Po co imperia?

Dlaczego powstawały imperia? – Takie pytanie zadał sobie Kazimierz Dziewanowski w książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie Oficyna Wydawnicza RYTM 1996. I starał się w niej na nie odpowiedzieć. Kazimierz Dziewanowski (1930-1998) to autor kilku książek, dziennikarz, w latach 1990-93 ambasador Polski w USA. Było on też autorem słynnego przemówienia Lecha Wałęsy w Kongresie USA w listopadzie 1989 roku. Jak sam mówił, był potomkiem Jana Dziewanowskiego, który brał udział w szarży szwoleżerów w wąwozie Somosierra. A więc Jan był sługusem Napoleona i zapewne masonem. I był nim pewnie również Kazimierz Dziewanowski. Sądzę, że warto jednak zapoznać się z jego sposobem argumentacji. Zwłaszcza obecnie, gdy dzieje się na świecie tak wiele i trudno jest zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi. Według mnie następuje przenoszenie centrum świata do Chin, a tym samym tworzenie nowego światowego mocarstwa i likwidowanie obecnego, czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jest to proces długotrwały i dlatego trudno go dostrzec w przeciągu życia jednego człowieka. Dopiero gdy odwołamy się do historii i spojrzymy na to, jak powstawały i upadały poprzednie imperia, to obraz stanie się nieco bardziej klarowny, co nie znaczy, że zupełnie jasny.

W pewnym momencie Dziewanowski cytuje dwa pytania, które nurtowały Anglików. Pierwsze: jaki sens mają kolonie, jeśli się nimi nie rządzi?; drugie: jeśli z posiadania kolonii nie płyną żadne korzyści, to po co płacić za ich utrzymanie? Pierwsze wynikało z sytuacji w Kanadzie, gdzie obie prowincje, angielska i francuska, były zależne od gubernatorów. Władza wykonawcza podlegała więc ośrodkowi zamorskiemu. Drugie – ze względu na szerzące się wówczas poglądy zwolenników wolnego rynku i likwidacji wszelkich ograniczeń w handlu, w tym również dla towarów napływających do Anglii z kolonii. Poniżej analiza Dziewanowskiego.

x

Te dwa sprzeczne ze sobą pytania ujawniają istotę dylematu imperialnego – nie tylko w przypadku Wielkiej Brytanii. Na pierwsze pytanie: po co mieć kolonie, jeśli się nimi nie rządzi – ogromna większość metropolii imperialnych w dziejach odpowiada pozytywnie i jednoznacznie; należy mieć kolonie i rządzić nimi w sposób bezpośredni, wyciągając z tego maksimum zysku. Zastanówmy się jednak nad motywami, dla których „należało mieć kolonie”. Wydaje się, że badając dzieje rozmaitych imperiów, można wyróżnić co najmniej trzy główne motywy. Pierwszy: dążenie do gospodarczej eksploatacji terytoriów zależnych, czyli właśnie „wyciąganie z nich maksymalnego zysku”. Ten motyw niezwykle wyraźnie i w skrajnej postaci przejawił się w dziejach imperium hiszpańskiego, kiedy podbijało ono krainy po to, aby wydobyć z nich złoto, srebro i inne skarby. Był on również łatwo dostrzegalny w niektórych podbojach rzymskich, kiedy ogromnemu skupisku ludzkiemu w Mieście (Rzym to początkowo było miasto-państwo – przyp. W.L.), skupisku, którego duża część prowadziła żywot z gospodarczego punktu widzenia pasożytniczy – otóż gdy temu skupisku potrzebna była pszenica, oliwa, tkaniny – by odziać lud i nakarmić; a także dzikie zwierzęta i gladiatorzy – aby go zabawić i uspokoić. Motyw gospodarczy był więc pierwszym i podstawowym motywem w zdobywaniu kolonii.

Ale nie był jedynym, a czasem inne nawet go przesłaniały. I tak na przykład, studiując historię starożytnego Rzymu widzi się, że wiele rzymskich podbojów, zwłaszcza te w północnej, środkowej i południowo-zachodniej Europie, nie miało wyraźnych przyczyn gospodarczych, a bywało i tak, że okazywały się nadzwyczaj kosztowne; nie przynosząc zysków, obciążały wielkimi kosztami skarb państwa. W tym przypadku rozstrzygającym motywem było coś innego: chęć umocnienia dotychczasowych zdobyczy, ubezpieczenia granic państwa, usunięcia wiszącego nad tymi granicami niebezpieczeństwa. Ten motyw spotykamy w dziejach wszystkich imperiów, zwłaszcza – co logiczne i oczywiste – w ich okresach późniejszych, u szczytu potęgi, kiedy jest już czego bronić. Można zatem powiedzieć, że pierwszy motyw: gospodarczy, jest wczesną podnietą imperiotwórczą, drugi: wojskowo-strategiczny, podnietą okresu pełnego rozwoju. Powiedzieliśmy, że ten drugi impuls, nakazujący poszerzenie posiadłości, jest impulsem logicznym i oczywistym. Ale jest tak tylko na pierwszy rzut oka, chociaż owa logika kierowała rozumowaniem wielu najznakomitszych mężów stanu we wszystkich wielkich imperiach. W rzeczywistości jest to rodzaj błędnego koła. Ile sąsiednich krajów trzeba podbić, by uznać granice za bezpieczne? A jak postąpić z krajami jeszcze dalej położonymi, które zagrażają terenom uznanym przez nas za niezbędne dla naszego bezpieczeństwa? Jak uchronić się od zagrożeń wewnętrznych, rozmaitych buntów, powstań, rebelii? Jak chronić drogi komunikacyjne? I oto twórcy wielkiego imperium spostrzegają wreszcie, że po to, aby doprowadzić ich rozumowanie do logicznej konkluzji – trzeba podbić cały świat.

W tym momencie zaczyna się upadek imperium.

Koszta utrzymania armii, ochrony granic i dróg komunikacyjnych stopniowo przewyższają korzyści uzyskiwane z eksploatacji kolonii. Chodzi nie tylko o koszta natury finansowo-gospodarczej. Koszta społeczne i polityczne bywają czasem jeszcze większe. Podbojów można dokonywać armią niezbyt liczną, za to sprawną, dysponującą przewagą techniczną i energicznym dowództwem. Taka armia uderza w wybranym miejscu i chwili, bezwzględnością działania poraża przeciwnika. Natomiast rozrzucona na wielkich przestrzeniach armia mająca zadanie defensywne (bronić dawnych zdobyczy) i której liczebność wzrasta, a poczucie misji zanika – taka armia łatwo ulega demoralizacji. Bardziej niż wrogiem zewnętrznym poczyna interesować się tym, co dzieje się wewnątrz kraju, a zwłaszcza w metropolii; dowódcy ubiegają się o lepsze, bardziej intratne czy też ułatwiające dalszą karierę garnizony; aby to osiągnąć, poszukują protektorów w metropolii; potem z kolei inni ambitni działacze w metropolii zaczynają szukać ich poparcia. A potem… dzieje imperialnego Rzymu wyraźnie wskazują, co następuje potem. Armia włącza się do walki o władzę, ustanawia i obala cesarzy, nie dba już o wysunięte garnizony.

Na koniec przychodzą barbarzyńcy.

Posługiwanie się li tylko przykładem Rzymu byłoby jednak zbytnim uproszczeniem, chociaż The Cambridge History of the British Empire wcale się przed takimi porównaniami nie cofa. We wstępie do tomu VI, poświęconego Kanadzie, czytamy tam następujące skreślone ze śmiertelną powagą słowa: „Pragnąc inkorporować francuskich Kanadyjczyków do Imperium Brytyjskiego, nasi mężowie stanu i gubernatorzy wynaleźli środki i sposoby, przywołujące porównanie z użytymi przez Rzym w Grecji i w Galii. Ale nowoczesne zadanie było jeszcze trudniejsze od tego, z którym mieli do czynienia Cezarowie, ponieważ istniał teraz potężny wpływ religii i poczucia narodowego. W rezultacie Kanadyjczycy, przewyższając Greków i Galów swą świadomością narodową, a zatem i polityczną wytrwałością, stawiali skuteczny opór zarówno problemom asymilacji, jak i przymusu. Po prawdzie, żaden z tych środków nie był poważnie brany pod uwagę przez brytyjskich mężów stanu (…)”

Jednak mimo iż autorzy owej Historii nie cofają się przed podobnymi porównaniami, można mieć wątpliwości, czy taka analogia nie jest zbyt daleko posunięta. Pomiędzy imperium rzymskim a brytyjskim, prócz różnicy w czasie, istniała również odmienność geograficzna. Pierwsze było imperium przede wszystkim kontynentalnym, lądowym (choć sięgało również do Afryki i Bliskiego Wschodu). Drugie miało swe posiadłości rozsiane za morzami. Bardziej więc na miejscu będzie porównywanie z innymi, nowszymi imperiami kolonialnymi: portugalskim, hiszpańskim, francuskim, a także do pewnego stopnia z holenderskim, niemieckim i włoskim.

A zatem pierwszy był motyw gospodarczy, drugim była ochrona dotychczasowych zdobyczy. Bywało, że koszta drugiego przewyższały korzyści płynące z tego pierwszego. W przypadku Portugalii ciężary wynikające z konieczności ochrony wszystkiego, co na początku zdobyli portugalscy żeglarze, kupcy i zdobywcy, niebawem przewyższały możliwości metropolii. Podobne były dzieje imperium hiszpańskiego.

Bywał również i trzeci motyw, który najwyraźniej można rozróżnić w dziejach budowy imperium kolonialnego Francji, Niemiec i Włoch. Motyw najmniej logiczny, czasem ocierający się o granicę absurdu, głęboko jednak ludzki i dowodzący po raz nie wiadomo który, że człowiek – a dotyczy to również i rządów, republik, monarchii, cesarstw – działa pod wpływem niezwykle różnorodnych impulsów, niekoniecznie zgodnych z jego zasadniczymi interesami ekonomicznymi, a czasem zupełnie z nimi sprzecznych. Należy raczej powiedzieć, że ludzie działają nie tyle w rzeczywistej zgodzie ze swymi podstawowymi interesami, ile raczej w zgodzie z tym, co wydaje im się nadrzędnym interesem lub potrzebą, jedno zaś z drugim nie idzie w parze.

Takim nie gospodarczym, nie finansowym i nawet nie strategicznym motywem bywała w dziejach imperiów kolonialnych czysta chęć rozszerzenia panowania państwa czy króla, chęć umocnienia prestiżu, zwiększenia autorytetu, podkreślenia wyższości, zwielokrotnienia chwały. Francja podbijając w XIX wieku pustynne obszary północnej i północno-zachodniej Afryki, nie czyniła tego dla bezpośrednich korzyści gospodarczych, a w każdym razie nie stanowiły one głównej siły napędowej podboju. Niemcy, lokując się w Afryce czy na wyspach Pacyfiku, mieli tylko niejasne pojęcie o korzyściach ekonomicznych, jakie mogą z tego płynąć; powodowała nimi natomiast zazdrość i chęć dotrzymania kroku Wielkiej Brytanii. Włochy, gdy wdały się w walkę z Turcją o Libię, gdy obsadziły Somalię i Erytreę oraz później, gdy podbijały Abisynię, szermowały wprawdzie hasłem przestrzeni życiowej, przeludnienia Włoch i braku surowców, ale w gruncie rzeczy (dotyczy to szczególnie Włoch faszystowskich) chodziło im o ekspansję polityczną, o umocnienie autorytetu państwa, o pozyskanie szacunku wśród obcych. Przecież ani Libia, ani Erytrea nie nadawały się do masowego osadnictwa, nie dysponowały też surowcami (nikt wówczas nie słyszał o libijskiej nafcie). Nawet w Polsce nie brakowało ludzi, którzy pragnęli, by Francja przekazała nam Madagaskar, na którym jako żywo nie było żadnych poważniejszych bogactw. Byli i tacy, którzy podczas ostatniej wojny przemyśliwali o tym, by Polska przejęła kolonie odebrane Włochom – jako odszkodowanie wojenne dla naszego kraju. I cóż by zniszczona Polska robiła z Erytreą?

Trzecim motywem, spotykanym wcale nierzadko i mającym nieraz decydujące znaczenie – była więc próżność ludzka, próżność państwowa, królewska, ale i republikańska. Wystarczy przypomnieć słynne epizody z dziejów kolonialnych, które omal nie doprowadziły do wielkich wojen: incydent w Faszodzie, incydent w Agadirze… A cóż, jak nie próżność państwowa, stało się przyczyną wojny o Falklandy?

Odmianą tego motywu, który kilkakrotnie w historii wystąpił z ogromną mocą, jest dążność do podporządkowania sobie innych krajów z przyczyn religijno-ideologicznych. Najwyraźniej przejawia się ona w dziejach podbojów arabskich i tureckich oraz historii zakonu krzyżackiego, miała też swój udział w hiszpańskiej konkwiście. Istnieją również dwudziestowieczne przykłady tego rodzaju, a najnowszym są pewne hasła głoszone przez Iran Chomeiniego. Motywacja religijno-ideologiczna bywa skuteczna w pierwszym „bohaterskim” okresie podboju, wnet jednak wyczerpuje się i zostaje zastąpiona motywacją czysto imperialistyczną, to znaczy gospodarczą, a następnie wojskową. Przykład turecki jest tutaj szczególnie wymowny, podobnie jak krzyżacki.

A zatem u podstaw wszystkich wielkich imperiów kolonialnych w historii rozróżnić można trzy główne motywy: gospodarczy, strategiczny i ideologiczno-prestiżowy. Czasem splatały się one ze sobą, tworząc bogatą ideologię imperialną, w której obecne były wszystkie trzy elementy. Jednakże siła występowania poszczególnych elementów była w różnych metropoliach rozmaita. Imperium brytyjskie tym różniło się od innych (z wyjątkiem może holenderskiego), że czynnik gospodarczy, czynnik zysku, przeważał, a w każdym razie nigdy nie tracono go z oczu.

Było więc oczywiste i zrozumiałe, że w chwili gdy zorientowano się, że polityka monopolu gospodarczego i sztucznego, przymusowego zwalczania konkurencji przestaje być dla Wielkiej Brytanii korzystna, gdy angielski przemysł i finanse domagały się wprowadzenia reguł swobodnej gry, na miejsce starego, klasycznego pytania: po co mieć kolonie, jeśli się nimi nie rządzi, pojawia się nowe: po co rządzić koloniami, jeśli to przynosi ciężary, a nie daje zysku?

Mówiliśmy już, że Portugalia i Hiszpania nie znalazły rozwiązania tej kwestii i ich imperia upadły. Natomiast Wielka Brytania usilnie starała się ją rozwiązać. Znalezienie właściwej formuły nastręczało do końca wielkie trudności i znaleziono ją tylko w niektórych przypadkach. W rezultacie imperium brytyjskie również się rozpadło, ale nie tak definitywnie, jak to się stało z portugalskim. Pozostały pewne więzi, tradycje i instytucje, które sprawiły, że Brytyjska Wspólnota Narodów – a przynajmniej jej część – istnieje nadal.

Jednym z najważniejszych laboratoriów doświadczalnych była Kanada. Poprzednia próba ułożenia sobie stosunków z białymi koloniami w Ameryce zakończyła się niepowodzeniem – deklaracją Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Kanada – kraj o mniej licznej ludności, z której pokaźna część składała się z lojalistów, lepiej nadawała się do nowych eksperymentów imperialnych, natomiast sytuację komplikowało istnienie ludności francuskiej. Proces układania stosunków między Kanadą a metropolią nie przebiegał gładko. W 1837 wybuchła w okolicach Montrealu rebelia kierowana przez Francuza Papineau, w której również uczestniczyli niektórzy radykałowie pochodzenia angielskiego. Ogłosili oni republikę. Zamieszki wybuchły też w anglojęzycznej Górnej Kanadzie. Kres rebelii wkrótce położyła armia, ale był to mimo wszystko głośny sygnał alarmowy dla Londynu, który miał wszak w pamięci doświadczenia z koloniami amerykańskimi. Z wolna przed ludźmi kierującymi brytyjską polityką, a także przed opinią publiczną, zaczął się zarysowywać problem z długimi tradycjami, czy lepiej mieć dobrze prosperujących sojuszników (którym wszelako trzeba pozostawić obszerny margines swobody), czy też nędzniejszych i niej pewnych, a za to w pełni uzależnionych wasali? Myślę, że gdy chodzi o jej „białe imperium”, Anglia potrafiła znaleźć na to pytanie dalekowzroczną odpowiedź; nie potrafiła tam, gdzie głębokie różnice historyczne, kulturowe, rasowe i religijne uniemożliwiły uformowanie się głębszych więzi, powiązań trwalszych niż tylko polityczne i wojskowe.

Rezultatem rebelii roku 1837 było wysłanie do Kanady lorda Durhama, któremu rząd powierzył misję dokładnego zbadania sytuacji i zaproponowanie odpowiednich wniosków. Durham był człowiekiem niezmiernie bogatym i ustosunkowanym, którego pozycja społeczna i uzdolnienia predestynowały do najwyższych stanowisk w państwie. Jednocześnie wyznawał głęboko demokratyczne, a nawet radykalne poglądy, które utrudniały mu zrobienie kariery ( i istotnie jej nie zrobił). Oddał jednak wielkie usługi Wielkiej Brytanii i Kanadzie, a wysunąwszy po raz pierwszy pomysł nowego i nie spotykanego dotąd ukształtowania stosunków między metropolią a jedną z kolonii – otworzył nowatorską drogę ku przyszłości, czego zresztą bynajmniej nie doceniono. (…)

Durham nie domagał się bynajmniej utrzymania Kanady w dotychczasowej zależności od Wielkiej Brytanii. Wręcz przeciwnie. Raport zalecał dokonanie dwóch doniosłych posunięć, dwóch innowacji, które stały w sprzeczności z dotychczasowym systemem rządzenia i miały wpłynąć na dalsze kształtowanie się dziejów. Po pierwsze: zalecał zjednoczenie wszystkich prowincji kanadyjskich w jedno państwo. Po drugie: przekazanie (z pewnymi wyjątkami) pełnej władzy w ręce mieszkańców tego państwa. (…)

Utworzono silny rząd centralny; prowincję kanadyjską ponownie rozdzielono na dwie części – francuski Quebec i angielskie Ontario; postanowiono, że rząd federalny natychmiast przystąpi do budowy wielkiej kolei, łączącej wszystkie prowincje; przewidziano też, że do zjednoczonej Kanady przystąpią w terminie późniejszym pozostałe kolonie północnoamerykańskie.

Poważną trudność sprawiło znalezienie odpowiedniej nazwy dla nowego państwa. Postanowiono wprawdzie już na początku, że będzie się ono nazywało Kanadą. Ale jaką? Królestwem kanadyjskim? To mogłoby nasuwać myśl o odrębności królestwa kanadyjskiego od Korony Brytyjskiej, a nikt przecież nie kwestionował formalnego zwierzchnictwa brytyjskiej dynastii; ponadto – argumentowali niektórzy – byłoby to bezpośrednie wyzwanie wobec republikańsko nastrojonych Jankesów. Przedstawiciel Nowego Brunszwiku, Tilley, udał się podczas obrad na nabożeństwo do opactwa westminsterskiego i usłyszał śpiewany tam psalm siedemdziesiąty drugi, który podsunął mu nowe rozwiązanie. Stalo się ono później bardzo popularne, ale wciąż nasuwa trudności polskiemu tłumaczowi.

Tekst angielski odpowiedniego ustępu psalmu siedemdziesiątego drugiego brzmi: „He shall have dominion also from sea to sea, and from river unto the ends of the earth”. Jak łatwo się domyślić, chodzi o słowo „dominion”. I tutaj właśnie mamy trudności. Dwuwiersz ósmy (bo o ten chodzi) w tłumaczeniu księdza Wujka brzmi: „I będzie panował od morza aż do morza i od rzeki aż do krajów okręgu ziemi”. W Biblii Tysiąclecia czytamy: „I panować będzie od morza do morza, od Rzeki aż po krańce ziemi”. Czesław Miłosz tłumaczy to podobnie: „Panować będzie od morza do morza i od wielkiej rzeki po krańce ziemi”.

W moim egzemplarzu Biblii, wydanym przez Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne Warszawa 1979, dokonano przekładu z języków hebrajskiego i greckiego: „Niech panuje od morza do morza i od Rzeki aż do krańców ziemi!”

Jak widać polscy tłumacze solidarnie użyli czasownika „panować”. Jako rzeczownik brzmiałoby to więc: panowanie. Panowanie Kanady? To nie ma sensu. Jeżeli jednak odejdzie się od biblijnego znaczenia tego słowa, wówczas znajdziemy stare słowo używane jako określenie wielkiej posiadłości ziemskiej albo leśnej należącej do króla, później zaś jako wielkiej własności feudalnej należącej do pana, lecz uprawianej przez chłopów. Ale i o również nie odpowiada znaczeniu, jakie owemu słowu nadano w British North America Act. Nie odpowiadałoby to zresztą poczuciu dumy niezależnych osadników kanadyjskich. Trzeba więc uznać, że pojęcie dominium, którego użyto dla określenia nowego federacyjnego państwa kanadyjskiego, było wynalazkiem dokonanym przez Tilleya i jego współtowarzyszy, zatwierdzonym przez brytyjski parlament.

