Krym

W piątek 2 lutego prezydent Duda, w rozmowie z Kanałem Zero, powiedział: Nie wiem czy odzyska Krym, ale wierzę, że odzyska Donieck i Ługańsk. Krym jest miejscem szczególnym, również ze względów historycznych. Ponieważ w istocie, jeśli popatrzymy historycznie, to przez więcej czasu był w gestii Rosji. Historia Krymu jest długa, burzliwa i pod wieloma względami wyjątkowa. Ta wyjątkowość dotyczy ludności, która zamieszkiwała ten półwysep oraz zmian demograficznych i etnicznych, zachodzących tam na przestrzeni wieków, najczęściej w wyniku wysiedleń. Warto więc poznać, nawet pobieżnie, historię tego miejsca, bo jak sądzę, jest ona mało znana, chociaż w naszej świadomości funkcjonuje powiedzenie: „Gdzie Rzym, gdzie Krym?”. Mamy też Sonety krymskie litewskiego Żyda. Ale przede wszystkim Krym kojarzy się z Jałtą i konferencją jałtańską, której postanowienia, w nie tak odległej przyszłości, zostaną unieważnione. Informacje o historii Krymu pochodzą z Wikipedii. 

Pierwszymi znanymi z nazwy mieszkańcami Półwyspu Krymskiego byli Taurowie – lud irański. Następni byli Kimerowie – lud indoeuropejski. W VII wieku p.n.e. pojawili się tam Scytowie, również irańskiego pochodzenia, którzy stworzyli potężne państwo pomiędzy Dunajem a Donem, trwające do II wieku p.n.e., a po jego zniszczeniu w 331 roku przez jednego z wodzów Aleksandra Wielkiego i najazdach Sarmatów, część Scytów utworzyła nowe państwo.

Kolonie greckie na Krymie około 450 roku p.n.e.; źródło: Wikipedia.

Jeszcze w VII wieku p.n.e. pojawiają się miasta-kolonie i państwa greckie m.in. Chersonez Taurydzki. W 480 roku we wschodniej części Krymu tworzy się złożone z 30 miejscowości Królestwo Bosporańskie, w którym dominowała kultura grecka i które w IV wieku p.n.e. opanowało handel na terenach należących do Scytów. W południowej części Krymu mieszkali Taurowie, a północna była opanowana przez Scytów. W III wieku n.e. państwo Scytów krymskich najechali Goci, co było równoznaczne z upadkiem tego państwa. U schyłku IV wieku n.e. stepowe obszary środkowego i północnego Krymu opanowali Hunowie, wypierając resztki Taurów i Scytów. Hunowie nie zdołali jednak podbić ani Chersonezu, ani Bosporu. W VI wieku w obu państwach greckich dominującą religią staje się chrześcijaństwo, które pojawiło się tam na przełomie III i IV wieku i stopniowo zdobywało wpływy.

W VI wieku aktywne działania polityczne i militarne Cesarstwa Bizantyjskiego doprowadzają do znacznego rozszerzenia wpływów tego państwa na Krymie. Centrum posiadłości bizantyjskich stał się Chersonez Taurydzki na południowo-zachodnim wybrzeżu. Justynian Wielki zajął królestwo Bosporańskie (Bospor), a także cały południowy Krym. Pod koniec VII wieku na Krym dotarli Chazarowie tureckiego pochodzenia, ustanawiając swoją władzę nad częścią tego regionu.

Pod koniec X wieku wielki książę kijowski Włodzimierz I rozszerzył granice swego państwa aż do Krymu. W 988 roku przyjął on chrzest w Chersonezie i poślubił siostrę cesarza bizantyjskiego. Około 1240 roku Krym opanowali Mongołowie i włączyli go do państwa Złota Orda. W roku 1427 rozpadła się ona i powstał Chanat Krymski.

Krym w połowie XV wieku; źródło: angielska Wikipedia.

W XIV wieku w południowo-zachodniej części Krymu powstało państwo Teodoro, którego grecka ludność wyznawała prawosławie. W pierwszej połowie XV wieku, w latach 1422-1424 i 1433-1441, państwo to toczyło wojny z koloniami Genui. W 1475 roku Krym został zaatakowany przez Turków, którzy zdobyli genueńską Kaffę (Teodozję). Podporządkowali oni sobie też Chanat Krymski. Wkrótce jednak półwysep rozkwitł ponownie, głównie dzięki koloniom genueńskim, z których największą była Kaffa.

W 1774 roku, po przegranej przez Turcję wojnie z Rosją, ostatni chan krymski przyjął zwierzchnictwo Rosji, ale po aneksji Krymu w 1783 roku złożył urząd i od tego momentu Krym przeszedł pod władzę Rosji.

Ludność

W pierwszym ćwierćwieczu XVIII wieku ludność Krymu (należał w większości do Chanatu Krymskiego, a pewne części do Turcji) stanowiła ok. 467 tys. (95,1% Tatarzy krymscy, 2,6% Grecy, 2,1% Ormianie i inni). To była największa liczba mieszkańców Krymu przed podbojem rosyjskim, gdyż po wojnie rosyjsko-tureckiej 1768−1774 ludność zmniejszyła się do 454,7 tys., ale później całą ludność chrześcijańską (Grecy i Ormianie, łącznie 31 tys.) na rozkaz carycy rosyjskiej Katarzyny II wysiedlono z Krymu, tworząc kolonie greckie na północ od Morza Azowskiego (okolice Mariupola) oraz kolonię ormiańską Nor-Nachiczewan w pobliżu Rostowa nad Donem.

Pierwszy exodus Tatarów z Krymu miał miejsce w II połowie XVIII wieku.

Przed wcieleniem do Imperium Rosyjskiego i w pierwszych latach po aneksji, z Krymu do Imperium Osmańskiego wyjechała większość ludności tatarskiej (w tym ok. 200 tys. osiedlono w Rumelii na terenie obecnej Bułgarii południowej). Do 1785 ludność Krymu spadła do 46,5 tys. płci męskiej (w tym Tatarzy krymscy 84,1%, czyli 39,1 tys.).

Po wojnie rosyjsko-tureckiej 1787−1791 nasilił się napływ ludności z Rosji. Tak w 1793 ludność Krymu stanowiła 128 tys. (w tym Tatarzy krymscy 87,8%, Grecy 2%, Romowie 2,6%, Żydzi 1,2%, jak też Rosjanie 5% i inni), w 1835 na Krymie mieszkało już 279,4 tys. (w tym Tatarzy krymscy 83,5%, Rosjanie 4,4%, Ukraińcy 3,1%, Romowie 2,4%, Grecy 2% i inni).

Kilka lat przed wojną krymską (w 1850) ludność Krymu wzrosła do 343,5 tys. (w tym 77,8% Tatarzy krymscy, 7% Ukraińcy, 6,6% Rosjanie, 2% Grecy i inni). W czasie wojny krymskiej część Tatarów aktywnie uczestniczyła w wojnie przeciw Rosji i po wojnie wyemigrowała wraz z rodzinami do Turcji (ok. 18,5 tys.). Władze rosyjskie w czasie wojny dokonały wysiedlenia znacznej części Tatarów ze strefy nadmorskiej Krymu w głąb terenu. Ludność Krymu zmalała do 331,3 tys. w 1858 (73% Tatarzy krymscy, 12,6% Rosjanie, 4% Ukraińcy, 2,4% Grecy i inni).

Drugi exodus Tatarów z Krymu miał miejsce na początku lat 60. XIX wieku.

Tatarzy krymscy tracili stopniowo swoje ziemie. Na początku XIX w. w posiadaniu Tatarów pozostawało 30% gruntów ornych, lecz w połowie XIX w. ich obszar zmniejszył się dwukrotnie, przy tym ludność tatarska wzrosła z 140 do 240 tys., to spowodowało, że 52% chłopów tatarskich nie posiadało ziemi. Dążenie do wolności i ziemi, jak też propaganda islamska, spotęgowane przez działania władz rosyjskich (zabroniono powrotu do domów ludności wysiedlonej w czasie wojny), spowodowały masowe odejście ludności tatarskiej do Imperium Osmańskiego. Ogólny ubytek ludności Krymu w 1860 wyniósł 117 tys. – z 306 tys. do 189 tys. osób. W latach 1861–1862 wyjechało jeszcze 15 tys. Tatarów.

W wyniku emigracji całkowicie opustoszało 278 osiedli w ujezdzie (odpowiednik powiatu – przyp. W.L.) perekopskim, 20 w ujezdach symferopolskim i jałtańskim, oraz 196 w eupatoryjskim. Znaczne połacie ziemi opustoszały i jej cena spadła 7-krotnie. Do prac polowych używano wojska. W 1864 ludność Krymu wynosiła 198,7 tys. (w tym 50,3% Tatarzy krymscy, 28,5% Rosjanie i Ukraińcy, 6,5% Grecy, 5,3% Żydzi, 2,9% Ormianie i inni). To był ostatni moment, kiedy Tatarzy Krymscy stanowili większość na Krymie.

W blogu „Nacjonalizm ukraiński” pisałem, że ojciec Dmytro Doncowa (1883) odziedziczył 1500 dziesięcin (1 dz. = 1,1 ha) ziemi w guberni taurydzkiej. Rodzice Doncowa zmarli wcześnie, bo w latach 1894 i 1895. I tam, gdzie jedni tracą, inni szybko dorabiają się fortun. Masowe wysiedlenia to nie tylko okazja do zmiany etnicznego składu danej populacji, ale także okazja do wzbogacenia się wybranych osób.

Pierwszy spis powszechny Rosji w 1897 odnotował gwałtowny wzrost ludności Krymu (w wyniku przyrostu naturalnego, ale głównie napływu) do 546,7 tys. (w tym Tatarzy krymscy 35,7%, Rosjanie 33,1%, Ukraińcy 11,8%, Niemcy 5,8%, Żydzi 4,4%, Grecy 3,1% i inni). Osadnicy niemieccy stanowili aż 23% ludności pow. perekopskiego, 12% pow. eupatoryjskiego i 4% pow. symferopolskiego. Bułgarzy mieszkali głównie w pow. teodozyjskim, gdzie stanowili 5% ludności. W pow. perekopskim pojawili się osadnicy czescy i estońscy. W ujezdach kontynentalnych guberni taurydzkiej (berdiański, melitopolski, dnieprowski) dominowali Ukraińcy, przed Rosjanami. W ujezdach Krymu (symferopolski, eupatoryjski, jałtański, teodozyjski) dominowali Tatarzy przed Rosjanami, w ujeździe perekopskim u nasady półwyspu istniała równowaga czterech narodowości (Tatarzy, Rosjanie, Ukraińcy, Niemcy), w gradonaczalstwach (miastach wydzielonych) Sewastopol i Kercz-Jenikale zdecydowaną większość stanowili Rosjanie, którzy dominowali również w miastach guberni.

Od 1921 do czerwca 1922 Krym – podobnie jak sąsiednie rejony Ukrainy, Rosji (Powołże) i Kazachstanu – dotknęła klęska głodu, pogarszana jeszcze rekwizycjami płodów rolnych przez władze bolszewickie. Na terenie Krymu zmarło z głodu około 100 tys. osób, 50 tys. ludzi opuściło półwysep szukając pożywienia, co łącznie oznaczało ubytek 21% mieszkańców tego rejonu. Klęską dotknięte były głównie rolnicze obszary zamieszkane przez Tatarów. Podczas gdy w Bakczysaraju zmarło z głodu 55% mieszkańców, w Biłohirsku 48%, to w Symferopolu 13%, zaś w Sewastopolu 11%.

W okresie 1929–1930 miała miejsce kolektywizacja, połączona z represjami wobec duchowieństwa (w tym muzułmańskiego) oraz narzuceniem językowi krymskotatarskiemu w 1928 alfabetu łacińskiego zamiast arabskiego, zaś w latach 1931–1933 kiedy Ukrainę i niektóre regiony Rosji (w tym Kubań i Kazachstan) nawiedziła śmiertelna klęska głodowa, wielki głód ominął Krym. W okresie wielkiego terroru w latach 1937–1938 NKWD przeprowadził dużą akcję przeciwko dotychczasowej elicie komunistów i inteligencji (w tym i krymskotatarskiej). W sumie wydarzenia te, po 1922, doprowadziły do śmierci kolejnych 40 tys. Tatarów krymskich; tym niemniej liczba Tatarów krymskich wzrosła z 179 tys. według spisu z 1926 do 219 tys. według spisu z 1939.

Trzeci „exodus” Tatarów z Krymu w 1944 roku

W czasie II wojny światowej, władze sowieckie dokonały latem 1941 deportacji z Krymu ludności niemieckiej, a w czasie okupacji hitlerowskiej władze okupacyjne wymordowały ludność żydowską, krymczacką oraz romską. W akcjach eksterminacyjnych brały udział też krymskotatarskie oddziały ochotnicze. Mordów na ludności cywilnej dokonywano także w czasie akcji pacyfikacyjnych spowodowanych aktywną partyzantką sowiecką. W myśl planów niemieckich Krym zasiedlony miał być przez Niemców i nosić nazwę Gotenland (Kraj Gotów). Po wyzwoleniu Krymu przez Armię Czerwoną w maju 1944, Józef Stalin, pod pretekstem, że w czasie okupacji ludność krymskotatarska kolaborowała z niemieckimi najeźdźcami, zadecydował o wysiedleniu wszystkich Tatarów krymskich oraz Ormian, Greków i Bułgarów z Krymu do sowieckich republik Azji Środkowej (przede wszystkim Uzbeckiej SRR). Formalną decyzję w tej sprawie podjął 11 maja 1944 Państwowy Komitet Obrony ZSRR, decyzja była sygnowana przez Stalina. Główną akcję deportacyjną przeprowadził NKWD w dniach 18–20 maja 1944. W czasie akcji wysiedlono z Krymu około 200 tysięcy Tatarów krymskich. W miejsce wysiedleńców przybyli osadnicy, głównie rosyjscy i ukraińscy.

Stan obecny

Krym zamieszkuje około 2,4 mln ludzi. Większość ludności (60,40%) stanowią Rosjanie. Oprócz nich żyją tam Ukraińcy (24,01%) i Tatarzy krymscy (10,21%)[26]. Ci ostatni stanowili ok. 20% ludności półwyspu do 18 maja 1944 roku, tj. do czasu, gdy w ramach stalinowskich represji za kolaborację (często domniemaną) z Niemcami zostali wysiedleni i zesłani do Azji Środkowej. Obecnie część tatarskich wysiedleńców i ich potomków powraca na Krym (m.in. z Uzbekistanu), gdzie jednak napotykają liczne problemy natury ekonomicznej i formalno-prawnej, np. utrudnienia w uzyskaniu prawa pobytu i obywatelstwa.

x

Ludność Krymu19391959197919892001
Ogólnie, w tys.832996,81 123,81 2011,52 135,9
Tatarzy krymscy, %19,40,71,612,1
Rosjanie, %49,671,468,467,458,3
Ukraińcy, %13,722,325,625,824,3

Powyższe informacje w tabeli pochodzą z Wikipedii. Niewątpliwie najdłużej na Krymie mieszkali Tatarzy krymscy i przez większość swego pobytu tam byli najliczniejsi. Pytanie, na które odpowiedzi nie będzie to: ilu spośród nich to byli Żydzi? Podobnie jak nie dowiemy się, ilu Żydów było wśród Rosjan, których osiedlano na Krymie. Jednego wszak możemy być pewni. Wszelkie wojny zawsze prowadzą do przesiedleń i zmiany stanu etnicznego danego terenu. Dziś my tego doświadczamy na własnej skórze, choć obawiam się, że większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie zdaje sobie z tego sprawy, bo im tego nie powiedziano. A dla ludzi prostych, jak się czegoś nie powie, to tego nie ma. Taka jest potęga słowa.

Krym to zagadnienie szerokie, miejsce szczególne, jak powiedział prezydent Duda, ale jego obraz będzie niepełny, jeśli nie uwzględnimy czynnika żydowskiego. Zbigniew Krasnowski, czyli Tadeusz Gluziński, w książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936) pisał w rozdziale „Realizacja hasła wspólnoty w Rosji sowieckiej”:

Charakterystyka polemiki (fragmenty)

Jak już było wyjaśnione, burzenie układu stosunków, który istnieje w łonie narodów rdzennych, jest dla żydostwa koniecznością. W burzeniu zatem widzą żydzi urzeczywistnienie swego maksymalistycznego programu narodowego, w który wchodzi zarówno zapewnienie panowania żydów w diasporze, jak i odbudowa Erec Israel. Stąd gorące polemiki z syjonistami, którzy chcą jakoby obniżyć te ideały do zdobycia tylko Palestyny.

W polemikach tych poczęła być używana nazwa „Krym”, jako symbol rozwiązania zagadnienia żydowskiego przez wywrót społeczny, który umożliwia między innymi kolonizację całych połaci opanowanego przez wywrót kraju.

»Powyższy temat (tj. „Krym czy Palestyna?”, przyp. tł.) pisał w październiku 1925 r. bezimienny autor – nie schodzi z porządku dziennego żydowskiego społeczeństwa w ciągu ostatnich miesięcy. Z tego powodu prowadzone są żywe spory w Polsce i Ameryce, w Niemczech i Palestynie. Mówią o tym syjoniści, ludowcy, asymilatorzy, bundowcy i poalej-syjoniści wszystkich odcieni. Wszyscy jednak stawiają to zagadnienie w fałszywym świetle, przeciwstawiając czasami „Krym” Palestynie, czasami zaś uzupełniając jedno drugim. Żadne jednak z ugrupowań mieszczańskich i socjalistyczno-nacjonalistycznych nie ma odwagi wejrzeć w istotę rzeczywistości. Gdyby jednak posiadały odwagę, bądź możliwość urzeczywistnienia, zrozumiałyby, że to, co obecnie dzieje się w Związku Radzieckim w dziedzinie produktywizacji żydowskich mas zdeklasowanych, nie jest niczym innym jak kółkiem w łańcuchu ogólnej socjalistycznej odbudowy państwa radzieckiego oraz że obecna żydowska kolonizacja w Związku Radzieckim nie ma nic wspólnego ze wszystkimi patentowanymi nacjonalistycznymi receptami na rozwiązanie kwestii żydowskiej…

Nie „Krym”, nie jakieś dziesiątki tysięcy kolonistów żydowskich, którzy pragną tam osiąść, nie autonomia, którą oni chcą tam, lub gdzie indziej, otrzymać zupełnie mechanicznie, o ile w danym poszczególnym miejscu wytworzy się większość żydowska – nie to rozwiązuje zagadnienie żydowskie, lecz cały zespół środków, które przedsiębierze władza sowiecka, aby wciągnąć masy żydowskie do ogólnego życia gospodarczego i aby podnieść stan kulturalny szerokich mas żydowskich.

Cały Związek Sowiecki jest dla mas żydowskich, które tam zamieszkują, ich własnym krajem, tak samo jak dla wszystkich innych narodów. Nie w „Krymie” leży rozwiązanie zagadnienia żydowskiego, lecz w „październiku” (To znaczy w rewolucji, przyp. tłum.).

Rosyjski bowiem październik uczynił możliwymi wszystkie zwycięstwa szerokich mas żydowskich w byłej Rosji. „Światowy październik” („welt-oktober”) rozwiąże „światowe” zagadnienie żydowskie. Wszystkie „specyficzne” odpowiedzi na kwestię żydowską, jak syjonizm, terytorializm, autonomizm itp. są jedynie kamieniami na drodze do rzeczywistego wyzwolenia. To jest nauka wypływająca z tak popularnej obecnie „kolonizacji krymskiej”.« – „Di Woch”, Lwów (tygodnik), nr 15, 23 I 1925 r. – „Krym czy Palestyna” (bez podpisu autora).

Dążność zatem żydów do wytworzenia na terenie Rosji „kraju żydowskiego” nie jest wyrazem… „przesądów narodowych”, bo jest to przejaw budowy… „naszej ojczyzny socjalistycznej”.

