, że szczepionki zakończą pandemię. Ale tak się nie dzieje. Liczba zakażeń znowu rośnie, a tysiące nadal chorują, mimo że zostały „dwukrotnie zaszczepione”. Natomiast firmy Pfizer i Moderna publicznie przyznają, że ich szczepionki zapewniają jedynie około sześciu miesięcy odporności…

Według nowych badań firmy Pfizer i Moderna wygląda na to, że u osób dwukrotnie zaszczepionych odporność na COVID-19 utrzymuje się przez co najmniej sześć miesięcy, pomimo że badania wciąż trwają. W oświadczeniu wydanym w czwartek przez Pfizer-BioNTech potwierdzono, że odporność na koronawirusa utrzymuje się przez co najmniej pół roku w przypadku osób, które zostały dwukrotnie zaszczepione szczepionką Pfizer.

Większość ludzi, którzy zostają zaszczepieni, myśli, że mają teraz jakąś trwałą odporność, ale to mija się z prawdą. Tymczasem na całym świecie wciąż pojawiają się warianty, przeciwko którym obecne szczepionki w ogóle nie będą skuteczne.

Wiem, że wielu z was nie chce o tym słyszeć, ale pandemia pozostanie z nami. A to oznacza, że orwellowskie środki, które są wprowadzane, będą również nadal obowiązywać. Niedawne badanie w Wielkiej Brytanii wykazało, że większość Brytyjczyków opowiada się za stałym systemem paszportów szczepionkowych…

Inne niepokojące badanie wykazało, że większość Brytyjczyków jest gotowych przyjąć paszporty szczepionkowe, aby móc wykonywać podstawowe codzienne czynności, oraz że są oni skłonni na stałe korzystać z systemu cyfrowych kart identyfikacyjnych.

Badanie przeprowadzone w Londynie przez firmę Savanta ComRes, wykazało, że 56% procent ankietowanych stwierdziło, że zgodziłoby się na wprowadzenie dokumentu potwierdzającego szczepienie lub negatywny status COVID, aby móc wejść do sklepu. Mniej niż jedna trzecia (32 %) stwierdziła, że nie zgodziłaby się na takie rozwiązanie. Co u licha stało się z Brytyjczykami?

Tu w Stanach Zjednoczonych naukowcy opracowują wszczepialny czujnik, który może stwierdzić, czy jesteś chory, czy nie.

Australia, która podczas tej pandemii zasłynęła na całym świecie z tego, że wprowadziła iście orwellowskie restrykcje, teraz nosi się z zamiarem zastosowania czegoś bardziej obłędnego.

Trudno mi było w to uwierzyć, kiedy po raz pierwszy to przeczytałem. Według jednej z australijskich agencji informacyjnych, rząd poważnie rozważa wprowadzenie obowiązku podania przez użytkowników „100 cech identyfikacyjnych”, zanim uzyskają dostęp do platform mediów społecznościowych, takich jak Facebook, Twitter czy Instagram…

Rząd Morrisona rozważy wprowadzenie radykalnego środka zapobiegającego zastraszaniu i trollowaniu w Internecie, jednak eksperci twierdzą, że propozycja ta wiązałaby się z poważnym ryzykiem dla użytkowników mediów społecznościowych.

Rząd rozważa zmuszenie użytkowników platform mediów społecznościowych, takich jak Twitter, Facebook i Instagram – a także internetowych platform randkowych, takich jak Tinder – do przesłania 100 cech identyfikacyjnych w celu ich wykorzystania.

Zalecenie, nad którym wcześniej pracowano, jest jednym z 88 zaleceń zawartych w raporcie komisji parlamentarnej poświęconym przemocy w rodzinie i przemocy na tle seksualnym.

To kierunek, w którym zmierza nasz świat. Przez długi czas cieszyliśmy się internetem, który był stosunkowo wolny i otwarty, ale teraz ta era kończy się. Obecnie tyrani na całym świecie widzą, że Internet może być używany jako narzędzie kontroli, co powinno nas wszystkich głęboko zaniepokoić. W ciągu ostatnich 12 miesięcy pandemia była wykorzystywana jako usprawiedliwienie gwałtownego rozwoju tyranii. Jeśli tak się stało podczas stosunkowo niewielkiej pandemii, to co się stanie, gdy nadejdzie prawdziwy globalny kryzys? Wszyscy powinniśmy się nad tym poważnie zastanowić, ponieważ wkraczamy w bardzo mroczne czasy, a tyrania rządu będzie się tylko pogłębiać.«

Kiedy obserwuje się działanie władz na całym świecie, to nieodparcie ulega się wrażeniu, że te władze prowadzą działania bezsensowne, bo, chociażby w niektórych miejscach, jak sklepy wielkopowierzchniowe czy zakłady pracy, ludzie mogą gromadzić się, a w innych, jak restauracje, siłownie czy kościoły – nie. Pozornie jest to bez sensu, ale tylko pozornie. Władze doskonale zdają sobie sprawę z absurdalności tych ograniczeń, ale robią to, bo ich celem, poprzez takie posunięcia, jest oddziaływanie na ludzką psychikę. Nie od dziś wiadomo, że samopoczucie psychiczne ma duży wpływ na zdrowie ludzi. Jest to działanie wyjątkowo perfidne. Inną zagrywką jest atak, przeważnie, na kościoły katolickie i „wywoływanie” kolejnych fal przed świętami katolickimi. Żeby to osiągnąć wystarczy sterować ilością przeprowadzanych testów. Inna sprawa, że nikt nie jest w stanie zweryfikować danych, które nam codziennie serwują władze. Dzielenie ludzi na wrogie sobie społeczności, to odwieczna zasada rządzących.

Władze nigdy nie byłyby w stanie tak manipulować ludźmi, gdyby nie rozwój nowoczesnych technologii, tj. internetu i telefonii komórkowej. Jednak wcześniej musiały tych ludzi przygotować, gdyż bez tego atak byłby nieskuteczny. To przygotowanie polegało na właściwej edukacji mas. Zaczęło się od likwidacji analfabetyzmu. Dlaczego władzom tak zależało na jego likwidacji? Bo poprzez prasę, książki itp. można było sączyć ludziom właściwą propagandę. Ludźmi się rządzi, jeśli rządzi się ich myślami. To zauważył już Józef Mackiewicz, który w jednym ze swoich opowiadań przytoczył rozmowę z prostym, niepiśmiennym chłopem. Spotkał się z nim przy ognisku, gdy uciekał przez Bolszewikami na Zachód. Zaskoczyła go prostota i logika jego spostrzeżeń. W pewnym momencie chłop mówi: Jeśli Bolszewiki mówio, że chco zabrać bogatym i dać biednym, to czemu oni tak biednych męczo? On niczego nie czytał, on tylko obserwował rzeczywistość. Nam tę obserwację uniemożliwiono. Ograniczono nam poruszanie się w przestrzeni. Do wielu miejsc nie mamy wstępu. Wiedzę o otaczającej nas rzeczywistości, czy może raczej nierzeczywistości, czerpiemy z telewizji, internetu czy tzw. smartfonu – inteligentnego telefonu. Trudno w takiej sytuacji dziwić się, że większość ludzi przyjmuje bezkrytycznie oficjalną interpretację rzeczywistości.

W innym artykule na tym samym portalu “Horror On St Vincent” – Only Vaccinated Evacuees Able To Flee Amid Fears Of Next Big Volcanic Eruption („Horror na wyspie St Vincent” – tylko zaszczepieni mogą ewakuować się w obawie przed kolejną wielką erupcją wulkanu) ukazuje się nam ten nowy wspaniały świat. Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/geopolitical/horror-st-vincent-only-vaccinated-evacuees-able-flee-amid-fears-next-big-volcanic.

»Z powodu wybuchu w piątek wulkanu La Soufriere na wyspie Saint Vincent we wschodniej części Karaibów, tylko osoby zaszczepione mogły ewakuować się na statkach wycieczkowych. Tak właśnie tworzy się podział społeczeństwa, w którym zaszczepieni ludzie już uciekli z wyspy, podczas gdy niezaszczepieni krztuszą się popiołem wulkanicznym. W skrajnej sytuacji, w obliczu śmierci, cel i sens wprowadzania „paszportu COVID”, zostały nam w pełni ukazane.

Życie około16 000 ludzi na karaibskiej wyspie Saint Vincent jest zagrożone, nie tylko z powodu wybuchu wulkanu, ale też ze względu na przerwy w dostawie prądu i wody. I do tego jeszcze gęsty popiół, unoszący się w powietrzu, przesłania słońce. W takiej sytuacji mówi się mieszkańcom wyspy, że nie będą uratowani, jeśli nie zaszczepią się przeciwko COVID-19.

Zaszczep się albo staw czoła śmiercionośnej sile wulkanu, to jest „logika” operatorów statków wycieczkowych i władz wyspiarskich ds. Zdrowia …

Premier Saint Vincent i Grenadyn, Ralph Gonsalves, powiedział dziennikarzom podczas sobotniej konferencji prasowej, że tylko osoby zaszczepione mogą ewakuować się na statkach wycieczkowych.

Główny oficer medyczny będzie w stanie zidentyfikować osoby już zaszczepione, abyśmy mogli zabrać je na statek” – powiedział dziennikarzom Gonsalves.

Wygląda na to, że zasady szczepień według premiera Gonsalvesa zostały już wdrożone na wyspach Barbados, Grenada, Antigua i Saint Lucia, bo kraje te przyjmują tylko w pełni zaszczepionych uchodźców.

Użytkownicy Twittera zamanifestowali swoją dezaprobatę wobec faktu, że tylko osoby zaszczepione mogą uciec z wyspy.

W uzupełnieniu do horroru na St Vincent, „tylko zaszczepieni” są ewakuowani i przyjmowani na statki wycieczkowe lub pobliskie wyspy. To gorsze niż moje najgorsze koszmary o segregacji szczepionkowej. To musi tym bardziej zdeterminować nas, by nigdy nie zgodzić się na przepustki covidowe”, napisał jeden z użytkowników.

Inny powiedział: „W Saint Vincent wybuchł wulkan VirginIslandsPD, a ich rząd ewakuował tylko zaszczepionych obywateli. Nazywam to zbrodnią przeciwko ludzkości”.

W niedzielę Caribbean News Network podało, że warunki na wyspie pogorszyły się. Doszło do „dudnienia, błyskawic i dużego opadu popiołu. Jednocześnie mieszkańcy zgłaszali przerwy w dostawie prądu”.

Organizacja zarządzania kryzysowego St. Vincent Nemo napisała na Twitterze:

Ogromna przerwa w dostawie prądu po kolejnym wybuchu wulkanu La Soufriere. Błyskawice, grzmoty i dudnienia. Większość kraju nie ma zasilania i jest pokryta popiołem”.

Prawie 20 000 osób zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów na karaibskiej wyspie Saint Vincent po wybuchu wulkanu po raz pierwszy od ponad 40 lat. Wulkan miał sześć erupcji – w 1718, 1812, 1814, 1902/03, 1979 i 2021 roku.

Rząd ogranicza się w praktyce do sugerowania swojej spanikowanej ludności, aby spróbowała się zaszczepić lub przygotować na śmierć w wyniku naturalnej klęski żywiołowej i szybko pogarszających się warunków na małej wyspie. Taka polityka tworzy dwuklasowe społeczeństwo, co w praktyce oznacza, że klasa niezaszczepionej populacji musi przygotować się do kolejnej wielkiej erupcji.«

Tak więc mamy tu do czynienia z segregacją, już nie rasową, ale – szczepionkową. Podział na lepszych i gorszych dokonuje się już w praktyce i na naszych oczach. Wszystko za sprawą klęski żywiołowej. A przecież klęski żywiołowe, często innej natury, zdarzają się na całym świecie. To powinno nam uświadomić, jak wielkie niebezpieczeństwo grozi nam ze strony rządzących. W ekstremalnych warunkach nie będzie litości. Do czego to doszło! Do czego jest zdolny człowiek? Aż trudno uwierzyć, że to właśnie tam miało miejsce zdarzenie, które swego czasu napawało całą Anglię dumą i wiarą w człowieka i jego możliwości. Ale po kolei.

Źródło: Wikipedia.org

Karaiby to wielki archipelag składający się z Wielkich i Małych Antyli. Wielkie – to Kuba, Jamajka, Haiti, Portoryko i szereg mniejszych wysp wokół nich. Małe – to drobnica, małe wyspy, z których najbardziej znane, przynajmniej dla mnie, to Trynidad i Tobago, Martynika, Barbados. A teraz dzięki wulkanowi La Soufriere, który wybuchł na wyspie Saint Vincent, to i ta pozostanie w pamięci. Państwo nazywa się Saint Vincent i Grenadyny. Grenadyny to też wyspy, ale jeszcze mniejsze. Językiem urzędowym jest angielski, ale w powszechnym użyciu jest francuski, co nie dziwi, sądząc po nazwach wysp i wulkanu. Stolica ma angielską nazwę – Kingstown. Wyspy leżą w południowej części archipelagu Małych Antyli. I to właśnie gdzieś w tym miejscu, na jednej z tych małych wysepek toczy się akcja powieści Daniela Defoe (1660-1731) Robinson Crusoe.

Powieść ta oparta jest na prawdziwym zdarzeniu, o którym Defoe wcześniej był usłyszał. W 1704 roku, Szkot, Alexander Selkirk, pokłócił się z kapitanem statku i poprosił o wysadzenie go na bezludnej wyspie. Żył tam samotnie przez pięć lat do czasu, gdy zabrał go inny angielski statek. W owym czasie historia ta wywarła wielkie wrażenie na ludziach w Anglii i wzbudziła w nich wielki optymizm i wiarę w możliwości człowieka. Że zrobiła wielkie wrażenie na ludziach to fakt. William Collins (1824-1889) autor powieści detektywistycznych, w jednej z nich, Kamień Księżycowy, jednej z jej głównych postaci każe w trudnych dla niej sytuacjach, wymagających podjęcia szybkiej decyzji, zajrzeć do powieści Robinson Crusoe i przeczytać wybrany losowo fragment. Po takim zabiegu podjęcie decyzji było o wiele łatwiejsze. A tak na marginesie, to właśnie Collins stworzył postać, na której, jak sądzę, wzorował się Conan Doyle, tworząc swego bohatera Sherlocka Holmesa.

Od wulkanicznych popiołów do Sherlocka Holmesa – niezłe zatoczyłem koło. Takie to refleksje naszły mnie po tym, co dzieje się gdzieś daleko od nas, ale co też prawdopodobnie, dotrze do nas. Dziś chyba już brakuje wiary w ludzi. Taka to różnica pomiędzy tamtymi, a tymi czasy.

Obywatelstwo korporacyjne

Obejrzałem ostatnio na kanale BaldTV film o obywatelstwie korporacyjnym, z którego wynika, że za jakiś czas może pojawić się tego typu obywatelstwo i że będzie ono czymś lepszym niż zwykłe obywatelstwo, co w praktyce będzie się sprowadzać do tego, że obywatele państw, jeśli nie będą obywatelami korporacji, staną się obywatelami drugiej kategorii. Korporacje przejmą wiele funkcji, które są jeszcze nadal zarezerwowane dla państwa. Ale dlaczego tak ma się stać? – Bo państwa mają coraz mniej pieniędzy, a korporacje coraz więcej. A dlaczego one mają ich coraz więcej? Bo przejmują rynki państw, na terenie których działają? Dlaczego więc państwa godzą się na ich działalność na swoim terenie? Dużo tych pytań, na które wypada odpowiedzieć.

Pod tym filmem ukazał się komentarz, którego autor podpisał się jako Wojtek Pięta. Twierdzi on, że stan taki wynika z rozwoju technologicznego. Poniżej komentarz:

»Pytanie do autora, bo widzę, że czyta Pan komentarze. Ten film podesłała mi osoba z rodziny i poczułem się w obowiązku napisać.

Postaram się w skrócie: opisuje Pan zjawiska, które są naturalną konsekwencją rozwoju technologicznego. W roku 2000 przeciętni ludzie (ale zainteresowani tematem) już wiedzieli, że po pewnym czasie kapitały poszczególnych firm będą przewyższać kapitały całych państw. W ostatnich latach otwarcie mówi się o tym, że dotarliśmy do kolejnego po rewolucji przemysłowej przełomu, gdzie rozwój technologii wygrywa z polityką. “Królów obalały fabryki”, a wzrost znaczenia klasy robotniczej zbił znaczenie monarchów – zdetronizował i wyplenił ich. Czy podczas budowania pierwszych fabryk dopatrywano się w tym spisku “przemysłowców”? Nie wiem, ale z mojej perspektywy(1) była to naturalna kolej rzeczy i wynik ewolucji człowieka, który od zarania dziejów szukał bardziej efektywnych narzędzi (by w sposób wydajny zabijać mamuty :), a choćby od rewolucji agrarnej zauważył, że drugi człowiek może być jeszcze bardziej efektywnym i wydajnym narzędziem. To że drugi człowiek w ogóle “może być narzędziem” oczywiście zauważono dużo wcześniej. Tak jak opisał Pan w filmie – proces ten postępuje, a jeśli korporacje będą miały “swoich obywateli” to na pewno zadbają o jeszcze większą ich wydajność. W dalszym ciągu nie widać w tym spisku, ani nie jest to tajemnicą. Jak wspomniałem – mówi się otwarcie o tym, że docieramy do kolejnego przełomu, gdzie na życie moje i moich bliskich dużo większy wpływ ma technologia niż polityka, że absurdem staje się to, że idziemy głosować na pozbawionych wpływu polityków, a nie głosujemy na najbliższe aktualizacje Facebooka lub czy zgadzamy się na legalny dostęp do wszystkich nowinek cyberprzestrzeni.

O tym, że Huxley “był mądrzejszy” od Orwella słuchałem w piosenkach rockowych czy punkowych już pod koniec lat 90, ale nigdy nie widziałem w tym spisku. Wydaje mi się(1), że jest to naturalne dążenie naszego gatunku – zwiększać wydajność co zawsze skutkuje wygodniejszym życiem.

Piszę ten komentarz, ponieważ film dostałem z komentarzem w tonie “Wojtek zobacz jak źle się dzieje na naszym świecie. Zobacz co ONI nam robią”. Analizuję temat i z mojej perspektywy(1) nie istnieją, żadni ONI, bo przecież to my, ludzkość – tworzymy te wydajne narzędzia i zgadzamy się na ten układ. Czyli ci tajemniczy ONI – to właśnie my 🙂 A jeżeli wkładamy komuś do głowy wyimaginowanych “złych” czy “przeciwników” to działamy na szkodę tej osoby. Piszę by zapytać czy nie ma Pan poczucia, że większej ilości osób może nasunąć się taki komentarz jaki ja usłyszałem? A jeżeli właśnie taki był zamysł tej serii filmów, to proszę o komentarz dla mnie, bo tego typu tematami przestałem się interesować paręnaście lat temu i może po prostu potrzebuję aktualizacji. (1) – piszę to co widzę przez pryzmat swojej wiedzy i jestem otwarty na inną perspektywę 🙂«

Czy te zjawiska są naturalną konsekwencją rozwoju technologicznego? Chyba nie! Największą korporacją w historii była Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska, która powstała w 1599 roku. Kazimierz Dziewanowski w książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie opisuje jej dzieje i warto przytoczyć pewne fragmenty. Dziewanowski pisał tę książkę w latach 70-tych.

»We wrześniu 1615 roku do Suratu zawinęła pokaźna eskadra okrętów Kompanii. Przywiozła z Londynu człowieka, który otrzymał instrukcję, by akredytować się jako pierwszy ambasador Kompanii na dworze cesarskim. Dziś wydaje się to nieco dziwne, przypomina sytuację, jaka by powstała, gdyby w którejś ze stolic akredytowano ambasadora General Motors albo Exxonu. Wtedy jednak zasady prawa międzynarodowego i protokołu dyplomatycznego nie były tak rozwinięte i trzeba pamiętać, że Kompania zdążyła już udowodnić, że zajmuje się nie tylko handlem, ale potrafi też strzelać i dysponuje okrętami wojennymi. Jej pretensje dyplomatyczne nie wydały się więc nikomu przesadne. Ambasadorem został sir Thomas Roe.

Cesarz przywykł, że wszyscy obrzucają go darami i podobno pierwszą kwestią, jaką kierował do wysłanników z innych krajów, było pytanie, co mu przywieźli w darze. Dyrektorzy Kompanii wiedzieli o tym, więc wyposażyli Thomasa Roe w piękną karocę z czwórką koni, ale cóż to było w porównaniu z prezentami składanymi przez radżów indyjskich, którzy ofiarowywali władcy stada słoni obwieszonych klejnotami! W złocie i klejnotach wysłannik Kompanii nie mógł z nimi współzawodniczyć: trzeba zatem było wymyślić coś innego.

Zestaw angielskich instrumentów muzycznych, zwanych wirginałami, nie znalazł uznania w oczach cesarskich; wybór rozmaitych produkowanych w Anglii materiałów sukiennych – też nie, bo nie nadawały się do użytku w indyjskim klimacie; bardziej udany okazał się prezent w postaci kornetu, którym Dżehangir raczył zabawić się przez ponad godzinę i namówił przywiezionego z Anglii wirtuoza w grze na tym instrumencie do pozostania na stałe w Agrze i przejścia na mahometanizm. Pewne zainteresowanie wzbudziła sfora angielskich brytanów, tak ostrych, że mogły stawić czoło nawet tygrysowi bengalskiemu. Wkrótce jednak Roe wymiarkował, że najżyczliwiej przyjmowane są proste, drewniane skrzynki wypełnione butelkami burgundzkiego wina. Nie było ich nigdy dosyć i nigdy się nie znudziły.

Indyjscy władcy sprzedający lub wydzierżawiający ziemię Anglikom nie podejrzewali, co z tego w przyszłości wyniknie. Proces stopniowego osadzania się Kompanii w Indiach trwał długo, przez całe siedemnaste stulecie. Wokół Fortu Świętego Jerzego, Fortu Williama i zamku w Bombaju wyrosły trzy miasta: Madras, Kalkuta i Bombaj. Dwa z nich: Kalkuta i Bombaj, należą do największych na świecie. W ten sposób faktorie handlowe zmieniły się z biegiem czasu w ogromne, kipiące życiem miasta, a główne zadanie Kompanii, czyli sprzedaż angielskich i kupno indyjskich towarów, zostało uzupełnione obowiązkami, którymi Anglikom w ogóle nie wolno się było na początku zajmować: administrowaniem, ściąganiem opłat i podatków, wymierzaniem sprawiedliwości, zarządzaniem portami, z których korzystali teraz również obcy kapitanowie i kupcy.

