11 lipca

Rzeź wołyńska, to, jak pisze Wikipedia, ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich przy aktywnym, częstym wsparciu miejscowej ludności ukraińskiej wobec mniejszości polskiej byłego województwa wołyńskiego II RP (w czasie wojny należącego do Komisariatu Rzeszy Ukraina), podczas okupacji terenów II Rzeczypospolitej przez III Rzeszę, w okresie od lutego 1943 do lutego 1945.

Ofiarami mordów, których kulminacja nastąpiła w lecie 1943, byli Polacy, w dużo mniejszej skali Rosjanie, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Czesi i przedstawiciele innych narodowości zamieszkujących Wołyń. Nie jest znana dokładna liczba ofiar, historycy szacują, że zginęło około 50-60 tys. Polaków i w odwecie 2-3 tysiące Ukraińców. Analogiczne ludobójstwo zostało przeprowadzone przez oddziały UPA na terenie Małopolski Wschodniej w pierwszej połowie 1944 roku.

O świcie (godzina 3 nad ranem) 11 lipca 1943 roku oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim pod hasłem Śmierć Lachom. Po otoczeniu wsi, by uniemożliwić mieszkańcom ucieczkę, dochodziło do rzezi i zniszczeń. Ludność polska ginęła od kul, siekier, wideł, kos, pił, noży, młotków i innych narzędzi zbrodni. Polskie wsie po wymordowaniu ludności były palone, by uniemożliwić ponowne osiedlenie się. Była to akcja dobrze przygotowana i zaplanowana. Na przykład akcję w pow. włodzimierskim poprzedziła koncentracja oddziałów UPA w lasach zawidowskich (na zachód od Porycka), w rejonie Marysin Dolinka, Lachów oraz w rejonie Zdżary, Litowież, Grzybowica. Na cztery dni przed rozpoczęciem akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków. Rzeź rozpoczęła się o godz. 3 rano 11 lipca 1943 roku od polskiej wsi Gurów, obejmując swoim zasięgiem Gurów Wielki, Gurów Mały, Wygrankę, Żdżary, Zabłoćce-Sądową, Nowiny, Zagaje, Poryck, Oleń, Orzeszyn, Romanówkę, Lachów, Swojczów, Gucin i inne. We wsi Gurów na 480 Polaków ocalało tylko 70 osób; w kolonii Orzeszyn na ogólną liczbę 340 mieszkańców zginęło 270 Polaków; we wsi Sądowa spośród 600 Polaków tylko 20 udało się ujść z życiem, w kolonii Zagaje na 350 Polaków uratowało się tylko kilkunastu.

Zabójstw dokonywano z wielkim okrucieństwem. Wsie i osady polskie ograbiono i spalono. Po dokonanych masakrach do wsi na furmankach wjeżdżali chłopi z sąsiednich wsi ukraińskich, zabierając całe mienie pozostałe po zamordowanych Polakach. Główna akcja trwała do 16 lipca 1943. W całym zaś lipcu 1943 celem napadów stało się co najmniej 530 polskich wsi i osad. Wymordowano wówczas siedemnaście tysięcy Polaków, co stanowiło kulminację czystki etnicznej na Wołyniu.

To są podstawowe fakty na temat rzezi wołyńskiej i tzw. krwawej niedzieli 11 lipca 1943roku. Była to, jak pisze Wikipedia, akcja zorganizowana i wcześniej zaplanowana. Wszystko to działo się na terenach okupowanych przez Niemców. Trudno sobie wyobrazić, by mogło to się dziać bez ich wiedzy i aprobaty. Również polityka sanacyjna wobec mniejszości ukraińskiej sprawiała wrażenie, jakby celowo dążono do tego, by tej ludności dostarczyć pretekstu do zemsty. Trudno to wszystko zrozumieć. Nie ma rady, trzeba zacząć od początku.

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) – ukraińska nacjonalistyczna organizacja polityczno-wojskowa została założona w 1929 roku w Wiedniu. Kierowała się ona ideologią ukraińskiego nacjonalizmu, dążąc do zbudowania na ziemiach uznawanych przez nią za ukraińskie nieodległego państwa o ustroju zbliżonym do faszyzmu. W praktyce działała konspiracyjnie, głównie w II Rzeczypospolitej, prowadząc działalność terrorystyczną, dywersyjną, szkoleniową i propagandowo-oświatową. W 1940 roku doszło do rozłamu OUN na dwie frakcje, następnie organizacje: OUN-B (banderowców pod przywództwem Stepana Bandery) oraz OUN-M (melnykowców pod przywództwem Andrija Melnyka).

OUN powstała na I Kongresie OUN w dniach 27 stycznia – 3 lutego 1929 roku w Wiedniu, w wyniku połączenia trzech emigracyjnych organizacji:

  • Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO)
  • Związku Ukraińskiej Młodzieży Nacjonalistycznej (SUNM)
  • Legii Ukraińskich Nacjonalistów (LUN)

Ukraińska Organizacja Wojskowa (UWO) – była nielegalną, terrorystyczną organizacją ukraińską w II RP, działającą w latach 1920-1933. Powstała 31 sierpnia 1920 roku w Pradze. Nazwa jej nawiązywała do Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), tajnej organizacji z lat 1914-1921. Członkowie UWO odwoływali się do polskich doświadczeń z walk o niepodległość. W 1925 roku kwatera główna UWO została przeniesiona do Berlina. UWO korzystała z materialnego wsparcia Czechosłowacji, zwłaszcza prezydenta Tomasa Masaryka i ludzi z jego otoczenia. Natomiast Legia Ukraińskich Nacjonalistów to ukraińska emigracyjna organizacja, utworzona w Czechosłowacji w 1925 roku. Tworzyli ją głównie emigranci z Naddnieprza. Związek Ukraińskiej Młodzieży Nacjonalistycznej powstał w 1926 roku. Miał on na celu ideologiczne szkolenie młodzieży.

Najwyższą władzą OUN był Wielki Kongres. Na nim delegaci wybierali zarząd – Prowid OUN jako organ wykonawczy oraz ustalali kierunek polityczny i taktykę organizacji. W okresie między kongresami najwyższą władzę w organizacji piastował Główny Prowid OUN, na czele którego stał przewodniczący zarządu (prowidnyk). Główny Prowid kierował pracą organizacji.

Całe terytorium Ukrainy zostało podzielone na „kraje”, które były najwyższymi jednostkami administracyjnymi w strukturze terytorialnej OUN. Tereny II RP podlegały Krajowi II (Małopolska Wschodnia) i III (Wołyń, Południowe Polesie, Chełmszczyzna, Podlasie Lubelskie). Na czele poszczególnych „krajów” stały Krajowe Kierownictwa OUN, które podlegały bezpośrednio Głównemu Prowodowi.

Członków OUN dzielono według stopnia wtajemniczenia. Kandydat do OUN musiał najpierw odbyć szereg szkoleń ideologicznych i 6-miesięczny staż, podczas którego poddawano go licznym próbom. Po ukończeniu i zaaprobowaniu jego kandydatury przez 2/3 członków koła, mógł zostać szeregowym i nosić odznakę – tryzub.

Członków dzielono na trzy kategorie wiekowe:

  • pionierów (8-15 lat
  • junaków (15-21)
  • pełnoprawnych członków (powyżej 21 lat)

Celem OUN była walka z Polską, Rumunią i ZSRR w celu utworzenia niepodległej Ukrainy, od Donu aż po Małopolskę, poprzez m.in. oderwanie od państwa polskiego województw lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego.

OUN była od początku w II RP organizacją nielegalną i opowiadała się przeciwko polityce ugody polsko-ukraińskiej, reprezentowanej ze strony ukraińskiej przez UNDO (Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne) – ukraińską partię legalnie działającą w Polsce, ze strony polskiej – przez wpływową część obozu piłsudczyków.

OUN realizując politykę przeciwną zbliżeniu polsko-ukraińskiemu na przełomie lat 1929/1930 wystąpiła z hasłem: Na słowne argumenty żaden Polak nie będzie wrażliwy, na terror wszyscy. Było to preludium do szeroko zakrojonych zamachów na polskie obiekty administracyjne, tory kolejowe, mosty, urzędy pocztowe, słupy telegraficzne. Celem głównym było wygnanie Lachów za San oraz zniszczenie pojawiających się postaw ugodowych społeczności ukraińskiej wobec państwa polskiego i pokazania żywotności ukraińskiej organizacji. OUN organizowała lub przyjęła odpowiedzialność za akty terroru indywidualnego przeciw wysokim urzędnikom Rzeczypospolitej – m.in. zamachy przeciwko Tadeuszowi Hołówce (1931) i Bronisławowi Pierackiemu (1934), a także akty przemocy przeciw instytucjom państwa polskiego.

Polityka ugody prowadzona w Małopolsce Wschodniej przez UNDO i obóz piłsudczyków załamała się w 1938 roku wobec zbliżenia rządzącej części obozu sanacyjnego (Edward Rydz-Śmigły, Adam Koc) do haseł nacjonalistycznych środowisk obozu endecji w Polsce. Jednocześnie Henryk Józewski, wojewoda wołyński (1928-1929 i 1930-1938), zwolennik budowy niepodległej Ukrainy w oparciu o Wołyń, zostaje zwolniony. Natomiast Wojsko Polskie przeprowadziło akcję tzw. drugiej pacyfikacji, połączonej z masowym burzeniem cerkwi na terenach etnicznie mieszanych. Istotną rolę odegrał tu gen. Gustaw Paszkiewicz. Przeprowadzenie tej operacji uzasadniano potrzebą konsolidacji narodowej w obliczu zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej. W konsekwencji doprowadziło to do dalszej eskalacji konfliktu narodowościowego na terenach etnicznie mieszanych.

Wyburzanie cerkwi na Chełmszczyźnie miało miejsce od maja do lipca 1938, rozbiórki dokonywali wynajmowani robotnicy, więźniowie, saperzy lub strażacy. Głównodowodzącym akcji był gen. Brunon Olbrycht (zastąpiony 21 maja przez płk. Mariana Turkowskiego), zaś nowym wojewodą lubelskim został jawny zwolennik polonizacji major Jerzy de Tramecourt. Olbrycht 20 stycznia 1938 przedstawił szczegółowe wytyczne w sprawie prowadzenia akcji: na szczeblu powiatowym mieli być powołani kierownicy-oficerowie pochodzący z lokalnych jednostek wojskowych, stojący na czele zespołów terenowych. Olbrycht podkreślał również wagę oprawy ideowej całego przedsięwzięcia, konsekwentnego podkreślania ważności działań polonizacyjnych. Szczególną rolę wyznaczał Towarzystwu Rozwoju Ziem Wschodnich, którego nowe placówki nakazał powoływać w każdym powiecie, gdzie powstał zespół terenowy. W kwietniu tego samego roku Olbrycht przedstawił również postulat nasycenia terenu księżmi rzymskokatolickimi.

Nagminnie dochodziło do przypadków niszczenia i profanowania przedmiotów kultu religijnego, nie podejmowano bowiem prób porozumienia z prawosławnymi w sprawie przejęcia wyposażenia niszczonych cerkwi. Miało miejsce również kilka przypadków zdewastowania prawosławnego cmentarza lub zniszczenia parafialnej biblioteki. W większości przypadków miejscowa ludność, zastraszona, nie podejmowała prób oporu, jedynie obserwowała rozbiórkę, nawet jeśli prawosławni spodziewali się zagrożenia swojej cerkwi. Jedynie w kilku wypadkach doszło do pobicia obserwujących wiernych przez policję lub do bójki między prawosławnymi a prowadzącymi prace, które jednak trafiwszy do sądu, kończyły się przegraną chłopów. Przełomem był wyrok w sprawie 30 chłopów broniących cerkwi Narodzenia Matki Bożej we wsi Chmielek, którzy zostali uniewinnieni przez sędziego Stanisława Markowskiego w sądzie w Zamościu. Od tego momentu śledztwa w sprawie prawosławnych broniących swoich cerkwi były umarzane.

W czasie akcji 1938 burzenie cerkwi odbywało się bez wyraźnych kryteriów, obok świątyń zamkniętych i nieużytkowanych niszczono obiekty będące miejscem żywego kultu lub celem pielgrzymek. Poseł Stepan Baran, interpelując w Sejmie 21 lipca 1938, wymieniał przypadki rozbierania czynnych klasztorów oraz miejsc, gdzie od stuleci funkcjonował kult cudownych ikon. Tylko pięć rozebranych cerkwi było siedzibami parafii, do których uczęszczało mniej niż 1000 wiernych. Władze doprowadziły również do zamknięcia szeregu placówek nieetatowych.

Akcja niszczenia cerkwi, w odróżnieniu od poprzedniej fali rewindykacji prawosławnych obiektów sakralnych, została doprowadzona do końca wbrew oporowi wiernych i duchowieństwa. Sprawozdanie wojewody lubelskiego z 16 lipca wskazuje, iż w tym momencie władze uznały po prostu, że liczba wyburzonych cerkwi jest już wystarczająca i zaczęły wyciszać nastroje z nią związane. Ten sam dokument podaje, że w toku działań zniszczonych zostało 91 cerkwi, 26 domów modlitewnych oraz 10 kaplic, zaś jedna cerkiew w Szczebrzeszynie została pozostawiona w stanie zupełnej ruiny. Ponadto cztery cerkwie zostały zaadaptowane na kościoły rzymskokatolickie, cztery – na kostnice, a jedna, opanowana przez wiernych, których nie udało się z niej usunąć, miała zostać w późniejszym czasie oddana katolikom obrządku łacińskiego.

Kościołowi prawosławnemu pozostawiono praktycznie jedynie niezbędne do przetrwania minimum świątyń, niszcząc w 20 przypadkach nawet cerkwie wzniesione po 1918. Przy niszczeniu unicestwionych zostało wiele zabytków kultury; najstarsza zrujnowana cerkiew w Szczebrzeszynie pochodziła z XVI w. W związku z uniemożliwieniem tysiącom wiernych uczestnictwa w nabożeństwach prawosławnych, część z nich, wbrew woli, musiała formalnie przyjąć katolicyzm lub zacząć uczestniczyć w obrzędach odprawianych w kościołach rzymskokatolickich. Kościół prawosławny stracił w 1938 1/3 wszystkich swoich świątyń.

W grudniu 1937 na Wołyniu, wbrew opinii wojewody Henryka Józewskiego, rozpoczęto akcję przymusowych konwersji lokalnych społeczności na rzymski katolicyzm, co uzasadniano potrzebą powrotu do polskości osób zruszczonych w epoce zaborów. Pierwszą miejscowością, w której przeprowadzono akcję, były Hrynki, gdzie oddział Korpusu Ochrony Pogranicza, po znieważeniu przez mieszkańców wsi portretów dostojników państwowych, odebrał dokumenty 40 chłopom, zabronił mieszkańcom opuszczania Hrynek po zachodzie słońca i otoczył wieś. Rezultatem końcowym tych działań było przejście z prawosławia na katolicyzm 572 chłopów. Podobnymi metodami „nawrócono” na Wołyniu do 1939 10 tys. osób. Rząd konsekwentnie twierdził, że wszyscy konwertyci dobrowolnie zmienili religię, środowiska ukraińskie i prawosławne utrzymywały natomiast, że większość przechodzących na katolicyzm czyniła to pod wpływem szantażu i przymusu, lub też za sprawą zatargów z lokalnym klerem prawosławnym. Obecnie wiadomo, że KOP, główny wykonawca akcji nawracania, stosował głównie obietnice nadania chłopom ziemi po przejściu na katolicyzm, przekonywał, że ich przodkowie należeli do katolickiej szlachty zagrodowej, stosował również aresztowania i zastraszanie prawosławnych.

W akcji nawracania na katolicyzm uczestniczyło czynnie duchowieństwo rzymskokatolickie, bezpośrednio promujące swoją religię wśród ludności oraz systematycznie rozszerzające sieć parafialną, by osoby formalnie nawrócone nie wróciły de facto do prawosławia, nie mogąc uczęszczać do kościołów rzymskokatolickich. Niektóre parafie były przy tym zakładane na terenach, gdzie żyły tylko niewielkie grupy katolików, lub nawet nie było żadnych wiernych, zwłaszcza na terenach niezurbanizowanych.

Konsekwencją zmiany polityki polskiej na Wołyniu, na prowadzoną z pozycji siły, było rozszerzenie wpływów OUN (do tej pory działającej przede wszystkim w Małopolsce Wschodniej) na Wołyń i radykalizacja nastrojów społeczeństwa ukraińskiego na Wołyniu, a także dyskredytacja polityki ugodowej prowadzonej przez reprezentowane w Sejmie RP ukraińskie ugrupowania polityczne. Miało to znaczące konsekwencje, gdy aparatu państwa polskiego na tym obszarze miało po wrześniu 1939 zabraknąć.

Ideologię OUN można wiązać z dwoma publikacjami: Nacjonalizmem (1926) Dmytro Doncowa – radykalnego nacjonalistycznego publicysty ukraińskiego, m.in. tłumacza dzieł Mussoliniego i Hitlera na ukraiński i Nacjokracją (1935) autorstwa Mykoły Scibiorskiego. Ich autorzy postulowali nacjonalizm tj. dominację w państwie etnicznych Ukraińców, antyparlamentaryzm, autorytaryzm (Ukraina będzie rządzona przez lidera nominowanego przez nacjonalistyczne elity, a nie partie polityczne). W kształtowaniu świadomości nacjonalistycznej ważną rolę odegrał również Dekalog Ukraińskiego Nacjonalisty z 1929 roku:

Ja – Duch odwiecznej walki, który uchronił Ciebie od potopu tatarskiego i postawił między dwoma światami, nakazuję nowe życie:

  1. Zdobędziesz państwo ukraińskie albo zginiesz walcząc o nie.
  2. Nie pozwolisz nikomu plamić sławy ani czci Twego Narodu.
  3. Pamiętaj o wielkich dniach naszej walki wyzwoleńczej.
  4. Bądź dumny z tego, że jesteś spadkobiercą walki o chwałę Trójzęba Włodzimierzowego.
  5. Pomścij śmierć Wielkich Rycerzy.
  6. O sprawie nie rozmawiaj z kim można, ale z tym, z kim trzeba.
  7. Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy.
  8. Nienawiścią oraz podstępem będziesz przyjmował wrogów Twego Narodu.
  9. Ani prośby, ani groźby, tortury, ani śmierć nie zmuszą Cię do wyjawnienia tajemnic.
  10. Będziesz dążył do rozszerzenia siły, sławy, bogactwa i obszaru państwa ukraińskiego nawet drogą ujarzmienia cudzoziemców.

Tak to przedstawia Wikipedia. Wybrałem oczywiście tylko pewne fragmenty, które mają ułatwić zrozumienie tego, dlaczego doszło do tej tragedii i do takiego bezprecedensowego okrucieństwa. Nacjonalizm ukraiński nie był czymś, co się wzięło znikąd. W XIX wieku nacjonalizm zdominował Europę. Czym był nacjonalizm i jaka była jego natura? To dobrze opisuje Tadeusz Gluziński w swojej pracy z 1935 roku Odrodzenie idealizmu politycznego.

»Poczucie narodowe istniało u ludów europejskich od dawna; atoli pierwsze sformułowania tego poczucia narodowego, ujęcia go, jako pewnej prawdy społecznej, należy przypisać rewolucji francuskiej i jej pisarzom. Okres restauracji świętego przymierza, wysuwając na pierwszy plan w życiu publicznym państwo i dynastie, usunął chwilowo w cień narody; lata walki i rewolucji wolnościowych położyły nacisk na zagadnieniach praw jednostki, a zwycięski pochód socjalizmu skierował uwagę ogółu na problemy ekonomiczne i społeczne. Dopiero następstwa takich historycznych faktów, jak zjednoczenie Włoch i Niemiec, jak bohaterska obrona po pogromie Francji w 1871 r. przejawiając rosnącą samowiedzę u narodów europejskich, dały ponownie pochop do nowych sformułowań. W końcu XIX w. zjawiają się pisarze narodowi we Francji, Włoszech i Niemczech; ci wyraziciele , a poniekąd i twórcy nowych ruchów, wychowani w doktrynach wolnomularskich, sądzą, że prawo do istnienia i widoki na zwycięstwo może mieć tylko taki ruch narodowy, który socjalizmowi, czyli internacjonalizmowi potrafi się przeciwstawić w równie skończonej szacie naukowej, a więc uzbrojony we własną filozofię, historiozofię, a – co w owym czasie uchodziło za najważniejsze – oparty o nauki przyrodnicze. Tak formułowane systemy, jako przeciwieństwo internacjonału, czyli międzynarodówki socjalistycznej, nazwano nacjonalizmem. Twórcy ich oddychali od dziecka oparami filozofii pozytywistycznej; przyroda była dla nich bóstwem, jej prawa najwyższym przykazaniem, nieubłagana walka o byt koniecznością żelazną, pochłanianie słabszych przez silniejszych codziennym zdarzeniem życia. Naród – mówili – to po prostu organizm wyższego rzędu; jedynym kryterium jego działania winien być jego własny interes, pojęty skrajnie egoistycznie. Teoria „egoismo sacro”, która dziś jeszcze na wskroś przenika faszyzm, łączy się bezpośrednio z samymi podstawami sformułowań nacjonalizmu.

W Polsce literatura nacjonalistyczna – mimo swych odrębności, wynikłych z ówczesnego położenia Polaków, jako narodu pozbawionego państwa – także nasiąka wyziewami pozytywizmu. I u nas uznano naród za organizm (bez żadnej przenośni), walczący o byt, podlegający chorobom, a nawet zarazom. Ten naród-organizm winien kierować się w swym postępowaniu li tylko skrajnym egoizmem, jaki obserwujemy rzekomo wszędzie w przyrodzie. Zygmunta Balickiego „Egoizm narodowy” zawierał w sobie przykazania etyczne dla polskiego nacjonalisty.

Dążnością polskich pisarzy narodowych stało się stworzyć system możliwie wykończony i zwarty, możliwie w swym ujęciu „naukowy” i obiektywny. Chłodne, rozumowe traktowanie zagadnień było naturalnym przykazem, wymogiem owej naukowości, w której pławiła się cała Europa. Doktrynie socjalistycznej usiłowano położyć tamę przez zbudowanie doktryny nacjonalistycznej. Socjalistycznemu „światopoglądowi” przeciwstawiano „światopogląd” narodowy.

