Witam na moim blogu

Na tym blogu będę starał się przedstawiać prawdę albo przynajmniej próbował do niej dochodzić. Czy będzie to zamiar udany, czy – nie, ocenią czytający go.

“Jedynie prawda jest ciekawa” – to motto Józefa Mackiewicza. Prawda jest ciekawa, ale niewygodna dla wszystkich i wszyscy starają się ją ukryć albo zniekształcić. Za głoszenie prawdy, uparte jej głoszenie, Józef Mackiewicz cierpiał nędzę. Dzięki temu, że pozostał sobie i swoim przekonaniom wierny, to my, z jego dzieł, możemy dowiedzieć się prawdy.

Blog ten jest poświęcony polityce i historii. Obecnie, jak chyba nigdy dotąd w dziejach ludzkości, nie manipulowano tak historią. Na naszych oczach dokonuje się fałszerstwo na niespotykaną skalę. A to wszystko dzięki internetowi i mediom społecznościowym. Jedynym ratunkiem wydaje się wykorzystanie tych mediów w celu obrony. Zgodnie z rzymską maksymą: kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

Dużo miejsca będzie zajmować tematyka żydowska. Nie sposób jednak jej uniknąć, jeśli chce się pisać prawdę. Polska dla Żydów była i jest szczególnym miejscem. Nigdzie społeczność żydowska nie była tak liczna w stosunku do pozostałej ludności i nigdzie nie osiągnęła takich wpływów. Po drugiej wojnie światowej jej przewaga stała się jeszcze większa. Polacy stracili w niej swą warstwę inteligencką, a Żydzi – zachowali. Dlatego jest to gra do jednej bramki. Nie można napisać prawdziwej historii Polski, bez uwzględnienia w niej Żydów i ich wpływów na jej bieg. A dlaczego się ich nie uwzględnia? Najwyraźniej ten, który kontroluje system edukacji, prasę, wydawnictwa – ten sobie tego nie życzy.

Problem z Żydami polega na tym, że są przeważnie ukryci. Udają chrześcijan różnych wyznań. Żyd wie z kim ma do czynienia, a my – nie! Jeśli ma nam do sprzedania towar czy usługę, to będzie bardzo miły, można by rzec – do rany przyłóż. Gdy jednak uzna, że nieżyd jest mu niewygodny, jego obecność jest sprzeczna z jego interesem, jest jego konkurentem i – w najgorszym wypadku, gdy Żyd zawdzięcza coś nieżydowi, to jego nienawiść urasta do rozmiarów nieznanych człowiekowi o innej etyce i systemie wartości. Jeśli nie będzie w stanie sam pokonać tego, którego tak bardzo nienawidzi, to poprosi innych Żydów o pomoc. Nie są to czcze słowa. Sam tego doświadczyłem. Nie ma szans na obronę, jeśli nie wiemy z kim mamy do czynienia lub gdy dowiemy się zbyt późno. Dlatego tak ważne jest poznanie tej nacji, jej systemu wartości, sposobów postępowania i zachowań wobec nieżydów. Ci, którzy żyli przed nami i ostrzegali nas przed nimi, mieli rację. Warto korzystać z tego, co nam przekazali. To wszystko jest nadal aktualne. Żydzi nie zmieniają się i nie zmieniają swoich zasad i zachowań wobec nieżydów. I co najważniejsze – Żydzi są wśród nas, więcej ich jest, o wiele więcej, niż nam się wydaje.

Szlachta – jakie były jej początki?

O tym, że polska szlachta miała żydowskie korzenie pisałem w blogu Szlachta c.d. To, co mnie jednak zastanawiało, to sposób w jaki uzyskała taką przewagę. Początki tego stanu są praktycznie nieznane. Dlaczego jest tak mało informacji na ten temat? Jak to możliwe, że wiemy o wyprawie kijowskiej Chrobrego, o Statucie kaliskim czy o wielu innych wydarzeniach z tamtego okresu, a nie wiemy, jak tworzyła się warstwa społeczna, która zawłaszczyła sobie państwo zwane Rzeczpospolitą z okresu 1569-1795?

Norman Davies w książce Boże igrzysko Wydawnictwo ZNAK Kraków 1999 pisał:

Początki dziejów szlachty polskiej są, łagodnie mówiąc, niejasne. W gruncie rzeczy są to początki nader mroczne. Uczeni przypuszczają, że w jakimś okresie wczesnego średniowiecza szlachta wyodrębniła się spośród wcześniejszych form elity społecznej. Nie jest to jednak żadne wielkie odkrycie, ponieważ szczegółowe informacje na temat dawniejszego rycerstwa są równie skąpe i nie sposób rzetelnie udokumentować ani czasu, ani też sposobu, w jaki się pojawiło. Jeszcze w wiekach XIII i XIV, kiedy odczuwano już pewną ekskluzywność stanu szlacheckiego, kronikarzy stać było w najlepszym wypadku na to, aby wywodzić jego początki od Noego, Juliusza Cezara lub Aleksandra Wielkiego. Wielu spośród szlachty w Polsce i na Litwie utrzymywało co najwyżej, że należy do „szlachty odwiecznej”. Oznaczało to, że jakakolwiek w miarę pewna wiedza na temat ich początku już dawno się zatraciła.

Sama nazwa „szlachta” jest źródłem poważnych sporów. Wyraz ten pochodzi ze staroniemieckiego slahta, spokrewnionego etymologicznie z niemieckimi wyrazami schlagen (uderzać, walczyć, rąbać, wrodzić się w kogoś) oraz Geschlecht (płeć, rodzaj, ród, rasa). Do języka polskiego przeszedł z czeskiego (slehta) wraz z całym podstawowym słownictwem średniowiecznej administracji państwowej: pan (lord, osoba obdarzona władzą sądową), król (Karol-Charlemagne), sejm (zgromadzenie), obywatel (rezydent), herb (dziedzictwo, oznaka heraldyczna). Jest jednak rzeczą prawie niemożliwą określenie zarówno dokładnego kontekstu, w jakim wprowadzono tę niemiecko-czeską terminologię, ani też konkretnego okresu, w którym jej późniejsze użycie ostatecznie się ustaliło. Dziś wielu znawców byłoby skłonnych uznać, że supremacja zasady dziedziczności, czyli jak to nazwał Brückner „rodowitość”, która pozwalała szlachcie utrzymać się poza zasięgiem władców i książąt i która na zawsze zapewniła im ich nie pogwałcony i wyłączny status, ustaliła się ostatecznie dopiero za panowania Kazimierza Wielkiego (1310-70). W każdym jednak razie termin „szlachta” wyraźnie łączy w sobie sens „wysokiego urodzenia” z pojęciem „waleczności”, które to pojęcia składają się na pierwotne atrybuty szlachty średniowiecznej.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) tak m.in. pisze:

Szlachta [staroniemiecki], uprzywilejowany stan społeczny, istniejący we wszystkich państwach typu feudalnego. Szlachta rozwinęła się w okresie tworzenia się ustroju stanowego z rycerstwa, przy czym ekonomicznie najsłabsze elementy rycerstwa spadły do niższych stanów. Tam, gdzie panujący system lenny nie dokonał zróżnicowania szlachty na wyższą i niższą, również możnowładztwo weszło do stanu szlacheckiego. Przekształcenie rycerstwa w szlachtę dokonało się na terenach zachodniej i środkowej Europy w ciągu XIII-XIV wieku, przy czym w poszczególnych krajach Europy proces ten przebiegał niejednakowo.

We Francji w wyniku rozbudowy państwa i jego aparatu urzędniczego, obok starej noblesse d’épèe (szlachta miecza), pozostającej na wsi, wyłoniła się noblesse de robe (szlachta sukni), rekrutująca się spośród wysokich urzędników skarbu, administracji i sądownictwa, oraz noblesse de cour, szlachta dworska, skupiająca około 1 tysiąca rodzin związanych z dworem królewskim i piastująca najwyższe godności państwowe.

W Anglii szlachta dzieliła się na trzy grupy: wyższą (lordowie do barona włącznie), średnią, gentry (knights i baroneci) oraz nieutytułowaną (gentlemen).

W Niemczech w okresie cesarstwa najwyższą grupę szlachty (Herrenstand) stanowili wysocy dostojnicy świeccy – książęta, margrabiowie, później hrabiowie, i duchowni – arcybiskupi, biskupi i opaci (około 100 osób). Do drugiej zaliczano tzw. wolnych panów (Freiherren) – drobniejszych feudałów zależnych bezpośrednio od cesarza. W okresie wytwarzania się państw terytorialnych część szlachty weszła w zależność od książąt ( Landsässiger Adel), którzy rozszerzyli tę grupę, tworząc z niej kategorię zawodowego rycerstwa (Ritterschaft) i włączając do niej swych ministeriałów; po zamknięciu stanu rycerskiego w XIII wieku dalszy wzrost szlachty następował przez nobilitację (Briefadel), a nadawanie tytułów różnicowało ją na wyższą i niższą.

Szlachta w państwie moskiewskim powstała z powiązania różnych grup feudalnych – bojarów, dworian, tzw. dzieci bojarskich. Po złamaniu przewagi arystokracji bojarskiej (XVI – XVII w.) powstał za Piotra I jeden stan – dworiaństwo, a pochodzące z nadań państwowych posiadłości szlacheckie (pomiestje) stały się dziedziczną własnością, analogicznie do bojarskiej wotcziny. Do stanu szlacheckiego można było wejść przez długoletnią służbę państwową (czynownik).

W Polsce przekształcenie rycerstwa w szlachtę nastąpiło nieco później, tj. w XIV i częściowo XV wieku. Przynależność do szlachty określało kilka czynników: służba wojskowa, własność ziemi „na prawie rycerskim”, a zwłaszcza urodzenie, które nabierało z czasem decydującego znaczenia (statuty Kazimierza Wielkiego) i przyspieszyło zamknięcie się stanu szlacheckiego. Wzrosło też odtąd znaczenie „rodów heraldycznych” (polski termin „szlachta” wywodzi się z niemieckiego Geschlecht ‘ród’) mających wspólne hasła (tzw. zawołania) oraz wspólne herby. Pojawiły się też dziedziczne nazwiska urabiane głównie od nazw rodowych posiadłości ziemskich. Osoby nie mające przodków szlacheckich mogły dostać się do tego stanu na podstawie adopcji do rodu heraldycznego i nobilitacji; z biegiem czasu szlachta stopniowo ograniczała te możliwości, oddając nobilitacje pod kontrolę sejmu; łatwiej udzielano tzw. indygenatu (nadania praw polskich szlachcicowi obcemu). Dopiero w okresie Sejmu Czteroletniego zaczęto dopuszczać do stanu szlacheckiego w większej liczbie przedstawicieli innych stanów, zwłaszcza wzbogaconych mieszczan.

Nobilitacja [łac.], uszlachcenie, prawna forma wejścia do stanu szlacheckiego osoby ( i jej potomków) nie mającej szlacheckich przodków. Nobilitacja wraz z nadaniem herbu następowała w wyniku aktu prawnego, wydanego przez panującego. W Europie Zachodniej nadania herbów osobom nie mającym zwierzchnictwa lennego zdarzały się już w XIII wieku. W Polsce nobilitacja znana była od XIV wieku; jej pierwotną formą była adopcja herbowa bądź przez króla (który nadawał jakiś fragment swego herbu – przyjmował niejako do swego rodu), bądź przez rody rycerskie, które przyjmowały do swego herbu, a król to potwierdzał (tzw. filiacja heraldyczna). Przykładem masowej adopcji było przyjęcie do herbów przez polskie rody (Horodło, 1413) katolickich bojarów litewskich. Forma adopcji zanikła od połowy XVI wieku i odtąd rozpowszechniła się nobilitacja przez króla. Od 1578 królowi wolno było wydawać nobilitację tylko na wojnie lub w czasie trwania sejmu, a od 1601 prawo nobilitacji przysługiwało jedynie sejmowi. Od 1669 nobilitowani otrzymywali tylko skartabellat. W 1775 nałożono na nobilitowanych obowiązek posiadania (kupna) dóbr ziemskich. Konstytucja 3 maja wprowadziła znaczne ułatwienia w zdobywaniu nobilitacji przez mieszczan.

Indygenat [łac.], w dawnym prawie polskim jedna z form uzyskania szlachectwa, zastrzeżona wyłącznie w stosunku do cudzoziemców (po raz pierwszy szlachectwo polskie uzyskali w ten sposób bratankowie Stefana Batorego 1578); początkowo indygenatu udzielał król i sejm, konstytucja 1641 z mocą wsteczną do 1607 ustaliła, że indygenatu może udzielić wyłącznie sejm. W Prusach Królewskich istniał regionalny indygenat pruski, zapewniający dostęp do lokalnych godności i urzędów tylko miejscowej szlachcie. Indygenat bywał często zamaskowaną formą nobilitacji.

Skartabellat [łac.], niepełne szlachectwo; jako instytucja skartabellat pojawił się w pacta conventa 1669; od tego momentu nobilitowani nie mieli aż do trzeciego pokolenia prawa piastowania urzędów i pełnienia poselstw.

x

Wygląda więc na to, że początki tworzenia się stanu szlacheckiego w Polsce owiane są mgłą tajemnicy, coś jak wieki ciemne. Historycy omijają ten temat szerokim łukiem, choć przecież fakt, że słowo szlachta pochodzi z niemieckiego, powinien naprowadzić na właściwy trop, ale nie! – oni sugerują, że to wszystko przyszło z Czech. A Czechy to skąd zapożyczyły to słowo? – Właśnie z niemieckiego! Gdy tak się czyta te wszystkie historyczne opracowania, to ma się wrażenie, że one raczej mają za zadanie ukryć prawdę, a nie ją udostępnić ogółowi.

Jeśli język niemiecki był tak powszechny w okresie Polski piastowskiej, to wypada zadać sobie pytanie: czy to wynikało tylko z sąsiedztwa, czy może raczej z faktu, że Niemcy dominowali na tym obszarze w sensie kulturowym i gospodarczym? Skąd się wzięła w Warszawie nazwa „Mariensztat”? – A skąd się wziął w Krakowie Wit Stwosz?

Wyprawy krzyżowe miały miejsce w latach 1095-1291. Całe rycerstwo Europy Zachodniej brało w nich udział. Polskie rycerstwo nie uczestniczyło w nich, bo prawdopodobnie takiego nie było, a może uczestniczyło, tylko że to było niemieckie. Po tych wyprawach ci rycerze stawali się arystokracją dzięki posiadłościom ziemskim nadanym im przez papieża. Była to szlachta miecza. To był właśnie XIII wiek. Tak więc w ten sposób nie mogła powstać polska szlachta, bo ona pojawiła się później.

Były trzy najazdy mongolskie na Polskę. Pierwszy w 1241 roku, drugi 1259/60, trzeci 1287/88. Najazdy Mongołów, choć przyniosły duże stary ludnościowe i gospodarcze (zwłaszcza pierwszy najazd w 1241 roku), to nie spowodowały uzależnienia Polski od imperium mongolskiego. – Wikipedia. Można by w takim razie zapytać: to po co one były? Mongołowie doszli do Legnicy i zatrzymali się. Gdyby poszli dalej na zachód, to uniemożliwiliby rycerstwu zachodniemu udział w kolejnych krucjatach, a zatem również – ukształtowanie się zachodniej arystokracji. Ktoś jednak powiedział tym Mongołom – Halt!

Najazdy Mongołów przyniosły duże straty ludnościowe i gospodarcze. Co to oznaczało w praktyce? O tym Wikipedia nie pisze. A to po prostu oznaczało, że zrobiło się miejsce dla nowych przybyszów, a byli nimi Niemcy. O tym, cytując Normana Daviesa, pisałem w blogu Mongolskie najazdy. Niemcy nie tylko zdominowali miasta, ale również wsie. Każda niemiecka rodzina dostawała 1 łan ziemi, czyli 18 ha, i inne wsparcie. Była to zorganizowana na wielką skalę akcja zasiedlania terenów spustoszonych przez Mongołów. Niemcy, jak to Niemcy, zabrali się do pracy, ich gospodarstwa zapewne rozwijały się, ale w międzyczasie nastąpiła zmiana realiów politycznych w regionie. To, co nazywano Królestwem Polskim, weszło w unię z Wielkim Księstwem Litewskim. Połączono wodę z ogniem, czyli świat Zachodu, który wyewoluował z zachodniej części Imperium Rzymskiego, ze światem, który był kontynuacją jego wschodniej części, czyli Bizancjum.

Unia personalna Polski i Litwy (1385-1569) była okresem dostosowywania Królestwa Polskiego – będącego częścią I Rzeszy, czyli ówczesnej unii europejskiej – do standardów Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli dominacji wielkich feudałów, którzy w obrębie WKL mieli swoje własne księstwa-państwa. Korona była podobna do reszty I Rzeszy. Miała silną władzę królewską, zrównoważone finanse państwa, rozwinięte mieszczaństwo i wolnych chłopów, ale nie było tam tak potężnych feudałów jak na wschodzie. By to zlikwidować, trzeba było zmarginalizować mieszczaństwo i uczynić chłopów niewolnikami – chłopów, którzy mieli zapewne w większości niemieckie korzenie.

x

W blogu Jak powstawał ustrój I RP opisywałem proces dostosowywania Królestwa Polskiego do standardów WKL. Najważniejszym aktem prawnym, który diametralnie zmienił stosunki własnościowe w nim panujące, był Statut warcki z 1423 roku.

Statut warcki był kolejnym prawem wpływającym na ówczesną gospodarkę i nadawał prawną podstawę do przejmowania gospodarstw sołtysich i większych kmiecych na zasadzie wykupu po cenie oszacowanej przez szlachcica (feudała), nierzadko w wyniku rugi całkowitej lub częściowej. Był odbiciem nastrojów panujących już za czasów Kazimierza III Wielkiego, kiedy to szlachta pałała niechęcią do bogatych, wolnych dotąd sołtysów i chłopów. Przepis pozwalał na likwidowanie sołectw przez szlachtę na włościach nadanych im przez władców Polski stanowiących władzę centralną. Grunty tak pozyskane włączano do dużych gospodarstw folwarcznych. Funkcjonowanie folwarków szlacheckich oparte było na przymusowej, odrobkowej sile roboczej – tzw. pańszczyźnie dlatego ich wydajność gospodarcza była niższa niż sołectw, pomimo tego folwarki przynosiły duże dochody szlachcie. Statut warcki jednocześnie ograniczał prawo chłopów do opuszczania wsi, co miało zapobiec ich migracji. Zakaz ten nie powstrzymał jednak dużej części zbuntowanych sołtysów i chłopów przed zbieganiem na wschód, gdzie często zasilali szeregi społeczności kozackich.

x

W tym momencie można by sobie zadać pytanie: skąd wzięły się te duże gospodarstwa folwarczne, oparte na przymusowej, odrobkowej sile roboczej, skoro po najazdach mongolskich ziemie te były wyludnione i zrujnowane gospodarczo? W blogu Mongolskie najazdy cytowałem Normana Daviesa:

Zasadnicze przemiany społeczne nastąpiły w XIII w. w wyniku kolonizacji. Koloniści rekrutowali się częściowo z cudzoziemskich imigrantów, częściowo zaś spośród miejscowej ludności, która podejmowała reorganizację istniejących osiedli według nowego modelu. Główny impuls dla tego ruchu przyszedł z określonych terenów w zachodnich i północnych Niemczech, które już od dawna dostarczały osadników marchiom na wschodzie i które nękała groźba przeludnienia i coraz uciążliwszego ucisku feudalnego. Kolonizacja przybierała dwie odmienne formy: osadnictwa wiejskiego oraz lokacji miast. Proces ten wspomagała inicjatywa ze strony polskich książąt, których ziemie miały o wiele za mało ludności i nierzadko były dewastowane w wyniku wojennych grabieży i najazdów tatarskich. Oferując warunki dzierżawy korzystniejsze od tych, jakie można było uzyskać w Niemczech, oraz powołując zawodowego zasadźcę (lokatora), który wyszukiwał, przywoził i organizował nowo przybyłych, energiczny książę mógł w ciągu zaledwie kilku lat wzmocnić się i podnieść gospodarkę swego dziedzictwa.