Dominium kanadyjskie, za którym poszły niebawem następne: Australia, Nowa Zelandia, Południowa Afryka. Było to nowe pojęcie, oznaczające nowy typ stosunków między metropolią a dawnymi koloniami. Stanowiło ono zarazem odpowiedź, jakiej Wielka Brytania udzieliła na owe dwa klasyczne pytania imperialne: po co mieć kolonie, jeśli się nimi nie rządzi, oraz: po co płacić na utrzymanie kolonii, jeśli nie ma z tego zysku? Był to również dowód, że w Wielkiej Brytanii nigdy nie zatryumfował czysto wojskowy sposób myślenia. Odtąd nie zamierzała ona troszczyć się o wewnętrzne sprawy kanadyjskie; zrezygnowała też z posługiwania się Kanadą do celów imperialnych. Oba kraje, związane osobą wspólnego monarchy, miały odtąd podążać równoległymi, ale osobnymi ścieżkami.

x

Tak tłumaczył nam pewien fragment rzeczywistości mason – zapewne bardzo wysokiego stopnia. Dziewanowski wyróżnia pewne motywy, które napędzały powstawanie imperiów:

  • motyw gospodarczy – imperium hiszpańskie, rzymskie
  • motyw wojskowo-strategiczny – imperium rzymskie w późniejszym okresie
  • motyw prestiżowy – imperium francuskie, niemieckie, włoskie
  • motyw religijno-ideologiczny – kraje arabskie, Turcja, zakon krzyżacki, Iran

Od tych modeli imperialnych brytyjskie, według Dziewanowskiego, wyraźnie odróżnia się. Wprawdzie motyw gospodarczy przeważał, ale Brytyjczycy potrafili znaleźć rozwiązanie, natomiast Portugalia i Hiszpania – nie. I dlatego imperia tych państw upadły. Brytyjskie również, ale nie do końca. Pozostały pewne więzi, tradycje i instytucje, które sprawiły, że Brytyjska Wspólnota Narodów istnieje nadal. Jakie to były więzi, tradycje i instytucje, o tym nie wspomina on. Dlaczego? Były to tradycje protestanckie, czyli odcinanie się od miejscowej ludności, niemieszanie się z nią. W przypadku imperium portugalskiego i hiszpańskiego podstawowym założeniem ich podboju była asymilacja miejscowej ludności i nawracanie jej na katolicyzm. Z biegiem czasu doprowadziło to do wykreowania wśród tej ludności świadomości narodowej, której ona prawdopodobnie nadal nie miała, i powstań przeciwko Madrytowi i Lizbonie. Independencia ou Morte! (Niepodległość albo śmierć) – „okrzyk znad Ipirangi” od 7 września 1822 roku jest głównym hasłem brazylijskiego dnia niepodległości. Wykrzyczał je regent Piotr. Więcej o tym w blogu Brazylia. W ciągu paru lat na początku XIX wieku wszystkie kolonie Ameryki Południowej wybiły się na niepodległość, a raczej na „niepodległość”, bo popadły w całkowitą zależność od protestanckiej Ameryki.

W przypadku imperium brytyjskiego pojawił się problem: jak doprowadzić do upadku imperium, ale tak, żeby nie upadło? I wymyślono ten numer z Kanadą i psalmem siedemdziesiątym drugim. Z Ameryką Południową uporano się w na początku XIX wieku, a kolonie w Afryce zlikwidowano w latach 60-tych XX wieku. Wtedy wszystkie państwa europejskie, łącznie z Wielką Brytanią, utraciły tam swoje kolonie. Anglia odpuściła sobie później nawet Rodezję i Afrykę Południową, bo były to kolonie kontynentalne, a więc nie stanowiące z jej punktu widzenia większej wartości. Tak więc wszystkie kraje europejskie przestały być potęgami kolonialnymi, Wielka Brytania pozostawała nadal imperium. To specyficzne imperium, bo leży ono na wyspach. Na nich leży Wielka Brytania, Australia i Nowa Zelandia. W pewnym sensie wyspą jest również Ameryka Północna, otoczona oceanami. Tylko na południu graniczy z całkowicie podległą sobie Ameryką Łacińską.

Tak więc imperium brytyjskie nadal trwa. Centrum dowodzenia jest City of London. Stany Zjednoczone, niby niezależne od Wielkiej Brytanii, realizują jej cele i terroryzują świat. Mamy więc tu do czynienia z podwójnym blefem. Najpierw stworzyła ona w Ameryce niby niezależne od niej państwo, a później pozbyła się swoich kontynentalnych koloni, by pokazać, że nie jest już mocarstwem kolonialnym.

Czy w takim razie to, z czym mamy obecnie do czynienia, to jest przenoszenie centrum świata do Chin, czy może kolejny blef? Niewątpliwie Chiny stają się centrum gospodarczym i handlowym świata, ale czy decyzyjnym? A to już inna para kaloszy.

Analiza Dziewanowskiego zawiera interesujące informacje, ale jest błędna i sprowadza czytelnika na manowce. Mason, niewątpliwie wysokiego stopnia, „zapomniał” o słoniu w składzie porcelany, czyli o imperium rosyjskim. Czy przypadkiem? Zapewne nie! Ten „słoń” nie pasował mu do koncepcji. Imperium rosyjskie jest równie trwałe jak brytyjskie. Początkowo nazywało się ono carskim, później Związkiem Radzieckim, a obecnie Federacją Rosyjską. A czymże jest federacja, jak nie imperium? Dlaczego Dziewanowski pominął to imperium? Czy dlatego, że jest ono bardzo podobne do brytyjskiego? To nie carowie byli zaangażowani bezpośrednio w podbój Syberii, podobnie jak Korona Brytyjska w tworzenie kolonii zamorskich. Jest to też imperium religijno-ideologiczne, prawosławne, tak jak brytyjskie – protestanckie. Jedno jest imperium morsko-wyspiarskim, drugie – lądowym. Oba się uzupełniają i współpracują ze sobą. Tak było w czasie II wojny światowej i tak jest obecnie w przypadku wojny na Ukrainie. Watro, by pamiętali o tym wszyscy ci, którzy tak prą do współpracy z Rosją i są zwolennikami panslawizmu.

Osadnictwo

W blogu Jezuici pisałem o tym, że to właśnie oni stworzyli nowy naród polski z niewykształconych w sensie narodowościowym i językowym społeczności z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Zetknąłem się oczywiście z opiniami, że to jednak ludność z Korony emigrowała na wschód i podporządkowywała sobie tamtejsze społeczności. Gdyby tak było to istniałaby jakieś relacje z czasów tego osadnictwa, jakieś pamiętniki, dokumenty itp. Tego nie ma i nikt z tych, którzy o tym wspominają, nie powołuje się na nie. Zresztą osadnictwo to wcale nie jest taka prosta sprawa, ale o tym w dalszej części bloga.

Jan Stanisław Bystroń w książce Dzieje obyczajów w dawnej Polsce; wiek XVI-XVIII PIW 1976 pisze:

„Kto osiadał? Stosunki były niepewne, więc i osadnictwo różne przechodziło koleje losu; w każdym razie żywiołu polskiego weszło na Ruś bardzo dużo. Osiadali tu więc przede wszystkim uczestnicy kresowych wojen, którzy stopniowo obozy wojskowe przekształcali w osady kolonizacyjne, sprowadzano tu całymi wsiami ludność poddańczą z ziem rdzennej Polski, przychodzili tu chętnie bardziej przedsiębiorczy mieszczanie, aby dorobić się majątku w zmiennej koniunkturze. Wielcy panowie, którym przypadły ogromne obszary ukrainne, poszukiwali kolonistów, na których mogliby się oprzeć, a znowu rozmaitego rodzaju ludzie przedsiębiorczy, którym w dawnej ojczyźnie było za ciasno, szukali nowych siedzib na Rusi. Gdy tylko nieco było na Kresach spokojniej, gęsto wznosiły się „krzyże wolności”, czyli słobody, znaki obwieszczające wolność od pańszczyzny na określoną ilość lat dla osadników, którzy się zgłoszą; w krzyże zatykano kołki drewniane, które oznaczały ilość lat słobody, i co rok kołek jeden wyjmowano. Nie pytano kto zacz i skąd się wziął; kto przybył, dostawał ziemię i pracował dla siebie i dla pana. Rosła więc ludność, rosły obszary pod pługiem, rosły fortuny.”

Mamy tu bardzo ciekawe informacje, choć brakuje najważniejszego, czyli liczb, nawet szacunkowych. O ile w przypadku Żydów zachowały się pewne dane, które umożliwiły prześledzenie dynamiki osadnictwa żydowskiego w Polsce piastowskiej i Rzeczypospolitej, to w tym przypadku brakuje ich nam. Nie wiemy więc, jaka to była skala. Jeśli to osadnictwo odbywało się w oparciu o obozy wojskowe, to nie było ono raczej masowe, bo te wojska nie były liczne. Z drugiej strony, jeśli osiadali żołnierze najemni, to może to właśnie oni byli organizatorami powstań na Ukrainie. Natomiast ta ludność chłopska to byli po prostu niewolnicy, których przenoszono na nowe ziemie, tak jak Murzynów do Ameryki. Z kolei ci przedsiębiorczy mieszczanie i rozmaitego rodzaju ludzie przedsiębiorczy to Żydzi. I stąd te żydowskie kresowe miasteczka.

Wygląda na to, że by zachęcić ludność polską do emigracji na wschód, obiecywano im ziemię i zwolnienie od pańszczyzny na ileś lat. A co potem? Może właśnie tym faktem należy tłumaczyć te ciągle powtarzające się powstania na Ukrainie od momentu połączenia jej z Koroną. Gdyby tak było, to oznaczałoby to, że to polska ludność, a później już raczej zruszczona, ale z polskimi korzeniami, brała udział w tych powstaniach przeciwko „polskim panom”, czyli potężnym rusińskim feudałom. Ciekawe, że takich powstań nie było na Litwie. Nie wspomina Bystroń o polskim tam osadnictwie, chociaż wojny toczyły się nie tylko na kierunku południowo-wschodnim, ale również na północno-wschodnim. Czy mamy zatem do czynienia z niewyobrażalnym wręcz zafałszowaniem historii Kresów? Trudno tu o jednoznaczną ocenę z braku jakichkolwiek namacalnych dowodów. Czy dlatego, że ich nie było, czy dlatego, że je zniszczono albo gdzieś głęboko ukryto?

Inny typ osadnictwa przedstawia Bolesław Prus w powieści Placówka. Opisuje to tak:

  Maciek poszedł zgonem cmokając na szkapy, a Ślimak siedział na zboczu i patrzył. Siedział, oparł łokcie na kolanach, a głowę na rękach, aż mu na kark zsunęło kapelusz, palił fajkę pomaleńku... pyk-pyk, i wciąż patrzył.
O kilkaset kroków od niego, za rzeką, na ugorze Niemcy rozkładali obóz. Ślimak wciąż palił fajkę, a spoglądał i każde drgnienie też ciżby tłumaczył sobie w głowie.
Już Niemcy wozy płótnem kryte uszykowali w kwadrat, tworząc z nich jakby parkan, wewnątrz którego stoi bydło i konie, a zewnątrz kręcą się ludzie. ten wydobywa przenośny żłób na czterech nóżkach i stawia go przed krowami, inny wysypuje tam obrok z maniaka, inny z wiadrami idzie po wodę do rzeki. Kobiety wynoszą spod płacht żelazne kociołki i woreczki legumin, a gromada dzieci biegnie do jarów po opał.
- Ale mają kupę hołoty! - odezwał się Ślimak. - Z całej wsi nie zebrał by tyle dziecisków.
- Jak wszów - odparł Maciek.
Chłop wciąż pali fajkę i dziwi się. Uroki czy co?... Wczoraj jeszcze pole to było puste i ciche, a dziś - istny jarmark. Ludzie nad wodą, ludzie w jarach, ludzie na zagonach. Tną krzaki, znoszą wiązki chrustu, palą ogniska, karmią i poją bydło. Już jeden Niemiec otworzył kramik na wozie i widać handluje, bo koło niego ciśnie się tłum kobiet i wyciąga ręce: ta po sól, tamta po ocet, inna po cukier. Już kilka młodych Niemek porobiły kołyski z płacht na widełkach i jedną ręką szumują zupę w kotłach, drugą huśtają płachty. Już znalazł się konował, który ogląda nogę podbitej szkapie, już cerulik, który goli na stopniu wozu starego Szwaba. W polu gwar, bieganina, robota, a na niebie słońce podnosi się coraz wyżej.
Ślimak odwrócił się do Owczarza.
- Miarkujesz ty, Maciek, jak ony prędko robią? Od nas z chałupy, przecie bliżej do jarów niż z tela, a od nas idzie się po chrust na pół dnia. To ci zasię pary uwinęły się we dwa pacierze.
- Oho-ho!... - odparł Maciek czując, że to do jego powolności wypito.
- Albo przypatrz ty się - mówił Ślimak - jak ony kupą wszystko robią? Przecie i nasi ludzie, bywa, że wyjdą gromadą; ale każdy krząta się sam za siebie, ino częściej odpoczywa albo jeszcze innym przeszkadza. Te zaś psiekrwie tak jakosik zwijają się, jakby jeden naganiał drugiego. Nie próżnujesz, choćby cię kładło na ziemię, bo ci jeden tka w garść robotę, a już drugi na nią czeka i pili, żebyś kończył. Ino przypatrz się im i sam powiedz.
Dopalającą się fajkę oddał Owczarzowi i wrócił do chałupy zadumany.
- Wartki naród te Szwaby - mruczał - i mądry...
Sokoli jego wzrok w pół godziny odkrył dwie tajemnice nowożytnej pracy: pośpiech i organizację. (...)
- To ci naród te Szwabska!... Hamery wyglądają na panów, a ci co wzięli od nas kartofle, na chłopów; przecie jeden drugiemu rękę podaje za pan brat. u nas ludzie jak pogniewają się, to już nie wysłucha jeden drugiego; te zaś pary, choć się gniewają, to zawdy jeden drugiego wyrozumie i zrobi spokój...

Nie do końca chyba można zgodzić się z Prusem, że mamy tu do czynienia z dwoma tajemnicami nowożytnej pracy: pośpiechem i organizacją. Tak były zorganizowane społeczności protestanckie od czasów reformacji. Doskonale zostało to zobrazowane w filmie Świadek z 1985 roku w reżyserii Petera Weira na przykładzie gminy Amiszów. Były to po prostu komuny, podobnie jak żydowskie getta. Ten typ organizacji wykorzystano przy tworzeniu Imperium Brytyjskiego. Polegał on raczej na zdobywaniu terenu i okopywaniu się na nim, odgradzaniu się od tubylców i innych niebezpieczeństw, a to wymuszało pospiech i dobrą organizację. Inaczej było w przypadku kolonizacji Ameryku Południowej. W tym wypadku polegało to na podporządkowywaniu miejscowej ludności poprzez asymilację i narzucanie jej katolicyzmu. Komuny protestanckie, z racji sposobu ich zorganizowania, wymuszały niejako posłuszeństwo jednostek, bo tylko działanie dla wspólnego dobra gwarantowało przetrwanie, a te jednostki wiedziały, że za swoją pracę zostaną odpowiednio wynagrodzone. Z drugiej strony ci, którzy rządzili tymi komunami wiedzieli, że tylko sprawiedliwy podział wypracowanego bogactwa gwarantuje ich przetrwanie. W przypadku katolickiej organizacji cechą charakterystyczną była hierarchiczność i rozmach w podboju. W takim wypadku nie ma mowy o sprawiedliwym podziale wypracowanego dochodu. Tak działali jezuici. I ten typ podboju miał miejsce na kresach Rzeczypospolitej w byłym Wielkim Księstwie Litewskim.

Kazimierz Dziewanowski w książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium brytyjskie Oficyna Wydawnicza RYTM 1996 pisze:

„(…) pojawili się misjonarze jezuiccy. Wyróżniali się odwagą, poświęceniem i wytrwałością, a także wielkimi talentami w nawiązywaniu kontaktów z Indianami i w pozyskiwaniu ich dla wiary chrześcijańskiej. Była to doprawdy niezwykła kadra. Byli pierwszymi Europejczykami, którzy na własne oczy zobaczyli wodospady Niagary i Wielkie Jeziora Kanadyjskie. Trzeba przyznać, że pod wieloma względami przewyższali anglikańskich czy purytańskich pastorów, którzy wnieśli ogromny wkład w dzieło ucywilizowania Nowego Świata, ale był to wkład innego rodzaju. Duchowni protestanccy wielce przyczynili się do powstania demokracji w Ameryce, ale nie zapisali się jako zwolennicy ludzkiego i przyjaznego kontaktu i współżycia z właściwymi mieszkańcami tego kontynentu, choć były wśród nich chwalebne wyjątki. Na ogół odznaczali się tą samą cechą, jaka charakteryzowała Anglików we wszystkich częściach ich rozległego imperium: skłonnością do odgradzania się od tubylców, niemieszkania z nimi, traktowania ich z wysoka. Długa tradycja prac misyjnych Kościoła katolickiego, jego trwające od najdawniejszych czasów kontakty z przedstawicielami innych wiar, obyczajów, kultur, dawały pod tym względem misjonarzom katolickim zdecydowane pierwszeństwo, choć były przecież w historii Kościoła długie okresy, w których też nie wyróżniał się tolerancją.”

Polityka jezuitów na całym świecie była taka sama: pozyskiwanie dla katolicyzmu ludzi z wszelkiego rodzaju wiar, obyczajów, kultur. Tak też czynili w Wielkim Księstwie Litewskim po unii lubelskiej z 1569 roku. Ich działalność spowodowała powstanie nowego narodu polskiego, dla którego podstawowymi elementami tożsamości był powierzchowny katolicyzm i język polski. To była działalność dominująca, sądząc po efektach. Natomiast osadnictwo polskie na ziemiach ukrainnych było raczej zjawiskiem marginalnym, choć może brzemiennym w skutkach, jeśli założymy, że miało wpływ na powstania chłopskie na tamtym terenie. Jednak z braku jakichkolwiek danych trudno w tym wypadku pokusić się o jakieś wiarygodne wnioski.

Afery

Rozproszenie i asymilacja, pozorna asymilacja, dają taką przewagę, że narody rdzenne są bezbronne. Jeśli doda się do tego monopol na emisję pieniądza i w handlu, to sytuacja wydaje się beznadziejna i taką w zasadzie jest. Zapewne większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy i daje się wciągać w żydowskie gierki, takie jak choćby demokracja i wmawianie ludziom, że coś od nich zależy. Cóż, widocznie tak już musi być.

Antoni Słonimski w jednej ze swoich kronik tygodniowych z 1938 roku, Kroniki Tygodniowe 1927-1939 PIW 1956, pisze:

Jeśli chodzi o handel zamorski, to co prawda i bez kolonii doskonale dajemy sobie radę. Czytałem niedawno o pewnej aferze, której piekielna zawiłość przejęła mnie dreszczem podziwu. Pewien eksporter wysyłał na Jawę czy na Borneo wielkie transporty cukierków. Przy wyładowaniu skrzyń w porcie rozleciała się jakaś skrzynia, i wysypał się piasek. Konsul honorowy, który był przy tym obecny, bardzo się przeraził. Ale firma, która sprowadzała te dziwne cukierki z Polski, nie zgłosiła żadnej pretensji. Cóż by to znaczyć mogło? Okazało się, że spryciarz wysyłający cukierki miał umowę z firmą na Jawie, że będzie jej darmo wysłał żwir i piasek. Jako eksportujący wyroby cukiernicze, miał demon handlowy prawo kupowania cukru po cenach eksportowych, i cukier ten ze znacznym zyskiem sprzedawał na rynku wewnętrznym. Okazało się, że można zarabiać duże sumy na bezinteresownym wysyłaniu skrzyń z piaskiem. To się nazywa kręcić bicze z piasku. Tego rodzaju geniusze mieliby w koloniach prawdziwe żerowisko. Mnie osobiście bardzo by smakowało życie kolonialne, bo lubię podróże i tak naczytałem się książek dla młodzieży, że został mi na długo jeszcze głód egzotyki i przyrody.

Z kolei Stefan Zbigniew Różycki w książce Geolog detektywem Wiedza Powszechna 1979 opisuje takie przypadki:

O innym, jeszcze ciekawszym wypadku z kamieniami w beczkach opowiadał mi dr J. Zwierzycki, który prawie przez trzydzieści lat pracował w Indonezji jako rządowy geolog holenderski. Pewnego dnia, w okresie międzywojennym, wezwano go do portu w Surabaja dla obejrzenia dziwnego ładunku, który nadszedł z Polski na trudny do ustalenia adres. Były to beczki wypełnione głazami narzutowymi. Po bliższych dochodzeniach okazało się, że jest to ładunek wysłany na adres fikcyjny do kraju egzotycznego w celu uzyskania premii eksportowej, którą wtedy wypłacano w Polsce eksporterom.

Zabawna i głośna afera o posmaku geologicznym miała miejsce na kilka lat przed wojną. W dziennikach pojawiła się sensacyjna wiadomość o odkryciu piasków złotodajnych na Polesiu, budząc zainteresowanie w sferach finansowych i przemysłowych. Zanosiło się na „gorączkę złota”. Ceny gruntów w tej części Polesia zaczęły zwyżkować. Z ostatecznym zawieraniem transakcji powstrzymano się do momentu uzyskania odpowiednich ekspertyz geologicznych. Do Instytutu Geologicznego dostarczone zostały próbki piasków, w których istotnie znalazły się drobne grudki złota, takie jakie występują w złożach aluwialnych (rzecznych – przyp. W.L.). W próbkach pobranych z wierceń wskazanych przez „odkrywcę” również było złoto.

Z teoretycznego punktu widzenia obecność złota na Polesiu mogłaby mieć pewne uzasadnienie, gdyż leży ono na peryferiach krystalicznego Masywu Wołyńskiego, w którym złota wprawdzie nie wykryto, ale obecności jego nie można było całkowicie wykluczyć. W dodatku parę świeżo wówczas wykonanych wierceń potwierdzało, że skały krystaliczne tego masywu sięgają dalej na północ poza znane ich wychodnie na powierzchni. Pod piaskami mogły więc występować jeszcze nie znane formacje skalne, z których rozmycia pochodziłby piasek złotonośny. Zwróciło jednak naszą uwagę, że skład mineralogiczny dostarczonych próbek piasku jest zupełnie odmienny od piasku występującego w innych miejscach tego regionu. Obecne w nich były również – i to w obfitości – minerały nadzwyczaj rzadkie na Niżu Wschodnioeuropejskim. Zaczęło to budzić wątpliwości, czy „poleskie pisaki złotodajne” istotnie pochodzą z Polesia.

