Powstanie warszawskie c.d.

Kiedyś, nie wiedząc jeszcze kim są ludzie ze Stowarzyszenia Marszu Niepodległości i jaki mają cel, poparłem mailowo ich sprzeciw wobec ustawy 447 i od tego momentu dostaje od nich maile. 27 lipca przyszedł kolejny. Biuletyn Stowarzyszenia Marszu Niepodległości przysłał poniższą informację.

Nadchodzi Marsz Powstania Warszawskiego

1 sierpnia o godz. 17.00, jak zawsze tego dnia, zgromadzimy się w centrum stolicy, by uczcić bohaterstwo warszawskich powstańców i ofiarę cywilnych mieszkańców. Jubileuszowy, dziesiąty Marsz Powstania Warszawskiego – organizowany przez Roty Niepodległości, Stowarzyszenie Marsz Niepodległości i Straż Narodową – przejdzie z Ronda Dmowskiego na Plac Krasińskich, gdzie znajduje się  monumentalny pomnik ku czci bohaterów wiekopomnego zrywu. Na koniec zgromadzeni będą mogli podziwiać wystąpienie słowno-muzyczne Norberta “Smoły” Smolińskiego.

Na początku 1944 r. nacierająca na Niemców Armia Czerwona przekroczyła granicę Rzeczypospolitej. Po odrzuceniu wysuniętej przez władze RP oferty współdziałania wojskowego z Sowietami, 12 stycznia komendant główny Armii Krajowej  gen. Tadeusz Komorowski wydał rozkaz nr 126, zapowiadający wsparcie Armii Czerwonej w walce z Niemcami, “w miarę naszych sił i interesów państwowych”. Tak rozpoczęła się akcja “Burza”, która miała na celu m.in. uświadomienie władzom sowieckim, że na wyzwolonych z okupacji niemieckiej terenach Polski, w granicach sprzed 1939, gospodarzami są Polacy, uznający władzę Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie, który był jedynym reprezentantem państwa polskiego. Zanegowany został aliancki podział na strefy operacyjne, w myśl którego Polska znajdowała się w sowieckiej strefie operacyjnej.

Początkowo plan „Burzy” nie przewidywał powstania w stolicy, jednak 31 lipca 1944 r., po rozmowach między komendantem AK gen. Tadeuszem Komorowskim-Borem i delegatem rządu na kraj Janem S. Jankowskim, ustalono na dzień 1 sierpnia 1944 r. godz. 17 (godzina W) termin wybuchu powstania w Warszawie. Podjęta decyzja była spowodowana obawą przed przejęciem władzy w stolicy przez proradziecką Armię Ludową i Armię Czerwoną.

Powstańcy stanęli do walki mając w swoich szeregach 36 tys. żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych i mniejszych formacji, dysponując małą ilością sprzętu i słabym uzbrojeniem. Przeciwko nim stanęły doborowe oddziały niemieckie, wyposażone w bardzo dobry sprzęt (broń pancerna, artyleria, lotnictwo). Pomimo rażącej dysproporcji, powstańcy opierali się przez 63 dni, dając wyjątkowe świadectwo odwagi. Zginęły tysiące warszawiaków, a niemiecki okupant po ustaniu działań zbrojnych, niemal całkowicie zrównał z ziemią lewobrzeżną część miasta.

Niezłomny duch żołnierzy powstania jest odtąd inspiracją dla kolejnych pokoleń Polaków, nie tylko mieszkających w Warszawie. Są wzorem również dla nas. Dlatego w rocznicę wybuchu sierpniowej insurekcji oddajemy hołd ich męstwu i chylimy głowy przed cieniami poległych i pomordowanych.

Szanowni Państwo, organizacja Marszu Powstania Warszawskiego pociąga za sobą niezbędne wydatki. Zwracamy się z uprzejmym apelem o wsparcie finansowe i dołożenie swojej cegiełki do organizacji tegorocznej edycji marszu. Fundusze są nam potrzebne m.in. na nagłośnienie, wóz organizacyjny, druk plakatów, banerów i ulotek. Za każdy, najmniejszy nawet datek, serdecznie dziękujemy.

Robert Bąkiewicz Prezes Zarządu

Ten mail zawiera ciekawe informacje, które warto przeanalizować. W drugim akapicie czytamy:

Na początku 1944 r. nacierająca na Niemców Armia Czerwona przekroczyła granicę Rzeczypospolitej. Po odrzuceniu wysuniętej przez władze RP oferty współdziałania wojskowego z Sowietami, 12 stycznia komendant główny Armii Krajowej  gen. Tadeusz Komorowski wydał rozkaz nr 126, zapowiadający wsparcie Armii Czerwonej w walce z Niemcami, “w miarę naszych sił i interesów państwowych”.

Tak więc Sowiety odrzuciły ofertę współdziałania wojskowego wysuniętą przez władze RP, a mimo to komendant główny Armii Krajowej deklaruje wsparcie Armii Czerwonej w walce z Niemcami. Czyli, wy nie chcecie, ale my i tak wam pomożemy.

Tak rozpoczęła się akcja “Burza”, która miała na celu m.in. uświadomienie władzom sowieckim, że na wyzwolonych z okupacji niemieckiej terenach Polski, w granicach sprzed 1939, gospodarzami są Polacy, uznający władzę Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie, który był jedynym reprezentantem państwa polskiego. Zanegowany został aliancki podział na strefy operacyjne, w myśl którego Polska znajdowała się w sowieckiej strefie operacyjnej.

Akcja miała uświadomić władzom sowieckim, że na wyzwolonych terenach gospodarzami są Polacy. Nawet jeśli władze RP nie wiedziały o postanowieniach konferencji w Teheranie w dniach od 28 listopada do 1 grudnia 1943 roku, to wiedziały o śmierci Sikorskiego, który w ostateczności godził się na linię Curzona i utratę Kresów. Dla utrzymania niepodległości gotów był zapłacić wiele. Właściwie godził się na wszystko, czego żądali Stalin i Churchill. Jednak ani jeden, ani drugi nie chciał się przyznać do tego, że jeden przehandlował polską niepodległość, a drugi, że jest tak bezwzględny wobec Polaków. Sikorski był więc bardzo niewygodny i uniemożliwiał sfinalizowanie tego handlu i dlatego najprostszym rozwiązaniem była jego likwidacja. Jego śmierć oznaczała, że na wyzwolonych terenach gospodarzami nie będą Polacy. I taki sygnał dla każdego rozgarniętego polityka powinien był być czytelny, chyba że dał się przekupić, co w przypadku przywódców AK było powszechne.

W Teheranie ustalono m.in. nową granice Polski i ZSRR na tzw. linii Curzona oraz podział krajów Europy na alianckie strefy operacyjne – na mocy międzyalianckich uzgodnień Polska znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej.

Zanegowanie więc tego podziału oznaczało, że postanowienia z Teheranu znane były władzom RP i dowództwu AK. A skoro były znane, to wywoływanie jakiegoś powstania nie miało sensu. Z jednej strony było, podległe Stalinowi, wojsko polskie, z drugiej strony było wojsko polskie walczące na zachodzie o nie swoje sprawy i daleko od kraju. W takich warunkach podejmowanie jakiejkolwiek walki nie miało żadnego sensu, bo nie było siły, która mogłaby postawić się Armii Czerwonej. Zanim ta armia dotarła do Warszawy, AK wszędzie z nią współpracowała w walce z Niemcami. A teraz, gdy ona dociera do Warszawy, to AK chce jej pokazać, kto tu rządzi. Czy dowództwo AK to dom wariatów? Gorzej! To dom agentów! Tylko nie wiadomo, których więcej: angielskich czy sowieckich?

Początkowo plan „Burzy” nie przewidywał powstania w stolicy, jednak 31 lipca 1944 r., po rozmowach między komendantem AK gen. Tadeuszem Komorowskim-Borem i delegatem rządu na kraj Janem S. Jankowskim, ustalono na dzień 1 sierpnia 1944 r. godz. 17 (godzina W) termin wybuchu powstania w Warszawie. Podjęta decyzja była spowodowana obawą przed przejęciem władzy w stolicy przez proradziecką Armię Ludową i Armię Czerwoną.

Tak więc rozmawiał Komorowski-Bór z delegatem rządu na kraj Jankowskim i ustalono termin wybuchu powstania. „Ustalono” – kto ustalił? Ktoś ustalił, ale nie wiadomo kto. Pewnie nieznani przełożeni. Natomiast Naczelny Wódz nie miał nic do powiedzenia. Nawet o nim nie wspomniano. Decyzja ta była spowodowana obawą przed przejęciem władzy w stolicy przez Armię Ludową i Armię Czerwoną. Czy ktoś o zdrowych zmysłach jest w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której nieuzbrojeni, nieliczni powstańcy, jakimś cudem wypędzają Niemców, a Armia Czerwona wkracza do Warszawy i jej dowództwo stwierdza: no tak, wy tu jesteście gospodarzami, a my tylko idziemy bić Niemca, rządźcie tu długo i szczęśliwie. Poziom absurdu sięga granic, ale takie „intelektualne” wygibasy słyszymy co roku. Jak to było? Kłamstwo powtórzone 1000 razy staje się prawdą. No to czemu bezsens powtórzony 1000 razy nie ma stać się sensem?

Taka jest narracja żydowskiego Biuletynu Stowarzyszenia Marszu Niepodległości i podobna jest narracja oficjalna rządzących. Mamy więc Marsz Niepodległości i Marsz Powstania Warszawskiego. A mnie w takich sytuacjach przypomina się fraza: A ty maszeruj, maszeruj, głośno krzycz, niech żyje nam Wołodia Iljicz!

Co roku z okazji rocznicy wybuchu powstania warszawskiego można zobaczyć jeszcze żyjących, nielicznych powstańców, którzy opowiadają młodszym pokoleniom różne bajki. W swojej powieści Nie trzeba głośno mówić Józef Mackiewicz pisał:

»W ostatniej chwili (chodzi o ostatnie dni powstania – przyp. W.L.) szef BIP-u AK, pułkownik Rzepecki – „Rejent”, wystawiał masowo legitymacje AK członkom komunistycznych i prokomunistycznych formacji „Armii Ludowej”, „Polskiej Armii Ludowej”, Korpusowi Bezpieczeństwa” podziemnych władz cywilnych, członkom PPR-u i innym, którzy walczyli razem w powstaniu warszawskim ramię przy ramieniu.«

Po co więc było to powstanie i zniszczenie miasta? Po to, by obudzić sumienie świata, jak tłumaczył jeden kretyn, a raczej angielski agent. Po zburzeniu Warszawy były jeszcze gorsze rzeczy: naloty dywanowe na Drezno i Tokio oraz zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. I świat wcale się tym nie wzruszył, nie mówiąc już o obudzeniu jego sumienia. Dziś już nikt o tym nie pamięta. Jest tylko holokaust. Inne narody nie cierpiały.

Powstanie warszawskie było po to, by zburzyć miasto i odbudować je na nowo. Tylko w taki sposób można było pozbyć się dotychczasowych jego mieszkańców i zasiedlić je nowymi, pozbyć się tych resztek polskiej inteligencji, które jakimś cudem uchowały się jeszcze. Zniszczono nie tylko tkankę społeczną miasta, ale też jego infrastrukturę kulturalną: muzea, teatry, kina, biblioteki, archiwa, zbiory, kolekcje itp. Wiele rodzin straciło dorobek, na który pracowały pokolenia. Powstało nowe miasto, nijakie, potworek urbanistyczny. Zasiedlili je nowi ludzie – Żydzi i ich posłuszni wykonawcy i razem dobijali tych, którym jakimś cudem udało się przetrwać. Tak! Powstanie warszawskie w pełni zrealizowało cel, który wyznaczyli mu Żydzi. Chcieli opanować Warszawę i rządzić nową Polską i to się im w pełni udało. I chyba nie przypadkiem walczyli w tym powstaniu komuniści, o czym pisał Mackiewicz, ale o tym nie trzeba głośno mówić. Zbyt niewygodny fakt, zupełnie niepasujący do oficjalnej narracji. To prawda, że prawda jest ciekawa, ale jakże niewygodna!

Czy to już dyktatura?

Po I wojnie światowej, zaraz po tym jak Polska odzyskała niepodległość, pojawiło się przysłowie: „Ni z tego, ni z owego mamy Polskę od pierwszego”. Świadczy to o tym, że Polacy nie bardzo wierzyli w odzyskanie niepodległości. Większość nie dostrzegała też zmian, które zwiastowały jej nadejście. Obecnie mamy trochę podobną sytuację, podobną w tym sensie, że większość Polaków, jak sądzę, też nie zauważa, że żyje już w zupełnie innej rzeczywistości. Parafrazując to przysłowie, możemy powiedzieć: „Ni z tego, ni z owego mamy dyktaturę od pierwszego”.

Jak zwykle wypada zacząć od definicji. Wikipedia pisze: „Dyktatura (łac. dictare – dyktować) – dawniej termin używany w starożytnym Rzymie, gdzie władzę na wypadek zagrożenia ze strony wroga obejmowała jednostka (dyktator), z czasem określenie stało się synonimem władzy opartej na przemocy.

Dyktatura to władza jednostki lub wąskiej grupy. Dyktatorzy nie wyłaniają przedstawicieli społeczeństwa w wolnych wyborach i pozostają poza faktyczną kontrolą społeczeństwa. Cechami charakterystycznymi dla dyktatury są: używanie siły wobec przeciwników politycznych, brak szacunku wobec praw obywatelskich, czy dowolność stanowienia systemu prawnego. Źródłem takiego modelu władzy może być m.in. pochodzenie czy przewaga wojskowa. Dyktatorzy na ogół starają się kontrolować nie tylko politykę kraju lecz całe życie społeczeństwa, co było szczególnie zauważalne w reżimach stosujących totalitaryzm. W dyktaturze może lecz nie musi występować system jednopartyjny. Dyktatura jest współcześnie obok demokracji konstytucyjnej najbardziej popularnym systemem sprawowania władzy.”

Według definicji Małego Słownika Języka Polskiego PWN, 1968, dyktatura to niczym nie ograniczona pełnia władzy, skupiona w rekach jednostki, grupy lub klasy.

Obecnie mamy do czynienia z taką sytuacją, że całe życie społeczeństwa, pod pozorem pandemii, jest kontrolowane przez rząd, który wydaje rozporządzenia. Sejm został prawie całkowicie wyłączony z procesu legislacyjnego i tym samym posłowie nie mają żadnego wpływu na działania rządu i pozbawieni są możliwości jego kontroli. A rząd robi, co chce: wprowadza ograniczenia lub je luzuje, ogłasza kolejną falę pandemii, a później ją wygasza, karze nosić maski lub łaskawie pozwala je zdjąć, decyduje o tym ilu ludzi może przebywać w pomieszczeniach zamkniętych, a ile osób może bezpośrednio oglądać zawody sportowe. Decyduje też o tym, które grupy zawodowe mają być objęte przymusem szczepień, a które nie, gdzie mogą wchodzić ludzie niezaszczepieni, a gdzie – nie, jakie uprawnienia będą mieli ludzie z tzw. paszportami szczepionkowymi itp.

Rząd łamie podstawową zasadę państwa demokratycznego, w którym wszyscy obywatele są równi wobec prawa, a dyskryminacja jakiejkolwiek grupy jest niezgodna z nim. Gdyby to jeszcze była demokracja, ich demokracja, to wszelkie ograniczenia wymagałyby zgody parlamentu albo przeprowadzenia referendum. Nie ma więc wątpliwości, że ta demokracja jest fikcją, tak jak fikcją była demokracja socjalistyczna, bo stan wojenny w Polsce został wprowadzony bezprawnie, niezgodnie z konstytucją, bo w momencie jego wprowadzania obradował sejm i tylko on mógł podjąć taką decyzję, a nie WRON (Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego), zwany popularnie WRON-ą. Tak więc demokracja jest dobra, ale tylko wtedy, gdy władza tak chce, gdy nie chce, to mamy dokładnie to, co mamy. Władza doskonale sobie zdaje sprawę z tego, że nie ma w społeczeństwie zgody na jej eksperymenty, dlatego, pod pretekstem wyższej konieczności, wprowadza dyktaturę, nie nazywając jej tak i zwodzi społeczeństwo argumentami, że to wszystko dla jego dobra i ochrony życia. I dla ochrony tego życia pozamykała szpitale i pozbawiła wielu ludzi podstawowej opieki medycznej. Tak się morduje ludzi w białych rękawiczkach.

Wszystkie partie i reprezentujący je politycy nie mają najmniejszego wpływu na to, co dzieje się w kraju. Ich rozgrywki, partyjne przetasowania i inne tego typu gierki, to tylko taki listek figowy, mający na celu ukryć prawdziwy stan, czyli coraz bardziej panoszącą się dyktaturę i terror. Najśmieszniejsze, a właściwie to najtragiczniejsze w tym jest to, że rząd też nie ma na nic wpływu. Jest tylko zwykłym pasem transmisyjnym, wykonawcą decyzji, które zapadają gdzie indziej. Wszystko niby zależy od WHO, czyli Światowej Organizacji Zdrowia, ale i ona wykonuje czyjeś polecenia, legitymizuje je. Wszystkie rządy na świecie, nie tylko polski, zachowują się podobnie, mają te same zalecenia i tak samo na nie reagują. A skoro tak, to wniosek może być tylko jeden – mamy rząd światowy. Wprawdzie nie wiemy, gdzie on ma swoją siedzibę i kto wchodzi w jego skład, ale on jest.

Rząd ma duże możliwości. Przekupił średni i wyższy personel medyczny, „naukowców”, celebrytów itp. Podlegają mu media, wszelkie służby typu policja, wojsko, administracja centralna i terenowa, samorządy. Dysponuje więc takimi możliwościami wpływania na społeczeństwo, że skruszenie jego oporu wydaje się tylko kwestią czasu. Mimo wszystko byłoby to o wiele trudniejsze, gdyby nie miał do pomocy części tego społeczeństwa, które udało mu się przekonać do swoich racji. I ta właśnie część, a nie rząd, będzie najgroźniejsza dla pozostałej, tej opornej, niezależnie myślącej, niepoddającej się rządowej propagandzie. Ci ludzie są najbliżej i mogą presją i groźbami wywierać wpływ na niepokornych. To są często znajomi, członkowie rodziny. A może to też być zwykła złośliwość: Jak to? Nie zaszczepiłeś się? Chcesz mnie zarazić? Jesteś nieodpowiedzialny!

Kiedyś filozof i matematyk Gottfried Wilhelm Leibniz powiedział: „Dajcie mi edukację na 100 lat, a zmienię społeczeństwo.” I dziś już mamy nowe, zmienione społeczeństwo. Może nie do końca jest ono zmienione, ale chyba już w znacznej części. Dlatego rządom na całym świecie łatwiej będzie realizować swoje cele, a właściwie cele rządu światowego. Czy to się uda, czy może zdarzy się jakiś cud i do tego nie dojdzie?

Jeśli ktoś jednak chciałby pokładać nadzieje w demokracji, to może się srogo zawieść. Nie tylko obecna demokracja jest fikcją. Była nią też demokracja socjalistyczna. Również demokracja szlachecka nie odbiegała od tych standardów. Poniżej fragment z Wikipedii o tym jak zalegalizowano I rozbiór Polski:

„Sejm Rozbiorowy – sejm skonfederowany działający w latach 1773–1775, powołany przez trzy ościenne mocarstwa zaborcze: Rosję, Prusy, Austrię w celu zatwierdzenia cesji terytorium Rzeczypospolitej w czasie I rozbioru Polski.

Po dokonaniu rozbioru Polski zaborcy zażądali, aby król Stanisław i Sejm zalegalizowali ich działania. Król zaapelował do narodów Europy zachodniej o pomoc i zwlekał z powołaniem sejmu. Europejskie mocarstwa zareagowały na rozbiór Polski z obojętnością, z wyjątkiem protestu króla Hiszpanii. Podniosło się jedynie kilka głosów sprzeciwu, jak np. Edmunda Burke, który widział w rozbiorze Polski początek rewolucyjnych zmian w europejskiej równowadze sił.

Podczas gdy król August oraz senat debatowali nad kursem działania, cierpliwość zaborców zaczęła się wyczerpywać. W rezultacie jeden z czołowych przeciwników zgody na zagraniczne roszczenia, biskup Adam Stanisław Krasiński został porwany przez Kozaków i przewieziony do Warszawy, gdzie ambasadorzy zaborców zażądali aby król i senat zwołali sejm walny w celu ratyfikacji rozbiorów. Kolejnym dowodem ich wpływu jest fakt, że senatorzy z anektowanych terytoriów (włączając diecezję inflancką, województwo ruskie oraz województwo witebskie) odmówili udziału w kolejnych obradach senatu. Podczas gdy znikąd nie nadchodziła pomoc, a sprzymierzeni zaborcy okupowali Warszawę, aby siłą oręża wymusić zwołanie sejmu, nie było innej możliwości niż podporządkowanie się ich woli. Warszawa stała się de facto garnizonem zagranicznych mocarstw. 19 kwietnia senat zgodził się zwołać sejm walny.

Sejm ten został zwołany na 19 kwietnia 1773 na wcześniejsze żądanie rosyjskiego posła nadzwyczajnego i ministra Otto Magnusa von Stackelberga, posła pruskiego Gedeona Benoit i austriackiego Karla Reviczkyego, którzy zamierzali przeprowadzić legalizację rozbiorów przez sejm. Jednocześnie mocarstwa utworzyły wspólny fundusz korupcyjny, z kasy którego miano opłacać przychylność posłów i senatorów.

Już 16 kwietnia, 60 przekupionych posłów i 9 senatorów zawiązało konfederację, aby nie dopuścić do zerwania sejmu poprzez zastosowanie zasady liberum veto (uchwały konfederacji stanowione były większością głosów). Marszałkiem konfederacji koronnej został całkowicie oddany Rosji Adam Poniński. Jako marszałka konfederacji Wielkiego Księstwa Litewskiego wyznaczono Michała Hieronima Radziwiłła. Marszałkami sejmu byli Adam Poniński i Michał Hieronim Radziwiłł. Obradom sejmu przewodniczył Poniński, który jako jurgieltnik otrzymywał z ambasady rosyjskiej stałą roczną pensję w wysokości 24 000 dukatów.

Obradujący na Zamku Królewskim w Warszawie otoczeni zostali asystą wojska rosyjskiego. Posłowie Tadeusz Reytan i Samuel Korsak stanęli na czele opozycji przeciwko sejmowi pod węzłem konfederacji i marszałkowi Ponińskiemu. Wsparli ich posłowie: Franciszek Jerzmanowski, Stanisław Kożuchowski, Rupert Dunin, Jan Tymowski, Józef Zaremba, Michał Radoszewski, Ignacy Suchecki, Tadeusz Wołodkowicz, Stanisław Bohuszewicz. Na nic zdało się wykradzenie przez Reytana laski marszałkowskiej, co miało uniemożliwić rozpoczęcie obrad. Nikły opór ostatecznie złamały egzekucje wojskowe w domach oponentów, groźba rozszerzenia rozbiorów o centralne ziemie Polski i spalenia Warszawy w przypadku jego kontynuacji. Część senatorów została aresztowana i zesłana na Syberię.