Tempo kolonizacji wiejskiej nadał Henryk Brodaty, książę Śląska, który w 1205 r. rozpoczął kampanię mającą na celu ściągnięcie aż do dziesięciu tysięcy rodzin chłopskich i założenie około czterystu nowych wsi. Każda rodzina miała otrzymać jeden łan (18 ha, niem. Lahn – przyp. W.L.) ziemi ornej; pastwiska i lasy miały być użytkowane wspólnie. Wszystkie świadczenia i daniny miały zostać odroczone na czas umowy, potrzebny na zagospodarowanie. Po upływie tego okresu miały się one ograniczyć do służby wojskowej, opłat z tytułu dzierżawy i dziesięcin, płatnych w gotówce, a częściowo w naturze, oraz służby na dworze i prac przy naprawie grodu, co miało zająć dwa do czterech dni w roku. Szczegółową umowę spisaną w 1227 r. przez Henryka Brodatego z biskupem wrocławskim przyjęto jako wzór dla większości dalszych aktów kolonizacji wiejskiej na terenie całej Polski. W nowych wsiach koloniści cieszyli się znaczną autonomią. Według tzw. „prawa niemieckiego” podlegali oni tylko rozkazom dziedzicznego sołtysa (Schultheiss), czyli „naczelnika”, mianowanego przez pana, oraz jurysdykcji wiejskich ławników, którym sołtys przewodniczył. Ich sytuacja była o wiele lepsza od położenia reszty ludności wiejskiej, która nadal podlegała daninom i obowiązkom nakładanym przez jus ducale, czuli „prawo polskie” książąt. Wielu z nich zachowało swą odrębną tożsamość aż do czasów współczesnych. We wsi Wilamowice w pobliżu Oświęcimia w województwie krakowskim potomkowie mieszkańców założonej w 1242 r. osady fryzyjskiej do dziś zachowali własny strój regionalny i rodzimy dialekt.

Jako model nowego osadnictwa miejskiego przyjęto powszechnie dawne „prawo magdeburskie”. Stare miasta słowiańskie otrzymywały nowe przywileje lokacyjne jako miasta „niemieckie” – Wrocław w r. 1242, Poznań w r. 1253, Kraków w r. 1257. Przyciągały one osadników niemieckiego pochodzenia i stopniowo powstawała w nich odrębna warstwa mieszczan. Odtąd znane były światu zewnętrznemu pod niemieckimi nazwami Breslau, Posen i Krakau. W innych miejscach kraju zakładano zupełnie nowe miasta, których mieszkańcami od początku byli niemieccy emigranci. Thorn (Toruń) nad Wisłą został założony przez Krzyżaków w 1231 r., natomiast miasto Neu Sandez (Nowy Sącz) założył w rejonie Karpat w 1292 r. król Wacław czeski w okresie swego sporu z Łokietkiem. Proces kolonizacji, w XIII w. przebiegający dość leniwie, miał nabrać tempa w wiekach późniejszych – XIV, XV, XVI.

x

Pierwszy najazd mongolski, ten najbardziej brzemienny w skutkach, miał miejsce w 1241 roku, a już w 1242 roku powstała osada fryzyjska pod Oświęcimiem, co skłania do wniosku, że przygotowania do tego osadnictwa poczyniono wcześniej. To z kolei może uzasadniać podejrzenie, że najazdy mongolskie były właśnie po to, by oczyścić teren dla nowych osadników. Ci osadnicy byli dobrze przygotowani i zorganizowani w komuny zwane sołectwami. Zagospodarowali te ziemie, stworzyli dobrze prosperujące gospodarstwa. Statut warcki to rok 1423. Pierwsi osadnicy to rok 1242. Mamy więc prawie 200 lat. Dużo można było w tym czasie zrobić i tak pewnie się stało. Zjednoczone Królestwo Polskie (1320-1386) Łokietka to połączone Wielkopolska i Małopolska. Wobec przedstawionych powyżej faktów wynika, że było to państwo, którego ludność składała się w większości z Niemców, a przynajmniej dominowała, w sensie gospodarczym i cywilizacyjnym, w miastach i na wsi. A to oznacza, że językiem powszechnym na tym obszarze był wówczas język niemiecki.

Statut warcki umożliwiał, w majestacie prawa, usuwanie sołtysów i zastępowanie ich kimś innym. Jednocześnie chłopi przestali być właścicielami ziemi, na której pracowali, stawali się chłopami pańszczyźnianymi, czyli niewolnikami. A ci, którzy zastępowali sołtysów – szlachcicami. Wcześniej nie było tam żadnych folwarków szlacheckich, bo niby skąd miałyby się tam wziąć? – na wyludnionym i spustoszonym terenie. Ujmując to w formę bardziej obrazową, można powiedzieć, że w tamtym czasie dokonała się prywatyzacja komunistycznych sołectw. Zabierając ziemię prawowitym właścicielom, posługiwano się często argumentem, że chłopi źle gospodarzą na wspólnym, czyli że prywatny zrobi to lepiej, co oczywiście nie było prawdą. Wprost przeciwnie, te gospodarstwa były wydajniejsze, niż późniejsze szlacheckie. Ale tę śpiewkę o wyższości gospodarki prywatnej nad społeczną znamy z przełomu lat 80-tych i 90-tych z ust tego, który jest potomkiem, pewnie bardzo dalekim, tamtych złodziei, bo prywatyzacja to jest kradzież wspólnego dobra w białych rękawiczkach.

Kim byli ci, którzy przejmowali gospodarstwa chłopskie, tego nietrudno domyślić się. Każdy szlachcic miał swojego Żyda, czyli faktora. Faktor był kimś więcej, niż tylko księgowym. On zajmował się kompleksowo zarządzaniem całym majątkiem szlachcica. Później, w XIX wieku, spauperyzowana szlachta wchodziła w mariaże z nowobogackim mieszczaństwem. Czy dlatego, że chciała utrzymać wysoki poziom życia, czy może raczej, by użyczyć mu swego nazwiska i w ten sposób wprowadzić je na salony? W czasach I RP byli jeszcze Sztadlani, wyznaczani przez gminy żydowskie do tego, by korumpować szlachciców, którzy byli posłami i senatorami. W praktyce oznaczało to, że Żyd przekupuje Żyda, co – na pozór – wydaje się nielogiczne, ale żydowska gra jest wysoce zagmatwana. – Taką była kiedyś i taką jest obecnie.

Komunizm

Komunizm kojarzy się wielu ludziom bardzo źle ze względu na sposób, w jaki próbowano go wcielić w życie. Warto jednak bliżej przyjrzeć się tej ideologii, bo ona nadal nie jest martwa, co więcej, tzw. globaliści dążą do stworzenia globalnej gminy komunistycznej, ale przede wszystkim wypada zastanowić się nad tym, skąd ona się wzięła.

Wikipedia tak m.in. pisze:

Komunizm (od łac. communis „wspólny, powszechny”) – polityczna i ekonomiczna ideologia klasyfikowana jako utopijna, której celem jest utworzenie społeczeństwa pozbawionego ucisku i wyzysku klasowego, opartego na braku własności prywatnej (w rozumieniu marksistowskim), kolektywnej własności środków produkcji i wspólnotowym podziale dóbr. W pismach Karola Marksa, Fryderyka Engelsa i innych teoretyków marksizmu, komunizm jest przyszłym ustrojem rozwiniętych społeczeństw, w którym wspólnota własności obejmować będzie przede wszystkim środki produkcji. Potocznie mianem komunizmu określa się też ustrój polityczny zaprowadzony w państwach, w których władzę zdobyły dyktatury i partie komunistyczne (zob. ZSRR i blok wschodni).

Jako ideologia zaczął się tworzyć już od XV wieku, gdy przyjmował postać komunizmu utopijnego, który głosił hasła likwidacji nierówności społecznych i prywatnej własności. W XIX wieku narodziły się dwa warianty ideologii: wariant w wydaniu anarchistycznym, który głosił zniesienie instytucji państwa i kolektywizmu, oraz ten w wydaniu marksistowskim, oparty na Manifeście Komunistycznym z 1848 roku. Według marksistowskiego wariantu komunizmu, do osiągnięcia bezklasowego społeczeństwa dojść miało na drodze rewolucji.

Komunizm jak ustrój społeczno-gospodarczy

Komunizm jest najczęściej kojarzony z myślą marksistowską. Ustrój taki pojawia się również poza marksizmem. Ideę ustroju komunistycznego można znaleźć np. w Państwie Platona, gdzie wspólność obejmuje nie tylko własność, ale także żony i dzieci. Także angielski pisarz Tomasz Morus sportretował w swojej Utopii (1516) społeczeństwo oparte na wspólnej własności nieruchomości. Dzieła tych twórców nie nosiły jednak znamion doktryny politycznej i nie stały się podstawą działania ruchów politycznych.

Komunizm chrześcijański

Komunizm chrześcijański jest formą ustroju i ideologią panującą w niektórych wspólnotach chrześcijańskich. Według członków tych wspólnot, Biblia i życie 12 apostołów nakazywały życie w powszechnej równości i zniesienie indywidualnej własności. Wspólnoty takie były zwykle niewielkie, traktowane jako radykalne i często zwalczane przez główny nurt chrześcijaństwa. Chrześcijańskie wspólnoty komunistyczne zakładane były m.in. przez taborytów, huterytów czy szejkersów.

Komunizm pierwotny

Pojęcie komunizmu pierwotnego pojawiło się w połowie XIX wieku w ewolucjonistycznej antropologii kulturowej. Pojęcie to pełniło ważną rolę w pismach Lewisa Henry’ego Morgana i Johanna Jacoba Bachofena. Zgodnie z nimi społeczeństwa pierwotne charakteryzowały się egalitaryzmem i wspólnotą własności. Teza, że komunizm stanowił powszechny i pierwotny etap rozwoju społeczeństw, spotkała się później z szeroką krytyką, jednak w XIX wieku była ona szeroko rozpowszechniona.

Pojęcie komunizmu pierwotnego przyjął Karol Marks w swojej filozofii. Wskazywał, że komunizm pierwotny był charakterystyczny dla pierwotnego, łowiecko-zbierackiego etapu ludzkości (wspólnoty pierwotnej). Komunizm taki różnił się od zakładanego przez Marksa przyszłego komunizmu niższym technologicznie zaawansowaniem procesów produkcji.

x

Sztuczna inteligencja tak pisze o komunizmie:

Komunizm to ideologia polityczno-ekonomiczna dążąca do stworzenia społeczeństwa bezklasowego, opartego na wspólnej własności środków produkcji, zniesieniu własności prywatnej i wyzysku, z równym podziałem dóbr i pracy. W praktyce historycznie wiąże się z totalitarnymi reżimami (jak w ZSRR), gdzie władzę sprawowała partia komunistyczna, wprowadzając centralne planowanie, ograniczanie swobód i prześladowanie opozycji, co często prowadziło do załamania gospodarczego i masowych represji.

Kluczowe założenia ideologiczne

  • Własność wspólna: Środki produkcji (fabryki, ziemia) mają być własnością publiczną, a nie prywatną.
  • Społeczeństwo bezklasowe: Zniesienie podziału na klasy społeczne, eliminacja wyzysku.
  • Równość: Równość w dostępie do dóbr i możliwości, oparte na zasadzie „każdemu według potrzeb”.
  • Fazy rozwoju: Marksizm zakładał dwie fazy: socjalizm (przejściowy, z państwem) i pełny komunizm (bezklasowy, bezpaństwowy).

Komunizm w praktyce (realny socjalizm)

  • Dyktatura partii: Władza skupiona w rękach jednej partii komunistycznej (np. partii bolszewickiej), monopol władzy.
  • Centralne planowanie: Państwo decyduje o produkcji i dystrybucji.
  • Ograniczone swobody: Represje wobec przeciwników politycznych, brak wolności słowa.
  • Historyczne przykłady: Związek Radziecki (ZSRR) i blok wschodni, Chiny.

Różnice i praktyka

  • Teoria a praktyka: Teoretyczne ideały równości i wspólnoty często ustępowały miejsca totalitarnej kontroli, terrorowi i zbrodniom.
  • Ruch komunistyczny: Wyłonił się z ruchu socjalistycznego, dążąc do rewolucyjnego obalenia kapitalizmu.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) m.in. pisze:

Komunizm (łac. communis „wspólny, powszechny”):

1) Ideologia społeczna, która – uznając zasadę rzeczywistej równości socjalnej wszystkich członków społeczeństwa za podstawę sprawiedliwego ustroju społecznego – głosi program zniesienia stosunków społecznych opartych na prywatnej własności środków produkcji, klasowym podziale społeczeństwa i wyzysku człowieka przez człowieka oraz postuluje zbudowanie społeczeństwa bezklasowego opartego na społecznej własności środków produkcji i równym podziale dóbr jako na zasadniczych przesłankach realizacji zasad egalitarnych we wszystkich dziedzinach życia społecznego; zasadniczymi formami tej ideologii są różne postacie k. utopijnego i k. naukowy – marksizm.

2) Ustrój społeczny postulowany przez ideologię komunistyczną; w marksistowskiej teorii rozwoju społecznego – wyższe, bezklasowe stadium społeczeństwa socjalistycznego, różniące się od jego stadium niższego, socjalizmu, nie sposobem produkcji, nie typem stosunków produkcji, lecz stopniem rozwoju tego społeczeństwa, przede wszystkim stopniem rozwoju ekonomicznego, stwarzającym możliwość przejścia od zasady podziału „według pracy” do zasady podziału „według potrzeb”, oraz stopniem dojrzałości stosunków społecznych opartych na zasadach równości społecznej i aktywnego współuczestnictwa obywateli w zarządzaniu społeczeństwem; również określenie całej formacji społecznej obejmującej zarówno socjalistyczne, jak i komunistyczne stadium rozwoju społecznego.

3) Ruch społeczno-polityczny dążący do zasadniczej przebudowy społeczeństwa w duchu zasad ideologii komunistycznej; w odniesieniu do współczesności – rewolucyjny kierunek w ruchu robotniczym oparty na teorii marksizmu-leninizmu.

xxx

Z powyższych cytatów wynika, że PRL-owska WEP najprościej, a więc i najlepiej, wyjaśniła różnicę pomiędzy socjalizmem i komunizmem. W socjalizmie jest to podział „według pracy”, a w komunizmie – „według potrzeb”. Czy to jednak ma sens, skoro według komunizmu jako ideologii, podział dóbr ma być równy? Jak zmierzyć wartość pracy, jak zmierzyć potrzeby poszczególnych ludzi i kto to ma zrobić, żeby było sprawiedliwie? Na te pytania nie można udzielić jasnej i sensownej odpowiedzi, a skoro tak, to cała ta ideologia jest zwykłym bełkotem, a może nawet bełkotem naukowym.

Jednak wydaje się, że idea równego podziału nie jest taka głupia. Równego to znaczy, że wszyscy otrzymują takie samo wynagrodzenie za swoją pracę, bez względu na wykształcenie i rodzaj wykonywanej pracy. Ludzie, w odróżnieniu od zwierząt, potrafią pracować zespołowo. W praktyce więc żaden wytwór ludzkiej myśli i pracy nie jest dziełem pojedynczego człowieka, zawsze jest dziełem wielu współpracujących ze sobą jednostek. Czy zatem zbiorowy wysiłek nie powinien być równo dzielony? Jakiś czas temu zepsuł mi się w drodze samochód, to znaczy filtr paliwa przestał działać, bo nie wymieniłem go na czas. Samochód stanął i w tym momencie stał się kupą złomu, chociaż wszystkie inne części, łącznie z silnikiem, działały. Podobno w samochodzie najważniejszy jest silnik i pewnie on jest najdroższy, ale i on w tym momencie był kupą złomu. Niby taki drobiazg jak filtr paliwa, a jednak nie taki drobiazg!

Podobnie jest w przypadku ludzkich społeczności. Są grupy społeczne, które wykonują prostsze prace, nie wymagające wysokich kwalifikacji, i takie, które ich wymagają. Czy zatem tym lepiej wykształconym należy płacić więcej i o ile więcej, i kto ma o tym decydować? Czy rolnik ma zarabiać mniej, niż inżynier, lekarz, prawnik, przedsiębiorca? Bez jedzenia wszyscy ci pozostali umrą z głodu. A gdy zabraknie śmieciarzy, to utoniemy w śmieciach. Ci wszyscy wybitni ludzie mogą pracować w swoich zawodach tylko wtedy, gdy inni będą wykonywać prostsze czynności. A gdy zabraknie któregoś z tych ogniw, to cały mechanizm społeczny, działający na zasadzie współpracy wszystkich ze wszystkimi, załamie się, tak jak w moim samochodzie, w którym przestał działać drobiazg – filtr paliwa. Zatem sama idea nie jest taka głupia, jakby na pozór się wydawało i nie wzięła się ona z teoretycznych rozważań tylko z praktyki.

W pewnych sytuacjach idea komuny, czyli równego podziału wypracowanych dóbr, była jedyną możliwą, by osiągnąć zamierzony cel. Tak działo się w przypadku kolonizacji Ameryki Północnej. Pierwsi osadnicy nie działali w pojedynkę, wkraczali na nieznany teren, na którym nie było niczego, a dookoła wrodzy tubylcy. Tylko działając w zorganizowanej grupie mogli przetrwać. Wspólnie pracowali i dzielili po równo owoce swojej pracy, w przeciwnym razie skazani by byli na zagładę. W miarę upływu czasu pojawiały się kolejne grupy osadników, tak samo zorganizowane, powoli wkraczające w głąb kontynentu i mordujące bez litości tubylców. Tak powstawała protestancka Ameryka. Inny model podboju zastosowano w Ameryce Łacińskiej – poprzez asymilację, czyli narzucanie miejscowej ludności chrześcijaństwa, co często bywało równie brutalne jak na północy.

Sposób działania i zorganizowania takich gmin opisał Bolesław Prus w „Placówce”:

  Maciek poszedł zagonem cmokając na szkapy, a Ślimak siedział na zboczu i patrzył. Siedział, oprał łokcie na kolanach, a głowę na rękach, aż mu na kark zsunęło kapelusz, palił fajkę pomaleńku... pyk-pyk, i wciąż patrzył. 
O kilkaset kroków od niego, za rzeką, na ugorze Niemcy rozkładali obóz. Ślimak wciąż palił fajkę, a spoglądał i każde drgnienie tej ciżby tłumaczył sobie w głowie.
Już Niemcy wozy płótnem kryte uszykowali w kwadraty, tworząc z nich jakby parkan, wewnątrz którego stoi bydło i konie, a zewnątrz kręcą się ludzie. Ten wydobywa przenośny żłób na czterech nóżkach i stawia go przed krowami, inny wsypuje tam obrok z maniaka, inny z wiadrami idzie po wodę do rzeki. Kobiety wynoszą spod płacht żelazne kociołki i woreczki legumin, a gromada dzieci biegnie do jarów po opał.
- Ale mają kupę hołoty! - odezwał się Ślimak. - Z całej wsi nie zebrał by tyle dziecisków.
- Jak wszów - odparł Maciek.
Chłop wciąż pali fajkę i dziwi się. uroki czy co?... Wczoraj jeszcze pole to było puste i ciche, a dziś - istny jarmark. Ludzie nad wodą, ludzie w jarach, ludzie na zagonach. Tną krzaki, znoszą wiązki chrustu, palą ogniska, karmią i poją bydło. Już jeden Niemiec otworzył kramik na wozie i widać handluje, bo koło niego ciśnie się tłum kobiet i wyciąga ręce: ta po sól, tamta po ocet, inna po cukier. Już kilka młodych Niemek porobiły kołyski z płacht na widełkach i jedną ręką szumują zupę w kotłach, drugą huśtają płachty. Już znalazł się i konował, który ogląda nogę podbitej szkapie, już i cerulik, który goli na stopniu wozu starego Szwaba. W polu gwar, bieganina, robota, a na niebie słońce podnosi się coraz wyżej.
Ślimak odwrócił się do Owczarza.
- Miarkujesz ty, Maciek, jak ony prędko robią? Od nas, z chałupy, przecie bliżej do jarów niż z tela, a od nas idzie się po chrust na pół dnia. Te ci zasię pary uwinęły się we dwa pacierze.
- Oho-ho!... - odparł Maciek czując, że to do jego powolności wypito.
- Albo przypatrz ty się - mówi Ślimak - jak ony kupą wszystko robią? Przecie i nasi ludzie, bywa, że wyjdą gromadą; ale każdy krząta się sam za siebie, ino częściej odpoczywa albo jeszcze innym przeszkadza. te zaś psiekrwie tak jakosik zwijają się, jakby jeden naganiał drugiego. Nie spróżnujesz, choćby cię kładło na ziemię, bo ci jeden tka w garść robotę, a już drugi na nią czeka i pili, żebyś kończył. Ino przypatrz się im i sam powiedz.
Dopalającą się fajkę oddał Owczarzowi i wrócił do chałupy zadumany.
- Wartki naród te Szwaby - mruczał - i mądry..
Sokoli jego wzrok w pół godziny odkrył dwie tajemnice nowożytnej pracy: pośpiech i organizację.