Wszystko to: bicie monety w obcym kraju, stawianie fortec, zaciąganie żołnierzy, ogłaszanie stanu wojennego i zawieranie pokoju stało się dla Kompanii możliwe tylko dlatego, że władza cesarska w Indiach, która powstała w wyniku najazdu, nie zdołała na trwałe zjednoczyć ogromnego, podzielonego na setki wyznań, plemion i kast państwa. Zwróćmy przy tym uwagę na upór, konsekwencję i cierpliwość, z jaką Anglicy postępowali. Na pozór interesowali się tylko handlem. Prawdopodobnie większość z nich, łącznie z dyrektorami Kompanii, szczerze początkowo sądziła, że chodzi tylko o handel. Pamiętamy, jak wytykano Portugalczykom, że tracą siły i pieniądze, starając się umacniać swe posiadłości zamorskie. Teraz Anglicy postępowali tak samo.

Czasy zmieniały się. Przyprawy korzenne nie były już jedynym celem. Z wolna rosło przekonanie, że przeznaczenie Anglii leży na wielkich przestrzeniach globu. W roku 1687 kolejny gubernator Kompanii w Indiach, sir Josiah Child, napisał w liście do prezydencji bombajskiej: „Wzrost naszych dochodów jest przedmiotem naszej troski na równi z rozwojem handlu. To winno uczynić z nas naród w Indiach”. I pisał też, że ma na celu „ustanowienie takiej siły cywilnej i wojskowej, zapewnienie tak znacznych dochodów (…), aby stały się one podwaliną angielskiego panowania w Indiach po wieczne czasy”.«

Tak więc ponadnarodowe korporacje nie są niczym nowym. Jest to cechą charakterystyczną dla Anglików, że tworzyli organizacje, które oficjalnie nie były tworami państwa angielskiego, ale Anglia zawsze nieformalnie popierała je. Tak też było w przypadku najsłynniejszego pirata wszech czasów Francisa Drake’a, który grabił hiszpańskie galeony ze złotem, zrabowanym Indianom obu Ameryk. Na skargi Hiszpanów królowa angielska Elżbieta odpowiadała, że on jest piratem i ona nie ma z nim nic wspólnego, ale skrycie wspierała go, bo osłabianie Hiszpanii było w jej interesie. Jak widać słynne hasło „grab nagrablennoje” ma swoją długą tradycję. To wszystko działo się po tym, jak Hiszpania zmusiła Żydów do opuszczenia jej terytorium w 1492 roku.

Czy Imperium Brytyjskie było tylko i wyłącznie dziełem Anglików i czy cechy, które posiadali nie były wynikiem swego rodzaju symbiozy z Żydami? Wszelkie wysiłki jakie podejmowali, wszelkie wyprawy – wymagały finansowania. Kto miał pieniądze i kto mógł ryzykować? A bicie monety przez Kompanię? Rok 1687, w którym Josiah Child pisze o narodzie w Indiach, to jest okres po rewolucji Cromwell’a i po powrocie Żydów do Anglii. Gubernator Kompanii nosi żydowskie imię. Czy to przypadek?

W cytowanym na wstępie komentarzu możemy przeczytać:

“Królów obalały fabryki”, a wzrost znaczenia klasy robotniczej zbił znaczenie monarchów – zdetronizował i wyplenił ich. Czy podczas budowania pierwszych fabryk dopatrywano się w tym spisku “przemysłowców”?

Rewolucja przemysłowa zaczęła się w Anglii i było to najbardziej uprzemysłowione państwo na świecie, ale jakoś nie doprowadziło to do obalenia w nim monarchii. Nawet we Francji doszło do jej restauracji (piękne słowo, oznaczające m.in. miejsce, w którym, jeszcze do nie tak dawna, można było wypić i zakąsić). Dopiero I wojna światowa zmieniła ten stan, choć nie do końca. Inna sprawa to to, że nawet za panowania monarchii, monarchowie mieli swoich ministrów i swoje rządy. Po co więc była rewolucja francuska? Po to, by wprowadzić demokrację i prawa obywatelskie. A po co i komu potrzebna była demokracja i prawa obywatelskie? Na to pytanie odpowiada Tadeusz Gluziński w swojej książce Odrodzenie idealizmu politycznego z 1934 roku.

»Demokracja i parlamentaryzm powołały do życia jeszcze jedną plagę życia publicznego: nowoczesne stronnictwa polityczne. Chęć wywierania jak największego wpływu na rządy, a także kosztowność wyborów stały się najmocniejszym elementem ich spójności. Trzydziestu posłów solidarnie zorganizowanych znaczy dla każdego rządu demokratycznego więcej niż stu niezorganizowanych, którzy mogą głosować przeciw sobie i swoje głosy wzajemnie znosić; stąd zachęta dla posłów, by tworzyli zwarte stronnictwa, w których obowiązuje solidarność i karność partyjna. W rezultacie dyktatorami stronnictw stają się ich przywódcy, a kilku takich przywódców większych stronnictw dyktuje swą wolę parlamentowi i rządowi. Dyktaturę tę wykonują oni bez żadnej odpowiedzialności, bo za nich formalnie odpowiada rząd, zaś rachunki płaci „lud”. Ustrój demokratyczny – to dyktatura ludzi nieodpowiedzialnych.

Skąd wziął się w chrześcijańskiej Europie ustrój tak kłamliwy i oszukańczy, tak przeczący na każdym kroku prawom Boskim i zdrowemu rozsądkowi ludzkiemu, tak po prostu potworny? Wiadomo już dzisiaj dobrze, że narodziny swoje i późniejszy rozwój zawdzięcza demokracja wyłącznie lożom masońskim i ich właściwym kierownikom, ich „Nieznanym Przełożonym”. Kto to są ci nieznani dyktatorzy państw demokratycznych? Odpowiedź daje nam historia i badacze masonerii. Kto z ustrojów demokratycznych skorzystał naprawdę? Kto uzyskał dzięki uznaniu przyrodzonego prawa do wolności, do równości, prawo handlowania gdzie bądź, prawo dostępu do wszystkich szkół w charakterze ucznia czy nauczyciela, prawo wyborcze czynne i bierne do parlamentów, co więcej prawo zajmowania wszystkich stanowisk urzędowych w każdym państwie i posterunków zaufania publicznego, a nawet prawo uczestnictwa w rządach? To żydzi doktrynerom demokracji i towarzyszącym jej z konieczności wpływom kapitału zawdzięczają całą swoją pozycję w świecie.

W ustroju demokratycznym mamy do wyboru dwie alternatywy: albo anarchię zupełną, albo pod firmą „ludu” zakulisowe rządy tajnych organizacji międzypartyjnych i – najłatwiej – międzynarodowych. W braku ich wszystko musi się rozlecieć. Rozwydrzone partyjniactwo demokratycznego ustroju uniemożliwiłoby bowiem stworzenie jakiegokolwiek, dłużej trwającego, rządu i rozdarłoby państwo na strzępy. Koniecznością staje się więc ów tajny cement, spajający przywódców stronnictw w jakieś zwarte koła, których istnienie pozostaje tajemnicą nie tylko dla „ludu”, ale nawet dla ogółu działaczy partyjnych. Pęknięcia i zatargi w tych tajnych kołach powodują niesamowite pęknięcia i przegrupowania na powierzchni jawnego życia politycznego, a „lud” biedzi się potem nad odcyfrowaniem ich znaczenia i powodów.

Nowoczesną demokrację stworzyły tajne związki międzynarodowe. Jej logicznym wynikiem winna być anarchia. Uniknąć jej można było jedynie przez niepodzielne oddanie zakulisowych rządów państw demokratycznych w ręce wolnomularstwa i jego „Nieznanych Przełożonych”.

Rządy demokratyczne – to nie tylko „wolność” i „równość”, ale także i „braterstwo”. Pamiętamy przecież, że – w myśl doktryny demokratycznej – wszyscy ludzie w swej pierwotnej naturze są dobrzy. W ustroju, opartym na wolności powszechnej, staną się sobie braćmi. Nie tylko jednostki, ale i całe ludy przestaną się waśnić i nastawać na siebie. Pod sztandarem demokracji – jak głosili jej apostołowie – zapanuje braterstwo wśród ludzi, braterstwo ludów i pokój powszechny.

Dziś złudzenia te należą do historii, a wyrok jej wypadł bezlitośnie. Nigdy walki między ludźmi nie przybrały bardziej ostrego charakteru, jak za panowania demokracji. Przecież towarzyszący rządom demokratycznym i z nimi logicznie związany ustrój kapitalistyczno-liberalny zaostrzył walkę o byt do ostateczności i rozpalił powszechną rządzę zdobywania pieniądza, choćby po trupach. Co więcej, raz po raz rzucał narody przeciw sobie do bezrozumnych wojen, w których stawką istotną i często jedyną bywały interesy wielkiego kapitału, narodom na ogół obce i zazwyczaj szerokim rzeszom nieznane. Wystarczy przypomnieć tak liczne w XIX i XX stuleciu krwawe wojny o kolonie, o kruszce, węgiel czy naftę.

W jednym tylko, ukrytym dla ogółu znaczeniu, demokracja wprowadziła „braterstwo”. Jak wskazałem już wyżej, ustrój, oparty na jej doktrynie, musiał z konieczności oddawać zakulisową władzę w ręce tajnych organizacji. Tym tajnym rządem stało się wolnomularstwo, nazywające każdego wtajemniczonego „bratem”, obdarzające zaś każdego niewtajemniczonego w sekrety związku mianem „profana”, a więc człowieka, któremu nie należy dawać dostępu do spraw istotnych. Masoneria, sprawując zakulisowe rządy, oparła się oczywiście na swych członkach i „braciach”. I tak demokratyczne hasło „braterstwo” znalazło swój jedyny wyraz w rządach „braci” nad ogółem „profanów”.«

Po co ja przytoczyłem ten cytat? Na początku zadałem pytanie: Dlaczego więc państwa godzą się na ich działalność na swoim terenie? Chodziło o międzynarodowe korporacje. Gdyby nie wszystkie państwa pozwalały im na działalność na swoim terenie, to nie urosłyby one do takich rozmiarów. Z logicznego punktu widzenia można przyjąć, że niektóre państwa mogłyby się zgodzić na ich działalność, ale nie wszystkie! To mogło się tylko dokonać, gdy wszystkie zostały opanowane przez jedną i tę samą grupę interesów. Do tego mogło dojść tylko w przypadku działania ustroju zwanego demokracją. Tylko w nim faktyczni sprawcy mogą ukryć się za parawanem licznych partii i ich decyzje i interesy są nieczytelne dla ogółu i tym samym oni nie mogą być pociągnięci do odpowiedzialności za swoje decyzje. W demokracji nie ma winnego. Pytanie, kto pozwolił na działanie korporacji na terenie Polski, prowadzi donikąd. I o to w tym cyrku, zwanym demokracją, chodzi.

W cytowanym na wstępie komentarzu czytamy też: „Postaram się w skrócie: opisuje Pan zjawiska, które są naturalną konsekwencją rozwoju technologicznego.”

Rozwój technologiczny. A skąd on się bierze? Kto decyduje o tym, że inwestuje się w pewne dziedziny, a w inne – nie? Dlaczego inwestuje się w rozwój technologii, których celem jest podporządkowanie sobie ludzi, a nie w te, które ratują im życie. Nikt nie walczy z rakiem, czy z chorobami serca, a całą uwagę koncentruje się na biotechnologiach, które służą wytworzeniu mechanizmów, umożliwiających całkowitą kontrolę nad ludzkim umysłem, co w konsekwencji prowadzi do kontroli nad ludźmi.

Żydzi wmawiają gojom, choć nie wprost, że ich celem jest panowanie nad światem i że nastąpi to, gdy pojawi się ich mesjasz. W moim przekonaniu jest to zwykła ściema. Oni już panują nad całym światem, a ich celem jest tylko utrzymanie tego stanu. Pierwszym poważniejszym krokiem w tym kierunku było uczestnictwo w budowie Imperium Brytyjskiego. Jak wspomniałem powyżej, bez ich pieniędzy nie byłoby to możliwie, podobnie jak bez ich pieniędzy nie mogłyby się dokonać odkrycia geograficzne Portugalczyków i odkrycie Ameryki. Zdobycie Indii przez Kompanię dało im niezwykłe doświadczenie i wiedzę. Kilkanaście tysięcy Anglików panowało nad 300 milionami ludzi. To było możliwe dlatego, że władza cesarska w Indiach nie potrafiła zjednoczyć tego podzielonego na setki wyznań, plemion i kast państwa. Wiedzą więc, że ich siła leży w rozdrobnieniu i osłabieniu narodów i państw. Temu służą wszelkie ruchy migracyjne czy akcje typu „black lives matter”. Finansowemu osłabianiu państw służą ponadnarodowe korporacje. Słabe państwa, może nawet rozdrobnione, narody i ludzie pozbawieni systemów wartości, dla których jedyną wartością jest pieniądz – to jest ich cel i są już blisko jego osiągnięcia. Angielski premier z lat 1894-1895, lord Rosebery powiedział: czymże jest imperium, jeśli nie przewagą rasy? Parafrazując jego konstatację, można by zapytać: czymże jest panowanie nad światem, jeśli nie przewagą rasy? A przecież Żydzi uważają się za naród wybrany. Tu chyba nie ma mowy o żadnym spisku. Wszystko jest tak czytelne.

Inflacja w Polsce

Jeśli chce się ukryć prawdziwą kradzież, to kieruje się uwagę na tę małą, ale przemawiającą do wyobraźni. Największą kradzieżą jest kradzież poprzez inflację, bo ona dotyka wszystkich. Niektórzy nazywają kradzieżą spekulację giełdową w wykonaniu drobnych graczy, bo oni, według nich, nie wytwarzają żadnego dobra, a korzystają z dóbr i usług, które wypracowują inni. Takie podejście zostało spopularyzowane przez Krzysztofa Karonia autora książki Historia antykultury. Opisując to zjawisko, ogranicza się on tylko do tego środowiska i je piętnuje, nazywając tych ludzi pasożytami.

Problem jest jednak trochę bardziej skomplikowany, bo to samo, co robią drobni inwestorzy, robią również biura maklerskie, fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne, firmy ubezpieczeniowe itp. W tych wszystkich firmach pracują ludzie, którzy inwestują pieniądze innych i żyją z prowizji za usługę. Prowizję otrzymują bez względu na wynik. Oznacza to, że nawet gdy nie wypracują zysku dla swoich klientów, pobierają ją. Czy to jest kradzież? Spekulacja giełdowa drobnych inwestorów jest zjawiskiem marginalnym. Bo ilu ich może być w skali kraju? Kilka, kilkanaście tysięcy. Zapewne w większości przypadków są to ludzie, którzy gdzieś pracują i inwestują swoje własne pieniądze. Problem chyba więc leży w tym, by odwrócić uwagę od największych złodziei, którymi są rządy. To rządy do spółki z bankierami kreują inflację, czy hiperinflację, które pozbawiają ludzi owoców ich pracy, bo pieniądze, które zarabiają tracą na wartości. Tak było w przypadku hiperinflacji w Republice Weimarskiej i na Węgrzech, o czym pisałem w swoich blogach „Hiperinflacja” i „Hiperinflacja c.d.”. Podobnie było w Polsce.

Źródło: Wikipedia

Na powyższej tabeli wyróżniają się cztery lata: 1953, 1982, 1989 i 1990. Charakteryzuje je znacznie wyższa inflacja niż w pozostałych latach. Nasuwa się więc pytanie: jakie były tego przyczyny? Wydaje się, że rok 1989 był przygotowaniem do właściwej operacji roku 1990.

W Polsce takiej hiperinflacji jak w wymienionych krajach nie było, ale była duża inflacja, która spełniła swoje zadanie. Jeśli spojrzymy na informacje, których dostarcza Wikipedia, to nasuwają się pewne wnioski. Podaje ona dane od 1950 roku do 2020 roku. W roku 1950 – 7,5%, 1951 – 9,6%, 1952 – 14,4%, 1953 – 41,9%, 1954 – (-6,3%), 1955 – (-2,4%), 1956 – (-1%), 1957 – 5,4%, 1958 – 2,7%, 1959 – 1,1%. Coś w tym 1953 roku stało się. Co? Tego nie wiem. Nie było mnie wtedy na świecie. Całe lata 60-te i początek lat 70-tych były latami bez inflacji. I to pamiętam. Ceny oranżady i lodów były cały czas takie same. Czekolady też, ale była ona bardzo droga, bo kosztowała 18 zł. Ludzie wtedy zarabiali przeciętnie około 1500-2000 zł.

Widać więc, że początek lat 50-tych charakteryzuje duża inflacja, zwłaszcza w porównaniu z późniejszymi latami. Kulminacja następuje w 1953 roku. W pracy Jacka Luszniewicza Procesy inflacyjne w Polsce w latach 1945-1955 – przejawy, fazy, uwarunkowania, konsekwencje. Przyczynek do badań nad inflacją PRL jest opis tej inflacji. Całość pracy tu: https://ssl-kolegia.sgh.waw.pl/pl/KES/czasopisma/kwartalnik/Documents/JLsrodek_%20KES%202_18.pdf.

„Tymczasem na horyzoncie pojawił się plan sześcioletni (1950–1955), znacznie przyspieszający tempo industrializacji i otwarcie preferujący inwestycje pozbawione efektu podażowego. W praktyce przesądzało to o dalszym pogłębianiu się rozziewu między wypływem pieniądza na rynek a dostawami artykułów konsumpcyjnych. Sytuacja w 1950 r. nie wyglądała jeszcze dramatycznie, ale w niedalekiej perspektywie należało liczyć się z silnym naciskiem popytu konsumpcyjnego i poważnymi brakami rynkowymi.

Wobec powyższego władze, niejako zapobiegawczo, zdecydowały się na kolejną nieekwiwalentną wymianę pieniądza. Plan sześcioletni realizowano od początku 1950 r., odpowiednią ustawę sejmową uchwalono w lipcu, a już w końcu października ogłoszono przygotowaną w największej tajemnicy wymianę starych złotych na nowe. Tym razem nie wprowadzono żadnych ograniczeń ilościowych, ale gotówkę znajdującą się w posiadaniu ludności oraz część wkładów bankowych i oszczędnościowych (do kwoty 100 tys. zł.) przeliczano w relacji 100:1, podczas gdy ceny, płace oraz większe wkłady oszczędnościowe i bankowe – w relacji 100:3. Łączna redukcja zasobów gotówkowych ludności wynosiła więc 66 %. Całej operacji przyświecał zresztą nie tylko cel deflacyjny, ale i potrzeba znalezienia dodatkowych środków na kilkakrotnie korygowane w górę zamierzenia inwestycyjne planu sześcioletniego.”

Wymiana pieniędzy była potrzebna, by doprowadzić do równowagi rynkowej. Ludzie mieli za dużo pieniędzy w stosunku do ilości oferowanych towarów. Trzeba było po prostu zabrać je im. Wymiany dokonano tak, że gotówkę w posiadaniu ludności i wkłady bankowe do 100 tys. zł. przeliczono w stosunku 100:1, a ceny, płace oraz większe wkłady oszczędnościowe i bankowe – w stosunku 100:3. – Tak zrozumiałem sens tego, co autor powyżej napisał. Natomiast Maria Dąbrowska w swoim dzienniku dnia 2 listopada 1950 roku pisze:

»Zmiana systemu pieniężnego! Przed rokiem, czy półtora rokiem były pogłoski o wycofaniu dotychczasowych pieniędzy. Prasa je kategorycznie zdementowała, tak że stopniowo wszyscy się w związku z tą sprawą uspokoili. Ale oto uderzenie przyszło niespodziewanie. Jak świetnie trzymano to w tajemnicy, najlepszy dowód, że najlżejsza plotka tymi czasy nie pojawiła się na ten temat. Naród, który rzekomo sam się rządzi, nic nie wiedział, co o nim bez niego zdecydowano! Po kilkakrotnym wysłuchaniu powtarzanego komunikatu zorientowaliśmy się w zasadach tej reformy finansowej. Złoty oparty został (rzekomo) na parytecie złota, czyli rubla, z którym został zrównany. Ustanowiono przy tym dwie relacje zamiany starych pieniędzy na nowe. Wszystkie zobowiązania wobec państwa płatne płatne są w relacji 3 nowe złote za 100 starych. Wszystkie zobowiązania państwa wobec obywateli płatne są w relacji 1 nowy złoty za 100 zł starych. W tej samej niekorzystnej dla obywateli relacji wymieniane będą wszystkie bez rozróżnień banknoty znajdujące się w chwili ogłoszenia tej „uchwały sejmu” w rękach obywateli. Nie znalazł się nikt przytomny, kto by odradzał te wręcz antypaństwowe punkty reformy. Chodziło o uderzenie w „inicjatywę prywatną”, a uderzono w miliony biednych ludzi, wywołując ową falę nienawiści do tak nieludzkiego ustroju.«

W dniu 3 listopada 1950 roku dodaje:

»Resztę dnia zajęły mi refleksje nad owym sposobem przeprowadzenia reformy walutowej o czym głośno w mieście. I oto, co mówią ludzie. Kiedy, bodaj półtora roku temu, rozeszły się plotki o zmianie systemu pieniężnego, miał on być w samej rzeczy wówczas zmieniony. Pieniądze już były wydrukowane (data na nowych obecnych banknotach jest 1948), ale ponieważ wieść o tym się rozeszła, rząd zdementował ją w prasie i odłożył sprawę do czasu, gdy wszelkie pogłoski ucichną, a czujność narodu zostanie całkiem uśpiona. Teraz rzecz przeprowadzono w tak absolutnej tajemnicy, że nawet sejm nie wiedział, na co został w trybie nagłym zebrany w sobotę 28.X wieczorem. Plotka ulicy mówi, że wszystkim, którzy pracowali przy tej aferze zagrożono karą śmierci w razie zdradzenia tajemnicy. Zresztą ilość tych zatrudnionych była z wyjątkiem góry partyjnej i Mincowskiej Komisji Planowania – nieduża – podobno nowe banknoty drukowane były w Czechach, a bilon – w Moskwie wybijany. Pracowników, którzy drukowali ogłoszenia Banku Narodowego zamknięto na trzy doby w miejscach pracy – tak samo pracowników PKPG nie wypuszczono z miejsca pracy przez ostanie dwa dni. Tak samo Sejm, gdy tylko posłowie się zebrali, został zamknięty, nikogo nie wypuszczano, a telefony zostały wyłączone. O 11-tej w nocy, gdy ta zbójecka sprawa została załatwiona, wszyscy posłowie rzucili się do bufetu i wykupili go całkowicie aż do puszek z zepsutymi konserwami włącznie. O tejże godzinie zaczęto rozsyłać woźnych po wszystkich pracownikach instytucji bankowych i placówek handlu uspołecznionego, zwożąc ich do miejsc pracy dla przeliczenia cen, list płacy itp. Wedle ostatniej wersji podobno rząd automatycznie zarobił na tej imprezie 800 miliardów złotych, straconych przez obywateli. Należy to uważać za daninę pobraną w bezprzykładnie brutalny i bezceremonialny sposób.«

A więc wymiana pieniędzy nie byłą żadną korektą planu sześcioletniego, wbrew temu, co pisze autor cytowanego opracowania. Państwo, bez względu na ustrój, zostało chyba stworzone po to, by okradać swoich obywateli. Dalej autor pisze:

»Efekt antyinflacyjny, podobnie jak w przypadku wymiany z lat 1944–1945, okazał się krótkotrwały. Na koniec 1950 r. udało się wprawdzie poważnie ograniczyć obieg pieniężny, ale w następnych latach wysoka wzrostowa dynamika powróciła. Towarzyszyły temu – już w 1950 r. – duże przyrosty akumulacji i płac nominalnych, z jednej strony „obciążające” podaż rynkową, a z drugiej „podkręcające” popyt efektywny. Co więcej, jak wykazał przed laty M. Kucharski, jeszcze przed końcem 1950 r. odbudowane zostały rezerwy pieniężne ludności. Tak szybka kompensacja strat wywołanych jesienną wymianą pieniądza wynikała m. in. z 3- krotnie wyższej relacji przeliczeniowej płac w stosunku do gotówki oraz ulgowego naliczania przyspieszonych wpłat z tytułu podatku gruntowego i na Społeczny Fundusz Oszczędnościowy. W sumie więc wymiana z 1950 r. jedynie na bardzo krótko zastopowała powracającą tendencję inflacyjną.