W przytoczonych oddźwiękach dyskusji prowadzonej w społeczeństwie żydowskim, ujawniają się linie wytyczne, które zostały nakreślone: na dziś – rosyjski październik i żydowskie republiki w Rosji, na jutro – światowy październik…

Kolonizacja rolna w ZSRR (fragmenty)

Na historycznych ziemiach Małorusinów, Białorusinów itd. żydzi poczęli tworzyć swoje odrębne okręgi autonomiczne. Warszawski dziennik żargonowy we wrześniu 1925 r. doniósł:

Wiceprzewodniczący rady komisarzy ludowych w republice radzieckiej i przewodniczący rady ukraińskiej komisarzy ludowych, Czubar, oświadczył na ostatnim kongresie sowietów, że jednocześnie ze wzrostem żydowskiej ludności rolniczej w guberni chersońskiej, w zgodzie z podstawowymi przepisami konstytucji sowieckiej, będzie tam utworzony żydowski ośrodek administracyjny. Komisarz ludowy, Czubar, dalej wywodził, że uważa on za zupełnie możliwe, aby w okręgu chersońskim utworzyć żydowską republikę autonomiczną na podstawie ogólnego prawodawstwa narodowościowego konstytucji sowieckiej. W guberni chersońskiej zamieszkuje żydowska ludność rolnicza o ilości 30 tysięcy dusz. Ukraiński CIK (centralny komitet wykonawczy) zamierza oddać do rozporządzenia kolonizacji żydowskiej nowy teren państwowy, aby tam osiedlić 7 tysięcy rodzin żydowskich (30 tysięcy dusz). – „Der moment”, nr 205, 3 IX 1925 r. – „Myśl o żydowskim okręgu autonomicznym w Rosji nie zanikła”.

ŻAT (Żydowska Agencja Telegraficzna – przyp. W.L.) w depeszy z Moskwy we wrześniu 1928 r. doniosła:

„Komzet” (sowieckie ministerstwo do spraw kolonizacji żydowskiej – przyp. W.L.) na Dalekim Wschodzie powziął uchwałę w sprawie niezwłocznego rozpoczęcia budowy nowego osiedla żydowskiego przy rzece Amur, pomiędzy Ekaterino-Nikolsk i Pizino. Rząd zamierza tam wybudować tamę, która by zabezpieczała tę okolicę od zalewu. Teren ten znajduje się o 8 wiorst od plantacji ryżu, gdzie również będą utworzone osiedla. – „Hajnt” , nr 208, 3 IX 1928 r. – „Komzet poczyna budować nowe osiedle żydowskie nad Amurem” – depesza z Moskwy ŻAT.

ŻAT w depeszy z 19 marca 1929 r. z Moskwy doniosła:

„Komzet” przyjął ostatecznie plan kolonizacji na najbliższe 5 lat. Według tego planu do 1934 r. należy osiedlić w ogóle 48 tysięcy rodzin żydowskich. Wśród tej liczby – 12 tysięcy rodzin żydowskich ma być osiedlonych w Birobidżanie (na granicy z Mongolią – przyp. W.L.), 15 tysięcy rodzin na Ukrainie, 6500 rodzin na Białorusi. Poza tym 2500 rodzin na Kaukazie spośród żydów górskich. – „Der moment”, nr 68, 20 III 1929 r. – „Żydowski plan kolonizacyjny w Związku Sowieckim” – depesza z dnia 19 marca z Moskwy ŻAT.

Jedną z takich pożądanych dla żydostwa dzielnic był również Krym. Żyzna ziemia, ciepły klimat, dogodne warunki dla rozwoju handlu z południem Rosji – wszystko to musiało podziałać w kierunku wytworzenia tam autonomicznego okręgu żydowskiego. Depesza ŻAT z Moskwy we wrześniu 1930 r. doniosła:

Centralny komitet wykonawczy republiki krymskiej potwierdził projekt utworzenia żydowskiego okręgu na Krymie. Żydowski okręg zajmuje przestrzeń 270 tys. hektarów ziemi, obejmując żydowskie osiedla eupatoryjskiego i zachodnio-dżankojskiego okręgu. Ponad połowę tego okręgu zajmują żydowskie przestrzenie, obsługiwane przez „Agrojoint”.

„Agrojoint” – składowa część Joint Distribution Committee („Joint”), kierująca z ramienia żydostwa amerykańskiego kolonizacją żydowską w Rosji sowieckiej.

Depesza ŻAT z Moskwy w marcu 1935 r. doniosła:

Na Krymie otwarto nowy żydowski okręg narodowy. Nosi on nazwę – łarinosielski – na cześć zmarłego Jurija Łarina, jednego z czynniejszych działaczy na polu osadnictwa żydowskiego na roli. Będzie to drugi żydowski okręg na Krymie… Ten nowo założony łarinosielski obejmuje około 50 żydowskich i nieżydowskich kołchozów… Na zjeździe sowietów nowo utworzonego okręgu żydowskiego, odbytym we wsi Dżurczy, wybrano jego komitet wykonawczy w liczbie 27 osób. Plenum wybrało prezydium w składzie 9 osób. – „Der Moment”, nr 66, 18 III 1935 r. – depesza ŻAT z Moskwy.

Tak oto realizuje się „wspólnota” w Rosji po „rosyjskim październiku”. „Legalnie”, bez przelewu krwi, przechodzą w posiadanie żydowskie całe obszary ziemi…

W jaki sposób powstały wolne tereny dla kolonizacji? Przecież

rosyjska rewolucja społeczna dokonana została przez masy rosyjskie, które zostały podniecone przez komunistów. Chłopi rosyjscy zrabowali dwory pańskie i rozdzielili pomiędzy siebie ziemię… – „Hajnt”, nr 116, 26 V 1929 r. – „Ludność żydowska pod władzą sowiecką”, cz.VI „Judofobia w Rosji sowieckiej”, prof. Boris Bruckus.

a jednak organ syjonistyczny w Warszawie w lutym 1924 r. pisał, poruszając sprawę kolonizacji żydowskiej na południu Rosji:

Najbardziej odpowiedni dla żydów jest teren znajdujący się w pobliżu Odessy i Petrowska. Rząd sowiecki chce go oddać bezpłatnie, o ile żydzi zgodzą się tam pracować na roli… Są tam wolne grunty dawnej arystokracji rosyjskiej, ciągnące się na przestrzeni wielu tysięcy morgów… W czasie wojny i lat głodowych mnóstwo ludzi wymarło na półwyspie… – „Nasz Przegląd”, nr 43, 12 II 1924 r. – „Projekt republiki żydowskiej na Krymie”.

Trudno przypuścić, aby akurat w miejscowościach pożądanych dla żydostwa do kolonizacji ludność rdzenna „wymarła”.

Prawda, operował tam, jak już wiadomo, Bela Kuhn, który wymordował na Krymie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Przypuszczalnie niejedna rodzina, stracona przez niego, uwolniła w ten sposób miejsca dla przyszłych kolonistów żydowskich…

W maju 1928 r. „Journal de Geneve” podał informację byłego dyrektora Czerwonego Krzyża (dr. Jerzego Ladygiańskiego), w której czytamy, że Bela Kuhn stracić kazał: w Teodozji 7500 osób, w Symferopolu – 12 000, w Sewastopolu przeszło 10 000, w Kerczu 6000, w Jałcie przeszło 5000… Ogólną liczę zamordowanych z rozkazu Beli Kuhna na Krymie Rosjan i Tatarów, obliczają na 60 do 70 tysięcy.

„Hajnt” nr 101 z 30 IV 1928 r. podaje:

„Pewnego razu delegowano go (Bela Kuhna) w celu zduszenia na Krymie kontrrewolucji. Bela Kuhn popełnił wówczas takie okrucieństwa, że moskiewska władza centralna musiała go odwołać. Rozkazał on wówczas rozstrzelać tysiące ludzi. Wówczas rozeszła się pogłoska, że Bela Kuhn nie jest przy zdrowych zmysłach; lecz ta pogłoska okazała się nieprawdziwa.”

Musieli jednak być i tacy chłopi na Krymie, którzy przeżyli czasy „wojny i lat głodowych”, a którym ziemię po prostu odebrano.

Historyk żydowski, Ben Cion Kac, omawiając sprawę kolonizacji żydowskiej w Rosji, w czerwcu 1928 r. pisał:

Pieniądze, które amerykańscy milionerzy dają na kolonizację, są przeznaczone na osiedlenie się żydów na Krymie w różnych okolicach. Prawda, dotąd wciąż liczono, że na Krymie jet bardzo mało wolnej ziemi, a zwłaszcza ziemi dobrej. Kalinin już od dawna wyjaśnił, że dla kolonizacji żydowskiej na Krymie jest przeznaczona ziemia, gdzie nie ma wody i która skutkiem tego nie nadaje się dla chłopa rosyjskiego, a którą filantropi amerykańscy mogą udoskonalić dla kolonizacji żydowskiej, dzięki świeżym kapitałom. To jest w północnej części Krymu. Jednak, okazuje się, że kwota dziesięciu milionów dolarów jest przeznaczona akurat na kolonizację w części południowej Krymu. Mereżin (kierownik „jewsekcji”) oświadczył, że to dlatego, iż rząd postanowił zmniejszyć przestrzeń ziemi dla włościan na Krymie. Poprzednio podzielono na rzecz Tatarów i innych dużo ziemi, lecz oni sami nie mogą jej całkowicie obrobić. Rząd sowiecki w ogóle nie chce, aby było wielu „właścicieli ziemskich”, tj. większych posiadaczy ziemi, i będzie się obecnie ustalało mniej ziemi dla każdego chłopa. W ten sposób zwolniono ziemie dla kolonizacji żydowskiej. I właśnie na tej ziemi zamierzają filantropi osiedlić sporą ilość rodzin żydowskich. W rosyjskiej prasie sowieckiej o tym nie ma ani słowa. Jest to w ogóle przeciw polityce rządu sowieckiego, który, odbierając ziemię u Tatarów i dając ją żydom, obawia się wzmożenia się judofobii, i tak już dosyć obecnie silnej. – „Hajnt’, nr 134, 8 VI 1928.

Wnioski

Słowem przez hasło „wspólnoty” do wywrotu społecznego i do „budowy” socjalizmu, a przez socjalizm do władania ziemią na prawie… własności prywatnej, i to na zwartych obszarach, mających stać się „republikami żydowskimi”…

Na nienawiści więc do właścicieli ziemskich, wywołanej wśród chłopów i w ogóle pracowników fizycznych przez… komunistów w okresie „wielkiej rewolucji rosyjskiej”, ludność żydowska, jak się okazuje, nie straciła.

Bankierzy żydowscy z krajów poza Rosją zawierają umowy z rządem „robotników i włościan”, wyjeżdżają komisje na pożądane dla żydostwa tereny, ziemię obficie dla żydów się wydziela i powstają w ten sposób w diasporze kolonie żydowskie, jako zaczątki przyszłych „republik żydowskich”.

A trzeba pamiętać to, co słusznie podkreślił Menachem Usiszkin, w grudniu 1928 r., w swojej mowie w Erec Israel na II zjeździe nauczycieli żydowskich, że

największe przewroty, najcięższe i najokropniejsze, za które ludzkość zapłaciła krwią i życiem milionów ludzi, były głównie wynikiem kwestii ziemi. Tak stało się w Irlandii, tak wydarzyło się również w innych krajach. – „Hajnt”, nr 66, 24 III 1929 r. – „Głos ziemi”, M. Usiszkin.

Tak było i w Rosji… Za ziemię ludność żydowska, wbrew przytoczonej tezie Menachema Usiszkina, nie płaci nie tylko swoją „krwią i życiem”, ale nawet pieniędzmi. Rząd sowiecki, jak wynika z przytoczonych wyżej informacji, wydziela ludności żydowskiej ziemię za darmo. Krwią zapłaciła ludność… rosyjska.

xxx

Kiedyś ktoś zadał sobie trud, by przetłumaczyć z żydowskich gazet żargonowych – czyli drukowanych w języku jidysz, czyli w zepsutym niemieckim – informacje o żydowskim osadnictwie na Krymie i w innych częściach Związku Radzieckiego. Dzięki temu wiemy, że plany osadnictwa żydowskiego na Krymie i w południowej części Ukrainy u wybrzeży Morza Czarnego, są znacznie starsze, niż nam obecnie niektórzy próbują wmówić. Stąd wniosek, że ta „Niebiańska Jerozolima” to żydowska ściema. Podobnie jak oświadczenie Kissingera sprzed 10 lat, że „za 10 lat Izraela już nie będzie”. Minęło już ponad 10 lat od tamtego momentu, a Izrael ma się dobrze, ale to Kissingera już nie ma. Równie idiotyczne są twierdzenia, że Izrael nie ma szans na przetrwanie, bo otoczony jest morzem arabskim. Problem polega na tym, że to „morze” jest skłócone, niejednolite i kontrolowane przez Żydów. Zresztą sam Izrael powstał dzięki wykupowaniu ziemi w Palestynie, która była w tamtym czasie częścią Imperium Osmańskiego, czyli Turków. A Turcja to, obok Polski i Holandii, najbardziej zażydzony kraj na świecie. Trudno więc sobie wyobrazić sytuację, że rząd turecki mógł się nie zgodzić na masowy wykup ziemi w Palestynie przez Żydów.

Naiwnością byłoby uważać, że Żydzi działają w ten sposób, że skoro, jak niektórzy twierdzą (żydowska ściema), Izrael nie przetrwa, to trzeba szukać nowego miejsca. Nie! Na taką spontaniczność, to może mogą pozwolić sobie inne nacje, ale nie Żydzi. Z Izraela nie wycofają się, chyba że sami tak zadecydują, ale na pewno nie zmuszą ich do tego inni. To oni i tylko oni tworzą światową politykę i nic bez ich zgody nie dzieje się. O tym, czy Żydzi będą tworzyć swoje kolonie w Związku Radzieckim, nie decydował ani rząd radziecki, ani amerykański. Tak było przed II wojną światową. Czy coś się zmieniło pod tym względem? Czy obecnie jest inaczej? Nie ma podstaw, by tak twierdzić. A więc wojna na Ukrainie wybuchła, bo oni tak chcieli. I obaj prezydenci, ten amerykański i ten rosyjski, są sługami narodu żydowskiego. Ale o tym nie wolno głośno mówić.

Sytuacja polityczna na świecie jest wyjątkowo niebezpieczna. Mamy kilka wojen lokalnych. Najważniejsze jest jednak to, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, a konkretnie w Teksasie. Czy to może być początek nowej wojny secesyjnej? Gdyby tak miało się stać, to prawdopodobnie oznaczałoby to początek „welt-oktober”, czyli „światowego października”, czyli światowej rewolucji.

Powstanie styczniowe

22 stycznia minęła kolejna rocznica wybuchu powstania styczniowego. Z tej okazji na kanale „Myśl Polska” pojawił się program poświęcony temu powstaniu. Komentujący Jan Engelgard, Przemysław Piasta i Adam Śmiech skupili się na trzech tematach:

  • miejsce powstania styczniowego w polityce historycznej III RP
  • główne postacie: Romuald Traugutt i Aleksander Wielopolski
  • powstanie styczniowe w literaturze polskiej

Najciekawszym tematem było miejsce powstania styczniowego w polityce historycznej III RP. Poniższe cytaty nie są dosłowne i są skrótami ich komentarzy. Jan Engelgard powiedział:

Jakie miejsce zajmuje powstanie styczniowe w tzw. polityce historycznej III RP? Bo ja stawiam taką tezę, że obok powstania warszawskiego, powstanie styczniowe jest kluczowym elementem tej polityki historycznej. No bo powstanie warszawskie, wiemy oczywiście z jakich powodów. Ale z jakich powodów powstanie styczniowe jest tak forowane w takiej narracji medialnej? Dlaczego powstanie styczniowe jest uznane przez władze III RP za tak ważne jako pewna forma edukacji patriotycznej?

Przemysław Piasta: Powstanie styczniowe, obok powstania warszawskiego, stało się filarem polskiej edukacji historycznej, uprawianej przez ten poprzedni już rząd. Dlaczego powstanie styczniowe? Dlatego, że w Polsce mamy uporczywy kult straceńczych powstań, uporczywy kult klęsk. I nie jest to nic nowego. Powstały dwie szkoły historyczne. Jedna z nich zaczęła powstanie krytykować, jako powstanie, które wybuchło bez sensu: nie było przygotowane i nie miało politycznych celów. Druga szkoła to taka, która racjonalizowała wybuch powstania, która wskazywała na to, że to powstanie było słuszne, że wprawdzie było klęską, ale ukonstytuowało naszą świadomość narodową. Gdyby nie poświęcenie powstańców, to nie byłoby wolnej Polski. Zupełnie irracjonalny argument, ale argument powtarzany tak często, że po prostu część ludzi wierzy w niego, już z samego faktu osłuchania się. Poza tym niemiło przyznawać się do klęsk, lepiej je racjonalizować, lepiej ubierać je w szaty zwycięstwa i udawać, ze te klęski miały inny wymiar, niż właśnie tylko i wyłącznie wymiar tragiczny.

J. E. W połowie XIX wieku szkoła racjonalizująca była w defensywie. Ona się odrodziła dopiero na początku XX wieku. Natomiast dominowała druzgocąca krytyka. I tak się narodziła szkoła krakowska, która ma olbrzymi dorobek w dziedzinie dyskredytowania powstań. Powstanie to było podstawą do sformułowania programów politycznych. Piłsudczycy uznali się za spadkobierców tej tradycji, właśnie powstania styczniowego, a endecja odwrotnie – właśnie uznała, że należy zakwestionować tę tradycję powstańczo-romantyczną i stworzyć coś innego. Czy kolega Śmiech zgadza się z tym, że obok powstania warszawskiego, to właśnie powstanie styczniowe jest dla dzisiejszych kreatorów polityki historycznej bardzo ważne i kluczowe.

A. Ś. Oczywiście, że tak. Wynika to z bardzo ważnego faktu, który należy podkreślić. Dwie rzeczy chciałbym podkreślić. Pierwsza to jest kwestia rosyjska. Powstanie warszawskie miało wyłącznie ostrze antyrosyjskie. Ta kwestia walki z Niemcami, to jakieś tło. Natomiast podkreśla się, że to było przeciwko Stalinowi. No i powstanie styczniowe jest w tym aspekcie bardzo istotne również, mianowicie walki z Rosją. Walka z Rosją jako świadectwo polskości, świadectwo patriotyzmu, spełnienia obowiązku wobec ojczyzny i narodu. Kwestia rosyjska jest bardzo istotna. Znakomicie ją podsumował Jędrzej Giertych w książce „Kulisy powstania styczniowego”. I ja tu zacytuję, bo to jest podstawowa sprawa: Zadaniem Polaków jest zwalczać Rosję. Sprawa polska jest funkcją sprawy rosyjskiej. Polityka polska o tyle ma sens i rację, o ile szkodzi Rosji, o ile podważa jej potęgę i kładzie tamę jej ekspansji. Gdyby Rosji nie było, Polska właściwie nie miałaby racji istnienia, bo najświętszą sprawą w oczach uczestników tańca chochoła tylko walka narodu naszego z Rosją. I to przede wszystkim walka metodą powstańczą.

To jest jeden aspekt, a drugi aspekt – który chcę podkreślić, to w istocie panowanie nad umysłami polskimi i konsekwencje tego panowania w postaci wywoływania powstań i tragedii, które dotyczą całego narodu – to swego rodzaju pajdokracja. Oczywiście to są rządy dzieci. Tutaj nie mówimy o dzieciach w sensie dosłownym, o nieletnich, aczkolwiek pewne elementy tego występują, w tragiczny sposób, w powstaniu warszawskim. Słynny pomnik Małego Powstańca itd. Natomiast pajdokracja dlatego, że główne skrzypce w powstaniu grali ludzie młodzi w okolicy 20-tego roku życia. I tutaj tę pierwszą refleksję chcę zakończyć zwróceniem uwagi na to przez Dmowskiego. Napisał tak: Wybuchały powstania wbrew woli ogromnej większości społeczeństwa, narzucane nam przez garść przeważnie młodzieży. Przynosiły korzyść naszym kosztem interesom nie naszym. Wyrobiły one nam w świecie reputację narodu, dla którego nic zrobić nie można, bo on sam dla siebie zrobić nic nie umie. Rejestrowano nas jako bezmózgą hołotę polityczną, którą w razie potrzeby można wyzyskać, nie tylko dla obcych, ale nawet dla wrogich Polsce interesów.