Prus opisał tu, bardzo obrazowo zresztą, działanie takiej komuny, która wkraczała na podbijany teren. Tam oczywiście nie było mowy o handlu, tylko o – rozdzielnictwie, bo komuny te nie posługiwały się pieniądzem i nie była to też tajemnica nowożytnej pracy, tylko z dawna wypracowana metoda podboju, którą, w tym wypadku, stosowano w trakcie niemieckiego osadnictwa na wschodzie.

W książce Zmierzch Izraela (1932), wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja”, Henryk Rolicki cytuje Karola Kautsky’ego z jego książki Historia komunizmu w starożytności i średniowieczu:

„Najpierwsze gminy (komunistyczne – przyp. autora) wytworzyły się na wschodzie, ekonomicznie najdalej rozwiniętym, a zwłaszcza wśród żydów, wśród których już około r. 100 przed Chr. napotykamy tajny związek komunistyczny – związek Esseńczyków.”

Nie dziwi zatem, że pierwsze gminy, komunistyczne jak chce Rolicki, były żydowskie. Nie było innej metody rozprzestrzeniania się po świecie, wkraczania na nowy, nieznany teren, często wśród wrogo nastawionej ludności tubylczej. To był naturalny etap. Bardzo dobrze obrazuje go sposób, w jaki rozprzestrzeniała się na wschód I Rzesza. Widać dwa kierunki: północno-wschodni, wzdłuż wybrzeży Bałtyku i południowo-wschodni, równolegle do łańcuchów górskich Sudetów i Karpat. To ułatwiało ekspansję, bo od strony Bałtyku nie groziło niebezpieczeństwo i podobnie – od strony gór. W obu przypadkach w zasięgu ręki był niezbędny do budowy zamków surowiec, czyli w przypadku gór – skały, najczęściej wapienne, a w przypadku Bałtyku – iły i muły, czyli glina, z której wytwarzano cegły i dlatego największa budowla ceglana na świecie, czyli zamek w Malborku, powstała na terenie obfitującym w osady polodowcowe, czyli właśnie w glinę. Zamki te to były takie ufortyfikowane gminy, które z czasem stawały się ośrodkami władzy dla tubylczej ludności. Jak je budowano? Najczęściej lokalizowane na szczytach wzniesień czy czasem nawet na wyspach na jeziorach, jak w Szkocji, albo otoczone zewsząd wodą, jak w przypadku Malborka. W jaki sposób transportowano materiał budowlany w tak niedostępne miejsca? Kto pracował przy wznoszeniu tych zamków? Ich powstanie jest równie zagadkowe jak katedr gotyckich czy piramid.

W miarę zdobywania terenu i mnogości gmin konieczna była inna forma organizacji społeczeństwa, która jednoczyła poszczególne gminy. To jednak był już inny etap, powstawały jednostki łączące pojedyncze gminy w całość, a te w jeszcze większe jednostki, czyli w księstwa, a te, z kolei, w królestwa, czyli odpowiedniki współczesnych państw. Na tym etapie niezbędny był pieniądz, a wraz z nim pojawia się wszelkiego rodzaju korupcja. Powstawała coraz liczniejsza administracja i inne instytucje charakterystyczne dla państw, nie mogło być już mowy o organizacji takiej jak w pierwszych gminach. Z drugiej strony te gminy w Nowym Świecie nie powstawały spontanicznie, a ludzie, którzy je tworzyli nie znaleźli się tam w wyniku własnego wyboru, przynajmniej większość, byli do tego zmuszani. Oni dobrze wiedzieli, że wielu z nich nie przeżyje tego początkowego okresu. Czy więc mogła to być gmina komunistyczna, w której wszyscy byli równi, a owoce wspólnej pracy dzielono po równo? Jest to raczej mało prawdopodobne. A skoro na tym etapie komunizm nie był możliwy, to tym bardziej nie jest możliwy na szczeblu państwowym.

Feliks Koneczny napisał kiedyś, że największym wynalazkiem ludzkości jest rolnictwo, bo ono wymagało osiadłego trybu życia i dostarczało tyle żywności, że większość ludzi nie musiała już koncentrować się na jej zdobywaniu i w ten sposób mogła poświęcić się innym zajęciom, co skutkowało przyspieszonym rozwojem. Czy rzeczywiście tak było? Czy koczowniczy tryb życia nie był raczej sposobem na poznanie świata, rozpoznanie terenu? I czy istniało coś takiego jak wspólnota pierwotna? A jeśli nawet istniała, to ktoś musiał nią zarządzać, a jeśli musiał zarządzać, to nie mogła to być wspólnota. Skąd zatem brała się władza? Czy była wytworem jakiegoś rozwoju ewolucyjnego, czy może od samego początku istniała? To są pytania, na które trudno znaleźć odpowiedź.

Wygląda więc na to, że idealna gmina, w której podział dóbr jest równy to utopia. To, co jednak wydaje się pewne, to to, że te pierwotne gminy obywały się bez pieniądza, bo na takim etapie był on zbędny. Wytwarzane dobra dzielone są po równo, ale ktoś musi to kontrolować i ten ktoś nie podlega już tym ograniczeniom, które narzuca innym, zatem i równy podział staje się fikcją. Wydaje się, że to jest właśnie ten model, do którego dążą globaliści. Chcą stworzyć jedną ogólnoświatową gminę. I dlatego chcą zastąpić pieniądz gotówkowy elektronicznym. To umożliwi im totalną kontrolę nad ludźmi. I wtedy będą mogli wydzielać ten pieniądz, jednym według pracy, innym według potrzeb, ale wedle własnego uznania, co zresztą już się dzieje, bo wielu ukraińskich imigrantów w Polsce dostaje pieniądze według potrzeb, czyli potrzebują pracy, to ją dostają, potrzebują opieki zdrowotnej to ją dostają itp.

Gdy dziś obserwuje się zachowania „polskiego” rządu, to widać, że ci ludzie są marionetkami, że prawdziwa władza jest głęboko ukryta i nie podlega żadnej kontroli, a nam, współczesnym niewolnikom, podsuwa się różne pomysły typu komunizm, demokracja itp., które służą tylko skłócaniu nas i przekonywaniu, że nasz głos w wyborach ma jakieś znaczenie. Wydaje się, że władza od początku jest w tych samych rękach i w nich pozostaje od pokoleń.

Wenezuela

3 stycznia 2026 roku Stany Zjednoczone zaatakowały Wenezuelę. W blogu Peru pisałem o historii Ameryki Południowej, m.in. również Wenezueli. Kolonie hiszpańskie to było Wicekrólestwo Peru, a Brazylia była kolonią portugalską. Okres wojen napoleońskich to w Ameryce Południowej okres „wybijania się” na niepodległość poszczególnych prowincji, które stawały się niezależne od Hiszpanii. W praktyce oznaczało to tylko zmianę suwerena. Te wszystkie „niezależne” państwa były całkowicie podległe Stanom Zjednoczonym. Stało się to w niecałe czterdzieści lat po ich powstaniu. Czy zatem jakieś państwo, w tym wypadu Wenezuela, mogło wybić się na niepodległość? Nie ma takiej opcji. Co więc dzieje się w Wenezueli? Na swoim kanale Leszek Sykulski skomentował to wydarzenie. Poniżej fragment jego wypowiedzi.

O co w tym wszystkim chodzi? Tu nie chodzi o wspieranie demokracji ani o terroryzm czy narkotyki. O co chodzi? Chodzi o system petrodolara, który przez dziesiątki lat utrzymywał dominująca pozycję Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. Tu jest istota rzeczy. Wenezuela posiada potwierdzone, największe na świecie rezerwy ropy naftowej, większe niż Arabia Saudyjska. I tu Wenezuela zagroziła systemowi petrodolara. W jaki sposób?

  • w 2018 roku władze Wenezueli ogłosiły, że chcą odejść od rozliczeń w amerykańskim dolarze, jeżeli chodzi o sprzedaż ropy naftowej
  • zaczęły rozliczać się w juanach, akceptować euro i rosyjskiego rubla
  • złożyły wniosek o przystąpienie do grupy BRICS plus
  • Wenezuela ma tyle ropy, że może sfinansować dedolaryzację, co wywróciłoby cały system finansowy na świecie

15 sierpnia podczas spotkania w Anchorage na Alasce pomiędzy Trumpem a Putinem mogło dojść nie tylko do rozmów na temat Ukrainy, ale także nowego podziału stref wpływów. Aktualne jest zatem pytanie czy Donald Trump nie odpuścił Ukrainy i Europy Wschodniej w zamian za wolną rękę w zachodniej hemisferze?

Co to tak naprawdę oznacza dla bezpieczeństwa państwa polskiego? Bo jeżeli rzeczywiście doszło do porozumienia mocarstw ponad głowami państw małych i średnich, jeżeli dochodzi do nowego podziału stref wpływów – to jest pytanie: po której stronie znajdzie się państwo polskie? Czy dziś Stany Zjednoczone byłyby tym krajem – który np. w sytuacji rozszerzenia się wojny na Ukrainie, rozszerzenia o inne państwa – chciałyby interweniować? Krótko mówiąc, bezpośrednio używać własnych żołnierzy do tego, by ginęli za Tallin, za Rygę, za Wilno czy inne stolice państw regionu. Wiele wskazuje na to, że Amerykanie ograniczają swą obecność w Europie. Widać, że obok zachodniej hemisfery, dla Stanów Zjednoczonych kluczowy jest Indo-Pacyfik oraz interesy Izraela. No i to jest moim zdaniem klucz do zrozumienia sytuacji Polski.

Establishment III RP nie ma żadnego planu B, poza tym, że powiesił bezpieczeństwo państwa polskiego na klamce w Waszyngtonie, że włożył wszystkie jajka do jednego koszyka, który został umieszczony nad Potomakiem. I to jest poważny problem dla państwa polskiego, skłóconego z sąsiadami, państwa mającego zdewastowane relacje z Federacją Rosyjską i Republika Białoruś, a to niestety jest zalążek problemów na przyszłość. To czas by w Polsce powstała realna odpowiedź w postaci dokumentów doktrynalnych na zmieniający się system bezpieczeństwa globalnego czy też niebezpieczeństwa globalnego, no i warto jak najszybciej zaimplementować zasadę strategii wielowektorowej, bo w przeciwnym razie, niestety, państwu polskiemu grożą potężne turbulencje geostrategiczne i to mówię bez cienia przesady.

x

Tereny Wenezueli oddał augsburskim bankierom w 1529 roku, jako spłatę długów, Karol V Habsburg. Z kolei w XIX wieku rząd Portugalii zrzekł się swoich praw do kolonii i sprzedał Wielkiej Brytanii Brazylię za dwa miliony funtów. Do kogo więc należała Wenezuela i nadal należy? Była przecież własnością augsburskich bankierów. To tam, w Caracas, urodził się w 1783 roku Simon Bolivar. W 1811 roku został oficerem wojsk powstańczych walczących o niepodległość Wenezueli. I tak zaczęło się wyzwalanie poszczególnych prowincji, zwanych audiencjami, co doprowadziło do ich uniezależnienia się od Hiszpanii. Powstała „niepodległa” Wenezuela, która była własnością bankierów i prawdopodobnie nadal nią jest. A Brazylia i nie tylko ona?

Na trenie Wenezueli zalegają największe na świecie złoża ropy naftowej. Większość światowych złóż mineralnych została odkryta jeszcze przed końcem XIX wieku. To był okres największego rozkwitu państw kolonialnych. Zatem to one dokonały tych odkryć, a raczej przedsiębiorstwa, które te państwa zaangażowały w ten proces. O ile same odkrycie złóż nie wymaga wielkiego kapitału, poza niezbędną do tego wiedzą, czyli wskazaniem miejsca, gdzie należy wiercić, to już same wiercenia są niezwykle kosztowne i wymagają bardzo specjalistycznego i drogiego sprzętu. Dlatego ta wiedza jest tak bardzo ważna, by do minimum ograniczyć wiercenia poza miejscami prawdopodobnego występowania złóż. Wygląda więc na to, że niezbędną wiedzą i technologią, by wyszukiwać i wydobywać bogactwa naturalne, dysponują tylko nieliczne państwa. W praktyce sprowadza się to do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec, bo tylko w tych państwach rozwinęła się w XVIII i XIX wieku nauka zwana geologią, która dała teoretyczne podstawy pod praktyczne poszukiwania bogactw naturalnych. Na ziemiach polskich mapy geologiczne XIX wieku były dziełem Niemców i to oni budowali kopalnie węgla kamiennego, które wszystkie, poza Lubelskim Zagłębiem Węglowym, znajdują się na ziemiach poniemieckich. Te lubelskie złoża zostały odkryte w połowie lat 30-tych, co było ewenementem na skalę światową. Odkrył je Jan Samsonowicz, który pracował wówczas na Uniwersytecie Lwowskim.

Z racji tego, że poszukiwania i eksploatacja złóż naturalnych są bardzo drogie, to tylko nieliczne państwa stać na to. Z tych wyżej wymienionych dominacja zapewne należy do Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, a raczej firm z tych państw, które to firmy są własnością międzynarodowego kapitału. Jeśli więc któraś z tych firm zajmuje się eksploatacją złóż ropy, powiedzmy w Arabii Saudyjskiej czy Iranie, to kto tu od kogo zależy? Oba te państwa, tak jak większość państw na świecie, nie dysponuje takim kapitałem, technologią i wiedzą, by móc samodzielnie eksploatować te bogactwa i wykorzystywać je z korzyścią dla siebie. Owszem, te firmy podzielą się zyskiem, ale wtedy to rząd takiego państwa jest w kieszeni tych firm, a nie odwrotnie. – I to by było na tyle w kwestii czy Stany Zjednoczone zaatakowały Wenezuelę, bo chcą położyć łapę na jej złożach ropy. Te złoża od dawna mają swego właściciela i nie jest nim Wenezuela.

W ostatnim zdaniu swojego komentarza Leszek Sykulski powiedział: …no i warto jak najszybciej zaimplementować zasadę strategii wielowektorowej, bo w przeciwnym razie, niestety, państwu polskiemu grożą potężne turbulencje geostrategiczne i to mówię bez cienia przesady.

Z kolei Tomasz Piekielnik w dzisiejszym komentarzu USA przejmują Wenezuelę i jej ropę. Szczegóły atakui konferencja Trumpa w Mar a Lago! powiedział:

„Pokusa powstaje, by upiec wiele pieczeni przy jednym ogniu. Przy jednym ogniu upiec tyle, co się da i przedstawiać różne argumenty, okoliczności jako zasłonę dymną, a zagarniać, co swoje. Widzimy, że świat dzieli się na strefy, a raczej jest dzielony i to bezpardonowo, bez miękkiej gry i bez znieczulenia. Dlatego jest też ważne, abyśmy rozumieli, że w Polsce sprawy mogą przybrać bieg taki, którego się nie spodziewamy – rozbiory na przykład. To, co robią Stany Zjednoczone, to zielone światło dla Berlina, dla Moskwy, dla Tel Awiwu, dla Pekinu, że koniec już miękkiej gry i uważam, że kolejne konflikty przed nami.”

Czy grożą nam rozbiory – jak powiedział Piekielnik, czy potężne turbulencje geostrategiczne – jak powiedział Sykulski? W sumie oznacza to to samo, ale takie wyraźne, bez owijania w bawełnę, stwierdzenie jest nowością. A ja od początku wojny na Ukrainie twierdzę, że w przypadku III RP chodzi o odtworzenie I RP, czyli połączenie z zachodnią Ukrainą, czyli Galicją Wschodnią, a później o przyłączenie zachodniej Białorusi i Litwy. Sytuacja bardzo przypomina tę sprzed II wojny światowej. Wtedy rząd II RP robił wszystko, by skłócić to państwo z sąsiadami i przystąpić do wojny z Niemcami, co w praktyce oznaczało jego likwidację. Obecnie jest podobnie; III RP ma złe stosunki dyplomatyczne z sąsiadami i dąży do wysłania wojska na Ukrainę. Skończy się tak, jak po wojnie – powstanie zupełnie inne państwo.

Królewiec

Nie widać końca wojny na Ukrainie, nic szczególnego nie dzieje się tam, ale coraz częściej pojawia się wątek Królewca. Jeden z polskich generałów powiedział ostatnio, że jeżeli Rosja w jakiś sposób zaatakuje terytorium Polski, to wszystko w tym okręgu zostanie zrównane z ziemią w promieniu 300 km. Jeśli tak, to oznacza to również, że Warszawa wróci do stanu ze stycznia 1945 roku. Trudno oczywiście poważnie traktować wypowiedzi pajaców, ale fakt, że o Królewcu wcześniej nie mówiono, odkrywa niejako kolejną kartę, jakby kartę przetargową. Królewiec to rosyjska eksklawa, a więc terytorium, które nie jest połączone z Rosją. W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Mapa obwodu królewieckiego; źródło: Wikipedia.

Królewiec (ros. Калининград, Kaliningrad; dawn. niem. Königsberg) – miasto w Rosji, przy ujściu Pregoły do Zalewu Wiślanego, stolica obwodu królewieckiego. Ważny morski port handlowy i wojenny, połączony torem wodnym z otwartym Morzem Bałtyckim i awanportem Bałtyjsk, a także ośrodek przemysłu środków transportu, maszynowego, celulozowo-papierniczego i rybnego. Węzeł kolejowy, miasto obsługiwane jest przez port lotniczy w pobliskim Chrabrowie. Liczne szkoły wyższe (m.in. uniwersytet i uniwersytet techniczny). W 2021 liczyło 493,2 tys. mieszkańców.

Królewiec leży na Półwyspie Sambijskim u ujścia Pregoły do Morza Bałtyckiego, 35 km od granicy polskiej, 70 km od granicy litewskiej i 1289 km od Moskwy. Historycznie leży na terenie Prus Dolnych i Sambii.

Pierwotnie pruska osada nosiła do XIII w. nazwę Tuwangste. W 1255 na miejscu zdobytej osady Krzyżacy wybudowali zamek znany jako Mons Regius lub Regiomontium. Łacińska nazwa oznaczała „królewską górę”, którą zgodnie z tradycją nadano na cześć Przemysła Ottokara II, króla Czech. Odpowiednikiem łacińskiej nazwy jest niemiecka forma Königsberg.

Miasto zostało założone w 1255 przez Zakon krzyżacki na miejscu pruskiej osady Tuwangste. Krzyżacy postawili tam zamek, a w 1256 nazywano go zamek Królewska Góra w Sambii (castrum de Coningsberg in Zambia), po łacinie – Mons Regius (później Regiomontium). Nazwa ta utrwaliła się jako Królewiec (niem. Königsberg), co upamiętnia czeskiego króla Przemysła Ottokara II, który stanął na czele wyprawy krzyżowej przeciwko Prusom. Wizerunek króla czeskiego i jego korona znajdowały się też w herbie miasta.

Od czasów II pokoju toruńskiego, w latach 1466–1525, miasto było stolicą zależnych od Korony Królestwa Polskiego Prus Zakonnych. W czasie wojny polsko-krzyżackiej 1519–1521 oblegane było w maju 1520 przez polskie wojska zaciężne pod wodzą hetmana wielkiego koronnego Mikołaja Firleja.

Po sekularyzacji zakonu krzyżackiego i hołdzie pruskim złożonym w 1525 przez wielkiego mistrza królowi Zygmuntowi Staremu miasto zostało stolicą Prus Książęcych, zależnych od króla polskiego jako lenno. Na znak zależności czarny pruski orzeł otrzymał koronę królewską na szyi i literę „S” od łacińskiego imienia króla Sigismundus (Zygmunt). Wkrótce rozpoczęła się w Prusach wojna religijna, w wyniku której religią panującą w państwie został luteranizm.