Znanymi zwolennikami przeprowadzenia rozbioru byli: Adam Poniński, Michał Hieronim Radziwiłł, biskupi Andrzej Młodziejowski oraz Ignacy Jakub Massalski a także prymas Polski Antoni Kazimierz Ostrowski.

Sejm wyłonił ze swojego grona 99-osobową delegację, składającą się z całkowicie zaufanych i kontrolowanych przez zaborców posłów i senatorów, której zadaniem było podpisanie traktatów secesyjnych. 18 września 1773 delegacja podpisała traktaty podziałowe z przedstawicielami mocarstw. 30 września sejm zatwierdził traktat podziałowy.”

Gdzie więc szukać ratunku? Dyktatura zła, demokracja – też. Przede wszystkim świadomy opór przeciw szczepieniom jak największej ilości ludzi. Do tego potrzebna jest wiedza o naturze tych szczepionek i prawdziwych intencjach rządów na całym świecie. Dostarcza jej Michael Yeadon były wiceprezes i główny naukowiec firmy Pfizer przez ponad 16 lat: https://www.cda.pl/video/7517644fb.

Konfederacja

Konfederacja to partia, która wśród części Polaków wzbudza pewne nadzieje. Uważają oni, że to właśnie ona może coś zmienić na polskiej scenie politycznej. Może więc warto bliżej przyjrzeć się tej partii. Wypadałoby jednak zacząć od definicji słowa „konfederacja”, bo nazwa nie została wybrana przypadkowo.

Mały Słownik Języka Polskiego PWN, 1968 podaje taką definicję: konfederacja 1. związek państw suwerennych utworzony dla realizacji pewnych wspólnych celów politycznych; przymierze, sojusz, liga 2. w dawnej Polsce związek (szlachty, rycerstwa) utworzony pod przewodnictwem marszałka i regimentarzy dla ochrony kraju lub dla realizacji postulatów politycznych.

Słownik Wyrazów Obcych PWN, 2002: konfederacja 1. związek, stowarzyszenie, zjednoczenie obywateli lub organizacji. 2. polit. związek państw powołany w celu realizacji określonych zamierzeń (zwykle forma przejściowa przy tworzeniu federacji). 3. hist. w dawnej Polsce: związek szlachty, duchowieństwa lub miast, zwierany dla osiągnięcia doraźnych celów. (łac. confoederatus ‘sprzymierzenie’).

Słownik Wyrazów Obcych PWN, 1959: konfederacja [od łac. confoederatio związek] 1. związek, stowarzyszenie, zjednoczenie obywateli lub organizacji. 2. związek państw, w którym zachowują one niezależny (suwerenny) byt, ale posiadają określone w umowie ustanawiającej konfederację wspólne instytucje i organy; 3. hist. w dawnej Polsce – związek organizowany na krótki okres celem realizacji ważnych celów politycznych i sprawujący część lub całość władzy państwowej. Konfederacje miały często opozycyjny charakter wobec rządu, np. k. barska. Na sejmach, które w pewnych wypadkach uchwalały akt konfederacji, decyzje zapadały zwykłą większością głosów.

Ostatnia definicja dostarcza nam pewnej informacji na temat ustroju Rzeczypospolitej Obojga Narodów, stworzonego zapewne przez Żydów, bo któż inny mógł wymyślić coś takiego, by niepodzielnie rządzić z tylnego siedzenia. Jak trzeba było anarchii, to obowiązywała jednomyślność i liberum veto utrącało każdą inicjatywę. Jak trzeba było podjąć szybką decyzję, to zawiązywano konfederację lub zwoływano sejm skonfederowany i wtedy decyzje zapadały większością głosów. To nie była żadna anarchia, jak próbują nam wmawiać. Doskonale zaprojektowany ustrój, który mógł utrzymać to państwo lub je skasować niemalże od ręki. Co też się stało.

Wikipedia o Konfederacji pisze tak: Konfederacja – koalicja o charakterze prawicowym i eurosceptycznym, zawiązana przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2019 roku (formalnie była zarejestrowana w nich jako komitet wyborczy wyborców Konfederacja KORWIN Braun Liroy Narodowcy), następnie kontynuowana. Od lipca 2019 zarejestrowana jako federacyjna partia polityczna pod nazwą Konfederacja Wolność i Niepodległość (Konfederacja Wolnościowcy i Narodowcy).

Ugrupowania wchodzące w skład Konfederacji reprezentują poglądy należące do różnych prawicowych nurtów (głównie narodowy konserwatyzm i konserwatywny liberalizm). Ideą twórców jest skupienie środowisk deklarujących poglądy wolnościowe, narodowe, konserwatywne i proobywatelskie. Spoiwem koalicji są postulaty eurosceptyczne. Przedstawiciele Konfederacji określają swe ugrupowanie „eurosceptycznym”, co ma na celu podkreślenie sceptycznego podejścia do Unii Europejskiej, a nie do Europy. Opowiadają się za demontażem UE, jednocześnie chcąc pozostawienia strefy Schengen i EOG (Europejski Obszar Gospodarczy).

W skład Konfederacji wchodzą następujące partie: KORWIN, Ruch Narodowy, Konfederacja Korony Polskiej, Partia Kierowców, Konfederacja Rolniczo-Konsumencka, Zjednoczeni. Mamy więc w Konfederacji jeszcze dwie Konfederacje. Cóż to za menażeria?!

Partia KORWIN jest zarejestrowana nieprawomocnie. Jej ideologia to konserwatywny liberalizm i leseferyzm. Jej lider to Janusz Korwin-Mikke. Partia ma 5 posłów.

Ruch Narodowy to nacjonalizm i narodowy katolicyzm, lider – Robert Winnicki, 5 posłów.

Konfederacja Korony Polskiej, reakcjonizm, monarchizm, Grzegorz Braun, 1 poseł.

Partia Kierowców, liberalizm, antybiurokracja, Lech Kędzierski.

Konfederacja Rolniczo-Konsumencka (nieformalna organizacja), agraryzm, Krzysztof Tołwiński.

Zjednoczeni (partia w fazie rejestracji), konserwatywny liberalizm, walka z przymusem szczepień, Paweł Skutecki.

Jeśli ktoś tym cyrkiem rządzi, to zapewne jest to Janusz Korwin-Mikke. Jest w tym gronie najstarszy i ma największe doświadczenie polityczne. Jest to niewątpliwie człowiek bardzo inteligentny i zdolny. Jednak nieznani przełożeni wyznaczyli mu rolę destruktora wszelkich inicjatyw po prawej stronie sceny politycznej oraz rolę błazna. I w obu rolach spełnia się doskonale.

Skoro jest to najbardziej wyrazista postać w Konfederacji, to wypada przybliżyć sobie istotę liberalizmu, którego jest on zwolennikiem. Tadeusz Gluziński w swojej pracy Odrodzenie idealizmu politycznego (1935) pisze:

»Nie tak dawno liberalizm i socjalizm święciły triumfy wśród narodów europejskich. Kto nie był liberałem, temu wolno jeszcze było być socjalistą; kto nie mieścił w ramach tych dwóch prądów swego poglądu na życie publiczne, ten w państwach monarchicznych mógł jeszcze bronić resztek przeszłości i zaliczać się do konserwatystów; wszystko inne uchodziło już bezapelacyjnie za zwykłe barbarzyństwo bez obsłonek.

Liberał wierzył w pierwotną dobroć natury ludzkiej i prawo do wolności uważał za przyrodzone uprawnienie człowieka; stąd każdy ustrój społeczny, w szczególności zaś ustrój państwowy, był dlań tylko złem koniecznym, z którym należało się pogodzić, które jednak w głębi duszy potępiało się zawsze i przyjmowało z niechęcią. Usiłował więc ograniczyć państwo do jak najskromniejszego zakresu działania, aby pozostawić jednostce jak najwięcej wolności; przede wszystkim zaś w życiu gospodarczym uznawał bezkompromisowo zasadę zupełnej swobody jednostki.

Zwyrodnienie życia gospodarczego pod panowaniem liberalizm ujawniło się już w kilkadziesiąt lat po sformułowaniu jego zasadniczych tez; z zasad liberalnych i z rzeczywistości liberalnego świata wywiódł swoje rozumowanie socjalizm, aby stać się w ten sposób odwrotną stroną medalu. Dyktatura proletariatu nie była wcale czymś sprzecznym z założeniami liberalnymi; była właśnie posunięciem wolności ludzkiej do najdalszych granic. Skoro bowiem nie ma w zasadzie żadnych więzów dla wolności ludzkiej, w szczególności zaś hamulców natury etycznej, to cóż ma wzbraniać najliczniejszej klasie społecznej zmówić się i zorganizować, by potem chwycić za gardło wszystkie inne? Bolszewizm, który w pierwszych latach swej władzy urzeczywistnił zasady Marksa, mógł słusznie uchodzić za prawe dziecko liberalizmu tak samo, jak był nim terror Wielkiej Rewolucji Francuskiej.

Tak oto toczyła się na przestrzeni XIX w. walka dwóch „światopoglądów”, pozornie ze sobą sprzecznych i wyłączających się wzajemnie, w istocie jednak wyrosłych ze wspólnego korzenia. Ta wspólność pochodzenia myślowego i wspólność ukrytych sprężyn sprawiła nie tylko, że walka między nimi nie ujawniła żadnej zaciekłości, ale dopuściła nadto wzajemne przenikanie się doktryn; socjaliści stali się po trochu liberałami, zaś liberałowie socjalistami. Razem toczyli wojnę z resztkami monarchicznych ustrojów i przeciw obozom konserwatystów chodzili w zwartym przymierzu.

Przed zjednoczonym atakiem krok za krokiem cofały się szeregi konserwatystów. Zdesperowani obrońcy powalonego na obie łopatki ancien régime’u, owych Okopów Świętej Trójcy, żyli wyłącznie tęsknotą za powrotem dawnych, dobrych czasów, których przeżytków bronili w beznadziejnej walce. Pogotowie ich miało charakter czysto obronny, motorem ich działania był lęk o przyszłość. Gdy tylko zawodziła ich wiara we własne siły, szli do kompromisów z wrogiem, byle choć na krótki czas okupić spokojne ich pozostawienie na pozycji. Ustępowali przeciwnikom w sprawach istotnych w tej nadziei, że w ten kosztowny sposób zdołają pohamować ich rozpęd zdobywczy. To paktowanie z wrogiem nazwali „hamowaniem z góry”. Od tej pory ośrodki konserwatywne stanęły otworem dla wpływów wolnomularstwa; gdzież bowiem jak nie w lożach, można było „hamować” najdogodniej, najmniej dostrzegalnie? I tak loże poczęły nęcić przywódców ruchu, nowoczesnych hrabiów Henryków. Zapewniały tolerancję ze strony wroga, a nawet… karierę. W ślad za swymi wodzami zmienił twarz i konserwatyzm i stał się… liberalny.

Wszystkie narody europejskie zostały oderwane od rzeczywistości i zarażone doktrynami. Legitymacją do życia, w szczególności zaś do brania udziału w życiu publicznym, stało się posiadanie określonego „światopoglądu”. Trzeba było koniecznie wyznawać jakiś system, jakąś generalną receptę na wyleczenie wszystkich chorób, wszystkich bolączek społecznych. Myśl okuto w pancerz obowiązujących doktryn, byle ją jak najdalej uprowadzić z krainy rzeczywistości, w której z przyrodzenia króluje zdrowy rozsądek. Aby jeszcze bardziej umocnić niewzruszalność tych doktryn, twórcy i głosiciele ich dołożyli wszelkich starań, by w tym okresie uwielbienia wszelkiej nauki swój „światopogląd” przystroić w poważne „naukowe” szaty. Pojawiła się literatura pozornie naukowa kierunku liberalnego, socjalistycznego, a nawet konserwatywnego, narodziły się nowe gałęzie „wiedzy”, jak socjologia, religiologia, ekonomia społeczna itp.«

Partia KORWIN ma 5 posłów, podobnie jak Ruch Narodowy, którego ideologią jest nacjonalizm i narodowy katolicyzm. Narodowy katolicyzm, jak pisze Wikipedia, to doktryna polityczna łącząca nacjonalizm z przyznaniem religii katolickiej statusu wyznania państwowego, na którym oparty będzie ustrój państwa. W Polsce idee narodowo-katolickie pojawiły się na przełomie lat 20-tych i 30-tych XX wieku. Idea ta wzbudza zastrzeżenia pod kątem wewnętrznej spójności logicznej: nacjonalizm jest siłą rzeczy pojęciem ekskluzywnym, wykluczającym, a katolicyzm (etymologicznie powszechny) jest pojęciem inkluzywnym.

O pozostałych partiach czy nieformalnych organizacjach nie ma sensu wspominać. W sumie wszyscy oni, to chłopcy do podawania piłek Korwin-Mikkemu, a on jest Żydem, co widać. Po cóż więc Samuela Górska, prawdopodobnie Żydówka, tak zachwalała Konfederację, podkreślając, że ma dość żydostwa? Kolejna próba, bardzo prymitywna, prowokacji, próba pokazania, że Polacy to antysemici. Prymitywizm polegał na tym, że Konfederacja to folklor, partia, która nie ma szans na realne wpływanie na polską politykę i partia, którą kieruje Żyd. Czy może być coś bardziej absurdalnego, jak zachwalanie Konfederacji, jako antidotum na żydostwo? Cel jednak został osiągnięty – antysemityzm wśród Polaków nadal nie jest rzadkością. Sygnał poszedł w świat. I o to chodzi.

22 lipca

Przez cały okres istnienia PRL-u świętem narodowym był dzień 22 lipca. W tym dniu w 1944 roku został ogłoszony Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. W rzeczywistości został on podpisany i zatwierdzony przez Stalina w Moskwie 20 lipca 1944 roku. Dzień 22 lipca ustanowiono świętem narodowym i dniem wolnym od pracy ustawą Krajowej Rady Narodowej w dniu 22 lipca 1945 roku. Święto to zastąpiło zniesione ustawą KRN Święto Niepodległości obchodzone 11 listopada. Ustanowiono je ustawą z dnia 23 kwietnia 1937 roku. Z kolei ustawa Sejmu Kontraktowego z dnia 6 kwietnia 1990 roku zniosła 22 lipca jako dzień święta narodowego.

Mamy więc w Polsce problem ze świętem narodowym, bo nie wszyscy akceptują 11 listopada jako dzień odzyskania niepodległości, uważając że tym dniem powinien być 28 czerwca. W dniu 28 czerwca 1919 roku podpisano traktat wersalski i według zwolenników tej daty to właśnie wtedy Polska odzyskała niepodległość. Sądzę też, że żyje w Polsce jeszcze wielu ludzi, dla których 22 lipca jest dniem ważniejszym niż 11 listopada.

Przeciwnicy 11 listopada, jako dnia święta narodowego, twierdzą, że wtedy nic się nie wydarzyło. Wydarzyło się! W tym dni przyjechał z Magdeburga Piłsudski i Rada Regencyjna przekazała mu władzę. A więc była już jakaś władza. A jak była władza, to było też jakieś państwo. Obejmowało ono teren byłego Królestwa Polskiego i zostało ono, to państwo, utworzone przez Niemców. Sam fakt uznania Polski na arenie międzynarodowej jako nowego państwa nie zmienia tego, że było to państwo uzależnione od Niemiec i kierowane przez nich rękami Piłsudskiego. A zatem było to państwo zależne i spieranie się o to, czy Polska odzyskała niepodległość 11 listopada czy 28 czerwca jest sporem jałowym. Lata 1918-1926 to był okres, w którym Polacy dopiero starali się ją odzyskać poprzez wyrwanie władzy Piłsudskiemu. Temu m.in. służyło uchwalenie konstytucji marcowej z 1921 roku, która ograniczała jego władzę. Paradoksem było to, że komuniści, do czasu uchwalenia własnej konstytucji, wykorzystywali tę konstytucję, a konstytucję kwietniową z 1935 roku uznali za bezprawną. Niestety próby Polaków zakończyły się zamachem majowym i tym samym nastąpił koniec marzeń o niepodległości. Sanacja natomiast dokonała mordu na narodzie polskim poprzez podjęcie walki zbrojnej z Niemcami, państwem daleko potężniejszym i mogącym zaatakować z trzech stron. Tylko kretyn lub cynik, pozbawiony jakichkolwiek skrupułów, mógł podjąć taką decyzję.

Nie ma więc najmniejszego powodu, by świętować 11 listopada czy 28 czerwca. A 22 lipca? To dzień ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Zawarte w nim były informacje o nowym ustroju i nowym porządku oraz o nowych granicach. I to jest, w moim przekonaniu, najistotniejsze. Wszystko można zmieniać w państwie, ale gdy zmienia się mu granice, to traci ono swoją ciągłość. Staje się wtedy państwem tymczasowym, państwem na kółkach, państwem obrotowym. Inni zaczynają postrzegać takie państwo jako takie, które dziś jest, a jutro już może go nie być, albo może być gdzie indziej. „W Polsce, czyli nigdzie” – pisał Alfred Jarry. „Polska to nie kraj, to stan umysłu” – jak chcą internetowe memy. Aż w końcu wszyscy albo prawie wszyscy uwierzą, że tej Polski nie ma. A wtedy likwidacja takiego państwa będzie rzeczą naturalną.

A jednak ta Polska jest. Od tysiąca lat w tym samym miejscu: Wielkopolska, Mazowsze i Małopolska. Nawet jeśli miałaby być bez Pomorza, to jest. Nigdy nie było Wielkiej Polski od morza do morza. Było tylko Wielkie Księstwo Litewskie od morza do morza. Z samego faktu połączenia Polski i WKL nie wynikało jeszcze, że Polska zrobiła się wielka. Ta unia spowodowała, przynajmniej częściowe, rozmycie się polskości we wschodnim morzu. Elity stamtąd zdominowały Polskę i tak trwa to do dziś. Proces ten postępuje, bo obecnie doświadczamy zjawiska, które można nazwać ukrainizacją Polski. Nie jest to zjawisko przypadkowe i jak sądzę ma bardziej dalekosiężne cele, niż nam się wydaje.

Po I wojnie światowej została Polska wtłoczona w koleiny I Rzeczypospolitej. Doklejono jej ten nieszczęsny dla niej wschód. Skończyło się to bardzo tragicznie. W moim przekonaniu Polska bez Kresów byłaby najlepszym rozwiązaniem: Wielkopolska, Mazowsze, Małopolska i Pomorze. Uniknięto by wtedy wielu konfliktów i nieszczęść. Innego jednak zdania byli wielcy tego świata, którzy wytyczali nowe granice w Europie. I wytyczyli je, w pełni świadomie, tak by tych konfliktów, pretekstów do sporów i wojny było jak najwięcej. I nie zawiedli się.

Po I wojnie światowej była więc szansa na odtworzenie Polski w jej granicach zbliżonych do etnicznych z niewielką ilością mniejszości. Być może mniejszości nie są rzeczą złą, ale jeśli są to mniejszości wrogie państwu, w którym żyją, to robi się problem. Druga szansa pojawiła się po II wojnie światowej. I znowu wielcy tego świata postanowili inaczej.

W sprawach granic Manifest wzywa do walki o „powrót do Matki – Ojczyzny starego polskiego Pomorza i Śląska Opolskiego”, a także o Prusy Wschodnie i o szeroki dostęp do morza, „o polskie słupy graniczne nad Odrą”. Na wschodzie granica miała być uregulowana zgodnie z zasadą: ziemie polskie – Polsce, ziemie ukraińskie, białoruskie i litewskie – odpowiednim republikom radzieckim. Ale na zachodzie już nie za bardzo zgodnie z tą zasadą.

Pozornie dochodzi więc do zerwania z koncepcją jagiellońską i skierowania się na zachód. Jednak następuje wysiedlenie ludności niemieckiej i sprowadzenie na jej miejsce ludności z Kresów, które w zdecydowanej większości były zamieszkane przez mniejszości, które stanowiły tam większość. A jeśli tak, to większość tej przeniesionej ludności, to ludność prawosławna. Byli to przeważnie Ukraińcy, Białorusini oraz Litwini i Żydzi.

Miał być kraj jednolity etnicznie, a powstało państwo ze znacznym odsetkiem ludności, która ma do tego państwa niezbyt przychylny stosunek. Polska jest podzielona. Widać to przy każdych wyborach. Zachodnia część i Warszawa, miasto kosmopolityczne, głosują inaczej niż wschodnia część, o której się mówi, że ma patriotyczne nastawienie. Ale w tej wschodniej części jest drobny wyjątek, który umyka uwadze większości. Południowa część województwa Podlaskiego, zamieszkała w większości przez mniejszość białoruską i ukraińską, to elektorat PO i głosuje tak jak większość na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Zgodność chyba nieprzypadkowa.

Oczywiście ci wszyscy ludzie uważają się za Polaków: urodzili się w Polsce, od urodzenia mówią po polsku, są polskimi obywatelami. Jest tylko jeden problem: ich serca i dusze tęsknią za wschodem, za prawosławiem. Proces rozrzedzania polskości trwa od unii lubelskiej. To dziwne, że twór zwany Rzeczpospolitą Obojga Narodów, który trwał niewiele ponad 200 lat, odradza się w różnej postaci i w różnym czasie. Twór ten nie miał żadnych osiągnięć w polityce, w kulturze, nauce i technice. Twór, który ledwo co powstał, a już zaczął się rozpadać. Wszak pierwszy rozbiór nastąpił po wojnach szwedzkich, tyle że tak się go nie nazywa. Rzeczpospolita utraciła Inflanty, Prusy uniezależniły się od niej. Straciła też ona województwo czernihowskie, smoleńskie i część województwa kijowskiego (5/6 obecnego obszaru Polski). I ten koszmarny twór prześladuje nas do dziś.

Stalin upierał się przy tym, by poniemieckie ziemie do Odry i Nysy należały do Polski. Churchill oponował, ale ostatecznie uległ. Pewnie tak miało być. Obaj wykonywali tylko żydowskie instrukcje. Gwarantem przynależności ziem zachodnich do Polski miał być Związek Radziecki. I był. Ale już nie ma Związku Radzieckiego, a więc nie ma gwaranta. Niemcy są cierpliwi, czekają na stosowny moment. Ukrainizacja Polski postępuje. Ambasador Ukrainy w Polsce, jak podaje portal Interia, stwierdził, że w 2014 roku było w Polsce 680 firm, w których właścicielem lub współwłaścicielem była osoba z Ukrainy, a w 2021 roku takich przedsiębiorstw jest już 16 tys. Moment, w którym połączenie obu państw stanie się czymś naturalnym zbliża się nieuchronnie, choć jest jeszcze odległy. Jeśli do tego dojdzie, to odtworzenie Wielkiego Księstwa Litewskiego będzie tylko kwestią czasu. A jeśli to nastąpi, to naturalną konsekwencją będzie przyłączenie tzw. Ziem Odzyskanych do Niemiec.

Komu to potrzebne? Żydom! Ich Polin, to nie tylko wschodnia część Polski, to także ziemie WKL. Wygląda na to, że 22 lipca to kolejne święto, które nie miało nic wspólnego z prawdziwym świętem odzyskania niepodległości, ale zawierało w sobie zatrute ziarno, którego owoce mogą okazać się dla Polski katastrofalne.

