22 czerwca

Są pewne daty, o których nie zapominam. Nawet w takim momencie, gdy nasza reprezentacja dostarcza nam wielu wrażeń, skrajnych zresztą. Jedną z nich jest 22 czerwca – początek wojny niemiecko-radzieckiej. Było to 22 czerwca 1941 roku. Mamy więc w tym roku okrągłą 80-tą rocznicę tamtych wydarzeń. Nie byłoby tej wojny, gdyby nie było wojny polsko-niemieckiej i agresji radzieckiej z dnia 17 września 1939 roku. Żeby doszło do tego konfliktu, należało uprzednio usunąć przeszkodę, jaką była Polska, odgradzająca oba państwa. Czy zatem już wówczas wiedziano, jaki będzie bieg wydarzeń? Analiza faktów, które zamieścił w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić Józef Mackiewicz, skłania do takich wniosków, choć on sam w przedmowie do niej pisał:

Akcja powieści toczy się na tle zdarzeń historycznych, ściślej: pewnych fragmentów minionej wojny, i jest z nimi związana. Przedstawienie tych zdarzeń w powieści nie ma na celu narzucania czytelnikowi jakiejkolwiek „tezy”, bądź podejmowania „polemiki politycznej”. Jest wyłącznie próbą opisania tego co było.

Zastosowałem metodę wprowadzania postaci powieściowych w bezpośrednie zetknięcie nie tylko z autentycznymi wypadkami, ale też z autentycznymi ludźmi działającymi w tamtym czasie. Odbiega to, rzecz jasna, od formy klasycznej powieści. Nie wydaje mi się jednak, aby konwencja ograniczająca w tym względzie swobodę autorską była słuszna. Jestem zwolennikiem w twórczości literackiej swobody nieograniczonej.

Początkowo Mackiewicz wkłada w usta jednej z postaci tej powieści takie słowa:

„Ćwierć wieku największego w dziejach szpiegostwa policyjnego, terroru psychicznego, ewidencji ludzkiej myśli; mieszkańców wszystkich swoich krajów zmieniono w szpiclów i donosicieli; przewidziano każdy odruch ludzki, wyniuchano, zdawałoby się, pod czaszką o czym kto śni w nocy, zarejestrowano w kartotece kiedy chodzi srać i wiele razy dziennie robi siusiu; podsłuchy i mikrofony pod każdym łóżkiem i w każdym wychodku. Wszystko, aby uchronić ustrój komunistyczny przed niespodzianką. Zgnojono każdego jednego. I po ćwierć wieku stosowania tego genialnego wynalazku, dają się oni jednego ranka zaskoczyć przez milionowe armie, które raptem wychodzą z krzaków!”

Następnie przechodzi do bardziej szczegółowego opisu tego, co działo się przed agresją:

»Rok temu, w połowie lipca 1940 roku, Hitler zawezwał do siebie naczelnego dowódcę armii lądowych, generała von Brauchitscha, i szefa sztabu głównego, generała Haldera, polecając im opracowanie planu wojny przeciwko Związkowi Radzieckiemu. W kilka tygodni później schemat planu w ogólnych zarysach był gotów. 29 lipca generał Jodl powiadomił kierownicze sztaby wszystkich broni, że „Führer postanowił wyeliminować stałe zagrożenie ze strony sowieckiej”. W sierpniu 1940 roku naczelne dowództwo przystąpiło do szczegółowego opracowania planu wojny przeciwko Sowietom. Od listopada 1940 rozpoczęło się stopniowe przesuwanie wojsk z zachodu na wschód. 12 listopada podpisuje Hitler tajną „Instrukcję nr 18” o gotowości bojowej przeciwko sowietom. 18 grudnia wydany zostaje ściśle tajny „rozkaz nr 21” zawierający wytyczne planu „Operacji Barbarossa”: szybkie rozbicie armii sowieckich, i zatrzymanie na linii: Archangielsk-Wołga-Morze Kaspijskie (linia, która przebiega ok. 300-400 km na wschód od Moskwy – przyp. W.L.). Przygotowania mają być ukończone do dnia 15 maja1941.

Równolegle do ściśle militarnych przygotowań, cały prawie aparat III Rzeszy zaabsorbowany zostaje pracami przygotowawczymi do kampanii wojennej przeciwko Sowietom. Abwehra, SS, SD, Gestapo. Powołane zostają cale sztaby ekspertów od sowieckiego przemysłu, bogactw naturalnych, rolnictwa, lasów, dróg wodnych, administracji. Do opracowania planów przyszłej eksploatacji obszarów wschodnich wciągnięte zostaje ministerstwo wyżywienia i rolnictwa, ministerstwo gospodarki, urząd gospodarki wojennej i uzbrojenia OKW, urzędy Göringa „Planu Czteroletniego”. Przystąpiono do utworzenia „Ostministerium” pod kierownictwem min. Rosenberga. Dnia 10 grudnia 1940 przedstawiony zostaje naczelnemu dowództwu pierwszy skoordynowany plan eksploatacji źródeł naturalnych Rosji. W lutym 1941 powstaje pod kierownictwem generała Thomasa centralny sztab gospodarczy Wschód, pod kryptonimem „Oldenburg”. Rozpracowane zostają wytyczne dla przyszłej administracji, policji, władz porządkowych; ogólne instrukcje postępowania wobec ludności okupowanych terenów, i wytyczne propagandy.

O przygotowywanej wojnie wiedzą wszyscy urzędnicy resortów wtajemniczonych, a wkrótce i takich, które na razie wtajemniczone być nie mają, jak ministerstwo spraw zagranicznych. Ale Ribbentrop nie chce się dać wyeliminować, i przeforsowuje również swój udział w postaci VAA (Vertreter des Auswärtigen Amtes) – przedstawicieli ministerstwa spraw zagranicznych przy armii okupacyjnej. Z początkiem kwietnia 1941 szef generalnego referatu „Wschód”, Eberhard Taubert, tworzy organizację pod kryptonimem „Vineta”, w której ma się zespolić całość akcji nadań radiowych, plakatów, ulotek, filmów, płyt, przeznaczonych do kampanii sowieckiej.

Tajemnicą poliszynela objęte są niebawem coraz szersze kręgi. Pozostające w kontakcie z Rosenbergiem i szefem Abwehry, admirałem Canarisem, organizacje ukraińskie, OUN (Bandera) i OUN (Melnyk), UNR (Ukraińska Narodowa Rada) i kaukaski „Prometeusz” z siedzibą w Warszawie, opracowują ze swej strony plany i memoriały, począwszy już od kwietnia 1941 roku. Aleksander Siewriuk, ongiś członek delegacji ukraińskiej na konferencję pokojową w Brześciu 1918, układa po cichu listę przyszłego gabinetu ukraińskiego… Kubijowicz i Omelczenko z OUN/M, składają na ręce Hitlera szczegółowy memoriał, przedstawiający Ukrainę jako jedyną na wschodzie pewną ostoję i przeciwwagę „rosyjskim i żydowskim aspiracjom”… Wkrótce przyjeżdża do Berlina z Warszawy i Łodzi delegacja polityczna działaczy białoruskich, i ukonstytuowuje tam „Białoruskie Centrum Narodowe” pod przewodnictwem dr Mikołaja Szczorsa z Warszawy… Minister Alfred Rosenberg, zdecydowany rzecznik poparcia ukraińskich aspiracji narodowych, alarmuje Gestapo, na podstawie doniesienia ze sfer ukraińskich, że emigranci rosyjscy w Warszawie rzekomo układają już listę przyszłego rządu rosyjskiego, a b. generał rosyjski Biskupski w Berlinie gromadzi rzekomo kadry dla obsadzenia kluczowych stanowisk w wyzwolonej od bolszewików Rosji…

Jeszcze wcześniej, bo 17 listopada 1940 roku, były poseł litewski, pułkownik Kazys Škirpa, organizuje w Berlinie przy poparciu Abwehry, tajną, polityczno-bojową, antysowiecką organizację litewską pod nazwą „Front Litewskich Aktywistów”. W dniu 5 grudnia wydrukowana zostaje w Berlinie broszura po litewsku pt. „Od bolszewickiej niewoli do nowej Litwy”. W kilka dni później kapitan Pranas Gužaitis przedziera się przez granice sowiecką do Kowna i Wilna z zapasem tej broszury, z instrukcjami dla powstałych w międzyczasie kilku tajnych organizacji litewskich, oraz z wiadomością o mającej nastąpić rychło wojnie. W pierwszych dniach stycznia 1941, Gužaitis, w drodze powrotnej, aresztowany zostaje na granicy Prus Wschodnich przez organa sowieckie. Przewieziony do więzienia w Kownie, następnie w Mińsku, tam też zostaje rozstrzelany… Naturalnie mnogie są kontakty do Finlandii, Rumunii, Węgier.

W ciągu całego tego czasu poselstwo sowieckie w Berlinie nie wie nic konkretnego. Wywiad sowiecki, zarówno GRU, jak INO-NKWD, oplatane jest skutecznie przez podstawionych ludzi. Jeden z głównych agentów sowieckich, Litwin, Vytautas Pakułatis, dawno już odszedł na służbę niemiecką. Drugi ważny informator INO w Berlinie, Max Bauer, jest inteligentnym agentem Abwehry. Sugestie niemieckie skierowane są nie tylko dla uśpienia czujności posła Dekanozowa, ale dla wmówienia mu, że pogłoski, które do niego dochodzą… – a nie mogą nie dochodzić, skoro prawie od pół roku cały aparat państwowy, i wszystkie agendy pośrednie, przestawione zostały na przygotowania wojenne z Sowietami! – że to jest „wielki bluff”, mający kamuflować niespodziewany atak na Anglię… W tym też sensie informuje Dekanozow Moskwę. Zresztą ku wielkiemu zadowoleniu Stalina.

Dopiero w lutym 1941 agent grupy „Negry” z gaullistowskiej Résistance zawiadamia wywiad szwajcarski, że niemieckie dywizje z rejonu Bordeaux przerzucone zostały na wschód. Komunizujący agent wywiadu szwajcarskiego, Bawarczyk, Otto Pünter, kryptonim „Pakbo”, powiadamia o tym rezydenta sowieckiego w Grenoble, „Carlo”. Ale nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Mijają dwa miesiące. W maju, agent szwajcarski Rudolf Rössler, pracujący pod kryptonimem „Lucy”, otrzymał z tego samego źródła alarmującą wiadomość, że atak niemiecki na Sowiety wyznaczony jest na 15 czerwca. Udało mu się przez swego przyjaciela Schneidera nawiązać kontakt z Rachelą Dübendorfer, „Sissy”, agentką wojskowego wywiadu sowieckiego GRU (Gławnoje Razwiedywatielnoje Uprawlenie). „Sissy” kontaktuje „Pakbo” z głównym rezydentem GRU w Szwajcarii, Węgrem, Alexsandrem Radó, alias „Dora”, „Albert”, „Kulicher”. Radó, otyły, na krótkich nogach, nieruchawy, wiecznie pochłonięty sprawami finansowymi, przyjął wiadomość sceptycznie. – Bez sprawdzenia – powiedział – nie mogę alarmować Moskwy.

Wkrótce Rössler otrzymał informacje ze źródła, którego nigdy nie ujawnił, że inwazja przesunięta została na 22 czerwca. Ale było już bardzo późno…

W tym samym czasie dr Ryszard Sorge, b. korespondent „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, radca prasowy przy ambasadzie niemieckiej w Tokio, a komunista z przekonania i tajny agent GRU, dawno już nabrał przekonania, że tzw. „zamknięta dusza wschodu”, o której tyle nasłyszał się w Europie, może być otwarta łatwiej niż inna przy pomocy najprostszych środków. Zmobilizował sporo agentów spośród japońskich komunistów i niekomunistów. M.in. udało mu się wciągnąć do siatki właściciela ekskluzywnej restauracji w Tokio „Gueyko”, do której uczęszczały tzw. pierwsze osoby w państwie. Właściciel „podstawił” ze swej strony gejszę o wyjątkowej piękności. I ta gejsza doniosła, że z rozmowy, którą podsłuchała pomiędzy ministrem spraw zagranicznych Yosuke Matsuoka i księciem Kan’in, wujem cesarza, wynikało, że Niemcy mają napaść na Sowiety 20 czerwca… Powiadomiony o tym ambasador sowiecki w Tokio, Jakub Malik, statecznie zauważył, iż na podstawie słów podsłuchanych, chociażby przez najpiękniejszą gejszę Japonii, trudno jest stawiać w stan pogotowia wojennego największe imperium na świecie…

Wprawdzie w marcu 1941 podsekretarz stanu Sumner Welles przestrzegał ambasadora sowieckiego w Waszyngtonie o mającej nastąpić inwazji niemieckiej na Sowiety, a w kwietniu powtórzył to ostrzeżenie już publicznie Winston Churchill, ale nie przekonało to Moskwy. Po raz pierwszy też przyszedł z pomocą Sowietom wywiad podziemny w Polsce, który zidentyfikował około stu wojskowych jednostek niemieckich, grupujących się wzdłuż granicy do ataku na Związek Sowiecki, i przekazał tę wiadomość w depeszy do Londynu, w pierwszej połowie czerwca. Ale i bez tej wiadomości od początku czerwca 1941 płytki wywiad sowiecki i posterunki graniczne wiedziały o stopniowym skupianiu się wojsk niemieckich, gdyż widział to na własne oczy każdy pastuch pasący krowy wzdłuż linii demarkacyjnej. Z braku jednak bardziej konkretnych informacji ze strony GRU i, zresztą sprzecznych z nimi, informacji berlińskiej INO, jawne już prawie ruchy tych wojsk mogły istotnie wyglądać na „wielki bluff”, a wszystkie ostrzeżenia na – „prowokację brytyjską”.

Ze swej strony wywiad niemiecki oparł się głównie na zdjęciach lotniczych dalekosiężnego zwiadu, zmontowanego pod kryptonimem „Aufklärungsgruppe Ob.d.L.” Już w październiku 1940 pułkownik Rowehl otrzymał od Hitlera osobisty tajny rozkaz: „Zorganizować eskadry dalekich lotów obserwacyjnych nad zachodnią częścią Związku Sowieckiego”. Pierwszy rzut wyleciał z Seerappen w Prusach Wschodnich na „He. 111” o specjalnych motorach wysokościowych, fotografując Białoruś. Drugi na „Do. 215 B-2”, obejmując kraje bałtyckie, aż po jezioro Ilmen, na wysokości 9 tysięcy metrów. Z Bukaresztu, Budapesztu i Krakowa leciały „Ju 88-B” i „Ju 86-P”, osiągając 12 tysięcy metrów. Rezultaty były ważne. To czego zwyczajne oko nie w stanie byłoby rozeznać, uwidaczniały specjalne filmy: sfotografowano wszystkie lotniska pasa granicznego, lotniska zapasowe i zakamuflowane; skupiska wojsk, czołgów, umocnienia, ruch kolejowy. Wysoko, wysoko w powietrzu panowała cisza, mróz i słońce. Ani razu nie próbował zakłócić pejzażu myśliwiec sowieckiego lotnictwa, ani pocisk Opl. Raz tylko, było to 20 czerwca, na dwa dni przed wybuchem wojny, wskutek defektu motoru zmuszona była lądować maszyna niemiecka w rejonie Mińska. Ale załoga zdążyła podpalić samolot, zanim wzięta została do niewoli. I na tym się skończyło.

W niedzielę 22 czerwca, godzina 3.15 rano: wzdłuż całego frontu plunęły ogniem wszystkie działa i ruszyły do ataku niemieckie wojska lądowe. Zaskoczenie na przestrzeni 1.600 km było kompletne. Ani jedna jednostka sowiecka nie była postawiona w stan alarmu, czy chociażby w stan bojowego pogotowia. Nigdzie obsada przyczółków mostowych nie była wzmocniona; punkty ogniowe nie wstrzelane w teren; nie rozwinięte bojowe linie obronne. Na całej przestrzeni od Bałtyku do Morza Czarnego nie zdarzyło się ani jednego wypadku nie-zaskoczenia.«

Co było dalej, to opisałem w blogu „Wojna niemiecko-radziecka”. Ten cytat skłania do refleksji: czy rzeczywiście Stalin i całe radzieckie dowództwo polityczne i wojskowe było tak naiwne, że wierzyło w zapewnienia Hitlera, że to wszystko to jeden wielki bluff, mający na celu zdezorientować Anglików? Raczej trudno w to uwierzyć. Z drugiej strony mamy podstawowe założenie planu „Operacja Barbarossa”, polegające na szybkim rozbiciu wojsk radzieckich i zatrzymaniu się na linii Archangielsk-Wołga-Morze Kaspijskie. W praktyce Hitler zatrzymuje się w połowie lipca na ponad dwa miesiące w odległości 350 km od Moskwy, pomimo że ma do niej wolną drogę.

Rosjanie zachowują się tak, jakby chcieli, by atak był jak najbardziej skuteczny, a Niemcy – tak, jakby nie chcieli wygrać tej wojny. Wyglądało to tak, jakby nad jednymi i drugimi stał jeszcze ktoś ponad i decydował o tym, jak obie strony mają się zachowywać.

Jeśli tak mogło być, to pojawia się kolejne pytanie: po co wywiady, skoro obie strony wiedziały, jak się rozwinie sytuacja? Chyba tylko po to, by stworzyć wrażenie, że cała ta polityczna gra jest autentyczna. I Stalin musiał odegrać rolę wielce zaskoczonego „zdradą” „przyjaciela”.

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają”. – Trudno chyba nie zgodzić się z Szekspirem. Ale zapewne dla wielu trudno będzie uwierzyć w to, że tak mogło być. Mogło i pewnie tak było. Gdyby nie fakt, że na własnych oczach obserwujemy farsę w postaci „pandemii”, która od początku do końca jest zaplanowana, to zapewne można by wątpić w to, że cała ta wojna była wyreżyserowana, podobnie jak wszystko inne w polityce. W sumie sprowadza się ona, polityka, do sztucznego tworzenia konfliktów, a później ich rozwiązywania, co z kolei prowadzi do następnych. I tak to się wszystko kręci.

Mackiewicz przedstawił fakty. Zgodnie ze swoją zasadą nie komentował ich i nikomu nie narzucał własnego zdania. Ja pokusiłem się o komentarz, ale jeśli komuś on nie odpowiada, to niech ograniczy się do tego, co napisał Mackiewicz i sam wyciągnie z tego wnioski.

Skoro na początku wspomniałem o Euro 2020, odbywających się w 2021 roku, to, siłą rzeczy, przypomina mi się Euro 2012, organizowane przez Polskę i Ukrainę i coś, co mnie wtedy zaszokowało. Polska grała w jednej grupie z Grecją, Czechami i Rosją. Wtedy z grupy wychodziły dwie drużyny. Wyszli Czesi i Grecy. Mecz Polski i Rosji (1:1) odbywał się na Stadionie Narodowym. Przed meczem kibice polscy i rosyjscy szli na stadion przez Most Poniatowskiego. Nie obyło się tam bez drobnych scysji i wzajemnych animozji. Dziennikarz telewizyjny relacjonujący ten marsz, w pewnym momencie powiedział: „ten most, po którym idą kibice na Stadion Narodowy”. To był dla mnie szok. On nie wiedział, jak nazywa się ten most. Ja ten most znam ze zdjęcia z podręcznika do historii ze szkoły, chyba średniej, słynne zdjęcie – spotkanie Piłsudskiego i Wojciechowskiego. Ilekroć zdarzało mi się później przejeżdżać przez ten most, zawsze je sobie przypominałem. To najważniejszy most w najnowszej historii Polski, a może w ogóle w historii Polski. Po zamachu majowym Polska straciła jakiekolwiek szanse na niepodległość.

Gdyby nie zamach majowy, to prawdopodobnie nie doszłoby do wojny 1939 roku, a w konsekwencji i do wojny niemiecko-radzieckiej z 1941 roku. Gdy tak oglądałem te tłumy, które szły przez Most Poniatowskiego, to zastanawiałem się, czy była tam chociaż jedna osoba, która wiedziała, przez jaki most szła i co on znaczy w historii Polski, a może nie tylko Polski.

Sanacja

Sanacja, od łacińskiego sanatio, „uzdrowienie”, to nazwa obozu rządzącego w Polsce w latach 1926-1939. Powstała ona w związku z hasłem „sanacji moralnej” życia publicznego, wysuwanym przez ten obóz przed zamachem majowym i w trakcie niego. Jego przywódcą był Józef Piłsudski, który od 29 listopada 1918 roku do 14 grudnia 1922 roku był naczelnikiem państwa. To wtedy właśnie wszystko od niego zależało. Nic bez jego zgody nie mogło być wprowadzone w życie, m.in. konstytucja i ordynacja wyborcza. Jeśli więc przed zamachem majowym było tak źle: „rozpanoszyło” się partyjniactwo i sejmowładztwo, to odpowiedzialnym za to był naczelnik państwa. I teraz on, ten, który zgodził był się na taki stan rzeczy, wystąpił z propozycją naprawy tego, co sam u przednio zaakceptował.

Wszyscy, którzy choć trochę interesują się historią i polityką, wiedzą jak rządziła sanacja i czym to się skończyło. Zapewne niektórzy uważają, że było to wynikiem niekompetencji i błędnych koncepcji politycznych jak i gospodarczych. Jednak pewne rzeczy łatwiej będzie zrozumieć, jeśli przybliżymy sobie ideologię sanacji, która, jak sadzę, jest mało znana, choć dokładnie opisana w Wikipedii.

Po raz pierwszy terminu sanacja państwa użył Adam Skwarczyński. Wikipedia nie podaje konkretnej daty, ale należy sądzić, że nastąpiło to na długo przed zamachem majowym. Wypracowanie własnej doktryny wymaga przecież czasu. Obok Skwarczyńskiego głównymi ideologami piłsudczyków byli Czesław Znamierowski, Mieczysław Szawleski, Kazimierz Smogorzewski, Stanisław Car, Wacław Makowski, Kazimierz Władysław Kumaniecki, Adam Piasecki, Teodor Seidler. Wielu z nich było masonami. Zresztą cały obóz piłsudczykowski był zdominowany przez masonerię, co wiele wyjaśnia. Nie byli to więc ludzie głupi, a jeśli „popełniali” błędy, to może właśnie dlatego, że tak miało być.

Podstawą doktryny sanacyjnej było założenie o podziale ludzi na dwie kategorie: większość społeczeństwa i dominującą nad nią mniejszość, która podejmuje najważniejsze w państwie decyzje. Założenie to oparto na tezach Vilfreda Pareto, który postrzegał historię jako ciągły proces powstawania elit obalanych następnie przez większość w celu stworzenia nowej elity. Powodem konfliktów pomiędzy elitami a społeczeństwem, według Pareto, było to, że elity zamykały się w sobie i blokowały możliwość awansu zdolnym i ambitnym jednostkom spoza swoich kręgów.

Vilfredo Pareto to włoski ekonomista i socjolog, współtwórca tzw. lozańskiej szkoły ekonomii. Pochodził z rodziny kupieckiej. Już te dwa fakty wystarczą, by zdemaskować go jako Żyda. Przypisuje się mu sformułowanie tzw. zasady Pareto, zwanej też zasadą 20/80, że np. 20% klientów generuje 80% przychodów przedsiębiorstwa. Jednak prawdziwym jej twórcą był Joseph Moses Juran, amerykański teoretyk zarządzania, wywodzący się z rumuńskich Żydów. A więc wszystko pozostaje w rodzinie.

Według Pareto właściwym źródłem równowagi społecznej jest konflikt i walka pomiędzy przeciwstawnymi siłami społecznymi. Czyli Marks, tylko ogólniej, i oczywiście Hegel. Pareto jest również autorem teorii krążenia elit, opisującej zasady rządzące elitami w społeczeństwach ludzkich. Uważał on, że elita jest złożona z tych ludzi, którzy w danej dziedzinie działania osiągają najwyższe wskaźniki. Odchodził zatem zarówno od tradycyjnego rozumienia elity jako arystokracji, jak i od utożsamiania elit wyłącznie z elitami rządzącymi.