Taki system nacjonalizmu w Polsce, jak i gdzie indziej, pod groźbą utraty swego naukowego charakteru, nie mógł się oczywiście obejść bez definicji naczelnego pojęcia, a więc bez definicji pojęcia narodu; ile na ten temat wyczyniono harców myślowych, by znaleźć potrzebne do definicji słowa, a jak przy tym niekiedy poświęcano zdrowy sens, wystarczy wspomnieć, że przez długi czas czczono, jak fetysza, definicję, mocą której naród był zbiorowością ludzką, osiadłą na pewnym określonym terytorium, posiadającą wspólny język i wspólną historię. Na gruncie tej definicji żydzi, którzy propagowali z początkiem XX w. masowy ruch asymilacyjny swej inteligencji i wchodzili w polskie życie publiczne, twierdzili – przy aplauzie polskich nacjonalistów – że odrębny naród żydowski nie istnieje, nie posiada bowiem ani wspólnego terytorium (Palestyna nie jest takim terytorium, bo mieszka w niej tylko znikoma ilość żydostwa), ani wspólnego języka (ani hebrajski, ani tym bardziej żargony nie są językiem wspólnym dla żydów), ani wreszcie wspólnej historii (boć historia żydów – to niejako historie rozmaitych narodów, wśród których żydzi żyją). Jest to jaskrawy przykład, jak pogoń za „naukowością” i wyssany z łona XIX w. doktryneryzm przesłaniał nawet nacjonalistom rzeczywistość i rozbrajał ruch narodowy w stosunku do istotnych niebezpieczeństw.«

Czy musiało dojść do tej tragedii? Zapewne tak, bo niektóre fakty przedstawione powyżej skłaniają do takich wniosków. I RP była sztucznym tworem, skleconym z dwóch państw, które zupełnie nie pasowały do siebie. I to potwierdziły późniejsze jej losy. Tak więc odtworzenie jej w postaci II RP było świadomą decyzją wielkich tego świata, którzy zdawali sobie sprawę z tego, że powstanie państwo, dla którego wszyscy jego sąsiedzi będą wrogami. I o to chodziło! Bo żeby był rozwój, to musi być konflikt. Tak uważają ci, którzy rządzą tym światem. Ale ten rozwój to nie ma być taki przypadkowy, on musi realizować pewne cele pewnej nacji. Gdyby zaś tak, jak uważał Józef Mackiewicz, powstało oddzielne państwo w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego, to nie byłoby 17 września 1939, Katynia, Wołynia. Tak jednak nie mogło być.

Po stronie polskiej mamy dwie koncepcje: asymilacyjną Dmowskiego i federacyjną Piłsudskiego. Po stronie ukraińskiej mamy koncepcję nacjonalistów ukraińskich, dla których część terytorium II RP jest ziemią ukraińską. Obie polskie koncepcje stoją w sprzeczności do ukraińskiej. Wprawdzie obóz piłsudczykowski szukał porozumienia ze stroną ukraińską, ale jakoś tak dziwnie w 1938 roku zbliżył się do stanowiska endecji. I wkrótce po tym następuje akcja wyburzania cerkwi na Chełmszczyźnie. A wcześniej, bo w grudniu 1937 roku, ma miejsce na Wołyniu akcja przymusowej konwersji miejscowej ludności na rzymski katolicyzm, czyli tzw. asymilacja. Z drugiej strony mamy działającą na terenie II RP nielegalną, terrorystyczną organizację OUN i ciągłe szkolenie młodzieży, i nie tylko jej, w duchu nienawiści do wszystkiego co nieukraińskie, a w szczególności do wszystkiego, co polskie.

O ile w przypadku polskiej strony źródło finansowania było znane, bo było nim państwo, o tyle w przypadku Ukraińców, niemających własnego państwa, źródło finansowania było zewnętrzne. Skoro jednak członków OUN dzielono według stopnia wtajemniczenia, to nie można wykluczyć, że korzenie tej organizacji są masońskie, podobnie jak naszej endecji, o czym pisałem w blogu „Endecja”.

W tekście wytłuściłem trzy nazwiska i zrobiłem to celowo. To gen. Gustaw Paszkiewicz, gen. Brunon Olbrycht i płk Marian Turkowski. Wszyscy oni byli oficerami sanacyjnymi, odpowiedzialnymi za akcję wyburzania cerkwi na Chełmszczyźnie. I jakoś tak się dziwnie złożyło, że wkrótce po wojnie wszyscy oni wstąpili do Ludowego Wojska Polskiego. Taką informację zamieszcza Wikipedia. Dziwne? Sanacyjni oficerowie w LWP! I jakoś tym Ukraińcom, których w wysokich władzach PRL-u nie brakowało, nie przeszkadzało to. Innym decydentom również. Czyżby więc były to jakieś szczególne osoby? Wychodzi na to, że tak.

Dlaczego celem agresji stała się bezbronna i niewinna ludność, która nie miała nic wspólnego z polityką państwa, w którym żyła? Zapewne na obdzieranie żywcem ze skóry i inne potworne tortury zasłużyli generałowie Paszkiewicz i Olbrycht oraz pułkownik Turkowski i pewnie jeszcze wielu innych, ale im trudno by było wymierzyć sprawiedliwość. Dlaczego więc zdecydowano się na mordowanie niewinnej i bezbronnej ludności? Czyżby wykonawcy tej zbrodni nie zdawali sobie z tego sprawy? Zapewne wiedzieli, ale chodziło o coś innego. Chodziło o zatrucie na wieki relacji polsko-ukrainskich. Potworność i bezsens tej zbrodni przez wiele jeszcze lat będzie wzbudzać w Polakach niechęć i odrazę. Bo jak to było możliwe, żeby się mścić, nie na swoich oprawcach, tylko na zupełnie niewinnych ludziach? I nie ma sensu porównywanie tej zbrodni z rzezią galicyjską w celu usprawiedliwienia tej wołyńskiej. Tam chłopi rżnęli pilami swoich panów, którzy gardzili nimi, znęcali się nad nimi, poniżali ich, wykorzystywali ich, pozbawiali godności człowieka. Tu cierpieli niewinni ludzie. Chłop polski był traktowany przez swego pana tak samo, jak chłop ukraiński przez swego. Przy czym jego panem nie był pan polski, tylko rusiński, który udawał polskiego. Jeśli tego faktu nie chcą dostrzec Ukraińcy, to wypada im tylko współczuć, że dają się tak łatwo manipulować.

Żeby mogło dojść do tej tragedii, musiało to być rozłożone w czasie i musiało to być skoordynowane współdziałanie sanacji, OUN-u i Niemców. OUN organizował akcje terrorystyczne na terenie II RP. W odpowiedzi sanacja stosowała represje wobec ludności ukraińskiej, bo ta niby sprzyjała i wspierała te działania terrorystyczne. Na to OUN odpowiadał kolejnymi aktami terroru, a sanacja kolejnymi represjami, czyli akcja i reakcja. A Niemcy? Wspierali wszystkie działania Ukraińców skierowane przeciwko Polakom. Tak było jeszcze przed wojną, a później podczas niej.

5 Lipca 1943 roku miała miejsce bitwa pod Kurskiem, nierozstrzygnięta, jak pisze Józef Mackiewicz, ale odwracająca losy wojny. Od tego momentu Niemcy utracili inicjatywę i stopniowo przechodzili do obrony. W tym jednak momencie dalej panowali nad zdobytym wcześniej terenem. Dalej panowali m.in. na Wołyniu. Nic bez ich wiedzy i zgody nie mogło się tam odbyć. To naród wyjątkowo uzdolniony organizacyjnie i zdyscyplinowany. Jeśli więc działo się coś w tym czasie na Wołyniu, a działo się od lutego 1943 roku, to nie mogło to dziać się bez ich wiedzy i zgody.

Takie skoordynowane działanie, rozłożone oczywiście w czasie i przestrzeni, może być realizowane tylko wówczas, gdy kieruje nim ktoś stojący wyżej, realizujący dalekosiężny plan marginalizacji Polaków w ich własnym kraju. Czyni to rękami Ukraińców, którym w tym kraju, zwanym jeszcze Polską, stwarza wyjątkowe warunki do pracy i zamieszkania. Rzeź wołyńska była tylko kolejnym etapem realizacji tego planu. Nich się żrą między sobą: im oni słabsi, tym my silniejsi. A nacjonalizm? On jest takim samym żydowskim wymysłem jak socjalizm, komunizm, kapitalizm, liberalizm, wolny rynek i jeszcze wiele innych rzeczy.

Masoneria i wojsko

Czasem, gdy śledzi się przyczyny i początki wojen, to można odnieść wrażenie, że niektórzy wyżsi oficerowie zachowywali się co najmniej dziwnie. Tak było m.in. w przypadku Amerykanów przed atakiem na Pearl Harbor. Również nasi niektórzy oficerowie podczas kampanii wrześniowej podejmowali niezrozumiałe decyzje. Pewne wyjaśnienie takich zachowań można znaleźć w książce Feliksy Eger Historia towarzystw tajnych z 1894 roku.

Opracowanie Feliksy Eger stanowi kompilację dzieł badaczy zajmujących się problematyką masonerii. Oparte jest przede wszystkim na rozprawie francuskiego jezuity Nicolasa Deschampsa (1797-1873) Les sociétés secretes et la société ou Philosophie de l’histoire contemporaine (Tajne stowarzyszenia i społeczeństwo lub filozofia historii współczesnej), uzupełnionej przez Claudio Janneta, a także na dziełach Saint-Albina, Saint-Andrégo, dra Otto Beurena i innych.

»Bonaparte, posiadający całe zaufanie Robespierre’a, któremu zawdzięczał początek swej kariery, zyskał sobie także zaufanie wolnomularstwa, czym jedynie wyjaśnić można tak szybkie jego dojście do władzy. To, co Napoleon robił we Francji, to samo robił i we wszystkich innych krajach, do których sięgał jego oręż. Wszędzie zrzucał z tronu panujące dynastie, zaprowadzał równość wyznań, znosił zakony, sprzedawał dobra poduchowne, kasował cechy rzemieślnicze, przywileje i swobody miejscowe. Narodowości zupełnie nie uznawał, w sposób oburzający występował przeciwko nim, a myśl uniwersalnej monarchii zaprzątała go nieustannie. Aż do r. 1809 znajdował wszędzie Napoleon dzielną pomoc ze strony lóż masońskich, geniuszowi jego wojskowemu dopomagała zdrada dowódców. Wiele jest okoliczności tak dziwnych w jego kampaniach, że jakkolwiek w wielu przypadkach nie ma na to ścisłych dowodów, są jednak powody wystarczające, co najmniej do słusznych podejrzeń. Przytoczymy na potwierdzenie tego parę przykładów. Od r. 1802 Napoleon pracował nad zniesieniem księstw duchownych i ukróceniem władzy cesarstwa rzymskiego w osobie jego przedstawiciela cesarza austriackiego, spełniając w ten sposób najgorętsze pragnienia iluminatów. Dopomagał im w tym przypadku Karol d’Alberg, biskup ratysboński, elektor moguncki, zapisany pod nazwą Crescentyna między uczniami Weisshaupta. Oto co w tym względzie opowiada jeden z przywódców karbonaryzmu Jan de Witt we Fragmentach życia swego i Historii współczesnej.

„Istniało wówczas towarzystwo tajne zwane Listkiem Koniczyny (feuille de trefle) złożone z ludzi najznakomitszych, którzy chcąc zaprowadzić jedność i niezależność Niemiec, pomagali obcemu monarsze w wykonaniu planów zmierzających do powiększenia Francji. Utworzenie królestw obcych na korzyść członków rodziny Napoleona, usunięcie książąt Rzeszy niemieckiej spod jej bezpośredniej władzy, wszelkie upokorzenia ich odpowiadały życzeniom cesarza, który pragnął usunąć ich wszystkich spod władzy Rzeszy i jak drugi Karol Wielki połączyć Niemcy z Francją. Potworne to stowarzyszenie byłoby się długo utrzymało pod Napoleonem, Niemcy utworzyłyby były jedną całość. Gdyby mi było dozwolone, wyliczyłbym imiennie wszystkich znakomitych członków tego stowarzyszenia, zwanego Listkiem Koniczyny dlatego, że tylko trzech członków znało się nawzajem”. Tak o tym najdoskonalej zorganizowanym związku zdrady mówi mason wyższych stopni, karbonariusz siódmego i ostatniego stopnia. Odkrycia tego rodzaju są kluczem do rozwiązania wielu niepojętych zagadnień owej epoki.

Jednym ze środków najdzielniej ułatwiających pochód wojsk cesarskich były loże wojskowe. „Rząd cesarski zachęcał do otwierania lóż wojskowych, powiada Clarel. Mało było pułków, przy których by się nie znajdował warsztat masoński. Kiedy wojska francuskie obejmowały w posiadanie jakieś miasto, loże ich obierały sobie lokal i starały się wtajemniczyć tych z mieszkańców, którzy największy wpływ mieli na ludność miejscową. Ci z kolei otwierali loże i oddawali je pod opiekę Wielkiego Wschodu Francji. Gdy liczba lóż była już dostateczną tworzyli Wielki Wschód narodowy, który łączył się z paryskim i od niego odbierał rozporządzenia. Tak to w r. 1800 powstał Wielki Wschód badeński w Manheimie, a w 1811 Wielki Wschód westfalski w Kassel. Wielkim mistrzem tego ostatniego został ks. Hieronim Napoleon”. W r. 1845 dziennik masoński L’Orient”, wymawiając marszałkowi Soult, że kazał zamknąć loże wojskowe, pisał: „Jak mógł mąż stanu wychowany w szkole cesarskiej zapomnieć o korzyściach odniesionych przez Napoleona z warsztatów masońskich pułkowych. Wiedział on, że zaledwie wojsko nasze zatrzymało się w mieście zabranym, każdy pułk starał się otworzyć lożę, zwoływał na zebrania miejscowych masonów, werbował jak największą ilość członków, otwierał nowe loże i przy pomocy zawartych stosunków wywierał wpływ zwycięzcy nad zwyciężonymi”. Wspomnienie wpływu lóż wojskowych przechowało się także w Niemczech. „Wstęp do lóż niemieckich, powiada Eckert, dozwolonym był zawsze masonom wojskowym, był to bowiem środek potężny dozoru i propagandy… W Hiszpanii, Portugalii i wszędzie, gdzie wprowadzono masonerię, rozwinęła ona wielką działalność w wytworzeniu partii cesarskiej. Cieszyła się wszędzie nadzieją, że przy pomocy dyktatury napoleońskiej złączy wszystkie królestwa w jedno państwo i doprowadzi w ten sposób do skutku swój cel upragniony”… Pewnym jest, jak to już mówiliśmy, że wiele faktów owej epoki nie da się inaczej wytłumaczyć jak przez zdradę. Zdrada ułatwia rewolucjonistom wejście do Belgii, do Sabaudii, do Moguncji, do Trewiru, Spiry, Worms i Frankfurtu; dowodem przebieg bitwy pod Marengo, dwa razy przegranej jednego dnia, a wygranej pod wieczór za przybyciem generała Desaix. Pod Austerlitz wojska sprzymierzone głodem prawie pokonane zostały, wtedy gdy po bitwie pokazało się, że o 4 mile od pola bitwy nagromadzone były zapasy wystarczyć mogące dla całego ustępującego wojska. Niemcy przedstawiały wówczas widok dziwny, niepojęty. Wojska kraju tego doskonale wyćwiczone, które niedawno jeszcze dały dowody wielkiej waleczności, zdawały się teraz dotknięte niemocą, a generałowie ślepotą. We wszystkich potyczkach z wojskami republikańskimi, a następnie cesarskimi, zdaje się jakby niegodni byli dawnej swej sławy. Załogi w fortecach składają broń, nie wystrzeliwszy ani razu; objaśnienia otrzymywane od dowódców okazywały się fałszywymi, o postanowieniach rady wojennej nieprzyjaciel natychmiast był zawiadamiany; rozkazy nie były wykonywane; posiłki nie nadchodziły na czas właściwy; zapasy okazywały się niedostatecznymi; wierność oficerów była podejrzana; zwątpienie wywoływano wśród wojska przerażającymi wieściami. Prawie niepodobna wszystkiego tego inaczej wytłumaczyć jak przez zdrady wojskowych wyższych stopni, którzy wszyscy byli masonami. „Wolnomularze uważali Napoleona I jako narzędzie przeznaczone do obalenia wszystkich europejskich narodowości, po czym spodziewali się łatwiej doprowadzić do skutku plan swój ustanowienia rzeczypospolitej europejskiej”. „W Frankfurcie i całych Niemczech, mówi sławny historyk Jansen, Żydzi witali Napoleona jako Mesjasza, tak byli pewni, że za jego pomocą obalona zostanie cała budowa społeczeństwa chrześcijańskiego”.

Jednakże współdziałanie to masonerii trwało tylko tak długo dopóki w tak zaprowadzanej rzeczypospolitej jak w dyktaturze Napoleona widziała ona środek dojścia do celu, to jest do obalenia tronów, wytępienia narodowości, czyli do zaprowadzenia kosmopolityzmu masońskiego. Lecz skoro tylko dostrzegli masoni, że despotyzm cesarski miał głównie na celu zaspokojenie osobistej próżności i interes własnej rodziny, że masoneria była dla niego tylko narzędziem, oburzenie ogarnęło ogól członków i przy pomocy Tugendbundu, stowarzyszenia utworzonego przez najwyższych masonów, postanowiono położyć tamę potędze Napoleona. W Sewilli utworzono również przeciw niemu juntę, na czele której stanął Tilly. Zmiana w powodzeniu Napoleona była tak nagła, a tak stała, że wielu historyków zadawało sobie pytanie czy nie była ona wynikiem osłabienia władz umysłowych. Thiers badał te kwestię, ale musiał temu stanowczo zaprzeczyć. Nigdy w istocie geniusz militarny Napoleona nie uwydatnił się jawniej, jak w kampanii francuskiej, nigdy starsi wojownicy nie występowali heroiczniej w obronie granic własnego kraju. Lecz prawa naturalne wojny dają zwycięstwo tym, po czyjej stronie siły liczebne i materialne są większe. Prawa te zawieszone przez przeciąg lat 20, kiedy siły masońskie popierały rewolucję i Napoleona, musiały teraz odzyskać przewagę. Napoleon doszedłszy po dwa razy do bram Paryża, musiał się zrzec korony, której już otrzymać nie mógł. Tylko że popęd dany przez towarzystwo tajne przeszedł granice przez nich zakreślone, bo ludy pobudzone z uśpienia, oddane samym sobie, przywołały wszędzie dawne dynastie. We Francji silny ruch rojalistyczny powstał w lutym 1814 r. Wolnomularstwo pojęło teraz, że winno opuścić Napoleona, a skupić się wokoło nowego rządu, żeby nie stracić owoców dotychczasowej pracy. Talleyrand, dusza wolnomularstwa, Sieyes, Fouché, Gregorie, ks. d’Alberg, Bernadotte, Murat, Berthier, Marmont, Ney, Angeran, Maison, wszyscy dotychczasowi słudzy Napoleona, aż do generała Beurnourille, który jako pomocniczy wielki mistrz przyszedł złożyć masonerię u stóp Ludwika XVIII, ręcząc za nią, jak za siebie samego, nawet senat i ciało prawodawcze powstali przeciw temu, którego wynieśli i któremu przez 15 lat schlebiali. W r. 1815 po powrocie z wyspy Elby odzyskał Napoleon ducha rewolucyjnego, jakim się odznaczał jako generał konwencji. Nadzieje swoje pokładał w poparciu jakobinów, lecz jak sam wyznaje, jeżeli po Waterloo nie ponowiła się epoka terroryzmu we Francji, to dlatego jedynie, że go wstrzymali ci, od których zależał.«

Powyższy cytat wiele wyjaśnia. Mam jednak pewne wątpliwości, czy to „ludy pobudzone z uśpienia, oddane samym sobie, przywołały wszędzie dawne dynastie”. Tu raczej wszystko było zaplanowane i pod kontrolą. W wyniku rewolucji francuskiej Żydzi stali się pełnoprawnymi obywatelami. I tak też było wszędzie, gdzie pojawił się Napoleon. To był ich prawdziwy zysk, a to czy nastąpi restauracja monarchii, czy – nie, było sprawą drugorzędną. Monarchowie byli tak samo uzależnieni od żydowskich kredytów jak demokracje. Wojny, konflikty, rewolucje, powstania – służą Żydom, bo, po pierwsze, wymagają finansowania, a po drugie, skutkują stratami materialnymi i ludzkimi, co powoduje zubożenie społeczeństw i państw. I o to przede wszystkim chodzi. Im społeczeństwa i państwa biedniejsze, tym Żydzi potężniejsi. Cały bieg dziejów można by więc opisać, w pewnym uproszczeniu, w ten sposób, że Żydzi nie tyle dążą do opanowania świata, bo go już opanowali, ale do podtrzymania tego stanu i ewentualnego eliminowania zagrożeń, mogących ten stan zmienić.

Mechesi i szabesgoje

W blogu „Roszczenia” napisałem, że Polska jest całkowicie zdominowana przez Żydów, i że nie stało się to z dnia na dzień. To był proces, który trwał latami i nadal trwa. Żydzi głęboko wniknęli w polskie społeczeństwo, a właściwie w jego najwyższe warstwy i podporządkowali je sobie. O tym jak to wyglądało przed stu laty opisał Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce, wydanej po raz pierwszy w 1919 roku. Poświecił temu zagadnieniu jeden rozdział zatytułowany Mechesi i szabesgoje. Warto go przytoczyć, bo wiele z tego, co opisał, nadal jest aktualne.

»Aż do roku 1820 mniej więcej był w Królestwie Polskim Żyd, pominąwszy neofitów, zwykłym Żydem ortodoksyjnym, odcinającym się od ludności rdzennej nie tylko inną wiarą, inną narodowością i obyczajami. Zamknięty w ghetcie, omijał starannie wszelkich „gojów”, ocierając się o nich tylko o tyle, o ile mu było potrzebne do jego interesów.

Wyłom w tym nieprzebytym dotąd murze wyrąbali dopiero, jak wiadomo, Żydzi niemieccy, którzy wtargnęli do Królestwa między r. 1820 i 1830, zwabieni możliwością robienia dobrych interesów. Byli prawie wszyscy „oświeceni”, „postępowi”, „reformowani”. To ich oświecenie, ta ich reforma, ten ich postęp polegał głównie na wyzwoleniu się spod tyranii synagogi ortodoksyjnej, na przebraniu się w suknie chrześcijan i na odgrywaniu roli bezprzesądnych wolnomyślicieli. Wolnomyślicielstwo ich jednak nie przeszkadzało im wcale zastosować w handlu i przemyśle etyki talmudycznej i metody żydowskiego „czystego kapitalizmu”.

Mądrzejsi z nich, przebieglejsi upodobali sobie głównie monopol tabaczny, najbogatsze w owym czasie w Królestwie źródło złota. Pełną garścią czerpali z tego źródła, bogacąc się galopem. Wielkie fortuny: Newachowiczów, Halpertów, Frankensteinów, Koniarów, Kronenbergów, trysnęły z tego źródła. By jednak mieć dostęp do niego, trzeba było zmienić wiarę, postarać się o metrykę chrześcijańską (katolicką, luterańską albo kalwińską). Ochrzcili się wszyscy tabacznicy, a za ich przykładem poszli inni reformowani Żydzi: bankierzy, przemysłowcy, lekarze, adwokaci, literaci.

„Mechesami” nazwali chrześcijanie tych neofitów, Żydzi zaś prawowierni zdrajcami, odszczepieńcami.

Jakiś czas wahali się „mechesi”, w którą stronę się zwrócić, czy oprzeć się na swoich współplemieńcach, do których należeli mimo chrztu sercem, duszą, tradycjami lat tysięcy, czy też uczepić się „gojów”, z którymi łączyła ich metryka chrześcijańska.

