Judeochrześcijaństwo c.d.

W blogu „Judeochrześcijaństwo” poruszyłem tematykę wspólnych korzeni judaizmu i chrześcijaństwa. To było prawie dwa lata temu, gdy prezydent i inne osobistości przekonywały nas, że łączą nas wspólne korzenie. Dziś już nikt się tym nie zajmuje, bo są inne, a właściwie jeden „ważny” temat, który zdominował wszystko. W tamtym blogu przedstawiłem temat bardzo powierzchownie. Wydaje mi się, że warty on jest poważniejszego potraktowania. Religia i wiara to są sprawy ponadczasowe i z tego względu nigdy się nie zdezaktualizują.

Judeochrześcijanie to według Wikipedii ci, którzy przyjmowali nauki Jezusa jako poszerzenie Prawa Mojżeszowego, czyli Tory, czyli pierwszych pięciu ksiąg Biblii. Ich przeciwieństwem byli poganochrześcijanie, którzy nie byli zobligowani do przestrzegania Tory. – Niestety, problem jest trochę bardziej skomplikowany.

Wybrałem dwa fragmenty z dwóch książek. Jeden pochodzi z książki Teodora Jeske-Choińskiego Historia Żydów w Polsce (1919), drugi – z powieści Jana Potockiego Rękopis znaleziony w Saragossie (2007) wersja z 1804 roku. W wersji z roku 1810 Potocki zrezygnował z historii Żyda Wiecznego Tułacza, uznawanej za jedną z najbardziej fascynujących opowieści w wersji z 1804 roku. W 2015 roku pojawiła się na rynku wersja z 1810 roku. Jeske-Choiński pisze:

»Wiadomo, że kapłani egipscy wyprzedzili wiedzą i kulturą wszystkie inne narody. Grecja, późniejsza nauczycielka Europy, drzemała jeszcze w majakach legend i mitów, kiedy Egipt dotarł już do wyżyn nauki. Znakomitych astronomów, chemików, fizyków, mechaników, biologów, lekarzy i myślicieli wydał. Nie tylko do tajemnic przyrody zaglądał ze skutkiem, lecz badał także tajniki duszy ludzkiej.

Nie dla całego jednak narodu zagłębiali się kapłani w tajnikach duszy ludzkiej; nie wypuszczali rezultatów swoich badań poza mury świątyń.

Mówi Julian Ochorowicz w swoim dziele Wiedza tajemna w Egipcie: „Do świątyń egipskich wcale nie dopuszczano ludu i nie odbywały się w nich nabożeństwa publiczne w rodzaju naszych. Tylko kapłani mogli przebywać w ich wnętrzu i tylko najwyżsi z nich, oraz król, mieli prawo odchylania zasłony pokrywającej świętą arkę i jej tajemnicze emblematy… Nauka i religia odcięte były od tłumów, a natomiast najściślej połączona ze sobą. Uczonymi byli tylko kapłani, a kapłanami przeważnie uczeni. Jeśli i dziś jeszcze mówimy, że kapłan jest pośrednikiem między ludźmi a Bóstwem, to wyrażenie to było ścisłym i bezwzględnym tylko w tej głębokiej starożytności, kiedy lud sam nie miał nawet pretensji do bezpośredniego wzywania Bóstwa i całą sprawę porozumiewania się ze światem nadziemskim pozostawiał kapłanom. Tym zaś bynajmniej nie chodziło o to, aby lud znał ich tajemnice”.

Po mądrość jeździli do Egiptu znakomici mężowie greccy: Tales, Demokryt, Pitagoras, Solon, Plato i inni. Nie wszystkich dopuszczali kapłani do swoich tajemnic, a tych, którym pozwolili czerpać ze źródła ich wiedzy, skrępowali przysięgą milczenia. Uczniom nie wolno było zdradzać wiedzy nauczycieli.

Te tajemnice kapłanów egipskich odnosiły się prawdopodobnie do ich teologii, niedostępnej dla tłumu. Wykazały badania najnowsze, iż uczeni egipscy byli monoteistami, że wierzyli w duszę ludzką, w jej dalsze życie po śmierci ciała i w sąd ostateczny. Potwierdzają to pisma zawarte w zwojach papirusu, przechowywane przez historyków greckich, i różne egipskie teksty religijne. W jednym z takich ocalonych papirusów, znajdujących się w Turynie, modli się jakiś kapłan: „O Boże, który jesteś budowniczym świata, Ty nie masz ojca, bo pochodzisz z samego siebie… Ty żywisz wszystko, co stworzyłeś… Niebo i ziemia słuchają praw, które im nadałeś… Chwalmy Boga, który na głowami naszymi rozpiął niebo z wszelkimi gwiazdami, który rozłożył kraje na ziemi i oblał je wielkim morzem”.

W innym tekście egipskim czytamy: „Bóg jest jeden i jedyny i nikt inny z Nim nie istnieje. Bóg jest jeden, który stworzył wszystko. Bóg jest duchem, duchem utajonym, duchem duchów, wielkim duchem Egipcjan, duchem boskim. Bóg jest i był od początku; istniał od dawna i był wówczas, gdy nikt inny nie istniał. On istniał, gdy nic innego nie istniało, a co istnieje. On stworzył po swoim przyjściu do bytu. Jest on ojcem początków. Bo jest jeden i wieczny. On jest wieczny i nieskończony i trwa na wieki, na zawsze. Trwał on od wieków niezliczonych i trwać będzie na wieczność całą. Bóg jest bytem utajonym i nikt nie poznał jego postaci. Nikt nie był zdolny do odtworzenia Jego podobieństwa. Jest on utajony dla bóstw i ludzi, jest tajemnicą dla stworzeń swoich. Żaden człowiek nie wie jak Go poznać. Jego imię ukryte; Jego imię jest tajemnicą dla Jego dzieci; imiona Jego niezliczone; nikt liczby ich nie zna. Bóg jest prawdą i żyje prawdą i nią się karmi. On królem prawdy, On trwa w prawdzie, On tworzy prawdę i wykonuje ją we wszechświecie. Bóg jest życiem i żyje się tylko przez niego. On daje życie człowiekowi i On wdycha w jego nozdrza tchnienie życia. On sam siebie rodzi i stwarza” itd.

Trudno odtworzyć plastyczniej Boga. Myli się więc, kto nie wierzy w monoteizm kapłanów egipskich. Ukrywali oni swoją tajemną mądrość przed ciemnym ludem, mniemając, że człowiek nieokrzesany nie jest zdolny wznieść się do wyżyn uczonego myśliciela i zrozumieć istotę Twórcy i Pana świata. Nie dopuszczali tłumu do swoich misteriów, ale nie zapomnieli o obowiązkach kapłana, którego zadaniem jest opieka nad duszą nieuświadomionych.

Julian Ochorowicz twierdzi, że w etyce egipskiej, w Księdze Umarłych, znajdują się najwyraźniej sformułowane przykazania, „których część później ogłosił Mojżesz Żydom, zastosowawszy je do warunków uciekającego z Egiptu ludu i do potrzeb z jego charakteru wynikających”.

Nie byłoby nic dziwnego, gdyby Mojżesz czerpał ze źródeł wiedzy egipskiej. Był przecież mężem Egipcjanki, Sefory, córki kapłana, i jako zięć i uczeń egipskiego mędrca, miał dostęp do tajemnic jego wiedzy.«

W powieści Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego w części poświęconej Historii Żyda Wiecznego Tułacza zamieszcza on wypowiedź egipskiego kapłana Cheremona na temat religii egipskiej. Jego wywody oparte są na De mysteriis Aegyptiorum Jamblicha. Dzieło to dostępne jest w internecie: Iamblichus on the mysteries of the Egyptians, Chaldeans, and Assyrians. W 1821 roku zostało ono przetłumaczone z greckiego przez Thomasa Taylora. Jamblich to filozof grecki żyjący w latach 250-326, założyciel neoplatońskiej szkoły syryjskiej.

W powieści Cheremon zdradza tajniki religii egipskiej młodemu Żydowi, którym był wtedy Żyd Wieczny Tułacz. Opowieść swoją zaczyna od modlitwy egipskiej, która jest podobna do tych zacytowanych wyżej.

»Gdy Cheremon odmówił tę modlitwę, obrócił się do mnie i rzekł tymi słowy:

Widzisz, moje dziecię, że my, równie jak wy, uznajemy jedynego Boga, który słowem swoim stworzył świat. Modlitwa, którą słyszałeś, wyciągnięta jest z Pojmandra, księgi, którą przypisujemy trzykroć wielkiemu Thotowi, temu samemu, którego dzieła obnosimy w procesji podczas wszystkich naszych świąt. Posiadamy dwadzieścia sześć tysięcy zwojów przypisywanych temu filozofowi, który miał żyć przed dwoma tysiącami lat. Ponieważ tylko naszym kapłanom wolno je przepisywać, być może zatem, że wiele dodatków wyszło spod ich pióra. Wreszcie wszystkie pisma Thota pełne są ciemnej i dwuznacznej metafizyki, którą można różnymi sposoby tłumaczyć. Poprzestanę więc na wyłożeniu ci powszechnie przyjętych dogmatów, które najwięcej zbliżają się do zasad Chaldejczyków (Babilończyków – przyp. W.L.).

Religie, równie jak wszystkie rzeczy tego świata, ulegają powolnym lecz nieustannym oddziaływaniom, które bezustannie usiłują odmienić ich formy i istotę, tak że po kilku wiekach ta sama religia przedstawia wierze ludzkiej całkiem odmienne zasady, alegorie, których myśli ukrytej niepodobna już odgadnąć, lub dogmaty, którym ogół wierzy zaledwie przez połowę. Nie mogę zatem zaręczyć, że cię nauczę dawnej religii, której ceremonie możesz widzieć przedstawione na płaskorzeźbie Ozymandiasa (u historyków greckich imię faraona Ramzesa II 1292-1225 p.n.e.) w Tebach, wszelako powtórzę ci nauki moich mistrzów tak, jak wykładam je moim uczniom.

Przede wszystkim uprzedzam cię, abyś nigdy nie przywiązywał się ani do obrazu, ani do symbolu, lecz abyś wnikał w myśl w nich ukrytą. Tak na przykład, ił przedstawia to wszystko, co jest materialne. Bożek siedzący na liściu lotosowym i płynący po ile – wyobraża myśl, która spoczywa na materii, wcale jej nie dotykając. Jest to symbol, jakiego użył wasz prawodawca, gdy mówił, że „Duch Boży unosił się nad wodami”. Utrzymują, że Mojżesz był wychowany przez kapłanów z miasta On, czyli Heliopolis. Jakoż w istocie wasze obrzędy bardzo zbliżają się do naszych. Równie jak wy, i my także mamy rodziny kapłańskie, proroków, zwyczaj obrzezania, wstręt do wieprzowiny i wiele tym podobnych punktów wspólnych.

Symbole nigdy nam nie przeszkadzały wierzyć w jednego Boga, wyższego nad wszystkich innych. Pisma Thota nie pozostawiają w tym względzie żadnej wątpliwości. Czytamy tam, co następuje:

Jeden ten Bóg trwa niewzruszenie w odosobnieniu swojej jedności. Nic innego, nawet żadne oderwane pojęcie nie może się z nim potoczyć. Jest swoim własnym ojcem, swoim własnym synem i jedynym ojcem Boga. Jest samym dobrem, początkiem wszystkiego i źródłem pojęć najpierwszych istnień. Ten Bóg jedyny tłumaczy się sam z siebie, ponieważ wystarcza samemu sobie. Jest on prazasadą. Bogiem bogów, monadą jedności, dawniejszą od istnienia i tworzącą zasadę istnienia. Od niego bowiem pochodzi istnienie bytu i sam byt, i dlatego też nazywany jest Ojcem Bytu.

Widzicie zatem, moi przyjaciele – mówił dalej Cheremon – że niepodobna mieć o bóstwie wznioślejszych pojęć od naszych, ale sądzimy, że wolno nam ubóstwiać pewną cześć przymiotów Boga i stosunków jego z nami, czyniąc z nich odrębne bóstwa, a raczej wyobrażenia odrębnych boskich przymiotów.

Tak na przykład rozum boży nazywamy Emeph, gdy zaś ten słowami się wyraża – Thot, czyli przekonaniem, lub też Ermeth, to jest wykładem.

Skoro rozum boży, kryjący w sobie prawdę, schodzi na ziemię i działa pod postacią płodności, wówczas nazywa się Amun. Gdy rozum ten ujawnia się pod postacią sztuki, wówczas nazywamy go Ptah, czyli Wulkanem, gdy zaś objawia się w postaci dobra, zwiemy go Ozyrysem.

Uważamy Boga za jedność, wszelako nieskończona ilość dobroczynnych stosunków, jakie raczy mieć z nami, sprawia, że pozwalamy sobie, bez ubliżenia Jego czci, uważać go za istotę zbiorową, gdyż w istocie jest On zbiorowy i nieskończenie rozmaity w przymiotach, jakie w nim postrzegamy.

Co się tyczy duchów, wierzymy, że każdy z nas ma ich dwóch przy sobie, to jest złego i dobrego. Dusze bohaterów najbliższe są natury duchów, a zwłaszcza te, które przewodniczą w szeregu dusz.

Bogowie, co do swej istoty, dają się przyrównać do eteru, bohaterowie i duchy do powietrza, zwyczajne zaś dusze mają już w sobie coś ziemskiego. Opatrzność boską przyrównamy do światła, które zapełnia wszystkie przestrzenie między światami. Dawne podania prawią nam także o mocach anielskich, czyli posłanniczych, których obowiązkiem jest oznajmić rozkazy Boga, i o innych mocach, jeszcze wyższego stopnia, które Żydzi hellenizujący nazwali archontami lub archaniołami.

Ci spomiędzy nas, którzy poświęcili się kapłaństwu, są przekonani, że posiadają władzę sprowadzania obecności bogów, duchów, aniołów, bohaterów i dusz. Wszelako nie mogą wykonywać tych teurgii¹ bez naruszania ogólnego porządku wszechświata. Gdy bogowie schodzą na ziemię, słońce i księżyc skrywają się na jakiś czas przed wzrokiem śmiertelnych.

Archaniołowie otoczeni są jaśniejszym światłem niż aniołowie. Dusze bohaterów mają mniej blasku aniżeli aniołów, jednakże więcej niż dusze zwykłych śmiertelników, które okrywa cień.

Książęta zwierzyńca niebieskiego ukazują się pod nader wspaniałymi postaciami. Nadto rozróżniamy mnóstwo szczególnych okoliczności towarzyszących ukazywaniu się rozmaitych istot i służących do odróżnienia jednych od drugich. Tak na przykład złe duchy można poznać po złośliwych wpływach, jakie w ślad za nimi ciągną.

Co do bałwanów, wierzymy, że jeżeli wyrabiamy je przy pewnym określonym położeniu ciał niebieskich lub też z pewnymi ceremoniami teurgicznymi, naówczas możemy ściągnąć na nie niejakie cząstki istoty boskiej. Jednakowoż sztuka ta jest tak zwodnicza i niegodna prawdziwej świadomości Boga, że zwykle zostawiamy ją kapłanom daleko niższego stopnia aniżeli ten, do którego mam zaszczyt należeć.

Skoro który z naszych kapłanów wywołuje bogów, pod pewnym względem uczestniczy w ich istocie. Wszelako nie przestaje być człowiekiem, ale tylko natura boska przenika go do pewnego stopnia i łączy się on w pewien sposób z Bogiem. Znalazłszy się w takim stanie, z łatwością może rozkazywać duchom nieczystym, czyli ziemskim, i wypędzać je z ciał, które opętały. Czasami nasi kapłani, łącząc kamienie, zioła i materie zwierzęce, tworzą mieszaninę, która może stać się przybytkiem bóstwa; atoli prawdziwym węzłem łączącym kapłana z bóstwem jest modlitwa.

Wszystkie obrzędy i dogmaty, jakie wam wyłożyłem, przypisujemy nie Thotowi, czyli trzeciemu Merkuremu, który żył za Ozymandiasa, ale prorokowi Bitysowi, który żył na dwa tysiące lat przedtem i wytłumaczył zasady pierwszego Merkurego (pierwszy – uosobienie mądrości boskiej, trzeci – ziemskie wcielenie tej mądrości). Atoli, jak to wam już mówiłem, czas wiele dodał, przemienił, tak że nie sądzę, aby dawna religia miała się dostać do nas w swym pierwotnym składzie. Na koniec, jeśli mam już wam wszystko powiedzieć, nasi kapłani czasami odważają się grozić własnym bogom; wtedy podczas składania ofiar tak się wyrażają: „Jeżeli nie spełnisz mego żądania, odsłonię najskrytsze tajniki Izydy, zdradzę tajemnice otchłani, zdruzgoce skrzynię Ozyrysa i rozsypię jego członki”.

Wyznam wam, że wcale nie pochwalam tych formuł, od których nawet Chaldejczycy zupełnie się wstrzymują.

Gdy Cheremon doszedł był do tego miejsca swojej nauki, jeden z niższych kapłanów uderzył w dzwon na północ; ponieważ jednak i wy także zbliżacie się do miejsca waszego noclegu, pozwólcie zatem, abym odłożył na jutro dalszy ciąg mego opowiadania.

Następnej nocy czcigodny Cheremon przyjął nas ze zwykłą mu dobrocią i tak zaczął mówić:

Obfitość przedmiotów, jakie wczoraj wam wykładałem, nie pozwoliła mi mówić o powszechnie przyjętym przez nas dogmacie, który jednak większej jeszcze wziętości używa pomiędzy Grekami z powodu rozgłosu, jaki mu nadał Plato. Mam na myśli wiarę w Słowo, czyli w mądrość boską, którą my nazywamy Mander, to znowu Meth, lub też czasami Thot, czyli przekonaniem.

Jest jeszcze inny dogmat, o którym muszę wam wspomnieć, a który wprowadził jeden z trzech Thotów, zwany Trismegistą, czyli trzykroć wielkim, ponieważ pojmował bóstwo jako podzielone na trzy wielkie potęgi: na samego Boga, którego nazwał Ojcem, następnie na Słowo i Ducha.

Takimi są nasze dogmaty. Co do zasad, są one równie czyste, zwłaszcza dla nas, kapłanów. Praktykowanie cnoty, post i modlitwy wypełniają dni naszego życia.

Pokarmy roślinne, które spożywamy, nie zapalają w nas krwi i łatwiej pozwalają nam pokonywać nasze namiętności. Kapłani Apisa wystrzegają się wszelkich kontaktów z kobietami.

Taką jest dziś nasza religia. Oddala się ona od dawnej w wielu ważnych punktach, zwłaszcza we względzie metempsychozy (reinkarnacja, wędrówka dusz), która dziś mało ma zwolenników, chociaż przed siedmiuset laty, gdy Pitagoras zwiedzał nasz kraj, była powszechnie przyjęta. Nasza mitologia często także wspomina o bogach planetarnych, inaczej nazwanych rządcami, wszelako dziś zaledwie niektórzy wróżbici horoskopów trzymają się tej nauki. Mówiłem wam już, że religie, jak wszystkie rzeczy, zmieniają się na świecie.

Pozostaje mi objaśnić wam nasze święte misteria; wkrótce o wszystkim się dowiecie. Naprzód, bądźcie przekonani, że gdybyście nawet zostali wtajemniczeni, nie bylibyście mędrszymi co do początków naszej mitologii. Otwórzcie historyka Herodota, należał on do wtajemniczonych i na każdym kroku szczyci się tym, a jednak czynił poszukiwania nad pochodzeniem bogów greckich jak ten, który by nie miał w tym względzie jaśniejszych pojęć od reszty ludzi. To, co on nazywa świętą mową, nie miało żadnego związku z historią. Były to, według określenia Rzymian, turpiloquentia, czyli bezwstydne mowy. Każdy nowy adept musiał wysłuchać opowiadania obrażającego ogólnie przyjętą przyzwoitość. W Eleuzis2 mówiono o Baubie, która przyjmowała u siebie Cererę, we Frygii zaś o miłostkach Bachusa. My tu, w Egipcie, wierzymy, że bezwstydność ta jest symbolem oznaczającym nikczemność istoty materii i więcej nic w tej mierze nie wiemy.

Pewien znakomity konsularny mąż, nazwiskiem Cycero, w ostatnich czasach napisał książkę o naturze bogów. Wyznaje tam, że nie wie, skąd Italia przyjęła swoją wiarę, a jednak był augurem (przepowiadał przyszłość z lotu ptaków), a tym samym znał wszystkie misteria toskańskiej religii. Nieświadomość, przebijająca we wszystkich dziełach pisarzów wtajemniczonych, dowodzi wam, że wtajemniczenie bynajmniej nie uczyniłoby was mądrzejszymi w kwestii początków naszej religii. W każdym razie misteria sięgają nader odległej epoki. Możecie widzieć uroczysty pochód Ozyrysa na płaskorzeźbie Ozymandiasa. Cześć Apisa i Mnewisa (byki, Minewisa uważano za ojca Apisa) wprowadził do Egiptu Bachus przed przeszło trzema tysiącami lat.

Wtajemniczenie nie rzuca żadnego światła ani na początek wiary, ani na historię bogów, ani nawet na myśl w symbolach ukrytą, jednakże wprowadzenie misteriów potrzebne było dla rodzaju ludzkiego. Człowiek mający sobie jakiś wielki grzech do zarzucenia lub taki, który splamił swe ręce zabójstwem – staje przed kapłanami misteriów, wyznaje winy i odchodzi oczyszczony za pośrednictwem wody. Przed ustanowieniem tego zbawiennego obrzędu, społeczeństwo odpychało od siebie ludzi nie mogących przystępować do ołtarzów, a ci następnie z rozpaczy stawali się rozbójnikami.

W misteriach Mitry3 podają adeptowi chleb i wino i ucztę tę nazywają Eucharystią. Grzesznik, pogodzony z Bogiem, zaczyna nowe życie, uczciwsze od tego, jakie dotąd prowadził.

Misteria – rzekł Cheremon – mają jeszcze jeden obrzęd wszystkim wspólny. Gdy jaki bóg umrze, grzebią go, płaczą nad nim przez kilka dni, po czym bóg ku wielkiej wszystkich radości zmartwychwstaje. Niektórzy utrzymują, że symbol ten wyobraża słońce, ale na ogół panuje przekonanie, że chodzi o ziarna powierzone ziemi.

Oto jest wszystko, mój młody Izraelito – dodał kapłan – co ci mogę powiedzieć o naszych dogmatach i obrzędach. Widzisz więc, że wcale nie jesteśmy bałwochwalcami, jak to nam wasi prorocy często zarzucali, ale wyznam ci, że sądzę, iż wkrótce ani moja, ani twoja religia nie wystarczy już dla ludzkości. Rzuciwszy wzrok dokoła, wszędy spostrzegamy jakąś niespokojność i popęd do nowości.

W Palestynie lud tłumem wychodzi na puszczę, ażeby słuchać nowego proroka, który chrzci wodą z Jordanu. Tu znowu widać terapeutów4, czyli magów-uzdrowicieli, którzy do wiary naszej mieszają wiarę Persów. Jasnowłosy Apolloniusz wędruje z miasta do miasta i udaje Pitagorasa: kuglarze podają się za kapłanów Izydy, porzucono już dawną cześć bogini, opustoszały jej świątynie i kadzidła przestały dymić na Jej ołtarzach.

Nauki mądrego Cheremona były daleko dłuższe od wyciągu, jaki wam uczyniłem. Ogólnym ich wnioskiem było, że pewien prorok, imieniem Bitys, dowiódł w swoich dziełach istnienia Boga i i aniołów, i że drugi prorok, nazwany Thot, osłonił te pojęcia ciemną metafizyką, która zdawała się tym wznioślejszą.

W teologii tej Bóg, którego nazwano Ojcem, czczony był jedynie przez milczenie, wszelako gdy chciano wyrazić, że sam sobie wystarcza, mówiono, że jest swoim własnym ojcem i własnym synem. Czczono go także pod postacią syna i wtedy nazywano „rozumem bożym” lub Thotem, co znaczy po egipsku – przekonanie.

Na koniec, ponieważ spostrzegano w naturze ducha i materię, poczytywano ducha za emanację Boga i przedstawiano go pływającego po ile, jak to wam już gdzie indziej powiedziałem. Twórca tej metafizyki zwany był „trzykroć wielkim”. Plato, który przepędził osiemnaście lat w Egipcie, wprowadził do Grecji naukę o Słowie, za co uzyskał od Greków przydomek boskiego.

Cheremon utrzymywał, że wszystko to nie istniało zupełnie w duchu dawnej religii egipskiej, że ta zmieniła się, gdyż w ogóle zmiana leży w naturze każdej religii. Zdanie jego pod tym względem wkrótce potwierdziły wypadki zaszłe w synagodze aleksandryjskiej.

Nie byłem jedynym Żydem, który badał teologię egipską; inni także zasmakowali w niej, zwłaszcza zaś oczarował ich duch enigmatyczny, który panował w całej egipskiej literaturze, a który pochodził zapewne z pisma hieroglificznego i z zasady nieprzywiązywania się do symbolu, ale do myśli w nim ukrytej.

Nasi rabinowie aleksandryjscy pragnęli także mieć zagadki do rozwiązywania i wyobrazili sobie, że pisma Mojżesza (Pięcioksiąg starotestamentowy), jakiekolwiek przedstawiają opowiadania faktów i rzeczywistą historię, są wszelako pisane z tak boską sztuką, że obok myśli dziejowej skrywają jeszcze myśl inną, tajemniczą i alegoryczną. Niektórzy z naszych uczonych wyjaśnili tę ukrytą myśl z przenikliwością, która im zaszczyt w owym czasie przyniosła, jednakże ze wszystkich rabinów najwięcej odznaczył się Filon. Długie badania nad Platonem wprawiły go w rzucanie pozornego światła na ciemności metafizyki, stąd też nazywano go Platonem synagogi.

Pierwsze dzieło Filona traktowało o stworzeniu świata, szczególniej zaś zastanawiało się nad własnościami liczby siedem. W piśmie tym autor nazywa Boga Ojcem, co zupełnie wchodzi w zakres teologii egipskiej, nie zaś stylu Biblii. Znajdujemy tam również, że wąż jest alegorią rozkoszy i że historia kobiety stworzonej z żebra mężczyzny jest także alegoryczną.

Tenże sam Filon napisał również dzieło o snach, gdzie mówi, że Bóg ma dwie świątynie: jedną z nich stanowi cały świat, a jej kapłanem jest słowo boże; drugą zaś stanowi dusza czysta i rozumna, której kapłanem jest człowiek.

W książce swojej o Abrahamie Filon jeszcze wydatniej wyraża się w duchu egipskim, gdyż mówi:

Ten, którego Pismo święte nazywa będącym (czyli tym, który jest), w istocie jest ojcem wszystkiego. Z dwóch stron otaczają go potęgi bytu, najdawniejsze i najściślej z nim złączone, potęga twórcza i potęga rządząca. Jedna zwana jest Bogiem, druga Panem. Złączony z tymi potęgami ukazuje się nam raz w pojedynczym, a raz w potrójnym kształcie: w pojedynczym, gdy dusza zupełnie oczyszczona wzniósłszy się ponad wszystkie liczby, nawet ponad liczbą dwa, tak bliską jedności, dosięga pojęcia prostego i samowystarczalnego; w potrójnym zaś przedstawia się duszy niezupełnie jeszcze przypuszczonej do wielkich tajemnic.

Tenże Filon, który tak aż do utraty rozumu się rozplatonował, jest tym samym, który później był posłem do cesarza Klaudiusza. Cieszył się on wielką powagą w Aleksandrii i prawie wszyscy hellenizujący Żydzi, porwani urokiem jego stylu i popędem, jaki wszyscy ludzie mają do nowości, przyjęli jego naukę tak dalece, że wkrótce byli tylko, że tak powiem, Żydami z nazwiska. Księgi mojżeszowe stały się dla nich pewnego rodzaju tłem, na którym tkali według upodobania własne alegorie i tajemnice, zwłaszcza zaś mit potrójnego kształtu.

W owej epoce esseńczycy5 już byli utworzyli dziwaczne swe stowarzyszenie. Nie żenili się i nie posiadali żadnych majątków, wszystko należało do ogółu. Na koniec ujarzmiono powstające wokół nowe religie, mieszaniny judaizmu i magizmu6, sabeizmu7 i platonizmu, wszędzie zaś mnóstwo przesądów gwiaździarskich. Dawne religie zewsząd waliły się ze swych posad.«

Tak więc sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Żydzi czerpali nie tylko z Egiptu, ale też z Persji i Babilonii, a pewnie też z wielu innych źródeł. Nowo powstała religia, czyli chrześcijaństwo, musiało zmagać się z problemem, który otrzymało w spadku: czy 1=1, czy może 1=2, a nawet, czy 1=3? Do tego dochodziły inne wersje: czy 1=3, ale przez 2 i 1 znaczy więcej niż 2 i 3. Cóż za pole do popisu! Żydzi to wykorzystali i chrześcijaństwo, zanim zdążyło okrzepnąć i stworzyć spójną doktrynę, podzieliło się na wrogie sobie wyznania. I o to chyba chodziło tym, którzy uważają się za starszych braci w wierze.

1 – teurgia – rodzaj magii, mającej na celu wywieranie wpływu na istoty nadziemskie, by zmusić je do określonych działań.

2 – Eleuzis – miasto w Attyce; odbywały się tu słynne misteria eleuzyńskie, święte widowiska w kulcie Demeter (Cerery) i jej córki Persefony.

3 – Mitra – staroperskie bóstwo słońca. Kult Mitry rozpowszechnił się w świecie grecko-rzymskim w pierwszych wiekach naszej ery.