I to jest druga sprawa, którą chcę podkreślić, ponieważ czoło tej młodzieży na szczycie wszelkiego rodzaju spisków – wprowadzane przez ludzi myślących kategoriami ludzi bardzo młodych, niedoświadczonych, nie posiadających doświadczenia życiowego – doprowadziło do tego, że tak nas postrzegano i w ten sposób Polska jest traktowana do dzisiaj. Jeżeli dzisiaj rozmawiamy o teraźniejszości, to te wszystkie podpuszczenia, jakie mają miejsce w związku z wojną na Ukrainie, to jest dokładnie takie traktowanie nas, jako bezmózgiej hołoty.

Przemysław Piasta nie zgodził się z tym, że metodyka wywołania powstania styczniowego i warszawskiego była podobna. Stwierdził, że dostrzega tu różnicę, ponieważ powstanie styczniowe, to typowe powstanie pajdokratyczne, kiedy młodzi, raczkujący jeszcze w polityce liderzy, próbują narzucić, skutecznie niestety, swój niewydarzony pomysł całemu społeczeństwu i dokonują tego metodą faktów dokonanych. Natomiast powstanie warszawskie to świadoma decyzja wysokich oficerów. Decyzja podyktowana albo ich wybujałym egoizmem i złym oglądem rzeczywistości, albo zwykłą zdradą. To niestety nie zostało rozstrzygnięte, ponieważ na tymi ludźmi nie odbył się uczciwy sąd, ale tu metodyka jest inna. Powstanie warszawskie zostało z całą premedytacją wykonane, a powstanie styczniowe zostało poniekąd narzucone narodowi wbrew jego woli. Ja przypuszczam, że na początku zanosiło się na krótką ruchawkę, która miała szybko zostać zniesiona. Margrabia Wielopolski miał powiedzieć: wrzód pękł.

W posumowaniu Jan Engelgard mówi: Kto wygrał w tym powstaniu? Jest jeden człowiek, który wygrał – Otto von Bismarck i Prusy. To były zwycięstwa powstania. Natomiast, czy w perspektywie, gdy nam się wmawia, że Polski by nie było, gdyby nie powstanie. Otóż Polska powstała mimo powstania. Tak potem twierdził Dmowski i inni zwolennicy tej teorii, że jeszcze kilka takich powstań i w ogóle może by Polski nie było.

x

W kwestii powstania styczniowego w literaturze polskiej komentujący wymienili: Żeromskiego: Wierną rzekę, Rozdziobią nas kruki wrony; Prusa Lalkę, Orzeszkowej: Gloria victis, Nad Niemnem; Dąbrowskiej Noce i dnie; Rembeka Balladę o wzgardliwym wisielcu. Nie wymienili natomiast książki najważniejszej, bez której zrozumienie, czym było powstanie styczniowe, nie jest możliwe. To oczywiście powieść Żyd J.I. Kraszewskiego. Jeśli „Myśl polska” pomija tę książkę, to może ta „Myśl Polska” nie jest polska?

Co takiego napisał Kraszewski? Pisał, jak rozumowali żydowscy bankierzy, których poznał bliżej jako redaktor kronenbergowskiej „Gazety Codziennej”, mieszkając kilka lat w Warszawie:

„W powietrzu czuć proch, ale dla nas to nic złego. Naturalnie, ofiary będą, ale trzeba się będzie wyślizgiwać, aby nas koła tej wielkiej machiny, druzgocącej wszystko, nie pochwyciły. Ostatecznie jednak dla nas wygrana, ktokolwiek z nich wygra. Albo jeden, albo drugi da nam po skończonej awanturze równouprawnienie. Choćby potrzeba było z naszej strony jakichś ofiar pieniężnych, my się zawsze najmniej zrujnujemy, ocalejemy majątkowo, bo nasze kapitały ukryte dobrze, są mniej dostępne od mienia szlacheckiego, od ziemi, widocznej dla każdego. Byliśmy długo w pogardzie i poniewierce; korzystajmy z dobrej okazji. Zamiast bawić się w patriotyzm, asymilację itp. mrzonki, myślmy przede wszystkim o sobie. Chłop polski nie lubi nas, wiemy o tym, ale chłop jest głupi – nie boimy się go. O szlachtę nam głównie idzie. Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta.

W każdym narodzie musi się wyrobić ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materiałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad połową Europy. Ale naszym właściwym królestwem, naszą stolicą, naszym Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy. Kraj ten należy do nas, jest nasz.”

Po tym fragmencie chyba już nikt nie będzie miał wątpliwości, dlaczego Żydzi z „Myśli Polskiej” nawet nie zająknęli się o Kraszewskim i jego powieści. Często też cytują Dmowskiego, ale nigdy nie słyszałem, by wspomnieli o jego eseju „Przewrót popowstaniowy”. W mojej ocenie jest to jego najlepsze dzieło.

Całość tego eseju zacytowałem w blogu „Przewrót popowstaniowy”. Tu tylko fragment korespondujący z powyższym cytatem:

„Znacznie głębsze rozbicie inteligencji polskiej wynikło z tłumnego wtargnięcia w jej szeregi Żydów. Przeprowadzona w przeddzień powstania reforma Wielopolskiego zniosła prawne przegrody między nimi a społeczeństwem polskim. Rzucili się wtedy do szkół średnich i uniwersytetów. Wytworzyli liczną inteligencję, biorącą udział w życiu polskim, wnoszącą w nie swoje tendencje, narzucającą mu swe upodobania i swe nienawiści, a w wypadkach nawet, w których usiłowali być jak najwięcej Polakami, nie mogącą się pozbyć swej odrębnej psychiki, swych instynktów. Ta inteligencja, w miarę, jak liczba jej rosła, stawała się coraz słabiej polska, a coraz mocniej żydowską. Wiele idei i wiele dążeń w tym kraju miałoby inne losy, gdyby nie rola Żydów i ich wpływ na umysłowość polską.”

x

Komentujący „Myśli Polskiej” przedstawili powstanie w zadziwiająco jednostronny sposób, próbując obarczyć winą za jego wybuch nieodpowiedzialną młodzież i „polski” charakter narodowy. To, w mojej ocenie, wyjątkowo prymitywne spłycenie tematu.

Natomiast Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) przedstawia to powstanie tak:

Powstanie styczniowe – ostatnie powstanie narodowe przeciw Rosji, rozpoczęte 22 I 1863, zakończone późną jesienią 1864, objęło tereny Królestwa Polskiego, Litwy, Białorusi i części Ukrainy. Klęska poniesiona przez carat w wojnie krymskiej przyspieszyła w Rosji i zaborze rosyjskim kryzys systemu feudalnego, wysuwając – jako kwestię palącą – sprawę likwidacji pańszczyzny oraz uwłaszczenie. Zaostrzająca się walka chłopów o własność ziemi otworzyła patriotom polskim perspektywy porwania ludu do walki przeciw zaborcy.

Zjednoczenie Włoch z pomocą Francji budziło nadzieje na dalsze zwycięstwa sprawy narodowej w Europie. Pierwsze tajne związki studentów i oficerów polskich, powstałe na wyższych uczelniach w Cesarstwie (petersburskie koło oficerskie Z. Sierakowskiego, Związek Trójnicki w Kijowie) przygotowywały powstanie w porozumieniu z rosyjskim ruchem rewolucyjnym. Od 1859 w Warszawie powstawały tajne koła młodzieżowe, kierowane przez N. Jankowskiego, K. Majewskiego, J. Kurzynę. Ziemiaństwo zrzeszone w Towarzystwie Rolniczym, jak również koła burżuazyjnej inteligencji (tzw. millenerzy) trzymały się programu pracy organicznej.

Od czerwca 1860 (pogrzeb generałowej Sowińskiej) młodzież warszawska dla zmobilizowania szerszych grup społecznych urządzała manifestacje uliczne. W lutym 1861 manifestacje te doprowadziły w Warszawie do starcia z wojskiem (pięciu poległych 27 lutego); po tych wypadkach burżuazja i ziemiaństwo włączyły się do ruchu, aby utrzymać go w granicach wyłącznie „moralnej rewolucji”. Władzę objęła Delegacja Miejska, w skład której weszli przedstawiciele warszawskiej finansjery, kupiectwa i duchowieństwa (a więc w praktyce Żydzi przejmowali kontrolę – przyp. W.L.). Ułożono adres do cara z ogólnikowymi żądaniami. Rząd rosyjski zapowiedział niektóre koncesje (utworzenie Rady Stanu, rad miejskich i powiatowych). Dla pozyskania konserwatywnego ziemiaństwa na rzecz ugody mianowano A. Wielopolskiego dyrektorem Komisji Wyznań i Oświecenia Publicznego. Wielopolski nie zdołał jednak pozyskać burżuazji warszawskiej (Żydów – przyp. W.L.) ani opanować sytuacji na wsi; wobec zatargów między chłopami a szlachtą na Podlasiu rozwiązał 4 kwietnia Delegację Miejską, a 6 kwietnia Towarzystwo Rolnicze. Jednakże masakra bezbronnego ludu na placu Zamkowym (8 IV 1861) uniemożliwiła ugodę. Kraj ogarnęło wrzenie. Chłopi niemal powszechnie zaprzestali pracy na pańskim, co zmusiło rząd do wydania (16 maja) zarządzenia zmiany pańszczyzny na okup pieniężny. Jednakże za uwolnienie od pańszczyzny mieli chłopi płacić wysoki okup pieniężny, przekraczający ich możliwości finansowe.

Ruch patriotyczny (obecnie Marsz Niepodległości i inne marsze – przyp. W.L.) przybierał formy manifestacji kościelnych (nabożeństwa, śpiewy) i żałoby narodowej – ogarniając ogół ludności miast i miasteczek. Władze carskie wprowadziły w Królestwie stan wojenny (14 X 1861); wojsko wtargnęło do dwóch warszawskich kościołów, co spowodowało zatarg z duchowieństwem.

W końcu 1861 powstały dwa rywalizujące ze sobą obozy polityczne „białych” i „czerwonych”, zakładające tajne organizacje na terenie kraju. W „czerwonym” Komitecie Miejskim (od maja 1862 Centralnym Komitecie Narodowym) na czoło wysunął się Jarosław Dąbrowski jako naczelnik miasta Warszawy, współpracujący ze spiskującymi oficerami polskimi i rosyjskimi. Sytuacja polityczna w Królestwie Polskim stawała się coraz bardziej napięta, rozszerzała się konspiracja; w Warszawie wykryto spisek wśród rosyjskiej załogi wojskowej. Rząd carski starał się opanować sytuację za pomocą ustępstw liberalnych.

W czerwcu car Aleksander II powołał na namiestnika swego brata, w. ks. Konstantego Mikołajewicza, a Wielopolskiego mianował naczelnikiem rządu cywilnego. Podjęte przez niego reformy (spolszczenie szkół, równouprawnienie Żydów, oczynszowanie chłopów) nie zdołały mu pozyskać „białych”, którzy widząc niepopularność ugody w opinii publicznej zgłaszali pod adresem caratu daleko idące postulaty. Pozostający w ukryciu Centralny Komitet Narodowy ogłosił się jedynie prawowitym, tymczasowym Rządem Narodowym i zawarł formalny sojusz z rosyjską Ziemią i Wolą (zwolennicy rewolucji agrarnej opartej na chłopstwie jako głównej sile rewolucyjnej – przyp. W.L.) dla wspólnej walki a caratem. W celu rozbicia organizacji „czerwonych” zarządzono 14/15 I 1863 z inicjatywy Wielopolskiego brankę. Pod naciskiem kół spiskowych Centralny Komitet Narodowy wyznaczył termin rozpoczęcia powstania na 22 I 1863; walkę zbrojną rozpoczął nocny atak na carskie garnizony; Tymczasem Rząd Narodowy ogłosił Manifest powstańczy i dekrety o uwłaszczeniu chłopów, które otwierały możliwość przekształcenia powstania w wojnę ludową. „Biali” początkowo przeciwdziałali ruchowi zbrojnemu, ale po kilku tygodniach przeszli na jego stronę, by utrzymać nad nim kontrolę, wiążąc losy powstania z interwencją dyplomatyczną mocarstw zachodnich. Zmierzając do opanowania władzy, „biali” przeciwstawili „czerwonemu” dyktatorowi L. Mierosławskiemu własnego dyktatora M. Langiewicza. Po rychłym upadku obu dyktatur władzę zatrzymał tajny Rząd Narodowy.

Tworzone początkowo duże oddziały powstańcze doznawały niepowodzeń. Walka przybrała formę wojny partyzanckiej, toczonej przez dziesiątki niewielkich oddziałów na całym obszarze Królestwa i na przyległych terenach Litwy i Białorusi. Słabo uzbrojone oddziały, zmuszone do koczowania w lasach, staczały potyczki bez żadnego planu wojskowego. Na Ukrainie ruch nie rozwinął się wskutek niechęci chłopów. Powstanie wspomagane było natomiast intensywnie przez społeczeństwo polskie z Galicji i zaboru pruskiego. W ciągu półtora roku stoczono ok. 1200 potyczek, które mimo przejściowych sukcesów, a nawet mimo efektownych zwycięstw, nie mogły wyzwolić ani piędzi terytorium wskutek liczebnej i zbrojnej przewagi nieprzyjaciela.

Rząd Narodowy stał na czele rozgałęzionej w całym kraju organizacji tajnej, dysponował własną administracją, policją, aparatem podatkowym i prasą, a jego rozkazy, sygnowane anonimową pieczątką, spotykały się z ogólnym posłuchem. Od kwietnia do września 1863 ster Rządu pozostawał w rękach „białych”, którzy unikali powoływania pod broń przychylnych w wielu wypadkach powstaniu mas ludowych, oczekując interwencji ze strony mocarstw zachodnich. W maju i wrześniu „czerwoni” zdołali opanować Rząd Narodowy, lecz nie utrzymali się długo u władzy. Latem 1863 M.N. Murawjow metodami brutalnego terroru stłumił powstanie na Litwie; w Warszawie A. Wielopolski otrzymał dymisję, a namiestnikiem został hr. T.F.W. Berg. Faktycznym dyktatorem powstania był od października R. Traugutt; dzięki jego wysiłkom walka zbrojna przetrwała do następnej wiosny. Aresztowany w nocy z 10 na 11 IV 1864, Traugutt zginął 5 VIII 1864 na szubienicy; ostatni naczelnik m. Warszawy, A. Waszkowski, został schwytany w grudniu tego roku, a ostatni dowódca powstańczy ksiądz S. Brzóska – w maju 1865.

Dalszy opór powstańców udaremniła carska reforma uwłaszczeniowa z 2 III 1864, która w praktyce zapewniła chłopom korzyści nadane im przez Rząd powstańczy. Tak więc osiągnięciem powstania styczniowego było przeforsowanie uwłaszczenia na warunkach stosunkowo korzystnych dla chłopa, które musiał uznać rząd carski. Skutki zdwojonych prześladowań w zaborze rosyjskim (całkowita likwidacja autonomii Królestwa, rusyfikacja administracji i szkolnictwa, zsyłki na Syberię, wywłaszczanie uczestników powstania) zostały skompensowane w następnych latach przez szybki wzrost świadomości narodowej w masach, będący pośrednim następstwem powstańczego uwłaszczenia.

Powstanie cieszyło się moralnym poparciem międzynarodowego ruchu robotniczego i postępowej opinii całej Europy, co znalazło swój wyraz w wypowiedziach i odezwach K. Marksa, G. Mazziniego, G. Garibaldiego, A.I. Hercena, M.A. Bakunina, a także w udziale setek ochotników różnych narodowości w polskiej partyzantce (np. Włoch F. Nullo, Francuz F. Rochebrune, Ukrainiec A. Potebnia, Rosjanin A.D. Trusow i inni). Organizowana na Zachodzie pomoc na rzecz powstania stała się też bezpośrednią okazją zawiązania Międzynarodówki Robotniczej.

xxx

Hasło to opracował dla Encyklopedii historyk Stefan Kieniewicz. Są tu zawarte wszelkie informacje, by dokonać obiektywnej oceny tego powstania. Wszystko zaczęło się od tajnych związków studentów i oficerów polskich na wyższych uczelniach w Cesarstwie. Nie było więc ono jakimś oderwanym od rzeczywistości zrywem zbuntowanej młodzieży, tylko fragmentem większej całości, sytuacji politycznej powstałej po wojnie krymskiej. Fakt, że były to tajne związki, skłania do wniosku, że była to żydowska inicjatywa, tak zresztą jak w całej Europie. W polskiej rzeczywistości byli to frankiści, w trzecim czy czwartym pokoleniu, wyrosłym w polskiej atmosferze, od dziecka mówiące po polsku.

Zaczęło się od patriotycznej manifestacji ulicznej w czerwcu 1860 roku. Już wtedy Żydzi wiedzieli, czego chcieli. Później nastąpiła eskalacja tego procesu: dalsze manifestacje, starcia z wojskiem, ofiary. Od początku miał miejsce podział na radykalną młodzież i ugodowe ziemiaństwo. Nie powstał on samorzutnie, ktoś musiał tego dokonać. Dokonali tego ci, którzy mogli przeniknąć do obu środowisk i w obu odgrywać rolę patriotów i w obu ustalać sprzeczne cele. Dla kogoś, kto nie chce tego widzieć, Polacy mogą i wyglądają na jakichś schizofreników, szaleńców.

Efekt był taki, że w końcu 1861 roku powstały dwa obozy polityczne: „biali” i „czerwoni”. Brak jednolitej organizacji o ściśle sprecyzowanych celach politycznych musiał doprowadzić do klęski. Tego podziału nie dokonali jednak jacyś młodzi, niedoświadczeni politycznie ludzie. Nic nie działo się przypadkiem. I jeszcze tych dwóch dyktatorów powstania: Mierosławski (czerwony) i Langiewicz (biały). Funkcjonował też Rząd Narodowy, który stał na czele tajnej organizacji, z własną administracją, policją, aparatem podatkowym i prasą. Czy coś takiego rzeczywiście mogło funkcjonować bez wiedzy i zgody rządu carskiego? I czy można się dziwić, że tylu dało się wciągnąć w to powstanie, skoro istniała taka potężna tajna organizacja? I jeszcze te obiecanki cacanki zachodnich rządów i naiwna wiara niektórych, że Zachód pomoże.

Powstanie styczniowe to było ostateczne rozwiązanie kwestii szlacheckiej. To szlachta była tą klasą społeczną, która miała potencjał ekonomiczny i intelektualny. Chłopi byli niewolnikami przykutymi do ziemi; niepiśmienni, rozpijani i dlatego byli głupi. Nie stanowili żadnego zagrożenia. Można się w tym momencie zastanowić, czy gdyby przetrwało Zjednoczone Królestwo Polskie ze zrównoważonymi stanami, to czy taka operacja byłaby możliwa? Raczej nie, bo zróżnicowane społeczeństwo, podzielone na różne klasy, ma sprzeczne cele i raczej trudno byłoby je, jako całość, sprowokować do powstania. W tym wypadku całe społeczeństwo to szlachta. Poszła ona do powstania, bo kierował nią nie patriotyzm, tylko własny interes, chęć odzyskania państwa, które było jej prywatną własnością. I stąd te żądanie powrotu do stanu z roku 1771. Herb powstańców styczniowych składał się z herbu Korony (Orzeł Biały), herbu Litwy (Pogoń), i herbu Rusi (Michał Archanioł). „Czerwoni” dążyli do rewolucji społecznej, obalenia caratu, a „biali” chcieli odzyskania przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Sprzeczne cele i stąd podział. “Ostatecznie jednak dla nas wygrana, ktokolwiek z nich wygra.” W wykonaniu Żydów był to maysterverk. – Tak brzmi w jidysz niemieckie słowo Meisterstück.