Wszczęte szczegółowe dochodzenie potwierdziło, że mamy tu do czynienia ze sprytnie zorganizowaną aferą. Oto pewien handlarz drewnem kupił na Polesiu duże obszary leśne, na których wyrąbał las i drewno sprzedał. Został mu piaszczysty, nieurodzajny teren, nie przedstawiający większej wartości. Chciał się go pozbyć, ale nie znajdował nabywcy. Postanowił więc znaleźć sposób na wzbudzenie zainteresowania tymi gruntami. Sprowadził, zdaje się z Alaski, kilka worków prawdziwego pisaku złotonośnego i parę metrów w głąb zasypał nim otwór wiercenia. Następnie zgłosił do urzędu górniczego odkrycie złota, przedstawiając odpowiednie próbki piasku komisyjnie pobrane z otworu. Sądził, że teraz szybko znajdzie nabywców na grunty, których chciał się pozbyć.. Sądził też, że uzyska za nie dobrą cenę. Niestety, próba oszustwa została szybko wyjaśniona przez geologów. Wcześniej, nim znalazł się naiwny kupiec tych ogołoconych z lasu piasków. „Złoty” interes się nie udał. Był on jednak tak zręcznie przygotowany, że aferzysty nie można było pociągnąć do odpowiedzialności sądowej.

Podobne afery „złotodajne” nierzadko zdarzały się w Ameryce. Tam jednak liczono na szybką zwyżkę kursów akcji na podstawie rozpowszechnianych plotek o odkryciu bogatych złoży. Sensacje tego typu „wybuchały” również na Uralu i stąd powstało rosyjskie powiedzenie: „gornoje dieło – tiomnoje dieło” – „górnicza sprawa – ciemna sprawa”.

x

Mamy więc w obu przypadkach opis pewnych działań, ale nie ma w nich nic o tym, jak mogło do nich dojść. To mogło być możliwe tylko w sytuacji, gdy ma się rozległe kontakty na całym świecie wśród ludzi, którzy wymieniają się informacjami niezbędnymi do podejmowania tego typu działań. To muszą być osoby, które zajmują różne stanowiska w różnych krajach, począwszy od dyplomacji a skończywszy na handlu. Tylko w takiej sytuacji można mieć dostęp do odpowoednich informacji. Tak może działać tylko jedna nacja.

Jan Stanisław Bystroń w książce Dzieje obyczajów w dawnej Polsce; wiek XVI-XVIII PIW 1976 pisze:

„Żyd umiał liczyć, umiał się obchodzić z pieniądzem, miał szerokie stosunki z współwyznawcami w całym chyba ówczesnym świecie…”

Skoro więc w tamtym czasie potrafili się komunikować ze sobą, to tym bardziej mogli to robić w okresie międzywojennym. Zapewne było w tamtym czasie wiele innych afer o podobnej skali, o których się nigdy nie dowiemy. O niektórych w blogu Afera, ale były też inne, które wymagały zaangażowania wielu ludzi, a ich skala i rozmach przerastały wszystko, co wcześniej ta nacja wymyśliła. O tym pisałem w blogach Liga Morska i Kolonialna, Liberyjska prowokacja i Brazylijska prowokacja.

W blogu Mistyka finansów pisałem:

»Dariusz Przywieczerski ukończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki (SGPiS) w Warszawie. Po studiach pracował w Centrali Handlu Zagranicznego Paged, w której był zastępcą dyrektora. Od 1974 roku pracował w Komitecie Centralnym PZPR. W 1980 roku został radcą handlowym ambasady PRL-u w Nairobi. Zarabiał pieniądze na dostawach kawy i herbaty do sąsiedniej Ugandy. Po powrocie do kraju w 1985 roku został dyrektorem firmy Universal, eksportera sprzętu AGD. Firma Universal powstała w wyniku prywatyzacji dawnej Centrali Handlu Zagranicznego (CHZ) „Universal”.

Radca handlowy ambasady PRL-u zarabia na handlu kawą i herbatą pomiędzy Kenią i Ugandą. Zapewne wykorzystuje fakt, że jest dyplomatą i może przekraczać granicę bez kontroli celnej. Ale do tego, by uprawiać taki proceder, potrzebne są jeszcze dwie strony. Ta, która po stronie kenijskiej skupuje tę kawę i druga po stronie ugandyjskiej, która ją kupuje i zapewne ma sieć dystrybucji, by ją sprzedać. Nietrudno domyślić się, któż to może być, ale też nietrudno domyślić się, kogo obie strony mogą dopuścić do tak lukratywnego interesu. Żydzi są wszędzie i wszędzie kontrolują obrót towarem.«

Handel jest tym rodzajem działalności, który generuje największe dochody i najszybciej, co pozwala na szybkie bogacenie się. Z tego względu jest on pod całkowitą kontrolą Żydów. Nie muszą oni zajmować się produkcją, bo ta jest całkowicie zależna od handlu. Przekonał się o tym kiedyś Henry Ford. Gdy doda się do tego fakt, że Żydzi mają monopol na emisję pieniądza, to ich władza wydaje się absolutna. To wszystko jest możliwe dzięki temu, że jest to nacja rozproszona i asymiluje się wszędzie tam, gdzie pojawia się. Opanowuje wszelkie dziedziny życia gospodarczego, politycznego, naukowego i kulturalnego oraz kontroluje media. W ten sposób ma władzę w każdym państwie i kieruje polityką każdego z nich. Jak chce to wywołuje wojny i kryzysy gospodarcze, a jak chce, to je kończy. Przenika ona też do sądów i administracji i dlatego sprawcy wszelkich afer pozostają bezkarni lub nie udaje się ich wykryć.

Jeśli więc ktoś twierdzi, że ten stan jest wynikiem ich pracowitości, przedsiębiorczości, zdolności, pomysłowości, to jest to tylko część prawdy. Wszystkie te zalety nie zadziałałyby, a przynajmniej nie w takim stopniu, gdyby nie to rozproszenie i asymilacja. To właśnie one pozwalają na kontrolowanie świata. I jest to jedyna nacja, która wszędzie na świecie czuje się jak u siebie, a to w praktyce oznacza, że ten świat do niej należy.

Heureza

Dużo ostatnio dzieje się na świecie. A kiedy się nie działo? Ilość programów informacyjnych czy publicystycznych, które mają za zadanie informować nas o tych wydarzeniach i tłumaczyć je nam, jest nie do ogarnięcia przez pojedynczego człowieka. Jednak ograniczenie się do paru wybranych też nie rozwiązuje problemu, bo każdy z nich ma za zadanie tłumaczenie nam bieżących wydarzeń i przewidywanie tych przyszłych. Tym problemem, czyli przewidywaniem przyszłości, zajmował się również Stanisław Lem. Jerzy Giżycki w swojej książce Z szachami przez wieki i kraje Wydawnictwo „Sport i Turystyka”, Warszawa 1984 tak pisał:

x

Stanisław Lem zajmując się w artykule Fantastyka naukowa i futurologia („Problemy”, 1968) problemami przewidywania kierunku rozwoju pewnych zdarzeń strategiczno-politycznych sięga po przykłady matematyki gier, a po możliwości kombinatoryki szachowej w szczególności:

„…Naprawdę zbadać wszystkich wariantów zdarzeń międzynarodowych jako konfliktorodnych niepodobna. Przedsięwzięcie takie okazuje się daremne nawet, kiedy stoimy przed deską szachową z jej 64 polami i 32 pionami oraz figurami. Liczba możliwych ruchów w jednej partii szachów sięga 2120. Nawet maszyna cyfrowa o rozmiarach Słońca nie zdołałaby przepatrzeć takiego uniwersum możliwych pozycji w czasie rozsądnym, tzn. porównywalnym z długością życia ludzkiego. Cóż dopiero mówić o klasie możliwych zajść na takiej szachownicy, jaką stanowi nasza planeta, kiedy «pionami gry» są państwa i narody, urzeczywistniające konkretne konstelacje interesów i konfliktów z ich nieprzeliczalnego zbioru.

Liczba ruchów szachowych, jakkolwiek olbrzymia, jest przecież w zasadzie przeliczalna, jako że szachy stanowią grę zamkniętą, czego już nie da się orzec o wydarzeniach realnych…”

I dalej, zastanawiając się nad wyborem strategii w grze, grze rozumianej jako model pewnych konfliktowych układów w życiu, autor pisze:

„…Gry, mające eskalację za wytyczną, to mają do siebie, że ich reguły startowe niekoniecznie muszą się okazać tożsame z regułami późnych stadiów zaawansowanych. I właśnie cała mądrość polityczna oraz militarna na tym ma polegać, aby strona orientowała się w tym, czy i kiedy zmusza przeciwnika do takiej zmiany dotąd używanych reguł, która może przerosnąć w zderzenia katastrofalne.

Gdy mamy przed sobą taką różnorodność konfliktowych zajść eskalacyjnych, których nie da się ogarnąć jakimkolwiek algorytmem, wypada posłużyć się sposobami heurezy. W przeciwieństwie do rozwiązania algorytmicznego, pozwalającego na pokonanie zadania (…) całkowicie pewne, ponieważ ten tryb postępowania na pewno uwzględnia wszystkie warianty możliwe (np. przepatruje wszystkie ruchy wewnątrz pewnej gry), postępowanie heurystyczne konieczne jest tam, gdzie taka dokładność urzeczywistnić się nie daje.

Tak więc – pod nieobecność algorytmu gry w szachy – każdy gracz uprawia typowo heurystyczną strategię, ponieważ nie wszystkie bada możliwości pociągnięć własnych i przeciwnika, lecz tylko podzbiór, uznany za «istotny» dla przebiegu gry.

Powiedzieliśmy, że szachy stanowią grę, którą wolno uważać za algorytmizowalną, chociaż jej algorytmu nie znamy; jesteśmy w prawie tak sądzić, albowiem konstrukcja algorytmu jest dla nich – w sensie matematycznym – możliwa. Bieg wydarzeń na światowej «szachownicy» stanowi jednak taką grę, albo raczej zbiór takich gier, których na pewno nigdy nie da się zlogarytmizować…”

x

Na początek wypada wyjaśnić słowo „heureza”. Słownik Wyrazów Obcych PWN, Warszawa 2002 tak je definiuje:

Heureza pedag. sposób organizowania nauki szkolnej polegający na naprowadzeniu uczniów na drogę samodzielnych poszukiwań i mniej lub więcej samodzielnego rozwiązywania zagadnień, wymagający aktywnej postawy ucznia i rozwijający samodzielność jego myślenia. (od gr. heuresis ‘odnalezienie’)

Natomiast Wikipedia tak:

Heureza (gr. heúresisodnalezienie) – sposób nauczania polegający na naprowadzaniu uczniów na właściwy tok rozumowania i doprowadzeniu do samodzielnego rozwiązania przez nich problemów.

Jedną z pierwszych osób używających heurezy był Sokrates. Metoda ta jest też często używana przez pedagogów sprzeciwiających się przekazywaniu uczniom suchych informacji.

Bieg wydarzeń na światowej «szachownicy» stanowi jednak taką grę, albo raczej zbiór takich gier, których na pewno nigdy nie da się zlogarytmizować…

Trudno nie zgodzić się z Lemem, ale dlaczego to jest taka gra? Tego nie napisał, więc wypada samemu odpowiedzieć na to pytanie. Dobrym przykładem tej skomplikowanej gry jest przebieg rewolucji w Rosji w 1917 roku. Wikipedia tak to we wstępie opisuje:

„Wojna domowa w Rosji (ros. Гражданская война в России) – wojna domowa rozpoczęta po ustanowieniu przez bolszewików w wyniku zamachu stanu (rewolucja październikowa) komunistycznej władzy państwowej w Rosji. Zwolenników władzy bolszewików określano jako czerwonych, a przeciwników jako białych. 18 stycznia 1918 bolszewicy rozpędzili wybrane w demokratycznych wyborach w listopadzie-grudniu 1917 Zgromadzenie Ustawodawcze Rosji – Konstytuantę, w którym nie posiadali większości (ok. 25% mandatów) i krwawo stłumili pokojowe demonstracje w obronie parlamentu. Oznaczało to, że pokojowe odsunięcie od władzy bolszewików nie jest możliwe, a jedynym sposobem na to pozostaje walka zbrojna. Podpisanie traktatu brzeskiego (3 marca 1918) spowodowało narastanie oporu wewnętrznego i wywołało poparcie Ententy dla ruchu białych, a po zakończeniu I wojny światowej ograniczoną zewnętrzną interwencję. Za zakończenie wojny domowej jest uważane zajęcie Krymu przez Armię Czerwoną w listopadzie 1920 roku. Na Dalekim Wschodzie walki trwały jednak do 25 października 1922 roku (zdobycie Władywostoku). W Jakucji starcia zbrojne miały miejsce jeszcze w 1923 roku, a na Półwyspie Czukockim – do połowy 1924 roku.”

Źródło: Wikipedia.

Pod koniec XIX wieku zaczęły w Rosji powstawać partie polityczne. Gdy więc car abdykował, to można było przeprowadzić wybory i powstał rząd tymczasowy. Jednak niemal od razu pojawiły się sporne kwestie, jak choćby to czy kontynuować wojnę, czy – nie. Bolszewicy byli zwolennikami tego drugiego rozwiązania. Innego zdania byli biali, ale wśród nich dochodziło też do podziałów. Sformowali oni szereg armii oraz skłóconych ze sobą ośrodków politycznych. Część zwolenników białych była monarchistami, wielu zwolennikami demokratycznej republiki, socjalistami. Oprócz białych i czerwonych działali samodzielnie tzw. czarni (anarchiści – armia Nestora Machno na Ukrainie) i tzw. zieloni (chłopska samoobrona, walcząca przeciwko bolszewickiej polityce rolnej, ale także przeciw zwrotowi ziemi obszarniczej zarządzanej przez białych). Czerwoni stanowili monolit, nie było między nimi sporów ideologicznych. Jeśli się o coś kłócili, to tylko o sposób prowadzenia rewolucji. Gdy jeszcze do tego dodamy dziwne zachowanie dowództwa polskiego w czasie wojny z bolszewikami w 1920 roku, które robiło wszystko, by im pomóc w ich walce z białymi, to będziemy mieli pełny, ale bardzo zagmatwany, obraz tej rewolucji, ale też wyjaśnienie, dlaczego bolszewikom udało się utrzymać władzę.

Ktoś tu prowadził grę, której nie dało się zlogarytmizować. Można oczywiście przyjąć założenie, że to ludzie są sami sobie winni, że kłócą się ze sobą. Dlaczego jednak te podziały i kłótnie były tylko wśród antybolszewików, a u bolszewików była pełna zgoda? – Bo tylko w takiej sytuacji bolszewicy mogli pokonać przeważające siły.

Przywódcami wszystkich partii w przedrewolucyjnej Rosji byli Żydzi, byli też ich głównymi ideologami, oni decydowali o ich programach. Trudno sobie wyobrazić, by nie mieli wpływów w armii carskiej i w wielu innych środowiskach łącznie z prasą. Mieli takie wpływy w całej Rosji, nie tylko w jej części europejskiej. Właśnie na tym polega istota narodu rozproszonego i zasymilowanego, że jest wszędzie i wszędzie wnika w tkanki społeczne narodów rdzennych. W ten sposób naród ten może inicjować i kontrolować przebieg wszelkich wojen, rewolucji, powstań, protestów społecznych itp. Tak też to zadziałało w Rosji. W czasie rewolucji została ona rozczłonkowana na wiele obszarów, z których każdy miał swoje odrębne cele, ale gdy tylko bolszewicy ostatecznie zwyciężyli, to, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z większości ziem przedrewolucyjnej Rosji powstał Związek Radziecki. To właśnie Żydzi prowadzą tę grę, którą trudno rozszyfrować, jeśli nie zna się ich zamiarów. Tak było kiedyś i tak jest obecnie. I heureza ma w tym pomóc.

Angielski średniowieczny teolog William of Occam sformułował zasadę zwaną brzytwą Occama (Ockhama), wedle której do objaśniania rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów, niż jest to absolutnie konieczne. Mówiąc wprost: im prostsze objaśnienie rzeczywistości, tym bliższe prawdy. Można więc chyba powiedzieć, że brzytwa Occama jest jednym z narzędzi heurezy.

Zabory

Jak zapewne wszyscy wiedzą pod koniec XVIII wieku Rzeczpospolita została podzielona pomiędzy trzech zaborców. Co innego, gdy jedno państwo zostaje wchłonięte przez inne, a co innego, gdy zostaje podzielone pomiędzy trzy państwa. Czechy cały czas były częścią monarchii habsburskiej. Dziś to państwo jest daleko bardziej poważane na arenie międzynarodowej, niż państwo polskie, które jest raczej parodią państwa. No bo jeżeli Komendant Główny Policji bawi się granatnikiem w pomieszczeniu zamkniętym, to znaczy, że ma on mentalność kilkuletniego dziecka, a takiego kilkuletniego dziecka nie można przecież ukarać. I ten osobnik, o mentalności kilkuletniego dziecka, nadal pozostaje tym komendantem. To właśnie kraj Zulu-Gula.

Z trzech różnych części, które przez 123 lata należały do różnych państw, różnych pod względem rozwoju cywilizacyjnego i gospodarczego, nie da się stworzyć niczego normalnego. A ja, jako kabalista, czyli ktoś, kto przypisuje magiczną moc pewnym liczbom, zastanawiam się, czy liczba 123 jest w tym wypadku przypadkowa.

Parę tygodni temu zrobiło się głośno wokół wypowiedzi zmarłego aktora Jerzego Stuhra, który deklarował się jako obywatel Mitteleuropy. Znane są też jego i jego syna negatywne opinie na temat Polski i Polaków. Skąd to się wzięło? Do poszczególnych części byłej Rzeczypospolitej napływały rzesze obywateli państw zaborczych. To oni zajmowali najważniejsze i najlepiej płatne stanowiska w administracji i innych instytucjach oraz organizacjach państw zaborczych. Żyli tu jak pączki w maśle. To zapewne dotyczyło również przodków Jerzego Stuhra, którzy przybyli do Krakowa z Austrii lub Niemiec. Jednak z nastaniem II RP dla tych ludzi ta sielanka skończyła się, bo pojawili się ci, którzy tę nową Polskę „wywalczyli” i to teraz oni chcieli żyć jak pączki w maśle. Bardzo możliwie, że przodkowie Stuhra zostali odsunięci od synekur i stąd jego, a pewnie i wielu innych, narzekanie czy wręcz szkalowanie Polski i Polaków. Kłótnie zaczęły się już, zanim powstała II RP.

Z inicjatywy stronnictw galicyjskich, które utworzyły w 1914 roku Naczelny Komitet Narodowy (NKN), powstały w armii austriackiej Legiony Polskie. I Brygadą Legionów dowodził Piłsudski, II – m.in. Haller, III – m.in. Roja. Zawiązkiem Legionów Polskich była organizacja „Strzelec”, utworzona we Lwowie i Krakowie, m.in. przez Piłsudskiego. Z inicjatywy Komitetu Narodowego Polskiego (KNP) powstał w armii rosyjskiej w końcu 1914 roku Legion puławski, wcielony w 1915 roku do Brygady (później dywizji) Strzelców Polskich, od sierpnia 1917 roku w składzie I Korpusu Polskiego.

A więc zarysował się tu podział: jedni z Rosją, drudzy – z państwami centralnymi. Jednak wśród tych drugich też doszło do rozłamu. O tym pisała w swoim Dzienniku Maria Dąbrowska – Dzienniki 1914-1965, Polska Akademia Nauk, Wydział I Nauk Społecznych, Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009. Jest to wersja bez opracowania edytorskiego wydana w nakładzie 300 egzemplarzy. Jest to pełna, nieocenzurowana wersja tych Dzienników. Poniżej fragment z 1916 roku, ale jak można domyślić się, w późniejszym okresie uzupełniała ten wpis.

x

Już pod samym Lublinem wyminął nas odkryty samochód, w którym zobaczyłam dwie znajome sobie postacie: pułkownika Władysława Sikorskiego i dr Stanisława Kota. Jechali najwidoczniej do Lublina w celu stworzenia lub (jeżeli już istniały) wzmocnienia tam placówek Departamentu Wojskowego, tak jak ja jechałam w związku z projektowaną rozbudową placówki Pierwszej Brygady. Zabawiło mnie żałosne porównanie mojej skromnej osoby i podróży z tą wspaniałą jazdą dwu tak poczesnych osobistości.

Rozbrat pomiędzy dwoma wyżej wymienionymi, jakby dziś powiedziano, ośrodkami dyspozycji polskiego działania politycznego (Departament Wojs. i Pierwsza Bryg.) stawał się coraz głębszy, co dla mnie i dla Mariana (mąż Dąbrowskiej, piłsudczyk – przyp. W.L.) osobiście było bardzo bolesne, gdyż widzieliśmy pewne racje i pewne błędy z obu stron – jednak racje nie chciały się zejść, a błędy nie chciały się do siebie przyznać.

Po zajęciu przez Państwa Centralne całego zaboru rosyjskiego polityka Piłsudskiego zyskała znacznie mocniejsze podstawy, gdyż większość nadającej ton życiu duchowemu inteligencji warszawskiej i warszawskich polityków sprzyjała daleko bardziej Komendantowi niż galicyjskiemu N.K.N-owi – czuła się w klimacie Pierwszej Brygady, z której głównymi postaciami była już dawniej zżyta – bardziej swojo.

Zarysowujące się na tym tle różnice – pominąwszy liczne szczegóły oraz grające, niestety, dużą rolę uprzedzenia dzielnicowe – przedstawiały się mniej więcej w następujący sposób. Stanowisko Piłsudskiego przy zachowaniu minimum nieuniknionej ze względów strategicznych zależności od państw centralnych było nieprzejednane w sprawie bezpośredniego dążenia do zupełnej niepodległości. W związku z tym i w wyniku załamywania się Rosji, Piłsudski uważał za konieczne natychmiastowe podjęcie przygotowań do walki także i z Niemcami, w którym to celu wstrzymał werbunek do umundurowanych i walczących na froncie szeregów, a natomiast organizował przez swych ludzi tajną Polską Organizację Wojskową, znaną pod skrótem P.O.W.