4 – terapeuci – sekta ascetów-pustelników żydowskich, osiadła w I w. n.e. nad jeziorem Mareotis koło Aleksandrii. Jedynym źródłem historycznym, które wspomina o ich istnieniu, jest traktat Filona z Aleksandrii De vita contemplativa.

5 – esseńczycy – żydowskie tajne stowarzyszenie religijne (rodzaj zakonu mistyczno-ascetycznego), istniejące w Palestynie od ok. 150 r. p.n.e. Esseńczyków obowiązywała ścisła asceza, wspólność dóbr, bezwzględne posłuszeństwo zwierzchnikom. Niektórzy badacze wskazują na podobieństwo między nauką Żydów esseńskich a wczesnym chrześcijaństwem.

6 – magizm – staroperskie wierzenia religijne.

7 – sabeizm – oddawanie czci boskiej ciałom niebieskim (Słońcu, gwiazdom itd.).

Arianie

W 395 roku Cesarstwo Rzymskie rozpadło się na część zachodnią i wschodnią. Cesarstwo zachodniorzymskie, po dwukrotnym zdobyciu Rzymu przez barbarzyńców, upadło w 476 roku. Wschodniorzymskie ze stolicą w Konstantynopolu, od 330 roku, przetrwało i nawet rozwijało się. Konsekwencje tego podziału odczuwamy w Europie do dziś. Granica pomiędzy tymi dwoma częściami, to granica pomiędzy katolicyzmem a prawosławiem.

Tym, który przekształcił dawną kolonię grecką Byzantion w nową siedzibę cesarza – Konstantynopol, był cesarz Konstantyn I Wielki (306-337). Był pierwszym cesarzem, który przeszedł na chrześcijaństwo. Konstantyn zmarł z przyczyn naturalnych 22 maja 337 roku w Ancyronie niedaleko Nikomedii, położonej w północno-zachodniej Turcji w pobliżu Konstantynopola. Na kilka dni przed śmiercią przyjął chrzest z rąk ariańskiego biskupa Euzebiusza z Nikomedii. W Kościele prawosławnym Konstantyn Wielki jest czczony jak święty równy apostołom. Jego wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 21 maja (kalendarz juliański) lub 3 czerwca (kalendarz gregoriański). A skoro tak się rzeczy mają, to trudno oprzeć się wrażeniu, że prawosławiu nogi wyrastają z arianizmu. I tak naprawdę, to prawosławie jest tylko zmienioną jego formą.

Na soborze nicejskim w 325 roku ustalono, że Jezus Chrystus jest odwiecznym Synem Bożym, równym co do istoty Bogu Ojcu, a zatem Bóg jest jeden w istocie, troisty w osobach, jako Bóg Ojciec, Syn Boży (Jezus) i Duch Święty. To jest fundament wiary chrześcijańskiej wyznania katolickiego.

W III wieku pojawiła się w łonie chrześcijaństwa nauka arianizmu głosząca, że Jezus Chrystus, Syn Boży, nie jest równy Ojcu i jest mu podporządkowany. Pogląd ten został odrzucony na soborze nicejskim, potwierdzony przez sobór konstantynopolitański I (381 r.) i w Nicejsko-konstantynopolitańskim wyznaniu wiary.

Prawosławie nie przyjmuje dogmatu o pochodzeniu Ducha Świętego zarówno od Ojca jak i od Syna. Teologowie prawosławni tłumaczą, że Bóg Ojciec jest jedynym źródłem i Syna, i Ducha Świętego. Zaś Bazyli Wielki napisał: „Bóg jest jeden, bo Ojciec jest jeden.”

Tak więc podstawowe wyznanie wiary w prawosławiu pozostaje niezmienne i jest prawie takie same jak w arianizmie. Idąc dalej tym tropem trudno oprzeć się wrażeniu, że prawosławiu jest bliżej do judaizmu niż do katolicyzmu. W judaizmie mamy wiarę w jedynego Boga osobowego i niepodzielnego.

Pierwszy cesarz rzymski przyjmuje chrzest z rąk ariańskiego biskupa, a więc oficjalnie i całe cesarstwo staje się ariańskie. To może oznaczać, że arianie dominowali wśród wyznań chrześcijańskich. Że tak mogło być, może potwierdzać fakt, że Wizygoci stali się arianami w IV wieku. To stało się prawdopodobnie w czasie, gdy przebywali na Bałkanach w drodze do Italii i Hiszpanii.

Nauczanie Ariusza oraz jego uczniów wyraża tekst wyznania wiary biskupa ariańskiego Wulfili, w którym zawiera się doktryna Trójcy typowa dla subordynacjonizmu (Chrystus podporządkowany Ojcu):

„Ja, Wulfila, biskup i wyznawca, zawsze tak wierzyłem i w tej jedynej i prawdziwej wierze odbywam swoją podróż do mojego Pana. Wierzę, że jest tylko jeden Bóg Ojciec, jedyny niezrodzony i niewidzialny, i /wierzę/ w Jego jednorodzonego Syna, naszego Pana i naszego Boga, stwórcę wszystkich rzeczy, nie mając innego poza Nim. Zatem jest jeden Bóg wszystkiego, który jest również Bogiem naszego Boga, i wierzę w Ducha Świętego, w oświecającą i uświęcającą moc.”

Wulfila (310-383) – duchowny rzymski pochodzenia grecko-germańskiego, tłumacz Biblii, misjonarz i apostoł Gotów działający w IV wieku. Wulfila urodził się w mieszanej rodzinie. Jego ojciec był Gotem, a matka Greczynką z Kapadocji. Kształcił się w klasztorach na terenie Mezji. Należał do uczniów Euzebiusza z Nikomedii. Pod wpływem swego nauczyciela, który był biskupem Berytu (Bejrut), Nikomedii i Konstantynopola, stał się wyznawcą doktryny arianizmu, potępionej jako herezja na soborze nicejskim I.

W 341 roku został konsekrowany na biskupa Taurydy (antyczne miasto greckie na Krymie) i wysłany jako apostoł do plemion Gotów osiadłych nad Dunajem. Pod wpływem działalności Wulfili i jego następców Germanie początkowo skłonni przyjąć trynitaryzm (Trójca Święta) odrzucili tę doktrynę i stali się gorliwymi arianami.

Po zakończeniu misji w 348 roku osiadł w Mezji (teren Serbii, Bułgarii i częściowo Rumunii), gdzie mieszkał do końca życia. Dzięki protektoratowi ze strony cesarzy z dynastii konstantyńskiej nie obawiał się prześladowań. Brał udział w dysputach i soborach będąc stanowczo w opozycji do oficjalnej doktryny trynitarnej Kościoła.

W poprzednim blogu o Wizygotach zamieściłem mapę z Wikipedii, którą ponownie zamieszczam poniżej, z której wynika, że po podziale Imperium Rzymskiego jego wschodnia część była katolicka. Tak miało być za czasów Anastazjusza I, ale z informacji z tej samej Wikipedii, z której pochodzą wszystkie powyższe informacje, wynika, że Anastazjusz I był zwolennikiem monofizytyzmu, doktryny, według której Chrystus ma jedną złączoną naturę bosko-ludzką i nie istnieje w dwóch naturach, tj. boskiej i ludzkiej. Z tego wynika, że katolikiem nie był.

Źródło: Wikipedia

Wydaje się więc, że arianizm był dominującym wyznaniem chrześcijańskim na całym obszarze Imperium Rzymskiego po tym, jak Konstantyn przyjął chrzest w 337 roku. Dlaczego więc Imperium rozpadło się na dwie części? Dlaczego ludy barbarzyńskie atakowały tylko część zachodnią, a we wschodniej przyjmowały wiarę ariańską i wspomagały jej władców w odzyskiwaniu części zachodniej. Wszak Wizygoci przeszli przez Italię i odzyskali ją dla Imperium, podobnie jak Hiszpanię, z której wyrzucili ludy barbarzyńskie do Afryki. Czy można tu mówić o przypadku? W 330 roku stolica Imperium zostaje przeniesiona z Rzymu do Konstantynopola. Dopiero w 395 roku, a więc po 65 latach, następuje podział na część wschodnią i zachodnią. I dopiero w 476 roku następuje upadek części zachodniej, co uważa się za upadek Imperium. Jeśli było tak źle, to dlaczego tylko w części zachodniej? Część wschodnia zaczęła nawet odzyskiwać tereny części zachodniej, a to chyba znaczy, że tam kryzysu nie było. Jak to więc możliwe, że Imperium, stanowiące całość, zaczyna się w pewnym momencie sypać, ale tylko częściowo? Czy kryzys może działać wybiórczo?

Mapa Cesarstwa Bizantyńskiego
Cesarstwo Bizantyńskie w momencie największego zasięgu terytorialnego. Źródło: Wikipedia

W IV i V wieku na całym obszarze dawnego Imperium dominuje arianizm i od VI wieku ariańscy władcy zaczynają przechodzić na katolicyzm. I tak jakoś dziwnie, że dzieje się tak tylko w części zachodniej. Z czasem cała ona staje się katolicka, a wschodnia – powoli z ariańskiej przekształca się w prawosławną. Cóż takiego stało się? Jakież to niewidzialne siły zadziałały?

Cały ten okres, od upadku Imperium Rzymskiego do IX wieku, przyjęło się nazywać Wiekami Ciemnymi ze względu na stosunkowo niewielką ilość zachowanych dokumentów i przekazów. Chyba bardzo chciano coś ukryć i nie można wykluczyć, że niszczono te dokumenty. Jednak skutków pewnych działań nie da się zataić. Konsekwencje tych działań odczuwamy do dziś, choćby w postaci podziału na katolicyzm i prawosławie. Ale chyba komuś było za mało, bo nie mógł się oprzeć, by do tego pakietu nie dorzucić później protestantyzmu.

Wizygoci

Rzeczypospolita Obojga Narodów była dziwnym tworem, bo miała dziwny ustrój, stworzony na potrzeby tego państwa czy raczej unii. Powstało wiele opracowań na temat tego ustroju i jego wad, ale trudno doszukać się jego autora czy autorów. Jedno jest pewne. Czas powstania tego ustroju, to czas reformacji, czas gdy cała szlachta i magnateria przeszły na kalwinizm. Nie było wówczas w Europie innego państwa o podobnych rozwiązaniach ustrojowych. Któż więc mógł wymyślić ten ustrój?

Ten śmieszny twór, „mocarstwo”, powstał na skutek unii lubelskiej z 1569 roku. Ale już niecałe 100 lat później, bo w 1660 roku dochodzi do jego pierwszego rozbioru. Na skutek wojen szwedzkich Rzeczypospolita traci Inflanty, Prusy uzyskują samodzielność, tarci województwo smoleńskie, czernihowskie i połowę kijowskiego (250 tys. km²). Dlaczego więc za pierwszy rozbiór uważa się ten z 1772 roku?

Charakterystycznymi cechami dla tego tworu były m.in. wolna elekcja i brak stałej armii. Natomiast najpotężniejsze rody miały własne wojska. I to te rody decydowały o polityce. Do tego dochodziło jeszcze przekonanie, że państwo było bezpieczne i nie miało wrogów. Są to cechy, które odnajduję w innym państwie, a które powstało ponad 1000 lat wcześniej i trwało niewiele dłużej (418-711) niż Rzeczypospolita Obojga Narodów. Było to państwo Wizygotów w Hiszpanii. Dosyć szczegółowo jego historię opisuje Wikipedia. Ja jednak chcę się skupić tylko na wybranych jej fragmentach.

Mapa
Królestwo Wizygotów po bitwie pod Vouille w 507 roku. Źródło: Wikipedia

W czasach rzymskich tereny obecnej Hiszpanii były prowincją Imperium. W 409 roku Pireneje przekroczyły plemiona Swebów, Wandalów i inne. W 416 roku na Półwysep dotarli Wizygoci, sprowadzeni tam prawdopodobnie przez Rzym, który chciał się pozbyć wrogich plemion germańskich. Wizygoci to lud germański, odłam Gotów. W IV wieku przyjęli arianizm. Lud ten pochodził z terenów południowej Szwecji – Gotlandii. Przewędrował wzdłuż Wisły na Bałkany, a stamtąd do Italii, południowej Francji, zwanej wtedy Galią, i w końcu do Hiszpanii. Już dwa lata później, w 418 roku, opanowali południową Galię i utworzyli królestwo Tuluzy. W 429 roku Wandalowie zostali wypędzeni do Afryki Północnej i od tego momentu Wizygoci rządzili prawie całym Półwyspem z wyjątkiem państwa Swebów w jego północno-zachodniej części. W 507 roku, po bitwie z Frankami pod Voille, w wyniku której utracili Akwitanię, zaczęli napływać do Hiszpanii. Około 526 roku przeniesiono stolicę z Tuluzy do Barcelony, a wkrótce potem do Toledo. Następne lata to walki z wrogami zewnętrznymi i z Bizancjum. Po roku 600 następuje powolny rozpad Królestwa Wizygotów. Wewnętrzne walki i spiski doprowadzają do stopniowego osłabienia autorytetu monarchy, coraz częstszych buntów i utraty poczucia jedności. W 711 roku Półwysep zaatakowały arabskie wojska Umajjadów i w ciągu siedmioletniej kampanii wojskowej pobijają prawie całe terytorium dzisiejszej Hiszpanii i Portugalii. Nastały czasy Al-Andalusu.

„Paradoksalnie, okrojenie królestwa Wizygockiego do Półwyspu Iberyjskiego i Septymanii było korzystne dla jego obronności. Państwo było wprawdzie mniejsze, ale posiadało bezpieczniejsze, naturalne granice. Z drugiej jednak strony nowe położenie ograniczało możliwości ekspansji. Po utracie na rzecz Bizancjum przyczółka w Ceucie, Wizygoci w zasadzie zaniechali prób rozszerzania swoich posiadłości poza Iberią. Miało to swoje konsekwencje w postaci zmniejszenia dóbr królewskich, którymi można by nagradzać wiernych stronników i pozyskiwać nowych. Doprowadziło to do spadku autorytetu monarszego wśród gockiej arystokracji. Był to jeden z głównych czynników, obok wygaśnięcia dynastii Alaryka, który spowodował zmianę sposobu przekazywania władzy. Od panowania Teudisa (531-548) monarchą zostawało się w drodze elekcji, przeprowadzanej przez najpotężniejszych arystokratów i być może dostojników kościelnych. Poważnymi kandydatami do objęcia tronu byli tylko inni arystokraci, co prowadziło do rywalizacji między najwyższymi warstwami społeczeństwa oraz w zasadzie uniemożliwiało powstanie dynastii.”

Podział chrześcijaństwa na państwa rządzone przez arian i katolików w 495 roku. Źródło: Wikipedia

W 476 roku upada Imperium Rzymskie i dzieli się na część wschodnią i zachodnią. Część wschodnia jest katolicka a zachodnia – ariańska. Jak to więc stało się, że część zachodnia stała się z czasem katolicka? Państwo Wizygotów było początkowo ariańskie. Wikipedia tak to opisuje:

„W momencie objęcia władzy przez Rekkareda (586-601) państwo Wizygotów znajdowało się w bardzo korzystnej sytuacji, było wewnętrznie scalone, bez poważnych wrogów zewnętrznych, a władza królewska była respektowana. Jednym z nielicznych, ale ważnych problemów, były kontrowersje religijne między arianami a katolikami, dwoma wyznaniami które współistniały w wizygockiej Hiszpanii. Kwestią sporną między nimi była nauka o Trójcy Świętej. Wizygoci w VI wieku w dużej części dochowywali wierności ariańskiej wierze swoich przodków, którzy przyjęli chrześcijaństwo pod wpływem wschodniego cesarstwa wówczas gdy arianizm był tam dominującym poglądem. Wielu jednak wybierało katolicyzm, czego dowodzi przykład autora jednego z ważniejszych źródeł do badania dziejów Wizygotów – Jana z Biclar.

Rozłam religijny stał się w VI wieku poważnym problemem, czego dowodzi bunt (579) Hermenegilda i poparcie go przez wiele regionów. Stało się tak prawdopodobnie pod wpływem pism kościoła afrykańskiego, które wówczas zaczęły napływać do Hiszpanii. Wcześniej bowiem większych sporów nie było. W 580 roku na synodzie w Toledo, pod auspicjami Leowigilda (569-586), przyjęto zmodyfikowaną wersję arianizmu, opierającą się na twierdzeniu o współwieczności i równości Syna Bożego. W przeciwieństwie do ortodoksji katolickiej, wizygocki kościół nie przypisywał takich atrybutów Duchowi Świętemu. W tej zmodyfikowanej formie doktryna ariańska była do przyjęcia dla części katolików, w tym także niektórych biskupów. Nie wiadomo, jak przedstawiały się proporcje liczbowe między wyznaniami, zarówno po, jak i przed reformą. Wydaje się jednak, że arian w porównaniu do katolików było niezbyt wielu a ich silna pozycja wynikała raczej z tego, że stanowili większość wśród ścisłej elity. Być może z tego powodu królowie obawiali się podjąć decyzję o zmianie wyznania, nawet tacy jak Leowigild, który dopiero pod koniec swojego panowania zaczął rozważać przyjęcie katolicyzmu. Jednocześnie jednak różnice religijne były największym problemem na drodze do pełnej unifikacji państwa i coraz więcej członków elity zdawało sobie z tego sprawę.

W większości germańskich państw proces zmiany religii był długotrwały, a władcy podchodzili do sprawy bardzo ostrożnie, czasem nawet ostatecznej konwersji dokonywali dopiero ich następcy. Kluczową kwestią w tej sprawie było zapewne nastawienie ariańskiej hierarchii, która wywodziła się najczęściej ze ścisłej elity i w ewentualnej zmianie wyznania obawiała się utraty swej pozycji i wpływów. W przeciwieństwie do swojego ojca Rekkared nie zwlekał ze zmianami. Ogłosił przyjęcie dogmatów katolickich w ciągu dziesięciu miesięcy po wstąpieniu na tron. Źródła podają, iż zaraz po zmianie wyznania w 587 roku król spotkał się z przedstawicielami ariańskiej hierarchii, a później do takich spotkań doszło jeszcze kilkakrotnie. Brakuje dokładnych informacji na temat tego, o czym dyskutowano na tych spotkaniach i jak przebiegały, ale patrząc na ich skutki, wydaje się, że ariańscy duchowni po prostu zaakceptowali nowe wyznanie, a utrata urzędów kościelnych przez część z nich była zapewne w jakiś sposób rekompensowana. W 589 roku w Toledo zebrał się synod, na którym obecny był król i 72 biskupów oraz wielu innych duchownych. Synod formalnie ogłosił wcześniej podjęte decyzje i oficjalnie uznał katolicyzm za wyznanie panujące w państwie Wizygotów.”

Zadziwiające! Żadnej wojny religijnej! Jak to możliwe? A duchowni ariańscy tak po prostu zrzekli się urzędów kościelnych. Trudno to wszystko zrozumieć. Wikipedia tylko w jednym miejscu wspomina o Żydach:

„W pierwszych latach rządów Sisebut (612-621) zmusił Żydów zamieszkujących jego królestwo do przyjęcia chrztu, co wywołało opór ze strony hierarchii kościelnej. Duchowieństwo wprawdzie nie skrytykowało Sisebuta otwarcie za jego życia, ale zaraz po śmierci władcy pojawiły się takie głosy i w 633 roku w Toledo odbył się synod, na którym radzono nad metodami cofnięcia tej decyzji i ich ewentualnymi skutkami. Wobec siły arystokratów, którzy popierali Sisebuta i jego działania, duchowni nie zezwolili Żydom, którzy przyjęli chrześcijaństwo, na powrót do poprzedniego wyznania, ale zatrzymali podobne praktyki.”

Trudno oczywiście zrozumieć to, co działo się wtedy na Półwyspie Iberyjskim, jeśli nie uwzględni się Żydów, którzy zapewne zamieszkiwali tam od czasów rzymskich i zapewne stanowili część arystokracji rzymskiej tamtych terenów. Za panowania Teudisa (531-548) doszło, na szerszą skalę, do mieszanych małżeństw między arystokracją rzymską a przedstawicielami najważniejszych rodów wizygockich.

»Na synodzie w Toledo z 653 roku określono również jasne zasady wyboru króla. Postanowiono że elekcja będzie przeprowadzana tylko w „mieście królewskim”, czyli w Toledo a elektorami będą biskupi i maiores palatii, czyli najwyżsi świeccy dostojnicy. W przypadku biskupów, w praktyce, w elekcji brali udział biskupi Toledo i niektórzy z ich sufraganów, gdyż zwołanie całego kleru na synod zajmowało kilka miesięcy. Sprawa miała się podobnie w przypadku arystokratów, w elekcjach uczestniczyli ci, którzy przebywali na stałe lub na dłuższy czas w Toledo lub jego okolicach. Wydaje się, że chciano w ten sposób zmarginalizować wpływ lokalnych elit, zarówno świeckich, jak i duchownych, na wybór króla. W procesie wyboru nowego władcy szczególną rolę odgrywał odtąd biskup Toledo.«

To bardzo ważna informacja. Skupienie władzy w jednym mieście i w rękach bardzo nielicznych miało decydujące znaczenie podczas arabskiego podboju Półwyspu Iberyjskiego. Końcowy okres Wikipedia opisuje tak:

„W 710 lub 711 doszło do przewrotu, w wyniku którego Roderyk pozbawił władzy Wittizę. Obalenie Wittizy różniło się dość znacznie od poprzednich detronizacji. Relacje podają, iż było ono gwałtowne, prawdopodobnie Roderyk dokonał go z użyciem siły, być może zabijając poprzednika. Nowy król dysponował poparciem choć części elit świeckich i kościelnych, ale jest raczej pewne, że grupa ta jako całość nie doszła do porozumienia, co spowodowało poważne konflikty. Na północnym wschodzie władcą ogłosił się Agila, pod którego władzą znalazły się Tarraconensis i Narbonensis. Do walk między obydwoma władcami jednak nie doszło, prawdopodobnie na skutek najazdów muzułmańskich na południe Hiszpanii. Dla Roderyka musiał to być bardziej palący problem, gdyż to przeciwko ekspedycji Tarika skierował swoje wojska. Bitwa na rzeką Guadalete (lub bitwa pod Jerez de la Frontera) między Arabami a Wizygotami skończyła się w 711 roku klęską Roderyka. Według źródeł arabskich wyprawa Tarika była jednorazowym podbojem, ale inne źródła podają, że był to szereg wyniszczających najazdów, które dopiero potem przerodziły się w zajmowanie terenów przeciwnika. Najprawdopodobniej początkowo Arabowie i Berberowie, korzystając z pomocy floty, lądowali na wybrzeżu, najeżdżali okoliczne miasta, a później wycofywali się do Afryki. Zmiana taktyki nastąpiła zapewne, gdy w gockiej elicie doszło do otwartego rozłamu, a Roderyk został zdradzony i zginął wraz z częścią spiskowców. Pozostali przy życiu możni obsadzili na tronie Oppę, prawdopodobnie syna Egiki. Ten jednak nie cieszył się koroną zbyt długo, bo muzułmanie szybko zajęli Toledo. Następnie najechali dolinę rzeki Ebro i Saragossę, a w czasie walk zginął władający północnym wschodem Agila (wskazują na to jego daty panowania zawarte w liście królów). Jego zastępcą został Ardo, który rządził w Narbonensis do 721 roku, kiedy to muzułmanie przekroczyli Pireneje i zajęli ostatnie posiadłości wizygockie.”

Z tego opisu wynika, że to było państwo z dykty, jakbyśmy to dziś powiedzieli. Skłócone elity, które w obliczu najazdu wrogiej armii nie potrafią się zjednoczyć, albo ktoś im uniemożliwia to zjednoczenie. Analizując przyczyny upadku Wikipedia pisze:

„Upadek potężnego, jak mogłoby się zdawać, królestwa Wizygotów był bardzo szybki. Historycy do dzisiejszego dnia nie są pewni dlaczego Arabom podbój ten przyszedł z taką łatwością. Wszelkie źródła historyczne z epoki podają, że był to efekt demoralizacji i zepsucia, które toczyły wyższe warstwy społeczeństwa, czyli po prostu kara boża za grzechy. Przy próbie znalezienia przyczyn upadku Wizygotów nie sposób nie zauważyć, że Arabowie mieli dużo szczęścia i trafili na bardzo sprzyjające okoliczności. Świadczy o tym choćby niewielka liczebność wojsk użytych do podboju Półwyspu Iberyjskiego, maksymalne szacunki mówią bowiem o zaledwie 7 tysiącach żołnierzy, a te bardziej ostrożne o zaledwie około 2 tysiącach.

Główną przyczyną słabości królestwa Wizygotów były elity, które zazwyczaj zgodnie wybierały i odwoływały władców. Teraz zaś były ze sobą skłócone i mocno podzielone, a ówczesny król zmagał się z kontrkandydatem, który panował nad znaczną częścią ziem monarchii. Nie można zresztą wykluczyć, że Agila nie był jedynym rywalem Roderyka, żadne źródła nie mówią o tym, co działo się w Betyce czy Galicji, a panowanie króla z Toledo nad tymi terenami jest często podawane w wątpliwość.

Problemem królestwa była także niezbyt liczna armia. W jej skład wchodziły prywatne oddziały członków elity, która była przecież nieliczna, bo składała się z około 20 rodzin, oraz ludzie zebrani przez króla z jego prywatnych ziem. Wizygoci z racji zamieszkiwania Półwyspu Iberyjskiego nie obawiali się zbytnio najazdów, z trzech stron chroniło ich przecież morze, a od północnego wschodu Pireneje. Po podbiciu ziem hiszpańskich i ustaniu większego zagrożenia ze strony Bizancjum i Franków liczna armia po prostu przestała być potrzebna. Królestwo potrzebowało bardziej sił porządkowych, zdolnych poradzić sobie z grupami bandytów i łupieżczymi wypadami Basków. Królowie Toledo zaprzestali ekspansji, nie próbowali podbijać ani północnej Afryki ani rozszerzać swoich wpływów w Galii, gdzie za konkurentów mieli zmilitaryzowane społeczeństwa państw frankijskich. Pojawienie się Arabów w Afryce Północnej i ich pierwsze wypady również nie wzbudziły w Wizygotach potrzeby rozbudowy armii. Łupieżczy charakter początkowych najazdów prawdopodobnie sprawił, że zagrożenie to mogło być traktowane na podobnej zasadzie co baskijskie.

Po śmierci króla i dużej części członków elit doszło do olbrzymiego kryzysu, który w zasadzie przesądził o zwycięstwie muzułmanów, mimo że ci nie zajęli na trwałe jakichś większych terenów ani nawet strategicznych twierdz (poza Toledo). Wybór nowego władcy był bowiem uzależniony od elekcji w gronie ścisłej elity, a ta w zasadzie przestała istnieć. Istniała jeszcze wprawdzie arystokracja regionalna, ale ludzie ci nie mogli wybierać króla i byli odsunięci od wpływu na politykę państwa, skutkiem czego koncentrowali się na sprawach lokalnych, nie przejmując się zbytnio wydarzeniami w stolicy. Poza tym różnica w skali między nimi a arystokracją dworską była olbrzymia. Lokalne elity posiadały o wiele mniejsze posiadłości i bogactwa. Nie dziwi więc, że lokalna elita nie stawiała większego oporu najeźdźcom, a wielu jej przedstawicieli weszło w układy z Arabami, chcąc zachować swoją pozycję i majątek. Wszystko wskazuje na to, że olbrzymia większość społeczeństwa wizygockiej Hiszpanii po prostu nie identyfikowała się z interesami elit i króla i nie miała najmniejszego zamiaru za nie walczyć. Była to chyba najważniejsza przyczyna upadku tego państwa.”

To ciekawe. Podboju całego Półwyspu dokonano dwoma a maksymalnie siedmioma tysiącami żołnierzy i przy skłóceniu elit, które wcześniej zgodnie wybierały i odwoływały władców. I pisze Wikipedia, że Arabowie mieli szczęście i trafili akurat na taki moment. Normalnie jakby wygrali w Lotto. Ale mieli farta!

Oczywiście Wikipedia niczego sama nie wymyśla. Korzysta z opracowań naukowych różnych historyków. To jednak tylko dowodzi tego, że obowiązuje reguła: o Żydach tylko dobrze lub wcale. W sumie więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko odwołać się po raz kolejny do książki Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela (1932), by wyjaśnić o co tam chodziło:

»Zamiarem kierowników żydostwa było niewątpliwie wyzyskać przygotowany od wieków grunt w Arabii do zdobycia dla siebie olbrzymich kadr prozelitów, którzy by z mieczem w ręku uderzyli na kraje chrześcijańskie, jako przednia straż żydostwa.

Nie powiodła się wprawdzie w całości pierwsza i istotna część programu; islam zachował niezależność organizacyjną od kierowników judaizmu, lecz przesiąknięty został żydowską wyłącznością wobec obcych i nienawiścią do chrześcijaństwa. Te dwa czynniki starczyły na to, aby wojska islamu runęły na kraje chrześcijańskie, zaś żydom pozwoliły zbierać korzyści ze swych zwycięstw. Odtąd los żydów, mimo niejednokrotnych zatargów z wyznawcami Allaha, na kilka wieków sprzęgł się nierozerwalnie z ich fortuną. Dzięki islamowi powiodło się żydom naprawić klęski, będące skutkiem lekkomyślnego zniszczenia cesarstwa rzymskiego i wtargnąć ponownie do Europy.

Rozsiani wszędzie żydzi zdradą ułatwili pochody wojsk muzułmańskich. Wkrótce wskutek zdrady wpadały w ręce Arabów Cezarea (palestyńska) i Jerozolima (636 po Chr.). Za zgodą żydów i Babilonia przeszła pod panowanie kalifów arabskich. Nic dziwnego, wszak kierownictwo nie mogło pozostać odcięte od terenu ważnych wydarzeń.