Zwykła próżność świeżych dorobkiewiczów zmogła w nich wstręt „narodu wybranego” do innej rasy. Głównie kobietom przewróciło się w głowie. Wydostawszy się z ghetta, z jego brudów i ciasnoty, stanąwszy na szerokiej arenie życia, zamieszkawszy w pięknych domach, a nawet niektóre z nich w pałacach, zapragnęły koligacji arystokratycznej, robiły wszystko, aby się odgrodzić wysokim murem od czerni żydowskiej (z której dopiero niedawno wyszły) i zatrzeć ślady tego niemiłego dla nich pochodzenia.

Tę to grupę ochrzczonych, „zasymilowanych” Żydów odtworzył Marian Gawalewicz w swojej dwutomowej powieści pt. „Mechesy” (1893 i 1894).

Doskonale, miękkim pędzelkiem subtelnej ironii podkreślił Gawalewicz chorobliwą, śmieszną próżność parweniuszek żydowskich. Znał takie typy niewątpliwie z osobistej obserwacji i patrzył na nie uważnie. Oprócz ich humorystycznej próżności dostrzegł w nich rys szczególny, mianowicie chciwość żydowską i szachrajski spryt żydowski. Zdawałoby się, że takie „damy”, rwące się do arystokracji rodowej, nie będą się zajmowały „geszeftami”. Jedna z typów Gawalewicza, udająca wobec chrześcijan, że „nie rozumie się na interesach”, nie tylko rozumiała się na nich wybornie, lecz zajmowała się nimi gorliwie – była dopełnieniem sprytu kupieckiego męża, jego doradczynią, rozstrzygającą często w spekulacjach. „Przy cyfrach kończyła się uczciwość” – zauważył autor „Mechesów”.

W drugiej części swoich „Mechesów” odtworzył Gawalewicz szereg ochrzczonych finansistów i spekulantów warszawskich: Klappermannów, Blattów, Seeligerów itp. macherów. „Szelmami spod ciemnej gwiazdy” są bankierzy, giełdziarze, przemysłowcy Gawalewicza – zwykłymi szachrajami żydowskimi mimo chrztu, pałaców i stosunków z arystokracją. Cała różnica między nimi, „oświeconymi”, „zasymilowanymi” a ciemnymi ortodoksyjnymi chałaciarzami polega na tym, że chałaciarz operuje drobnymi sumkami, a oni obracają krociami, milionami.

Bogaci mechesi Gawalewicza oszukują, kręcą, wyzyskują, rabują, gdzie i co się da, tak samo, jak „łapserdaki”, na których spoglądają z góry, z pogardą. Okpiwają się nawet wzajemnie, swój swego, wspólnik wspólnika, podstępnie, bezwzględnie. Nazywa się to rozumem, sprytem, a nawet geniuszem.

By wzbudzić u chrześcijan zaufanie do swoich krętactw, do swoich nieczystych, podejrzanych spekulacji, wynajmują sobie, tak samo jak „grynderzy” niemieccy, do zarządów swoich przedsiębiorstw, do komitetów „szabesgojów” z tytułami.

Chciwych na niezapracowane pieniądze, albo podupadłych, zubożałych książąt, hrabiów, karmazynów, mianują członkami rad nadzorczych. Ponieważ tacy ich radcowie mają takie pojęcie o handlu, o metodzie „czystego kapitalizmu”, jak Bartek z Psiej Wólki o astronomii, przeto rządzą oni sami bez żadnej kontroli. Nazwiska „gojów” z tytułami lub wielkimi tradycjami historycznymi zasłaniają ich , zakrywają ich mechesostwo i szachrajstwo.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer odmalował także w swojej powieści pt. „Panna Mery” kilka typów mechesowskiej finansjery warszawskiej.

Dwie główne postacie zasługują na uwagę: panna Mery i jej wuj Hammerschlag. Panna Mery jest wnuczką Gnieznowera, zwykłego chałaciarza, który zacząwszy swoją karierę od dwóch pudełek zapałek, skończył na dwóch milionach rubli. Ojciec jej, odziedziczywszy owe dwa miliony, ochrzcił się, przezwał się Gnieźnieńskim i, kupcząc dalej metodą wskazaną mu przez „genialnego” rodzica, doszedł do dwunastu milionów.

Było więc wszystko: metryka chrześcijańska, piękna córka i 12 milionów rubli. Brakowało tylko szlacheckiej koligacji, tytułu. Tę szczerbę miała panna Mery wypełnić.

Ładną dziewczynę uczyło już od lat dziecięcych całe otoczenie mechesowskie: ojciec, matka, krewni, że jej „pięknej, bogatej, mądrej wolno wszystko, że nie ma w kraju takiego arystokraty, dla którego by nie była odpowiednią partią, bo ona, córka dwunastomilionowego finansisty, może za wszystko zapłacić”. – Pieniądz, pieniądz, pieniądz jest twoim głównym pokarmem duchowym, kupić i sprzedać jest esencją życia – uczucia i tym podobne rzeczy są głupstwem, dobrem dla poetów i starych romantyczek. Interes, korzyść, oto cel życia. Tego się nie powinno ludziom mówić i pokazywać, owszem, powinno się mieć zawsze maskę idealizmu pod pachą. Ludzie są tak głupi, że zamydlać im oczy można czymkolwiek, a jedyną rzeczą, którą naprawdę cenią i czczą, która im naprawdę imponuje, to są pieniądze. Oni się do tego nie chcą przyznać, bo się jedni drugich wstydzą, bo każdy od spotkania z drugim ma tę maskę idealizmu pod pachą.

„Najmądrzejszym wychowawcą” panny Mery, gdy dorosła, był jej wujaszek Hammerszlag. Mówił do niej „Czy ci się zdaje, że naprawdę cenią ludzie więcej Mickiewicza albo Goethego niż barona Adalberta Rotszylda i twojego papę? Jest wojna – nie może być Rotszylda. Jeden cesarz to jest Franciszek Józef, a drugi baron Rotszyld. My, kapitaliści, robimy pokój i wojnę, szczęście i nieszczęście świata. Stary Pan Bóg poszedł spać i rzekł do nas, kapitalistów: Messieurs, Faites le jeu, s’il vous plait. Pan Bóg już nie potrzebuje czuwać ani rządzić; my czuwamy i my rządzimy. Baron Rotszyld w Wiedniu, twój papa, baron Blumenfeld, ja, Cypres, Tukeles i Spółka w Warszawie. Tak, tak. Pan Bóg poszedł sobie na drzemkę i zostawił jako swojego zastępcę pieniądz… Wszystko można kupić. Zasady, przekonania, cnota, ofiarność, uczciwość, honor – to są bez zaprzeczenia bardzo piękne i bardzo godne naśladowania przymioty, ale pieniądz to grunt. Wszystko można kupić: Mickiewicza, Kościuszkę. Wszystko stanowi cena”.

Uczył jeszcze Hammerszlag swoją siostrzenicę, że gdy się jest bogatym, trzeba odgrywać rolę dobroczyńcy, trzeba dawać jałmużnę, bo to „dobrze robi”. Dzienniki ogłoszą wtedy: panna Mery ofiarowała na nieuleczalnych tyle, na niezamożnych uczniów tyle, na ubogie pracownice igły tyle itd.; miasto powie: dobre serce, szlachetne serce ma ta milionerka i hojną, pańską rękę; taka opinia nie szkodzi nikomu. Choćbyś wydała trzydzieści tysięcy na ubogich, kupisz sobie za to sześćdziesiąt tysięcy. To nie jest źle umieszczony kapitał. On się procentuje znakomicie opinią u ludzi. Zresztą kto wziął jednym pięćkroć, może dać drugim pięćdziesiąt tysięcy – dla zatkania gęby.

W grupie mechesów warszawskich spostrzegł Tetmajer te same mniej więcej znamienne rysy, jakie zauważył i uwypuklił Gawalewicz w swoich „Mechesach”. Obaj widzieli: bezgraniczny kult pieniądza i wiarę w jego wszechmoc, pychę parweniuszowską, gorączkę pięcia się do arystokracji rodowej, pogardę ubóstwa, arogancję, cynizm, brak poczucia etyki, honoru, uczciwości i pasję odcięcia się od czerni żydowskiej, z której przyszli co dopiero, do której należeli jeszcze w części przez pokrewieństwa.

Bogatych mechesów otacza gromada tzw. „szabesgojów”.

Szabesgojami nazywa się powszechnie chrześcijan, którzy pracują zamiast Żydów wówczas, kiedy wyznawcom Zakonu Mojżeszowego nie wolno. Wiadomo, iż nie wolno im pracować w dniach świątecznych, szabasowych. Stąd przezwisko „szabesgoi”, odnoszące się pierwotnie tylko do różnego rodzaju posługaczów żydowskich, do subiektów handlowych, służących, pomywaczek, stróżów itd.

„Godność” tę rozszerzyły czasy nowsze na liczną dziś grupę „przyjaciół” żydowskich.

Pracuje np. ktoś w jakimś przedsiębiorstwie żydowskim, w jakiejś fabryce, w jakimś banku itd., jako dyrektor, inżynier, prokurent, kasjer. Wolałby służyć w instytucji chrześcijańskiej, wolałby pracować pomiędzy swoimi, ale nie mógł znaleźć posady i wziął na siebie bez przyjemności jarzmo Judy. Zależny od pracodawcy żydowskiego nie może on oczywiście okazywać swojego aryjskiego, chrześcijańskiego żydowstrętu, musi milczeć, naginać się do obcego otoczenia, musi być na zewnątrz filosemitą, asymilatorem, choćby w jego sercu kipiało rozlaną żółcią.

Takiemu szabesgojowi wolno przebaczyć jego służbę żydowską. Żonę ma, dzieci, ubogich krewnych. Chleba! – wołają na niego od rana do wieczora… Skąd go weźmie?… Większość tych szabesgojów porzuci niewątpliwie służbę żydowską, gdy rozwinięty w Polsce szeroko ruch ekonomiczny otworzy mnóstwo posad dla swoich.

Jakiś Żyd zbogacił się na handlu drzewem, zbożem, okowitą itp. Z większymi pieniędzmi przychodzą większe apetyty i ambicje.

Głównie żonom zbogaconych macherów robi się za ciasno w dotychczasowym otoczeniu. Zachciewa im się salonu i jego dekoracji, dobrze wychowanych i inteligentnych gości, a że w ich sferze brak tych żywych dekoracji, przeto trzeba sięgnąć po gojów. Dobry obiad, dobra kolacja z doskonałymi cygarami, winami i z partyjką przy zielonym stoliku, zwabią zawsze i wszędzie gromadę pieczeniarzy, smakoszów, żarłoków, zawodowych próżniaków, niebieskich ptaków, eleganckich golców, czyhających na jakąś pożyczkę.

Nowy typ „szabesgoja”… można ten typ dać bogatym Żydom w prezencie. Nic narodowi nie ubędzie, bo tego rodzaju elegancka hołotka znajduje się wszędzie, w różnych krajach. Pociechy z niej nie ma nigdzie.

Bogaty spekulant żydowski bogaci się jeszcze w dwójnasób, w trójnasób i więcej. Milion jeden i drugi już posiada. Więc za mało jego magnifice dotychczasowych, „lepszych” stosunków. Ma ona teraz wspaniałe apartamenty, karety, lokajów itd. Dla takiego dostatku potrzeba jej wyższego rzędu gości, panów i panie z tytułami, historycznymi nazwiskami i z „pozycją na świecie”.

Trudno było zbogaconym spekulantom zwabić do swoich paradnych domów ludzi z „pozycją”. Ale od czego spryt żydowski? Pani Klappermann, Seeliger, Kronengold itd. ma córkę bardzo „edukowaną”, bo mówi dobrze po francusku, po angilesku i flirtuje doskonale, lepiej, odważniej od panien polskich. W sam raz kąsek dla jakiegoś chudopachołka pańskiego, dla gołego księcia, hrabiego, karmazyna, który, nieuczywszy się niczego, nie umie i nie chce pracować. Takiego „arystokratę” chwyci się na złotą wędkę milionowego posagu, a on zrobi resztę swoimi rodzinnymi stosunkami – spekulują panie Klappermann, Seeliger, Kronengold, odtworzone doskonale w „Mechesach” Gawalewicza.

Trzeci typ „szabesgoja”… I ten typ można dać Żydom w prezencie. Bez zięciów żydowskich z wielkimi nazwiskami, którzy odziedziczyli po swoich znakomitych przodkach wszystkie ich wady, a ani jednej zalety – można się obyć, bo nie umieją służyć swojemu narodowi.

Zrazu boczą się koligaci zięciów żydowskich na nową familię, z czasem jednak wchodzi pewna ich część także do grupy „szabesgojów”. Ten i ów książę, hrabia, karmazyn, zwabiony wysokimi zyskami w „interesach” żydowskich albo złotodajną synekurą w jakiejś radzie nadzorczej, zapomina powoli o swoim żydowstręcie i albo staje się jawnym żydolubem, albo obojętnym dla swoich.

Ten gatunek szabesgojów, służąc spekulacjom bogatych Żydów swoim nazwiskiem, stanowiskiem towarzyskim i społecznym pociąga za sobą ludzi słabego charakteru, nieuświadomionych, nie zdających sobie sprawy z tego, co czynią – nie przyczynia się oczywiście do rozwoju dóbr ekonomicznych narodu. Swoją kieszeń napycha, a o milionach swoich ubogich współplemieńców nie pomyśli.

Najszkodliwszym gatunkiem „szabesgojów” – są publicyści i dziennikarze, służący talentem swoim, myślą, piórem wrogom narodowego przemysłu i handlu w chwili, kiedy się cały naród, otrzeźwiony po wielowiekowym odurzeniu, zwrócił przeciw nim. Bowiem głos ich, pióro ich zatacza szerokie kręgi, rozbrzmiewa daleko, dalej od głosu najbogatszych przemysłowców, bankierów i słomianych radców nadzorczych. Bowiem ten, kogo Pan Bóg obdarzył talentem lotnej myśli i słowa na to, aby służył swojemu narodowi uczciwie, rozumnie i szlachetnie, nie ma prawa sprzedawać swojego talentu, swojej duszy. A sprzedaje swój talent, swoją duszę za nędzne srebrniki. Sprzedawczykiem jest pisarz polski, patrzący obojętnie na ubóstwo swoich ziomków, popierający świadomie, rozmyślnie Żydów, dla których nasze coraz większe ubóstwo jest upragnioną podstawą ich mocy, siły i władzy.

„Szabesgoje” z piórem w ręku bawią się źle…«

Tak to wyglądało w XIX wieku, zwłaszcza w drugiej jego połowie. Mniej więcej w tym samym czasie wypychają Rosjanie do Królestwa tzw. Litwaków, czyli Żydów z ziem zaboru rosyjskiego. Powstanie styczniowe walnie przyczynia się do degradacji i pauperyzacji wielu szlacheckich rodzin. Po nim Żydzi stopniowo stają się polską inteligencją. II RP, przez nich zdominowana, już w zarodku była przeznaczona do likwidacji. Tak też się stało na początku II wojny światowej. Żaden prawdziwy polski rząd nie podjąłby walki ze znacznie silniejszym przeciwnikiem, mogącym uderzyć z trzech stron.

Wraz z końcem wojny przybyła do Polski razem z Armią Czerwoną kolejna partia Żydów. PRL był krajem całkowicie przez nich opanowanym. Zajmowali kluczowe stanowiska we wszystkich dziedzinach życia gospodarczego, politycznego, kulturalnego, naukowego, w prasie, radiu i telewizji. To oni zbudowali polski przemysł w takim kształcie, w jakim chcieli. Zrobili to rękami polskich robotników i inżynierów, ale to oni wytyczali cele i decydowali o tym jakie zakłady przemysłowe mają powstawać, a w co nie inwestować. I to oni decydowali u schyłku PRL-u o tym, że te wszystkie zakłady przemysłowe mają być zlikwidowane. Taki był ich cel i interes. Nie mieli najmniejszych skrupułów, by zniszczyć rodzącą się polską przedsiębiorczość. Polska miała być rynkiem zbytu towarów, którymi oni handlowali. Szybko stworzyli własne sieci handlowe, dzięki czemu wszelkie produkty wchodzące na teren Polski przechodzą przez ich ręce. I to oni decydują o tym, komu sprzedają i po jakiej cenie, a więc to oni decydują, kto ma zostać na rynku, a kto – nie.

PRL był państwem tymczasowym i III RP jest nim także. Gdyby w Polsce rządzili Polacy, to pierwszą rzeczą, jaką należałoby zrobić w PRL-u, to połączenie komunikacyjne, samochodowe i kolejowe, ziem trzech zaborów. A tak się nie stało. Do dziś nie ma normalnego połączenia kolejowego i samochodowego pomiędzy Krakowem i Lublinem oraz pomiędzy Podlasiem i Trójmiastem. Dwa największe miasta na wschodzie – Białystok i Lublin – nie mają połączenia kolejowego, a samochodowe jest z poprzedniej epoki. To były podstawowe rzeczy, jakie należało wykonać, a nie budować przemysł ciężki, stoczniowy i inne, które miały bardziej znaczenie ideologiczne niż praktyczne. Transport jest tym dla gospodarki, czym układ krwionośny dla człowieka. Skoro jednak nie scalono komunikacyjnie tych ziem, to znaczy, że nikomu na tym nie zależało i nadal nie zależy, bo pewnie plany są inne.

Wielu dziwi się, że podatki w Polsce są takie wysokie, że kwota wolna od podatku jest tak niska, jak w żadnym innym kraju, że prawo podatkowe jest zawiłe i niezrozumiałe dla podatnika, że urzędnik może je interpretować na różne sposoby, w zależności od tego, czyją sprawę rozpatruje. Wszystko jest tak ustawione, bo, jak pisał Jeske-Choiński 100 lat temu, dla Żydów nasze coraz większe ubóstwo jest upragnioną podstawą ich mocy, siły i władzy. I nic się od tamtego czasu nie zmieniło. To oni rządzą w Polsce i stanowią m.in. prawo podatkowe.

Roszczenia

W swoim Geopolitycznym Dzienniku Analitycznym dr Leszek Sykulski omawia reakcję Izraela i USA na przyjęcie przez Sejm nowelizacji Kodeksu Postępowania Administracyjnego. Ja zamieszczam poniżej obszerne fragmenty jego analizy, dla tych, którzy wolą czytać niż słuchać, oraz własne wnioski dotyczące tzw. roszczeń, dotyczących mienia bezspadkowego.

24 czerwca Sejm przyjął, bez głosów sprzeciwu, nowelizację Kodeksu Postępowania Administracyjnego (KPA). Zgodnie z tą nowelizacją po upływie 30 lat od decyzji administracyjnej niemożliwe będzie postępowanie w celu jej zakwestionowania. Zgodnie z polskimi przepisami ta nowelizacja trafi do Senatu. Ten akt prawny wywołał ogromne poruszenie w Izraelu i USA.

Ambasada Izraela wydała oświadczenie w tej sprawie. W nim m.in. czytamy:

Procedowana obecnie zmiana ustawy w rezultacie uniemożliwi zwrot mienia żydowskiego lub ubieganie się o rekompensatę za nie, ocalonym z Zagłady i ich potomkom oraz społeczności żydowskiej, dla których Polska przez stulecia była domem. To niepojęte. To niemoralne prawo poważnie uderzy w stosunki między naszymi państwami. Z uwagą podchodzimy do próby uniemożliwienia zwrotu prawowitym właścicielom mienia zagrabionego w Europie Żydom przez nazistów i ich kolaborantów. Polska wie, co jest właściwym krokiem w tej sprawie.

Na to oświadczenie szybko zareagowała dyplomacja amerykańska. 25 czerwca rzecznik resortu dyplomacji Stanów Zjednoczonych, Ned Price, wezwał Polskę do wstrzymania prac nad nowelizacją KPA. Na Twitterze napisał:

Wierzymy w znaczenie rozwiązania spraw restytucji z czasów Holocaustu, by zapewnić równość i sprawiedliwość dla wszystkich ofiar. Wczorajsza decyzja polskiego parlamentu była krokiem w złym kierunku. Wzywamy Polskę, by nie posuwała tej ustawy do przodu.

Sykulski twierdzi, że łączy się to z ustawą JUST z 12 grudnia 2017 roku i deklaracją terezińską z 2009 roku. Twierdzi, że ta deklaracja nie jest żadnym aktem prawnym, że pod nią nie złożono żadnych podpisów, że nie jest to akt prawa międzynarodowego. 16 lipca 1960 roku została zawarta umowa pomiędzy rządami Polski i Stanów Zjednoczonych. Rząd amerykański za 40 mln dolarów przyjął na siebie zobowiązania z roszczeń odszkodowawczych i zobowiązał się, że nie będzie wysuwał ani popierał żadnych dalszych roszczeń. W związku z tym popieranie przez czołowych polityków amerykańskich kwestii roszczeń o tzw. mienie bezspadkowe, takie jakie zaprezentował Mike Pompeo, sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych, który w lutym 2019 roku, podczas pobytu w Warszawie, domagał się od polskich władz „rozwiązania kwestii zwrotu mienia ofiar holocaustu” – jest absolutnie bezprawne.

Dalej zadaje pytanie – jak to się dzieje, że Polska, która była jedną z największych ofiar II wojny światowej, Polska, która przez setki lat stanowiła azyl dla społeczności żydowskiej, dla narodu żydowskiego, dla wyznawców judaizmu – jest dziś przez państwo Izrael, przez część społeczności żydowskiej traktowana jako kat? Jak to się dzieje, że tak kwitną relacje niemiecko-izraelskie, które właściwie od nawiązania relacji dyplomatycznych w 1965 roku rozwijają się właściwie doskonale? A przecież to Niemcy byli tym narodem, który wywołał największą traumę tego narodu i doprowadził do wymordowania milionów Żydów. W tym roku, w kwietniu 2021, pojawiła się informacja, że jest pomysł, by Niemcy i Izrael wspólnie zorganizowały igrzyska olimpijskie w 2036 roku, czyli w 100-lecie tej niechlubnej olimpiady, którą zorganizował Adolf Hitler, która była taką manifestacją potęgi III rzeszy, manifestacją nazizmu.

Następnie Sykulski stwierdza, że sam fakt, że doszło do takiej propozycji jest niebywały, bo w 2020 roku udokumentowano ponad 1000 przypadków o charakterze antysemickim na terenie Niemiec. Jest to wzrost o 13% w stosunku do roku 2019. Z kolei Polska, w której instytucje żydowskie, kulturalne, oświatowe, wyznaniowe funkcjonują bez żadnego problemu i liczba jakichkolwiek incydentów antysemickich jest praktycznie śladowa, jest traktowana jak kat, przeciwnik środowisk żydowskich. Natomiast Niemcy, w których systematycznie rośnie skala incydentów antysemickich, Niemcy są traktowane jako partner, z którym rozważana jest organizacja wspólnych igrzysk olimpijskich w 2036 roku.