Czy Polska to nie kraj, to stan umysłu? A Polak? Kim on jest? Podejrzewam, że mało kto zdaje sobie z tego sprawę, że pozycja chłopa w Polsce przed unią lubelską była o wiele lepsza niż po niej. Jego pozycja w Rzeczpospolitej Obojga Narodów stopniowo pogarszała się, aż stał się w końcu niewolnikiem. To było 70% społeczeństwa. 10% stanowiła szlachta, a reszta to Żydzi i mieszczaństwo, przeważnie niemieckie, a później też i żydowskie. Szlachta oczywiście uważała się za naród, ale to tylko 10% społeczeństwa. A reszta – te 70%? Jak szybko zrobić naród z niewolników, czy ludzi, którzy dopiero niedawno przestali nimi być? Co ma być tym spoiwem, które ich połączy? Tym spoiwem był katolicyzm. I na nim opiera się cała ideologia narodowa, działająca według schematu: Polak – katolik. I tak mason Dmowski wydaje swoje dziełko „Kościół, naród i państwo”. W blogu „Endecja” pisałem:

»W pierwszych latach działalności Dmowski długo był krytyczny wobec chrześcijaństwa, którego normy moralne uważał za sprzeczne z założeniami i potrzebami „zdrowego, narodowego egoizmu”, skłaniał się raczej do podporządkowania go interesom państwa lub narodu na wzór protestantyzmu w wydaniu niemieckim lub angielskim. Później, w publikacji Kościół, naród i państwo (1928) zmienił poglądy i podkreślił znaczącą rolę, jaką odgrywa dla narodu polskiego wiara katolicka i Kościół – „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznym stopniu stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu”. Z jego publikacji wywodzi się idea Polski jako „wielkiego państwa katolickiego narodu polskiego”.

Cóż zatem było przyczyną tak diametralnej zmiany? Sam przecież swoich poglądów nie zmienił. Był deistą. Przez całe życie był obojętny religijnie. Dopiero na krótko przed śmiercią nawrócił się. Czy można traktować poważnie kogoś, kto się wypowiada na temat wiary katolickiej i jej związku z narodem, samym będąc deistą?«

A więc ktoś mu kazał zmienić poglądy tak, by były zgodne z planem, który chyba ktoś wcześniej nakreślił, a który zakładał, że Polska ma być katolicka, a Polacy mają być katolikami. Katolicka wyspa, a wokół protestanci i prawosławni. Z kolei w blogu “III powstanie śląskie” pisałem:

»W 1763 roku osiedlono na Górnym Śląsku 61 tysięcy Niemców, a przez następne 40 lat około 110 tysięcy. Akcja osiedleńcza to był niewątpliwie proces zmierzający do zmiany stanu etnicznego regionu. W 1810 roku wydano zakaz używania języka polskiego w nabożeństwach odprawianych w kościołach ewangelickich. Z tego faktu można wysnuć wniosek, że spora część ludności polskiej była wyznania protestanckiego, bo gdyby to było zjawisko marginalne, to nie odprawiano by tych nabożeństw w języku polskim. Dążono więc do schematu: Polak – katolik, Niemiec – protestant. Tylko czy to był interes Niemiec jako państwa? Łatwiej przecież było zgermanizować poprzez wiarę niż język. A skoro zrezygnowano z tego, to może nie był to element polityki niemieckiej, tylko tej stojącej ponad nią. Polak – katolik, to wróg, ale Polak – protestant, to już jest problem. Czyj więc to był zamysł? A fundamentalne założenie endeckiego systemu wartości? – Polska musi być katolicka, albo wcale jej nie będzie. Cóż takiego stałoby się Polakowi, gdyby był protestantem? Czy rzeczywiście to był interes narodu polskiego, by być katolicką wyspą pośród wrogich wyznań? Łatwiej wtedy wzniecać nienawiść, prowokować konflikty i wojny. Walka z Kościołem katolickim to była walka z Polakami.«

PRL niczego nie zmienił. Polska nadal była państwem z dominującą warstwą chłopską, dużą ilością mniejszości, które oficjalnie tymi mniejszościami nie były. Straty Żydów spowodowane wojną zostały uzupełnione tymi, którzy przybili z Armią Czerwoną. Polska inteligencja, i tak nieliczna przed wojną, po niej stała się już tylko śladowa. Polską inteligencją stali się Żydzi.

Początkowo w PRL-u pewne sprawy zamieciono pod dywan, wyciszono. Jak się jednak później okazało – do czasu. Wraz z pojawieniem się Solidarności powraca schemat narzucony przez endecję: Polak – katolik. Bezpośrednio po wojnie centrum żydowskiego osadnictwa w Polsce był Wałbrzych i tam w latach 50-tych założyli Żydzi spółdzielnię pracy pod nazwą… Solidarność. Cóż za przypadkowa zbieżność, chciałoby się powiedzieć. Jednak ci, którzy mieli wiedzieć, wiedzieli, kto stworzył tę drugą Solidarność. Zaraz też pojawił się pacan z Matką Boską w klapie i księża i msze podczas strajków i te papieskie pielgrzymki. Polskość miała być kojarzona tylko i wyłącznie z katolicyzmem. A że sam papież był Żydem? A kto by tam wnikał w takie szczegóły! Ktoś nas znowu wpychał w ten nieszczęsny schemat: Polak – katolik.

Końcówka PRL-u była tylko preludium do tego, co miało nastąpić później. Niemalże od razu pojawili się endecy, narodowcy, nadgorliwi katolicy z krzyżami w rękach, obecni na wszelkich uroczystych mszach. Żydzi, bo to oni są tymi „endekami”, „narodowcami”, zaczęli uprawiać swoją propagandę coraz nachalniej. W momencie, gdy Polska weszła do unii, godząc się na stopniową utratę wszystkich atrybutów własnej państwowości, to wtedy Żydzi zaczęli organizować Marsze Niepodległości. Jakoś dziwnie nie robili żadnych akcji przed referendum dotyczącym przystąpienia Polski do unii.

Czy Polska to nie kraj, to stan umysłu? Zapewne tak, tylko że ci, którzy tak mówią nie chcą dopowiedzieć, że to stan żydowskiego umysłu. Niechby tylko spróbowali! Żydzi odpowiadają za wszystko, co się tu działo i dzieje. To, że Polska stała się krajem na kółkach, to ich dzieło: to unia polsko-litewska, to II RP w najgorszych do wyobrażenia granicach, to PRL z tzw. Ziemiami Odzyskanymi, to Solidarność, to Okrągły Stół. Można tak wymieniać bez końca. To oni tu rządzą i dlatego ten kraj wygląda tak, jak wygląda. Mogliby go urządzić inaczej, ale najwyraźniej taki stan tego kraju jest w ich interesie.

Gibraltar

W lipcu 1943 roku wiele się działo. 5 lipca bitwa pod Kurskiem, 10 – „akcja” w Jedwabnem, a na Sycylii wylądowały wojska angielskie, kanadyjskie i amerykańskie. 11 lipca – rzeź wołyńska. A wcześniej, 4 lipca, doszło do katastrofy w Gibraltarze. Co tam zaszło i czy był to wypadek, czy zaplanowana zbrodnia, tego pewnie nigdy się nie dowiemy z racji utajnienia dokumentów przez Anglików. Pozostaje jedynie próba dojścia do prawdy na podstawie tych faktów, których nikt nie kwestionuje i które są dostępne w Wikipedii i na nich będę się opierał.

Władysław Sikorski, jako dowódca okręgu we Lwowie, nie bierze udziału w zamachu majowym i nie popiera Piłsudskiego. 19 marca 1928 roku prezydent Ignacy Mościcki zwolnił go z tego stanowiska i od tego momentu uzyskuje Sikorski status generała do dyspozycji, czyli że został on zepchnięty na boczny tor. Do 1939 roku pozostawał w dyspozycji Ministra Spraw Wojskowych. Studiował we Francji w Ecole Superieure de Guerre. W 1936 roku był jednym z sygnatariuszy antysanacyjnego Frontu Morges.

Front Morges to porozumienie działaczy stronnictw centrowych, powstałe w 1936 roku z inicjatywy generała Władysława Sikorskiego i Ignacego Paderewskiego w celu walki z dyktaturą sanacyjną i prowadzoną przez nią polityką zagraniczną. Porozumienie zostało zawiązane w szwajcarskiej miejscowości Morges, w której mieszkał Ignacy Paderewski. Należeli również do niego Józef Haller, Wojciech Korfanty, Karol Popiel, płk Izydor Modelski, gen. Marian Januszajtis, Włodzimierz Marszewski. Zamierzali powołać Ignacego Paderewskiego na stanowisko prezydenta, a Wincentego Witosa na stanowisko premiera. Żądali przywrócenia demokracji i zacieśnienia współpracy z Francją.

Wraz z zaostrzeniem się sytuacji międzynarodowej, Sikorski powrócił do kraju w 1938 roku. Wiązało się to z nadzieją na pełnienie stanowiska, na którym mógłby w pełni wykorzystać swe zdolności. W 1939, jeszcze przed rozpoczęciem kampanii wrześniowej (25 sierpnia), domagał się od marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza przydziału do jednostki frontowej, lecz go nie otrzymał. Nie zaprzestał jednak kolejnych prób dotarcia do Wodza Naczelnego, przygotowując nowe pismo i wręczając je emerytowanemu majorowi Julianowi Malinowskiemu, który miał je przekazać marszałkowi Śmigłemu-Rydzowi. Usiłowania te nie przyniosły jednak zamierzonego skutku. W takich okolicznościach przedostał się przez Rumunię do Francji, gdzie już 28 września, a więc jeszcze przed ustaniem walk w Polsce, podjął się – za przyzwoleniem aliantów – tworzenia polskiej armii na uchodźstwie.

Na stronie Gimnazjum Dwujęzycznego nr 50 im. Gen. Władysława Sikorskiego w Warszawie możemy przeczytać taką informację, dotyczącą tego okresu:

1 września 1939r. wybuchła wojna. 5 września rząd i Naczelne Dowództwo ewakuowało się z Warszawy. Nocą, z 6 na 7 września, zgodnie z ogólnym poleceniem komendanta miasta, Sikorski również opuścił Warszawę. Ponieważ tylko Wódz Naczelny mógł go przywrócić do czynnej służby, Sikorski ruszył za nim w bezskuteczną pogoń. We Lwowie spotkał generała Sosnkowskiego, który wystawił jemu i jego towarzyszom odpowiednie dokumenty podróży. 17 września dowiedzieli się o wkroczeniu Armii Czerwonej, a o zmierzchu znaleźli Naczelne Dowództwo w Kutach. Marszałek Śmigły, choć rad z przybycia generała, nie mógł przydzielić mu żadnej funkcji. 18 września Sikorski, jadąc za kolumną Naczelnego Dowództwa, przekroczył granicę z Rumunią w Czeremoszu. W niewielkim hoteliku w przygranicznym miasteczku Wyżnica, spotkał ambasadora Francji. Ten, przeczuwając internowanie władz polskich i wiedząc, że Polacy będą się bili, o ile znajdzie się ktoś z nienaruszonym autorytetem wojskowym, postanowił uchronić za wszelką cenę Sikorskiego. Po tej rozmowie, generał wyjechał do Bukaresztu. Tymczasem rząd i marszałek Śmigły Rydz rzeczywiście zostali internowani.

22 września Sikorski był już w Paryżu, a 28 września – w dniu kapitulacji Warszawy, przekazano mu dowództwo Wojsk Polskich we Francji. 30 września został premierem Rządu Jedności i Obrony Narodowej, a dnia 7 listopada, dekretem Prezydenta Rzeczypospolitej, Sikorski został mianowany Naczelnym Wodzem i Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych.

Trudno oczywiście uwierzyć w to, że to spotkanie było przypadkowe. Sikorski od 1928 roku częściej przebywał we Francji niż w Polsce i był frankofilem. Tak samo trudno uwierzyć w to, że ambasador francuski przeczuwał internowanie. On to po prostu wiedział. Zapewne Sikorski znacznie wcześniej został wytypowany przez Francuzów na przyszłego szefa rządu polskiego i dlatego nie został internowany. Przecież po to internowano polski rząd w Rumunii, by zrobić miejsce nowemu, emigracyjnemu. I po to zlikwidowano polskie wojsko, by móc tworzyć nowe na emigracji.

W Paryżu dołączył do Władysława Raczkiewicza i Stanisława Mikołajczyka. Ten pierwszy został wyznaczony na mocy art. 13 konstytucji kwietniowej przez Ignacego Mościckiego na prezydenta RP. Sam Mościcki ustąpił z tego stanowiska. Raczkiewicz powierzył misję tworzenia rządu Augustowi Zaleskiemu byłemu ministrowi spraw zagranicznych w sanacyjnych rządach. Jednak jego pozycja była bardzo słaba – klęska wrześniowa podkopała autorytet tego obozu. Dodatkowo większość znanych przywódców sanacyjnych znajdowała się w Rumunii lub na Węgrzech. We Francji natomiast bardzo silna była opozycja wobec tego obozu, której liderem był Władysław Sikorski. Generał postrzegany był jako frankofil i polityk mający bardzo dobre kontakty z władzami francuskimi. 30 września 1939 mianowany został przez prezydenta Raczkiewicza nowym premierem rządu Rzeczypospolitej. Jednocześnie przedstawiciele opozycji zawarli z politykami sanacyjnymi przebywającymi we Francji tzw. umowę paryską, zgodnie z którą ustalono, iż swoje konstytucyjne prerogatywy prezydent będzie wykonywał w porozumieniu z premierem.

W połowie października do Paryża przybył generał Kazimierz Sosnkowski, który został wyznaczony przez Raczkiewicza na następcę prezydenta w przypadku opróżnienia urzędu. Wszedł też w skład rządu jako minister bez teki. Zwolennicy sanacji pragnęli, aby został on również mianowany Naczelnym Wodzem Polskich Sił Zbrojnych. Obóz zwolenników Sikorskiego nie dopuścił jednak do tego i 7 listopada 1939 Sikorski został mianowany przez prezydenta RP Naczelnym Wodzem i Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych (stanowisko to wakowało po internowanym w Rumunii Edwardzie Rydzu-Śmigłym). Rząd Sikorskiego został natychmiast uznany przez Francję i Wielką Brytanię za legalne i suwerenne przedstawicielstwo państwa polskiego. USA uznały ten fakt 2 października 1939. Tymczasem do gabinetu wszedł bliski przyjaciel generała, Stanisław Kot, obejmując resort spraw wewnętrznych. Wzmocniło to pozycję premiera.

Wygląda więc na to, że II RP była państwem, od momentu jej powstania, skazanym na likwidację, a jej politycy marionetkami. Czy można się temu dziwić, że postanowienia konferencji pokojowej w Wersalu były takie, a nie inne, skoro w całości finansował ją Rotszyld. Celem zamachu majowego było zdobycie władzy przez siły, które miały bez przeszkód doprowadzić do wojny z Niemcami. Wojny bez sensu, bo przeciwnik znacznie silniejszy, lepiej uzbrojony i zorganizowany i mogący uderzyć z trzech stron. Nikt o zdrowych zmysłach nie podjąłby takiej decyzji. Tak mógł tylko zrobić rząd masoński. Gdy już murzyn zrobił swoje, to został internowany w Rumunii, a jego wojsko zlikwidowane. Musiał zrobić miejsce nowemu rządowi i nowemu wojsku. Rząd na uchodźstwie i tam tworzone wojsko zawsze będzie zależne od tego, kto udziela gościny i musi postępować zgodnie z jego życzeniem. Był więc Sikorski i wszyscy pozostali politycy marionetkami w rękach Francuzów, a później Anglików. To, że do rządu i działalności politycznej na emigracji dopuścili oni też polityków sanacyjnych, jak choćby Raczkiewicz, świadczy o tym, że całkowicie kontrolowali poczynania obu stron.

W tym czasie Władysław Sikorski skupił się na tworzeniu armii polskiej we Francji – 4 stycznia 1940 zawarto z rządem francuskim umowę wojskową i porozumienie dotyczące lotnictwa. W 1940 Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich wzięła udział w bitwie o Narwik, a dwie polskie dywizje brały udział w obronie Francji przed Niemcami, podczas gdy brygada zmotoryzowana i dwie dywizje piechoty były w trakcie tworzenia. W Syrii powstawała Brygada Strzelców karpackich, do której napływali Polacy, którym udało się opuścić Rumunię. Siły powietrzne RP we Francji składały się z 86 samolotów wchodzących w skład czterech szwadronów, z czego półtora szwadronu gotowe było do walki, reszta znajdowała się w różnym stadium formowania. W tym czasie Polska pozostawała trzecim najsilniejszym aliantem, mając ponad 84 tys. żołnierzy w samej Francji.

Po ataku Niemiec na Francję i pokonaniu przez nich wojsk francuskich, Władysław Sikorski nie zgodził się na propozycję marszałka Philippe Pétaina, który postulował bezwarunkową kapitulację. Poufne informacje o rozmowach francusko–niemieckich na temat poddania się trafiły do rządu polskiego 13 czerwca. 17 czerwca gabinet otrzymał oficjalną informację o kapitulacji. Uwalniało to oficjalnie Polskie Siły Zbrojne od obowiązku współpracy z Francją. Klęska tego kraju była dla Sikorskiego ogromnym zawodem i rozczarowaniem. Do końca wierzył w jej potęgę militarną oraz wolę walki francuskiego społeczeństwa. Po kapitulacji Francji, wewnątrz rządu polskiego na uchodźstwie pojawiły się głosy o konieczności rozwiązania gabinetu Sikorskiego. Dzięki energicznej postawie Sikorskiego i pomocy brytyjskiej nie doszło do tego.

19 czerwca 1940 spotkał się z premierem Winstonem Churchillem i obiecał mu, że polskie oddziały będą walczyć razem z brytyjskimi aż do zwycięstwa. 5 sierpnia 1940 podpisał umowę w sprawie odbudowy polskiej armii i rządu polskiego na wychodźstwie w Wielkiej Brytanii. W wyniku ewakuowania polskich żołnierzy na Wyspy, a rządu do Londynu, w tych strukturach powstały zalążki armii, floty wojennej i handlowej oraz lotnictwa. Po utworzeniu kolaboranckiego państwa Vichy i rozłamu we francuskich siłach zbrojnych, armia polska w Wielkiej Brytanii i na Bliskim Wschodzie stała się na pewien czas drugą co do wielkości aliancką siłą zbrojną.

Proces ewakuacji polskich oddziałów na Wyspy Brytyjskie i związane z tym problemy wpłynęły na wykształcenie się wielu nieporozumień osobistych pomiędzy politykami emigracyjnymi, które z kolei doprowadziły do kryzysu w rządzie na uchodźstwie. 18 lipca prezydent Raczkiewicz przesłał Sikorskiemu pismo, w którym odwołał go ze stanowiska premiera. Generał nie przyjął go, ale prezydent na szefa rządu desygnował Zaleskiego. Głównym powodem zdymisjonowania Sikorskiego był jego stosunek do ZSRR. Uważał on, że trzeba poszukiwać porozumienia ze Związkiem Sowieckim. 19 czerwca Sikorski złożył rządowi brytyjskiemu memoriał, w którym przewidywał utworzenie 300-tysięcznej armii złożonej z Polaków przebywających w ZSRR. Dokument ten nie był konsultowany ani z prezydentem, ani z resztą gabinetu. Tymczasem zarówno Raczkiewicz, jak i Zaleski twierdzili, że Polska jest w stanie wojny zarówno z Niemcami, jak i ze Związkiem Sowieckim.

Przeciwko dymisji Sikorskiego opowiedziała się grupa oficerów związana z Wodzem Naczelnym, jak również Rada Narodowa. 20 lipca Władysław Raczkiewicz zmuszony był wycofać swą decyzję. Generał Sikorski zatrzymał stanowisko szefa rządu, ale pod warunkiem rezygnacji z planów rozpoczęcia rokowań z ZSRR. Dzięki temu zwiększyły się wpływy obozu sanacyjnego na politykę zagraniczną rządu RP na uchodźstwie.

W tym momencie już wyraźnie widać, po co, już teraz tylko Anglikom, potrzebni byli politycy sanacyjni. Ich koncepcja to: Niemcy i Związek Radziecki to wrogowie, z którymi się nie rozmawia. Sikorski natomiast chciał rozmawiać ze Związkiem Radzieckim. Do momentu zaatakowania Związku Radzieckiego przez Niemcy Sikorski był jeszcze do zaakceptowania. Później stawał się coraz bardziej niewygodnym.

Po ataku Niemiec na ZSRR (operacja Barbarossa) w czerwcu 1941, Sikorski był jednym z pierwszych polityków, którzy spostrzegli diametralną zmianę sytuacji. Pomimo tego, w dzień po tym ataku, w przemówieniu radiowym z 23 czerwca 1941 generał przekazał warunki, na jakich rząd polski nawiąże stosunki dyplomatyczne z ZSRR. Sikorski chciał przywrócenia stosunków polsko–sowieckich do stanu sprzed agresji ZSRR na Polskę 17 września 1939, w tym potwierdzenia granicy państwowej ustalonej w traktacie ryskim z 1921. Ponadto chciał dla niej gwarancji Wielkiej Brytanii i USA. Podkreślał także konieczność poprawy sytuacji ludności polskiej, która znalazła się na terenach okupowanych przez ZSRR po 17 września 1939. Tymczasem ZSRR kwestionował zasadę przywrócenia status quo ante i twierdził, że zmiany graniczne nastąpiły za zgodą ludności wyrażoną w pseudowyborach do tzw. Zgromadzeń Ludowych Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi w październiku 1939.

Winstonowi Churchillowi zależało na szybkim zawarciu porozumienia ze Stalinem. Wywierał więc w tej sprawie naciski na polskiego premiera. Wstępne rozmowy w tej sprawie zaczęły się 5 lipca 1941. Oprócz Sikorskiego i ambasadora ZSRR w Londynie Iwana Majskiego, brał w nich udział także przedstawiciel rządu brytyjskiego Alexander Cadogan a później minister Anthony Eden. Majski był świadomy swojej mocnej pozycji w tych rokowaniach. Zdawał sobie sprawę z tego, że Churchillowi bardziej zależy na wciągnięciu Stalina do sojuszu, niż zagwarantowaniu Polsce korzystnej sytuacji po zakończeniu wojny. Z tego względu zajął nieugięte stanowisko, a Sikorski był poddany naciskom brytyjskim w kierunku zawarcia porozumienia. Ostatecznie w artykule 1 układu Rząd ZSRR uznał, że traktaty sowiecko-niemieckie z 1939 roku tracą moc, zaś Rząd RP stwierdzał, że nie jest związany żadnym układem skierowanym przeciw ZSRR. W protokole dodatkowym rząd ZSRR zagwarantował “amnestię” dla obywateli polskich: więźniów politycznych i zesłańców pozbawionych wolności na terenie ZSRR w więzieniach i obozach Gułagu, a także jeńców. Treść układu Sikorski interpretował jako możliwość uznania przez ZSRR po zakończeniu wojny przedwojennych granic Polski.