Wkrótce przechodzi pod panowanie arabskie Egipt, a niebawem i cała Afryka północna.

„Stosunki między żydami, a muzułmanami w wielu krajach bardzo dobrze się ułożyły, a prawie w żadnym kraju muzułmańskim nie znano systematycznych prześladowań religijnych i przymusowych nawracań. Już za następnego kalifa, Alego, odegrali żydzi perscy niepoślednią rolę; około 90.000 żydów złożyło hołd temu monarsze i tym rozstrzygnęło na jego korzyść spór o tron po proroku”. – Majer Bałaban Historia i literatura żydowska.

Czując się tak dobrze pod rządami kalifów, mogli już żydzi z Afryki północnej spoglądać pożądliwie na europejski brzeg morza Śródziemnego, gdzie krzewiło się chrześcijaństwo, a rozsiane gęsto skupienia żydowskie pozbawione były na ogół politycznych wpływów. Szczególnie nęciła ich wzrok wizygocka Hiszpania, przedzielona jedynie wąską cieśniną od afrykańskich ziem kalifów.

Królowie Wizygotów hiszpańskich chwiali się raz po raz między katolicyzmem a arianizmem. „Żydzi wiedli pod berłem królów ariańskich żywot spokojny, ciesząc się wolnością cywilną i polityczną i piastując nawet różne urzędy”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Katolicki król Sisebut rozkazał w r. 612 żydom opuścić kraj, pozostać zezwolił tylko tym, którzy przyjmą chrzest. Znaczna część żydów ochrzciła się, pewna liczba wywędrowała do Francji i Afryki północnej. Ale już następca Sisebuta – Swintila, nazwany przez żydów „ojcem ojczyzny”, pozwolił wychodźcom powrócić, toteż i wychrzczeni masowo wrócili do judaizmu (621-631 po Chr.).

Niebawem jednak zastosowano w stosunku do żydów, którzy z katolicyzmu przeszli z powrotem na judaizm, ten rygor, że im oraz ich potomkom odjęto prawo świadczenia w sądach, „albowiem kto się sprzeniewierzył Bogu, nie zasługuje na wiarę u ludzi”.

Za następnych królów nieufność do żydów wzrosła i żydzi znowu poczęli masowo przechodzić na katolicyzm. Za króla Hindaswinda (642-652) znowu tłumnie wracali na judaizm. I tak ten pochód mas żydowskich od judaizmu do katolicyzmu i z powrotem ściśle wiązał się zawsze z konstelacją polityczną, jakby już wówczas chcieli ustalić zasadę poreformacyjną „cuius regio eius religio”.

To pozorne przechodzenie na katolicyzm już wówczas rzuciło się w oczy króla i soborów. Próbowano różnych środków, by uchronić Kościół od potajemnych żydów, czyli jak ich nazywano, „chrześcijan judaizujących”.

Ograniczenia praw żydowskich w owym czasie uzasadniano właśnie brakiem zaufania do ich postępowania. Tymczasem nadszedł moment, w którym żydzi mogli już zrzucić maskę.

„Weszli w porozumienie ze swymi szczęśliwymi braćmi afrykańskimi, zamierzając, prawdopodobnie przy pomocy idących naprzód mahometan i niezadowolonych magnatów krajowych, obalić państwo Wizygotów (r. 694)”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

Spisek tym razem został odkryty i winni ponieśli zasłużoną karę. Ale w kilkanaście lat potem w r. 710 „żydzi, którzy różnymi czasy wyemigrowali z Hiszpanii i ich nieszczęśni współwyznawcy na półwyspie połączyli się ze zdobywcą muzułmańskim Tarikiem, który przeprowadził z Afryki do Andaluzji żądne boju zastępy”. – Henryk Graetz Historia żydów.

„Bitwa pod Jerez de la Frontera (711) rozstrzygnęła o losach chrześcijaństwa na Półwyspie Iberyjskim. Po tym zwycięstwie wtargnęli zwycięzcy Arabowie w głąb kraju, popierani wszędzie przez żydów”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Bramy stolicy kraju, Toledo, otwarli żydzi zdradziecko przed wrogiem (712) i urządzili pogrom chrześcijan. Fala muzułmańska rozlała się poprzez cały Półwysep Iberyjski i wtargnęła aż do Francji. Tu żydzi wydali Arabom miasto Tuluzę. Dopiero klęska wojsk arabskich między Tours a Poitiers ocaliła chrześcijaństwo.

Umocnienie się panowania islamu w Hiszpanii pozwoliło żydom na silne usadowienie się tuż u wrót znienawidzonego chrześcijaństwa. Następuje dla żydostwa okres prawdziwego rozkwitu jego wpływów ideowych i politycznych.

Dojrzewa powoli stan rzeczy, w którym kierownictwo światowe żydostwa może się przenieść z Babilonii do Hiszpanii.«

Podbój państwa Wizygotów trwał 7 lat. Wzięło w nim udział około 7 tysięcy żołnierzy, a według niektórych źródeł tylko 2 tysiące. I do tego odbyło się to prawie bez walk. Jak to było możliwe? Tak rozłożyć wielkie państwo? Było możliwe, bo się dokonało. Najpierw trzeba było zmienić wyznanie na katolickie, by Arabowie mieli odpowiednią motywację i czuli w sobie nienawiść do podbijanego narodu. Arianie nie pasowali do tej koncepcji. Następnie trzeba było skłócić między sobą elity państwa, a te najznaczniejsze skupić w jednym mieście (Toledo), by móc się ich łatwo i szybko pozbyć.

Podbój trwał tylko 7 lat, ale rekonkwista zajęła 7 wieków, bo zakończyła się dopiero w 1492 roku odbiciem przez chrześcijan ostatniego przyczółka Arabów na Półwyspie Iberyjskim.

Bezpośrednio po rozpadzie Imperium Rzymskiego jego zachodnia część była ariańska, a od pewnego momentu zrobiła się już katolicka. I nie było wojen religijnych, żadnej reformacji i podobnych wynalazków. Od czego to zależy, że raz wszystko odbywa się w sposób prawie niezauważalny, a innym razem dochodzi do wyniszczających wojen? Historia państwa Wizygotów jest bardzo pouczająca i można w niej znaleźć odpowiedzi na pytania, na które próżno szukać ich gdzie indziej. A może dzięki niej łatwiej jest zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość: kolejny najazd muzułmanów na Europę i kto im w tym pomaga. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Lichwa

Już od 2008 roku świat się zmaga z kryzysem finansowym, który narastał latami i był związany z globalną polityką kredytową, polegającą często na udzielaniu kredytów, o których było wiadomo, że nie zostaną spłacone. Zadłużenie państw, samorządów i firm jest tak wielkie, że nie ma szans na jego spłatę. Cóż więc pozostaje? Reset. Czy jednak musiało do tego dojść? Model finansów oparty o kredyt i odsetki musiał do tego doprowadzić, bo celem takiej polityki finansowej nie było zaspokajanie potrzeb gospodarki, tylko dążenie do zadłużenia wszystkich i w ten sposób uzależnienie ich.

Ci, którzy dysponują pieniędzmi, wmówili nam, że nie ma rozwoju bez kredytu, oprocentowanego kredytu. To oprocentowanie, gdy jest duże i inne opłaty, które prowadzą do nieuczciwego wzbogacenia się pożyczkodawcy, nazwano lichwą. Czym mogą być te inne opłaty, to przekonali się frankowicze. Oprocentowanie było korzystne, ale różnice kursu walutowego pomiędzy złotym i frankiem szwajcarskim zrobiły swoje. Nikt z nich nie znał zasady: bierz kredyt w walucie, w której zarabiasz. I nikt im o tym nie powiedział. Można więc stwierdzić, że świat finansów, to świat hochsztaplerów, w którym wygrywają cwańsi, lepiej poinformowani i ustawieni. I to wcale nie muszą być jacyś spekulanci giełdowi. To są często ci, którzy decydują o zadłużaniu państw, samorządów, różnych firm państwowych i nie tylko państwowych. Za takie decyzje nikt nie ponosi odpowiedzialności, ale jest sowicie wynagradzany przez tych, którzy umożliwiają to zadłużenie. I pod takich ludzi został stworzony cały ten system finansowy. Giełda jest miejscem, w którym handluje się różnymi instrumentami finansowymi, niemającymi pokrycia w jakiejkolwiek pracy i czymkolwiek materialnym. A czy byłaby giełda, gdyby nie było tych dodatkowych pieniędzy kreowanych z niczego?

Żydzi wmówili nam, że nie może być rozwoju bez kredytu i odsetek od niego, bo zabrakłoby pieniędzy. Ciągle dostarczanie na rynek nowych pieniędzy powoduje inflację. Tracą ci, którzy zarabiają najmniej, bo nie mogą inwestować w nieruchomości, złoto czy cokolwiek innego, co nie tarci na wartości. Zyskują ci, którzy zarabiają najwięcej i proces ten pogłębia się i doprowadził do rozwarstwienia na niespotykaną dotychczas skalę: dziesięciu najbogatszych ma tyle, co biedniejsza połowa świata.

Czy mogłoby być inaczej? Wyobraźmy sobie sytuację, w której na rynku mamy stałą ilość pieniądza. I te pieniądze, to są pieniądze tych, którzy zdeponowali je w banku i do tego kredyty są nieoprocentowane. Można pójść, że tak powiem, w kosmos i drukować bez ograniczeń i wtedy mamy to, co mamy. A co się stanie, gdy pójdziemy w odwrotnym kierunku? W miarę, gdy na rynku przybywa dóbr i usług, a pieniądza nie możemy wykreować z niczego, to jego wartość rośnie. Za jednostkę możemy kupić więcej. Oznacza to, że za 1 grosz moglibyśmy coś kupić, np. bochenek chleba. Gdyby już grosz był dużo warty, to można by stworzyć nową jednostkę niższego rzędu. Dlaczego nie! Przecież jeszcze do 15 lutego 1971 roku funt brytyjski dzielił się na 240 pensów i 20 szylingów. Wtedy Anglia przeszła na system dziesiętny i zostały tylko pensy. A więc nie zabrakłoby pieniędzy do wymiany dóbr i usług. Wszystko jest możliwe. Samochód, zamiast 60 000 zł, mógłby kosztować 60 zł, a może nawet 6 zł. A dziś za jednego Bitcoina możemy kupić takie trzy samochody.

Gdyby tak było, że na rynku jest stała ilość pieniądza to ci, którzy złożyli pieniądze w banku nie otrzymywaliby oprocentowania. Ich pieniądze zyskiwałyby na wartości w miarę upływu czasu i rozwoju gospodarki. Dodatkowo mogliby czerpać zyski z inwestycji poczynionych za ich pieniądze przez firmy, które chciałyby się rozwijać. Z tym oczywiście wiązałoby się ryzyko, bo inwestycje mogłyby być nietrafione. I nie jest to moja fantazja. W tym kierunku zmierza bankowość islamska. Jest coś takiego, gdyby ktoś nie wiedział.

Z tego powyższego wywodu wynika, że przy stałej ilości pieniądza bogacą się wszyscy, nawet ci najmniej zarabiający, bo nie są okradani poprzez inflację. Natomiast nie byłoby miejsca w takiej rzeczywistości dla giełdy i całego tego towarzystwa wzajemnej adoracji, które kręci się wokół niej i tych kredytów bez pokrycia w realnym pieniądzu. Nawet nie trzeba wielkiej wyobraźni, by stwierdzić, że takie rozwiązanie w znacznym stopniu, jeśli nie całkowicie, zlikwidowałoby biedę. Wystarczy spojrzeć na Bitcoina, którego zaprojektowano na określoną ilość i nie więcej. Dziś, tj. 14 maja 2021 roku, jego jednostka jest warta 188 233,42 zł. W listopadzie 2015 roku jego kurs to 1300 zł. Jeszcze na początku września 2020 roku jego kurs wynosił około 40 000 zł. To pokazuje jak dużo jest na rynku pustego pieniądza. To między innymi dlatego nie mamy hiperinflacji, bo ten pieniądz nie dociera do wszystkich, tylko do nielicznych i znajduje ujście w kryptowalutach i nie tylko w nich.

Bitcoin to jest waluta niematerialna. Tak naprawdę to nie wiadomo, kto i po co ją stworzył. Być może jest to pewien eksperyment. Być może kiedyś dojdzie do jego krachu czy gwałtownej utraty wartości, by, według mnie, skompromitować ideę pieniądza o stałej ilości na rynku. Wszak przy pieniądzach kombinują ciągle ci sami.

Wspomniałem wyżej o bankowości islamskiej. Wikipedia pisze m.in., że jest to system zgodny z zasadami prawa muzułmańskiego (szariat) i ma na celu wspieranie gospodarek krajów lub społeczności muzułmańskich. Wśród zakazów określonych w prawie islamskim znajdują się m.in. zakaz lichwy, czyli bogacenia się na skutek pożyczania pieniędzy na wysoki procent (zakaz ten znajduje się również w Starym Testamencie) oraz inwestowania pieniędzy w działalność, której celem jest oferowanie dóbr i usług niezgodnych z podstawowymi wartościami islamu (np. produkcja broni czy alkoholu).

Kluczową cechą bankowości islamskiej jest rezygnacja z oprocentowania i odsetek. Źródłem zysku w takim modelu bankowości nie są odsetki ani kreacja długu kredytowego, ale produkcja dóbr i udział w zyskach z ich sprzedaży. Instytucje finansowe przekazują środki na rozwój sektora produkcji oraz usług. Tym samym pieniądze inwestowane są bezpośrednio w gospodarkę realną i w założeniu nie dochodzi do „sztucznej” kreacji pieniądza oraz do działań spekulacyjnych.

Inną istotną cechą towarzyszącą bankowości bezodsetkowej jest solidarne dzielenie ryzyka kredytowego. Ma to swoje odzwierciedlenie w proporcjonalnym podziale pomiędzy bank i klienta przyszłych zysków lub strat z zainwestowanych środków.

Bank działający w oparciu o model bankowości islamskiej nie pomnaża pieniędzy na zasadzie kreacji długów, ale operuje rzeczywistym kapitałem pochodzącym z depozytów. Deponent ponosi zatem rzeczywiste ryzyko, które daje mu prawo do udziału w realnie osiągniętym zysku. Wielkość zysku nie jest wcześniej znana, nie wynika bowiem z ustalonego wcześniej procentu tylko z zysku wypracowanego w procesie gospodarowania. Zgodnie z bankowością islamską bank i klient działają razem, dzieląc między siebie zarówno zysk oraz ryzyko straty, jak i samą stratę.

Dużą wagę przywiązuje się do równości stron i respektowania umów, również tych zawartych ustnie. Umowy nie powinny wprowadzać klienta w błąd, tzn. powinny być zrozumiałe dla każdej ze stron.

Pierwszy islamski bank powstał, według Wikipedii, w Egipcie w 1963 roku i funkcjonuje do dziś. Bankowość islamska przeżywa obecnie dynamiczny rozwój w wielu państwach świata. Największe banki zachodniej Europy (Citi Corp., Societe Generale, Deutsche Bank oraz Bank of England) tworzą własne oddziały islamskiej bankowości bezodsetkowej. Państwem aktywnie wspierającym bankowość islamską jest Turcja. Również w Polsce, wraz z coraz częstszymi inwestycjami pochodzącymi z krajów islamskich, sporadycznie pojawiają się niektóre formy pożyczek zgodnych z szariatem.

Czegóż tu się dowiadujemy! Żydowskie banki Europy Zachodniej tworzą u siebie oddziały bankowości islamskiej. Tak walczą ze sobą na Bliskim Wschodzie, a w Europie wzorowa współpraca. Wygląda na to, że sprowadzanie muzułmanów do Europy, to akcja przygotowana znacznie staranniej niż nam się wydaje. Nie pierwszy to raz Żydzi ich ściągają. Wcześniej zrobili to samo na Półwyspie Iberyjskim. Poszli muzułmanie nawet dalej, ale Karol Młot ich powstrzymał. Tylko czy to było autentyczne, czy zaplanowane? Coraz częściej dochodzę do przekonania, że w świecie nic nie dzieje się i nie działo się spontanicznie.

III powstanie śląskie

3 maja kojarzy się nam, a przynajmniej mnie, z Konstytucją 3 maja. W tym roku obchodzimy okrągłą rocznicę. Mija 230 lat od tamtego wydarzenia. To było w 1791 roku. Gdy do tej daty dodamy 130 lat, to wyjdzie nam rok 1921. A więc 100 lat temu też wydarzyło się coś, o czym powinniśmy pamiętać. Właśnie wtedy, 3 maja, wybuchło trzecie powstanie śląskie, te najważniejsze, bo najbardziej brzemienne w skutkach. Górny Śląsk to obecne województwo śląskie i opolskie. Tak jest od 1999 roku, gdy wprowadzano reformę administracyjną. Planowano wtedy utworzyć województwo górnośląskie w jego historycznych granicach, ale na skutek veta prezydenta Kwaśniewskiego dokonano jego podziału na dwa województwa. Niemcy dzielili Śląsk na trzy części: Oberschlesien – Górny Śląsk ze stolicą w Opolu, Mittelschlesien – Średni Śląsk ze stolicą we Wrocławiu i Niederschlesien – Dolny Śląsk ze stolicą w Legnicy.

Historia Górnego Śląska, zwłaszcza ta średniowieczna jest bardzo poplątana. Co nie powinno dziwić, skoro jego władcą na przełomie XII i XIII wieku był Mieszko I Plątonogi. W 1348 zostaje on włączony do Korony Czeskiej. W 1526 roku Królestwo Czech wraz z Górnym Śląskiem dostaje się pod władzę Ferdynanda I Habsburga. W 1740 roku król pruski Fryderyk II Wielki zajmuje prawie cały Górny Śląsk. Można więc powiedzieć, że od tego momentu zaczyna się niemiecka historia Górnego Śląska. A to już się wiąże z powstaniami śląskimi.

Od tego momentu, jak pisze Wikipedia, zaczyna się etap intensywnej germanizacji, bo na ziemiach tych dominuje ludność polska. Już w 1744 roku wprowadzono zakaz używania języka polskiego w sądownictwie. W 1754 roku wprowadzono zakaz zatrudniania w szkołach nauczycieli bez znajomości języka niemieckiego, a w 1763 powszechny obowiązek nauczania tego języka we wszystkich szkołach podstawowych. W 1764 roku zwolniono wszystkich nauczycieli, którzy nie znali języka niemieckiego.

Informacja, że wprowadzono powszechny obowiązek nauczania języka niemieckiego w szkołach podstawowych jest niepełna, bo nie wynika z niej, czy automatycznie zabroniono nauki w języku polskim. W PRL-u też wprowadzono powszechny obowiązek nauki języka rosyjskiego w szkołach podstawowych w klasach V-VIII i w szkołach średnich, ale my nadal uczyliśmy się w języku polskim. Drugim językiem obcym, obowiązkowym w szkołach średnich, był język zachodni. Był to najczęściej angielski, rzadziej niemiecki i francuski. Tak było w całej Polsce, oprócz Górnego Śląska. Tam językiem zachodnim nie mógł być język niemiecki.

W 1763 roku osiedlono na Górnym Śląsku 61 tysięcy Niemców, a przez następne 40 lat około 110 tysięcy. Akcja osiedleńcza to był niewątpliwie proces zmierzający do zmiany stanu etnicznego regionu. W 1810 roku wydano zakaz używania języka polskiego w nabożeństwach odprawianych w kościołach ewangelickich. Z tego faktu można wysnuć wniosek, że spora część ludności polskiej była wyznania protestanckiego, bo gdyby to było zjawisko marginalne, to nie odprawiano by tych nabożeństw w języku polskim. Dążono więc do schematu: Polak – katolik, Niemiec – protestant. Tylko czy to był interes Niemiec jako państwa? Łatwiej przecież było zgermanizować poprzez wiarę niż język. A skoro zrezygnowano z tego, to może nie był to element polityki niemieckiej, tylko tej stojącej ponad nią. Polak – katolik, to wróg, ale Polak – protestant, to już jest problem. Czyj więc to był zamysł? A fundamentalne założenie endeckiego systemu wartości? – Polska musi być katolicka, albo wcale jej nie będzie. Cóż takiego stałoby się Polakowi, gdyby był protestantem? Czy rzeczywiście to był interes narodu polskiego, by być katolicką wyspą pośród wrogich wyznań? Łatwiej wtedy wzniecać nienawiść, prowokować konflikty i wojny. Walka z Kościołem katolickim to była walka z Polakami.

Po dojściu do władzy Ottona von Bismarcka nastąpiło zaostrzenie polityki germanizacyjnej na ziemiach polskich. W latach 1872-1874 prawie całkowicie wyrugowano język polski ze szkół. W 1876 roku wycofano ostatecznie język polski z sądownictwa i urzędów na całym obszarze państwa pruskiego. Rozpoczęła się walka z Kościołem katolickim, który podporządkowano państwu. Nastąpiło też skasowanie klasztorów. Zapewne walka ta miała wywoływać opór wśród polskiej katolickiej ludności. Nic tak skutecznie nie dzieli ludzi, jak różnice na tle religii czy wyznania. Jako mieszkaniec tej części Podlasia, w której prawosławni stanowią większość, doświadczyłem tego osobiście. Nie dziwi mnie więc niemiecka polityka na Górnym Śląsku, mająca na celu zantagonizowanie ludzi na tle religijnym. Jak wspaniale współpracowały ze sobą Prusy i Rosja w polskich sprawach. A gdyby tak Polacy w większości albo chociaż w połowie byli protestantami? Czy Prusy byłyby wtedy tak skłonne do współpracy z Rosją?

Jakoś ta germanizacja postępowała słabo, skoro ponad 70 lat od wcielenia Górnego Śląska do Prus i rozpoczęcia akcji germanizacyjnej i kolonizacyjnej procentowy udział Polaków na tym terenie wynosił 72%, a w 1848 roku niemiecki uczony Rudolf Virchow pisał:

Cały Górny Śląsk jest polski. Gdy tylko przekroczy się Stobrawę, wtedy bez znajomości języka polskiego kontakt z ludnością wiejską i biedniejszą częścią mieszkańców miast jest niemożliwy. Niewiele też pomoże tłumacz. Jest to powszechne zjawisko na prawym brzegu Odry, natomiast na lewym brzegu domieszało się już sporo elementu niemieckiego.

Po zjednoczeniu Prus z Rzeszą Niemiecką (1871), na tereny Dolnego i Górnego Śląska po raz kolejny napłynęła fala ludności niemieckojęzycznej. Jednak wydany w 1923 roku w Niemczech atlas geograficzny i demograficzny Richarda Andreego nie pozostawiał złudzeń. Ludność polskojęzyczna na Górnym Śląsku stanowiła 75% ogółu populacji. Dane te potwierdzają wcześniejsze wyniki wyborów komunalnych z 9 października 1919 roku, w których 70% ludności głosowało na listy polskie. Natomiast na obszarze Górnego Śląska, który przypadł w Plebiscycie stronie niemieckiej, podczas spisu w 1925 roku, pomimo nacisku administracyjnego i propagandy antypolskiej, 151 200 osób zadeklarowało język polski jako ojczysty (11,2% populacji niemieckiego obszaru Górnego Śląska), natomiast 384 600 osób (28,5%) podało, że posługuje się językiem niemieckim i polskim.

W XIX wieku, jak pisze Wikipedia, niemal w każdym mieście Górnego Śląska rozbudziło się życie narodowe działaczy polskich. Tak było m.in. w Bytomiu, Chorzowie, Opolu, Raciborzu, Prudniku. W latach 1871-1914 ukazywało się wiele polskich czasopism. W Chorzowie, zwanym wtedy Królewską Hutą, było ich 12, w Bytomiu – 15 (więcej niż niemieckich), w Opolu – 7, w Raciborzu – 6. Powstawały polskie drukarnie, m.in. w Oleśnie, Mikołowie, Cieszynie, Piekarach Śląskich. Podobnie było na Śląsku Cieszyńskim i na Zaolziu. Wygląda więc na to, że ta germanizacja jakaś taka bezzębna i tolerancyjna.

W tamtym czasie pojawiło się też wielu działaczy na rzecz polskości Górnego Śląska. Najbardziej znanym był chyba Wojciech Korfanty. Jego życie oraz kariera, podobne były do losów wielu Polaków z zaboru pruskiego. Ich wspólną cechą było odebranie wyższego wykształcenia w Niemczech. I często nie byli to ludzie, którzy pochodzili z zamożnych rodzin. Do nich należał Korfanty. Jego ojciec był górnikiem.

Korfanty rozpoczął naukę w niemieckiej szkole ludowej. Następnie uczęszczał do katowickiego Gimnazjum Królewskiego, w którym poznał Konstantego Wolnego, przyszłego współautora Statutu Organicznego Województwa Śląskiego i pierwszego marszałka Sejmu Śląskiego. Jego ojciec był kowalem. W 1898 roku Wolny rozpoczął studia na fakultecie medycznym Uniwersytetu Wrocławskiego, ale już na pierwszym roku zmienił kierunek na prawo. Po ukończeniu studiów (1901) pracował jako adwokat na Górnym Śląsku, angażując się jednocześnie politycznie. Po kilkuletniej praktyce sądowej zdał państwowy egzamin asesorski w Ministerstwie Sprawiedliwości w Berlinie. Wraz z Korfantym i Cyrylem Ratajskim (prezydent Poznania, minister spraw wewnętrznych w rządzie Władysława Grabskiego) był aktywny w Towarzystwie Narodowo-Demokratycznym. Gdy pojawia mi się słowo „demokracja”, „demokratyczny”, to od razu zapala mi się czerwona lampka. A więc mamy: ROAD – Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, Platforma Obywatelska. Po jednej stronie mamy Narodową Demokrację, a po drugiej – Piłsudskiego i jego obecny odpowiednik – PiS. Naprawdę w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego, jak twierdził Hajle Syllasje.

Tak więc patriota, zaangażowany w przywrócenie polskości Górnego Śląska, zdaje egzamin asesorski w Berlinie – bardzo dziwne. Z chwilą wybuchu I wojny światowej zostaje prewencyjnie aresztowany i osadzony w twierdzy w Nysie. Następnie przez trzy lata odbywał służbę wojskową w armii pruskiej. Większość czasu spędził w Janowie Podlaskim. Po zdemobilizowaniu w listopadzie 1918 roku osiadł w Bytomiu. To są informacje z Wikipedii. A jak to było z tą demobilizacją? Józef Mackiewicz w swojej powieści Lewa wolna tak to opisuje:

W listopadzie 1918-go roku kordon padł. To, co potem zaczęło się na tych ziemiach, było więc praktycznie nie tyle bezpośrednio skutkiem rewolucji bolszewickiej z 7-go listopada 1917-go roku, lecz bezpośrednim skutkiem rewolucji niemieckiej z 9-go listopada 1918-go roku.

Cesarskie Niemcy pokonane zostały na zachodzie, i dnia 11-go listopada 1918-go roku zmuszone do kapitulacji i podpisania podyktowanych im przez zwycięzców warunków zawieszenia broni. Wszelako paragraf 12-ty tych warunków, który nakazywał wprawdzie Niemcom natychmiastowe wycofanie ich wojsk z Austrii, Węgier, Bułgarii i Turcji, nakazywał im jednocześnie pozostawać gdzie stali w Rosji tak długo, dopóki Alianci ich przebywanie tam będą uważać – „za pożądane ze względu na wewnętrzna sytuację tych terenów”. W ten sposób kordon regularnych wojsk niemieckich, osłaniających przed rewolucją bolszewicką od Narwy po Dniepr, miał być utrzymany w dalszym ciągu, tym razem w dyspozycji zwycięskich mocarstw zachodnich.

Ale nie stało się zadość paragrafowi 12-mu. Dwa dni przedtem, 9-go listopada, w Niemczech wybuchła rewolucja i od razu przerzucać się zaczęła na wojska polowe. Zwoływano mityngi, powstawały „Rady żołnierzy”, gdzieniegdzie zrywano oficerom epolety, odznaki bojowe, krzyże. Wiele oddziałów z czerwonymi kokardami na mundurach, wypowiadało posłuszeństwo dowódcom, demonstracyjnie ruszyło do domów. Kordon wschodni zaczął się kruszyć, łamać i odtaczać w bezładzie na zachód. Tylko najbardziej zdyscyplinowane jednostki zatrzymały się gdzieś na linii Niemna.

O jakiej więc tu demobilizacji mowa? Janów Podlaski to jest dokładnie ten rejon, o którym pisze Mackiewicz. Od stycznia 1919 roku Wolny pełnił funkcję pierwszego prezesa Śląskiej Dzielnicy Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. To bardzo ważna funkcja. „Towarzystwo gimnastyczne” – to brzmi bardzo niewinnie, ale o tym w dalszej części bloga. Teraz wypada nam wrócić do Korfantego.

W gimnazjum Korfanty założył tajne koło, którego celem było szerzenie kultury polskiej i znajomości literatury. Za negatywne wyrażanie się o Ottonie von Bismarcku został w sierpniu 1895 relegowany z klasy maturalnej, którą ukończył w grudniu tego roku, jako ekstern, po interwencji Józefa Kościelskiego, posła do Reichstagu z Wielkopolski. Jeszcze w tym samym roku rozpoczął studia na politechnice w Charlottenburgu (dzielnica Berlina).