N.K.N-iści ze swej strony, nie wyrzekając się oczywiście postulatu zupełnej niepodległości, sądzili, że zmuszeni będziemy w sposób nieunikniony przejść przez okres niepodległości ograniczonej w postaci jakiejś szeroko autonomicznej czy federacyjnej łączności z Austrią. Do tego stosując bieżącą politykę, uważali, że ani na chwilę nie wolno rezygnować z werbunku do Legionów (których tworzyła się już 3-cia brygada), będących najpoważniejszym atutem w przyszłej rozgrywce o stopień naszej samodzielności. Niezależnie zaś od tego twierdzili, (i mieli w tym słuszność) że nie powinniśmy rozprzęgać raz ustanowionych szeregów, które jako kadry polskiego wojska okażą się w przełomowej chwili nagląco potrzebne bez względu na wynik wojny, a więc także i na wypadek zwycięstwa Anglii i Francji. N.K.N-iści rozumieli też naturalnie grozę niemiecką, ale jako przeciwwagę tego niebezpieczeństwa widzieli tylko wygrywanie antagonizmów austriacko-pruskich.

Tak to wyglądało w mniej więcej czystej postaci, bo co tam pod spodem, to jak zwykle w polityce – różne rzeczy się działy.

Bardzo zabawne, że obok N.K.N-istów i Pierwszobrygadowców istniała jeszcze i garść polityków, która lekceważąc Austrię, realne widoki samodzielnego bytowania widziała dla Polski tylko w ścisłym na przyszłość sojuszu, a na obecną chwilę we współpracy z Niemcami. Przywodził tej garstce już wtedy na tym punkcie wręcz obłąkany Władysław Studnicki. Ze strony niemieckiej występował jako pośrednik m.in. późniejszy za okupacji kurator Uniwersytetu Warszawskiego, zniemczony Polak, hr. Hutten-Czapski. Jeśli dodamy, że bierny i zaniedbany politycznie ogół polski, wiedziony trafnym instynktem stronił od nowych okupantów, ale za to żywił tylko mgliste nadzieje na zjednoczenie ziem polskich pod bliżej nieokreślonym przewodnictwem Rosji, będziemy mieli niewesoły obraz prawie zupełnego braku samoistnej polityki polskiej, która by w oparciu przede wszystkim o własny naród chciała przyszłość budować. W tym układzie rzeczy jedynym istotnym przedstawicielem samodzielnej polityki polskiej, tworzonej w najtrudniejszych warunkach, była tylko garść ówczesnych Piłsudczyków. Jak się z tego zadania wywiązali, to inna rzecz, ale że je podjęli, to trzeba raz na zawsze podkreślić i zapamiętać, gdyż późniejsze błędy i grzechy przez tzw. „ludzi Piłsudskiego” popełniane, tak dalece zasłoniły tę ich pierwotną niewątpliwą zasługę, że gotowiśmy jej już nigdy – jak wielu innych prawd historii – spod gruzów nie wygrzebać.

Jeśli w Warszawie wszystko, co nie było moskalofilskie lub obałamucone przez odezwę Wielkiego Księcia, stanęło raczej po stronie Piłsudskiego niż N.K.N-u, tym bardziej można to powiedzieć o Lublinie. Lublin był poza Kielcami jedynym miastem, do którego po wycofaniu się Moskali wkroczyli nie Niemcy ani Austriacy, lecz właśnie Pierwsza Brygada. Widok polskich ułanów, zawsze podniecający naszą ulicę, wywołał podniesienie się temperatury uczuć patriotycznych, którym dosyć skutecznie starano się nie dać ostygnąć. Nadto znaczna i ruchliwa duchowo część inteligencji lubelskiej była przeważnie już od wielu lat w łączności z wielu obecnie uzbrojonymi współpracownikami Piłsudskiego, znając ich bądź z PPS bądź z chłopskiego ruchu Zaraniarskiego ze Związku Walki Czynnej itp. Nic też dziwnego, że usposobienie Lublina kazało się gorąco patriotyczne i na ogół gorąco „pierwszobrygadowe”. Przy czym słowa „Pierwsza Brygada” oznaczały zawsze myśl o Polsce nie tylko niepodległej, ale demokratycznej, ludowej. Tak jak Piotrków stał się chcąc nie chcąc ośrodkiem promieniowania Departamentu Wojsk. N.K.N., tak Lublin stał się na jakiś czas stolicą „roboty Piłsudskiego”, a wpływy N.K.N. pozostały tam zawsze dosyć znikome. Piłsudski odkomenderował wtedy do pracy politycznej sporą ilość swoich wojskowych, oczywiście prawie wyłącznie tych, którzy bądź z tradycji swojego życia, bądź z wykształcenia czy upodobania byli politykami lub społecznikami, a na front poszli tylko, by spłacić tzw. „daninę krwi”, czy tam wykazać gotowość oddania życia w ofierze, wreszcie, jakby powiedzieć – dla fasonu. Podkreślam ten fakt, ponieważ w uważaniu późniejszych „sanacyjnych” rządów Piłsudskiego za wojskowe było sporo nieporozumienia. Tzw. „rządy pułkowników” nie były w gruncie rzeczy rządami wojskowych, gdyż ci pułkownicy przeważnie ani wykształcenia wojskowego, ani typowej kariery wojskowej za sobą nie mieli. Były to rządy uwojskowionych wskutek okoliczności i ogólnej mody polityków, może złych i niemądrych, może nawet w końcu niemoralnych, ale polityków nieraz niemal od dziecka – przy tym ludzi, którzy byli cywilami śród wojskowych, a wojskowymi, szerzącymi „obyczaje kordegardy” – śród cywilów, i właściwie w końcu sami dobrze nie wiedzieli po jakim świecie chodzą.

x

Jest takie powiedzenie: robić dobrą minę do zlej gry. Chyba w żadnej innej dziedzinie nie ma ono takiego zastosowania, jak w polityce. Generalnie ludziom, którzy zaangażowani są w politykę, chodzi o zdobycie władzy i związanych z nią przywilejów. Żeby jednak nie było tak przyziemnie, to trzeba uzbroić się w jakąś ideologię czy koncepcję polityczną. Gdy rozpoczęła się I wojna światowa, to było wiadomo, że wybuchła po to, by po niej nastąpiły zmiany, czyli żeby powstały nowe państwa. Tak więc ci, którzy służyli zaborcom, zapewne w dużym stopniu spolszczeni Austriacy i Rosjanie z Królestwa Polskiego, mieli swoje koncepcje nowego państwa. Wraz ze zniknięciem zaborców znikały też synekury, które ci zaborcy stworzyli. Rozpoczęła się więc walka o to, kto będzie rządził w nowym państwie i komu przypadną w udziale nowe konfitury. Jak ktoś się przyzwyczaił do wygodnego życia, to trudno mu się pogodzić ze zmianami i odstawieniem na boczny tor.

„Austriacy” wymyślili więc, że najlepszym rozwiązaniem będzie federacja nowego państwa z Austrią, bo tylko wtedy oni zachowają swoje synekury i jeszcze dojdą te z obszaru pozostałych zaborów. Podobnie myśleli „Rosjanie”. Natomiast towarzysze z PPS-u, czyli Piłsudski i jemu podobne szemrane towarzystwo, nie mieli nic do stracenia. Oni mogli tylko zyskać, ale pod warunkiem, że powstanie niepodległe państwo polskie, bo tylko wtedy te towarzystwa wzajemnej adoracji z zaboru austriackiego i Królestwa, czyli zaboru rosyjskiego, mogłyby zostać wyeliminowane pod pretekstem tego, że to tylko oni, czyli piłsudczycy, podjęli walkę o niepodległą Polskę. I tak się stało. II RP to było prywatne poletko piłsudczyków. We wrześniu 1939 roku pokazali oni, ile był wart ich patriotyzm: wykonali zlecone zadanie, Stalin zapewnił im alibi i mieli pretekst, by spierd….. za granicę.

Jeśli dodamy, że bierny i zaniedbany politycznie ogół polski, wiedziony trafnym instynktem stronił od nowych okupantów, ale za to żywił tylko mgliste nadzieje na zjednoczenie ziem polskich pod bliżej nieokreślonym przewodnictwem Rosji…

No właśnie! Został jeszcze ten lud polski, który dobrze pamiętał czasy pańszczyźniane, czyli niewolnictwa i pamiętał, że to car dał im wolność – to w tym wypadku trudno się dziwić takiej postawie. Chłopi instynktownie czuli, że ta niepodległa Polska, która miała być Polską ludową, nie będzie ich Polską i szybko, za sprawą Piłsudskiego, stała się Polską pańską, ziemiańską.

Mamy zatem w Polsce nadal do czynienia z zaszłościami z okresu zaborów, przypadek Stuhra, i okresu walki o to, kto w tej nowej Polsce, czyli II RP, wygra. Najwyraźniej pamięć potomków zaborców nadal jest żywa, a oni raczej okupują wyższe szczeble drabiny społecznej w obecnej Polsce, stąd często ich protekcjonalny stosunek do reszty społeczeństwa. Mamy też ludzi z korzeniami z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, jak choćby Miłosz, który nienawidził Polski i Polaków, nie bardzo wiadomo z jakiego powodu. Podobnym przypadkiem jest Olga Tokarczuk, ukraińska Żydówka. Mamy również masę ludzi z byłego WKL, która wywodzi się z niewykształconych pod względem językowym i narodowościowym społeczności. Oni oficjalnie często deklarują się jako Polacy, równie często – jako mniejszości narodowe, ale i jedni i drudzy, gdzieś tam w podświadomości pamiętają o swoich korzeniach i mają kompleksy na punkcie Polaków (tylko, których Polaków?) i to też objawia się jakąś fobią podobną do tej u Miłosza, Tokarczuk i innych. Wygląda na to, że Polska to taki wielki szpital dla psychicznie chorych, w którym psychiatrami są Żydzi, dokonujący eksperymentów na swoich pacjentach. Większość w tym kraju udaje kogoś, kim nie jest i ma tego świadomość, nawet jeśli jest to tylko świadomość podprogowa.

Jakby tego było mało, to „Melodia Pierwszej Brygady wykazuje jednak najwięcej podobieństw z warstwą melodyczną marsza Tęsknota za ojczyzną (Тоска по родине) autorstwa Rosjanina Jakuba Josifowicza Bogorada (1879–1941). Marsz został skomponowany w 1904 r. i zdobył ogromną popularność w czasie wojny rosyjsko-japońskiej (1904–1905)”. Więcej tu.

Twórcy oficjalnego hymnu piłsudczyków zapożyczyli melodię od Rosjan, których oficjalnie nienawidzili i z którymi walczyli. Czy zrobili to z rozmysłem? A może raczej współpracowali z nimi? Przebieg wojny 1920 roku jakby to potwierdzał.

Epopeja narodowa

Jednym z elementów, które mają spajać narody i kształtować ich tożsamość, są eposy czy epopeje narodowe. Według Wikipedii epos czy epopeja narodowa to utwór literacki (epos) o istotnym znaczeniu dla narodu lub grupy społecznej, przedstawiający jego/jej dzieje w przełomowym momencie. Określenie to przyznawane jest zwykle jednemu dziełu literatury narodowej, które według materiałów historycznych czy tradycji ma najwierniej oddawać charakterystyczne dla epoki rysy narodu lub jego warstwy, osiągając jednocześnie wysoki stopień artyzmu.

Za pierwsze eposy narodowe uznano Iliadę oraz Odyseję spisane przez Homera. Przedstawiają one historie herosów walczących z przeciwnościami losu. Polskim przykładem eposu jest Pan Tadeusz autorstwa Adama Mickiewicza, gdzie zawarta jest historia okupowanego narodu, który widzi nadzieję na niepodległość w nadchodzących wojskach Napoleona.

Polskie eposy narodowe

Polskie eposy narodowe mają swój początek od tłumaczenia Jerozolimy wyzwolonej Torquato Tasso przez Piotra Kochanowskiego w XVII wieku. Ze względu na częściową parafrazę stosowaną dla spolszczenia tekstu był on uważany za ważny prototyp dla przyszłych eposów. Pierwszą większą próbą stworzenia eposu narodowego była Lechiada Macieja Kazimierza Sarbiewskiego. Eposu poeta nigdy nie dokończył. Zachowała się tylko XI pieśń. Następnie Wacław Potocki napisał pierwszy polski epos narodowy – Transakcję wojny chocimskiej. Utwór ten tworzony w latach 1669–1672 został jednakże wydany po raz pierwszy w 1850 roku. Pierwsze znane w Polsce polskie eposy narodowe to Sobiesciada (1686) Jędrzeja Ustrzyckiego i Viennis (1717) Jana Damascena Kalińskiego. Oba dotyczą zwycięstwa wiedeńskiego króla Jana III Sobieskiego. Ambitną, ale zapomnianą próbą była Jagiellonida Dyzmy Bończa-Tomaszewskiego.

Następnym polskim eposem narodowym jest Pan Tadeusz Mickiewicza. Do eposów polskich zaliczają się również Monachomachia i Antymonachomachia Ignacego Krasickiego. Umownie polskimi eposami narodowymi nazywa się także dzieła prozy polskiej – między innymi Stara baśń Józefa Ignacego Kraszewskiego i Chłopi Władysława Stanisława Reymonta.

x

Mamy tu zatem do czynienia z istnym embarras du choix, jakby powiedzieli Francuzi, czyli kłopot z wyborem. Stary naród polski z epoki piastowskiej, z ledwie rozwijającym się mieszczaństwem i wolnymi chłopami, został w okresie unii personalnej z Litwą zlikwidowany: mieszczaństwo skarlało i było obcego pochodzenia, a z wolnych chłopów zrobiono niewolników. Narodem stawała się szlachta ze wschodnimi korzeniami. Tak więc epos narodowy musiał, chcąc nie chcąc, uwzględnić stan faktyczny. I tak powstał Pan Tadeusz, w którym, jak pisze Wikipedia, zawarta jest historia okupowanego narodu, który widzi nadzieję na niepodległość w nadchodzących wojskach Napoleona. No tak, istniało przecież Księstwo Warszawskie, które obejmowało prawie (bez Pomorza) całość ziem etnicznie polskich. Dla Mickiewicza to nie była jego ojczyzna, bo przecież pisał : Litwo, Ojczyzno moja! Tak naprawdę ten poemat to był kolejny etap, w sensie kulturowym, na drodze do podmiany rdzennego narodu polskiego społecznościami z Wielkiego Księstwa Litewskiego. Te społeczności charakteryzował brak świadomości narodowej. Ludzie na tym terenie mówili o sobie, że są tutejsi, a porozumiewali się ze sobą po naszemu, po swojemu. I to nadal trwa. Na wsiach południowej części województwa podlaskiego ludzie mówią po swojemu. Zajazd nad Narwią na trasie Białystok – Lublin jeszcze do niedawna nazywał się Zagłoba, a teraz nazywa się Chutor na Narwią. Hier dominiert die ukrainische Wirtschaft und der ukrainische Geist.

x

W związku z tym wypada bliżej przyjrzeć się genezie tego utworu. Wikipedia tak pisze:

Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie – poemat epicki Adama Mickiewicza wydany w dwóch tomach w 1834 w Paryżu przez Aleksandra Jełowickiego.

Ta epopeja narodowa (z elementami gawędy szlacheckiej) powstała w latach 1833–1834 w Paryżu. Składa się z dwunastu ksiąg pisanych wierszem, trzynastozgłoskowym aleksandrynem polskim. Czas akcji: pięć dni z roku 1811 i jeden dzień z roku 1812.

Epopeja jest stałą pozycją na polskiej liście lektur szkolnych. W 2012 była publicznie odczytywana w akcji społecznej propagującej znajomość literatury polskiej Narodowe Czytanie Pana Tadeusza.

Okoliczności powstania utworu

Jesienią 1830 roku w Rzymie Adam Mickiewicz wysłuchiwał gawęd szlacheckich wygłaszanych przez hrabiego Henryka Rzewuskiego. Narratorem i głównym bohaterem gawęd Rzewuskiego był fikcyjny szlachcic z Litwy Seweryn Soplica a jego opowiadania w sposób niezwykle barwny opisywały życie szlacheckie z ostatnich lat Rzeczypospolitej. Mickiewicz zachwycił się gawędami Rzewuskiego i nakłonił go do spisywania jego opowieści, i to w takiej postaci, w jakiej były wygłaszane – bez jakiegoś zasadniczego przestylizowania. Pamiątki Soplicy zaczęły ukazywać się w tamtejszej prasie i zyskały duże uznanie kół emigracyjnych, zaś w 1839 roku ukazały się w formie książkowej.

Pamiątki Soplicy

Pamiątki Soplicy – zbiór gawęd szlacheckich autorstwa Henryka Rzewuskiego. Początkowo Rzewuski wygłaszał gawędy w salonach emigracyjnych, jednak dzięki zachętom Adama Mickiewicza zaczął je spisywać jesienią 1830 roku w Rzymie i wydawać w tamtejszej prasie. W formie książkowej pierwsze 20 części cyklu wydanych zostało w Paryżu przez Aleksandra Jełowickiego w latach 1839–1841 pod pełnym tytułem Pamiątki JPana Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego. 5 kolejnych gawęd dodano w wydaniu wileńskim z lat 1844–1845, które ukazało się w wersji ocenzurowanej pod tytułem Pamiątki starego szlachcica litewskiego. Kontynuacją Pamiątek były niewydane za życia autora Uwagi o dawnej Polsce przez starego szlachcica Seweryna Soplicę Cześnika Parnawskiego napisane (wyd. 2003).

Narratorem gawęd jest fikcyjny bohater Seweryn Soplica, cześnik parnawski, opowiadający o osobach lub zdarzeniach z czasów Konfederacji barskiej i panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Soplica jest typowym przedstawicielem swojego środowiska, kieruje się typowym dla szlachty etosem, światopoglądem i poczuciem honoru. Te wartości są w gawędach rozumiane jako gwaranty ładu świata, który zagrożony może być jedynie przez to, co zagraniczne i obce.

Utwór Rzewuskiego, choć powstał jako pastisz i w dużej mierze przedstawiał fikcyjny obraz dawnej Polski, zdobył sobie znaczną popularność i entuzjazm odbiorców. Odwoływał się bowiem do tęsknoty za utraconymi czasami i pragnienia zachowania pamięci o przodkach i tradycjach narodowych.

x

Aleksander Jełowicki CR (ur. 18 grudnia 1804 w Hubniku, zm. 15 kwietnia 1877 w Rzymie) – polski pisarz, poeta, tłumacz i wydawca, uczestnik powstania listopadowego, poseł na sejm 1830–1831 roku z ziem zabranych z powiatu hajsyńskiego, emigrant we Francji, działacz społeczny, przełożony Polskiej Misji Katolickiej w Paryżu, zakonnik. Jełowicki wydał własnym nakładem m.in. III część Dziadów (1832), Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego (1832) i Pana Tadeusza (1834) Adama Mickiewicza. W latach 1835–1838 z Eustachym Januszkiewiczem i Stefanem Dembowskim prowadził w Paryżu Drukarnię i Księgarnię Polską – pod firmą, „Jełowicki i S-ka”.

Henryk Rzewuski herbu Krzywda, pseudonim Jarosz Bejła (ur. 3 maja 1791 w Sławucie, zm. 28 lutego 1866 w Cudnowie) – polski arystokrata, hrabia, powieściopisarz i publicysta, wydawca prasowy, twórca gatunku literackiego gawędy szlacheckiej oraz prekursor w języku polskim powieści historycznej w stylu Waltera Scotta, wolnomularz.

Jełowicki urodził się na Ukrainie, podobnie Rzewuski. Najstarszy przodek Rzewuskiego, o którym wspomina Wikipedia, to Stanisław Beydo Rzewuski (ok. 1600, zm. przed 1668) – sędzia ziemski lwowski w latach 1655-1668, pisarz ziemski lwowski w latach 1653-1655, podstoli bracławski w 1641 roku, skarbnik halicki w latach 1638-1641. Był synem Krzysztofa, dziedzica wsi Dłużek koło Kamieńca Podolskiego. Stanisław jako pierwszy z rodziny osiadł na stałe w województwie ruskim.

x

Pierwsi czytelnicy Pana Tadeusza nie tylko nie określili utworu mianem epopei, ale nawet wyrażali swoje niezadowolenie z powodu niewielkiej ilości podniosłego tonu w utworze; uważano, że zawiera za dużo treści rubasznych. Zauważono także, że nie pojawia się w utworze żadna wielka postać historyczna (pojawienie się takiej osoby miało być zgodne z kanonami eposu). O chłodnym przyjęciu dzieła świadczą także liczby: Dziady cz. III wydrukowano w dwóch tysiącach egzemplarzy, które zostały sprzedane w ciągu roku, natomiast pierwsze wydanie Pana Tadeusza przygotowano w trzech tysiącach egzemplarzy, które zalegały potem na księgarskich półkach. Dwa lata po publikacji Pana Tadeusza pojawiła się entuzjastyczna recenzja Wilhelma Häringa, który jako pierwszy określił utwór mianem epopei:

To najnowsze dzieło Mickiewicza jest doskonałym poematem epickim, dziełem, którego forma jest nam obca, ale istota odpowiada najsurowszym wymogom stawianym przez naszą krytykę estetyczną eposowi, a mianowicie jego najwyższej, a według innych jedynej odmianie. „Pan Tadeusz” przynosi bowiem pełny zamknięty obraz określonego narodu i jego specyficznych cech w określonej epoce; ciągłą interesującą akcję z bogatymi epizodami, z równie ciekawym, jak i pouczającym spojrzeniem wstecz na historyczną przeszłość; mistrzowskie soczyste i pełne opisy miejsc, stosunków; zwyczajów; plastyczny obraz martwej, jak i żywej natury i do tego charakterystykę tak odważną, trafną, uzależnioną od nastroju (…). Nie brak temu bohaterskiemu poematowi, a takim on jest, pięknych, idyllicznych rysów; a narodowej tej epopei, w której poeta wytyczył sobie piękny cel uchwycenia w poetyckich obrazach pewnej właściwości narodowej, tam, gdzie nawet najbardziej płomienny duch twórcy nie zostanie poetą. W poemacie tym znajduję całkiem oryginalną samorodną formę, która stary epos splata z powieścią; wreszcie w istnieniu tego poematu znajduję dowód, że można jeszcze dziś tworzyć epopeje.