Rokowania prowadzone z ZSRR spowodowały skonsolidowanie się opozycji wobec poczynań Władysława Sikorskiego. Przewodził jej generał Kazimierz Sosnkowski minister bez teki w rządzie na uchodźstwie. Burzliwy przebieg miały dwa posiedzenia Rady Narodowej – 15 i 21 lipca, podczas których z ostrą krytyką wobec Sikorskiego wystąpił minister spraw zagranicznych August Zaleski. 25 lipca rząd opuściło trzech jego dotychczasowych członków: Zaleski, Sosnkowski i Marian Seyda (minister sprawiedliwości). Grupa ta była zdania, iż z podpisaniem ewentualnego układu ze Stalinem należy się wstrzymać do czasu, aż sytuacja militarna ZSRR w wojnie z Niemcami będzie na tyle zła, że ZSRR będzie zmuszony do ustępstw. Podobnego zdania był prezydent Raczkiewicz, który 29 lipca odmówił premierowi udzielenia pełnomocnictw niezbędnych dla zawarcia układu. Generał Sikorski był jednak zdania, że wszelka zwłoka wpłynie niekorzystnie na międzynarodową pozycję rządu polskiego. Ponadto sądził, że nie można pozwolić na dłuższe niż to konieczne pozostawanie ludności polskiej pod sowiecką jurysdykcją. Z tego względu zdecydował się na zawarcie porozumienia na własną odpowiedzialność, bez prezydenckich pełnomocnictw.

30 lipca 1941 podpisał układ z reprezentującym ZSRR ambasadorem Iwanem Majskim. Podczas uroczystości zawarcia porozumienia obecni byli również Churchill i Eden. Do umowy dołączono także tajny protokół, w którym stwierdzano, iż istnieje możliwość prowadzenia dalszych rozmów w kwestiach, które nie zostały poruszone w treści dokumentu. Porozumienie Sikorski–Majski zostało skrytykowane przez niechętną Sikorskiemu opozycję. Szczególnie zwrócono uwagę na określenie „amnestia”, sugerujące fakt, iż Polacy znajdujący się na ziemiach okupowanych przez ZSRR podlegają prawu tego kraju, a więc znajdują się na terytorium należącym do ZSRR. Słowo to sugerowało również, że obywatele polscy popełnili jakieś przestępstwa. Układ Sikorski–Majski nie był ratyfikowany i nie był w konsekwencji umową międzypaństwową, lecz rodzajem protokołu.

W konsekwencji układu władze sowieckie ogłosiły amnestię dla Polaków osadzonych w obozach Gułag-u na Dalekiej Północy i deportowanych w głąb ZSRR w latach 1939-1941 oraz na utworzenie Armii Polskiej w ZSRR pod dowództwem gen. Władysława Andersa. Dzięki temu później – po ewakuacji wojska i znacznej ilości ludności cywilnej na Bliski Wschód – udało się opuścić terytorium ZSRR ok. 115 tys. ludzi.

Zawarcie układu Sikorski–Majski bez upoważnienia prezydenta RP wywołało poważny kryzys w rządzie polskim na uchodźstwie. 27 lipca ze stanowiska ustąpił minister spraw zagranicznych August Zaleski. Nieco później z rządu wyszli także Seyda i Sosnkowski. Nad rezygnacją zastanawiał się również prezydent Raczkiewicz, ale ostatecznie pozostał i 22 sierpnia zdecydował się na podpisanie dekretów zwalniających wyżej wymienionych ministrów. Na ich miejsce do gabinetu weszli: Edward Raczyński (objął stanowisko 3 września, jako kierownik resortu spraw zagranicznych), Herman Liberman (PPS, minister sprawiedliwości, Lieberman zmarł 21 października, zastąpił go Wacław Komarnicki) i Karol Popiel (Stronnictwo Pracy, minister bez teki).

30 listopada 1941 Sikorski przyleciał do Kujbyszewa, gdzie wizytował tworzące się polskie oddziały. Następnie w dniach 3–4 grudnia spotkał się ze Stalinem. Zaproponował mu wyprowadzenie armii polskiej do Iranu na co nie uzyskał zgody. Ustalono natomiast, że będzie się ona składać z 6 dywizji liczących ok. 96 tys. żołnierzy oraz z formacji pomocniczych w skład których wejdzie dalsze ok. 30 tys. osób. Stalin zgodził się również na ewakuację z ZSRR 25 tys. żołnierzy. Efektem rozmów było także podpisanie 4 grudnia wspólnej deklaracji politycznej Sikorski-Stalin. Sikorski uważał wówczas, że „z ZSRR należy zawrzeć długotrwały sojusz na bazie antyniemieckiej i na zawsze skończyć z przedwojenną sanacyjną polityką lawirowania między dwoma wrogami i awanturami w stosunku do ZSRR w rodzaju marszu na Kijów w 1920 r… budować drogę ku przyszłości, prostować relacje między nami”.

Wkrótce okazało się, że ZSRR wciąż planuje przejęcie kontroli nad ziemiami polskimi po zakończeniu wojny. ZSRR rozpoczął dyplomatyczną ofensywę po pierwszym znaczącym sukcesie militarnym, jakim było zatrzymanie ofensywy Wehrmachtu na Moskwę. Już w styczniu 1942 Sowieci ujawnili swoje pretensje do Lwowa. 26 stycznia brytyjski dyplomata Stafford Cripps przekazał Sikorskiemu, że dowiedział się w Moskwie, iż Stalin planuje przekazać Polsce Prusy Wschodnie oraz przesunąć polską granicę wschodnią do tzw. linii Curzona. Sikorski ostro sprzeciwiał się jakimkolwiek zmianom granic państwa polskiego w czasie wojny. Jego zdaniem postanowienia Karty Atlantyckiej i traktatu ryskiego gwarantowały Polsce nienaruszalność jej granic. Jego nieugięta postawa wkrótce wpłynęła na pogorszenie nie tylko relacji polsko–sowieckich, ale i sytuacji całego sojuszu brytyjsko–amerykańsko–sowieckiego. Rooseveltowi i Churchillowi zależało bowiem na jak najlepszej współpracy z ZSRR. Postawa polskiego premiera wywoływała u nich zniecierpliwienie. Tymczasem gen. Władysławowi Andersowi udało się doprowadzić do udzielenia poparcia przez mocarstwa zachodnie dla planu ewakuacji Polskich Sił Zbrojnych do Iranu przy pozostawieniu ośrodków rekrutacyjnych Wojska Polskiego w ZSRR. Nastąpiło to w kwietniu i sierpniu 1942, podczas natarcia niemieckiego na Kaukaz i Stalingrad.

W marcu 1942, w czasie lotu samolotu z generałem Sikorskim nad Atlantykiem, ppłk Bohdan Kleczyński udaremnił próbę zamachu, w porę wykrywając i rozbrajając świecę dymną wielkiej mocy, co groziło unicestwieniem maszyny. W listopadzie 1943 roku ma miejsce drugi zamach na lotnisku Dorval pod Montrealem.

W 1943 napięte stosunki pomiędzy rządem polskim na uchodźstwie i ZSRR zostały wystawione na ciężką próbę. 13 kwietnia Niemcy obwieścili o odkryciu ciał 4 tys. polskich oficerów zamordowanych przez NKWD i pochowanych w zbiorowych mogiłach w katyńskim lesie niedaleko Smoleńska. W odpowiedzi na komunikat Radia Berlin radio moskiewskie 15 kwietnia 1943 nadało komunikat Sowinformbiuro (Sowieckie Biuro Informacyjne), który 16 kwietnia 1943 roku opublikowano również w gazecie „Prawda”. Komunikat oskarżał o zbrodnię Niemców i stwierdzał, że polscy jeńcy wojenni pracowali w 1941 na robotach budowlanych na zachód od Smoleńska i latem 1941 roku wpadli w ręce wojsk niemieckich. Propaganda nazistowska kierowana przez Józefa Goebbelsa wykorzystywała sprawę katyńską do skłócenia Polski, aliantów i ZSRR.

Gdy 16 kwietnia Władysław Sikorski odmówił uznania powyższej oficjalnej sowieckiej interpretacji zbrodni katyńskiej i zażądał śledztwa Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w tej sprawie, został oskarżony przez ZSRR o współpracę z III Rzeszą. 26 kwietnia 1943 ZSRR zerwał stosunki dyplomatyczne z rządem polskim na uchodźstwie. Stalin w korespondencji z Churchillem nie wykluczał wznowienia stosunków warunkując to zmianami personalnymi w składzie rządu polskiego. W odpowiedzi Churchill pisał 12 maja, „że można ulepszyć skład rządu polskiego, chociaż byłoby bardzo trudno znaleźć lepsze kandydatury. Podobnie jak Pan myślę, że Sikorskiego i niektórych innych w każdym razie powinno się zatrzymać”. Jednocześnie Stalin powołał Związek Patriotów Polskich z Wandą Wasilewską na czele i rozpoczął organizację 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki pod nominalnym dowództwem ppłk. Zygmunta Berlinga (któremu Stalin nadał stopień generała brygady), faktycznie podporządkowanej politycznie Stalinowi. Posunięcia te były politycznie skierowane przeciw Rządowi RP na uchodźstwie i miały stanowić podstawę dla tworzenia podporządkowanego ZSRR ośrodka władzy w Polsce. W czerwcu 1943 Wódz Naczelny i premier RP gen. Władysław Sikorski uznał wojsko Berlinga za „polską dywizję komunistyczną, o charakterze dywersyjnym”, samego jego twórcę za „zdrajcę, który zdezerterował z Wojska Polskiego”.

Sikorski wydał jednak zgodę na rozmowy swoich przedstawicieli w Polsce i dowództwa Armii Krajowej z działaczami Polskiej Partii Robotniczej. Komuniści zamierzali powierzyć Sikorskiemu stanowisko premiera w rządzie wyzwolonej przez Armię Czerwoną Polski. W czasie inspekcji polskich oddziałów w Afryce Północnej, według Ksawerego Pruszyńskiego 2 lipca 1943 w Kairze Sikorski mówił o konieczności pogodzenia się ze zmianą wschodniej granicy Polski i dokonania konstruktywnego zwrotu w stosunkach polsko-radzieckich.

Czy był to zamach, czy wypadek? W grudniu 2013 roku IPN umorzył śledztwo w tej sprawie stwierdzając, że dowody nie pozwalają ani potwierdzić, ani wykluczyć tezy o zamachu.

Według ekspertyzy profesora Jerzego Maryniaka z Politechniki Warszawskiej, opartej na symulacji numerycznej lotu Liberatora i laboratoryjnych badaniach tonięcia modelu tego samolotu, samolot ten był sprawny przez cały okres lotu i świadomie sterowany do momentu wodowania.

Według Dariusza Baliszewskiego, dziennikarza i historyka, Sikorski i jego współpracownicy zostali zamordowani jeszcze przed lotem w rezydencji gubernatora, a katastrofa była mistyfikacją w celu ukrycia zabójstwa. Baliszewski wskazuje, że za zabójstwem stali niechętni Sikorskiemu Polacy z ppor. Ludwikiem Łubieńskim (szefem polskiej misji wojskowej na Gibraltarze) i Brytyjczycy. Natomiast córka Sikorskiego Zofia Leśniowska została uprowadzona przez Sowietów za wiedzą strony brytyjskiej.

Według Tadeusza Kisielewskiego, politologa i historyka, główną rolę w przeprowadzeniu kontrolowanego wodowania samolotu odegrał nie pierwszy pilot Eduard Prchal, ale podmieniony drugi pilot. Wskazuje on na stronę sowiecką jako głównego inspiratora i sprawcę zamachu. Podobnie jak Baliszewski uważa, że Leśniowska została porwana przez Sowietów. Sugeruje on, że została ona wysłana przez ojca na tajne rozmowy z Sowietami. Miał jej towarzyszyć sekretarz Adam Kułakowski (jego ciało także nie zostało odnalezione). Z negocjatorów mieli stać się zakładnikami przetrzymywanymi w willi NKWD pod Moskwą. Ponadto nie istnieje też żadne potwierdzenie, że Leśniowska weszła na pokład samolotu.

Czyli dalej nic nie wiemy, bo nawet nie ma zgodności, co do tego, kto to zrobił? W takich wypadkach wypada sięgnąć do naszych korzeni, znaczy do korzeni naszej kultury i cywilizacji. Kiedyś, dawno temu, za moich czasów studenckich, miałem okazję zetknąć się ze studentami prawa. U nich najważniejszym egzaminem na studiach był egzamin z prawa rzymskiego. Jak go zdali, to już byli prawnikami i przez resztę studiów mogli pić, co też zresztą często robili. Ponad 1500 lat minęło od czasu upadku Imperium Rzymskiego, a prawo rzymskie nadal jest najważniejszym przedmiotem na wydziale prawa. A skoro tak jest, to znaczy, że jest ono ponadczasowe. Może więc, wielokrotnie sprawdzona zasada: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść), wywodząca się z Rzymu, jest również ponadczasowa i jej przywołanie również ułatwi nam odpowiedź na pytanie: kto tego dokonał?

Ten dokonał, komu polityka Sikorskiego przeszkadzała najbardziej. W odróżnieniu od sanacji skłaniał się on ku współpracy ze Związkiem Radzieckim. W ostateczności zgadzał się nawet na linię Curzona. Uważał więc, że niepodległość jest najważniejsza, i że jak trzeba zapłacić za nią wiele, to trzeba zapłacić. Problem jednak polegał na tym, że na tej niepodległości nie zależało politykom sanacyjnym, a tym bardziej Anglii i Związkowi Radzieckiemu. Anglia sprzedała swojego wiernego sojusznika nowemu, znacznie potężniejszemu, sojusznikowi. Stalinowi nie była potrzebna 300 tysięczna armia polska podległa polskiemu dowództwu, która, wracając do Polski, stanowiłaby podstawę jej suwerenności. Z kolei Churchillowi taka armia przydałaby się do walki z Niemcami. Oderwana od swojej ojczyzny nie mogła jej w żaden sposób pomóc. Stalin, zwalniając tych więzionych żołnierzy, pozbywał się problemu, bo już nie musiał się przed nikim tłumaczyć, co się z nimi stało. Mógł zacząć tworzyć polskie wojsko całkowicie mu podległe. Idealne rozwiązanie dla obu stron i tragiczne dla Polski.

Na drodze do realizacji tego planu była tylko jedna przeszkoda – Sikorski. Jak pisał Churchill do Stalina, „że można ulepszyć skład rządu polskiego, chociaż byłoby bardzo trudno znaleźć lepsze kandydatury. Podobnie jak Pan myślę, że Sikorskiego i niektórych innych w każdym razie powinno się zatrzymać”. Sam Churchill wystawił taką laurkę Sikorskiemu. I pewnie była to najwybitniejsza osobowość tamtych czasów. Utalentowany wojskowy, a może jeszcze bardziej utalentowany polityk. W sensie intelektualnym pewnie nie ustępował Churchillowi i Stalinowi. Niestety niewiele mógł zrobić. Polska i Polacy byli tylko przedmiotem wielkiej polityki, a nie jej podmiotem. Tę próbę, próbę uczynienia z Polski podmiotu polityki, podjął Sikorski. Skończyło się to dla niego tragicznie. My jednak powinniśmy wyciągnąć z tego jeden wniosek, że na drodze do niepodległości Polski stoją potężne siły i jak trzeba, to nie cofną się przed niczym.

11 lipca

Rzeź wołyńska, to, jak pisze Wikipedia, ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich przy aktywnym, częstym wsparciu miejscowej ludności ukraińskiej wobec mniejszości polskiej byłego województwa wołyńskiego II RP (w czasie wojny należącego do Komisariatu Rzeszy Ukraina), podczas okupacji terenów II Rzeczypospolitej przez III Rzeszę, w okresie od lutego 1943 do lutego 1945.

Ofiarami mordów, których kulminacja nastąpiła w lecie 1943, byli Polacy, w dużo mniejszej skali Rosjanie, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Czesi i przedstawiciele innych narodowości zamieszkujących Wołyń. Nie jest znana dokładna liczba ofiar, historycy szacują, że zginęło około 50-60 tys. Polaków i w odwecie 2-3 tysiące Ukraińców. Analogiczne ludobójstwo zostało przeprowadzone przez oddziały UPA na terenie Małopolski Wschodniej w pierwszej połowie 1944 roku.

O świcie (godzina 3 nad ranem) 11 lipca 1943 roku oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim pod hasłem Śmierć Lachom. Po otoczeniu wsi, by uniemożliwić mieszkańcom ucieczkę, dochodziło do rzezi i zniszczeń. Ludność polska ginęła od kul, siekier, wideł, kos, pił, noży, młotków i innych narzędzi zbrodni. Polskie wsie po wymordowaniu ludności były palone, by uniemożliwić ponowne osiedlenie się. Była to akcja dobrze przygotowana i zaplanowana. Na przykład akcję w pow. włodzimierskim poprzedziła koncentracja oddziałów UPA w lasach zawidowskich (na zachód od Porycka), w rejonie Marysin Dolinka, Lachów oraz w rejonie Zdżary, Litowież, Grzybowica. Na cztery dni przed rozpoczęciem akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków. Rzeź rozpoczęła się o godz. 3 rano 11 lipca 1943 roku od polskiej wsi Gurów, obejmując swoim zasięgiem Gurów Wielki, Gurów Mały, Wygrankę, Żdżary, Zabłoćce-Sądową, Nowiny, Zagaje, Poryck, Oleń, Orzeszyn, Romanówkę, Lachów, Swojczów, Gucin i inne. We wsi Gurów na 480 Polaków ocalało tylko 70 osób; w kolonii Orzeszyn na ogólną liczbę 340 mieszkańców zginęło 270 Polaków; we wsi Sądowa spośród 600 Polaków tylko 20 udało się ujść z życiem, w kolonii Zagaje na 350 Polaków uratowało się tylko kilkunastu.

Zabójstw dokonywano z wielkim okrucieństwem. Wsie i osady polskie ograbiono i spalono. Po dokonanych masakrach do wsi na furmankach wjeżdżali chłopi z sąsiednich wsi ukraińskich, zabierając całe mienie pozostałe po zamordowanych Polakach. Główna akcja trwała do 16 lipca 1943. W całym zaś lipcu 1943 celem napadów stało się co najmniej 530 polskich wsi i osad. Wymordowano wówczas siedemnaście tysięcy Polaków, co stanowiło kulminację czystki etnicznej na Wołyniu.

To są podstawowe fakty na temat rzezi wołyńskiej i tzw. krwawej niedzieli 11 lipca 1943roku. Była to, jak pisze Wikipedia, akcja zorganizowana i wcześniej zaplanowana. Wszystko to działo się na terenach okupowanych przez Niemców. Trudno sobie wyobrazić, by mogło to się dziać bez ich wiedzy i aprobaty. Również polityka sanacyjna wobec mniejszości ukraińskiej sprawiała wrażenie, jakby celowo dążono do tego, by tej ludności dostarczyć pretekstu do zemsty. Trudno to wszystko zrozumieć. Nie ma rady, trzeba zacząć od początku.

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) – ukraińska nacjonalistyczna organizacja polityczno-wojskowa została założona w 1929 roku w Wiedniu. Kierowała się ona ideologią ukraińskiego nacjonalizmu, dążąc do zbudowania na ziemiach uznawanych przez nią za ukraińskie nieodległego państwa o ustroju zbliżonym do faszyzmu. W praktyce działała konspiracyjnie, głównie w II Rzeczypospolitej, prowadząc działalność terrorystyczną, dywersyjną, szkoleniową i propagandowo-oświatową. W 1940 roku doszło do rozłamu OUN na dwie frakcje, następnie organizacje: OUN-B (banderowców pod przywództwem Stepana Bandery) oraz OUN-M (melnykowców pod przywództwem Andrija Melnyka).

OUN powstała na I Kongresie OUN w dniach 27 stycznia – 3 lutego 1929 roku w Wiedniu, w wyniku połączenia trzech emigracyjnych organizacji:

  • Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO)
  • Związku Ukraińskiej Młodzieży Nacjonalistycznej (SUNM)
  • Legii Ukraińskich Nacjonalistów (LUN)

Ukraińska Organizacja Wojskowa (UWO) – była nielegalną, terrorystyczną organizacją ukraińską w II RP, działającą w latach 1920-1933. Powstała 31 sierpnia 1920 roku w Pradze. Nazwa jej nawiązywała do Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), tajnej organizacji z lat 1914-1921. Członkowie UWO odwoływali się do polskich doświadczeń z walk o niepodległość. W 1925 roku kwatera główna UWO została przeniesiona do Berlina. UWO korzystała z materialnego wsparcia Czechosłowacji, zwłaszcza prezydenta Tomasa Masaryka i ludzi z jego otoczenia. Natomiast Legia Ukraińskich Nacjonalistów to ukraińska emigracyjna organizacja, utworzona w Czechosłowacji w 1925 roku. Tworzyli ją głównie emigranci z Naddnieprza. Związek Ukraińskiej Młodzieży Nacjonalistycznej powstał w 1926 roku. Miał on na celu ideologiczne szkolenie młodzieży.

Najwyższą władzą OUN był Wielki Kongres. Na nim delegaci wybierali zarząd – Prowid OUN jako organ wykonawczy oraz ustalali kierunek polityczny i taktykę organizacji. W okresie między kongresami najwyższą władzę w organizacji piastował Główny Prowid OUN, na czele którego stał przewodniczący zarządu (prowidnyk). Główny Prowid kierował pracą organizacji.

Całe terytorium Ukrainy zostało podzielone na „kraje”, które były najwyższymi jednostkami administracyjnymi w strukturze terytorialnej OUN. Tereny II RP podlegały Krajowi II (Małopolska Wschodnia) i III (Wołyń, Południowe Polesie, Chełmszczyzna, Podlasie Lubelskie). Na czele poszczególnych „krajów” stały Krajowe Kierownictwa OUN, które podlegały bezpośrednio Głównemu Prowodowi.

Członków OUN dzielono według stopnia wtajemniczenia. Kandydat do OUN musiał najpierw odbyć szereg szkoleń ideologicznych i 6-miesięczny staż, podczas którego poddawano go licznym próbom. Po ukończeniu i zaaprobowaniu jego kandydatury przez 2/3 członków koła, mógł zostać szeregowym i nosić odznakę – tryzub.

Członków dzielono na trzy kategorie wiekowe:

  • pionierów (8-15 lat
  • junaków (15-21)
  • pełnoprawnych członków (powyżej 21 lat)

Celem OUN była walka z Polską, Rumunią i ZSRR w celu utworzenia niepodległej Ukrainy, od Donu aż po Małopolskę, poprzez m.in. oderwanie od państwa polskiego województw lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego.

OUN była od początku w II RP organizacją nielegalną i opowiadała się przeciwko polityce ugody polsko-ukraińskiej, reprezentowanej ze strony ukraińskiej przez UNDO (Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne) – ukraińską partię legalnie działającą w Polsce, ze strony polskiej – przez wpływową część obozu piłsudczyków.