Ideologia sanacji, początkowo bardziej egalitarystyczna, stała się w końcu tym, co można nazwać elitaryzmem autorytarnym. W okresie pomiędzy wycofaniem się Piłsudskiego z życia publicznego i przewrotem majowym podkreślano brak wsparcia społeczeństwa dla ówczesnych legionistów w walce o niepodległość i tym większe zasługi tych, którzy mimo tego o tę niepodległość walczyli. To założenie stało się uzasadnieniem dla uznania, że to byli legioniści, jako osoby najbardziej zasłużone dla stworzenia państwa, są najbardziej odpowiedni do sprawowania władzy w Polsce. W doktrynie sanacyjnej wyuczona przez zaborców bierność społeczeństwa na kwestie niepodległościowe dyskwalifikowała więc jego większość jako przywódców niepodległej Polski.

Sanacja miała zająć się przebudową społeczeństwa za pomocą zhierarchizowania go, co umożliwić miało włączenie do pracy na rzecz kraju osób chcących podjąć taki wysiłek. Jednocześnie osoby chcące się zaangażować na rzecz państwa powinny zaakceptować w elicie kierowniczą rolę zasłużonych działaczy sanacji. Tak rozumiana elita miała charakteryzować się bezinteresownym zaangażowaniem na rzecz dobra wspólnego, w odróżnieniu od starych elit, które wykorzystywały resztę społeczeństwa do zaspokajania własnych potrzeb.

Zgodnie z tymi założeniami elita wyodrębniana na podstawie indywidualnych zasług, zamiast przynależności do grupy społecznej lub partii, miała zapewnić dopływ nowych, twórczych jednostek, co miało ją zabezpieczyć przed popadnięciem w marazm. Jednocześnie odrzucono postulowaną w niektórych kręgach piłsudczyków koncepcję uznania przynależności do inteligencji za warunek zaliczenia do elity, choć częściowo wrócono do niej w 1935 roku.

Zdaniem sanacji historycznie zasłużoną awangardą byli piłsudczycy, co uzasadniało wymianę ludzi na stanowiskach na prowincji. Zajmowali je byli legioniści. W Polsce nie było to nic nowego. Tak było przed sanacją i po niej, ale chyba tylko ona pokusiła się o dorobienie ideologii do zwykłego nepotyzmu.

Adam Skwarczyński definiował postulaty sanacji jako zanegowanie demokracji przy braku zgody na dyktaturę. Wyrazem dążenia do „uspołecznienia państwa” były projekty utworzenia Powszechnej Organizacji Społeczeństwa (POS), która miała mieć cechy masowej monopartii angażującej całe społeczeństwo. Ideę jej powołania podjęto na przełomie 1935 i 1936 roku. Jej najniższy szczebel miały tworzyć m.in. samorządy terytorialne, stowarzyszenia i samorządy gospodarcze, stowarzyszenia użyteczności publicznej, spółdzielnie, kółka rolnicze, straże pożarne czy związki zawodowe, nad którymi miały się znajdować komórki szczebli powiatowych, wojewódzkich i krajowych. Jednocześnie marginalizacja partii politycznych miała spowodować zastąpienie walki wyborczej opartej na demagogii przez realne zasługi i konkretny program działania danej osoby. Podkreślano jednak, że sanacyjna władza miała mieć posłuch nie w oparciu o przymus administracyjny, a o świadomą wolę społeczeństwa, uzyskaną dzięki wychowaniu młodzieży i dobrowolnej przemianie moralnej obywateli, niemniej projekt budził skojarzenia z organizacją społeczną ZSRR, Niemiec czy Włoch i próbą budowy społeczeństwa totalitarnego.

Główną organizacją polityczną sanacji był Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (1928-1935), który mając wszelkie cechy partii politycznej, nie był nią nazwany i określano go jako przeciwieństwo partii. Marginalizując partie polityczne, sanacja tworzyła liczne organizacje młodzieżowe, społeczne, zawodowe i kombatanckie, które realizowały wspólną ideologię państwową, jednak nie służyły one wyrażaniu woli obywateli, a jedynie przekazywaniu społeczeństwu woli władz państwowych. Organizacja społeczna miała w doktrynie sanacyjnej promować uczciwość i pracę na rzecz państwa, a osoby wyróżniające się na tym polu miały przechodzić do administracji terenowej czy parlamentu. Efektem wzrostu aktywności społecznej miało być także zmarginalizowanie niepotrzebnych już partii politycznych. Sanacja planowała uzależnić zakres praw jednostek od zasług dla państwa, a wyróżnikiem elity miały być większe prawa polityczne, wzorowane na przedrozbiorowej instytucji nobilitacji.

Za włączanie do elity odpowiadać mieli jej wcześniejsi członkowie zgodnie z zasadą, że osoby najbardziej wartościowe w państwie miały wybierać najlepsze osoby z niższych stopni organizacji społecznej. Równocześnie, pomimo programu tworzenia faktycznej i prawnej elity władzy, doktryna sanacji na gruncie społecznym opowiadała się za egalitaryzmem.

Władza w budowanym ustroju jako naczelną wartość stawiała jednolicie rządzone przez prezydenta państwo, w związku z czym zobowiązywała obywateli do udziału w realizacji wspólnych celów i sankcjonowała kierowniczą rolę elity sanacyjnej w społeczeństwie. Efektem tego prawa obywatelskie były marginalizowane, a akcentowane były obowiązki obywatela wobec państwa. Jednocześnie tak pojmowana relacja państwa i obywatela nie miała prowadzić do totalitaryzmu, gdyż ten, zgodnie z sanacyjną doktryną, podobnie jak demokracja, miał prowadzić do zaniku odpowiedzialności obywateli za państwo. Dążenia te częściowo znalazły wyraz w konstytucji kwietniowej z 1935 roku, której zasadnicze założenia opracowywane były od 1928 roku, i której projekt zaakceptował Piłsudski podczas narady z rządem. Duży wkład w opracowanie nowej konstytucji miał Walery Sławek, który doprowadził do zawarcia w niej zasady elitaryzmu jako podstawy ustroju.

Wartością nadrzędną w ideologii sanacji było scentralizowane i silne państwo, jednak jego ustrój był kwestią drugorzędną, stanowiącą konsekwencję bieżącej sytuacji. Sanacja głosiła konieczność silnych rządów wobec kryzysu demokracji, która nie sprawdziła się zdaniem jej działaczy w warunkach polskich i postulowała „odpartyjnienie” sceny politycznej poprzez osłabienie partii, gdyż kluczem podziału nie miały być poglądy, lecz postawy i zasługi w czynie niepodległościowym.

Tak ideologię sanacji przedstawia Wikipedia, która wykorzystała opracowania wielu polskich historyków. Analizując założenia tej ideologi, trudno nie zadać sobie pytania: skoro było to takie dobre, to dlaczego skończyło się tak źle? Sanację skrytykowano na wszelkie możliwe sposoby, dokonano wielu drobiazgowych analiz rządów pomajowych, przedstawiano alternatywne rozwiązania, obwiniano ją za klęskę wrześniową itp. Ale czy ktoś zadał sobie pytanie, czy w tamtej rzeczywistości było dobre rozwiązanie?

Polska odrodzona wpadła w koleiny Rzeczypospolitej Obojga Narodów, albo ktoś ją świadomie w te koleiny wepchnął. W wyniku unii lubelskiej (1569) połączono ze sobą dwa państwa o różnym poziomie rozwoju, różnych językach i wrogich sobie wyznaniach. Nowe państwo miało niby skuteczniej bronić się przed zakusami sąsiadów. Nic z tego nie wyszło. Już w niecałe sto lat po unii doszło do pierwszego rozbioru tego idiotycznego tworu, choć nie pisze się o tym, a za pierwszy rozbiór uznaje się ten z 1772 roku. W wyniku wojny ze Szwecją traci Rzeczpospolita Inflanty a Prusy uniezależniają się od niej. W wyniku wojny a Rosją, w tym samym czasie, traci ona województwo smoleńskie, czernihowskie i połowę województwa kijowskiego (250 tys. km2). Ta połowa województwa kijowskiego to prawie 5/6 obecnego obszaru Polski. Jeśli to nie jest rozbiór, to co to jest?

Historia pokazała, że projekt pod nazwą Rzeczpospolita Obojga Narodów, był złym projektem i zantagonizował Polaków z ich wschodnimi sąsiadami. Pomimo tak złych doświadczeń obaj, niby wrogowie, Piłsudski i Dmowski, wpychają nowe państwo w stare koleiny. Koncepcja Piłsudskiego zakładała powstanie federacji obejmującej na wschodzie ziemie sprzed rozbiorów. Koncepcja Dmowskiego zakładała asymilację ludności tam mieszkającej. Terytorialnie obie koncepcje prawie się pokrywały. Z tego tylko mogły być nieszczęścia i były. Obaj działali na szkodę Polski. Odtworzenie Polski w takich granicach od razu antagonizowało ją z obu sąsiadami, czyli z Niemcami i Rosją, która tymczasowo przyjęła nazwę Związek Radziecki. Wykluczało to zawieranie jakichkolwiek sojuszy ze względu na konflikt interesów.

Odtworzenie Polski w jej granicach etnicznych lub zbliżonych do nich byłoby optymalnym rozwiązaniem. Taką byłaby Polska składająca się z obszaru byłego Królestwa Polskiego, Galicji zachodniej z Lwowem (Lwów to nie Kresy), Wielkopolski i Pomorza. Wprawdzie pozostałyby roszczenia Niemiec, ale nie mogłoby dojść do sytuacji jaka wytworzyła się 17 września 1939 roku. Po prostu Związek Radziecki nie miałby argumentów usprawiedliwiających agresję, bo on, tak jak i wcześniej Rosja, akceptował Polskę w granicach etnicznych.

O tym, jak miała wyglądać nowa Polska nie decydował mason Dmowski i mason Piłsudski, tylko ich przełożeni, a oni byli od wykonywania ich poleceń. Odtworzono ją tak, by to nowe państwo było w konflikcie ze wszystkimi sąsiadami i wewnętrznie rozdarte ze względu na liczne mniejszości narodowe. Ponad 1/3 ludności, jeśli nie więcej, nie utożsamiała się z nowym państwem. W takiej sytuacji prowadzenie jakiejkolwiek polityki zagranicznej i wewnętrznej było kwadraturą koła. Ci, którzy projektowali ten powojenny porządek, dokładnie wiedzieli, co zrobić, by kolejny konflikt był tylko kwestią czasu.

Stworzyć karykaturę państwa, jakim była II RP, to jedno, a drugie, to zainstalować w nim marionetkowe władze, które będą całkowicie posłuszne. O tym, że Niemcy wykreowali Piłsudskiego i stworzyli mu państwo, jeszcze w granicach Królestwa Polskiego, to chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Jak jednak przekonać opinię publiczną do tego, że demokracja jest zła i że Polacy do niej nie dorośli? I tu rodzi się jeszcze jedno pytanie: dlaczego komuś tak zależało na tym, by w II RP rządził ktoś, kto się z nikim nie liczy i podejmuje arbitralne decyzje? Dlaczego dwie kluczowe dla państwa dziedziny, czyli polityka zagraniczna i wojsko znalazły się pod kontrolą jednego człowieka, który o wszystkim decydował? A po jego śmierci niewiele się zmieniło. Zapewne chodziło o sprawne kierowanie tymi dziedzinami, a może raczej o sprawne wykonywanie poleceń nieznanych przełożonych.

Piłsudski, będąc naczelnikiem państwa, zaakceptował demokrację, czyli system wielopartyjny i ordynację wyborczą. Nie obowiązywał wówczas 5% próg wyborczy jak obecnie. Wielość partii i rozbieżne ich interesy uniemożliwiały stworzenie większości parlamentarnej. Nikomu też nie zależało na konsolidacji i łączeniu zbliżonych do siebie programowo partii. Wprost przeciwnie! W wielu z nich znajdowali się ludzie, którzy rozsadzali je od środka. Ich zadaniem było kompromitowanie demokracji i wywoływanie wrażenia, że Polacy nie dorośli do niej.

W blogu „Zamach majowy” pisałem:

»Piłsudski opierał się na swoich dawnych towarzyszach legionowych. Nałęcz twierdzi, że było to „zjawisko z pogranicza konspiracji, zbliżone do poufnego działania o charakterze mafijnym. Narodzone w latach walk legionowych, kontynuowane w okresie 1918-1923, nie przestało egzystować w czasie usunięcia się w cień przez przywódcę grupy. Powodowało, że ludzie niezwiązani już organizacyjnie z Piłsudskim, pozostawali nadal bezgranicznie mu oddani. Nie było to bez znaczenia, ponieważ znajdowali się oni prawie we wszystkich ważniejszych dziedzinach życia: we wpływowych instytucjach w wojsku, w administracji państwowej i sądownictwie, prasie, partiach politycznych itd.”

Jeśli ludzie Piłsudskiego byli wszędzie, m.in. w partiach politycznych, to mieli wpływ na politykę tych partii. A więc ich rozwydrzenie mogło być wynikiem obecności w nich jego ludzi. Czy państwo, którego kluczowe organy i instytucje były obsadzone ludźmi marszałka, można uznać za niepodległe, skoro on sam był zależny od kogoś innego? To państwo w latach 1922-1926 starało się dopiero być niezależnym.«

Pretekst do wprowadzenia dyktatury został starannie przygotowany i prawdopodobnie planiści, którzy planowali przyszłość Polski, ale też i Europy, od początku zakładali, że w Polsce muszą być rządy autorytarne zwane inaczej elitaryzmem autorytarnym. Jak zwał, tak zwał. Ważne, żeby w kluczowym momencie rozkazy były wykonywane szybko i zgodnie z intencjami tych, którzy je wydawali.

Dlaczego miało tak być? Jeśli spojrzymy na granice II RP, to od razu rzuca się w oczy ich niekorzystny układ z Niemcami. Państwo to graniczyło z Polską z trzech stron: od północy, zachodu i południa. Jeśli dodamy do tego fakt, że Niemcy dysponowały ogromną przewagą militarną i dwukrotnie większą liczbą ludności, co przekładało się na liczebność armii, to wynik takiej konfrontacji byłby nietrudny do przewidzenia. W takiej sytuacji żaden człowiek o przeciętnym ilorazie inteligencji nie podjąłby decyzji o zbrojnym oporze. To tak jakby wystawić do walki dwóch bokserów. Jeden z wagi ciężkiej, a drugi z wagi lekkiej. Coś takiego jest bez sensu i dlatego tego nie praktykuje się. Dlaczego więc władze sanacyjne podjęły taką decyzję?

Ktoś może powiedzieć, że mieliśmy sojusze i gwarancje angielskie i francuskie. To prawda, ale Czechosłowacja też miała sojusz z Francją i Związkiem Radzieckim. Hitler zajął Czechy, a Francja nie ruszyła się. Natomiast Związek Radziecki zastrzegł sobie, że zareaguje, jeśli Francja ruszy pierwsza. Liczenie na takie sojusze byłoby dowodem skrajnej naiwności. A ci ludzie naiwnymi nie byli. Dobrze wiedzieli, że Francja i Anglia nie zareaguje, ale mieli usprawiedliwienie dla swojej cynicznej decyzji: przecież gdyby Francja zaatakowała, to byłaby wojna na dwa fronty i Niemcy musieliby przerzucić część wojsk na zachód. A że wcześniej przetestowano ten wariant na Czechosłowacji? A kto by sobie głowę zawracał takimi drobiazgami!? Po to m.in. była ta dyktatura, by nikt w sejmie nie mógł zadawać “głupich” pytań.

Żeby mogło stać się to, co stało się, rząd II RP musiał być całkowicie podległy komuś innemu i dokładnie wykonywać rozkazy tego kogoś. Do realizacji tego musiał zdobyć władzę dyktatorską, tak by nie musiał tłumaczyć się przed nikim ze swoich decyzji i tak, by nikt mu nie przeszkadzał w podejmowaniu tych decyzji. Podejrzewam, że nawet ucieczka rządu była wcześniej zaplanowana, tak by Związek Radziecki miał pretekst do agresji. Rządy sanacyjne były rządami antypolskimi, dążącymi z premedytacją do zniszczenia państwa, którym rządziły i do wyniszczenia jego ludności. Były to rządy masońskie i realizowały cele nieznanych przełożonych. Nie byli to głupi ludzie, wprost przeciwnie! I nie popełniali żadnych błędów. Z zimną krwią i cynicznie wykonywali rozkazy swoich przełożonych. Warto o tym wiedzieć i warto też wiedzieć, kto obecnie ożywia to sanacyjne truchło.

Pokój ryski

W poniedziałek 7 czerwca Aleksander Łukaszenka podpisał dekret wprowadzający nowe święto – Dzień Jedności Narodowej. Od tego roku będzie on obchodzony w dniu 17 września. W komunikacie podano, że pokój ryski z 1921 roku rozdzielił naród białoruski wbrew jego woli.

W Polsce dzień ten kojarzy się zupełnie inaczej. Dla wielu osób był to początek represji, masowych zsyłek w głąb Rosji. W znacznym stopniu dotknęły one polską inteligencję, choć nie tylko. Wydaje się, że taka decyzja, w okresie i tak złych relacji polsko-białoruskich, jest świadomym posunięciem Łukaszenki, co potwierdzałoby podejrzenia, że jest on marionetką w rękach możnych tego świata, których celem jest ciągłe skłócanie Polski z jej wschodnimi sąsiadami.

Na Białorusi w wielu miastach są ulice o nazwie „17 września”, więc nie dziwi, że w końcu zdecydowano się na święto. Zapewne w tych białoruskich głowach utrwaliło się przekonanie, że to Polacy byli sprawcami tego podziału. Ale my wiemy, że do tanga trzeba dwojga. A działo się tam wtedy dużo i dziwnie. Dobrze opisał to Józef Mackiewicz w swojej powieści „Lewa wolna”. Poniżej końcowy fragment z blogu „Wojna 1920 roku”:

»W dniu 21 września zbiera się w Moskwie na tajnej konferencji kilku członków CK partii. Są tam m.in. Lenin, Trocki, Stalin. W jej wyniku zapada uchwała o utworzeniu nowego „Południowego Frontu”, skierowanego wyłącznie przeciwko wojskom generała Wrangla, liczącym około 40 tysięcy żołnierzy. Na drugi dzień po tym postanowieniu, 22 września, czyli w dniu rozpoczęcia „niemeńskiej” ofensywy polskiej, Lenin przemawia na IX Konferencji RKP (bolszewików) i proponuje zawarcie pokoju z Polską. W rezultacie uchwalono rezolucję o konkretnych warunkach zawarcia pokoju, które osobiście sporządza i redaguje Lenin.

Klęska na froncie polskim nie zmieniła decyzji zapadłych na tajnej konferencji z dnia 21 września o skierowaniu wszystkich sił przeciwko Wranglowi. Z trudem udaje się ściągnąć z fińskiej i estońskiej granicy 6-tą armię czerwoną. Ale armia ta nie zostaje rozwinięta na Białorusi jako ostatnia zapora, zamykająca drogę na Moskwę. Przechodzi, niezatrzymywana, przed frontem polskim i kieruje się na front krymski. A tam napierał, powstrzymywany ostatkiem sił, Wrangel. Przed prawie milionowym wojskiem polskim droga na stolicę rewolucji wolna. Tylko ruszyć!

Dnia 8 października wojska polskie dotarły o 16 wiorst na zachód od Mińska. Władze bolszewickie uciekły z miasta. Mińsk pozostawiony sam sobie, leży przez kilka dni na ziemi niczyjej. A wojska polskie stoją, nie posuwają się naprzód, jakby zamieniły się w słup soli. Bolszewicy wracają. Ludzie głupieją. Lenin mówi o klęsce w wojnie z Polską, a wszystkie siły kieruje przeciwko Wranglowi. I deklaruje: „Zwycięstwo nad Wranglem jest obecnie naszym głównym i podstawowym celem”… O co w tym wszystkim chodzi? Polska dysponuje siłą dwudziestokrotnie większą niż Wrangel.

12 października został zawarty rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami. W dniu 16 listopada 4-ta armia czerwona, ta rozbita pod Ciechanowem i później powtórnie pod Grodnem, ta armia wkracza do Teodozji. 18-go zajęła Jałtę. Niedobitki armii Wrangla i cywile, zapakowani na statki, odpływali do Konstantynopola.«

W Wikipedii można przeczytać, że rokowania polsko-sowieckie rozpoczęły się w sierpniu 1920 roku w Mińsku, w sytuacji zagrożenia przez wojska sowieckie niepodległości Polski. Delegacji polskiej przewodniczył wiceminister spraw zagranicznych, Jan Dąbski, a delegacji sowieckiej Karl Daniszewski. 21 września negocjacje zostały przeniesione na grunt neutralny do Rygi, a Daniszewskiego zastąpił Adolf Joffe. Po zwycięstwie w Bitwie Warszawskiej i kampanii niemeńskiej polska delegacja miała znacznie korzystniejsze karty w swych rękach. Jako przedstawicieli RP do Rygi wysłano Jana Dąbskiego, Henryka Strasburgera i Leona Wasilewskiego (ojciec Wandy Wasilewskiej – przyp. W.L.).

Jeśli pomimo toczącej się wojny trwają negocjacje, to można sobie zadać pytanie: o co tu chodzi? Zwykle, tak przynajmniej wskazuje logika, że jak się toczy wojna, to nie ma negocjacji. A tu bolszewicy ogłaszają, że idą na podbój świata, a prowadzą negocjacje. A później, po wygranej pod Warszawą, Piłsudski wstrzymuje ofensywę na miesiąc, a jeszcze później zatrzymuje wojsko pod Mińskiem.

W końcowej części powieści powraca Mackiewicz jeszcze raz do tych wydarzeń i pisze m.in.:

„21 listopada Lenin wkroczył na trybunę, aby wygłosić przemówienie na Moskiewskiej Gubernialnej Konferencji Partyjnej. Było to zaraz po odniesionym zwycięstwie nad Wranglem. Zanim zaczął mówić, długotrwałe oklaski na sali, którymi został przywitany, nie dały mu przyjść do słowa. Kłaniał się kilka razy i dał wreszcie znak ręką.

Towarzysze! Nie ulega wątpliwości, że najbardziej nieznaczne wytężenie sił ze strony interwentów wystarczyłoby w pełni, ażeby w przeciągu kilku miesięcy, jeżeli nie w ciągu kilku tygodni, odnieść nad nami zwycięstwo!… – Na sali zapanowało poruszenie. – Tak jest. Jeżeli odnieśliśmy zwycięstwo my nad interwencją, to tylko dlatego, ze ich własne interesy powodowały wśród nich rozłam. Te właśnie rozbieżności interesów wykorzystywaliśmy przez cały czas!…

Towarzysze! Dopóki nie zdobędziemy całego świata, dopóki pod względem ekonomicznym i militarnym jesteśmy słabsi od pozostałego świata kapitalistycznego, dopóty należy trzymać się zasady: trzeba umieć wykorzystywać sprzeczności i przeciwieństwa między imperialistami. Gdybyśmy nie przestrzegali tej zasady, wisielibyśmy wszyscy od dawna, ku uciesze kapitalistów, na przydrożnych drzewach!!…

Wesołość i śmiechy wybuchły na sali. Słychać było jakieś głosy. Lenin powiódł rozbawionym spojrzeniem po obecnych, przeczekał aż umilkną, i mówił dalej:

Podstawowe doświadczenie w tym względzie mieliśmy, kiedy zwieraliśmy Traktat Brzeski… Polska wbrew naciskowi Francji, zawarła z nami teraz pokój. W najbliższym czasie podpisany zostanie ostateczny traktat. W ten sposób zadany zostanie jeszcze jeden niezwykle poważny cios sojuszowi sił kapitalistycznych, które w drodze wojny usiłowały wydrzeć nam władzę… Nie będę się dłużej zatrzymywał nad tą sprawą, nadmienię tylko, że na Kaukazie wytwarza się teraz bardzo skomplikowana sytuacja, przy czym wojna może nam zostać narzucona. Jednakże wojna ta, w warunkach gdy pokój z Polską jest zapewniony, a Wrangel całkowicie zlikwidowany, nie może stanowić dla nas groźby… Wojna z Polską była wojną na dwa fronty, przy istnieniu groźby ze strony Wrangla… A linia polska przebiegała w niezbyt wielkiej odległości od – Moskwy!”