Kim więc był Korfanty, skoro interweniuje w jego sprawie poseł do Reichstagu? Józef Kościelski (1845-1911), jak podaje Wikipedia, arystokrata, poeta, dramaturg, wielkopolski działacz polityczny, mecenas sztuki i filantrop. W 1881 roku ożenił się z Marią Bloch, córką bogatego finansisty warszawskiego, Jana Gotliba Blocha. Utrzymywał przyjacielskie stosunki z ks. Wilhelmem, pruskim następcą tronu, późniejszym cesarzem Wilhelmem II. Reprezentował linię polityczną ugody z rządem pruskim.

Jesienią 1896 roku Korfanty przenosi się na Królewski Uniwersytet we Wrocławiu. Studiował na Wydziale Filozoficznym. Studia przerwał na dwa lata, by zarobić pieniądze na dalszą edukację. Zatrudnił się jako korepetytor u litewskiego arystokraty Witolda Jundziłły. Następnie ponownie podjął studia na tym samym wydziale. Zajęcia z ekonomii politycznej miał u profesora Wernera Sombarta, z którym jeszcze przez wiele lat utrzymywał kontakty. Sombart był Żydem, o czym Wikipedia nie wspomina. To ten sam Sombart, którego cytuję w swoich blogach. Ostatnio w blogu „Imperium”. Widać więc, że Korfantym, jeszcze jako młodzieńcem, pochodzącym z dołów społecznych, zaopiekowali się możni ówczesnego świata.

11 września 1902 roku uczestniczy w spotkaniu mającym na celu reaktywację Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” w Katowicach. Na zebraniu wybrano go większością głosów na prezesa tej organizacji. Korfanty udzielał się w „Sokole” również po 1918 roku. Zwłaszcza w okresie przygotowań do powstań śląskich i plebiscytów. Skoro tak aktywnie udzielał się w tym okresie, to znaczy, że były to organizacje paramilitarne, które pod pozorem rozwijania kultury fizycznej przygotowywały się do walk zbrojnych. Podstawowa działalność była jak najbardziej autentyczna, bo wojsko, w takiej czy innej formie, musi być sprawne fizycznie, zdrowe i wytrzymałe. A poza tym takie organizacje zespalały ludzi, uczyły ich współdziałania i współpracy. W potrzebie wystarczyło tylko dostarczyć broń. Pierwsza organizacja sokolska powstała w 1867 roku we Lwowie. Następnie pojawiły się one w całym zaborze pruskim. Wzory przychodziły z Niemiec i Austrii. W organizacjach tych skupiali się ludzie o poglądach endeckich. Teraz jest bardziej zrozumiałe, dlaczego wpływy endecji w II RP ograniczały się do ziem zaboru pruskiego.

Korfanty był w latach 1903-1912 i 1918 posłem do Reichstagu oraz pruskiego Landtagu (1903-1918), w którym przystąpił do Koła Polskiego, podczas gdy śląscy Polacy przystępowali do Niemieckiej Partii Centrum (Zentrum). W 1905 roku zainicjował w Katowicach wydawanie pisma górnośląskiej endecji „Polak”, którego był redaktorem naczelnym i właścicielem.

6 czerwca 1918 roku wygrał wybory uzupełniające do Reichstagu z prawie dwukrotną przewagą nad swoim niemieckim konkurentem. Pomimo że opowiadał się za oderwaniem od Cesarstwa Niemieckiego Śląska, Wielkopolski i części Pomorza, zyskał nawet poparcie Niemców. W latach 1918-1919 był członkiem Naczelnej Rady Ludowej będącej rządem Wielkopolski podczas powstania wielkopolskiego. W 1920 roku był Polskim Komisarzem Plebiscytowym na Górnym Śląsku. Po niekorzystnej dla Polaków interpretacji wyników plebiscytu, proklamował i stanął na czele III powstania śląskiego. Jego decyzje były dziwne i niezrozumiałe. Korfanty nie wierzył w powodzenie powstania, widząc w nim jedynie zbrojną manifestację, która miała polegać na zwróceniu uwagi Komisji Międzysojuszniczej mającej dokonać podziału terenu plebiscytowego pomiędzy Polskę i Niemcy. Dlatego zarządził wstrzymanie walk jeszcze w czasie, gdy inicjatywa na froncie należała do Polaków. Zupełnie tak samo jak Piłsudski w 1920 roku albo w czasie Bitwy na Bzurą w 1939 roku. No to jaka była różnica pomiędzy endekami i piłsudczykami? Czy naprawdę chodziło o Polskę, czy o realizację celów swoich mocodawców? Bo to, że Korfanty też miał takich, to chyba nie ulega wątpliwości, po tym, co powyżej napisałem. Piłsudczycy mieli swoich, a endecy swoich. I nie zdziwiłbym się, gdyby to byli ci sami.

Obrońcy Korfantego twierdzą, że Polacy mieli przewagę w starciach z bojówkami nacjonalistycznymi, ale nie mieliby żadnych szans z regularną armią niemiecką, zaś ostateczną decyzję w sprawie Górnego Śląska i tak podjęła Komisja Międzysojusznicza niezależnie od wyników walk, które mogły stanowić jedynie argument posiłkowy. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że utrata inicjatywy powstańców nastąpiła dopiero po decyzjach Korfantego.

Te wszystkie fakty, które przytaczam czerpię z Wikipedii. Jeśli więc Wikipedia pisze, że obrońcy Korfantego twierdzą, że powstańcy nie mieliby szans z armią niemiecką, to ja się pytam: a skąd miałaby się tam wziąć armia niemiecka? Wojsko niemieckie zostało wycofane po pierwszym powstaniu. Na teren plebiscytowy weszły wojska alianckie: angielskie, włoskie i francuskie.

Były trzy powstania śląskie:

  • I powstanie śląskie od 16 sierpnia do 24 sierpnia 1919 roku
  • II powstanie śląskie od 20 sierpnia do 25 sierpnia 1920 roku
  • III powstanie śląskie od 3 maja do 5 lipca 1921 roku

Pierwsze powstanie przygotowała polska, nielegalna organizacja wojskowa – Polska Organizacja Wojskowa Górnego śląska (POW GŚ). Skierowane było przeciwko niemieckiej administracji i niemieckim właścicielom zakładów przemysłowych. Nie miało ono jasno sprecyzowanych celów i walczono przeciw oddziałom regularnej armii niemieckiej. Słabość polskich oddziałów i brak koordynacji ich działań spowodował jego upadek. Teren walk objął tylko powiaty południowo-wschodnie: rybnicki, pszczyński, bytomski i katowicki.

Drugie powstanie przygotowano staranniej i w krótkim czasie powstańcy opanowali cały górnośląski okręg przemysłowy, z wyjątkiem większych miast, w których stacjonowały wojska alianckie lub silnie oddziały niemieckiej policji bezpieczeństwa. Powstanie zakończyło się po uzyskaniu zapewnień o likwidacji tej policji i powołaniu w jej miejsce polsko-niemieckiej policji plebiscytowej.

Trzecie powstanie było najważniejsze a przyczyną jego wybuchu były wyniki Plebiscytu i ich interpretacja. Dlatego wypada zacząć od niego. Odbył się on w dniu 21 marca 1921 roku. Objął on 1573 gminy prowincji górnośląskiej w powiatach: bytomskim, katowickim, gliwickim, tarnogórskim, rybnickim, pszczyńskim, strzeleckim, opolskim, lublinieckim, kozielskim, kluczborskim, głubczyckim i części powiatu prudnickiego. Głosowano też w niewielkiej części powiatu namysłowskiego, leżącego historycznie i administracyjnie na Dolnym Śląsku. W głosowaniu udział wzięło 1 190 846 uprawnionych. Frekwencja była więc prawie stuprocentowa (głosowało ok. 98% uprawnionych). W wyniku podliczenia głosów w sposób globalny za Polską opowiedziało się 40,4%, a za Niemcami 59,5% uprawnionych do głosowania. Zgodnie z traktatem wersalskim wyniki głosowania powinny być liczone gminami, a nie powiatami, jak to uczyniono. Taki sposób liczenia był korzystniejszy dla Niemców. Gdyby liczono gminami, to wynik byłby 45,1%.

Sposób obliczania wyników głosowania gminami byłby korzystniejszy dla strony polskiej i doprowadziłby do przyłączenia tych gmin do Polski z pozostawieniem gmin głosujących w większości za Niemcami po stronie niemieckiej – od strony technicznej było to jednak utrudnione, gdyż gminy propolskie często tworzyły enklawy wśród gmin proniemieckich i na odwrót.

Źródło: Wikipedia

W pewnym sensie była to kwadratura koła i trudno było znaleźć korzystne dla obu stron rozwiązanie. Komisja Międzysojusznicza przedstawiła dwie propozycje: angielsko-włoską i francuską. Pierwsza zakładała oddanie stronie polskiej tylko niewielkiej części: część powiatu pszczyńskiego, część powiatu rybnickiego i część powiatu katowickiego. Druga – francuska, proponowała oddanie Polsce wszystkich powiatów wschodnich z całym okręgiem przemysłowym.

Kompromisu nie zdołano osiągnąć i przewodniczący Komisji Międzysojuszniczej przesłał Radzie Najwyższej w dniu 30 kwietnia 1921 wykluczające się projekty:

  • proniemiecki, projekt angielsko-włoski (tzw. linia Percival-De Marinis)
  • propolski, projekt francuski (tzw. linia Le Ronda, pokrywająca się z tzw. linią Korfantego).

Plany te, za sprawą Wojciecha Korfantego, polskiego komisarza w Komisji Międzysojuszniczej, przedostały się do opinii publicznej. Stało się to powodem wielkich strajków, w których wzięło udział prawie 190 tys. osób oraz polskiej interwencji dyplomatycznej. Polska propozycja opowiadała się za podziałem Górnego Śląska wzdłuż linii Korfantego. Było to zgodne z propozycją francuską. W związku z tym, że dalsze postanowienia nie były korzystne dla Polaków, Wojciech Korfanty, wbrew zakazowi Warszawy, wydał w dniu 3 maja 1921 roku rozkaz o rozpoczęciu III powstania śląskiego. Był jego dyktatorem.

Przebieg powstania dzieli Wikipedia na cztery fazy:

  • Pierwsza (3-10 maja) – powstańcy opanowali tereny zakreślone „liną Korfantego”.
  • Druga (11-20 maja) – umocnili się na zdobytych rubieżach, broniąc łańcucha opanowanych miejscowości.
  • Trzecia (21 maja – 6 czerwca) – gwałtowne walki podczas kontrakcji niemieckiej. Wtedy to rozegrała się bitwa o Górę Świętej Anny, którą powstańcy utracili, podobnie jak Kędzierzyn, ale nie dopuścili do przerwania linii frontu i wtargnięcia Niemców w głąb okręgu przemysłowego; na południowym odcinku frontu bitwa pod Olzą.
  • Czwarta (7-24 czerwca) – ustanie walk i rozpoczęcie pertraktacji przy pośrednictwie aliantów. Polacy I Niemcy stopniowo wyprowadzali swoje oddziały z terenu plebiscytowego.

Powyższe informacje są sprzeczne z informacjami z zamieszczonej powyżej mapy. Linia opisana, jako wyznaczająca zawieszenie broni 10.05.1921, nie obejmuje Góry Świętej Anny i Kędzierzyna utraconych w fazie trzeciej pomiędzy 21 maja a 6 czerwca. Nie ma też w opisie powstania przez Wikipedię informacji o wstrzymaniu działań przez Korfantego, które podaje pod hasłem „Wojciech Korfanty”. Można jednak z tych opisów wywnioskować, że Korfanty wstrzymał działania na linii zwanej linią Korfantego. Zajął więc więcej niż połowę całego Górnego Śląska i zatrzymał się. Przestraszył się, czy upomnieli go jego mocodawcy?

W blogu „Marzec ’68” pisałem o wojnie sześciodniowej 1967 roku i o tym jak wojska ONZ usunęły się z Półwyspu Synaj, by Żydzi mogli skopać tyłki Arabom. Cyrk! Nieprawdaż? Ale w takim razie, jak nazwać to, co działo się na Górnym Śląsku czasu Plebiscytu? Walczą ze sobą dwa wojska, bo jak je nazwać, skoro oddziały, po obu walczących stronach, zorganizowane są na wzór wojskowy i dowodzą nimi zawodowi wojskowi? I jednocześnie stacjonują tam wojska alianckie: angielskie, francuskie i włoskie. I po co one tam są? Piją herbatkę, wino i opychają się makaronem? To już nie cyrk, to kabaret! Kiedy pisałem blog o „Marcu ’68”, to, opisując sytuację na Półwyspie Synaj, myślałem, że dostrzegłem szczyt absurdu. Jak bardzo się myliłem! Człowiek uczy się całe życie, odkrywa nieznane sobie fakty, a i tak umiera głupi.

Ostatecznie Międzysojusznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa na Górnym Śląsku podjęła 12 października 1921 roku decyzję o jego podziale. Polsce przypadła 1/3 jego terytorium 50% hutnictwa i 76% kopalń węgla. Rada Ambasadorów zaakceptowała tę decyzję 20 października 1921 roku.

Korfanty był jednym z założycieli Frontu Morges (założony w celu walki z sanacją). W kwietniu 1939 roku powrócił do kraju i został aresztowany i osadzony na Pawiaku. Stan jego zdrowia pogarszał się i w związku z tym sędzia śledczy podjął 20 lipca decyzję o jego zwolnieniu. 11 sierpnia przeszedł operację. Jeden z chirurgów, którzy go operowali stwierdził, że owrzodzenia wątroby przypominały uszkodzenia typowe dla zatrucia arszenikiem. Korfanty zmarł nad ranem 17 sierpnia 1939 roku. Cóż można by rzec? Murzyn zrobił swoje i murzyn może odejść. Tak zapewne orzekli jego mocodawcy. Za dużo wiedział i już był niepotrzebny? Ale jego rodzinie pomogli. Skąd taka troska o żonę i dzieci, które zamieszkały w USA? Czyżby pani Elżbieta była Żydówką? Sądząc po tym, jak potoczyły się jej losy po śmierci męża, to chyba tak.

Korfanty został pochowany w grobowcu rodzinnym w Katowicach. Jego żoną była Elżbieta Szprot lub Sprot. Gdy poznała Korfantego była ekspedientką w domu towarowym braci Barasch w Bytomiu. – tak informuje Wikipedia.

Dzień po pogrzebie rodzina wyjechała do Warszawy. We wrześniu 1939 roku postanowili uciec na wschód. Rodzina rozdzieliła się. Kobiety, w tym Elżbieta, oraz dzieci 17 września 1939 roku trafiły w ręce Sowietów wkraczających na ziemie polskie. Po okresie życia w ukryciu w leśniczówce wróciły do Warszawy. Przedostali się do Krakowa, następnie do Wiednia. Pociągiem przez Rzym pojechali do Paryża. Wraz z grupą rodzin członków rządu na uchodźstwie zamieszkali w majątku pod Angers. Następnie popłynęli statkiem do Wielkiej Brytanii. Elżbieta, jako jedyna z rodziny Korfantych, wróciła w 1947 roku do Polski. Zamieszkała z siostrami w Katowicach przy ulicy Szafranka 9. – Tak to opisuje Wikipedia. Jak możliwe były takie eskapady przez całą Europę, takie swobodne przekraczanie granic i gościnność rządu na uchodźstwie dla ludzi z przeciwnego obozu politycznego?

Po wojnie Elżbieta Korfantowa pobierała emeryturę dla zasłużonych (tzw. renta nadzwyczajna). W jej pozyskaniu pomógł jej Karol Estreicher (Kto zacz? – można wyszukać w Wikipedii.). To ciekawe, że w PRL-u zasłużonymi mogli być ci, których oficjalnie uznawał on za swoich wrogów ideologicznych. A jednocześnie istniały w PRL-u emerytury z tzw. starego portfela. To były bardzo niskie, by nie powiedzieć, głodowe emerytury. Otrzymywali je ludzie, którzy część swojego zawodowego życia przepracowali w okresie przedwojennym. Tak PRL karał tych, którzy mieli pecha urodzić się w niewłaściwym czasie. Ale nie wszystkich tak karał. Niektórych wynagradzał.

Mówi się, że powstanie wielkopolskie i powstania śląskie, szczególnie trzecie, zakończyły się zwycięstwem, w odróżnieniu od powstań w zaborze rosyjskim. Powstania w zaborze pruskim wybuchły w tym samym czasie. Czy to był przypadek?To był koniec wojny, Niemcy osłabione. Dobry moment, chciałoby się powiedzieć. Dobry moment, by upokorzyć Niemcy, by chciały w przyszłości odwetu. W końcu alianci zadecydowali w sprawie Górnego Śląska tak, jak chcieli. A chcieli tak, by jedni wyszli na bohaterów, a drudzy pałali żądzą odwetu. Gdyby chcieli, to mogliby to walczące towarzystwo rozgonić albo nie dopuścić do walk. Mieli przecież wojsko. Ale wtedy nie byłoby bohaterów i tych chcących odegrać się. Mam wrażenie, że polityka jest sztuką tworzenia konfliktów, a nie ich usuwania.

Tak więc wychodzi mi na to, że te powstania, które uważamy za zwycięskie, były takimi, ale tylko dlatego, że ktoś wcześniej postanowił, że takimi mają być, tak jak ktoś wcześniej postanowił, że pozostałe „polskie” powstania mają być przegranymi. Nie ma w polityce miejsca na spontaniczność. Wszystko jest z góry zaplanowane. Czy da się w jakiś sposób udowodnić takie twierdzenie? Jeszcze do niedawna byłoby to niemożliwe i wszystko musiałoby pozostać w sferze domysłów. Jednak od roku mamy dowód na to, że w polityce nie ma przypadków, że wszystko jest wcześniej planowane, znacznie wcześniej niż nam się wydaje. „Pandemia” jest tego dowodem. Na bieżąco widzimy też, jak planują nam kolejne fale zakażeń, a następnie je wygaszają, jak planowo niszczą gospodarkę, a później tworzą fundusze odbudowy. Tu nie ma miejsca na przypadek i spontaniczność. A skoro tak, to znaczy, że i wcześniej nic nie działo się przypadkiem. A więc wszystkie te wojny, rewolucje, powstania ktoś wcześniej planował. Któż to mógł być?

Czym więc było III powstanie śląskie? Wywołał je człowiek, który, jeśli nie był masonem, to był od nich zależny. Zajął połowę Górnego Śląska i wstrzymał działania? Ostatecznie Polsce przyznano około 1/3 spornego obszaru. Czy gdyby nie było tego powstania, to podział byłby inny? Czy Komisja Międzysojusznicza rzeczywiście była podzielona w kwestii podziału Górnego Śląska, czy tylko stwarzano takie pozory?

Konstytucja 3 maja c.d.

3 maja to święto Konstytucji uchwalonej 3 maja 1791 roku. A więc w tym roku przypada okrągła rocznica. To już 230 lat mija. Chlubimy się tym, że była to pierwsza w Europie i druga na świecie, po konstytucji amerykańskiej z 1787 roku, spisana konstytucja. Czy rzeczywiście jest to powód do dumy? Jej celem była naprawa wadliwego ustroju Rzeczypospolitej Obojga Narodów opartego na wolnej elekcji i demokracji szlacheckiej.

Tekst Konstytucji jest dostępny na stronie sejmowej, więc każdy zainteresowany może zapoznać z nim. Możemy m.in. wyczytać, że dynastią panującą miała być dynastia saska. Chłopi nadal w praktyce pozostawali niewolnikami, natomiast wszyscy przybywający i ci powracający mogli cieszyć się pełną wolnością. Ponad 70% narodu zostało potraktowane gorzej niż obcy. I jeszcze to idiotyczne uzasadnienie, że dla zamknięcia na zawsze wpływów mocarstw zagranicznych, elektor saski w Polsce królować będzie. Poniżej rozdział IV i VII:

IV. Chłopi i włościanie

Lud rolniczy, spod którego ręki płynie najobfitsze bogactw krajowych źródło, który najliczniejszą w narodzie stanowi ludność, a zatem najdzielniejszą kraju siłę, tak przez sprawiedliwość, ludzkość i obowiązki chrześcijańskie, jako i przez własny nasz interes dobrze zrozumiany, pod opiekę prawa i rządu krajowego przyjmujemy, stanowiąc, iż odtąd jakiebykolwiek swobody, nadania lub umowy dziedzice z włościanami dóbr swoich autentycznie ułożyli, czyliby te swobody, nadania i umowy były z gromadami, czyli też z każdym osobno wsi mieszkańcem zrobione, będą stanowić wspólny i wzajemny obowiązek, podług rzetelnego znaczenia warunków i opisu zawartego w takowych nadaniach i umowach, pod opiekę rządu krajowego podpadający. Układy takowe i wynikające z nich obowiązki, przez jednego właściciela gruntu dobrowolnie przyjęte, nie tylko jego samego, ale i następców jego lub prawa nabywców tak wiązać będą, iż ich nigdy samowolnie odmieniać nie będą mocni. Nawzajem włościanie jakiejkolwiek bądź majętności od dobrowolnych umów, przyjętych nadań i z nimi złącznych powinności usuwać się inaczej nie będą mogli, tylko w takim sposobie i z takimi warunkami, jak w opisach tychże umów postanowione mieli, które, czy na wieczność, czyli do czasu przyjęte, ściśle ich obowiązywać będą. Zawarowawszy tym sposobem dziedziców przy wszelkich pożytkach od włościan im należących, a chcąc jak najskuteczniej zachęcić pomnożenie ludności krajowej, ogłaszamy wolność zupełną dla wszystkich ludzi, tak nowo przybywających, jak i tych, którzy by, pierwej z kraju oddaliwszy się, teraz do ojczyzny powrócić chcieli, tak dalece, iż każdy człowiek do państw Rzeczypospolitej nowo z którejkolwiek strony przybyły lub powracający, jak tylko stanie nogą na ziemi Polskiej, wolnym jest zupełnie użyć przemysłu swojego, jak i gdzie chce, wolny jest czynić umowy na osiadłość, robociznę lub czynsze, jak i dopóki się umówi, wolny jest osiadać w mieście lub na wsiach, wolny jest mieszkać w Polsce lub do kraju, do którego zechce, powrócić, uczyniwszy zadosyć obowiązkom, które dobrowolnie na siebie przyjął.

VII. Król, władza wykonawcza

Tron Polski elekcyjnym przez familje (rodziny, rody, dynastie) mieć na zawsze chcemy i stanowimy. Doznane klęski bezkrólewiów, perjodycznie rząd wywracających, powinność ubezpieczenia losu każdego mieszkańca ziemi Polskiej i zamknięcie na zawsze drogi wpływów mocarstw zagranicznych, pamięć świetności i szczęścia ojczyzny naszej, za czasów familij ciągle panujących, potrzeba odwrócenia od ambicji tronu obcych i możnych Polaków, zwrócenia do jednomyślnego wolności narodowej pielęgnowania, wskazały roztropności naszej oddanie tronu polskiego prawem następstwa. Stanowimy przeto, iż po życiu, jakiego nam dobroć Boska pozwoli, elektor dzisiejszy Saski w Polsce królować będzie. Dynastja przyszłych królów polskich zacznie się na osobie Fryderyka Augusta, dzisiejszego elektora Saskiego, którego sukcesorem de lumbis (legalnie zrodzonym, z prawego łoża) z płci męskiej tron Polski przeznaczamy. Najstarszy syn króla panującego po ojcu na tron następować ma. Gdyby zaś dzisiejszy elektor Saski nie miał potomstwa płci męskiej, tedy mąż przez elektora, za zgodą stanów zgromadzonych córce jego dobrany, zaczynać ma linią następstwa płci męskiej do tronu Polskiego. Dla czego Marię Augustę Nepomucenę, córkę elektora, za infantkę Polską deklarujemy, zachowując przy narodzie prawo, żadnej preskrypcj (ograniczeniu) podpadać nie mogące, wybrania do tronu drugiego domu po wygaśnięciu pierwszego.

Trudno powiedzieć, czy ci, którzy ją pisali i zatwierdzali, wierzyli w to, że ona wejdzie w życie. Wszak była ta konstytucja dziełem masonów i wcale się z tym nie kryli, o czym świadczy medal wybity w 1791 roku z okazji uchwalenia Konstytucji 3 maja.

Źródło: Wikipedia

Zastanawiając się nad tą Konstytucją i przyczynami, dla których zdecydowano się na naprawę ustroju, nie sposób nie zadać sobie pytania: Kto i po co stworzył tak idiotyczny ustrój jak demokracja szlachecka? To był ustrój Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Stworzono go właśnie na potrzeby tego państwa. Filarami demokracji szlacheckiej były:

  • liberum veto
  • wolna elekcja
  • konfederacja

Połączono ze sobą dwa różne państwa, o różnych stopniach rozwoju gospodarczego i kulturowego, o odmiennych, wrogich sobie wyznaniach. Jakby ktoś z góry sobie zaplanował, że będzie to obszar, na którym będzie można realizować swoje ukryte cele. No bo, po co połączono te dwa, tak różne, państwa? Po to, by 100 lat później dokonać pierwszego rozbioru? Tak się stało po wojnach szwedzkich. W wyniku wojny ze Szwecją Rzeczpospolita traci:

  • Prusy: uzyskują samodzielność
  • Inflanty

W wyniku wojny z Rosją Rzeczpospolita traci:

  • województwo smoleńskie
  • województwo czernihowskie
  • połowę województwa kijowskiego (250 tys. km kwadr.)
  • Zaporoże zostaje uznane za kondominium Polski i Rosji

Jeśli to nie jest rozbiór, to co to jest? Rzeczypospolita staje się terenem ścierania interesów różnych państw, które starają się je realizować poprzez swoich stronników. W 1764 roku dochodzi do wojny domowej po śmierci Augusta III Sasa. Walczą ze sobą dwa stronnictwa: stronnictwo sasko-republikańskie (hetmańskie) Branickiego i Radziwiłła Panie Kochanku z obozem Familii, wspieranym przez Rosję. Stronnictwo hetmańskie opowiedziało się za przeprowadzeniem wolnej elekcji, nie wyłączając żadnego kandydata do tronu. Opowiedziało się ono również za utrzymaniem obowiązującego ustroju. Stronnictwo Familii popierało Stanisława Augusta Poniatowskiego i dążyło do zmiany ustroju, nawet na drodze zamachu stanu.

Wyborem króla miał się zająć sejm konwokacyjny, zwoływany przez prymasa w czasie bezkrólewia. Zanim jeszcze doszło do jego zwołania, hetman wielki litewski Michał Józef Massalski za 40 tys. rubli wpuścił w 1764 roku wojska rosyjskie do kraju. Któż więc dbał o bezpieczeństwo tego kraju? Jeśli jakiś hetman decyduje o tym, czy wpuścić obce wojska do kraju, to to jest kabaret, a nie państwo! Wojska mieli hetmani. A państwo? Co miało państwo? I ci hetmani, mający prywatne wojska, walczyli między sobą o to, kto zostanie marionetkowym królem tego śmiesznego państwa.

Wybory na sejmikach przedkonwokacyjnych nie dały przewagi żadnemu ze stronnictw. Dochodziło do starć zbrojnych. Obie strony liczyły, że uzyskają przewagę na sejmiku generalnym w Grudziądzu. Ale sejmik ten, otoczony przez wspierających Andrzeja Poniatowskiego (brat Stanisława) żołnierzy rosyjskich, nie doszedł do skutku.

Na Radzie Senatu w Warszawie Hetman Branicki i grupa senatorów bezskutecznie żądali od przekupionego przez Rosjan prymasa Władysława Aleksandra Łubieńskiego, by odroczył sejm konwokacyjny z powodu obecności wojsk obcych, podwójnego wyboru posłów i niedojścia do skutku sejmiku generalnego pruskiego i by zwołał pospolite ruszenie. Z kolei Familia wysłała list pokorny do Katarzyny II, w którym wyrażała wdzięczność za przysłanie wojsk rosyjskich.

Na sejm konwokacyjny Radziwiłł Panie Kochanku przybył w towarzystwie około 7 tysięcy ludzi, a Czartoryscy mieli ich około 4 tysięcy. Wojsko rosyjskie ściągnęło do stolicy armaty. 7 maja 1764 roku żołnierze rosyjscy i z ci oddziałów Familii obsadzili Zamek Królewski, w którym miał obradować sejm konwokacyjny, i prowadzące do niego ulice oraz Krakowskie Przedmieście. Obecni byli oni przy wejściu do sali obrad, a nawet zajęli miejsca dla publiczności.

Uczestnikami sejmu konwokacyjnego byli tylko stronnicy Familii, gdyż stronnicy partii hetmańskiej wycofali się z Warszawy 7 maja. Sejm konwokacyjny był sejmem skonfederowanym. Przeprowadził on reformy zmieniające ustrój Rzeczypospolitej.

7 sierpnia Prusy i Rosja wydały deklarację zalecającą wybór stolnika litewskiego Stanisława Poniatowskiego. 27 sierpnia rozpoczął się sejm elekcyjny.  Oddziały rosyjskie odsunięto na 3 mile od stolicy, porządku w mieście strzegło kilka tysięcy żołnierzy Czartoryskich na żołdzie cesarzowej rosyjskiej. Stanisław August Poniatowski, znienawidzony przez większość szlachty, został wybrany królem Polski jedynie przez 5584 elektorów. Było to około 1/5 wszystkich elektorów. Natomiast w obradach sejmu uczestniczyło tylko 80 posłów, a powinno 300 oraz 7 senatorów zamiast 136.

Sejm konwokacyjny dokonał zmiany ustroju. Zlikwidował m.in. liberum veto w sprawach dotyczących podatków i skarbu, wprowadził zakaz przysięgania posłów na instrukcje poselskie, zlikwidował Sejm Czterech Ziem, ograniczył liczebność wojsk magnackich do 300 żołnierzy, zlikwidował cła prywatne, wprowadził cło generalne do skarbu państwowego. Wprowadził jeszcze wiele innych pożytecznych zmian. Cóż z tego, skoro sejm repninowski, obradujący w latach 1767-68 anulował wszystkie te zmiany i przywrócił stan poprzedni. Tyle są warte reformy przeprowadzane w kraju, który jest całkowicie uzależniony od sąsiadów, szczególnie tych, których wojska przebywają na terenie takiego kraju.