W tym stanie rzeczy doszło do kolejnej korekty planu sześcioletniego powiększającej nakłady na inwestycje w przemyśle środków produkcji i – przede wszystkim – sektorze zbrojeniowym. O jej dokonaniu zadecydował wybuch wojny koreańskiej. Odpowiednie instrukcje przywieźli z Moskwy w październiku 1950 r. Edward Ochab i szef MON marszałek Konstanty Rokossowski. Promilitarna reorientacja, wprowadzana w życie od 1951 r., okupiona została dalszą redukcją wydatków na rozwój przemysłu konsumpcyjnego i rolnictwa. Skutkiem było poważne spowolnienie w gałęziach i branżach przesądzających o poziomie zaopatrzenia rynku wewnętrznego. W przypadku rolnictwa doszło nawet do absolutnego spadku produkcji (w 1951 r.), w czym udział miały także presja kolektywizacyjna, zwiększenie obciążeń z tytułu podatku gruntowego i przywrócenie dostaw obowiązkowych.

Promilitarnej korekty planu sześcioletniego w 1951 r. dokonano w sytuacji, gdy gospodarka polska znajdowała się już na ścieżce inflacyjnej. Dodatkowe nakłady na inwestycje zbrojeniowe były ogromne; w stosunku do pierwotnych zamierzeń powiększono je w 1951 r. o 70 %, w 1952 r. – o 151%, a w 1953 r. aż o 700 %. Symptomy ostrej nierównowagi rynkowej, dotyczącej głównie artykułów pochodzenia rolniczego, pojawiły się jeszcze w 1951 r. Niedobory wymusiły przywrócenie reglamentacji kartkowej na niektóre artykuły, a nawet spowodowały załamanie na rynku targowiskowym. Odzwierciedleniem kumulowania się nadwyżkowego popytu był m. in. rosnący udział przyrostu zasobów gotówkowych w ogólnym przyroście zasobów pieniężnych ludności. W 1951 r. udział ten wynosił 81,7 %, w 1953 r. – już 90,5 %. W świetle zaostrzających się braków rynkowych, a także niewielkich przyrostów oszczędności dobrowolnych (w bankach i innych instytucjach oszczędnościowych) narastanie rezerw gotówkowych ludności świadczyło o odkładaniu się coraz większych oszczędności przymusowych.

Teoretycznie lukę inflacyjną można było zamknąć, drenując ludność z części posiadanych zasobów pieniężnych. Metoda ta napotykała jednakże ograniczenia polityczne i społeczne, nie mogła więc być z całą konsekwencją stosowana. Świadczył o tym m. in. ostateczny bilans wymiany pieniądza z 1950 r. Te same powody limitowały też skutki działań deflacyjnych podejmowanych w kolejnych latach.

W czerwcu 1951 r. rozpisano nową pożyczkę wewnętrzną – Narodową Pożyczkę Rozwoju Sił Polski, ale jej efekty finansowe były zbyt małe, aby zmienić sytuację rynkową. Wiele razy podwyższano też ceny: np. na początku 1950 r. na mięso (średnio o 27 %), liczne wyroby przemysłowe, usługi komunikacyjne i pocztowe, bilety do kina; jesienią tego samego roku na alkohole (o 40–50 %); w styczniu 1953 r. właściwie na wszystko (na niektóre towary nawet do 100 %, choć przeciętnie około 40 %). Problem w tym, że równolegle bądź z niewielkim opóźnieniem podejmowano decyzje o przeciwnych skutkach. Obie podwyżki cen z 1950 r. zrekompensowano; pierwszą podniesieniem o 5 % płac, drugą licznymi obniżkami cen (m. in. szkła o 30 %, wyrobów metalowych o 29 %, maszyn i aparatów elektrycznych o 25 %, żarówek o 20 %, mięsa wieprzowego o 10 %). Tym samym stała się de facto decyzja o powrocie do dystrybucji kartkowej. Ceny objętych nią artykułów zostały bowiem zamrożone.

Zrekompensowano również najostrzejsze posunięcie antyinflacyjne – generalną podwyżkę cen, zaordynowaną 3 stycznia 1953 r. Wzrastały nie tylko ceny detaliczne, ale także taryfy transportowe i pocztowe, opłaty za gaz i energię elektryczną oraz ceny usług rzemieślniczych. Jednocześnie wycofano się z niedawno wprowadzonej sprzedaży kartkowej i dopuszczono do wolnego obrotu większość produktów rolnych (po wykonaniu 90 % obowiązkowych dostaw przypadających na dany powiat). Najważniejszą, choć nieformalną rekompensatą było podniesienie wszystkich płac, oczywiście w stopniu mniejszym od podwyżek cen. Ponadto zwiększono zasiłki rodzinne, a zatrudnionym w przedsiębiorstwach uspołecznionych dodano do płac ekwiwalenty z tytułu wzrostu kosztów utrzymania (rzędu 75 %). Sumaryczny efekt podwyżek cen szacowano na około 40 %, zaś podwyżek płac – na około 30 %.

Reforma cen i płac z 1953 r. cieszy się w literaturze przedmiotu nienajgorszą opinią. Podkreśla się, rzecz jasna, jej społeczną dotkliwość, ale z drugiej strony korzystny wpływ na stabilizowanie się sytuacji rynkowej. Pisano o osiągnięciu – pierwszy raz po wojnie – równowagi między podażą a popytem, a nawet wytworzeniu się pewnej nadwyżki podaży. Lidia Beskid oceniała, że stworzono wręcz „pierwsze podstawy do kształtowania sytuacji rynkowej zwanej rynkiem nabywcy”. To całkowicie nowe doświadczenie, nieznane dotąd ani rządzącym, ani rządzonym, miało się zmaterializować jeszcze w 1953 r. i trwać aż do końca planu sześcioletniego. Co więcej, pozwolić na stopniowe obniżki cen, realizowane od jesieni 1953 r.«

Na podstawie cytowanego opracowania wiadomo, skąd wzięła się inflacja 1953 roku. Ciekawe, że te podwyżki cen artykułów żywnościowych i nie tylko żywnościowych, były wysokie, bardzo wysokie, jeśli porównamy je z podwyżkami z grudnia 1970 roku. I jakoś dziwnie nie doszło do żadnych protestów i strajków. Te pojawiły się dopiero w 1956 roku w Poznaniu.

Od 1954 roku sytuacja, jeśli chodzi o inflację, zaczyna stabilizować się i praktycznie do końca lat 70-tych jest spokój. Dopiero w ich końcu i na początku lat 80-tych dochodzi do większych zmian. W 1978 roku inflacja wynosi 8,1%, 1979 – 7,0%, 1980 – 9,4%, 1981 – 21,2%, 1982 – 100,8%, 1983 – 22,1%, 1984 – 15%, 1985 – 15,1%. Od 1981 roku mamy inflację dwucyfrową i tak jest przez całe lata 80-te.

To, co uderza w tym zestawieniu, to rok 1982, w którym inflacja dosłownie wystrzeliwuje w górę. A więc nie lata 1980 i 1981, lata Solidarności i strajków i żądań podwyżek, tylko rok 1982, który nastąpił bezpośrednio po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku. W owym 1982 roku władza mogła wszystko. Skąd więc taka wielka inflacja? Lata 70-te to nie tylko kredyty państwowe. Wówczas wielu zaciągało kredyty na budowę domów jednorodzinnych. Władza popierała tego typu inicjatywy, bo budownictwo wielorodzinne kulało i okres oczekiwania na mieszkania wydłużał się. Jednak nie było tak, że każdy mógł wziąć kredyt. Często był to kredyt dla wybranych, limitowany, jak wszystko w PRL-u. Zapewne wielu z tych ludzi, to nie byli ludzie przypadkowi. Cechą charakterystyczną tamtego okresu było to, że pomimo wysokiej inflacji oprocentowanie kredytów było stałe. Oznaczało to, że spłata ich odbyła się tylko za część realnej wartości. W praktyce oznaczało to wybudowanie domu za 1/4 czy 1/5 realnej ceny. Za resztę zapłacili ci, którzy mieli oszczędności, których nie waloryzowano z powodu inflacji. To, że najwyższa inflacja nastąpiła w 1982 roku, w roku, w którym rygory stanu wojennego były najsurowsze, skłania do wniosku, że nie było w tym przypadku i było to częściowe uwłaszczenie nomenklatury partyjnej z przyległościami. Ale to był dopiero wstęp. Wielka kradzież na skalę międzynarodową następuje później. We wrześniu 1985 roku dochodzi do spotkania Jaruzelskiego, tego „patrioty”, z Rockefellerem. Coś tam ustalono. Nie wiadomo co, ale można domyślać się. Bez tych ustaleń kolejny przekręt z inflacją w tle nie byłby możliwy.

Od połowy lat 80-tych inflacja stopniowo rośnie. W 1985 – 15,1%, 1986 – 17,7%, 1987 – 25,2%, 1988 – 60,2%, 1989 – 251,1%, 1990 – 585,8%, 1991 – 70%, 1992 – 43%, 1993 – 35,3%, 1994 – 32,2%, 1995 – 27,8%, 1996 – 19,9% 1997 – 14,9%. W 1988 roku następuje skokowy wzrost inflacji, a w 1991 jej skokowy spadek. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki udało się ją „zdusić” i zejść z 585% na 70%. Kolejny cud nad Wisłą. Ileż to tych cudów już było! Widać więc wyraźnie, że już od 1988 roku przygotowywano się do tego skoku. W tamtym czasie też uruchomiono akcję kredytową i wielu zadłużyło się. Byli to ci, którzy inwestowali w swoją działalność gospodarczą lub rolnicy, którzy kupowali maszyny rolnicze. Tym razem jednak, w odróżnieniu od poprzedniej dekady, oprocentowanie wkładów i kredytów nie było stałe, ale rewaloryzowano je proporcjonalnie do wzrastającej inflacji. Dla inwestycji długoterminowych oznaczało to wyrok śmierci. Tak zniszczono polską, kiełkującą wtedy, przedsiębiorczość. Upieczono wtedy dwie pieczenie na jednym ogniu: zniszczono polską przedsiębiorczość i okradziono społeczeństwo. Cały dorobek jednego pokolenia w ciągu 2-3 lat.

Ta inflacja była ściśle skorelowana z tzw. sztywnym kursem dolara. – No! Wreszcie wyszliśmy z zaścianka i złotówka stała się wymienialna! A że to nam wszystkim, no może nie wszystkim, wyszło bokiem, to już inna sprawa.

Sztywny kurs dolara wprowadzono 1 stycznia 1990 roku. Ustalono go w stosunku 0,95 PLN/USD. To było jeszcze przed denominacją, co oznaczało, że dolara wymieniano na 9.500 zł. 17 maja 1990 roku zmieniono system kursu sztywnego na powiązanie złotego w stosunku do koszyka pięciu walut, składającego się z dolara amerykańskiego (udział 45%), marki niemieckiej (35%), funta szterlinga (10%), franka francuskiego (5%) i franka szwajcarskiego (5%). Trwało to do 14 października 1991 roku. W tym dniu wprowadzono w miejsce sztywnego kursu walutowego dewaluację kroczącą o ustalonej miesięcznej stopie dewaluacji wynoszącej 1,8%.

Co to oznaczało w praktyce? Inflacja w 1990 roku – 585%. Sztywny kurs dolara od 1 stycznia 1990 roku. My nie wiedzieliśmy, jaka będzie inflacja w tym roku, ani jak długo zostanie utrzymany sztywny kurs. Czy zamienić dolary na złotówki i włożyć na konto? A jak wycofają się z tego? To wtedy cała operacja na nic. Tak rozumował przeciętny człowiek, który nie był wtajemniczony. A kto wiedział, to wiedział. Nie dla psa kiełbasa. 1000 dolarów na 585% w skali roku. Ile to jest? – 5850 dolarów!

Powiązano kurs złotówki z walutami zachodnimi i zamrożono go na rok, by inwestorzy zachodni, czyli Żydzi, mogli się wzbogacić. Po tej operacji mogli za „zarobione” w Polsce pieniądze wykupić w niej wszystko, czego nie zlikwidowano i co uznali za warte nabycia. Nawet nie musieli wykładać własnych pieniędzy, by wykupić Polskę. Były oczywiście i inne afery typu FOZZ (Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego) czy oscylator Bagsika i Gąsiorowskiego, którzy to firmowali, a za nimi krył się faktyczny pomysłodawca i wykonawca, czyli Mosad. Żydowska wyobraźnia nie ma w tej materii granic.

1 stycznia 1995 roku wprowadzono do obiegu nowe jednostki pieniężne. Stary złoty został zastąpiony nowym w relacji 10.000:1. Narodowy Bank Polski, jak pisze Wikipedia, pod koniec lat 80-tych rozpoczął przygotowania do denominacji. Warunkiem umożliwiającym jej przeprowadzenie był spadek poziomu inflacji poniżej 10% i gwarancja utrzymania się niskiego poziomu przez dłuższy czas. Dzięki realizacji planu Balcerowicza udało się po 1990 roku zahamować inflację i ustabilizować gospodarkę. Ostatecznie decyzję o przeprowadzeniu denominacji podjęto w 1994 roku.

Tak więc wszystko było zaplanowane wcześniej. Nie pod koniec lat 80-tych, jak pisze Wikipedia, tylko w 1985 roku, gdy Jaruzelski spotkał się z Rockefellerem. Już inflacja z 1988 – 60% i z 1989 roku – 250% była przygotowaniem do właściwej operacji drenowania polskiego systemu bankowego. A później przyszedł „zbawca” Balcerowicz. Dlaczego rzeczywistość jest zupełnie inna, niż to, co nam się przedstawia? I nie zaczęło się to bynajmniej od tej kretyńskiej „pandemii”, której nie ma, a która demoluje nam nasze życie?

Hiperinflacja w Republice Weimarskiej i na Węgrzech oraz inflacja w Polsce miały dwie wspólne cechy: stosunkowo krótki okres trwania największego dodruku pieniądza i następująca po nim wymiana na nowe jednostki pieniężne. To, że w Polsce wymianę pieniędzy planowano znacznie wcześniej, to nie jest tajemnicą, skoro pisze o tym Wikipedia. I prawdopodobnie tak samo było w pozostałych przypadkach. Najpierw postanawiano w tajemnicy, że będzie wymiana pieniędzy, następnie wywoływano inflację, a po niej pojawiały się nowe pieniądze, a inflacja czy hiperinflacja znikały, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Były to więc operacje finansowe przeprowadzane w sposób świadomy i zaplanowany. Ich celem było wzbogacenie się wąskiej grupy ludzi kosztem pozostałych, niczego nieświadomych obywateli, z których zdecydowana większość uważa, że takie rzeczy dzieją się niezależnie od rządu i spadają na społeczeństwa niczym plagi egipskie.

Po roku

Mija już rok od momentu, który stał się naszą „nową normalnością”. Na portalu ZeroHegde pojawił się artykuł One year to flatten life as we knew it, którego autorem jest Rob Slane. Opisuje on ten rok i dzieli się swoimi refleksjami na temat tego, jak zmienia się nasza rzeczywistość, co z tego wynika i kim są ci ludzie, którzy zgotowali nam ten los. Pomyślałem sobie, że warto się z nim zapoznać, zwłaszcza że w kolejnym blogu będę chciał przybliżyć ideologię anarchizmu i nihilizmu, który jest skrajną odmianą tego pierwszego. Mam takie wrażenie, że nihilizm, który narodził się w XIX wieku, przeżywa swój renesans za sprawą fałszywej pandemii. Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/covid-19/one-year-flatten-life-we-knew-it.

Minął rok odkąd rozpoczęliśmy nowy, niesprawdzony, nienaukowy, drakoński i doprawdy szalony eksperyment medyczny, społeczny, ekonomiczny i psychologiczny, dokonywany na milionach ludzi. W dniu, w którym zaaplikowano nam to szaleństwo, napisałem: „Wygląda na to, że to koniec Wielkiej Brytanii, jaką znaliśmy”. Wszystko, co wydarzyło się od tamtego czasu, jak sądzę, sprawdziło się, a tym, czego nie przewidziałem jest to, że miliony ludzi nadal wierzą, że ograniczenia miały naukowe uzasadnienie, że były konieczne, że były skuteczne i że mamy życzliwy rząd, którego celem jest zapewnienie nam wszystkim bezpieczeństwa. Żadna z tych rzeczy nie jest prawdą.

Krótkie podsumowanie tego, co się wydarzyło

Na nic zda się szukanie literatury medycznej i naukowej sprzed 2020 r., opowiadającej się za masową kwarantanną zdrowych ludzi, jako właściwą reakcją na pandemię. W rzeczywistości, po tym, jak spanikowany rząd meksykański flirtował z tym pomysłem przez całe pięć dni podczas wybuchu świńskiej grypy w 2009 r. (zakończył go, gdy zdano sobie sprawę, jak niszczące na dłuższą metę byłyby jej skutki), ówczesny dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), Dr Margaret Chan, wyraźnie ostrzegła przed stosowaniem takich destrukcyjnych środków:

W związku z tym pozwolę sobie zdecydowanie apelować do krajów, aby powstrzymały się od wprowadzania środków, które są gospodarczo i społecznie destrukcyjne, a nie mają uzasadnienia naukowego i nie przynoszą wyraźnych korzyści dla zdrowia publicznego.

Tak więc ten destrukcyjny, nienaukowy pomysł, bez wyraźnych korzyści dla zdrowia publicznego, został po cichu zarzucony i zapomniany. Dopiero w styczniu 2020 roku powrócono do niego w chińskiej prowincji Hubei na polecenie Xi Jinpinga, przywódcy jednego z najbardziej totalitarnych reżimów na świecie, o czym szczegółowo opisuje prawnik Michael Sanger.

Można by oczekiwać, że WHO pójdzie tą samą drogą, co dr Chan w 2009 roku, ale do lutego, w niewytłumaczalny sposób, zmieniła swoje wytyczne dotyczące reakcji na pandemię, opierając się na nieprzekonywujących i najbardziej niewiarygodnych dowodach, dostosowując je do dekretu Wuhan.

Można by więc oczekiwać, że kraje zachodnie odrzucą to tyrańskie podejście, ale, co dziwi, nie zrobiły tego. W Wielkiej Brytanii całkowicie rozsądna strategia gotowości na wypadek pandemii, którą rząd prowadził od 2011 roku, i która dążyła do zapewnienia minimalnych zakłóceń w społeczeństwie, nawet podczas epidemii wirusa, mogącej pochłonąć 315 000 istnień ludzkich w okresie 15 tygodni – została zarzucona. Dlaczego? To jest najważniejsze pytanie, na które szukamy odpowiedzi. Sądzę jednak, że ważne jest też to, co profesor Neil Ferguson zasugerował nam w swoim grudniowym wywiadzie dla The Times:

Oni [Chińczycy] twierdzili, że spłaszczyli krzywą. Na początku byłem sceptyczny. Myślałem, że to było ukrywanie prawdy przez Chińczyków. Jednak w miarę gromadzenia danych stało się jasne, że była to skuteczna polityka. Ale to komunistyczne państwo jednopartyjne, powiedzieliśmy. Myśleliśmy, że nie uszłoby to nam na sucho w Europie. A potem również Włochy to zrobiły. I zdaliśmy sobie sprawę, że możemy.

Twierdzenie chińskiego rządu o spłaszczeniu krzywizny to fałszywy trop. Komentarz profesora, że zdali sobie sprawę, że wdrożenie taktyki despotycznego reżimu może ujść na sucho, nie jest nim.

Ponieważ WHO i rząd zawiedli, z pewnością Brytyjczycy nie daliby się nabrać na coś tak ewidentnie absurdalnego, jak zakazanie milionom całkowicie zdrowych ludzi kontaktu z innymi zdrowymi ludźmi? Czy idea, która uczyniła ten kraj jednym z najbardziej wolnych narodów na ziemi, zadziała?

Niestety nie. Brytyjczycy, poprzez terroryzowanie ich strachem, histerią i jawnym kłamstwem na bezprecedensową skalę, potulnie poddawali się tym despotycznym dekretom, wierząc, że mają one coś wspólnego z zapewnieniem im bezpieczeństwa.

Kłamstwo o bezobjawowej transmisji i mit pół miliona zgonów

Zdecydowanie największym kłamstwem jest bezobjawowa transmisja. Rzeczywiście, kiedyś może stać się największym kłamstwem – oszukanie największej liczby ludzi w najkrótszym czasie. Opierało się ono głównie na incydencie w Niemczech, gdzie chińska dama, o której sądzono, że nie ma żadnych objawów, rozniosła chorobę. Jednak później okazało się, że rzeczywiście miała objawy, ale stłumiła je lekami. Jednak rzadko o tym pisano, a do tego czasu narodził się mit, że była to nowa, tajemnicza choroba, którą mogliby przenosić ludzie bez objawów, a wraz z nią powstała podstawa do zamykania gospodarek, masek i niezliczonych innych dziwacznych, oderwanych o rzeczywistości ograniczeń nałożonych na nas. Wielkie badanie przeprowadzone na 10 milionach ludzi w Wuhan, w późniejszym okresie, wykazało zero przypadków bezobjawowego rozprzestrzeniania się, ale jak można się domyślić, zostało ono całkowicie zignorowane przez rządy i media na całym świecie.