OUN realizując politykę przeciwną zbliżeniu polsko-ukraińskiemu na przełomie lat 1929/1930 wystąpiła z hasłem: Na słowne argumenty żaden Polak nie będzie wrażliwy, na terror wszyscy. Było to preludium do szeroko zakrojonych zamachów na polskie obiekty administracyjne, tory kolejowe, mosty, urzędy pocztowe, słupy telegraficzne. Celem głównym było wygnanie Lachów za San oraz zniszczenie pojawiających się postaw ugodowych społeczności ukraińskiej wobec państwa polskiego i pokazania żywotności ukraińskiej organizacji. OUN organizowała lub przyjęła odpowiedzialność za akty terroru indywidualnego przeciw wysokim urzędnikom Rzeczypospolitej – m.in. zamachy przeciwko Tadeuszowi Hołówce (1931) i Bronisławowi Pierackiemu (1934), a także akty przemocy przeciw instytucjom państwa polskiego.

Polityka ugody prowadzona w Małopolsce Wschodniej przez UNDO i obóz piłsudczyków załamała się w 1938 roku wobec zbliżenia rządzącej części obozu sanacyjnego (Edward Rydz-Śmigły, Adam Koc) do haseł nacjonalistycznych środowisk obozu endecji w Polsce. Jednocześnie Henryk Józewski, wojewoda wołyński (1928-1929 i 1930-1938), zwolennik budowy niepodległej Ukrainy w oparciu o Wołyń, zostaje zwolniony. Natomiast Wojsko Polskie przeprowadziło akcję tzw. drugiej pacyfikacji, połączonej z masowym burzeniem cerkwi na terenach etnicznie mieszanych. Istotną rolę odegrał tu gen. Gustaw Paszkiewicz. Przeprowadzenie tej operacji uzasadniano potrzebą konsolidacji narodowej w obliczu zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej. W konsekwencji doprowadziło to do dalszej eskalacji konfliktu narodowościowego na terenach etnicznie mieszanych.

Wyburzanie cerkwi na Chełmszczyźnie miało miejsce od maja do lipca 1938, rozbiórki dokonywali wynajmowani robotnicy, więźniowie, saperzy lub strażacy. Głównodowodzącym akcji był gen. Brunon Olbrycht (zastąpiony 21 maja przez płk. Mariana Turkowskiego), zaś nowym wojewodą lubelskim został jawny zwolennik polonizacji major Jerzy de Tramecourt. Olbrycht 20 stycznia 1938 przedstawił szczegółowe wytyczne w sprawie prowadzenia akcji: na szczeblu powiatowym mieli być powołani kierownicy-oficerowie pochodzący z lokalnych jednostek wojskowych, stojący na czele zespołów terenowych. Olbrycht podkreślał również wagę oprawy ideowej całego przedsięwzięcia, konsekwentnego podkreślania ważności działań polonizacyjnych. Szczególną rolę wyznaczał Towarzystwu Rozwoju Ziem Wschodnich, którego nowe placówki nakazał powoływać w każdym powiecie, gdzie powstał zespół terenowy. W kwietniu tego samego roku Olbrycht przedstawił również postulat nasycenia terenu księżmi rzymskokatolickimi.

Nagminnie dochodziło do przypadków niszczenia i profanowania przedmiotów kultu religijnego, nie podejmowano bowiem prób porozumienia z prawosławnymi w sprawie przejęcia wyposażenia niszczonych cerkwi. Miało miejsce również kilka przypadków zdewastowania prawosławnego cmentarza lub zniszczenia parafialnej biblioteki. W większości przypadków miejscowa ludność, zastraszona, nie podejmowała prób oporu, jedynie obserwowała rozbiórkę, nawet jeśli prawosławni spodziewali się zagrożenia swojej cerkwi. Jedynie w kilku wypadkach doszło do pobicia obserwujących wiernych przez policję lub do bójki między prawosławnymi a prowadzącymi prace, które jednak trafiwszy do sądu, kończyły się przegraną chłopów. Przełomem był wyrok w sprawie 30 chłopów broniących cerkwi Narodzenia Matki Bożej we wsi Chmielek, którzy zostali uniewinnieni przez sędziego Stanisława Markowskiego w sądzie w Zamościu. Od tego momentu śledztwa w sprawie prawosławnych broniących swoich cerkwi były umarzane.

W czasie akcji 1938 burzenie cerkwi odbywało się bez wyraźnych kryteriów, obok świątyń zamkniętych i nieużytkowanych niszczono obiekty będące miejscem żywego kultu lub celem pielgrzymek. Poseł Stepan Baran, interpelując w Sejmie 21 lipca 1938, wymieniał przypadki rozbierania czynnych klasztorów oraz miejsc, gdzie od stuleci funkcjonował kult cudownych ikon. Tylko pięć rozebranych cerkwi było siedzibami parafii, do których uczęszczało mniej niż 1000 wiernych. Władze doprowadziły również do zamknięcia szeregu placówek nieetatowych.

Akcja niszczenia cerkwi, w odróżnieniu od poprzedniej fali rewindykacji prawosławnych obiektów sakralnych, została doprowadzona do końca wbrew oporowi wiernych i duchowieństwa. Sprawozdanie wojewody lubelskiego z 16 lipca wskazuje, iż w tym momencie władze uznały po prostu, że liczba wyburzonych cerkwi jest już wystarczająca i zaczęły wyciszać nastroje z nią związane. Ten sam dokument podaje, że w toku działań zniszczonych zostało 91 cerkwi, 26 domów modlitewnych oraz 10 kaplic, zaś jedna cerkiew w Szczebrzeszynie została pozostawiona w stanie zupełnej ruiny. Ponadto cztery cerkwie zostały zaadaptowane na kościoły rzymskokatolickie, cztery – na kostnice, a jedna, opanowana przez wiernych, których nie udało się z niej usunąć, miała zostać w późniejszym czasie oddana katolikom obrządku łacińskiego.

Kościołowi prawosławnemu pozostawiono praktycznie jedynie niezbędne do przetrwania minimum świątyń, niszcząc w 20 przypadkach nawet cerkwie wzniesione po 1918. Przy niszczeniu unicestwionych zostało wiele zabytków kultury; najstarsza zrujnowana cerkiew w Szczebrzeszynie pochodziła z XVI w. W związku z uniemożliwieniem tysiącom wiernych uczestnictwa w nabożeństwach prawosławnych, część z nich, wbrew woli, musiała formalnie przyjąć katolicyzm lub zacząć uczestniczyć w obrzędach odprawianych w kościołach rzymskokatolickich. Kościół prawosławny stracił w 1938 1/3 wszystkich swoich świątyń.

W grudniu 1937 na Wołyniu, wbrew opinii wojewody Henryka Józewskiego, rozpoczęto akcję przymusowych konwersji lokalnych społeczności na rzymski katolicyzm, co uzasadniano potrzebą powrotu do polskości osób zruszczonych w epoce zaborów. Pierwszą miejscowością, w której przeprowadzono akcję, były Hrynki, gdzie oddział Korpusu Ochrony Pogranicza, po znieważeniu przez mieszkańców wsi portretów dostojników państwowych, odebrał dokumenty 40 chłopom, zabronił mieszkańcom opuszczania Hrynek po zachodzie słońca i otoczył wieś. Rezultatem końcowym tych działań było przejście z prawosławia na katolicyzm 572 chłopów. Podobnymi metodami „nawrócono” na Wołyniu do 1939 10 tys. osób. Rząd konsekwentnie twierdził, że wszyscy konwertyci dobrowolnie zmienili religię, środowiska ukraińskie i prawosławne utrzymywały natomiast, że większość przechodzących na katolicyzm czyniła to pod wpływem szantażu i przymusu, lub też za sprawą zatargów z lokalnym klerem prawosławnym. Obecnie wiadomo, że KOP, główny wykonawca akcji nawracania, stosował głównie obietnice nadania chłopom ziemi po przejściu na katolicyzm, przekonywał, że ich przodkowie należeli do katolickiej szlachty zagrodowej, stosował również aresztowania i zastraszanie prawosławnych.

W akcji nawracania na katolicyzm uczestniczyło czynnie duchowieństwo rzymskokatolickie, bezpośrednio promujące swoją religię wśród ludności oraz systematycznie rozszerzające sieć parafialną, by osoby formalnie nawrócone nie wróciły de facto do prawosławia, nie mogąc uczęszczać do kościołów rzymskokatolickich. Niektóre parafie były przy tym zakładane na terenach, gdzie żyły tylko niewielkie grupy katolików, lub nawet nie było żadnych wiernych, zwłaszcza na terenach niezurbanizowanych.

Konsekwencją zmiany polityki polskiej na Wołyniu, na prowadzoną z pozycji siły, było rozszerzenie wpływów OUN (do tej pory działającej przede wszystkim w Małopolsce Wschodniej) na Wołyń i radykalizacja nastrojów społeczeństwa ukraińskiego na Wołyniu, a także dyskredytacja polityki ugodowej prowadzonej przez reprezentowane w Sejmie RP ukraińskie ugrupowania polityczne. Miało to znaczące konsekwencje, gdy aparatu państwa polskiego na tym obszarze miało po wrześniu 1939 zabraknąć.

Ideologię OUN można wiązać z dwoma publikacjami: Nacjonalizmem (1926) Dmytro Doncowa – radykalnego nacjonalistycznego publicysty ukraińskiego, m.in. tłumacza dzieł Mussoliniego i Hitlera na ukraiński i Nacjokracją (1935) autorstwa Mykoły Scibiorskiego. Ich autorzy postulowali nacjonalizm tj. dominację w państwie etnicznych Ukraińców, antyparlamentaryzm, autorytaryzm (Ukraina będzie rządzona przez lidera nominowanego przez nacjonalistyczne elity, a nie partie polityczne). W kształtowaniu świadomości nacjonalistycznej ważną rolę odegrał również Dekalog Ukraińskiego Nacjonalisty z 1929 roku:

Ja – Duch odwiecznej walki, który uchronił Ciebie od potopu tatarskiego i postawił między dwoma światami, nakazuję nowe życie:

  1. Zdobędziesz państwo ukraińskie albo zginiesz walcząc o nie.
  2. Nie pozwolisz nikomu plamić sławy ani czci Twego Narodu.
  3. Pamiętaj o wielkich dniach naszej walki wyzwoleńczej.
  4. Bądź dumny z tego, że jesteś spadkobiercą walki o chwałę Trójzęba Włodzimierzowego.
  5. Pomścij śmierć Wielkich Rycerzy.
  6. O sprawie nie rozmawiaj z kim można, ale z tym, z kim trzeba.
  7. Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy.
  8. Nienawiścią oraz podstępem będziesz przyjmował wrogów Twego Narodu.
  9. Ani prośby, ani groźby, tortury, ani śmierć nie zmuszą Cię do wyjawnienia tajemnic.
  10. Będziesz dążył do rozszerzenia siły, sławy, bogactwa i obszaru państwa ukraińskiego nawet drogą ujarzmienia cudzoziemców.

Tak to przedstawia Wikipedia. Wybrałem oczywiście tylko pewne fragmenty, które mają ułatwić zrozumienie tego, dlaczego doszło do tej tragedii i do takiego bezprecedensowego okrucieństwa. Nacjonalizm ukraiński nie był czymś, co się wzięło znikąd. W XIX wieku nacjonalizm zdominował Europę. Czym był nacjonalizm i jaka była jego natura? To dobrze opisuje Tadeusz Gluziński w swojej pracy z 1935 roku Odrodzenie idealizmu politycznego.

»Poczucie narodowe istniało u ludów europejskich od dawna; atoli pierwsze sformułowania tego poczucia narodowego, ujęcia go, jako pewnej prawdy społecznej, należy przypisać rewolucji francuskiej i jej pisarzom. Okres restauracji świętego przymierza, wysuwając na pierwszy plan w życiu publicznym państwo i dynastie, usunął chwilowo w cień narody; lata walki i rewolucji wolnościowych położyły nacisk na zagadnieniach praw jednostki, a zwycięski pochód socjalizmu skierował uwagę ogółu na problemy ekonomiczne i społeczne. Dopiero następstwa takich historycznych faktów, jak zjednoczenie Włoch i Niemiec, jak bohaterska obrona po pogromie Francji w 1871 r. przejawiając rosnącą samowiedzę u narodów europejskich, dały ponownie pochop do nowych sformułowań. W końcu XIX w. zjawiają się pisarze narodowi we Francji, Włoszech i Niemczech; ci wyraziciele , a poniekąd i twórcy nowych ruchów, wychowani w doktrynach wolnomularskich, sądzą, że prawo do istnienia i widoki na zwycięstwo może mieć tylko taki ruch narodowy, który socjalizmowi, czyli internacjonalizmowi potrafi się przeciwstawić w równie skończonej szacie naukowej, a więc uzbrojony we własną filozofię, historiozofię, a – co w owym czasie uchodziło za najważniejsze – oparty o nauki przyrodnicze. Tak formułowane systemy, jako przeciwieństwo internacjonału, czyli międzynarodówki socjalistycznej, nazwano nacjonalizmem. Twórcy ich oddychali od dziecka oparami filozofii pozytywistycznej; przyroda była dla nich bóstwem, jej prawa najwyższym przykazaniem, nieubłagana walka o byt koniecznością żelazną, pochłanianie słabszych przez silniejszych codziennym zdarzeniem życia. Naród – mówili – to po prostu organizm wyższego rzędu; jedynym kryterium jego działania winien być jego własny interes, pojęty skrajnie egoistycznie. Teoria „egoismo sacro”, która dziś jeszcze na wskroś przenika faszyzm, łączy się bezpośrednio z samymi podstawami sformułowań nacjonalizmu.

W Polsce literatura nacjonalistyczna – mimo swych odrębności, wynikłych z ówczesnego położenia Polaków, jako narodu pozbawionego państwa – także nasiąka wyziewami pozytywizmu. I u nas uznano naród za organizm (bez żadnej przenośni), walczący o byt, podlegający chorobom, a nawet zarazom. Ten naród-organizm winien kierować się w swym postępowaniu li tylko skrajnym egoizmem, jaki obserwujemy rzekomo wszędzie w przyrodzie. Zygmunta Balickiego „Egoizm narodowy” zawierał w sobie przykazania etyczne dla polskiego nacjonalisty.

Dążnością polskich pisarzy narodowych stało się stworzyć system możliwie wykończony i zwarty, możliwie w swym ujęciu „naukowy” i obiektywny. Chłodne, rozumowe traktowanie zagadnień było naturalnym przykazem, wymogiem owej naukowości, w której pławiła się cała Europa. Doktrynie socjalistycznej usiłowano położyć tamę przez zbudowanie doktryny nacjonalistycznej. Socjalistycznemu „światopoglądowi” przeciwstawiano „światopogląd” narodowy.

Taki system nacjonalizmu w Polsce, jak i gdzie indziej, pod groźbą utraty swego naukowego charakteru, nie mógł się oczywiście obejść bez definicji naczelnego pojęcia, a więc bez definicji pojęcia narodu; ile na ten temat wyczyniono harców myślowych, by znaleźć potrzebne do definicji słowa, a jak przy tym niekiedy poświęcano zdrowy sens, wystarczy wspomnieć, że przez długi czas czczono, jak fetysza, definicję, mocą której naród był zbiorowością ludzką, osiadłą na pewnym określonym terytorium, posiadającą wspólny język i wspólną historię. Na gruncie tej definicji żydzi, którzy propagowali z początkiem XX w. masowy ruch asymilacyjny swej inteligencji i wchodzili w polskie życie publiczne, twierdzili – przy aplauzie polskich nacjonalistów – że odrębny naród żydowski nie istnieje, nie posiada bowiem ani wspólnego terytorium (Palestyna nie jest takim terytorium, bo mieszka w niej tylko znikoma ilość żydostwa), ani wspólnego języka (ani hebrajski, ani tym bardziej żargony nie są językiem wspólnym dla żydów), ani wreszcie wspólnej historii (boć historia żydów – to niejako historie rozmaitych narodów, wśród których żydzi żyją). Jest to jaskrawy przykład, jak pogoń za „naukowością” i wyssany z łona XIX w. doktryneryzm przesłaniał nawet nacjonalistom rzeczywistość i rozbrajał ruch narodowy w stosunku do istotnych niebezpieczeństw.«

Czy musiało dojść do tej tragedii? Zapewne tak, bo niektóre fakty przedstawione powyżej skłaniają do takich wniosków. I RP była sztucznym tworem, skleconym z dwóch państw, które zupełnie nie pasowały do siebie. I to potwierdziły późniejsze jej losy. Tak więc odtworzenie jej w postaci II RP było świadomą decyzją wielkich tego świata, którzy zdawali sobie sprawę z tego, że powstanie państwo, dla którego wszyscy jego sąsiedzi będą wrogami. I o to chodziło! Bo żeby był rozwój, to musi być konflikt. Tak uważają ci, którzy rządzą tym światem. Ale ten rozwój to nie ma być taki przypadkowy, on musi realizować pewne cele pewnej nacji. Gdyby zaś tak, jak uważał Józef Mackiewicz, powstało oddzielne państwo w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego, to nie byłoby 17 września 1939, Katynia, Wołynia. Tak jednak nie mogło być.

Po stronie polskiej mamy dwie koncepcje: asymilacyjną Dmowskiego i federacyjną Piłsudskiego. Po stronie ukraińskiej mamy koncepcję nacjonalistów ukraińskich, dla których część terytorium II RP jest ziemią ukraińską. Obie polskie koncepcje stoją w sprzeczności do ukraińskiej. Wprawdzie obóz piłsudczykowski szukał porozumienia ze stroną ukraińską, ale jakoś tak dziwnie w 1938 roku zbliżył się do stanowiska endecji. I wkrótce po tym następuje akcja wyburzania cerkwi na Chełmszczyźnie. A wcześniej, bo w grudniu 1937 roku, ma miejsce na Wołyniu akcja przymusowej konwersji miejscowej ludności na rzymski katolicyzm, czyli tzw. asymilacja. Z drugiej strony mamy działającą na terenie II RP nielegalną, terrorystyczną organizację OUN i ciągłe szkolenie młodzieży, i nie tylko jej, w duchu nienawiści do wszystkiego co nieukraińskie, a w szczególności do wszystkiego, co polskie.

O ile w przypadku polskiej strony źródło finansowania było znane, bo było nim państwo, o tyle w przypadku Ukraińców, niemających własnego państwa, źródło finansowania było zewnętrzne. Skoro jednak członków OUN dzielono według stopnia wtajemniczenia, to nie można wykluczyć, że korzenie tej organizacji są masońskie, podobnie jak naszej endecji, o czym pisałem w blogu „Endecja”.

W tekście wytłuściłem trzy nazwiska i zrobiłem to celowo. To gen. Gustaw Paszkiewicz, gen. Brunon Olbrycht i płk Marian Turkowski. Wszyscy oni byli oficerami sanacyjnymi, odpowiedzialnymi za akcję wyburzania cerkwi na Chełmszczyźnie. I jakoś tak się dziwnie złożyło, że wkrótce po wojnie wszyscy oni wstąpili do Ludowego Wojska Polskiego. Taką informację zamieszcza Wikipedia. Dziwne? Sanacyjni oficerowie w LWP! I jakoś tym Ukraińcom, których w wysokich władzach PRL-u nie brakowało, nie przeszkadzało to. Innym decydentom również. Czyżby więc były to jakieś szczególne osoby? Wychodzi na to, że tak.

Dlaczego celem agresji stała się bezbronna i niewinna ludność, która nie miała nic wspólnego z polityką państwa, w którym żyła? Zapewne na obdzieranie żywcem ze skóry i inne potworne tortury zasłużyli generałowie Paszkiewicz i Olbrycht oraz pułkownik Turkowski i pewnie jeszcze wielu innych, ale im trudno by było wymierzyć sprawiedliwość. Dlaczego więc zdecydowano się na mordowanie niewinnej i bezbronnej ludności? Czyżby wykonawcy tej zbrodni nie zdawali sobie z tego sprawy? Zapewne wiedzieli, ale chodziło o coś innego. Chodziło o zatrucie na wieki relacji polsko-ukrainskich. Potworność i bezsens tej zbrodni przez wiele jeszcze lat będzie wzbudzać w Polakach niechęć i odrazę. Bo jak to było możliwe, żeby się mścić, nie na swoich oprawcach, tylko na zupełnie niewinnych ludziach? I nie ma sensu porównywanie tej zbrodni z rzezią galicyjską w celu usprawiedliwienia tej wołyńskiej. Tam chłopi rżnęli pilami swoich panów, którzy gardzili nimi, znęcali się nad nimi, poniżali ich, wykorzystywali ich, pozbawiali godności człowieka. Tu cierpieli niewinni ludzie. Chłop polski był traktowany przez swego pana tak samo, jak chłop ukraiński przez swego. Przy czym jego panem nie był pan polski, tylko rusiński, który udawał polskiego. Jeśli tego faktu nie chcą dostrzec Ukraińcy, to wypada im tylko współczuć, że dają się tak łatwo manipulować.

Żeby mogło dojść do tej tragedii, musiało to być rozłożone w czasie i musiało to być skoordynowane współdziałanie sanacji, OUN-u i Niemców. OUN organizował akcje terrorystyczne na terenie II RP. W odpowiedzi sanacja stosowała represje wobec ludności ukraińskiej, bo ta niby sprzyjała i wspierała te działania terrorystyczne. Na to OUN odpowiadał kolejnymi aktami terroru, a sanacja kolejnymi represjami, czyli akcja i reakcja. A Niemcy? Wspierali wszystkie działania Ukraińców skierowane przeciwko Polakom. Tak było jeszcze przed wojną, a później podczas niej.

5 Lipca 1943 roku miała miejsce bitwa pod Kurskiem, nierozstrzygnięta, jak pisze Józef Mackiewicz, ale odwracająca losy wojny. Od tego momentu Niemcy utracili inicjatywę i stopniowo przechodzili do obrony. W tym jednak momencie dalej panowali nad zdobytym wcześniej terenem. Dalej panowali m.in. na Wołyniu. Nic bez ich wiedzy i zgody nie mogło się tam odbyć. To naród wyjątkowo uzdolniony organizacyjnie i zdyscyplinowany. Jeśli więc działo się coś w tym czasie na Wołyniu, a działo się od lutego 1943 roku, to nie mogło to dziać się bez ich wiedzy i zgody.

Takie skoordynowane działanie, rozłożone oczywiście w czasie i przestrzeni, może być realizowane tylko wówczas, gdy kieruje nim ktoś stojący wyżej, realizujący dalekosiężny plan marginalizacji Polaków w ich własnym kraju. Czyni to rękami Ukraińców, którym w tym kraju, zwanym jeszcze Polską, stwarza wyjątkowe warunki do pracy i zamieszkania. Rzeź wołyńska była tylko kolejnym etapem realizacji tego planu. Nich się żrą między sobą: im oni słabsi, tym my silniejsi. A nacjonalizm? On jest takim samym żydowskim wymysłem jak socjalizm, komunizm, kapitalizm, liberalizm, wolny rynek i jeszcze wiele innych rzeczy.