Status arcydzieła literatury polskiej oraz eposu narodowego Pan Tadeusz uzyskał po 1863 roku. W 1873 roku ukazała się pierwsza monografia dzieła, w której jej autor – Hugo Zathey – ocenił bardzo wysoko utwór Mickiewicza. Praca ta wywarła duży wpływ na późniejszych badaczy Pana Tadeusza.

x

Skoro praca ta, Uwagi nad Panem Tadeuszem Adama Mickiewicza, wywarła duży wpływ na późniejszych badaczy, to warto przytoczyć dwa jej fragmenty:

„Również wyniosła postać Jacka Soplicy wyobraża nam los i charakter całego narodu w jego całej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Młody, dzielny, pełen zapału, odważny, przedsiębiorczy i szanowany powszechnie, postrach sąsiadom i wrogom, później powikłany w nieszczęsne, prywatne, osobiste stosunki, zbrodniarz samowolny – skutkiem zbrodni pokutnik, wygnaniec, tułacz, jedyne uspokojenie znajduje w poświęceniu beznagrodnem, w zaparciu się siebie, w zadośćuczynieniu za krzywdy i grzechy i, umierając spokojnie, widzi dopiero błyskającą jutrzenkę swobody. Czyż to nie jest dola całego narodu? Niegdyś świetność, później zawinienie rozbujałość i grzech – to przyczyna jego upadku, poświęcenie się za Ojczyznę, krwawa ofiara, wyrzeczenie się namiętności i prywaty to nadzieja swobody i podniesienia się z niedoli!”

„Charakterystyczna jest bowiem, że tylu cudzoziemców napłynęło do narodu i zrosło się z jego istotą – a nie można powiedzieć, żeby dla samolubnych celów i materyalnej korzyści – od upadku Polski najwięcej przybyło takich patryotów, a nie czekała ich ani nagroda, ani dostojeństwa, ale cierpienie i męczeństwo. I to musi uderzyć, że ci prozelici wnieśli narodowi wiele cnót i właściwości, których nie dostawało Polakom: zamiłowanie do nauki, do pracy wytrwałej i ciągłej, zasady rozumne i postępowe a obok tego wiele zdolności. Ztąd też na każdej niemal karcie czy to historyi politycznej ostatnich czasów, czy też dziejów literatury spotykamy cudzoziemskie nazwiska. Sprzeczność pomiędzy żywem, porywczem i nietrwałem uosobieniem szlachty a systematycznością i zamiłowaniem do pewnego stałego porządku we wszystkiem tych cudzoziemców spolszczonych – wybornie zarysował poeta, z wielkim życiem i prawdą, choć tak niby dorywczo i nawiasowo. Ta krótkość czasu, co wiecznie stała na zawadzie, że nie stało się zadość Buchmanowej radzie – sprawia wrażenie komiczne, bez wzgardy charakteryzuje szlachtę a bez kaznodziejskiego tonu wskazuje na zbywający jej namysł i rozwagę, tak potrzebną we wszystkich nawet najgorętszych i najświętszych przedsięwzięciach.”

x

Mamy więc początkowo do czynienia z sytuacją, że Pan Tadeusz zostaje przyjęty chłodno, żeby nie powiedzieć krytycznie. Dopiero gdy niemiecki literat wypowiedział się entuzjastycznie, to nastąpiła zmiana. No bo jak ktoś z Zachodu powiedział, że to wielkie dzieło, to chyba tak było. Jednak zacytowany przeze mnie fragment dowodzi, że to zwykłe wodolejstwo. Pisze on, że utwór ten przedstawia pełny obraz narodu w pewnej epoce. Jeśli obraz zaściankowej szlachty litewskiej ma być pełnym obrazem narodu, to co zresztą, która stanowiła 90% populacji zamieszkującej tereny byłej Rzeczypospolitej? Skoro jednak większość obecnego społeczeństwa tego kraju wywodzi się z tych 90%, to czy dla niej, dla tej większości, może to być epos narodowy? Choćby z tego względu nie może nim być.

Drugą osobą, która w znacznym stopniu przyczyniła się do podniesienia utworu Mickiewicza do rangi epopei narodowej, był Hugo Zathey (1846-1896). Dosyć zagadkowa postać, bo chociaż jego praca na temat Pana Tadeusza jest dostępna w internecie, to o nim samym nie ma prawie żadnych informacji. Na jego nagrobku na Cmentarzu Rakowickim można przeczytać: Doktor Filozofii Dyrektor Wyższej Szkoły Realnej w Krakowie. W Encyklopedii Powszechnej Wydawnictwa Gutenberga jest tylko informacja, że był polskim filologiem i historykiem literatury. Zadziwiająco mało jak na człowieka, który pierwszy dokonał gruntownej analizy tego dzieła Mickiewicza. I to ta monografia miała duży, a może największy, wpływ na późniejszych badaczy Pana Tadeusza. Tak więc dwaj obcokrajowcy powiedzieli nam, że grafomaństwo ubrane w piękne słówka, to wielkie dzieło i tak zostało. Co chcą ukryć ci, którzy nie chcą nam powiedzieć, kim był Hugo Zathey?

Również wyniosła postać Jacka Soplicy wyobraża nam los i charakter całego narodu w jego całej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. – Pisze Zathey. Mocno to naciągane, żeby nie powiedzieć dobitniej. A dalej: …poświęcenie się za Ojczyznę, krwawa ofiara, wyrzeczenie się namiętności i prywaty to nadzieja swobody i podniesienia się z niedoli! – Powstanie styczniowe i warszawskie się kłania. Nóż otwiera się w kieszeni na takie dictum.

Jednak w drugim fragmencie jest coś, co powinni sobie przyswoić wszyscy apologeci I RP i jej stanu szlacheckiego: „I to musi uderzyć, że ci prozelici wnieśli narodowi wiele cnót i właściwości, których nie dostawało Polakom: zamiłowanie do nauki, do pracy wytrwałej i ciągłej, zasady rozumne i postępowe a obok tego wiele zdolności.” Pisze on, że to Polacy, ale przecież to była zaściankowa szlachta litewska czy ogólniej – kresowa, a więc nie Polacy, tylko Litwini, Białorusini i Ukraińcy.

Pisze też Zathey, że „tylu cudzoziemców napłynęło do narodu i zrosło się z jego istotą – a nie można powiedzieć, żeby dla samolubnych celów i materyalnej korzyści – od upadku Polski najwięcej przybyło takich patryotów, a nie czekała ich ani nagroda, ani dostojeństwa, ale cierpienie i męczeństwo”. – Bzdura, kłamstwo i obłuda. Przyjeżdżali wraz z zaborczą administracją, zajmowali najważniejsze i najlepiej płatne stanowiska i żyli dostatnio.

Tak więc kresowe towarzystwo wzajemnej adoracji: Mickiewicz, Rzewuski i Jełowicki – wypichciło epos narodowy. Tylko, którego narodu? Rzewuski skompilował opowiadania kresowych gawędziarzy i pewnie mitomanów, Mickiewicz ubrał to w piękne słówka, a Jełowicki – wydał. Nikt tego nie chciał czytać, więc zaangażowano obcokrajowców, by napisali, że to wielkie dzieło. No, a jak tak napisali, to zaściankowa reszta podchwyciła rytm.

Polskim przykładem eposu jest Pan Tadeusz autorstwa Adama Mickiewicza, gdzie zawarta jest historia okupowanego narodu, który widzi nadzieję na niepodległość w nadchodzących wojskach Napoleona. – Pisze Wikipedia. Rosjanie mają dwa takie eposy. Jednym z nich jest Słowo o wyprawie Igora. Akcja utworu rozgrywa się w XII wieku podczas wyprawy Igora Światosławowicza, księcia Nowogrodu Siewierskiego, przeciw Połowcom. To takie plemię o tureckich korzeniach. Nowogród Siewierski to miasto położone około 150 km na północ od Kijowa. Drugim – Wojna i pokój. To powieść, której akcja toczy się w czasie wojen napoleońskich. W tym wypadku cały naród rosyjski walczył z Napoleonem. I dlatego powieść ta może być uznana za epos narodowy. W przypadku Pana Tadeusza ten warunek nie jest spełniony. Czy wykreowanie tego poematu na epopeję narodową nie miało na celu wbicia wiecznej zadry w stosunki polsko-rosyjskie? Nie polskie ręce to uczyniły.

Ostatnia Wieczerza

Ostatnio głośno zrobiło się wokół profanacji Ostatniej Wieczerzy dokonanej podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Niektórzy z internetowych komentatorów twierdzą, że jest to ostateczny atak na chrześcijaństwo, inni – że jest to prowokacja, mająca na celu wywołanie fermentu społecznego i dalsze polaryzowanie społeczeństw na całym świecie. Wobec tego wypada sobie zadać pytanie: czy warto reagować na takie prowokacje? Gdyby nie było reakcji na nie, to może umarłyby one śmiercią naturalną. Kościół katolicki jest w stanie całkowitego rozkładu i chyba nic już nie jest w stanie mu pomóc. Czy zatem te prowokacje i te protesty nie wychodzą z tego samego źródła? Trudno to oczywiście udowodnić. Może więc jest to dobra okazja, by przybliżyć sobie to wybitne dzieło i zastanowić się nad tym, czym ono sobie zasłużyło na takie miano i dlaczego jest tak ważne dla naszej kultury. Na początek parę informacji z Wikipedii.

Źródło: Wikipedia. Judasz – czwarty od lewej.

Ostatnia Wieczerza (wł. Il Cenacolo lub L’Ultima Cena) – malowidło ścienne autorstwa Leonarda da Vinci przedstawiające ostatnią wieczerzę, wykonane w refektarzu (jadalni) klasztoru dominikanów przy bazylice Santa Maria delle Grazie w Mediolanie. Obok Mona Lisy uchodzi za jeden z najwybitniejszych obrazów Leonarda da Vinci. Brytyjski historyk sztuki Kenneth Clark nazwał malowidło filarem europejskiej sztuki, zaś polska historyk sztuki Antonina Vallentin opisała dzieło jako kanon nowego ujęcia piękna i elementarz dla przyszłych pokoleń artystów.

Okoliczności powstania malowidła

Malowidło powstało na zamówienie księcia Mediolanu Ludwika Sforzy. Władca planował przebudować kompleks kościelno-klasztorny w mauzoleum Sforzów, jednak zrezygnował z tych planów po nagłych zgonach żony Beatrice i córki Bianki w 1497 roku. Malowidło miało stanowić główny element mauzoleum. Nie wiadomo, kiedy Ludwik Sforza zlecił wykonanie dzieła. Sam pomysł Ostatniej Wieczerzy Leonardo opracował ok. 1482 roku podczas prac nad Pokłonem Trzech Króli.

Leonardo malował obraz między 1494 lub 1495 a 1498 rokiem. Według relacji Giorgio Vasariego Leonardo da Vinci pracował nad malowidłem nieregularnie. Mając gotową wizję potrafił pracować przez kilkanaście godzin dziennie, zapominając o przerwie na posiłek. Po okresie ciężkiej pracy przez dłuższy czas nie malował, ograniczając swoją pracę do obserwowania obrazu i szukania najlepszych rozwiązań. Zdarzało mu się również nagle biec do klasztoru, by dokonać drobnych poprawek. Wolne tempo prac nad fryzami dekoracyjnymi dookoła malowidła wiązały się z prowadzonymi wówczas przez Leonarda studiami matematycznymi. Prace nad obrazem śledzili na bieżąco duchowni i mieszkańcy Mediolanu. Leonardo słuchał krytycznych uwag ze strony obserwujących i niekiedy dostosowywał się do nich.

Odbiór obrazu w kulturze

Modyfikacje tego dzieła da Vinci doczekały się bardzo wielu form. Polegają one zazwyczaj na zamianie bohaterów obrazu na inne postacie: gwiazdy popkultury, postacie fikcyjne, a nawet ustawione za stołem produkty spożywcze, przy czym sama postać Jezusa bywa wówczas wyobcowana. Niektóre nawiązania tworzone są z potrzeby szokowania odbiorcy, np. wykorzystując ten motyw dla ilustracji targów erotycznych, z użyciem gadżetów i fetyszy, część z nich jest celowo bluźniercza. Modyfikacjom towarzyszy mniejsza lub większa wierność w stosunku do oryginału. Tym, co podlega wiernemu kopiowaniu, są m.in.: liczba postaci, ich gesty, symetryczne ułożenie postaci, a także dodatkowe przedmioty, których nie ma na obrazie oryginalnym: trzymany przez Jezusa kielich (zastępowany innymi elementami kulturowymi), aureole.

Susan Dorothea White bazując na dziele Leonarda da Vinci namalowała obraz „Pierwsza Wieczerza” (ang. The First Supper). Sparodiowała ona pierwowzór poprzez zastąpienie 13 białych mężczyzn kobietami o zróżnicowanym pochodzeniu, co odzwierciedlają ich stroje oraz karnacja, a w szczególności, w miejscu Jezusa namalowała czarnoskórą kobietę. Jak sama stwierdziła, jej obraz reprezentuje bezpośrednie wyzwanie dla akceptacji wizerunku trzynastu mężczyzn po jednej stronie stołu jako wychwalanego symbolu patriarchalnej religii.

x

W dzisiejszym świecie rządzący nim robią wszystko, by doprowadzić nas do stanu zdziczenia. Temu m.in. służą tego typu inscenizacje, jak ta w Paryżu. Dlatego w ramach odreagowania chciałbym zacytować, na zasadzie kontrastu, fragment z książki O sztuce (REBIS, 2009). Jej autor E.H. Gombrich (1909-2001) urodził się w Wiedniu, ale większość życia spędził w Anglii. To chyba najwybitniejszy historyk sztuki XX wieku. Poniżej jego spojrzenie na Ostatnią Wieczerzę.

x

Dziwnym trafem prace, które w niewielkiej liczbie Leonardo ukończył w wieku dojrzałym, zachowały się w bardzo złym stanie. Kiedy patrzymy na to, co pozostało ze słynnego malowidła ściennego przedstawiającego Ostatnią Wieczerzę, musimy starać się wyobrazić sobie, jak jawiło się ono zakonnikom, dla których zostało namalowane. Obraz pokrywa jedną ścianę prostokątnej sali służącej za refektarz klasztoru Santa Maria delle Grazie w Mediolanie. Jakże fascynujący był moment odsłonięcia malowidła, kiedy obok długich stołów, przy których siedzieli zakonnicy, pojawił się stół Chrystusa i apostołów. Nigdy przedtem żadna scena religijna nie wydawała się tak bliska i tak realistyczna. Refektarz jakby powiększył się o drugą salę, gdzie Ostatnia Wieczerza przyjęła widzialną formę. Jakże wyraźnie światło padało na stół, dodając postaciom krągłości i solidności. Być może zakonnicy byli w pierwszej chwili zaskoczeni realizmem, z jakim przedstawiono wszystkie detale, naczynia oraz fałdy draperii. Wówczas, tak jak i obecnie, laicy często osądzali dzieła sztuki na podstawie ich podobieństwa do rzeczywistości. Taka była jednak prawdopodobnie tylko pierwsza reakcja. Należy przypuszczać, że kiedy minął zachwyt niezwykłą iluzją rzeczywistości, zakonnicy zwrócili uwagę na sposób, w jaki Leonardo zaprezentował biblijną scenę. Nic w tej pracy nie przypominało wcześniejszych przedstawień tego tematu. W tradycyjnych wersjach apostołowie siedzieli rzędem za stołem – jedynie Judasz oddzielony był od reszty – podczas gdy Chrystus pełen spokoju udzielał Najświętszego Sakramentu. Nowy obraz bardzo różnił się od tamtych malowideł. Był w nim dramatyzm i coś elektryzującego. Tak jak wcześniej Giotto, Leonardo powrócił do tekstu Pisma Świętego, starając się wyobrazić sobie, jak to było, kiedy Chrystus powiedział: „«Zaprawdę powiadam wam: jeden z was Mnie wyda». Bardzo tym zasmuceni, zaczęli pytać jeden przez drugiego: «Chyba nie ja, Panie?»” (Ewangelia wg św. Mateusza 26,21-22). Św. Jan dodawał, że „Jeden z Jego uczniów – ten, którego Jezus miłował – spoczywał na jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: «Kto to jest? O kim mówi?»” (Ewangelia wg św. Jana 13,23-24). To właśnie owe pytania i gesty rąk wprowadzają ruch do całej sceny. Chrystus dopiero co wypowiedział tragiczne słowa, a zgromadzeni u Jego boku apostołowie cofają się przerażeni. Niektórzy zdają się zapewniać o swoim oddaniu i niewinności, inni z powagą zastanawiają się, kogo Pan mógł mieć na myśli, jeszcze inni zdają się spoglądać ku Niemu w oczekiwaniu wyjaśnienia. Św. Piotr, najbardziej porywczy z apostołów, śpieszy ku św. Janowi, siedzącemu po prawej stronie Jezusa. Szepcąc mu coś do ucha, mimowolnie odsłania postać Judasza. On nie jest oddzielony od reszty, mimo to wydaje się odizolowany. Nie wykonuje żadnych gestów i nie zadaje pytań. Pochyla się do przodu, patrząc podejrzliwie lub ze złością, tworząc kontrast z postacią Chrystusa, który spokojny i zrezygnowany siedzi pośród całej tej wrzawy. Ciekawe, ile trzeba było czasu, by pierwsi widzowie uświadomili sobie, jakiego wielkiego mistrzostwa trzeba, by zapanować nad dramatyczną akcją tego wydarzenia. Mimo poruszenia, jakie wywołały słowa Chrystusa, w obrazie nie ma nic z chaosu. Dwunastu apostołów zdaje się w naturalny sposób dzielić na cztery trzyosobowe grupy, połączone ze sobą gestami i pozą. W całej tej różnorodności jest tyle porządku, a w całym porządku tyle różnorodności, że mamy tu prawie niewyczerpane możliwości harmonijnego wzajemnego oddziaływania odpowiadających sobie ruchów. (…) Jeśli na chwilę zapomnimy, co przedstawia scena, i tak możemy podziwiać piękno powstałego układu postaci. Wydaje się, że kompozycja ma charakterystyczną dla obrazów gotyckich naturalną równowagę i harmonię, którą próbowali przywrócić sztuce – każdy na swój sposób – artyści tacy jak Rogier van der Weyden i Botticelli. Leonardo nie musiał poświęcać poprawności rysunku ani dokładności obserwacji w imię zasad formalnych. Jeśli zapomnimy o pięknie kompozycji, staniemy nagle wobec rzeczywistości równie przekonującej i uderzającej jak to, co widzieliśmy w pracach Masaccia i Donatella. Ale także to osiągnięcie dotyka zaledwie prawdziwej wielkości dzieła Leonarda. Sięgając daleko poza takie kwestie warsztatowe, jak kompozycja i rysunek, musimy podziwiać głęboką wnikliwość, z jaką artysta przedstawił zachowanie i reakcje ludzi, oraz siłę wyobraźni pozwalającą mu rozwinąć przed naszymi oczami tę scenę. Naoczny świadek mówi, że często widywał Leonarda przy pracy nad Ostatnią Wieczerzą. Artysta wchodził na rusztowanie i nim wykonał następny ruch pędzlem, całe dnie stał z założonymi rękami, przyglądając się krytycznie już wykonanej pracy. To właśnie wynik owych przemyśleń pozostawił nam w spadku, a Ostatnia Wieczerza, mimo iż zachowała się w bardzo złym stanie, nadal pozostaje jednym z wielkich cudów, jakich dokonał ludzki geniusz.

x

Ostatnia Wieczerza to z jednej strony symbol chrześcijaństwa, z drugiej – dzieło sztuki. Dla chrześcijan jest to wyjątkowy obraz, bo ilustruje powstanie chrześcijaństwa. A skoro tak, to wszyscy ci, którzy parodiują czy profanują to dzieło, obrażają uczucia religijne innych ludzi. I żadne tłumaczenie, że jest to wyraz artystycznej ekspresji, nie usprawiedliwia takiego działania. Obrażanie ludzkich uczuć, bardzo delikatnych, jest przejawem prymitywizmu i prostactwa. Tego robić nie należy. W takiej sytuacji jedynym rozsądnym zachowaniem wobec tego typu ekscesów jest zignorowanie ich, bo czynią to osobnicy, którzy na miano ludzi nie zasługują. A dyskusja z troglodytami nie ma sensu. Piszę to jako ateista, który jest przeciwnikiem wszelkich wyznań i religii, bo są one instrumentem skłócania ludzi wierzących. I prawdopodobnie dlatego podzielono chrześcijaństwo na wrogie sobie wyznania. A kto to zrobił? Pewnie ten, kto to chrześcijaństwo wymyślił.

Jednak Ostatnia Wieczerza to też dzieło sztuki, wybitne dzieło sztuki. Dlaczego? To chyba dobrze uzasadnił Gombrich w cytowanym fragmencie. Jednak ktoś, kto nie interesuje się malarstwem, może nie rozumieć, dlaczego uznano to za wybitne dzieło. To staje się oczywiste dopiero wtedy, gdy porówna się je z obrazami, które wcześniej malowano. Leonardo ukończył pracę nad swym dziełem w 1498 roku, a więc było to na przełomie średniowiecza i renesansu. Średniowiecze to okres potęgi Kościoła, a do wiernych, niepiśmiennych, najłatwiej było dotrzeć poprzez obraz. Ówcześni malarze dostawali zlecenia na malowanie scen religijnych. Były to zazwyczaj kompozycje statyczne, często był widoczny brak proporcji pomiędzy pierwszym planem a tłem, malarze nie potrafili oddać perspektywy. Gdy więc dziś patrzymy na te obrazy, to wydają się nam one dziwne. W przypadku Ostatniej Wieczerzy mamy do czynienia z czymś zupełnie nowym: kompozycja nie jest statyczna, widać ruch, widać perspektywę. Obraz został namalowany na ścianie refektarza i sprawiał wrażenie, jakby pojawiła się druga sala, właśnie za sprawą perspektywy. To powoduje, że ten obraz jest wyjątkowy, tylko że to wszystko widać, gdy stoi się w tym refektarzu. Ci którzy parodiują i ci, którym to się podoba, nie mają zielonego pojęcia o tym kontekście. No, ale przecież od troglodytów nie można za wiele wymagać.

x

Modyfikacje tego dzieła da Vinci doczekały się bardzo wielu form. Polegają one zazwyczaj na zamianie bohaterów obrazu na inne postacie: gwiazdy popkultury, postacie fikcyjne, a nawet ustawione za stołem produkty spożywcze, przy czym sama postać Jezusa bywa wówczas wyobcowana. – pisze Wikipedia.

Ostatnia Wieczerza – Maciej Świeszewski; https://www.swieszewski.com/pl/ostatnia-wieczerza.