Królewiec był obok Wrocławia i Krakowa jednym z pionierskich ośrodków drukarstwa polskiego, a w latach 1543–1552 w Królewcu i w Ełku wydano więcej książek w języku polskim niż w całej Rzeczypospolitej. W 1552 w mieście gościł król Polski Zygmunt II August.

x

Ostatni akapit potwierdza to, co wcześniej pisałem o tym, że język polski został stworzony w czasie reformacji. Zapewne posłużono się ludowym językiem lokalnym, „podrasowano” go wzorując się częściowo na języku niemieckim. W ten sposób powstał literacki język polski, w sytuacji, gdy nie było jeszcze narodu polskiego. I rozpowszechnienie go zawdzięczamy niemieckim drukarniom. W latach 1543-1552 nie było Rzeczypospolitej, która powstała w 1569 roku. Wówczas istniało jeszcze Królestwo Polskie, czyli Korona.

Powoli zmienia się narracja i wątek Królewca staje się coraz bardziej wyrazisty. Słychać pomysły jego blokady. Rodzi się zatem pytanie: po co to? Czy nie chodzi o to, by dać Rosji pretekst do opuszczenia tej eksklawy? Czy w zamian za ustępstwa na rzecz Rosji na Ukrainie nie zgodziłaby się ona na takie rozwiązanie? Zapewne dla Rosji Ukraina jest więcej warta niż okręg kaliningradzki. A więc Rosja bierze na Ukrainie wszystko poza Galicją Wschodnią, a w zamian rezygnuje z Kaliningradu. W ten sposób Niemcy odzyskują całe Prusy Wschodnie i tworzą własną eksklawę. A jeśli tak, to, prędzej czy później, musi pojawić się problem Korytarza, czyli Prus Królewskich, bo Prusy Wschodnie to Prusy Książęce. I to jest dialektyka, czyli rozwój oparty na konflikcie przeciwieństw, który prowadzi do nowej, wyższej syntezy, czyli nowej rzeczywistości. I ta heglowska dialektyka stoi w sprzeczności z tym, co głoszą globaliści, bo jeden światowy rząd to zastój, czyli brak wojen, konfliktów, kryzysów, powstań, buntów itp. A przecież nie może być tak, że Hegel i Marks mylili się. W Polsce to dopiero zacznie się “sajgon”, gdy państwo ukraińskie tu zadomowi się.

W jednym ze swoich komentarzy Tomasz Piekielnik powiedział, że Kosiniak-Kamysz, minister obrony narodowej, chwalił się parę tygodni temu tym, że podpisał trzy porozumienia – same w sobie tajne, pytanie: dlaczego? – które mają sprowadzić ukraiński przemysł zbrojeniowy do Polski.

Zatem sytuacja powoli klaruje się. Rosja oddaje Niemcom okręg kaliningradzki w zamian za ustępstwa na Ukrainie, czyli oddanie jej całej Ukrainy poza Galicją Wschodnią. W ten sposób staje się jasne, dlaczego przesiedla się z Ukrainy ludność z trenów nie objętych wojną i dlaczego przenosi się do Polski ukraiński przemysł zbrojeniowy i pewnie nie tylko zbrojeniowy. Jednocześnie zutylizowano polski sprzęt wojskowy na froncie ukraińsko-rosyjskim, pozwolono młodym mężczyznom w wieku 18-24 lat wyjechać z Ukrainy, a w Polsce szykuje się masowa mobilizacja. Jest to zatem przenoszenie państwa i narodu ukraińskiego do Polski i jednoczesne likwidowanie państwa polskiego i marginalizowanie jego obywateli – proces coraz bardziej widoczny, ale rozłożony w czasie i dlatego dla wielu niedostrzegalny.

Ruch egzekucyjny

Ruch egzekucyjny jest mało znanym wydarzeniem w dziejach Polski nowożytnej, czyli okresu od początku XVI wieku. W okresie unii personalnej (1385-1569) za Jagiellonów rozpoczął się proces rozkradania ziemi państwowej, czyli królewszczyzn. Początkowo ziemie te były dzierżawione, a z biegiem czasu ich dzierżawcy uznali je za swoje i często nie płacili sum należnych od takich dzierżaw. Skarb państwa świecił pustkami i król musiał zastawiać kolejne ziemie, by mieć pieniądze na wojny. Na krótko przed unią wyglądało to tak:

Źródło: Wikipedia; praca własna Mathiasrex.

Trzeba pamiętać, że tylko część ziem należała do króla i tylko część z nich była zastawiona. Nie to jest jednak najważniejsze, przynajmniej według mnie, a to, że przed unią Korona Królestwa Polskiego nie graniczyła z Inflantami, ani z Księstwem Moskiewskim. Natomiast sytuacja Litwy była zupełnie inna. To w jej interesie było ograniczenie wpływów Moskwy. Jednak z racji tej, że królami Korony byli Jagiellonowie, to oni wciągnęli ją do wojny o Inflanty. Mamy więc sytuację bliźniaczo podobną do obecnej. Państwo polskie, nie mając w tym żadnego interesu, angażuje się w wojnę na Ukrainie, bo jego rządzący są Ukraińcami. Retoryka jest dokładnie taka sama. Wtedy Zygmunt August uzasadniał zaangażowanie w Inflantach zagrożeniem Moskwy, która, drogą przez Bałtyk zaatakuje Europę zachodnią i narzuci jej swoje tyrańskie rządy. Można by zapytać: a dlaczego przez Bałtyk, skoro drogą lądową jest prościej i łatwiej, bo przecież Moskwa nie była potęgą morską, wprost przeciwnie.

Czy zatem ruch egzekucyjny, który wysuwał wiele postulatów, dążył do zakamuflowania prawdziwych celów, zgłaszanych pomiędzy różnymi innymi? Tylko dwa z nich zostały w pełni zrealizowane: zmiana ustroju, czyli lekcja króla i unia z Litwą.

Sztuczna inteligencja tak o nim pisze:

Ruch egzekucyjny szlachty (XVI w.) to polityczny ruch średniej szlachty dążący do reform w Rzeczypospolitej, głównie w sądownictwie, skarbowości i wojsku, poprzez egzekucję (wyegzekwowanie) praw, odzyskanie królewszczyzn zagarniętych przez magnatów i ograniczenie wpływów Kościoła, by wzmocnić państwo i ograniczyć władzę królewską i magnacką, co przyczyniło się do powstania wojska kwarcianego i reform.

Główne cele ruchu:

  • Egzekucja praw: Wymuszanie przestrzegania istniejących praw i przywilejów przez króla i magnatów, co miało usystematyzować prawo.
  • Egzekucja dóbr: Zwrot królowi i państwu nielegalnie przejętych przez magnatów dóbr królewskich (królewszczyzn), z których dochody miały zasilić skarb państwa.
  • Reforma wojska: Stworzenie stałej armii (wojska kwarcianego) finansowanej z dochodów z królewszczyzn, zdolnej do obrony granic.
  • Reforma sądownictwa i skarbowości: Uporządkowanie systemu prawnego i administracji.
  • Ograniczenie władzy magnatów i Kościoła: Zmniejszenie ich dominacji politycznej i gospodarcze

Przyczyny i kontekst:

  • Kryzys finansowy państwa i koszty wojen (np. z Moskwą).
  • Niechęć szlachty do polityki monarchy (Zygmunta I Starego, a później Zygmunta II Augusta) opartej na magnaterii.
  • Sprzeciw wobec nepotyzmu i kumulacji urzędów przez magnatów.

Kluczowe postaci i wydarzenia:

  • Przywódcy: Rafał Leszczyński, Mikołaj Sienicki, Hieronim Ossoliński.
  • Wojna kokosza (1537): Wczesny protest szlachty przeciw polityce królowej Bony.
  • Sejm piotrkowski 1562/1563: Rozpoczął realizację programu egzekucyjnego, m.in. lustrację królewszczyzn.

Skutki:

  • Wzmocnienie pozycji szlachty w państwie i sejmie.
  • Utworzenie wojska kwarcianego.
  • Reforma systemu miar i wag, poprawa ściągalności podatków.
  • Wpływ na późniejsze reformy (np. elekcyjność tronu, unia lubelska).

To tyle AI. Ostatnie zdanie jest tu najważniejsze, czyli że według AI ruch ten miał wpływ na późniejsze reformy, a więc na ustrój państwa, który stał się ustrojem nowego państwa, czyli Rzeczypospolitej i na likwidację starego państwa poprzez unię z Wielkim Księstwem Litewskim. Na krótko przed unią lubelską wydzielono z WKL jego południową część, czyli ziemie obecnej Ukrainy i połączono je z Koroną. Powstało wspólne państwo polsko-ukraińskie, które nadal nazywano Koroną. Warto o tym pamiętać, bo dziś znowu jest tworzone takie samo państwo, które pewnie też będą nazywać Polską, choć to już dziś jest państwem ukraińskim, wspierającym dzielnicę kijowską. A wszystko to przeciw znienawidzonej Rosji. A co ma z tym wspólnego Polska? – Polska to zamaskowana, po części, Ukraina, zamaskowana, po części, Rosja i zamaskowane, po części, Niemcy. Wszystko to, zusammen do kupy, tworzy najbardziej nienormalne państwo na świecie.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-70) tak opisuje ruch egzekucyjny:

Egzekucja praw, zespół postulatów szlacheckich wysuwanych przez tzw. ruch egzekucyjny średniej szlachty za panowania Zygmunta I i Zygmunta Augusta, oraz przeprowadzenie związanych z nimi reform. Postulaty te, formowane i wysuwane na sejmach i sejmikach głównie od 1525, godziły w interesy magnaterii i kleru. Dotyczyły one uporządkowania i zmodernizowania norm prawnych i ustrojowych, przywrócenia dawnych, słusznych praw – wówczas nie wykonywanych, uznania zasady elekcyjności tronu, przeprowadzenia egzekucji dóbr, reformy skarbu, sądownictwa i wojska. Ponadto domagano się przeprowadzenia unii polsko-litewskiej, terytorialnego zjednoczenia państwa przez włączenie księstw śląskich – Oświęcimia i Zatora, ścisłe gospodarcze i administracyjne zespolenie Prus Królewskich z Koroną. Wysuwano projekty ograniczenia praw kościelnych, miejskich i chłopskich. Różnowiercy egzekucjoniści żądali wprowadzenia kościoła narodowego i uniezależniania Polski od Rzymu. W 1537 roku na tle walki o egzekucję praw doszło do wybuchu kokoszej wojny, podczas której król i senat zmuszeni byli ustąpić przed żądaniami szlachty. Pierwszy akt walki o egzekucję praw zakończyły sejmy piotrkowski (1538) i krakowski (1538-39) kompromisem, będącym w gruncie rzeczy zwycięstwem szlachty. Zygmunt Stary zaręczył, że nie pogwałci praw, bez zgody sejmu nie będzie wydawać konstytucji, po zgonie jego syna odbędzie się elekcja z udziałem całej szlachty. Obóz szlachty egzekucyjnej nie był jednolitym stronnictwem, należeli do niego różnowiercy, część katolików, średnia szlachta, jak również jednostki spośród bogatszej szlachty; większość jednak hołdowała orientacji antyhabsburskiej i antyrzymskiej. W połowie XVI wieku wyodrębniła się w obozie egzekucyjnym grupa postępowa, kierowana przez M. Sienickiego, H. Ossolińskiego, J. Ostroroga i innych, która wypowiadała się m.in. za reformą kościoła, opodatkowaniem kleru i zobowiązaniem go do ponoszenia ciężaru obrony kraju; podnosiła także zagadnienie władzy królewskiej, broniąc jej przed uzurpacją ze strony magnaterii, a zwłaszcza biskupów; dążyła więc do kontroli senatorów, ministrów i starostów. W 1565 grupa posłów sejmowych żądała powołania w całym państwie instygatorów1 z wyboru szlachty, mających na celu kontrolowanie wszystkich senatorów i urzędników ziemskich, a także spraw miejskich i przedstawianie sądom spraw o nadużycia. Projekt ten upadł mimo gwałtownej walki toczącej się o jego wprowadzenie na sejmie 1565 roku. Szczególnie wytężona walka o egzekucję praw przypada na okres od 1552 do pierwszej wolnej elekcji. W 1562-67 przeprowadzono egzekucję dóbr (objęto nią również Prusy Królewskie), 1563 zawieszono egzekwowanie przez starostów wyroków sądów duchownych, 1573 konfederacją warszawską zagwarantowano tolerancję religijną. Na sejmie 1562/63 dokonano reformy systemu podatkowego (m.in. objęto podatkami dziesięciny); 1578 utworzono szlacheckie sądownictwo najwyższej instancji – Najwyższy Trybunał Koronny w Piotrkowie (dla Wielkopolski) i w Lublinie (dla Małopolski). Doprowadzono do zawarcia unii polsko-litewskiej (1569) oraz przeprowadzono inkorporację zależnych od polski księstw (Oświęcim i Zator); włączono ustrojowo Prusy Królewskie do ziem koronnych pozostawiając im jedynie pewien stopień autonomii. Problemy wolnych elekcji i walki polityczne z tym związane – mimo trwałości niektórych postulatów egzekucyjnych – spowodowały pewne zmiany w organizacji życia politycznego w kraju i rozpad stronnictwa egzekucyjnego.

Egzekucja dóbr, prawna lub faktyczna rewindykacja bezprawnie rozdarowanych, posprzedawanych, pozastawianych lub zagarniętych dóbr królewskich. W Polsce w XVI wieku była egzekucja dóbr jednym z głównych postulatów tzw. ruchu egzekucyjnego, wysuniętych przez średnią szlachtę, a skierowanych przeciwko magnaterii. Egzekucja dóbr łączyła się ze sprawą skarbu i wojska; dobra, które chciano odzyskać, przynosiły ok. 700 tys. zł dochodu, rozdane lub zastawione po 1504 pozostawały w przeważającej części w posiadaniu magnatów. Rewindykacja królewszczyzn zapewniała szlachcie zmniejszenie podatków składanych na obronę kraju; dochód z przywróconych królewszczyzn miał zapewnić królowi opłacanie wojska. Egzekucja dóbr rozpatrywana na sejmie 1562-63 uchwalona została przez sejmy 1563-64; m.in. dzierżawcy dóbr królewskich zachowali dla siebie 1/5 dochodów, a z reszty należnej skarbowi królewskiemu czwartą część oddano do skarbu w Rawie dla wojska kwarcianego (stąd nazwa kwarta). Naznaczono rewizorów w poszczególnych ziemiach dla przeprowadzenia rewizji prawomocności nadań, również na sejmie prowadzono weryfikację prawną dotychczasowych nadań dóbr królewskich (tzw. rewizja listów). Granicę egzekucji dóbr określił sejm z 1567, który ustalił, aby do króla wróciły tylko dobra zastawione lub rozdane, z pominięciem dóbr dożywotnich i dzierżawnych.

x

Władysław Konopczyński w książce Dzieje Polski Nowożytnej Instytut Wydawniczy PAX Warszawa 2003 pisze:

Pierwsze występy przodowników szlacheckiej demokracji za Zygmunta kryją się dotąd w pomroce. Czasem odezwie się nazwisko jakiegoś hałaśliwego [Mikołaja] Tąszyckiego czy [Mikołaja] Spławskiego, ale o co oni wołali, nie wiadomo. Bezimienna dotąd i bierna izba poselska mniej więcej od 1520 r. wyraźnie wysuwała żądania sprawiedliwości, usunięcia nadużyć, egzekucji praw. O conventus justitiae, tj. o taki sejm, który by wprawił w klubę2 wszystkie ustawy i po sprawiedliwości rozłożył prawa oraz obowiązki, toczyła się walka od sejmu bydgoskiego 1520 r.: wyobrażano sobie taki sejm rewizyjny jako jeden i ten sam układ posłów i senatorów, gromadzący się automatycznie co lat 4, a termin jego prac zakładano do lat 12. Pierwszym jego celem miało być uregulowanie stosunków między stanem duchownym a świeckim; później do haseł egzekucji przybywa niełączenie urzędów w jednych rękach (incompatibilia), odebranie królewszczyzn na skarb, zjednoczenie Litwy z Koroną.

Słowem rozmaity duch przenikał tę kampanię egzekucyjną: po części publiczny, patriotyczny, państwowy i narodowy; po części – duch zawiści konkurencyjnej jednych uprzywilejowanych wobec drugich. Raz już w 1521 r. padło słowo rokosz, zapożyczone z Węgier. Raz, w 1529 r. podczas choroby króla Wielkopolanie, za podnietą księcia Albrechta zmawiali się, że następcę zmuszą do odebrania księżom 1/3 części dóbr, aby jej użyć na obronę granic, i spiski te krzewiły się dalej, aż się wylały na wierz groźniej dla państwa niż dla tronu i hierarchii kościelnej, w rokoszu lwowskim.

Misję dziejową Krzyżaków inflanckich, spadkobierców Kawalerów Mieczowych, którzy ujarzmili plemiona Łotyszów i Estończyków, a odgrodzili od morza Ruś moskiewską, przecięło nawrócenie Litwy, późniejszą zaś ich rolę jako pionierów niemczyzny podkopała reformacja. Hamował jej postępy chwilowy sojusznik Litwy, dzielny Walter Plettenberg, ale po jego śmierci (1535) luteranizm przemógł. Zresztą, niezależnie od fermentu, jaki ciągnęła za sobą rozterka religijna, wybuchła na nowo około połowy XVI w. odwieczna waśń między zwierzchnikami naddźwińskiej szachownicy, landmistrzem i ryskim arcybiskupem.

Inflanty w szerszym znaczeniu, obejmującym także Kurlandię, Semigalię i Estonię, leżały w sferze interesów Litwy i Moskwy. Pierwsza przez Dźwinę, druga przez Narwę spławiały swe produkty na morze; poza tym cały ten kraj stanowił rynek zbytu dla rolników i kupców obu państw; dla ich ściągnięcia mistrzowie osadzali na probostwach greckiego wyznania popów, najpierw z Litwy, potem z Moskwy. Ale na wypadek sekularyzacji Inflant i zupełnego ich rozkładu zgłosić mieli swe pretensje zwierzchnicy dawniejsi: Duńczycy i Szwedzi, którzy raz już władali w Estonii w XIV w.; zainteresowana była także Hanza, a cesarz Karol V parokrotnie ostatnio interweniował w sporach inflanckich jako zwierzchnik i opiekun wszystkich dependencji Rzeszy.

Do wojny domowej usposobili się mistrz i arcybiskup zamawiając posiłki, pierwszy w rzeszy Niemieckiej, drugi w Prusach u Albrechta; przejęta wiadomość o tym, że Wilhelm zaprasza brata do okupacji kraju, wywołała oburzenie nie tylko wśród samych katolików, bo właśnie przedstawiciele Rygi z Fürstenbergiem oblegli i wzięli Wilhelma w Kokenhausen, puszczając wolno jego koadiutora3. W tej chwili Zygmunt August uznał za stosowne ująć się za arcybiskupem. Czy myślał już wtedy o pozyskaniu całych Inflant dla swego państwa, czy po prostu spełniał życzenie kuzyna Albrechta, który w styczniu [1556] przygalopował do Wilna i prosił o interwencję – dla dobra Hohenzollernów? Nie domyślano się, o czym dziś już wiadomo, że już w 1552 r. król, po zwiedzeniu Gdańska zjechał się z księciem pruskim w Krupiszkach i Braksztynach, przy czym uplanowano „zjednoczenie” Inflant z Polską i Litwą na podobieństwo infeudacji (nadanie ziemi w lenno – przyp. W.L.) Prus, a to pod berłem księcia Wilhelma jako lennika. Cały późniejszy zatarg o koadiutorów był wykonaniem tajnego planu, o którym z senatu wiedział tylko częściowo Achacy Czema, wojewoda malborski. Obecna interwencja miała ratować plany Hohenzollernów, ale jeszcze lepiej musiała służyć państwu Jagiellonów.

Z kolei przedłożona została rzecz senatowi polskiemu: trwałość panowania na przestrzeni Puck – Kłajpeda zależała od owładnięcia dalszymi portami aż po Rewel, przy tym, jak to Zygmunt August niezmordowanie tłumaczył monarchom europejskim, trzeba było przeciąć dowóz z zachodu broni, instruktorów, rzemieślników do Moskwy, jeżeli Iwan nie miał przez Bałtyk rozprzestrzenić swej tyranii na Europę Zachodnią.