Konfederacja barska (1768-72), skierowana przeciwko królowi i wojskom rosyjskim, staje się zapewne pretekstem do I rozbioru. Później mamy prawie 20 lat spokoju. I nagle państwo atrapa zdobywa się na wyjątkowe rozwiązania: Sejm Czteroletni (1788-92) i Konstytucja 3 maja. Dlaczego akurat wtedy, gdy podobne rozwiązania wprowadzono, na krótko, na sejmie konwokacyjnym 1964 roku? Chyba tylko po to, by Prusy i Rosja miały wytłumaczenie, by nie interweniować we Francji czasu rewolucji.

Dziś 3 maja, z racji Konstytucji, jest świętem narodowym, tylko jakiego narodu? – chciałoby się zapytać. Co z tego, że paru masonów napisało jakąś konstytucję, której i tak nie można było wprowadzić w życie z tej prostej przyczyny, że państwo, którego miała dotyczyć nie było niepodległe i nie miało środków do tego, by tego dokonać. Państwo, które było zlepkiem udzielnych księstw paru magnatów, dysponujących własnym wojskiem. Państwo, które było parodią państwa i pośmiewiskiem na całą Europę. I nie ma powodu, by się obrażać. Polska, jako państwo i naród została, poprzez tę idiotyczną unię polsko-litewską, unicestwiona. Wielkie Księstwo Litewskie i jej rody zdominowały Koronę. Element wschodni i inny, napływowy, zyskał przewagę. Z dawnej Polski niewiele pozostało. Może tylko język.

Konstytucja 3 maja nie weszła w życie, ale jedno jej prawo obowiązuje w obecnej „Polsce”: chcąc jak najskuteczniej zachęcić pomnożenie ludności krajowej, ogłaszamy wolność zupełną dla wszystkich ludzi, tak nowo przybywających, jak i tych, którzy by, pierwej z kraju oddaliwszy się, teraz do ojczyzny powrócić chcieli, tak dalece, iż każdy człowiek do państw Rzeczypospolitej nowo z którejkolwiek strony przybyły lub powracający, jak tylko stanie nogą na ziemi Polskiej, wolnym jest zupełnie użyć przemysłu swojego, jak i gdzie chce, wolny jest czynić umowy na osiadłość, robociznę lub czynsze, jak i dopóki się umówi, wolny jest osiadać w mieście lub na wsiach, wolny jest mieszkać w Polsce lub do kraju, do którego zechce, powrócić, uczyniwszy zadosyć obowiązkom, które dobrowolnie na siebie przyjął.

Ci nowo przybyli mieli mieć więcej praw od ponad 70% ludzi zamieszkujących ten kraj. Mieli wolność, której tamci nie mieli. Dziś nowo przybyli też są uprzywilejowani w stosunku do wielu tu mieszkających. To taki kamyczek do ogródka tych, którzy w to „święto narodowe” wywieszają flagi narodowe.

Imperium

Mówi się, że ogon wywija psem, mając na myśli relacje Izrael – USA. To jest oczywiście możliwe tylko i wyłącznie dlatego, że Żydzi zdominowali Amerykę. To wie każdy, kto choć trochę interesuje się polityką. Ale jak do tego doszło? Na to pytanie nikt nie stara się odpowiedzieć, bo też wszelkie fora internetowe i tym podobne wynalazki nie są odpowiednim miejscem do tego typu rozważań. Zresztą, poważniejsze opracowania też unikają tego tematu, co nie dziwi – wszyscy na kolanach.

Trzeba było mieć jakąś szerszą perspektywę, by w nowo odkrytym lądzie dostrzec jego potencjał i przyszłość. A któż miał taką perspektywę? Żydowski ekonomista Werner Sombart (1863-1941), cytowany przez Adolfa Nowaczyńskiego w jego książce Mocarstwo anonimowe, pisze:

»Przy ustalaniu rzeczywistego udziału Żydów w życiu gospodarczym z konieczności napotykamy fakt, który jest najtrudniejszą w tym względzie przeszkodą, że wielu bardzo żydów ukrywa się pod postacią chrześcijan jedynie dlatego, że albo sami, albo też ich przodkowie kiedyś się wychrzcili

O żydach portugalsko-hiszpańskiego pochodzenia, zamieszkujących południową Francję w 15 i 16 stuleciu i później, dowiadujemy się np., co następuje: Wykonywali wszystkie obrzędy zewnętrzne religii katolickiej, ich narodziny, śluby, zgony zapisywane były do ksiąg kościoła, który udzielał im sakramentów chrześcijańskich chrztu, małżeństwa i ostatniego namaszczenia. Niektórzy z nich nawet wstąpili do klasztoru i zostali kapłanami…

Nie należy nigdy zapominać, że tego samego dnia, kiedy Kolumb rozwinął żagle, aby odkryć Amerykę (3 sierpnia 1492 r.), około 300.000 żydów, jak mówią wywędrowało z Hiszpanii do Nawarry, Francji, Portugalii i na Wschód, a w tych latach, kiedy Vasco da Gama odkrywał drogę morską do Indyj Wschodnich, zostali żydzi wygnani i z innych części półwyspu Pirenejskiego. Dziwny traf połączył czasowo te dwa równoznaczne w swoim rodzaju wydarzenia: odkrycie nowych części świata i potężną wędrówkę ludności żydowskiej…

W początku osiemnastego stulecia liczba „wygnańców” dochodzi w samym Amsterdamie do 2400. Już w połowie siedemnastego stulecia moralny ich wpływ jest bardzo znaczny: teoretycy i filozofowie państwowi wskazują na staro-hebrajskie państwo, jako na wzór, według którego powinien się ukształtować ustrój Holandji. Amsterdam z tej epoki, został przez samych Żydów nazwany nową, wielką Jerozolimą…

Wiemy, że zarządca jeneralny holenderskiej kompanii wschodniej, który jeśli nawet nie był założycielem panowania holenderskiego na Jawie, to na pewno był tym, który panowanie to najbardziej umocnił, nazywał się Cohn (Caen). Przeglądając portrety tych urzędników holenderskiej kompanii wschodnio-indyjskiej, z łatwością możemy się przekonać, że ów Cohn nie był jedynym zarządcą – żydem. Spotykamy żydów również na urzędach dyrektorów kompanji wschodnio-indyjskiej, krótko mówiąc, we wszystkich przedsiębiorstwach kolonialnych…

Zapewniają dalej, że podkład materialny dla ekspedycji Kolumba dany był przez żydów: żydowskie pieniądze umożliwiły Kolumbowi odbycie dwóch pierwszych jego podróży. Pierwszą odbył za pożyczone pieniądze od Ludwika de Santangel, radcy królewskiego. Do Santangela, właściwego protektora ekspedycji Kolumba, adresowane są też pierwszy i drugi list jego; do niego i do skarbnika Aragonji, Gabriela Sanchez, maronity…

Lecz dalej: na okręcie Kolumba znajdowało się kilku żydów i pierwszym Europejczykiem, jaki wstąpił na ziemię amerykańską był żyd, Ludwik de Torres.«

Czytanie starych tekstów ma wiele zalet, a jedną z nich jest to, że poznajemy stare słowa, które wychodzą z użycia lub są zastępowane nowymi, których definicje nie do końca pokrywają się ze starymi. Mamy więc słowo „wychrzcić”. Internetowy słownik PWN odsyła do hasła „przechrzcić”, któremu nadaje dwa znaczenia: 1. «ochrzcić kogoś według innego obrządku niż ten, według którego był chrzczony przedtem»; 2. «nadać czemuś inną nazwę, zmienić komuś imię lub nazwisko» i do hasła „przechrzcić się”: 1. «zmienić wyznanie», 2. «zmienić swoje imię lub nazwisko, swoją nazwę», 3. «zmienić radykalnie swoje poglądy». W moim Małym słowniku języka polskiego PWN z 1968 roku nie ma słowa „przechrzcić”. Jest słowo „wychrzta”, które ten słownik tak definiuje: dziś rzadkie «ten, kto przeszedł z innej religii na religię chrześcijańską i przyjął chrzest (zwykle o Żydach)».

Tak więc słowo wychrzcić ma się tak do słowa ochrzcić, jak słowo wyszczepić do słowa szczepić. Wychrzcić oznacza pewien fałsz, bo gdyby chrzest Żydów był autentyczny, to nie powstałoby takie słowo. Gdy wpisuję do słownika internetowego PWN słowo wyszczepić, to pojawia mi się komunikat: Czy chodziło Ci o: szczepić, wszczepić, wyczepić, wyszczerbić. Poniżej pojawia się inny komunikat: Kliknij, aby zobaczyć wyszczepić w Poradni Językowej PWN. Klikam i widzę:

Wyszczepić – wyszczepiać

„Czy forma wyszczepiać jest nowa? Dotychczas ludzie się szczepili. Wyszczepiać jak wykańczać.”

Serdecznie pozdrawiam.

Czyżby w redakcji Słownika PWN pracowali Polacy? Tak więc Żydzi są wobec nas szczerzy, powiedziałbym nawet, że aż do bólu szczerzy. Używają słowa, które pozornie oznacza szczepienie, ale tylko pozornie, tak jak ich chrzty były pozornymi.

To była jednak tylko dygresja i trzeba wrócić do głównego wątku: dlaczego ogon wywija psem? Wypada zacząć od samego początku i zadać sobie pytanie: skąd się wziął ten pies? Kazimierz Dziewanowski, skoligacony z jednym z dowódców szwoleżerów spod Somosierry, Janem Dziewanowskim, w swojej książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie (1996), pisze:

»„Mayflower” znaczy: kwiat majowy. Ale znaczy to też o wiele więcej. W historii Ameryki liczy się od niego wszystko: dzieje podboju kontynentu i dzieje amerykańskiej demokracji, historia anglojęzycznej cywilizacji w Nowym Świecie i początek największej potęgi gospodarczej, jaką kiedykolwiek znał świat. Od stu jeden pasażerów tego statku, którzy pewnego dnia w listopadzie 1620 roku ujrzeli piaszczyste brzegi przylądka Cape Cod (czyli Przylądka Dorszowego) i runęli na kolana na deski pokładu, aby chwalić Boga, że przeprowadził ich przez gniewny ocean – od nich właśnie wywodzi się (albo udaje, że tak jest) wiele najszacowniejszych rodzin współczesnej Ameryki. Tych stu jeden przybyszów czczonych jest w dzisiejszej Ameryce tak, jak w starożytnym Rzymie czczeni byli dwaj legendarni założyciele miasta: Romulus i Remus.

Owego listopadowego dnia u wybrzeży Cape Cod część podróżnych żarliwie i z uniesieniem dziękowała Bogu za szczęśliwe zakończenie ich długiej podróży. Ale inni wcale się nie radowali. Uważali, ze ich oszukano. Umowa przewidywała, że będą dowiezieni do wybrzeży Wirginii, gdzie istniała już spora osada, byli cywilizowani ludzie, którzy mieszkali w cywilizowanych domostwach. A tutaj był dziki brzeg bez śladu człowieka. Przybyli znacznie dalej na północ, gdzie panował ostrzejszy klimat, odmienny od łagodnego klimatu Wirginii. Uważali więc, że wprowadzono ich w błąd – i to nie przez przypadek, ale celowo. Ale czemu miano ich oszukać i któż by to zrobił?

Ci właśnie, którzy najgoręcej dziękowali teraz Bogu, trzydziestu pięciu (niektórzy podają, ze pięćdziesięciu jeden) pielgrzymów, członków sekty protestanckiej będącej w ostrym konflikcie z papiestwem i jezuitami, ale też i z Kościołem anglikańskim i monarchią; pogodzonych z Bogiem, ale skłóconych z niemal wszystkimi jego wyznawcami. To oni skierowali statek bardziej na północ, gdzie nie sięgała władza ani Korony, ani nawet Kompanii Wirgińskiej.

Cofnijmy się nieco wstecz. W roku 1607 pastor John Robinson i jego prawa ręka, niejaki William Brewster, stanęli na czele pierwszej emigracji pielgrzymów. Wyprowadzili swą kongregację z miejscowości Scrooby w hrabstwie Nottinghamshire za morze – do Europy. Uważali, że w Anglii nie ma już dla nich miejsca, albowiem Kościół anglikański był ich zdaniem zbyt podatny na wpływy papistów i nie różnił się wiele od ówczesnego Kościoła katolickiego, równie jak on nietolerancyjnego dla innowierców. Oni zaś, najczystsi wyznawcy nie sfałszowanego Boga, nie darmo nazwani purytanami, nie byli skłonni do kompromisów w sprawach wiary. Wyruszyli więc na Kontynent, do Niderlandów, jedynego znanego im kraju, który tolerował wszystkich.

Osiedli najpierw w Amsterdamie, a później przenieśli się do Lejdy. Przez dziesięć lat żyli tam spokojnie, nie mieszając się z innymi sąsiadami, tak samo jak zwykli to czynić w Anglii. Jednak sąsiedzi interesowali się nimi i nieraz zakłócali im spokój, choć do żadnych prześladowań w Niderlandach nie dochodziło. Ale niełatwo było obcym ludziom zarobić na życie w tym gęsto zaludnionym kraju. I wreszcie pielgrzymi zaczęli się obawiać, że ich dzieci wkrótce przestaną czuć się Anglikami. Pomyśleli więc o przeniesieniu się gdzieś daleko, gdzie byliby sami, z dala od obcych wpływów. Najpierw rozważali pomysł założenia osady w Gujanie, potem wystąpili do Kompanii Wirgińskiej o zgodę na osiedlenie się na jej terytorium, jednak z dala od Jamestown. Uzyskano ją dość łatwo, podobnie jak i zgodę Korony, o co przezorni pielgrzymi również się postarali. Atoli zezwolenie królewskie nie wymieniało wyraźnie ich prawa do odrębności religijnej.«

Tu wypada przerwać ten cytat i posłużyć się innymi, by zrozumieć, kim byli purytanie i ci pielgrzymi, którzy najpierw przenieśli się do Niderlandów, a dopiero później wywędrowali do Ameryki. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

»W Zurychu działał reformator Zwingli i tak, jak w Niemczech, tak i w Szwajcarii reformacja posiadała swoje lewe skrzydło w tajnych związkach waldensów, którzy na tamtejszym gruncie przybrali nazwę anabaptystów.

Nauki anabaptystów zaczerpnięte były z ducha żydowskiego i przeszczepione sztucznie na grunt wierzeń chrześcijańskich. Przyjęli przede wszystkim od żydów tak, jak „marzyciele z Zwickau”, marzenia mesjańskie.

Centrum anabaptyzmu stał się teraz Strasburg, a rolę proroczą Jana Huta wziął na siebie Melchior Hofman i ogłosił, że Strasburg zmieni się wkrótce w Jerozolimę niebieską i to już w r. 1533. Hofman podążył potem do Niderlandów, gdzie rozszerzył organizację rewolucyjną. Niderlandy zostały naówczas przez Karola V połączone z koroną hiszpańską i reformacja nie mogła tam znaleźć dostępu. Za to tajne związki anabaptystów rozkrzewiły się pod ziemią. Główna gmina ich powstała w Amsterdamie. W Niderlandach wybił się na przywódcę sekciarzy Jan z Lejdy. Wśród anabaptystów niderlandzkich rozgłoszono, że „Pan potępił Strasburg za jego niedowiarstwo, a na jego miejsce wybrał Monaster (Muenster) na nową Jerozolimę.

Korzystając z odpadnięcia Niderlandów od Hiszpanii, które tak popierał Józef Nassi, znajdują sobie marrani portugalscy znakomitą siedzibę w Amsterdamie (1593 r.), gdzie pozwalają im powracać bez przeszkód na judaizm. Dzięki majątkom portugalskich żydów wydziera Holandia handel zamorski z rąk Portugalczyków i staje się bogatym krajem.

Katolicki król hiszpański, Filip II „doczekał się jeszcze, że dwa narody, których najbardziej nienawidził i najkrwawiej prześladował: Niderlandczycy i żydzi, podały sobie niejako rękę do zniszczenia jego dzieła”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Amsterdam stał się dla żydów nową Jerozolimą. Tu działał Abraham Zacuto Lusitano, zaufany doradca palatyna Fryderyka, który swym królestwem zimowym rozpoczął wojnę trzydziestoletnią. Tu wywierał na bieg wypadków w Europie potężny wpływ Manasse ben Izrael (ur. 1604, zm. 1657 r.), jeden z aktorów rewolucji Cromwellowskiej w Anglii. Tutaj żył, pisał i skupiał koło uczonych chrześcijańskich żydowski filozof, Baruch Spinoza.

Ruch purytański zanieśli bowiem do Anglii w XVI w. anabaptyści, ci sami, co fundowali „Nową Jerozolimę” w Monastyrze pod władzą Jana z Lejdy, dobrowolnego wykonawcy wyroków śmierci. Toteż sympatie dla Izraela nie były wcale platoniczne. Nie zapominajmy, że żydów oficjalnie w Anglii nie było, jeszcze w r. 1290 zostali wygnani z wyspy. Co najwyżej nieliczni marrani, bardzo się kryjący przed okiem niepowołanym, bardziej jeszcze niż w Hiszpanii, opanowanej inkwizycją, mogli się byli przyczaić i trwać przez pokolenia. Marranów hiszpańskich do połowy XVI w. do kraju nie puszczano. A tu teraz chrześcijanie sami stają się dzięki reformacji nie już półżydami, ale wprost żydami nieobrzezanymi.

Toteż purytanie „dawali na chrzcie swym dzieciom imiona patriarchów i wojowników hebrajskich. Przekształcili święto tygodniowe, które kościół obchodzi na pamiątkę Zmartwychwstania, w sabat judejski”. – Macuaulay Historia Anglii.

W ten sposób kalwinizm, zlawszy się na gruncie angielskim z anabaptyzmem, dał w wyniku purytanów, o których znany poeta niemiecki, żyd Henryk Heine tak pisał: „Czyż protestanccy Szkoci nie są hebrajczykami, których imiona brzmią biblijnie, których śpiew religijny nawet brzmi nieco po jerozolimsku i po faryzejsku, których religia jest judaizmem, tylko żrącym wieprzowinę?”.

Ducha żydowskiego purytanizm czerpał tak samo z kalwinizmu jak z anabaptyzmu. W r. 1608 pojawia się książeczka „Der calvinische Judenspiegel”, którą cytuje Sombart:

„Jeżeli mam pod przysięgą podać dowód i przyczynę, dla której zostałem kalwinem, to muszę wyznać, że nic innego nie skłoniło mnie do tego, jak to, że między wyznaniami nie da się znaleźć takiego, które by tak dokładnie zlewało się z judaizmem i którego odpowiedzi, tyczące wiary i życia, byłyby tak z nim identyczne”. – Werner Sombart Die Juden und das Wirtschaftsleben.

Rzeczywiście głębsza analiza wiary i etyki kalwińskiej, a już szczególnie purytańskiej, daje w rezultacie judaizm.

„To pokrewieństwo i ta tożsamość nie ulegają żadnej wątpliwości i jesteśmy w prawie wywnioskować, jak to czyni wyraźnie wybitny ekonomista (Sombart – przyp. autora), że purytanizm to judaizm”. – George Batault Kwestia żydowska.«

Na podstawie powyższych, luźno przeze mnie wybranych cytatów, łatwiej chyba zrozumieć relacje Anglików i Amerykanów z Żydami. Jeśli więc ogon wywija psem, to ten pies jest bardzo z tego powodu zadowolony.

A tak przy okazji to warto wiedzieć, że kalwinizm w Rzeczypospolitej Obojga Narodów okresu reformacji był trzecim wyznaniem w ogóle (po katolicyzmie i prawosławiu) oraz dominującym wyznaniem protestanckim wśród szlachty polskiej i litewskiej.

A teraz już można wrócić do Dziewanowskiego i jego książki:

»Najtrudniejszym problemem były finanse. Pielgrzymi byli ludźmi ubogimi, nie mogli sobie pozwolić na opłacenie podróży ani na niezbędne z początku inwestycje. W końcu znaleźli w City zasobnych patronów, co w tym czasie nie było wcale łatwe, albowiem rozmaite przedsięwzięcia kolonizacyjne i związane z tym różnorakie katastrofy pochłonęły już tyle kapitałów, że finansjera londyńska przeżywała na razie okres nieufności i wyczekiwania. Jednakże znalazła się grupa kapitalistów, którzy interesowali się rybołówstwem i handlem futrami na wybrzeżach Nowej Anglii – ci skłonni byli zaryzykować. Utworzono spółkę akcyjną, która wyłożyła niezbędne sumy, zaś pielgrzymi zobowiązali się wnieść swoją pracę. Po siedmiu latach przewidywano likwidację spółki. Pożyczone pieniądze miały być do tego czasu spłacone wraz z procentem. Gwarancję stanowiło całe mienie kolonistów. Szóstego września 1620 roku z Plymouth w Anglii wyruszyła pierwsza grupa emigrantów na pokładzie „Mayfower”: stosiedemdziesięciotonowego statku, używanego uprzednio do przewozu wina z portów śródziemnomorskich do Anglii. Tylko trzydziestu paru spośród pasażerów stanowili pielgrzymi, reszta byłą przygodną zbieraniną, jak zwykle w ówczesnych wyprawach. I ci właśnie, przypadkowi amatorzy wielkiej podróży, uznali się za oszukanych. Podejrzewali (chyba nie bez racji), że organizatorzy podróży nigdy nie zamierzali wylądować w pobliżu ludzkich osiedli w Wirginii, od początku natomiast chcieli wybrać miejsce możliwie odległe, gdzie nikt nie mieszałby się do ich modłów, obrzędów i obyczajów. Należy wspomnieć, że człowiek, który był duszą tej wyprawy, pastor Robinson, nie mógł z nimi wyruszyć, prawdopodobnie ze względów zdrowotnych. Na jego miejsce gubernatorem obrano Johna Carvera, a gdy zmarł w kilka miesięcy później, Williama Bradforda, który zasłynął jako kronikarz i historyk nowej kolonii.«

Nie wszystko, co pisze Dziewanowski w powyższym fragmencie, zgadza się z tym, co pisze angielska Wikipedia. Przede wszystkim pastor Robinson został nie z powodu choroby, tylko dlatego, że chciał się opiekować tymi, którzy pozostali na miejscu, bo w pierwszej wyprawie wzięli udział najmłodsi i najsilniejsi. A więc nie było też tam przypadkowych amatorów wielkich podróży.

Robinson wyjaśniając swoim wiernym, dlaczego powinni wyemigrować, posłużył się przykładem Izraelitów, którzy powrócili z niewoli babilońskiej do Jerozolimy, by tam zbudować swoją świątynię. „Pielgrzymi i purytanie faktycznie nazywali siebie Bożym Nowym Izraelem” – pisze Peter Marshall. Dlatego oczywistym przeznaczeniem pielgrzymów i purytanów było zbudowanie w podobny sposób „duchowego Jeruzalem” w Ameryce.

Kiedy nadszedł czas rozstania, starszy dowódca statku, Edward Winslow, opisał scenę rozdzielania rodzin: „Wylała się powódź łez. Ci, którzy zostali, towarzyszyli nam do portu, ale nie mogli ze sobą rozmawiać z powodu zbyt silnych emocji. William Bradford, inny przywódca, który został później drugim gubernatorem kolonii Plymouth, podobnie opisał rozłąkę:

„Naprawdę żałosny był widok tego smutnego i żałobnego rozstania. Jakież wzdychania, szlochy i modlitwy brzmiały wśród nich; jakież łzy trysnęły z oczu, a zwięzłe mowy przeszyły każde serce … ich wielebny pastor, padający na kolana, a wszyscy razem z nim …”

Trudno się dziwić takiej reakcji. Pierwsza osada, Jamestown w Wirginii, powstała w 1607 roku. Spośród 500 osób 440 nie przetrwało pierwszego roku, umierając z głodu podczas sześciu zimowych miesięcy. W przypadku pasażerów z Mayflower tylko połowa z nich przeżyła pierwszą zimę, a to tylko dzięki pomocy Indian, którzy nauczyli ich jak zdobywać żywność i wielu innych umiejętności niezbędnych do przetrwania.

Jak to się jednak stało, że ci purytanie najpierw wyemigrowali do Holandii, a dopiero później do Ameryki. O tym Dziewanowski nie pisze, ale angielska Wikipedia trochę to wyjaśnia:

»Zgromadzenie około 400 angielskich protestantów żyjących na wygnaniu w Lejdzie w Holandii było niezadowolone z tego, że Kościół anglikański nie zreformował się w stopniu przez nich pożądanym. Ale zamiast pracować na rzecz zmian w Anglii (jak robili to inni purytanie), zdecydowali się żyć od 1608 roku jako separatyści w tolerancyjnej religijnie Holandii. I jako tacy byli uważani w swojej ojczyźnie, Anglii, za nielegalnych radykałów.

Rząd w Lejdzie był postrzegany jako ten, który udziela pomocy finansowej reformowanym kościołom, czy to angielskim, francuskim czy niemieckim, co powodowało, że miasto to stało się atrakcyjnym celem dla intelektualistów protestanckich. Wielu separatystów było nielegalnymi członkami kościoła w Nottinghamshire w Anglii, potajemnie praktykując purytańską formę protestantyzmu. Kiedy dowiedzieli się, że władze są świadome istnienia ich zgromadzenia, członkowie kościoła uciekli w nocy, zabierając ze sobą niewiele więcej niż ubranie i potajemnie dotarli do Holandii.

Painting by Isaac Claesz. Van Swanenburg of workers in Leiden’s wool industry. Źródło: en.wikipedia.org/wiki/Mayflower

Życie w Holandii stawało się coraz trudniejsze dla zboru. Jego członkowie byli zmuszani do wykonywania ciężkich prac fizycznych, takich jak czyszczenie wełny, co prowadziło do różnych problemów zdrowotnych. Ponadto wielu czołowych teologów w kraju zaczęło angażować się w otwarte debaty, które doprowadziły do niepokojów społecznych, wzbudzając obawę, że Hiszpania może ponownie interweniować w Holandii, tak jak to miało miejsce wiele lat wcześniej. Natomiast król angielski Jakub I gotów był do zawarcia sojuszu z Holandią przeciwko Hiszpanii, pod warunkiem, że niezależne angielskie kongregacje kościelne w Holandii zostaną zakazane. Ten fakt stał się czynnikiem motywującym separatystów do przeniesienia się do Nowego Świata, co umożliwiało pozostanie poza zasięgiem króla Jakuba i jego biskupów.«

Dlaczego tak jest, że zawsze musi być dorabiana jakaś ideologia? Żeby zatuszować jakieś działania, upiększyć motywy i fakty? To wszystko działo się jeszcze na długo przed rewolucją Cromwella i oficjalnym powrotem Żydów do Anglii. Ale jak widać oficjalna ich nieobecność nie przeszkodziła im w tworzeniu różnych sekt, mniej lub bardziej tajnych. Później, w demokracji, przydało im się to doświadczenie do tworzenia i opanowywania wszelkich partii politycznych.

Warto jeszcze przytoczyć fragment umowy z Mayflower. Dziewanowski tak to opisuje:

»11 listopada 1620 roku, na pokładzie „Mayflower”, spisano krótki dokument, zwany odtąd Umową z Mayflower, w którym czterdziestu jeden podpisanych pod nim mężczyzn zobowiązało się wspólnie utworzyć organizm społeczny dla własnego dobra; uznając władzę króla Anglii, ustanowić sprawiedliwe i wszystkich jednakowo obowiązujące prawa, a także przyjąć takie same dla wszystkich obowiązki; wybrać uznanych przez siebie wszystkich przełożonych i okazywać im posłuszeństwo. Tekst Umowy z Mayflower głosił:

„W imię Boże, amen. My, których imiona widnieją poniżej, wierni poddani naszego władcy, Króla Jakuba, przedsięwziąwszy dla większej chwały Pana i dla poszerzenia wiary chrześcijańskiej, a także dla pożytku Króla i ojczyzny tę podróż dla założenia pierwszej kolonii w północnych częściach Wirginii, zawiązujemy wspólnie i uroczyście w obliczu Boga i wzajemnie wobec siebie samych, tę umowę, aby połączyć się w jedną wspólnotę obywatelską dla lepszego porządku, zachowania i wspomożenia powyższych naszych celów; a zaś na mocy powyższego postanawiać, układać i stanowić sprawiedliwe i równe dla wszystkich prawa zarządzania, ustawy, konstytucje i urzędy, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba dla ogólnego dobra kolonii; a też postanawiamy okazać im nasze poddanie i posłuszeństwo.”

Carrington pisze: „Ten wspaniały dokument, pierwsza pisana konstytucja ludów anglo-saksońskich, nie głosi wcale, że Nowa Anglia będzie wolnym krajem. Wręcz przeciwnie. Pierwsi osadnicy purytańscy uważali się za lud wybrany, który wziął rozbrat ze światem i nie zamierzał pozwolić, aby przeniknęło doń światowe zepsucie. Ich mała rzeczpospolita była zamkniętą oligarchią rządzoną z nieubłaganą nietolerancją przez starszych Kościoła. Nie po to udali się na pustkowie, aby korzystać z wolności myślenia, ale po to, by osiągnąć pełną jednomyślność. Wybaczmy im to. Głodowali w śniegach nowoangielskiej zimy, przeżyli, by zasiać i zebrać swe pierwsze plony i postanowili uczcić to dorocznym obrzędem Dziękczynienia”. – C.E. Carrington, The British Overseas.