Pytanie – dlaczego mamy do czynienia z taką sytuacją? Moim zdaniem tego typu wydarzenia, ingerujące w wewnętrzne sprawy polskie są wynikiem po prostu słabości państwa polskiego. Zarówno Izrael jak i środowiska żydowskie na całym świecie wykorzystują słabość państwa polskiego, słabość polskiej dyplomacji, polskich służb specjalnych, polskiego kontrwywiadu do korzyści, konkretnych korzyści, które są w stanie tutaj uzyskać. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Niemczech, gdzie służby specjalne są na nieporównanie wyższym poziomie niż w Polsce. To, że państwo polskie nie było w stanie od 1989 roku przyjąć doktryny bezpieczeństwa informacyjnego, to że państwo polskie nie dysponuje dzisiaj instrumentami kształtowania opinii publicznej na arenie międzynarodowej, takimi jak wielojęzyczny portal czy radio międzynarodowe, czy wreszcie anglojęzyczna telewizja nadająca 24 godziny na dobę 365 dni w roku, to że polski wywiad nie prowadzi operacji ofensywnych, jeśli chodzi o kształtowanie świadomości decydentów społeczeństw państw leżących w obszarze zainteresowania państwa polskiego, to jest przyczyna dzisiejszego stanu rzeczy, tego że Polska stanowi łatwy łup dla różnego rodzaju środowisk, lobbystów, którzy chcą wykorzystać tę słabość państwa polskiego do uzyskania konkretnych korzyści majątkowych.

Konkludując, Sykulski stwierdza, że potrzeba głębokiej restrukturyzacji polskiego wywiadu, kontrwywiadu, przyjęcia doktryny bezpieczeństwa informacyjnego i wprowadzenia konkretnych programów, które pozwolą Polsce oddziaływać na arenie międzynarodowej, a nie tylko we własnym gronie. Ta cała sprawa, związana z tzw. mieniem bezspadkowym, dobitnie pokazuje, że Polsce potrzeba nowego wywiadu, nowego kontrwywiadu, nowej polityki bezpieczeństwa informacyjnego, zdolności do realizowania celów za pomocą dyplomacji publicznej, a to wymaga głębokiej restrukturyzacji ministerstwa spraw zagranicznych i polskich służb specjalnych.

To tyle dr Leszek Sykulski. Ja, w odróżnieniu od niego, twierdzę, że polskie ministerstwo spraw zagranicznych, polski wywiad i kontrwywiad są bardzo dobre. Dobrze wywiązują się z powierzonych im zadań. Jeśli więc wygląda na to, że te instytucje są bezradne i nie występują w obronie polskich interesów, że siedzą tam dyplomatołki, jak niektórzy twierdzą, to tak jest z polskiego punktu widzenia, ale nie z żydowskiego. Te wszystkie służby i państwo polskie z całym swoim aparatem są w rekach żydowskich i służą do realizacji żydowskich celów. To jest Polin – nie Polska. I dlatego tak to wygląda. Tragizm sytuacji polega na tym, że nawet gdyby jakimś cudem udało się Polakom odzyskać państwo, to nie mieliby kim obsadzić wszystkich kluczowych i strategicznych stanowisk. Polacy stracili mnóstwo wartościowych ludzi w czasie II wojny światowej, ale też tracą ich nadal wskutek ciągłej emigracji.

W 1996 roku obradował w Buenos Aires Światowy Kongres Żydów. Wydał on oświadczenie, że „jeśli Polska nie spełni żydowskich roszczeń majątkowych, będzie upokarzana na arenie międzynarodowej”. A więc mija już ćwierć wieku i nadal nic w tej sprawie nie dzieje się. W 2009 roku pojawiła się tzw, deklaracja terezińska. W 2017 – ustawa JUST. I dalej nic. Teraz doczepili się do nowelizacji KPA. Kpina ze zdrowego rozsądku, bo jeśli decyzja administracyjna nie zostanie wydana, to żaden termin nie może upłynąć. Gdzież tu zagrożenie!

O co więc tak naprawdę chodzi Żydom? Dlaczego tak nie lubią Polaków? Żeby to zrozumieć trzeba poznać mentalność Żyda. Żeby poznać mentalność Żyda, to trzeba bliżej go poznać. Najlepiej to wychodzi, gdy wejdzie się z nim w spółkę. Ja miałem taką wątpliwą przyjemność bycia w takiej spółce. Na początku oczywiście nie wiedziałem, że mam do czynienia z Żydem. Dopiero, gdy pojawi się konflikt interesów, to wtedy wychodzi prawdziwa natura Żyda. Wtedy taki człowiek jest jego największym wrogiem. W stosunku do innych będzie nadal bardzo miły, a już najbardziej miły dla tych, którzy u niego pracują, którzy korzystają z jego usług lub u niego kupują.

Żyd jest cierpliwy. Potrafi czekać latami, osłabiając przy okazji finansowo tego, którego chce się pozbyć. Jeśli sam nie da rady, to poszuka pomocy u innych Żydów, a oni mu pomogą. Jak trzeba to będzie działał na niekorzyść firmy, której jest wspólnikiem, byle tylko zniechęcić partnera, tak by mu się wszystkiego odechciało. Można być uprzejmym wobec niego, przyjaźnie nastawionym, pomagać mu – to nie ma dla niego najmniejszego znaczenia, spływa po nim jak po kaczce. Jeśli uzna kogoś za swojego wroga, kogoś kto mu przeszkadza, to wszelkimi sposobami będzie dążył do zniszczenia kogoś takiego. Jego system wartości jest zupełnie inny. To, co dla nas jest niemoralne, nieetyczne, jest dla niego moralne i etyczne, jeśli nie dotyczy innych Żydów.

Dlaczego więc Żydzi tak nie lubią Polaków? Bo Polacy, w odróżnieniu od Niemców, przeszkadzają im. Oni uważają, że to jest ich kraj, ich i tylko ich. Polacy, jeśli już mają tu zostać, to mają być obywatelami trzeciej kategorii. Tylko kraj rządzony przez Żydów może lepiej traktować obcych niż swoich. A to widzimy w przypadku Ukraińców, którzy będą tu obywatelami drugiej kategorii.

Cała ta hucpa z roszczeniami nie jest po to, by cokolwiek odzyskać. Oni i tak są już tu właścicielami prawie wszystkiego. Mogą tu robić wszystko, co im się spodoba. Umożliwia im to ustawa o stosunku państwa polskiego do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczpospolitej Polskiej. O tym pisałem w blogu „Ustawa”. Te roszczenia są po to, by przedstawiać Polaków w świecie jako złodziei, którzy wykorzystali wojnę do wzbogacenia się poprzez grabież żydowskiego mienia, jako ludzi podłych, którzy wydawali Żydów nazistom, bo przecież nie Niemcom. Żydzi mówią tylko o nazistach i Polakach. Dlatego wcale nie chodzi im o odzyskiwanie czegokolwiek, tylko o to, by cały czas był pretekst do oczerniania Polaków. Robią to na wielu płaszczyznach. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że tzw. Polish jokes, to żydowski wymysł.

Żydzi są cierpliwi. Wiedzą, że ciągłe negatywne przedstawianie Polaków opinii światowej, zakoduje w niej negatywny ich obraz. A kiedy tak już się stanie, to likwidacja tego państwa nikogo nie wzruszy, bo z Polakami tylko kłopot.

Po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że Polskę znowu wpychają w koleiny Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdy dowiedziałem się, że Polska z Ukrainą będzie organizować EURO 2012. To był początek większego projektu, którego celem będzie odtworzenie Wielkiego Księstwa Litewskiego z przyległościami, czyli z Koroną. A te tzw. Ziemie Odzyskane wrócą do Niemiec. To nowe państwo będzie państwem żydowskim. Parę lat temu pojawiła się jakaś prognoza amerykańska na temat tego, jak będzie wyglądała Europa około 2100 roku. Wynikało z niej, że największym państwem będzie Polska, zajmująca wielki obszar we wschodniej i środkowej Europie. Przypadek? Może tak, a może – nie. Są pewne symptomy, które wskazują, że ten projekt jest powoli realizowany. Mieszkam na Podlasiu. W moim mieście, główne rondo zostało nazwane Rondem Unii Polsko-Litewskiej, a muzeum miejskie zostało przemianowane na Muzeum Obojga Narodów. W centrum miasta jest ustawiony drogowskaz, który pokazuje odległości do różnych miast, ale tylko na wschodzie. Drobiazgi? Od nich się zaczyna kodowanie umysłów.

Żydzi są cierpliwi, potrafią czekać latami, a nawet dłużej, na osiągnięcie celów, które sobie wyznaczyli. Dlatego też ich zachowanie może być dla nas niezrozumiałe. Jeszcze przed powstaniem styczniowym postanowili sobie, że zostaną polską inteligencją i ten cel osiągnęli już w PRL-u. A więc zajęło im to około 80-100 lat. Kto wie? Może ten scenariusz, który powyżej nakreśliłem, stanie się ciałem nie około 2100 roku, a może już za 40-50 lat.

7 grudnia

Jeden z profesorów Józefa Mackiewicza twierdził, że wszelka wiedza bierze się z porównań – i trudno się z nim nie zgodzić. Jeśli coś z czymś porównujemy, to widzimy, czy mamy do czynienia z podobnymi rzeczami czy zjawiskami, czy nie. Jeśli rzeczy czy zjawiska są podobne, to pewnie mają wspólne pochodzenie czy naturę, a jeśli nie, to tej wspólnej natury czy pochodzenia nie mają. Podobny zabieg można zastosować w przypadku wydarzeń politycznych. Podobieństwa sugerują, że ich sprawcami mogą być te same siły czy ośrodki władzy.

Wprawdzie do 7 grudnia jeszcze daleko, ale zachodzi duże podobieństwo pomiędzy tym, jak zachowywali się Rosjanie przed agresją niemiecką w dniu 22 czerwca 1941 roku, a tym Amerykanów przed japońskim atakiem na Pearl Harbor w dniu 7 grudnia 1941 roku. Pomyślałem więc sobie, że dobrze by było, by oba blogi znalazły się obok siebie, choćby dla porównania. Tak więc, ze względu na to podobieństwo, wypada zadać sobie pytanie: czy było ono przypadkowe? Bo jeśli nie było przypadkowe, to nasuwa się kolejne pytanie: czy o takim scenariuszu w obu przypadkach decydowały te same ośrodki decyzyjne? Podstawą do wnioskowania muszą być fakty, te prawdziwe, nie zafałszowane. Wydaje mi się, że wiele z nich zawartych jest w ciekawym artykule Co stało się w Pearl Harbor – wpadka Amerykanów czy celowa prowokacja? na portalu II wojna światowa. Z niego zaczerpnąłem poniższe cytaty. Całość tu: http://www.sww.w.szu.pl/index.php?id=artykuly_co_sie_stalo_w_pearl_harbor.

»Jak to możliwe, że wobec tylu sygnałów o spodziewanej agresji Japończyków Amerykanie nie byli gotowi do odparcia ataku na Pearl Harbor? Uderzenie japońskiego lotnictwa było dla marynarki Stanów Zjednoczonych zaskoczeniem. Katastrofa w postaci rozgromienia Floty Pacyfiku zaważyła na losach wojny na Pacyfiku, umożliwiając cesarstwu kontynuowanie szeroko zakrojonej ofensywy. Przez lata wokół Pearl Harbor narosło wiele mitów. Zwolennicy teorii spiskowych bronili nawet tezy o celowej prowokacji Amerykanów, którzy wykorzystali plany Japończyków do przełamania izolacjonistycznych tendencji w Kongresie i wciągnięcia USA do wojny. Ile w tym prawdy? Pewnie nie dowiemy się już nigdy. Warto jednak zwrócić uwagę na szereg zbiegów okoliczności, które w pewnym stopniu zbliżają nas do szalonej tezy.

Przez wieki japońskie cesarstwo było regionalną potęgą, kształtując niezwykle bogatą kulturę, historię, ale także militarne tradycje. Dość powiedzieć, że rządząca dynastia wywodziła się z arystokratycznej linii, której początki datuje się na siódme stulecie przed Chrystusem. Z biegiem lat Japończycy stworzyli zręby niezwykle silnej państwowości, opartej na hierarchicznym podporządkowaniu, autorytecie władz oraz etnicznej i religijnej homogeniczności. Zapoczątkowana w 1868 roku reforma Meiji umożliwiła Japonii dalszą transformację w duchu nowoczesności, politycznej, społecznej, militarnej i gospodarczej odnowy. Państwo szybko zaczęło nadrabiać dystans do bardziej rozwiniętych potęg zachodnich. Na początku XX wieku Japonia nie aspirowała już wyłącznie do roli azjatyckiego mocarstwa. W latach 1904-05 Japończycy stoczyli zwycięską wojnę z Rosją. Wydarzenie to było manifestem siły japońskiej floty i stanowiło moment zwrotny w historii kraju wysp. Po I wojnie światowej Japonia postanowiła rozpocząć mozolną ekspansję terytorialną, która miała umożliwić nie tylko poszerzenie władztwa, ale i zbudowanie fundamentu pod dalszy rozwój kraju. Decyzją Ligi Narodów niemieckie kolonie, nad którymi mandat sprawowała organizacja (w tym Karoliny, Mariany, Wyspy Marshalla) przeszły pod japońską jurysdykcję. Był to pierwszy tak wyraźny sygnał wzmocnienia siły, pozycji i roli Japonii w ówczesnym świecie. Zajęte własnymi problemami państwa europejskie nie dostrzegały początkowo zagrożenia ze strony rosnącego japońskiego ekspansjonizmu i imperializmu kształtowanego głównie przez militarne koła mające największy wpływ na otoczonego nimbem boskości cesarza. Czas pokazał, iż na jego decyzji silnie rzutowały kręgi wojskowych, sprowadzając go do roli marionetki.«

Źródło: Wikipedia.org

W tym artykule jest mowa o tym, że to Liga Narodów przyznała Japonii niemieckie kolonie. Według Wikipedii na mocy traktatu pokojowego Japonia otrzymała prawa poniemieckie w Szantungu (prowincja na wschodnim wybrzeżu Chin) oraz Wyspy Marshalla, Mariany i Karoliny. Te wyspy leżą w południowo-zachodniej części Pacyfiku na wschód od Filipin i na północ od Australii. Reszta wysp tego rejonu należy do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Nowej Zelandii i Australii. W pierwszej wojnie światowej Japonia walczyła po stronie aliantów.

»Po upadku Francji marionetkowy rząd Vichy podpisał z Japończykami porozumienie, na mocy którego północna część Indochin Francuskich przeszła pod kontrolę Japonii. W lipcu 1941 roku, korzystając ze sprzyjających okoliczności, Japończycy zajęli także południową część archipelagu (powinno być półwyspu – przyp. W.L.), co spotkało się z gwałtowną reakcją Waszyngtonu zaniepokojonego niekontrolowaną ekspansją mocarstwa. 26 lipca 1941 roku Amerykanie wprowadzili wspomniane wcześniej sankcje gospodarcze, sądząc, iż powstrzymają rozpędzoną Japonię. W tym czasie zatrzymanie ofensywy było prawdopodobnie niemożliwe. Rozbudzony japoński imperializm był ukierunkowany na kolejne podboje. Aby zażegnać spór, prezydent Roosevelt zdecydował się podjąć premiera Konoje. Po serii spotkań wysłanników obu mocarstw okazuje się, że wypracowanie porozumienia jest niemożliwe. W konsekwencji 15 października rozmowy zostały przerwane, a gabinet Konojego podał się do dymisji. Wydarzenie to w praktyce przesądziło o losach wojny na Pacyfiku. Skłonny do ugody Konoje ustąpił miejsca jednemu z głównych reprezentantów radykalnych kół wojskowych. 18 października tekę premiera przejął gen. Hideki Tojo. Już 5 listopada Tajna Rada Cesarska zatwierdziła plan dalszych operacji militarnych. Wizja zniszczenia floty amerykańskiej zaproponowana przez adm. Yamamoto miała się ziścić. W tym samym czasie kontynuowano rokowania z Amerykanami, które były obliczone na zyskanie czasu dla przeprowadzenia kluczowej ofensywy.«

Skoro rząd Vichy był marionetkowy, to zapewne sam nie podjął takiej inicjatywy i ta japońska ekspansja nie była niekontrolowana. Wprost przeciwnie! Już po pierwszej wojnie światowej zaczęto świadomie wzmacniać Japonię, przyznając jej poniemieckie tereny w Chinach i poniemieckie wyspy na południowo-zachodnim Pacyfiku. Z kolei Stany Zjednoczone w maju 1940 roku podjęły decyzję o przebazowaniu głównych sił floty do Pearl Harbor.

»26 listopada z zatoki Tankan wypłynęły 32 okręty. Kierowały się do zatoki Kurylskiej, aby tam, niedostrzeżone przez Amerykanów, móc w spokoju przygotować się do ataku. Celem miała być główna baza morska amerykańskiej floty na Hawajach rozmieszczona w rejonie Pearl Harbor. Dowódcą zespołu uderzeniowego został wiceadmirał Chuichi Nagumo. 3 grudnia Roosevelt otrzymał rozszyfrowane polecenie japońskie, dotyczące zniszczenia ksiąg szyfrów, co niewątpliwie oznaczało zbliżający się początek wojny. Tego samego dnia admirał Yamamoto wydał wyrok na Pearl Harbor. Jego rozkaz w oryginale brzmiał: “Niitaka yama nobore”. Oznaczało to – zaatakować 7 grudnia o godz. 8.00 czasu lokalnego (13:00 w Waszyngtonie). 6 grudnia do ambasadora japońskiego w Waszyngtonie dotarła długa nota. 13 części Amerykanie zdążyli odszyfrować, natomiast 14 nie była jeszcze gotowa. Jeden z pracujących przy dekodowaniu wiadomości tłumaczy Alwin Kramer w desperacki sposób zabiegał o audiencję u prezydenta Rooseveltowi, by przekazać mu treść przechwyconych depesz. Gdy ostatecznie dotarł do prezydenta, ten spędził nad dokumentami kilka minut i krótko orzekł: “To oznacza wojnę!”. Na spotkaniu był również obecny doradca Roosevelta Harry Hopkins. Skoro Amerykanie wiedzieli o spodziewanym ataku z wyprzedzeniem, dlaczego nie zareagowali tak, jak powinni? 14 część noty została odczytana dopiero 7 grudnia 1941 roku, co w oczywisty sposób opóźniło decyzje i ewentualne przygotowania do obrony. Zastanawiające jest jednak, dlaczego nie poinformowano wszystkich amerykańskich jednostek o możliwości japońskiego uderzenia. Czy obawiano się, że taka depesza w przypadku przechwycenia przez wroga będzie sygnałem o złamaniu japońskiego kodu? W ostatniej części dokumentu Japończycy podawali również godzinę 13:00, co mogło wskazywać na 13:00 w Waszyngtonie, a więc 8:00 na Hawajach. Generał George Marshall wydał wówczas ostrzegawczą depeszę do wszystkich baz marynarki. Jego informacja przebyła jednak nieprawdopodobną drogę i nie dotarła na czas tam, gdzie była najbardziej potrzebna.

O świcie 7 grudnia gen. Marshall dosiadł swego konia o imieniu King Story i wyjechał na krótką przejażdżkę. Chciał odpocząć po niezwykłe wyczerpującej nocy. Amerykanie wiedzieli już, że wojna z Japonią jest nieunikniona. Równocześnie w Waszyngtonie szef sekcji dalekowschodniej amerykańskiego wywiadu płk Rufus Bratton wciąż głowił się nad depeszą japońską. Brattona szczególnie zainteresowała godzina 13:00, która mogła oznaczać godzinę ataku. Doświadczony oficer słusznie założył, że któreś z amerykańskich obiektów na Pacyfiku zostaną prawdopodobnie zaatakowane. Postanowił poinformować o tym fakcie przełożonych. Próbował bezskutecznie dodzwonić się do Marshalla. Ten wrócił dopiero o 10:15. Gdy zobaczył wiadomość, zadzwonił do pułkownika. Bratton nawet nie krył zdenerwowania, ale przez telefon nie chciał rozmawiać o swoim odkryciu. Oznajmił, że ma ważny dokument, którego znaczenia się domyśla. Marshall ruszył do swojej kwatery, tyle że dotarcie zajęło mu ponad godzinę. Dlaczego tak zwlekano ze sprawą, której powinno się nadać najwyższy priorytet? Czy Marshall źle zinterpretował słowa Brattona? Czy już wówczas popełniono karygodne błędy? A może Amerykanie nie chcieli w porę ostrzec swoich baz marynarki? To ostatnie rozwiązanie, któremu bliżej do teorii spiskowej, wydaje się szczególnie szokujące. Na podstawie raportu Brattona Marshall napisał ostrzeżenie do wszystkich jednostek – końcówka brzmiała mniej więcej tak: “Nie wiemy dokładnie, jakie znaczenie ma ta godzina, ale bądźcie w pogotowiu”. Depeszę rozsyłał Bratton. I w tym wypadku trudno mówić o logice postępowania doświadczonych oficerów. Najpierw ostrzeżenie przebyło bardzo dziwną drogę; zamiast normalnego połączenia wybrano okrężne, przez Waszyngton (Centrum Sygnałowe)-> Waszyngton (Western Union)-> San Francisco-> Hawaje-> Pearl Harbor. O 7:30 kurier Tadao Fuchikami stawił się w pracy na Hawajach i zaczął rozwozić telegramy. Żaden nie był oznaczony jako ważny. Jak to możliwe? Podobno ze względu na kiepskie warunki atmosferyczne wiadomość przesłano jako zwykły telegram. Kiedy ten dotarł w końcu do porucznika Waltera C. Shorta z obrony wybrzeża Hawajów, Pearl Harbor już płonęło…

Wydawać się może, iż niemal cały sztab amerykański z wyprzedzeniem wiedział, że atak nastąpi, a ostrzeżenie mimo tego nie dotarło tam, gdzie było najbardziej potrzebne. Jakim cudem Amerykanie zachowali się aż tak nieodpowiedzialnie? Wspominana już kilkukrotnie teoria o celowym doprowadzeniu do zniszczenia Pearl Harbor nie ma oparcia w twardych faktach, ale szereg przesłanek wskazuje, iż sprawa może mieć drugie dno. Najbardziej ekstremalne teorie mówią o bezpośrednim zaangażowaniu prezydenta Roosevelta. Dlaczego miałby to robić? Być może chciał wstrząsnąć społeczeństwem, zdetronizować opozycję o izolacjonistycznych poglądach i wreszcie wprowadzić Stany Zjednoczone do wojny, co przecież musiał brać pod uwagę, decydując się na wsparcie koalicji aliantów. Najpierw Lend Lease Act, Karta Atlantycka i na koniec Pearl Harbor i śmierć 3500 żołnierzy – chłopców z Ameryki… Ledwie 24 godziny po druzgocącym ataku Kongres uchwalił wypowiedzenie wojny Japończykom, przeciwny był tylko jeden senator. Hipoteza ta wydaje się być niewiarygodna, jednak w świetle dokumentów potwierdzających, iż Amerykanie zdawali sobie sprawę z planów japońskich, trudno wszystko tłumaczyć wyłącznie rażącym błędem administracji.«

Na początku okresu Edo (1600-1868) Japończycy prowadzili handel z państwami Azji oraz Europejczykami przebywającymi w Japonii (Portugalczycy, Hiszpanie, od 1609 roku Holendrzy, od 1613 Anglicy). Po jakimś czasie Japończycy stracili zaufanie do Europejczyków i nastąpił okres izolacji. Na przełomie XVIII i XIX wieku ponownie wzrosło ich zainteresowanie Japonią. Byli to głównie Rosjanie, Brytyjczycy i Amerykanie. W 1854 roku na skutek działań komandora M.C. Perry’ego, dowódcy eskadry amerykańskich okrętów, Japonia zaczęła otwierać swoje granice. Podpisała traktat o przyjaźni z USA (m.in. otworzyła porty), następnie z Wielką Brytanią, Rosją (1855), Holandią (1856), W 1858 zawarła traktaty handlowe z USA (m.in. prawo eksterytorialności), Wielką Brytanią, Rosją, Holandią, Francją, Portugalią (1860), Prusami (1861).