Raz pozwolono królowi na potrzebę inflancką zaciągnąć pożyczkę półmilionową, oczywiście pod zastaw królewszczyzn. Co do dóbr obciążonych „starymi sumami” postanowiono (1567), że jeżeli król pozwala na ich scedowanie w dalsze ręce, to nie inaczej, jak za skreśleniem ¼ części sumy dłużnej. Dzierżawcom przyznano z dochodu brutto 1/5 część, rezerwując 3/5 części dla króla. Reszta, tj. czwarta część czystego królewskiego dochodu, pójdzie do skarbu w Rawie na utrzymanie stałego „kwarcianego” wojska. Takie załatwienie sprawy przecięło dalszy odbiór majątków, a w skromnej mierze zaradziło obronie państwa, bo owego żołnierza kwarcianego bywało parę lub kilka tysięcy. Bądź co bądź samo odbywanie periodycznych od 1566 r. lustracji poprawiło gospodarkę w królewszczyznach i umożliwiło dalsze reformy skarbowe.

x

Często, pisząc blogi o tamtych czasach, zastanawiałem się na tym, kto stworzył ustrój I RP. Intuicyjnie czułem, że byli to Żydzi, którzy posługiwali się różnymi tajnymi związkami, ale brakowało mi punktu zaczepienia. Konopczyński pisze:

Mamy więc konkretną datę, czyli rok 1520. Co więc było przyczyną takiego nagłego ożywienia i wzmożonej aktywności? W 1518 roku przybyła do Polski królowa Bona i przyciągnęła ze sobą nie tylko włoszczyznę, ale również członków różnych tajnych związków, które kwitły we Włoszech od czasów renesansu. Reformacja w Polsce była pod względem religijnym ruchem płytkim, powierzchownym i wraz z nastaniem unii wygasła. Podobnie było w przypadku tych wszystkich „wybitnych” umysłów tamtego czasu. Jak szybko się pojawili, tak szybko znikli. Miernoty wypromowane przez tajne związki. Wielcy panowie, z kolei, stawali się protestantami, kalwinami, by później, gdy cel został osiągnięty, powrócić na łono Kościoła. Była ta reformacja tylko zasłoną dymną do realizacji zupełnie innych celów, podobnie jak ruch egzekucyjny.

Według AI przywódcami tego ruchu byli Rafał Leszczyński, Mikołaj Sienicki, Hieronim Ossoliński. Leszczyński był związany z ruchem braci czeskich, Sienicki – z kalwinizmem i ruchem braci czeskich, Ossoliński – kalwin, uczestnik sejmu podpisującego unię polsko-litewską, sygnatariusz konfederacji warszawskiej (1573) gwarantującej innowiercom tolerancję religijną. Konfederacja warszawska nie była wynikiem jakiejś nadzwyczajnej wspaniałomyślności w tym względzie, tylko koniecznością wynikającą z faktu, że po unii większość ludności zamieszkującej nowe państwo wyznawała prawosławie.

Reformacja była najważniejszym wydarzeniem w historii ziem polskich. Jej dziełem było uczynienie języka polskiego językiem narodowym i doprowadzenie do unii polsko-litewskiej. Choć ten pierwszy postulat pojawił się już wcześniej. Z Wikipedii:

Ostroróg pisał po łacinie, że trzeba pisać po polsku. Dlaczego zatem sam nie pisał po polsku? Ano dlatego, że wtedy jeszcze język polski nie był na tyle wykształcony, by móc w nim przekazywać głębsze treści. Tę wadę usunęła po części reformacja. A więc elity posługiwały się łaciną, a mieszczaństwo – językiem niemieckim. A jakim językiem posługiwali się Piastowie? Łaciną czy niemieckim? – Das ist die Frage, że się posłużę szekspirowskim dylematem w wersji niemieckiej. – Czy aby nie niemieckim?

Reformacja i ruch egzekucyjny miały na celu doprowadzenie do unii polsko-litewskiej i jednocześnie do odwrócenia uwagi opinii publicznej, czyli w tamtym czasie szlachty, od prawdziwego celu. Z kolei zaangażowanie w wojnę o Inflanty miało przekonać ją, że chodzi o bezpieczeństwo państwa. Efektem końcowym tych działań była unia polsko-litewska. Dokładnie ten scenariusz jest obecnie realizowany: zaangażowanie Polski w wojnę, która nie jest w jej interesie i dążenie do stworzenia wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, które miałoby powstrzymać Rosję przed parciem na zachód, czyli Drang nach Westen.

Jak to było możliwe, że Wielkie Księstwo Litewskie nie mogło obronić się samo przed Wielkim Księstwem Moskiewskim, tylko szukało pomocy w małej Polsce? I jedno i drugie księstwo było wielkie. Może jednak to litewskie było „wielkie” tylko z nazwy, a w praktyce była to parodia państwa, a unia Polski z tym tworem nie mogła być niczym innym, jak tylko jeszcze większą parodią państwa.

Drang nach Osten zaczął się jeszcze za Kazimierza Wielkiego, gdy do Korony przyłączono Ruś Halicką i Podole. Po zaborach Ruś Halicka została włączona do Austrii, stała się Galicją Wschodnią i Austriacy stworzyli z niej Banderland na długo przed Banderą. Tak więc Polskę stworzyli Niemcy a banderowską Ukrainę – Austriacy, czyli też Niemcy.

W języku niemieckim słowo „Pol” oznacza biegun, „Pole” – bieguny; „Pole” – Polak, „Polin” – Polka, „Polen” – Polska, Polacy. Skąd zatem pochodzi nazwa ‘Polska” i „Polacy”? Czy przypadkiem nie z niemieckiego? Jeśli ziemie polskie były częścią I Rzeszy, to Królestwo Polskie Łokietka zostało przez nią stworzone, tak jak później, w 1916 roku, Królestwo Polskie, które tworzyli Niemcy razem z Austriakami, a nie tak, jak parę dni temu powiedziała Maria Zacharowa, rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej, że to Lenin stworzył Polskę, bo uznał traktat rozbiorowy za nieważny.

Wygląda więc na to, że obecnie mamy do czynienia z sytuacją podobną do tej sprzed unii lubelskiej i wszystko zmierza w kierunku kolejnej unii, choć w praktyce to ona już jest, tylko że nie ogłoszono tego oficjalnie, więc większość ludzi nadal myśli, że żyje w III RP, a to jest Ukraina. Oczywiście to nowe państwo zostanie pozbawione ziem poniemieckich i Ukrainy Zadnieprzańskiej.

  1. Odpowiednik współczesnego prokuratora, który ścigał przestępstwa przeciwko państwu. ↩︎
  2. Tu: wziąć w karby, uporządkować. ↩︎
  3. Duchowny Kościoła katolickiego, zazwyczaj biskup tytularny, który zostaje przydzielony biskupowi diecezjalnemu w celu pomocy w zarządzaniu diecezją. ↩︎

Dementi

Ostatnio głośno zrobiło się po zabójstwie jedenastolatki przez dwunastolatkę w Jeleniej Górze. Po kraju rozeszła się informacja, że ta dziewczynka jest Ukrainką. W związku z tym MSWiA w swoim oświadczeniu zdementowało tę plotkę. Na Interii pojawił się artykuł “Stop dezinformacji”. Minister dementuje plotkę ws. zabójstwa 11-latki.

„12-latka zatrzymana w związku z zabójstwem 11-latki z Jeleniej Góry nie jest Ukrainką – potwierdziło MSWiA. To reakcja resortu na plotki pojawiające się w przestrzeni publicznej. Rzeczniczka resortu nazwała rozpowszechnianie tej wersji “świadomą dezinformacją, która żeruje na tragedii” i podsyca wrogie nastawienie między narodami.”

Co to jest dementi? Sztuczna inteligencja tak je definiuje:

Swego czasu Stanisław Michalkiewicz często cytował sentencję: „Nie wierzę w niezdementowane informacje”. Jej autorem był rosyjski polityk, książę Aleksander Gorczakow (1798-1883), minister spraw zagranicznych Imperium Rosyjskiego (1856-1882), ambasador Imperium Rosyjskiego w Cesarstwie Austriackim (1854-1855).

Jeśli zatem informacja ta została zdementowana, to znaczy, że dwunastolatka jest Ukrainką. A czy przypadkiem zamordowana 11-latka nie miała ukraińskich korzeni, czy może raczej kresowych? Czy nie zaczyna się tu wojna ukraińsko-polska? Wszak Jelenia Góra to tzw. Ziemie Odzyskane, na które przesiedlano głównie ludność z Kresów. W większości były to zapewne mniejszości kresowe i Polacy stamtąd. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że Szczecin jest największym ośrodkiem kultury ukraińskiej w Polsce, a o Wrocławiu to nawet nie warto wspominać.

Źródło: Wikipedia.

Historia zaczyna się powoli powtarzać. Gdy na krótko przed unią lubelską włączono do Korony, czyli do Królestwa Polskiego, południową część Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli województwo podlaskie, wołyńskie, bracławskie i Kijowszczyznę, co w praktyce oznaczało powstanie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, to, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczęły wybuchać tam antypolskie powstania. Obecnie również już mamy, choć nieoficjalnie i jeszcze nie nazwane, wspólne państwo polsko-ukraińskie, w którym dominują Ukraińcy, nadzorowani przez ukraińskich Żydów.

Problem polega na tym, że nazwanie kogoś Ukraińcem, kto czuje się Polakiem, może, w odczuciu wielu ludzi z kresowymi korzeniami, być krzywdzące. Kim zatem są Polacy? Polacy, jako naród, zostali stworzeni na Kresach w XIX wieku i tam też powstało coś, co w większości nazywamy literaturą polską, bo ona została właśnie stworzona na potrzeby tych ludzi. Wcześniej nie było narodu polskiego. Była szlachta, która wywodziła swoje pochodzenie od jakichś tam Sarmatów. Natomiast chłopi z terenów dawnej piastowskiej Polski byli niewolnikami, nie tworzyli wiec żadnego narodu. Mamy zatem ciekawy przypadek. Nie było narodu polskiego, ale był język polski. Język, który w okresie reformacji, jako język ludowy, został udoskonalony i awansował do rangi języka literackiego, a co Mikołaj Rej ogłosił Urbi et Orbi, że Polacy nie gęsi i swój język mają. Dlaczego tak późno, czyli w XVI wieku, skoro, według niektórych, Polska istnieje od tysiąca lat? To jaki język dominował przez pierwsze 500 lat istnienia państwa polskiego?

Tworzenie narodu polskiego na Kresach musiało wiązać się z jakimiś preferencjami dla tych ludzi, którzy już od pokoleń byli katolikami, a teraz trzeba było ich nauczyć języka polskiego. Jakoś należało ich zachęcić. Przywileje dla jednych oznaczały dyskryminację dla drugich. Do tego dochodziły podziały na tle wyznaniowym. I to, jak sądzę, jest przyczyną tych wszystkich antagonizmów czy wręcz nienawiści. I to jest beczka prochu, na której siedzi to niby państwo, zwane jeszcze III RP.

Kraj na kółkach

W przedmowie do swojej książki, Boże igrzysko Wydawnictwo Znak Kraków 1999, Norman Davies pisał:

Mamy tu do czynienia z frazesami, które niczego nie wyjaśniają, bo jakaż to wspólnota kulturowa o głębokich i trwałych tradycjach. Co miała wspólnego Wielkopolska z Kresami? Polska znajduje się bez przerwy na krawędzi upadku, ale jakimś sposobem udaje się jej stanąć na nogi. Ale jakim to sposobem? Mocarstwa raz likwidują ją, a później wskrzeszają. Gdzie tu sens i logika? Żeby to zrozumieć i wyjaśnić sobie, co tu się tak naprawdę dzieje, trzeba odwołać się do pewnej metody wnioskowania.

Jerzy Dzik, w książce Dzieje życia na Ziemi Wydawnictwo Naukowe PWN Warszawa 2011, pisał:

Te byty to po prostu twierdzenia naukowe, które, gdy pojawiają się w nadmiernej ilości, niczego nie wyjaśniają, wprost przeciwnie – gmatwają obraz rzeczywistości. Tę zasadę można stosować również w polityce czy w historii. Antony Sutton w książce, Skull and bones; Tajemna elita Ameryki Wektory Wrocław 2018, pisał:

Jak zatem wyjaśnić fakt, że Polska Piastów była państwem z silną władzą królewską, zrównoważonymi stanami, czyli z silnym mieszczaństwem i wolnymi chłopami? Jak wyjaśnić fakt, że to mieszczaństwo było niemieckie; Poznań, Wrocław i Kraków były miastami niemieckimi; miasta zakładano na prawie magdeburskim, a najwybitniejsza rzeźba to ołtarz Wita Stwosza z Norymbergi? Jak wyjaśnić fakt, że Wielkie Księstwo Litewskie było zacofane, feudalne? I jak wyjaśnić fakt, że maleńka Litwa zdominowała obszar od Bałtyku po Morze Czarne? Jak wyjaśnić fakt, że mocarstwa, które dokonały rozbioru Rzeczypospolitej, po 123 latach powołały ją ponownie do życia. Jak wyjaśnić fakt rozbioru w 1939 roku? Nie tak dawno jeden z polityków AfD, odnosząc się do żądań wysuwanych przez stronę polską, dotyczących odszkodowań za mienie zniszczone przez Niemców w czasie II wojny światowej, powiedział, że w przeszłości trzy czwarte obecnego obszaru Polski należało do Niemiec. Trzy czwarte obecnego obszaru Polski to ziemie bez tzw. ściany wschodniej, czyli województw podlaskiego, lubelskiego i rzeszowskiego. Do tych ziem roszczą pretensje Ukraińcy, którzy czują się spadkobiercami Rusi Kijowskiej.

Najprostsze wyjaśnienie tego wszystkiego, o czym już pisałem w poprzednich blogach, jest takie, że to, co my nazywamy Polską Piastów, to była I Rzesza. Natomiast WKL to ziemie byłej Rusi Kijowskiej. Gdy spadkobiercy Cesarstwa Zachodniorzymskiego, czyli I Rzesza, zetknęli się ze spadkobiercami Cesarstwa Wschodniorzymskiego, a raczej Konstantynopola, czyli z Rusią Kijowską, to postanowiono w tym miejscu stworzyć strefę buforową, którą będzie można modelować w zależności od potrzeb. Z I Rzeszy wydzielono księstwa, które my nazywamy Polską Piastów. Z Rusi Kijowskiej, po jej rozpadzie dzielnicowym, wydzielono WKL. I tak połączono wodę z ogniem. Z takiego mariażu nic normalnego nie mogło powstać i nie powstało. Takie wyjaśnienie dziejów tej strefy buforowej najlepiej tłumaczy wiele z tego, co tu się działo i dzieje. Mieliśmy prezydentów Ukraińców: Kwaśniewski, Komorowski, Duda i, jak sądzę, obecny również ma te korzenie. Premier jest Niemcem. Mówienie więc o jakiejś Polsce – o której, patrząc z perspektywy dziejów, trudno powiedzieć, gdzie ona była i jest – jest nieporozumieniem. I RP nie była Polską, tylko unią Polski i WKL. II RP również była taką unią, PRL – także, ze względu na powojenne przesiedlenia ludności z terenów byłego WKL. Obecna III RP jest już w praktyce państwem ukraińskim, które nadal nazywa się Polską, a zdecydowana większość ludzi nadal wierzy, że żyje w Polsce. A więc totalny odlot.

Pozostaje jeszcze kwestia języka polskiego. W blogu Polacy nie gęsi pisałem:

Pierwszym drukiem wydanym w Polsce, w Krakowie, jest łaciński „Kalendarz na rok bieżący” (1474), pierwszy druk w języku polskim, zawierający teksty trzech podstawowych modlitw, ukazał się w 1475 r. we Wrocławiu, w łacińskich „Statutach synodalnych”, a pierwszym drukiem w języku polskim wydanym w Polsce, w Krakowie, jest tekst „Bogurodzicy” w łacińskich „Statutach Łaskiego” (1506). Wreszcie pierwszym świeckim utworem literackim w języku polskim drukowanym w Polsce jest opowieść Jana z Koszyczek pt. „Rozmowy, które miał król Salomon z Marchołtem grubym a sprośnym” (Kraków) 1521).

Wygląda więc na to, że przez 500 lat „istnienia” Polski nie było na tym obszarze języka narodowego. Był to raczej język ludowy z regionalnymi gwarami, czyli że sytuacja przypominała tę w Wielkim Księstwie Litewskim, które zamieszkiwały społeczności nie w pełni wykształcone w sensie świadomości narodowej i językowej. Jeśli tak, to znaczy, że tereny ówczesnej Polski były częścią I Rzeszy. Kraków przez długi czas był miastem niemieckim, do którego przyjechał Wit Stwosz, by wyrzeźbić piękny ołtarz. Piastowie byli niemieckimi wasalami. Czy mówili po niemiecku, czy po łacinie, jak większość elit zamieszkujących ten teren? Jeśli dzieło Modrzewskiego zostało przetłumaczone na polski przez Bazylika, to znaczy, że on sam nie znał tego języka.

Zatem polski język literacki to dzieło reformacji. Dlaczego dopiero wtedy zaczęto go rozwijać? Czy nie dlatego, że w planach była unia realna z WKL? Z jednej strony zrównano w standardach ekonomicznych ziemie polskie z ziemiami WKL, z drugiej – postanowiono, że to „Polacy” mają zdominować nowe państwo pod względem kulturowym, a pierwszym i podstawowym wyznacznikiem każdej kultury jest język. Ówczesne elity „polskie” przeszły gruntowne przeszkolenie na Zachodzie i stamtąd zapewne wyszedł pomysł unowocześnienia języka polskiego. Przygotowano gramatyków i lingwistów. Oni zapewne posiłkowali się językiem niemieckim przy wzbogacaniu słownictwa polskiego. Każdy, kto choć trochę uczył się języka niemieckiego wie, że jest w nim całkiem sporo słów, które są podobne do polskich.

x

Czy znowu zbliżamy się do kolejnego etapu, w którym znowu nastąpi zmiana granic państwa, a więc jego przesunięcie? Białoruś zwalnia 123 więźniów politycznych z różnych państw w ramach umowy z USA. Polski resort spraw zagranicznych poinformował, że wśród zwolnionych nie ma Andrzeja Poczobuta. Tomasz Piekielnik w swoim dzisiejszym komentarzu od 12.50 mówi:

Z jakichś powodów Andrzej Poczobut odmówił tak naprawdę uwolnienia. Dlaczego odmówił napisania prośby do Aleksandra Łukaszenki? Być może propozycja uwolnienia konkretnych osób była wcześniej wystosowana przez ministra, była wcześniej konsultowana pomiędzy, no właśnie, władzami Białorusi i odpowiednich państw, których obywatele zostali zwolnieni. Być może w ślad za tym idą jakieś, jak to w polityce, jakieś wzajemne ustępstwa, jakieś „targi”. I coś mi podpowiada, że Polska otrzymała wyznaczoną rolę przez Usrael, przez żydostwo, które chce tutaj zorganizować, jak już widzimy czas jakiś, co najmniej Polin, a tak naprawdę Ukropolin. Te wytyczne wyznaczone dla Polski, według mojej opinii, polegają na utrzymaniu kursu kolizyjnego. I to napawa mnie, muszę powiedzieć, obawami o przyszłość Polski w obszarze zarówno uwikłania Polski w wojnę, w obszarze zarówno rozwarstwienia narodowego w Polsce, czyli rozbioru Rzeczypospolitej, ale zanim dojdzie do rozbioru poprzez przesuwanie granic, być może dojdzie do tego, co ktoś nazwie rozwiązaniem dwupaństwowym, a może trójpaństwowym na obszarze Polski. Może to się będzie inaczej odbywać.

x

Piekielnik sugeruje więc, że może dojść nie tylko do połączenia z zachodnią częścią Ukrainy, ale również z zachodnią częścią Białorusi, co w praktyce będzie oznaczać odtworzenie I RP. Pisałem o tym już od początku wojny na Ukrainie w lutym 2022 roku w blogu Finis Ucrainae. O tym wszystkim decydować będą Niemcy i Rosja. A tęsknota Żydów za rajem, jakim była dla nich I RP, nie jest tu bez znaczenia.

Koalicja chętnych

A więc mamy koalicję chętnych. Czy rzeczywiście Anglia, Francja i Niemcy są tak chętne do walki z Rosją? I czy te państwa mają obecnie jakiś powód, by ją atakować? Zagrożenie rosyjskie jest mocno przesadzone. Wojna toczy się od prawie czterech lat na dalekim wschodzie Ukrainy i praktycznie cały czas w tym samym miejscu. Cztery lata trwała pierwsza wojna światowa. Czy mamy zatem do czynienia z tym co Francuzi nazwali „Drȏle de guerre”, czyli dziwną wojną? Bardziej adekwatną nazwą tej wojny jest niemieckie określenie „Sitzkrieg”, czyli wojna na siedząco. Natomiast po angielsku to „Phoney War”, czyli fałszywa, sztuczna wojna.