W końcu Mackiewicz stara się wyjaśnić cały problem w formie dialogu, w którym jeden dobrze poinformowany przekazuje swoją wiedzę drugiemu:

„A więc numer jeden: bolszewicy rozbici zostali istotnie na głowę. Numer dwa: prowadzenie dalszej ofensywy z naszej strony, mogłoby doprowadzić do unicestwienia bolszewizmu i zwycięstwa kontrrewolucji w Rosji; dlatego najważniejszą rzeczą były nie polityczne targi w Rydze, a śpieszny termin zawieszenia broni. Numer trzy: celem głównym całej afery było wykończenie kontrrewolucji rosyjskiej, czyli powtórzenie manewru w stosunku do Wrangla, który był zastosowany jesienią 1919 roku w stosunku do Denikina. Wszystkie inne numery, które nas obecnie interesują, są to numery tylko pochodne.”

Mackiewicz, tak jak wszyscy, używa błędnego określenia „kontrrewolucja” na to, co działo się po abdykacji cara w marcu 1917 roku. Później nastała w Rosji demokracja i większość zdobyli ci, których później nazwano „białymi”, w przeciwieństwie do bolszewików, czyli „czerwonych”. To, co zrobili w bolszewicy w październiku 1917 roku, to był zamach stanu, czyli obalenie legalnej władzy. Z polskiego punktu widzenia popieranie „białych” czy „czerwonych” nie miało żadnego sensu, bo jedni uznawali tylko Polskę, jak to oni określali, w granicach etnicznych, a drudzy – tylko bolszewicką. Piłsudski wybrał bolszewików, bo tak zapewne kazali mu jego mocodawcy.

Problem, który mnie nurtuje, a którego nie rozumiem, to to, dlaczego bolszewicy zaatakowali Polskę w momencie, gdy nie pokonali jeszcze swoich przeciwników politycznych, czyli „białych”. Przecież to urąga zdrowemu rozsądkowi, żeby „naprawiać” świat, gdy w domu bałagan, chyba że chodzi o wywoływanie wojen dla wojen i konfliktów dla konfliktów. Wtedy sprawy nabierają sensu: „Stanisławie Piotrowiczu bierz wszystkie pieniądze i jedź ze mną na wojnę turecką do Bułgarii”. Tak mówił moskiewski kupiec Suzin do Wokulskiego. Wokulski ożenił się z wdową po Minclu i stał się właścicielem dobrze prosperującego sklepu na Krakowskim Przedmieściu, ale to nie były pieniądze, które dawałyby tytuł do ubiegania się o względy arystokratki, wprawdzie zubożałej, ale arystokratki. Dopiero pieniądze zarobione na wojnie stwarzały taką możliwość. Ten, kto zarabia na wojnach, ten je wywołuje – dla zarobku. Tak sobie to tłumaczę. Czy dobrze?

Atak

Czy Żydzi rządzą światem? Co do tego nie ma zgody. Jedni uważają, że tak, inni uważają, że są to teorie spiskowe. Większą zgodność uzyskamy, gdy zadamy sobie inne pytanie: czy pieniądz rządzi światem? W tym wypadku zapewne większość stwierdzi, że tak. A skoro pieniądz rządzi światem, a pieniądzem rządzą Żydzi, to jaki z tego wniosek?

Żydzi rządzą pieniądzem i kredytem od niepamiętnych czasów, od kiedy wynieśli się z Egiptu, zabierając ze sobą złoto tego kraju. Jednak pieniądz i kredyt nie stwarzają takich możliwości jak giełda papierów wartościowych. Mają tupet! Nazwać g. warte papiery papierami wartościowymi! Ale to działa. Z psychologicznego punktu widzenia posunięcie doskonałe. Te giełdy powstały po rewolucji francuskiej. Na nich możliwości spekulacji są niemal nieograniczone.

16 września 1992 roku funt brytyjski, zwany oficjalnie funtem szterlingiem, został zaatakowany przez George’a Sorosa. Wikipedia tak opisuje to zdarzenie:

„Czarna Środa (także Biała Środa) – wydarzenia 16 września 1992 roku w Wielkiej Brytanii, kiedy rząd konserwatystów został zmuszony do wycofania funta szterlinga z mechanizmu ERM (ang. European Exchange Rate Mechanism). Nastąpiło to w wyniku ataku spekulacyjnego dokonanego przez Georga Sorosa, który zarobił na tych transakcjach około 1 mld USD. W 1997 roku brytyjskie ministerstwo skarbu określiło straty na 3,4 mld funtów.

Straty handlowe w sierpniu i wrześniu zostały oszacowane na 800 mln funtów, jednak ich suma wzrosła, ponieważ podatnik brytyjski mógł zyskać na dewaluacji funta. Ustalenia w tej kwestii pokazały, że gdyby rząd utrzymał 24 mld funtów rezerw w walutach obcych, a kurs funta spadł do tej samej wartości, co w wyniku działań spekulantów, to skarb Zjednoczonego Królestwa zyskałby na tym 2,4 mld funtów szterlingów. Dokumenty ukazują jednocześnie, że poświęcając 27 mld rezerw na „ratowanie funta” osiągnięto stratę w kwocie 3,4 mld funtów.

ERM został wprowadzony 13 marca 1979 roku, w ramach europejskiego systemu walutowego, za pomocą którego jego członkowie zgodzili się utrzymywać kursy swoich walut wewnątrz wąskiego przedziału. Waluty znajdowały się w „wężu walutowym”, dzięki utrzymaniu kursu każdej z walut wyrażonego w ECU w przedziale +/−2,25% ustalonego kursu parytetowego.

We wrześniu 1992 r. podstawowym zagrożeniem dla funta była gwałtowna deprecjacja dolara wobec niemieckiej marki. W związku z powiązaniem funta z ERM, umacniał się on do amerykańskiej waluty do nie dających się zaakceptować poziomów. Z racji olbrzymiej części brytyjskiego eksportu rozliczanego w USD, korekta kursu funta do dolara wydawała się nieunikniona. ERM uniemożliwiał takie działanie. Przewidując nieuchronne „pęknięcie tamy” spekulanci przyspieszyli przyszłe zdarzenia poprzez pożyczanie funta i jego wymianę na niemieckie marki. Oczekiwali, że spłacą kredyt zdewaluowaną walutą, a różnica uzyskana na tej operacji będzie ich zarobkiem.

16 września brytyjski rząd ogłosił wzrost podstawowej stopy procentowej, z już wtedy wysokich 10% do 12%, w celu zachęcenia spekulantów do zakupu funta. Pomimo tego, oraz obietnic, że w przyszłości stopa wzrośnie do 15%, dealerzy przekonani, że rząd nie wywiąże się z obietnic, przystąpili do sprzedaży funta. Kanclerz Norman Lamont ogłosił, że jeszcze tego samego dnia, do godziny 19:00 Wielka Brytania opuści ERM, a stopy procentowe pozostaną na poziomie 12%.

Inne kraje ERM, takie jak Włochy, których waluty naruszyły pasma wahań powróciły do systemu z poszerzonym pasmem lub z uzgodnionym parytetem centralnym. Nawet w tej rozluźnionej formie, ERM-I okazał się nieodporny na zagrożenia i 10 miesięcy później jego reguły zostały poluzowane ponownie do punktu, w którym polityce monetarnej członków systemu pozostawiono niezmiernie dużo swobody.”

Mechanizm Kursów Walutowych to był początek programu, który miał doprowadzić państwa europejskie do wspólnej waluty, czyli euro. W tym powyższym cytacie nie wszystko jest jasne. „Parkiet” tak m.in. o tym pisze:

„Soros postanowił wykorzystać sytuację i przeznaczył na ten cel 10 miliardów funtów. Spekulanci w owym czasie zaciągali znaczne kredyty w funtach szterlingach, a uzyskany kapitał wymieniali na marki. Mieli nadzieję, że gdy przewartościowany funt się zdewaluuje, bez trudu uda się im spłacić kredyty. Przełomowy moment nastąpił 22 sierpnia 1992 roku, w tak zwaną Czarną Środę, kiedy to rozpoczęła się masowa wyprzedaż brytyjskiej waluty, co doprowadziło do znacznego spadku jej wartości. Sam Soros otworzył wówczas krótkie pozycje (gra na spadek na kontraktach terminowych – przyp W.L.) na funcie na około 10 mld. W odpowiedzi na to brytyjski rząd zmuszony był podnieść bazową stopę procentową z 10 proc. do 12 proc., zapowiadając jednocześnie dalsze podwyżki do 15 proc. Soros odebrał to jako oznakę desperacji ekipy rządzącej i kontynuował wyprzedaż funta, zmuszając ostatecznie Wielką Brytanię do wystąpienia z Mechanizmów Kursów Walutowych, a sam zyskując przydomek człowiek, który złamał Bank Anglii. Ostatecznie kurs funta spadł względem marki z 2,78 do 2,2, a George Soros zarobił na całym procederze ponad miliard dolarów.” Całość tu: https://www.parkiet.com/artykul/470709.html.

Wielka Brytania przystąpiła do ERM dopiero w październiku 1990 roku. Brytyjscy konserwatyści, którzy wtedy rządzili, byli w tej sprawie podzieleni i ostatecznie przeważyła koncepcja wejścia do tej strefy, która później przekształciła się w strefę euro.

Marian Miszalski w swojej książce Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu) (2019) pisze:

»George Soros, miliarder, „filantrop” wspierający „polityczną poprawność” na świecie (ale nie w Izraelu), więc neomarksizm (w Polsce sponsor Fundacji Batorego) – zasłynął udanym atakiem na funta sterlinga w latach 90. ubiegłego wieku, na której to operacji zarobił 2 miliardy funtów. Tak przynajmniej opowiadają o nim żydowscy dziennikarze-propagandyści, wychwalając „geniusz finansowy” Sorosa… Jednak w połowie lat 90., Soros nie był wcale miliarderem, jego majątek (firma hedgingowa) wyceniany był optymistycznie – i to nie w gotówce, ale w giełdowej wartości akcji – na ok. 60 milionów dolarów. Tymczasem dla skutecznego zaatakowania brytyjskiego funta sterlinga, potrzebne było ok. 10 miliardów dolarów w gotówce – i jeszcze coś bardziej istotnego, a mianowicie informacja o decyzji rządu brytyjskiego: czy rząd brytyjski postanowi bronić do upadłego przeszacowanego funta – czy pozwoli na spadek jego wartości? (wytłuszczenie W.L.)

Ta decyzja zapadła na tajnym posiedzeniu rządu brytyjskiego. Skąd Soros dowiedział się o tej decyzji, i kto wyłożył za niego potrzebny do zaatakowania funta, brakujący kapitał?…

Soros był „slupem” – wszystko na to wskazuje – izraelskich tajnych służb i paru żydowskich bankierów. Bardzo możliwe, że nadal nim pozostaje.«

Jest to więc pewien mechanizm, o którym pisałem w blogu „Hiperinflacja c.d.”:

„Nie da się zaprzeczyć, że Żydzi dominują w finansach i handlu. W wielu innych dziedzinach też ich nie brakuje, ale połączenie tych dwóch branż stwarza niezwykłe pole manewru dla dokonywania różnych operacji finansowych. Mają też wsparcie ze strony polityków, bo często to oni są nimi. Więc to, co robią, jest nie tyle wynikiem nadzwyczajnych talentów do manipulowania pieniądzem, co doskonałą organizacją i współdziałaniem w zakresie finansów, handlu i polityki. Choć zapewne nie brakuje w tym wszystkim prawników, prasy i mediów wszelkiego rodzaju.”

Miszalski zdradza dużo, ale nie wyjaśnia, dlaczego Soros zaatakował akurat funta, a nie niemiecką markę albo nawet… polskiego złotego? Przecież dysponując takimi pieniędzmi można z każdą walutą zrobić to, co z funtem i też zarobić. Chyba więc nie zarobek był na pierwszym planie. A więc co? Sztywny kurs funta, narzucony przez ERM, komuś nie pasował. W tym samym, mniej więcej czasie, sztywny kurs złotego (1 stycznia 1990 – 14 października 1991) komuś pasował. Co ciekawe, te sztywne kursy, narzucone przez ERM, zostały 10 miesięcy po wyjściu Wielkiej Brytanii znacznie złagodzone. To chyba nie przypadek.

Konsekwencją tego ataku było to, że Wielka Brytania opuściła strefę ERM i w efekcie funt pozostał walutą Wielkiej Brytanii, a niemiecka marka rozpłynęła się w strefie euro. Ten atak to przykład tego, jak Żydzi wykorzystują swoją przewagę finansową do realizacji swoich celów politycznych. Byli w Wielkiej Brytanii politycy, którzy dążyli do większej integracji z Europą, ale musieli skapitulować wobec potęgi pieniądza i tych, którzy nim władają.

Z cytowanej na wstępie informacji z Wikipedii wynika, że gdyby rząd brytyjski nie bronił funta, to zyskałby na tym 2,4 mld funtów, a nie – stracił 3,4 mld. Czyżby więc nadal było aktualne to, co działo się za czasów Cromwella? Poniżej cytat z mojego blogu „Rewolucja Cromwella”:

„Tomasz Collier, za aprobatą Cromwella, pisze panegiryk na cześć Żydów, kończąc go tymi słowami: Poważajmy żydów! Oczekujmy pełnego chwały dnia, który uczyni ich głową narodów. O, czas ten już bliski, w którym każdy się będzie czuł szczęśliwy, jeżeli będzie mógł dotknąć choćby szaty żyda! Od nich przychodzi nasze zbawienie.”

Endecja

Żeby zrozumieć istotę jakiejś organizacji czy partii politycznej, to trzeba sięgnąć do jej korzeni, czyli do jej historii i ludzi, którzy ją tworzyli. W przypadku endecji wyglądało to tak, że w 1887 roku powstają dwie tajne organizacje:

  • Liga Polska, założona przez weterana powstania styczniowego Zygmunta Miłkowskiego
  • Związek Młodzieży Polskiej „Zet”, założony w Krakowie przez Zygmunta Balickiego

W 1888 roku „Zet” włączono do Ligi Polskiej. Liga Polska to tajna niepodległościowa organizacja polityczna o programie liberalno-demokratycznym, działająca w latach 1887-1893 na ziemiach polskich i na emigracji. Została ona założona przez dawnych uczestników powstania styczniowego. Byli to Zygmunt Miłkowski, Ludwik Michalski, Maksymilian Hertel i przybyły z kraju Aleksander Hirschberg. W pierwszych dniach sierpnia 1887 roku na zamku Hilfikon koło Zurychu powołali oni Ligę Polską. Jej celem była walka o niepodległość podzielonego zaborami kraju. Na czele organizacji stała Centralizacja, do której pierwszego składu weszli jej założyciele. Ta Centralizacja to taki odpowiednik Komitetu Centralnego PZPR-u, a może raczej jego Biura Politycznego. Odbyło się pięć zjazdów członków Centralizacji i przedstawicieli komitetów działających w poszczególnych zaborach. Według Ustawy Ligi Polskiej na terenie poszczególnych zaborów pracami organizacji miały kierować Komitety Prowincjonalne, które miały powołać podporządkowane im Komitety Gubernialne i Powiatowe. W większych skupiskach emigracyjnych przewidziano powołanie Komitetów Zagranicznych. Przy Lidze miał działać Skarb Narodowy, który miał finansować przedsięwzięcia polityczne Ligi. Liga miała być organizacją tajną i trójzaborową. Tworząc struktury organizacyjne wzorowano się na stowarzyszeniach wolnomularskich – niższe szczeble organizacji nie miały nic wiedzieć o wyższych. – Tak pisze Wikipedia. Tak więc, nie owijając w bawełnę, trzeba to sobie powiedzieć wprost – Liga Polska była organizacją masońską. I ta Liga przekształciła się w 1893 w Ligę Narodową, która zapoczątkowała ruch narodowy. Należy więc zadać sobie kolejne pytanie: czy zatem Dmowski był masonem? Bo jeśli tak, to mamy niezły cyrk: Piłsudski mason, Dmowski też i obaj tworzą „wrogie” sobie ugrupowania. A więc polityka to taki teatrzyk dla naiwnych. Czy rzeczywiście tak mogło być?

Kim byli główni działacze Ligi Polskiej? Zygmunt Miłkowski (1824-1915) był zawodowym rewolucjonistą czy działaczem politycznym oraz pisarzem. Około 1849 roku wstąpił do Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, które było najliczniejszym ugrupowaniem demokratycznym emigracji polskiej po powstaniu listopadowym. Powstało ono 17 marca 1832 roku w Paryżu. Jednym z jego założycieli był Tadeusz Krępowiecki z neofickiej rodziny pochodzenia żydowskiego. Jego przodek Adam Krępowiecki został ochrzczony wraz z grupą frankistów w 1759 roku we Lwowie. Jak mamy słowo „demokratyczny”, to wiadomo kto za tym stoi. A jak mamy słowo „narodowy”, to też wiadomo, kto za tym stoi i komu to służy. A jak mamy Narodową Demokrację, to już nie ma żadnych wątpliwości.

Ciekawą postacią był Ludwik Michalski, właściwie Ludwik Matyasek (1836-1888). Urodził się w rodzinie nauczycielskiej. Był synem nauczyciela krakowskiej szkoły technicznej Michała Matyaska i Julii z Godereckich. Uczył się w krakowskich szkołach średnich, ale wcześnie osierocony nie zdołał ich skończyć. Pracował jako robotnik a następnie jako urzędnik w fabryce maszyn rolniczych. W 1858 roku został wcielony do armii austriackiej. Brał udział w wojnie francusko-austriackiej w 1859 roku. W październiku 1863 roku zdezerterował z armii i z paszportem na nazwisko Ludwika Michalskiego przekroczył granicę Królestwa Polskiego. Był uczestnikiem powstania styczniowego. Walczył jako porucznik w oddziale Franciszka Kopernickiego. Po rozbiciu jego oddziału zbiegł za granicę do Szwajcarii, gdzie zamieszkał w Zurychu. Tak pisze Wikipedia.

Ciekawe, że ci wszyscy powstańcy, po niepowodzeniach, uciekają za granicę i od razu znajdują wikt i opierunek. I dalej tak pisze: Tam dzięki pomocy J. Siemieńskiego oraz wsparciu przewodniczącego komitetu wspomagającego polskich powstańców styczniowych, Gottfrieda Kellera, ukończył w roku 1868 studia inżynierskie na Politechnice Federalnej (ETH) w Zurychu. Podczas studiów był współzałożycielem Zrzeszenia Studentów Polskich oraz Biblioteki Polskiej w Paryżu. Uzyskał w 1868 roku obywatelstwo szwajcarskie w gminie Stallikon w okręgu Affoltem kantonu zuryskiego. Dzięki pomocy swego przyjaciela, przedsiębiorcy szwajcarskiego, wyjechał wraz z żoną na Sumatrę. Tam Sułtan Deli zlecił mu organizację korpusu gwardii na wzór europejski. Dzięki temu mógł założyć w spółce z Holendrami plantację tytoniu, którą nazwał „Polonia”. Obecnie na części terenu plantacji znajduje się „Polonia International Airport”. Jest to baza wojsk lotniczych Indonezji. Do 2013 roku był to międzynarodowy port lotniczy. Dzięki interesom przeprowadzonym na Sumatrze stał się bogatym człowiekiem.

W 1875 roku powrócił do Szwajcarii, zamieszkał początkowo w Zurychu, a potem nabył za 70 tysięcy franków zamek Hilfikon w kantonie Aargau. Od 1886 roku współpracował z Zygmuntem Miłkowskim. W należącym do niego zamku odbyło się zebranie założycielskie Ligi Polskiej. Był jej współzałożycielem, a następnie członkiem jej pierwszej Centralizacji (1887-1888). Finansował redagowane przez Miłkowskiego „Wolne Polskie Słowo”. Zmarł w 1888 roku na gruźlicę. W swoim testamencie zapisał 100 000 franków na różne cele społeczne, w tym 30 000 na Skarb Narodowy. „Skarb Narodowy”, który miał finansować przedsięwzięcia polityczne Ligi. Żydzi wszystko wypaczą i sprofanują. Na to też wskazuje historia Narodowej Demokracji.

Z tego życiorysu można wywnioskować, że w towarzystwie, w którym się obracał, nie był człowiekiem przypadkowym. Ktoś się nim starannie opiekuje od lat młodzieńczych. Zupełnie tak, jak w przypadku Korfantego. Ktoś mu pomaga skończyć studia, ktoś mu pomaga wyjechać na Sumatrę i tam dostaje zlecenie od najwyższych władz i jeszcze zakłada, w spółce z Holendrami, plantację tytoniu. A jacy to byli Holendrzy w Indonezji, to pisał żydowski ekonomista Werner Sombart, którego cytowałem w blogu „Imperium”.

5 grudnia 1887 roku  została ogłoszona Ustawa Ligi Polskiej, w której zapisano, że zadaniem Ligi jest przysposobienie wszystkich sił narodowych celem odzyskania niepodległości Polski w granicach przedrozbiorowych na podstawie federacyjnej i z uwzględnieniem różnic narodowościowych. Nowa organizacja nawiązała wprost do tradycji demokratycznej i liberalnej polskiej emigracji, stwierdzając w drugim punkcie wspomnianej ustawy, że przyjmuje zasady wyrażone w Manifeście byłego Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. Program Ligi Polskiej, opierając się na tych założeniach, zakładał organizację ogólnonarodowego powstania w trzech zaborach w celu odzyskania niepodległości. Przyszłe odrodzone państwo polskie miało być, zgodnie z założeniami organizacji, liberalną republiką demokratyczną wolną od wszelkich konfliktów społecznych.

W kolejnej ustawie Ligi z 1888 roku zmieniono zwrot o granicach przedrozbiorowych i federacji na sformułowanie: Liga z gorącym współczuciem popierać będzie rozwój samodzielny narodowości, które wchodziły do składu dawnej Rzeczypospolitej. Sam Miłkowski w swej innej broszurze Sprawa ruska, podkreślał konieczność rozwiązania sporów z Ukraińcami na drodze dobrowolnej i akceptowanej federacji.

W kwestiach programowych od początku wśród członków Ligi istniały różnice poglądów. Młodych działaczy reprezentował Antoni Sygietyński, który w broszurze Co robić (Paryż 1890), odrzucając ideę walki z orężem, opowiadał się za Polską narodową, „w której wszystkie narody znalazłyby miejsce”. Za główne cele uznał „utrzymanie się przy ziemi oraz podniesienie ducha narodowego” poprzez wzmocnienie „solidarności narodowej we wszystkich Polakach”.  W tym celu należy dokonać “uobywatelnienia” ludu które to zadanie należy głównie do księży i ziemian. Autor nawoływał zarazem do zgody wszystkich grup społecznych i narodowych w tym także Żydów. 

Około 1892 roku ujawniły się istotne różnice programowe pomiędzy starszą generacją działaczy, przeważnie emigracyjnych, a młodą generacją, wywodzącą się z „Zetu” i skupioną wokół Zygmunta Balickiego, Romana Dmowskiego, Teofila Waligórskiego, Karola Raczkowskiego oraz Jana Ludwika Popławskiego. Ci ostatni w większym stopniu odwoływali się do ideologii rodzącego się nacjonalizmu niż do demokratycznych i liberalnych ideałów założycieli organizacji. Ponieważ sprawowali kontrolę na działalnością krajową Ligi, wypowiedzieli posłuszeństwo emigracyjnej Centralizacji i przejęli władzę w organizacji, jednocześnie zmieniając jej nazwę na Ligę Narodową. Zostało to ostatecznie zaakceptowane przez działaczy emigracyjnych na zjeździe w Genewie w czerwcu 1895 r. Formalnie Zygmunt Miłkowski rozwiązał Ligę Polską rok wcześniej w 1894.