Komentatorzy „Myśli Polskiej” są zgodni, co do tego, że powstania styczniowe i warszawskie są bardzo ważne i kluczowe dla dzisiejszych kreatorów polityki historycznej. Nie wyjaśnili jednak dlaczego? A odpowiedź jest bardzo prosta: Is fecit, cui prodest – ten zrobił, komu to przynosi korzyć. A prościej – zrobił ten, kto na tym skorzystał. Engelgard plecie bzdury, mówiąc, że to Bismarck i Prusy skorzystały na powstaniu styczniowym. To przecież po nim Żydzi stali się polską inteligencją. Powstanie warszawskie to była tylko dogrywka, która przypieczętowała stan żydowskiej dominacji. Skoro oni na tym skorzystali, to znaczy, że to oni te powstania wywołali. I ten stan ich dominacji nadal trwa. I dlatego powstanie styczniowe i warszawskie są im tak bliskie. A mnie zbiera się na wymioty, gdy ktoś mnie próbuje faszerować takim tanim patriotyzmem albo wmawiać mi, tak jak czynią to Żydzi z “Myśli Polskiej”, że w Polsce mamy uporczywy kult straceńczych powstań, uporczywy kult klęsk. No mamy, bo to Żydzi piszą tu historię i kontrolują cały system edukacji i nie tylko to.

Tusk w Kijowie: Nie ma rzeczy ważniejszej niż wsparcie Ukrainy. Czy polskie władze zdobyłyby się kiedykolwiek na taką deklarację? Chyba tylko ktoś niedorozwinięty umysłowo mógłby w to uwierzyć. I dzięki temu, że rządzą tu Żydzi, a większość społeczeństwa nie identyfikuje się z narodem polskim, to może sobie ten Tusk mówić, że polskość to nienormalność, a przecież to tuskość to nienormalność, kaczyńskość zresztą też. Problem polega tylko na tym, że tej Polski nie ma już od unii lubelskiej, a Polacy zostali całkowicie zmarginalizowani.

Zagadka

O pakcie Ribbentrop-Mołotow to pewnie każdy słyszał, ale o tym, że ostateczne ustalenie stref wpływów nastąpiło dopiero pod koniec września 1939 roku, to pewnie większość nie wie. Dlaczego tak się stało? Dlaczego od razu nie ustalono nowej granicy niemiecko-radzieckiej? To są pytania, na które odpowiedzi nie znajduję i raczej wątpię, bym je znalazł. Pozostają więc tylko domysły.

Wikipedia tak m.in. pisze:

Pakt Ribbentrop–Mołotow, też: pakt Hitler–Stalin – umowa międzynarodowa z 23 sierpnia 1939 roku, będąca formalnie paktem o nieagresji pomiędzy III Rzeszą i Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, która zgodnie z tajnym protokołem dodatkowym, stanowiącym załącznik do oficjalnego dokumentu umowy, dotyczyła rozbioru terytoriów lub rozporządzenia niepodległością suwerennych państw: Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Finlandii i Rumunii. Bywa także określany jako IV rozbiór Polski.

Główne postanowienia paktu

  • Kraje bałtyckie: (Estonia, Łotwa) i Finlandia staną się strefą wpływów i przyszłym terytorium ZSRR, a północna granica Litwy (z Łotwą) stanowić ma granicę pomiędzy strefami interesów Niemiec i ZSRR.
  • Na obszarach należących do państwa polskiego strefy interesów Niemiec i ZSRR będą rozgraniczone wzdłuż linii rzek Narwi, Wisły i Sanu.
  • Strona radziecka podkreśla swoje zainteresowanie Besarabią, ze strony niemieckiej stwierdza się zupełne niezainteresowanie tym terytorium.
Źródło zdjęcia: Wikipedia.

Późniejsze modyfikacje ustaleń paktu

Już w trakcie trwania II wojny światowej, 28 września 1939, kiedy doszło do spotkania nacierających z zachodu Niemców z nacierającą ze wschodu Armią Czerwoną, a los Polski był w tej kampanii przesądzony, doszło do doprecyzowania postanowień niemiecko-sowieckich. Podpisano w Moskwie niemiecko-radziecki traktat o granicach i przyjaźni zwany drugim układem Ribbentrop–Mołotow.

Dokonano wówczas następujących modyfikacji: ZSRR zgodził się na odstąpienie Niemcom Lubelszczyzny oraz wschodniej części Mazowsza w zamian za zgodę Niemiec na oddanie Litwy do sowieckiej strefy wpływów. Wkrótce (10 października) Wileńszczyzna została przekazana Litwie w zamian za zgodę na stacjonowanie garnizonów radzieckich na jej terytorium. Podobne układy wymuszono 29 września i 5 października na Estonii i Łotwie.

Źródło zdjęcia: Wikipedia.

x

Dlaczego na początku ustalono strefę wpływu Związku Radzieckiego na Wiśle? Czy już wtedy wiedziano, że polskie wojsko dostanie rozkaz niewalczenia z Armią Czerwoną, a główne siły zostaną skierowane na front zachodni? Dlaczego po miesiącu Stalin oddał Hitlerowi wschodnie Mazowsze, Lubelszczyznę i powiat suwalski, zwany też Trójkątem Suwalskim? A w zamian dostał tylko skrawek Wileńszczyzny, powiat łomżyński z miejscowością Jedwabne i powiat grajewski? Gdybym nie „znał” Stalina, to bym powiedział, że zrobił głupi interes, ale ponieważ go „znam”, to powiem, że zrobił dziwny interes. A może po prostu wykonał polecenie swoich nieznanych przełożonych?

Getta żydowskie w okupowanej Europie Wschodniej w latach 1941-1942. Źródło: Wikipedia.

Pierwszym gettem na terenie okupowanej Polski było utworzone 8 października 1939 roku getto w Piotrkowie Trybunalskim. Później powstawały one w innych miastach. Był to czysty zabieg logistyczny. Skupionych na niewielkim obszarze Żydów łatwiej było wywozić do obozów koncentracyjnych i obozów zagłady.

Na powyższej mapie widać jak na dłoni, gdzie mieszkało najwięcej Żydów, a właściwie żydowskiej biedoty, której koszty utrzymania coraz bardziej uwierały bogatych amerykańskich i zachodnioeuropejskich Żydów. Kolejnym etapem „ostatecznego rozwiązania” było utworzenie obozów zagłady.

Niemieckie, nazistowskie obozy eksterminacji lokalizowane w okupowanej Polsce. Źródło: Wikipedia.

Z 8 obozów zagłady istniejących na terenie Europy 6 zlokalizowano w Polsce. Pozostałe dwa to obóz na Białorusi i obóz w Chorwacji. Jednak większość historyków nie uznaje tych dwóch obozów za obozy zagłady. W chorwackim obozie ginęli przeważnie Serbowie, a w białoruskim – znaczny odsetek innych narodowości. W związku z tym można uznać, że wszystkie obozy zagłady w czasie II wojny światowej znajdowały się na terenie okupowanej Polski. Były to: Oświęcim, Chełmno nad Nerem, Treblinka, Majdanek, Sobibór, Bełżec. Cztery z nich – Treblinka, Majdanek, Sobibór i Bełżec – zlokalizowano na terenach, które Stalin „odstąpił” Hitlerowi i praktycznie wszystkie zostały umiejscowione wzdłuż granicy, którą ustalono pod koniec września 1939 roku. Do Oświęcimia zwożono głównie Żydów z Europy Zachodniej, Południowej i Południowo-Wschodniej. 

Podstawowe pytanie brzmi: czy decyzja o ostatecznym rozwiązaniu została podjęta w styczniu 1942 roku? Wydaje się to mało prawdopodobne, bo zorganizowanie tylu gett oraz obozów koncentracyjnych i zagłady wymagało dużo czasu. Było to też bardzo skomplikowane organizacyjnie przedsięwzięcie. Taką decyzję musiano podjąć znacznie wcześniej. Bardzo możliwe, że jeszcze przed wojną. Na to może wskazywać zmiana granicy pomiędzy III Rzeszą a Związkiem Radzieckim na terenie Polski pod koniec września 1939 roku. Natomiast początkowe, z 23 sierpnia, rozgraniczenie stref wpływu miało na celu ograniczenie pola manewru polskiemu wojsku walczącemu na froncie zachodnim. A może podstawowym celem wojny niemiecko-radzieckiej było właśnie zajęcie tych terenów, na których mieszkało dużo Żydów? Sposób prowadzenia wojny przez Hitlera wskazuje, że wcale mu nie zależało na zwycięstwie nad Związkiem Radzieckim.

Wojny mają na celu ukrycie prawdziwych zamiarów tych, którzy je wywołują. Warto o tym pamiętać, bo dotyczy to również obecnie trwającej wojny na Ukrainie. I nigdy też nie służą interesom tych, którzy biorą w nich udział. Zawsze korzysta ten trzeci i zawsze ten sam. Jak trzeba, to nawet kosztem własnego narodu.

Dobry interes

Pewne wypowiedzi zawierają więcej treści, niż nam się wydaje. Czasem może być w nich nawet jakiś ukryty przekaz. By je jednak właściwie odczytać, potrzebna jest pewna wiedza. Wydaje się, że tak jest w przypadku jednej, krótkiej refleksji. Kiedyś, w 2015 roku, Grzegorz Braun udzielił wywiadu, w którym m.in. powiedział (można go wysłuchać tu: https://iluminata.pl/prawo-i-sprawiedliwosc-poleglo-na-w-ukrainie/):

„Proszę pana, ja jestem człowiekiem wywodzącym się z 1000-letniej tradycji chrześcijańskiej Korony Polskiej. W przyszłym roku będziemy mieli 1050 lecie chrztu Polski. Ja jestem, proszę pana, jak pan z mojego nazwiska może wnioskować, jestem jednym z tych ludzi, którzy wywodzą się z rodzin, które kiedyś zapragnęły być Polakami. Kiedyś Polska to był taki dobry interes i to był taki cudowny kraj, że ludzie tutaj pchali się drzwiami i oknami. I w XVIII wieku, gdzieś tam we Lwowie, jakiś Braun się spolonizował.”

Ostatnie zdanie może być pewną wskazówką. Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce (1919) pisze:

Zżymali się talmudyści, nie chcieli dysputować z odszczepieńcami, ale zmuszeni do tego przez rząd polski, stawili się do Lwowa i kłócili się z Frankiem aż trzy miesiące (latem 1759 r.). Struwszy swoich wrogów długą dysputą, zatarł Frank z radości ręce i rozkazał swoim ludziom przejść na katolicyzm.

Chrzest frankistów zaczął się we wrześniu 1759 r. Od września aż do grudnia ochrzciło się we Lwowie około 500 kontrtalmudystów obojej płci. Frank przyjął na chrzcie imię Józef.

Na tym powinien był Frank zakończyć swoją działalność. Wprowadził swoich zwolenników do wiary, panującej w Polsce, zabezpieczył ich raz na zawsze przeciw nienawiści talmudystów, zapewnił im opiekę rządu i możnych panów, ułatwił im walkę o byt, otworzywszy dla nich źródła zarobkowania, zamknięte przez prawowiernych Judaitów.

x

To między innymi z tego powodu Polska, to był dobry interes i cudowny kraj. Ale nie tylko. Przede wszystkim z innego powodu. Żeby to zrozumieć wypada prześledzić napływ Żydów na ziemie polskie na przestrzeni wieków. Marian Miszalski w książce Żydowskie lobby polityczne w Polsce (2018) pisze (wytłuszczenia autor):

W połowie XIV wieku szacunkowe dane mówią o 10-20 tysiącach Żydów osiadłych w ówczesnej Polsce. Już sam „rozrzut” tych szacunków (20 tysięcy to dwa razy więcej niż 10 tysięcy…) wskazuje na bardzo skąpe wiarygodne źródła historyczne. We Wrocławiu, jednym z największych wówczas polskich miast, mieszka w tym czasie 130 rodzin żydowskich. Takich miast nie miała Polska wiele… Wydaje się więc, że liczba 20 tysięcy Żydów żyjących w Polsce w połowie XIV wieku jest zawyżona.

Następne cztery wieki to okres niebywale intensywnego napływu i rozrostu ludności żydowskiej w Polsce: w połowie XVIII wieku liczba Żydów zamieszkujących I Rzeczpospolitą szacowana jest na 750 tysięcy. Ponad 37-krotny wzrost (gdyby przyjąć 20 tysięcy w połowie XIV wieku) – gdy w tym czasie ludność Polski ogółem wzrosła w najlepszym razie tylko 7-krotnie (ludność Polski w wieku XIV szacowana jest na 1,9 do 3,3 miliona, a w wieku XVIII na 12 do 14 milionów)… (Miszalski nie dodaje, że wśród tych 12-14 milionów było tylko 4 miliony Polaków. – przyp. W.L.) Bez wątpienia uprzywilejowane, szczególnie korzystne na tle innych ówczesnych państw warunki prawne żydowskiego osadnictwa w Polsce (gwarantowana Żydom przez państwo polskie wyjątkowa autonomia) spowodowały ten uderzający napływ i rozrost żydostwa w I Rzeczypospolitej.

Autonomia żydowska nie polegała na wyodrębnieniu dla Żydów określonej części Polski, w której rządziliby się własnymi prawami – wszak zamieszkiwali po wsiach, miasteczkach i miastach w całej Rzeczypospolitej. Autonomia ludności żydowskiej w I Rzeczypospolitej polegała na tym, że miała ona pewną własną strukturę władzy, obowiązującą tylko Żydów i niezależną od władzy miejscowej, opartą na własnym prawie i sieci gmin wyznaniowych żydowskich (kahałów), które na wyższym szczeblu komunikowały się ze sobą obradami swych reprezentantów na żydowskich sejmikach ziemskich, a od 1580 roku na samej górze był „żydowski sejm”: najpierw sejm Żydów Koronnych, potem obradujący dwa razy w roku tzw. Sejm Czterech Ziem (Wielkopolski, Małopolski, Litwy i Ukrainy) – Wielki Waad – utworzony przez króla Stefana Batorego.

Był to absolutny wyjątek, fenomen w skali europejskiej: trzyszczeblowy autonomiczny samorząd społeczności żydowskiej w Polsce, wyposażony w przywileje, różniący się właściwie od „państwa w państwie” tylko brakiem własnego wojska. Ten żydowski trzyszczeblowy samorząd miał własny system poboru podatków, własne sądownictwo – nie tylko religijne, ale również cywilne i karnewłasne szkolnictwo, a ów żydowski Sejm Czterech Ziem utrzymywał własne kontakty międzynarodowe. Nie było w ówczesnej Europie podobnej instytucji. Tak ukształtowana wyjątkowa autonomia ludności żydowskiej przetrwała w Polsce do czasów sejmu elekcyjnego Stanisława Augusta Poniatowskiego, tj. do roku 1764.

Ilu więc Żydów mieszkało na ziemiach polskich za Piastów? Nie ma pewnych źródeł, pozostają oceny szacunkowe, pośrednie. Jeśli we Wrocławiu, jednym z największych wówczas miast polskich, w latach 1350-1370 mieszkało tylko 130 rodzin żydowskich, a osadnictwo żydowskie na Śląsku rozpoczęło się już w XI wieku – ich liczba nie była wielka: raczej 10 niż 20 tysięcy w wieku XIV i prędzej już 20 niż 30 tysięcy w wieku XV. Ta niewielka liczba potwierdzałaby przypuszczenie, że początkowo sprowadzali się głównie „fachowcy-finansiści”, wprawni poborcy podatkowi i pośrednicy kapitałowi, którzy ściągali pod swe potrzeby pomocników, swoich krewnych i znajomych, a uzyskiwane od władców w zamian za skarbowe usługi przywileje stworzyły z czasem podatny grunt pod większe osadnictwo żydowskie.

Dla wieku XVI szacunki populacji żydowskiej oscylują między 100 a 150 tysięcy, co przy szacowanej na 7,5 miliona liczbie mieszkańców Polski daje już 1,3 procent ludności żydowskiej, ale spotkałem się z szacunkami mówiącymi o 0,6 procent ludności żydowskiej w Polsce w roku 1576 (autor nie podawał jednak, jaką przyjął wielkość całej ludności Polski).

W połowie wieku XVII liczba Żydów szacowana jest na ok. 250 tysięcy, a ludność Polski liczy – według niektórych źródeł – ok. 11 milionów; Żydzi stanowiliby zatem ok. 2,3 procent; ale inne szacunki mówią, że w XVII wieku ludność żydowska w Polsce stanowi ok. 350-500 tysięcy (więc ok. 4,5 procent), a jeszcze inne – że „ w roku 1648 żydzi stanowili od 4,5 do 5 procent ogółu ludności w Polsce i było ich 400 tysięcy” (ludność Polski musiałaby liczyć tylko ok. 8 milionów). Być może szacunki ludności polskiej na 11 milionów w XVII wieku pochodzą sprzed wojen szwedzkich, a na 8 milionów – z okresu powojennego: rzeczywiście, wojny szwedzkie spustoszyły i wyludniły Polskę. Dlaczego jednak to wyludnienie nie dotknęło ludności żydowskiej, zamieszkującej polskie ziemie, a przeciwnie – w okresie tym Żydów raczej przybywa niż ubywa?…

W połowie XVIII wieku: jedne źródła podają, że Rzeczpospolita liczyła w 1750 roku 12 milionów mieszkańców, inne – że 14 milionów; dość zgodnie przyjmowana jest liczba 750 tysięcy Żydów; podobne dane znalazłem dla roku 1764 – podawana przez historyków liczba Żydów to nadal ok. 750 tysięcy. Przyjmując, że Polska miała wówczas ok. 14 milionów mieszkańców – Żydów byłoby 5,3 procent; przyjmując 12-milionową ludność Polski, procent Żydów byłby wyższy – ok. 6,2.

Dalej jednak zaczyna się wspomniana na wstępie łamigłówka statystyczno-demograficzna. Stefan Korboński podaje, że „po rozbiorach pod zabór rosyjski dostało się 1127 tysięcy Żydów, pod austriacki – 800 tysięcy, pod pruski – 50 tysięcy”. Wynikałoby stąd, że tylu Żydów – łącznie 1 milion 997 tysięcy – zamieszkiwało I Rzeczpospolitą tuż przed rozbiorami i zaraz po III rozbiorze (rok 1795) dostało się pod zaborcze władze. Skąd ten skok ilościowy – wzrost o ponad 1,2 miliona w porównaniu o roku 1764, w ciągu raptem 30 lat?… Jeśli Korboński ma rację, to Żydzi stanowiliby tuż przed i tuż po III rozbiorze Polski 16 albo 12 procent ludności polskiej (w zależności od tego, czy szacuje się jej ludność na 12 czy 14 milionów; a może szacunki ludności Polski są mylne?…); już w latach 1750-1764 musiało ich być w Polsce znacznie więcej niż 750 tysięcy.

Sądzimy, że udało się nam rozwiązać tę historyczno-demograficzną zagadkę. Otóż w 1754 roku przeprowadzono w Polsce spis ludności żydowskiej w celu wyliczenia podatków, jakie ludność ta powinna płacić. Mocą przywilejów nadanych ludności żydowskiej w Polsce całkowitą ewidencję ludności żydowskiej prowadziły nie władze państwowe lub lokalne, ale kahały – żydowskie gminy wyznaniowe, które przez cały okres istnienia nagminnie i poważnie zaniżały jej liczebność wobec władz I Rzeczypospolitej. Kahały płaciły więc podatki na podstawie tej zaniżanej liczebności. Ale władze kahalne doskonale wiedziały, ilu Żydów zamieszkuje daną gminę: ściągały podatki od wszystkich Żydów, ale wpłacały państwu znacznie pomniejszane kwoty, tylko od tej zaniżanej liczby. Resztę władze (zarządy) kahalne zatrzymywały dla siebie i obracały tym pieniądzem – i stąd brała się w decydującym stopniu duża zamożność władz kahalnych, w tym wielu rabinów i cadyków.