Gdy spojrzymy na to zagadnienie w szerszym, historycznym kontekście, to okaże się, że w poprzednich wojnach zawsze chodziło o coś innego, niż głosiła oficjalna propaganda. I tak jest w przypadku wojny na Ukrainie. Francja i Niemcy napadały na Rosję, natomiast Anglia w obu tych przypadkach popierała ją. Napoleon, jak wiadomo, zaatakował Moskwę, chociaż wówczas to Sankt Petersburg był stolicą Rosji, jej najważniejszym portem handlowym i wojennym. Dotarcie do niego było też o wiele łatwiejsze i bezpieczniejsze, bo droga wiodła wzdłuż wybrzeża Bałtyku, a więc przez tereny, które zamieszkiwała ludność nierosyjska. Blokada Sankt Petersburga, jako największego i najważniejszego w sensie gospodarczym miasta Rosji, szybo doprowadziłaby Rosję do ruiny gospodarczej, a co za tym idzie i do klęski. Jednak plan był inny, bo wcale nie chodziło o pokonanie Rosji, którą niby Napoleon chciał ukarać za wymianę handlową z Anglią. Chodziło raczej o zaszczepienie tam idei rewolucji francuskiej, co sto lat później doprowadziło do rewolucji październikowej.

Napoleon stworzył Księstwo Warszawskie z ziem drugiego i trzeciego zaboru pruskiego w celu pozyskania rekruta na wojnę z Rosją. Po kongresie wiedeńskim z ziem tych, z wyjątkiem Wielkopolski i Krakowa, utworzono marionetkowe Królestwo Polskie podległe Rosji. Dla Rzeszy była to strefa wolnocłowa, stworzona do handlu z Rosją. Łódź była całkowicie uzależniona od rynku rosyjskiego. W 1916 roku ziemie tego królestwa, zajęte przez Niemców, stały się podstawą do stworzenia nowego państwa, czyli II RP. Bez zaangażowania Niemiec i Austrii nie byłoby II RP.

Nazistowskie Niemcy zaatakowały Związek Radziecki 22 czerwca 1941 roku, a pod koniec lipca Armia Czerwona była już w rozsypce, droga na Moskwę wolna, ale Hitler doszedł w tym momencie do wniosku, że złoża na Ukrainie są ważniejsze i wojska spod Moskwy skierował na Ukrainę. Gdy później powrócił, pod koniec września, to było za późno. Najpierw zaczęły się w październiku potężne ulewy, które trwały nieprzerwanie ponad miesiąc, co uniemożliwiło ofensywę. Zresztą podobne ulewy były przyczyną przegranej husarii Rzeczypospolitej pod Żółtymi Wodami, czy gdzieś tam. Natomiast później zaczęły się siarczyste mrozy. Niemcy w czasie blokady Leningradu nie oszczędzali nikogo i niczego, z jednym wszakże wyjątkiem, nie bombardowali Ermitażu. Zwykłych ludzi można było mordować, a dzieł sztuki już nie.

Zanim Hitler zaatakował Związek Radziecki, to uderzył na Wielką Brytanię. Admirał Erich Raeder nie był w stanie przekonać go, że żeby pokonać Imperium Brytyjskie, to trzeba uderzyć w jego najsłabszy punkt, a była nim strefa Kanału Sueskiego. Nie było tam wtedy wojsk angielskich. Później, gdy już się zdecydował, to była to przysłowiowa musztarda po obiedzie, bo już pojawiły się tam wojska imperialne. Czy zatem Hitler był taki głupi? Nie! Po prostu wykonywał polecenia swoich nieznanych przełożonych, podobnie jak wcześniej Napoleon.

W 1939 roku mamy do czynienia z pierwszą koalicją chętnych, czyli z koalicją Francji i Anglii, które wyraziły gotowość przyjścia Rzeczypospolitej z pomocą, gdy zostanie zaatakowana przez Niemcy. Po co to było? Gdyby nie było deklaracji z ich strony, to trudno byłoby przekonać społeczeństwo o konieczności podjęcia walki z daleko potężniejszym wrogiem. Rozsądek nakazywał poddanie się. Natomiast w sytuacji, gdy są gwarancje francuskie i brytyjskie, co oznacza, że przyjdą z pomocą i uderzą od zachodu, to zupełnie to zmienia postać rzeczy. Niemcy muszą część swojego wojska przerzucić na zachód i obrona Rzeczypospolitej nabiera sensu. Problem jednak polegał na tym, żeby wciągnąć wojsko polskie do walki z Niemcami. Anglia i Francja od początku nie zamierzały wywiązywać się ze swoich obietnic. I o tym dobrze wiedzieli sanacyjni wojskowi, którzy również robili wszystko, by ponieść klęskę w kampanii wrześniowej. W bitwie nad Bzurą zabrakło w pewnym momencie wojskom niemieckim amunicji i zdecydowana postawa dowództwa doprowadziłaby do odparcia tych wojsk do granicy, a może nawet dalej. Ten moment jednak nie został wykorzystany, nie dlatego, że zabrakło mu odwagi, tylko dlatego, że takie były rozkazy jego nieznanych przełożonych: robić wszystko, by przegrać tę kampanię.

Bo co by się stało, gdyby wojsko polskie nie podjęło walki obronnej. Niemcy, atakując Rzeczpospolitą, musiałyby, z braku oporu, zająć ją w całości, czyli dojść do granicy ze Związkiem Radzieckim. Doszłoby zatem do jej aneksji, tak jak w przypadku Czech. Wojska niemieckie zaatakowałyby Związek Radziecki z pozycji wysuniętej o 300 km dalej na wschód. Stało się inaczej. Doszło do rozbioru Rzeczypospolitej. Po wojnie przesunięto granice, ludność przesiedlono. W Warszawie wywołano powstanie, miasto zostało zburzone, później odbudowane, ale zasiedlone już w większości nową ludnością.

Wojna na Ukrainie stała się doskonałym pretekstem do budowy państwa ukraińskiego w III RP. Przesiedlono do niej mnóstwo „uchodźców”, nadano im większe prawa, niż ludności miejscowej, język ukraiński staje się powoli drugim językiem urzędowym, a wschodni akcent wszędzie słychać (m.in. reklamy), nawet u tych, którzy mówią bezbłędnie po polsku. Co jednak zrobić, by dokonać zmian terytorialnych, wytyczyć nowe granice, innymi słowy stworzyć nowe państwo, tak jak to zrobiono po II wojnie światowej? Trzeba zrobić dokładnie to, co zrobiono w 1939 roku, czyli wciągnąć wojsko polskie do wojny na Ukrainie. Koalicja chętnych już o to zadba, a później umyje ręce. Prezydent „pokoju”, Donald Trump, wycofuje Amerykę z wojny na Ukrainie i powoli oddaje inicjatywę w ręce Niemiec i Rosji. A jak Rosja i Niemcy robią porządki w Europie, to wiadomo, że odbędzie się to kosztem III RP, co wcale nie dziwi, bo jest to strefa buforowa, stworzona w momencie zetknięcia się spadkobierców Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego, czyli I Rzeszy z jego wschodnim odpowiednikiem, czyli z Rusią Kijowską. Z I Rzeszy wydzielono Królestwo Polskie, a z Rusi Kijowskiej – Wielkie Księstwo Litewskie.

Już powoli wyłania się pewien obraz. Rosja weźmie więcej Ukrainy niż obecnie zajmują jej wojska, a Niemcy odzyskają swoje ziemie wschodnie. Z reszty powstanie nowe państwo, które nadal będą nazywać Polską, tak jak nazywali I Rzeczpospolitą, choć to nie była Polska, tylko unia Polski i WKL, unia zdominowana przez WKL. Żeby jednak do tego doszło, to trzeba wciągnąć polskie wojsko do wojny na Ukrainie, tak jak je wciągnięto w 1939 roku, a później powstało nowe, pod względem terytorialnym państwo, choć z niezmienioną, dzięki przesiedleniom, etnicznie ludnością.

Maria Stuart cz.3

Świat współczesny to świat informacji, wszechogarniającej informacji. Nowoczesne środki przekazu całkowicie nas zdominowały. Jeśli dodamy do tego sztuczną inteligencję, to odróżnienie tego, co jest rzeczywiste od tego, co jest fikcją, staje się poważnym problemem. Nadmiar informacji jest w takiej sytuacji nie błogosławieństwem, ale wręcz przeciwnie – przekleństwem. Może to komuś wydawać się dziwne, ale z tym samym problemem zetknął się Stefan Zweig pisząc biografię Marii Stuart. Z jak skomplikowaną materią mieliśmy w tym wypadku do czynienia, świadczy wstęp do niej, który przytaczam w całości. Zweig pisał:

Sprawy jasne i oczywiste tłumaczą się same, tajemniczość natomiast pobudza myśl twórczą. Postacie i wydarzenia historyczne osnute mgłą, zawoalowane, wołają o coraz to nową interpretację, o coraz to nowe przetworzenie literackie. Klasycznym wprost przykładem, jak wielką podnietę stanowi tajemniczość snująca się wokół, jest tragedia Marii Stuart. Trudno znaleźć w całej historii postać kobiecą, która dałaby natchnienie tylu utworom literackim, która byłaby tematem tylu powieści, biografii i dyskusji. Ponad trzy wieki kusiła pisarzy, zajmowała uczonych i teraz wciąż jeszcze z niczym nie pomniejszoną siłą postać ta domaga się nowych ukształtowań. Taki jest bowiem sens wszystkiego, co powikłane, iż tęskni do jasności, i wszystkiego, co ciemne, iż dąży do światła.

Tajemnica życia Marii Stuart doczekała się równie licznych, jak sprzecznych upostaciowań i interpretacji: nie znajdzie się chyba druga kobieta, której sylwetka byłaby odmalowana w tak rozmaity sposób: już to jako wściekła intrygantka, kiedy indziej jako anielska święta. Na różnorodność tego obrazu wpłynął dziwnym zbiegiem okoliczności nie niedostatek materiału historycznego, lecz na odwrót – oszałamiający nadmiar. Przechowywane dokumenty, protokoły, akta i listy sięgają tysięcy, dziesiątków tysięcy: w ciągu trzech wieków, z roku na rok, wciąż z tym samym zapałem wznawiany jest proces: winna czy niewinna. Ale im gruntowniej bada się dokumenty, tym boleśniej uświadomić sobie trzeba niewiarygodność wszelkich świadectw historycznych, a co za tym idzie, ich naświetleń. Dokument historyczny bowiem, choćby niewątpliwie autentyczny, stary i archiwalnie uwierzytelniony, wcale jeszcze dlatego nie musi być pewny i psychologicznie prawdziwy. Rzadko kiedy można stwierdzić tak wyraźne, jak w sprawie Marii Stuart, jaskrawą rozbieżność w relacjach ówczesnych obserwatorów, dotyczących tego samego wydarzenia i w tym samym czasie. Każdemu dokumentarnie udowodnionemu „tak” przeciwstawić można również dokumentarnie udowodnione „nie”, każdemu oskarżeniu – uniewinnienie. Prawda i fałsz, urojenie i rzeczywistość są tak bałamutnie pomieszane, że właściwie każdy rodzaj ujęcia można by uznać za bardzo prawdopodobny: kto zechce dowieść, że Maria Stuart jest współwinna zabójstwa swego męża, może przytoczyć dziesiątki zeznań świadków – i na odwrót, kto zechce dowieść, iż nie brała udziału w tej zbrodni, znajdzie tyleż samo świadectw; przed każdym odmalowaniem jej portretu psychologicznego farby zostały z góry zmieszane. A gdy do sprzeczności istniejących relacji przyłączy się jeszcze stronniczość polityczna czy patriotyzm narodowy, obraz stanie się jeszcze bardziej zniekształcony.

Leży to bowiem w naturze ludzkiej, iż w każdym zasadniczym sporze, czy to między dwojgiem ludzi, czy to między dwiema ideami, czy też między dwoma światopoglądami, kusi nas nieodparcie, by opowiedzieć się po czyjejś stronie, by przyznać rację jednemu, a nie przyznać drugiemu, by nazwać jednego winnym, a drugiego niewinnym. Jeśli w dodatku, tak jak w niniejszej sprawie, sprawozdawcy sami przeważnie należą do jednego z nawzajem zwalczających się kierunków, religii czy światopoglądów, to jednostronność ich opinii jest już niejako z góry przesądzona; na ogół autorzy protestanccy zwalali całą winę bez reszty na Marię Stuart, autorzy katoliccy – na Elżbietę. W literaturze angielskiej Maria Stuart przedstawiana jest prawie zawsze jako morderczyni, w szkockiej – jako niewinna ofiara nikczemnych oszczerstw. O listach ze szkatułki stanowiących przedmiot dyskusji najbardziej sporny, jedni gotowi przysiąc, że są prawdziwe, inni natomiast gotowi dać głowę, że są sfałszowane; każdy najdrobniejszy fakt jest więc siłą rzeczy zabarwiony stronniczo. Może dlatego też ktoś, kto nie jest ani Anglikiem, ani Szkotem, ktoś, kto nie jest obciążony przynależnością rodową, będzie mógł zdobyć się na czystszy, pozbawiony uprzedzeń obiektywizm, może uda mu się przystąpić do tej tragedii jedynie i wyłącznie z namiętnym, a jednak bezstronnym zainteresowaniem artysty.

Oczywiście nie będzie tak zuchwały, by twierdzić, iż zna prawdę, jedyną prawdę o wszystkich okolicznościach życia Marii Stuart. To, co zdobędzie, stanowi zaledwie maksimum prawdopodobieństwa, a to, co w najlepszej wierze i z najgłębszym przekonaniem uważa za obiektywizm, będzie mimo to subiektywne. Ponieważ nurt w źródłach nie był czysty, musi dobywać swoją prawdę z mętnej wody. Skoro współczesne relacje przeczą sobie nawzajem, musi wybierać między świadkami oskarżenia a świadkami obrony. I gdyby nawet dokonywał takiego wyboru jak najostrożniej, to niejednokrotnie postąpi najrzetelniej, jeśli swoje opinie zaopatrzy znakiem zapytania i przyzna, że ten lub ów fakt z życia Marii Stuart pozostał dlań niejasny i zapewne niejasnym zostanie na zawsze.

W niniejszym eseju przestrzegałem ściśle zasady niekorzystania z tych zeznań, które zostały wydarte pod wpływem tortur czy też strachu lub przymusu: uczciwy poszukiwacz prawdy nigdy nie będzie uważał wymuszonych zeznań za pełnowartościowe i obowiązujące. Podobnie raporty szpiegów i posłów (w owych czasach było to prawie jedno i to samo) zostały wykorzystane z jak największą ostrożnością, każdy dokument piśmienny z góry budził powątpiewanie; reprezentowany tu pogląd, iż sonety i większość listów ze szkatułki można uważać za autentyczne, opiera się na skrupulatnej analizie i przekonywujących dowodach. Wszędzie tam, gdzie w archiwalnych dokumentach krzyżują się przeciwstawne twierdzenia, gruntownie zbadano źródła i motywy polityczne tej sprzeczności, a tam, gdzie wybór między jednym a drugim twierdzeniem stawał się już nieunikniony, zastosowano miarę ostateczną: do jakiego stopnia poszczególne zachowanie zgodne jest z charakterem w całości.

W gruncie rzeczy charakter Marii Stuart nie jest wcale taki tajemniczy: niejednolity tylko w przejawach zewnętrznych, wewnętrznie jest od początku do końca przejrzysty i prostolinijny. Maria Stuart należy do owego rzadkiego i pociągającego typu kobiet, których prawdziwa pełnia życiowa wtłoczona jest w bardzo szczupły czas, rozkwit ich jest krótki, ale bujny, ich prawdziwy charakter ujawnia się nie na przestrzeni całego życia, lecz na wąskim a płomiennym odcinku jednej jedynej namiętności. Aż do dwudziestego trzeciego roku życia nurt uczuciowy Marii Stuart płynie gładko i spokojnie, tak samo od dwudziestego piątego roku nie zostanie ani razu wzburzony, lecz w ciągu tych dwóch krótkich lat następuje w niej wspaniały, żywiołowy wybuch, rzekłbyś, szalejący orkan, który wynosi jej przeciętne losy na wyżyny tragedii antycznej, wielkiej i potężnej jak Oresteja. W ciągu tych dwóch lat Maria Stuart staje się postacią naprawdę tragiczną, przerasta siebie samą; nadmiar uczucia łamie jej życie, przekazując je zarazem wieczności. I tylko dzięki tej jednej namiętności, którą przypłaciła życiem, imię jej żyje w literaturze po dziś dzień.

Zgodnie z tą szczególnie skondensowaną formą przeżyć wewnętrznych, doprowadzonych do jednego momentu wybuchowego, postać Marii Stuart ulega właściwie już z góry określonym rygorom kształtu i rytmu. Odtwórca powinien dążyć jedynie do tego, by tę strzelającą stromo wzwyż i gwałtownie opadającą krzywą przeżyć Marii Stuart oddać w jej niepowtarzalnej i zaskakującej postaci. Niech więc nikomu nie wyda się sprzecznością, iż w książce tej długi okres pierwszych dwudziestu trzech lat życia Marii Stuart i następne dwadzieścia lat więzienia zajmują nie więcej miejsca niż historia dwóch lat tragicznej namiętności. Tylko na pozór w życiu człowieka czas subiektywny i czas obiektywny to jedno i to samo; w rzeczywistości pełnia przeżyć posiłkuje się miarą duszy, która bieg czasu liczy inaczej niż obojętny i zimny kalendarz. W oszołomieniu uczuciowym, w błogim odprężeniu wzbogacona przez los dusza ludzka może w jak najkrótszym czasie przeżyć nieskończoną pełnię, wyzwolony zaś od namiętności okres długich, długich lat odczuwa jako pustkę, jako przemykający cień, jako głuchą nicość. Dlatego też w historii ludzkiego życia liczą się tylko momenty napięcia, chwile rozstrzygające – i prawdziwą będzie tylko ta powieść, która momenty te uwzględnia. Tylko wtedy, gdy człowiek rzuca na szalę wszystkie swe siły, gdy dusza jego żarzy się i płonie – tylko wtedy staje się postacią prawdziwie żyjącą.

x

W pewnym momencie Zweig pisze: do jakiego stopnia poszczególne zachowanie zgodne jest z charakterem w całości. Jest to metoda albo jeden z jej elementów. Innymi słowy, w sprawach wątpliwych odwoływał się on do charakteru Marii Stuart i na tej podstawie wyciągał wnioski i dokonywał oceny czy takie, a nie inne jej postępowanie było prawdopodobne.

A więc charakter całości. Chcąc więc wyjaśnić postawę „polskiego” rządu wobec Ukrainy i niewątpliwie zbliżający się moment wysłania tam wojska polskiego, wypada odwołać się do całości, w tym wypadku będzie nią historia tych ziem. Na zwycięskiej bitwie pod Grunwaldem Królestwo Polskie nic nie zyskało, a Wielkie Księstwo Litewskie odzyskało Żmudź. W tamtym czasie Krzyżacy, na mocy zawartych porozumień, nie zagrażali już Królestwu. Bitwa pod Wiedniem miała obronić I Rzeszę przed turecką nawałą. Turcja nie atakowała Rzeczypospolitej. Napoleon stworzył Księstwo Warszawskie tylko po to, by pozyskać rekruta na wojnę z Rosją i wykorzystać to wojsko również w Hiszpanii. Wojna 1920 roku to wojna o odzyskanie Kresów i choć Piłsudski miał wolną drogę na Moskwę, której nikt nie bronił, to wstrzymał ofensywę. Dziewiętnaście lat później bolszewicy odbili to, co wcześniej stracili, czy na co się zgodzili w Rydze w 1921 roku. W czasie II wojny światowej polskie wojsko na wschodzie broniło interesu Stalina, a te na zachodzie wyzwalało tamte kraje, a nie własny. Mamy wiec obraz taki, że wojsko polskie nigdy w historii nie broniło ziem polskich, tych piastowskich. I tak będzie tym razem: nie będzie tu stać i na miejscu czekać na wroga, tylko pojedzie daleko na wschód.