Dlaczego zmieniono pierwotny program Ligi, który zakładał odrodzenie Polski w granicach przedrozbiorowych poprzez wywołanie powstania w trzech zaborach? Ano dlatego, że był to program tożsamy z programem Piłsudskiego. A zgodnie z żydowską koncepcją, by był konflikt musi być teza i antyteza, czyli dwa zwalczające się obozy. Czy już w 1888 roku wiedziano, że będzie wojna, która zmieni oblicze Europy? Wygląda na to, że tak. Później endecja szukała poparcia w państwach ententy, co nie dziwi, skoro jej działacze przebywali głównie w Szwajcarii i we Francji. Piłsudski, z kolei, oparł się o państwa centralne.

Młodzieżówką Ligi Polskiej był Związek Młodzieży Polskiej „Zet” (ZMP, „Zet”, „Zet”) – konspiracyjna organizacja polskiej młodzieży akademickiej działająca w trzech zaborach. Wikipedia przedstawia jej historię w paru punktach:

  • 14 stycznia 1887 – zjazd założycielski w Krakowie zorganizowany przez Zygmunta Balickiego
  • 1888 – podporządkowanie Lidze Polskiej
  • 17 kwietnia 1894 – rozbicie organizacji po manifestacji w setną rocznice insurekcji warszawskiej
  • 1898 – reaktywowanie i podporządkowanie Lidze Narodowej
  • 1909 – zerwanie z Ligą Narodową. Część działaczy utworzyła Zarzewie, inni w 1911 tzw. nowy Zet
  • 1908-1914 – uczestnictwo członków Zet-u w polskich organizacjach wojskowo-niepodległościowych
  • 1914-1918 – uczestnictwo członków Zet-u w Legionach Polskich

Cele programowe to m.in. dążenie do niepodległości Polski, działanie na gruncie sprawiedliwości politycznej, narodowej i społecznej, tolerancja wobec innych narodowości i wyznań, pod warunkiem, iż uznają one naczelną zasadę niepodległości i jedności Polski, szerzenie oświaty i kultury ludu wiejskiego i miejskiego.

Jednak to, co najistotniejsze, to struktura organizacyjna. Była ona trzystopniowa. Stopień niższy nie wiedział o istnieniu wyższego:

  • koledzy – wszyscy członkowie organizacji, na czele których stał starszy kolega
  • towarzysze – część wybitniejszych kolegów kierowana przez starszego towarzysza
  • bracia – najwybitniejsi z towarzyszy
  • centralizacja – najwyższy organ związku. Jeden członek Centralizacji był jawny dla wszystkich.

Oddziały powstawały we wszystkich ważniejszych uczelniach, w których uczyła się młodzież polska: w Zurychu, Genewie, Paryżu, Wiedniu, Petersburgu, Moskwie, Kijowie, Berlinie, Monachium, Warszawie. A więc Szwajcaria, Francja, Austria, Niemcy i Rosja. I w taki sposób „zagospodarowywano” wszystkich tych, którzy mogliby tworzyć polskie elity działające na rzecz narodu i ewentualnie państwa, gdyby takie powstało. Zapewne wielu z tych ludzi studiowało dzięki czyjejś pomocy materialnej. To najlepszy sposób uzależnienia. Zwłaszcza wśród polityków endecji było wielu, którzy wywodzili się z niezamożnych rodzin. Skąd więc mieli pieniądze na zagraniczne studia?

1 kwietnia 1893 roku powstaje Liga Narodowa i staje się ona podstawą funkcjonowania nowego obozu politycznego – Narodowej Demokracji. W 1897 roku działacze Ligi Narodowej utworzyli Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, które działało na terenie wszystkich zaborów, początkowo jako tajna organizacja, później jako jawnie działająca partia polityczna. Dokładna data rozwiązania Ligi nie jest znana. Według wspomnień Stanisława Kozickiego, bliskiego współpracownika Dmowskiego, miało to miejsce w 1927 roku, według relacji Romana Dmowskiego w kwietniu 1928 roku. Rozwiązana organizacja została zastąpiona nowym tajnym stowarzyszeniem o nazwie „Straż”.

A więc Narodowa Demokracja nie była partią polityczną tylko obozem politycznym, skupiającym różne partie czy organizacje o orientacji narodowej. W latach 1908-1911 dochodzi do rozłamu, w wyniku którego od endecji oderwały się Związek Młodzieży Polskiej „Zet”, Narodowy Związek Robotniczy i Narodowy Związek Chłopski. Z jakiego powodu doszło do tego rozłamu? Według Wikipedii dlatego, że przeciwnicy Dmowskiego uważali, że zawarł on z carem tajne porozumienie w celu zwalczania PPS-u. Dziwne to tłumaczenie, bo niby czemu mieliby być przeciwni zwalczaniu swego przeciwnika politycznego. Inna sprawa, że koncepcja Dmowskiego oparcia się o Rosję była zupełnie bez sensu i nie dlatego, że czas ją szybko zweryfikował, tylko dlatego, że w polityce nie ma wiecznych przyjaciół i wiecznych wrogów. Są tylko interesy. Można nie lubić Anglików, ale nie można odmówić im racji w tym względzie. I w tym kontekście cała idea panslawistyczna też jest bez sensu, tzn. ona ma sens, ale tylko dla Rosji.

W czasie I wojny światowej ruch narodowy opowiedział się po stronie państw ententy, najpierw Rosji, tworząc Legion Puławski, a później Francji, po klęskach armii rosyjskiej, tworząc Komitet Narodowy Polski w Paryżu (1917-1919) i Błękitną Armię gen. Hallera. Komitet Narodowy Polski był kontynuacją Komitetu Narodowego Polski działającego w latach 1914-1917 w Warszawie i Petersburgu.

Po odzyskaniu niepodległości ruch narodowy zorganizował się w partię polityczną pod nazwą Związek Ludowo-Narodowy, przekształconą w 1928 roku w Stronnictwo Narodowe (SN) działające do 1947 roku. W grudniu 1926 roku, w odpowiedzi na represje sanacyjne, powstaje pozaparlamentarna organizacja opozycyjna – Obóz Wielkiej Polski (OWP) na czele z Romanem Dmowskim. Jej celem była pozaparlamentarna walka o władzę z sanacją. Narodowa Demokracja obejmowała w tym okresie partie polityczne, związki zawodowe, stowarzyszenia młodzieżowe, kobiece i sportowe. W marcu 1933 roku sanacja zdelegalizowała OWP. Natomiast największa grupa radykałów wyłamała się z obozu narodowego w kwietniu 1934 roku, tworząc Obóz Narodowo-Radykalny (ONR), zdelegalizowany po kilku miesiącach działalności. Wkrótce po delegalizacji ONR podzielił się na dwie zwalczające się grupy: Obóz Narodowo-Radykalny ABC oraz Ruch Narodowo-Radykalny Bolesława Piaseckiego.

W latach 30-tych główną formacją Narodowej Demokracji pozostawało Stronnictwo Narodowe kierowane przez Romana Dmowskiego. W SN toczyła się walka między narodowo-liberalnym skrzydłem „starych”, a „młodymi” skłaniającymi się ku autorytaryzmowi. Po wyeliminowaniu wpływów „starych” doszło do podziału „młodych” na ekstremistyczną frakcję Jędrzeja Giertycha i grupę Tadeusza Bieleckiego bardziej skłonną do kompromisu z sanacją.

Czym była Liga Narodowa? Powstała w 1893 roku z przekształcenia Ligi Polskiej. W 1897 roku powstaje Narodowa Demokracja, będąca obozem politycznym, skupiającym różne partie i środowiska. Działała do 1928 roku i została zastąpiona, jak pisze Wikipedia, nowym tajnym stowarzyszeniem o nazwie „Straż”. Z tego wynika, że Liga Narodowa też była tajnym stowarzyszeniem. Czy więc nie w niej ukrywali się faktyczni przywódcy całego ruchu narodowego? A może raczej należałoby powiedzieć tzw. ruchu narodowego. Ktoś dobrze starał się, by ten ruch nie zdołał się skonsolidować w jedną potężną partię i nie wypracował spójnego programu politycznego. No, ale skoro ten ktoś zorganizował ten ruch, to pokierował nim tak, jak chciał. Trudno temu się dziwić.

Kim był Dmowski? We wrześniu 1886 roku wstąpił na wydział fizyczno-matematyczny Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego (na sekcję nauk przyrodniczych). Po czterech latach ukończył studia. W 1888 roku został członkiem warszawskiego koła organizacji młodzieży patriotycznej „Zet”, a potem „starszym” Koła Braterskiego „Zet-u”. Od listopada 1891 do sierpnia 1892 studiował w Paryżu. Ale co? Co studiował? O tym Wikipedia nie informuje. Chyba jakieś wtajemniczenia. W kwietniu 1893 roku dokonał wraz z kilkoma innymi działaczami przewrotu w Lidze Polskiej i stworzył Ligę Narodową, na czele której stanął. Młody, miał wówczas 29 lat, i wyrolował starych wyjadaczy z powstania styczniowego. Ładna bajka.

W pierwszych latach działalności Dmowski długo był krytyczny wobec chrześcijaństwa, którego normy moralne uważał za sprzeczne z założeniami i potrzebami „zdrowego, narodowego egoizmu”, skłaniał się raczej do podporządkowania go interesom państwa lub narodu na wzór protestantyzmu w wydaniu niemieckim lub angielskim. Później, w publikacji Kościół, naród i państwo (1928) zmienił poglądy i podkreślił znaczącą rolę, jaką odgrywa dla narodu polskiego wiara katolicka i Kościół – „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznym stopniu stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu”. Z jego publikacji wywodzi się idea Polski jako „wielkiego państwa katolickiego narodu polskiego”.

Cóż zatem było przyczyną tak diametralnej zmiany? Sam przecież swoich poglądów nie zmienił. Był deistą. Przez całe życie był obojętny religijnie. Dopiero na krótko przed śmiercią nawrócił się. Czy można traktować poważnie prace kogoś, kto się wypowiada na temat wiary katolickiej i jej związku z narodem, samym będąc deistą?

Deizm według Słownika Wyrazów Obcych PWN, Warszawa, 1959 to:

Pogląd, który, uznając Boga za przyczynę świata lub jego pierwszy motor, odrzuca zarazem jego interwencję w bieg zdarzeń i życie ludzkie, a więc m.in. cuda i objawienie. Deizm rozpowszechniony w filozofii europejskiej XVII i XVIII wieku zawierał z reguły negację dogmatów religijnych i uznanie z religii tylko tego, co można rozumowo uzasadnić, nadto zasady tolerancji religijnej, odrzucenie wartości liturgii i organizacji kościelnej, moralność świecką (w Anglii m.in. Toland, Collins, we Francji m.in. Voltaire, Rousseau). Deizm był w czasach Oświecenia ideologią burżuazji, walczącej z wpływami Kościoła na życie społeczne, wychowanie i naukę.

W Wikipedii można też przeczytać, że charakter deistyczny ma Wielki Architekt Wszechświata, wiarę w którego deklarują członkowie anglosaskiej loży masońskiej. Masoneria była jedną z grup, które kształtowały oblicze Europy oświeceniowej. Zadeklarowanym deistą był Tadeusz Kościuszko.

Jeśli więc Dmowski twierdzi, że katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, ale tkwi w jej istocie, to ja się zapytuję: kto mu takich głupot nagadał lub kazał wygłaszać takie opinie, skoro wiadomo, że polski katolicyzm był i jest płytki i powierzchowny. A on sam? Nie był przecież katolikiem, był deistą i masonem. Wsączył w Polskę i w Polaków ideologię, która miała ich antagonizować z sąsiadami. Taki to jest patriotyzm „narodowców”, którzy z narodem polskim mają niewiele wspólnego. Zrobić z Polaków albo przynajmniej przypiąć im łatkę katolickich oszołomów i antysemitów, to był cel Żydów od powstania styczniowego i to im się udało, choć ani jedno, ani drugie nie jest prawdą. A Dmowski? Początkowo chciał dobrze, ale później jego mocodawcy wyznaczyli mu inny cel.

A czy Dmowski wywalczył dla Polski ziemie zachodnie na konferencji paryskiej? Niczego nie wywalczył. Wszystko już wcześniej było postanowione, o czym wspomniałem na początku bloga. Ani powstanie wielkopolskie, ani powstania śląskie nie zmieniły tego. One miały tylko stwarzać pozory, że bieg dziejów odbywa się w sposób spontaniczny, że coś zależy od ludzi. Dzisiejsze czasy są tego dowodem. Oni już wiedzą, że będzie czwarta fala i wiedzą o wiele więcej niż nam mówią. A „najbardziej zakaźny” wariant koronawirusa dotarł już do kolejnego kraju. Jak rząd będzie taki złośliwy, jak ten wirus, to jeszcze przed końcem wakacji dotrze on do Polski. W polityce nic nie dzieje się przypadkowo.

Judeochrześcijaństwo c.d.

W blogu „Judeochrześcijaństwo” poruszyłem tematykę wspólnych korzeni judaizmu i chrześcijaństwa. To było prawie dwa lata temu, gdy prezydent i inne osobistości przekonywały nas, że łączą nas wspólne korzenie. Dziś już nikt się tym nie zajmuje, bo są inne, a właściwie jeden „ważny” temat, który zdominował wszystko. W tamtym blogu przedstawiłem temat bardzo powierzchownie. Wydaje mi się, że warty on jest poważniejszego potraktowania. Religia i wiara to są sprawy ponadczasowe i z tego względu nigdy się nie zdezaktualizują.

Judeochrześcijanie to według Wikipedii ci, którzy przyjmowali nauki Jezusa jako poszerzenie Prawa Mojżeszowego, czyli Tory, czyli pierwszych pięciu ksiąg Biblii. Ich przeciwieństwem byli poganochrześcijanie, którzy nie byli zobligowani do przestrzegania Tory. – Niestety, problem jest trochę bardziej skomplikowany.

Wybrałem dwa fragmenty z dwóch książek. Jeden pochodzi z książki Teodora Jeske-Choińskiego Historia Żydów w Polsce (1919), drugi – z powieści Jana Potockiego Rękopis znaleziony w Saragossie (2007) wersja z 1804 roku. W wersji z roku 1810 Potocki zrezygnował z historii Żyda Wiecznego Tułacza, uznawanej za jedną z najbardziej fascynujących opowieści w wersji z 1804 roku. W 2015 roku pojawiła się na rynku wersja z 1810 roku. Jeske-Choiński pisze:

»Wiadomo, że kapłani egipscy wyprzedzili wiedzą i kulturą wszystkie inne narody. Grecja, późniejsza nauczycielka Europy, drzemała jeszcze w majakach legend i mitów, kiedy Egipt dotarł już do wyżyn nauki. Znakomitych astronomów, chemików, fizyków, mechaników, biologów, lekarzy i myślicieli wydał. Nie tylko do tajemnic przyrody zaglądał ze skutkiem, lecz badał także tajniki duszy ludzkiej.

Nie dla całego jednak narodu zagłębiali się kapłani w tajnikach duszy ludzkiej; nie wypuszczali rezultatów swoich badań poza mury świątyń.

Mówi Julian Ochorowicz w swoim dziele Wiedza tajemna w Egipcie: „Do świątyń egipskich wcale nie dopuszczano ludu i nie odbywały się w nich nabożeństwa publiczne w rodzaju naszych. Tylko kapłani mogli przebywać w ich wnętrzu i tylko najwyżsi z nich, oraz król, mieli prawo odchylania zasłony pokrywającej świętą arkę i jej tajemnicze emblematy… Nauka i religia odcięte były od tłumów, a natomiast najściślej połączona ze sobą. Uczonymi byli tylko kapłani, a kapłanami przeważnie uczeni. Jeśli i dziś jeszcze mówimy, że kapłan jest pośrednikiem między ludźmi a Bóstwem, to wyrażenie to było ścisłym i bezwzględnym tylko w tej głębokiej starożytności, kiedy lud sam nie miał nawet pretensji do bezpośredniego wzywania Bóstwa i całą sprawę porozumiewania się ze światem nadziemskim pozostawiał kapłanom. Tym zaś bynajmniej nie chodziło o to, aby lud znał ich tajemnice”.

Po mądrość jeździli do Egiptu znakomici mężowie greccy: Tales, Demokryt, Pitagoras, Solon, Plato i inni. Nie wszystkich dopuszczali kapłani do swoich tajemnic, a tych, którym pozwolili czerpać ze źródła ich wiedzy, skrępowali przysięgą milczenia. Uczniom nie wolno było zdradzać wiedzy nauczycieli.

Te tajemnice kapłanów egipskich odnosiły się prawdopodobnie do ich teologii, niedostępnej dla tłumu. Wykazały badania najnowsze, iż uczeni egipscy byli monoteistami, że wierzyli w duszę ludzką, w jej dalsze życie po śmierci ciała i w sąd ostateczny. Potwierdzają to pisma zawarte w zwojach papirusu, przechowywane przez historyków greckich, i różne egipskie teksty religijne. W jednym z takich ocalonych papirusów, znajdujących się w Turynie, modli się jakiś kapłan: „O Boże, który jesteś budowniczym świata, Ty nie masz ojca, bo pochodzisz z samego siebie… Ty żywisz wszystko, co stworzyłeś… Niebo i ziemia słuchają praw, które im nadałeś… Chwalmy Boga, który na głowami naszymi rozpiął niebo z wszelkimi gwiazdami, który rozłożył kraje na ziemi i oblał je wielkim morzem”.

W innym tekście egipskim czytamy: „Bóg jest jeden i jedyny i nikt inny z Nim nie istnieje. Bóg jest jeden, który stworzył wszystko. Bóg jest duchem, duchem utajonym, duchem duchów, wielkim duchem Egipcjan, duchem boskim. Bóg jest i był od początku; istniał od dawna i był wówczas, gdy nikt inny nie istniał. On istniał, gdy nic innego nie istniało, a co istnieje. On stworzył po swoim przyjściu do bytu. Jest on ojcem początków. Bo jest jeden i wieczny. On jest wieczny i nieskończony i trwa na wieki, na zawsze. Trwał on od wieków niezliczonych i trwać będzie na wieczność całą. Bóg jest bytem utajonym i nikt nie poznał jego postaci. Nikt nie był zdolny do odtworzenia Jego podobieństwa. Jest on utajony dla bóstw i ludzi, jest tajemnicą dla stworzeń swoich. Żaden człowiek nie wie jak Go poznać. Jego imię ukryte; Jego imię jest tajemnicą dla Jego dzieci; imiona Jego niezliczone; nikt liczby ich nie zna. Bóg jest prawdą i żyje prawdą i nią się karmi. On królem prawdy, On trwa w prawdzie, On tworzy prawdę i wykonuje ją we wszechświecie. Bóg jest życiem i żyje się tylko przez niego. On daje życie człowiekowi i On wdycha w jego nozdrza tchnienie życia. On sam siebie rodzi i stwarza” itd.

Trudno odtworzyć plastyczniej Boga. Myli się więc, kto nie wierzy w monoteizm kapłanów egipskich. Ukrywali oni swoją tajemną mądrość przed ciemnym ludem, mniemając, że człowiek nieokrzesany nie jest zdolny wznieść się do wyżyn uczonego myśliciela i zrozumieć istotę Twórcy i Pana świata. Nie dopuszczali tłumu do swoich misteriów, ale nie zapomnieli o obowiązkach kapłana, którego zadaniem jest opieka nad duszą nieuświadomionych.

Julian Ochorowicz twierdzi, że w etyce egipskiej, w Księdze Umarłych, znajdują się najwyraźniej sformułowane przykazania, „których część później ogłosił Mojżesz Żydom, zastosowawszy je do warunków uciekającego z Egiptu ludu i do potrzeb z jego charakteru wynikających”.

Nie byłoby nic dziwnego, gdyby Mojżesz czerpał ze źródeł wiedzy egipskiej. Był przecież mężem Egipcjanki, Sefory, córki kapłana, i jako zięć i uczeń egipskiego mędrca, miał dostęp do tajemnic jego wiedzy.«

W powieści Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego w części poświęconej Historii Żyda Wiecznego Tułacza zamieszcza on wypowiedź egipskiego kapłana Cheremona na temat religii egipskiej. Jego wywody oparte są na De mysteriis Aegyptiorum Jamblicha. Dzieło to dostępne jest w internecie: Iamblichus on the mysteries of the Egyptians, Chaldeans, and Assyrians. W 1821 roku zostało ono przetłumaczone z greckiego przez Thomasa Taylora. Jamblich to filozof grecki żyjący w latach 250-326, założyciel neoplatońskiej szkoły syryjskiej.

W powieści Cheremon zdradza tajniki religii egipskiej młodemu Żydowi, którym był wtedy Żyd Wieczny Tułacz. Opowieść swoją zaczyna od modlitwy egipskiej, która jest podobna do tych zacytowanych wyżej.

»Gdy Cheremon odmówił tę modlitwę, obrócił się do mnie i rzekł tymi słowy:

Widzisz, moje dziecię, że my, równie jak wy, uznajemy jedynego Boga, który słowem swoim stworzył świat. Modlitwa, którą słyszałeś, wyciągnięta jest z Pojmandra, księgi, którą przypisujemy trzykroć wielkiemu Thotowi, temu samemu, którego dzieła obnosimy w procesji podczas wszystkich naszych świąt. Posiadamy dwadzieścia sześć tysięcy zwojów przypisywanych temu filozofowi, który miał żyć przed dwoma tysiącami lat. Ponieważ tylko naszym kapłanom wolno je przepisywać, być może zatem, że wiele dodatków wyszło spod ich pióra. Wreszcie wszystkie pisma Thota pełne są ciemnej i dwuznacznej metafizyki, którą można różnymi sposoby tłumaczyć. Poprzestanę więc na wyłożeniu ci powszechnie przyjętych dogmatów, które najwięcej zbliżają się do zasad Chaldejczyków (Babilończyków – przyp. W.L.).

Religie, równie jak wszystkie rzeczy tego świata, ulegają powolnym lecz nieustannym oddziaływaniom, które bezustannie usiłują odmienić ich formy i istotę, tak że po kilku wiekach ta sama religia przedstawia wierze ludzkiej całkiem odmienne zasady, alegorie, których myśli ukrytej niepodobna już odgadnąć, lub dogmaty, którym ogół wierzy zaledwie przez połowę. Nie mogę zatem zaręczyć, że cię nauczę dawnej religii, której ceremonie możesz widzieć przedstawione na płaskorzeźbie Ozymandiasa (u historyków greckich imię faraona Ramzesa II 1292-1225 p.n.e.) w Tebach, wszelako powtórzę ci nauki moich mistrzów tak, jak wykładam je moim uczniom.

Przede wszystkim uprzedzam cię, abyś nigdy nie przywiązywał się ani do obrazu, ani do symbolu, lecz abyś wnikał w myśl w nich ukrytą. Tak na przykład, ił przedstawia to wszystko, co jest materialne. Bożek siedzący na liściu lotosowym i płynący po ile – wyobraża myśl, która spoczywa na materii, wcale jej nie dotykając. Jest to symbol, jakiego użył wasz prawodawca, gdy mówił, że „Duch Boży unosił się nad wodami”. Utrzymują, że Mojżesz był wychowany przez kapłanów z miasta On, czyli Heliopolis. Jakoż w istocie wasze obrzędy bardzo zbliżają się do naszych. Równie jak wy, i my także mamy rodziny kapłańskie, proroków, zwyczaj obrzezania, wstręt do wieprzowiny i wiele tym podobnych punktów wspólnych.

Symbole nigdy nam nie przeszkadzały wierzyć w jednego Boga, wyższego nad wszystkich innych. Pisma Thota nie pozostawiają w tym względzie żadnej wątpliwości. Czytamy tam, co następuje:

Jeden ten Bóg trwa niewzruszenie w odosobnieniu swojej jedności. Nic innego, nawet żadne oderwane pojęcie nie może się z nim potoczyć. Jest swoim własnym ojcem, swoim własnym synem i jedynym ojcem Boga. Jest samym dobrem, początkiem wszystkiego i źródłem pojęć najpierwszych istnień. Ten Bóg jedyny tłumaczy się sam z siebie, ponieważ wystarcza samemu sobie. Jest on prazasadą. Bogiem bogów, monadą jedności, dawniejszą od istnienia i tworzącą zasadę istnienia. Od niego bowiem pochodzi istnienie bytu i sam byt, i dlatego też nazywany jest Ojcem Bytu.