A co z twierdzeniem profesora Fergusona o 510 000 zgonów? Pozostaje to podstawą do twierdzenia zwolenników kwarantanny, że gdybyśmy nie zostali zamknięci, zginęłyby setki tysięcy więcej osób. Oprócz faktu, że Wielka Brytania zajmuje obecnie piąte miejsce na świecie pod względem liczby zgonów na milion, mając trzecią najbardziej rygorystyczną blokadę na planecie Ziemi, według Uniwersytetu Oksfordzkiego, a kraje, które tego nie zrobiły, radziły sobie nie gorzej – czy potrzeba jeszcze jakiegokolwiek innego dowodu, na który możemy powołać się, by wykazać fałszywość twierdzenia profesora Fergusona o dniu zagłady?

Dlaczego aż tyle i co jest w rzeczywistości zawarte w samym raporcie profesora Fergusona? Doszedł on do swojej liczby 510 000 zgonów dla scenariusza „bez ograniczeń”, szacując, że 81% populacji zostanie zarażonych i przyjmując współczynnik śmiertelności zarażonych (IFR) Covid-19 na 0,9%. Jednak w październiku, jeden z czołowych epidemiologów na świecie, John Ioannidis z Uniwersytetu Stanforda w Kalifornii, opublikował ostateczne badanie dotyczące IFR Covid-19. Obliczył, że mediana wskaźnika wyniosła 0,23%, a nie 0,9%, jak założył Ferguson, a jego praca została zaakceptowana i zatwierdzona przez WHO.

To bardzo ważne: gdyby Ferguson zastosował liczbę IFR wynoszącą 0,23%, a nie 0,9%, to kto zgadnie, do jakiej liczby zgonów by doszedł? Odpowiedź – to około 127 tysięcy. Jest to niezwykle interesujące, ponieważ całkowita liczba „oficjalnych” zgonów spowodowanych przez Covid-19 w chwili pisania tego tekstu (ukazał się 22 marca – przyp. mój) wynosi 126 172. Innymi słowy, gdyby Ferguson użył prawidłowego IFR, liczba zgonów, które przewidziałby w scenariuszu bez blokady, byłaby taką samą liczbą oficjalnych zgonów, jaką faktycznie mieliśmy w przypadku trzeciego najbardziej rygorystycznego zamknięcia na świecie. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że te około 126 000 zgonów nie było spowodowanych przez Covid-19, ale zwolennicy ograniczeń twierdzą, że było, więc to ich zadaniem jest wyjaśnienie, w jaki sposób ta liczba jest obecnie taka sama, jak ta, którą przewidziano w badaniu Fergusona dla sytuacji bez ograniczeń, gdyby użył właściwego IFR.

To, że ograniczenia nie uratowały życia, powinno być oczywiste. Wirus był znany od początku marca 2020 r. Z faktu, że w przeważającej mierze zabijał on osoby starsze z chorobami współistniejącymi, wynika, że zasoby mogły i powinny były być skierowane na ochronę takich osób. Jednak podejście z rozpylaczem (kropelkowe przenoszenie – przyp. mój), które przyjęto w celu poddania wszystkich kwarantannie, nie jest – z definicji – podejściem ukierunkowanym. I ironia polega na tym, że przy wszystkich absurdalnych nawoływaniach zdrowych ludzi do zmiany całego stylu życia, aby chronić słabszych, to to, co tak naprawdę wydarzyło się, to to, że zdrowym ludziom całkowicie wykoślawiono życie, a starszych skazywano na powolną śmierć.

Niszczycielska moc ograniczeń

To tyle, jeśli chodzi o nieskuteczność ograniczeń w celu czynienia dobra, a co z ich niszczycielską mocą? Każda krytyka będzie tu zbyt łagodna. Niszczą życie. Niszczą źródła utrzymania. Niszczą miejsca pracy. Niszczą biznesy. Niszczą edukację. Niszczą kościoły. Niszczą zaufanie. Niszczą zdrowie psychiczne. Niszczą małżeństwa. Niszczą relacje. Niszczą społeczności. Przeczą temu, że policja służy ludziom. Niszczą praworządność. Niszczą wolną Brytanię.

Czas i miejsce nie wystarczą, by opisać zniszczenia delikatnej równowagi życia w sferze medycznej (zwłaszcza osłabionego układu odpornościowego), sferze społecznej, sferze psychologicznej i sferze ekonomicznej, czy o zwrocie ku transhumanistycznej przyszłości, spowodowanym przez nieustanne wezwania ludzi do trzymania się z dala od innych ludzi oraz dziwaczny rytuał zakrywania ludzkiej twarzy – najbardziej bezpośrednia i najważniejsza fizyczna manifestacja Imago Dei – bezużytecznymi kawałkami materiału.

Tych, którzy się na to zgodzili, pytam po prostu: Czy nadal nie widzicie, co zrobiliście? Czy nadal nie widzicie, czym jest to, co poparliście?

Wielka Brytania, która istniała przed marcem 2020 r., lub o której wielu z nas myślało, że istnieje, już przeminęła. Wielka Brytania, w której uznaliśmy wolność za coś oczywistego, odeszła. Weszliśmy w zupełnie inną przyszłość, co więcej, wydaje się, że zdecydowana większość ludzi przyjęła ją z zadowoleniem. Co gorsza, zostajemy wprowadzeni do transhumanistycznej technokracji, w której nie jesteśmy postrzegani jako ludzie, stworzeni na obraz Boga, ale jedynie jako potencjalni nosiciele wirusów, cyfrowe numery identyfikacyjne, drony nadające się do śledzenia i namierzania, nadające się do obserwowania i zarządzania przez dystopijnych technokratów, którzy budują wokół nas swój medyczny despotyzm, ale nie jesteśmy uważani za godnych, by żyć cicho i spokojnie, zajmując się naszym legalnym biznesem, prowadząc życie bez ingerencji zwierzchników w każdy jego aspekt.

Dlaczego tak się stało?

Przez pierwsze kilka miesięcy wzbraniałem się przed myślą, że kontynuacja tych posunięć była spowodowana przez polityków, próbujących ukryć okropną pomyłkę, lub że jest to część czegoś znacznie bardziej nikczemnego. I chociaż wciąż nie mam jasności co do motywów, to dla mnie ewentualność „tuszowania wielkiego błędu” stała się nie do utrzymania w październiku, wraz z wydaniem Wielkiej Deklaracji z Barrington. Było to naukowo uzasadnione, solidne z medycznego punktu widzenia, intelektualnie wiarygodne wyjście z powstałego kryzysu. Były to otwarte drzwi dla rządu brytyjskiego, wraz z innymi na całym świecie, na wyjście i zachowanie twarzy. Ale to, co faktycznie wydarzyło się to to, że albo to zignorowali, albo, w przypadku towarzysza Hancocka, cynicznie wyśmiali.

Myślę, że teraz jest już oczywiste, że dzieje się coś o wiele bardziej nikczemnego. Ale jak to wyjaśnić? Niektórzy wyobrażają sobie, że potrzeba do tego jakiegoś diabła, pociągającego za sznurki i sprawiającego, że wszystkie jego marionetki tańczą w rytm tej samej melodii. Nie wierzę, że tak jest. Każdy, kto ma choćby najbardziej pobieżną wiedzę o polityce ostatnich dwudziestu lat, musiał zauważyć, że prawie wszyscy ludzie, którzy robią karierę, mają zasadniczo tę samą ideologię. Myślą tak samo. Głoszą te same frazesy. Chodzą tymi samymi ścieżkami. A jeśli nie myślisz, nie mówisz lub nie postępujesz tak jak oni, to nigdy nie zostaniesz zaproszony na imprezę. Jest to dość oczywiste, że wielu z tych ludzi postrzegało Covid-19 jako okazję do zwiększenia ich władzy, kontrolowania ludzi i przekształcenia społeczeństwa na swój własny ohydny sposób.

Ale to nie wszystko. Widziałem niekończące się niepokojące komentarze – odzwierciedlające moje własne myśli – zarówno chrześcijan, jak i nie-chrześcijan, że niewytłumaczalnie dziwna reakcja na to, co się stało, była taka, jakby miliony ludzi zostały sparaliżowane jakimś rodzajem zaklęcia. W związku z tym dobrze byłoby pamiętać o tym, że istnieją rzeczy, które są poza naszymi możliwościami zrozumienia za pomocą czysto ludzkiego rozumu i ludzkich działań:

Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władzami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich. (Efezjan 6: 12).

Patrząc w przyszłość

Po uśpieniu i propagandzie w celu zaakceptowania środków, które są nie tylko jałowe same w sobie, ale które zniszczyły wyobrażenie tego, co moglibyśmy nazwać normalnym życiem, miliony zostały teraz zaczadzone ideą, że pośpieszne, niewypróbowane, niesprawdzone „szczepionki”, których badania kliniczne mają się zakończyć dopiero w 2023 r. (Pfizer, AstraZeneca i Moderna), są pewnego rodzaju ratunkiem i powrotem do normalności. Ale jak pokazały wiadomości z ostatnich dni, czeka ich duże rozczarowanie. Twoi zwierzchnicy nie chcą pozwolić ci wrócić do normalności. Entuzjastycznie zabierają się do dzieła i nie sądzę, by taką okazję zaprzepaścili.

To, co widzimy, jest o wiele ważniejsze, o wiele bardziej kompleksowe, o wiele bardziej okropne, niż większość z nas może pojąć. Jak podsumowała Naomi Wolf w fantastycznym komentarzu do niedawnej sytuacji:

Ale tym razem stajemy w obliczu nie tylko wojny o wolność. Tym razem stajemy w obliczu wojny z ludźmi i ze wszystkim, co czyni nas ludzkimi.

W rzeczy samej. Od zamykania gospodarek po dystans społeczny, po maski, człowieczeństwo i wszystko to, co oznacza bycie człowiekiem, wszystko to jest przedmiotem ataku. Jest tylko jedna pokojowa droga wyjścia z tej transhumanistycznej technokratycznej przyszłości: jednostki, wspólnoty religijne i narody muszą pokutować przed Bogiem, a skruchą muszą błagać Go o uwolnienie się od tego sądu, a On przywróci prawdę, rzeczywistość, i to, co właściwie znaczy być człowiekiem w świecie, który zapomniał o tych rzeczach. Godzina jest późna. Potrzeba jest naprawdę pilna.

Konflikty

Ostatnio jakoś tak częściej zastanawiam się nad tą rzeczywistością i dochodzę do wniosku, że jest ona od początku do końca sztucznie kreowana. I nie chodzi mi tutaj bynajmniej o bieżące wydarzenia ostatniego roku. Chodzi mi o to, co dzieje się od początku tego naszego świata, od początku chrześcijaństwa. Skąd biorą się te wszystkie konflikty, wojny, powstania, zamieszki itp. Model dziejów opisany przez Hegla, a więc teza, antyteza i synteza, zdaje się mieć zastosowanie od początku. Dwa sprzeczne ze sobą poglądy, czy światopoglądy, ścierają się ze sobą i powstaje nowa rzeczywistość, czyli synteza. Skąd jednak biorą się te przeciwieństwa? Zawsze były państwa, które miały zapędy imperialistyczne. Takim było imperium Czyngis-chana. Ale były też Chiny, które przez wieki nie chciały mieć nic wspólnego ze światem zewnętrznym i odgrodziły się od niego murem. Naród, który uważał się za lepszy i predestynowany do panowania nad innymi narodami, robił to w sposób otwarty i często brutalny. Dzięki temu walka z nim była łatwiejsza, bo przeciwnik był znany i znane były jego zamiary. Jest jednak taki naród, który chce panować nad światem, ale chce to osiągnąć w zupełnie inny sposób, nie tak otwarcie, raczej skrycie i podstępem. Dlatego walka z nim jest bardzo trudna, tym bardziej, że naród ten żyje w rozproszeniu wśród innych narodów. I naród ten tworzy sztuczne konflikty, których ofiarami padają inni. On sam za każdym razem zyskuje.

Nie ma na świecie drugiego tak jątrzącego narodu jak Żydzi. Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela tak opisuje początek relacji Żydów z Rzymem:

»Jak przedtem hellenizm, tak teraz Rzym z początku odniósł się do żydów przyjaźnie. Wspomniałem już o tym, jak na rozkaz senatu rzymskiego musiał Antioch Wspaniały wycofać swe wojska z Egiptu. Potem znów państwo Machabejczyków cieszyło się opieką senatu rzymskiego. Szymon Machabejczyk wyprawia do Rzymu poselstwo z prośbą o przymierze i uzyskuje uroczyste oświadczenie senatu, że Judejczycy są jego sprzymierzeńcami (140 przed Chr.). W 7 lat później Hyrkan Machabejczyk wyprawia znów posłów do Rzymu i otrzymuje potężne poparcie przeciw Syrii (133 przed Chr.).

Na prośbę samych żydów mieszają się Rzymianie po raz pierwszy w sprawy wewnętrzne Judei. W r. 65 przed Chr. dwaj dowódcy Pompejusza, Scaurus i Gabinus zostają przez Arystobula Hasmonejczyka opłaceni, aby się wmieszali w jego spór o władzę z bratem Hyrkanem – Scaurus otrzymuje dwa miliony, Gabinus zaś półtora, jak nas o tym informuje żydowski historyk starożytny, Józef Flavius. Niebawem zwaśnieni bracia zwrócili się znowu wprost do samego Pompejusza, składając mu dary i prosząc o ich rozsądzenie.

Nagle ni stąd, ni zowąd Arystobul czyni zwrot i uderza na chwilowo kwaterujące w Judei wojska rzymskie. W rezultacie Pompejusz zdobywa po dłuższym oblężeniu Jerozolimę. Zwycięzca zachowuje się łaskawie, nie tyka nawet skarbca świątyni (61 przed Chr.).

Judea zachowała wprawdzie niezależność polityczną i samorząd, lecz pozostawała odtąd w stosunku pewnej zawisłości od Rzymu jako autonomiczna prowincja rzymska pod władzą żydowskich wielkorządców, czy prokuratorów rzymskich, czy też nawet jako państwo samodzielne pod władzą królów z dynastii herodiańskiej.

Rzym w swym postępowaniu wobec Judejczyków był od pierwszej chwili paraliżowany przez ich wpływy zakulisowe. Wspomniałem już o szerokim rozlaniu się fali dobrowolnej emigracji żydowskiej. Dwa szczególne skupienia, Aleksandria i Rzym, urastają w tym czasie do dużej potęgi. Kolonia żydowska w Rzymie powstała jeszcze wtedy, gdy Rzymianie nie znali żydów palestyńskich. Dopiero zdobycie Jerozolimy przez Pompejusza i uprowadzenie do Rzymu w triumfie więźniów żydowskich dało gminie żydowskiej w stolicy świata odpowiednie kierownictwo.

Na żydowskiej gminie w Rzymie opiera się Juliusz Cezar w swej walce o dyktaturę. Siedzi po uszy w długach i od bankierów zależy. Toteż całe życie jest wiernym przyjacielem Izraela. Zadając pierwszy cios śmiertelny rzymskiej rzeczypospolitej, zdobywa sobie na skrzydłach judaizmu tak przereklamowane miejsce w historii.

Gdy wojska Pompejusza pod wodzą Krassusa poniosły klęskę w wojnie z Partami (Persami), wybuchło powstanie w Judei, zakończone rozgromieniem wojsk judzkich. W tym czasie Cezar w Rzymie wypuszcza na wolność Arystobula Hasmonejczyka, tego samego, który przedtem zaatakował zdradziecko wojska rzymskie. Toteż w walce z Pompejuszem całe żydostwo popiera Cezara, a senat pod jego dyktandem ogłasza ich za przyjaciół i sojuszników narodu rzymskiego. Żydzi aleksandryjscy otrzymują od Cezara potwierdzenie wszelkich swobód obywatelskich i własną jurysdykcję pod władzą arabarchy. Żydzi w małej Azji dostają prawa obywatelskie, a nadto przywilej swobodnego odbywania zebrań, w odróżnieniu od reszty mieszkańców. Wszystkim żydom poza Palestyną specjalny edykt cezara zezwala na wysyłanie złota do Jerozolimy. Żydzi w Rzymie mają odeń prawo stowarzyszania się i zgromadzeń, choć wszystkim rdzennym Rzymianom dyktator odebrał tę wolność.

Nic dziwnego, że po zgonie dyktatora Judejczycy rzymscy do tego stopnia nie mogli się w żalu utulić, iż przez kilka nocy z kolei u mogiły jego płakali. Później znowu sojusznikiem żydów był Oktawian, podczas gdy przeciwnik jego Antoniusz, uchodził za ich wroga.

Antoniusz, władając na wschodzie, wprowadza na tron Judei Heroda, przedstawiciela kierunku hellenistyczno-aleksandryjskiego wśród żydów. Żydzi „pobożni” stawiają opór i Herod decyduje się siłą zbrojną na własnych ziomkach zdobywać Jerozolimę.

Zwycięstwo Oktawiana nad Antoniuszem, odniesione przy poparciu żydostwa, przynosi żydom nowe swobody i przywileje w Aleksandrii, Rzymie i Azji Mniejszej. Herod przed upadkiem Antoniusza przechodzi oczywiście na stronę silniejszego i otrzymuje od Oktawiana potwierdzenie swego królestwa. Upamiętnia swe rządy wspaniałą rozbudową świątyni jerozolimskiej.

Nienawiść faryzeuszów do taktyki hellenistów posunęła się aż tak daleko, że po jego śmierci wysłali do Oktawiana deputację, by go poprosić o pozbawienie Judei niepodległości i wcielenie jej do Syrii w charakterze rzymskiej prowincji z zachowaniem samorządu. Pięćdziesięciu najprzedniejszych mężów Judei wchodziło w skład deputacji, a cała rzymska kolonia żydowska orędowała za jej życzeniem. Mimo to jednak Oktawian nie ustąpił i zachował Judei niepodległość. Czy przyjaźń dla żydów aż tak mu wrosła w serce, że na przekór ich żądaniom uszczęśliwił ich nadal niepodległym państwem? A może właśnie bał się iść na rękę tym właśnie, którzy żądali wcielenia Palestyny do państwa rzymskiego, a równocześnie podziemnie patronowali spiskom i rewolucji? Po kilku latach jednak faryzeusze postawili na swoim i Judea stała się prowincją rzymską (6 po Chr.).

Opowieść, jakoby Rzym pozbawił żydów niepodległego państwa, jest więc historyczną legendą. To właśnie przedstawiciel Rzymu bronił przed nimi bezskutecznie przez kilka lat niepodległości Judei, a odebranie jej niepodległości było koncesją dla faryzeuszów.

Partia antyhellenistyczna opierała się na tajnych związkach, przede wszystkim na „pobożnych” (Asydejczykach, chassidim), których zewnętrzną przesłoną byli faryzeusze. Za Heroda odłam skrajny „pobożnych” organizuje się w związki „zelotów” czyli żarliwców; na czele ich staje Juda Galilejczyk. Są to organizacje partyzanckiej walki zbrojnej z Rzymianami, a na zewnątrz ukrywają się pod hasłami republikańskimi (przeciw dynastii Herodiadów).

Zeloci są właściwymi inicjatorami zbrojnych powstań żydowskich. Oni starają się przeszkodzić gwałtem zarządzonemu przez Rzym spisowi ludności. Utrzymują najściślejsze stosunki z żydami babilońskimi, którzy pod osłoną rządów Partów (Persów) mogą bezkarnie podżegać do nienawistnych wystąpień przeciw Rzymowi. Wszak Rzym z Partami był w ustawicznej wojnie.

Wrzenie podziemne wzrasta. Jak zwykle w ugrupowaniach tajnych i skrajnych odrywa się od zelotów jeszcze skrajniejsze skrzydło, „sykariusze”. Trudnią się oni po prostu bandytyzmem i sianiem anarchii w kraju; jednakowoż celem ich jest wywołanie „ruchawki” rewolucyjnej.

Żydzi w stosunku do Rzymian i Greków są stroną napadającą. Uderzają podstępnie, z ukrycia, jak właśnie ci sykariusze, albo tam gdzie czują się w przewadze. Sykariusze nadają stopniowo kierunek taktyce „zelotów”. Zaczynają od pogromu Samarytan.

Rewolucjoniści nie ograniczają swej działalności do Palestyny. W Cezarei za Nerona uderzają nagle na ludność grecką, lecz zostają odparci. W Aleksandrii powiodło się im gorzej, bo w odwecie za napad żydów na ludność nieżydowską namiestnik cesarski Tyberiusz Aleksander kazał legionom uderzyć na dzielnice żydowskie i sprawił rzeź.

Ernest Renan (żyd) w swej „Historii Izraela” pisze z całą słusznością: „Antysemityzm nie jest wynalazkiem naszych czasów i nigdy nie był bardziej płomienny, jak w ostatnim wieku przed naszą erą… W Aleksandrii, w Antiochii, w Małej Azji, w Cyrenajce, w Damaszku walka między żydami a nieżydami była rzeczą stałą. Rozpoczyna się czas nienawiści religijnych i nie można zaprzeczyć, że te objawy nienawiści były zazwyczaj prowokowane przez żydów”.

Gdy więc Neron, ulegając naciskowi opinii, pozbawił w końcu żydów praw obywatelskich, to wybuch powstania w Judei stał się iskrą, rzuconą lekkomyślnie na prochy. Również wódz wojsk rzymskich, Tytus, inspirowany przez swoją kochankę, żydowską księżniczkę Berenikę, która nie odstępowała od jego boku podczas kampanii, musiał jednak ulec nastrojowi swoich żołnierzy i rzymskiej racji stanu.

Wódz rzymski przy oblężeniu Jerozolimy za podszeptem Bereniki każe oszczędzać świątynię, nie może jednak powstrzymać swych żołnierzy w czasie zwycięskiego szturmu i rzucona ręką nieznanego sprawcy żagiew płonąca wpada do świątyni, a triumfujące szeregi, wbrew osobistej interwencji Tytusa niecą w niej pożar. Jerozolima obrócona została w kupę gruzów.