Tak to opisuje Wikipedia. Nie precyzuje jednak, jakie to były działania komandora Perry’ego. Długo pertraktował on z Japończykami, ale ci byli nieustępliwi. Dopiero gdy użył decydującego argumentu, którym były armaty, poddali się. Kilka salw w ich kierunku uzmysłowiło im, że przeciwnik jest nie do pokonania. Oni ich nie mieli. Ten ostateczny, decydujący argument, to ultima ratio regum – ostateczny argument królów. Ten łaciński napis umieszczany był z rozkazu Ludwika XIV i Fryderyka II Pruskiego na działach z brązu.

Skoro komandor Perry użył tego ostatecznego argumentu, to chyba nie tylko po to, by przekonać Japończyków do swoich racji, ale również po to, by ich podporządkować Ameryce. Ta zależność nie zniknęła i zapewne trwa do dziś. Była więc również w okresie II wojny światowej. Czy zatem Amerykanie wydali Japończykom rozkaz ataku na Pearl Harbor? Nie wiem i nigdy się nie dowiem, ale wcale nie zdziwiłbym się, gdyby tak było.

Wikipedia pisze, że pomimo zadania amerykańskiej flocie ciężkich strat, japońskie dowództwo nie osiągnęło swoich głównych celów ataku, którymi było przede wszystkim zniszczenie amerykańskich lotniskowców oraz uniemożliwienie Stanom Zjednoczonym przeciwdziałania japońskiej ofensywie na obszarze Azji południowo-wschodniej przez okres co najmniej sześciu miesięcy. Rozpoczęło ono jednak amerykańskie działania zmierzające do zapewnienia Stanom Zjednoczonym, obiecanego przez prezydenta Roosevelta, „absolutnego zwycięstwa” oraz w konsekwencji utratę przez Japonię większości zdobyczy terytorialnych na terenie Azji oraz obszarze Pacyfiku.

W wyniku ataku zginęło 2335 amerykańskich żołnierzy i marynarzy oraz 68 cywilów. Amerykanie stracili pięć pancerników, z których trzy udało się wyremontować i nadal wykorzystywać. Ponadto stracili 2 niszczyciele i jeden stary pancernik, służący jak okręt pomocniczy. Dwa główne cele Japończyków, czyli lotniskowce USS Lexington i USS Enterprise wypłynęły wcześniej w morze. Pierwszy wypłynął z portu 5 grudnia z zadaniem dostarczenia grupy samolotów na wyspę Midway, a drugi – 28 listopada z podobnym zadaniem dostarczenia grupy samolotów na wyspę Wake.

Podczas ataku infrastruktura bazy w Pearl Harbor odniosła tylko nieznaczne szkody. Japończycy nie zniszczyli również ogromnych i łatwo widocznych zbiorników z olejem napędowym, niezbędnych do dalszych działań floty (zgromadzonych było 4,5 mln baryłek ropy). Stało się tak dlatego, iż atak na infrastrukturę i zapasy paliwa miał być przeprowadzony w III fazie ataku. Do tego jednak nie doszło, gdyż ostrożny admirał Nagumo stwierdził, że główny cel – neutralizacja amerykańskiej Floty Pacyfiku – został osiągnięty. Okazało się to potem fatalnym błędem, bo efekty III fazy ataku mogłyby wyłączyć z użycia port w Pearl Harbor na bardzo długi czas. Baza odegrała kluczową rolę w walkach na Pacyfiku, korzystając z doskonałego położenia, stosunkowo bliskiego do rejonów, gdzie odbywały się walki. Po ataku pierwszego dnia wojny Japończycy nie podjęli już jakichkolwiek prób ponownego ataku na bazę, choć kilkakrotnie ich samoloty próbowały wykonać nad nią loty rozpoznawcze.

Tak to wszystko opisuje Wikipedia. Jeśli więc prawdą jest, to co powyżej, to już naprawdę nie ma wątpliwości, że to była parodia ataku i wszystko odbyło się zgodnie z planem. Bo trudno w to uwierzyć, że japońscy agenci, a takich zapewne Japończycy mieli, że oni nie wiedzieli, że w porcie nie ma lotniskowców. Trudno też uwierzyć w to, że Japończycy byli kretynami i zniszczyli tylko parę zdezelowanych okrętów, a infrastrukturę portu i łatwo widoczne zbiorniki z olejem napędowym zostawili. To przecież zdolny naród.

Po ataku amerykański prezydent wygłosił 8 grudnia orędzie do narodu, w którym zwrócił się do Kongresu, aby ogłosił on stan wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Japonią. Co też Kongres uczynił jeszcze tego samego dnia. W odpowiedzi, 11 grudnia sojusznicy Japonii, III Rzesza i Królestwo Włoch, wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym. Tego samego dnia stan wojny z tymi oboma krajami ogłosił Kongres USA. Jednak trzeba było czekać aż do 6 czerwca 1944 roku aż Amerykanie zdecydują się na interwencję w Europie.

Przystąpienie Ameryki do wojny to była prawdziwa tragedia dla ludzkości. Pod jej koniec rozpoczęło się bezsensowne dobijanie pokonanych. Najpierw nalot dywanowy na Drezno w lutym 1945 roku. W marcu – na Tokio, w którym zginęło więcej ludzi niż w Dreźnie, a miasto zostało zrównane z ziemią. W obu wypadkach sprawcami byli Amerykanie i Anglicy. Później było jeszcze gorzej. Hiroszima – 6 sierpnia i Nagasaki – 9 sierpnia 1945 roku.

Hitler bronił się do końca, ale to było szaleństwo. On chciał zniszczyć wszystko. Podobna sytuacja była w przypadku japońskich decydentów. Do końca nie chcieli zgodzić się na bezwarunkową kapitulację. Dopiero zrzucenie bomb ich przekonało. Czy oni, tak jak Hitler, chcieli wszystko zniszczyć? Czy może chcieli dostarczyć Amerykanom pretekstu do wykonania pewnego doświadczenia? Hitlera stworzyli Żydzi. Czy japońskie elity również były od nich zależne? Bo zależność od Ameryki, to pośrednia zależność od Żydów.

Jak widać elity rządzące wielu krajów nie miały skrupułów, by szafować życiem milionów swoich obywateli podczas tych sztucznie wywoływanych wojen. Czasem nawet nie siliły się na szukanie jakiegoś powodu do wywołania kolejnej wojny. Tak było 22 czerwca i 7 grudnia 1941 roku. W końcu doszli chyba do wniosku, że stosowali zbyt drastyczne sposoby zabijania ludzi. Teraz wykorzystują bardziej wyrafinowane metody ich uśmiercania. Szczepionka to taka bomba zegarowa z opóźnionym zapłonem. Czasem zapłon nie zadziała z opóźnieniem tylko od razu. No ale przecież jest to eksperyment. Taki sam jak zrzucenie bomby atomowej na bezbronną ludność, ale nie tak drastyczny i nie na oczach wszystkich. A skutek będzie podobny, a nawet lepszy, za jakiś czas.

22 czerwca

Są pewne daty, o których nie zapominam. Nawet w takim momencie, gdy nasza reprezentacja dostarcza nam wielu wrażeń, skrajnych zresztą. Jedną z nich jest 22 czerwca – początek wojny niemiecko-radzieckiej. Było to 22 czerwca 1941 roku. Mamy więc w tym roku okrągłą 80-tą rocznicę tamtych wydarzeń. Nie byłoby tej wojny, gdyby nie było wojny polsko-niemieckiej i agresji radzieckiej z dnia 17 września 1939 roku. Żeby doszło do tego konfliktu, należało uprzednio usunąć przeszkodę, jaką była Polska, odgradzająca oba państwa. Czy zatem już wówczas wiedziano, jaki będzie bieg wydarzeń? Analiza faktów, które zamieścił w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić Józef Mackiewicz, skłania do takich wniosków, choć on sam w przedmowie do niej pisał:

Akcja powieści toczy się na tle zdarzeń historycznych, ściślej: pewnych fragmentów minionej wojny, i jest z nimi związana. Przedstawienie tych zdarzeń w powieści nie ma na celu narzucania czytelnikowi jakiejkolwiek „tezy”, bądź podejmowania „polemiki politycznej”. Jest wyłącznie próbą opisania tego co było.

Zastosowałem metodę wprowadzania postaci powieściowych w bezpośrednie zetknięcie nie tylko z autentycznymi wypadkami, ale też z autentycznymi ludźmi działającymi w tamtym czasie. Odbiega to, rzecz jasna, od formy klasycznej powieści. Nie wydaje mi się jednak, aby konwencja ograniczająca w tym względzie swobodę autorską była słuszna. Jestem zwolennikiem w twórczości literackiej swobody nieograniczonej.

Początkowo Mackiewicz wkłada w usta jednej z postaci tej powieści takie słowa:

„Ćwierć wieku największego w dziejach szpiegostwa policyjnego, terroru psychicznego, ewidencji ludzkiej myśli; mieszkańców wszystkich swoich krajów zmieniono w szpiclów i donosicieli; przewidziano każdy odruch ludzki, wyniuchano, zdawałoby się, pod czaszką o czym kto śni w nocy, zarejestrowano w kartotece kiedy chodzi srać i wiele razy dziennie robi siusiu; podsłuchy i mikrofony pod każdym łóżkiem i w każdym wychodku. Wszystko, aby uchronić ustrój komunistyczny przed niespodzianką. Zgnojono każdego jednego. I po ćwierć wieku stosowania tego genialnego wynalazku, dają się oni jednego ranka zaskoczyć przez milionowe armie, które raptem wychodzą z krzaków!”

Następnie przechodzi do bardziej szczegółowego opisu tego, co działo się przed agresją:

»Rok temu, w połowie lipca 1940 roku, Hitler zawezwał do siebie naczelnego dowódcę armii lądowych, generała von Brauchitscha, i szefa sztabu głównego, generała Haldera, polecając im opracowanie planu wojny przeciwko Związkowi Radzieckiemu. W kilka tygodni później schemat planu w ogólnych zarysach był gotów. 29 lipca generał Jodl powiadomił kierownicze sztaby wszystkich broni, że „Führer postanowił wyeliminować stałe zagrożenie ze strony sowieckiej”. W sierpniu 1940 roku naczelne dowództwo przystąpiło do szczegółowego opracowania planu wojny przeciwko Sowietom. Od listopada 1940 rozpoczęło się stopniowe przesuwanie wojsk z zachodu na wschód. 12 listopada podpisuje Hitler tajną „Instrukcję nr 18” o gotowości bojowej przeciwko sowietom. 18 grudnia wydany zostaje ściśle tajny „rozkaz nr 21” zawierający wytyczne planu „Operacji Barbarossa”: szybkie rozbicie armii sowieckich, i zatrzymanie na linii: Archangielsk-Wołga-Morze Kaspijskie (linia, która przebiega ok. 300-400 km na wschód od Moskwy – przyp. W.L.). Przygotowania mają być ukończone do dnia 15 maja1941.

Równolegle do ściśle militarnych przygotowań, cały prawie aparat III Rzeszy zaabsorbowany zostaje pracami przygotowawczymi do kampanii wojennej przeciwko Sowietom. Abwehra, SS, SD, Gestapo. Powołane zostają cale sztaby ekspertów od sowieckiego przemysłu, bogactw naturalnych, rolnictwa, lasów, dróg wodnych, administracji. Do opracowania planów przyszłej eksploatacji obszarów wschodnich wciągnięte zostaje ministerstwo wyżywienia i rolnictwa, ministerstwo gospodarki, urząd gospodarki wojennej i uzbrojenia OKW, urzędy Göringa „Planu Czteroletniego”. Przystąpiono do utworzenia „Ostministerium” pod kierownictwem min. Rosenberga. Dnia 10 grudnia 1940 przedstawiony zostaje naczelnemu dowództwu pierwszy skoordynowany plan eksploatacji źródeł naturalnych Rosji. W lutym 1941 powstaje pod kierownictwem generała Thomasa centralny sztab gospodarczy Wschód, pod kryptonimem „Oldenburg”. Rozpracowane zostają wytyczne dla przyszłej administracji, policji, władz porządkowych; ogólne instrukcje postępowania wobec ludności okupowanych terenów, i wytyczne propagandy.

O przygotowywanej wojnie wiedzą wszyscy urzędnicy resortów wtajemniczonych, a wkrótce i takich, które na razie wtajemniczone być nie mają, jak ministerstwo spraw zagranicznych. Ale Ribbentrop nie chce się dać wyeliminować, i przeforsowuje również swój udział w postaci VAA (Vertreter des Auswärtigen Amtes) – przedstawicieli ministerstwa spraw zagranicznych przy armii okupacyjnej. Z początkiem kwietnia 1941 szef generalnego referatu „Wschód”, Eberhard Taubert, tworzy organizację pod kryptonimem „Vineta”, w której ma się zespolić całość akcji nadań radiowych, plakatów, ulotek, filmów, płyt, przeznaczonych do kampanii sowieckiej.

Tajemnicą poliszynela objęte są niebawem coraz szersze kręgi. Pozostające w kontakcie z Rosenbergiem i szefem Abwehry, admirałem Canarisem, organizacje ukraińskie, OUN (Bandera) i OUN (Melnyk), UNR (Ukraińska Narodowa Rada) i kaukaski „Prometeusz” z siedzibą w Warszawie, opracowują ze swej strony plany i memoriały, począwszy już od kwietnia 1941 roku. Aleksander Siewriuk, ongiś członek delegacji ukraińskiej na konferencję pokojową w Brześciu 1918, układa po cichu listę przyszłego gabinetu ukraińskiego… Kubijowicz i Omelczenko z OUN/M, składają na ręce Hitlera szczegółowy memoriał, przedstawiający Ukrainę jako jedyną na wschodzie pewną ostoję i przeciwwagę „rosyjskim i żydowskim aspiracjom”… Wkrótce przyjeżdża do Berlina z Warszawy i Łodzi delegacja polityczna działaczy białoruskich, i ukonstytuowuje tam „Białoruskie Centrum Narodowe” pod przewodnictwem dr Mikołaja Szczorsa z Warszawy… Minister Alfred Rosenberg, zdecydowany rzecznik poparcia ukraińskich aspiracji narodowych, alarmuje Gestapo, na podstawie doniesienia ze sfer ukraińskich, że emigranci rosyjscy w Warszawie rzekomo układają już listę przyszłego rządu rosyjskiego, a b. generał rosyjski Biskupski w Berlinie gromadzi rzekomo kadry dla obsadzenia kluczowych stanowisk w wyzwolonej od bolszewików Rosji…

Jeszcze wcześniej, bo 17 listopada 1940 roku, były poseł litewski, pułkownik Kazys Škirpa, organizuje w Berlinie przy poparciu Abwehry, tajną, polityczno-bojową, antysowiecką organizację litewską pod nazwą „Front Litewskich Aktywistów”. W dniu 5 grudnia wydrukowana zostaje w Berlinie broszura po litewsku pt. „Od bolszewickiej niewoli do nowej Litwy”. W kilka dni później kapitan Pranas Gužaitis przedziera się przez granice sowiecką do Kowna i Wilna z zapasem tej broszury, z instrukcjami dla powstałych w międzyczasie kilku tajnych organizacji litewskich, oraz z wiadomością o mającej nastąpić rychło wojnie. W pierwszych dniach stycznia 1941, Gužaitis, w drodze powrotnej, aresztowany zostaje na granicy Prus Wschodnich przez organa sowieckie. Przewieziony do więzienia w Kownie, następnie w Mińsku, tam też zostaje rozstrzelany… Naturalnie mnogie są kontakty do Finlandii, Rumunii, Węgier.

W ciągu całego tego czasu poselstwo sowieckie w Berlinie nie wie nic konkretnego. Wywiad sowiecki, zarówno GRU, jak INO-NKWD, oplatane jest skutecznie przez podstawionych ludzi. Jeden z głównych agentów sowieckich, Litwin, Vytautas Pakułatis, dawno już odszedł na służbę niemiecką. Drugi ważny informator INO w Berlinie, Max Bauer, jest inteligentnym agentem Abwehry. Sugestie niemieckie skierowane są nie tylko dla uśpienia czujności posła Dekanozowa, ale dla wmówienia mu, że pogłoski, które do niego dochodzą… – a nie mogą nie dochodzić, skoro prawie od pół roku cały aparat państwowy, i wszystkie agendy pośrednie, przestawione zostały na przygotowania wojenne z Sowietami! – że to jest „wielki bluff”, mający kamuflować niespodziewany atak na Anglię… W tym też sensie informuje Dekanozow Moskwę. Zresztą ku wielkiemu zadowoleniu Stalina.

Dopiero w lutym 1941 agent grupy „Negry” z gaullistowskiej Résistance zawiadamia wywiad szwajcarski, że niemieckie dywizje z rejonu Bordeaux przerzucone zostały na wschód. Komunizujący agent wywiadu szwajcarskiego, Bawarczyk, Otto Pünter, kryptonim „Pakbo”, powiadamia o tym rezydenta sowieckiego w Grenoble, „Carlo”. Ale nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Mijają dwa miesiące. W maju, agent szwajcarski Rudolf Rössler, pracujący pod kryptonimem „Lucy”, otrzymał z tego samego źródła alarmującą wiadomość, że atak niemiecki na Sowiety wyznaczony jest na 15 czerwca. Udało mu się przez swego przyjaciela Schneidera nawiązać kontakt z Rachelą Dübendorfer, „Sissy”, agentką wojskowego wywiadu sowieckiego GRU (Gławnoje Razwiedywatielnoje Uprawlenie). „Sissy” kontaktuje „Pakbo” z głównym rezydentem GRU w Szwajcarii, Węgrem, Alexsandrem Radó, alias „Dora”, „Albert”, „Kulicher”. Radó, otyły, na krótkich nogach, nieruchawy, wiecznie pochłonięty sprawami finansowymi, przyjął wiadomość sceptycznie. – Bez sprawdzenia – powiedział – nie mogę alarmować Moskwy.

Wkrótce Rössler otrzymał informacje ze źródła, którego nigdy nie ujawnił, że inwazja przesunięta została na 22 czerwca. Ale było już bardzo późno…

W tym samym czasie dr Ryszard Sorge, b. korespondent „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, radca prasowy przy ambasadzie niemieckiej w Tokio, a komunista z przekonania i tajny agent GRU, dawno już nabrał przekonania, że tzw. „zamknięta dusza wschodu”, o której tyle nasłyszał się w Europie, może być otwarta łatwiej niż inna przy pomocy najprostszych środków. Zmobilizował sporo agentów spośród japońskich komunistów i niekomunistów. M.in. udało mu się wciągnąć do siatki właściciela ekskluzywnej restauracji w Tokio „Gueyko”, do której uczęszczały tzw. pierwsze osoby w państwie. Właściciel „podstawił” ze swej strony gejszę o wyjątkowej piękności. I ta gejsza doniosła, że z rozmowy, którą podsłuchała pomiędzy ministrem spraw zagranicznych Yosuke Matsuoka i księciem Kan’in, wujem cesarza, wynikało, że Niemcy mają napaść na Sowiety 20 czerwca… Powiadomiony o tym ambasador sowiecki w Tokio, Jakub Malik, statecznie zauważył, iż na podstawie słów podsłuchanych, chociażby przez najpiękniejszą gejszę Japonii, trudno jest stawiać w stan pogotowia wojennego największe imperium na świecie…

Wprawdzie w marcu 1941 podsekretarz stanu Sumner Welles przestrzegał ambasadora sowieckiego w Waszyngtonie o mającej nastąpić inwazji niemieckiej na Sowiety, a w kwietniu powtórzył to ostrzeżenie już publicznie Winston Churchill, ale nie przekonało to Moskwy. Po raz pierwszy też przyszedł z pomocą Sowietom wywiad podziemny w Polsce, który zidentyfikował około stu wojskowych jednostek niemieckich, grupujących się wzdłuż granicy do ataku na Związek Sowiecki, i przekazał tę wiadomość w depeszy do Londynu, w pierwszej połowie czerwca. Ale i bez tej wiadomości od początku czerwca 1941 płytki wywiad sowiecki i posterunki graniczne wiedziały o stopniowym skupianiu się wojsk niemieckich, gdyż widział to na własne oczy każdy pastuch pasący krowy wzdłuż linii demarkacyjnej. Z braku jednak bardziej konkretnych informacji ze strony GRU i, zresztą sprzecznych z nimi, informacji berlińskiej INO, jawne już prawie ruchy tych wojsk mogły istotnie wyglądać na „wielki bluff”, a wszystkie ostrzeżenia na – „prowokację brytyjską”.

Ze swej strony wywiad niemiecki oparł się głównie na zdjęciach lotniczych dalekosiężnego zwiadu, zmontowanego pod kryptonimem „Aufklärungsgruppe Ob.d.L.” Już w październiku 1940 pułkownik Rowehl otrzymał od Hitlera osobisty tajny rozkaz: „Zorganizować eskadry dalekich lotów obserwacyjnych nad zachodnią częścią Związku Sowieckiego”. Pierwszy rzut wyleciał z Seerappen w Prusach Wschodnich na „He. 111” o specjalnych motorach wysokościowych, fotografując Białoruś. Drugi na „Do. 215 B-2”, obejmując kraje bałtyckie, aż po jezioro Ilmen, na wysokości 9 tysięcy metrów. Z Bukaresztu, Budapesztu i Krakowa leciały „Ju 88-B” i „Ju 86-P”, osiągając 12 tysięcy metrów. Rezultaty były ważne. To czego zwyczajne oko nie w stanie byłoby rozeznać, uwidaczniały specjalne filmy: sfotografowano wszystkie lotniska pasa granicznego, lotniska zapasowe i zakamuflowane; skupiska wojsk, czołgów, umocnienia, ruch kolejowy. Wysoko, wysoko w powietrzu panowała cisza, mróz i słońce. Ani razu nie próbował zakłócić pejzażu myśliwiec sowieckiego lotnictwa, ani pocisk Opl. Raz tylko, było to 20 czerwca, na dwa dni przed wybuchem wojny, wskutek defektu motoru zmuszona była lądować maszyna niemiecka w rejonie Mińska. Ale załoga zdążyła podpalić samolot, zanim wzięta została do niewoli. I na tym się skończyło.