Od 21 marca 2016 roku obraz wisi w hali przylotów gdańskiego Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy, gdzie jest dostępny dla publiczności. Pod koniec 2022 roku obraz został uznany przez Tygodnik POLITYKA za jedno z dziesięciu najważniejszych dzieł sztuki ostatniego trzydziestolecia. – To informacja z podlinkowanej powyżej strony. Dla tego tygodnika to dzieło sztuki, a dla mnie to kicz. Czy można jednak przedstawić Ostatnią Wieczerzę inaczej? Można.

Na podlinkowanej stronie można przeczytać:

„Ostatnia Wieczerza” Salvadora Dali to dzieło niezwykle symetryczne, starannie przemyślane i dopracowane w najmniejszych detalach. Jezus jest tu główną postacią, o czym świadczą chociażby: umieszczenie go w centralnym punkcie obrazu czy otoczenie jasną poświatą wschodzącego słońca. Boskość i  nadprzyrodzona istota objawiają się na obrazie podwójnie  – poprzez nadnaturalną, przejrzystą postać Chrystusa siedzącego przy stole oraz gigantyczny, surrealistyczny fragment tułowia wynurzający się z wody jeziora często interpretowany jako symbol i zapowiedź zmartwychwstawania. Apostołowie skupieni wokół stołu z pochylonymi głowami wydają się modlić, nie widzimy jednak ich twarzy. Charakterystyczny jest również fakt, że nie ma przed nimi pokarmów ani wina.

x

Jak mówi chińskie przysłowie: jeden rysunek jest więcej wart, niż 1000 słów. Różnica pomiędzy dziełem sztuki a kiczem jest tak wyraźna, że nie wiem czy można tu jeszcze coś dodać. Leonardo miał swoją wizję Ostatniej Wieczerzy, a Dali – swoją. Wersja tego ostatniego jest taką uwspółcześnioną i być może na wielu robiącą większe wrażenie, niż ta Leonarda. I to jest prawdziwa sztuka. A troglodyci niech się bawią modyfikacjami, jak pisze Wikipedia.

Imperia

Wszystko się zmienia. Jedyną niezmienną rzeczą na tym świecie jest ciągła zmiana. To prawo dotyczy również imperiów, które pojawiały się, upadały i zastępowały je nowe. W dniu 24 lipca Tomasz Piekielnik zasugerował na swoim kanale, że dochodzi do osłabienia pozycji Stanów Zjednoczonych jako hegemona i świat zmierza w kierunku wielobiegunowości. A może jest to tylko etap na drodze do pojawienia się nowego imperium, nowego hegemona – Chin. Jednak na początku, tak pomiędzy 2.30 a 10.55, Piekielnik powiedział coś ciekawego, co warto przytoczyć. Poniżej niedosłowny zapis fragmentów tej wypowiedzi.

Okazuje się, że szef tej dyplomacji (ukraińskiej) jest w Chinach. Rozmawia on tam… no właśnie! O czym on tam może rozmawiać z Chińczykami? O warunkach ewentualnego rozejmu, ewentualnego pokoju. Ale to pokazuje jeszcze coś innego. To pokazuje, że Chiny stają się coraz bardziej jawnym graczem na arenie międzynarodowej, że w tej chwili delegacje różnych państw skonfliktowanych, to nie tylko będą telefonować, umawiając się na audiencję w Waszyngtonie z prezydentami Stanów Zjednoczonych, ale w kwestiach istotnych dla bezpieczeństwa międzynarodowego, trzeba będzie pewne rzeczy ustalać z Chinami. Premier Victor Orban udał się z misją pokojową, po wizycie u Zełeńskiego i Putina, do Chin, a nie do Waszyngtonu. (…) Przed nami otwiera się wielobiegunowość świata, a byliśmy przyzwyczajeni do jednobiegunowego świata i Amerykanie mieli ostatnie słowo we wszelkich sprawach międzynarodowych.

Syjonizm to jest ruch żydowski, polegający na tym, aby Żydzi osiedlili się w tej swojej historycznej lokalizacji, objęli Jerozolimę za swoja stolicę. (…) Ruch syjonistyczny ma w swojej doktrynie gromadzenie funduszy na ten cel. No i jak Państwo wiecie nacja, o której mówimy, jest właścicielem, ktoś mógłby to powiedzieć, całego kapitału świata – powiedzmy prawie całego. Gdyby tak popatrzeć po nazwiskach osób, rodów, rodzin, będących właścicielami banków, Hollywood, firm medialnych, firm inwestycyjnych, największych banków, to rzeczywiście to się w ten sposób jasno okaże.

(…) Tym bardziej, że o wspomnianych nazwiskach, rodach czy generalnie nacji, gdy mówiłem, to też musicie Państwo wiedzieć, że np. amerykański przemysł zbrojeniowy, takie firmy jak choćby Lockheed Martin i firmy, które produkują rakiety, uzbrojenie są właśnie w dużej części w portfelu takich firm jak Vanguard, State Street, BlackRock. No i cóż, tylko pochwalić zdolności gromadzenia kapitału, choć różnymi sposobami, metodami i wzajemne wspieranie się. Życzyłbym sobie, żeby Polacy wszędzie tak się wspierali, jak ta nacja. Bylibyśmy wtedy,myślę, bardzo potężnym państwem. I wiedzielibyśmy, że na swoje władze trzeba wybierać rozsądnie czy rozsądnych i mądrych ludzi, którzy dbają o polski interes narodowy, a nie o czyjś inny.

x

Można zatem powiedzieć, że Piekielnik w paru zdaniach oddał istotę żydostwa: panowanie nad światem dzięki monopolowi na emisję pieniądza i wzajemnemu wspieraniu się. Jeśli więc firmy zbrojeniowe są zależne od żydowskiego kapitału, to nie ulega wątpliwości, że o wojnie czy pokoju decydują Żydzi. Mając monopol na emisję pieniądza decydują oni o wszystkim. Czy w takim razie decydują oni także o powstawaniu imperiów i ich znikaniu? Czy tworzenie z Chin fabryki świata i centrum światowego handu to ich dzieło?

Najlepszą powieścią napisaną w języku polskim jest Faraon Bolesława Prusa i może jeszcze Quo vadis, a to ze względu na jej uniwersalność, ponadczasowość i tematykę, która może zainteresować czytelników pod każdą szerokością geograficzną, w odróżnieniu od kresowego grafomaństwa, które zdominowało literaturę polską i jest do strawienia tylko przez ludzi z kresowymi korzeniami, a więc literatura zaściankowa. Pan Tadeusz Litwina Mickiewicza, to tylko forma, owszem piękna, ale nie ma tam treści – takie pierdu-pierdu. We wstępie do swojej powieści (cytuję wydanie PIW, 1957) Prus pisze:

Rodowici Egipcjanie mieli barwę skóry miedzianą, czym chełpili się, gardząc jednocześnie czarnymi Etiopami, żółtymi Semitami i białymi Europejczykami. Ten kolor skóry, pozwalający odróżnić swojego od obcego, przyczynił się do utrzymania narodowej jedności silniej aniżeli religia, którą można przyjąć, albo język, którego można się wyuczyć.

Z biegiem czasu jednak, kiedy państwowy gmach zaczął pękać, do kraju coraz liczniej napływały obce pierwiastki. Osłabiały one spójność, rozsadzały społeczeństwo, a nareszcie zalały i rozpuściły w sobie pierwotnych mieszkańców kraju.

Faraon rządził państwem przy pomocy armii stałej i milicji czy policji tudzież mnóstwa urzędników, z których powoli utworzyła się arystokracja rodowa. Tytularnie był on prawodawcą, naczelnym wodzem, najbogatszym właścicielem, najwyższym sędzią, kapłanem, a nawet synem bożym i bogiem. Cześć boską odbierał nie tylko od ludu i urzędników, ale niekiedy sam sobie stawiał ołtarze i przed swymi własnymi wizerunkami palił kadzidła.

Obok faraonów, a bardzo często ponad nimi stali kapłani: był to zakon mędrców kierujący losami kraju.

Dziś prawie nie można wyobrazić sobie nadzwyczajnej roli, jaką stan kapłański odegrywał w Egipcie. Byli oni nauczycielami młodych pokoleń, wróżbitami, a więc doradcami ludzi dorosłych, sędziami zmarłych, którym ich wola i wiedza gwarantowała nieśmiertelność. Nie tylko spełniali drobiazgowe obrządki religijne przy bogach i faraonach, ale jeszcze leczyli chorych jako lekarze, wpływali na bieg robót publicznych jako inżynierowie tudzież na politykę jako astrologowie, a nade wszystko – znawcy własnego kraju i sąsiadów.

W historii Egiptu pierwszorzędne znaczenie mają stosunki, jakie istniały między stanem kapłańskim a faraonami. Najczęściej faraon ulegał kapłanom, składał bogom hojne ofiary i wznosił świątynie. Wówczas żył długo, a jego imię i wizerunki, ryte na pomnikach, przechodziły od pokolenia do pokolenia, pełne chwały. Wielu jednak faraonów panowało krótko, a niektórych znikały nie tylko czyny, ale nawet nazwiska. Parę razy zaś trafiło się, że upadała dynastia, a klaff, czapkę faraonów otoczoną wężem, przywdziewał kapłan.

Egipt rozwijał się, dopóki jednolity naród, energiczni królowie i mądrzy kapłani współdziałali sobie dla pomyślności ogółu. Lecz nadeszła epoka, że lud skutkiem wojen zmniejszył się liczebnie, w uścisku i zdzierstwie utracił siły, napływ zaś obcych przybyszów podkopał rasową jedność. A gdy jeszcze w powodzi azjatyckiego zbytku utonęła energia faraonów i mądrość kapłanów, i dwie te potęgi rozpoczęły między sobą walkę o monopol obdzierania ludu, wówczas Egipt dostał się pod władzę cudzoziemców, i światło cywilizacji przez kilka tysięcy lat płonące nad Nilem – zgasło.

x

W tym krótkim fragmencie jest wszystko, czego obecnie doświadczamy. Nawet tzw. deep state funkcjonowało w tamtym czasie. Wskutek wojen i napływu obcych przybyszów nastąpił schyłek potęgi Egiptu. Rzym również upadł wskutek wojen i najazdu barbarzyńców. Tylko jakoś tak dziwnie złożyło się, że upadła zachodnia część Imperium Rzymskiego, a wschodnia przetrwała jeszcze 1000 lat. Jakoś tak wybiórczo dopadł kryzys to Imperium. Natomiast po upadku części wschodniej pojawiają się dwa globalne już imperia – portugalskie i hiszpańskie. Oba położone na ziemiach byłego Imperium Rzymskiego. Jak to się stało, że z peryferyjnych prowincji Rzymu powstały potęgi morskie?

O Imperium Portugalskim Wikipedia tak m.in. pisze:

Portugalia była pierwszym na świecie państwem prowadzącym politykę kolonialną (od 1415). Wraz z zakończeniem rekonkwisty w prowincjach Algarve i Alentejo, kraj ten kontynuował ekspansję chrześcijaństwa poprzez eksplorację wybrzeży Afryki. W połowie XVI wieku to niewielkie królestwo było liderem globalnego handlu.

Ustanowienie pokoju z Kastylią w 1411 rozpoczęło długi okres wyjątkowo korzystnej sytuacji międzynarodowej. Południową część Półwyspu Iberyjskiego wciąż zajmował Emirat Grenady, skutecznie blokujący zapędy kolonialne najgroźniejszego konkurenta Portugalii. Ekspansję terytorialną kraju zapoczątkowało zdobycie Ceuty w 1415 i odkrycie bezludnych wysp Madery (1418) i Azorów (1432). Przyczyną takiej polityki był między innymi wysoki przyrost naturalny i brak alternatywnych możliwości rozwoju. Założona około 1416 roku we wsi Sagres Szkoła Morska Henryka Żeglarza to pierwsza tego typu placówka na świecie, która przyciągnęła wybitnych uczonych z prestiżowych studia generalia. Pobliski Przylądek św. Wincentego był wówczas uważany za koniec znanego Europejczykom świata. Wyprawy, finansowane w dużej mierze z kasy Zakonu Rycerzy Chrystusa (którego Henryk był wielkim mistrzem), miały na celu eksplorację zachodnich wybrzeży dzisiejszego Maroka i Mauretanii. Liczono na pokaźne zyski z handlu niewolnikami, kością słoniową i pieprzem. W tym samym czasie Madera i Azory, jako posiadłości portugalskie, zostały zaludnione skazańcami, którzy zapoczątkowali tam uprawę roli.

Zakon Rycerzy Chrystusa (łac. Militia Domini Nostri Jesu Christi). Na mocy bulli papieskiej z 1319 zakon przejął majątek templariuszy w Portugalii. Główną siedzibę miał początkowo w Castro Marim, a następnie w 1357 siedzibę przeniósł do dawnego głównego zamku portugalskich templariuszy w Tomarze – do tamtejszego Klasztoru Zakonu Chrystusa. Pierwszy mistrz zakonu wywodził się z zakonu Avis, ale szeregowymi członkami w pierwszym pokoleniu byli dawni templariusze. Zakon przyjął regułę Kalatrawy i duchowe przewodnictwo opactwa cysterskiego w Alcobaça. Strój zakonny był koloru białego.

Zakon odgrywał ważną rolę w Portugalii, jego majątek był wykorzystywany do finansowania wypraw zamorskich, a jego członkowie brali udział w wielkich odkryciach geograficznych oraz przyczynili się do budowy portugalskiego imperium kolonialnego. Do zakonu należeli m.in. książę Henryk Żeglarz oraz przyszły król Portugalii Jan II. Na początku XVI w. zakon miał 454 komandorii w Portugalii, Afryce i Indiach.

Wielu żeglarzy (m.in. Diogo Cão i Dinis Dias) poświęciło się badaniom wybrzeży Afryki. W 1446 roku drugi z nich dotarł do Wysp Zielonego Przylądka, które mianował portugalską kolonią. W latach 1484–1485 mało wówczas znany Krzysztof Kolumb kilkakrotnie pisał do ówczesnego króla, Jana II. Po konsultacji z grupą doradców (Junta dos Mathemáticos) monarcha odrzucił jednak na początku 1485 roku propozycję zorganizowania wyprawy z Europy przez Ocean Atlantycki na zachód do Indii. Kontynuowano zamiar opłynięcia Czarnego Lądu. W 1488 roku silny sztorm zepchnął karawele Bartolomeu Diasa do wybrzeży dzisiejszego RPA. Odkryty skrawek lądu nazwano Przylądkiem Burz. Żeglarz chciał płynąć dalej, jednak bunt załogi zmusił go do powrotu, cypel przemianowano zaś wkrótce na Przylądek Dobrej Nadziei (Cabo da Boa Esperança).

Najdalej idącym skutkiem królewskiej polityki była słynna wyprawa Vasco da Gamy z lat 1497–1499, który korzystając z utartych przez swoich poprzedników szlaków dotarł drogą morską do hinduskiego portu Kalikat. Mało znany jest polski epizod tej przełomowej dla Europy ekspedycji w osobie przybranego syna Vasco i ulubieńca późniejszego króla Manuela I, niejakiego Gaspara da Gamy – poznańskiego Żyda w służbie Portugalii. Niewielki ładunek pieprzu, przywieziony z tej wyprawy pozwolił na wybudowanie w lizbońskiej dzielnicy Belém (dosł. Betlejem) okazałego Klasztoru Hieronimitów. Ekspedycja Vasco da Gamy zaprzeczyła również jednoznacznie teoriom niektórych średniowiecznych uczonych, według których Afryka w ogóle nie posiadała południowego przylądka i łączyła się z ziemią zwaną Terra Incognita.

Gdy załoga Vasco da Gamy szykowała się już do powrotu, na jej okręcie flagowym, manewrującym w pobliżu półwyspu Angediva zjawił się jakiś człowiek, który dobrze mówił po wenecku. Ubrany był w płótno, miał piękny turban na głowie, miecz u pasa. Zaledwie wyskoczył na ląd, uściskał serdecznie komendanta i kapitanów, opowiedział nam, że jest chrześcijaninem z Zachodu i we wczesnej młodości przybył do tego kraju. Obecnie znajduje się w służbie u pewnego szlachcica mauretańskiego (…). Zatem zaczął opowiadać początek swojego życia. Mówią, że w roku 1450 król polski kazał ogłosić w całym swym królestwie, aby wszyscy Żydzi, którzy się tam znajdowali, stali się chrześcijanami w ciągu 30 dni, albo żeby wyjechali z jego królestwa, a po upływie tego terminu ci, którzy się tam znajdą, zostaną spaleni. To było przyczyną, że większa część Żydów wyjechała z tego królestwa do różnych ludów, a wraz z nimi wyjechali jego ojciec i matka, którzy mieszkali w pewnym mieście Posna. Przybyli oni do Jerozolimy, a stamtąd pojechali do Aleksandrii, gdzie on się urodził” – kronika João de Barros. W rzeczywistości król polski nigdy nie wydał takiego nakazu.

Mimo nasilających się z czasem protestów innych państw, w posiadaniu Lizbony znalazły się lepiej wówczas znane tereny Afryki, Indii (zwanych od tego czasu Indiami Portugalskimi), Dalekiego Wschodu, a także nieodkryta jeszcze Brazylia, do której przypadkowo dotarła w 1500 roku ekspedycja handlowa Pedro Álvaresa Cabrala. 13 okrętów z 1200 marynarzami na pokładzie miało za zadanie założyć sieć faktorii kupieckich na wybrzeżu dzisiejszego stanu Kerala, wiatry i prądy morskie pokrzyżowały jednak te plany. Ponieważ Gaspar da Gama był przewodnikiem flotylli Cabrala, niektórzy historycy uważają go za współodkrywcę jedynej portugalskiej kolonii w Ameryce Południowej.

Bez Żydka z Poznania do Indji krążącego a chrztem Gaspard da Gama zwanego, Vasco da Gama 1498 i Kabral 1500 nie mieliby tego powodzenia w swych wyprawach, jakie on im zjednał” – Joachim Lelewel.

x

Marek Arpad Kowalski w książce Kolonie Rzeczypospolitej (Bellona, 2005) tak pisze o „Żydku z Poznania”:

Spośród innych, nie misjonarzy, lecz podróżników, kupców, marynarzy, czy wszelkiego rodzaju śmiałków, najczęściej wymieniany jest niejaki Gaspar da Gama, zwany też Gaspar da India (ok. 1455-1510). Był to Żyd urodzony w Poznaniu, stąd zalicza się go patriotycznie do naszych rodaków, tyle że we wczesnej młodości opuścił wraz z rodzicami Polskę. Początkowo przebywał w Palestynie, stamtąd około 1470 roku udał się do Indii, gdzie w 1498 roku zetknął się z wyprawą Vasco da Gamy, służąc jej jako tłumacz i znawca miejscowych obyczajów. Przyjął chrzest, podczas którego otrzymał nazwisko dowódcy portugalskiej wyprawy, a zapewne Vasco da Gama był także jego ojcem chrzestnym. Uczestniczył później w wielu ekspedycjach morskich. Znał dobrze wybrzeża Afryki Wschodniej, co w pierwszych latach po przetarciu szlaku przez Vasco da Gamę, pomagało portugalskim żeglarzom w docieraniu do Indii słabo jeszcze znaną drogą. Ale trudno uznać go za przedstawiciela Polski wśród pierwszych odkrywców; był Portugalczykiem z wyboru.

x

Żydzi od zawsze byli narodem koczowniczym, a położenie Palestyny umożliwiało im penetrację trzech kontynentów: Europy, Azji i Afryki. I tak zapewne czynili. Po zburzeniu Jerozolimy w 70 roku n.e. Rzymianie zabrali ze sobą do Rzymu mnóstwo Żydów, a reszta rozproszyła się po całym ówczesnym świecie. Ten fakt zapewne miał wpływ na ekspansję Imperium na terenie tych kontynentów.

Do tego, by dokonywać podbojów a następnie bogacić się na handlu zamorskim, niezbędna była znajomość tych terenów, znajomość miejscowych stosunków i języków, a więc przypadek Gaspara da Gamy. Ale najważniejsze były pieniądze, które posiadała ta koczownicza nacja. I w takiej sytuacji można zbudować imperium: kontroluje się handel zamorski i handel kontynentalny, dysponuje się kapitałem i ma się swoich ludzi rozproszonych we wszelkich instytucjach, mających wpływ na politykę danego państwa. W ten sposób można decydować o tym czy dane imperium ma trwać, czy może należy je zlikwidować, a centrum przenieść gdzie indziej. W pewnym momencie zdecydowano, że czas Portugalii i Hiszpanii minął i cały kapitał przeniesiono do Anglii i Holandii. Stało się to po odkryciu Ameryki i po tym, jak „wypędzono” Żydów z Półwyspu Iberyjskiego. Holandia zajęła na morzu miejsce Portugalii, a Anglia – Hiszpanii. O tym, jak to się stało w tym ostatnim przypadku, pisałem w blogu Armada.

W połowie XVI wieku kilka osób z pierwszorzędnych żydowskich rodów hiszpańskich dochodzi na dworze sułtańskim do decydującego wpływu politycznego. Około 1553 roku zjawia się w Konstantynopolu zbiegła z Portugalii marranka hiszpańska Garcia Mendesia, żona bankiera. Po śmierci męża, należącego do rodu Nassich (patriarchów), prowadziła w Europie rozgałęzione interesy bankowe, pożyczając królom i możnym. Uciekłszy z Portugalii przed inkwizycją, osiadła wśród innych marranów w Antwerpii, potem w Wenecji i Ferrarze, aż powiodło się jej dostać do Konstantynopola, gdzie przeszła otwarcie na judaizm. Wkrótce potem przybył do stolicy tureckiej jej bratanek i zięć Joao Miques, który przeszedł także na judaizm i nazwał się Józef Nassi (patriarcha).

Korzystając z odpadnięcia Niderlandów od Hiszpanii, które tak popierał Józef Nassi, znajdują sobie marrani portugalscy znakomitą siedzibę w Amsterdamie (1593r.), gdzie pozwalają im powracać bez przeszkód na judaizm. Dzięki majątkom portugalskich żydów wydziera Holandia handel zamorski z rąk Portugalczyków i staje się bogatym krajem. – Henryk Rolicki Zmierzch Izraela (1932).