Ktoś może oczywiście powiedzieć, że to wojsko broniło ziem piastowskich we wrześniu 1939 roku. Nie, nie broniło. Celem tej obrony było umożliwienie wojskom niemieckim i radzieckim dokonanie rozbioru II RP, bo gdyby polskie wojsko nie walczyło, to Niemcy musieliby zająć całe państwo, razem z Kresami, a nie taki był plan. A więc wojsko to zostało wykorzystane przez zdradzieckie władze do realizacji celów, które były wbrew interesom państwa, zbyt słabego, by stawiać opór potężnemu sąsiadowi. I takie wykorzystanie tego wojska umożliwiło likwidację II RP. Bardzo możliwe, że wojsko polskie na Ukrainie również będzie pretekstem do likwidacji III RP. To wszystko było i jest możliwe tylko dlatego, że pomiędzy Niemcami a Rosją nigdy nie było prawdziwego państwa, tylko twory państwowo-podobne, całkowicie uzależnione od jednej lub drugiej strony. Obecna postawa „polskiego” rządu wobec Ukrainy tylko potwierdza ten stan.

Maria Stuart cz.2

Długo zastanawiałem się nad wyborem fragmentów do zacytowania, ostatecznie jednak zdecydowałem się na zamieszczenie całego rozdziału. Jego tytuł to „Powrót do Szkocji; sierpień 1561”. Pochodzi on z książki Stefana Zweiga „Maria Stuart” wydanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy w 1959 roku. Porusza on w nim fundamentalny problem: która władza jest ważniejsza – ta świecka czy duchowa? Gdy Maria Stuart powróciła do Szkocji po trzynastoletnim pobycie we Francji, to zastała już zupełnie inny kraj, w znacznej mierze opanowany przez kalwinizm. Cóż zatem ona, jako katoliczka, mogła zrobić? Czy mogła mieć realną władzę nad swoimi poddanymi?

x

Gdy 19 sierpnia 1561 roku Maria Stuart ląduje w Leith, mgła tak gęsta, jak rzadko kiedy bywa latem na tym północnym wybrzeżu, przesłania brzeg. Jakże różni się ten przyjazd do Szkocji od pożegnania z douce France1! Tam odprowadzał ją w majestatycznym orszaku kwiat francuskiej arystokracji, książęta i hrabiowie, poeci i muzycy dwornie składali jej dowody czci i szacunku. Tutaj nie czekał jej nikt; dopiero gdy łodzie dobiły do brzegu, zebrała się zdziwiona i zaciekawiona gawiedź; kilku rybaków w zgrzebnych kurtkach, paru wałęsających się żołnierzy, trochę kramarzy i wieśniaków przybyłych po to, by w mieście sprzedać owce. Bardziej onieśmieleni niż zachwyceni przyglądają się, jak wysiadają z łodzi bogato wystrojeni panowie i panie w pięknych szatach, księżne i hrabiowie. Dwa światy stanęły oko w oko.

Surowe to powitanie, twarde i szorstkie jak dusza tej północnej krainy. Już w pierwszej chwili poznaje Maria Stuart z bólem straszliwą nędzę swej ojczyzny, pojmuje, że w ciągu tych pięciu dni podróży morskiej cofnęła się o całe stulecie, że przybyła z kraju o wielkiej, bogatej, bujnej, rozrzutnej, delektującej się sobą kulturze do ciasnego, ciemnego i tragicznego świata. W tym mieście, dziesiątki razy plądrowanym i palonym bądź przez Anglików, bądź przez rebeliantów, nie ma pałacu, nie ma ani jednego przyzwoitego domu mieszkalnego, który mógłby ją godnie przyjąć: królowa tego kraju musi przenocować u zwykłego kupca, aby mieć jakikolwiek dach nad głową.

Pierwsze wrażenia mają wielką moc oddziaływania na umysł ludzki, wbijają się w pamięć na całe życie. Może ta młoda kobieta nie wie sama, co ją tak głęboko przejmuje i porusza, gdy teraz, po trzynastu latach nieobecności, wraca do swego kraju jak obca. Czy to tęsknota, czy nieświadome pragnienie owego ciepła i słodyczy życia, które nauczyła się miłować na ziemi francuskiej, czy cień szarego obcego nieba, czy przeczucie zbliżającego się niebezpieczeństwa? Tak czy inaczej, gdy Maria Stuart zostaje sama – jak opowiada Brantȏme – wybucha rzewnym płaczem. Nie wstępuje na wyspę brytyjską tak jak Wilhelm Zdobywca, silna i pewna siebie, w pełnym poczuciu swej władzy; nie, pierwszym jej doznaniem jest zakłopotanie, smutek, trwoga przed czekającymi ją wydarzeniami.

Nazajutrz przyjeżdża śpiesznie zawiadomiony tymczasem regent, brat przyrodni Marii Stuart, hrabia Moray, a wraz z nim kilku panów, aby przygotować jej jako tako godną świtę przed wjazdem do pobliskiego Edynburga.

Ale tym razem nie będzie to uroczysty orszak. Pod bardzo przejrzystym pretekstem rzekomego ścigania piratów Anglicy zatrzymali jeden ze statków, na którym znajdowały się wierzchowce dworskie, i w małym miasteczku Leith z trudem znaleziono jako tako odpowiedniego i znośnie okiełznanego konia dla królowej; natomiast damy dworu i panowie ze świty muszą – bardzo zagniewani – zadowolić się ordynarnymi chłopskimi szkapami, sprowadzonymi w pośpiechu z okolicznych stajen i szop. Na ten widok łzy stają w oczach Marii Stuart: raz jeszcze odczuwa, jak wiele utraciła wraz ze śmiercią swego męża i o ile to mniej znaczy być tylko królową Szkocji niż królową Francji, którą była dotychczas.. Duma nie pozwala jej pokazać się swym poddanym w tak mizernym, niegodnym orszaku. Zamiast joyeuse entrée2 ulicami Edynburga, obiera wraz ze świtą drogę do zamku w Holyrood omijając mury miasta. W głębi ciemnieje zbudowany przez ojca zamek z krągłymi basztami. Na tle nieba odcinają się hardo wieżyczki twierdzy; z zewnątrz, na pierwszy rzut oka, zamek ten prezentuje się wspaniale, czysty w linii, przygniatający kształtami z ciosowego kamienia.

Ale jakże zimne, jakże puste, jakże nieprzytulne wydają się te komnaty królowej, rozpieszczonej przepychem Francji! Nie ma tu gobelinów, ani blasku świeczników, które włoskie zwierciadła powtarzają od ściany do ściany, ani cennych materii, ani połysku złota i srebra. Od wielu lat nie trzymano tu dworu, opustoszałe komnaty nie pamiętają śmiechu ludzkiego, niczyja dłoń od śmierci ojca Marii Stuart nie zdobiła i nie odnawiała tego domu: i tu szczerzy puste oczodoły nędza, dawna klątwa jej królestwa.

Gdy mieszkańcy Edynburga dowiedzieli się, że ich królowa przybyła do Holyrood, wyruszyli jeszcze tej samej nocy, by ją powitać. Nic dziwnego, że to przywitanie, jak na wyrafinowany, wysubtelniony smak francuskiej arystokracji, wypadło trochę z chłopska i nieokrzesanie; mieszkańcy Edynburga nie mieli musiciens de la cour3, którzy umieliby uradować uczennicę Ronsarda kunsztownymi canzonami lub czułymi madrygałami. Mogą powitać królową co najwyżej starodawnym zwyczajem, układając na placach stosy drew – jedyne, w co obfituje ten dziki kraj – ażeby ogniska, bonfires, płonęły przez całą noc. Potem zbierają się pod jej oknami i zaczynają grać na piszczałkach, kobzach i innych prymitywnych instrumentach; to, co w ich pojęciu jest muzyką, wydelikaconym gościom wydaje się piekielnym hałasem; śpiewają przy tym – teksty świeckie zostały im zakazane przez duchownych kalwińskich – chropawymi męskimi głosami psalmy i pobożne pieśni. Mimo najlepszej woli nie mogą nic więcej ofiarować swojej królowej. Ale Maria Stuart cieszy się z dobrego przyjęcia, a w każdym razie okazuje życzliwość i zadowolenie. Przynajmniej w owej godzinie jej przybycia po raz pierwszy od dziesiątków lat panuje znów zgoda i harmonia między królową a jej narodem.

Ani sama królowa, ani jej doradcy nie łudzą się, że najzupełniej niedoświadczoną pod względem politycznym władczynię czeka niepomiernie ciężkie zadanie. Jeszcze przed przybyciem Marii Stuart Maitland Lethington, najtęższa głowa spośród szkockiej arystokracji, napisał prorocze słowa, że jej osoba spowoduje niezwykłe tragedie (it could not fail to raise wonderful tragedies). Nawet energiczny i na wszystko zdecydowany mężczyzna, mąż żelaznej ręki, nie potrafiłby zmusić tego kraju do trwałego spokoju, czegóż więc można żądać od dziewiętnastoletniej kobiety czującej się obco we własnym kraju i tak nie wyszkolonej w sztuce rządzenia? Ubogi kraj, przekupna szlachta, w każdej chwili gotowa do buntu lub wojny, niezliczona ilość klanów żyjących w wiecznych waśniach i sporach między sobą i tylko czekających okazji, by nienawiść przeobraziła się w wojnę domową, duchowieństwo katolickie i protestanckie zażarcie walczące o pierwszeństwo, czujna, niebezpieczna sąsiadka zręcznie podżegająca do zamieszek – i na domiar wszystkiego wrogość światowych mocarstw, które bezlitośnie chcą wciągnąć Szkocję w swe krwawe igraszki: oto sytuacja, jaką zastaje Maria Stuart.

W chwili gdy przybyła do swego kraju, walka ta była już na ostrzu noża. Zamiast zasobnej kasy przejmuje Maria Stuart po swej matce fatalną spuściznę, zaprawdę damnosa hereditas: waśni religijne, tu zacieklej niż gdziekolwiek indziej trawiące dusze ludzkie. W ciągu tych szczęśliwych lat, które Maria Stuart nie przeczuwając nic złego spędziła we Francji, udało się reformacji wtargnąć zwycięsko do Szkocji. Poprzez dwory i domy, poprzez wsie i miasta, poprzez rody i rodziny przebiega straszliwe rozdarcie: jedna część szlachty jest protestancka, druga katolicka, miasta skłaniają się ku nowej wierze, równinny kraj ku starej, jeden klan zwraca się przeciwko drugiemu, jedno pokolenie przeciwko drugiemu, a wzajemną nienawiść podsycają nieustannie rozfanatyzowani duchowni i popierają swoją grą polityczną obce mocarstwa. Największe niebezpieczeństwo dla Marii Stuart stanowi jednak to, że właśnie najpotężniejszy i najbardziej wpływowy odłam szlachty znajduje się w obozie przeciwnym, w obozie kalwinizmu; możliwość owładnięcia bogatymi dobrami kościelnymi podziałała magicznie na tę zaborczą, buntowniczą zgraję. Nareszcie znaleźli znakomity, pseudoetyczny pretekst: mogli się burzyć przeciwko swej władczyni jako obrońcy prawdziwego Kościoła, jako lords of the congregation, a w tym sporze znajdowali zawsze poparcie ze strony Anglii. Ponad dwieście tysięcy funtów ofiarowała już na ten cel oszczędna zazwyczaj Elżbieta, pragnąc wydrzeć Szkocję katolickim Stuartom przy pomocy wojen i buntów, i nawet teraz jeszcze, po uroczyście zawartym pakcie pokojowym, większość oddanych Marii Stuart jest potajemnie na żołdzie Elżbiety.

Maria Stuart mogłaby za jednym zamachem przywrócić zachwianą równowagę, gdyby sama przeszła na protestantyzm, do czego nakłaniała ją usilnie część jej doradców. Lecz jest z rodu Gwizjuszów, pochodzi z rodziny żarliwych szermierzy katolicyzmu i sama, nie będąc fanatyczką religijną, jest wiernie i żarliwie oddana wierze swych ojców i przodków. Nigdy nie odstąpi od swoich przekonań i nawet w obliczu największego niebezpieczeństwa wybierze raczej ustawiczna walkę niż choćby jeden tchórzliwy postępek niezgodny z jej sumieniem. W ten sposób powstał ów nieuleczalny rozłam między nią a szlachtą: zawsze gdy panujący należy do innego Kościoła niż jego poddani, pociąga to za sobą groźne następstwa. Szale wagi nie mogą się stale tak ostro wahać, raz wreszcie musi się sprawa rozstrzygnąć. Właściwie Marii Stuart pozostaje tylko wybór: albo opanować reformację, albo jej ulec. Nieustanne rozbieżności pomiędzy Lutrem, Kalwinem a Rzymem dziwnym zbiegiem okoliczności odbijają się dramatycznie na losach Marii Stuart: osobista walka między Elżbietą a Marią Stuart, pomiędzy Anglią i Szkocją zadecyduje zarazem – i dlatego jest tak bardzo ważka – pomiędzy Anglią a Hiszpanią, pomiędzy reformacją a kontrreformacją.

Tę i tak już dramatyczną sytuację utrudnia jeszcze jedna okoliczność: niezgoda religijna wtargnęła już do jej rodziny, do jej zamku, do gabinetu jej doradców. Najbardziej wpływowy człowiek w całej Szkocji, brat przyrodni Marii, Jakub Stuart, hrabia Moray, któremu królowa musi powierzyć prowadzenie spraw państwowych, jest żarliwym protestantem i obrońcą owej kirk4, którą ona, wierząca katoliczka, potępia jako herezję. Pierwszy położył swój podpis pod sprzysiężeniem obrońców protestantyzmu, lords of congregation, którzy zobowiązali się „odżegnywać się od nauki szatana wraz z jej przesądami i bałwochwalstwem i uznać się odtąd za jej otwartych przeciwników”. Ten „zbór szatana” (congregation of satan), od którego tak się odżegnują, to nic innego jak wiara katolicka, a więc ta, którą wyznaje Maria Stuart. Już od samego początku rozpoczyna się między królową a regentem rozdźwięk w pojmowaniu najistotniejszych spraw życiowych, a stan taki nie wróży spokoju. W głębi serca żywi bowiem królowa jedną tylko myśl: zdławić reformację w Szkocji, a brat jej i regent ma tylko jedno pragnienie: podnieść reformację w Szkocji do godności jedynej religii panującej. Takie jaskrawe przeciwieństwo przekonań musi nieuchronnie doprowadzić przy pierwszej sposobności do otwartego konfliktu.

Ów Jakub Stuart to jedna z postaci, którym los wyznaczył decydującą rolę w dramacie Marii Stuart; rolę tę potrafi odegrać po mistrzowsku. Jako syn tego samego ojca, lecz z nielegalnego, długotrwałego stosunku miłosnego z Małgorzatą Erskine, córką jednego z najbardziej arystokratycznych rodów Szkocji, wydaje się dzięki królewskiej krwi, a jeszcze bardziej dzięki swej własnej żelaznej energii powołany na najgodniejszego dziedzica korony. Jedynie słaba pozycja polityczna skłoniła w swoim czasie Jakuba V do wyrzeczenia się legalnego związku z ukochaną lady Erskine i do umocnienia swojej potęgi i swych finansów poprzez małżeństwo z księżniczką francuską, matką Marii Stuart. Tak oto ciąży na tym ambitnym synu królewskim piętno nielegalnych narodzin., które po wsze czasy zamyka mu drogę do tronu. Chociaż na prośbę Jakuba V papież przyznaje oficjalnie prawo do krwi królewskiej zarówno jemu, jaki pięciorgu innym nieprawnym dzieciom jego ojca, Moray pozostaje mimo to bękartem i nie może rościć pretensji do korony ojcowskiej.

Otóż Moray jest naturą władczą. Porywcza stanowczość jego królewskich przodków, ich duma i żądza władzy burzą się w jego krwi: rozumem i jasnością decyzji góruje nad zachłannym klanem lordów i baronów. Jego cele sięgają daleko, jego plany mają rozległe perspektywy polityczne. Równie mądry jak siostra, ten trzydziestoletni mężczyzna przewyższa ją znacznie rozwagą i doświadczeniem. Patrzy na nią jak na rozbawione dziecko i pozwala się jej bawić, dopóki te igraszki nie krzyżują jego planów. Ten dojrzały mężczyzna nie ulega, tak jak siostra, gwałtownym, nerwowym, romantycznym impulsom, jako władca nie ma w sobie nic bohaterskiego, ale za to zna tajemnicę czekania i cierpliwości, które jest pewniejszą rękojmią sukcesu niż szybki i namiętny poryw.

Pierwszą oznaką prawdziwych uzdolnień politycznych jest umiejętność z góry rezygnowania z tego, co nieosiągalne. Nieosiągalną dla tego nieprawego syna jest korona królewska. Nigdy Moray nie będzie mógł nazywać się Jakubem VI – zdaje sobie z tego sprawę; a więc jako rozważny polityk odstępuje od roszczeń do tytułu króla Szkocji, aby tym pewniej pozostać władcą Szkocji: niechaj będzie regent, skoro nie może być rex. Zrzeka się insygniów władzy, rezygnuje z widomych oznak, aby tym mocniej utrzymać w swych rekach prawdziwą władzę. Jeszcze jako młodzieniec zgarniał dla siebie najbardziej oczywistą postać władzy – bogactwo; otrzymał duży spadek po ojcu, a i poza tym chętnie przyjmuje dary; czerpie korzyści z rozwiązania klasztorów, z wojny, przy każdym połowie pierwszy napełnia swą sieć. Bez skrupułów przyjmuje subsydia od Elżbiety, a gdy siostra jego, Maria Stuart, wraca do Szkocji jako królowa, Moray jest już jednym z najbogatszych i najpotężniejszych ludzi w kraju, tak silnym, że trzeba się z nim liczyć.

Bardziej z wewnętrznej potrzeby niż z rzeczywistej sympatii szuka Maria Stuart przyjaźni ze swym bratem przyrodnim; aby zabezpieczyć własne panowanie, wpycha mu w ręce wszystko, czego zapragnie, zaspokaja jego nienasyconą żądzę bogactw i władzy. Ręce Moraya – na szczęście dla Marii Stuart – są naprawdę niezawodne, umieją utrzymywać i umieją ustępować. Jako urodzony mąż stanu, Moray trzyma się złotego środka: jest protestantem, ale nie obrazoburcą, jest szkockim patriotą, ale przy tym w łaskach u Elżbiety, jest w nie najgorszych stosunkach z lordami, ale w razie potrzeby potrafi pokazać im pięść – w sumie jest to człowiek zimny, wyrachowany, pozbawiony nerwów, którego nie zaślepią pozory władzy, a zaspokoi sama tylko władza.

Tak niepospolity człowiek to wielka zdobycz dla Marii Stuart, dopóki stoi po jej stronie – i olbrzymie niebezpieczeństwo, jeśli wystąpi przeciwko niej. Jako brat związany z nią węzłami tej samej krwi, Moray ma również egoistyczne względy na celu, aby utrzymać siostrę na tronie: żaden Gordon czy Hamilton będąc na jej miejscu nie pozostawiłby mu tak nieograniczonej władzy i swobody w rządzeniu; chętnie pozostawia więc siostrze reprezentację, bez zawiści patrzy, jak podczas uroczystości niosą przed nią berło i koronę, dopóki wie, iż prawdziwą władzę on dzierży w swym ręku. Lecz z chwilą gdy królowa zechce sama panować i obniżyć jego autorytet, duma Stuartów zetrze się z dumą Stuartów. A nie ma straszliwszej wrogości niż wówczas, gdy walczą ze sobą pokrewne natury o tym samym napięciu siły i z tych samych pobudek.

Protestantem jest również sekretarz stanu, Maitland Lethington, drugi mający nie mniejsze znaczenie człowiek na dworze Marii Stuart. Ale i on początkowo jest po stronie królowej; Maitland, tęga głowa, umysł giętki i wyrafinowany, the flower of wits5, jak go nazwała Elżbieta, nie jest tak żądny władzy ani tak ambitny jak Moray. Jako dyplomatę, bawi go zawiła i zawikłana gra polityki i intryg, bawi go cały kunszt kombinacji; nie chodzi mu o sztywne zasady, o religię czy ojczyznę, o królową czy państwo, lecz o artyzm, o sztukę rozgrywek, o supłanie i rozwiązywanie nici na swój własny sposób. W stosunku do Marii Stuart, do której osobiście jest głęboko przywiązany (jedna z czterech Mary, Mary Fleming, zostanie jego żoną), nie jest ani naprawdę wierny, ani naprawdę niewierny. Będzie jej służył, dopóki los jej sprzyja, ale opuści ją w niebezpieczeństwie; po nim, jak po barwnej chorągiewce na dachu, Maria Stuart może poznać, czy wieje wiatr pomyślny, czy niepomyślny, gdyż jako prawdziwy polityk będzie służył nie królowej, nie przyjaciółce, lecz wyłącznie jej fortunie.