W niedzielę 22 czerwca, godzina 3.15 rano: wzdłuż całego frontu plunęły ogniem wszystkie działa i ruszyły do ataku niemieckie wojska lądowe. Zaskoczenie na przestrzeni 1.600 km było kompletne. Ani jedna jednostka sowiecka nie była postawiona w stan alarmu, czy chociażby w stan bojowego pogotowia. Nigdzie obsada przyczółków mostowych nie była wzmocniona; punkty ogniowe nie wstrzelane w teren; nie rozwinięte bojowe linie obronne. Na całej przestrzeni od Bałtyku do Morza Czarnego nie zdarzyło się ani jednego wypadku nie-zaskoczenia.«

Co było dalej, to opisałem w blogu „Wojna niemiecko-radziecka”. Ten cytat skłania do refleksji: czy rzeczywiście Stalin i całe radzieckie dowództwo polityczne i wojskowe było tak naiwne, że wierzyło w zapewnienia Hitlera, że to wszystko to jeden wielki bluff, mający na celu zdezorientować Anglików? Raczej trudno w to uwierzyć. Z drugiej strony mamy podstawowe założenie planu „Operacja Barbarossa”, polegające na szybkim rozbiciu wojsk radzieckich i zatrzymaniu się na linii Archangielsk-Wołga-Morze Kaspijskie. W praktyce Hitler zatrzymuje się w połowie lipca na ponad dwa miesiące w odległości 350 km od Moskwy, pomimo że ma do niej wolną drogę.

Rosjanie zachowują się tak, jakby chcieli, by atak był jak najbardziej skuteczny, a Niemcy – tak, jakby nie chcieli wygrać tej wojny. Wyglądało to tak, jakby nad jednymi i drugimi stał jeszcze ktoś ponad i decydował o tym, jak obie strony mają się zachowywać.

Jeśli tak mogło być, to pojawia się kolejne pytanie: po co wywiady, skoro obie strony wiedziały, jak się rozwinie sytuacja? Chyba tylko po to, by stworzyć wrażenie, że cała ta polityczna gra jest autentyczna. I Stalin musiał odegrać rolę wielce zaskoczonego „zdradą” „przyjaciela”.

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają”. – Trudno chyba nie zgodzić się z Szekspirem. Ale zapewne dla wielu trudno będzie uwierzyć w to, że tak mogło być. Mogło i pewnie tak było. Gdyby nie fakt, że na własnych oczach obserwujemy farsę w postaci „pandemii”, która od początku do końca jest zaplanowana, to zapewne można by wątpić w to, że cała ta wojna była wyreżyserowana, podobnie jak wszystko inne w polityce. W sumie sprowadza się ona, polityka, do sztucznego tworzenia konfliktów, a później ich rozwiązywania, co z kolei prowadzi do następnych. I tak to się wszystko kręci.

Mackiewicz przedstawił fakty. Zgodnie ze swoją zasadą nie komentował ich i nikomu nie narzucał własnego zdania. Ja pokusiłem się o komentarz, ale jeśli komuś on nie odpowiada, to niech ograniczy się do tego, co napisał Mackiewicz i sam wyciągnie z tego wnioski.

Skoro na początku wspomniałem o Euro 2020, odbywających się w 2021 roku, to, siłą rzeczy, przypomina mi się Euro 2012, organizowane przez Polskę i Ukrainę i coś, co mnie wtedy zaszokowało. Polska grała w jednej grupie z Grecją, Czechami i Rosją. Wtedy z grupy wychodziły dwie drużyny. Wyszli Czesi i Grecy. Mecz Polski i Rosji (1:1) odbywał się na Stadionie Narodowym. Przed meczem kibice polscy i rosyjscy szli na stadion przez Most Poniatowskiego. Nie obyło się tam bez drobnych scysji i wzajemnych animozji. Dziennikarz telewizyjny relacjonujący ten marsz, w pewnym momencie powiedział: „ten most, po którym idą kibice na Stadion Narodowy”. To był dla mnie szok. On nie wiedział, jak nazywa się ten most. Ja ten most znam ze zdjęcia z podręcznika do historii ze szkoły, chyba średniej, słynne zdjęcie – spotkanie Piłsudskiego i Wojciechowskiego. Ilekroć zdarzało mi się później przejeżdżać przez ten most, zawsze je sobie przypominałem. To najważniejszy most w najnowszej historii Polski, a może w ogóle w historii Polski. Po zamachu majowym Polska straciła jakiekolwiek szanse na niepodległość.

Gdyby nie zamach majowy, to prawdopodobnie nie doszłoby do wojny 1939 roku, a w konsekwencji i do wojny niemiecko-radzieckiej z 1941 roku. Gdy tak oglądałem te tłumy, które szły przez Most Poniatowskiego, to zastanawiałem się, czy była tam chociaż jedna osoba, która wiedziała, przez jaki most szła i co on znaczy w historii Polski, a może nie tylko Polski.

Sanacja

Sanacja, od łacińskiego sanatio, „uzdrowienie”, to nazwa obozu rządzącego w Polsce w latach 1926-1939. Powstała ona w związku z hasłem „sanacji moralnej” życia publicznego, wysuwanym przez ten obóz przed zamachem majowym i w trakcie niego. Jego przywódcą był Józef Piłsudski, który od 29 listopada 1918 roku do 14 grudnia 1922 roku był naczelnikiem państwa. To wtedy właśnie wszystko od niego zależało. Nic bez jego zgody nie mogło być wprowadzone w życie, m.in. konstytucja i ordynacja wyborcza. Jeśli więc przed zamachem majowym było tak źle: „rozpanoszyło” się partyjniactwo i sejmowładztwo, to odpowiedzialnym za to był naczelnik państwa. I teraz on, ten, który zgodził był się na taki stan rzeczy, wystąpił z propozycją naprawy tego, co sam u przednio zaakceptował.

Wszyscy, którzy choć trochę interesują się historią i polityką, wiedzą jak rządziła sanacja i czym to się skończyło. Zapewne niektórzy uważają, że było to wynikiem niekompetencji i błędnych koncepcji politycznych jak i gospodarczych. Jednak pewne rzeczy łatwiej będzie zrozumieć, jeśli przybliżymy sobie ideologię sanacji, która, jak sadzę, jest mało znana, choć dokładnie opisana w Wikipedii.

Po raz pierwszy terminu sanacja państwa użył Adam Skwarczyński. Wikipedia nie podaje konkretnej daty, ale należy sądzić, że nastąpiło to na długo przed zamachem majowym. Wypracowanie własnej doktryny wymaga przecież czasu. Obok Skwarczyńskiego głównymi ideologami piłsudczyków byli Czesław Znamierowski, Mieczysław Szawleski, Kazimierz Smogorzewski, Stanisław Car, Wacław Makowski, Kazimierz Władysław Kumaniecki, Adam Piasecki, Teodor Seidler. Wielu z nich było masonami. Zresztą cały obóz piłsudczykowski był zdominowany przez masonerię, co wiele wyjaśnia. Nie byli to więc ludzie głupi, a jeśli „popełniali” błędy, to może właśnie dlatego, że tak miało być.

Podstawą doktryny sanacyjnej było założenie o podziale ludzi na dwie kategorie: większość społeczeństwa i dominującą nad nią mniejszość, która podejmuje najważniejsze w państwie decyzje. Założenie to oparto na tezach Vilfreda Pareto, który postrzegał historię jako ciągły proces powstawania elit obalanych następnie przez większość w celu stworzenia nowej elity. Powodem konfliktów pomiędzy elitami a społeczeństwem, według Pareto, było to, że elity zamykały się w sobie i blokowały możliwość awansu zdolnym i ambitnym jednostkom spoza swoich kręgów.

Vilfredo Pareto to włoski ekonomista i socjolog, współtwórca tzw. lozańskiej szkoły ekonomii. Pochodził z rodziny kupieckiej. Już te dwa fakty wystarczą, by zdemaskować go jako Żyda. Przypisuje się mu sformułowanie tzw. zasady Pareto, zwanej też zasadą 20/80, że np. 20% klientów generuje 80% przychodów przedsiębiorstwa. Jednak prawdziwym jej twórcą był Joseph Moses Juran, amerykański teoretyk zarządzania, wywodzący się z rumuńskich Żydów. A więc wszystko pozostaje w rodzinie.

Według Pareto właściwym źródłem równowagi społecznej jest konflikt i walka pomiędzy przeciwstawnymi siłami społecznymi. Czyli Marks, tylko ogólniej, i oczywiście Hegel. Pareto jest również autorem teorii krążenia elit, opisującej zasady rządzące elitami w społeczeństwach ludzkich. Uważał on, że elita jest złożona z tych ludzi, którzy w danej dziedzinie działania osiągają najwyższe wskaźniki. Odchodził zatem zarówno od tradycyjnego rozumienia elity jako arystokracji, jak i od utożsamiania elit wyłącznie z elitami rządzącymi.

Ideologia sanacji, początkowo bardziej egalitarystyczna, stała się w końcu tym, co można nazwać elitaryzmem autorytarnym. W okresie pomiędzy wycofaniem się Piłsudskiego z życia publicznego i przewrotem majowym podkreślano brak wsparcia społeczeństwa dla ówczesnych legionistów w walce o niepodległość i tym większe zasługi tych, którzy mimo tego o tę niepodległość walczyli. To założenie stało się uzasadnieniem dla uznania, że to byli legioniści, jako osoby najbardziej zasłużone dla stworzenia państwa, są najbardziej odpowiedni do sprawowania władzy w Polsce. W doktrynie sanacyjnej wyuczona przez zaborców bierność społeczeństwa na kwestie niepodległościowe dyskwalifikowała więc jego większość jako przywódców niepodległej Polski.

Sanacja miała zająć się przebudową społeczeństwa za pomocą zhierarchizowania go, co umożliwić miało włączenie do pracy na rzecz kraju osób chcących podjąć taki wysiłek. Jednocześnie osoby chcące się zaangażować na rzecz państwa powinny zaakceptować w elicie kierowniczą rolę zasłużonych działaczy sanacji. Tak rozumiana elita miała charakteryzować się bezinteresownym zaangażowaniem na rzecz dobra wspólnego, w odróżnieniu od starych elit, które wykorzystywały resztę społeczeństwa do zaspokajania własnych potrzeb.

Zgodnie z tymi założeniami elita wyodrębniana na podstawie indywidualnych zasług, zamiast przynależności do grupy społecznej lub partii, miała zapewnić dopływ nowych, twórczych jednostek, co miało ją zabezpieczyć przed popadnięciem w marazm. Jednocześnie odrzucono postulowaną w niektórych kręgach piłsudczyków koncepcję uznania przynależności do inteligencji za warunek zaliczenia do elity, choć częściowo wrócono do niej w 1935 roku.

Zdaniem sanacji historycznie zasłużoną awangardą byli piłsudczycy, co uzasadniało wymianę ludzi na stanowiskach na prowincji. Zajmowali je byli legioniści. W Polsce nie było to nic nowego. Tak było przed sanacją i po niej, ale chyba tylko ona pokusiła się o dorobienie ideologii do zwykłego nepotyzmu.

Adam Skwarczyński definiował postulaty sanacji jako zanegowanie demokracji przy braku zgody na dyktaturę. Wyrazem dążenia do „uspołecznienia państwa” były projekty utworzenia Powszechnej Organizacji Społeczeństwa (POS), która miała mieć cechy masowej monopartii angażującej całe społeczeństwo. Ideę jej powołania podjęto na przełomie 1935 i 1936 roku. Jej najniższy szczebel miały tworzyć m.in. samorządy terytorialne, stowarzyszenia i samorządy gospodarcze, stowarzyszenia użyteczności publicznej, spółdzielnie, kółka rolnicze, straże pożarne czy związki zawodowe, nad którymi miały się znajdować komórki szczebli powiatowych, wojewódzkich i krajowych. Jednocześnie marginalizacja partii politycznych miała spowodować zastąpienie walki wyborczej opartej na demagogii przez realne zasługi i konkretny program działania danej osoby. Podkreślano jednak, że sanacyjna władza miała mieć posłuch nie w oparciu o przymus administracyjny, a o świadomą wolę społeczeństwa, uzyskaną dzięki wychowaniu młodzieży i dobrowolnej przemianie moralnej obywateli, niemniej projekt budził skojarzenia z organizacją społeczną ZSRR, Niemiec czy Włoch i próbą budowy społeczeństwa totalitarnego.

Główną organizacją polityczną sanacji był Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (1928-1935), który mając wszelkie cechy partii politycznej, nie był nią nazwany i określano go jako przeciwieństwo partii. Marginalizując partie polityczne, sanacja tworzyła liczne organizacje młodzieżowe, społeczne, zawodowe i kombatanckie, które realizowały wspólną ideologię państwową, jednak nie służyły one wyrażaniu woli obywateli, a jedynie przekazywaniu społeczeństwu woli władz państwowych. Organizacja społeczna miała w doktrynie sanacyjnej promować uczciwość i pracę na rzecz państwa, a osoby wyróżniające się na tym polu miały przechodzić do administracji terenowej czy parlamentu. Efektem wzrostu aktywności społecznej miało być także zmarginalizowanie niepotrzebnych już partii politycznych. Sanacja planowała uzależnić zakres praw jednostek od zasług dla państwa, a wyróżnikiem elity miały być większe prawa polityczne, wzorowane na przedrozbiorowej instytucji nobilitacji.

Za włączanie do elity odpowiadać mieli jej wcześniejsi członkowie zgodnie z zasadą, że osoby najbardziej wartościowe w państwie miały wybierać najlepsze osoby z niższych stopni organizacji społecznej. Równocześnie, pomimo programu tworzenia faktycznej i prawnej elity władzy, doktryna sanacji na gruncie społecznym opowiadała się za egalitaryzmem.

Władza w budowanym ustroju jako naczelną wartość stawiała jednolicie rządzone przez prezydenta państwo, w związku z czym zobowiązywała obywateli do udziału w realizacji wspólnych celów i sankcjonowała kierowniczą rolę elity sanacyjnej w społeczeństwie. Efektem tego prawa obywatelskie były marginalizowane, a akcentowane były obowiązki obywatela wobec państwa. Jednocześnie tak pojmowana relacja państwa i obywatela nie miała prowadzić do totalitaryzmu, gdyż ten, zgodnie z sanacyjną doktryną, podobnie jak demokracja, miał prowadzić do zaniku odpowiedzialności obywateli za państwo. Dążenia te częściowo znalazły wyraz w konstytucji kwietniowej z 1935 roku, której zasadnicze założenia opracowywane były od 1928 roku, i której projekt zaakceptował Piłsudski podczas narady z rządem. Duży wkład w opracowanie nowej konstytucji miał Walery Sławek, który doprowadził do zawarcia w niej zasady elitaryzmu jako podstawy ustroju.

Wartością nadrzędną w ideologii sanacji było scentralizowane i silne państwo, jednak jego ustrój był kwestią drugorzędną, stanowiącą konsekwencję bieżącej sytuacji. Sanacja głosiła konieczność silnych rządów wobec kryzysu demokracji, która nie sprawdziła się zdaniem jej działaczy w warunkach polskich i postulowała „odpartyjnienie” sceny politycznej poprzez osłabienie partii, gdyż kluczem podziału nie miały być poglądy, lecz postawy i zasługi w czynie niepodległościowym.

Tak ideologię sanacji przedstawia Wikipedia, która wykorzystała opracowania wielu polskich historyków. Analizując założenia tej ideologi, trudno nie zadać sobie pytania: skoro było to takie dobre, to dlaczego skończyło się tak źle? Sanację skrytykowano na wszelkie możliwe sposoby, dokonano wielu drobiazgowych analiz rządów pomajowych, przedstawiano alternatywne rozwiązania, obwiniano ją za klęskę wrześniową itp. Ale czy ktoś zadał sobie pytanie, czy w tamtej rzeczywistości było dobre rozwiązanie?

Polska odrodzona wpadła w koleiny Rzeczypospolitej Obojga Narodów, albo ktoś ją świadomie w te koleiny wepchnął. W wyniku unii lubelskiej (1569) połączono ze sobą dwa państwa o różnym poziomie rozwoju, różnych językach i wrogich sobie wyznaniach. Nowe państwo miało niby skuteczniej bronić się przed zakusami sąsiadów. Nic z tego nie wyszło. Już w niecałe sto lat po unii doszło do pierwszego rozbioru tego idiotycznego tworu, choć nie pisze się o tym, a za pierwszy rozbiór uznaje się ten z 1772 roku. W wyniku wojny ze Szwecją traci Rzeczpospolita Inflanty a Prusy uniezależniają się od niej. W wyniku wojny a Rosją, w tym samym czasie, traci ona województwo smoleńskie, czernihowskie i połowę województwa kijowskiego (250 tys. km2). Ta połowa województwa kijowskiego to prawie 5/6 obecnego obszaru Polski. Jeśli to nie jest rozbiór, to co to jest?

Historia pokazała, że projekt pod nazwą Rzeczpospolita Obojga Narodów, był złym projektem i zantagonizował Polaków z ich wschodnimi sąsiadami. Pomimo tak złych doświadczeń obaj, niby wrogowie, Piłsudski i Dmowski, wpychają nowe państwo w stare koleiny. Koncepcja Piłsudskiego zakładała powstanie federacji obejmującej na wschodzie ziemie sprzed rozbiorów. Koncepcja Dmowskiego zakładała asymilację ludności tam mieszkającej. Terytorialnie obie koncepcje prawie się pokrywały. Z tego tylko mogły być nieszczęścia i były. Obaj działali na szkodę Polski. Odtworzenie Polski w takich granicach od razu antagonizowało ją z obu sąsiadami, czyli z Niemcami i Rosją, która tymczasowo przyjęła nazwę Związek Radziecki. Wykluczało to zawieranie jakichkolwiek sojuszy ze względu na konflikt interesów.

Odtworzenie Polski w jej granicach etnicznych lub zbliżonych do nich byłoby optymalnym rozwiązaniem. Taką byłaby Polska składająca się z obszaru byłego Królestwa Polskiego, Galicji zachodniej z Lwowem (Lwów to nie Kresy), Wielkopolski i Pomorza. Wprawdzie pozostałyby roszczenia Niemiec, ale nie mogłoby dojść do sytuacji jaka wytworzyła się 17 września 1939 roku. Po prostu Związek Radziecki nie miałby argumentów usprawiedliwiających agresję, bo on, tak jak i wcześniej Rosja, akceptował Polskę w granicach etnicznych.

O tym, jak miała wyglądać nowa Polska nie decydował mason Dmowski i mason Piłsudski, tylko ich przełożeni, a oni byli od wykonywania ich poleceń. Odtworzono ją tak, by to nowe państwo było w konflikcie ze wszystkimi sąsiadami i wewnętrznie rozdarte ze względu na liczne mniejszości narodowe. Ponad 1/3 ludności, jeśli nie więcej, nie utożsamiała się z nowym państwem. W takiej sytuacji prowadzenie jakiejkolwiek polityki zagranicznej i wewnętrznej było kwadraturą koła. Ci, którzy projektowali ten powojenny porządek, dokładnie wiedzieli, co zrobić, by kolejny konflikt był tylko kwestią czasu.

Stworzyć karykaturę państwa, jakim była II RP, to jedno, a drugie, to zainstalować w nim marionetkowe władze, które będą całkowicie posłuszne. O tym, że Niemcy wykreowali Piłsudskiego i stworzyli mu państwo, jeszcze w granicach Królestwa Polskiego, to chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Jak jednak przekonać opinię publiczną do tego, że demokracja jest zła i że Polacy do niej nie dorośli? I tu rodzi się jeszcze jedno pytanie: dlaczego komuś tak zależało na tym, by w II RP rządził ktoś, kto się z nikim nie liczy i podejmuje arbitralne decyzje? Dlaczego dwie kluczowe dla państwa dziedziny, czyli polityka zagraniczna i wojsko znalazły się pod kontrolą jednego człowieka, który o wszystkim decydował? A po jego śmierci niewiele się zmieniło. Zapewne chodziło o sprawne kierowanie tymi dziedzinami, a może raczej o sprawne wykonywanie poleceń nieznanych przełożonych.

Piłsudski, będąc naczelnikiem państwa, zaakceptował demokrację, czyli system wielopartyjny i ordynację wyborczą. Nie obowiązywał wówczas 5% próg wyborczy jak obecnie. Wielość partii i rozbieżne ich interesy uniemożliwiały stworzenie większości parlamentarnej. Nikomu też nie zależało na konsolidacji i łączeniu zbliżonych do siebie programowo partii. Wprost przeciwnie! W wielu z nich znajdowali się ludzie, którzy rozsadzali je od środka. Ich zadaniem było kompromitowanie demokracji i wywoływanie wrażenia, że Polacy nie dorośli do niej.

W blogu „Zamach majowy” pisałem:

»Piłsudski opierał się na swoich dawnych towarzyszach legionowych. Nałęcz twierdzi, że było to „zjawisko z pogranicza konspiracji, zbliżone do poufnego działania o charakterze mafijnym. Narodzone w latach walk legionowych, kontynuowane w okresie 1918-1923, nie przestało egzystować w czasie usunięcia się w cień przez przywódcę grupy. Powodowało, że ludzie niezwiązani już organizacyjnie z Piłsudskim, pozostawali nadal bezgranicznie mu oddani. Nie było to bez znaczenia, ponieważ znajdowali się oni prawie we wszystkich ważniejszych dziedzinach życia: we wpływowych instytucjach w wojsku, w administracji państwowej i sądownictwie, prasie, partiach politycznych itd.”

Jeśli ludzie Piłsudskiego byli wszędzie, m.in. w partiach politycznych, to mieli wpływ na politykę tych partii. A więc ich rozwydrzenie mogło być wynikiem obecności w nich jego ludzi. Czy państwo, którego kluczowe organy i instytucje były obsadzone ludźmi marszałka, można uznać za niepodległe, skoro on sam był zależny od kogoś innego? To państwo w latach 1922-1926 starało się dopiero być niezależnym.«

Pretekst do wprowadzenia dyktatury został starannie przygotowany i prawdopodobnie planiści, którzy planowali przyszłość Polski, ale też i Europy, od początku zakładali, że w Polsce muszą być rządy autorytarne zwane inaczej elitaryzmem autorytarnym. Jak zwał, tak zwał. Ważne, żeby w kluczowym momencie rozkazy były wykonywane szybko i zgodnie z intencjami tych, którzy je wydawali.

Dlaczego miało tak być? Jeśli spojrzymy na granice II RP, to od razu rzuca się w oczy ich niekorzystny układ z Niemcami. Państwo to graniczyło z Polską z trzech stron: od północy, zachodu i południa. Jeśli dodamy do tego fakt, że Niemcy dysponowały ogromną przewagą militarną i dwukrotnie większą liczbą ludności, co przekładało się na liczebność armii, to wynik takiej konfrontacji byłby nietrudny do przewidzenia. W takiej sytuacji żaden człowiek o przeciętnym ilorazie inteligencji nie podjąłby decyzji o zbrojnym oporze. To tak jakby wystawić do walki dwóch bokserów. Jeden z wagi ciężkiej, a drugi z wagi lekkiej. Coś takiego jest bez sensu i dlatego tego nie praktykuje się. Dlaczego więc władze sanacyjne podjęły taką decyzję?