Abstrahując od rozmaitych szacunków – niebywała dynamika wzrostu żydowskiej populacji w Polsce między XIV a XVIII wiekiem jest faktem. Okres ten nazywany jest „złotym wiekiem Żydów w Polsce”, a Polska – „żydowskim rajem” (paradis Iudaeorum).

Jakie były przyczyny tego niebywale gwałtownego wyżu demograficznego pośród wschodnioeuropejskiego żydostwa w stosunkowo krótkim okresie historycznym?

Pierwsza – to niewątpliwie wyjątkowo korzystna, uprzywilejowana sytuacja prawna Żydów w Polsce w porównaniu z ich sytuacją w innych krajach europejskich (przynajmniej do czasu rewolucji francuskiej i epoki napoleońskiej), zachęcająca do emigracji z Zachodu i osiedlania się w Polsce.

Drugi powód – to specyfika tej społeczności, o której zwięźle wspomniał już w XVII wieku Sebastian Miczyński, profesor filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, w swej „Kronice”, pisząc o Żydach: „ w wieku 12 lat żenią się, na wojnach nie giną, od powietrza nie umierają, więc się namnożyli”.

Wszystkie te czynniki razem wzięte plus nieustanna imigracja do Polski działające w dłuższym czasie mogły (zwłaszcza w prymitywnej w końcu pod względem medycznym epoce I Rzeczypospolitej, naznaczonej licznymi wojnami) procentować szybkim rozrostem demograficznym Żydów, tym bardziej że śmiertelność wśród chłopstwa była szczególnie wysoka.

x

Podsumowując wywód Miszalskiego można te dane – jak on sam przyznaje, szacunkowe – ująć w tabeli dla zobrazowania tendencji.

WiekLudność PolskiLudność żydowskaProcent Żydów
XIV1,3 mln10-20 tys.0,7-1,8
XV1,9-3,3 mln20-30 tys.1-1,8
XVI7,5 mln100-150 tys.1,3
XVII11 mln350-500 tys.4,5
XVIII14 mln750 tys.5,3
XVIII14 mln2 mln12

Widać wyraźnie, że do diametralnej zmiany dochodzi w XVII wieku. W mojej ocenie dwie daty są tu kluczowe. Rok 1423 – statut warcki i rok 1569 – unia lubelska, w wyniku której powstało nowe państwo – Rzeczpospolita. O statucie warckim tak pisze Wikipedia (wytłuszczenie W.L.):

Statut warcki – prawo nadane przez Władysława II Jagiełłę w 28 października 1423 roku na sejmie walnym w Warcie.

Statut warcki był kolejnym prawem wpływającym na ówczesną gospodarkę i nadawał prawną podstawę do przejmowania gospodarstw sołtysich i większych kmiecych na zasadzie wykupu po cenie oszacowanej przez szlachcica (feudała), nierzadko w wyniku rugi całkowitej lub częściowej. Był odbiciem nastrojów panujących już za czasów Kazimierza III Wielkiego, kiedy to szlachta pałała niechęcią do bogatych, wolnych dotąd sołtysów i chłopów.

Przepis pozwalał na likwidowanie sołectw przez szlachtę na włościach nadanych im przez władców Polski stanowiących władzę centralną. Grunty tak pozyskane włączano do dużych gospodarstw folwarcznych. Funkcjonowanie folwarków szlacheckich oparte było na przymusowej, odrobkowej sile roboczej – tzw. pańszczyźnie dlatego ich wydajność gospodarcza była niższa niż sołectw, pomimo tego folwarki przynosiły duże dochody szlachcie.

Statut warcki jednocześnie ograniczał prawo chłopów do opuszczania wsi, co miało zapobiec ich migracji. Zakaz ten nie powstrzymał jednak dużej części zbuntowanych sołtysów i chłopów przed zbieganiem na wschód, gdzie często zasilali szeregi społeczności kozackich.

Prawa i konsekwencje wynikające ze statutu:

  • prawo rugowania krnąbrnych sołtysów;
  • ograniczał w dalszym stopniu władzę sądową starostów (mieli oni sądzić tylko zbrodnie obejmujące gwałt, rozbój, podpalenie i najście na dom);
  • nadawał większe kompetencje wojewodom w ustalaniu miar i cen w miastach wyrobów rzemieślniczych (tzw. taksy wojewodzińskie), co było ograniczeniem samorządności miejskiej;
  • ograniczenie prawa chłopów do opuszczania wsi;
  • zezwolenie na tworzenie dogodnych podstaw prawnych dla folwarków szlacheckich;
  • ograniczał rozwój miast;
  • wysokie kary za ukrywanie chłopów zbiegłych z majątków szlacheckich.

Jest to jedna z najważniejszych dat w historii Polski. Od tego momentu zaczyna się proces stopniowego ograniczania praw chłopów, co w konsekwencji doprowadzi do ich niewolnictwa. Unia z 1569 roku spowodowała powstanie nowego państwa. Nastąpiło połączenie dwóch zupełnie nieprzystających do siebie państw. Jedno było w miarę nowoczesne, ze zrównoważonymi stanami i silną władzą królewską, drugie – na wskroś feudalne. Jeśli więc w Wielkim Księstwie Litewskim chłopi byli niewolnikami, to również takimi musieli zostać w Koronie.

x

W Ilustrowanej Kronice Polaków (1967) pisano:

Cechą ustroju społeczno-politycznego, jaki ugruntował się w Rzeczypospolitej na przełomie XVI i XVII wieku, było zalegalizowane konstytucjami i powszechnie wykonywane władztwo szlachty nad poddanymi chłopami i częściowo nad mieszczaństwem prywatnych miast, faktyczne władztwo potężnych magnatów nad „klientelą” szlachecką (nad drobną szlachtą żyjącą z dzierżaw, szlachtą zagrodową i gołotą), a nawet szlachtą średnią, siedzącą na paru wioskach w sąsiedztwie skoncentrowanych latyfundiów, czyli magnackich dóbr, i – co najistotniejsze – faktyczna niezależność magnatów od władzy centralnej. Wielu ją wykorzystywało lekceważąc wolę króla, opinię sejmu czy sejmiku, wyrok trybunału, decyzje urzędników, a wszyscy podporządkowywali swoim interesom interes Rzeczypospolitej. Z magnatem liczyli się wszyscy, nawet król; magnatowi mógł się tylko przeciwstawić drugi magnat, a wtedy dochodziło do wojny prywatnej o małym zasięgu albo nawet do wojny domowej obejmującej znaczną połać kraju.

Największe latyfundia były na Litwie (Radziwiłłowie), Rusi Czerwonej (Buczaccy-Jazłowieccy, Herburtowie, Krasiccy, Pileccy, Sieniawscy, Zamoyscy) oraz na Wołyniu, Podolu i w Kijowszczyźnie (Wiśniowieccy, Ostrogscy, Zasławscy, Zbarscy, Koniecpolscy, Sanguszkowie, Koreccy). Na Rusi Czerwonej magnaci skupili 25 proc. ogólnej liczby wsi, a na Wołyniu do Ostrogskich i Zasławskich należy bez mała 1/3 powierzchni tej prowincji. Na przełomie XVI i XVII w. potężny magnat kresowy Konstanty Wasyl Ostrogski miał ok. 100 miast i zamków i 1 300 wsi (były to łącznie dobra dziedziczne i królewszczyzny); majątki te przynosiły Ostrogskiemu dochód większy od dochodu państwa: ok. miliona dwustu tysięcy dukatów. W dobrach dziedzicznych i królewszczyznach należących do hetmana Stanisława Koniecpolskiego w samych tylko woj. bracławskim i kijowskim żyło blisko 120 tys. mieszkańców. Magnat, im bogatszy, tym liczniejszą miał klientelę szlachecką. Mógł on zawsze liczyć na głosy swych klientów na sejmikach i na szable w każdej potrzebie.

xxx

Właściwie to trudno taki twór nazywać państwem. Był to raczej luźny związek feudalnych państewek. A jeśli doda się do tego fakt, że na tym obszarze funkcjonowało dobrze zorganizowane państwo żydowskie, to dla takiego tworu pozostaje chyba tylko jedno określenie – cyrk. I dziś, nie przypadkiem, mamy podobną sytuację. Kto zdecydował o przesiedleniu na teren Polski milionów Ukraińców i nadaniu im praw, których nie mają obywatele tego tworu, zwanego III RP? Kto zdecydował o bezalternatywnej pomocy finansowej i wojskowej dla Ukrainy? Przecież nie te kukiełki typu Kaczyński, Morawiecki czy Tusk. W I RP król nie miał nic do gadania i w III RP rząd nie ma nic do gadania. Prawdziwa władza była i jest ukryta. Nadzwyczajnie trwały układ. III RP niczym nie różni się od I RP. I nikt o tym nie mówi, natomiast o hucpie Brauna – wszyscy.

Że Polska, to był taki cudowny kraj, to wyjaśnienie tego mamy w cytowanym z książki Miszalskiego fragmencie. Pozostaje jeszcze do „odcyfrowania” pierwsza część tego zdania: „Kiedyś Polska to był taki dobry interes…” Dlaczego to był taki dobry interes, że ludzie, a konkretnie Żydzi, pchali się tu drzwiami i oknami? Na to mamy odpowiedź w statucie warckim z 1423 roku. Proces dostosowywania prawa Korony do „standardów” Wielkiego Księstwa Litewskiego trwał przez cały okres unii personalnej (o tym w szczegółach pisałem w blogu „Jak powstawał ustrój I RP”). Sprowadzał się on do stopniowego ograniczania praw chłopów, aż do zrobienia z nich niewolników oraz do zmarginalizowania mieszczaństwa. Jednocześnie następowało wzmacnianie pozycji szlachty. Na mocy unii w Horodle z 1413 roku nastąpiła adopcja przez przedstawicieli co najmniej 47 polskich rodów heraldycznych (z których do dziś ustalono tylko część) do swoich herbów i zawołań tyluż panów i bojarów litewskich. Jednak w Wikipedii, która podaje tę informację, jest uzupełnienie:

Szlachta polska podzieliła się wówczas swoimi herbami, wspólnością rodową i przywilejami stanowymi z członkami niższego kulturalnie narodu, obcego pochodzeniem, obyczajami, a niekiedy mową, z którym w czasach nie tak odległych prowadziła wiekowe walki. Wszystko to stało się możliwe po zaledwie 28 latach współżycia politycznego, zapoczątkowanego związkiem krwi rodzimych dynastii, przechodzeniem wyższych warstw społecznych Wielkiego Księstwa Litewskiego na katolicyzm, a także wspólnie stoczonymi bitwami nad Worsklą (1399; lewy dopływ Dniepru – przyp. W.L.) oraz pod Grunwaldem.

Zestawienie pieczęci z aktów horodelskich z pocztem 47 wymienionych w tekstach aktów rodów adoptujących, wykazuje nadwyżkę kilku rodów adoptujących. Wynika stąd, że dany poczet nie jest pełny, na co też wskazuje słówko etc., umiejscowione na samym końcu tekstu aktu. Jest to ważne spostrzeżenie, gdyż stwierdza, że więcej rodów litewskich zostało adoptowanych w Horodle, niż jest ich wymienionych w tekstach. Zasób tych rodów daje się jeszcze obliczyć drogą zbadania sfragistyki bojarskiej z najbliższego czasu po Horodle, oraz późniejszej heraldyki litewskiej.

W sumie więc u progu powstania nowego państwa, czyli Rzeczypospolitej, chłop był niewolnikiem, co oznacza, że nie mógł przenieść się do miasta i stać się z czasem mieszczaninem, a skarlałe mieszczaństwo niewiele mogło. Jednocześnie na samej górze hierarchii społecznej przewagę osiągnęli członkowie niższego kulturalnie narodu. I na tak przygotowany grunt wkroczyli Żydzi, którzy zdominowali handel, rzemiosło i usługi, zarówno na wsi, jak i w miastach. Wchodzili więc w ten obszar, jak w masło, a obszar był wielki, jak wielkie było Wielkie Księstwo Litewskie. Cały ten obszar z „wypierdkiem” zwanym Koroną był do ich dyspozycji. Do tego „wypierdka” włączono, na krótko przed unią lubelską, całą południową część WKL. I tak powiększona Korona dominowała pod względem obszaru nad pozostałą, okrojoną już, częścią WKL. W ten sposób można było odnieść wrażenie, że to Polacy zdominowali WKL, podczas gdy faktycznie było na odwrót. I tak powstało wspólne państwo polsko-ukraińskie, które nadal nazywano Koroną i które było w unii z Litwą.

Czegoś takiego, tak potężnego obszaru, czyli mówiąc wprost – rynku zbytu, pozbawionego jakiejkolwiek konkurencji, nie mogli mieć Żydzi w Europie zachodniej. To był rzeczywiście dobry interes, choć tak po prawdzie, to był fantastyczny interes.

Ale po co była ta unia, skoro Korona była tylko dodatkiem do WKL? Taki sojusz nie miał szans na skuteczne przeciwstawienie się rosnącej w siłę Moskwie. Czy chodziło o dokończenie reformacji (1517) na wschodzie i rozbicie prawosławia? Unia z katolicką Koroną i włączenie do niej całej południowej, prawosławnej części WKL stwarzało taką możliwość i tak się stało. Podział trwa do dziś. Dlaczego nie włączono do Korony katolickiej części WKL, czyli Litwy, co byłoby bardziej naturalne? Widać wyraźnie, że chodziło o kreowanie konfliktów, a nie zapobieganie im. Jednak nie dotyczyło to Żydów. Oni żyli tu jak u Pana Boga za piecem i dlatego to był dla nich taki dobry interes i cudowny kraj. Jednak odnoszę wrażenie, graniczące z pewnością, że ten kraj jest nadal dla nich dobrym interesem i cudownym krajem. Trudno więc dziwić się, że przodkowie Brauna zapragnęli być „Polakami”.

A może chodziło też jeszcze o coś innego? O likwidację Królestwa Polskiego. Jakie ono było, takie było, ale pewnie prędzej czy później upomniałoby się o Śląsk i Pomorze. I-sza Rzesza to był związek różnych księstw i księstewek, które nie byłyby w stanie obronić się przed agresją z zewnątrz. Natomiast zjednoczenie, którego dokonał Łokietek, mogło stać się realnym zagrożeniem. Nie było jeszcze wówczas silnych Prus i Austrii. Przypadek Odsieczy Wiedeńskiej tego dowodzi. Osadzenie na polskim tronie Litwina dawało gwarancję, że polityka takiego państwa zostanie skierowana na wschód. I tak się stało. Unia personalna przekształciła się w unię realną, z polskiego chłopa zrobiono niewolnika, polską szlachtę zdominowała szlachta litewska i ruska. Powstanie Rzeczpospolitej oznaczało likwidację Polski, z której pozostał chyba tylko język. I przez dwa wieki Rzeczpospolita osłaniała Rzeszę od wschodu i południowego wschodu, a gdy Prusy i Austria stały się na tyle silne, że same się broniły, to zlikwidowały ten śmieszny twór.

Pozostaje jeszcze do wyjaśnienia kwestia szlachty: czy była ona polska, czy nie? O tym problemie pisałem w blogu „Szlachta” i tam cytowałem fragmenty z książki Boże igrzysko Normana Daviesa. Między innymi ten poniższy:

„Teoria rodów znalazła duże poparcie w specyficznych cechach polskiej heraldyki. W Polsce herbów nigdy nie nadawano, ani pojedynczym osobom – jak w Anglii – ani też pojedynczym rodzinom – jak w Niemczech – ale jedynie większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał więc własnego herbu. Herb, którego używał, dzielił z dziesiątkami innych, którzy nawet nie musieli być z nim spokrewnieni. Taka wspólnota herbowa była w Europie zjawiskiem wyjątkowym. Co więcej, użycie słowa ród na określenie grupy heraldycznej nieuchronnie wzmacniało błędne wrażenie, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo.

Jedną z konsekwencji wspólnoty herbowej była niezwykła prostota aspektu technicznego polskiej heraldyki. Nie trzeba było śledzić zawiłych labiryntów dziedziczności i małżeńskich związków ani też modyfikować czy tworzyć nowych herbów w miarę rozwoju zmieniających się wciąż wydarzeń. Nie znano sztuki opisywania i zestawiania herbów, nie stosowano rozróżnienia między starszą i młodszą linią rodu. Każdy ród miał jedno proste godło, jedną dewizę i jeden herb, które przez wieki pozostawały nie zmienione. Wszystkie herby, jakie kiedykolwiek istniały, dadzą się pomieścić w jednym dość szczupłym tomie.”

Niestety, ani Davies, ani nikt inny nie próbuje wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. Przecież, na zdrowy rozum, to taka uprzywilejowana grupa powinna bronić dostępu do swego środowiska ludziom przypadkowym. Bo co to za szlachta, którą można liczyć na pęczki? A tu mamy kuriozalną na skalę światową sytuację. 47 polskich rodów szlacheckich użycza swoich herbów nie wiadomo dokładnie jakiej ilości litewskich i rusińskich rodów bojarskich. W moim przekonaniu jest tylko jedno logiczne wytłumaczenie. Zarówno polska szlachta, jak i bojarzy litewscy i rusińscy, to były warstwy społeczne zdominowane przez Żydów. W tym wypadku zadziałała solidarność plemienna i wspólny interes. Rzeczpospolita to był taki dobry interes i cudowny kraj – ale tylko dla wybranych.

Bereza Kartuska

Jakiś czas temu trafiłem na kanał „Sprawa dla Jarosława” a który obecnie nazywa się „Jarosław szuka kłopotów”. W jednym z odcinków jego autor opisuje swój pobyt ze Stowarzyszeniem Spadkobierców Kombatantów II Wojny Światowej w „polskim obozie koncentracyjnym” w Berezie Kartuskiej. Działo się to w drodze powrotnej spod Lenino. Obecnie w budynku obozu mieści się muzeum, które powstało w 1965 roku. Była to jednak tylko częściowa ekspozycja. Dopiero w 2022 roku, a więc gdy stosunki polsko-białoruskie sięgnęły dna, zorganizowano muzeum na nowo i z pełną ekspozycją dokumentów, przedmiotów itp. Przed budynkiem muzeum stoi pomnik z napisem: Pamięci ofiar polskiej okupacji Zachodniej Białorusi 1921-1939.

Jakoś ten napis nie wywarł wrażenia na uczestnikach tej wycieczki, a powinien. Nie było żadnej okupacji Zachodniej Białorusi. Białorusini wypisują bzdury. Był traktat ryski, który podzielił ziemie białoruskie na część zachodnią, która przypadła Polsce i część wschodnią, która weszła w skład Związku Radzieckiego. Nawet nie było rozbioru Białorusi, bo nie było takiego państwa. Ale jeśli Białorusini chcą mówić o polskiej okupacji, to powinni być konsekwentni i mówić też o radzieckiej okupacji. Żałośni są i chyba nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo.

A jak było z tym „obozem koncentracyjnym”? Wikipedia tak m.in. pisze o Berezie Kartuskiej:

Miejsce Odosobnienia w Berezie Kartuskiej – obóz odosobnienia zorganizowany i prowadzony przez władze II Rzeczypospolitej w Berezie Kartuskiej w ówczesnym powiecie prużańskim, istniejący w latach 1934–1939. Powstał głównie w celu izolowania oraz psychicznego i fizycznego dręczenia oponentów politycznych sprawującej wówczas władzę sanacji, m.in. komunistów, endeków, ludowców, a także nacjonalistów ukraińskich. Do obozu osadzeni trafiali na podstawie decyzji administracyjnej (bez sankcji sądowej), bez możliwości skorzystania ze środka odwoławczego. Stałym elementem traktowania więźniów było stosowanie tortur. Część historyków określiła ośrodek jako obóz koncentracyjny.