Masoneria i wojsko

Czasem, gdy śledzi się przyczyny i początki wojen, to można odnieść wrażenie, że niektórzy wyżsi oficerowie zachowywali się co najmniej dziwnie. Tak było m.in. w przypadku Amerykanów przed atakiem na Pearl Harbor. Również nasi niektórzy oficerowie podczas kampanii wrześniowej podejmowali niezrozumiałe decyzje. Pewne wyjaśnienie takich zachowań można znaleźć w książce Feliksy Eger Historia towarzystw tajnych z 1894 roku.

Opracowanie Feliksy Eger stanowi kompilację dzieł badaczy zajmujących się problematyką masonerii. Oparte jest przede wszystkim na rozprawie francuskiego jezuity Nicolasa Deschampsa (1797-1873) Les sociétés secretes et la société ou Philosophie de l’histoire contemporaine (Tajne stowarzyszenia i społeczeństwo lub filozofia historii współczesnej), uzupełnionej przez Claudio Janneta, a także na dziełach Saint-Albina, Saint-Andrégo, dra Otto Beurena i innych.

»Bonaparte, posiadający całe zaufanie Robespierre’a, któremu zawdzięczał początek swej kariery, zyskał sobie także zaufanie wolnomularstwa, czym jedynie wyjaśnić można tak szybkie jego dojście do władzy. To, co Napoleon robił we Francji, to samo robił i we wszystkich innych krajach, do których sięgał jego oręż. Wszędzie zrzucał z tronu panujące dynastie, zaprowadzał równość wyznań, znosił zakony, sprzedawał dobra poduchowne, kasował cechy rzemieślnicze, przywileje i swobody miejscowe. Narodowości zupełnie nie uznawał, w sposób oburzający występował przeciwko nim, a myśl uniwersalnej monarchii zaprzątała go nieustannie. Aż do r. 1809 znajdował wszędzie Napoleon dzielną pomoc ze strony lóż masońskich, geniuszowi jego wojskowemu dopomagała zdrada dowódców. Wiele jest okoliczności tak dziwnych w jego kampaniach, że jakkolwiek w wielu przypadkach nie ma na to ścisłych dowodów, są jednak powody wystarczające, co najmniej do słusznych podejrzeń. Przytoczymy na potwierdzenie tego parę przykładów. Od r. 1802 Napoleon pracował nad zniesieniem księstw duchownych i ukróceniem władzy cesarstwa rzymskiego w osobie jego przedstawiciela cesarza austriackiego, spełniając w ten sposób najgorętsze pragnienia iluminatów. Dopomagał im w tym przypadku Karol d’Alberg, biskup ratysboński, elektor moguncki, zapisany pod nazwą Crescentyna między uczniami Weisshaupta. Oto co w tym względzie opowiada jeden z przywódców karbonaryzmu Jan de Witt we Fragmentach życia swego i Historii współczesnej.

„Istniało wówczas towarzystwo tajne zwane Listkiem Koniczyny (feuille de trefle) złożone z ludzi najznakomitszych, którzy chcąc zaprowadzić jedność i niezależność Niemiec, pomagali obcemu monarsze w wykonaniu planów zmierzających do powiększenia Francji. Utworzenie królestw obcych na korzyść członków rodziny Napoleona, usunięcie książąt Rzeszy niemieckiej spod jej bezpośredniej władzy, wszelkie upokorzenia ich odpowiadały życzeniom cesarza, który pragnął usunąć ich wszystkich spod władzy Rzeszy i jak drugi Karol Wielki połączyć Niemcy z Francją. Potworne to stowarzyszenie byłoby się długo utrzymało pod Napoleonem, Niemcy utworzyłyby były jedną całość. Gdyby mi było dozwolone, wyliczyłbym imiennie wszystkich znakomitych członków tego stowarzyszenia, zwanego Listkiem Koniczyny dlatego, że tylko trzech członków znało się nawzajem”. Tak o tym najdoskonalej zorganizowanym związku zdrady mówi mason wyższych stopni, karbonariusz siódmego i ostatniego stopnia. Odkrycia tego rodzaju są kluczem do rozwiązania wielu niepojętych zagadnień owej epoki.

Jednym ze środków najdzielniej ułatwiających pochód wojsk cesarskich były loże wojskowe. „Rząd cesarski zachęcał do otwierania lóż wojskowych, powiada Clarel. Mało było pułków, przy których by się nie znajdował warsztat masoński. Kiedy wojska francuskie obejmowały w posiadanie jakieś miasto, loże ich obierały sobie lokal i starały się wtajemniczyć tych z mieszkańców, którzy największy wpływ mieli na ludność miejscową. Ci z kolei otwierali loże i oddawali je pod opiekę Wielkiego Wschodu Francji. Gdy liczba lóż była już dostateczną tworzyli Wielki Wschód narodowy, który łączył się z paryskim i od niego odbierał rozporządzenia. Tak to w r. 1800 powstał Wielki Wschód badeński w Manheimie, a w 1811 Wielki Wschód westfalski w Kassel. Wielkim mistrzem tego ostatniego został ks. Hieronim Napoleon”. W r. 1845 dziennik masoński L’Orient”, wymawiając marszałkowi Soult, że kazał zamknąć loże wojskowe, pisał: „Jak mógł mąż stanu wychowany w szkole cesarskiej zapomnieć o korzyściach odniesionych przez Napoleona z warsztatów masońskich pułkowych. Wiedział on, że zaledwie wojsko nasze zatrzymało się w mieście zabranym, każdy pułk starał się otworzyć lożę, zwoływał na zebrania miejscowych masonów, werbował jak największą ilość członków, otwierał nowe loże i przy pomocy zawartych stosunków wywierał wpływ zwycięzcy nad zwyciężonymi”. Wspomnienie wpływu lóż wojskowych przechowało się także w Niemczech. „Wstęp do lóż niemieckich, powiada Eckert, dozwolonym był zawsze masonom wojskowym, był to bowiem środek potężny dozoru i propagandy… W Hiszpanii, Portugalii i wszędzie, gdzie wprowadzono masonerię, rozwinęła ona wielką działalność w wytworzeniu partii cesarskiej. Cieszyła się wszędzie nadzieją, że przy pomocy dyktatury napoleońskiej złączy wszystkie królestwa w jedno państwo i doprowadzi w ten sposób do skutku swój cel upragniony”… Pewnym jest, jak to już mówiliśmy, że wiele faktów owej epoki nie da się inaczej wytłumaczyć jak przez zdradę. Zdrada ułatwia rewolucjonistom wejście do Belgii, do Sabaudii, do Moguncji, do Trewiru, Spiry, Worms i Frankfurtu; dowodem przebieg bitwy pod Marengo, dwa razy przegranej jednego dnia, a wygranej pod wieczór za przybyciem generała Desaix. Pod Austerlitz wojska sprzymierzone głodem prawie pokonane zostały, wtedy gdy po bitwie pokazało się, że o 4 mile od pola bitwy nagromadzone były zapasy wystarczyć mogące dla całego ustępującego wojska. Niemcy przedstawiały wówczas widok dziwny, niepojęty. Wojska kraju tego doskonale wyćwiczone, które niedawno jeszcze dały dowody wielkiej waleczności, zdawały się teraz dotknięte niemocą, a generałowie ślepotą. We wszystkich potyczkach z wojskami republikańskimi, a następnie cesarskimi, zdaje się jakby niegodni byli dawnej swej sławy. Załogi w fortecach składają broń, nie wystrzeliwszy ani razu; objaśnienia otrzymywane od dowódców okazywały się fałszywymi, o postanowieniach rady wojennej nieprzyjaciel natychmiast był zawiadamiany; rozkazy nie były wykonywane; posiłki nie nadchodziły na czas właściwy; zapasy okazywały się niedostatecznymi; wierność oficerów była podejrzana; zwątpienie wywoływano wśród wojska przerażającymi wieściami. Prawie niepodobna wszystkiego tego inaczej wytłumaczyć jak przez zdrady wojskowych wyższych stopni, którzy wszyscy byli masonami. „Wolnomularze uważali Napoleona I jako narzędzie przeznaczone do obalenia wszystkich europejskich narodowości, po czym spodziewali się łatwiej doprowadzić do skutku plan swój ustanowienia rzeczypospolitej europejskiej”. „W Frankfurcie i całych Niemczech, mówi sławny historyk Jansen, Żydzi witali Napoleona jako Mesjasza, tak byli pewni, że za jego pomocą obalona zostanie cała budowa społeczeństwa chrześcijańskiego”.

Jednakże współdziałanie to masonerii trwało tylko tak długo dopóki w tak zaprowadzanej rzeczypospolitej jak w dyktaturze Napoleona widziała ona środek dojścia do celu, to jest do obalenia tronów, wytępienia narodowości, czyli do zaprowadzenia kosmopolityzmu masońskiego. Lecz skoro tylko dostrzegli masoni, że despotyzm cesarski miał głównie na celu zaspokojenie osobistej próżności i interes własnej rodziny, że masoneria była dla niego tylko narzędziem, oburzenie ogarnęło ogól członków i przy pomocy Tugendbundu, stowarzyszenia utworzonego przez najwyższych masonów, postanowiono położyć tamę potędze Napoleona. W Sewilli utworzono również przeciw niemu juntę, na czele której stanął Tilly. Zmiana w powodzeniu Napoleona była tak nagła, a tak stała, że wielu historyków zadawało sobie pytanie czy nie była ona wynikiem osłabienia władz umysłowych. Thiers badał te kwestię, ale musiał temu stanowczo zaprzeczyć. Nigdy w istocie geniusz militarny Napoleona nie uwydatnił się jawniej, jak w kampanii francuskiej, nigdy starsi wojownicy nie występowali heroiczniej w obronie granic własnego kraju. Lecz prawa naturalne wojny dają zwycięstwo tym, po czyjej stronie siły liczebne i materialne są większe. Prawa te zawieszone przez przeciąg lat 20, kiedy siły masońskie popierały rewolucję i Napoleona, musiały teraz odzyskać przewagę. Napoleon doszedłszy po dwa razy do bram Paryża, musiał się zrzec korony, której już otrzymać nie mógł. Tylko że popęd dany przez towarzystwo tajne przeszedł granice przez nich zakreślone, bo ludy pobudzone z uśpienia, oddane samym sobie, przywołały wszędzie dawne dynastie. We Francji silny ruch rojalistyczny powstał w lutym 1814 r. Wolnomularstwo pojęło teraz, że winno opuścić Napoleona, a skupić się wokoło nowego rządu, żeby nie stracić owoców dotychczasowej pracy. Talleyrand, dusza wolnomularstwa, Sieyes, Fouché, Gregorie, ks. d’Alberg, Bernadotte, Murat, Berthier, Marmont, Ney, Angeran, Maison, wszyscy dotychczasowi słudzy Napoleona, aż do generała Beurnourille, który jako pomocniczy wielki mistrz przyszedł złożyć masonerię u stóp Ludwika XVIII, ręcząc za nią, jak za siebie samego, nawet senat i ciało prawodawcze powstali przeciw temu, którego wynieśli i któremu przez 15 lat schlebiali. W r. 1815 po powrocie z wyspy Elby odzyskał Napoleon ducha rewolucyjnego, jakim się odznaczał jako generał konwencji. Nadzieje swoje pokładał w poparciu jakobinów, lecz jak sam wyznaje, jeżeli po Waterloo nie ponowiła się epoka terroryzmu we Francji, to dlatego jedynie, że go wstrzymali ci, od których zależał.«

Powyższy cytat wiele wyjaśnia. Mam jednak pewne wątpliwości, czy to „ludy pobudzone z uśpienia, oddane samym sobie, przywołały wszędzie dawne dynastie”. Tu raczej wszystko było zaplanowane i pod kontrolą. W wyniku rewolucji francuskiej Żydzi stali się pełnoprawnymi obywatelami. I tak też było wszędzie, gdzie pojawił się Napoleon. To był ich prawdziwy zysk, a to czy nastąpi restauracja monarchii, czy – nie, było sprawą drugorzędną. Monarchowie byli tak samo uzależnieni od żydowskich kredytów jak demokracje. Wojny, konflikty, rewolucje, powstania – służą Żydom, bo, po pierwsze, wymagają finansowania, a po drugie, skutkują stratami materialnymi i ludzkimi, co powoduje zubożenie społeczeństw i państw. I o to przede wszystkim chodzi. Im społeczeństwa i państwa biedniejsze, tym Żydzi potężniejsi. Cały bieg dziejów można by więc opisać, w pewnym uproszczeniu, w ten sposób, że Żydzi nie tyle dążą do opanowania świata, bo go już opanowali, ale do podtrzymania tego stanu i ewentualnego eliminowania zagrożeń, mogących ten stan zmienić.

Mechesi i szabesgoje

W blogu „Roszczenia” napisałem, że Polska jest całkowicie zdominowana przez Żydów, i że nie stało się to z dnia na dzień. To był proces, który trwał latami i nadal trwa. Żydzi głęboko wniknęli w polskie społeczeństwo, a właściwie w jego najwyższe warstwy i podporządkowali je sobie. O tym jak to wyglądało przed stu laty opisał Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce, wydanej po raz pierwszy w 1919 roku. Poświecił temu zagadnieniu jeden rozdział zatytułowany Mechesi i szabesgoje. Warto go przytoczyć, bo wiele z tego, co opisał, nadal jest aktualne.

»Aż do roku 1820 mniej więcej był w Królestwie Polskim Żyd, pominąwszy neofitów, zwykłym Żydem ortodoksyjnym, odcinającym się od ludności rdzennej nie tylko inną wiarą, inną narodowością i obyczajami. Zamknięty w ghetcie, omijał starannie wszelkich „gojów”, ocierając się o nich tylko o tyle, o ile mu było potrzebne do jego interesów.

Wyłom w tym nieprzebytym dotąd murze wyrąbali dopiero, jak wiadomo, Żydzi niemieccy, którzy wtargnęli do Królestwa między r. 1820 i 1830, zwabieni możliwością robienia dobrych interesów. Byli prawie wszyscy „oświeceni”, „postępowi”, „reformowani”. To ich oświecenie, ta ich reforma, ten ich postęp polegał głównie na wyzwoleniu się spod tyranii synagogi ortodoksyjnej, na przebraniu się w suknie chrześcijan i na odgrywaniu roli bezprzesądnych wolnomyślicieli. Wolnomyślicielstwo ich jednak nie przeszkadzało im wcale zastosować w handlu i przemyśle etyki talmudycznej i metody żydowskiego „czystego kapitalizmu”.

Mądrzejsi z nich, przebieglejsi upodobali sobie głównie monopol tabaczny, najbogatsze w owym czasie w Królestwie źródło złota. Pełną garścią czerpali z tego źródła, bogacąc się galopem. Wielkie fortuny: Newachowiczów, Halpertów, Frankensteinów, Koniarów, Kronenbergów, trysnęły z tego źródła. By jednak mieć dostęp do niego, trzeba było zmienić wiarę, postarać się o metrykę chrześcijańską (katolicką, luterańską albo kalwińską). Ochrzcili się wszyscy tabacznicy, a za ich przykładem poszli inni reformowani Żydzi: bankierzy, przemysłowcy, lekarze, adwokaci, literaci.

„Mechesami” nazwali chrześcijanie tych neofitów, Żydzi zaś prawowierni zdrajcami, odszczepieńcami.

Jakiś czas wahali się „mechesi”, w którą stronę się zwrócić, czy oprzeć się na swoich współplemieńcach, do których należeli mimo chrztu sercem, duszą, tradycjami lat tysięcy, czy też uczepić się „gojów”, z którymi łączyła ich metryka chrześcijańska.

Zwykła próżność świeżych dorobkiewiczów zmogła w nich wstręt „narodu wybranego” do innej rasy. Głównie kobietom przewróciło się w głowie. Wydostawszy się z ghetta, z jego brudów i ciasnoty, stanąwszy na szerokiej arenie życia, zamieszkawszy w pięknych domach, a nawet niektóre z nich w pałacach, zapragnęły koligacji arystokratycznej, robiły wszystko, aby się odgrodzić wysokim murem od czerni żydowskiej (z której dopiero niedawno wyszły) i zatrzeć ślady tego niemiłego dla nich pochodzenia.

Tę to grupę ochrzczonych, „zasymilowanych” Żydów odtworzył Marian Gawalewicz w swojej dwutomowej powieści pt. „Mechesy” (1893 i 1894).

Doskonale, miękkim pędzelkiem subtelnej ironii podkreślił Gawalewicz chorobliwą, śmieszną próżność parweniuszek żydowskich. Znał takie typy niewątpliwie z osobistej obserwacji i patrzył na nie uważnie. Oprócz ich humorystycznej próżności dostrzegł w nich rys szczególny, mianowicie chciwość żydowską i szachrajski spryt żydowski. Zdawałoby się, że takie „damy”, rwące się do arystokracji rodowej, nie będą się zajmowały „geszeftami”. Jedna z typów Gawalewicza, udająca wobec chrześcijan, że „nie rozumie się na interesach”, nie tylko rozumiała się na nich wybornie, lecz zajmowała się nimi gorliwie – była dopełnieniem sprytu kupieckiego męża, jego doradczynią, rozstrzygającą często w spekulacjach. „Przy cyfrach kończyła się uczciwość” – zauważył autor „Mechesów”.

W drugiej części swoich „Mechesów” odtworzył Gawalewicz szereg ochrzczonych finansistów i spekulantów warszawskich: Klappermannów, Blattów, Seeligerów itp. macherów. „Szelmami spod ciemnej gwiazdy” są bankierzy, giełdziarze, przemysłowcy Gawalewicza – zwykłymi szachrajami żydowskimi mimo chrztu, pałaców i stosunków z arystokracją. Cała różnica między nimi, „oświeconymi”, „zasymilowanymi” a ciemnymi ortodoksyjnymi chałaciarzami polega na tym, że chałaciarz operuje drobnymi sumkami, a oni obracają krociami, milionami.

Bogaci mechesi Gawalewicza oszukują, kręcą, wyzyskują, rabują, gdzie i co się da, tak samo, jak „łapserdaki”, na których spoglądają z góry, z pogardą. Okpiwają się nawet wzajemnie, swój swego, wspólnik wspólnika, podstępnie, bezwzględnie. Nazywa się to rozumem, sprytem, a nawet geniuszem.

By wzbudzić u chrześcijan zaufanie do swoich krętactw, do swoich nieczystych, podejrzanych spekulacji, wynajmują sobie, tak samo jak „grynderzy” niemieccy, do zarządów swoich przedsiębiorstw, do komitetów „szabesgojów” z tytułami.

Chciwych na niezapracowane pieniądze, albo podupadłych, zubożałych książąt, hrabiów, karmazynów, mianują członkami rad nadzorczych. Ponieważ tacy ich radcowie mają takie pojęcie o handlu, o metodzie „czystego kapitalizmu”, jak Bartek z Psiej Wólki o astronomii, przeto rządzą oni sami bez żadnej kontroli. Nazwiska „gojów” z tytułami lub wielkimi tradycjami historycznymi zasłaniają ich , zakrywają ich mechesostwo i szachrajstwo.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer odmalował także w swojej powieści pt. „Panna Mery” kilka typów mechesowskiej finansjery warszawskiej.

Dwie główne postacie zasługują na uwagę: panna Mery i jej wuj Hammerschlag. Panna Mery jest wnuczką Gnieznowera, zwykłego chałaciarza, który zacząwszy swoją karierę od dwóch pudełek zapałek, skończył na dwóch milionach rubli. Ojciec jej, odziedziczywszy owe dwa miliony, ochrzcił się, przezwał się Gnieźnieńskim i, kupcząc dalej metodą wskazaną mu przez „genialnego” rodzica, doszedł do dwunastu milionów.

Było więc wszystko: metryka chrześcijańska, piękna córka i 12 milionów rubli. Brakowało tylko szlacheckiej koligacji, tytułu. Tę szczerbę miała panna Mery wypełnić.

Ładną dziewczynę uczyło już od lat dziecięcych całe otoczenie mechesowskie: ojciec, matka, krewni, że jej „pięknej, bogatej, mądrej wolno wszystko, że nie ma w kraju takiego arystokraty, dla którego by nie była odpowiednią partią, bo ona, córka dwunastomilionowego finansisty, może za wszystko zapłacić”. – Pieniądz, pieniądz, pieniądz jest twoim głównym pokarmem duchowym, kupić i sprzedać jest esencją życia – uczucia i tym podobne rzeczy są głupstwem, dobrem dla poetów i starych romantyczek. Interes, korzyść, oto cel życia. Tego się nie powinno ludziom mówić i pokazywać, owszem, powinno się mieć zawsze maskę idealizmu pod pachą. Ludzie są tak głupi, że zamydlać im oczy można czymkolwiek, a jedyną rzeczą, którą naprawdę cenią i czczą, która im naprawdę imponuje, to są pieniądze. Oni się do tego nie chcą przyznać, bo się jedni drugich wstydzą, bo każdy od spotkania z drugim ma tę maskę idealizmu pod pachą.

„Najmądrzejszym wychowawcą” panny Mery, gdy dorosła, był jej wujaszek Hammerszlag. Mówił do niej „Czy ci się zdaje, że naprawdę cenią ludzie więcej Mickiewicza albo Goethego niż barona Adalberta Rotszylda i twojego papę? Jest wojna – nie może być Rotszylda. Jeden cesarz to jest Franciszek Józef, a drugi baron Rotszyld. My, kapitaliści, robimy pokój i wojnę, szczęście i nieszczęście świata. Stary Pan Bóg poszedł spać i rzekł do nas, kapitalistów: Messieurs, Faites le jeu, s’il vous plait. Pan Bóg już nie potrzebuje czuwać ani rządzić; my czuwamy i my rządzimy. Baron Rotszyld w Wiedniu, twój papa, baron Blumenfeld, ja, Cypres, Tukeles i Spółka w Warszawie. Tak, tak. Pan Bóg poszedł sobie na drzemkę i zostawił jako swojego zastępcę pieniądz… Wszystko można kupić. Zasady, przekonania, cnota, ofiarność, uczciwość, honor – to są bez zaprzeczenia bardzo piękne i bardzo godne naśladowania przymioty, ale pieniądz to grunt. Wszystko można kupić: Mickiewicza, Kościuszkę. Wszystko stanowi cena”.

Uczył jeszcze Hammerszlag swoją siostrzenicę, że gdy się jest bogatym, trzeba odgrywać rolę dobroczyńcy, trzeba dawać jałmużnę, bo to „dobrze robi”. Dzienniki ogłoszą wtedy: panna Mery ofiarowała na nieuleczalnych tyle, na niezamożnych uczniów tyle, na ubogie pracownice igły tyle itd.; miasto powie: dobre serce, szlachetne serce ma ta milionerka i hojną, pańską rękę; taka opinia nie szkodzi nikomu. Choćbyś wydała trzydzieści tysięcy na ubogich, kupisz sobie za to sześćdziesiąt tysięcy. To nie jest źle umieszczony kapitał. On się procentuje znakomicie opinią u ludzi. Zresztą kto wziął jednym pięćkroć, może dać drugim pięćdziesiąt tysięcy – dla zatkania gęby.