Po pierwszej wojnie światowej skończyła się era świata jednobiegunowego. Okres międzywojenny był okresem wielobiegunowości, ale powoli środek ciężkości przenosił się za ocean. To tam wszystko było największe i najnowocześniejsze. Po II wojnie światowej mieliśmy do czynienia ze światem dwubiegunowym. A po 1989 roku – z jednobiegunowym. Atak na WTC z 11 września 2001 roku, symboliczne zburzenie centrum światowego handlu, oznaczał prawdopodobnie początek końca dominacji Stanów Zjednoczonych, która praktycznie trwała od zakończenia II wojny światowej. Centrum świata przenosi się do Chin. Teraz tam wszystko jest największe i najnowocześniejsze. A zaczęło się bardzo niepozornie od wizyty Henry Kissingera w Chinach w 1972 roku.

x

Aktualizacja z dnia 28.07.24

Oceniając literaturę kresową zapomniałem o Józefie Mackiewiczu, którego często cytuję na tym blogu. Z nim jest jednak pewien problem, bo on nie uważał się za Polaka. Był również zdania, że połączenie tak różnych państw, jak Korona i Wielkie Księstwo Litewskie, było błędem ze względu na zbyt wielkie różnice kulturowe i nie tylko. W końcu przeszedł na prawosławie. Pisał po polsku, bo społeczności WKL nie wykształciły w pełni rozwiniętych języków. Z tego względu nie mieścił się w głównym nurcie literatury kresowej i problematyka, którą poruszał była odmienna.

Legenda Solidarności

W numerze 26 tygodnika Przegląd z dnia 24-30.06.2024 ukazał się fragment książki Stanisława Sławomira Niciei Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych, t. 20, Wydawnictwo MS, Opole 2024. Fragment ten redakcja tego tygodnika zatytułowała Dwie biografie Anny Walentynowicz. Ja poniżej cytuję obszerne fragmenty tego, co wybrała redakcja.

x

Z okolic Równego wywodzi się rodzina Anny Walentynowicz (1929-2010) – suwnicowej w Stoczni Gdańskiej, której usunięcie z pracy 14 sierpnia 1980 r. stało się impulsem do wybuchu strajku w jej macierzystym zakładzie. Strajk ten niespodziewanie uruchomił potężną falę robotniczego buntu, który rozlał się po całej Polsce. W jego następstwie powstał dziesięciomilionowy ruch robotniczy o nazwie Solidarność, który ostatecznie doprowadził do gruntownych zmian politycznych w polskim państwie i upadku PRL. Anna Walentynowicz stała się jedną z ikon tego ruchu i postacią legendarną. Przyznano jej najwyższe polskie odznaczenie państwowe – Order Orła Białego oraz amerykański Medal Wolności Trumana-Reagana. Stała się bohaterką dziesiątków reportaży i kilku obszernych książek. Trafiła do filmografii i otrzymała przydomek „Anna Solidarność”. Jej wspomnienia ukazały się w językach angielskim, niemieckim, czeskim, słowackim, ukraińskim i japońskim.

Po dojściu w 1989 r. Solidarności do władzy ujawniły się wśród jej przywódców potężne kontrowersje i rozpoczęła się bezpardonowa walka personalna, w ogniu której znalazła się również Walentynowicz. Oprócz hagiografów, przypisujących jej wyłączny mit założycielski Solidarności, pojawili się antagoniści i demaskatorzy. Walentynowicz w swoich wypowiedziach atakowała przede wszystkim Lecha Wałęsę – wybranego przywódcą Solidarności, który tym samym zyskiwał światowy rozgłos.

Krąg zwolenników Walentynowicz od początku zwalczał wyidealizowany obraz Wałęsy, głosząc, że nim stanął na czele stoczniowej Solidarności, miał „ciemną przeszłość agenturalną” i wbrew jego twierdzeniom „nie włączył się do strajku w Stoczni Gdańskiej w obronie Walentynowicz, przeskakując przez płot, a został przywieziony do strajkującej załogi esbecką motorówką”. W opinii Walentynowicz i coraz liczniejszego grona jej zwolenników Wałęsa na początku strajku miał wykonywać polecenia swoich mocodawców z SB, którzy dzięki jego informacjom mieli wgląd i mogli od środka kontrolować przebieg robotniczego buntu w stoczni.

Walka dwóch ikon założycielskich Solidarności – Wałęsy i Walentynowicz – ma długą i dramatyczną historię. Jednym z następstw tej wielkiej kontrowersji było poddanie ostrej lustracji życiorysów obojga bohaterów zwycięskiego strajku. Poczęły powstawać na ich temat monografie i filmy hagiograficzne, ale też padały coraz cięższe oskarżenia, przybierające często formę paszkwili. Tylko irracjonalnym pieniactwem można tłumaczyć fakt, że Walentynowicz i Wałęsa potrafili się ze sobą tak brutalnie skłócić i znienawidzić. Potęgująca się polaryzacja polityczna poczęła niszczyć ich autorytety. Badacze wątków rodzinnych Walentynowicz zaczęli w toku tej walki ujawniać, że jej oficjalny życiorys mija się z prawdą. Pojawiały się coraz to nowe dowody, że niewygodne z jej punktu widzenia fakty zostały przemilczane, zatajone lub zmanipulowane.

Wersja Cenckiewicza

Według ubranej w togę naukowości hagiograficznej wersji Cenckiewicza Walentynowicz urodziła się w Równem, a jej rodzicami byli Aleksandra z Paszkowskich i Jan Lubczykowie. Z aktu urodzenia wystawionego post factum 27 grudnia 1951 r. (a więc miała już 22 lata) przez Romana Matuszewskiego, urzędnika łódzkiego Urzędu Stanu Cywilnego wynikało, że ojciec był ogrodnikiem, a matka krawcową. W odręcznym życiorysie z 4 listopada 1950 r., starając się o pracę w stoczni, Walentynowicz napisała, że rodzice byli właścicielami malej posesji w Równem i przed wybuchem wojny ukończyła cztery klasy szkoły podstawowej w tym mieście.

W wywiadach, których udzieliła dziennikarzom i reporterom (m.in. Hannie Kral, Tomaszowi Jastrunowi i Annie Baszanowskiej), opowiadała, że jej ojciec, zmobilizowany do Wojska Polskiego we wrześniu 1939r., z wojny nie wrócił, że w 1940 r. zmarła jej matka, a jedyny brat Andrzej został wywieziony na Sybir. W tej sytuacji jako kilkunastoletnia dziewczynka trafiła na służbę do niezapamiętanej przez nią z nazwiska polskiej rodziny i z nią wyjechała w 1943 r. w okolice Warszawy. Po wojnie osiadła w Gdańsku, uciekając właściwie od opresyjnych gospodarzy, którzy traktowali ją wręcz jak niewolnicę. Była przez nich bita i poniżana.

W Gdańsku po trzymiesięcznym kursie Walentynowicz uzyskała dyplom spawaczki i podjęła pracę w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Wyróżniała się pracowitością i entuzjazmem, osiągając z czasem pozycję wysoko cenionej i „wzorowej młodej proletariuszki”. Została w stoczni przodownicą pracy (wyrabiała 270% normy). Działała w stoczniowych strukturach Związku Młodzieży Polskiej i Ligi Kobiet. Jako wyróżniającą się przodownicę pracy w nagrodę wysłano ją w 1951 r., by reprezentowała „socjalistyczną młodzież” na Międzynarodowym Festiwalu Młodych Bojowników o Pokój w Berlinie, na którym była wśród setek delegatów wiwatujących w pochodzie przez miasto na cześć Józefa Stalina – „prawdziwego obrońcy pokoju”. Na łamach regionalnej prasy pomorskiej ukazywały się artykuły chwalące jej ideowość i pracowitość.

W późniejszych latach była odznaczana medalami: dwukrotnie brązowym za zasługi, raz srebrnym i raz złotym. W 1984 r., kiedy stała się opozycjonistką, odesłała te medale do Rady Państwa PRL. W 1952 r. urodziła nieślubnego syna, Janusza. Nazwiska ojca nigdy nie ujawniła. W 1964 r. wyszła za mąż za Kazimierza Walentynowicza, również pracownika Stoczni Gdańskiej, zaangażowanego w działalność związkową, który zmarł w 1971 r.

Lustracyjne kontrowersje

Gdy 10 kwietnia 2010 r. Anna Walentynowicz jako członkini delegacji polskiej na uroczystości katyńskiej zginęła w katastrofie lotniczej w Smoleńsku, do mieszkającej w Równem Walentyny Romaniuk, dziennikarki amerykańskiej rozgłośni Radio Swoboda, mającej siedzibę w Pradze czeskiej, zadzwonił kolega z pytaniem, czy wie, że Walentynowicz była Ukrainką. „Początkowo – wspomina Walentyna Romaniuk – nie uwierzyłam. O tym, kim była Walentynowicz, wiedziałam. Ale byłam przekonana, że matka Solidarności była Polką. Kolega jednak nalegał, abym odszukała rodzinę Anny. Jak się okazało, mieszkali oni w sąsiedztwie redakcji. Poszłam do tego mieszkania i przedstawiłam się. Na moje spotkanie wyszła zasmucona starsza kobieta, siostra Anny. Płakała, pokazywała wspólne zdjęcia. Opowiadała mi o losie młodszej siostry. (…) O moim odkryciu zawiadomiłam kierownictwo Radia Swoboda. Początkowo nie uwierzono mi, ale po sprawdzeniu faktów wyrażono zgodę. Audycja radiowa stała się prawdziwą sensacją w obu państwach. Na Ukrainie dziwiono się, a w Polsce nie wierzono i oburzano się. Wówczas pojechałam do rodzinnej wsi Sadowe pod Równem, aby rozwiać wszelkie wątpliwości i poznałam tam wielu krewnych Walentynowicz: braci, bratanków”.

Radio Swoboda, zapowiadając wywiad z Olgą Lubczyk – starszą siostrą Walentynowicz, wyeksponowało zdanie: „W katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginęła Ukrainka, której życie odmieniło losy Polski”. Media polskie przemilczały tę wiadomość, ale trafiła ona na łamy wychodzącego w Polsce rocznika mniejszości ukraińskiej „Ukrainśkij Almanach”, a 1 września 2010 r. (powołując się na ustalenia regionalistów z Wołynia) opublikował ją na łamach wysokonakładowej „Gazety Wyborczej” Mirosław Czech – działacz mniejszości ukraińskiej w Polsce.

Wersja udokumentowana źródłami

Jaka jest więc ostatecznie prawda o pochodzeniu Anny Walentynowicz? Nad tym zagadnieniem pracowało w latach 2010-2020 wielu dziennikarzy, reporterów i historyków. Najbardziej wiarygodny obraz młodości Anny Walentynowicz stworzyli w swojej reporterskiej książce „Walentynowicz. Anna szuka raju” (2020) Dorota Karaś i Marek Sterlingow. Odbyli oni nie tylko wyprawę w rodzinne strony ikony „Solidarności”, ale wykorzystali też ustalenia ukraińskich dziennikarzy (Walentyny Odarczenko) i historyków regionalistów (Jefrema Hasaja, Mykoły Paszkowecia i Jarosława Plasa), a także parce dokumentacyjne historyka z Uniwersytetu Gdańskiego – Igora Hałagidy.

Sztundyści

Według faktografii zgromadzonej w powyższych opracowaniach Anna Walentynowicz urodziła się we wsi Sienne (obecnie Sadowe, 40 km od Równego). W jej rodzinie pielęgnowano legendę, że ich przodkiem był słynny kozacki ataman Semen Nalewajko (1560-1597), stracony publicznie po buncie wznieconym przeciwko polskim panom. Daleki kuzyn Anny – Mykoła Paszkoweć napisał na ten temat rozprawę naukową.

Rodzicami Anny byli Pryśka z Paszkoweciów i Nazar Lubczykowie, którzy należeli do wyznawców sztundyzmu. Była to na Wołyniu licząca ok. 30 tys. wyznawców wspólnota, sekta, czy też odnoga protestantyzmu, zrzeszająca głównie kolonistów niemieckich oraz pracujących u nich chłopów ukraińskich i polskich, ale też Ormian.

Sztundyści nie chodzili do kościoła. Nazwę swojej wspólnoty wywodzili od niemieckiego słowa eine Stunde (godzina) – tyle bowiem czasu każdego dnia przeznaczali na modlitwę i czytanie Biblii w domach. Wyróżniali się uczciwością, prawdomównością i rzetelnością, nie przeklinali, nie palili machorki ani nie pili alkoholu, dlatego na Wołyniu greccy i rzymscy katolicy oraz Żydzi uważali ich za dziwaków.

Pryśka i Nazar Lubczykowie mieli sześcioro dzieci. Najstarszymi były Olga (rocznik 1926) i Anna (1929), później urodzili się: Petro, Katarina, Nadija i Wasyl. Ich przyrodnim bratem był Iwan Suszczuk – syn Pryśki Lubczykowej z pierwszego małżeństwa. Rodzice wpajali dzieciom surowe zasady wiary: obowiązek codziennej modlitwy i czytania Biblii. Żadne z dzieci nie było chrzczone w kościele, sztundyści bowiem uważali, że sakrament ten należy przyjmować świadomie, w wieku dorosłym. Stąd Anna Walentynowicz ochrzciła się w kościele rzymskokatolickim w Gdańsku dopiero w wieku 35 lat, tuż przed swoim ślubem z Kazimierzem Walentynowiczem. Nie przyznała się do braku tego sakramentu. Twierdziła, że akt chrztu spłonął razem z metryką w Równem.

Matka Anny Walentynowicz zmarła w 1937 r. Trzy lata później jej ojciec Nazar ożenił się po raz drugi, z młodszą od niego o 18 lat Mariją Ozarczuk, z którą miał później pięcioro dzieci. Przeżył z nią 45 lat. Zmarł w 1995 r.

Rodzina Lubczyków była wielodzietna. Gdy Sowieci zabrali im część ziemi, popadli w wielką biedę i zostali zmuszeni do oddania najstarszych, ale jeszcze niepełnoletnich córek – Olgi, a później Anny – na służbę do polskiej rodziny Walentyny i Edmunda Teleśnickich. Teleśnicki był z wykształcenia agronomem, pracownikiem istniejącej od 1913 r. cukrowni w Babinie nieopodal Równego. Teleśnicki pełnił tam obowiązki kontraktora buraków. Jeździł po okolicznych wsiach i podpisywał z chłopami umowy. W październiku 1939 r. przeprowadził się do majątku Pustomyty, leżącego nieopodal wsi Sienne, gdzie mieszkała rodzina Lubczyków. „W tym gospodarstwie – wspomina Olga Lubczyk – Hanusia karmiła świnie, doiła krowy, prała”. Tam pracowała też Julia Płocka – matka przyszłego kosmonauty Mirosława Hermaszewskiego, a jego ojciec był w tej wsi zarządcą mleczarni.

Odyseja Teleśnickich

Gdy 11 lipca 1943 r. doszło na Wołyniu do „krwawej niedzieli”, w czasie której w ciągu jednego dnia wymordowano w sposób sadystyczny kilkadziesiąt tysięcy Polaków, Teleśniccy postanowili za wszelką cenę przedostać się z dziećmi – Angeliną i Romanem – do generalnej Guberni. Po zgromadzeniu żywności, bimbru na łapówki oraz załadowaniu na wozy cenniejszego dobytku, w tym ukrytego w odzieży złota „na czarną godzinę”, postanowili wyruszyć w kierunku Równego – miasta, w którym było stosunkowo bezpiecznie, gdyż stacjonowały tam wojska niemieckie. Cały czas była z nimi Anna Lubczyk.

Po przyjeździe do Równego Walentyna i Edmund Teleśniccy ujrzeli setki koczujących na ulicach spanikowanych Polaków, którzy zbiegli z wiosek palonych przez banderowców. Szczególna ciżba była w pobliżu dworca kolejowego i koszar, gdzie stacjonowali niemieccy żołnierze, gdyż prawem paradoksu dawali oni w tym czasie Polakom poczucie bezpieczeństwa przed zagrażającymi ich życiu banderowcami. Ludzie masowo zgłaszali się na roboty przymusowe w głąb Niemiec – woleli ciężką pracę u niemieckiego bądź austriackiego bauera niż śmierć w torturach. Na ulicach Równego rozgrywały się się wówczas nierzadko sceny apokaliptyczne.

Przedsiębiorczy Edmund Teleśnicki po długich zabiegach przekupił strażników niemieckich eskortujących transport wojskowy jadący w kierunku Generalnej Guberni i pozwolono jego rodzinie jechać z żołnierzami. Anna Lubczyk też była w tym transporcie. Opuszczała rodzinne strony w takim samym stresie jak Teleśniccy, gdyż trwająca kilka dni podróż odbywała się w wielkiej niepewności, co może się w każdej chwili zdarzyć. Zdaniem Olgi Lubczyk Anna była wówczas przekonana przez Teleśnickich, że jej rodzice i całe rodzeństwo zginęło w Siennem, gdy Niemcy spacyfikowali i zdziesiątkowali tę wieś za spalenie przez banderowców w Pustomytach dworu Pruszyńskich i tamtejszej mleczarni. Czy Teleśniccy świadomie, z premedytacją okłamali wówczas Annę? Czy uwierzyła im? – nikt już obecnie tego nie ustali. W każdym razie opuściła wówczas Wołyń w niemieckim transporcie wojskowym. Pojechała w rodzinne strony dopiero po 53 latach w roku 1996.

Podróż do Generalnej Guberni Walentyny i Edmunda Teleśnickich z dziećmi Angeliną i Romanem oraz Anną Lubczyk trwała dwa tygodnie. Dotarli do Tłuszcza pod Warszawą, a stamtąd do Melcowizny, gdzie brat Edmunda Teleśnickiego Leon prowadził małe gospodarstwo i jednocześnie pełnił funkcję gajowego.

„Po przeprowadzce do Gdańska – twierdziła siostra Walentynowicz, Olga Lubczyk – Anna pracowała w fabryce margaryny i wówczas zainteresowała się zawodem operatora suwnicy. Dobrzy ludzie w Gdańsku pomogli jej skończyć kurs i została suwnicową w stoczni”.

Interesująca jest relacja Olgi Lubczyk dotycząca lat 80.,gdy w Polsce toczyła się walka o legalizację Solidarności. „Przychodzili do nas ludzie z KGB – wspominała Olga Lubczyk – i pytali ojca, czy miał taką córkę Annę i gdzie ona jest. A jemu jakby ktoś podpowiedział: »Była taka, ale umarła«. Ojciec miał przekonanie, że Anna żyje w Polsce, ale się z tym nie obnosił. Krajoznawca z Tarnopola Jefrem Hasaj na prośbę ojca już po zwycięstwie w Polsce Solidarności nawiązał z nią kontakt i po kilku miesiącach Anna udała się do Równego, aby spotkać się z rodziną, ale jej ojciec już tego nie dożył. Anna przez 15 lat co roku odwiedzała swoją ojczyznę i rodzinę w Równem. Ostatni raz dzwoniła w kwietniu 2010, by przekazać informację o wyjeździe do Katynia. Mieliśmy się jeszcze spotkać, ale los chciał inaczej”.

W obliczu tych nowych ujawnionych faktów z życia Walentynowicz zaczęto spekulować, dlaczego po 1989 r., po zwycięstwie „Solidarności”, nigdy oficjalnie nie potwierdziła swojego ukraińskiego rodowodu. Nie ujawniła, że miała rodzeństwo mieszkające na Ukrainie, że po 1996 r. wielokrotnie jeździła do siostry Olgi, że gościła ją u siebie w Gdańsku. Trudno uwierzyć, że nie wiedziała, iż jej przyrodni brat Iwan został skazany przez Sowietów na 15 lat łagru za przynależność do Ukraińskiej Powstańczej Armii (banderowców). Dlaczego ukrywała to nawet po upadku Związku Radzieckiego? Można zrozumieć, że wcześniej tego nie czyniła, gdyż nie chciała narazić swoich krewnych na szykany ze strony KGB – ale po powstaniu w 1991 r. niepodległej Ukrainy takiego niebezpieczeństwa już nie było, a także miała wtedy osobisty kontakt z siostrą Olgą.

Bardziej dziwi postawa Sławomira Cenckiewicza, który w książce albumowej wydanej w 2017 r., a więc siedem lat po śmierci Walentynowicz, zamieścił kilkaset fotografii z różnymi ludźmi, ale nie znalazł miejsca na choćby jedno zdjęcie z siostrą Olgą lub kimkolwiek z ukraińskiej rodziny. Wiadomym też było, że syn Walentynowicz Janusz i jej wnuk Piotr gościli w rodzinnych stronach matki i babki. Piotr Walentynowicz pojechał tam z reżyserem filmowym Jerzym Zalewskim szukać śladów przodków. Odnalazł groby wielu członków rodziny, w tym grób rodziców babki – mówił o tym w programie telewizyjnym „Pod prąd”.

Jerzy Borowczak, który był w Stoczni Gdańskiej jednym z inicjatorów strajku w obronie zwolnionej z pracy w sierpniu 1980 r. Anny Walentynowicz, twierdził, że za jej życia nigdy nie słyszał o jej ukraińskiej rodzinie. „To zaskakujące wiadomości – przyznał. – Zawsze mówiła, że nie ma nikogo, że po wojnie została sama jak palec. Czemu nie przyznała się do swoich korzeni? Moim zdaniem z obawy przed wrogością, jaką Polacy darzyli Ukraińców. Pokolenie, które przeżyło wojnę, pamiętało, co się wydarzyło na Wołyniu. Pani Ania mogła obawiać się tych uprzedzeń. Jak to możliwe, że służby, które przez dekady inwigilowały działaczkę Solidarności, nigdy nie wykryły rozbieżności w jej życiorysie?”.

Na podstawie materiałów zgromadzonych przez Walentynę Romaniuk powstał film dokumentalny „Córka Ukrainy – matka Solidarności”, który w 2018 r. otrzymał pierwszą nagrodę na polsko-ukraińskim Festiwalu Radiowo-Telewizyjnym „Kalinowe Mosty”. Ludmiła Pryjmaczuk zacytowała słowa wypowiedziane przez Annę Walentynowicz podczas jej pobytu u rodziny w Równem: „Gdy umrę na Ukrainie, pochowajcie mnie tu”.