Odtąd cały Izrael zaprzysiągł Rzymowi wiekuistą nienawiść. Rzymowi w każdym czasie i w każdej postaci. Ta nienawiść i chęć zemsty stała się odtąd dla Izraela istotnym składnikiem jego religii politycznej.«

Henryk Rolicki w swojej książce opierał się przeważnie na opracowaniach żydowskich historyków, więc niczego nie wymyślał. W zasadzie ten powyższy cytat w zupełności wystarcza, by uświadomić sobie, czym jest żydowska natura, jak oni działają. Nie było możliwości, by Rzym zadowolił Żydów. Skoro oni dzielą się na niby wrogie sobie stronnictwa, z których jedno chce niepodległości od Rzymu, a drugie – wprost przeciwnie, to musi dojść do konfliktu. Wystarczy byle jaki powód, by wzniecić powstanie czy wojnę. No bo przecież spis ludności, to nie jest powód do wywoływania powstania. A skoro im się nie podobał spis, to po co godzili się na uzależnienie od Rzymu. Tak wygląda logika żydowska i nie ma takiego, który by ich zadowolił. Po to ona właśnie taka jest. I obecnie jest tak samo. To oni uraczyli nas tą „pandemią” i to oni organizują te wszystkie protesty.

Żydzi nie mieli powodu, by pałać nienawiścią do Rzymu, więc musieli taki powód stworzyć. Imperium Rzymskie zostało w dużym stopniu zbudowane w oparciu o wojsko, o sprawne i zdyscyplinowane wojsko. Bez tego nie ma mowy o podbojach i utrzymaniu w ryzach ludności zamieszkującej zdobyte tereny. Czy możliwe jest więc, że żołnierze rzymscy w trakcie zdobywania Jerozolimy okazali się tak niezdyscyplinowani? Dlaczego w 61 r. p.n.e. Pompejusz, po zdobyciu Jerozolimy, nawet nie tknął jej skarbca, a żołnierze okazali się zdyscyplinowani? A w 70 r. n.e. było inaczej? Ktoś podrzucił płonącą żagiew, a żołnierze wzniecają pożar. A gdyby tego nie zrobili, to nie byłoby powodu do nienawiści. A może ktoś postarał się, by taki powód był. Po tym, czego Żydzi dokonali wcześniej, nie można wykluczyć, że to oni sami podpalili tę świątynię. Jej unicestwienie to był faktyczny koniec państwa żydowskiego w Palestynie i tamtejsi Żydzi rozproszyli się po świecie. Życie w diasporze to chyba jedyny dla nich stan do przyjęcia, stan, w którym w pełni mogą żerować na innych nacjach.

Może tak miało być. Wszak 70 lat wcześniej pojawił się mesjasz, który głosił zupełnie nową religię, którą należało rozpowszechnić wszędzie, gdzie się dało, zaczynając od Rzymu. Trzeba było też ją w pełni kontrolować i nienawidzić jej wyznawców. Nowa religia była skierowana do ubogich, których Żydzi również chcieli sobie podporządkować. I niby stąd konflikt, jak również z powodu różnic „ideologicznych”. Według tej religii Bóg objawia się w trzech postaciach: Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego. Człowiek posiada duszę, która jest nieśmiertelna. To tylko niektóre z dogmatów tej nowej religii. Wraz z nią pojawiły się sekty, które je podważały. Najważniejszą z nich w tym początkowym okresie był arianizm. Henryk Rolicki tak o niej pisze:

»Teza ariańska była przekreśleniem pojęcia Trójcy i zwrotem w kierunku judaistycznie pojętego monoteizmu, który wzdragał się przed przyznaniem Chrystusowi Boskości, a godził się co najwyżej na przyznanie mu roli proroka lub Mesjasza, to jest człowieka, objawiającego wolę Boga. Te próby pogodzenia chrześcijaństwa z odmówieniem Chrystusowi Boskości miały miejsce przed powstaniem arianizmu.

Sam Ariusz, kapłan z Aleksandrii, sprawca rozłamu w Kościele, pochodził z Cyrenajki (dzisiejszy Trypolis), a więc z kraju, w którym ludność żydowska stanowiła przeważającą większość. Epifaniusz, pisarz prawosławny XVII w. tak opisywał Ariusza: „Ariusz miał wszystkie przymioty węża niebezpiecznego, a powierzchowność tak układną, że dzięki niej snadnie uwodził ludzi prostodusznych i łatwowiernych”.

Rozłam w Kościele, wywołany przez arianizm, wstrząsnął Kościołem głęboko, nie mniej niż reformacja w tysiąc lat później. Całe stulecia wypełniły walki zbrojne o religię, podczas których arianie zdobywali kościoły i zdzierali wizerunki i obrazy. W tym obrazoburstwie przejawił się znowu widoczny wpływ judaizmu, zakazującego – jak wiadomo – plastycznego przedstawiania Jehowy i ludzi. Dlatego przecież sztandary z wizerunkiem cesarzy rzymskich były obrazą wierzeń żydowskich i grzeczne hufce rzymskie omijały na ogół Judeę, aby wizerunkami nie drażnić ludności.

Arianizmowi przypadła smutna rola polityczna w upadku cesarstwa rzymskiego. Wszak Rzym za Konstantyna, poszukując za wszelką cenę ostoi w jedności religijnej, zdecydował oprzeć się na chrześcijaństwie. Chrześcijaństwo miało państwu dodać sił w rozpaczliwej walce z najazdami barbarzyńców, z tzw. wędrówką ludów. I wtedy właśnie jakieś ciemne siły rozdzierają jedność chrześcijaństwa.

Zdawał sobie sprawę z doniosłości tej groźby cesarz Konstantyn, gdy osobiście brał udział w soborze nicejskim, mającym rozstrzygnąć spór (325 r. po Chr.). Wystosował nawet list do obu stron, w którym pisał: „Powróćcie mi dnie spokojne i noce od trosk wolne… Jak długo bowiem naród Boży pozostanie rozdzielony walką zbyteczną, a zgubną, ja nie będę mógł się uspokoić”.

Sobór potępił doktrynę Ariusza, lecz ten nie ugiął się i zorganizował potężne odszczepieństwo. Sam Konstantyn chwiał się na obie strony i raz popierał prawowiernych chrześcijan, to znowu pod koniec życia wziął stronę arian. Po nim cesarze jedni stali przy Kościele, to znów inni byli arianami. Zwłaszcza ludy barbarzyńskie, które osiedlały się na terytoriach cesarstwa, jak Gotowie, Wandale przyjmowały arianizm.

Cesarz Teodozjusz Wielki stanął po stronie Kościoła, lecz nie zdołał stłumić arianizmu. „Można było mieć nadzieję, że triumf chrześcijaństwa da w wyniku ustalenie jedności moralnej i religijnej cesarstwa. Powstanie i wspaniałe powodzenie, jakie miała herezja ariańska, zniszczyły tę nadzieję”. – Leon Homo, L’empire romain.

Chrześcijaństwo i cesarstwo rzymskie, oba znienawidzone przez żydów, za jednym zamachem otrzymały cios potężny. I gdziekolwiek odtąd przyjrzymy się panowaniu arian, są oni zdecydowanie przyjaciółmi żydów. Arianizm przetrwał aż do VI w. po Chrystusie.«

A więc mamy konflikt: czy można przedstawiać Boga na obrazach, czy – nie. Można by zapytać: a co w tym jest złego? Może więc wypada pójść o krok dalej. Wypada i wypada zacytować fragment z monumentalnego dzieła E.H. Gombricha O sztuce:

»O wiele trudniejsza i bardziej złożona okazała się dekoracja bazylik, gdyż pojawił się tu problem rzeźby lub obrazu i jego funkcji w kulcie religijnym. Sprawa ta wywołała bardzo gwałtowne spory. Wszyscy niemal chrześcijanie byli zgodni co do jednego: zakazu ustawiania posągów w domu Bożym. Rzeźby zbyt przypominały bożki i pogańskie idole potępione w Biblii. Umieszczenie na ołtarzu posągu Boga lub jednego ze świętych wydawało się niedopuszczalne. W jaki sposób mieliby nieszczęśni poganie, których dopiero co nawrócono na nową wiarę, pojąć różnicę między starymi wierzeniami a religią chrześcijańską, gdyby tego rodzaju wizerunki oglądali w kościołach? Mogliby uznać, iż taka statua rzeczywiście „przedstawia” Boga, tak jak rzeźba Fidiasza w powszechnym mniemaniu wyobrażała Zeusa. Wówczas zrozumienie idei jedynego, wszechmogącego i niewidzialnego Boga, na którego podobieństwo zostaliśmy stworzeni, byłoby dla nich jeszcze trudniejsze. Chociażby wszyscy gorliwi chrześcijanie wyrazili sprzeciw wobec monumentalnych posągów o wyglądzie człowieka, ich koncepcje na temat malarstwa religijnego różniły się zdecydowanie. Niektórzy uznali obrazy za użyteczne, gdyż przywoływały w pamięci wiernych nauki, jakie otrzymali, i ożywiały w wyobraźni epizody z życia świętych. Taka opinia panowała przede wszystkim w łacińskiej, zachodniej części rzymskiego imperium. Postawę tę reprezentował też żyjący pod koniec VI w. n.e. papież Grzegorz Wielki. Przeciwnikom malarstwa przypominał, że wielu członków Kościoła nie potrafi czytać, ani pisać i że do celów edukacyjnych wyobrażenia plastyczne są bardzo użyteczne. „Obraz jest bowiem tym dla ludzi prostych, czym pismo dla ludzi umiejących czytać”, podkreślał.«

Tak więc można, według chrześcijan, przedstawiać Boga na obrazach, ale rzeźbić nie można. Kościoły wschodnie idą o krok dalej, bo według nich można malować Boga, ale tylko w określony sposób. Jedni twierdzą, że nie wolno w żaden sposób przedstawiać wizerunku Boga, inni – że można na obrazach, jeszcze inni, że można, ale tylko w określony sposób. I jest to przedmiotem sporów, wrogości i agresji. Czy to już dom wariatów? Jakoś trzeba było podzielić tych ludzi, by skakali sobie do oczu i spierali się o sprawy zupełnie bez znaczenia. Różnice religijne i wyznaniowe dzielą ludzi jeszcze bardziej niż polityka.

Źródło grafiki: Wikipedia.

W 476 roku n.e. upada cesarstwo zachodniorzymskie. W latach 481-814 rozwija się Imperium Franków. Ten okres, od V do IX wieku, to tzw. wieki ciemne. Tak go nazwano ze względu na niewielką ilość zachowanych informacji. Jakoś tak dziwnie się stało, że zniknęli arianie. Według Rolickiego w VI wieku. Zajmowali taki wielki obszar i rozpłynęli się. A może musieli zniknąć na pewien czas. W 732 roku Karol Młot w bitwie pod Poitiers pokonuje Arabów nasłanych przez Żydów. Chyba ci ostatni nie wysyłaliby Arabów na arian, tak im przecież bliskich ideowo. W 800 roku Karol Wielki otrzymuje z rąk papieża Leona III tytuł cesarza rzymskiego. Po jego śmierci w 814 roku jego imperium rozpada się. Następuje okres rozwoju Kościoła katolickiego. Świadczą o tym imponujące katedry średniowieczne. Najwyraźniej Żydzi pozwolili, by „przeciwnik” nabrał siły do dalszej walki.

Ruch rewolucyjno-religijny wybucha na wielką skalę pod koniec XII wieku w południowej Francji. Pojawia się tam sekta waldensów, czyli albigensów. Południowa Francja nie była jeszcze wtedy częścią królestwa francuskiego, lecz stanowiła dzierżawy kilku drobnych władców, wśród których wyróżniali się hrabiowie Tuluzy. Żydzi w południowej Francji mieli duży wpływ na ludność i byli dopuszczani do urzędów, podobnie jak w sąsiedniej Hiszpanii. Mieli tam też swoje uczelnie talmudyczne.

Nauka albigensów dotarła ze wschodu, jako sekta manichejczyków, pochodzących z pierwszych wieków chrześcijaństwa i wywodzących się od Manesa z Aleksandrii, który prawdopodobnie był Żydem. Posiadali oni dwa biskupstwa w Tuluzie i w Albi. I stąd ich nazwa. Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych tak opisuje tę sektę:

»W III wieku powstał manicheizm. Twórcą nauki tej był Manes lub Manicheusz pochodzący z Persji, a według Efraima, z Chaldei. Dzieckiem będąc, kupiony został jako niewolnik przez bogatą wdowę z Ktezifonu w Babilonie. Wdowa upodobała sobie chłopczynę, wychowała go jakby własnego syna, obdarzyła wolnością i pozostawiła mu cały swój majątek. Wraz z innymi odziedziczonymi przedmiotami dostała mu się księga, którą przeczytał, przetłumaczył i poczyniwszy w niej pewne zmiany podał za swoją. Odtąd zaczął wykładać przyswojone teorie, a zmieniwszy imię Kurbikusa na Manesa, ogłosił się Parakletem (Duchem św.), przyobiecanym przez Jezusa Chrystusa. W swoim systemie religijnym Manes wyłożył jaśniej naukę o dwóch początkach: światłości i ciemności, będącej podstawą gnostycyzmu, z którym zapoznali go magowie Persji. Manichejczycy czcili gwiazdy i słońce, nie tylko jako symbol światłości wiecznej, ale jako materię Boga samego. Potępiali wszelkie prawo, wszelką władzę, jako dzieło złego początku… Napadali stanowczo na prawo własności i nauczali według świadectwa św. Epifaniusza i św. Augustyna, że nie można mieć żadnej własności, ani domu, ani pola, ani czegokolwiek innego… Mosheim, pisarz protestancki, twierdzi, że i magia wchodziła w zakres manicheizmu, jako konieczny wynik wiary w dwojaki początek.

Manichejczycy dzielili się na trzy kategorie: słuchaczy, czyli wierzących, wybranych i doskonałych. Do jakiejkolwiek należał kto kategorii, zobowiązywał się zachować sekret przysięgą, której złamać pod żadnym pozorem nie było wolno. Prawo pozwalało nawet krzywoprzysięstwem wyłamać się od zdradzenia tajemnicy. Poznawali się manichejczycy między sobą jako dzieci światłości po pewnych znakach, wyrazach, hasłach, dotknięciu rąk lub łona… S. Leon tak się o nich wyraża: Prawem ich – łakomstwo, religią – szatan, ofiarą – czyny bezecne. „Uczniowie Manesa, pisze B. Redares, rozszerzyli naukę swą na całym Wschodzie; gnostycy, kopci i inne sekty Egiptu i Asyrii złączyły się z nimi i utworzyły jedno stowarzyszenie religijne”.«

Albigensi rozwydrzyli się do tego stopnia i stali się tak groźni dla porządku społecznego, że papież Innocenty III ogłosił przeciw nim krucjatę w 1208 roku. Walka z nimi, pod wodzą Szymona de Montfort, toczyła się przez kilkanaście lat. Sobór w Tuluzie w roku 1229 ustanowił sądy inkwizycyjne przeciw członkom tego tajnego związku. Główną rolę w tych sądach odegrał zakon dominikanów. Inkwizycja zwróciła się też przeciw Żydom, którzy byli inspiratorami i organizatorami kacerstwa, czyli odstępstwa od kościoła rzymskokatolickiego.

Po wypędzeniu z południowej Francji sekta ta przeniosła się do Niderlandów jako sekta beghardów. Pojawiła się też ona we Francji, Niemczech i Anglii. We Flandrii, jako beghardzi, wywołali zbrojne powstanie w 1358 roku. We Francji działali jako „bracia i siostry wolnego ducha”, w Anglii jako lollhardzi, we Włoszech jako „bracia apostolscy”, w Czechach jako husyci. W Anglii w 1381 roku lollhardzi wywołali krwawy bunt chłopski. Powstańcy zdobyli nawet Londyn i zamordowali arcybiskupa.

Jednak najgroźniejszy dla Kościoła i porządku społecznego wybuch miał miejsce w Czechach. Henryk Rolicki tak to opisuje:

»Po spaleniu Husa na stosie organizacje beghardów w Czechach, odtąd zwane husyckimi, rozpadły się na kilka ugrupowań, z których najskrajniejszym byli taboryci, sekta jawnie komunistyczna. Założyła ona miasto na pagórku na rzeką Łuźnicą i w języku Starego Testamentu nazwała je Tabor. Mieszkańcy Taboru byli znowu przeważnie tkaczami. Taboryci głosili, że sam Bóg (Jehowa Starego Testamentu) ma królować nad ludźmi, zaś ludowi (Izraelowi Starego Testamentu) należy oddać władzę na ziemi. Domagali się zburzenia kościołów i zniesienia władzy monarchicznej, ceł i podatków i na cztery niemal wieki przed rewolucją francuską szermowali hasłem równości. Znieśli również u siebie własność prywatną i wprowadzili wspólność kobiet, proklamując zniesienie rodziny.«

To wszystko działo się w czasie gdy Kościół katolicki był najsłabszy. Był to więc moment, w którym można było go całkowicie zniszczyć, gdyby Żydom faktycznie o to chodziło, ale chyba nie chodziło. Zupełnie jak po upadku Rzymu, gdy arianie opanowali całą jego zachodnią cześć. Zostali jednak usunięci. Henryk Rolicki tak to opisuje:

»Jest rzeczą godną uwagi, że wybuch ruchów reformatorskich ma miejsce wówczas, gdy stan rozprzężenia w Kościele katolickim ma się już ku końcowi. Ruch Wycleffa i husytyzm, który wystąpił w czasie najdalej posuniętego rozkładu w Kościele, znajdującego wyraz w tzw. schizmie zachodniej i w równoczesnym panowaniu dwóch lub trzech papieży, nie wstrząsnął podwalinami organizacji kościelnej, podczas gdy wystąpienia Lutra i Zwingliego, przypadające na okres, w którym Kościół odzyskiwał już swą wartość moralną i organizacyjną, doprowadziły do zupełnego rozłamu w świecie chrześcijańskim.

„Gdyby ruch reformacyjny był rzeczywiście skutkiem oburzenia moralnego na zgniliznę papiestwa, jak w nas wmawiają ideologiczni dziejopisarze protestantyzmu, to ruch Wycleffa właśnie w czasie schizmy powinien był rozwinąć się najszerzej, gdyż wtedy papiestwo upadło najniżej pod względem moralnym”. – Karol Kautsky, Historia komunizmu.

A tymczasem generalny atak na Rzym i jego powagę moralną został wykonany i przeprowadzony skutecznie z górą w sto lat później, gdy tymczasem na terenie Hiszpanii zaszły wypadki, stawiające żydostwo w położeniu tragicznym. Rozwijający się ruch reformacyjny obniżał powagę katolicyzmu i chrześcijaństwa w ogóle, a tym samym dyskredytował moralnie inkwizycję, był więc żydom niezmiernie na rękę. Czy trudno przypuścić, że maczali w tym palce?«

Reformację poprzedza ruch humanistyczny, który stanowi swego rodzaju przygotowanie ideologiczne. Rolicki tak o nim pisze:

»Już od XIII wieku rozwija się we Włoszech prąd humanizmu, nawiązujący ideologicznie do spuścizny świata starożytnego. Upadek Konstantynopola w r. 1453 i ucieczka uczonych bizantyńskich do Włoch, podsyca ten prąd, dzięki odkryciu rękopisów starożytnych. Humanizm staje się ruchem propagującym indywidualizm, a więc usposabiającym jednostkę niechętnie w stosunku do jakichkolwiek więzów karności społecznej czy religijnej.

Liczni marrani, uciekający z Hiszpanii przed inkwizycją, znajdowali dostęp do życia umysłowego we Włoszech, a od wypędzenia z Hiszpanii także żydzi. Występują oni pod imionami i nazwiskami włoskimi, przeinaczonymi z hebrajskiego tak dalece, że trzeba głębokich studiów, by odnaleźć w danym imieniu włoskim dawne hebrajskie brzmienie.

Ruch humanistyczny do ostrości doprowadził konflikt pomiędzy wiedzą i wiarą. Wykazując, że postępy wiedzy godzą w dogmatykę katolicką, osłabił autorytet Kościoła i starał się religię zepchnąć na teren pozarozumowy, a więc pozbawić podpory, jaką jej dawała średniowieczna filozofia scholastyczna. Powoli stawał na gruncie wolności myślenia w zakresie religijnym, dając podstawy umysłowe reformacji, a później w XVII i XVIII wieku racjonalizmowi i tzw. religii naturalnej lóż wolnomularskich.

Ciekawe, że te ogniska uczonych, indywidualistów i intelektualistów, były również kołami, w których zajmowano się astrologią, a nawet magią. Astrologami byli w przeważającej większości żydzi, którzy tę wiedzę tajemną przynieśli z Azji. Na dworach panujących i magnatów, w kołach uczonych astrologowie odgrywają rolę doniosłą i od ich horoskopów zależały często decyzje pierwszorzędnej wagi.

I tak, jak później w lożach wolnomularskich XVIII w., tak i teraz kult rozumu i wiedzy idzie ramię w ramię z wiarą w zabobony, gusła i obrzędy magiczne.«

Po co to wszystko? Czy rzeczywiście spory o wizerunek Boga, czy jego brak, są tak ważne dla przeciętnego człowieka? Czy to, że Bóg występuje pod jedną postacią, czy – w trzech, jest powodem do sporów i kłótni? Czy to, że ktoś zadowala się dogmatami, a inny sam chce czytać i interpretować Biblię, ma jakieś znaczenie? Przecież większość z tych, którzy czytają Biblię i tak nic z tego nie rozumie. Co to ma za znaczenie dla zwykłego człowieka? Jego celem na tym świecie jest spłodzenie potomstwa, jego wychowanie, bycie użytecznym, poprzez swoją pracę, dla innych i to wszystko. Po co skakać sobie do oczu i nienawidzić innych tylko dlatego, że ktoś inny ma inny system wartości, czy jest innego wyznania czy religii. Dlaczego ktoś, kto uważa się za racjonalistę, uważa wierzących za zacofanych, a sam jednocześnie wierzy w gusła, magię, astrologię? Dom wariatów? Wariaci są na wolności, a normalni w szpitalach psychiatrycznych. Chyba nie ma w tym wielkiej przesady? Może trochę, ale chyba nie za dużo.

Hiperinflacja c.d.