Umowa z Mayflower była konieczna, aby wypełnić pustkę prawną, jaka wynikła z faktu, że miejsce, w którym zamierzali osiąść, leżało poza terenami objętymi patentem wydanym przez Kampanię Wirgińską. Ale historycy słusznie zwrócili uwagę, że znaczenie tej umowy było o wiele większe. Ustanowiła ona pewien precedens w angielskiej Ameryce i w ogóle w ówczesnym świecie: rządów sprawowanych na podstawie uprzedniej zgody rządzonych. W następnych latach wielokrotnie korzystano z tego przykładu, tworząc w Nowej Anglii nowe kolonie.«

Tak więc, według Carringtona, tak wychwalany dokument tworzył zamordystyczny rząd starszych Kościoła, nie tolerujący żadnego sprzeciwu i nieposłuszeństwa. Typowe dla klasycznej sekty. Nie były to rządy sprawowane na podstawie uprzedniej zgody rządzonych, raczej na podstawie propozycji nie do odrzucenia. Bo jaki byłby wynik, gdyby taką umowę sporządzono przed wyprawą do Ameryki? W takiej sytuacji, w jakiej znaleźli się uczestnicy tej wyprawy, mieli dwa wyjścia: albo zgodzić się na wszystko i zostać we wspólnocie, albo zostać wykluczonym z niej. I co taki człowiek miałby zrobić na obcej, pustej ziemi? Pójść do Indian?

Taka iluzja była potrzebna wszystkim masonom i im podobnym do uwiarygodnienia ich teorii tzw. kontraktu społecznego, czyli właśnie rządów sprawowanych na podstawie uprzedniej zgody rządzących. To jest dokładnie tak, jak z tym, że szczepienia nie są i nie będą obowiązkowe. W pewnym momencie ten niezaszczepiony znajdzie się w takiej sytuacji, w jakiej znalazłby się ten, który odmówiłby podpisania umowy z Mayflower. Teoretycznie ten, który jej nie podpisał, mógł wrócić do Anglii, bo statek wracał, ale skoro tego nie zrobił, to pewnie i przed taką ewentualnością zabezpieczono się.

Kolonizowanie nowych ziem wymagało pieniędzy i to bardzo dużych pieniędzy, bo pierwsze wyprawy przynosiły straty: ludzie umierali masowo z powodu trudnych warunków, głodu i chorób. A jednak byli tacy, którzy nie bali się i inwestowali. Kim byli? Tego nie wiemy. Możemy się tylko domyślać. Czy ktoś mógł mieć większe pieniądze od Żydów? Kompania Wirgińska, która organizowała te przedsięwzięcia, zakończyła swoją działalność w 1632 roku. Jej udziałowcy, którzy wnieśli do tego czasu ponad dwieście tysięcy funtów – stracili wszystko. Wirginia przeszła pod bezpośrednie zwierzchnictwo Korony.

Dziewanowski tak m.in. pisze o tym kolonizowaniu:

»W latach 1630-1643 na samo tylko przewiezienie osadników do Nowej Anglii wydano dwieście tysięcy funtów i użyto do tego dwustu statków. Na transport do innych kolonii musiano wydać parokrotnie więcej.

Cała ta działalność nabrała rozmachu, kiedy okazało się, że osadnictwo w Wirginii może przynosić zyski – i to niemałe. Wszak zanotowano, że szesnaście funtów tytoniu stanowiło na rynku angielskim równowartość dobrego konia. Wkrótce zaczęli tam przybywać ludzie zamożni, dysponujący kapitałem, przywożący ze sobą dziesiątki i setki robotników i służących, którzy obowiązani byli, na podstawie kontraktu, do długoletniej pracy na rzecz przedsiębiorcy. Wiadomo, że zdarzały się kontrakty opiewające aż na dwadzieścia jeden lat. Tyle musiał odpracować przywieziony z Anglii parobek, zanim mógł odzyskać swobodę osobistą.

Najważniejszą jednak rolę odegrała emigracja innego typu, zapoczątkowana przez ojców pielgrzymów. Złożoną i sięgającą nieraz głęboko motywacją popychającą za morza tych Anglików, którzy udawali się tam dobrowolnie, a takich była większość – zajmiemy się w innym rozdziale. Teraz wystarczy powiedzieć, że w pierwszej połowie XVII wieku zaczęły opuszczać kraj liczne grupy religijne rozmaitych wyznań i że było to rezultatem ich głębokiej i nieugiętej wiary, nie pozwalającej na żadne ustępstwa wobec otoczenia, jak i fali prześladowań i nietolerancji, która pod rządami Jakuba I i jego następców ogarnęła Anglię.«

Liczne grupy religijne rozmaitych wyznań, które wszystkie, jakoś dziwnie, charakteryzowała głęboka i nieugięta wiara, niepozwalająca na żadne ustępstwa wobec otoczenia. Skąd to się wzięło? Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze o reformach Ezdrasza i Nehemiasza z V wieku p.n.e.:

»Jak Ezdrasz, zrozumiał także on, że naród słaby, otoczony zewsząd możnymi wrogami, jeśli nie chce zginąć, roztopić się w potężnej fali obcych żywiołów, powinien się od nich odciąć, zasklepić się w skorupie swoich tradycji, swoich zwyczajów i obyczajów. By odciąć Żydów od możnych sąsiadów, rozkazał Nehemiasz razem z Ezdraszem zerwać wszelkie stosunki z innowiercami, odwrócić się od nich z pogardą, zrzec się żon wziętych z innych narodów i wypędzić je z domu z dziećmi spłodzonymi w małżeństwach mieszanych. Albowiem „Żyd powinien czuć się lepszym, wyższym od swoich chwilowych panów”.

Nie szczędząc wymowy i zapału, przekonali Ezdrasz i Nehemiasz swoich ziomków, że są nasieniem świętym i narodem osobliwym, wybranym, że zawładną światem, jeżeli będą posłuszni Staremu Zakonowi. Żydzi uwierzyli w końcu w ich obietnicę i poddali się ich rozkazom. Pozbyli się żon pochodzących z innych ludów, i ich dzieci, nawrócili się do przymierza z Jehową, utworzyli jednolity, zwarty naród, odcięty od bałwochwalców. Działalność proroków nie była już potrzebna. Judaici stali się prawowiernymi wyznawcami Jehowy i służyli Mu gorliwie.«

A jak to było z tymi pieniędzmi? Może ten cytat z Dziewanowskiego co nieco wyjaśni:

»Król Karol II (Stuart – przyp. mój) miał w swej służbie przez długie lata człowieka, wobec którego odczuwał wdzięczność i czuł się prawdziwie zobowiązany, co nieczęsto jest cechą królów. A zresztą może nie było w tym niczego szczególnie królewskiego, bo wiadomo, że Karol II był mu winien nie tylko wdzięczność, ale i pieniądze. Człowiekiem tym był admirał William Penn.

Dalsza historia świadczy jednak, że nie była to tylko sprawa zobowiązań finansowych. Admirał miał syna, który również nazywał się William. Podobnie jak to nieraz bywa w zasłużonych i szacownych rodzinach – syn sprawiał admirałowi kłopoty. Wyrzekł się studiów w Oksfordzie i korzyści płynących z arystokratycznego pochodzenia – i przystał do nowej sekty, jaka się wtedy pojawiła w Anglii: do kwakrów. Dwór, Kościół anglikański i duża część społeczeństwa uważali kwakrów za wyjątkowo przykry dopust boży. Istotnie byli oni dość nieznośni i zakłócali przyjęty porządek spraw: odróżniali się przypominającym zakonników strojem, nie chcieli okazać – przez zdjęcie nakrycia głowy – szacunku sądom i urzędom, zwracali się do wszystkich per „ty”; co gorsza, nie chcieli spełniać obowiązków obywatelskich i często dopuszczali się zakłócania nabożeństw anglikańskich. Budzili w wielu nienawiść i uważano ich za złych obywateli, chociaż doceniano ich niezwykłą uczciwość i skrupulatne obserwowanie boskich przykazań. Prędko jednak upowszechniło się przekonanie, że współżycie z nimi jest niemożliwe i najlepiej by było, gdyby wyemigrowali. Oni sami też wkrótce doszli do tego wniosku.

Ułatwiło sprawę przystąpienie do sekty Williama Penna młodszego i przyjaźń, jaka, ku zdumieniu wszystkich, zawiązała się między nim a księciem Yorku, który – co było jeszcze dziwniejsze – sam był katolikiem. I właśnie książę, który miał królewski patent na kolonizację rejonu zwanego New Jersey, umożliwił kwakrom osiedlenie się na należących do niego terenach – w New Jersey i w Nowym Jorku. Jednakże były to kolonie, w których kwakrowie byli przemieszani z wyznawcami innych kościołów i choć panowała tam tolerancja religijna – nie byli z tego zadowoleni.

Penn przystąpił więc do dalszych starań. Chciał utworzyć idealną kolonię, jaką sobie wymarzył. I sam chciał w niej zamieszkać. Zanim został przyjacielem bliskiego krewnego króla i organizatora wielkiej kolonii w Ameryce, doświadczył już prześladowań i był nawet wtrącony do Tower za napisanie pamfletu wymierzonego przeciwko Kościołowi anglikańskiemu, a także za wygłoszenie przemówienia do określonego przez sąd jako „buntownicze” zgromadzenia przy ulicy Gracechurch w Londynie. Władze miejskie postawiły go przed sądem, nazywając impertynenckim, szkodliwym i łobuzerskim warchołem. Sąd skazał Penna za wygłoszenie przemówienia, natomiast uwolnił go od kary za napisanie ulotki. Wtedy dwór zagroził, że jeśli sprawa nie będzie ponownie rozpatrzona, a Penn przykładnie ukarany, sędziemu zostanie obcięty nos, a Pennowi policzone kości. Ale sąd londyński już wówczas niełatwo ulegał naciskowi władzy. Ponownie wydano ten sam wyrok. Penn został wkrótce zwolniony, za to do więzienia powędrowali sędziowie i przebywali tam przez jakiś czas, jednak żadnemu z nich niczego nie obcięto.

Teraz sytuacja zmieniła się. Korzystając ze wstawiennictwa księcia Yorku, Penn przypomniał Koronie, że winna była spore sumy jego ojcu. Zgodził się przyjąć zapłatę w postaci patentu kolonizacyjnego w Ameryce. I tak stał się dysponentem ogromnego obszaru, na którym dziś rozciągają się dwa stany amerykańskie: Pensylwania i Delaware.

Postanowił nazwać cały ten obszar Sylwanią. Jednak król, przypomniawszy sobie o starym przyjacielu, admirale, orzekł, że nowa prowincja winna być nazwana Pensylwania. William młodszy obawiał się, że jego współtowarzysze oskarżą go o próżność i próbował przekupić urzędnika w prywatnej kancelarii królewskiej, aby pominął w papierach przedrostek – ale mu się to nie udało.

Tak więc, w roku 1682, powstała wielka kolonia kwakierska w Pensylwanii. Stała się ona niebawem najbardziej kosmopolityczną kolonią w ówczesnej Ameryce, ponieważ Penn nakłonił do przyjazdu nie tylko kwakrów angielskich z Walii i Irlandii, a także Niemców i Szwajcarów, którzy należeli do wyznań zbliżonych do kwakierskiego.«

W Wikipedii można przeczytać, że William Penn (admirał) 6 czerwca 1643 roku ożenił się z Margaret Jasper, córką zamożnego holenderskiego kupca, z którą miał trójkę dzieci: Margaret, Richarda i Williama. Podczas drugiej wojny angielsko-holenderskiej był kapitanem floty w bitwie pod Lowesoft w 1655 roku pod dowództwem Jakuba II Stuarta.

Jeśli więc zamożny kupiec holenderski, to chyba małe szanse na to, by nie był on Żydem. A więc William Penn młodszy mógł być synem Żydówki, a więc Żydem. Słowo „Jasper” to może być imię, którego polskim odpowiednikiem jest „Kacper”. Jednak podstawowe znaczenie tego słowa to jaspis. To skała krzemionkowa, kamień ozdobny. Być może przodkowie matki Penna zajmowali się też handlem kamieniami ozdobnymi. Wszak Antwerpia, należąca do Niderlandów, była i jest największym ośrodkiem szlifowania diamentów i ich handlu. W Amsterdamie i Hadze mieszkał niejaki Spinoza, który utrzymywał się ze szlifowania szkieł optycznych, a jak twierdzą inne źródła – ich produkcji. A może zajmował się on szlifowaniem diamentów, które zapewne było bardziej dochodowym zajęciem niż szlifowanie szkieł optycznych.

Tak jak pisał, cytowany przeze mnie na początku, Sombart, Żydzi ukrywają się pod postacią chrześcijan. Z tego względu trudno ich poznać. Jednak czasem wystarczy zdrowy rozsądek, by zrozumieć, że zbudowanie tak potężnego imperium, jakim było Imperium Brytyjskie, wymagało ogromnych nakładów finansowych. Nikt poza nimi takich pieniędzy nie posiadał. Podobnie było w przypadku Ameryki. Początkowe inwestycje nie mogły przynosić dochodów ze zrozumiałych względów. Zyski przychodziły dopiero później. Ile więc trzeba było mieć tych pieniędzy, żeby przetrzymać najtrudniejszy okres? Może rzeczywiście nie tak wiele, pod warunkiem jednak, że miało się inne stałe źródła dochodów, jak choćby handel z innymi, już istniejącymi koloniami. A ten handel był w rękach żydowskich. Obecna zmiana światowego prządku też wymaga niewyobrażalnych pieniędzy. Takich, które tylko jedna nacja posiada. Nawet hojnie wynagradza posłusznych sobie szabesgojów, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że prędzej czy później zabierze ona im te pieniądze.

Ale nie tylko pieniądze są ważne przy realizacji celu, jaki sobie wyznaczyli Żydzi. Również ideologia. Do siania niepokojów i buntów w średniowieczu i później, aż do rewolucji francuskiej, służyły sekty religijne. Po rewolucji zostały zamienione na partie polityczne, których zadanie jest dokładnie takie samo.

Ameryką od początku rządzili ludzie bardzo bogaci, którzy zainwestowali w tworzenie tam kolonii. Dziś rządzą nią, a więc i światem, ich potomkowie, którzy są jeszcze bogatsi od swoich przodków. I to im zamarzyło się zrobić z większości ludzi niewolników. Cóż się dziwić? Na niewolnictwie ich antenaci wzbogacili się, a oni chcą ten stan przywrócić; już nie dla wzbogacenia, ale z pychy i poczucia wyższości.

Ich przodkowie wycięli w pień ludność tubylczą – Indian. Nie mieli przy tym żadnych skrupułów. Zawładnęli ziemią, która nie należała do nich. Indianie bronili się, ale była to nierówna i okrutna wojna. Jak pisze Dziewanowski: Ci bogobojni ludzie nie chcieli słyszeć o przebaczeniu i powoływali się na cytaty z Biblii głoszące zemstę i słuszność zasady odpłacania krwią za krew. Jak wiadomo, nietrudno było znaleźć w Biblii podobne cytaty, trzeba jednak w tych poszukiwaniach zapomnieć o Nowym Testamencie. Ich potomkowie uważają, że już nie Ameryka, ale cały świat jest ich własnością i też postanowili pozbyć się większości ludzi, bo im przeszkadzają, za ciasno im.

Akcje

Są takie kanały internetowe i ludzie, którzy, opisując rzeczywistość, dochodzą do wniosku, że większość, jeśli nie wszystkie liczące się, globalne firmy, są własnością dwóch firm: Blackrock i Vanguard. I na tym poprzestają. Wprawdzie dodają, że te firmy też mają swoich akcjonariuszy, ale nie zadają sobie pytania, kto jest końcowym właścicielem tych akcji. Informują one również o tym, że firmy te powstały w połowie lat 80-tych. Dalej już nic z tych informacji nie wynika. Nie dowiemy się, jak to się stało, że powstały globalne firmy. A powstały dlatego, że wszystkie państwa o liczących się gospodarkach otworzyły im swoje rynki, a ściślej, ich demokratyczne rządy. A kto wymyślił demokrację? Tę powszechną demokrację, nie – ateńską.

Nie jesteśmy w stanie wskazać właścicieli konkretnych akcji, bo nie mamy dostępu do takich danych. Możemy jednak pokusić się o odpowiedź na pytanie: jaka nacja rządzi rynkiem kapitałowym, którego częścią są akcje? Rządzi nim ta nacja, która ten rynek wymyśliła. Bo przecież nie wymyśliła go sobie po to, by innym zrobić dobrze.

Nie będę próbował silić się na jakieś oryginalne wnioski i przemyślenia, tylko zacytuję kogoś, kto już na długo przede mną opisał to zjawisko w sposób logiczny i spójny. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

»Zwycięstwo rewolucji francuskiej oddało życie gospodarcze Europy i Ameryki w ręce finansjery żydowskiej.. Wprawdzie żydzi już od dawna zajmowali przednie pozycje w handlu światowym, byli niemal wyłącznymi dostawcami kredytu, opanowali eksploatacje zamorskich kolonii, mieli nader poważny udział w działalności kompani zachodnioindyjskich i wschodnioindyjskich, znaleźli sobie pokaźne miejsce w mnożących się w drugiej połowie XVIII wieku przedsiębiorstwach przemysłowo-fabrycznych, dopiero jednak w wieku XIX udało się im społeczeństwom aryjskim narzucić, dzięki zwycięstwu haseł rewolucji francuskiej oraz na skutek doktryn ekonomicznego liberalizmu, swą własną etykę, swe własne wyobrażenia i nawet swe prawodawstwo. W zakresie tego zagadnienia istnieje wyczerpujące dzieło wybitnego ekonomisty, pochodzenia żydowskiego, rozreklamowanego przez syjonistów, Wernera Sombarta pt. „Die Juden und das Wirtschaftsleben” (Żydzi, a życie gospodarcze). Z tego powodu uwzględnię poniżej tylko rzeczy najbardziej istotne i niedwuznaczne.

Bezpośrednio po wojnach napoleońskich w 1817 roku uszczęśliwia Ricardo Anglię swym dziełem, zatytułowanym: Zasady ekonomii politycznej. Doprowadza ona zasady liberalizmu do szczytu i tworzy z tego kierunku ekonomicznego to właśnie, czego żydom było potrzeba.

Ricardo swymi teoriami otworzył żydom bramy do opanowania gospodarczego świata za pomocą kapitału i żydowskiego prawa; i jeszcze jedno: jego teoria płac robotniczych stała się naukowym uzasadnieniem najskrajniejszego wyzysku robotników. Według Ricarda cena płacy nie ma nic wspólnego z wartością pracy. Cena naturalna pracy ludzkiej, to tyle, ile trzeba, by zachować klasę robotniczą przy życiu i pozwolić jej na takie rozmnażanie się, by liczba robotników nie zmniejszała się. Poza tym, około tej wytycznej, zasadniczej, płace wahają się nieco, zależnie od popytu i podaży rąk roboczych, przy czym mają raczej tendencje do zmniejszania się. Obniżenie płac robotniczych – zdaniem Ricarda – to dopiero naprawdę czysty zysk kapitalisty. Skoro pogoń za zyskiem jest dążeniem naturalnym, to zdrową tendencją jest „śrubowanie” w dół zarobków robotniczych. Kapitaliści mają tu pole do popisu, a roi się wśród nich od żydów…

Liberalizm podłożył podwaliny pod to, co nazywamy nowoczesnym ustrojem kapitalistycznym. Umożliwił on żydom opanowanie centrów życia gospodarczego w całym świecie, a ponadto sprawił, że mogli Europie i Ameryce narzucić swoje własne prawa. Przecież system gospodarki wszechświatowej, jaką propagował liberalizm, nie był dla żydów niczym nowym. Uprawiali go od wieków z powodzeniem i starali się chytrze omijać granice państwowe. Od dawna wyrobili między sobą instytucje prawne, ułatwiające im obrót międzypaństwowy i już częściowo w XVII i XVIII wieku potrafili uzyskać dla niektórych ze swych instytucji prawnych uznanie oficjalne władz państwowych. W XIX wieku liberalizm sprawił, że te instytucje żydowskie stały się ogólnie obowiązującym prawem i zapanowały nad aryjskim światem.

Atak liberalno-żydowski uderzył na dwa fundamenty prawa rzymskiego: na pojętą po rzymsku instytucję zobowiązań i na prawo własności ziemskiej.

Zobowiązanie prawa rzymskiego nosi charakter aktu zawieranego między dwoma określonymi osobami w sposób mniej lub więcej uroczysty. Z natury rzeczy zobowiązanie prawa rzymskiego związane jest z pewną ilością formalności, niedogodnych dla kupców międzynarodowych. Polega ono na zaufaniu jednej jednostki do drugiej, a żydzi nie łatwo mogli być w stosunku do nieżydów osobami godnymi szczególnego zaufania. Toteż handel żydowski już z dawna wyrobił dla siebie zasady zobowiązań zupełnie niezgodne z zasadami rzymskich zobowiązań. Potworzył instytucje, w których kupiec żydowski i bankier mogli się obracać swobodnie, a więc: weksel żyrowany, banknot, obligacje, akcje. Wspólną cechą tych papierów było oderwanie prawa płynącego z zobowiązań od osoby kogoś, kto uczestniczył, jako strona, w jego zawarciu a związanie go z posiadaczem papieru, a nawet po prostu z okazicielem papieru. Weksel i żyro wekslowe powstaje w XVI wieku wśród żydostwa weneckiego. Akcja (wówczas jeszcze imienna) powstaje w XVI w. wśród żydów holenderskich. Banknot, jako papier emitowany przez bank, rodzi się w Wenecji w XV wieku. Papiery na okaziciela – jak się zdaje – powstały jeszcze za czasów rzymskich wśród żydów aleksandryjskich. Za ich genezą żydowską przemawiają względy przytoczone przez Sombarta, a mianowicie „interes, jaki mieli żydzi w wysokim stopniu, zaś pod pewnymi względami oni tylko wyłącznie we wprowadzeniu formy prawnej papierów na okaziciela”.

„Chodziło im mianowicie o ukrycie istotnego posiadacza. Żydzi aleksandryjscy, wysyłając morzem ładunki towarów, woleli podstawiać fikcyjnych właścicieli, nie będących żydami. Później w wiekach średnich, gdy na zachodzie Europy spotykały żydów konfiskaty majątków, papiery na okaziciela umożliwiały zniknięcie majątku, aż póki fala prześladowań żydostwa w danej miejscowości nie minęła”. – W. Sombart, Die Juden und das Wirtschaftsleben.

Tak więc powstały instytucje umożliwiające oderwanie uprawnienia od osoby zawierającej zobowiązanie, wówczas rzucała ona swoje zobowiązanie niejako w powietrze i nie mogła wiedzieć, kto odeń zażąda jego wypełnienia. Odpowiadało to duchowi przepisów żydowskich.

„Prawo żydowskie nie posiada słowa na określenie zobowiązania, zna tylko słowo dług (Chow) i żądanie (Thwia). Żądanie i dług są w prawie żydowskim samodzielnymi przedmiotami… Osoba, w stosunku do której istnieje zobowiązanie czy prawo jakiegoś żądania, nie musi być określona”. – W. Sombart, Die Juden und das Wirtschaftsleben.

Do handlu tymi papierami, przedstawiającymi rzucone na rynek zobowiązania osób fizycznych i prawnych, powołali żydzi giełdę. Dzięki niej ukrycie osoby uprawnionego stało się jeszcze bardziej ułatwione. Dziś finansjera światowa, dzięki prawu żydowskiemu i giełdzie, stała się mocą ukrytą, i to ukrytą legalnie. W XIX w. prawo wekslowe, akcyjne, giełdowe itd. staje się czymś ogólnie obowiązującym w Europie i Ameryce oraz w koloniach. Kapitał chowa się za zasłoną papierów. Walka z prawem rzymskim idzie tak daleko, że powstaje zasada prawa zaiste niezwykła: oto w sprawach kupieckich rozstrzyga najpierw specjalne prawo handlowe, potem – jeżeli brak przepisów prawa handlowego w danej kwestii – decyduje zwyczaj handlowy, a dopiero – co się nie zdarza – gdyby brakło w danej kwestii zarówno przepisów prawa handlowego, jak i zwyczaju handlowego, wolno sędziemu poradzić się na szarym końcu przepisów prawa cywilnego, opartego na prawie rzymskim. A więc i tutaj Rzym został postponowany.

Świat opanowały żydowskie przepisy handlowe i instytucje zrodzone z ich ducha. Pieniądz dzięki nim zmienił swoje znaczenie, swoją treść. Przedtem był tylko środkiem ułatwiającym wymianę towarów. W wieku XIX za wzorem żydowskim staje się środkiem, dzięki któremu posiąść można wszystko. Zdobycie takiego cudownego środka staje się celem życia pojedynczych ludzi i całych społeczeństw. Enrichissez-vous! Gromadźcie złoto! Złoto staje się już nie tylko środkiem cudownym, ale wprost samo w sobie celem.

Finansjera żydowska, działająca z ukrycia, szła aż do Wielkiej Wojny ogromnymi krokami, przygotowując sobie podbój świata. Uzależniła państwa przez popieranie lekkomyślnej gospodarki budżetowej, wywoływanie wojen, szczególnie kolonialnych, co w rezultacie zmuszało skarby do ratowania się pożyczkami organizowanymi przez wielkie banki żydowskie. Na ludność nałożono bezproduktywny haracz w formie oprocentowania i amortyzacji tych państwowych pożyczek.

Małego kapitalistę aryjskiego ograbiały giełdy z jego oszczędności, dając zyski spekulantom żydowskim. Ogromne towarzystwa akcyjne, syndykaty i trusty zmonopolizowały produkcję, zmuszając konsumenta do kupna towaru po cenie dyktowanej przez przemysł i handel. Dzięki dzikiej produkcji, gdzie nie wytwarzano tego, czego konsumentowi było potrzeba, lecz to, co można było sprzedać, dzięki anarchicznej konkurencji wybuchały raz po raz kryzysy przemysłowe, na których znowu obławiali się spekulanci. Pieniądze szły do kieszeni tych, którzy stworzyli formy prawne i organizacyjne życia gospodarczego i zżyli się z nimi od wieków. Wyzysk jednostek aryjskich przez jednostki żydowskie zastąpiony został w XIX wieku przez zbiorowy, zorganizowany prawnie wyzysk świata aryjskiego przez żydowską finansjerę, która osiąga w życiu żydostwa stanowisko kierownicze. W XIX wieku kierownictwo polityczne Izraela przenosi się do rąk finansistów, aż dopiero ruch syjonistyczny wyrywa im z rąk tę władzę na rzecz żydostwa wschodniego.

Narzucenie światu aryjskiemu żydowskiego ustroju gospodarczego dało rozpanoszonemu żydostwu olbrzymią potęgę. Znikły wszelkie niedogodności diaspory, a pozostały same korzyści. Teraz skupienie wielkich mas żydowskich na jakimś terenie zdawało się nie przedstawiać trudności gospodarczych. Mogli przecież mieszkańcy żydowscy jakiegoś kraju handlować z całym światem i wyzyskiwać cały świat. Nie byli skazani, jak przedtem, na ssanie soków żywotnych jedynie z ludności miejscowej.

„W przedkapitalistycznej epoce gospodarczej, gdy żyd, jako handlarz i rzemieślnik, wykonywał niemal wyłącznie funkcje obrotu pieniężnego i wymiennego, musiała między liczbą żydów na jakimś ściśle ograniczonym obszarze, a liczbą nieżydów istnieć stała proporcja, określona siłą nabywczą ciasnego lokalnego rynku”. – Ignaz Zollschan, Revision des jeudischen Nationalismus.

Nowoczesny kapitalizm usunął tę niedogodność Dał więc żydostwu trzy zasadnicze korzyści:

  1. pozwolił im narzucić nieżydom swoje prawa i opanować ich gospodarczo,
  2. pozwolił im ukryć właściwego władcę, żydowski kapitał międzynarodowy, za zasłoną papierów i giełdy, czyniąc go niedosięgłym,
  3. pozwolił im na prowadzenie swobodnej, a więc planowej akcji w zakresie skupiania i rozpraszania mas żydowskich.

Zdawał sobie z tych korzyści sprawę twórca syjonizmu, Herzl, gdy krzepił swój lud i zachęcał finansjerę żydowską do poparcia syjonizmu. Uważał, że żydowscy bogacze nie mają się czego bać i mogą śmiało zdjąć maskę asymilacji.

„Ustawowe równouprawnienie żydów, gdziekolwiek ono tylko istnieje, nie da się już znieść. Nie tylko dlatego, że byłoby to przeciwne nowoczesnemu poczuciu, ale także dlatego, że wpędziłoby to od razu wszystkich żydów, ubogich i bogatych, do stronnictw wywrotowych. Właściwie nie można przedsięwziąć przeciw nim nic skutecznego. Jak można dzisiaj dosięgnąć ruchomy majątek? Spoczywa w zadrukowanych kawałkach papieru, które zamknięte są gdzieś w świecie, być może, że w chrześcijańskich kasach”. – Theodor Herzl, Der Judenstaat.

Wojna światowa, spowodowana przez interesy kapitału, zdawała się finansjerze światowej żydowskiej zapewniać dyktaturę zupełną. Poczęła więc propagować dwa hasła, by umocnić się na zdobytych pozycjach.