Używanie określenia obóz koncentracyjny jest nadużyciem dla celów propagandowych. Czy coś jest obozem koncentracyjnym, czy nim nie jest, o tym nie decyduje sposób traktowania więźniów, tylko skala. Ilość osób więzionych i zmarłych w Berezie Kartuskiej w ciągi tych 5 czy 6 lat jest nieporównywalna z ilością osób, które przeszły i zmarły w obozach koncentracyjnych podczas II wojny światowej. To oczywiście nie zmienia faktu, że brutalny sposób traktowania więźniów w Berezie Kartuskiej obciąża konto rządów sanacyjnych.

Utworzony został 12 lipca 1934 w Berezie Kartuskiej na mocy rozporządzenia z mocą ustawy prezydenta Ignacego Mościckiego z dnia 17 czerwca 1934 r. w sprawie osób zagrażających bezpieczeństwu, spokojowi i porządkowi publicznemu, chociaż zaczął funkcjonować już 6 lipca, gdy przywieziono dwóch pierwszych więźniów. Pomysłodawcą utworzenia obozu był premier Leon Kozłowski, a jego pomysł zaakceptował Józef Piłsudski. Rozporządzenie zezwalało na utworzenie wielu takich miejsc odosobnienia, ale utworzono tylko jedno – w Berezie. Z tego powodu wśród ówczesnej polskiej opinii publicznej rozporządzenie to zyskało miano „lex Bereza Kartuska”. Obóz mieścił się w budynku dawnych carskich koszar. Obiekt ten nosił oficjalną nazwę „Miejsce Odosobnienia” i był przeznaczony dla osób, „których działalność lub postępowanie daje podstawę do przypuszczenia, że grozi z ich strony naruszenie bezpieczeństwa, spokoju lub porządku publicznego”. Określano go jako „nieprzeznaczony dla osób skazanych lub aresztowanych z powodu przestępstw” oraz „burzycieli porządku publicznego i bezpieczeństwa”.

Bezpośrednim impulsem, który skłonił Józefa Piłsudskiego do podjęcia decyzji o utworzeniu obozu, było zabójstwo ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego popełnione przez Hryhorija Maciejkę, działacza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN).

Według różnych szacunków przez 5 lat działalności Berezy Kartuskiej zanotowano od 4 do 20 przypadków śmierci. Norman Davies podał liczbę 17 ofiar śmiertelnych. Agnieszka Knyt z ogólnej liczby 3 tysięcy więźniów uwięzionych w Berezie do końca sierpnia 1939 podaje 13 zgonów. Natomiast ukraiński historyk Wiktor Idzio w swojej książce o UPA, podaje liczbę aż 300 ofiar. Ireneusz Polit podaje, że w ciągu 6 lat w Berezie zmarło 14 osób (10 – w szpitalach dokąd ich skierowano na leczenie zewnętrzne, 3 osoby w samym MO z powodu chorób, 1 na skutek samobójstwa).

x

Mnie jednak zainteresował nie tyle sam obóz, co jego pomysłodawca Leon Kozłowski. Wikipedia zamieszcza o nim obszerną informację. Ja zacytuję tylko niektóre fakty z jego życiorysu.

Leon Tadeusz Kozłowski (ur. 6 czerwca 1892 w Rembieszycach, zm. 11 maja 1944 w Berlinie) – polski archeolog i polityk, premier rządu II Rzeczypospolitej w latach 1934–1935.

Przed 1914 należał m.in. do Związku Młodzieży Postępowej i Związku Strzeleckiego. W czasie I wojny światowej służył w 1 pułku ułanów Legionów Polskich, a od 1917 należał do Polskiej Organizacji Wojskowej. Walczył jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej. W latach 1921–1931 i 1935–1939 był profesorem archeologii Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie.

Od 1926 po przewrocie majowym organizował Związek Naprawy Rzeczypospolitej we Lwowie. Od 1928 był działaczem BBWR. W latach 1928–1935 posłem na Sejm RP, a następnie w latach 1935–1939 – senatorem. W rządzie pełnił funkcje: ministra reform rolnych (1930–1932) oraz podsekretarza stanu w Ministerstwie Skarbu (1932–1933). W okresie od 15 maja 1934 do 28 marca 1935 pełnił urząd premiera. Był pomysłodawcą utworzenia Miejsca Odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Po śmierci marszałka Piłsudskiego był uważany za zwolennika Walerego Sławka i „lewicowego” wśród „grupy pułkowników”. W okresie 1937–1938 należał do Obozu Zjednoczenia Narodowego. W młodości wolnomularz związany z Wielką Lożą Narodową Polski, później latem 1938 był autorem jednej z głośniejszych w historii II Rzeczypospolitej kampanii antymasońskich.

Po wybuchu II wojny światowej 26 września 1939 został aresztowany przez Sowietów we Lwowie i osadzony w więzieniu, skąd przetransportowano go do Moskwy; gdzie skazano go na karę śmierci, wyroku jednak nie wykonano. Po uwolnieniu, w wyniku układu Sikorski-Majski, trafił do armii gen. Władysława Andersa; zajmował się w niej pracą biurową. W niejasnych okolicznościach opuścił polskie oddziały i jesienią 1941 w rejonie Tuły przedostał się na niemiecką stronę frontu.

Posądzany o to, że najpierw w Warszawie, a następnie w Berlinie, usiłował prowadzić rokowania z Niemcami w sprawie sformowania kolaboracyjnego rządu polskiego oraz współdziałał z niemiecką propagandą odnośnie do sytuacji w ZSRR. Zaocznie skazany przez sąd polowy armii Andersa na karę śmierci za zdradę, choć istnieją poważne wątpliwości co do legalności tej decyzji.

Został internowany w Berlinie, w hotelu Alemannia. Za pracę w tamtejszym muzeum, gdzie mógł prowadzić pracę naukową, przyznano mu wysoką comiesięczną pensję. Zmarł na atak serca lub w wyniku odniesionych ran 11 maja 1944 podczas albo po nalocie alianckim. Leon Kozłowski został pochowany na cmentarzu parafii św. Jadwigi w Berlinie. W 1974 jego prochy zostały przeniesione przez rodzinę na cmentarz Powązkowski (kwatera 33 rząd 6 grób 23/24).

Kolaborant czy ofiara?

Przez wiele lat Leon Kozłowski uznawany był za kandydata na „polskiego Quislinga” przez emigrację londyńską, a jednocześnie był potępiany przez władze komunistyczne za współudział w rzekomej „faszyzacji” kraju i uczestnictwo w niemieckiej kampanii propagandowej w sprawie Katynia.

Problemem rzekomej kolaboracji Leona Kozłowskiego z Niemcami zajął się jego bratanek Maciej Kozłowski w książce pt. Sprawa premiera Leona Kozłowskiego. Zdrajca czy ofiara. Jego zdaniem, nie ma żadnego dowodu świadczącego o tym, że Leon Kozłowski prowadził z Niemcami rozmowy na temat utworzenia kolaboracyjnego rządu. Wręcz przeciwnie, w swych listach do rodziny były premier zdecydowanie temu zaprzeczał. Jak twierdzi Maciej Kozłowski, plotka jakoby takie rozmowy miały miejsce, została rozpowszechniona przez niemiecką propagandę przy pomocy szwedzkiego dziennikarza New York Timesa, Johna Axelsona. W opinii Macieja Kozłowskiego niesłuszny i wymagający weryfikacji był również wyrok śmierci polskiego sądu wydany w Buzułuku, i że rzekoma kolaboracja Leona Kozłowskiego z Niemcami nie została nigdy udowodniona, a postawiony mu zarzut dezercji z armii Andersa również jest wielce kontrowersyjny, jako że oskarżony najprawdopodobniej do niej w ogóle nie wstąpił. Poddano jedynie weryfikacji jego stopień wojskowy, co nie oznaczało włączenia w szeregi armii.

x

Kim jest Maciej Kozłowski bratanek Leona Kozłowskiego? Wikipedia tak m.in. pisze:

Maciej Kozłowski (ur. 12 stycznia 1943 w Luborzycy) – polski historyk, dziennikarz, publicysta, działacz opozycji w okresie PRL, dyplomata, w latach 1999–2003 ambasador RP w Izraelu.

W 1966 ukończył studia na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego (archeologia śródziemnomorska). W latach 1966–1968 uczęszczał na studia podyplomowe dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim.

W latach 80. XX w. prowadził wykłady z najnowszej historii Polski, z historii Polski nowożytnej i Europy Środkowej na Uniwersytecie Jagiellońskim, Katolickim Uniwersytecie Lubelskim oraz na uczelniach zagranicznych. Był członkiem Rady Funduszu Wydawnictw Niezależnych. W latach 1986–1988 przebywał na stypendium naukowym Fundacji Fulbrighta w Stanach Zjednoczonych Ameryki. W 1988 uzyskał stopień doktora na Wydziale Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1989 był członkiem Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. W lutym 1989 należał do organizatorów tygodnika „Czas Solidarności”.

W 1990 podjął pracę w dyplomacji, obejmując stanowisko radcy-ministra pełnomocnego w Ambasadzie RP w Waszyngtonie. W latach 1993–1994 pełnił obowiązki chargé d’affaires tamże. Następnie przeszedł do pracy w centrali MSZ. Był dyrektorem departamentu Ameryki Północnej i Południowej, a od 1998 podsekretarzem stanu. W latach 1999–2003 pełnił funkcję ambasadora RP w Izraelu. Obecnie na emeryturze.

Był członkiem Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego, koordynował prace nad raportem o rozszerzeniu NATO, był także działaczem fundacji Forum Dialogu Między Narodami. Wchodzi w skład Komitetu Wspierania Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie.

Kozłowskiemu zarzucono, że w latach 60. był najpierw kandydatem, a potem tajnym współpracownikiem SB w Krakowie o kryptonimie „Witold”. 6 grudnia 2012 Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że skłamał on w oświadczeniu lustracyjnym i w latach 1965–1969 współpracował tajnie i świadomie ze Służbą Bezpieczeństwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, i skazał go na 3 lata zakazu pełnienia funkcji publicznych. 11 czerwca 2013 Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał ten wyrok. Ostatecznie jednak 13 lutego 2014 Sąd Najwyższy w postępowaniu kasacyjnym prawomocnie oczyścił Macieja Kozłowskiego z zarzutu kłamstwa lustracyjnego.

x

Z informacji, jakie podaje Wikipedia, możemy się dowiedzieć, że w młodości Leon Kozłowski był masonem. Natomiast w 1938 roku był autorem jednej z najgłośniejszych w historii II RP kampanii antymasońskich. We wrześniu 1939 roku został aresztowany przez Sowietów i przewieziony do Moskwy, gdzie skazano go na karę śmierci, wyroku jednak nie wykonano. Dlaczego? O tym Wikipedia nie pisze. Zwolniony po podpisaniu układu Sikorski-Majski trafił do armii Andersa. W niejasnych okolicznościach opuścił polskie oddziały i jesienią 1941 roku przedostał się na niemiecką stronę frontu. Już kiedyś o tym wspomniałem, że dla pewnej kategorii ludzi nie istniały granice, linie frontu. Przekraczali je, jakby przechodzili z jednego pokoju do drugiego. Posądzony o to, że usiłował prowadzić z Niemcami rokowania w sprawie sformowania kolaboracyjnego rządu polskiego. Zapewne nie była to oferta przypadkowa, skoro Niemcy rozmawiali z nim. Bo to, że Niemcy zatrudnili go jako archeologa i wynagradzali go sowicie, to raczej nie było z tego powodu, że interesowała ich jego kariera naukowa. Jako osoba, która brała czynny udział w życiu politycznym II RP, idealnie nadawała się do tej roli.

Jego bratanek Maciej Kozłowski starał się wybielić stryja i nawet napisał książkę na ten temat. Czy jednak może być wiarygodna osoba, która sama była posądzona o współpracę z SB? W latach 1986-1988 Kozłowski przebywał na stypendium naukowym Fundacji Fulbrighta w Stanach Zjednoczonych. A więc jeszcze za czasów PRL-u był przygotowywany do uczestnictwa w rządach przyszłej III RP. W latach 1999-2003 pełnił funkcje ambasadora RP w Izraelu. Wchodzi też w skład Komitetu Wspierania Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie. Czy zatem możliwe jest, by ambasadorem RP w Izraelu nie był polski Żyd? Wydaje się to mało prawdopodobne, a nawet niemożliwe. A skoro tak, to znaczy, że Maciej Kozłowski jest Żydem. A to daje podstawę do twierdzenia, że jego stryj, Leon kozłowski, również był Żydem. To także oznacza, że pomysłodawcą obozu w Berezie Kartuskiej był Żyd.

Ojcem Leona był Stefan, a pradziadkiem Stefana był Teodor Radziejowski (1766-1829) – uczestnik wojny polsko-rosyjskiej 1792 roku, insurekcji kościuszkowskiej. Na podstawie dekretu króla Fryderyka Augusta I (książę warszawski w latach 1807-1815) z 12 czerwca 1810 roku otrzymał rangę pułkownika. Uczestnik wojen napoleońskich (1806-1807). W 1812 roku wzięty pod Wilnem do niewoli rosyjskiej. Spędził w niej 1,5 roku. Zwolniony ze służby w wojsku polskim. W 1816 roku postanowieniem cara Aleksandra I-go otrzymał pensję (emeryturę wojskową). W 1815 roku był czynnym członkiem III stopnia lubelskiej loży masońskiej Wolność Odzyskana. – To tyle Wikipedia. A więc człowiek, który w trakcie całej swojej kariery wojskowej walczył z Rosją, dostał od tej Rosji emeryturę wojskową. Jak widać jednych za to samo nagradzano emeryturą wojskową, a innych – zsyłano na Sybir.

Matką Leona była Maria ze Strasburgerów. Już samo to nazwisko zdradza korzenie. Maria była córką Leona Strasburgera (1845-1883), który pochodził z rodziny niemieckich ewangelików przybyłych do Warszawy w końcu XVIII wieku. Jego ojciec, Edward Strasburger, był cukiernikiem a matka, Anna Krystyna Schütz, w okresie manifestacji patriotycznych 1861 roku organizowała kwesty w kościołach i zbiórkę pieniędzy na pomnik pięciu poległych, czyli ofiar masakry w Warszawie podczas manifestacji patriotycznej z 27 lutego 1861 roku. Ich pogrzeb, który odbył się 2 marca 1861 roku na cmentarzu Powązkowskim, był wielką manifestacją polityczno-społeczną przeciwko rosyjskim władzom zaborczym w Królestwie Polskim. W pogrzebie uczestniczyli przedstawiciele wszystkich cechów, stanów społecznych i wyznań. Na placu bankowym do pochodu pogrzebowego przyłączyli się przedstawiciele mniejszości żydowskiej np. rabini Dow Ber Meisels i Izaak Kramsztyk w otoczeniu chórów synagogalnych.

x

W tym miejscu wypada zacytować fragment z książki Zmierzch Izraela (1932) Henryka Rolickiego. Wszystkie cytowane przez autora fragmenty pochodzą z książki Samuela Hirszhorna Historia żydów w Polsce.

Pojawia się w Warszawie krakowski rabin Meisels, który przedtem maczał palce w rewolucji 1848 roku.

„Gdy zapytano go dlaczego on, żyd ortodoksyjny, trzyma z lewicą, a nie z prawicą, odrzekł kalamburem: Die Juden haben keine Rechte (żydzi nie mają praw, a także żydzi nie mają prawicy – przyp. aut.)”.

„W Warszawie ruch rewolucyjny rozpoczął się od niewinnych manifestacji, w których na równi z Polakami brali udział żydzi. Kierownictwo Meiselsa, kaznodziei Lastrowa i przedstawicieli gminy warszawskiej nadawało przy tym wszystkim wystąpieniom piętno reprezentacji ogółu żydowskiego. W manifestacji 25-27 lutego 1861 roku, która zakończyła się śmiercią „pięciu poległych”, wielu żydów ucierpiało od kul… Miesels należał do składu delegacji, która udała się do namiestnika Gorczakowa, celem zadośćuczynienia za przelaną krew. W demonstracyjnym pochodzie pogrzebowym, idącym za trumną poległych, razem z duchowieństwem katolickim znalazło się także duchowieństwo żydowskie z Meiselsem na czele. Wielu żydów uczestniczyło w kościołach na odprawionych mszach zadusznych ze śpiewami i mowami patriotycznymi.”

Z chwilą wybuchu powstania rabini wydali odezwę do ludności żydowskiej, wzywającą do poparcia powstania i kończącą się znamiennym zwrotem: kto roztropny, ten pojmie, że tylko tą drogą, a nie inną, dobro kraju osiągnięte być może.

Komentując tę odezwę pisze historyk żydowski:

„Umiarkowany ton odezwy w porównaniu z bojową proklamacją Rządu Narodowego jest uderzający: ani jednego zdania rewolucyjnego, ani jednego nawet antyrosyjskiego… nie czuli się moralnie upoważnieni do angażowania zbiorowości żydowskiej w zdecydowaną rewolucję i woleli tę sprawę traktować ogólnikowo i mętnie.”

I znowu na przykładzie 1863 roku możemy stwierdzić, że żydzi podżegali Polaków do wybuchu, tym razem już nie tylko poprzez związki węglarskie, lecz nawet bezpośrednio. W swej miłości do Polski posuwali się tak daleko, że nawet przezwyciężyli odwieczną nienawiść do Kościoła katolickiego, nosili krzyże, śpiewali „Boże coś Polskę” w kościołach i podczas nabożeństw zbierali datki na powstanie. Po jego wybuchu wydali „roztropną” odezwę, a potem nie dał im się we znaki Murawiew i nie ucierpieli też w Królestwie. Za to wiedli prym w handlu i przemyśle, szlachta kołatała do nich o posady, zaś antysemityzm „nie miał się na czym opierać”.

x

Leon Strasburger (1845-1883) jako 17-letni chłopak przyłączył się do powstania styczniowego, rany w bitwie pod Małogoszczem. Po przekroczeniu granicy z Galicją został uwięziony w Krakowie. Zbiegł do Niemiec. Dzięki staraniom ojca po kilku latach wrócił do Królestwa Polskiego. Zakupił majątek Trzebienice w powiecie miechowskim i poświęcił się rolnictwu. W 1872 roku nabył sąsiedni majątek w Przybysławicach. Po reformie sądownictwa w Królestwie Polskim w 1876 roku był pierwszym sędzią gminnym w Miechowie.

Ojcem Stefana, a dziadkiem Leona, był Romuald Kozłowski. Wikipedia nie zamieszcza o nim żadnej informacji. Pisze tylko, że był właścicielem wsi Rembieszyce, Lipnica i Wola Tesserowa. Naturalnie nie ma też informacji o ojcu Romualda i jego dziadku. W związku z tym wypada sięgnąć po informacje o tych wsiach. Pochodzą one z Wikipedii.

W 1798 Rembieszyce kupił Franciszek Wolski, ale od kogo? Brak informacji. Od 1854 roku właściciele to Romuald Leon Kozłowski i jego żona Bronisława z Radziejowskich. Podczas powstania styczniowego dwór w Rembieszycach, położony niedaleko „Wiernej Rzeki”, udzielał pomocy i schronienia oddziałom powstańczym. W latach 1895-1898 Rembieszyce należały do Włodzimierza Lubienieckiego, a w latach 1898-1906 do Romualda Kozłowskiego (brata Stefana) i Lucyny ze Strasburgerów. Po 1906 roku właścicielami wsi byli m.in. Sucheccy i Bankiewiczowie.