Kiedy pisze się o hiperinflacji, to z reguły przychodzi na myśl ta najbardziej znana, ta z 1923 roku z Republiki Weimarskiej. O niej pisałem w bogu „Hiperinflacja”. W tym miejscu chciałbym się zająć tą największą w historii świata. Nic o niej nie wiemy, a miała miejsce tak blisko nas, prawie za miedzą, bo na Węgrzech. Jej skala była niewyobrażalna, więc wyręczę się Wikipedią, bo tyle tam zer, że nie sposób je zliczyć, a co dopiero nazwać te liczby:

»Największą hiperinflacją w historii była hiperinflacja na Węgrzech po zakończeniu II wojny światowej, gdzie w 1946 roku największym nominałem był banknot 100 000 000 000 000 000 000 (100 trylionów, gdzie trylion to jedynka z 18 zerami) pengő (przygotowano już do wprowadzenia banknot o nominale miliard bilionów (tryliarda) pengő , tj. jedynki z 21 zerami; zamiast opisu cyfrowego na banknocie znajdowało się oznaczenie „Egymilliárd B.-pengő”), a inflacja wyniosła 41 900 000 000 000 000 (41,9 biliarda) % w skali miesiąca, co oznaczało podwajanie się cen przeciętnie w ciągu każdych 15 godzin. Gdy w sierpniu 1946 roku wprowadzono tam forinta, przyjęto przelicznik 1:400 000 000 000 000 000 000 000 000 000, co oznacza, iż jeden forint otrzymał wartość czterystu tysięcy kwadrylionów (gdzie kwadrylion to jedynka z 24 zerami) pengő.«

Głowa może rozboleć od samego czytania powyższego cytatu, nie mówiąc już o tym, żeby to jakoś ogarnąć czy zrozumieć. W tym szaleństwie była metoda, ale o tym na końcu. Wypada jednak chyba zacząć od historii i polityki. Bez tego sam opis zjawiska niewiele, a właściwie nic nie wyjaśni? Podstawowe pytanie brzmi – skąd wzięła się taka hiperinflacja? Dlaczego niektóre państwa i ich waluty jej doświadczają? Dlaczego nie ima się ona amerykańskiego dolara? Drukowany już w niewyobrażalnych ilościach, a hiperinflacji, jak nie było, tak nie ma. Czy to możliwe, by taka monstrualna hiperinflacja, bo to już nie była zwykła hiperinflacja, była dziełem przypadku? W świecie finansów nie ma miejsca na spontaniczność. Jeśli wywołano taką hiperinflację, to w jakimś celu. Zapewne ktoś miał zyskać, a ktoś stracić. W przypadku Węgier trudno będzie dociec, komu to służyło i kto za tym stał. Ale warto spróbować, choć wiem, że będę odbijał się od ściany.

Tak jak napisałem wyżej, wypada zacząć od historii i polityki. Wikipedia pisze:

„W okresie od października 1944 do początku kwietnia 1945 roku terytorium Węgier było sukcesywnie opanowywane przez Armię Czerwoną. Po zakończeniu II wojny światowej Węgry należały do tzw. bloku wschodniego, będącego pod kontrolą ZSRR.

W pierwszych powojennych wyborach parlamentarnych w listopadzie 1945 zwyciężyła Niezależna Partia Drobnych Rolników. Uzyskała ponad 57% głosów. Lewicowe Węgierska Partia Komunistyczna i Węgierska Partia Socjaldemokratyczna uzyskały w sumie 34% głosów. 15 listopada 1945 powstał rząd Zoltana Tyldiego, z Niezależnej Partii Drobnych Rolników. 1 lutego premierem Węgier został Matyas Rakosi trzy dni później zastąpił go wicepremier Ferenc Nagy. 1 lutego 1946 powstała Republika Węgierska. Po wyborach Partia Komunistyczna przystąpiła do osłabienia pozycji Partii Ludowej i Partii Niepodległości. Partia Komunistyczna powołała blok lewicowy.

10 lutego 1947 został podpisany traktat pokojowy z aliantami, na mocy którego Węgry powróciły do granic określonym traktatem w Trianon.

W sierpniu 1947 odbyły się wybory parlamentarne w których 61% głosów uzyskał Blok Lewicowy.”

Hiperinflacja trwała niewiele ponad rok. Zaczęła się na wiosnę 1945 roku, a skończyła się w sierpniu 1946 roku wprowadzeniem nowej waluty – forinta. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, uleciała ona gdzieś daleko w przestworza. Forint był bardzo stabilny. Zupełnie tak samo jak w republice Weimarskiej. Cały ten cyrk na Węgrzech trwał w okresie, gdy komuniści nie byli jeszcze u władzy.

Przeglądając internet niewiele można znaleźć na temat tej węgierskiej hiperinflacji, ale czasem można trafić na wyjątkowe głupoty i to pisane przez kogo?! Na stronie NBP na Portalu Edukacji Ekonomicznej można m.in. przeczytać (wytłuszczenia moje):

»Do wiosny 1945 roku produkcja kluczowych surowców spadła dramatycznie, wydobycie węgla osiągało 40 procent produkcji międzywojennej, a produkcja boksytu spadła do 1 procenta produkcji sprzed wojny. Transportu kolejowego albo samochodowego w ogóle nie było. Kolej została zniszczona w czasie bombardowań, a jeśli pozostały jakieś lokomotywy, zabrali je Rosjanie bądź uciekający Niemcy. Wszystkie budapesztańskie mosty na Dunaju zostały zniszczone, kraj był w ruinie, a przedsiębiorcy nie mieli na czym stawiać fundamentów pod produkcję.

W takich warunkach Węgry zostały zmuszone do podpisania traktatu pokojowego, który przewidywał, że rząd węgierski wypłaci sowietom potężne odszkodowania wojenne, przekraczające połowę rocznego PKB, czyli 300 milionów dolarów. Pieniądze były też potrzebne rządowi do zaspokojenia podstawowych potrzeb kraju. Należało zatem jak najszybciej „zdobyć” pieniądze, a tymczasem uciekający przed sowietami węgierscy faszyści zabrali ze sobą do Niemiec matryce do ich drukowania.

Rosjanie, którzy ustalali wówczas politykę monetarną „wyzwolonych” państw Europy Wschodniej zareagowali na zwiększone potrzeby kapitałowe Węgier w najgorszy sposób – zaczęli drukować olbrzymie ilości pieniędzy (pengő), co spowodowało, że inflacja, która zaczęła się już w kwietniu 1945 roku, stała się hiperinflacją. Ceny na rynku wzrosły nawet czternastokrotnie i wciąż niepowstrzymanie rosły.«

Na Węgrzech, chyba od 1927 roku walutą było właśnie to pengő. Skoro więc węgierscy faszyści zabrali matryce do jego drukowania, to jak Rosjanie mogli je nadal drukować? I kto miał je drukować? Armia Radziecka? Przecież drukowaniem pieniędzy zawsze zajmują się ci sami, ci którzy są również właścicielami NBP. Dalej można jeszcze przeczytać:

„W połowie 1946 roku Węgry doświadczyły największej inflacji we współczesnej historii. W szczytowym momencie, ceny dóbr rosły średnio co 15 godzin. Dzienna stopa inflacji przewyższała 200 procent. Jeszcze w 1944 roku najwyższym znajdującym się w obiegu nominałem było 1000 pengő. Pod koniec 1945 roku było to już 10 mln pengő, a w połowie 1946 – 100 trylionów pengő. Do płatności podatkowych i pocztowych stworzono wówczas specjalną walutę – adópengő, czyli pengő podatkowy. Jej aktualną wartość podawano codziennie w komunikacie radiowym.

W sierpniu 1946 roku wprowadzono forinta, nową walutę, forinta, która zastąpiła pengő. Astronomiczne ceny przestały rosnąć i, ku zdziwieniu wszystkich, nastała trwała stabilność cen. Ta nagła zmiana była tak niesłychana, że do dziś wielu ekonomistów postrzega ją jako cud finansowy i gospodarczy. Jak mogło dojść do tak fantastycznego spadku inflacji? Według większości historyków, spadek inflacji był możliwy, bo w 1946 węgierski rząd po prostu utracił kontrolę nad gospodarką.”

Jak to wszystko zostało prosto wyjaśnione! Cud, cud finansowy! A śmieją się z katolików, że wierzą w cuda boskie. No to jak? W ekonomii cuda mogą się zdarzać? I jeszcze to, że węgierski rząd utracił kontrolę nad gospodarką. Czyli że to Rosjanie stracili kontrolę nad gospodarką, bo to przecież oni drukowali te pieniądze?

Nie wszystko, co tam napisano nie trzyma się kupy. Opis trudnej powojennej sytuacji gospodarczej pokrywa się z opisami z innych źródeł, jak również opis rozwoju hiperinflacji. Ale i on jest daleki od prawdy. Zniszczenia nie były aż tak wielkie. Całość, jak ktoś ma ochotę, tu: https://www.nbportal.pl/wiedza/artykuly/pieniadz/historia-hiperinflacji-na-wegrzech.

Wiemy więc, że sierpniu 1947 roku, w wyniku wyborów parlamentarnych, lewica zdobyła 61% głosów. To jeszcze nie była pełnia władzy komunistów. Rok wcześniej w sierpniu 1946 roku wprowadzono forinta i skończyła się hiperinflacja. Nie była więc ona dziełem lewicy. Zresztą wszędzie na świecie, bez względu na ustrój, bankami i pieniądzem rządzi naród „wybrany” lub ludzie od niego zależni. O tym nie można zapominać, jeśli chce się w sposób rzetelny opisywać rzeczywistość.

Niestety niewiele można się dowiedzieć z polskiego internetu. Znacznie lepiej wygląda to w angielskim. Vinitha Kumar w pracy The Hungarian Hyperinflation – A look into the production side z września 2015 roku pisze m.in.:

„Na Węgrzech po drugiej wojnie światowej decydenci mieli do rozwiązania dwa problemy: hiperinflację i niedobory towarów. Grossman i Horváth (2000) badają decyzje, które musieli oni podjąć: albo stymulować hiperinflację, albo próbować ją zwalczać, zwiększając dochody i ograniczając obieg banknotów. Zdecydowano się na hiperinflację jako sposób na ożywienie gospodarki i pobudzenie produkcji przed wprowadzeniem nowej waluty.”

Ostatnie zdanie daje do myślenia. Autorka nie rozwija tego wątku, ale dobra i psu mucha. A więc wiedziano, że będzie wymiana pieniędzy. Kto wiedział? Na pewno nie przeciętny Kovács (Kowal, Kowalski). Ale też ten, kto wiedział, wiedział kiedy ona nastąpi. Dalej pisze ona:

„Należy zauważyć, że nawet jeśli decydenci zdecydowaliby się zwalczyć hiperinflację, mogłoby to nie udać się ze względu na ilość pieniędzy w obiegu i poważny szok podażowy. Jak wyjaśniają Grossman i Horváth (2000), zwiększenie podaży pieniądza samo w sobie jest szokiem popytowym i można je traktować jako sposób na stymulowanie konsumpcji. Kiedy występuje wysoka inflacja, pieniądze tracą na wartości, przez co ludzie są bardziej skłonni do kupowania towarów. Jednak wzrost podaży pieniądza nie jest korzystny, jeśli nie ma towarów do kupienia. Dlatego rząd potrzebował także sposobu na stymulowanie produkcji. Musimy teraz zbadać skutki hiperinflacji i wpływ polityki rządu na różne obszary produkcji. Przypomnijmy sobie, że produkcja węgla, górnictwa i rolnictwa, z kilkoma wyjątkami, rosła po 1945 roku.

Z powodów ekonomicznych lub politycznych większość gałęzi przemysłu na Węgrzech po drugiej wojnie światowej została znacjonalizowana i stała się przedsiębiorstwami państwowymi. Jednak tylko górnictwo i nieliczne elektrownie zostały upaństwowione przed stabilizacją, czyli przed zakończeniem hiperinflacji. Dlatego podczas hiperinflacji rząd podjął działania w sektorze publicznym, jak i prywatnym, aby zachęcić przedsiębiorców do zwiększenia inwestycji i produkcji. Aby stawić czoła problemom rolnictwa, przeprowadzono poważną reformę rolną. W jej wyniku wielkie posiadłości zostały podzielone i ziemia trafiła do mniej zasobnych rolników. Rząd udzielał również pożyczek na prywatnych rynkach kredytowych według stóp procentowych, które nie były indeksowane proporcjonalnie do wzrostu kosztów utrzymania, wiedząc, że płatności staną się bezwartościowe z powodu inflacji lub, być może, nawet nie oczekując, że ​​zostaną spłacone. Przedsiębiorstwa państwowe również otrzymały dotacje. Nowo utworzone Ministerstwo Odbudowy wykorzystywało rynek pracy do odbudowy państwa i rolnictwa. Ponadto rząd węgierski zaangażował banki do zapewniania funduszy przedsiębiorcom. Dokonano tego, płacąc bankom za przekazywanie pieniędzy producentom. Stopa dyskontowa banku centralnego wynosiła 3 procent, a biorąc pod uwagę inflację, która osiągnęła ponad 10 000 procent, realne stopy procentowe były ujemne. Wszystkie działania były postrzegane jako sposób na ożywienie produkcji.”

Mamy tu do czynienia z bardzo dziwnym zjawiskiem. Rząd, czy może raczej jego bank centralny, wtłacza pieniądze do państwowych i prywatnych przedsiębiorstw, nie przejmując się tym, że pieniądze te nie wrócą w postaci spłat rat kredytu i odsetek. A wie, że i tak nastąpi wymiana pieniędzy. Czyli musi być jakiś inny cel.

„W latach 1938-1948 roczny przyrost PKB na mieszkańca był na Węgrzech większy niż w Niemczech, Grecji czy Rumunii. Jako punkt końcowy wybrałam rok 1948, ponieważ było to kilka lat po drugiej wojnie światowej, co dało krajom nią dotkniętym czas na odbudowę. Jednak zarówno Jugosławia jak i Włochy radziły sobie w tym okresie lepiej niż Węgry. Inne dane dostępne dla Węgier pozwoliły na porównanie pomiędzy 1938 a 1946 rokiem. Roczny przyrost PKB na mieszkańca Węgier w latach 1938–1946 był ponownie wyższy niż w Niemczech i Grecji, ale niższy niż we Włoszech.

W miarę stabilizowania się waluty rosło zaangażowanie obcych mocarstw. Związek Radziecki pomógł poprzez dostosowanie harmonogramu spłaty reparacji wojennych od Węgier, a Stany Zjednoczone udzieliły im linii kredytowej o wartości 15 milionów dolarów, a także wsparły je w programie Agencji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy i Odbudowy (UNRRA). Związek Radziecki wydłużył termin spłaty reparacji z sześciu do ośmiu lat, obniżył kary za opóźnienia i zmniejszył ilość dostaw należnych w 1946 i 1947 roku. Dzięki dodatkowej pomocy Węgry mogły skupić się na działaniach stabilizacyjnych. Aby przygotować się do stabilizacji, Węgry zaczęły gromadzić towary i gotowe produkty, tak aby po wprowadzeniu forinta były one gotowe do kupienia.”

Co wiemy po przeczytaniu tego cytatu? Wiemy, że na długo przed wybuchem hiperinflacji planowano wymianę pieniędzy. Wiemy też, że gospodarka węgierska była wtedy w zdecydowanej większości w prywatnych rękach. Rząd szastał pieniędzmi na lewo i na prawo. Wiemy też, że ta hiperinflacja nie odbiła się negatywnie na gospodarce. Wiemy również, że na terenie Węgier współpraca Związku Radzieckiego i USA trwała w najlepsze. Być może był to jeszcze ten moment, gdy losy Węgier nie były ostatecznie przesądzone. Przemówienie Churchilla w Fulton miało miejsce 5 marca 1946 roku. I jeszcze to gromadzenie towarów i gotowych produktów przed wprowadzeniem do obiegu forinta. Skąd rząd miał te towary i produkty? Czy była to pomoc zagraniczna, czy rząd celowo nie wprowadzał własnych, jeśli takie miał? Takie napomykanie o kluczowych decyzjach, bez próby ich wyjaśnienia dowodzi, że autorka słabo zgłębiła zagadnienie lub nie mogła o nich napisać. Bo skoro o nich wspomniała, to gdzieś o tym musiała przeczytać. Dlaczego więc pominęła to? Czyżby komuś nadal zależało na tym, by prawda nie wyszła na światło dzienne?

Vinitha Kumar w swojej pracy cytuje opracowanie The Dynamics of the Hungarian Hyperinflation, 1945-6: A New Perspective Peter Z. Grossman, János Horváth z roku 2000. Niestety nie można się z niego dowiedzieć czegoś, co ułatwiałoby zrozumienie tej hiperinflacji i jej przyczyn.

Celem rządu węgierskiego było ożywienie gospodarki i wzrost produkcji. Chodziło o szybką odbudowę kraju ze zniszczeń. To chciano osiągnąć za pomocą dodruku pieniądza. Tak to tłumaczą autorzy obu opracowań. Czy rzeczywiście można to było osiągnąć tylko w ten sposób? Jeśli przyrost PKB w latach 1938-1948 był na Węgrzech wyższy niż w Niemczech czy Grecji, ale niższy niż we Włoszech i Jugosławii, a były to niewielkie różnice w przedziale paru procent, to oznacza, że ta hiperinflacja nie miała wielkiego wpływu na gospodarkę, bo w porównywanych krajach przyrost PKB był podobny i osiągnięto to bez tak drastycznych środków.

Piszą oni też, że był to jedyny sposób na odbudowę zniszczonego kraju. Ale przecież wiele krajów było zniszczonych przez wojnę. Że Budapeszt ucierpiał i wszystkie mosty zburzone? Warszawa została zrównana z ziemią i mosty też zniszczone, a cała Polska jeszcze bardziej niż Węgry. To jednak nie przeszkodziło gospodarce polskiej, od razu po wojnie, stanąć na nogi. Towarów nie brakowało i nie było potrzeba do tego hiperinflacji. Problemy zaczęły się po 1948 roku, po zjednoczeniu PPS i PPR i powstaniu PZPR. Komuniści przejęli pełnię władzy i zaczęła się bieda.

Grossmann i Horváth piszą, że hiperinflacja była korzystna dla przedsiębiorców, bo przy symbolicznym oprocentowaniu kredytów, których nie rewaloryzowano, spłacanie ich nie było problemem, pomijając już fakt, że nawet nie liczono na ich spłatę. Inaczej było w przypadku robotników, których płace traciły na wartości w zastraszającym tempie. Wskazują oni na zdyscyplinowanie narodu węgierskiego i jego poświęcenie dla dobra kraju. Cóż, dziwne argumenty. Cała ta hiperinflacja trwała niewiele ponad rok, a ten najgorszy etap – parę miesięcy. Można wytrzymać. Najwyraźniej jednak autorzy nie chcą zauważyć, bo nie wierzę, że nie wiedzą, że na Węgrzech było coś takiego jak rok 1956. Jak fakty nie pasują do teorii, tym gorzej dla faktów.

„Jeszcze w 1944 roku najwyższym znajdującym się w obiegu nominałem było 1000 pengő. Pod koniec 1945 roku było to już 10 mln pengő, a w połowie 1946 – 100 trylionów pengő. Do płatności podatkowych i pocztowych stworzono wówczas specjalną walutę – adópengő, czyli pengő podatkowy.”

Czyli do końca 1945 roku nie było jeszcze źle. Nawet później nie było tak źle. Vinitha Kumar zamieszcza w swoim opracowaniu wykres wzrostu cen w sektorze przemysłowym i rolnym od grudnia 1945 roku do końca lipca 1946 roku. Opierała się na danych węgierskiego banku (Hungarian Central Creditbank) z sierpnia 1946 roku. Z niego wynika, że ta krzywa wzrostu wznosiła się dosyć łagodnie. Dopiero pod sam koniec czerwca 1946 roku wystrzeliła ostro do góry. Od tego momentu przyrost następował w postępie geometrycznym. Dokładnie tak samo wyglądał ten wykres w przypadku niemieckiej hiperinflacji z 1923 roku. Historia lubi się powtarzać, choć, jak mówią niektórzy, nie zawsze tak samo. Istotnie! Jest pewna różnica. W niemieckim przypadku krzywa wzrostu cen zmieniła się w krzywą wzrostu w postępie geometrycznym na trzy miesiące przed wymianą waluty. Na Węgrzech nastąpiło to na miesiąc i tydzień przed zmianą i w tym jednym miesiącu dosłownie wystrzelili w kosmos. I tym sposobem Węgrzy zrobili coś, co Niemcy nazywają Weltmeisterschaft – Mistrzostwo Świata. Do dziś są niepokonani. Chciałoby się powiedzieć – Złota Węgierska Jedenastka. Gdyby ktoś chciał się zapoznać z oryginalnym tekstem i zobaczyć ten i inne wykresy i tabele, to tu: https://sites.krieger.jhu.edu/iae/files/2017/04/Vinitha_Kumar_Hungary.pdf.

Jeszcze do połowy kwietnia wzrost cen był stabilny. Najwyższym w obiegu był banknot dziesięciomilionowy. W połowie kwietnia nastąpiło lekkie odbicie w górę. Jeśli więc dodamy ten okres, to wyjdzie nam, że ta hiperinflacja trwała nie dłużej niż trzy i pół miesiąca. I teraz już jest jasne, dlaczego nie miała ona wpływu na gospodarkę, a i zwykli ludzie zbytnio nie ucierpieli. Szybka akcja. Któż mógł tego dokonać i po co? Ja wiem kto! Nie są to sprawy, które można komuś udowodnić, czy złapać kogoś za rękę, ale przy bliższym spojrzeniu i połączeniu pewnych faktów, connecting the dots – jak mówią Anglosasi, albo zebraniu ich „zusammen do kupy”, wyłania się pewien obraz.

Nie da się zaprzeczyć, że Żydzi dominują w finansach i handlu. W wielu innych dziedzinach też ich nie brakuje, ale połączenie tych dwóch branż stwarza niezwykłe pole manewru dla dokonywania różnych operacji finansowych. Mają też wsparcie ze strony polityków, bo często to oni są nimi. Więc to, co robią, jest nie tyle wynikiem nadzwyczajnych talentów do manipulowania pieniądzem, co doskonałą organizacją i współdziałaniem w zakresie finansów, handlu i polityki. Choć zapewne nie brakuje w tym wszystkim prawników, prasy i mediów wszelkiego rodzaju.

A co to ma wspólnego z węgierską hiperinflacją? Wydaje mi się, że ma. Ale żeby to było zrozumiałe, to wypada zacząć od naszego podwórka, by wyjaśnić mechanizm działania inflacji czy hiperinflacji. W tym wypadku nie muszę sięgać do książek, do internetu, bo sam to przeżyłem.

W okresie „festiwalu” Solidarności, w latach 1980-81, doświadczyliśmy w Polsce dużej inflacji. Dla jednych było to bardzo bolesne doświadczenie, dla innych – wprost przeciwnie. Pieniądz tracił na wartości, a oprocentowanie kredytów i oszczędności nie zmieniało się. Ci, którym udało się dostać kredyt na dom, spłacali go za grosze, za przysłowiową kurę. Ci, którzy mieli oszczędności, stracili je. Często był to dorobek całego życia. Jednym słowem: jedni zbudowali sobie domy za oszczędności innych. Zakorzenił się pogląd, że nie warto oszczędzać, tylko brać kredyty.