Najpierw Paneuropa, Stany Zjednoczone Europy, a to celem pozbawienia państw i rządów resztek samodzielności politycznej i gospodarczej. Przy pomocy wolnomularstwa światowego i Ligi Narodów zamierzano osiągnąć ten cel. W Stanach Zjednoczonych Europy prawdziwy rząd, reprezentujący władzę istotną, znalazłby się w ręku tych, którzy przodują dzisiaj w Lidze Narodów. Żydostwo znajdowało usłużnych, gotowych mu ułatwić sięgnięcie po półoficjalną władzę nad narodami Europy. A potem – dosyć wojen. Rozbrojenie moralne. Pacyfizm wszechświatowy. Cele wojny osiągnięto już przecież. Precz z wszelakim nacjonalizmem, bo nadszedł czas pacyfizmu i Paneuropy. Wszystko trzeba podporządkować interesom handlu światowego.

Znany propagator Paneuropy, hr. Coudenhove Kalergi (syn żydówki i żonaty z żydówką) pisze bez ogródek:

„Świat doszedł do tego miejsca, w którym nie poradzi sobie już nacjonalizmem. Trzeba mu pośredników i zwiastunów pokoju. Na tym polu leży wielka misja żydostwa. Tkwiąc korzeniami we wszystkich narodowych kulturach, może przewodzić w stworzeniu nowego sumienia świata”.«

Książka, jak zaznaczyłem na wstępie, ukazała się w 1932 roku, a więc autor pisał ją z perspektywy lat 20-tych XX wieku. Wszystko jest w niej aktualne. Jedyne, co wtedy nie wyszło Żydom, to Liga Narodów, więc była potrzebna druga wojna, która sprawę załatwiła. Powstała inna organizacja, której skutki działania odczuwamy dziś wszyscy na własnej skórze. To czy ktoś pisze bzdury, czy – nie, weryfikuje czas. W tym przypadku interpretacja Rolickiego broni się i zadziwia aktualnością.

To, że pewne firmy mają różnych udziałowców, którzy mają udziały w innych firmach, a te inne firmy mają jeszcze innych udziałowców, jest cechą charakterystyczną żydowskiego działania, mającego na celu ukrycie prawdziwych właścicieli. Ten schemat powielają Żydzi również w swoich innych organizacjach. Doskonale to opisuje Marian Miszalski w swojej książce Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu):

»O Żydach amerykańskiej diaspory powiadają w Ameryce, że “gdzie dwóch Żydów, tam sześć żydowskich organizacji: każdy należy do jednej, obydwaj tworzą trzecią, a każda z tych organizacji należy do jeszcze innej”… Rzeczywiście: amerykańska diaspora żydowska opleciona jest gęstą siecią żydowskich organizacji o rozmaitym charakterze: politycznym, ekonomicznym, oświatowym, kulturalnym, społecznym, charytatywnym. Spełniają dwie funkcje: po pierwsze – cementują wewnętrznie żydowską mniejszość narodową, ułatwiając zarazem jej polityczną kontrolę przez najwyższe żydowskie ośrodki władzy; po wtóre – są narzędziem szybkiej mobilizacji całej diaspory; po trzecie – intensywnie poszukują kontaktów i partnerów pośród nieżydowskich amerykańskich organizacji, by wciągnąć Amerykanów na orbitę swego oddziaływania.

W Ameryce istnieje dzisiaj ponad 80 żydowskich organizacji o charakterze ogólnokrajowym, które propagują syjonizm i całkowite poparcie dla polityki Izraela. Niezależnie od nich istnieje ponad 1,5 tysiąca innych o najrozmaitszym charakterze, organizacje religijne, charytatywne, studenckie, organizacje non profit, pozarządowe organizacje polityczne, edukacyjne lub propagandowe, „think tanki” – czyli ośrodki analityczno-propagandowe, najczęściej pod nazwą „instytutów” – fundacje. Żadna inna mniejszość narodowa w Ameryce – choćby i znacznie liczniejsza – nie założyła tylu swoich organizacji, co Żydzi! Niektóre z nich powstały w końcowych latach ubiegłego wieku i w początkach obecnego, ale prawdziwy „rozkwit” miał miejsce w latach 60. i 70. XX wieku. Towarzyszyła mu żydowska penetracja amerykańskiego życia publicznego jako sposób zdobywania politycznych wpływów. Jak wspomniałem – niemal wszystkie te organizacje nakładają się na siebie, zazębiają się, jedne uczestniczą w drugich, drugie – w trzecich, trzecie – w pierwszych… a członkowie zarządu, rady czy kierownictwa jednej organizacji zasiadają w zarządzie, radzie czy kierownictwie innej organizacji… jeszcze innej… Sieć staje się przez to jeszcze bardziej gęsta, zwarta. To właśnie metoda i struktura antycznej, militarnej „falangi” albo „żółwia”, przeniesiona w warunki walki politycznej innej epoki. Metoda zorganizowanego rasizmu w warunkach demokratycznych.

Z czego bierze się ten uderzający fenomen? Niewielka mniejszość – a tyle organizacji?…

To nie fenomen – to metoda. Metoda zwiększania swych wpływów obejmująca wymianę pozyskiwanych informacji, propagandowe nagłaśnianie swych żądań, narzucanie żydowskiego punktu widzenia i promowanie „swoich” autorytetów. Jest to metoda budowania coraz silniejszego lobby politycznego. Ilość śpiewaków w tym chórze jest niewielka, bo diaspora nie jest zbyt liczna – ale tworzy ją wiele wzajemnie nagłaśniających się „chórków”, współgrających ze sobą ściśle na co dzień, koordynujących swe działania. Tworzą też skonsolidowaną kadrę „dyrygentów”. Zagłuszają w ten sposób głosy innych mniejszości. Głosy innych mniejszości, nawet znacznie większych, są przez to słabiej słyszalne.

Powtórzmy raz jeszcze, że podobna metoda tworzenia wielości rozmaitych organizacji połączonych ze sobą i powiązanych kadrowo – stosowana jest przez Żydów także w dzisiejszej Polsce, w której – wskutek dziwnej polityki kolejnych polskich rządów – osiedla się z polskimi paszportami coraz więcej Żydów.«

Wygląda na to, że dokładnie tę samą metodę wykorzystują Żydzi w biznesie. Nie wiem tylko, w której z tych dziedzin zastosowali ją najpierw. Podejrzewam jednak, że chyba w interesach. Do kogo więc należą firmy Blackrock i Vanguard? Do kogo personalnie? Tego nigdy się nie dowiemy, ale do jakiej nacji? To chyba, po przeczytaniu powyższych cytatów, nie powinno już być trudne do odgadnięcia.

Wszystkie te niby niezależne kanały internetowe, by być ogólnodostępnymi, muszą nadawać tam, gdzie jest największy ruch, czyli na YouTube czy Facebook. A to oznacza autocenzurę, bo właścicielami tych platform są Żydzi. Dalsze konsekwencje tego są takie, że nie mogą one opisywać rzeczywistości taką, jaką ona jest. Czasem niektóre są banowane na jakiś, krótki zazwyczaj czas – dla uwiarygodnienia. Bo gdyby rzeczywiście były groźne, to zostałyby całkowicie skasowane, bez możliwości odwołania się. I taki to teatrzyk mamy z tymi „niezależnymi” kanałami. W zamian za posłuszeństwo mają one możliwość publikowania i wynagradzania za reklamy. Prawdziwi opozycjoniści w PRL-u, jak pisał Józef Mackiewicz, siedzieli w więzieniu, a licencjonowani podróżowali po Europie. Dziś jest tak samo. Licencjonowani nadają na YouTube, a prawdziwi nie są do niego dopuszczani.

Księstwo Warszawskie

Księstwo Warszawskie to epizod w historii Polski, ale znaczący, kojarzący się ze szwoleżerami, Somosierrą i pejoratywnym terminem tzw. kozietulszczyzny, czyli przypisywaniu Polakom skłonności do brawury i osiągania mało znaczących zwycięstw kosztem ogromnych strat. Do rozpowszechnienia się tego terminu przyczynili się tacy publicyści jak Krzysztof Teodor Toeplitz, Kazimierz Koźniewski, Zygmunt Kałużyński, Stefan Bratkowski. Siłą rzeczy kojarzy się też ono z kampanią rosyjską Napoleona.

Księstwo Warszawskie zostało utworzone przez cesarza Francuzów Napoleona I i cara Rosji Aleksandra I w 1807 roku na mocy traktatu z Tylży, zawartego pomiędzy Cesarstwem Francuskim oraz Imperium Rosyjskim i Królestwem Prus 7 i 9 lipca 1807 roku w Tylży. Powstało ono z ziem drugiego, trzeciego oraz częściowo pierwszego zaboru pruskiego. W 1809 roku w wyniku nieudanego ataku Austrii zostało powiększone o ziemie austriackie trzeciego zaboru.

Księstwo Warszawskie w latach 1807-1809. Źródło: Wikipedia
Księstwo Warszawskie w latach 1809-1812. Źródło: Wikipedia

Polacy tamtego okresu byli podzieleni. Jedni byli bardzo entuzjastycznie nastawieni do Napoleona i wiązali z nim duże nadzieje. Inni byli sceptyczni, wręcz rozczarowani. Nawet Kościuszko przestrzegał przed nim. Czy obecnie jest tak samo? Najbardziej znanym apologetą Napoleona jest Waldemar Łysiak. W swojej pięknie wydanej książce Empireum z 2004 roku pisze:

»Bonaparte odnalazł naszą wolność swoim mieczem i wcielił ją w życie aktem prawnym, którym była Konstytucja nadana Księstwu Warszawskiemu. Jej artykuł 1 mówi (cytuje z oryginalnego pierwodruku, który posiadam): „Religia Katolicko-Apostolsko-Rzymska jest religią Stanu”. Artykuł 2: „Wszystkie wyznania są wolne i publiczne”. Artykuł 4: „Znosi się niewolę: wszyscy Obywatele są równi w obliczu Prawa; stan osób zostaje pod opieką Trybunałów”. I tak dalej. Była to piękna ustawa, mówiąca mądrze o prawach i godności wolnego narodu. Została przez Cesarza podpisana 22 lipca 1807 roku. Dlatego antykomunisty wcale nie dziwiło, że przez kilkadziesiąt lat drugiej połowy XX wieku 22 lipca królował między Bałtykiem a Tatrami jako główne święto narodowe, chociaż komuniści, którzy wybrali tę datę, mieli na myśli zgoła inne wydarzenia.

Dług spłacały Napoleonowi wcześniejsze polskie władze – rządy okresu „międzywojennego” (1918-1939). Jednym z przejawów tej wdzięczności były rozliczne, efektowne wydawnictwa poświęcone Bonapartemu, a ściślej mówiąc: krzewiące jego kult. Dzisiaj owe książki i albumy są darzone bibliofilskim kultem przez kolekcjonerów.

Dzisiaj pełno jest lewicowych analfabetów, którzy probolszewicko ględzą, iż „Napoleon oszukał Polaków”, „Napoleon nic dla Polski nie zrobił”, et cetera, bla-bla-bla. W tym wielkim kłamstwie, które scjentycznie propagowano przez całą dobę PRL-u, chodziło o to, że wolność dla Polski może przyjść tylko ze Wschodu, nigdy z Zachodu. Nie chciano dopuścić, by „gospodiny Lachy” czcili wyzwoliciela z kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej – miał być czczony „wyzwoliciel” z kręgu bizantyńskiego (według aktualnej terminologii: sowieckiego). Lecz ten przekręt się nie udał. – posążków Aleksandra I („Oswoboditiela Ewropy”), Mikołaja I, Lenina czy Stalina, w nadwiślańskich domach nie uświadczysz, a figurek Bonapartego tam sporo, zwłaszcza w mieszkaniach bibliofilów i kolekcjonerów.«

To jest przykład skrajnego braku obiektywizmu i jednostronnego spojrzenia. Nie wiem jak jest obecnie, ale w XIX wieku Polacy w swoim stosunku do Napoleona byli podzieleni. Wielu pewnie dałoby się za niego posiekać, jak choćby Rzecki z „Lalki”. Bardziej chłodne i bezstronne podejście ma Norman Davies, który w książce Boże igrzysko pisze:

»Tereny Księstwa wykrojono z ziem zaboru pruskiego. W jego skład weszły południowe Prusy (Mazowsze i Wielkopolska) bez Gdańska, który uzyskał status Wolnego Miasta, i Prusy Nowo-Wschodnie bez okręgu białostockiego, który oddano Rosji. W 1809 roku, w wyniku wojny z Austrią, powiększono je o Kraków i „zachodnią Galicję” (Lublin, Zamość). W okresie swego największego zasięgu terytorialnego obszar Księstwa wynosił około 154 000 km²; liczyło 4,3 miliona mieszkańców, z których 79% stanowili Polacy, 7% zaś – Żydzi. Przy najlepszych chęciach można by je określić mianem kadłubowego państwa polskiego – bez dostępu do morza i bez żadnych szans na zjednoczenie wszystkich ziem polskich. Nazwy „Polska” starannie unikano.

Francuską konstytucję księstwa – powstałą przy znacznym udziale polskiej strony – podpisał Napoleon 21 lub 22 lipca 1807 roku w Dreźnie. Fryderyk August, król saski, został mianowany dziedzicznym księciem. Jego władze określono niejednoznacznie jako „absolutną pod protektoratem Związku Reńskiego”. Fryderyk August był człowiekiem rozważnym i mówił po polsku, w Warszawie pokazał się zaledwie cztery razy. On sam lub wicekról sprawował pełną władzę wykonawczą za pośrednictwem pięciu ministerstw, których dyrektorzy stanowili Radę, oraz prefektów stojących na czele sześciu, a później dziesięciu departamentów. Sejm miał być dwuizbowy, z mianowanym senatem i wybieralną izbą poselską; ministrowie nie mieli obowiązku zdawania mu sprawozdań ze swoich czynności. Podobnie jak działalność rad okręgowych poszczególnych prowincji, działalność ciał ustawodawczych miała być zredukowana do roli doradczej. Niezależne sądy miały funkcjonować w oparciu o Kodeks Napoleoński. Językiem urzędowym miał być język polski.

W ramach tego systemu, przy stałej nieobecności monarchy, Prezes Rady Ministrów, światły Stanisław Kostka Potocki (1755-1821), oraz jego pięciu mianowanych kolegów mieli spore pole manewru. Politykę wybitnych członków Rady – księcia Józefa Poniatowskiego (1763-1813) w ministerstwie wojny, Stanisława Brezy (1752-1847), przede wszystkim zaś ministra sprawiedliwości – hrabiego Feliksa Łubieńskiego (1758-1848) – ograniczała nie tyle formalnie obowiązująca konstytucja, ile przeciągająca się obecność w mieście marszałka Davouta z 30 000 saskich żołnierzy oraz czujna troska francuskich rezydentów – Étienne’a Vincenta, Jeana Serry, Louisa Bignona i – od r. 1809 – wścibskiego arcybiskupa Dominique’a Pradta.

Konstytucja wprowadzała radykalne zmiany w dziedzinie spraw społecznych. Artykuł 4, który zawierał stwierdzenie, że „wszyscy obywatele są równi w obliczu prawa”, jednym posunięciem obalał dawny system stanowy. Cztery proste słowa – „L’esclavage est aboli” („znosi się niewola”) – kładły kres pańszczyźnie jako instytucji uświęconej przez prawo. Pociągnęły one jednak za sobą duże zamieszanie. Prawne przywileje szlachty nie zostały w sposób jednoznaczny uchylone, sama zaś konstytucja nie miała bezpośredniego wpływu na zmianę jej dominującej roli w społeczeństwie. Doraźna sytuacja chłopów w gruncie rzeczy uległa pogorszeniu. Mimo dekretu o ziemi z 21 grudnia 1807 roku, który regulował sprawę stosunków między właścicielem a dzierżawcą, poczucie bezpieczeństwa byłego chłopa pańszczyźnianego znacznie się zmniejszyło. Niewielką pociechą była dla niego świadomość, że może teraz podpisać nową umowę ze swym byłym panem czy nawet zaskarżyć go w sądzie, skoro czyniąc to, ryzykował natychmiastową eksmisję wraz z utratą domu, ziemi i pracy. Na razie więc jedynym miejscem, dokąd mogli się udać nowo wyzwoleni chłopi, było wojsko.

Rzeczywiste cele powołania do istnienia Księstwa uwidoczniły się najlepiej w sferze wojskowości i finansów. Bez względu na wszelkie gesty w kierunku liberté, egalité czy nawet fraternité pozostaje niewiele wątpliwości co do tego, że celem utworzenia Księstwa było zmobilizowanie jak największej liczby żołnierzy i jak największych sum pieniędzy na potrzeby całego cesarstwa napoleońskiego. W 1808 roku wprowadzono powszechny pobór żołnierzy. Wszyscy mężczyźni w wieku od 20 do 28 lat byli powołani do wojska na sześć lat. Wojsko, które stopniowo rozrosło się z 30 000 żołnierzy w 1808 roku do ponad 100 000 w roku 1812, pochłaniało ponad dwie trzecie dochodu państwa. Między dowodzących nim generałów rozdzielono hojnie dary ziemi, podczas gdy tabuny przymusowych robotników trudziły się nad ulepszeniem urządzeń wojskowych. Do prac przy odbudowie fortecy w Modlinie zmobilizowano dwadzieścia tysięcy chłopów. W 1812 roku liczebność oddziałów stacjonujących w Polsce na koszt Księstwa osiągnęła prawie milion żołnierzy. W zamian za swój polski mundur obywatel otrzymywał solidne opodatkowanie na pruską modłę oraz obojętność władz na modłę rosyjską; oczekiwano też od niego, że odda życie za francuskiego cesarza, walcząc pod rozkazami niemieckiego króla.

Najjaskrawszym przykładem wyzysku, jaki Napoleon uprawiał wobec Księstwa Warszawskiego, było szokujące oszustwo w sprawie tak zwanych „sum bajońskich”. Według konwencji podpisanej we francuskim uzdrowisku Bayonne w 1808 roku, rząd francuski zrzekł się prawa do dawnej własności państwa pruskiego, sprzedając ją za sumę 25 milionów franków, płatnych w krótkim okresie czterech lat. W ten sposób polski podatnik musiał poświęcić niemal 10% budżetu na wykupienie hipotek, budynków i wyposażenia, które zaledwie 12 lat wcześniej zabrali mu Prusacy, a które dostały się w ręce Francuzów jako wojenna zdobycz. Hojność nie wchodziła tu więc w grę.

Tymczasem triumfalne fanfary wzywały Polaków pod wojenne sztandary. Po trwającym całe pokolenie okresie bezgranicznych upokorzeń nie brakowało młodych ludzi zdecydowanych dowieść na polu walki znajomości wojennego rzemiosła. Od brawurowej polskiej Chevaux-Legers z Gwardii Cesarskiej po nowo utworzone pułki wojsk Poniatowskiego, od wyżyn Półwyspu po niziny Rosji waleczność Polaków ruszyła w pochodzie jak nigdy od czasów Sobieskiego.

30 listopada 1808 roku Napoleon zatrzymał się u bram Madrytu. Dalszą drogę odcięła mu jedyna hiszpańska dywizja, broniąca wąskiego wąwozu Somosierra, wiodącego na wysoki płaskowyż, na którym rozciąga się hiszpańska stolica. Szesnaście armat wstrzymywało pochód 50 000 żołnierzy. Po kilku próbach przebicia się przy pomocy piechoty rozkaz „do ataku” wydano pierwszemu oddziałowi szwoleżerów. Trzystu jeźdźców z Księstwa Warszawskiego pod wodzą Jana Kozietulskiego posłuchało rozkazu. W osiem minut później ci, którzy ocaleli, ukazali się trzysta metrów wyżej u szczytu wąwozu w odległości dwóch kilometrów od pełnego podziwu cesarza. Zdobyto wszystkie armaty. Opór Hiszpanów przełamano. Zdobyto Madryt. Odtąd opowieści o szarzy spod Somosierry budziły w Warszawie takie same reakcje, jak w Londynie opowieści o szarzy lekkiej brygady (Szarża angielskiej lekkiej kawalerii na pozycje artylerii rosyjskiej; heroiczny, choć daremny epizod oblężenia Sewastopola [1854] podczas wojny krymskiej – przyp. tłum.). Uważano, że kwiat młodzieży polskiego narodu zginął w odległej ziemi w imię jednego brawurowego gestu. W rzeczywistości bezprzykładne poświęcenie tamtej garstki ludzi utorowało drogę całej armii.«

Davies pisze o 300 szwoleżerach, a Wikipedia pisze, że do ataku przystąpiło 125, a zginęło 57. Wąwóz miał 2500 metrów długości, różnica wzniesień 200 metrów. Na tym odcinku Hiszpanie ustawili 4 baterie. Wąwóz był kręty, więc ze stanowisk poszczególnych baterii nie było widać sąsiednich. Wcześniejsze ataki piechoty kończyły się niepowodzeniami. Atak szwoleżerów trwał 8-10 minut. Przeszli przez ten wąwóz jak tornado czy huragan. Człowiek na koniu porusza się zdecydowanie szybciej niż pieszo. Artylerzyści oddawali salwy, ale nie nadążali ponownie załadować armat. Za każdym razem przy zdobyciu kolejnej baterii ginęli szwoleżerzy, ale większość nacierała dalej. Szybkość, determinacja i odwaga zdecydowały, że taka taktyka okazała się zwycięska. Czy to było szaleństwo? Najwyraźniej ktoś wcześniej nie wpadł na pomysł, że szybkim atakiem można zdobyć coś, co wydaje się nie do zdobycia. I pewnie to bardzo bolało Francuzów i „naszych” Żydów, którzy zawsze są na posterunku, gdy trzeba ośmieszyć Polaków, no bo przecież ci durni Polacy, sami z siebie, nie są w stanie niczego wymyślić.

Czym było Księstwo Warszawskie? Bardziej lakonicznie, niż ujął to Davies, chyba się nie da:

W zamian za swój polski mundur obywatel otrzymywał solidne opodatkowanie na pruską modłę oraz obojętność władz na modłę rosyjską; oczekiwano też od niego, że odda życie za francuskiego cesarza, walcząc pod rozkazami niemieckiego króla.

Wszyscy znamy trylogię Sienkiewicza, ale mało kto słyszał o innej trylogii – trylogii z czasów napoleońskich. Jej autorem jest Wacław Gąsiorowski (1869-1939). Akcja pierwszego utworu Huragan toczy się podczas wojen napoleońskich 1806-1809. Wątek historyczny, obejmujący m.in. krytyczną analizę stosunku Napoleona do sprawy polskiej, splata się z wątkiem przygodowym i miłosnym. Zabieg ten zastosował później w swoich powieściach Lewa wolna i Nie trzeba głośno mówić Józef Mackiewicz. Kolejne powieści to Rok 1809 i Szwoleżerowie gwardii. Akcja pierwszej z nich toczy się podczas wojny polsko-austriackiej 1809 roku, drugiej – w okresie kampanii moskiewskiej Napoleona. Warto przytoczyć parę cytatów z pierwszej powieści Huragan:

»Nad wszystkim zaś wszechwładnie panował „landrecht” (prawo krajowe – przyp. mój), kontrybucjami gnębiąc opornych, co chwila zatrzaskując ciemne wrota ciemnic Magdeburga lub Gdańska, wybierając bez rachuby i porządku rekruta, nie wzbraniając się ani od pożogi, ani miecza. „Landrecht” nadto usiłował spędzić z oblicza Śląska, Wielkopolski i Mazowsza smutek a tęsknotę, gniewał go ponury spokój zaścianków szlacheckich, apatia mieszczan. I naraz sypnął garściami złoto, dozwalając brać każdemu w zamian za ustanowienie hipoteki. Brali wszyscy. Ten synowi na Wołoszczyznę zapomogę słał, ów krewniaka tułającego się na paryskim bruku opatrywał, trzeci pieniądze z grodu wywiózł i ginął, czwarty garnek pieniędzy pod drzewem zakopywał. I znów przygnębienie i cisza, i niechęć, i nieufność, szepty a westchnienia, milczenie i głucha nienawiść.

Jedna Warszawa nie zawiodła. Uczty i bale, zabawy, uciechy, pijatyka a wesele co dnia wstrząsało jej murami. Nikt nie myślał o jutrze, o wojnach, o Napoleonie, o Prusakach. Złoto lało się strugami. Nie pytano z jakiego płynęło źródła. Dość, że było. Najstarsi ludzie, co saskie pamiętali czasy, nie widzieli ani takiej ochoty, ani zapamiętania. Zdawało się, że Warszawa upiła się własnym nieszczęściem a losem i, krom oszołomienia, niczego więcej nie szukała. Stary Köhler, pruski gubernator, pobłażliwie spoglądał na miasto, ramionami wzruszał, a gdy mu dyrektor policji, de Tilly, co dzień „ruhig” (spokój – przyp. mój) raportował, uśmiechał się dobrodusznie, powtarzając z przekonaniem: „niech się bawią”. Niekiedy i Köhler, pociągnięty wirem, brał udział w piknikach i polowaniach. Przyjmowano go chętnie. Lubiano powszechnie. W drogę nie wchodził nikomu, w towarzystwie był gładkim, uprzejmym, dobrym kompanem, wyrozumiałym na wybryki młodzieży. Od kielicha nie stronił, śmiać się umiał.

Na karcie Europy leżał trup rozciągnięty, bezwładny, zadławiony zbytkiem własnej pewności, swoich praw, swojej historii, a serce jego dygotało, biło weselem, upojeniem przebrzmiałych, świetnych czasów.«

I tu się zaczyna problem, który w powyższym fragmencie jest zasygnalizowany jednym zdaniem:

I naraz sypnął garściami złoto, dozwalając brać każdemu w zamian za ustanowienie hipoteki. Brali wszyscy.

Do czasu klęski Napoleona zabór pruski sięgał do Bugu, do naszej obecnej wschodniej granicy. To miało też swoje inne konsekwencje, zasygnalizowane w poniższym cytacie:

„Nieboszczyk mój Michał miał żołd, miał dożywocie, a i to zawierucha wyrwała wdowie… Chociaż nie widzi mi się tylko po coś ty do Warszawy zajechał. Może urzędu chcesz, stopnia – wybij sobie to z głowy! Mało to mój bratanek nadreptał a nakłaniał się Prusakom? Nie wezmą dziś, choćbyś im dusze zaprzedał, aby samych Niemców tysiącami ściągają i starostwa, a po ichniemu amty rozdają!… Ehe! Przyznaj no się, może ty o hipotece przemyślasz? Świeży grosz ci pachnie?!”

Wśród tych Niemców było wielu Żydów, jeśli nie większość. Prusy wycofały się po kongresie, a oni zostali. A jak było z Konstytucją Księstwa? Według Gąsiorowskiego było tak:

„Członkowie komisji stali wyprostowani, patrząc w niemym osłupieniu, jak przed ich oczyma rosły statuty bez rozpraw, bez dyskusji, bez wotowania. Stary marszałek sejmu czteroletniego szczególniej był wzruszony i przejęty. To, na co ongi trzeba było miesięcy, lat całych, tu załatwiało się w minutę!

Bassano ledwie mógł nadążyć pisać. Chwilami Bonaparte urywał nagle, zamyślał się, a potem pytał znienacka komisarzy, iżali im ten lub inny układ przypada do przekonania, ale zanim który z nich zdążył coś rzec, Napoleon już dalsze punkta rozwijał.

Oficer służbowy zameldował Talleyranda. Książę Benewentu wszedł zgięty w pałąk.

-Masz projekt konstytucji księstwa?

-Właśnie, Sire, przyniosłem go… jeszcze nie jest ukończonym..

-Taki wolumin!? Schowaj go na pamiątkę dla siebie! Gadulstwo! Miałeś dwa tygodnie czasu! Patrz, ja już kończę! Bassano, pisz! – Marszałek z grona członków sejmu, przez króla mianowany, prezyduje! Większość stanowi! Sejm jest zwyczajny i nadzwyczajny… pierwszy zbiera się co dwa lata…

W ciągu godziny ustrój nowego państwa był gotowy. Bonaparte polecił księciu Bassano uporządkować go i na dzień następny przygotować w kilku egzemplarzach. Następnie członkom komisji nakazał udać się do sali audiencjonalnej.”

W następnym fragmencie Gąsiorowski opisuje prawdziwy stosunek Napoleona do Polaków i nowego państwa:

»Tymczasem z łoża Traktatu Tylżyckiego zaczęły się wychylać powoli te korzyści, które i z tego nowo ufundowanego księstewka miały spłynąć na Francję, a które pozory bezinteresownego wstawiennictwa cieniem okryły.

Księstwo było krajem sprzymierzonym, od lat piętnastu składało się wraz z całą ziemią na dobrowolny podatek krwi dla armii Bonapartego, przez pięć miesięcy znosiło bez szemrania ciężary przemarszu i postoju olbrzymiej armii, na pierwsze wezwanie podążyło wspierać francuskie szeregi – więc kontrybucji wojennej płacić nie mogło! Ale, mimo to, pod innymi pozorami miało być pozbawione resztek dobytku.

Ziemie, które ongi, stanowiąc dobra narodowe, przeszły były do Prusaków – teraz znów, mimo niezawisłości Księstwa, dostały się w ręce Francuzów. Dwudziestu siedmiu marszałków i generałów za trudy, za zasługi położone w wojnie z Prusami odebrało nagrody z polskiej ziemi. Davoust za Auerstädt dostał Księstwo Łowickie, Perrin-Victor – Przedecz, Bessières – Kruszwicę, Lannes – Księstwo Siewierskie, Ney – Księstwo Sieluńskie, Berthier, Soult, Bertand, Oudinot niemniej suto obdarowani zostali. Mniejsze folwarki a wsie dostały się generałom dywizji, brygadierom i pułkownikom.

Prawda, Bonaparte nie zapomniał o Polakach i trzem wodzom ofiarował to, co było już ich, jako Polaków, własnością. Zajączek wziął Opatówkę, Dąbrowski Winną Górę, a książę Józef Wieluń.