Wilhelm Napomucen, miecznik wojsk chęcińskich w 1776 roku, sprzedał Lipnicę w 1818 roku Stanisławowi Kossakowskiemu. W 1839 roku kupiła ją Joanna z Dębskich Kossakowska. Potem otrzymała ją w spadku Joanna z Oraczewskich Urbańska, żona Ignacego, malarza i nauczyciela w Lublinie. W 1856 roku nabyli wieś Franciszek i Julia Dąbscy. W 1867 roku właścicielem Lipnicy jest Teofil Dąbski i w tym samym roku sprzedaje wieś Romualdowi Kozłowskiemu i w trzy lata później odkupuje ją z powrotem. W 1890 roku Lipnice kupuje Stanisław Tede, a w roku 1897 nabywa ją Adam Konarski. Kilka lat później sprzedaje ją, ale nie ma informacji komu. Na początku XX wieku wieś rozparcelowano w całości.

W 1690 roku Wola Tesserowa należy do Jana Zabielskiego i żony. W XVIII wieku przechodzi do Antoniego Komornickiego i Magdaleny z Rogóyskich. W 1798 roku po śmierci Antoniego wieś kupuje Urban Komornicki, a po jego śmierci dzielą się nią jego dzieci. W 1845 r. ziemie nabywa Ludwik Kozłowski. W latach 30 XX wieku majątek został rozparcelowany.

W XIX wieku właścicielami Przybysławic byli: Bonawentura Psarski, Ludwik Jan Kanty Kozłowski, Żyd Motyl Sercarz i od 1872 roku Leon Strasburger, ewangelik, uczestnik powstania styczniowego. Od 1895 do 1945 roku właścicielami byli Kozłowscy herbu Jastrzębiec: Stefan Kozłowski żonaty z Marią Strasburger, która Przybysławice otrzymała po swoim ojcu Leonie Strasburgerze, a następnie ich syn Tomasz Kozłowski – legionista, prezes Kieleckiej Izby Rolniczej, poseł na Sejm w latach 1931–1938, żonaty z Jadwigą z Postępskich. Współwłaścicielem był jego brat Leon Kozłowski, archeolog, profesor Uniwersytetu Lwowskiego, polityk, premier rządu RP w latach 1934–1935.

Stefan Rafał Kozłowski (1859-1908) – syn Romualda i Bronisławy z Radziejowskich, ojciec Leona Kozłowskiego. W 1882 roku ukończył z bardzo dobrym wynikiem wydział rolniczy Politechniki Ryskiej uzyskując tytuł agronoma. Podczas studiów był współzałożycielem korporacji akademickiej Arkonia i autorem deklaracji ideowej Arkonii znanej jako Podanie Kozłowskiego. W latach 1883-1895 administrował majątkami w Woli Tesserowskiej i Rembieszycach. Od 1895 roku właściciel majątku Przybysławice k. Miechowa. Wspierał czynnie ruch narodowy na Śląsku, zwłaszcza Wojciecha Korfantego. Należał do Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego.

xxx

Po trzecim rozbiorze w 1795 roku zabór pruski sięgał do linii Curzona. Dopiero po traktacie w Tylży w 1807 roku i po powstaniu Księstwa Warszawskiego Prusacy wycofali się. Zanim jednak do tego doszło na ziemie te, wraz z nimi, napłynęło mnóstwo niemieckich Żydów. Po traktacie Prusacy wycofali się, a Żydzi zostali. I to prawdopodobnie w tym czasie osiedlili się w Warszawie rodzice Leona Strasburgera. Żydzi niemieccy przechodzili na protestantyzm, nie zmieniali nazwisk, plasowali się wyżej w hierarchii społecznej, byli bogatsi i postępowi. Żydzi miejscowi przechodzili na katolicyzm, zmieniali nazwiska, byli biedniejsi i konserwatywni. To z tych Strasburgerów pochodzi znany aktor Karol Strasburger. I tak po prawdzie, to korzeni polskiej inteligencji należy szukać wśród tych niemieckich Żydów. Wystarczy popatrzeć na nazwiska uczonych, lekarzy, prawników, inżynierów, oficerów, polityków, dyplomatów itd. Oczywiście mam tu na myśli tę prawdziwą inteligencję, a nie tę, która dotarła tu w 1945 roku na radzieckich czołgach.

Często można zetknąć się z opinią, że jedyną narodowością, która w Polsce się szybko asymilowała, byli Niemcy. I to oni stawali się też wielkimi patriotami. No właśnie! Niemcy czy „Niemcy”? Jakoś mniejszość niemiecka na Śląsku Opolskim nie za bardzo chce się asymilować. Łatwo być patriotą, gdy się wie, że włos z głowy nie spadnie. Leon Strasburger walczył w powstaniu styczniowym, przekroczył granicę z Galicją, aresztowany w Krakowie, ucieka (jak?) z więzienia do Niemiec. Po paru latach, dzięki staraniom ojca, wraca do Królestwa Polskiego. Kupuje sobie majątek, a po kilku latach następny i na koniec zostaje jeszcze pierwszym sędzią gminnym w Miechowie. I to wszystko pod rządami tych, z którymi walczył. Tak to działało i tak to działa dziś. Niechby któryś z tych naiwnych patriotów spróbował zgasić świece chanukowe w Sejmie, to przekonałby się, jak potężne jest państwo, jak sprawnie działa i jak szybko zgasiłoby takiego naiwnego patriotę. Poseł Braun ma podwójną ochronę: z racji tego, że jest posłem i z racji tego, że jest Żydem. Roztropnie jest zatem nie angażować się w te żydowskie gierki.

Z tego, co napisała Wikipedia, to informacji na temat przodków Leona Kozłowskiego ze strony matki jest znacznie więcej, niż tych ze strony ojca. O ojcu Stefanie wiemy dużo, ale już o dziadku czy pradziadku – prawie nic. Nie ma więc pewności czy byli oni Żydami, którzy ochrzcili się i zmienili nazwisko czy może należeli do zubożałej szlachty i wchodzili w koligacje z bogatymi Żydówkami, co było w XIX wieku powszechne, szczególnie po powstaniu styczniowym.

Gdy się tak prześledzi los tych wiosek, o które ocierali się Kozłowscy, to odnosi się wrażenie, że właśnie wtedy, w tym XIX wieku, majątki te były traktowane jak jakieś akcje giełdowe, które raz się kupowało, potem sprzedawało i znowu kupowało. Typowe żydowskie geszefty. Po powstaniach, ich uczestników, przeważnie szlachtę, wywożono na Sybir, a majątki rekwirowano. Zapewne była to okazja do tanich zakupów i późniejszej odsprzedaży z dużym zyskiem. Dla jednych powstania to tragedie rodzinne, a dla innych – okazja do szybkiego wzbogacenia się.

Tani, naiwny patriotyzm, to pułapka, jaką zastawiają na niczego nieświadomych ludzi Żydzi, strojący się w piórka patriotów i gorliwych katolików. Wciągają ich w różne bezsensowne marsze i manifestacje. To jest właśnie proceder, który zapoczątkowali w 1861 roku i do dziś go praktykują. Najwyraźniej większość nadal na to nabiera się.

Pozostaje jeszcze sprawa Leona Kozłowskiego. Jak to się stało, że dotarł do linii frontu? Po zwolnieniu z więzienia w Moskwie krótko pracował w ambasadzie RP. W październiku 1941 roku, wraz z grupą osób niezdolnych do służby wojskowej, został wysłany do Taszkientu. Jak pisze Wikipedia, postanowił zatrzymać się w Kujbyszewie, gdzie pracował krótko jako oficer w intendenturze. 27 października z kapitanem rezerwy Andrzejem Litwińczukiem wyruszył w drogę w kierunku zachodnim. Kilkakrotnie byli zatrzymywani przez milicję, zanim dotarli do Tuły. Jak pokonali tę odległość? Z Kujbyszewa do Tuły jest ponad 800 km. Jakie musieli mieć papiery, że milicja ich nie zatrzymywała? Do linii frontu dotarli 9 lub 10 listopada. Oddali się w ręce pierwszego napotkanego oddziału niemieckiego. Chyba musiał być jakąś szczególną osobą, której władze radzieckie zapewniły pełną ochronę, by bezpiecznie dotarł do linii frontu. I bardzo możliwe, że wszystko było uzgodnione ze stroną niemiecką.

Jeśli Leon Kozłowski nie zamierzał kolaborować z Niemcami, jak utrzymuje jego bratanek Maciej Kozłowski, to po co przekraczał linię frontu? Trudno w to uwierzyć, że cała akcja nie była ściśle kontrolowana przez obie walczące strony. Czy rzeczywiście w tamtym okresie, a więc na samym początku wojny niemiecko-radzieckiej, rozważano jeszcze możliwość utworzenia polskiego rządu kolaborującego z Niemcami? Bardzo możliwe, ale tego pewnie nie dowiemy się. Jednego wszak możemy być chyba pewni. Bez względu na to jakie scenariusze pisano dla Polski, w głównych rolach zawsze obsadzani byli Żydzi. I nie inaczej jest obecnie.

Litwa

Litwo, Ojczyzno moja! – Tak się zaczyna nasza epopeja narodowa, napisana przez litewskiego Żyda Adama Mickiewicza. W tym wszystkim polski był tylko język polski. Litwa, a właściwie Wielkie Księstwo Litewskie, było w unii z Koroną, może więc wypada znać historię Litwy, przynajmniej w zarysach, tym bardziej, że ta unia była czymś wyjątkowym w historii Europy. Owszem, była unia kalmarska (1397-1523), unia personalna pomiędzy Danią, Szwecją i Norwegią. Państwa te zobowiązały się do wspólnego prowadzenia wojen. Formalnie zachowały niezależność, lecz decydująca rola przypadła Danii. A więc nie była ona tak zaawansowana jak unia polsko-litewska.

Dziś, gdy mamy do czynienia z czymś, co można nazwać przenoszeniem państwa ukraińskiego na teren Polski, warto sobie uświadomić, że nie było by tego, gdyby nie ta unia. W jej wyniku, na krótko przed jej zwarciem, ziemie obecnej Ukrainy zostały włączone do Korony, czyli powstało wspólne państwo polsko-ukraińskie. Powodem tego połączenia była podobno niechęć litewskich panów do ścisłego związku z Koroną. By wymusić na nich zgodę okrojono WKL o całą część południową. Tak pomniejszone nie miało szans na obronę przed zagrożeniem ze wschodu. Tak to oficjalnie tłumaczą. I właśnie dlatego, że już było wcześniej wspólne państwo, to dziś przenoszą Ukrainę do Polski, a nie do Rumunii.

Czy jednak ta unia była potrzebna? Przecież do obrony przed zagrożeniem zewnętrznym, jeśli takie rzeczywiście było, wystarczył zwykły sojusz wojskowy, ewentualnie unia personalna. Po co więc to wszystko było? Może właśnie historia Liwy pomoże w odpowiedzi na to pytanie. W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Średniowiecze

W 873 w kronice arcybiskupa Rimberta po raz pierwszy zanotowano nazwę miejscowości położonej na terytorium dzisiejszej Litwy – Apuolė. Nazwa wymieniona jest w kontekście opisu ziem zajmowanych przez Kurów. W Rocznikach kwedlinburskich opisujących wyprawę misyjną Brunona z Kwerfurtu w 1009 pojawia się wiadomość o chrzcie mieszkańców Lituae. W 1047 książę ruski Jarosław I Mądry podporządkował sobie Jaćwingów i Litwinów. Przez następne lata Litwini byli lennikami książąt połockich, aż do 1183, kiedy się usamodzielnili na tyle, by zaatakować dawnych panów. W 1185 napadli na Liwów, co skłoniło napadniętych do zaproszenia misjonarzy niemieckich do Ikšķile. W 1191 Litwini napadli na Karelów. W 1201 zawarli pierwszy traktat międzypaństwowy – z Niemcami z Rygi.

Wiek XIII i początki państwowości

Do końca XII wieku tereny Litwy zamieszkiwały liczne plemiona, które nie tworzyły zwartego organizmu państwowego. Dopiero od XIII wieku związkom plemiennym zaczęli przewodzić książęta – kunigasi. W 1219 dwudziestu jeden litewskich kunigasów zawarło pokój z księciem halicko-włodzimierskim. Wśród nich byli: Żywinbud, Dowsprunk, Mendog, Dowiat i Wilikajło. Z czasem największe znaczenie nabrał ród kunigasa Ryngolda, którego synami byli: Mendog i Dowsprunk. Po 1235, pod wpływem zagrożenia najpierw ze strony zakonu kawalerów mieczowych (od 1202), a następnie zakonu krzyżackiego (od 1237), kunigas Mendog w długotrwałym procesie zjednoczył litewskie plemiona i skupił władzę w swojej ręce. W 1236 Żmudzini i Litwini w bitwie pod Szawlami pokonali połączone siły krzyżaków i kawalerów mieczowych.

Obok Mendoga duże znaczenie mieli również synowie jego brata Dowsprunka Towciwiłł i Edywid (wygnani z Litwy w 1248) oraz zwycięzca w bitwie pod Szawlami – Wikint. Mendog skupił władzę, mordując i wypędzając przeciwników oraz przekształcając mniej znaczących kunigasów w wasali. Na początku lat 50. XIII w. Mendog zajął Ruś Czarną, oddając jej część na prawach lennych swemu synowi Wojsiełkowi. W 1251 pod naciskiem mistrza zakonu inflanckiego i w obawie przed Danielem, księciem Rusi Halickiej, który współdziałał z wypędzonymi pretendentami do władania Litwą, Mendog przyjął chrzest. W 1253 za zgodą papieża koronował się w wybudowanej przez siebie katedrze w Wilnie. Mendog był jednym z dwóch w historii królów Litwy.

Po koronacji Mendog swoją działalność skupił na Rusi i Polsce, bowiem z Zakonem zawarł, trwający do 1261, pokój. W 1255 papież zatwierdził ruskie podboje Mendoga. W 1259 musiał bronić się przed najazdem Tatarów ze Złotej Ordy pod wodzą Burundaja. W 1261 Mendog zerwał pokój z zakonem inflanckim i porzucił chrześcijaństwo z powodu sojuszu ze Żmudzinami, którzy pod wodzą kunigasa Trenioty walczyli z Krzyżakami. Do koalicji antykrzyżackiej weszli władcy Nowogrodu, Połocka i Witebska. Wojna toczyła się przez kilka lat (litewskie wyprawy na Krzyżaków i Mazowsze w 1261-1263). Panowanie Mendoga zakończyło się jesienią 1263, kiedy został wraz ze swymi dwoma synami zamordowany. Na czele spisku stał Dowmont i prawdopodobnie Treniota.

Po śmierci Mendoga o jego schedę walczyło kilka stronnictw, a początkowo władzę przejął Treniota, zamordowany w 1264. Władzę po nim objął syn Mendoga Wojsiełk, lecz przekazał ją w 1267 w ręce księcia halickiego Szwarno, który zmarł w 1269. Najpotężniejszym władcą Litwy został wtedy Trojden, który walczył o konsolidację państwa, wypierając z Litwy wojska księcia Rusi. W 1279 walczył wraz z kunigasem Semigalów z zakonem inflanckim. Trojden zmarł w 1282. W 1283 zakon krzyżacki zakończył podbój Prus i rozpoczął podbój Litwy. Pod koniec XIII w. władzę nad Litwą przejął Pukuwer, a potem jego synowie Witenes (1295-1315) i Giedymin (1316-1341), założyciel rodu Giedyminowiczów.

Wielkie Księstwo Litewskie w XIII-XV wieku; źródło: Wikipedia.

Wiek XIV

Książę Giedymin przejął władzę po 1315 i doprowadził do poszerzenia terytorialnego państwa o Witebsk, Pińsk, Wołyń, Podlasie i w 1331 Kijów. Nawiązał też dobre stosunki z papiestwem i Królestwem Polskim (np. żoną Kazimierza Wielkiego była córka Giedymina, Aldona, która na chrzcie przyjęła imię Anna). Następcą Giedymina został jego średni syn Jawnuta (1341-1345), przeciwko któremu zbuntował się Kiejstut, osadzając na tronie wileńskim kolejnego syna Giedymina Olgierda (1345-1377). W 1377 po śmierci Olgierda Litwa znalazła się w trudnej sytuacji z powodu częstych najazdów Krzyżaków i konfliktu z księstwami ruskimi. Olgierd pozostawił tron książęcy swojemu najstarszemu synowi Jagielle (Jogaila), jednak z początku lojalny wobec niego Kiejstut w 1381 zajął Wilno i zdobył na krótko władzę książęcą. Po buncie mieszczan wileńskich, Kiejstut i jego syn Witold zostali wzięci przez Jagiełłę do niewoli. W 1382 Kiejstut zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach na zamku w Krewie, a Witold po ucieczce, oddał się pod opiekę Zakonu. W 1382 Jagiełło zawarł z Zakonem ugodę w Dubissie, w której zobowiązał się do ochrzczenia w ciągu czterech lat całego kraju i oddania Zakonowi Żmudzi. Jagiełło zerwał pakt z Zakonem w następnym i zdecydował się na zawarcie sojuszu z Polską, Jagiełło zgodził się pojąć za żonę Jadwigę Andegaweńską, przyjąć chrzest i zostać królem Polski. Podpisał w 1385 akt w Krewie, na mocy którego zobowiązał się przyjąć chrzest, objąć chrystianizacją Litwę (co też rozpoczął w 1387), a także według niektórych źródeł włączyć Litwę do Polski (łac. applicare). Po zawarciu unii władztwo w Wielkim Księstwie objąć mieli polscy starostowie. W 1386 w Krakowie Jagiełło przyjął chrzest oraz imię Władysław oraz objął polski tron królewski. W 1387 ustanowił biskupstwo wileńskie.

Po koronacji Jagiełły na króla Polski jego namiestnikiem w Wielkim Księstwie Litewskim został Skirgiełło. Rządy Skirgiełły szybko wzbudziły opór innych Giedyminowiczów i bojarów. W 1389 namiestnikiem z woli Władysława Jagiełły został Klemens Moskorzewski. Niezadowolony syn Kiejstuta Witold, panujący wtedy w Grodnie, po długim konflikcie z Jagiełłą oraz przy poparciu możnowładców litewskich odzyskał ojcowiznę i od 1392 r., na mocy ugody w Ostrowie z ramienia Władysława Jagiełły otrzymał w zarząd całe Wielkie Księstwo Litewskie, usuwając polskich namiestników. W związku z niepowodzeniami jego polityki niezależności od Korony i zagrożeniem zewnętrznym państwa zawarł z Jagiełłą umowę wileńsko-radomską (1400-1401), na mocy której został dożywotnim władcą Wielkiego Księstwa Litewskiego, a także uznał się za wasala Polski. Jagiełło został nadal księciem zwierzchnim Wielkiego Księstwa Litewskiego. Witold bezskutecznie próbował rozbić Złotą Ordę, ponosząc straszliwą klęskę w bitwie nad Worsklą.

xxx

Z tego opisu wyłania się obraz państwa niestabilnego, w którym krew się leje strumieniami. Poszczególni kniaziowie rywalizują ze sobą o władzę. Nikomu z nich nie udaje się tak naprawdę pokonać przeciwników i stworzyć sprawne, scentralizowane państwo. Wyróżniają się dwaj przywódcy: Mendog, który jednoczy litewskie plemiona i Giedymin, który podbija księstwa ruskie. To wszystko jest jednak cały czas nietrwałe i działaniom tym brak spójności. Dochodzi też do licznych najazdów Krzyżaków na ziemie litewskie. W 1348 roku w bitwie nad Strawą (dopływ Niemna) Litwini ponoszą totalną klęskę. Straty strony litewskiej wyniosły 6000 zabitych, czyli 2/3 całego stanu wojska. Śmierć w bitwie ponieśli min. książęta Narymunt i Monwid. Natomiast wojska krzyżackie straciły tylko 60 ludzi, w tym 8 rycerzy zakonnych. Historycy uważają, że bitwa nad Strawą miała charakter przełomowy, że od tego momentu Litwa nie mogła Krzyżakom w polu stawić czoła o własnych siłach. Nieudaną próbą odwrócenia skutków klęski nad Strawą był najazd Litwinów na Prusy w 1370 roku i bitwa pod Rudawą, która również okazała się klęską. Przełom nastąpił dopiero po zawarciu unii z Polską. Takie „potężne” państwo, a nie mogło sobie poradzić z Zakonem. Kolos na glinianych nogach.