Po tej inflacji uspokoiło się na całe lata 80-te, lata wykreowanego zastoju, by wymusić zmiany. Po roku 1989 nastała nowa rzeczywistość. Jeszcze na krótko przed tymi zmianami ludzie zaczęli brać kredyty. Byli to głównie ci, którzy zakładali własne firmy i rolnicy. Wydawało im się, że nie będzie problemu. Gospodarka kulała, więc i państwo i banki zachęcały do „brania spraw we własne ręce”.

Potem znowu pojawiła się inflacja, wysoka. Od lutego 1989 do lutego 1990 roku wynosiła 1180%. Dla tych, którzy zainwestowali w produkcję, czy dla rolników, którzy kupili maszyny, była to katastrofa. Tym razem, inaczej niż poprzednio, aktualizowano oprocentowanie kredytów. Dla inwestycji długoterminowych oznaczało to wyrok śmierci. Wielu ludzi popełniało samobójstwa. Jedyne co się wtedy opłacało to handel. Tak czyszczono rynek z konkurencji dla zachodniego kapitału. Ale likwidowano też państwowe przedsiębiorstwa, bo – „nierentowne”. Nierentowne były też banki. One też miały starty, ale dofinansowano je z budżetu państwa i sprzedano. Komu? Kto zgadnie? Handel się rozwijał, bo jemu inflacja nie była groźna – szybki obrót pieniądza. Polacy zakładali sklepy, hurtownie. Myśleli, że tak się będą rozwijać, tworzyć sieci handlowe. A chodziło w tym wszystkim tylko o to, by stworzyć sieć dystrybucji po upadłym handlu PRL-u. Ktoś musiał na początku sprzedawać te zachodnie towary. Kiedy już Zachód rozpoznał rynek polski i jego potencjał, to pojawiły się obce sieci handlowe, hipermarkety i w końcu galerie handlowe. Murzyn zrobił swoje i murzyn musiał odejść. – I odszedł.

W celu „walki” z inflacją ustanowiono sztywny kurs dolara na poziomie 9500 PLZ. Utrzymywano go do maja 1991 roku, a więc ponad rok. Po tym czasie uwolniono go i w momencie denominacji w 1995 roku wynosił 2,43 PLN. W ciągu czterech lat stracił na wartości dwa i pół raza: od 0,95 do 2,43. Po co był sztywny kurs dolara? Po to, by sprzedawać dolary, kupować złotówki, wkładać je do banku na bardzo wysoki procent, po roku podejmować i kupować za nie dolary. Przy takiej inflacji z jednego dolara robiło się kilka czy kilkanaście dolarów. I po to się robi inflację, czy hiperinflację. Ktoś zarabia, a ktoś tarci. Nie od niebios to zależy. No i teraz możemy cofnąć się w czasie i wrócić na Węgry z lat 1945-46.

Hiperinflacja ta nie wyrządziła gospodarce żadnej szkody, bo nie mogła, bo trwała zbyt krótko. Po co więc ją zrobiono? – Żeby ktoś zarobił. Nawet jeśli te pieniądze traciły na wartości, to nadal były pieniędzmi i jak ktoś miał ich dużo, to wymienił je na nowe, solidniejsze. A kto miał te pieniądze? Rząd pchał je do firm państwowych i prywatnych, by „ożywić” gospodarkę i produkcję. A co robili ci, którzy je dostali? Musieli coś za nie kupić. A u kogo? U tych, którzy kontrolują handel. Zgromadzili oni kupę tych „nic” nie wartych pieniędzy.

Kluczową informacją jest to, kiedy ustalono kurs wymiany pengő na forinta i termin wymiany. Z tego wykresu, na którym widać moment nagłego odbicia do góry, wynika, że mogło to nastąpić w maju lub na początku czerwca albo w połowie kwietnia, gdzie widać lekkie odbicie do góry. Skoro znano termin wymiany, to wiedziano, że ten miesiąc czy dwa totalnego chaosu nie wyrządzi gospodarce wielkiej szkody. Zaczęto drukować bez umiaru, by móc później wymienić tę makulaturę na pieniądz wartościowy. Widać, że Żyd nie mógł opanować swojej pazerności. Im bliżej terminu wymiany, tym bardziej szaleńczy dodruk. Aj waj! Panie Goldstein, pan nawet sobie nie wyobrażasz, jaki tu można zrobić interes! Czy można zatem dziwić się, że jeden z najbardziej znanych żydowskich finansistów pochodzi z Węgier?

A po co tyle zer? W 1871 roku przeprowadzono w Niemczech reformę pieniężną. Zlikwidowano wszystkie waluty lokalne i wprowadzono markę. Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

»Na mocy nowego prawa (Münzgesetz) kazał rząd pościągać wszystkie dotychczasowe monety i przelać je na inne. Niby nie było w tym złego, gdyby wartość dawnych pieniędzy została taka sama.

Przede wszystkim postarali się mistrzowie spekulacji o jak najtrudniejszy rachunek. Więc ustalili wartość marki na 0,358.423 gramów złota. Łatwo się domyślić, że tak wyrafinowany ułamek dziesiętny nie ułatwiał wcale obrachunku przy zmianie, czyli że wekslarze mogli pewniej „zarobić”. Bamberger pisał przecież wyraźnie z cynizmem żydowskim: „gdzie cieśla buduje, powstaje wielka ilość wiórów, które są oczywiście własnością majstra”. I wymyślił dziwaczny ułamek, aby tych „wiórów” było najwięcej.«

No i już wiadomo po co tyle zer. Po to, żeby nikt nie zorientował się, ile tego pieniądza jest. Bo któż będzie się interesował taką makulaturą? Przeprowadzenie takiej operacji wymagało doskonałej organizacji i współdziałania wielu środowisk: bankowego, handlowego, politycznego, prawniczego i odpowiedniej propagandy. W tamtym okresie nawet USA i Związek Radziecki zgodnie współdziałały dla „dobra” Węgier.

Tak więc sam talent do spekulacji finansowych to za mało. To nie są jakieś czary mary i nadprzyrodzone zdolności, które pozwalają za pomocą jakichś tajemnych sztuczek oszukać innych. Żydzi po prostu współpracują ze sobą na wszystkich szczeblach i we wszystkich dziedzinach i pomagają sobie wzajemnie. Do tego jeszcze wtapiają się w społeczności, w których żyją i stają się nierozpoznawalni. Ciężko z nimi z tego powodu walczyć, ale warto poznawać metody ich działania, bo łatwiej wtedy ich zidentyfikować, ale przede wszystkim warto się od nich uczyć.

Powroty

Mam taki nawyk, że wracam do książek, które kiedyś czytałem. I za każdym razem znajduję w nich coś, czego wcześniej nie dostrzegłem. Czy dlatego, że nieuważnie czytałem, czy raczej dlatego, że czasy się zmieniają, a wraz z nimi i ja, i dzięki temu odkrywam to, co wcześniej było niewidoczne. Książki, raz napisane, nie zmieniają się, w przeciwieństwie do internetu, i to jest ich największą zaletą. Jedną z tych, do których wróciłem po latach, jest książka Bold New World; The Essential Road Map to the Twenty-First Century, której autorem jest William Knoke. Została ona wydana w 1996 roku. Czytałem ją więc w drugiej połowie lat 90-tych. To była ciężka lektura, bo opisywała, mniej więcej, rzeczywistość, której teraz doświadczamy. Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić tego świata, a już z pewnością znaleźć w nim miejsce dla siebie. Miałem nadzieję, że nie dożyję tych czasów. Stało się jednak inaczej: „Life is brutal and full of zasadzkas”. Do książki wróciłem, ale nie musiałem jej czytać ponownie, od deski do deski, bo zaznaczyłem sobie wtedy najważniejsze fragmenty. A tak na marginesie, czy ktoś wie, skąd wzięło się określenie – od deski do deski? Pierwsze książki miały okładki drewniane, czyli z desek. Przyznam, że słysząc to „od deski do deski”, nie kojarzyło mi się ono z deskami, tylko z tym, że książka została przeczytana od początku do końca. Dziś już nikt nie czyta, od deski do deski, bo ludzie przeważnie czytają w internecie lub czytają e-booki.

Wróciłem więc do książki i przejrzałem ją i znalazłem, coś, co wtedy uszło mojej uwagi. A może nie uszło? Po prostu wtedy nie mogłem dostrzec tego, co obecnie widzę, bo dziś mam już inne doświadczenia i spostrzeżenia. Nie wiem tylko, czy autor świadomie napisał to, co napisał, czy umknęło to jego uwadze.

Autor opisał w tej książce rzeczywistość początku XXI wieku. Jest w niej wszystko, czego obecnie doświadczamy. On to opisał, ale nie wyjaśnił, dlaczego tak ma się stać, dlaczego ten świat ma tak wyglądać. Czy dlatego, że „rozwój” i „postęp”, to są zjawiska, które są niezależne od woli człowieka, czy może jednak ktoś świadomie kieruje tym procesem? Z informacji podanej na obwolucie książki można m.in. dowiedzieć się, że:

William Knoke był wówczas twórcą i prezesem Harvard Capital Group, która zajmowała się bankowością inwestycyjną, specjalizującą się w fuzjach i przejęciach firm z branży nowoczesnych technologii. Jest absolwentem Stanford University i Harvard Business School.

William Knoke, bankier inwestycyjny i wizjoner, który wierzy, że to nie, tak szeroko reklamowana era informacyjna, która definiuje nasze czasy, tylko to, co on nazywa społeczeństwem bez tożsamości (Placeless Society). Rewolucje w komunikowaniu się i transporcie przenoszą nas w epokę wszystkiego-wszędzie (Age of Everything-Everywhere), w której ludzie i towary często przenoszą się z jednego miejsca na drugie niemal natychmiast. Uświadamia nam, że ponieważ „blisko równa się daleko” (near equals far), wszelkie kryteria, według których oceniano potencjał narodowy, bogactwo korporacji i znaczenie jednostki należy zdefiniować na nowo.

Knoke zaczyna od początku, od opisu świata, od opisu świata wymiarowego i tak to według niego wygląda:

Świat wymiarowy

Uczniowie wchodzą do klasy. Na tablicy nauczycielka narysowała kropkę, linię, kwadrat i sześcian. Wskazując placem, na początku, na linię, opisuje świat jednowymiarowy. „To jest prosty wycinek linii kolejowej” – mówi. „Pociąg na tej linii może poruszać się do przodu lub do tyłu. Nie może skręcić w lewo lub w prawo albo do góry lub na dół.

Następnie nauczycielka wskazuje na kwadrat. „To jest świat dwuwymiarowy” – mówi im. Wyciąga kawałek kartonu i umieszcza na nim stonogę. Owad zaczyna wędrówkę tu i tam. „To jest świat dwuwymiarowy” – wyjaśnia. „Można poruszać się wzdłuż lub wszerz kwadratu.”

W końcu przechodzi do sześcianu. „W tej przestrzeni, która może być pokojem, można poruszać się do góry i do dołu, jak również wzdłuż i wszerz” – mówi ona. „Ona reprezentuje świat trójwymiarowy, ten, w którym my żyjemy. W tym momencie wyciąga gołębia skądś zza jej biurka i pozwala mu pofrunąć po pokoju i ulecieć przez otwarte okno na czubek okolicznego drzewa. Uczniowie patrzą przez chwilę na ptaka, który odlatuje na kolejną gałąź, poza ich polem widzenia, i zwracają swój wzrok na nauczycielkę.

Jedna studentka podnosi rękę. „Po co jest kropka na tablicy? Co to oznacza?” – pyta. „Ona reprezentuje świat zero wymiarowy”, odpowiada nauczycielka. „W świecie zero wymiarowym nie ma żadnej wolności” (In the Zero Dimension there is no freedom at all). Proszę to sobie zapamiętać, jeśli ktoś w ogóle to czyta, bo na końcu będzie nawiązanie do tego.

Świat zero wymiarowy

Od najdawniejszych czasów, jakieś 2 miliony lat temu, do około 5000 lat temu, nasi przodkowie żyli w świecie zero wymiarowym. Oni oczywiście rozumieli świat trójwymiarowy. Drzewa miały wysokość, szerokość i głębokość. Jaskinie miały ściany i sufity. Jednak w sensie społecznym te koczownicze plemiona były oddzielone od siebie, takie wyspiarskie kultury (insular „dot cultures”) sporadycznie kontaktujące się ze sobą. Choć zdarzały się grupy dochodzące do 50 osób, to typowa jednostka łowiecka składała się z dwóch lub trzech spokrewnionych rodzin. Gdy taka grupa rozrastała się, to musiała się podzielić i szukać dla siebie nowych terenów łowieckich. W całym swoim życiu tacy ludzie nie widzieli więcej niż kilkaset osób.

Nie ulega wątpliwości, że taka samoizolacja, bardziej niż cokolwiek innego, ograniczała rozwój ludzkości w ciągu tych dwóch milionów lat. Gdy coś ulepszono – jak choćby sposób ostrzenia krzemienia lub konserwacji mięsa renifera – to tylko przypadkiem inne grupy mogły z tego skorzystać. Z reguły każda z nich musiała sama odkrywać i ulepszać środki, które pozwalały przetrwać. Szanse na gromadzenie wiedzy i postęp były nikłe.

Świat jednowymiarowy

Po 2 milionach lat, około 15 000 lat p.n.e., nastąpiło ocieplenie, lodowiec topniał. Warunki stały się korzystne dla rolnictwa i hodowli. Ludzie zaczęli uprawiać dzikie trawy, które dostarczały jadalnych nasion oraz hodować dzikie owce i kozy. Uniezależnieni od łowiectwa, zaczęli gromadzić się i osiedlać się w wioskach. Około 3000 p.n.e. koczownicy zmienili się w rolników.

Ludzie, którzy poprzednio żyli w izolacji, zaczęli teraz kontaktować się ze sobą, z sąsiednimi wioskami, wykorzystując do tego utarte szlaki, prowadzące wzdłuż brzegów rzek lub przez przełęcze górskie. Przepływały nie tylko towary handlowe, ale również idee i wiedza. Z Indii zapożyczyli cyfry dziesiętne i technikę szczepień. Turcja dała światu brąz i stal. Z Azji centralnej dotarły konie, koło z Iranu. Z Egiptu – papier i atrament, arytmetyka i geometria, bielizna i szkło. Z Babilonii – astronomia, znaki zodiaku i pierwsze książki. Z Sumeru – pierwsze kontrakty handlowe i użycie złota jako miernika wartości. Chiny dostarczyły jedwabiu, prochu i kompas.

Te wynalazki i odkrycia i wiele innych, dotyczących filozofii, interesów, sztuki i religii mieszały się ze sobą i dojrzewały w globalnym kotle (globalny kocioł w jednowymiarowym świecie? – przyp. mój). Każda kultura, każda osoba, każda społeczność wzbogacały wspólną wiedzę. Szlaki handlowe, bardziej niż cokolwiek innego, wyzwoliły ludzkość z prymitywnej epoki i stworzyły podwaliny cywilizacji: człowiek wkroczył w świat jednowymiarowy – erę kontaktów społecznych w oparciu o ustalone szlaki.

Świat dwuwymiarowy

W miarę jak pojedyncze szlaki handlowe wydłużały się i krzyżowały z innymi, rozwijał się świat dwuwymiarowy. Pojedyncza wioska nie była już tylko punktem na mapie, ale funkcjonowała w szerszym kontekście. Dziecko, które przyszło na wiejski targ, widziało wielu sprzedawców i ich towary, wykonane z brązu i żelaza, kubki wycięte z bursztynu, morskie muszle, piękne tkaniny i skóry, i kształtowało swoje wyobrażenie o świecie. Z czasem rozwinęło się w człowieku pojęcie lądu i społeczeństwa, które tworzyli ludzie i wioski rozproszone w różnych kierunkach.

Przywódcy wyłaniających się centrów handlowych dostrzegli okazję stworzoną przez świat dwuwymiarowy i zaczęli wykorzystywać drogi, by przechwycić kontrolę nad większymi obszarami. Powstawały imperia. Początkowo w Mezopotamii i Egipcie, w Indiach i Chinach, a później w Persji, Grecji i Rzymie.

Imperialni przywódcy szybko wykorzystali drogi do umocnienia swojej władzy. Inkowie wybudowali drogi od Chile do Peru i Ekwadoru. Chińczycy pokryli swój kraj siecią dróg, uzupełnioną mostami i promami ułatwiającymi przeprawy. Rzym, w momencie największego rozkwitu, dysponował drogami o długości 53 000 mil. Wszędzie drogi umożliwiały szybkie dotarcie żołnierzy, by utrzymać kontrolę nad całym imperium.

Pomimo że rozumiano znaczenie świata dwuwymiarowego, to z wyjątkiem regionalnych imperiów z rozwiniętą siecią dróg, odległe obszary nadal były dostępne poprzez wąskie drogi jednowymiarowej przestrzeni. Fenicjanie, Grecy, Rzymianie i Chińczycy dysponowali statkami, które umożliwiały kontrolę na morzu, ale w niewielkim tylko zakresie. Była to żegluga przybrzeżna. Przejście do drugiego wymiaru nie było jeszcze pełne.

Wszystko zmieniło się w XV wieku. Nastąpił postęp w morskiej technice. Cieśle budowali duże statki zdatne do żeglugi, wyposażone w żagle i stery, umożliwiające płynięcie prawie pod wiatr. Matematycy opracowali tablice nawigacyjne a rzemieślnicy skonstruowali instrumenty takie jak liczniki przebytej odległości, dokładniejsze astrolabia i kompasy. Wszystko więc było gotowe na nową generację żeglarzy, którzy przetną pępowinę łączącą ich z lądem.

W rezultacie Era Odkryć Geograficznych zapoczątkowała pełne przejście ludzkości do przestrzeni dwuwymiarowej. W przeciągu tylko 35 lat europejscy żeglarze opłynęli Afrykę, odkryli obie Ameryki i opłynęli świat. Nowe możliwości pozwoliły Europejczykom rozciągnąć swoją władzę na cały świat. W ciągu pięciu wieków, u progu XX wieku, 25 europejskich państw kontrolowało 84% lądów (skąd on wziął 25 państw w Europie u progu XX wieku? – przyp. mój). Rewolucja dwuwymiarowego świata – okres gdy ludzkość swobodnie współdziałała na całej powierzchni Ziemi – została ukończona.

Trzeci wymiar

W XIX wieku pojawiły się na niebie balony i prymitywne szybowce. Na początku XX wieku ludzie skonstruowali latające maszyny napędzane silnikiem. Znaczny postęp nastąpił w czasie I wojny światowej. W trakcie II wojny światowej pojawiły się bombowce dalekiego zasięgu, zdolne do przenoszenia pocisków nuklearnych. W ciągu jednego pokolenia konflikty zbrojne przeniosły się w trzeci wymiar.

Już nie wystarczyło bronic swoich granic czy patrolować wody przybrzeżne. W trzecim wymiarze wróg mógł zaatakować bez przekraczania granic. Tak jak wcześniej, nowy wymiar całkowicie zmienił układ sił na świecie.

Nowa rzeczywistość wytworzyła nowy porządek polityczny. Dwie super potęgi starły się w śmiertelnej walce o panowanie nad trzecim wymiarem. Obie nagromadziły masę pocisków nuklearnych, umieściły satelity na orbicie, wysłały ludzi na Księżyc, roboty na planety, stworzyły stacje orbitalne.

Rozwinął się także cywilny transport lotniczy. Pojawiło się mnóstwo nowych samolotów, lotnisk i producentów. W 1950 roku 20 milionów pasażerów korzystało z transportu lotniczego w USA, a 10 lat wcześniej prawie ich nie było. Do 1990 roku ilość pasażerów samolotów wzrastała o 500 milionów rocznie. Trzeci wymiar został opanowany.

Podobieństwa

Pierwszy wymiar trwał dobre 5000 lat, poczynając od pierwszych śladów cywilizacji. Drugi wymiar – 500 lat, kończąc się opanowaniem mórz. Trzeci istniał tylko 50 lat i jego zwieńczeniem było opanowanie przestrzeni powietrznej. Tempo przyspiesza i w miarę jak zbliżamy się do nowego tysiąclecia, ludzkość przymierza się do przeskoczenia do czwartego, prawdopodobnie ostatniego, wymiaru.

By zrozumieć zakres nadchodzącej przemiany, musimy przeanalizować poprzednie przejścia do nowych wymiarów. Każda jego zmiana pociągała za sobą wstrząs w politycznej organizacji. Zasadniczy zwrot nastąpił w trakcie przejścia do pierwszego wymiaru, od niezliczonych plemion koczowniczych, mieszkańców jaskiń, do dobrze zorganizowanych i wspólnych rządów (collective governments) w rozwijających się wioskach i rodzących się państwach-miastach. Drugi wymiar był świadkiem tworzenia się regionalnych królestw, a później imperiów kolonialnych obejmujących cały świat. Trzeci wymiar zapoczątkował rywalizację supermocarstw i walkę o panowanie w powietrzu i na orbicie okołoziemskiej. Niebawem przekonamy się, dlaczego czwarty wymiar, na dobre czy na złe, zwiastuje rząd globalny.

Zasady rządzące bogactwem również ulegną przemianie. Gromadzenie bogactwa bardzo przypomina koncentrację władzy politycznej i militarnej. Nowa przewaga konkurencyjna, dodatkowe informacje lub zdolność do podjęcia właściwej decyzji może oznaczać różnicę pomiędzy sukcesem i porażką. Każdy nowy wymiar to szansa, to poszerzenie zakresu wolności i działania, jak również nowe możliwości, niedostępne dla tych, którzy nie przeniosą się do niego. Nowi bogaci obywatele pierwszego wymiaru, to kupcy, którzy dostrzegli nowe szanse – nowe szlaki handlowe.

Podobnie, gdy społeczeństwa przechodziły do drugiego wymiaru, tymi którzy zgromadzili nieporównywalne bogactwo, byli ci, którzy wiedzieli jak stworzyć imperia i panować na morzach (jak to czynili Fenicjanie i Grecy, później Rzymianie i Wenecjanie, a po nich Hiszpanie i Anglicy).

Trzeci wymiar, era transportu powietrznego, stworzyła ponadnarodowym korporacjom warunki do natychmiastowego niemalże przenoszenia ludzi, surowców i produktów końcowych w dowolne miejsca na świecie. To im dało przewagę konkurencyjną nad tymi, którzy nie dokonali zmian. Produkcja może być zorganizowana gdziekolwiek, gdzie różnice płac, ceny surowców i umiejętności pracowników dają przewagę konkurencyjną. To pozwoliło na powstanie globalnych firm, których bogactwo przewyższało często bogactwo państw, które udzielały im gościny.