W grupie mechesów warszawskich spostrzegł Tetmajer te same mniej więcej znamienne rysy, jakie zauważył i uwypuklił Gawalewicz w swoich „Mechesach”. Obaj widzieli: bezgraniczny kult pieniądza i wiarę w jego wszechmoc, pychę parweniuszowską, gorączkę pięcia się do arystokracji rodowej, pogardę ubóstwa, arogancję, cynizm, brak poczucia etyki, honoru, uczciwości i pasję odcięcia się od czerni żydowskiej, z której przyszli co dopiero, do której należeli jeszcze w części przez pokrewieństwa.

Bogatych mechesów otacza gromada tzw. „szabesgojów”.

Szabesgojami nazywa się powszechnie chrześcijan, którzy pracują zamiast Żydów wówczas, kiedy wyznawcom Zakonu Mojżeszowego nie wolno. Wiadomo, iż nie wolno im pracować w dniach świątecznych, szabasowych. Stąd przezwisko „szabesgoi”, odnoszące się pierwotnie tylko do różnego rodzaju posługaczów żydowskich, do subiektów handlowych, służących, pomywaczek, stróżów itd.

„Godność” tę rozszerzyły czasy nowsze na liczną dziś grupę „przyjaciół” żydowskich.

Pracuje np. ktoś w jakimś przedsiębiorstwie żydowskim, w jakiejś fabryce, w jakimś banku itd., jako dyrektor, inżynier, prokurent, kasjer. Wolałby służyć w instytucji chrześcijańskiej, wolałby pracować pomiędzy swoimi, ale nie mógł znaleźć posady i wziął na siebie bez przyjemności jarzmo Judy. Zależny od pracodawcy żydowskiego nie może on oczywiście okazywać swojego aryjskiego, chrześcijańskiego żydowstrętu, musi milczeć, naginać się do obcego otoczenia, musi być na zewnątrz filosemitą, asymilatorem, choćby w jego sercu kipiało rozlaną żółcią.

Takiemu szabesgojowi wolno przebaczyć jego służbę żydowską. Żonę ma, dzieci, ubogich krewnych. Chleba! – wołają na niego od rana do wieczora… Skąd go weźmie?… Większość tych szabesgojów porzuci niewątpliwie służbę żydowską, gdy rozwinięty w Polsce szeroko ruch ekonomiczny otworzy mnóstwo posad dla swoich.

Jakiś Żyd zbogacił się na handlu drzewem, zbożem, okowitą itp. Z większymi pieniędzmi przychodzą większe apetyty i ambicje.

Głównie żonom zbogaconych macherów robi się za ciasno w dotychczasowym otoczeniu. Zachciewa im się salonu i jego dekoracji, dobrze wychowanych i inteligentnych gości, a że w ich sferze brak tych żywych dekoracji, przeto trzeba sięgnąć po gojów. Dobry obiad, dobra kolacja z doskonałymi cygarami, winami i z partyjką przy zielonym stoliku, zwabią zawsze i wszędzie gromadę pieczeniarzy, smakoszów, żarłoków, zawodowych próżniaków, niebieskich ptaków, eleganckich golców, czyhających na jakąś pożyczkę.

Nowy typ „szabesgoja”… można ten typ dać bogatym Żydom w prezencie. Nic narodowi nie ubędzie, bo tego rodzaju elegancka hołotka znajduje się wszędzie, w różnych krajach. Pociechy z niej nie ma nigdzie.

Bogaty spekulant żydowski bogaci się jeszcze w dwójnasób, w trójnasób i więcej. Milion jeden i drugi już posiada. Więc za mało jego magnifice dotychczasowych, „lepszych” stosunków. Ma ona teraz wspaniałe apartamenty, karety, lokajów itd. Dla takiego dostatku potrzeba jej wyższego rzędu gości, panów i panie z tytułami, historycznymi nazwiskami i z „pozycją na świecie”.

Trudno było zbogaconym spekulantom zwabić do swoich paradnych domów ludzi z „pozycją”. Ale od czego spryt żydowski? Pani Klappermann, Seeliger, Kronengold itd. ma córkę bardzo „edukowaną”, bo mówi dobrze po francusku, po angilesku i flirtuje doskonale, lepiej, odważniej od panien polskich. W sam raz kąsek dla jakiegoś chudopachołka pańskiego, dla gołego księcia, hrabiego, karmazyna, który, nieuczywszy się niczego, nie umie i nie chce pracować. Takiego „arystokratę” chwyci się na złotą wędkę milionowego posagu, a on zrobi resztę swoimi rodzinnymi stosunkami – spekulują panie Klappermann, Seeliger, Kronengold, odtworzone doskonale w „Mechesach” Gawalewicza.

Trzeci typ „szabesgoja”… I ten typ można dać Żydom w prezencie. Bez zięciów żydowskich z wielkimi nazwiskami, którzy odziedziczyli po swoich znakomitych przodkach wszystkie ich wady, a ani jednej zalety – można się obyć, bo nie umieją służyć swojemu narodowi.

Zrazu boczą się koligaci zięciów żydowskich na nową familię, z czasem jednak wchodzi pewna ich część także do grupy „szabesgojów”. Ten i ów książę, hrabia, karmazyn, zwabiony wysokimi zyskami w „interesach” żydowskich albo złotodajną synekurą w jakiejś radzie nadzorczej, zapomina powoli o swoim żydowstręcie i albo staje się jawnym żydolubem, albo obojętnym dla swoich.

Ten gatunek szabesgojów, służąc spekulacjom bogatych Żydów swoim nazwiskiem, stanowiskiem towarzyskim i społecznym pociąga za sobą ludzi słabego charakteru, nieuświadomionych, nie zdających sobie sprawy z tego, co czynią – nie przyczynia się oczywiście do rozwoju dóbr ekonomicznych narodu. Swoją kieszeń napycha, a o milionach swoich ubogich współplemieńców nie pomyśli.

Najszkodliwszym gatunkiem „szabesgojów” – są publicyści i dziennikarze, służący talentem swoim, myślą, piórem wrogom narodowego przemysłu i handlu w chwili, kiedy się cały naród, otrzeźwiony po wielowiekowym odurzeniu, zwrócił przeciw nim. Bowiem głos ich, pióro ich zatacza szerokie kręgi, rozbrzmiewa daleko, dalej od głosu najbogatszych przemysłowców, bankierów i słomianych radców nadzorczych. Bowiem ten, kogo Pan Bóg obdarzył talentem lotnej myśli i słowa na to, aby służył swojemu narodowi uczciwie, rozumnie i szlachetnie, nie ma prawa sprzedawać swojego talentu, swojej duszy. A sprzedaje swój talent, swoją duszę za nędzne srebrniki. Sprzedawczykiem jest pisarz polski, patrzący obojętnie na ubóstwo swoich ziomków, popierający świadomie, rozmyślnie Żydów, dla których nasze coraz większe ubóstwo jest upragnioną podstawą ich mocy, siły i władzy.

„Szabesgoje” z piórem w ręku bawią się źle…«

Tak to wyglądało w XIX wieku, zwłaszcza w drugiej jego połowie. Mniej więcej w tym samym czasie wypychają Rosjanie do Królestwa tzw. Litwaków, czyli Żydów z ziem zaboru rosyjskiego. Powstanie styczniowe walnie przyczynia się do degradacji i pauperyzacji wielu szlacheckich rodzin. Po nim Żydzi stopniowo stają się polską inteligencją. II RP, przez nich zdominowana, już w zarodku była przeznaczona do likwidacji. Tak też się stało na początku II wojny światowej. Żaden prawdziwy polski rząd nie podjąłby walki ze znacznie silniejszym przeciwnikiem, mogącym uderzyć z trzech stron.

Wraz z końcem wojny przybyła do Polski razem z Armią Czerwoną kolejna partia Żydów. PRL był krajem całkowicie przez nich opanowanym. Zajmowali kluczowe stanowiska we wszystkich dziedzinach życia gospodarczego, politycznego, kulturalnego, naukowego, w prasie, radiu i telewizji. To oni zbudowali polski przemysł w takim kształcie, w jakim chcieli. Zrobili to rękami polskich robotników i inżynierów, ale to oni wytyczali cele i decydowali o tym jakie zakłady przemysłowe mają powstawać, a w co nie inwestować. I to oni decydowali u schyłku PRL-u o tym, że te wszystkie zakłady przemysłowe mają być zlikwidowane. Taki był ich cel i interes. Nie mieli najmniejszych skrupułów, by zniszczyć rodzącą się polską przedsiębiorczość. Polska miała być rynkiem zbytu towarów, którymi oni handlowali. Szybko stworzyli własne sieci handlowe, dzięki czemu wszelkie produkty wchodzące na teren Polski przechodzą przez ich ręce. I to oni decydują o tym, komu sprzedają i po jakiej cenie, a więc to oni decydują, kto ma zostać na rynku, a kto – nie.

PRL był państwem tymczasowym i III RP jest nim także. Gdyby w Polsce rządzili Polacy, to pierwszą rzeczą, jaką należałoby zrobić w PRL-u, to połączenie komunikacyjne, samochodowe i kolejowe, ziem trzech zaborów. A tak się nie stało. Do dziś nie ma normalnego połączenia kolejowego i samochodowego pomiędzy Krakowem i Lublinem oraz pomiędzy Podlasiem i Trójmiastem. Dwa największe miasta na wschodzie – Białystok i Lublin – nie mają połączenia kolejowego, a samochodowe jest z poprzedniej epoki. To były podstawowe rzeczy, jakie należało wykonać, a nie budować przemysł ciężki, stoczniowy i inne, które miały bardziej znaczenie ideologiczne niż praktyczne. Transport jest tym dla gospodarki, czym układ krwionośny dla człowieka. Skoro jednak nie scalono komunikacyjnie tych ziem, to znaczy, że nikomu na tym nie zależało i nadal nie zależy, bo pewnie plany są inne.

Wielu dziwi się, że podatki w Polsce są takie wysokie, że kwota wolna od podatku jest tak niska, jak w żadnym innym kraju, że prawo podatkowe jest zawiłe i niezrozumiałe dla podatnika, że urzędnik może je interpretować na różne sposoby, w zależności od tego, czyją sprawę rozpatruje. Wszystko jest tak ustawione, bo, jak pisał Jeske-Choiński 100 lat temu, dla Żydów nasze coraz większe ubóstwo jest upragnioną podstawą ich mocy, siły i władzy. I nic się od tamtego czasu nie zmieniło. To oni rządzą w Polsce i stanowią m.in. prawo podatkowe.

Roszczenia

W swoim Geopolitycznym Dzienniku Analitycznym dr Leszek Sykulski omawia reakcję Izraela i USA na przyjęcie przez Sejm nowelizacji Kodeksu Postępowania Administracyjnego. Ja zamieszczam poniżej obszerne fragmenty jego analizy, dla tych, którzy wolą czytać niż słuchać, oraz własne wnioski dotyczące tzw. roszczeń, dotyczących mienia bezspadkowego.

24 czerwca Sejm przyjął, bez głosów sprzeciwu, nowelizację Kodeksu Postępowania Administracyjnego (KPA). Zgodnie z tą nowelizacją po upływie 30 lat od decyzji administracyjnej niemożliwe będzie postępowanie w celu jej zakwestionowania. Zgodnie z polskimi przepisami ta nowelizacja trafi do Senatu. Ten akt prawny wywołał ogromne poruszenie w Izraelu i USA.

Ambasada Izraela wydała oświadczenie w tej sprawie. W nim m.in. czytamy:

Procedowana obecnie zmiana ustawy w rezultacie uniemożliwi zwrot mienia żydowskiego lub ubieganie się o rekompensatę za nie, ocalonym z Zagłady i ich potomkom oraz społeczności żydowskiej, dla których Polska przez stulecia była domem. To niepojęte. To niemoralne prawo poważnie uderzy w stosunki między naszymi państwami. Z uwagą podchodzimy do próby uniemożliwienia zwrotu prawowitym właścicielom mienia zagrabionego w Europie Żydom przez nazistów i ich kolaborantów. Polska wie, co jest właściwym krokiem w tej sprawie.

Na to oświadczenie szybko zareagowała dyplomacja amerykańska. 25 czerwca rzecznik resortu dyplomacji Stanów Zjednoczonych, Ned Price, wezwał Polskę do wstrzymania prac nad nowelizacją KPA. Na Twitterze napisał:

Wierzymy w znaczenie rozwiązania spraw restytucji z czasów Holocaustu, by zapewnić równość i sprawiedliwość dla wszystkich ofiar. Wczorajsza decyzja polskiego parlamentu była krokiem w złym kierunku. Wzywamy Polskę, by nie posuwała tej ustawy do przodu.

Sykulski twierdzi, że łączy się to z ustawą JUST z 12 grudnia 2017 roku i deklaracją terezińską z 2009 roku. Twierdzi, że ta deklaracja nie jest żadnym aktem prawnym, że pod nią nie złożono żadnych podpisów, że nie jest to akt prawa międzynarodowego. 16 lipca 1960 roku została zawarta umowa pomiędzy rządami Polski i Stanów Zjednoczonych. Rząd amerykański za 40 mln dolarów przyjął na siebie zobowiązania z roszczeń odszkodowawczych i zobowiązał się, że nie będzie wysuwał ani popierał żadnych dalszych roszczeń. W związku z tym popieranie przez czołowych polityków amerykańskich kwestii roszczeń o tzw. mienie bezspadkowe, takie jakie zaprezentował Mike Pompeo, sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych, który w lutym 2019 roku, podczas pobytu w Warszawie, domagał się od polskich władz „rozwiązania kwestii zwrotu mienia ofiar holocaustu” – jest absolutnie bezprawne.

Dalej zadaje pytanie – jak to się dzieje, że Polska, która była jedną z największych ofiar II wojny światowej, Polska, która przez setki lat stanowiła azyl dla społeczności żydowskiej, dla narodu żydowskiego, dla wyznawców judaizmu – jest dziś przez państwo Izrael, przez część społeczności żydowskiej traktowana jako kat? Jak to się dzieje, że tak kwitną relacje niemiecko-izraelskie, które właściwie od nawiązania relacji dyplomatycznych w 1965 roku rozwijają się właściwie doskonale? A przecież to Niemcy byli tym narodem, który wywołał największą traumę tego narodu i doprowadził do wymordowania milionów Żydów. W tym roku, w kwietniu 2021, pojawiła się informacja, że jest pomysł, by Niemcy i Izrael wspólnie zorganizowały igrzyska olimpijskie w 2036 roku, czyli w 100-lecie tej niechlubnej olimpiady, którą zorganizował Adolf Hitler, która była taką manifestacją potęgi III rzeszy, manifestacją nazizmu.

Następnie Sykulski stwierdza, że sam fakt, że doszło do takiej propozycji jest niebywały, bo w 2020 roku udokumentowano ponad 1000 przypadków o charakterze antysemickim na terenie Niemiec. Jest to wzrost o 13% w stosunku do roku 2019. Z kolei Polska, w której instytucje żydowskie, kulturalne, oświatowe, wyznaniowe funkcjonują bez żadnego problemu i liczba jakichkolwiek incydentów antysemickich jest praktycznie śladowa, jest traktowana jak kat, przeciwnik środowisk żydowskich. Natomiast Niemcy, w których systematycznie rośnie skala incydentów antysemickich, Niemcy są traktowane jako partner, z którym rozważana jest organizacja wspólnych igrzysk olimpijskich w 2036 roku.

Pytanie – dlaczego mamy do czynienia z taką sytuacją? Moim zdaniem tego typu wydarzenia, ingerujące w wewnętrzne sprawy polskie są wynikiem po prostu słabości państwa polskiego. Zarówno Izrael jak i środowiska żydowskie na całym świecie wykorzystują słabość państwa polskiego, słabość polskiej dyplomacji, polskich służb specjalnych, polskiego kontrwywiadu do korzyści, konkretnych korzyści, które są w stanie tutaj uzyskać. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Niemczech, gdzie służby specjalne są na nieporównanie wyższym poziomie niż w Polsce. To, że państwo polskie nie było w stanie od 1989 roku przyjąć doktryny bezpieczeństwa informacyjnego, to że państwo polskie nie dysponuje dzisiaj instrumentami kształtowania opinii publicznej na arenie międzynarodowej, takimi jak wielojęzyczny portal czy radio międzynarodowe, czy wreszcie anglojęzyczna telewizja nadająca 24 godziny na dobę 365 dni w roku, to że polski wywiad nie prowadzi operacji ofensywnych, jeśli chodzi o kształtowanie świadomości decydentów społeczeństw państw leżących w obszarze zainteresowania państwa polskiego, to jest przyczyna dzisiejszego stanu rzeczy, tego że Polska stanowi łatwy łup dla różnego rodzaju środowisk, lobbystów, którzy chcą wykorzystać tę słabość państwa polskiego do uzyskania konkretnych korzyści majątkowych.

Konkludując, Sykulski stwierdza, że potrzeba głębokiej restrukturyzacji polskiego wywiadu, kontrwywiadu, przyjęcia doktryny bezpieczeństwa informacyjnego i wprowadzenia konkretnych programów, które pozwolą Polsce oddziaływać na arenie międzynarodowej, a nie tylko we własnym gronie. Ta cała sprawa, związana z tzw. mieniem bezspadkowym, dobitnie pokazuje, że Polsce potrzeba nowego wywiadu, nowego kontrwywiadu, nowej polityki bezpieczeństwa informacyjnego, zdolności do realizowania celów za pomocą dyplomacji publicznej, a to wymaga głębokiej restrukturyzacji ministerstwa spraw zagranicznych i polskich służb specjalnych.

To tyle dr Leszek Sykulski. Ja, w odróżnieniu od niego, twierdzę, że polskie ministerstwo spraw zagranicznych, polski wywiad i kontrwywiad są bardzo dobre. Dobrze wywiązują się z powierzonych im zadań. Jeśli więc wygląda na to, że te instytucje są bezradne i nie występują w obronie polskich interesów, że siedzą tam dyplomatołki, jak niektórzy twierdzą, to tak jest z polskiego punktu widzenia, ale nie z żydowskiego. Te wszystkie służby i państwo polskie z całym swoim aparatem są w rekach żydowskich i służą do realizacji żydowskich celów. To jest Polin – nie Polska. I dlatego tak to wygląda. Tragizm sytuacji polega na tym, że nawet gdyby jakimś cudem udało się Polakom odzyskać państwo, to nie mieliby kim obsadzić wszystkich kluczowych i strategicznych stanowisk. Polacy stracili mnóstwo wartościowych ludzi w czasie II wojny światowej, ale też tracą ich nadal wskutek ciągłej emigracji.

W 1996 roku obradował w Buenos Aires Światowy Kongres Żydów. Wydał on oświadczenie, że „jeśli Polska nie spełni żydowskich roszczeń majątkowych, będzie upokarzana na arenie międzynarodowej”. A więc mija już ćwierć wieku i nadal nic w tej sprawie nie dzieje się. W 2009 roku pojawiła się tzw, deklaracja terezińska. W 2017 – ustawa JUST. I dalej nic. Teraz doczepili się do nowelizacji KPA. Kpina ze zdrowego rozsądku, bo jeśli decyzja administracyjna nie zostanie wydana, to żaden termin nie może upłynąć. Gdzież tu zagrożenie!

O co więc tak naprawdę chodzi Żydom? Dlaczego tak nie lubią Polaków? Żeby to zrozumieć trzeba poznać mentalność Żyda. Żeby poznać mentalność Żyda, to trzeba bliżej go poznać. Najlepiej to wychodzi, gdy wejdzie się z nim w spółkę. Ja miałem taką wątpliwą przyjemność bycia w takiej spółce. Na początku oczywiście nie wiedziałem, że mam do czynienia z Żydem. Dopiero, gdy pojawi się konflikt interesów, to wtedy wychodzi prawdziwa natura Żyda. Wtedy taki człowiek jest jego największym wrogiem. W stosunku do innych będzie nadal bardzo miły, a już najbardziej miły dla tych, którzy u niego pracują, którzy korzystają z jego usług lub u niego kupują.

Żyd jest cierpliwy. Potrafi czekać latami, osłabiając przy okazji finansowo tego, którego chce się pozbyć. Jeśli sam nie da rady, to poszuka pomocy u innych Żydów, a oni mu pomogą. Jak trzeba to będzie działał na niekorzyść firmy, której jest wspólnikiem, byle tylko zniechęcić partnera, tak by mu się wszystkiego odechciało. Można być uprzejmym wobec niego, przyjaźnie nastawionym, pomagać mu – to nie ma dla niego najmniejszego znaczenia, spływa po nim jak po kaczce. Jeśli uzna kogoś za swojego wroga, kogoś kto mu przeszkadza, to wszelkimi sposobami będzie dążył do zniszczenia kogoś takiego. Jego system wartości jest zupełnie inny. To, co dla nas jest niemoralne, nieetyczne, jest dla niego moralne i etyczne, jeśli nie dotyczy innych Żydów.

Dlaczego więc Żydzi tak nie lubią Polaków? Bo Polacy, w odróżnieniu od Niemców, przeszkadzają im. Oni uważają, że to jest ich kraj, ich i tylko ich. Polacy, jeśli już mają tu zostać, to mają być obywatelami trzeciej kategorii. Tylko kraj rządzony przez Żydów może lepiej traktować obcych niż swoich. A to widzimy w przypadku Ukraińców, którzy będą tu obywatelami drugiej kategorii.

Cała ta hucpa z roszczeniami nie jest po to, by cokolwiek odzyskać. Oni i tak są już tu właścicielami prawie wszystkiego. Mogą tu robić wszystko, co im się spodoba. Umożliwia im to ustawa o stosunku państwa polskiego do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczpospolitej Polskiej. O tym pisałem w blogu „Ustawa”. Te roszczenia są po to, by przedstawiać Polaków w świecie jako złodziei, którzy wykorzystali wojnę do wzbogacenia się poprzez grabież żydowskiego mienia, jako ludzi podłych, którzy wydawali Żydów nazistom, bo przecież nie Niemcom. Żydzi mówią tylko o nazistach i Polakach. Dlatego wcale nie chodzi im o odzyskiwanie czegokolwiek, tylko o to, by cały czas był pretekst do oczerniania Polaków. Robią to na wielu płaszczyznach. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że tzw. Polish jokes, to żydowski wymysł.

Żydzi są cierpliwi. Wiedzą, że ciągłe negatywne przedstawianie Polaków opinii światowej, zakoduje w niej negatywny ich obraz. A kiedy tak już się stanie, to likwidacja tego państwa nikogo nie wzruszy, bo z Polakami tylko kłopot.

Po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że Polskę znowu wpychają w koleiny Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdy dowiedziałem się, że Polska z Ukrainą będzie organizować EURO 2012. To był początek większego projektu, którego celem będzie odtworzenie Wielkiego Księstwa Litewskiego z przyległościami, czyli z Koroną. A te tzw. Ziemie Odzyskane wrócą do Niemiec. To nowe państwo będzie państwem żydowskim. Parę lat temu pojawiła się jakaś prognoza amerykańska na temat tego, jak będzie wyglądała Europa około 2100 roku. Wynikało z niej, że największym państwem będzie Polska, zajmująca wielki obszar we wschodniej i środkowej Europie. Przypadek? Może tak, a może – nie. Są pewne symptomy, które wskazują, że ten projekt jest powoli realizowany. Mieszkam na Podlasiu. W moim mieście, główne rondo zostało nazwane Rondem Unii Polsko-Litewskiej, a muzeum miejskie zostało przemianowane na Muzeum Obojga Narodów. W centrum miasta jest ustawiony drogowskaz, który pokazuje odległości do różnych miast, ale tylko na wschodzie. Drobiazgi? Od nich się zaczyna kodowanie umysłów.