Widzicie zatem, moi przyjaciele – mówił dalej Cheremon – że niepodobna mieć o bóstwie wznioślejszych pojęć od naszych, ale sądzimy, że wolno nam ubóstwiać pewną cześć przymiotów Boga i stosunków jego z nami, czyniąc z nich odrębne bóstwa, a raczej wyobrażenia odrębnych boskich przymiotów.

Tak na przykład rozum boży nazywamy Emeph, gdy zaś ten słowami się wyraża – Thot, czyli przekonaniem, lub też Ermeth, to jest wykładem.

Skoro rozum boży, kryjący w sobie prawdę, schodzi na ziemię i działa pod postacią płodności, wówczas nazywa się Amun. Gdy rozum ten ujawnia się pod postacią sztuki, wówczas nazywamy go Ptah, czyli Wulkanem, gdy zaś objawia się w postaci dobra, zwiemy go Ozyrysem.

Uważamy Boga za jedność, wszelako nieskończona ilość dobroczynnych stosunków, jakie raczy mieć z nami, sprawia, że pozwalamy sobie, bez ubliżenia Jego czci, uważać go za istotę zbiorową, gdyż w istocie jest On zbiorowy i nieskończenie rozmaity w przymiotach, jakie w nim postrzegamy.

Co się tyczy duchów, wierzymy, że każdy z nas ma ich dwóch przy sobie, to jest złego i dobrego. Dusze bohaterów najbliższe są natury duchów, a zwłaszcza te, które przewodniczą w szeregu dusz.

Bogowie, co do swej istoty, dają się przyrównać do eteru, bohaterowie i duchy do powietrza, zwyczajne zaś dusze mają już w sobie coś ziemskiego. Opatrzność boską przyrównamy do światła, które zapełnia wszystkie przestrzenie między światami. Dawne podania prawią nam także o mocach anielskich, czyli posłanniczych, których obowiązkiem jest oznajmić rozkazy Boga, i o innych mocach, jeszcze wyższego stopnia, które Żydzi hellenizujący nazwali archontami lub archaniołami.

Ci spomiędzy nas, którzy poświęcili się kapłaństwu, są przekonani, że posiadają władzę sprowadzania obecności bogów, duchów, aniołów, bohaterów i dusz. Wszelako nie mogą wykonywać tych teurgii¹ bez naruszania ogólnego porządku wszechświata. Gdy bogowie schodzą na ziemię, słońce i księżyc skrywają się na jakiś czas przed wzrokiem śmiertelnych.

Archaniołowie otoczeni są jaśniejszym światłem niż aniołowie. Dusze bohaterów mają mniej blasku aniżeli aniołów, jednakże więcej niż dusze zwykłych śmiertelników, które okrywa cień.

Książęta zwierzyńca niebieskiego ukazują się pod nader wspaniałymi postaciami. Nadto rozróżniamy mnóstwo szczególnych okoliczności towarzyszących ukazywaniu się rozmaitych istot i służących do odróżnienia jednych od drugich. Tak na przykład złe duchy można poznać po złośliwych wpływach, jakie w ślad za nimi ciągną.

Co do bałwanów, wierzymy, że jeżeli wyrabiamy je przy pewnym określonym położeniu ciał niebieskich lub też z pewnymi ceremoniami teurgicznymi, naówczas możemy ściągnąć na nie niejakie cząstki istoty boskiej. Jednakowoż sztuka ta jest tak zwodnicza i niegodna prawdziwej świadomości Boga, że zwykle zostawiamy ją kapłanom daleko niższego stopnia aniżeli ten, do którego mam zaszczyt należeć.

Skoro który z naszych kapłanów wywołuje bogów, pod pewnym względem uczestniczy w ich istocie. Wszelako nie przestaje być człowiekiem, ale tylko natura boska przenika go do pewnego stopnia i łączy się on w pewien sposób z Bogiem. Znalazłszy się w takim stanie, z łatwością może rozkazywać duchom nieczystym, czyli ziemskim, i wypędzać je z ciał, które opętały. Czasami nasi kapłani, łącząc kamienie, zioła i materie zwierzęce, tworzą mieszaninę, która może stać się przybytkiem bóstwa; atoli prawdziwym węzłem łączącym kapłana z bóstwem jest modlitwa.

Wszystkie obrzędy i dogmaty, jakie wam wyłożyłem, przypisujemy nie Thotowi, czyli trzeciemu Merkuremu, który żył za Ozymandiasa, ale prorokowi Bitysowi, który żył na dwa tysiące lat przedtem i wytłumaczył zasady pierwszego Merkurego (pierwszy – uosobienie mądrości boskiej, trzeci – ziemskie wcielenie tej mądrości). Atoli, jak to wam już mówiłem, czas wiele dodał, przemienił, tak że nie sądzę, aby dawna religia miała się dostać do nas w swym pierwotnym składzie. Na koniec, jeśli mam już wam wszystko powiedzieć, nasi kapłani czasami odważają się grozić własnym bogom; wtedy podczas składania ofiar tak się wyrażają: „Jeżeli nie spełnisz mego żądania, odsłonię najskrytsze tajniki Izydy, zdradzę tajemnice otchłani, zdruzgoce skrzynię Ozyrysa i rozsypię jego członki”.

Wyznam wam, że wcale nie pochwalam tych formuł, od których nawet Chaldejczycy zupełnie się wstrzymują.

Gdy Cheremon doszedł był do tego miejsca swojej nauki, jeden z niższych kapłanów uderzył w dzwon na północ; ponieważ jednak i wy także zbliżacie się do miejsca waszego noclegu, pozwólcie zatem, abym odłożył na jutro dalszy ciąg mego opowiadania.

Następnej nocy czcigodny Cheremon przyjął nas ze zwykłą mu dobrocią i tak zaczął mówić:

Obfitość przedmiotów, jakie wczoraj wam wykładałem, nie pozwoliła mi mówić o powszechnie przyjętym przez nas dogmacie, który jednak większej jeszcze wziętości używa pomiędzy Grekami z powodu rozgłosu, jaki mu nadał Plato. Mam na myśli wiarę w Słowo, czyli w mądrość boską, którą my nazywamy Mander, to znowu Meth, lub też czasami Thot, czyli przekonaniem.

Jest jeszcze inny dogmat, o którym muszę wam wspomnieć, a który wprowadził jeden z trzech Thotów, zwany Trismegistą, czyli trzykroć wielkim, ponieważ pojmował bóstwo jako podzielone na trzy wielkie potęgi: na samego Boga, którego nazwał Ojcem, następnie na Słowo i Ducha.

Takimi są nasze dogmaty. Co do zasad, są one równie czyste, zwłaszcza dla nas, kapłanów. Praktykowanie cnoty, post i modlitwy wypełniają dni naszego życia.

Pokarmy roślinne, które spożywamy, nie zapalają w nas krwi i łatwiej pozwalają nam pokonywać nasze namiętności. Kapłani Apisa wystrzegają się wszelkich kontaktów z kobietami.

Taką jest dziś nasza religia. Oddala się ona od dawnej w wielu ważnych punktach, zwłaszcza we względzie metempsychozy (reinkarnacja, wędrówka dusz), która dziś mało ma zwolenników, chociaż przed siedmiuset laty, gdy Pitagoras zwiedzał nasz kraj, była powszechnie przyjęta. Nasza mitologia często także wspomina o bogach planetarnych, inaczej nazwanych rządcami, wszelako dziś zaledwie niektórzy wróżbici horoskopów trzymają się tej nauki. Mówiłem wam już, że religie, jak wszystkie rzeczy, zmieniają się na świecie.

Pozostaje mi objaśnić wam nasze święte misteria; wkrótce o wszystkim się dowiecie. Naprzód, bądźcie przekonani, że gdybyście nawet zostali wtajemniczeni, nie bylibyście mędrszymi co do początków naszej mitologii. Otwórzcie historyka Herodota, należał on do wtajemniczonych i na każdym kroku szczyci się tym, a jednak czynił poszukiwania nad pochodzeniem bogów greckich jak ten, który by nie miał w tym względzie jaśniejszych pojęć od reszty ludzi. To, co on nazywa świętą mową, nie miało żadnego związku z historią. Były to, według określenia Rzymian, turpiloquentia, czyli bezwstydne mowy. Każdy nowy adept musiał wysłuchać opowiadania obrażającego ogólnie przyjętą przyzwoitość. W Eleuzis2 mówiono o Baubie, która przyjmowała u siebie Cererę, we Frygii zaś o miłostkach Bachusa. My tu, w Egipcie, wierzymy, że bezwstydność ta jest symbolem oznaczającym nikczemność istoty materii i więcej nic w tej mierze nie wiemy.

Pewien znakomity konsularny mąż, nazwiskiem Cycero, w ostatnich czasach napisał książkę o naturze bogów. Wyznaje tam, że nie wie, skąd Italia przyjęła swoją wiarę, a jednak był augurem (przepowiadał przyszłość z lotu ptaków), a tym samym znał wszystkie misteria toskańskiej religii. Nieświadomość, przebijająca we wszystkich dziełach pisarzów wtajemniczonych, dowodzi wam, że wtajemniczenie bynajmniej nie uczyniłoby was mądrzejszymi w kwestii początków naszej religii. W każdym razie misteria sięgają nader odległej epoki. Możecie widzieć uroczysty pochód Ozyrysa na płaskorzeźbie Ozymandiasa. Cześć Apisa i Mnewisa (byki, Minewisa uważano za ojca Apisa) wprowadził do Egiptu Bachus przed przeszło trzema tysiącami lat.

Wtajemniczenie nie rzuca żadnego światła ani na początek wiary, ani na historię bogów, ani nawet na myśl w symbolach ukrytą, jednakże wprowadzenie misteriów potrzebne było dla rodzaju ludzkiego. Człowiek mający sobie jakiś wielki grzech do zarzucenia lub taki, który splamił swe ręce zabójstwem – staje przed kapłanami misteriów, wyznaje winy i odchodzi oczyszczony za pośrednictwem wody. Przed ustanowieniem tego zbawiennego obrzędu, społeczeństwo odpychało od siebie ludzi nie mogących przystępować do ołtarzów, a ci następnie z rozpaczy stawali się rozbójnikami.

W misteriach Mitry3 podają adeptowi chleb i wino i ucztę tę nazywają Eucharystią. Grzesznik, pogodzony z Bogiem, zaczyna nowe życie, uczciwsze od tego, jakie dotąd prowadził.

Misteria – rzekł Cheremon – mają jeszcze jeden obrzęd wszystkim wspólny. Gdy jaki bóg umrze, grzebią go, płaczą nad nim przez kilka dni, po czym bóg ku wielkiej wszystkich radości zmartwychwstaje. Niektórzy utrzymują, że symbol ten wyobraża słońce, ale na ogół panuje przekonanie, że chodzi o ziarna powierzone ziemi.

Oto jest wszystko, mój młody Izraelito – dodał kapłan – co ci mogę powiedzieć o naszych dogmatach i obrzędach. Widzisz więc, że wcale nie jesteśmy bałwochwalcami, jak to nam wasi prorocy często zarzucali, ale wyznam ci, że sądzę, iż wkrótce ani moja, ani twoja religia nie wystarczy już dla ludzkości. Rzuciwszy wzrok dokoła, wszędy spostrzegamy jakąś niespokojność i popęd do nowości.

W Palestynie lud tłumem wychodzi na puszczę, ażeby słuchać nowego proroka, który chrzci wodą z Jordanu. Tu znowu widać terapeutów4, czyli magów-uzdrowicieli, którzy do wiary naszej mieszają wiarę Persów. Jasnowłosy Apolloniusz wędruje z miasta do miasta i udaje Pitagorasa: kuglarze podają się za kapłanów Izydy, porzucono już dawną cześć bogini, opustoszały jej świątynie i kadzidła przestały dymić na Jej ołtarzach.

Nauki mądrego Cheremona były daleko dłuższe od wyciągu, jaki wam uczyniłem. Ogólnym ich wnioskiem było, że pewien prorok, imieniem Bitys, dowiódł w swoich dziełach istnienia Boga i i aniołów, i że drugi prorok, nazwany Thot, osłonił te pojęcia ciemną metafizyką, która zdawała się tym wznioślejszą.

W teologii tej Bóg, którego nazwano Ojcem, czczony był jedynie przez milczenie, wszelako gdy chciano wyrazić, że sam sobie wystarcza, mówiono, że jest swoim własnym ojcem i własnym synem. Czczono go także pod postacią syna i wtedy nazywano „rozumem bożym” lub Thotem, co znaczy po egipsku – przekonanie.

Na koniec, ponieważ spostrzegano w naturze ducha i materię, poczytywano ducha za emanację Boga i przedstawiano go pływającego po ile, jak to wam już gdzie indziej powiedziałem. Twórca tej metafizyki zwany był „trzykroć wielkim”. Plato, który przepędził osiemnaście lat w Egipcie, wprowadził do Grecji naukę o Słowie, za co uzyskał od Greków przydomek boskiego.

Cheremon utrzymywał, że wszystko to nie istniało zupełnie w duchu dawnej religii egipskiej, że ta zmieniła się, gdyż w ogóle zmiana leży w naturze każdej religii. Zdanie jego pod tym względem wkrótce potwierdziły wypadki zaszłe w synagodze aleksandryjskiej.

Nie byłem jedynym Żydem, który badał teologię egipską; inni także zasmakowali w niej, zwłaszcza zaś oczarował ich duch enigmatyczny, który panował w całej egipskiej literaturze, a który pochodził zapewne z pisma hieroglificznego i z zasady nieprzywiązywania się do symbolu, ale do myśli w nim ukrytej.

Nasi rabinowie aleksandryjscy pragnęli także mieć zagadki do rozwiązywania i wyobrazili sobie, że pisma Mojżesza (Pięcioksiąg starotestamentowy), jakiekolwiek przedstawiają opowiadania faktów i rzeczywistą historię, są wszelako pisane z tak boską sztuką, że obok myśli dziejowej skrywają jeszcze myśl inną, tajemniczą i alegoryczną. Niektórzy z naszych uczonych wyjaśnili tę ukrytą myśl z przenikliwością, która im zaszczyt w owym czasie przyniosła, jednakże ze wszystkich rabinów najwięcej odznaczył się Filon. Długie badania nad Platonem wprawiły go w rzucanie pozornego światła na ciemności metafizyki, stąd też nazywano go Platonem synagogi.

Pierwsze dzieło Filona traktowało o stworzeniu świata, szczególniej zaś zastanawiało się nad własnościami liczby siedem. W piśmie tym autor nazywa Boga Ojcem, co zupełnie wchodzi w zakres teologii egipskiej, nie zaś stylu Biblii. Znajdujemy tam również, że wąż jest alegorią rozkoszy i że historia kobiety stworzonej z żebra mężczyzny jest także alegoryczną.

Tenże sam Filon napisał również dzieło o snach, gdzie mówi, że Bóg ma dwie świątynie: jedną z nich stanowi cały świat, a jej kapłanem jest słowo boże; drugą zaś stanowi dusza czysta i rozumna, której kapłanem jest człowiek.

W książce swojej o Abrahamie Filon jeszcze wydatniej wyraża się w duchu egipskim, gdyż mówi:

Ten, którego Pismo święte nazywa będącym (czyli tym, który jest), w istocie jest ojcem wszystkiego. Z dwóch stron otaczają go potęgi bytu, najdawniejsze i najściślej z nim złączone, potęga twórcza i potęga rządząca. Jedna zwana jest Bogiem, druga Panem. Złączony z tymi potęgami ukazuje się nam raz w pojedynczym, a raz w potrójnym kształcie: w pojedynczym, gdy dusza zupełnie oczyszczona wzniósłszy się ponad wszystkie liczby, nawet ponad liczbą dwa, tak bliską jedności, dosięga pojęcia prostego i samowystarczalnego; w potrójnym zaś przedstawia się duszy niezupełnie jeszcze przypuszczonej do wielkich tajemnic.

Tenże Filon, który tak aż do utraty rozumu się rozplatonował, jest tym samym, który później był posłem do cesarza Klaudiusza. Cieszył się on wielką powagą w Aleksandrii i prawie wszyscy hellenizujący Żydzi, porwani urokiem jego stylu i popędem, jaki wszyscy ludzie mają do nowości, przyjęli jego naukę tak dalece, że wkrótce byli tylko, że tak powiem, Żydami z nazwiska. Księgi mojżeszowe stały się dla nich pewnego rodzaju tłem, na którym tkali według upodobania własne alegorie i tajemnice, zwłaszcza zaś mit potrójnego kształtu.

W owej epoce esseńczycy5 już byli utworzyli dziwaczne swe stowarzyszenie. Nie żenili się i nie posiadali żadnych majątków, wszystko należało do ogółu. Na koniec ujarzmiono powstające wokół nowe religie, mieszaniny judaizmu i magizmu6, sabeizmu7 i platonizmu, wszędzie zaś mnóstwo przesądów gwiaździarskich. Dawne religie zewsząd waliły się ze swych posad.«

Tak więc sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Żydzi czerpali nie tylko z Egiptu, ale też z Persji i Babilonii, a pewnie też z wielu innych źródeł. Nowo powstała religia, czyli chrześcijaństwo, musiało zmagać się z problemem, który otrzymało w spadku: czy 1=1, czy może 1=2, a nawet, czy 1=3? Do tego dochodziły inne wersje: czy 1=3, ale przez 2 i 1 znaczy więcej niż 2 i 3. Cóż za pole do popisu! Żydzi to wykorzystali i chrześcijaństwo, zanim zdążyło okrzepnąć i stworzyć spójną doktrynę, podzieliło się na wrogie sobie wyznania. I o to chyba chodziło tym, którzy uważają się za starszych braci w wierze.

1 – teurgia – rodzaj magii, mającej na celu wywieranie wpływu na istoty nadziemskie, by zmusić je do określonych działań.

2 – Eleuzis – miasto w Attyce; odbywały się tu słynne misteria eleuzyńskie, święte widowiska w kulcie Demeter (Cerery) i jej córki Persefony.

3 – Mitra – staroperskie bóstwo słońca. Kult Mitry rozpowszechnił się w świecie grecko-rzymskim w pierwszych wiekach naszej ery.

4 – terapeuci – sekta ascetów-pustelników żydowskich, osiadła w I w. n.e. nad jeziorem Mareotis koło Aleksandrii. Jedynym źródłem historycznym, które wspomina o ich istnieniu, jest traktat Filona z Aleksandrii De vita contemplativa.

5 – esseńczycy – żydowskie tajne stowarzyszenie religijne (rodzaj zakonu mistyczno-ascetycznego), istniejące w Palestynie od ok. 150 r. p.n.e. Esseńczyków obowiązywała ścisła asceza, wspólność dóbr, bezwzględne posłuszeństwo zwierzchnikom. Niektórzy badacze wskazują na podobieństwo między nauką Żydów esseńskich a wczesnym chrześcijaństwem.

6 – magizm – staroperskie wierzenia religijne.

7 – sabeizm – oddawanie czci boskiej ciałom niebieskim (Słońcu, gwiazdom itd.).

Arianie

W 395 roku Cesarstwo Rzymskie rozpadło się na część zachodnią i wschodnią. Cesarstwo zachodniorzymskie, po dwukrotnym zdobyciu Rzymu przez barbarzyńców, upadło w 476 roku. Wschodniorzymskie ze stolicą w Konstantynopolu, od 330 roku, przetrwało i nawet rozwijało się. Konsekwencje tego podziału odczuwamy w Europie do dziś. Granica pomiędzy tymi dwoma częściami, to granica pomiędzy katolicyzmem a prawosławiem.

Tym, który przekształcił dawną kolonię grecką Byzantion w nową siedzibę cesarza – Konstantynopol, był cesarz Konstantyn I Wielki (306-337). Był pierwszym cesarzem, który przeszedł na chrześcijaństwo. Konstantyn zmarł z przyczyn naturalnych 22 maja 337 roku w Ancyronie niedaleko Nikomedii, położonej w północno-zachodniej Turcji w pobliżu Konstantynopola. Na kilka dni przed śmiercią przyjął chrzest z rąk ariańskiego biskupa Euzebiusza z Nikomedii. W Kościele prawosławnym Konstantyn Wielki jest czczony jak święty równy apostołom. Jego wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 21 maja (kalendarz juliański) lub 3 czerwca (kalendarz gregoriański). A skoro tak się rzeczy mają, to trudno oprzeć się wrażeniu, że prawosławiu nogi wyrastają z arianizmu. I tak naprawdę, to prawosławie jest tylko zmienioną jego formą.

Na soborze nicejskim w 325 roku ustalono, że Jezus Chrystus jest odwiecznym Synem Bożym, równym co do istoty Bogu Ojcu, a zatem Bóg jest jeden w istocie, troisty w osobach, jako Bóg Ojciec, Syn Boży (Jezus) i Duch Święty. To jest fundament wiary chrześcijańskiej wyznania katolickiego.

W III wieku pojawiła się w łonie chrześcijaństwa nauka arianizmu głosząca, że Jezus Chrystus, Syn Boży, nie jest równy Ojcu i jest mu podporządkowany. Pogląd ten został odrzucony na soborze nicejskim, potwierdzony przez sobór konstantynopolitański I (381 r.) i w Nicejsko-konstantynopolitańskim wyznaniu wiary.

Prawosławie nie przyjmuje dogmatu o pochodzeniu Ducha Świętego zarówno od Ojca jak i od Syna. Teologowie prawosławni tłumaczą, że Bóg Ojciec jest jedynym źródłem i Syna, i Ducha Świętego. Zaś Bazyli Wielki napisał: „Bóg jest jeden, bo Ojciec jest jeden.”

Tak więc podstawowe wyznanie wiary w prawosławiu pozostaje niezmienne i jest prawie takie same jak w arianizmie. Idąc dalej tym tropem trudno oprzeć się wrażeniu, że prawosławiu jest bliżej do judaizmu niż do katolicyzmu. W judaizmie mamy wiarę w jedynego Boga osobowego i niepodzielnego.

Pierwszy cesarz rzymski przyjmuje chrzest z rąk ariańskiego biskupa, a więc oficjalnie i całe cesarstwo staje się ariańskie. To może oznaczać, że arianie dominowali wśród wyznań chrześcijańskich. Że tak mogło być, może potwierdzać fakt, że Wizygoci stali się arianami w IV wieku. To stało się prawdopodobnie w czasie, gdy przebywali na Bałkanach w drodze do Italii i Hiszpanii.

Nauczanie Ariusza oraz jego uczniów wyraża tekst wyznania wiary biskupa ariańskiego Wulfili, w którym zawiera się doktryna Trójcy typowa dla subordynacjonizmu (Chrystus podporządkowany Ojcu):

„Ja, Wulfila, biskup i wyznawca, zawsze tak wierzyłem i w tej jedynej i prawdziwej wierze odbywam swoją podróż do mojego Pana. Wierzę, że jest tylko jeden Bóg Ojciec, jedyny niezrodzony i niewidzialny, i /wierzę/ w Jego jednorodzonego Syna, naszego Pana i naszego Boga, stwórcę wszystkich rzeczy, nie mając innego poza Nim. Zatem jest jeden Bóg wszystkiego, który jest również Bogiem naszego Boga, i wierzę w Ducha Świętego, w oświecającą i uświęcającą moc.”

Wulfila (310-383) – duchowny rzymski pochodzenia grecko-germańskiego, tłumacz Biblii, misjonarz i apostoł Gotów działający w IV wieku. Wulfila urodził się w mieszanej rodzinie. Jego ojciec był Gotem, a matka Greczynką z Kapadocji. Kształcił się w klasztorach na terenie Mezji. Należał do uczniów Euzebiusza z Nikomedii. Pod wpływem swego nauczyciela, który był biskupem Berytu (Bejrut), Nikomedii i Konstantynopola, stał się wyznawcą doktryny arianizmu, potępionej jako herezja na soborze nicejskim I.