Ani z prawa, ani z lewa, ani w mieście, ani we własnym domu nie znajduje Maria Stuart – cóż za fatalny horoskop! – żadnego oddanego przyjaciela. Jednak przy pomocy takiego Moraya, takiego Maitlanda udaje się jej panować i paktować; nieprzejednanie natomiast, nieubłaganie, z zaciekłą, morderczą nienawiścią przeciwstawia się jej od pierwszej chwili najpotężniejszy przedstawiciel ludu, John Knox, kaznodzieja z Edynburga, organizator, pan i władca szkockiej kirk, mistrz demagogii religijnej. Z nim rozpoczyna się walka o być albo nie być, o śmierć i życie.

Kalwinizm Johna Knoxa nie jest bowiem tylko reformatorskim odnowieniem Kościoła, lecz sztywnym systemem państwa bożego i przeto niejako superlatywem protestantyzmu. John Knox występuje władczo i jako władca fanatycznie domaga się od samego króla niewolniczego podporządkowania się jego teokratycznym przykazaniom. Z kościołem anglikańskim, z kościołem luterańskim, z jakąś łagodniejszą postacią reformacji doszłaby może Maria Stuart do porozumienia, zgodnie ze swą miękką i uległą naturą. Samowładztwo kalwinizmu natomiast wyklucza z góry jakąkolwiek możliwość porozumienia z prawdziwym władcą kraju, i nawet Elżbieta, wysługująca się politycznie Knoxem, aby czynić wstręty rywalce, nie cierpi go osobiście z powodu jego nieznośnej zarozumiałości. Jakże dopiero gniewać musi na wskroś ludzką i myślącą w duchu humanistycznym Marię Stuart to jego ponure religianctwo! Czymś zupełnie niepojętym była dla jej bujnej natury, miłującej życie, dla jej poetyckich skłonności ta trzeźwa surowość, niechęć do życia, obrazoburcza nienawiść do sztuki, to gwałcenie radości wysnute z genewskiej nauki – czymś zupełnie nie do zniesienia ten wyniosły upór zakazujący śmiechu i potępiający piękno jako występek, pragnący obrócić wniwecz wszystko, co dla niej najdroższe: swobodne formy obyczajów, muzykę, poezję i taniec, sprawiający, iż świat, i tak ponury, staje się jeszcze bardziej posępny.

Ten twardy charakter, jak ze Starego Testamentu, nadaje edynburskiej kirk John Knox, najzacieklejszy, najbardziej fanatyczny ze wszystkich założycieli Kościoła, prześcigający swego własnego mistrza, Kalwina, w bezkompromisowości i nietolerancji. Początkowo skromny ksiądz katolicki niskiego stopnia, z całym szaleństwem i pasją swej apodyktycznej natury rzuca się w reformację, jest uczniem George’a Wisharta, którego matka Marii Stuart kazała spalić żywcem jako kacerza. Płomień, w którym zginął jego nauczyciel, płonie nadal w duszy ucznia. Jako jeden z przywódców rebelii przeciw regentce, zostaje wzięty do niewoli przez francuską armię posiłkową i skazany na galery we Francji. Długo siedzi tam zakuty w kajdany, lecz wola jego po krótkim czasie staje się równie żelazna jak łańcuchy. Po uwolnieniu ucieka do Kalwina; tu uczy się siły wymowy i bezlitosnej purytańskiej nienawiści wobec wszystkiego, co jasne i helleńskie; po powrocie do Szkocji w ciągu niewielu lat nakłania lordów i lud do przyjęcia reformacji.

John Knox jest chyba najdoskonalszym typem fanatyka religijnego, jaki zna historia: twardszy niż Luter, który jednak nie jest pozbawiony pewnej pogody ducha, surowszy niż Savonarola, gdyż nie umiał się zdobyć na blask i mistyczne światło w swych przemówieniach. Prostolinijność jego była uczciwa, lecz wskutek swej przerażającej ograniczoności myślenia Knox należał do owych ciasnych, surowych umysłów, dla których tylko własna prawda jest prawdziwa, tylko własna cnota cnotliwa, tylko własne chrześcijaństwo chrześcijańskie. Kto nie ma tych samych przekonań co on, jest przestępcą, kto choć o jotę odstępuje od jego żądań, jest sługą szatana. Knox ma w sobie ponurą odwagę opętanego, namiętność ograniczonego fanatyka i obmierzłą dumę „jedynego sprawiedliwego”; w jego surowości tli się jednocześnie niebezpieczna radość z własnego hartu, w jego nietolerancji – ponura satysfakcja z własnej nieomylności.

Ten szkocki Jehowa ze swą falującą brodą staje co niedzielę na ambonie kościoła Św. Idziego i miota gromy nienawiści na tych, którzy nie słuchają jego kazania; kill joy, uśmiercający radość, z gniewem ciska klątwy na beztroskie „plemię szatańskie” tych, którzy służą Bogu nie ściśle według jego wskazówek i jego osobistego rozumienia. Albowiem ten zimny fanatyk nie zna innej radości niż triumf swojej racji, innej sprawiedliwości niż sukces swojej sprawy. Naiwnie triumfuje, ilekroć jakiś katolik czy inny przeciwnik zostanie usunięty lub upokorzony; a jeśli czyjaś mordercza dłoń sprzątnie wroga kirk, to rzecz prosta, nikt inny tylko Bóg pragnął owego chwalebnego czynu i dopomógł do jego spełnienia. Ze swej ambony Knox intonuje pieśń triumfalną, gdy biednemu chłopcu Franciszkowi II, małżonkowi Marii Stuart, zabójcza materia zaczyna się sączyć z ucha, „które nie chciało słyszeć głosu Boga” – a gdy umiera Maria de Guise, matka Marii Stuart, Knox, rozradowany, głosi z ambony: Oby Bóg w Swej niezmierzonej łasce uwolnił nas niebawem i od innych osób z krwi Walezjuszów. Amen! Amen!

Nie ma nic z łagodności boskiej, nic z ewangelicznej dobroci w jego mowach, którymi grozi jak rózgą; jego Bóg jest Bogiem zemsty, zazdrosnym i nieubłaganym, jego Biblią jest tylko Stary Testament, żądny krwi i barbarzyńsko surowy. W jego kazaniach mowa jest o Moabie, O Amaleku, o wszystkich innych wrogach ludu Izraela, których wytępić należy ogniem i mieczem, i groźby te skierowane są przeciwko wrogom jedynej prawdziwej – a więc jego własnej – wiary. A gdy gniewnymi słowy biczuje królową biblijną Jezabel, wiedzą dobrze słuchacze, jaką to królową ma na myśli. Niby burza, co zaciemnia niebo i napawa duszę lękiem za każdym hukiem gromu i zygzakiem błyskawicy – opanował Szkocję kalwinizm, grożąc lada chwila niszczącym wyładowaniem.

Tak świadomy swego celu i nieprzekupny człowiek, który jedynie chce rozkazywać i toleruje tylko posłuszną wiarę, nie przystanie na żaden kompromis; zabieganie o jego względy uczyni go jeszcze bardziej twardym, szyderczym i wymagającym. Wszelkie próby porozumienia rozbijają się o głazy zarozumiałego oporu. Ci, którzy rzekomo walczą w imię Boga, są najbardziej zacietrzewionymi ludźmi na ziemi: wydaje im się, że słuchają tylko boskich przykazań, głusi są przeto na słowa ludzkie.

Zaledwie tydzień bawi Maria Stuart w swym kraju, a już odczuła ponurą obecność tego fanatyka. Zanim jeszcze objęła władzę, zapewniła swym poddanym nie tylko pełną swobodę wiary – co przy jej wrodzonej tolerancji nie było dla niej ofiarą – ale nawet pogodziła się z zakazem publicznego odprawiania mszy katolickiej w Szkocji – bolesne to ustępstwo na rzecz zwolenników Johna Knoxa, który twierdził, że „wolałby widzieć dziesięć tysięcy wrogów lądujących w Szkocji niż dowiedzieć się o jednej odprawionej mszy”.

Zrozumiałe, że Maria Stuart, jako gorliwa katoliczka, krewniaczka Gwizjuszów, zastrzegła sobie prawo praktykowania bez przeszkód swej religii we własnej kaplicy domowej i parlament przyznał jej słuszne żądanie bez zastrzeżeń. Jednakże gdy pierwszej niedzieli w jej kaplicy domowej w Holyrood rozpoczęły się przygotowania do mszy katolickiej, rozjątrzony tłum dotarł z groźbami aż do bram. Ministrantowi, który niósł przed ołtarz poświęcane świece, wyrwano je siłą i połamano. Coraz głośniej daje się słyszeć żądanie, aby wydalono, a nawet zamordowano „pogańskiego kapłana”, rozlegają się coraz bardziej wzburzone okrzyki protestu przeciwko „służeniu szatanowi”; we własnym domu królowej lada chwila może wybuchnąć awantura o Kościół.

Na szczęście hrabia Moray, chociaż sam szermierz i obrońca kirk, rzuca się przeciwko rozfanatyzowanej tłuszczy i broni wejścia. Po mszy, odprawionej w wielkim strachu, wyprowadza przerażonego księdza bezpiecznie do jego komnaty; katastrofa została zażegnana, autorytet królowej jeszcze z trudem ocalony. Ale wesoła uroczystość na cześć przybycia Marii Stuart, owe joyousities, jak szyderczo wykpiwa Knox, zostały ku jego radości brutalnie przerwane; po raz pierwszy napotyka romantyczna królowa w swej ojczyźnie na opór rzeczywistości.

Maria Stuart reaguje na te zniewagę wybuchem gniewu. We łzach i w złych słowach wyładowuje tłumioną wściekłość. I tu po raz drugi pada ostrzejsze światło na jej niezbyt wyrazisty jak dotąd charakter. Ta młoda kobieta, od wczesnego dzieciństwa rozpieszczana przez los, jest w głębi duszy delikatna i czuła, ustępliwa i łatwa w pożyciu; wszyscy, od wielmożów na dworze do pokojowych i dziewek folwarcznych, chwalą jej miły, prosty, serdeczny sposób bycia. Potrafi zaskarbić sobie sympatię wszystkich, gdyż nie chełpi się i nie pyszni swym królewskim tytułem, a dzięki naturalnej swobodzie w zachowaniu pozwala zapominać o przewadze swego stanowiska. Ale u podstaw tej szczodrej serdeczności spoczywa silne poczucie godności własnej osoby, dopóty niewidoczne, dopóki nikt go nie tyka, lecz wybuchające namiętnie, jeśli ktokolwiek ośmieli się na sprzeciw lub opór. Ta dziwna kobieta często umiała zapomnieć urazę osobistą, ale nigdy nie zapomniała najmniejszego uchybienia jej królewskiej godności.

Ani przez chwilę nie ścierpi tej pierwszej obelgi. Podobne zuchwalstwo musi być zaraz na samym początku zdławione i surowo ukarane; a Maria Stuart wie, kto jest inicjatorem owych zajść, słyszała o tym brodaczu z kacerskiego kościoła, który podburzał lud przeciwko jej wierze i nasłał zgraję na jej dom. Od razu postanawia rozprawić się z nim energicznie. Maria Stuart bowiem, przywykła do królewskiej wszechpotęgi we Francji, wychowana od dzieciństwa w wierze, iż jej, królowej z bożej łaski, należy się bezwzględne posłuszeństwo, nie może wyobrazić sobie sprzeciwu poddanego, zwykłego mieszczanina; wszystkiego by się prędzej spodziewała, ale nie tego, że ktoś ośmieli się jej otwarcie i hardo przeciwstawić. A na to John Knox jest przygotowany i nawet z góry się cieszy. „Dlaczegóż ta ładna twarz arystokratki miałaby przyprawić mnie o lęk, skoro tylu już rozgniewanym mężom patrzyłem prosto w oczy i nigdy nie doznawałem niegodnego strachu?” – zadaje sobie pytanie. I biegnie pełen zapału do pałacu, gdyż walczyć – i jak sądzi, walczyć o Boga – to największa rozkosz dla każdego fanatyka.

Jeśli Bóg użycza korony królom, to swym kapłanom i wysłannikom udziela daru płomiennego słowa. Według Johna Knoxa wyżej od króla stoi pastor kirk, jako strażnik prawa bożego. Jego zadaniem jest bronić państwa bożego na ziemi, nie wolno mu się wahać, musi poskromić nieposłusznych twardym kosturem swego gniewu, tak jak to uczynił niegdyś Samuel i biblijni sędziowie.

Dochodzi więc do sceny jak w Starym Testamencie: duma królewska i pycha kapłana ścierają się ze sobą – to nie jednostka walczy z jednostką o przewagę, lecz po raz tysiączny zmagają się w zaciekłej walce dwie prastare idee.

Maria Stuart usiłuje powściągnąć swój gniew, chce być łagodna, nie pragnie niczego innego, tylko pokoju dla swego kraju; grzecznie wszczyna rozmowę. John Knox natomiast jest zdecydowany stawiać się ostro, pokazać tej idolatress6, że ani na cal nie pochyli głowy przed możnymi tej ziemi. W chmurnym milczeniu, nie jak oskarżony, lecz jak oskarżyciel słucha wyrzutów królowej za jego książkę The first blast of trumpet against the monstrous regiment of women7, w której odmawia kobietom prawa do panowania. Ten sam Knox, który z powodu tej samej książki będzie się później najpokorniej tłumaczył przed protestantką Elżbietą, wobec tej królowej-„papistki” upiera się w wieloznacznych słowach przy swoich przekonaniach. Stopniowo wymiana zdań staje się coraz gwałtowniejsza. Maria Stuart przypiera Knoxa do muru: czy zdaniem jego poddani winni być bezwzględnie posłuszni swemu władcy, czy nie? Zamiast odpowiedzi „oczywiście”, jak to Maria Stuart oczekiwała, zręczny taktyk sprowadza obowiązek posłuszeństwa do zacieśniającego porównania: jeśli ojciec traci rozum i chce zabijać swoje dzieci, mają one prawo związać mu ręce i wyrwać z nich miecz. Jeśli panujący prześladuje dzieci boże, mają one prawo stawiać opór. Królowa domyśla się w tych zastrzeżeniach buntu teokraty przeciw uprawnieniom władcy.

   - A więc moi poddani - pyta - winni być posłuszni wam, a nie mnie? Więc to ja jestem waszą, a nie wy moim poddanym?
W gruncie rzeczy John Knox tak uważa. Ale jest zbyt ostrożny, aby w obecności Moraya wypowiedzieć się jasno.
- Nie - mówi wymijająco - zarówno panujący, jak i poddani winni być posłuszni Bogu. Królowie winni być żywicielami Kościoła, królowe zaś karmicielkami.
- Ale ja nie chcę być karmicielką waszego Kościoła - odpowiada królowa, rozgniewana dwuznacznością tej odpowiedzi. - Chcę mieć w opiece Kościół rzymskokatolicki, który uważam za Kościół boży.

Teraz dochodzi do starcia oręża na oręż. Rozmowa ta doprowadziła do punktu, w którym nie może być już porozumienia między wierzącą katoliczką a fanatycznym protestantem. Knox staje się wręcz grubiański i pozwala sobie nazwać Kościół rzymskokatolicki „wszeteczną dziewką”, której nie wolno mienić się oblubienicą bożą. A gdy królowa zabrania mu używania podobnych słów, gdyż ubliżają jej sumieniu, Knox odpowiada wyzywająco: „Sumienie wymaga poznania.” On zaś obawia się, że królowej brak właściwego poznania. Zamiast pojednania ta pierwsza próba porozumienia wywołuje tylko zaostrzenie sprzeczności. Knox wie już teraz, że „szatan jest silny” i że po młodej władczyni nie może spodziewać się uległości.

„W sporze z nią natknąłem się na taką stanowczość, jakiej dotąd nie spotkałem u osoby w tak młodym wieku. Od tej chwili dwór już dla mnie nie istnieje, a ja dla dworu” – pisze rozgoryczony.

Z drugiej strony, Maria Stuart po raz pierwszy uświadomiła sobie granice potęgi królewskiej. Z podniesioną głową opuszcza Knox komnatę, zadowolony z siebie i dumny, że przeciwstawił się królowej – a Maria Stuart, zbita z tropu, z goryczą stwierdza własną niemoc; gorące łzy tryskają jej z oczu. Nie będą to ostatnie łzy w jej życiu. Przekona się wkrótce, że władzy nie dziedziczy się po prostu z krwią ojca, ale trzeba zdobywać ją nieustannie wśród walk i upokorzeń.

x

Zweig, opisując konflikt pomiędzy fanatycznym Knoxem a Marią Stuart, uświadomił mi, że reformacja, tak jak ją się przedstawia, to jedna wielka mistyfikacja. Renesans został zapoczątkowany przez prąd zwany humanizmem. To był prawdziwy przewrót. Średniowiecze to był okres całkowitej dominacji Kościoła. W tym czasie Bóg był w centrum ludzkiej uwagi i stąd ciągłe modlitwy, a nawet, w skrajnych wypadkach, biczowanie się i umartwianie. Humanizm natomiast stawia w centrum uwagi człowieka i jego życie doczesne. Ludzie już nie chcą myśleć o śmierci czy życiu pozagrobowym, chcą żyć tu i teraz, chcą korzystać z życia. Zatem protestantyzm, a w szczególności jego skrajna odmiana, kalwinizm, nie są odstępstwem od Kościoła. Wręcz przeciwnie, chcą, by pozostał on takim, jakim był w średniowieczu. Stąd w kalwinizmie mamy taką surowość obyczajów i ciągłe koncentrowanie się na Bogu, co przejawia się w częstych modłach i czytaniu Biblii. Czy więc ci, którzy nazywają średniowiecze ciemnotą i zabobonem, zdają sobie sprawę z tego, że tym jest również protestantyzm, a w szczególności kalwinizm?

Katedry gotyckie, ich strzeliste wieże, symbolizowały dłonie złożone do modlitwy. To był pionowy porządek architektoniczny skierowany ku górze, ku Bogu. Renesans zapoczątkowuje porządek poziomy, a więc przyziemny, w którym zaczynają być budowane kościoły katolickie. Ich wnętrza są bogato dekorowane, pełno w nich obrazów, co raczej odwraca uwagę od Boga, niż ku niemu zbliża. W pewnym sensie jest to profanacja całej idei wiary. Kto tu zatem jest odstępcą i kacerzem: John Knox czy Maria Stuart? I obecnie, gdy wmawia się nam, że jest to jedyny prawdziwy Kościół, to jest to jedno wielkie oszustwo. Katedry gotyckie są niezmienne i takim stylem jest neogotyk. Natomiast gdy patrzy się na tę udziwnioną architekturę współczesnych kościołów katolickich, to rodzi się pytanie: czym tak naprawdę jest katolicyzm? Katedry gotyckie są niezmienne, cerkwie i meczety również. One mają symbolizować trwałość i wieczność. A co symbolizują ciągle zmieniające się bryły kościołów katolickich? Kto zatem odstąpił od Kościoła i kto jest kacerzem?

Ktoś, kto wymyślił wiarę i Boga, dobrze wiedział, co czynił. Trudno jest ludziom pogodzić się z tym, że życie nie trwa wiecznie i potrzebują jakiejś nadziei, że wraz z życiem doczesnym nie wszystko się kończy. Gorliwa wiara ma być gwarantem dostania się do nieba. Ci, którzy powymyślali te różne wiary czy wyznania, dobrze wiedzieli, że to zawsze będzie źródłem wszelkich konfliktów, bo nigdy tak nie będzie, że człowiek będzie żył wiecznie i nie będzie zainteresowany życiem pośmiertnym.

  1. słodką Francją ↩︎
  2. radosnego wjazdu ↩︎
  3. dworskich muzykantów ↩︎
  4. kościół po szkocku ↩︎
  5. wykwintny umysł ↩︎
  6. bałwochwalczyni ↩︎
  7. Pierwszy głos trąbki przeciwko potwornym rządom kobiet ↩︎