Żydzi są cierpliwi, potrafią czekać latami, a nawet dłużej, na osiągnięcie celów, które sobie wyznaczyli. Dlatego też ich zachowanie może być dla nas niezrozumiałe. Jeszcze przed powstaniem styczniowym postanowili sobie, że zostaną polską inteligencją i ten cel osiągnęli już w PRL-u. A więc zajęło im to około 80-100 lat. Kto wie? Może ten scenariusz, który powyżej nakreśliłem, stanie się ciałem nie około 2100 roku, a może już za 40-50 lat.

7 grudnia

Jeden z profesorów Józefa Mackiewicza twierdził, że wszelka wiedza bierze się z porównań – i trudno się z nim nie zgodzić. Jeśli coś z czymś porównujemy, to widzimy, czy mamy do czynienia z podobnymi rzeczami czy zjawiskami, czy nie. Jeśli rzeczy czy zjawiska są podobne, to pewnie mają wspólne pochodzenie czy naturę, a jeśli nie, to tej wspólnej natury czy pochodzenia nie mają. Podobny zabieg można zastosować w przypadku wydarzeń politycznych. Podobieństwa sugerują, że ich sprawcami mogą być te same siły czy ośrodki władzy.

Wprawdzie do 7 grudnia jeszcze daleko, ale zachodzi duże podobieństwo pomiędzy tym, jak zachowywali się Rosjanie przed agresją niemiecką w dniu 22 czerwca 1941 roku, a tym Amerykanów przed japońskim atakiem na Pearl Harbor w dniu 7 grudnia 1941 roku. Pomyślałem więc sobie, że dobrze by było, by oba blogi znalazły się obok siebie, choćby dla porównania. Tak więc, ze względu na to podobieństwo, wypada zadać sobie pytanie: czy było ono przypadkowe? Bo jeśli nie było przypadkowe, to nasuwa się kolejne pytanie: czy o takim scenariuszu w obu przypadkach decydowały te same ośrodki decyzyjne? Podstawą do wnioskowania muszą być fakty, te prawdziwe, nie zafałszowane. Wydaje mi się, że wiele z nich zawartych jest w ciekawym artykule Co stało się w Pearl Harbor – wpadka Amerykanów czy celowa prowokacja? na portalu II wojna światowa. Z niego zaczerpnąłem poniższe cytaty. Całość tu: http://www.sww.w.szu.pl/index.php?id=artykuly_co_sie_stalo_w_pearl_harbor.

»Jak to możliwe, że wobec tylu sygnałów o spodziewanej agresji Japończyków Amerykanie nie byli gotowi do odparcia ataku na Pearl Harbor? Uderzenie japońskiego lotnictwa było dla marynarki Stanów Zjednoczonych zaskoczeniem. Katastrofa w postaci rozgromienia Floty Pacyfiku zaważyła na losach wojny na Pacyfiku, umożliwiając cesarstwu kontynuowanie szeroko zakrojonej ofensywy. Przez lata wokół Pearl Harbor narosło wiele mitów. Zwolennicy teorii spiskowych bronili nawet tezy o celowej prowokacji Amerykanów, którzy wykorzystali plany Japończyków do przełamania izolacjonistycznych tendencji w Kongresie i wciągnięcia USA do wojny. Ile w tym prawdy? Pewnie nie dowiemy się już nigdy. Warto jednak zwrócić uwagę na szereg zbiegów okoliczności, które w pewnym stopniu zbliżają nas do szalonej tezy.

Przez wieki japońskie cesarstwo było regionalną potęgą, kształtując niezwykle bogatą kulturę, historię, ale także militarne tradycje. Dość powiedzieć, że rządząca dynastia wywodziła się z arystokratycznej linii, której początki datuje się na siódme stulecie przed Chrystusem. Z biegiem lat Japończycy stworzyli zręby niezwykle silnej państwowości, opartej na hierarchicznym podporządkowaniu, autorytecie władz oraz etnicznej i religijnej homogeniczności. Zapoczątkowana w 1868 roku reforma Meiji umożliwiła Japonii dalszą transformację w duchu nowoczesności, politycznej, społecznej, militarnej i gospodarczej odnowy. Państwo szybko zaczęło nadrabiać dystans do bardziej rozwiniętych potęg zachodnich. Na początku XX wieku Japonia nie aspirowała już wyłącznie do roli azjatyckiego mocarstwa. W latach 1904-05 Japończycy stoczyli zwycięską wojnę z Rosją. Wydarzenie to było manifestem siły japońskiej floty i stanowiło moment zwrotny w historii kraju wysp. Po I wojnie światowej Japonia postanowiła rozpocząć mozolną ekspansję terytorialną, która miała umożliwić nie tylko poszerzenie władztwa, ale i zbudowanie fundamentu pod dalszy rozwój kraju. Decyzją Ligi Narodów niemieckie kolonie, nad którymi mandat sprawowała organizacja (w tym Karoliny, Mariany, Wyspy Marshalla) przeszły pod japońską jurysdykcję. Był to pierwszy tak wyraźny sygnał wzmocnienia siły, pozycji i roli Japonii w ówczesnym świecie. Zajęte własnymi problemami państwa europejskie nie dostrzegały początkowo zagrożenia ze strony rosnącego japońskiego ekspansjonizmu i imperializmu kształtowanego głównie przez militarne koła mające największy wpływ na otoczonego nimbem boskości cesarza. Czas pokazał, iż na jego decyzji silnie rzutowały kręgi wojskowych, sprowadzając go do roli marionetki.«

Źródło: Wikipedia.org

W tym artykule jest mowa o tym, że to Liga Narodów przyznała Japonii niemieckie kolonie. Według Wikipedii na mocy traktatu pokojowego Japonia otrzymała prawa poniemieckie w Szantungu (prowincja na wschodnim wybrzeżu Chin) oraz Wyspy Marshalla, Mariany i Karoliny. Te wyspy leżą w południowo-zachodniej części Pacyfiku na wschód od Filipin i na północ od Australii. Reszta wysp tego rejonu należy do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Nowej Zelandii i Australii. W pierwszej wojnie światowej Japonia walczyła po stronie aliantów.

»Po upadku Francji marionetkowy rząd Vichy podpisał z Japończykami porozumienie, na mocy którego północna część Indochin Francuskich przeszła pod kontrolę Japonii. W lipcu 1941 roku, korzystając ze sprzyjających okoliczności, Japończycy zajęli także południową część archipelagu (powinno być półwyspu – przyp. W.L.), co spotkało się z gwałtowną reakcją Waszyngtonu zaniepokojonego niekontrolowaną ekspansją mocarstwa. 26 lipca 1941 roku Amerykanie wprowadzili wspomniane wcześniej sankcje gospodarcze, sądząc, iż powstrzymają rozpędzoną Japonię. W tym czasie zatrzymanie ofensywy było prawdopodobnie niemożliwe. Rozbudzony japoński imperializm był ukierunkowany na kolejne podboje. Aby zażegnać spór, prezydent Roosevelt zdecydował się podjąć premiera Konoje. Po serii spotkań wysłanników obu mocarstw okazuje się, że wypracowanie porozumienia jest niemożliwe. W konsekwencji 15 października rozmowy zostały przerwane, a gabinet Konojego podał się do dymisji. Wydarzenie to w praktyce przesądziło o losach wojny na Pacyfiku. Skłonny do ugody Konoje ustąpił miejsca jednemu z głównych reprezentantów radykalnych kół wojskowych. 18 października tekę premiera przejął gen. Hideki Tojo. Już 5 listopada Tajna Rada Cesarska zatwierdziła plan dalszych operacji militarnych. Wizja zniszczenia floty amerykańskiej zaproponowana przez adm. Yamamoto miała się ziścić. W tym samym czasie kontynuowano rokowania z Amerykanami, które były obliczone na zyskanie czasu dla przeprowadzenia kluczowej ofensywy.«

Skoro rząd Vichy był marionetkowy, to zapewne sam nie podjął takiej inicjatywy i ta japońska ekspansja nie była niekontrolowana. Wprost przeciwnie! Już po pierwszej wojnie światowej zaczęto świadomie wzmacniać Japonię, przyznając jej poniemieckie tereny w Chinach i poniemieckie wyspy na południowo-zachodnim Pacyfiku. Z kolei Stany Zjednoczone w maju 1940 roku podjęły decyzję o przebazowaniu głównych sił floty do Pearl Harbor.

»26 listopada z zatoki Tankan wypłynęły 32 okręty. Kierowały się do zatoki Kurylskiej, aby tam, niedostrzeżone przez Amerykanów, móc w spokoju przygotować się do ataku. Celem miała być główna baza morska amerykańskiej floty na Hawajach rozmieszczona w rejonie Pearl Harbor. Dowódcą zespołu uderzeniowego został wiceadmirał Chuichi Nagumo. 3 grudnia Roosevelt otrzymał rozszyfrowane polecenie japońskie, dotyczące zniszczenia ksiąg szyfrów, co niewątpliwie oznaczało zbliżający się początek wojny. Tego samego dnia admirał Yamamoto wydał wyrok na Pearl Harbor. Jego rozkaz w oryginale brzmiał: “Niitaka yama nobore”. Oznaczało to – zaatakować 7 grudnia o godz. 8.00 czasu lokalnego (13:00 w Waszyngtonie). 6 grudnia do ambasadora japońskiego w Waszyngtonie dotarła długa nota. 13 części Amerykanie zdążyli odszyfrować, natomiast 14 nie była jeszcze gotowa. Jeden z pracujących przy dekodowaniu wiadomości tłumaczy Alwin Kramer w desperacki sposób zabiegał o audiencję u prezydenta Rooseveltowi, by przekazać mu treść przechwyconych depesz. Gdy ostatecznie dotarł do prezydenta, ten spędził nad dokumentami kilka minut i krótko orzekł: “To oznacza wojnę!”. Na spotkaniu był również obecny doradca Roosevelta Harry Hopkins. Skoro Amerykanie wiedzieli o spodziewanym ataku z wyprzedzeniem, dlaczego nie zareagowali tak, jak powinni? 14 część noty została odczytana dopiero 7 grudnia 1941 roku, co w oczywisty sposób opóźniło decyzje i ewentualne przygotowania do obrony. Zastanawiające jest jednak, dlaczego nie poinformowano wszystkich amerykańskich jednostek o możliwości japońskiego uderzenia. Czy obawiano się, że taka depesza w przypadku przechwycenia przez wroga będzie sygnałem o złamaniu japońskiego kodu? W ostatniej części dokumentu Japończycy podawali również godzinę 13:00, co mogło wskazywać na 13:00 w Waszyngtonie, a więc 8:00 na Hawajach. Generał George Marshall wydał wówczas ostrzegawczą depeszę do wszystkich baz marynarki. Jego informacja przebyła jednak nieprawdopodobną drogę i nie dotarła na czas tam, gdzie była najbardziej potrzebna.

O świcie 7 grudnia gen. Marshall dosiadł swego konia o imieniu King Story i wyjechał na krótką przejażdżkę. Chciał odpocząć po niezwykłe wyczerpującej nocy. Amerykanie wiedzieli już, że wojna z Japonią jest nieunikniona. Równocześnie w Waszyngtonie szef sekcji dalekowschodniej amerykańskiego wywiadu płk Rufus Bratton wciąż głowił się nad depeszą japońską. Brattona szczególnie zainteresowała godzina 13:00, która mogła oznaczać godzinę ataku. Doświadczony oficer słusznie założył, że któreś z amerykańskich obiektów na Pacyfiku zostaną prawdopodobnie zaatakowane. Postanowił poinformować o tym fakcie przełożonych. Próbował bezskutecznie dodzwonić się do Marshalla. Ten wrócił dopiero o 10:15. Gdy zobaczył wiadomość, zadzwonił do pułkownika. Bratton nawet nie krył zdenerwowania, ale przez telefon nie chciał rozmawiać o swoim odkryciu. Oznajmił, że ma ważny dokument, którego znaczenia się domyśla. Marshall ruszył do swojej kwatery, tyle że dotarcie zajęło mu ponad godzinę. Dlaczego tak zwlekano ze sprawą, której powinno się nadać najwyższy priorytet? Czy Marshall źle zinterpretował słowa Brattona? Czy już wówczas popełniono karygodne błędy? A może Amerykanie nie chcieli w porę ostrzec swoich baz marynarki? To ostatnie rozwiązanie, któremu bliżej do teorii spiskowej, wydaje się szczególnie szokujące. Na podstawie raportu Brattona Marshall napisał ostrzeżenie do wszystkich jednostek – końcówka brzmiała mniej więcej tak: “Nie wiemy dokładnie, jakie znaczenie ma ta godzina, ale bądźcie w pogotowiu”. Depeszę rozsyłał Bratton. I w tym wypadku trudno mówić o logice postępowania doświadczonych oficerów. Najpierw ostrzeżenie przebyło bardzo dziwną drogę; zamiast normalnego połączenia wybrano okrężne, przez Waszyngton (Centrum Sygnałowe)-> Waszyngton (Western Union)-> San Francisco-> Hawaje-> Pearl Harbor. O 7:30 kurier Tadao Fuchikami stawił się w pracy na Hawajach i zaczął rozwozić telegramy. Żaden nie był oznaczony jako ważny. Jak to możliwe? Podobno ze względu na kiepskie warunki atmosferyczne wiadomość przesłano jako zwykły telegram. Kiedy ten dotarł w końcu do porucznika Waltera C. Shorta z obrony wybrzeża Hawajów, Pearl Harbor już płonęło…

Wydawać się może, iż niemal cały sztab amerykański z wyprzedzeniem wiedział, że atak nastąpi, a ostrzeżenie mimo tego nie dotarło tam, gdzie było najbardziej potrzebne. Jakim cudem Amerykanie zachowali się aż tak nieodpowiedzialnie? Wspominana już kilkukrotnie teoria o celowym doprowadzeniu do zniszczenia Pearl Harbor nie ma oparcia w twardych faktach, ale szereg przesłanek wskazuje, iż sprawa może mieć drugie dno. Najbardziej ekstremalne teorie mówią o bezpośrednim zaangażowaniu prezydenta Roosevelta. Dlaczego miałby to robić? Być może chciał wstrząsnąć społeczeństwem, zdetronizować opozycję o izolacjonistycznych poglądach i wreszcie wprowadzić Stany Zjednoczone do wojny, co przecież musiał brać pod uwagę, decydując się na wsparcie koalicji aliantów. Najpierw Lend Lease Act, Karta Atlantycka i na koniec Pearl Harbor i śmierć 3500 żołnierzy – chłopców z Ameryki… Ledwie 24 godziny po druzgocącym ataku Kongres uchwalił wypowiedzenie wojny Japończykom, przeciwny był tylko jeden senator. Hipoteza ta wydaje się być niewiarygodna, jednak w świetle dokumentów potwierdzających, iż Amerykanie zdawali sobie sprawę z planów japońskich, trudno wszystko tłumaczyć wyłącznie rażącym błędem administracji.«

Na początku okresu Edo (1600-1868) Japończycy prowadzili handel z państwami Azji oraz Europejczykami przebywającymi w Japonii (Portugalczycy, Hiszpanie, od 1609 roku Holendrzy, od 1613 Anglicy). Po jakimś czasie Japończycy stracili zaufanie do Europejczyków i nastąpił okres izolacji. Na przełomie XVIII i XIX wieku ponownie wzrosło ich zainteresowanie Japonią. Byli to głównie Rosjanie, Brytyjczycy i Amerykanie. W 1854 roku na skutek działań komandora M.C. Perry’ego, dowódcy eskadry amerykańskich okrętów, Japonia zaczęła otwierać swoje granice. Podpisała traktat o przyjaźni z USA (m.in. otworzyła porty), następnie z Wielką Brytanią, Rosją (1855), Holandią (1856), W 1858 zawarła traktaty handlowe z USA (m.in. prawo eksterytorialności), Wielką Brytanią, Rosją, Holandią, Francją, Portugalią (1860), Prusami (1861).

Tak to opisuje Wikipedia. Nie precyzuje jednak, jakie to były działania komandora Perry’ego. Długo pertraktował on z Japończykami, ale ci byli nieustępliwi. Dopiero gdy użył decydującego argumentu, którym były armaty, poddali się. Kilka salw w ich kierunku uzmysłowiło im, że przeciwnik jest nie do pokonania. Oni ich nie mieli. Ten ostateczny, decydujący argument, to ultima ratio regum – ostateczny argument królów. Ten łaciński napis umieszczany był z rozkazu Ludwika XIV i Fryderyka II Pruskiego na działach z brązu.

Skoro komandor Perry użył tego ostatecznego argumentu, to chyba nie tylko po to, by przekonać Japończyków do swoich racji, ale również po to, by ich podporządkować Ameryce. Ta zależność nie zniknęła i zapewne trwa do dziś. Była więc również w okresie II wojny światowej. Czy zatem Amerykanie wydali Japończykom rozkaz ataku na Pearl Harbor? Nie wiem i nigdy się nie dowiem, ale wcale nie zdziwiłbym się, gdyby tak było.

Wikipedia pisze, że pomimo zadania amerykańskiej flocie ciężkich strat, japońskie dowództwo nie osiągnęło swoich głównych celów ataku, którymi było przede wszystkim zniszczenie amerykańskich lotniskowców oraz uniemożliwienie Stanom Zjednoczonym przeciwdziałania japońskiej ofensywie na obszarze Azji południowo-wschodniej przez okres co najmniej sześciu miesięcy. Rozpoczęło ono jednak amerykańskie działania zmierzające do zapewnienia Stanom Zjednoczonym, obiecanego przez prezydenta Roosevelta, „absolutnego zwycięstwa” oraz w konsekwencji utratę przez Japonię większości zdobyczy terytorialnych na terenie Azji oraz obszarze Pacyfiku.

W wyniku ataku zginęło 2335 amerykańskich żołnierzy i marynarzy oraz 68 cywilów. Amerykanie stracili pięć pancerników, z których trzy udało się wyremontować i nadal wykorzystywać. Ponadto stracili 2 niszczyciele i jeden stary pancernik, służący jak okręt pomocniczy. Dwa główne cele Japończyków, czyli lotniskowce USS Lexington i USS Enterprise wypłynęły wcześniej w morze. Pierwszy wypłynął z portu 5 grudnia z zadaniem dostarczenia grupy samolotów na wyspę Midway, a drugi – 28 listopada z podobnym zadaniem dostarczenia grupy samolotów na wyspę Wake.

Podczas ataku infrastruktura bazy w Pearl Harbor odniosła tylko nieznaczne szkody. Japończycy nie zniszczyli również ogromnych i łatwo widocznych zbiorników z olejem napędowym, niezbędnych do dalszych działań floty (zgromadzonych było 4,5 mln baryłek ropy). Stało się tak dlatego, iż atak na infrastrukturę i zapasy paliwa miał być przeprowadzony w III fazie ataku. Do tego jednak nie doszło, gdyż ostrożny admirał Nagumo stwierdził, że główny cel – neutralizacja amerykańskiej Floty Pacyfiku – został osiągnięty. Okazało się to potem fatalnym błędem, bo efekty III fazy ataku mogłyby wyłączyć z użycia port w Pearl Harbor na bardzo długi czas. Baza odegrała kluczową rolę w walkach na Pacyfiku, korzystając z doskonałego położenia, stosunkowo bliskiego do rejonów, gdzie odbywały się walki. Po ataku pierwszego dnia wojny Japończycy nie podjęli już jakichkolwiek prób ponownego ataku na bazę, choć kilkakrotnie ich samoloty próbowały wykonać nad nią loty rozpoznawcze.

Tak to wszystko opisuje Wikipedia. Jeśli więc prawdą jest, to co powyżej, to już naprawdę nie ma wątpliwości, że to była parodia ataku i wszystko odbyło się zgodnie z planem. Bo trudno w to uwierzyć, że japońscy agenci, a takich zapewne Japończycy mieli, że oni nie wiedzieli, że w porcie nie ma lotniskowców. Trudno też uwierzyć w to, że Japończycy byli kretynami i zniszczyli tylko parę zdezelowanych okrętów, a infrastrukturę portu i łatwo widoczne zbiorniki z olejem napędowym zostawili. To przecież zdolny naród.

Po ataku amerykański prezydent wygłosił 8 grudnia orędzie do narodu, w którym zwrócił się do Kongresu, aby ogłosił on stan wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Japonią. Co też Kongres uczynił jeszcze tego samego dnia. W odpowiedzi, 11 grudnia sojusznicy Japonii, III Rzesza i Królestwo Włoch, wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym. Tego samego dnia stan wojny z tymi oboma krajami ogłosił Kongres USA. Jednak trzeba było czekać aż do 6 czerwca 1944 roku aż Amerykanie zdecydują się na interwencję w Europie.

Przystąpienie Ameryki do wojny to była prawdziwa tragedia dla ludzkości. Pod jej koniec rozpoczęło się bezsensowne dobijanie pokonanych. Najpierw nalot dywanowy na Drezno w lutym 1945 roku. W marcu – na Tokio, w którym zginęło więcej ludzi niż w Dreźnie, a miasto zostało zrównane z ziemią. W obu wypadkach sprawcami byli Amerykanie i Anglicy. Później było jeszcze gorzej. Hiroszima – 6 sierpnia i Nagasaki – 9 sierpnia 1945 roku.

Hitler bronił się do końca, ale to było szaleństwo. On chciał zniszczyć wszystko. Podobna sytuacja była w przypadku japońskich decydentów. Do końca nie chcieli zgodzić się na bezwarunkową kapitulację. Dopiero zrzucenie bomb ich przekonało. Czy oni, tak jak Hitler, chcieli wszystko zniszczyć? Czy może chcieli dostarczyć Amerykanom pretekstu do wykonania pewnego doświadczenia? Hitlera stworzyli Żydzi. Czy japońskie elity również były od nich zależne? Bo zależność od Ameryki, to pośrednia zależność od Żydów.

Jak widać elity rządzące wielu krajów nie miały skrupułów, by szafować życiem milionów swoich obywateli podczas tych sztucznie wywoływanych wojen. Czasem nawet nie siliły się na szukanie jakiegoś powodu do wywołania kolejnej wojny. Tak było 22 czerwca i 7 grudnia 1941 roku. W końcu doszli chyba do wniosku, że stosowali zbyt drastyczne sposoby zabijania ludzi. Teraz wykorzystują bardziej wyrafinowane metody ich uśmiercania. Szczepionka to taka bomba zegarowa z opóźnionym zapłonem. Czasem zapłon nie zadziała z opóźnieniem tylko od razu. No ale przecież jest to eksperyment. Taki sam jak zrzucenie bomby atomowej na bezbronną ludność, ale nie tak drastyczny i nie na oczach wszystkich. A skutek będzie podobny, a nawet lepszy, za jakiś czas.