Obecnie, po latach kontrowersji wokół biografii, Anna Walentynowicz jest postacią łączącą społeczność polską i ukraińską.

x

Mamy w tym artykule do czynienia z dwiema wersjami życiorysu Anny Walentynowicz. Obie niepełne, ale zawierające informacje, które są bardzo ciekawe, a których nie spodziewałbym się w tym miejscu. Chodzi oczywiście o rzeź wołyńską, w trakcie której Walentynowicz wyjechała z Ukrainy. Jak to było możliwe, że doszło do niej w sytuacji, gdy znajdowały się tam wojska niemieckie, co w praktyce oznaczało, że Niemcy w pełni kontrolowali ten teren. Musiało więc dojść do tej rzezi za ich zgodą i aprobatą. Dlaczego zachowali się biernie, chociaż były wyjątki? Gdy banderowcy spalili dwór Pruszyńskich i mleczarnię, to Niemcy w odwecie spacyfikowali i zdziesiątkowali pobliską wieś. Ludność uciekała ze spalonych wsi i zgłaszała się masowo na roboty do Niemiec. Może to dobry sposób. Zamiast zmuszać ich siłą, zrobili tak, że sami przyszli. Czy możliwa była tego typu perfidia i brak wszelkich skrupułów? W trakcie tamtej wojny działy się rzeczy, o których nam się nie śniło. O większości nigdy się nie dowiemy.

Jak to było możliwe, że Walentynowicz wraz z rodziną Teleśnickich wyjechała do Generalnej Guberni? Bez zgody władz niemieckich nie byłoby to możliwe, a już na pewno nie byłoby to możliwe dla zwykłych ludzi. W tym czasie front niemiecko-radziecki był daleko na wschodzie, a ziemie okupowane przez Niemców były pod ich pełną kontrolą.

Walentynowicz dotarła do Tłuszcza pod Warszawą. Z artykułu wynika, że tam nadal przebywała z rodziną Teleśnickich. Jak długo? Tu, w „wersji udokumentowanej źródłami” pojawia się luka. Następnie przeprowadza się do Gdańska. Ale skąd? Czy z Melcowizny? Nie wiadomo.

W wersji Cenckiewicza znajduje się informacja, że 27 grudnia 1951 roku urzędnik łódzkiego Urzędu Stanu Cywilnego, Roman Matuszewski, wystawił jej akt urodzenia. Nie ma jednak informacji, na jakie nazwisko został on wystawiony i dlaczego akurat w Łodzi? Przecież mieszkała pod Warszawą od jej wschodniej strony. Czy tak następuje zacieranie śladów? Ponad rok wcześniej, 4 listopada 1950 roku, starając się o pracę w stoczni, dołączyła swój życiorys. Jakim nazwiskiem posługiwała się wtedy? Nie wiadomo więc, jakie nazwisko nosiła do czasu wyjścia za mąż za Kazimierza Walentynowicza. Nie wiadomo też, kto był ojcem jej nieślubnego dziecka. Może ktoś ważny, skoro to taka tajemnica.

Jerzy Borowczak, który był w Stoczni Gdańskiej jednym z inicjatorów strajku w obronie zwolnionej z pracy w sierpniu 1980 roku Anny Walentynowicz, dziwił się, że służby, które przez dekady inwigilowały działaczkę Solidarności, nigdy nie wykryły rozbieżności w jej życiorysie. Może był bardzo naiwny albo takiego udawał. Skoro do rodziny Walentynowicz na Ukrainie przychodzili ludzie z KGB i pytali jej ojca, czy ma córkę Annę, to znaczy, że wiedzieli, że ją ma. Inna sprawa czy o nią pytali, czy raczej dali do zrozumienia, by nie przyznawał się do niej. Czy służby, które inwigilowały, nie miały dostępu do urzędów i wglądu w dokumenty znajdujące się w nich? Dobrze wiedziały, kim ona była i raczej nie inwigilowały jej, tylko ją prowadziły i to zapewne od nich KGB miało informację o tym, skąd ona pochodziła. Było zapewne bardzo dużo takich osób, które służby przygotowywały do różnych ról. Być może na pewnym etapie uznały, że to właśnie ona nadaje się doskonale do odegrania pewnej roli. I tak Ukrainka, której rodzina utrzymuje, że jej dalekim przodkiem był kozacki ataman Semen Nalewajko, stała się ikoną Solidarności i zmieniła bieg historii Polski. – To działa na wyobraźnię ludu, który zaczyna wierzyć w to, że nawet prości ludzie mogą postawić się władzy i odmienić bieg historii.

Życiorys Anny Walentynowicz, to jeden z wielu przypadków tego, jak dokonuje się podmiana jednego narodu drugim. Okres wojny i następujące po niej przesiedlenia były idealnym momentem, by wielu ludziom zmienić tożsamość i narodowość. Ten proces został zapoczątkowany aktem unii horodelskiej z 1413 roku, na mocy którego 47 rodów litewskich i rusińskich bojarów adoptowało 47 herbów szlachty polskiej i oni, a później ich potomkowie stali się „polskimi panami”, z którymi walczył Semen Nalewajko. Anna Walentynowicz – daleka jego krewna, jak utrzymuje jej rodzina – stała się symbolem polskiego patriotyzmu, ikoną Solidarności.

Proces podmiany narodu polskiego narodami ze wschodu trwa nadal i przybiera na sile. Na Interii ukazał się 2 lipca artykuł Coraz więcej Białorusinów mieszka w Polsce. Widać wyraźny wzrost. W ciągu ostatniego półrocza liczba Białorusinów mieszkających w Polsce wzrosła o 10%. Są to głównie mężczyźni w wieku 18-34 lat. I są oni jednocześnie drugą największą grupą cudzoziemców, którzy kupują w Polsce nieruchomości. Jaki to więc reżim na Białorusi, skoro jej obywatele mogą wyjeżdżać za granicę i to jeszcze na dodatek do państwa, które postawiło na granicy z nią płot. Zapewne dlatego tak się dzieje, że są to Żydzi białoruscy, a dla tej nacji granice nie istnieją. Oficjalnie będą jednak Białorusinami i za jakiś czas staną się obywatelami polskimi z prawem wyborczym. To kolejny dowód, moim zdaniem, że wszystko zmierza w kierunku odtworzenia I RP i jej wielonarodowego charakteru.

Zrozumieć Polskę

Żeby zrozumieć, czym jest Polska, trzeba poznać historię tego regionu, ale tę prawdziwą. Trzeba sobie uświadomić, co było jego specyfiką. O wielu faktach pisałem w poprzednim blogu. Są jednak zagadnienia, których pominąć nie można. Józef Mackiewicz w swojej powieści Lewa wolna (Kontra, 2018) pisał:

»Bo w Rosji wszystkie rzeczy się przewracały, a winę za ten przewrót, w ogólnej niewiedzy, zwalano na Żydów.

Ale i za falochronem niemieckim, w szerokim pasie od Oceanu Lodowatego po Morze Czarne, pod zewnętrzną powłoką reprezentacyjnych deklaracji, nie układało się ani łatwo, ani zgodnie. Był to pas jedyny w swoim rodzaju, a tym różniący się od reszty Europy, że w żadnym z jego krajów, od Finlandii po Ukrainę, warstwa wyższa, szlachecka, dotychczas panująca, nie mówiła tym samym językiem co warstwa niższa, chłopska. Stąd mnożyły się trudności i powikłania haseł. Każdy na zielonym suknie hucznych stołów dyskusyjnych starał się zagarnąć palcami tyle mapy, iż nie mógł nie potrącić sąsiada. Jedni wychodzili z założenia: cuius regio eius natio (czyja religia tego naród – przyp. W.L.); inni: „pędzić won tych, którzy nami dotychczas rządzili!”«

Finlandia była przez wiele lat pod szwedzkim zaborem, a Finowie to naród chłopski. To oni stanowili większość szwedzkiego wojska, które najechało Koronę w czasie potopu szwedzkiego. Jednak mieli swój własny język i tożsamość. Tego brakowało pozostałym w tym pasie, czyli w Wielkim Księstwie Litewskim. Te języki to raczej dialekty, ludność określała siebie najczęściej mianem tutejszych. I ta nieuformowana do końca masa stała się przedmiotem pewnego eksperymentu, polegającego na zrobieniu z niej Polaków. Ten eksperyment to unia polsko-litewska. Zaczęło się od elity, czyli od tego, że 47 rodów litewskich i rusińskich bojarów adoptowało herby 47 rodów polskiej szlachty. Bojarzy to zbiorowa nazwa przedstawicieli klasy panującej na Rusi Kijowskiej, zajmującej drugą, po książętach, dominującą pozycję w rządzie. To wyższa szlachta, magnaci i wielcy właściciele ziemscy. W ten sposób oni, ich rodziny i potomkowie stawali się „Polakami”. Stopniowo przechodzili na język polski i katolicyzm. Ekspansja na wschód nie polegała na tym, że osiedlała się tam ludność polska, tylko na tym, że miejscową ludność poddawano działaniu odmiennej kultury i wyznania. I była to głównie zasługa jezuitów. W 1579 roku Batory przeznaczył środki na przekształcenie Kolegium Jezuitów w Wilnie w Akademię i Uniwersytet Wileński Towarzystwa Jezusowego. Językiem wykładowym była łacina, a wykładowcami uczeni pochodzący z różnych części Europy. W XVIII wieku dzięki polskim jezuitom, jak pisze Wikipedia, na uczelni tej opracowano zasady gramatyki i ortografii języka litewskiego i rozpoczęto wydawanie pierwszych książek po litewsku. W XIX wieku na bazie tego uniwersytetu powstało w Wilnie i okolicach szkolnictwo polskie i na masową skalę produkowano „Polaków”.

W pozostałej części tego pasa było podobnie. Członkowie elity szybko przeszli na katolicyzm i na język polski, bo bez tego nie mogliby zostać posłami i senatorami Rzeczypospolitej. Zapewne za sprawą jezuitów część ludności prawosławnej przeszła na katolicyzm. Tak więc ktoś, kto mówił po polsku i był katolikiem, stawał się z automatu „Polakiem”. Jeremi Wiśniowiecki – Młot na Kozaków – kształcił się w kolegium jezuitów we Lwowie. W tym samym kolegium kształcił się Chmielnicki. W lutym 1648 roku król Rzeczypospolitej Władysław IV, Szwed, nadaje Wiśniowieckiemu ziemie, na których znajdowała się główna siedziba Kozaków. I w lutym tego roku Chmielnicki rozpoczyna powstanie. A więc dwaj Rusini walczą ze sobą. Jeden broni Rzeczypospolitej, a właściwie swoich ziem, a drugi broni rusińską czerń przed Polakami, czyli Rusinem Wiśniowieckim.

W 1772 roku zakon jezuitów został skasowany w całej Europie. Jedynie caryca Katarzyna II pozwoliła jezuitom pozostać na terenach pozyskanych po I rozbiorze Rzeczypospolitej. Ośrodkiem działania zakonu był Połock na Białorusi. Po jego odbiciu w 1579 roku Batory założył w nim kolegium jezuitów. Połock, którego ludność wyznawała prawosławie, stał się najważniejszym w rejonie ośrodkiem misji katolickiej. W okresie kasaty Towarzystwa Jezusowego (1773-1814) na terenie Europy i kolonii zagranicznych Katarzyna II obroniła szkolnictwo i działalność Jezuitów w Rosji. Połock stał się centrum odrodzenia i rozwoju zgromadzenia. A więc nie przypadkiem w XIX wieku szkolnictwo polskie pod zaborem rosyjskim kwitło. Proces produkcji „Polaków” na wschodzie miał trwać.

W momencie ekspansji na wschód w XVI wieku Polacy byli już chłopami pańszczyźnianymi, czyli niewolnikami przykutymi do ziemi. Nie mogli więc jej opuścić. Podobnie szlachta. Ona też nie mogła emigrować na wschód. Zresztą szlachta uważała się za odrębny naród, za Sarmatów. To, co tam się działo było więc dziełem jezuitów, a więc potężnego zakonu, który miał niezbędne środki i wiedzę do tego, by podbijać nowe ziemie. Jezuita to według definicji słownikowej członek zakonu Towarzystwa Jezusowego. W potocznym znaczeniu to człowiek skryty, chytry, obłudny, przebiegły, intrygant. Chyba nieprzypadkowo zasłużyli oni sobie na takie określenie.

Ich zadaniem było przeciągnięcie na katolicyzm prawosławnych Białorusinów i Ukraińców, a w przypadku Litwinów nauczenie ich języka polskiego. Wyprodukowali więc jezuici na wschodzie „Polaków”. I to pewnie ich dziełem była zbitka: Polak-katolik. A być może i również hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna. Taką nową ideologię trzeba było stworzyć tym nowym Polakom, bo przecież nie można było odwoływać się do tradycji piastowskiej, z którą oni nie mieli nic wspólnego. Od tego momentu punkt ciężkości przesunął się na wschód, a priorytetem w polityce był interes Kościoła katolickiego, a nie Polski, zwanej wówczas Koroną. Dla niej był to proces zabójczy, a Koroniarze stawali się powoli Polakami drugiej kategorii. Ten interes Kościoła był zbieżny z interesem tych nowych Polaków. Pomiędzy nimi a ludnością prawosławną rodziła się nienawiść. Ci ostatni postrzegali tych nowych Polaków jako zdrajców, a oni, z kolei, obawiali się nie tylko tej ludności, ale również Moskwy. I tak narodzili się „Polacy”, który nienawidzą Rosjan.

Podobna nienawiść i wrogość zrodziła się na Litwie. W tym wypadku na tle językowym. To, co dziś wyprawiają Litwini, ta ich walka z językiem polskim, to tak naprawdę ich nienawiść do tych Litwinów, którzy przeszli na język polski, a którzy uważają się za Polaków. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że ich język, jego gramatykę i ortografię, uporządkowali jezuici. Być może byli to polscy jezuici. Wygląda więc na to, że Litwin to stan umysłu.

Jednak język i wiara czy wyznanie nie czyni jeszcze Polakiem. Narodowość to coś więcej. To też wspólna historia i tradycja. Korona i ten pas, czyli Wielkie Księstwo Litewskie, nie mają wspólnej historii i tradycji. WKL nie doświadczyło potopu szwedzkiego, który głęboko wrył się w pamięć ludu polskiego. Nie doświadczyło też tzw. sum bajońskich, o których pisałem w blogu Sumy bajońskie. Gdy patrzę na stare zdjęcia i na stroje ludowe mojej matki i ciotki, to są one zupełnie inne niż ludowe stroje białoruskie i ukraińskie, a które dziś podsuwa się nam jako polskie.

To nie jest tak, że z tej nieukształtowanej masy z WKL można było zrobić Polaków, ucząc ich polskiego i przeciągając niektórych z nich na katolicyzm. I ci ludzie mają zapewne tego świadomość. Zostawali „Polakami” dla korzyści materialnych lub innych. Nie powinno więc dziwić, że w I RP były stronnictwa ruskie, pruskie i francuskie. Dla kresowego królika wspólny interes zwany Rzeczpospolitą był abstrakcją, bo pojęcie państwa było dla niego abstrakcją. Jego interesowało tylko jego własne księstewko. Takie państwo nie mogło przetrwać. Później nie było lepiej. II RP to tylko okrojona kopia I RP, a jej elity wywodziły się z Kresów. Naczelnikiem został litewski Żyd. W sumie więc nie różniły się one mentalnie od tamtych zapijaczonych Branickich czy Sapiehów. Sanacja uczyniła z tego państwa swoje prywatne poletko. We wrześniu 1939 roku wciągnęła je do wojny a rząd uciekł za granicę. Taka mentalność.

PRL był kontynuacją tego cyrku, bo wbrew temu, co głosiła jego propaganda, było to również państwo wielonarodowe. Ustrój PRL-u to narodowy socjalizm: jedno państwo, jeden przywódca (partia), jeden naród. Na poniemieckie tereny przesiedlono w większości tzw. mniejszości kresowe, czyli Białorusinów, Ukraińców, Litwinów itp. I dlatego III RP niczym nie różni się od tej I i II-ej. Większość ludzi ją zamieszkujących ma korzenie kresowe. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że premier tego kraju Zulu-Gula mówi, że polskość to nienormalność, a połowa głosujących nadal na niego głosuje. Widać ich to nie obraża, a on wie, że może tak powiedzieć. Pewnie w ten sposób leczą swoje kompleksy, bo jako ludzie z korzeniami z tego pasa, na którym nie wykształciły się w pełni narody i języki, mogą sobie powiedzieć: nie tylko my nie jesteśmy normalni, Polacy również. Czy można sobie wyobrazić sytuację, że prezydent Francji czy kanclerz Niemiec powiedzą tak do swoich wyborców? A może prezydent Ameryki powie Amerykanom, że amerykańskość to nienormalność? Nikt nigdzie tak nie powie, a w Polsce spływa to po wszystkich, jak po kaczce?

W państwie, w którym jest tak dużo mniejszości, trzeba im jakoś wytłumaczyć, że są Polakami. Dla wielu fakt mówienia po polsku i bycie katolikiem wystarcza, ale są jeszcze prawosławni, mówiący po polsku. I tu jest problem, bo prawosławie ciąży ku Rosji, która rości sobie prawo do władzy nad wszystkimi prawosławnymi, również tymi mieszkającymi w innych krajach. Wprawdzie Cerkiew oficjalnie głosi, że jest autokefaliczna, czyli niezależna od Moskwy, ale nikt rozsądny nie wierzy w te bajki. Jak ci prawosławni godzą w sobie fakt bycia obywatelami polskimi, a jednocześnie mają świadomość, że prawosławie wymaga od nich podporządkowania się Moskwie, czyli lojalności wobec niej? Oczywiście nie dotyczy to tych, którzy są rytu kijowskiego.

Czym jest zatem dzisiejsza Polska i co to jest polskość? Czy można ją zdefiniować? Adam Szostkiewicz w Polityce z dnia 17 lipca 2010 roku w artykule Co to znaczy być Polakiem pisał:

„Bo polskość to rzecz szersza niż romantyzm, katolicyzm, bohaterstwo wojenne, Bóg, honor i ojczyzna. Coś więcej niż tylko rytuały polskości. Polskość to dziś przede wszystkim pewna, jak by to powiedział nieodżałowany ks. Tischner, propozycja etyczna. Nie musimy jej przyjmować, ale możemy. Obejmuje język i kulturę, historię i pamięć, ale także cywilizację, obyczaj, kulturę masową, dostępną dla wszystkich, w tym polską kuchnię – a jakże, najlepszą na świecie.

Bo polskość to także interakcja ze światem, dialog z kulturą powszechną. Nie tylko z Europą i Ameryką, także z nowymi aktorami na globalnej scenie, jak Indie, krąg muzułmański, nowa Afryka czy Chiny. Dlatego rzecznikami polskości są też tłumacze, dosłownie i w przenośni. Ci, którzy przyswajają nam dzieła obcych autorów, tłumacze zagraniczni przyswajający obcym literaturom i kulturom dzieła naszych autorów, wreszcie wszyscy ci, którzy starają się wyjaśnić nam i innym bez uprzedzeń i zacietrzewienia, co to jest ta polskość, jakie są jej meandry, zalety i wady.

To dzieło przekładania polskości na użytek nasz i świata ma znaczenie głębsze i trwalsze niż manifestowanie polskości. Tak rozumiana polskość – dzieło w ciągłym ruchu, w ustawicznym odważnym tworzeniu, nigdy niedomkniętym do końca, niezafiksowanym na tym czy innym temacie – jest może dla duchowej przyszłości Polski najważniejsza.”

A więc polskość to pewna propozycja etyczna, albo jeszcze lepiej – dzieło w ciągłym ruchu. To przykład pseudointelektualnego bełkotu księdza Tischnera i Szostkiewicza. W tym kontekście, to Donald Tusk miał rację, mówiąc, że polskość to nienormalność. Taka polskość to faktycznie nienormalność. Nie wolno jednak mówić, że Polacy to rdzenna ludność Korony, czyli Polski przed unią z Litwą, a właściwie z Wielkim Księstwem Litewskim. Nie może być tak, jak w Wielkiej Brytanii, gdzie Szkot to Szkot, Irlandczyk to Irlandczyk, a Walijczyk to Walijczyk. Tam tak może być, bo Anglicy dominują zdecydowanie pod względem liczby ludności nad pozostałymi i pod względem obszaru. Gdyby w Polsce Ukraińcy nazywali się Ukraińcami, a nie – Polakami, podobnie Białorusini i Litwini oraz ludzie z tymi korzeniami, to okazałoby się, że stanowią oni zdecydowaną większość w tym państwie. I jeszcze ci zasymilowani Żydzi. Ale tak nie może być, bo to przecież Polacy mają być tymi warchołami, buntownikami, nawiedzonymi, tymi, na których w razie czego można będzie zrzucić winę za wszelkie nieszczęścia w Europie. A że będą to przeważnie ludzie z ukraińskimi, białoruskimi, litewskimi czy żydowskimi korzeniami, to nikt o tym w szerokim świecie nie wie. Przecież to nie Polak wdeptuje Putina w ziemię, tylko Ukrainiec Hołownia. Robi to bez skrupułów, bo robi to na konto Polaków.

Czy taka Polska, mozaika różnych narodów, wyznań – może być normalnym państwem? Nie może i nie jest. Jest to bezkształtna masa, z której można wszystko ulepić i pokierować w pożądanym dla siebie kierunku. I tym zapewne kierowali się ci, którzy przed wiekami doprowadzili do unii polsko-litewskiej. To był ich wielki eksperyment, być może pierwszy taki w historii. Polegał on na podmianie jednego narodu drugim, a właściwie społecznościami nie do końca ukształtowanymi, bez tożsamości narodowej, tutejszymi – i dlatego było to możliwe. Przekonali się oni, jak łatwo rządzić w takim państwie, z nowym, sztucznie wykreowanym, zakompleksionym narodem, skłóconym na tle wyznaniowym ze swoimi jeszcze do niedawna ziomkami, jak łatwo było wywoływać tu powstania i wojny. Dziś, w obliczu wojny na Ukrainie, znowu zaczynamy odczuwać skutki tego eksperymentu.