W 341 roku został konsekrowany na biskupa Taurydy (antyczne miasto greckie na Krymie) i wysłany jako apostoł do plemion Gotów osiadłych nad Dunajem. Pod wpływem działalności Wulfili i jego następców Germanie początkowo skłonni przyjąć trynitaryzm (Trójca Święta) odrzucili tę doktrynę i stali się gorliwymi arianami.

Po zakończeniu misji w 348 roku osiadł w Mezji (teren Serbii, Bułgarii i częściowo Rumunii), gdzie mieszkał do końca życia. Dzięki protektoratowi ze strony cesarzy z dynastii konstantyńskiej nie obawiał się prześladowań. Brał udział w dysputach i soborach będąc stanowczo w opozycji do oficjalnej doktryny trynitarnej Kościoła.

W poprzednim blogu o Wizygotach zamieściłem mapę z Wikipedii, którą ponownie zamieszczam poniżej, z której wynika, że po podziale Imperium Rzymskiego jego wschodnia część była katolicka. Tak miało być za czasów Anastazjusza I, ale z informacji z tej samej Wikipedii, z której pochodzą wszystkie powyższe informacje, wynika, że Anastazjusz I był zwolennikiem monofizytyzmu, doktryny, według której Chrystus ma jedną złączoną naturę bosko-ludzką i nie istnieje w dwóch naturach, tj. boskiej i ludzkiej. Z tego wynika, że katolikiem nie był.

Źródło: Wikipedia

Wydaje się więc, że arianizm był dominującym wyznaniem chrześcijańskim na całym obszarze Imperium Rzymskiego po tym, jak Konstantyn przyjął chrzest w 337 roku. Dlaczego więc Imperium rozpadło się na dwie części? Dlaczego ludy barbarzyńskie atakowały tylko część zachodnią, a we wschodniej przyjmowały wiarę ariańską i wspomagały jej władców w odzyskiwaniu części zachodniej. Wszak Wizygoci przeszli przez Italię i odzyskali ją dla Imperium, podobnie jak Hiszpanię, z której wyrzucili ludy barbarzyńskie do Afryki. Czy można tu mówić o przypadku? W 330 roku stolica Imperium zostaje przeniesiona z Rzymu do Konstantynopola. Dopiero w 395 roku, a więc po 65 latach, następuje podział na część wschodnią i zachodnią. I dopiero w 476 roku następuje upadek części zachodniej, co uważa się za upadek Imperium. Jeśli było tak źle, to dlaczego tylko w części zachodniej? Część wschodnia zaczęła nawet odzyskiwać tereny części zachodniej, a to chyba znaczy, że tam kryzysu nie było. Jak to więc możliwe, że Imperium, stanowiące całość, zaczyna się w pewnym momencie sypać, ale tylko częściowo? Czy kryzys może działać wybiórczo?

Mapa Cesarstwa Bizantyńskiego
Cesarstwo Bizantyńskie w momencie największego zasięgu terytorialnego. Źródło: Wikipedia

W IV i V wieku na całym obszarze dawnego Imperium dominuje arianizm i od VI wieku ariańscy władcy zaczynają przechodzić na katolicyzm. I tak jakoś dziwnie, że dzieje się tak tylko w części zachodniej. Z czasem cała ona staje się katolicka, a wschodnia – powoli z ariańskiej przekształca się w prawosławną. Cóż takiego stało się? Jakież to niewidzialne siły zadziałały?

Cały ten okres, od upadku Imperium Rzymskiego do IX wieku, przyjęło się nazywać Wiekami Ciemnymi ze względu na stosunkowo niewielką ilość zachowanych dokumentów i przekazów. Chyba bardzo chciano coś ukryć i nie można wykluczyć, że niszczono te dokumenty. Jednak skutków pewnych działań nie da się zataić. Konsekwencje tych działań odczuwamy do dziś, choćby w postaci podziału na katolicyzm i prawosławie. Ale chyba komuś było za mało, bo nie mógł się oprzeć, by do tego pakietu nie dorzucić później protestantyzmu.

Wizygoci

Rzeczypospolita Obojga Narodów była dziwnym tworem, bo miała dziwny ustrój, stworzony na potrzeby tego państwa czy raczej unii. Powstało wiele opracowań na temat tego ustroju i jego wad, ale trudno doszukać się jego autora czy autorów. Jedno jest pewne. Czas powstania tego ustroju, to czas reformacji, czas gdy cała szlachta i magnateria przeszły na kalwinizm. Nie było wówczas w Europie innego państwa o podobnych rozwiązaniach ustrojowych. Któż więc mógł wymyślić ten ustrój?

Ten śmieszny twór, „mocarstwo”, powstał na skutek unii lubelskiej z 1569 roku. Ale już niecałe 100 lat później, bo w 1660 roku dochodzi do jego pierwszego rozbioru. Na skutek wojen szwedzkich Rzeczypospolita traci Inflanty, Prusy uzyskują samodzielność, tarci województwo smoleńskie, czernihowskie i połowę kijowskiego (250 tys. km²). Dlaczego więc za pierwszy rozbiór uważa się ten z 1772 roku?

Charakterystycznymi cechami dla tego tworu były m.in. wolna elekcja i brak stałej armii. Natomiast najpotężniejsze rody miały własne wojska. I to te rody decydowały o polityce. Do tego dochodziło jeszcze przekonanie, że państwo było bezpieczne i nie miało wrogów. Są to cechy, które odnajduję w innym państwie, a które powstało ponad 1000 lat wcześniej i trwało niewiele dłużej (418-711) niż Rzeczypospolita Obojga Narodów. Było to państwo Wizygotów w Hiszpanii. Dosyć szczegółowo jego historię opisuje Wikipedia. Ja jednak chcę się skupić tylko na wybranych jej fragmentach.

Mapa
Królestwo Wizygotów po bitwie pod Vouille w 507 roku. Źródło: Wikipedia

W czasach rzymskich tereny obecnej Hiszpanii były prowincją Imperium. W 409 roku Pireneje przekroczyły plemiona Swebów, Wandalów i inne. W 416 roku na Półwysep dotarli Wizygoci, sprowadzeni tam prawdopodobnie przez Rzym, który chciał się pozbyć wrogich plemion germańskich. Wizygoci to lud germański, odłam Gotów. W IV wieku przyjęli arianizm. Lud ten pochodził z terenów południowej Szwecji – Gotlandii. Przewędrował wzdłuż Wisły na Bałkany, a stamtąd do Italii, południowej Francji, zwanej wtedy Galią, i w końcu do Hiszpanii. Już dwa lata później, w 418 roku, opanowali południową Galię i utworzyli królestwo Tuluzy. W 429 roku Wandalowie zostali wypędzeni do Afryki Północnej i od tego momentu Wizygoci rządzili prawie całym Półwyspem z wyjątkiem państwa Swebów w jego północno-zachodniej części. W 507 roku, po bitwie z Frankami pod Voille, w wyniku której utracili Akwitanię, zaczęli napływać do Hiszpanii. Około 526 roku przeniesiono stolicę z Tuluzy do Barcelony, a wkrótce potem do Toledo. Następne lata to walki z wrogami zewnętrznymi i z Bizancjum. Po roku 600 następuje powolny rozpad Królestwa Wizygotów. Wewnętrzne walki i spiski doprowadzają do stopniowego osłabienia autorytetu monarchy, coraz częstszych buntów i utraty poczucia jedności. W 711 roku Półwysep zaatakowały arabskie wojska Umajjadów i w ciągu siedmioletniej kampanii wojskowej pobijają prawie całe terytorium dzisiejszej Hiszpanii i Portugalii. Nastały czasy Al-Andalusu.

„Paradoksalnie, okrojenie królestwa Wizygockiego do Półwyspu Iberyjskiego i Septymanii było korzystne dla jego obronności. Państwo było wprawdzie mniejsze, ale posiadało bezpieczniejsze, naturalne granice. Z drugiej jednak strony nowe położenie ograniczało możliwości ekspansji. Po utracie na rzecz Bizancjum przyczółka w Ceucie, Wizygoci w zasadzie zaniechali prób rozszerzania swoich posiadłości poza Iberią. Miało to swoje konsekwencje w postaci zmniejszenia dóbr królewskich, którymi można by nagradzać wiernych stronników i pozyskiwać nowych. Doprowadziło to do spadku autorytetu monarszego wśród gockiej arystokracji. Był to jeden z głównych czynników, obok wygaśnięcia dynastii Alaryka, który spowodował zmianę sposobu przekazywania władzy. Od panowania Teudisa (531-548) monarchą zostawało się w drodze elekcji, przeprowadzanej przez najpotężniejszych arystokratów i być może dostojników kościelnych. Poważnymi kandydatami do objęcia tronu byli tylko inni arystokraci, co prowadziło do rywalizacji między najwyższymi warstwami społeczeństwa oraz w zasadzie uniemożliwiało powstanie dynastii.”

Podział chrześcijaństwa na państwa rządzone przez arian i katolików w 495 roku. Źródło: Wikipedia

W 476 roku upada Imperium Rzymskie i dzieli się na część wschodnią i zachodnią. Część wschodnia jest katolicka a zachodnia – ariańska. Jak to więc stało się, że część zachodnia stała się z czasem katolicka? Państwo Wizygotów było początkowo ariańskie. Wikipedia tak to opisuje:

„W momencie objęcia władzy przez Rekkareda (586-601) państwo Wizygotów znajdowało się w bardzo korzystnej sytuacji, było wewnętrznie scalone, bez poważnych wrogów zewnętrznych, a władza królewska była respektowana. Jednym z nielicznych, ale ważnych problemów, były kontrowersje religijne między arianami a katolikami, dwoma wyznaniami które współistniały w wizygockiej Hiszpanii. Kwestią sporną między nimi była nauka o Trójcy Świętej. Wizygoci w VI wieku w dużej części dochowywali wierności ariańskiej wierze swoich przodków, którzy przyjęli chrześcijaństwo pod wpływem wschodniego cesarstwa wówczas gdy arianizm był tam dominującym poglądem. Wielu jednak wybierało katolicyzm, czego dowodzi przykład autora jednego z ważniejszych źródeł do badania dziejów Wizygotów – Jana z Biclar.

Rozłam religijny stał się w VI wieku poważnym problemem, czego dowodzi bunt (579) Hermenegilda i poparcie go przez wiele regionów. Stało się tak prawdopodobnie pod wpływem pism kościoła afrykańskiego, które wówczas zaczęły napływać do Hiszpanii. Wcześniej bowiem większych sporów nie było. W 580 roku na synodzie w Toledo, pod auspicjami Leowigilda (569-586), przyjęto zmodyfikowaną wersję arianizmu, opierającą się na twierdzeniu o współwieczności i równości Syna Bożego. W przeciwieństwie do ortodoksji katolickiej, wizygocki kościół nie przypisywał takich atrybutów Duchowi Świętemu. W tej zmodyfikowanej formie doktryna ariańska była do przyjęcia dla części katolików, w tym także niektórych biskupów. Nie wiadomo, jak przedstawiały się proporcje liczbowe między wyznaniami, zarówno po, jak i przed reformą. Wydaje się jednak, że arian w porównaniu do katolików było niezbyt wielu a ich silna pozycja wynikała raczej z tego, że stanowili większość wśród ścisłej elity. Być może z tego powodu królowie obawiali się podjąć decyzję o zmianie wyznania, nawet tacy jak Leowigild, który dopiero pod koniec swojego panowania zaczął rozważać przyjęcie katolicyzmu. Jednocześnie jednak różnice religijne były największym problemem na drodze do pełnej unifikacji państwa i coraz więcej członków elity zdawało sobie z tego sprawę.

W większości germańskich państw proces zmiany religii był długotrwały, a władcy podchodzili do sprawy bardzo ostrożnie, czasem nawet ostatecznej konwersji dokonywali dopiero ich następcy. Kluczową kwestią w tej sprawie było zapewne nastawienie ariańskiej hierarchii, która wywodziła się najczęściej ze ścisłej elity i w ewentualnej zmianie wyznania obawiała się utraty swej pozycji i wpływów. W przeciwieństwie do swojego ojca Rekkared nie zwlekał ze zmianami. Ogłosił przyjęcie dogmatów katolickich w ciągu dziesięciu miesięcy po wstąpieniu na tron. Źródła podają, iż zaraz po zmianie wyznania w 587 roku król spotkał się z przedstawicielami ariańskiej hierarchii, a później do takich spotkań doszło jeszcze kilkakrotnie. Brakuje dokładnych informacji na temat tego, o czym dyskutowano na tych spotkaniach i jak przebiegały, ale patrząc na ich skutki, wydaje się, że ariańscy duchowni po prostu zaakceptowali nowe wyznanie, a utrata urzędów kościelnych przez część z nich była zapewne w jakiś sposób rekompensowana. W 589 roku w Toledo zebrał się synod, na którym obecny był król i 72 biskupów oraz wielu innych duchownych. Synod formalnie ogłosił wcześniej podjęte decyzje i oficjalnie uznał katolicyzm za wyznanie panujące w państwie Wizygotów.”

Zadziwiające! Żadnej wojny religijnej! Jak to możliwe? A duchowni ariańscy tak po prostu zrzekli się urzędów kościelnych. Trudno to wszystko zrozumieć. Wikipedia tylko w jednym miejscu wspomina o Żydach:

„W pierwszych latach rządów Sisebut (612-621) zmusił Żydów zamieszkujących jego królestwo do przyjęcia chrztu, co wywołało opór ze strony hierarchii kościelnej. Duchowieństwo wprawdzie nie skrytykowało Sisebuta otwarcie za jego życia, ale zaraz po śmierci władcy pojawiły się takie głosy i w 633 roku w Toledo odbył się synod, na którym radzono nad metodami cofnięcia tej decyzji i ich ewentualnymi skutkami. Wobec siły arystokratów, którzy popierali Sisebuta i jego działania, duchowni nie zezwolili Żydom, którzy przyjęli chrześcijaństwo, na powrót do poprzedniego wyznania, ale zatrzymali podobne praktyki.”

Trudno oczywiście zrozumieć to, co działo się wtedy na Półwyspie Iberyjskim, jeśli nie uwzględni się Żydów, którzy zapewne zamieszkiwali tam od czasów rzymskich i zapewne stanowili część arystokracji rzymskiej tamtych terenów. Za panowania Teudisa (531-548) doszło, na szerszą skalę, do mieszanych małżeństw między arystokracją rzymską a przedstawicielami najważniejszych rodów wizygockich.

»Na synodzie w Toledo z 653 roku określono również jasne zasady wyboru króla. Postanowiono że elekcja będzie przeprowadzana tylko w „mieście królewskim”, czyli w Toledo a elektorami będą biskupi i maiores palatii, czyli najwyżsi świeccy dostojnicy. W przypadku biskupów, w praktyce, w elekcji brali udział biskupi Toledo i niektórzy z ich sufraganów, gdyż zwołanie całego kleru na synod zajmowało kilka miesięcy. Sprawa miała się podobnie w przypadku arystokratów, w elekcjach uczestniczyli ci, którzy przebywali na stałe lub na dłuższy czas w Toledo lub jego okolicach. Wydaje się, że chciano w ten sposób zmarginalizować wpływ lokalnych elit, zarówno świeckich, jak i duchownych, na wybór króla. W procesie wyboru nowego władcy szczególną rolę odgrywał odtąd biskup Toledo.«

To bardzo ważna informacja. Skupienie władzy w jednym mieście i w rękach bardzo nielicznych miało decydujące znaczenie podczas arabskiego podboju Półwyspu Iberyjskiego. Końcowy okres Wikipedia opisuje tak:

„W 710 lub 711 doszło do przewrotu, w wyniku którego Roderyk pozbawił władzy Wittizę. Obalenie Wittizy różniło się dość znacznie od poprzednich detronizacji. Relacje podają, iż było ono gwałtowne, prawdopodobnie Roderyk dokonał go z użyciem siły, być może zabijając poprzednika. Nowy król dysponował poparciem choć części elit świeckich i kościelnych, ale jest raczej pewne, że grupa ta jako całość nie doszła do porozumienia, co spowodowało poważne konflikty. Na północnym wschodzie władcą ogłosił się Agila, pod którego władzą znalazły się Tarraconensis i Narbonensis. Do walk między obydwoma władcami jednak nie doszło, prawdopodobnie na skutek najazdów muzułmańskich na południe Hiszpanii. Dla Roderyka musiał to być bardziej palący problem, gdyż to przeciwko ekspedycji Tarika skierował swoje wojska. Bitwa na rzeką Guadalete (lub bitwa pod Jerez de la Frontera) między Arabami a Wizygotami skończyła się w 711 roku klęską Roderyka. Według źródeł arabskich wyprawa Tarika była jednorazowym podbojem, ale inne źródła podają, że był to szereg wyniszczających najazdów, które dopiero potem przerodziły się w zajmowanie terenów przeciwnika. Najprawdopodobniej początkowo Arabowie i Berberowie, korzystając z pomocy floty, lądowali na wybrzeżu, najeżdżali okoliczne miasta, a później wycofywali się do Afryki. Zmiana taktyki nastąpiła zapewne, gdy w gockiej elicie doszło do otwartego rozłamu, a Roderyk został zdradzony i zginął wraz z częścią spiskowców. Pozostali przy życiu możni obsadzili na tronie Oppę, prawdopodobnie syna Egiki. Ten jednak nie cieszył się koroną zbyt długo, bo muzułmanie szybko zajęli Toledo. Następnie najechali dolinę rzeki Ebro i Saragossę, a w czasie walk zginął władający północnym wschodem Agila (wskazują na to jego daty panowania zawarte w liście królów). Jego zastępcą został Ardo, który rządził w Narbonensis do 721 roku, kiedy to muzułmanie przekroczyli Pireneje i zajęli ostatnie posiadłości wizygockie.”

Z tego opisu wynika, że to było państwo z dykty, jakbyśmy to dziś powiedzieli. Skłócone elity, które w obliczu najazdu wrogiej armii nie potrafią się zjednoczyć, albo ktoś im uniemożliwia to zjednoczenie. Analizując przyczyny upadku Wikipedia pisze:

„Upadek potężnego, jak mogłoby się zdawać, królestwa Wizygotów był bardzo szybki. Historycy do dzisiejszego dnia nie są pewni dlaczego Arabom podbój ten przyszedł z taką łatwością. Wszelkie źródła historyczne z epoki podają, że był to efekt demoralizacji i zepsucia, które toczyły wyższe warstwy społeczeństwa, czyli po prostu kara boża za grzechy. Przy próbie znalezienia przyczyn upadku Wizygotów nie sposób nie zauważyć, że Arabowie mieli dużo szczęścia i trafili na bardzo sprzyjające okoliczności. Świadczy o tym choćby niewielka liczebność wojsk użytych do podboju Półwyspu Iberyjskiego, maksymalne szacunki mówią bowiem o zaledwie 7 tysiącach żołnierzy, a te bardziej ostrożne o zaledwie około 2 tysiącach.

Główną przyczyną słabości królestwa Wizygotów były elity, które zazwyczaj zgodnie wybierały i odwoływały władców. Teraz zaś były ze sobą skłócone i mocno podzielone, a ówczesny król zmagał się z kontrkandydatem, który panował nad znaczną częścią ziem monarchii. Nie można zresztą wykluczyć, że Agila nie był jedynym rywalem Roderyka, żadne źródła nie mówią o tym, co działo się w Betyce czy Galicji, a panowanie króla z Toledo nad tymi terenami jest często podawane w wątpliwość.

Problemem królestwa była także niezbyt liczna armia. W jej skład wchodziły prywatne oddziały członków elity, która była przecież nieliczna, bo składała się z około 20 rodzin, oraz ludzie zebrani przez króla z jego prywatnych ziem. Wizygoci z racji zamieszkiwania Półwyspu Iberyjskiego nie obawiali się zbytnio najazdów, z trzech stron chroniło ich przecież morze, a od północnego wschodu Pireneje. Po podbiciu ziem hiszpańskich i ustaniu większego zagrożenia ze strony Bizancjum i Franków liczna armia po prostu przestała być potrzebna. Królestwo potrzebowało bardziej sił porządkowych, zdolnych poradzić sobie z grupami bandytów i łupieżczymi wypadami Basków. Królowie Toledo zaprzestali ekspansji, nie próbowali podbijać ani północnej Afryki ani rozszerzać swoich wpływów w Galii, gdzie za konkurentów mieli zmilitaryzowane społeczeństwa państw frankijskich. Pojawienie się Arabów w Afryce Północnej i ich pierwsze wypady również nie wzbudziły w Wizygotach potrzeby rozbudowy armii. Łupieżczy charakter początkowych najazdów prawdopodobnie sprawił, że zagrożenie to mogło być traktowane na podobnej zasadzie co baskijskie.

Po śmierci króla i dużej części członków elit doszło do olbrzymiego kryzysu, który w zasadzie przesądził o zwycięstwie muzułmanów, mimo że ci nie zajęli na trwałe jakichś większych terenów ani nawet strategicznych twierdz (poza Toledo). Wybór nowego władcy był bowiem uzależniony od elekcji w gronie ścisłej elity, a ta w zasadzie przestała istnieć. Istniała jeszcze wprawdzie arystokracja regionalna, ale ludzie ci nie mogli wybierać króla i byli odsunięci od wpływu na politykę państwa, skutkiem czego koncentrowali się na sprawach lokalnych, nie przejmując się zbytnio wydarzeniami w stolicy. Poza tym różnica w skali między nimi a arystokracją dworską była olbrzymia. Lokalne elity posiadały o wiele mniejsze posiadłości i bogactwa. Nie dziwi więc, że lokalna elita nie stawiała większego oporu najeźdźcom, a wielu jej przedstawicieli weszło w układy z Arabami, chcąc zachować swoją pozycję i majątek. Wszystko wskazuje na to, że olbrzymia większość społeczeństwa wizygockiej Hiszpanii po prostu nie identyfikowała się z interesami elit i króla i nie miała najmniejszego zamiaru za nie walczyć. Była to chyba najważniejsza przyczyna upadku tego państwa.”

To ciekawe. Podboju całego Półwyspu dokonano dwoma a maksymalnie siedmioma tysiącami żołnierzy i przy skłóceniu elit, które wcześniej zgodnie wybierały i odwoływały władców. I pisze Wikipedia, że Arabowie mieli szczęście i trafili akurat na taki moment. Normalnie jakby wygrali w Lotto. Ale mieli farta!

Oczywiście Wikipedia niczego sama nie wymyśla. Korzysta z opracowań naukowych różnych historyków. To jednak tylko dowodzi tego, że obowiązuje reguła: o Żydach tylko dobrze lub wcale. W sumie więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko odwołać się po raz kolejny do książki Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela (1932), by wyjaśnić o co tam chodziło:

»Zamiarem kierowników żydostwa było niewątpliwie wyzyskać przygotowany od wieków grunt w Arabii do zdobycia dla siebie olbrzymich kadr prozelitów, którzy by z mieczem w ręku uderzyli na kraje chrześcijańskie, jako przednia straż żydostwa.

Nie powiodła się wprawdzie w całości pierwsza i istotna część programu; islam zachował niezależność organizacyjną od kierowników judaizmu, lecz przesiąknięty został żydowską wyłącznością wobec obcych i nienawiścią do chrześcijaństwa. Te dwa czynniki starczyły na to, aby wojska islamu runęły na kraje chrześcijańskie, zaś żydom pozwoliły zbierać korzyści ze swych zwycięstw. Odtąd los żydów, mimo niejednokrotnych zatargów z wyznawcami Allaha, na kilka wieków sprzęgł się nierozerwalnie z ich fortuną. Dzięki islamowi powiodło się żydom naprawić klęski, będące skutkiem lekkomyślnego zniszczenia cesarstwa rzymskiego i wtargnąć ponownie do Europy.

Rozsiani wszędzie żydzi zdradą ułatwili pochody wojsk muzułmańskich. Wkrótce wskutek zdrady wpadały w ręce Arabów Cezarea (palestyńska) i Jerozolima (636 po Chr.). Za zgodą żydów i Babilonia przeszła pod panowanie kalifów arabskich. Nic dziwnego, wszak kierownictwo nie mogło pozostać odcięte od terenu ważnych wydarzeń.