Ktoś może powiedzieć, że mieliśmy sojusze i gwarancje angielskie i francuskie. To prawda, ale Czechosłowacja też miała sojusz z Francją i Związkiem Radzieckim. Hitler zajął Czechy, a Francja nie ruszyła się. Natomiast Związek Radziecki zastrzegł sobie, że zareaguje, jeśli Francja ruszy pierwsza. Liczenie na takie sojusze byłoby dowodem skrajnej naiwności. A ci ludzie naiwnymi nie byli. Dobrze wiedzieli, że Francja i Anglia nie zareaguje, ale mieli usprawiedliwienie dla swojej cynicznej decyzji: przecież gdyby Francja zaatakowała, to byłaby wojna na dwa fronty i Niemcy musieliby przerzucić część wojsk na zachód. A że wcześniej przetestowano ten wariant na Czechosłowacji? A kto by sobie głowę zawracał takimi drobiazgami!? Po to m.in. była ta dyktatura, by nikt w sejmie nie mógł zadawać “głupich” pytań.

Żeby mogło stać się to, co stało się, rząd II RP musiał być całkowicie podległy komuś innemu i dokładnie wykonywać rozkazy tego kogoś. Do realizacji tego musiał zdobyć władzę dyktatorską, tak by nie musiał tłumaczyć się przed nikim ze swoich decyzji i tak, by nikt mu nie przeszkadzał w podejmowaniu tych decyzji. Podejrzewam, że nawet ucieczka rządu była wcześniej zaplanowana, tak by Związek Radziecki miał pretekst do agresji. Rządy sanacyjne były rządami antypolskimi, dążącymi z premedytacją do zniszczenia państwa, którym rządziły i do wyniszczenia jego ludności. Były to rządy masońskie i realizowały cele nieznanych przełożonych. Nie byli to głupi ludzie, wprost przeciwnie! I nie popełniali żadnych błędów. Z zimną krwią i cynicznie wykonywali rozkazy swoich przełożonych. Warto o tym wiedzieć i warto też wiedzieć, kto obecnie ożywia to sanacyjne truchło.

Pokój ryski

W poniedziałek 7 czerwca Aleksander Łukaszenka podpisał dekret wprowadzający nowe święto – Dzień Jedności Narodowej. Od tego roku będzie on obchodzony w dniu 17 września. W komunikacie podano, że pokój ryski z 1921 roku rozdzielił naród białoruski wbrew jego woli.

W Polsce dzień ten kojarzy się zupełnie inaczej. Dla wielu osób był to początek represji, masowych zsyłek w głąb Rosji. W znacznym stopniu dotknęły one polską inteligencję, choć nie tylko. Wydaje się, że taka decyzja, w okresie i tak złych relacji polsko-białoruskich, jest świadomym posunięciem Łukaszenki, co potwierdzałoby podejrzenia, że jest on marionetką w rękach możnych tego świata, których celem jest ciągłe skłócanie Polski z jej wschodnimi sąsiadami.

Na Białorusi w wielu miastach są ulice o nazwie „17 września”, więc nie dziwi, że w końcu zdecydowano się na święto. Zapewne w tych białoruskich głowach utrwaliło się przekonanie, że to Polacy byli sprawcami tego podziału. Ale my wiemy, że do tanga trzeba dwojga. A działo się tam wtedy dużo i dziwnie. Dobrze opisał to Józef Mackiewicz w swojej powieści „Lewa wolna”. Poniżej końcowy fragment z blogu „Wojna 1920 roku”:

»W dniu 21 września zbiera się w Moskwie na tajnej konferencji kilku członków CK partii. Są tam m.in. Lenin, Trocki, Stalin. W jej wyniku zapada uchwała o utworzeniu nowego „Południowego Frontu”, skierowanego wyłącznie przeciwko wojskom generała Wrangla, liczącym około 40 tysięcy żołnierzy. Na drugi dzień po tym postanowieniu, 22 września, czyli w dniu rozpoczęcia „niemeńskiej” ofensywy polskiej, Lenin przemawia na IX Konferencji RKP (bolszewików) i proponuje zawarcie pokoju z Polską. W rezultacie uchwalono rezolucję o konkretnych warunkach zawarcia pokoju, które osobiście sporządza i redaguje Lenin.

Klęska na froncie polskim nie zmieniła decyzji zapadłych na tajnej konferencji z dnia 21 września o skierowaniu wszystkich sił przeciwko Wranglowi. Z trudem udaje się ściągnąć z fińskiej i estońskiej granicy 6-tą armię czerwoną. Ale armia ta nie zostaje rozwinięta na Białorusi jako ostatnia zapora, zamykająca drogę na Moskwę. Przechodzi, niezatrzymywana, przed frontem polskim i kieruje się na front krymski. A tam napierał, powstrzymywany ostatkiem sił, Wrangel. Przed prawie milionowym wojskiem polskim droga na stolicę rewolucji wolna. Tylko ruszyć!

Dnia 8 października wojska polskie dotarły o 16 wiorst na zachód od Mińska. Władze bolszewickie uciekły z miasta. Mińsk pozostawiony sam sobie, leży przez kilka dni na ziemi niczyjej. A wojska polskie stoją, nie posuwają się naprzód, jakby zamieniły się w słup soli. Bolszewicy wracają. Ludzie głupieją. Lenin mówi o klęsce w wojnie z Polską, a wszystkie siły kieruje przeciwko Wranglowi. I deklaruje: „Zwycięstwo nad Wranglem jest obecnie naszym głównym i podstawowym celem”… O co w tym wszystkim chodzi? Polska dysponuje siłą dwudziestokrotnie większą niż Wrangel.

12 października został zawarty rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami. W dniu 16 listopada 4-ta armia czerwona, ta rozbita pod Ciechanowem i później powtórnie pod Grodnem, ta armia wkracza do Teodozji. 18-go zajęła Jałtę. Niedobitki armii Wrangla i cywile, zapakowani na statki, odpływali do Konstantynopola.«

W Wikipedii można przeczytać, że rokowania polsko-sowieckie rozpoczęły się w sierpniu 1920 roku w Mińsku, w sytuacji zagrożenia przez wojska sowieckie niepodległości Polski. Delegacji polskiej przewodniczył wiceminister spraw zagranicznych, Jan Dąbski, a delegacji sowieckiej Karl Daniszewski. 21 września negocjacje zostały przeniesione na grunt neutralny do Rygi, a Daniszewskiego zastąpił Adolf Joffe. Po zwycięstwie w Bitwie Warszawskiej i kampanii niemeńskiej polska delegacja miała znacznie korzystniejsze karty w swych rękach. Jako przedstawicieli RP do Rygi wysłano Jana Dąbskiego, Henryka Strasburgera i Leona Wasilewskiego (ojciec Wandy Wasilewskiej – przyp. W.L.).

Jeśli pomimo toczącej się wojny trwają negocjacje, to można sobie zadać pytanie: o co tu chodzi? Zwykle, tak przynajmniej wskazuje logika, że jak się toczy wojna, to nie ma negocjacji. A tu bolszewicy ogłaszają, że idą na podbój świata, a prowadzą negocjacje. A później, po wygranej pod Warszawą, Piłsudski wstrzymuje ofensywę na miesiąc, a jeszcze później zatrzymuje wojsko pod Mińskiem.

W końcowej części powieści powraca Mackiewicz jeszcze raz do tych wydarzeń i pisze m.in.:

„21 listopada Lenin wkroczył na trybunę, aby wygłosić przemówienie na Moskiewskiej Gubernialnej Konferencji Partyjnej. Było to zaraz po odniesionym zwycięstwie nad Wranglem. Zanim zaczął mówić, długotrwałe oklaski na sali, którymi został przywitany, nie dały mu przyjść do słowa. Kłaniał się kilka razy i dał wreszcie znak ręką.

Towarzysze! Nie ulega wątpliwości, że najbardziej nieznaczne wytężenie sił ze strony interwentów wystarczyłoby w pełni, ażeby w przeciągu kilku miesięcy, jeżeli nie w ciągu kilku tygodni, odnieść nad nami zwycięstwo!… – Na sali zapanowało poruszenie. – Tak jest. Jeżeli odnieśliśmy zwycięstwo my nad interwencją, to tylko dlatego, ze ich własne interesy powodowały wśród nich rozłam. Te właśnie rozbieżności interesów wykorzystywaliśmy przez cały czas!…

Towarzysze! Dopóki nie zdobędziemy całego świata, dopóki pod względem ekonomicznym i militarnym jesteśmy słabsi od pozostałego świata kapitalistycznego, dopóty należy trzymać się zasady: trzeba umieć wykorzystywać sprzeczności i przeciwieństwa między imperialistami. Gdybyśmy nie przestrzegali tej zasady, wisielibyśmy wszyscy od dawna, ku uciesze kapitalistów, na przydrożnych drzewach!!…

Wesołość i śmiechy wybuchły na sali. Słychać było jakieś głosy. Lenin powiódł rozbawionym spojrzeniem po obecnych, przeczekał aż umilkną, i mówił dalej:

Podstawowe doświadczenie w tym względzie mieliśmy, kiedy zwieraliśmy Traktat Brzeski… Polska wbrew naciskowi Francji, zawarła z nami teraz pokój. W najbliższym czasie podpisany zostanie ostateczny traktat. W ten sposób zadany zostanie jeszcze jeden niezwykle poważny cios sojuszowi sił kapitalistycznych, które w drodze wojny usiłowały wydrzeć nam władzę… Nie będę się dłużej zatrzymywał nad tą sprawą, nadmienię tylko, że na Kaukazie wytwarza się teraz bardzo skomplikowana sytuacja, przy czym wojna może nam zostać narzucona. Jednakże wojna ta, w warunkach gdy pokój z Polską jest zapewniony, a Wrangel całkowicie zlikwidowany, nie może stanowić dla nas groźby… Wojna z Polską była wojną na dwa fronty, przy istnieniu groźby ze strony Wrangla… A linia polska przebiegała w niezbyt wielkiej odległości od – Moskwy!”

W końcu Mackiewicz stara się wyjaśnić cały problem w formie dialogu, w którym jeden dobrze poinformowany przekazuje swoją wiedzę drugiemu:

„A więc numer jeden: bolszewicy rozbici zostali istotnie na głowę. Numer dwa: prowadzenie dalszej ofensywy z naszej strony, mogłoby doprowadzić do unicestwienia bolszewizmu i zwycięstwa kontrrewolucji w Rosji; dlatego najważniejszą rzeczą były nie polityczne targi w Rydze, a śpieszny termin zawieszenia broni. Numer trzy: celem głównym całej afery było wykończenie kontrrewolucji rosyjskiej, czyli powtórzenie manewru w stosunku do Wrangla, który był zastosowany jesienią 1919 roku w stosunku do Denikina. Wszystkie inne numery, które nas obecnie interesują, są to numery tylko pochodne.”

Mackiewicz, tak jak wszyscy, używa błędnego określenia „kontrrewolucja” na to, co działo się po abdykacji cara w marcu 1917 roku. Później nastała w Rosji demokracja i większość zdobyli ci, których później nazwano „białymi”, w przeciwieństwie do bolszewików, czyli „czerwonych”. To, co zrobili w bolszewicy w październiku 1917 roku, to był zamach stanu, czyli obalenie legalnej władzy. Z polskiego punktu widzenia popieranie „białych” czy „czerwonych” nie miało żadnego sensu, bo jedni uznawali tylko Polskę, jak to oni określali, w granicach etnicznych, a drudzy – tylko bolszewicką. Piłsudski wybrał bolszewików, bo tak zapewne kazali mu jego mocodawcy.

Problem, który mnie nurtuje, a którego nie rozumiem, to to, dlaczego bolszewicy zaatakowali Polskę w momencie, gdy nie pokonali jeszcze swoich przeciwników politycznych, czyli „białych”. Przecież to urąga zdrowemu rozsądkowi, żeby „naprawiać” świat, gdy w domu bałagan, chyba że chodzi o wywoływanie wojen dla wojen i konfliktów dla konfliktów. Wtedy sprawy nabierają sensu: „Stanisławie Piotrowiczu bierz wszystkie pieniądze i jedź ze mną na wojnę turecką do Bułgarii”. Tak mówił moskiewski kupiec Suzin do Wokulskiego. Wokulski ożenił się z wdową po Minclu i stał się właścicielem dobrze prosperującego sklepu na Krakowskim Przedmieściu, ale to nie były pieniądze, które dawałyby tytuł do ubiegania się o względy arystokratki, wprawdzie zubożałej, ale arystokratki. Dopiero pieniądze zarobione na wojnie stwarzały taką możliwość. Ten, kto zarabia na wojnach, ten je wywołuje – dla zarobku. Tak sobie to tłumaczę. Czy dobrze?

Atak

Czy Żydzi rządzą światem? Co do tego nie ma zgody. Jedni uważają, że tak, inni uważają, że są to teorie spiskowe. Większą zgodność uzyskamy, gdy zadamy sobie inne pytanie: czy pieniądz rządzi światem? W tym wypadku zapewne większość stwierdzi, że tak. A skoro pieniądz rządzi światem, a pieniądzem rządzą Żydzi, to jaki z tego wniosek?

Żydzi rządzą pieniądzem i kredytem od niepamiętnych czasów, od kiedy wynieśli się z Egiptu, zabierając ze sobą złoto tego kraju. Jednak pieniądz i kredyt nie stwarzają takich możliwości jak giełda papierów wartościowych. Mają tupet! Nazwać g. warte papiery papierami wartościowymi! Ale to działa. Z psychologicznego punktu widzenia posunięcie doskonałe. Te giełdy powstały po rewolucji francuskiej. Na nich możliwości spekulacji są niemal nieograniczone.

16 września 1992 roku funt brytyjski, zwany oficjalnie funtem szterlingiem, został zaatakowany przez George’a Sorosa. Wikipedia tak opisuje to zdarzenie:

„Czarna Środa (także Biała Środa) – wydarzenia 16 września 1992 roku w Wielkiej Brytanii, kiedy rząd konserwatystów został zmuszony do wycofania funta szterlinga z mechanizmu ERM (ang. European Exchange Rate Mechanism). Nastąpiło to w wyniku ataku spekulacyjnego dokonanego przez Georga Sorosa, który zarobił na tych transakcjach około 1 mld USD. W 1997 roku brytyjskie ministerstwo skarbu określiło straty na 3,4 mld funtów.

Straty handlowe w sierpniu i wrześniu zostały oszacowane na 800 mln funtów, jednak ich suma wzrosła, ponieważ podatnik brytyjski mógł zyskać na dewaluacji funta. Ustalenia w tej kwestii pokazały, że gdyby rząd utrzymał 24 mld funtów rezerw w walutach obcych, a kurs funta spadł do tej samej wartości, co w wyniku działań spekulantów, to skarb Zjednoczonego Królestwa zyskałby na tym 2,4 mld funtów szterlingów. Dokumenty ukazują jednocześnie, że poświęcając 27 mld rezerw na „ratowanie funta” osiągnięto stratę w kwocie 3,4 mld funtów.

ERM został wprowadzony 13 marca 1979 roku, w ramach europejskiego systemu walutowego, za pomocą którego jego członkowie zgodzili się utrzymywać kursy swoich walut wewnątrz wąskiego przedziału. Waluty znajdowały się w „wężu walutowym”, dzięki utrzymaniu kursu każdej z walut wyrażonego w ECU w przedziale +/−2,25% ustalonego kursu parytetowego.

We wrześniu 1992 r. podstawowym zagrożeniem dla funta była gwałtowna deprecjacja dolara wobec niemieckiej marki. W związku z powiązaniem funta z ERM, umacniał się on do amerykańskiej waluty do nie dających się zaakceptować poziomów. Z racji olbrzymiej części brytyjskiego eksportu rozliczanego w USD, korekta kursu funta do dolara wydawała się nieunikniona. ERM uniemożliwiał takie działanie. Przewidując nieuchronne „pęknięcie tamy” spekulanci przyspieszyli przyszłe zdarzenia poprzez pożyczanie funta i jego wymianę na niemieckie marki. Oczekiwali, że spłacą kredyt zdewaluowaną walutą, a różnica uzyskana na tej operacji będzie ich zarobkiem.

16 września brytyjski rząd ogłosił wzrost podstawowej stopy procentowej, z już wtedy wysokich 10% do 12%, w celu zachęcenia spekulantów do zakupu funta. Pomimo tego, oraz obietnic, że w przyszłości stopa wzrośnie do 15%, dealerzy przekonani, że rząd nie wywiąże się z obietnic, przystąpili do sprzedaży funta. Kanclerz Norman Lamont ogłosił, że jeszcze tego samego dnia, do godziny 19:00 Wielka Brytania opuści ERM, a stopy procentowe pozostaną na poziomie 12%.

Inne kraje ERM, takie jak Włochy, których waluty naruszyły pasma wahań powróciły do systemu z poszerzonym pasmem lub z uzgodnionym parytetem centralnym. Nawet w tej rozluźnionej formie, ERM-I okazał się nieodporny na zagrożenia i 10 miesięcy później jego reguły zostały poluzowane ponownie do punktu, w którym polityce monetarnej członków systemu pozostawiono niezmiernie dużo swobody.”

Mechanizm Kursów Walutowych to był początek programu, który miał doprowadzić państwa europejskie do wspólnej waluty, czyli euro. W tym powyższym cytacie nie wszystko jest jasne. „Parkiet” tak m.in. o tym pisze:

„Soros postanowił wykorzystać sytuację i przeznaczył na ten cel 10 miliardów funtów. Spekulanci w owym czasie zaciągali znaczne kredyty w funtach szterlingach, a uzyskany kapitał wymieniali na marki. Mieli nadzieję, że gdy przewartościowany funt się zdewaluuje, bez trudu uda się im spłacić kredyty. Przełomowy moment nastąpił 22 sierpnia 1992 roku, w tak zwaną Czarną Środę, kiedy to rozpoczęła się masowa wyprzedaż brytyjskiej waluty, co doprowadziło do znacznego spadku jej wartości. Sam Soros otworzył wówczas krótkie pozycje (gra na spadek na kontraktach terminowych – przyp W.L.) na funcie na około 10 mld. W odpowiedzi na to brytyjski rząd zmuszony był podnieść bazową stopę procentową z 10 proc. do 12 proc., zapowiadając jednocześnie dalsze podwyżki do 15 proc. Soros odebrał to jako oznakę desperacji ekipy rządzącej i kontynuował wyprzedaż funta, zmuszając ostatecznie Wielką Brytanię do wystąpienia z Mechanizmów Kursów Walutowych, a sam zyskując przydomek człowiek, który złamał Bank Anglii. Ostatecznie kurs funta spadł względem marki z 2,78 do 2,2, a George Soros zarobił na całym procederze ponad miliard dolarów.” Całość tu: https://www.parkiet.com/artykul/470709.html.

Wielka Brytania przystąpiła do ERM dopiero w październiku 1990 roku. Brytyjscy konserwatyści, którzy wtedy rządzili, byli w tej sprawie podzieleni i ostatecznie przeważyła koncepcja wejścia do tej strefy, która później przekształciła się w strefę euro.

Marian Miszalski w swojej książce Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu) (2019) pisze:

»George Soros, miliarder, „filantrop” wspierający „polityczną poprawność” na świecie (ale nie w Izraelu), więc neomarksizm (w Polsce sponsor Fundacji Batorego) – zasłynął udanym atakiem na funta sterlinga w latach 90. ubiegłego wieku, na której to operacji zarobił 2 miliardy funtów. Tak przynajmniej opowiadają o nim żydowscy dziennikarze-propagandyści, wychwalając „geniusz finansowy” Sorosa… Jednak w połowie lat 90., Soros nie był wcale miliarderem, jego majątek (firma hedgingowa) wyceniany był optymistycznie – i to nie w gotówce, ale w giełdowej wartości akcji – na ok. 60 milionów dolarów. Tymczasem dla skutecznego zaatakowania brytyjskiego funta sterlinga, potrzebne było ok. 10 miliardów dolarów w gotówce – i jeszcze coś bardziej istotnego, a mianowicie informacja o decyzji rządu brytyjskiego: czy rząd brytyjski postanowi bronić do upadłego przeszacowanego funta – czy pozwoli na spadek jego wartości? (wytłuszczenie W.L.)

Ta decyzja zapadła na tajnym posiedzeniu rządu brytyjskiego. Skąd Soros dowiedział się o tej decyzji, i kto wyłożył za niego potrzebny do zaatakowania funta, brakujący kapitał?…

Soros był „slupem” – wszystko na to wskazuje – izraelskich tajnych służb i paru żydowskich bankierów. Bardzo możliwe, że nadal nim pozostaje.«

Jest to więc pewien mechanizm, o którym pisałem w blogu „Hiperinflacja c.d.”:

„Nie da się zaprzeczyć, że Żydzi dominują w finansach i handlu. W wielu innych dziedzinach też ich nie brakuje, ale połączenie tych dwóch branż stwarza niezwykłe pole manewru dla dokonywania różnych operacji finansowych. Mają też wsparcie ze strony polityków, bo często to oni są nimi. Więc to, co robią, jest nie tyle wynikiem nadzwyczajnych talentów do manipulowania pieniądzem, co doskonałą organizacją i współdziałaniem w zakresie finansów, handlu i polityki. Choć zapewne nie brakuje w tym wszystkim prawników, prasy i mediów wszelkiego rodzaju.”

Miszalski zdradza dużo, ale nie wyjaśnia, dlaczego Soros zaatakował akurat funta, a nie niemiecką markę albo nawet… polskiego złotego? Przecież dysponując takimi pieniędzmi można z każdą walutą zrobić to, co z funtem i też zarobić. Chyba więc nie zarobek był na pierwszym planie. A więc co? Sztywny kurs funta, narzucony przez ERM, komuś nie pasował. W tym samym, mniej więcej czasie, sztywny kurs złotego (1 stycznia 1990 – 14 października 1991) komuś pasował. Co ciekawe, te sztywne kursy, narzucone przez ERM, zostały 10 miesięcy po wyjściu Wielkiej Brytanii znacznie złagodzone. To chyba nie przypadek.

Konsekwencją tego ataku było to, że Wielka Brytania opuściła strefę ERM i w efekcie funt pozostał walutą Wielkiej Brytanii, a niemiecka marka rozpłynęła się w strefie euro. Ten atak to przykład tego, jak Żydzi wykorzystują swoją przewagę finansową do realizacji swoich celów politycznych. Byli w Wielkiej Brytanii politycy, którzy dążyli do większej integracji z Europą, ale musieli skapitulować wobec potęgi pieniądza i tych, którzy nim władają.

Z cytowanej na wstępie informacji z Wikipedii wynika, że gdyby rząd brytyjski nie bronił funta, to zyskałby na tym 2,4 mld funtów, a nie – stracił 3,4 mld. Czyżby więc nadal było aktualne to, co działo się za czasów Cromwella? Poniżej cytat z mojego blogu „Rewolucja Cromwella”:

„Tomasz Collier, za aprobatą Cromwella, pisze panegiryk na cześć Żydów, kończąc go tymi słowami: Poważajmy żydów! Oczekujmy pełnego chwały dnia, który uczyni ich głową narodów. O, czas ten już bliski, w którym każdy się będzie czuł szczęśliwy, jeżeli będzie mógł dotknąć choćby szaty żyda! Od nich przychodzi nasze zbawienie.”