Lecz nie koniec na tym. Sumy, które rząd pruski rozpożyczył był szlachcie na hipoteki, chcąc ją do szybszego wyzucia z ziemi doprowadzić – Bonaparte uznał za swoją własność i nowemu rządowi Księstwa polecił wynaleźć środki na ich pokrycie.

Było to ciężkie zadanie! Tym cięższe, że odeń uchylić się, bez narażenia się na gniew mocarza, nie było możliwym. A dwadzieścia milinów franków było nie lada ciężarem dla pustego skarbu.

Wprawdzie za drugie dwadzieścia milionów ziemianie, kupcy, mieszczanie a wieśniacy posiadali rewersów francuskich za wybrane zboże, owies, bydło, konie a prowiant rozmaity, ale te po większej części miały pozostać w aktach rodowych, jako smutne wspomnienie o tym, co do ostatecznej ruiny doprowadziło pradziadowską fortunę.

Sumy hipoteczne zaś, wobec nacisku gabinetu francuskiego – objęte w roku następnym układem podpisanym w Bajonnie, w ciągu trzech lat spłacone zostały… Historii do sum neapolitańskich przybyły „bajońskie…”«

Sumy neapolitańskie to pieniądze, które królowa Bona wywiozła z Polski i pożyczyła Filipowi II hiszpańskiemu, a które już do nas nie wróciły. Takie wyjaśnienie podaje cytowana przeze mnie książka Gąsiorowskiego. Natomiast na stronie Polonia Viva (poloniaviva.eu) znajdujemy taki opis:

»W końcu 1.II.1556 roku opuściła na zawsze Polskę (po 38 latach!), a towarzyszyły jej 24 wozy załadowane bogactwami i tak ciężkie, że każdy ciągło sześć koni. 13.V.

1556 roku przybyła do swego księstwa w Bari. Jednak wyjazd ten był wyrokiem śmierci na Bonę. Jej włoscy towarzysze i tzw. „doradcy”, oszołomieni jej bogactwami jakie zabrała ze sobą z Polski do Włoch, czyhali teraz niczym drapieżne zwierzęta na łup.

Pierwszym błędem Bony było pożyczenie zawrotnej sumy 430 tysięcy złotych dukatów (ważących podobno 1,5 tony) księciu Alba, wicekrólowi Neapolu (którego zwierzchnikiem był cesarz Filip II Habsburg), należącego wówczas do Hiszpanów, na prowadzenie wojny z Francuzami. Bona – poprzez tą „inwestycję” – robiła sobie nadzieję na uzyskanie władzy w Neapolu, co było oczywiście złudą. Te zawrotne, zwane tak do dziś sumy neapolitańskie”, zaostrzyły tylko apetyt innych jej doradców „na resztę”. Szczególnie bezwzględny okazał się tutaj jej prywatny doradca Jan Wawrzyniec (Gian Lorenzo) Pappacoda, który jak się później okazało był na usługach Habsburgów. Bona przejrzała jego zamiary i nakazała go śledzić. Równocześnie widząc swą beznadziejną sytuację powzięła decyzję powrotu do Polski. Ale było już za późno – „kości zostały rzucone” i dni Bony były policzone. Przekupiony przez Pappacodę lekarz podał królowej tzw. „balsam św. Mikołaja” – wolno działającą truciznę. Na łożu śmierci Bonie wciśnięto do podpisu sfałszowany testament, gdzie jej syn Zygmunt August mający prawnie dziedziczyć jej księstwo i majątek, został pominięty! 19.XI.1557 roku Bona zmarła, a Pappacoda po obrabowaniu zamku i likwidacji świadków zbiegł do Habsburgów. Filip II mianował go w nagrodę margrabią Capurso i kasztelanem Bari. Historia godna filmu w Hollywood!

Termin „sumy neapolitańskie”, to już wspomniana suma 430 tysięcy złotych dukatów (dziś podobno ok. 260 milionów złotych), ważąca ponad 1,5 tony, którą Bona pożyczyła w Neapolu i które to pieniądze po jej śmierci (otruciu) na zawsze przepadły. Co prawda strona polska walczyła o zwrot tego majątku, podobnie zresztą jak o prawo dziedziczenia księstwa Bari przez jej syna Zygmunta Augusta, jednak na południu Włoch, w Neapolu, Apulii i Kalabrii panowały inne stosunki. Bez poparcia Habsburgów, którzy nie byli zainteresowani jakimś procesem (a wręcz przeciwnie!), sprawy polskie nie miały tam żadnych szans na sukces. Do dziś termin ten oznacza właśnie oprócz ogromnej sumy, także wierzytelności nie do odzyskania.«

Jak widać nikt nie chce nazwać rzeczy po imieniu. Bona po prostu ukradła te pieniądze, bo gdyby było inaczej, to nikt nie domagałby się zwrotu tych pieniędzy. Biedny kraj. Ciągle go ktoś napadał, grabił, okradał i jeszcze, jak Napoleon, wmawiał, że coś dla Polaków robi, a praktycznie traktował ich jak mięso armatnie.

Czasem zastanawiało mnie, skąd u wielu Polaków tamtego okresu, szczególnie u żołnierzy, taka ufność i wiara w Napoleona? Przecież było wielu ludzi, którzy nie mieli złudzeń, kim jest Napoleon i do czego jest zdolny. A jednak było wielu, którzy gotowi byli walczyć nie za swoją sprawę i nie w interesie własnego kraju. Czy byli tacy głupi? Dla wielu, szczególnie dla chłopów, była to szansa na inne życie. Inna sprawa, że od momentu ustalenia obowiązkowej sześcioletniej służby dla wszystkich w wieku 20-28 lat, mogło to już nie być takie atrakcyjne. Być może pewnym wyjaśnieniem tego fenomenu, będzie kolejny cytat z powieści Gąsiorowskiego:

»Kozietulski nie dobierał wyrażeń. Zdania i słowa jego były proste, graniczące może z grubiaństwem, lecz płynęły z duszy, z uczuć czystych, jasnych.

Z domu rodzicielskiego wyniósł on był rzadką bogobojność a umiłowanie religii przodków. Rzadką, bo choć w opiekuńcze skrzydła Bogarodzicy nie zaginęła, choć pieśń jej przetrwała… atoli pod koniec czasów pruskich nowe prądy z zachodu zakradać się jęły. Loże masońskie mnożyły się w całym kraju, a setki młodzieży przystawało do nich.

Więc i w pułku szwoleżerów nie brakło ani oficerów, ani żołnierzy, którzy nosili godła „Świątyni Hesperydy”, „Rycerzy tarczy północnej”, „Eleusis”, „Świątyni szczerego połączenia i doskonałego milczenia”, „Izydy”, „Uwieńczonej cnoty”, „Świątyni Palomona”.

Kozietulski nie dał się skusić. W wierzeniach swoich pozostał takim, jakim był w dzieciństwie swoim, gdy za rodzicem, imć panem Antonim Habdank Kozietulskim, starostą bendzińskim, odmawiał wieczorne i ranne pacierze. Kozietulskiego kochali żołnierze. „Starościc”, jak go poufale tu i ówdzie nazywano, posiadał serca wszystkich.«

Tak więc wychodzi na to, że rzeczywistość nie jest taka prosta i tłumaczenie pewnych zachowań czy działań głupotą i lekkomyślnością może służyć ukryciu prawdy i zatajeniu prawdziwego oblicza uczestników wielu wydarzeń. Czy Napoleon był masonem i był na usługach masonerii? Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych (1904) pisze:

„Bonaparte, posiadający całe zaufanie Robespierre’a, któremu zawdzięczał początek swej kariery, zyskał sobie także zaufanie wolnomularstwa, czym jedynie wyjaśnić można tak szybkie jego dojście do władzy. Po zdobyciu Tulonu pisał do konwencji:

Obywatele reprezentanci! Z pola bitwy i brocząc jeszcze we krwi zdrajców, donoszę wam z radością, że rozkazy wasze spełnione, Francja pomszczona. Ani wiek, ani płeć oszczędzonymi nie były. Ci, których skaleczyły tylko armaty republikańskie, rozsiekani zostali mieczami wolności i bagnetami równości.

Pozdrowienie i uwielbienie. Brutus Bonaparte, obywatel sans-culottes.

Postawiony na czele wojska włoskiego wraz z młodym jeszcze Robespierrem zostawał z nim w ścisłych związkach. Konwencjonalista ten oddał mu też dowództwo armii Paryża w miejsce Henriota. Jego też królobójcy konwencji wezwali na pomoc, chcąc siłą utrzymać się przy władzy i zatopić w morzu krwi stronnictwa paryskie. W wojnie z papieżem był on narzędziem rewolucji odpowiadającym pragnieniom towarzystw tajnych.”

Czym więc było Księstwo Warszawskie? Chyba bazą wypadową, takim lotniskowcem, z którego miał nastąpić atak na Rosję. Ale powstało ono w wyniku traktatu tylżyckiego, którego stroną był car Rosji. Bez jego zgody pewnie nie powstałoby. Czy nie zdawał on sobie sprawy z tego, że otwiera w ten sposób Napoleonowi drogę na Moskwę i dostarcza mu wiernego sojusznika. Po pokonaniu Prus Napoleon i tak panował na tym terenie. A może to wszystko i tak wcześniej zostało zaplanowane?

Księstwo Warszawskie istniało od 1807 roku do 1812, w którym zostało przekształcone w Królestwo Polskie. A więc tylko 5 lat. W zasadzie bardzo krótki epizod w naszej historii, ale bardzo znaczący. Bardzo wiele się wtedy wydarzyło. Powstało państwo, które po dwóch latach powiększono o znaczne obszary, a po 6 latach, trzy państwa, które 20 lat wcześniej dokonały rozbiorów, ponownie podzieliły między siebie to państwo. Dokonał się więc czwarty rozbiór Polski, bo Księstwo, które sięgało od Krakowa i Poznania po Lublin, tylko z nazwy było Warszawskim. Po co to wszystko było? Najwięcej zyskała Rosja, która klinem wdzierała się pomiędzy Austrię i Prusy i zajmowała tereny, które wcześniej należały do obu tych państw. W wyniku wojny z Austrią w 1809 roku Księstwo zyskuje nowe tereny. Mocarstwo przegrywa wojnę z jakimś księstewkiem? No bo skoro oddaje wcześniej zdobyte tereny, to chyba przegrywa. Czy to cyrk? Czy może rzeczywiście chodziło o to, by nowe państwo dostarczyło jak najwięcej rekruta? W Księstwie od 1808 roku obowiązywał przymusowy pobór do wojska. Państwa, które 12 lat wcześniej dokonały jego rozbiorów, ponownie wskrzeszają je do życia. A niby imperator, zwycięzca, mianuje na księcia tego księstewka przedstawiciela państwa, które pokonał. Czy to nie jest paranoja? Tak to wygląda z zewnątrz, ale najwyraźniej toczyła się jakaś podskórna gra i prawdziwi władcy, ukryci gdzieś głęboko, posługiwali się tylko marionetkami. Prawdziwe cele były zupełnie inne od tych afirmowanych. Napoleon – marionetka. I nie tylko on. I car też, nie wspominając o pruskim królu.

Czy po to powstało Księstwo, by służyć Napoleonowi jako baza wyjściowa do ataku na Rosję i jako zagłębie świeżego rekruta? A jeśli tak, to znaczy, że w momencie jego tworzenia wiedziano, że będzie wojna z Rosją i Rosjanie też musieli o tym wiedzieć, skoro zgodzili się na warunki wynegocjowane w Tylży. Czy to oznacza, że na tym świecie nigdy nic nie dzieje się przypadkowo? A jeśli tak, to znaczy, że i ten wirus, który nas gnębi, nie pojawił się przypadkowo. Mówią, że jeśli chcesz zrozumieć teraźniejszość, to ucz się historii. Święta prawda, pod warunkiem, że jest to prawdziwa historia.

Podziały

Źle się dzieje w państwie duńskim, chciałoby się powiedzieć za Szekspirem, gdyby nie to, że źle się dzieje na całym świecie. W miarę, jak coraz głębiej brniemy w tę „pandemię”, coraz wyraźniej widać, że jest ona tylko i wyłącznie pretekstem do zniewalania, podporządkowywania i, nie bójmy się tego słowa, zabijania ludzi. To, co dzieje się u nas, może jeszcze niektórym dawać nadzieję, że tu chodzi o jakiegoś wirusa, ale to, co dzieje się w świecie szerokim, nie napawa optymizmem. Wprost przeciwnie! Jeszcze nie cały internet jest pod kontrolą. Warto więc korzystać póki można. Na portalu ZeroHedge znalazłem artykuł: We Are Now Entering Full-Blown Tyranny In The Western World (W świecie zachodnim wkraczamy już w tyranię w pełnym wymiarze). Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/political/we-are-now-entering-full-blown-tyranny-western-world.

»Jeśli zaakceptujemy to, co nam teraz robią, to będą po prostu przesuwać granice. W ciągu ostatnich 12 miesięcy władze zachodniego świata wykorzystywały pandemię jako pretekst do narzucenia praktyk rodem z Orwella, których nigdy byśmy nie przyjęli w normalnych czasach. Obiecują nam, że ograniczenia są tylko „tymczasowe”, ale pandemia trwa już od roku i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie ustąpiła. Jeśli rządzący nami są gotowi dojść do tak absurdalnych skrajności podczas stosunkowo niewielkiej pandemii, to do czego będą zdolni, gdy sytuacja ulegnie znacznemu pogorszeniu?

Obserwowanie wydarzeń, które miały miejsce w kościele w Edmonton w ostatnich dniach, było dla mnie emocjonalnym przeżyciem. W ubiegłą środę RCMP (Kanadyjska Królewska Policja Konna) skupiła na sobie globalną uwagę, gdy postawiła potrójne ogrodzenie wokół kościoła GraceLife, próbując powstrzymać ludzi. Nie wiem dlaczego zdecydowali, że jedno ogrodzenie nie wystarczy. Najwyraźniej gromadzenie się chrześcijan jest tak niebezpieczne, że potrzebne były trzy ogrodzenia.

Nie trzeba dodawać, że to drakońskie posunięcie trafiało na pierwsze strony gazet, a w niedzielę około 400 chrześcijan zgromadziło się, by zaprotestować w kościele. Większość z nich po prostu śpiewała hymny lub czytała Biblię, ale kiedy kilku z nich zaczęło burzyć jeden z płotów, to do środka wkroczyło 200 uzbrojonych po zęby policjantów. Takich scen spodziewałbym się w komunistycznych Chinach, Korei Północnej lub Iranie.

Tego rodzaju zdarzenia nigdy nie miały mieć miejsca w Kanadzie. Spośród 4,4 miliona ludzi mieszkających w Albercie było tylko 2013 zgonów, a około połowa z nich to osoby w wieku 80 lat lub starsze. Jeśli chodzenie do kościoła nie jest bezpieczne, to dlaczego hordy Kanadyjczyków mogą każdego dnia w tygodniu krążyć po sklepach? Jeśli kościoły miałyby zostać zamknięte, można by pomyśleć, że Wal-Mart, Costco i Canadian Tire również powinny zostać zamknięte. Ale nie są zamknięte.

W całym zachodnim świecie obiecują nam, że życie w końcu wróci do „normalności” po zakończeniu pandemii i wmawiają nam, że szczepionki zakończą pandemię. Ale tak się nie dzieje. Liczba zakażeń znowu rośnie, a tysiące nadal chorują, mimo że zostały „dwukrotnie zaszczepione”. Natomiast firmy Pfizer i Moderna publicznie przyznają, że ich szczepionki zapewniają jedynie około sześciu miesięcy odporności…

Według nowych badań firmy Pfizer i Moderna wygląda na to, że u osób dwukrotnie zaszczepionych odporność na COVID-19 utrzymuje się przez co najmniej sześć miesięcy, pomimo że badania wciąż trwają. W oświadczeniu wydanym w czwartek przez Pfizer-BioNTech potwierdzono, że odporność na koronawirusa utrzymuje się przez co najmniej pół roku w przypadku osób, które zostały dwukrotnie zaszczepione szczepionką Pfizer.

Większość ludzi, którzy zostają zaszczepieni, myśli, że mają teraz jakąś trwałą odporność, ale to mija się z prawdą. Tymczasem na całym świecie wciąż pojawiają się warianty, przeciwko którym obecne szczepionki w ogóle nie będą skuteczne.

Wiem, że wielu z was nie chce o tym słyszeć, ale pandemia pozostanie z nami. A to oznacza, że orwellowskie środki, które są wprowadzane, będą również nadal obowiązywać. Niedawne badanie w Wielkiej Brytanii wykazało, że większość Brytyjczyków opowiada się za stałym systemem paszportów szczepionkowych…

Inne niepokojące badanie wykazało, że większość Brytyjczyków jest gotowych przyjąć paszporty szczepionkowe, aby móc wykonywać podstawowe codzienne czynności, oraz że są oni skłonni na stałe korzystać z systemu cyfrowych kart identyfikacyjnych.

Badanie przeprowadzone w Londynie przez firmę Savanta ComRes, wykazało, że 56% procent ankietowanych stwierdziło, że zgodziłoby się na wprowadzenie dokumentu potwierdzającego szczepienie lub negatywny status COVID, aby móc wejść do sklepu. Mniej niż jedna trzecia (32 %) stwierdziła, że nie zgodziłaby się na takie rozwiązanie. Co u licha stało się z Brytyjczykami?

Tu w Stanach Zjednoczonych naukowcy opracowują wszczepialny czujnik, który może stwierdzić, czy jesteś chory, czy nie.

Australia, która podczas tej pandemii zasłynęła na całym świecie z tego, że wprowadziła iście orwellowskie restrykcje, teraz nosi się z zamiarem zastosowania czegoś bardziej obłędnego.

Trudno mi było w to uwierzyć, kiedy po raz pierwszy to przeczytałem. Według jednej z australijskich agencji informacyjnych, rząd poważnie rozważa wprowadzenie obowiązku podania przez użytkowników „100 cech identyfikacyjnych”, zanim uzyskają dostęp do platform mediów społecznościowych, takich jak Facebook, Twitter czy Instagram…

Rząd Morrisona rozważy wprowadzenie radykalnego środka zapobiegającego zastraszaniu i trollowaniu w Internecie, jednak eksperci twierdzą, że propozycja ta wiązałaby się z poważnym ryzykiem dla użytkowników mediów społecznościowych.

Rząd rozważa zmuszenie użytkowników platform mediów społecznościowych, takich jak Twitter, Facebook i Instagram – a także internetowych platform randkowych, takich jak Tinder – do przesłania 100 cech identyfikacyjnych w celu ich wykorzystania.

Zalecenie, nad którym wcześniej pracowano, jest jednym z 88 zaleceń zawartych w raporcie komisji parlamentarnej poświęconym przemocy w rodzinie i przemocy na tle seksualnym.

To kierunek, w którym zmierza nasz świat. Przez długi czas cieszyliśmy się internetem, który był stosunkowo wolny i otwarty, ale teraz ta era kończy się. Obecnie tyrani na całym świecie widzą, że Internet może być używany jako narzędzie kontroli, co powinno nas wszystkich głęboko zaniepokoić. W ciągu ostatnich 12 miesięcy pandemia była wykorzystywana jako usprawiedliwienie gwałtownego rozwoju tyranii. Jeśli tak się stało podczas stosunkowo niewielkiej pandemii, to co się stanie, gdy nadejdzie prawdziwy globalny kryzys? Wszyscy powinniśmy się nad tym poważnie zastanowić, ponieważ wkraczamy w bardzo mroczne czasy, a tyrania rządu będzie się tylko pogłębiać.«

Kiedy obserwuje się działanie władz na całym świecie, to nieodparcie ulega się wrażeniu, że te władze prowadzą działania bezsensowne, bo, chociażby w niektórych miejscach, jak sklepy wielkopowierzchniowe czy zakłady pracy, ludzie mogą gromadzić się, a w innych, jak restauracje, siłownie czy kościoły – nie. Pozornie jest to bez sensu, ale tylko pozornie. Władze doskonale zdają sobie sprawę z absurdalności tych ograniczeń, ale robią to, bo ich celem, poprzez takie posunięcia, jest oddziaływanie na ludzką psychikę. Nie od dziś wiadomo, że samopoczucie psychiczne ma duży wpływ na zdrowie ludzi. Jest to działanie wyjątkowo perfidne. Inną zagrywką jest atak, przeważnie, na kościoły katolickie i „wywoływanie” kolejnych fal przed świętami katolickimi. Żeby to osiągnąć wystarczy sterować ilością przeprowadzanych testów. Inna sprawa, że nikt nie jest w stanie zweryfikować danych, które nam codziennie serwują władze. Dzielenie ludzi na wrogie sobie społeczności, to odwieczna zasada rządzących.

Władze nigdy nie byłyby w stanie tak manipulować ludźmi, gdyby nie rozwój nowoczesnych technologii, tj. internetu i telefonii komórkowej. Jednak wcześniej musiały tych ludzi przygotować, gdyż bez tego atak byłby nieskuteczny. To przygotowanie polegało na właściwej edukacji mas. Zaczęło się od likwidacji analfabetyzmu. Dlaczego władzom tak zależało na jego likwidacji? Bo poprzez prasę, książki itp. można było sączyć ludziom właściwą propagandę. Ludźmi się rządzi, jeśli rządzi się ich myślami. To zauważył już Józef Mackiewicz, który w jednym ze swoich opowiadań przytoczył rozmowę z prostym, niepiśmiennym chłopem. Spotkał się z nim przy ognisku, gdy uciekał przez Bolszewikami na Zachód. Zaskoczyła go prostota i logika jego spostrzeżeń. W pewnym momencie chłop mówi: Jeśli Bolszewiki mówio, że chco zabrać bogatym i dać biednym, to czemu oni tak biednych męczo? On niczego nie czytał, on tylko obserwował rzeczywistość. Nam tę obserwację uniemożliwiono. Ograniczono nam poruszanie się w przestrzeni. Do wielu miejsc nie mamy wstępu. Wiedzę o otaczającej nas rzeczywistości, czy może raczej nierzeczywistości, czerpiemy z telewizji, internetu czy tzw. smartfonu – inteligentnego telefonu. Trudno w takiej sytuacji dziwić się, że większość ludzi przyjmuje bezkrytycznie oficjalną interpretację rzeczywistości.

W innym artykule na tym samym portalu “Horror On St Vincent” – Only Vaccinated Evacuees Able To Flee Amid Fears Of Next Big Volcanic Eruption („Horror na wyspie St Vincent” – tylko zaszczepieni mogą ewakuować się w obawie przed kolejną wielką erupcją wulkanu) ukazuje się nam ten nowy wspaniały świat. Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/geopolitical/horror-st-vincent-only-vaccinated-evacuees-able-flee-amid-fears-next-big-volcanic.

»Z powodu wybuchu w piątek wulkanu La Soufriere na wyspie Saint Vincent we wschodniej części Karaibów, tylko osoby zaszczepione mogły ewakuować się na statkach wycieczkowych. Tak właśnie tworzy się podział społeczeństwa, w którym zaszczepieni ludzie już uciekli z wyspy, podczas gdy niezaszczepieni krztuszą się popiołem wulkanicznym. W skrajnej sytuacji, w obliczu śmierci, cel i sens wprowadzania „paszportu COVID”, zostały nam w pełni ukazane.

Życie około16 000 ludzi na karaibskiej wyspie Saint Vincent jest zagrożone, nie tylko z powodu wybuchu wulkanu, ale też ze względu na przerwy w dostawie prądu i wody. I do tego jeszcze gęsty popiół, unoszący się w powietrzu, przesłania słońce. W takiej sytuacji mówi się mieszkańcom wyspy, że nie będą uratowani, jeśli nie zaszczepią się przeciwko COVID-19.

Zaszczep się albo staw czoła śmiercionośnej sile wulkanu, to jest „logika” operatorów statków wycieczkowych i władz wyspiarskich ds. Zdrowia …

Premier Saint Vincent i Grenadyn, Ralph Gonsalves, powiedział dziennikarzom podczas sobotniej konferencji prasowej, że tylko osoby zaszczepione mogą ewakuować się na statkach wycieczkowych.

Główny oficer medyczny będzie w stanie zidentyfikować osoby już zaszczepione, abyśmy mogli zabrać je na statek” – powiedział dziennikarzom Gonsalves.

Wygląda na to, że zasady szczepień według premiera Gonsalvesa zostały już wdrożone na wyspach Barbados, Grenada, Antigua i Saint Lucia, bo kraje te przyjmują tylko w pełni zaszczepionych uchodźców.

Użytkownicy Twittera zamanifestowali swoją dezaprobatę wobec faktu, że tylko osoby zaszczepione mogą uciec z wyspy.

W uzupełnieniu do horroru na St Vincent, „tylko zaszczepieni” są ewakuowani i przyjmowani na statki wycieczkowe lub pobliskie wyspy. To gorsze niż moje najgorsze koszmary o segregacji szczepionkowej. To musi tym bardziej zdeterminować nas, by nigdy nie zgodzić się na przepustki covidowe”, napisał jeden z użytkowników.

Inny powiedział: „W Saint Vincent wybuchł wulkan VirginIslandsPD, a ich rząd ewakuował tylko zaszczepionych obywateli. Nazywam to zbrodnią przeciwko ludzkości”.

W niedzielę Caribbean News Network podało, że warunki na wyspie pogorszyły się. Doszło do „dudnienia, błyskawic i dużego opadu popiołu. Jednocześnie mieszkańcy zgłaszali przerwy w dostawie prądu”.

Organizacja zarządzania kryzysowego St. Vincent Nemo napisała na Twitterze:

Ogromna przerwa w dostawie prądu po kolejnym wybuchu wulkanu La Soufriere. Błyskawice, grzmoty i dudnienia. Większość kraju nie ma zasilania i jest pokryta popiołem”.

Prawie 20 000 osób zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów na karaibskiej wyspie Saint Vincent po wybuchu wulkanu po raz pierwszy od ponad 40 lat. Wulkan miał sześć erupcji – w 1718, 1812, 1814, 1902/03, 1979 i 2021 roku.

Rząd ogranicza się w praktyce do sugerowania swojej spanikowanej ludności, aby spróbowała się zaszczepić lub przygotować na śmierć w wyniku naturalnej klęski żywiołowej i szybko pogarszających się warunków na małej wyspie. Taka polityka tworzy dwuklasowe społeczeństwo, co w praktyce oznacza, że klasa niezaszczepionej populacji musi przygotować się do kolejnej wielkiej erupcji.«

Tak więc mamy tu do czynienia z segregacją, już nie rasową, ale – szczepionkową. Podział na lepszych i gorszych dokonuje się już w praktyce i na naszych oczach. Wszystko za sprawą klęski żywiołowej. A przecież klęski żywiołowe, często innej natury, zdarzają się na całym świecie. To powinno nam uświadomić, jak wielkie niebezpieczeństwo grozi nam ze strony rządzących. W ekstremalnych warunkach nie będzie litości. Do czego to doszło! Do czego jest zdolny człowiek? Aż trudno uwierzyć, że to właśnie tam miało miejsce zdarzenie, które swego czasu napawało całą Anglię dumą i wiarą w człowieka i jego możliwości. Ale po kolei.

Źródło: Wikipedia.org

Karaiby to wielki archipelag składający się z Wielkich i Małych Antyli. Wielkie – to Kuba, Jamajka, Haiti, Portoryko i szereg mniejszych wysp wokół nich. Małe – to drobnica, małe wyspy, z których najbardziej znane, przynajmniej dla mnie, to Trynidad i Tobago, Martynika, Barbados. A teraz dzięki wulkanowi La Soufriere, który wybuchł na wyspie Saint Vincent, to i ta pozostanie w pamięci. Państwo nazywa się Saint Vincent i Grenadyny. Grenadyny to też wyspy, ale jeszcze mniejsze. Językiem urzędowym jest angielski, ale w powszechnym użyciu jest francuski, co nie dziwi, sądząc po nazwach wysp i wulkanu. Stolica ma angielską nazwę – Kingstown. Wyspy leżą w południowej części archipelagu Małych Antyli. I to właśnie gdzieś w tym miejscu, na jednej z tych małych wysepek toczy się akcja powieści Daniela Defoe (1660-1731) Robinson Crusoe.

Powieść ta oparta jest na prawdziwym zdarzeniu, o którym Defoe wcześniej był usłyszał. W 1704 roku, Szkot, Alexander Selkirk, pokłócił się z kapitanem statku i poprosił o wysadzenie go na bezludnej wyspie. Żył tam samotnie przez pięć lat do czasu, gdy zabrał go inny angielski statek. W owym czasie historia ta wywarła wielkie wrażenie na ludziach w Anglii i wzbudziła w nich wielki optymizm i wiarę w możliwości człowieka. Że zrobiła wielkie wrażenie na ludziach to fakt. William Collins (1824-1889) autor powieści detektywistycznych, w jednej z nich, Kamień Księżycowy, jednej z jej głównych postaci każe w trudnych dla niej sytuacjach, wymagających podjęcia szybkiej decyzji, zajrzeć do powieści Robinson Crusoe i przeczytać wybrany losowo fragment. Po takim zabiegu podjęcie decyzji było o wiele łatwiejsze. A tak na marginesie, to właśnie Collins stworzył postać, na której, jak sądzę, wzorował się Conan Doyle, tworząc swego bohatera Sherlocka Holmesa.

Od wulkanicznych popiołów do Sherlocka Holmesa – niezłe zatoczyłem koło. Takie to refleksje naszły mnie po tym, co dzieje się gdzieś daleko od nas, ale co też prawdopodobnie, dotrze do nas. Dziś chyba już brakuje wiary w ludzi. Taka to różnica pomiędzy tamtymi, a tymi czasy.