Wkrótce przechodzi pod panowanie arabskie Egipt, a niebawem i cała Afryka północna.

„Stosunki między żydami, a muzułmanami w wielu krajach bardzo dobrze się ułożyły, a prawie w żadnym kraju muzułmańskim nie znano systematycznych prześladowań religijnych i przymusowych nawracań. Już za następnego kalifa, Alego, odegrali żydzi perscy niepoślednią rolę; około 90.000 żydów złożyło hołd temu monarsze i tym rozstrzygnęło na jego korzyść spór o tron po proroku”. – Majer Bałaban Historia i literatura żydowska.

Czując się tak dobrze pod rządami kalifów, mogli już żydzi z Afryki północnej spoglądać pożądliwie na europejski brzeg morza Śródziemnego, gdzie krzewiło się chrześcijaństwo, a rozsiane gęsto skupienia żydowskie pozbawione były na ogół politycznych wpływów. Szczególnie nęciła ich wzrok wizygocka Hiszpania, przedzielona jedynie wąską cieśniną od afrykańskich ziem kalifów.

Królowie Wizygotów hiszpańskich chwiali się raz po raz między katolicyzmem a arianizmem. „Żydzi wiedli pod berłem królów ariańskich żywot spokojny, ciesząc się wolnością cywilną i polityczną i piastując nawet różne urzędy”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Katolicki król Sisebut rozkazał w r. 612 żydom opuścić kraj, pozostać zezwolił tylko tym, którzy przyjmą chrzest. Znaczna część żydów ochrzciła się, pewna liczba wywędrowała do Francji i Afryki północnej. Ale już następca Sisebuta – Swintila, nazwany przez żydów „ojcem ojczyzny”, pozwolił wychodźcom powrócić, toteż i wychrzczeni masowo wrócili do judaizmu (621-631 po Chr.).

Niebawem jednak zastosowano w stosunku do żydów, którzy z katolicyzmu przeszli z powrotem na judaizm, ten rygor, że im oraz ich potomkom odjęto prawo świadczenia w sądach, „albowiem kto się sprzeniewierzył Bogu, nie zasługuje na wiarę u ludzi”.

Za następnych królów nieufność do żydów wzrosła i żydzi znowu poczęli masowo przechodzić na katolicyzm. Za króla Hindaswinda (642-652) znowu tłumnie wracali na judaizm. I tak ten pochód mas żydowskich od judaizmu do katolicyzmu i z powrotem ściśle wiązał się zawsze z konstelacją polityczną, jakby już wówczas chcieli ustalić zasadę poreformacyjną „cuius regio eius religio”.

To pozorne przechodzenie na katolicyzm już wówczas rzuciło się w oczy króla i soborów. Próbowano różnych środków, by uchronić Kościół od potajemnych żydów, czyli jak ich nazywano, „chrześcijan judaizujących”.

Ograniczenia praw żydowskich w owym czasie uzasadniano właśnie brakiem zaufania do ich postępowania. Tymczasem nadszedł moment, w którym żydzi mogli już zrzucić maskę.

„Weszli w porozumienie ze swymi szczęśliwymi braćmi afrykańskimi, zamierzając, prawdopodobnie przy pomocy idących naprzód mahometan i niezadowolonych magnatów krajowych, obalić państwo Wizygotów (r. 694)”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

Spisek tym razem został odkryty i winni ponieśli zasłużoną karę. Ale w kilkanaście lat potem w r. 710 „żydzi, którzy różnymi czasy wyemigrowali z Hiszpanii i ich nieszczęśni współwyznawcy na półwyspie połączyli się ze zdobywcą muzułmańskim Tarikiem, który przeprowadził z Afryki do Andaluzji żądne boju zastępy”. – Henryk Graetz Historia żydów.

„Bitwa pod Jerez de la Frontera (711) rozstrzygnęła o losach chrześcijaństwa na Półwyspie Iberyjskim. Po tym zwycięstwie wtargnęli zwycięzcy Arabowie w głąb kraju, popierani wszędzie przez żydów”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Bramy stolicy kraju, Toledo, otwarli żydzi zdradziecko przed wrogiem (712) i urządzili pogrom chrześcijan. Fala muzułmańska rozlała się poprzez cały Półwysep Iberyjski i wtargnęła aż do Francji. Tu żydzi wydali Arabom miasto Tuluzę. Dopiero klęska wojsk arabskich między Tours a Poitiers ocaliła chrześcijaństwo.

Umocnienie się panowania islamu w Hiszpanii pozwoliło żydom na silne usadowienie się tuż u wrót znienawidzonego chrześcijaństwa. Następuje dla żydostwa okres prawdziwego rozkwitu jego wpływów ideowych i politycznych.

Dojrzewa powoli stan rzeczy, w którym kierownictwo światowe żydostwa może się przenieść z Babilonii do Hiszpanii.«

Podbój państwa Wizygotów trwał 7 lat. Wzięło w nim udział około 7 tysięcy żołnierzy, a według niektórych źródeł tylko 2 tysiące. I do tego odbyło się to prawie bez walk. Jak to było możliwe? Tak rozłożyć wielkie państwo? Było możliwe, bo się dokonało. Najpierw trzeba było zmienić wyznanie na katolickie, by Arabowie mieli odpowiednią motywację i czuli w sobie nienawiść do podbijanego narodu. Arianie nie pasowali do tej koncepcji. Następnie trzeba było skłócić między sobą elity państwa, a te najznaczniejsze skupić w jednym mieście (Toledo), by móc się ich łatwo i szybko pozbyć.

Podbój trwał tylko 7 lat, ale rekonkwista zajęła 7 wieków, bo zakończyła się dopiero w 1492 roku odbiciem przez chrześcijan ostatniego przyczółka Arabów na Półwyspie Iberyjskim.

Bezpośrednio po rozpadzie Imperium Rzymskiego jego zachodnia część była ariańska, a od pewnego momentu zrobiła się już katolicka. I nie było wojen religijnych, żadnej reformacji i podobnych wynalazków. Od czego to zależy, że raz wszystko odbywa się w sposób prawie niezauważalny, a innym razem dochodzi do wyniszczających wojen? Historia państwa Wizygotów jest bardzo pouczająca i można w niej znaleźć odpowiedzi na pytania, na które próżno szukać ich gdzie indziej. A może dzięki niej łatwiej jest zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość: kolejny najazd muzułmanów na Europę i kto im w tym pomaga. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Lichwa

Już od 2008 roku świat się zmaga z kryzysem finansowym, który narastał latami i był związany z globalną polityką kredytową, polegającą często na udzielaniu kredytów, o których było wiadomo, że nie zostaną spłacone. Zadłużenie państw, samorządów i firm jest tak wielkie, że nie ma szans na jego spłatę. Cóż więc pozostaje? Reset. Czy jednak musiało do tego dojść? Model finansów oparty o kredyt i odsetki musiał do tego doprowadzić, bo celem takiej polityki finansowej nie było zaspokajanie potrzeb gospodarki, tylko dążenie do zadłużenia wszystkich i w ten sposób uzależnienie ich.

Ci, którzy dysponują pieniędzmi, wmówili nam, że nie ma rozwoju bez kredytu, oprocentowanego kredytu. To oprocentowanie, gdy jest duże i inne opłaty, które prowadzą do nieuczciwego wzbogacenia się pożyczkodawcy, nazwano lichwą. Czym mogą być te inne opłaty, to przekonali się frankowicze. Oprocentowanie było korzystne, ale różnice kursu walutowego pomiędzy złotym i frankiem szwajcarskim zrobiły swoje. Nikt z nich nie znał zasady: bierz kredyt w walucie, w której zarabiasz. I nikt im o tym nie powiedział. Można więc stwierdzić, że świat finansów, to świat hochsztaplerów, w którym wygrywają cwańsi, lepiej poinformowani i ustawieni. I to wcale nie muszą być jacyś spekulanci giełdowi. To są często ci, którzy decydują o zadłużaniu państw, samorządów, różnych firm państwowych i nie tylko państwowych. Za takie decyzje nikt nie ponosi odpowiedzialności, ale jest sowicie wynagradzany przez tych, którzy umożliwiają to zadłużenie. I pod takich ludzi został stworzony cały ten system finansowy. Giełda jest miejscem, w którym handluje się różnymi instrumentami finansowymi, niemającymi pokrycia w jakiejkolwiek pracy i czymkolwiek materialnym. A czy byłaby giełda, gdyby nie było tych dodatkowych pieniędzy kreowanych z niczego?

Żydzi wmówili nam, że nie może być rozwoju bez kredytu i odsetek od niego, bo zabrakłoby pieniędzy. Ciągle dostarczanie na rynek nowych pieniędzy powoduje inflację. Tracą ci, którzy zarabiają najmniej, bo nie mogą inwestować w nieruchomości, złoto czy cokolwiek innego, co nie tarci na wartości. Zyskują ci, którzy zarabiają najwięcej i proces ten pogłębia się i doprowadził do rozwarstwienia na niespotykaną dotychczas skalę: dziesięciu najbogatszych ma tyle, co biedniejsza połowa świata.

Czy mogłoby być inaczej? Wyobraźmy sobie sytuację, w której na rynku mamy stałą ilość pieniądza. I te pieniądze, to są pieniądze tych, którzy zdeponowali je w banku i do tego kredyty są nieoprocentowane. Można pójść, że tak powiem, w kosmos i drukować bez ograniczeń i wtedy mamy to, co mamy. A co się stanie, gdy pójdziemy w odwrotnym kierunku? W miarę, gdy na rynku przybywa dóbr i usług, a pieniądza nie możemy wykreować z niczego, to jego wartość rośnie. Za jednostkę możemy kupić więcej. Oznacza to, że za 1 grosz moglibyśmy coś kupić, np. bochenek chleba. Gdyby już grosz był dużo warty, to można by stworzyć nową jednostkę niższego rzędu. Dlaczego nie! Przecież jeszcze do 15 lutego 1971 roku funt brytyjski dzielił się na 240 pensów i 20 szylingów. Wtedy Anglia przeszła na system dziesiętny i zostały tylko pensy. A więc nie zabrakłoby pieniędzy do wymiany dóbr i usług. Wszystko jest możliwe. Samochód, zamiast 60 000 zł, mógłby kosztować 60 zł, a może nawet 6 zł. A dziś za jednego Bitcoina możemy kupić takie trzy samochody.

Gdyby tak było, że na rynku jest stała ilość pieniądza to ci, którzy złożyli pieniądze w banku nie otrzymywaliby oprocentowania. Ich pieniądze zyskiwałyby na wartości w miarę upływu czasu i rozwoju gospodarki. Dodatkowo mogliby czerpać zyski z inwestycji poczynionych za ich pieniądze przez firmy, które chciałyby się rozwijać. Z tym oczywiście wiązałoby się ryzyko, bo inwestycje mogłyby być nietrafione. I nie jest to moja fantazja. W tym kierunku zmierza bankowość islamska. Jest coś takiego, gdyby ktoś nie wiedział.

Z tego powyższego wywodu wynika, że przy stałej ilości pieniądza bogacą się wszyscy, nawet ci najmniej zarabiający, bo nie są okradani poprzez inflację. Natomiast nie byłoby miejsca w takiej rzeczywistości dla giełdy i całego tego towarzystwa wzajemnej adoracji, które kręci się wokół niej i tych kredytów bez pokrycia w realnym pieniądzu. Nawet nie trzeba wielkiej wyobraźni, by stwierdzić, że takie rozwiązanie w znacznym stopniu, jeśli nie całkowicie, zlikwidowałoby biedę. Wystarczy spojrzeć na Bitcoina, którego zaprojektowano na określoną ilość i nie więcej. Dziś, tj. 14 maja 2021 roku, jego jednostka jest warta 188 233,42 zł. W listopadzie 2015 roku jego kurs to 1300 zł. Jeszcze na początku września 2020 roku jego kurs wynosił około 40 000 zł. To pokazuje jak dużo jest na rynku pustego pieniądza. To między innymi dlatego nie mamy hiperinflacji, bo ten pieniądz nie dociera do wszystkich, tylko do nielicznych i znajduje ujście w kryptowalutach i nie tylko w nich.

Bitcoin to jest waluta niematerialna. Tak naprawdę to nie wiadomo, kto i po co ją stworzył. Być może jest to pewien eksperyment. Być może kiedyś dojdzie do jego krachu czy gwałtownej utraty wartości, by, według mnie, skompromitować ideę pieniądza o stałej ilości na rynku. Wszak przy pieniądzach kombinują ciągle ci sami.

Wspomniałem wyżej o bankowości islamskiej. Wikipedia pisze m.in., że jest to system zgodny z zasadami prawa muzułmańskiego (szariat) i ma na celu wspieranie gospodarek krajów lub społeczności muzułmańskich. Wśród zakazów określonych w prawie islamskim znajdują się m.in. zakaz lichwy, czyli bogacenia się na skutek pożyczania pieniędzy na wysoki procent (zakaz ten znajduje się również w Starym Testamencie) oraz inwestowania pieniędzy w działalność, której celem jest oferowanie dóbr i usług niezgodnych z podstawowymi wartościami islamu (np. produkcja broni czy alkoholu).

Kluczową cechą bankowości islamskiej jest rezygnacja z oprocentowania i odsetek. Źródłem zysku w takim modelu bankowości nie są odsetki ani kreacja długu kredytowego, ale produkcja dóbr i udział w zyskach z ich sprzedaży. Instytucje finansowe przekazują środki na rozwój sektora produkcji oraz usług. Tym samym pieniądze inwestowane są bezpośrednio w gospodarkę realną i w założeniu nie dochodzi do „sztucznej” kreacji pieniądza oraz do działań spekulacyjnych.

Inną istotną cechą towarzyszącą bankowości bezodsetkowej jest solidarne dzielenie ryzyka kredytowego. Ma to swoje odzwierciedlenie w proporcjonalnym podziale pomiędzy bank i klienta przyszłych zysków lub strat z zainwestowanych środków.

Bank działający w oparciu o model bankowości islamskiej nie pomnaża pieniędzy na zasadzie kreacji długów, ale operuje rzeczywistym kapitałem pochodzącym z depozytów. Deponent ponosi zatem rzeczywiste ryzyko, które daje mu prawo do udziału w realnie osiągniętym zysku. Wielkość zysku nie jest wcześniej znana, nie wynika bowiem z ustalonego wcześniej procentu tylko z zysku wypracowanego w procesie gospodarowania. Zgodnie z bankowością islamską bank i klient działają razem, dzieląc między siebie zarówno zysk oraz ryzyko straty, jak i samą stratę.

Dużą wagę przywiązuje się do równości stron i respektowania umów, również tych zawartych ustnie. Umowy nie powinny wprowadzać klienta w błąd, tzn. powinny być zrozumiałe dla każdej ze stron.

Pierwszy islamski bank powstał, według Wikipedii, w Egipcie w 1963 roku i funkcjonuje do dziś. Bankowość islamska przeżywa obecnie dynamiczny rozwój w wielu państwach świata. Największe banki zachodniej Europy (Citi Corp., Societe Generale, Deutsche Bank oraz Bank of England) tworzą własne oddziały islamskiej bankowości bezodsetkowej. Państwem aktywnie wspierającym bankowość islamską jest Turcja. Również w Polsce, wraz z coraz częstszymi inwestycjami pochodzącymi z krajów islamskich, sporadycznie pojawiają się niektóre formy pożyczek zgodnych z szariatem.

Czegóż tu się dowiadujemy! Żydowskie banki Europy Zachodniej tworzą u siebie oddziały bankowości islamskiej. Tak walczą ze sobą na Bliskim Wschodzie, a w Europie wzorowa współpraca. Wygląda na to, że sprowadzanie muzułmanów do Europy, to akcja przygotowana znacznie staranniej niż nam się wydaje. Nie pierwszy to raz Żydzi ich ściągają. Wcześniej zrobili to samo na Półwyspie Iberyjskim. Poszli muzułmanie nawet dalej, ale Karol Młot ich powstrzymał. Tylko czy to było autentyczne, czy zaplanowane? Coraz częściej dochodzę do przekonania, że w świecie nic nie dzieje się i nie działo się spontanicznie.

III powstanie śląskie

3 maja kojarzy się nam, a przynajmniej mnie, z Konstytucją 3 maja. W tym roku obchodzimy okrągłą rocznicę. Mija 230 lat od tamtego wydarzenia. To było w 1791 roku. Gdy do tej daty dodamy 130 lat, to wyjdzie nam rok 1921. A więc 100 lat temu też wydarzyło się coś, o czym powinniśmy pamiętać. Właśnie wtedy, 3 maja, wybuchło trzecie powstanie śląskie, te najważniejsze, bo najbardziej brzemienne w skutkach. Górny Śląsk to obecne województwo śląskie i opolskie. Tak jest od 1999 roku, gdy wprowadzano reformę administracyjną. Planowano wtedy utworzyć województwo górnośląskie w jego historycznych granicach, ale na skutek veta prezydenta Kwaśniewskiego dokonano jego podziału na dwa województwa. Niemcy dzielili Śląsk na trzy części: Oberschlesien – Górny Śląsk ze stolicą w Opolu, Mittelschlesien – Średni Śląsk ze stolicą we Wrocławiu i Niederschlesien – Dolny Śląsk ze stolicą w Legnicy.

Historia Górnego Śląska, zwłaszcza ta średniowieczna jest bardzo poplątana. Co nie powinno dziwić, skoro jego władcą na przełomie XII i XIII wieku był Mieszko I Plątonogi. W 1348 zostaje on włączony do Korony Czeskiej. W 1526 roku Królestwo Czech wraz z Górnym Śląskiem dostaje się pod władzę Ferdynanda I Habsburga. W 1740 roku król pruski Fryderyk II Wielki zajmuje prawie cały Górny Śląsk. Można więc powiedzieć, że od tego momentu zaczyna się niemiecka historia Górnego Śląska. A to już się wiąże z powstaniami śląskimi.

Od tego momentu, jak pisze Wikipedia, zaczyna się etap intensywnej germanizacji, bo na ziemiach tych dominuje ludność polska. Już w 1744 roku wprowadzono zakaz używania języka polskiego w sądownictwie. W 1754 roku wprowadzono zakaz zatrudniania w szkołach nauczycieli bez znajomości języka niemieckiego, a w 1763 powszechny obowiązek nauczania tego języka we wszystkich szkołach podstawowych. W 1764 roku zwolniono wszystkich nauczycieli, którzy nie znali języka niemieckiego.

Informacja, że wprowadzono powszechny obowiązek nauczania języka niemieckiego w szkołach podstawowych jest niepełna, bo nie wynika z niej, czy automatycznie zabroniono nauki w języku polskim. W PRL-u też wprowadzono powszechny obowiązek nauki języka rosyjskiego w szkołach podstawowych w klasach V-VIII i w szkołach średnich, ale my nadal uczyliśmy się w języku polskim. Drugim językiem obcym, obowiązkowym w szkołach średnich, był język zachodni. Był to najczęściej angielski, rzadziej niemiecki i francuski. Tak było w całej Polsce, oprócz Górnego Śląska. Tam językiem zachodnim nie mógł być język niemiecki.

W 1763 roku osiedlono na Górnym Śląsku 61 tysięcy Niemców, a przez następne 40 lat około 110 tysięcy. Akcja osiedleńcza to był niewątpliwie proces zmierzający do zmiany stanu etnicznego regionu. W 1810 roku wydano zakaz używania języka polskiego w nabożeństwach odprawianych w kościołach ewangelickich. Z tego faktu można wysnuć wniosek, że spora część ludności polskiej była wyznania protestanckiego, bo gdyby to było zjawisko marginalne, to nie odprawiano by tych nabożeństw w języku polskim. Dążono więc do schematu: Polak – katolik, Niemiec – protestant. Tylko czy to był interes Niemiec jako państwa? Łatwiej przecież było zgermanizować poprzez wiarę niż język. A skoro zrezygnowano z tego, to może nie był to element polityki niemieckiej, tylko tej stojącej ponad nią. Polak – katolik, to wróg, ale Polak – protestant, to już jest problem. Czyj więc to był zamysł? A fundamentalne założenie endeckiego systemu wartości? – Polska musi być katolicka, albo wcale jej nie będzie. Cóż takiego stałoby się Polakowi, gdyby był protestantem? Czy rzeczywiście to był interes narodu polskiego, by być katolicką wyspą pośród wrogich wyznań? Łatwiej wtedy wzniecać nienawiść, prowokować konflikty i wojny. Walka z Kościołem katolickim to była walka z Polakami.

Po dojściu do władzy Ottona von Bismarcka nastąpiło zaostrzenie polityki germanizacyjnej na ziemiach polskich. W latach 1872-1874 prawie całkowicie wyrugowano język polski ze szkół. W 1876 roku wycofano ostatecznie język polski z sądownictwa i urzędów na całym obszarze państwa pruskiego. Rozpoczęła się walka z Kościołem katolickim, który podporządkowano państwu. Nastąpiło też skasowanie klasztorów. Zapewne walka ta miała wywoływać opór wśród polskiej katolickiej ludności. Nic tak skutecznie nie dzieli ludzi, jak różnice na tle religii czy wyznania. Jako mieszkaniec tej części Podlasia, w której prawosławni stanowią większość, doświadczyłem tego osobiście. Nie dziwi mnie więc niemiecka polityka na Górnym Śląsku, mająca na celu zantagonizowanie ludzi na tle religijnym. Jak wspaniale współpracowały ze sobą Prusy i Rosja w polskich sprawach. A gdyby tak Polacy w większości albo chociaż w połowie byli protestantami? Czy Prusy byłyby wtedy tak skłonne do współpracy z Rosją?

Jakoś ta germanizacja postępowała słabo, skoro ponad 70 lat od wcielenia Górnego Śląska do Prus i rozpoczęcia akcji germanizacyjnej i kolonizacyjnej procentowy udział Polaków na tym terenie wynosił 72%, a w 1848 roku niemiecki uczony Rudolf Virchow pisał:

Cały Górny Śląsk jest polski. Gdy tylko przekroczy się Stobrawę, wtedy bez znajomości języka polskiego kontakt z ludnością wiejską i biedniejszą częścią mieszkańców miast jest niemożliwy. Niewiele też pomoże tłumacz. Jest to powszechne zjawisko na prawym brzegu Odry, natomiast na lewym brzegu domieszało się już sporo elementu niemieckiego.

Po zjednoczeniu Prus z Rzeszą Niemiecką (1871), na tereny Dolnego i Górnego Śląska po raz kolejny napłynęła fala ludności niemieckojęzycznej. Jednak wydany w 1923 roku w Niemczech atlas geograficzny i demograficzny Richarda Andreego nie pozostawiał złudzeń. Ludność polskojęzyczna na Górnym Śląsku stanowiła 75% ogółu populacji. Dane te potwierdzają wcześniejsze wyniki wyborów komunalnych z 9 października 1919 roku, w których 70% ludności głosowało na listy polskie. Natomiast na obszarze Górnego Śląska, który przypadł w Plebiscycie stronie niemieckiej, podczas spisu w 1925 roku, pomimo nacisku administracyjnego i propagandy antypolskiej, 151 200 osób zadeklarowało język polski jako ojczysty (11,2% populacji niemieckiego obszaru Górnego Śląska), natomiast 384 600 osób (28,5%) podało, że posługuje się językiem niemieckim i polskim.

W XIX wieku, jak pisze Wikipedia, niemal w każdym mieście Górnego Śląska rozbudziło się życie narodowe działaczy polskich. Tak było m.in. w Bytomiu, Chorzowie, Opolu, Raciborzu, Prudniku. W latach 1871-1914 ukazywało się wiele polskich czasopism. W Chorzowie, zwanym wtedy Królewską Hutą, było ich 12, w Bytomiu – 15 (więcej niż niemieckich), w Opolu – 7, w Raciborzu – 6. Powstawały polskie drukarnie, m.in. w Oleśnie, Mikołowie, Cieszynie, Piekarach Śląskich. Podobnie było na Śląsku Cieszyńskim i na Zaolziu. Wygląda więc na to, że ta germanizacja jakaś taka bezzębna i tolerancyjna.