Endecja

Żeby zrozumieć istotę jakiejś organizacji czy partii politycznej, to trzeba sięgnąć do jej korzeni, czyli do jej historii i ludzi, którzy ją tworzyli. W przypadku endecji wyglądało to tak, że w 1887 roku powstają dwie tajne organizacje:

  • Liga Polska, założona przez weterana powstania styczniowego Zygmunta Miłkowskiego
  • Związek Młodzieży Polskiej „Zet”, założony w Krakowie przez Zygmunta Balickiego

W 1888 roku „Zet” włączono do Ligi Polskiej. Liga Polska to tajna niepodległościowa organizacja polityczna o programie liberalno-demokratycznym, działająca w latach 1887-1893 na ziemiach polskich i na emigracji. Została ona założona przez dawnych uczestników powstania styczniowego. Byli to Zygmunt Miłkowski, Ludwik Michalski, Maksymilian Hertel i przybyły z kraju Aleksander Hirschberg. W pierwszych dniach sierpnia 1887 roku na zamku Hilfikon koło Zurychu powołali oni Ligę Polską. Jej celem była walka o niepodległość podzielonego zaborami kraju. Na czele organizacji stała Centralizacja, do której pierwszego składu weszli jej założyciele. Ta Centralizacja to taki odpowiednik Komitetu Centralnego PZPR-u, a może raczej jego Biura Politycznego. Odbyło się pięć zjazdów członków Centralizacji i przedstawicieli komitetów działających w poszczególnych zaborach. Według Ustawy Ligi Polskiej na terenie poszczególnych zaborów pracami organizacji miały kierować Komitety Prowincjonalne, które miały powołać podporządkowane im Komitety Gubernialne i Powiatowe. W większych skupiskach emigracyjnych przewidziano powołanie Komitetów Zagranicznych. Przy Lidze miał działać Skarb Narodowy, który miał finansować przedsięwzięcia polityczne Ligi. Liga miała być organizacją tajną i trójzaborową. Tworząc struktury organizacyjne wzorowano się na stowarzyszeniach wolnomularskich – niższe szczeble organizacji nie miały nic wiedzieć o wyższych. – Tak pisze Wikipedia. Tak więc, nie owijając w bawełnę, trzeba to sobie powiedzieć wprost – Liga Polska była organizacją masońską. I ta Liga przekształciła się w 1893 w Ligę Narodową, która zapoczątkowała ruch narodowy. Należy więc zadać sobie kolejne pytanie: czy zatem Dmowski był masonem? Bo jeśli tak, to mamy niezły cyrk: Piłsudski mason, Dmowski też i obaj tworzą „wrogie” sobie ugrupowania. A więc polityka to taki teatrzyk dla naiwnych. Czy rzeczywiście tak mogło być?

Kim byli główni działacze Ligi Polskiej? Zygmunt Miłkowski (1824-1915) był zawodowym rewolucjonistą czy działaczem politycznym oraz pisarzem. Około 1849 roku wstąpił do Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, które było najliczniejszym ugrupowaniem demokratycznym emigracji polskiej po powstaniu listopadowym. Powstało ono 17 marca 1832 roku w Paryżu. Jednym z jego założycieli był Tadeusz Krępowiecki z neofickiej rodziny pochodzenia żydowskiego. Jego przodek Adam Krępowiecki został ochrzczony wraz z grupą frankistów w 1759 roku we Lwowie. Jak mamy słowo „demokratyczny”, to wiadomo kto za tym stoi. A jak mamy słowo „narodowy”, to też wiadomo, kto za tym stoi i komu to służy. A jak mamy Narodową Demokrację, to już nie ma żadnych wątpliwości.

Ciekawą postacią był Ludwik Michalski, właściwie Ludwik Matyasek (1836-1888). Urodził się w rodzinie nauczycielskiej. Był synem nauczyciela krakowskiej szkoły technicznej Michała Matyaska i Julii z Godereckich. Uczył się w krakowskich szkołach średnich, ale wcześnie osierocony nie zdołał ich skończyć. Pracował jako robotnik a następnie jako urzędnik w fabryce maszyn rolniczych. W 1858 roku został wcielony do armii austriackiej. Brał udział w wojnie francusko-austriackiej w 1859 roku. W październiku 1863 roku zdezerterował z armii i z paszportem na nazwisko Ludwika Michalskiego przekroczył granicę Królestwa Polskiego. Był uczestnikiem powstania styczniowego. Walczył jako porucznik w oddziale Franciszka Kopernickiego. Po rozbiciu jego oddziału zbiegł za granicę do Szwajcarii, gdzie zamieszkał w Zurychu. Tak pisze Wikipedia.

Ciekawe, że ci wszyscy powstańcy, po niepowodzeniach, uciekają za granicę i od razu znajdują wikt i opierunek. I dalej tak pisze: Tam dzięki pomocy J. Siemieńskiego oraz wsparciu przewodniczącego komitetu wspomagającego polskich powstańców styczniowych, Gottfrieda Kellera, ukończył w roku 1868 studia inżynierskie na Politechnice Federalnej (ETH) w Zurychu. Podczas studiów był współzałożycielem Zrzeszenia Studentów Polskich oraz Biblioteki Polskiej w Paryżu. Uzyskał w 1868 roku obywatelstwo szwajcarskie w gminie Stallikon w okręgu Affoltem kantonu zuryskiego. Dzięki pomocy swego przyjaciela, przedsiębiorcy szwajcarskiego, wyjechał wraz z żoną na Sumatrę. Tam Sułtan Deli zlecił mu organizację korpusu gwardii na wzór europejski. Dzięki temu mógł założyć w spółce z Holendrami plantację tytoniu, którą nazwał „Polonia”. Obecnie na części terenu plantacji znajduje się „Polonia International Airport”. Jest to baza wojsk lotniczych Indonezji. Do 2013 roku był to międzynarodowy port lotniczy. Dzięki interesom przeprowadzonym na Sumatrze stał się bogatym człowiekiem.

W 1875 roku powrócił do Szwajcarii, zamieszkał początkowo w Zurychu, a potem nabył za 70 tysięcy franków zamek Hilfikon w kantonie Aargau. Od 1886 roku współpracował z Zygmuntem Miłkowskim. W należącym do niego zamku odbyło się zebranie założycielskie Ligi Polskiej. Był jej współzałożycielem, a następnie członkiem jej pierwszej Centralizacji (1887-1888). Finansował redagowane przez Miłkowskiego „Wolne Polskie Słowo”. Zmarł w 1888 roku na gruźlicę. W swoim testamencie zapisał 100 000 franków na różne cele społeczne, w tym 30 000 na Skarb Narodowy. „Skarb Narodowy”, który miał finansować przedsięwzięcia polityczne Ligi. Żydzi wszystko wypaczą i sprofanują. Na to też wskazuje historia Narodowej Demokracji.

Z tego życiorysu można wywnioskować, że w towarzystwie, w którym się obracał, nie był człowiekiem przypadkowym. Ktoś się nim starannie opiekuje od lat młodzieńczych. Zupełnie tak, jak w przypadku Korfantego. Ktoś mu pomaga skończyć studia, ktoś mu pomaga wyjechać na Sumatrę i tam dostaje zlecenie od najwyższych władz i jeszcze zakłada, w spółce z Holendrami, plantację tytoniu. A jacy to byli Holendrzy w Indonezji, to pisał żydowski ekonomista Werner Sombart, którego cytowałem w blogu „Imperium”.

5 grudnia 1887 roku  została ogłoszona Ustawa Ligi Polskiej, w której zapisano, że zadaniem Ligi jest przysposobienie wszystkich sił narodowych celem odzyskania niepodległości Polski w granicach przedrozbiorowych na podstawie federacyjnej i z uwzględnieniem różnic narodowościowych. Nowa organizacja nawiązała wprost do tradycji demokratycznej i liberalnej polskiej emigracji, stwierdzając w drugim punkcie wspomnianej ustawy, że przyjmuje zasady wyrażone w Manifeście byłego Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. Program Ligi Polskiej, opierając się na tych założeniach, zakładał organizację ogólnonarodowego powstania w trzech zaborach w celu odzyskania niepodległości. Przyszłe odrodzone państwo polskie miało być, zgodnie z założeniami organizacji, liberalną republiką demokratyczną wolną od wszelkich konfliktów społecznych.

W kolejnej ustawie Ligi z 1888 roku zmieniono zwrot o granicach przedrozbiorowych i federacji na sformułowanie: Liga z gorącym współczuciem popierać będzie rozwój samodzielny narodowości, które wchodziły do składu dawnej Rzeczypospolitej. Sam Miłkowski w swej innej broszurze Sprawa ruska, podkreślał konieczność rozwiązania sporów z Ukraińcami na drodze dobrowolnej i akceptowanej federacji.

W kwestiach programowych od początku wśród członków Ligi istniały różnice poglądów. Młodych działaczy reprezentował Antoni Sygietyński, który w broszurze Co robić (Paryż 1890), odrzucając ideę walki z orężem, opowiadał się za Polską narodową, „w której wszystkie narody znalazłyby miejsce”. Za główne cele uznał „utrzymanie się przy ziemi oraz podniesienie ducha narodowego” poprzez wzmocnienie „solidarności narodowej we wszystkich Polakach”.  W tym celu należy dokonać “uobywatelnienia” ludu które to zadanie należy głównie do księży i ziemian. Autor nawoływał zarazem do zgody wszystkich grup społecznych i narodowych w tym także Żydów. 

Około 1892 roku ujawniły się istotne różnice programowe pomiędzy starszą generacją działaczy, przeważnie emigracyjnych, a młodą generacją, wywodzącą się z „Zetu” i skupioną wokół Zygmunta Balickiego, Romana Dmowskiego, Teofila Waligórskiego, Karola Raczkowskiego oraz Jana Ludwika Popławskiego. Ci ostatni w większym stopniu odwoływali się do ideologii rodzącego się nacjonalizmu niż do demokratycznych i liberalnych ideałów założycieli organizacji. Ponieważ sprawowali kontrolę na działalnością krajową Ligi, wypowiedzieli posłuszeństwo emigracyjnej Centralizacji i przejęli władzę w organizacji, jednocześnie zmieniając jej nazwę na Ligę Narodową. Zostało to ostatecznie zaakceptowane przez działaczy emigracyjnych na zjeździe w Genewie w czerwcu 1895 r. Formalnie Zygmunt Miłkowski rozwiązał Ligę Polską rok wcześniej w 1894.

Dlaczego zmieniono pierwotny program Ligi, który zakładał odrodzenie Polski w granicach przedrozbiorowych poprzez wywołanie powstania w trzech zaborach? Ano dlatego, że był to program tożsamy z programem Piłsudskiego. A zgodnie z żydowską koncepcją, by był konflikt musi być teza i antyteza, czyli dwa zwalczające się obozy. Czy już w 1888 roku wiedziano, że będzie wojna, która zmieni oblicze Europy? Wygląda na to, że tak. Później endecja szukała poparcia w państwach ententy, co nie dziwi, skoro jej działacze przebywali głównie w Szwajcarii i we Francji. Piłsudski, z kolei, oparł się o państwa centralne.

Młodzieżówką Ligi Polskiej był Związek Młodzieży Polskiej „Zet” (ZMP, „Zet”, „Zet”) – konspiracyjna organizacja polskiej młodzieży akademickiej działająca w trzech zaborach. Wikipedia przedstawia jej historię w paru punktach:

  • 14 stycznia 1887 – zjazd założycielski w Krakowie zorganizowany przez Zygmunta Balickiego
  • 1888 – podporządkowanie Lidze Polskiej
  • 17 kwietnia 1894 – rozbicie organizacji po manifestacji w setną rocznice insurekcji warszawskiej
  • 1898 – reaktywowanie i podporządkowanie Lidze Narodowej
  • 1909 – zerwanie z Ligą Narodową. Część działaczy utworzyła Zarzewie, inni w 1911 tzw. nowy Zet
  • 1908-1914 – uczestnictwo członków Zet-u w polskich organizacjach wojskowo-niepodległościowych
  • 1914-1918 – uczestnictwo członków Zet-u w Legionach Polskich

Cele programowe to m.in. dążenie do niepodległości Polski, działanie na gruncie sprawiedliwości politycznej, narodowej i społecznej, tolerancja wobec innych narodowości i wyznań, pod warunkiem, iż uznają one naczelną zasadę niepodległości i jedności Polski, szerzenie oświaty i kultury ludu wiejskiego i miejskiego.

Jednak to, co najistotniejsze, to struktura organizacyjna. Była ona trzystopniowa. Stopień niższy nie wiedział o istnieniu wyższego:

  • koledzy – wszyscy członkowie organizacji, na czele których stał starszy kolega
  • towarzysze – część wybitniejszych kolegów kierowana przez starszego towarzysza
  • bracia – najwybitniejsi z towarzyszy
  • centralizacja – najwyższy organ związku. Jeden członek Centralizacji był jawny dla wszystkich.

Oddziały powstawały we wszystkich ważniejszych uczelniach, w których uczyła się młodzież polska: w Zurychu, Genewie, Paryżu, Wiedniu, Petersburgu, Moskwie, Kijowie, Berlinie, Monachium, Warszawie. A więc Szwajcaria, Francja, Austria, Niemcy i Rosja. I w taki sposób „zagospodarowywano” wszystkich tych, którzy mogliby tworzyć polskie elity działające na rzecz narodu i ewentualnie państwa, gdyby takie powstało. Zapewne wielu z tych ludzi studiowało dzięki czyjejś pomocy materialnej. To najlepszy sposób uzależnienia. Zwłaszcza wśród polityków endecji było wielu, którzy wywodzili się z niezamożnych rodzin. Skąd więc mieli pieniądze na zagraniczne studia?

1 kwietnia 1893 roku powstaje Liga Narodowa i staje się ona podstawą funkcjonowania nowego obozu politycznego – Narodowej Demokracji. W 1897 roku działacze Ligi Narodowej utworzyli Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, które działało na terenie wszystkich zaborów, początkowo jako tajna organizacja, później jako jawnie działająca partia polityczna. Dokładna data rozwiązania Ligi nie jest znana. Według wspomnień Stanisława Kozickiego, bliskiego współpracownika Dmowskiego, miało to miejsce w 1927 roku, według relacji Romana Dmowskiego w kwietniu 1928 roku. Rozwiązana organizacja została zastąpiona nowym tajnym stowarzyszeniem o nazwie „Straż”.

A więc Narodowa Demokracja nie była partią polityczną tylko obozem politycznym, skupiającym różne partie czy organizacje o orientacji narodowej. W latach 1908-1911 dochodzi do rozłamu, w wyniku którego od endecji oderwały się Związek Młodzieży Polskiej „Zet”, Narodowy Związek Robotniczy i Narodowy Związek Chłopski. Z jakiego powodu doszło do tego rozłamu? Według Wikipedii dlatego, że przeciwnicy Dmowskiego uważali, że zawarł on z carem tajne porozumienie w celu zwalczania PPS-u. Dziwne to tłumaczenie, bo niby czemu mieliby być przeciwni zwalczaniu swego przeciwnika politycznego. Inna sprawa, że koncepcja Dmowskiego oparcia się o Rosję była zupełnie bez sensu i nie dlatego, że czas ją szybko zweryfikował, tylko dlatego, że w polityce nie ma wiecznych przyjaciół i wiecznych wrogów. Są tylko interesy. Można nie lubić Anglików, ale nie można odmówić im racji w tym względzie. I w tym kontekście cała idea panslawistyczna też jest bez sensu, tzn. ona ma sens, ale tylko dla Rosji.

W czasie I wojny światowej ruch narodowy opowiedział się po stronie państw ententy, najpierw Rosji, tworząc Legion Puławski, a później Francji, po klęskach armii rosyjskiej, tworząc Komitet Narodowy Polski w Paryżu (1917-1919) i Błękitną Armię gen. Hallera. Komitet Narodowy Polski był kontynuacją Komitetu Narodowego Polski działającego w latach 1914-1917 w Warszawie i Petersburgu.

Po odzyskaniu niepodległości ruch narodowy zorganizował się w partię polityczną pod nazwą Związek Ludowo-Narodowy, przekształconą w 1928 roku w Stronnictwo Narodowe (SN) działające do 1947 roku. W grudniu 1926 roku, w odpowiedzi na represje sanacyjne, powstaje pozaparlamentarna organizacja opozycyjna – Obóz Wielkiej Polski (OWP) na czele z Romanem Dmowskim. Jej celem była pozaparlamentarna walka o władzę z sanacją. Narodowa Demokracja obejmowała w tym okresie partie polityczne, związki zawodowe, stowarzyszenia młodzieżowe, kobiece i sportowe. W marcu 1933 roku sanacja zdelegalizowała OWP. Natomiast największa grupa radykałów wyłamała się z obozu narodowego w kwietniu 1934 roku, tworząc Obóz Narodowo-Radykalny (ONR), zdelegalizowany po kilku miesiącach działalności. Wkrótce po delegalizacji ONR podzielił się na dwie zwalczające się grupy: Obóz Narodowo-Radykalny ABC oraz Ruch Narodowo-Radykalny Bolesława Piaseckiego.

W latach 30-tych główną formacją Narodowej Demokracji pozostawało Stronnictwo Narodowe kierowane przez Romana Dmowskiego. W SN toczyła się walka między narodowo-liberalnym skrzydłem „starych”, a „młodymi” skłaniającymi się ku autorytaryzmowi. Po wyeliminowaniu wpływów „starych” doszło do podziału „młodych” na ekstremistyczną frakcję Jędrzeja Giertycha i grupę Tadeusza Bieleckiego bardziej skłonną do kompromisu z sanacją.

Czym była Liga Narodowa? Powstała w 1893 roku z przekształcenia Ligi Polskiej. W 1897 roku powstaje Narodowa Demokracja, będąca obozem politycznym, skupiającym różne partie i środowiska. Działała do 1928 roku i została zastąpiona, jak pisze Wikipedia, nowym tajnym stowarzyszeniem o nazwie „Straż”. Z tego wynika, że Liga Narodowa też była tajnym stowarzyszeniem. Czy więc nie w niej ukrywali się faktyczni przywódcy całego ruchu narodowego? A może raczej należałoby powiedzieć tzw. ruchu narodowego. Ktoś dobrze starał się, by ten ruch nie zdołał się skonsolidować w jedną potężną partię i nie wypracował spójnego programu politycznego. No, ale skoro ten ktoś zorganizował ten ruch, to pokierował nim tak, jak chciał. Trudno temu się dziwić.

Kim był Dmowski? We wrześniu 1886 roku wstąpił na wydział fizyczno-matematyczny Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego (na sekcję nauk przyrodniczych). Po czterech latach ukończył studia. W 1888 roku został członkiem warszawskiego koła organizacji młodzieży patriotycznej „Zet”, a potem „starszym” Koła Braterskiego „Zet-u”. Od listopada 1891 do sierpnia 1892 studiował w Paryżu. Ale co? Co studiował? O tym Wikipedia nie informuje. Chyba jakieś wtajemniczenia. W kwietniu 1893 roku dokonał wraz z kilkoma innymi działaczami przewrotu w Lidze Polskiej i stworzył Ligę Narodową, na czele której stanął. Młody, miał wówczas 29 lat, i wyrolował starych wyjadaczy z powstania styczniowego. Ładna bajka.

W pierwszych latach działalności Dmowski długo był krytyczny wobec chrześcijaństwa, którego normy moralne uważał za sprzeczne z założeniami i potrzebami „zdrowego, narodowego egoizmu”, skłaniał się raczej do podporządkowania go interesom państwa lub narodu na wzór protestantyzmu w wydaniu niemieckim lub angielskim. Później, w publikacji Kościół, naród i państwo (1928) zmienił poglądy i podkreślił znaczącą rolę, jaką odgrywa dla narodu polskiego wiara katolicka i Kościół – „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznym stopniu stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu”. Z jego publikacji wywodzi się idea Polski jako „wielkiego państwa katolickiego narodu polskiego”.

Cóż zatem było przyczyną tak diametralnej zmiany? Sam przecież swoich poglądów nie zmienił. Był deistą. Przez całe życie był obojętny religijnie. Dopiero na krótko przed śmiercią nawrócił się. Czy można traktować poważnie prace kogoś, kto się wypowiada na temat wiary katolickiej i jej związku z narodem, samym będąc deistą?

Deizm według Słownika Wyrazów Obcych PWN, Warszawa, 1959 to:

Pogląd, który, uznając Boga za przyczynę świata lub jego pierwszy motor, odrzuca zarazem jego interwencję w bieg zdarzeń i życie ludzkie, a więc m.in. cuda i objawienie. Deizm rozpowszechniony w filozofii europejskiej XVII i XVIII wieku zawierał z reguły negację dogmatów religijnych i uznanie z religii tylko tego, co można rozumowo uzasadnić, nadto zasady tolerancji religijnej, odrzucenie wartości liturgii i organizacji kościelnej, moralność świecką (w Anglii m.in. Toland, Collins, we Francji m.in. Voltaire, Rousseau). Deizm był w czasach Oświecenia ideologią burżuazji, walczącej z wpływami Kościoła na życie społeczne, wychowanie i naukę.

W Wikipedii można też przeczytać, że charakter deistyczny ma Wielki Architekt Wszechświata, wiarę w którego deklarują członkowie anglosaskiej loży masońskiej. Masoneria była jedną z grup, które kształtowały oblicze Europy oświeceniowej. Zadeklarowanym deistą był Tadeusz Kościuszko.

Jeśli więc Dmowski twierdzi, że katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, ale tkwi w jej istocie, to ja się zapytuję: kto mu takich głupot nagadał lub kazał wygłaszać takie opinie, skoro wiadomo, że polski katolicyzm był i jest płytki i powierzchowny. A on sam? Nie był przecież katolikiem, był deistą i masonem. Wsączył w Polskę i w Polaków ideologię, która miała ich antagonizować z sąsiadami. Taki to jest patriotyzm „narodowców”, którzy z narodem polskim mają niewiele wspólnego. Zrobić z Polaków albo przynajmniej przypiąć im łatkę katolickich oszołomów i antysemitów, to był cel Żydów od powstania styczniowego i to im się udało, choć ani jedno, ani drugie nie jest prawdą. A Dmowski? Początkowo chciał dobrze, ale później jego mocodawcy wyznaczyli mu inny cel.

A czy Dmowski wywalczył dla Polski ziemie zachodnie na konferencji paryskiej? Niczego nie wywalczył. Wszystko już wcześniej było postanowione, o czym wspomniałem na początku bloga. Ani powstanie wielkopolskie, ani powstania śląskie nie zmieniły tego. One miały tylko stwarzać pozory, że bieg dziejów odbywa się w sposób spontaniczny, że coś zależy od ludzi. Dzisiejsze czasy są tego dowodem. Oni już wiedzą, że będzie czwarta fala i wiedzą o wiele więcej niż nam mówią. A „najbardziej zakaźny” wariant koronawirusa dotarł już do kolejnego kraju. Jak rząd będzie taki złośliwy, jak ten wirus, to jeszcze przed końcem wakacji dotrze on do Polski. W polityce nic nie dzieje się przypadkowo.