Kto wzbogacił się? Ci, którzy bezpośrednio wykorzystali nowy wymiar, nie ci, którzy ich zaopatrywali. To nie hodowcy osłów, cieśle, którzy budowali statki, czy producenci samolotów stali się najbogatsi. Raczej byli to ci, którzy wykorzystywali osły, statki, samoloty do realizacji swoich celów. Przykładem może być ropa naftowa, podstawowy surowiec trzeciego wymiaru. Z pewnością sprzedawcy stali się bogaci, ale prawdziwe bogactwo było udziałem tych, którzy konsumowali ropę w celu wytworzenia jeszcze większego bogactwa – Stany Zjednoczone, Japonia i Europa.

Ta sama zasada ma zastosowanie w czwartym wymiarze: producenci nowych narzędzi będą bez wątpienia prosperować – nawet niektórzy wyjątkowo – ale jako grupa, to użytkownicy nowych narzędzi zgromadzą większość tego nieporównywalnego nowego bogactwa.

Kiedy świat wkroczy do nowego wymiaru, nie wszyscy od razu się w nim znajdą. Nawet obecnie wielu ludzi żyje w pierwszym lub drugim wymiarze. Niestety spóźnialscy wydają się być na zawsze skazani na względną biedę, ponieważ bez możliwości (wolności) przejścia do następnego wymiaru, będą cały czas w gorszej sytuacji, a ich gospodarki zawsze będą słabsze niż te z większą możliwością poruszania się po nowym wymiarze.

I odwrotnie, największe nagrody czekają na tych, którzy pierwsi przeniosą się do nowego wymiaru. W pierwszym wymiarze kupcy, którzy regularnie przemierzali szlaki handlowe byli pierwszymi nouveaux riches. Podobnie miasta , które wykorzystały główne drogi handlowe rosły i prosperowały. W drugim wymiarze ci, którzy ustanowili regionalne imperia, a później Hiszpanie i Anglicy, którzy pierwsi rościli sobie prawa do Nowego Świata, zdobyli łupy, które wyniosły ich do niewyobrażalnego wcześniej bogactwa. W naszej obecnej epoce to właśnie globalne korporacje, ubiegając innych, pierwsze dotarły do nowych rynków. Wskazówki dla tych, którzy poszukują bogactwa w wyłaniającym się czwartym wymiarze są proste: bądźcie tam pierwsi.

Do tego opisu, takiej interpretacji dziejów, należy podejść z pewną rezerwą, choć jest to opis przemawiający do wyobraźni. Przede wszystkim nie wiemy jak żył człowiek pierwotny. Jednak naskalne rysunki i obrazy sugerują, że nie był on taki prymitywny. Jeśli niektóre z nich mają po kilka metrów szerokości i wysokości, to nasuwa się wniosek, że do ich namalowania potrzebne były rusztowania i odpowiednie oświetlenie. Wszyscy widzieliśmy gdzieś zdjęcie posągu Dawida, Michała Anioła. Posąg jak posąg. Podobnych rzeźb wykonał on ponad 10. Miały one przeważnie około 2 metrów wysokości. Nawet jeśli dowodziły geniuszu artysty, to jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że można coś takiego zrobić, ale Dawid ma wysokość 5 metrów i 17 centymetrów. To jest zupełnie inna skala trudności. Nic więc dziwnego, że nikt go nie pytał, jak wyrzeźbił te pozostałe, tylko pytano o Dawida. Michał Anioł odpowiedział: „To proste, odjąłem wszystko, co nie było Dawidem”. Proste? Proste! Podobny problem, problem skali, pojawia się w przypadku tych wielkich malowideł człowieka pierwotnego, co sugeruje, że on taki pierwotny nie był i być może sposób organizacji tych społeczeństw nie był tak ograniczony jak chce Knoke. Był to jednak obraz bardziej skomplikowany. Paul Herrmann w książce Siódma minęła ósma przemija pisze:

„Z początku człowiek drapał paznokciami po miękkiej ścianie jaskini, podobnie jak robił to pazurami niedźwiedź jaskiniowy; są to kolorowe odbicia ludzkich rąk, mozolnie ryte w ścianie, pobieżne szkice zwierząt, najpierw próby z kolorami, a potem kolorowe obrazy, długie walki o światło i cień w obrazie, o głębię i perspektywę. Potem przyszły długie okresy impresjonistycznej koncentracji obrazu na ruch i na przelotną chwilę spojrzenia; z kolei nastąpiły ekspresjonistyczne uproszczenia i deformacje malowanego przedmiotu, rozczłonkowanie obrazu na trójkąty, kostki, łuki, romby i prostokąty, tak dobrze nam znane ze współczesnej sztuki. Wszystko to zawarte jest w wielkim planie historii, która od tej stylizacji postępowała ku symbolizmowi wczesnego pisma obrazkowego.

Być może, że te obrazy z epoki lodowej posiadają treść czarodziejską i znaczenie magiczne. Nawet w tych wypadkach, gdy są one realistyczne i dla szerokiego kręgu widzów natychmiast zrozumiałe, należy je chyba pojmować w ten sposób. Ale z chwilą gdy zaczynają występować impresjonistyczne deformacje i uproszczenia – jak na przykład w pochodzącym z Teyjat pięknym rysunku w kości, na którym stado reniferów składa się z dwóch, z niezwykłą dokładnością narysowanych zwierząt idących na czele stada (na rysunku w książce jedno idzie na początku, drugie na końcu – przyp. mój), poza tym zaś chmary falujących kresek, jako symbol błyskawicznie szybkiego ruchu, jako obraz migawkowy i deformacja wywołana przelotną chwilą spojrzenia – z tą chwilą mogła się narodzić sztuka, której wykonywanie nie było już podyktowane względami magiczno-religijnymi ani też celowo uwarunkowane. Albowiem tego rodzaju symboliczne przedstawienie zjawisk świata zewnętrznego nie było już powszechnie zrozumiałe, więc nie mogło chyba działać jako czar. Rysunek czy obraz stały się sprawą prywatną, sprawą świadomej swego „ja” jednostki, kwestią kierunku, mody lub szkoły. W ten sposób ludzie pierwotni wstąpili, być może, na drogę, u której końca znajdowało się pismo obrazkowe.”

Te opisy tych trzech wymiarów nie są aż tak istotne. Autor zapewne chciał, poprzez kontrast, uzmysłowić czytającym, czym może być czwarty wymiar. Ten obraz jest o wiele ciekawszy, zwłaszcza że możemy go skonfrontować z naszą rzeczywistością. Książka została ukończona w 1995 roku. Była więc pisana w pierwszej połowie lat 90-tych, ponad 25 lat temu. To już jedno pokolenie. Czy był on wizjonerem? Bardziej chce mi się wierzyć, że był dobrze poinformowany. A biorąc pod uwagę jego zajęcie, to należy prawdopodobnie, jeśli jeszcze żyje, do nacji „wybranej”, która od zawsze dążyła do podporządkowania sobie innych.

Już w tamtym czasie wiedział, że krzem i elektrony zostaną zastąpione laserem i fotonami. Że będzie postępowała miniaturyzacja sprzętu komputerowego a wraz z nią będą wzrastały możliwości operacyjne komputerów. A jak ta moc operacyjna będzie wykorzystana? – pyta Knoke. Po części odpowiedzią jest zazębianie, splatanie się ludzi z maszynami (intermeshing humans with machines). Zamiast porozumiewać się z komputerem poprzez migający monitor, klepiąc w klawiaturę, klikając myszką, będziemy porozumiewać się w ten sam sposób, jak porozumiewają się ze sobą ludzie – za pomocą pięciu zmysłów. To będzie oznaczać, że komputery tak upodobnią się do ludzi, że ich użycie będzie możliwe w każdej wyobrażalnej sytuacji, czy to będzie projektowanie, reklama, prowadzenie samochodu, pranie, czy… uprawianie seksu. Zupełnie tak jak soczewki kontaktowe czy aparaty słuchowe, które stały się integralną częścią osoby, która z nich korzysta, elektroniczny świat szybko staje się udoskonaloną formą człowieczeństwa (extension of humanity).

To było pisane ponad 25 lat temu. Na początku lat 90-tych komputery powoli wkraczały do firm, do urzędów – w Polsce. Jeszcze nie bardzo było wiadomo, co z tego wyniknie. O internecie mało kto słyszał. Ja „przeszedłem” na internet około roku 2000. Pamiętam, że straszono nas wtedy, że po roku 2000 wszystko w internecie się załamie, bo ilość adresów IP zaplanowano tylko na określoną liczbę, itp. Nic się nie stało. Nikt jednak wtedy nie był w stanie wyobrazić sobie tego, o czym pisał Knoke. Znaczy ja nie mogłem sobie tego wyobrazić, funkcjonując w tamtej polskiej rzeczywistości.

Dalej w rozdziale zatytułowanym „Krzemowy umysł” pisze on, że relacje człowiek-komputer nie ograniczą się do zmysłów, ale ogarną też intelekt. Wkrótce będziemy rozmawiać z naszymi komputerami domowymi, telefonami, a ich odpowiedzi będą miały sens. A jeszcze później konwersacja ze strony komputerów będzie tak wyrafinowana (sophisticated) jak u ludzi. Czy aby na pewno?

Gdy Napoleon Bonaparte podbił północne Włochy, to na przyjęciu u pewnej włoskiej arystokratki powiedział: „Tutti Italiani sono lordoni” (Wszyscy Włosi to łajdacy). Na co ta włoska arystokratka odpowiedziała: „Non tutti ma buona parte” (Nie wszyscy, ale znaczna część). To „buona parte” było aluzją do „Bonaparte”, czyli zmiany przez Napoleona nazwiska z włoskiego Buonaparte, bo pochodził z włoskiej Korsyki, na bardziej eleganckie, z francuska brzmiące, Bonaparte. Czy rzeczywiście komputery będą w stanie osiągnąć kiedyś ten stan wyrafinowania, co ta włoska arystokratka?

Dalej, drążąc temat komputeryzacji, ostrzega. Ci, którzy widzą przyszłość przed programistami, powinni zastanowić się. Dzisiejsi programiści pracują nad programami, które piszą programy. Oprogramowanie wbudowane we współczesne układy scalone jest tak złożone, że tylko komputery mogą je zaprojektować. Za kilka dziesięcioleci programista będzie mógł zaledwie powiedzieć komputerowi, czego potrzebuje i komputer, nie programista, będzie wiedział, jak to zrobić.

Czwarty wymiar, jak twierdzi Knoke, zwiastuje rząd globalny. Dziś już wiemy, dzięki „pandemii”, że taki rząd istnieje, choć nieoficjalnie, ale jest. Wskazują na to reakcje rządów poszczególnych krajów. Wszystkie zachowują się podobnie i podejmują podobne decyzje. Żeby jednak powstał rząd światowy, potrzebne były działania, które umożliwiłyby jego powstanie. Przede wszystkim trzeba było zneutralizować lub podporządkować sobie rządy państw. Władza rządów opierała się na pieniądzu. Żeby więc pozbawić je władzy, trzeba było pozbawić je władzy nad pieniądzem. Do tego najlepiej nadają się globalne korporacje.

Największe na świecie globalne korporacje są bogatsze niż wiele państw i to nie tych najmniejszych. Knoke pisze, że są one zarządzane tak jakby nie istniały państwa, tylko świat, jakby nie było podziałów politycznych. Dostosowują się do warunków lokalnych. Jak kameleony wtapiają się w lokalny krajobraz. Jak bezgłowa ameba, siedziba korporacji może być w takim lub innym kraju lub niezwiązana z żadnym miejscem.

Globalne korporacje są ponadnarodowe w tym sensie, że nie czują żadnego związku z państwem narodowym, w którym mają swoją siedzibę, a globalni menadżerowie są odzwierciedleniem tej rzeczywistości: nie są od tego, by promować konkretny kraj, ale by podejmować działania, które zwiększą zysk, udział w rynku lub podniosą cenę akcji na giełdzie. Elastyczność korporacji daje im przewagę konkurencyjną nad sztywną polityką rządów. Im bardziej korporacje stają się globalne, tym mniej władzy i kontroli pozostaje lokalnym czy centralnym rządom. Mogą one zjednywać jeden rząd przeciwko drugiemu i dyktować swoje warunki podjęcia działalności na danym terenie. Dotyczy to ulg podatkowych, dotacji na rozwój infrastruktury, nie przestrzegania norm ochrony środowiska czy przepisów BHP.

W latach 1987 i 1988 japońskiej firmie Toshiba groziły sankcje handlowe z powodu sprzedaży Związkowi Radzieckiemu produktów objętych embargiem. Toshiba wydała 30 milionów dolarów na lobbystów. W 1982 roku, gdy senator z Tennessee James Sasser wspierał ustawę „kupuj amerykańskie samochody”, zarządzający firmą Nissan stworzyli specjalny fundusz, wspierający oponenta Sassera. Rządy i demokracje przetrwają, pod warunkiem że dostosują się do realiów globalnej gospodarki, ale to i tak korporacje będą rządzić.

Knoke porusza w zasadzie wszystkie problemy, których my obecnie doświadczamy. Pisze więc o wędrówkach ludów, które, jak zaznacza, nie są niczym nowym. Różnica polega na tym, że obecnie odbywa się to na znacznie większą skalę i znacznie szybciej, co zrozumiałe, biorąc pod uwagę postęp w dziedzinie transportu. Wspomina o zanieczyszczeniu środowiska, skażeniu radioaktywnym, ekologii, eksploatacji surowców naturalnych. Pisze też o ciężkim położeniu czarnej społeczności w Ameryce, o homoseksualistach, feminizmie i rozpadzie rodziny. „Nie zostało pominięte już nic” – jak śpiewał zespół Turbo w utworze Dorosłe dzieci w 1983 roku.

Ano nie zostało. Knoke stwierdza też, że zmieni się nasz słownik. Być „w pracy” lub „w biurze”, nie będzie już oznaczać miejsca, ale aktywność. Gdzie nie będzie już miało znaczenia. Ważne, by praca była wykonana. Będą też klasy bez ścian. To już przerabiamy. W czwartym wymiarze szkoły będą wykorzystywać interaktywne multimedia i komputery. Nowy system umożliwi dotarcie do wszystkich uczniów – w miastach, na przedmieściach, na wsi – i zapewni równy dostęp do wiedzy. Szczególnie dla dzieci edukacja multimedialna będzie o wiele bardziej interesująca niż drukowana książka. Cały czas student będzie poszukiwać nowych narzędzi i źródeł w różnych elektronicznych bazach danych; komunikować się z innymi studentami za pomocą poczty elektronicznej, wideokonferencji czy telefonu; i doskonalić wszystkie umiejętności niezbędne w gospodarce przyszłości.

Knoke jest takim wizjonerem, że przewidział pojawienie się islamskiego globalnego terroryzmu, którego fala przeleje się przez rejon Morza Śródziemnego, Europę, Amerykę i cały świat. A islamski fundamentalizm, jak pisze, nie akceptuje tego, że dobra materialne są dobrami niezbędnymi. A ci najbardziej gorliwi, zeloci, dążą do kontrolowania każdego aspektu życia osobistego: jak kto się ubiera, co je, jak się modli, jak podrywa kobiety, jak uprawia seks. Prawa własności niepewne i pozbawione podstaw prawnych.

Czyż w świetle tego – „nie będziesz miał nic, będziesz szczęśliwy” – nie jest łatwiej zrozumieć, dlaczego właśnie posłużono się islamem do zniszczenia Europy. Bez Europy nie będzie Ameryki, bo z niej wywodzą się jej korzenie. Zresztą, Europa się wali i Ameryka również.

Na samym końcu Knoke pisze, że to „placelessness”, czyli brak zakorzenienia w konkretnym miejscu lub społeczności, faworyzuje demokrację w taki sposób, że każdy ma dostęp do informacji. A są sposoby na to, by każda opinia została zapisana, co, miejmy nadzieję, zapobiegnie tyranii. Upadek zorganizowanej hierarchii wzmacnia jednostkę i przekazuje proces podejmowania decyzji do mas (to the people at large).

Ten ostatni akapit, to, jak dziś wszyscy wiemy, choćby po wyborach w Ameryce, to kompletna bzdura. Jednak, gdy ja to czytałem 25 lat temu, to nie odbierałem tak tego, jak obecnie. Nie mniej uważam, że autor zdawał sobie sprawę z tego, że totalna cyfryzacja prowadzi dokładnie w odwrotnym kierunku.

Przed nami wiele decyzji – pisze Knoke – i być może powinniśmy się nieco obawiać. To właśnie strach utrzymywał naszych przodków przy życiu w ich zero wymiarowym świecie; ci, którzy nie bali się, umierali. Strach jest zdrową reakcją przed nieznanym i my musimy zdawać sobie z tego sprawę, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. To strach odbiera nam sen, zmusza do myślenia, do planowania, do przygotowania się.

Tak, przebyliśmy długą drogę… Nieprawdaż?

Spoglądając wstecz za siebie, nasz nowy świat – który jest prawie taki sam, jak ten odległy – wydaje się całkowicie odmienny od tego, czego wcześniej doświadczyła ludzkość. A jednak, przy bliższym przyjrzeniu się, jest prawie taki sam. W jakimś kosmicznym paradoksie, czwarty wymiar przeniósł nas z powrotem do miejsca, od którego zaczęliśmy: pojedynczej kropki w przestrzeni (a single dot in space). – A Bold New World.

No właśnie! Co było na początku? – Jedna studentka podnosi rękę. „Po co jest kropka na tablicy? Co to oznacza?” – pyta. „Ona reprezentuje świat zero wymiarowy”, odpowiada nauczycielka. „W świecie zero wymiarowym nie ma żadnej wolności” (In the Zero Dimension there is no freedom at all). Proszę to sobie zapamiętać, jeśli ktoś w ogóle to czyta, bo na końcu będzie nawiązanie do tego.

To jest właśnie to, czego nie zauważyłem, czytając tę książkę 25 lat temu. A skąd ja mogłem wtedy wiedzieć, co jest grane? Autor wyraźnie pisze, że świat jednowymiarowy i czterowymiarowy to jest dokładnie to samo – niewolnictwo. Czy zrobił to świadomie, czy – nie? Podejrzewam, że wiedział, co pisze i wiedział, że ten właściwy przekaz dotrze do nielicznych, może wtajemniczonych, a reszta będzie żyła w iluzji, że nowy, lepszy dla nich świat jest tuż, tuż.

Jednak, według mnie, świat zero wymiarowy, jak go opisuje Knoke, nie był światem niewolników, bo ludzie trudniący się łowiectwem i zbieractwem musieli być aktywni na dużym obszarze i nikt nie mógł im dyktować, co mają robić. Na etapie, na którym każdy walczył o przetrwanie, nie mogło być mowy o niewolnictwie. Ale i on sam nie uzasadnił, dlaczego uważa świat zero wymiarowy za świat bez wolności. Co do jednego jest pełna zgoda – świat czterowymiarowy, którego doświadczamy dąży do pozbawienia ludzi wolności, a zatem do niewolnictwa.

Czy czegoś tu jeszcze brakuje? Czego tu nie ma? – Pandemii? A jednak! Jest! Skromny akapit, na który wtedy w ogóle nie zwróciłem uwagi. Przytoczę go w oryginale, bo nie znam angielskiej terminologii biologicznej. Niech każdy sobie przetłumaczy to na swój własny sposób lub posłuży się dobrym tłumaczem internetowym. W końcu żyjemy w świecie czterowymiarowym – świat w zasięgu ręki, a raczej w zasięgu klawiatury i myszki.

We may enter a world of autocratic rule and tyranny, or one of democratic utopia. Our civil liberties may be endangered by one person developing a biological strain so horrible it would require placeless intrusion on each of us to protect all of us. Yet we may, as a people, develop an early allergy to concentrated power and not allow it to take root.

Czyli że jakiś szaleniec wypuści jakiś biologiczny szczep i będzie wielka bieda, i trzeba będzie podjąć jakieś środki nadzwyczajne, by go pokonać. Tak! Jedna osoba wyhoduje sobie szczep, którym zaszantażuje cały świat. I trzeba będzie ograniczyć ludziom ich podstawowe prawa, ale na szczęście zostanie wyprodukowana szczepionka, która nas uratuje. Genialny wizjoner? A może tylko opisywał pewien scenariusz, który już wówczas, zapewne tyko w zarysach, istniał.

Nie o wszystkim wspomniałem. O rynku finansowym i giełdach, o robotach, o bombie demograficznej i pewnie jeszcze o paru innych rzeczach, o których pisze Knoke, ale nie to jest ważne. Ważne jest to, że ten czwarty wymiar, ta nowa rzeczywistość, prowadzi nas do niewolnictwa i to, że zostało to zaplanowane. No właśnie! Czy zostało zaplanowane? Czy to wszystko odbywa się niezależnie od woli człowieka? Jeśli nie zostało zaplanowane, to dlaczego idzie to w kierunku niewolnictwa? Skoro jednak niektórym udało się tak trafnie wybiec myślą do przodu, to jest coś na rzeczy, i być może jest to realizacja pewnego planu.

Knoke pisze, że podmuchy wiatru kołyszące listkiem są stosunkowo łatwe do zmierzenia, ale miejsce jego upadku jest praktycznie niemożliwe do przewidzenia. O złożoności świata próbujemy dowiedzieć się czegoś z teorii chaosu. Komputerowe symulacje pogody mówią nam, że nawet delikatny trzepot skrzydeł motyla na jednym końcu świata, poprzez skomplikowany łańcuch przyczynowo-skutkowy, może być, 50 lat później, przyczyną potężnego tajfunu na drugim jego końcu.

To, z czym mamy obecnie do czynienia, to jest precyzyjnie zaplanowany program doprowadzenia ludzi do stanu niewolnictwa i stopniowego eliminowania tych, których uznają za zbędnych. To banda psychopatów, szaleńców, degeneratów i zboczeńców, która nie cofnie się przed niczym. Uwierzyli, że są nadludźmi i że swój plan doprowadzą do końca. Miejmy jednak nadzieję, że teoria chaosu nie jest tylko teorią, wymysłem ludzi i symulacji komputerowych, i że w pewnym momencie zadziała. Kto wie, jeśli opór przeciw szczepieniom będzie duży, to może on okazać się w skutkach tym, czym w atmosferze może być trzepot skrzydeł motyla. Oby się tylko nie okazało, że będzie to… „Tupot białych mew”.