W tamtym czasie pojawiło się też wielu działaczy na rzecz polskości Górnego Śląska. Najbardziej znanym był chyba Wojciech Korfanty. Jego życie oraz kariera, podobne były do losów wielu Polaków z zaboru pruskiego. Ich wspólną cechą było odebranie wyższego wykształcenia w Niemczech. I często nie byli to ludzie, którzy pochodzili z zamożnych rodzin. Do nich należał Korfanty. Jego ojciec był górnikiem.

Korfanty rozpoczął naukę w niemieckiej szkole ludowej. Następnie uczęszczał do katowickiego Gimnazjum Królewskiego, w którym poznał Konstantego Wolnego, przyszłego współautora Statutu Organicznego Województwa Śląskiego i pierwszego marszałka Sejmu Śląskiego. Jego ojciec był kowalem. W 1898 roku Wolny rozpoczął studia na fakultecie medycznym Uniwersytetu Wrocławskiego, ale już na pierwszym roku zmienił kierunek na prawo. Po ukończeniu studiów (1901) pracował jako adwokat na Górnym Śląsku, angażując się jednocześnie politycznie. Po kilkuletniej praktyce sądowej zdał państwowy egzamin asesorski w Ministerstwie Sprawiedliwości w Berlinie. Wraz z Korfantym i Cyrylem Ratajskim (prezydent Poznania, minister spraw wewnętrznych w rządzie Władysława Grabskiego) był aktywny w Towarzystwie Narodowo-Demokratycznym. Gdy pojawia mi się słowo „demokracja”, „demokratyczny”, to od razu zapala mi się czerwona lampka. A więc mamy: ROAD – Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, Platforma Obywatelska. Po jednej stronie mamy Narodową Demokrację, a po drugiej – Piłsudskiego i jego obecny odpowiednik – PiS. Naprawdę w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego, jak twierdził Hajle Syllasje.

Tak więc patriota, zaangażowany w przywrócenie polskości Górnego Śląska, zdaje egzamin asesorski w Berlinie – bardzo dziwne. Z chwilą wybuchu I wojny światowej zostaje prewencyjnie aresztowany i osadzony w twierdzy w Nysie. Następnie przez trzy lata odbywał służbę wojskową w armii pruskiej. Większość czasu spędził w Janowie Podlaskim. Po zdemobilizowaniu w listopadzie 1918 roku osiadł w Bytomiu. To są informacje z Wikipedii. A jak to było z tą demobilizacją? Józef Mackiewicz w swojej powieści Lewa wolna tak to opisuje:

W listopadzie 1918-go roku kordon padł. To, co potem zaczęło się na tych ziemiach, było więc praktycznie nie tyle bezpośrednio skutkiem rewolucji bolszewickiej z 7-go listopada 1917-go roku, lecz bezpośrednim skutkiem rewolucji niemieckiej z 9-go listopada 1918-go roku.

Cesarskie Niemcy pokonane zostały na zachodzie, i dnia 11-go listopada 1918-go roku zmuszone do kapitulacji i podpisania podyktowanych im przez zwycięzców warunków zawieszenia broni. Wszelako paragraf 12-ty tych warunków, który nakazywał wprawdzie Niemcom natychmiastowe wycofanie ich wojsk z Austrii, Węgier, Bułgarii i Turcji, nakazywał im jednocześnie pozostawać gdzie stali w Rosji tak długo, dopóki Alianci ich przebywanie tam będą uważać – „za pożądane ze względu na wewnętrzna sytuację tych terenów”. W ten sposób kordon regularnych wojsk niemieckich, osłaniających przed rewolucją bolszewicką od Narwy po Dniepr, miał być utrzymany w dalszym ciągu, tym razem w dyspozycji zwycięskich mocarstw zachodnich.

Ale nie stało się zadość paragrafowi 12-mu. Dwa dni przedtem, 9-go listopada, w Niemczech wybuchła rewolucja i od razu przerzucać się zaczęła na wojska polowe. Zwoływano mityngi, powstawały „Rady żołnierzy”, gdzieniegdzie zrywano oficerom epolety, odznaki bojowe, krzyże. Wiele oddziałów z czerwonymi kokardami na mundurach, wypowiadało posłuszeństwo dowódcom, demonstracyjnie ruszyło do domów. Kordon wschodni zaczął się kruszyć, łamać i odtaczać w bezładzie na zachód. Tylko najbardziej zdyscyplinowane jednostki zatrzymały się gdzieś na linii Niemna.

O jakiej więc tu demobilizacji mowa? Janów Podlaski to jest dokładnie ten rejon, o którym pisze Mackiewicz. Od stycznia 1919 roku Wolny pełnił funkcję pierwszego prezesa Śląskiej Dzielnicy Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. To bardzo ważna funkcja. „Towarzystwo gimnastyczne” – to brzmi bardzo niewinnie, ale o tym w dalszej części bloga. Teraz wypada nam wrócić do Korfantego.

W gimnazjum Korfanty założył tajne koło, którego celem było szerzenie kultury polskiej i znajomości literatury. Za negatywne wyrażanie się o Ottonie von Bismarcku został w sierpniu 1895 relegowany z klasy maturalnej, którą ukończył w grudniu tego roku, jako ekstern, po interwencji Józefa Kościelskiego, posła do Reichstagu z Wielkopolski. Jeszcze w tym samym roku rozpoczął studia na politechnice w Charlottenburgu (dzielnica Berlina).

Kim więc był Korfanty, skoro interweniuje w jego sprawie poseł do Reichstagu? Józef Kościelski (1845-1911), jak podaje Wikipedia, arystokrata, poeta, dramaturg, wielkopolski działacz polityczny, mecenas sztuki i filantrop. W 1881 roku ożenił się z Marią Bloch, córką bogatego finansisty warszawskiego, Jana Gotliba Blocha. Utrzymywał przyjacielskie stosunki z ks. Wilhelmem, pruskim następcą tronu, późniejszym cesarzem Wilhelmem II. Reprezentował linię polityczną ugody z rządem pruskim.

Jesienią 1896 roku Korfanty przenosi się na Królewski Uniwersytet we Wrocławiu. Studiował na Wydziale Filozoficznym. Studia przerwał na dwa lata, by zarobić pieniądze na dalszą edukację. Zatrudnił się jako korepetytor u litewskiego arystokraty Witolda Jundziłły. Następnie ponownie podjął studia na tym samym wydziale. Zajęcia z ekonomii politycznej miał u profesora Wernera Sombarta, z którym jeszcze przez wiele lat utrzymywał kontakty. Sombart był Żydem, o czym Wikipedia nie wspomina. To ten sam Sombart, którego cytuję w swoich blogach. Ostatnio w blogu „Imperium”. Widać więc, że Korfantym, jeszcze jako młodzieńcem, pochodzącym z dołów społecznych, zaopiekowali się możni ówczesnego świata.

11 września 1902 roku uczestniczy w spotkaniu mającym na celu reaktywację Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” w Katowicach. Na zebraniu wybrano go większością głosów na prezesa tej organizacji. Korfanty udzielał się w „Sokole” również po 1918 roku. Zwłaszcza w okresie przygotowań do powstań śląskich i plebiscytów. Skoro tak aktywnie udzielał się w tym okresie, to znaczy, że były to organizacje paramilitarne, które pod pozorem rozwijania kultury fizycznej przygotowywały się do walk zbrojnych. Podstawowa działalność była jak najbardziej autentyczna, bo wojsko, w takiej czy innej formie, musi być sprawne fizycznie, zdrowe i wytrzymałe. A poza tym takie organizacje zespalały ludzi, uczyły ich współdziałania i współpracy. W potrzebie wystarczyło tylko dostarczyć broń. Pierwsza organizacja sokolska powstała w 1867 roku we Lwowie. Następnie pojawiły się one w całym zaborze pruskim. Wzory przychodziły z Niemiec i Austrii. W organizacjach tych skupiali się ludzie o poglądach endeckich. Teraz jest bardziej zrozumiałe, dlaczego wpływy endecji w II RP ograniczały się do ziem zaboru pruskiego.

Korfanty był w latach 1903-1912 i 1918 posłem do Reichstagu oraz pruskiego Landtagu (1903-1918), w którym przystąpił do Koła Polskiego, podczas gdy śląscy Polacy przystępowali do Niemieckiej Partii Centrum (Zentrum). W 1905 roku zainicjował w Katowicach wydawanie pisma górnośląskiej endecji „Polak”, którego był redaktorem naczelnym i właścicielem.

6 czerwca 1918 roku wygrał wybory uzupełniające do Reichstagu z prawie dwukrotną przewagą nad swoim niemieckim konkurentem. Pomimo że opowiadał się za oderwaniem od Cesarstwa Niemieckiego Śląska, Wielkopolski i części Pomorza, zyskał nawet poparcie Niemców. W latach 1918-1919 był członkiem Naczelnej Rady Ludowej będącej rządem Wielkopolski podczas powstania wielkopolskiego. W 1920 roku był Polskim Komisarzem Plebiscytowym na Górnym Śląsku. Po niekorzystnej dla Polaków interpretacji wyników plebiscytu, proklamował i stanął na czele III powstania śląskiego. Jego decyzje były dziwne i niezrozumiałe. Korfanty nie wierzył w powodzenie powstania, widząc w nim jedynie zbrojną manifestację, która miała polegać na zwróceniu uwagi Komisji Międzysojuszniczej mającej dokonać podziału terenu plebiscytowego pomiędzy Polskę i Niemcy. Dlatego zarządził wstrzymanie walk jeszcze w czasie, gdy inicjatywa na froncie należała do Polaków. Zupełnie tak samo jak Piłsudski w 1920 roku albo w czasie Bitwy na Bzurą w 1939 roku. No to jaka była różnica pomiędzy endekami i piłsudczykami? Czy naprawdę chodziło o Polskę, czy o realizację celów swoich mocodawców? Bo to, że Korfanty też miał takich, to chyba nie ulega wątpliwości, po tym, co powyżej napisałem. Piłsudczycy mieli swoich, a endecy swoich. I nie zdziwiłbym się, gdyby to byli ci sami.

Obrońcy Korfantego twierdzą, że Polacy mieli przewagę w starciach z bojówkami nacjonalistycznymi, ale nie mieliby żadnych szans z regularną armią niemiecką, zaś ostateczną decyzję w sprawie Górnego Śląska i tak podjęła Komisja Międzysojusznicza niezależnie od wyników walk, które mogły stanowić jedynie argument posiłkowy. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że utrata inicjatywy powstańców nastąpiła dopiero po decyzjach Korfantego.

Te wszystkie fakty, które przytaczam czerpię z Wikipedii. Jeśli więc Wikipedia pisze, że obrońcy Korfantego twierdzą, że powstańcy nie mieliby szans z armią niemiecką, to ja się pytam: a skąd miałaby się tam wziąć armia niemiecka? Wojsko niemieckie zostało wycofane po pierwszym powstaniu. Na teren plebiscytowy weszły wojska alianckie: angielskie, włoskie i francuskie.

Były trzy powstania śląskie:

  • I powstanie śląskie od 16 sierpnia do 24 sierpnia 1919 roku
  • II powstanie śląskie od 20 sierpnia do 25 sierpnia 1920 roku
  • III powstanie śląskie od 3 maja do 5 lipca 1921 roku

Pierwsze powstanie przygotowała polska, nielegalna organizacja wojskowa – Polska Organizacja Wojskowa Górnego śląska (POW GŚ). Skierowane było przeciwko niemieckiej administracji i niemieckim właścicielom zakładów przemysłowych. Nie miało ono jasno sprecyzowanych celów i walczono przeciw oddziałom regularnej armii niemieckiej. Słabość polskich oddziałów i brak koordynacji ich działań spowodował jego upadek. Teren walk objął tylko powiaty południowo-wschodnie: rybnicki, pszczyński, bytomski i katowicki.

Drugie powstanie przygotowano staranniej i w krótkim czasie powstańcy opanowali cały górnośląski okręg przemysłowy, z wyjątkiem większych miast, w których stacjonowały wojska alianckie lub silnie oddziały niemieckiej policji bezpieczeństwa. Powstanie zakończyło się po uzyskaniu zapewnień o likwidacji tej policji i powołaniu w jej miejsce polsko-niemieckiej policji plebiscytowej.

Trzecie powstanie było najważniejsze a przyczyną jego wybuchu były wyniki Plebiscytu i ich interpretacja. Dlatego wypada zacząć od niego. Odbył się on w dniu 21 marca 1921 roku. Objął on 1573 gminy prowincji górnośląskiej w powiatach: bytomskim, katowickim, gliwickim, tarnogórskim, rybnickim, pszczyńskim, strzeleckim, opolskim, lublinieckim, kozielskim, kluczborskim, głubczyckim i części powiatu prudnickiego. Głosowano też w niewielkiej części powiatu namysłowskiego, leżącego historycznie i administracyjnie na Dolnym Śląsku. W głosowaniu udział wzięło 1 190 846 uprawnionych. Frekwencja była więc prawie stuprocentowa (głosowało ok. 98% uprawnionych). W wyniku podliczenia głosów w sposób globalny za Polską opowiedziało się 40,4%, a za Niemcami 59,5% uprawnionych do głosowania. Zgodnie z traktatem wersalskim wyniki głosowania powinny być liczone gminami, a nie powiatami, jak to uczyniono. Taki sposób liczenia był korzystniejszy dla Niemców. Gdyby liczono gminami, to wynik byłby 45,1%.

Sposób obliczania wyników głosowania gminami byłby korzystniejszy dla strony polskiej i doprowadziłby do przyłączenia tych gmin do Polski z pozostawieniem gmin głosujących w większości za Niemcami po stronie niemieckiej – od strony technicznej było to jednak utrudnione, gdyż gminy propolskie często tworzyły enklawy wśród gmin proniemieckich i na odwrót.

Źródło: Wikipedia

W pewnym sensie była to kwadratura koła i trudno było znaleźć korzystne dla obu stron rozwiązanie. Komisja Międzysojusznicza przedstawiła dwie propozycje: angielsko-włoską i francuską. Pierwsza zakładała oddanie stronie polskiej tylko niewielkiej części: część powiatu pszczyńskiego, część powiatu rybnickiego i część powiatu katowickiego. Druga – francuska, proponowała oddanie Polsce wszystkich powiatów wschodnich z całym okręgiem przemysłowym.

Kompromisu nie zdołano osiągnąć i przewodniczący Komisji Międzysojuszniczej przesłał Radzie Najwyższej w dniu 30 kwietnia 1921 wykluczające się projekty:

  • proniemiecki, projekt angielsko-włoski (tzw. linia Percival-De Marinis)
  • propolski, projekt francuski (tzw. linia Le Ronda, pokrywająca się z tzw. linią Korfantego).

Plany te, za sprawą Wojciecha Korfantego, polskiego komisarza w Komisji Międzysojuszniczej, przedostały się do opinii publicznej. Stało się to powodem wielkich strajków, w których wzięło udział prawie 190 tys. osób oraz polskiej interwencji dyplomatycznej. Polska propozycja opowiadała się za podziałem Górnego Śląska wzdłuż linii Korfantego. Było to zgodne z propozycją francuską. W związku z tym, że dalsze postanowienia nie były korzystne dla Polaków, Wojciech Korfanty, wbrew zakazowi Warszawy, wydał w dniu 3 maja 1921 roku rozkaz o rozpoczęciu III powstania śląskiego. Był jego dyktatorem.

Przebieg powstania dzieli Wikipedia na cztery fazy:

  • Pierwsza (3-10 maja) – powstańcy opanowali tereny zakreślone „liną Korfantego”.
  • Druga (11-20 maja) – umocnili się na zdobytych rubieżach, broniąc łańcucha opanowanych miejscowości.
  • Trzecia (21 maja – 6 czerwca) – gwałtowne walki podczas kontrakcji niemieckiej. Wtedy to rozegrała się bitwa o Górę Świętej Anny, którą powstańcy utracili, podobnie jak Kędzierzyn, ale nie dopuścili do przerwania linii frontu i wtargnięcia Niemców w głąb okręgu przemysłowego; na południowym odcinku frontu bitwa pod Olzą.
  • Czwarta (7-24 czerwca) – ustanie walk i rozpoczęcie pertraktacji przy pośrednictwie aliantów. Polacy I Niemcy stopniowo wyprowadzali swoje oddziały z terenu plebiscytowego.

Powyższe informacje są sprzeczne z informacjami z zamieszczonej powyżej mapy. Linia opisana, jako wyznaczająca zawieszenie broni 10.05.1921, nie obejmuje Góry Świętej Anny i Kędzierzyna utraconych w fazie trzeciej pomiędzy 21 maja a 6 czerwca. Nie ma też w opisie powstania przez Wikipedię informacji o wstrzymaniu działań przez Korfantego, które podaje pod hasłem „Wojciech Korfanty”. Można jednak z tych opisów wywnioskować, że Korfanty wstrzymał działania na linii zwanej linią Korfantego. Zajął więc więcej niż połowę całego Górnego Śląska i zatrzymał się. Przestraszył się, czy upomnieli go jego mocodawcy?

W blogu „Marzec ’68” pisałem o wojnie sześciodniowej 1967 roku i o tym jak wojska ONZ usunęły się z Półwyspu Synaj, by Żydzi mogli skopać tyłki Arabom. Cyrk! Nieprawdaż? Ale w takim razie, jak nazwać to, co działo się na Górnym Śląsku czasu Plebiscytu? Walczą ze sobą dwa wojska, bo jak je nazwać, skoro oddziały, po obu walczących stronach, zorganizowane są na wzór wojskowy i dowodzą nimi zawodowi wojskowi? I jednocześnie stacjonują tam wojska alianckie: angielskie, francuskie i włoskie. I po co one tam są? Piją herbatkę, wino i opychają się makaronem? To już nie cyrk, to kabaret! Kiedy pisałem blog o „Marcu ’68”, to, opisując sytuację na Półwyspie Synaj, myślałem, że dostrzegłem szczyt absurdu. Jak bardzo się myliłem! Człowiek uczy się całe życie, odkrywa nieznane sobie fakty, a i tak umiera głupi.

Ostatecznie Międzysojusznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa na Górnym Śląsku podjęła 12 października 1921 roku decyzję o jego podziale. Polsce przypadła 1/3 jego terytorium 50% hutnictwa i 76% kopalń węgla. Rada Ambasadorów zaakceptowała tę decyzję 20 października 1921 roku.

Korfanty był jednym z założycieli Frontu Morges (założony w celu walki z sanacją). W kwietniu 1939 roku powrócił do kraju i został aresztowany i osadzony na Pawiaku. Stan jego zdrowia pogarszał się i w związku z tym sędzia śledczy podjął 20 lipca decyzję o jego zwolnieniu. 11 sierpnia przeszedł operację. Jeden z chirurgów, którzy go operowali stwierdził, że owrzodzenia wątroby przypominały uszkodzenia typowe dla zatrucia arszenikiem. Korfanty zmarł nad ranem 17 sierpnia 1939 roku. Cóż można by rzec? Murzyn zrobił swoje i murzyn może odejść. Tak zapewne orzekli jego mocodawcy. Za dużo wiedział i już był niepotrzebny? Ale jego rodzinie pomogli. Skąd taka troska o żonę i dzieci, które zamieszkały w USA? Czyżby pani Elżbieta była Żydówką? Sądząc po tym, jak potoczyły się jej losy po śmierci męża, to chyba tak.

Korfanty został pochowany w grobowcu rodzinnym w Katowicach. Jego żoną była Elżbieta Szprot lub Sprot. Gdy poznała Korfantego była ekspedientką w domu towarowym braci Barasch w Bytomiu. – tak informuje Wikipedia.

Dzień po pogrzebie rodzina wyjechała do Warszawy. We wrześniu 1939 roku postanowili uciec na wschód. Rodzina rozdzieliła się. Kobiety, w tym Elżbieta, oraz dzieci 17 września 1939 roku trafiły w ręce Sowietów wkraczających na ziemie polskie. Po okresie życia w ukryciu w leśniczówce wróciły do Warszawy. Przedostali się do Krakowa, następnie do Wiednia. Pociągiem przez Rzym pojechali do Paryża. Wraz z grupą rodzin członków rządu na uchodźstwie zamieszkali w majątku pod Angers. Następnie popłynęli statkiem do Wielkiej Brytanii. Elżbieta, jako jedyna z rodziny Korfantych, wróciła w 1947 roku do Polski. Zamieszkała z siostrami w Katowicach przy ulicy Szafranka 9. – Tak to opisuje Wikipedia. Jak możliwe były takie eskapady przez całą Europę, takie swobodne przekraczanie granic i gościnność rządu na uchodźstwie dla ludzi z przeciwnego obozu politycznego?

Po wojnie Elżbieta Korfantowa pobierała emeryturę dla zasłużonych (tzw. renta nadzwyczajna). W jej pozyskaniu pomógł jej Karol Estreicher (Kto zacz? – można wyszukać w Wikipedii.). To ciekawe, że w PRL-u zasłużonymi mogli być ci, których oficjalnie uznawał on za swoich wrogów ideologicznych. A jednocześnie istniały w PRL-u emerytury z tzw. starego portfela. To były bardzo niskie, by nie powiedzieć, głodowe emerytury. Otrzymywali je ludzie, którzy część swojego zawodowego życia przepracowali w okresie przedwojennym. Tak PRL karał tych, którzy mieli pecha urodzić się w niewłaściwym czasie. Ale nie wszystkich tak karał. Niektórych wynagradzał.

Mówi się, że powstanie wielkopolskie i powstania śląskie, szczególnie trzecie, zakończyły się zwycięstwem, w odróżnieniu od powstań w zaborze rosyjskim. Powstania w zaborze pruskim wybuchły w tym samym czasie. Czy to był przypadek?To był koniec wojny, Niemcy osłabione. Dobry moment, chciałoby się powiedzieć. Dobry moment, by upokorzyć Niemcy, by chciały w przyszłości odwetu. W końcu alianci zadecydowali w sprawie Górnego Śląska tak, jak chcieli. A chcieli tak, by jedni wyszli na bohaterów, a drudzy pałali żądzą odwetu. Gdyby chcieli, to mogliby to walczące towarzystwo rozgonić albo nie dopuścić do walk. Mieli przecież wojsko. Ale wtedy nie byłoby bohaterów i tych chcących odegrać się. Mam wrażenie, że polityka jest sztuką tworzenia konfliktów, a nie ich usuwania.

Tak więc wychodzi mi na to, że te powstania, które uważamy za zwycięskie, były takimi, ale tylko dlatego, że ktoś wcześniej postanowił, że takimi mają być, tak jak ktoś wcześniej postanowił, że pozostałe „polskie” powstania mają być przegranymi. Nie ma w polityce miejsca na spontaniczność. Wszystko jest z góry zaplanowane. Czy da się w jakiś sposób udowodnić takie twierdzenie? Jeszcze do niedawna byłoby to niemożliwe i wszystko musiałoby pozostać w sferze domysłów. Jednak od roku mamy dowód na to, że w polityce nie ma przypadków, że wszystko jest wcześniej planowane, znacznie wcześniej niż nam się wydaje. „Pandemia” jest tego dowodem. Na bieżąco widzimy też, jak planują nam kolejne fale zakażeń, a następnie je wygaszają, jak planowo niszczą gospodarkę, a później tworzą fundusze odbudowy. Tu nie ma miejsca na przypadek i spontaniczność. A skoro tak, to znaczy, że i wcześniej nic nie działo się przypadkiem. A więc wszystkie te wojny, rewolucje, powstania ktoś wcześniej planował. Któż to mógł być?

Czym więc było III powstanie śląskie? Wywołał je człowiek, który, jeśli nie był masonem, to był od nich zależny. Zajął połowę Górnego Śląska i wstrzymał działania? Ostatecznie Polsce przyznano około 1/3 spornego obszaru. Czy gdyby nie było tego powstania, to podział byłby inny? Czy Komisja Międzysojusznicza rzeczywiście była podzielona w kwestii podziału Górnego Śląska, czy tylko stwarzano takie pozory?