W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970) można natrafić na taki fragment:

„W wyniku unii Polska została wciągnięta w niekończące się wojny litewsko-moskiewskie i musiała porzucić myśl o rewindykacjach utraconych ziem na zachodzie. Unia lubelska, wprowadzając do Korony wpływy spolonizowanej oligarchii litewskiej przyczyniła się do zachwiania równowagi w łonie stanu szlacheckiego i do zdobycia władzy przez magnatów głównie związanych z terenami litewsko-ruskimi, którzy uzależniając od siebie drobną szlachtę, prowadzili do stopniowego rozkładu władzy centralnej.”

O co więc chodziło w tej unii i kto pociągał za sznurki? Polska za ostatnich Piastów była monarchią stanową ze względnie zrównoważonymi stanami i silną władzą królewską. Wielkie Księstwo Litewskie było państwem na niższym etapie rozwoju, chaotycznym, Nawet nie wiem, czy można je było nazwać państwem. To był zlepek księstw, których władcy walczyli o dominację nad pozostałymi. Połączenie Polski z Litwą nie ucywilizowało Litwy, a uwsteczniło Polskę, zgodnie z prawem Kopernika-Greshama, według którego pieniądz zły wypiera dobry. WKL zdominowało Koronę. I tym sposobem Polska stała się krajem zacofanym, wschodnim i takim jest do dziś. Polskie elity, nie tylko polityczne, mają przeważnie korzenie litewsko-ruskie.

Zjednoczone Królestwo Polskie miało szanse na odzyskanie ziem utraconych. I-sza Rzesza nie była monolitem, to był związek różnych księstw, więc odzyskanie tych ziem wcale nie musiało być nierealne. Jednak skierowanie Polski na wschód zabezpieczało wschodnią granicę Rzeszy i Prusy mogły spokojnie budować swoją potęgę, a Polacy uganiali się po Dzikich Polach i prowadzili wojny, które miały chronić kresowych królików i ich wielkie latyfundia.

Panowie małopolscy mieli w swoim programie politycznym unię z Litwą i osłabienie władzy królewskiej poprzez wprowadzenie elekcyjności tronu. Od połowy XVI wieku ze strony polskiej coraz bardziej stanowczo w programie ruchu egzekucyjnego wysuwano żądanie zawarcia unii z Litwą. Widać więc, że jakieś nieznane siły konsekwentnie dążyły do tej unii, pomimo że strona polska nic na niej nie zyskiwała. Z Zakonem miała Polska uregulowane wszelkie sporne kwestie, z Moskwą nie graniczyła, więc nie była z nią skonfliktowana. Litwa, jako kraj zacofany w stosunku do Polski, nic jej nie mogła zaoferować. Komu więc tak bardzo zależało na tej unii? Polska nie miała w tym żadnego interesu, a i sami panowie litewscy byli przeciwni temu pomysłowi. Czy ta unia to miało być jakieś laboratorium, jakiś eksperyment? Być może. Połączenie państwa o wyznaniu katolickim z częścią państwa, w którym dominowało prawosławie musiało doprowadzić do konfliktów na tle religijnym i doprowadziło. Idealne narzędzie do sterowania ludzkimi nastrojami.

Skoro panowie litewscy nie zbuntowali się, gdy zabierano im połowę ich państwa, to prawdopodobnie nie protestowaliby, gdyby całe WKL połączono z Koroną. Jednak zdecydowano się na włączenie tylko tej części WKL, w której dominowało prawosławie, choć chyba bardziej naturalnym było by połączenie z tą częścią, w której mieszkała również ludność katolicka. W tej północnej części WKL nie było takich powstań jak na Ukrainie. Musiał być wyraźny podział: na tzw. polskich katolickich panów i prawosławną czerń. W północnej części nie można było wykorzystać tego schematu. Czy zatem panowie litewscy tylko udawali, że nie chcą unii, by dać pretekst do włączenia południowej części WKL do Korony i tym samym uruchomić ciąg antypolskich powstań?

Jak powstawał ustrój I RP

W związku z toczącą się na Ukrainie wojną ujawniło się w Polsce wielu entuzjastów I Rzeczypospolitej, jej tradycji, kultury, zwyczajów itp. Dla nich idea jagiellońska to dobry pomysł na uporządkowanie tej części Europy. Mnie ona kojarzy się ze wszystkim, co najgorsze w organizacji państwa i z feudalnym ustrojem społecznym, który trwał niezmiennie do rozbiorów.. Okres panowania dynastii jagiellońskiej, to czas tworzenia fundamentów pod ustrój przyszłej Rzeczypospolitej, czyli demokracji szlacheckiej. Nic więc nie działo się nagle i przypadkowo. Wręcz przeciwnie, wyglądało to na akcję zaplanowaną i konsekwentnie realizowaną. Czy tak rzeczywiście było?

O tym, że Jagiełło ma zostać królem Polski zadecydowali panowie małopolscy, ale konkretnie kto, tego nie wiadomo. W 1385 roku doszło w Krewie do podpisania przez niego następujących warunków: po pierwsze – ochrzci się i przeprowadzi chrzest Litwy, po drugie – przyłączy państwo litewsko-ruskie do Polski, po trzecie – przyłoży się do odzyskania ziem utraconych przez Polskę i po czwarte – odeśle do Polski brańców uprowadzonych w niewolę w wyprawach litewskich. Panowie małopolscy sądzili, że wyniesienie na tron księcia litewskiego położy kres niszczącym napadom Litwinów i przyniesie rozwiązanie konfliktu polsko-litewskiego o Ruś Halicką. Z drugiej strony Jagiełło chętnie zgodził się, bo w ścisłym związku z Polską szukał obrony przed agresją krzyżacką. – To takie oficjalne powody powstania unii polsko-litewskiej.

Całe zło wzięło się od unii personalnej, gdy królem Polski został Litwin. Zaczęły się tarcia i targi pomiędzy królem, szlachtą i możnowładztwem. Polska była monarchią parlamentarną. Jagiełło, za tron dla potomków, nadał szlachcie Statut warcki, który zapoczątkował niewolnictwo chłopów i ograniczał rozwój miast. Szlachta, która przeważała w Wielkopolsce, broniła się przed zdominowaniem przez możnowładztwo Małopolski. Jagiellonowie mieli swoje własne interesy dynastyczne, często sprzeczne z interesami państwa, którym rządzili.

Ostatnio odgrzebałem w swojej bibliotece książkę Ilustrowana Kronika Polaków, wydaną z okazji 1000-lecia Państwa Polskiego w 1967 roku. Tekst napisał Mateusz Siuchniński, a ilustrował Szymon Kobyliński. Kronika ta ukazywała się w 1966 roku w odcinkach na łamach „Expressu Wieczornego”. Jest to książka dla masowego odbiorcy, a więc pisana prostym językiem, co raczej jest zaletą niż wadą. Siłą rzeczy musi też opisywać historię w sposób ogólnikowy, co też jest zaletą, gdy zawiera to, co najistotniejsze. I tak jest w tym wypadku.

Jest rzeczą zrozumiałą, że im bliżej współczesności, tym skala przeinaczeń, niedomówień i fałszów jest coraz większa. Jednak te odleglejsze epoki są, w mojej ocenie, przedstawiane bardziej obiektywnie. W odcinku Oligarchia możnych m.in. napisano:

Po śmierci Władysława Jagiełły (1434) ster władzy w Polsce uchwyciła grupa możnych, której programem politycznym było zdławienie ruchu husyckiego, podporządkowanie Litwy Polsce i osłabienie władzy królewskiej przez pogrzebanie idei monarchii dziedzicznej, a przeforsowanie zasady elekcyjności tronu. Królem formalnie wybrano 10-letniego syna zmarłego króla, Władysława. W czasie jego małoletności władzę sprawowała rada królewska, w której największy wpływ miał biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki i jego brat Jan, marszałek koronny. Faktycznie w rękach tych oligarchów spoczywał zarząd państwem aż do tragicznej śmierci Władysława pod Warną, rychło bowiem, już po dojściu do pełnoletniości, król Władysław odjechał na Węgry, nie bez inspiracji rady królewskiej, przedłużającej w ten sposób okres regencji w Polsce. W 1439 r. siły militarne oligarchii rozprawiły się z ruchem husyckim, zadając pod Grotnikami klęskę wojskom dowodzonym przez przywódcę obozu husyckiego, Spytka z Melsztyna.

xxx

Z kolei Wikipedia pisze:

Początki parlamentu polskiego

Za pierwszych Jagiellonów coraz większą rolę w zarządzaniu państwem odgrywała rada królewska, powoływana przez króla. Zaś od połowy XV wieku znaczną część władzy przejęły ogólnopolskie zjazdy szlachty i dzielnicowe sejmiki. Ostatecznie Rada Królewska za panowania Olbrachta (1492-1501) przekształciła się w Senat, a ogólnopolski zjazd stanu szlacheckiego, złożony z przedstawicieli sejmików, w izbę poselską Sejmu. Poczynając od XV wieku Rzeczpospolita stała się szlachecką monarchią parlamentarną. Za pierwsze posiedzenie dwuizbowego parlamentu polskiego uznaje się sejm z roku 1468 w Piotrkowie. Szlachta, zwłaszcza bogatsza i magnaci, stała się odtąd stanem panującym, skupiając w swych rękach ziemię, przywileje i urzędy. Zgodnie z Sejmem radomskim z 1504 roku administrację państwową stanowili marszałek koronny i nadworny, podskarbi, kanclerz i podkanclerzy oraz starostowie, reprezentujący króla w danej jednostce terytorialnej państwa.

xxx

Przywileje szlacheckie

Przywileje szlacheckie to prawo nadawane przez władców Polski pomiędzy XIII a XVI wiekiem. Pierwsze, nadawane jeszcze przez Piastów, nie miały takiego znaczenia, jak późniejsze. Miały one często charakter lokalny. Pierwszy ważniejszy to przywilej koszycki z 1374 roku nadany przez Ludwika Węgierskiego. Pierwszy Władysława II Jagiełły, to ten z Wilna z 1387 roku. Gwarantował on katolickim bojarom Litwy dziedziczenie posiadanej ziemi i zwolnienie z osobistych świadczeń na rzecz władcy. Ostatnim był ten z 1538 roku nadany przez Zygmunta I Starego. Zakazywał on usuwania szlachty z urzędów przez króla. I tak ukształtowało się prawo, które miało obowiązywać w nowym państwie, które powstało w 1569 roku.

Te najważniejsze to Statut warcki, przywilej jedlneńsko-krakowski, przywilej mielnicki, konstytucja Nihil novi. Wikipedia tak je charakteryzuje:

Statut warcki

Statut warcki – prawo nadane przez Władysława II Jagiełłę w 28 października 1423 roku na sejmie walnym w Warcie.

Statut warcki był kolejnym prawem wpływającym na ówczesną gospodarkę i nadawał prawną podstawę do przejmowania gospodarstw sołtysich i większych kmiecych na zasadzie wykupu po cenie oszacowanej przez szlachcica (feudała), nierzadko w wyniku rugi całkowitej lub częściowej. Był odbiciem nastrojów panujących już za czasów Kazimierza III Wielkiego, kiedy to szlachta pałała niechęcią do bogatych, wolnych dotąd sołtysów i chłopów. Przepis pozwalał na likwidowanie sołectw przez szlachtę na włościach nadanych im przez władców Polski stanowiących władzę centralną. Grunty tak pozyskane włączano do dużych gospodarstw folwarcznych. Funkcjonowanie folwarków szlacheckich oparte było na przymusowej, odrobkowej sile roboczej – tzw. pańszczyźnie dlatego ich wydajność gospodarcza była niższa niż sołectw, pomimo tego folwarki przynosiły duże dochody szlachcie. Statut warcki jednocześnie ograniczał prawo chłopów do opuszczania wsi, co miało zapobiec ich migracji. Zakaz ten nie powstrzymał jednak dużej części zbuntowanych sołtysów i chłopów przed zbieganiem na wschód, gdzie często zasilali szeregi społeczności kozackich.

Statut nakładał na wojewodów obowiązek kontroli miar i wag w miastach oraz ustalanie cen artykułów rzemieślniczych.

Statut warcki był stosowany do XVI wieku a jego przepis dotyczący ustalania cen był powielany w innych statutach – nieszawskim z 1454 roku i piotrkowskim z 1496 roku. Przepisy te obowiązywały do pierwszych rozbiorów.

Inne prawa i konsekwencje wynikające ze statutu:

  • prawo rugowania krnąbrnych sołtysów
  • ograniczał w dalszym stopniu władzę sądową starostów (mieli oni sądzić tylko zbrodnie obejmujące gwałt, rozbój, podpalenie i najście na dom);
  • nadawał większe kompetencje wojewodom w ustalaniu miar i cen w miastach wyrobów rzemieślniczych (tzw. taksy wojewodzińskie), co było ograniczeniem samorządności miejskiej;
  • ograniczenie prawa chłopów do opuszczania wsi;
  • zezwolenie na tworzenie dogodnych podstaw prawnych dla folwarków szlacheckich;
  • ograniczał rozwój miast;
  • wysokie kary za ukrywanie chłopów zbiegłych z majątków szlacheckich.

Przywilej jedlneńsko-krakowski

Przywilej jedlneńsko-krakowski – przywilej szlachecki nadany przez Władysława Jagiełłę w zamian za obietnicę szlachty polskiej, że jego syn Władysław III Warneńczyk zasiądzie na tronie polskim i przedłuży panowanie dynastii Jagiellonów w Polsce.

Treść przywileju została sformułowana w Brześciu Kujawskim w 1425 roku. Nadanie przywileju nastąpiło w Jedlni w 1430 roku, a w 1433 roku w Krakowie nastąpiło jego potwierdzenie.

Przywilej ten gwarantował szlachcie:

  • Nienaruszalność osobistą przez króla i jego urzędników bez prawomocnego wyroku sądowego.
  • Król zobowiązał się, że neminem captivabimus nisi iure victum (nikogo nie uwięzimy bez wyroku sądowego).
  • Ponadto przywilej nadawał szlachcicowi wyłączne prawo do zostania dostojnikiem kościelnym.

Król przyrzekał również zrównanie wszystkich ziem Królestwa łącznie z ziemią ruską według jednego prawa i kodeksu. Był to przełom w traktowaniu prawosławnych poddanych-szlachty (jedynym ograniczeniem był utrzymany, ale tylko do końca życia starego króla – Władysława Jagiełły, obowiązek płacenia przez szlachtę ruską specjalnego podatku w owsie). Zrównanie to nie dotyczyło prawosławnej szlachty na Litwie.

Przywilej mielnicki

Przywilej mielnicki, akt mielnicki – przywilej wydany przez Aleksandra Jagiellończyka w Mielniku dnia 25 października 1501 roku, ograniczający znacznie władzę królewską na rzecz senatu i praktycznie wprowadzający w Polsce republikę oligarchiczno-arystokratyczną z odwoływalnym królem stojącym na czele senatu.

Postanowienia przywileju:

  • Instytucją podejmującą najważniejsze decyzje państwowe został senat. W razie różnicy zdań miała przeważać opinia najwyższych godnością senatorów.
  • Król miał przewodniczyć senatowi i wykonywać jego uchwały. Słabą pozycję władcy podkreślał jego senatorski tytuł princeps senatus, nawiązujący do tradycji rzymskiej.
  • Król utracił swobodne prawo mianowania senatorów. Powoływał, i to za zgodą senatu, tylko na zwolnione miejsca najniższe rangą. Wyższe godności senatorowie mieli obejmować drogą awansu zgodnie z hierarchią urzędów senatorskich po powstaniu wakatu.
  • Starostowie, którzy byli dotychczas odwołalnymi reprezentantami króla w prowincjach, mieli podlegać senatowi poprzez powołane do tego przez senat komisje, nadzorujące działalność starostów.
  • Senatorowie mieli być odpowiedzialni jedynie przed senatem.
  • Przewidziano możliwość wypowiedzenia posłuszeństwa królowi, gdyby ten nie realizował decyzji senatu lub targnął się na jego uprawnienia.

Przywilej mielnicki kształtował praktycznie całkowicie nowy ustrój Polski. System demokracji szlacheckiej nie był jeszcze ugruntowany. Pomimo wzrastającego ciągle znaczenia średniej szlachty, jej instytucje przedstawicielskie były nadal w trakcie tworzenia i krystalizacji uprawnień. Okazało się, że w kluczowych momentach główny wpływ na decyzję ma możnowładztwo, z racji sprawowanych urzędów i znaczenia reprezentującego tę grupę senatu, wywodzącego się z rady królewskiej. Możnowładztwo też zapewniło sobie, wykorzystując negocjacje elekcyjne, ugruntowanie, a właściwie przejęcie pełnej władzy. Przywilej ustanawiał w państwie formę republiki oligarchiczno-arystokratycznej z tytularnym królem jako wykonawcą decyzji senatu, będącym reprezentacją członków oligarchii. Utrzymaniu władzy w jej rękach miało służyć ograniczenie dostępu do senatu poprzez kontrolę królewskich mianowań na najniższe senackie godności i system awansów, całkowicie niezależny od króla.

Pod rządami senatu

Uzyskanie przywileju mielnickiego należy rozpatrywać nie tylko w aspektach ograniczenia władzy królewskiej, ale również jako przejaw walki możnowładztwa o utrzymanie dominacji nad szlachtą, w przywileju nazwaną turbo malorum vel levium (łac. „tłumem (ludzi) niedobrych a lekkomyślnych”). Po wzroście znaczenia szlachty i sejmu walnego jako jej reprezentacji w czasie panowania Kazimierza Jagiellończyka i Jana Olbrachta, możnowładztwo podjęło zdecydowaną próbę pozbawienia szlachty wpływów politycznych. Zbyt daleko idące uprzywilejowanie możnowładczego senatu było jedną z przyczyn krótkotrwałości systemu władzy ustanowionego przywilejem mielnickim. Od początku nowy system wzbudził niezadowolenie szlachty. Odmawiała ona płacenia podatków, nie stawiała się na pospolite ruszenie. Starostowie nie współpracowali z senatem. Zapanowała anarchia w sądownictwie, administracji i skarbie. Na sejmie w 1503 r. senat próbował zjednać sobie szlachtę, zaostrzając ustawodawstwo dotyczące mieszczan i chłopów. W praktyce władza wymknęła się jednak z rąk senatu. Zapanował bezwład decyzyjny. Król przebywał na Litwie, walcząc z Wielkim Księstwem Moskiewskim. Pomimo braku sukcesów wojennych i zawarcia niekorzystnego rozejmu w 1503 r., pozycja Aleksandra po powrocie do Polski była silniejsza niż w 1501 r. Wspierała go zdecydowanie średnia szlachta. Zdołał zbudować silne, oddane mu stronnictwo. Ułatwiła mu to śmierć brata, prymasa kardynała Fryderyka Jagiellończyka i związane z nią możliwości działań personalnych. Arcybiskupem gnieźnieńskim został współpracownik króla, Andrzej Boryszewski, kanclerzem, Jan Łaski, przywódca wielkopolskiej szlachty, opozycyjnej wobec magnatów. Należy wziąć pod uwagę jeszcze jeden aspekt toczącej się walki o władzę. Senat był zdominowany przez panów małopolskich, którzy mieli jednocześnie silną pozycję w tej prowincji. Ostoję ruchu szlacheckiego stanowiła Wielkopolska i rozdźwięk wewnątrz stanu rycerskiego nałożył się na animozje międzydzielnicowe.

Zniesienie przywileju

Na zwołanym w 1504 r. do Piotrkowa sejmie Łaski pokierował atakiem szlachty na możnowładztwo małopolskie. Uderzono w jedno ze źródeł potęgi możnowładców. Dygnitarze piastujący często jednocześnie kilka urzędów osiągali dochody z dóbr ziemskich przywiązanych do tych urzędów. Udało się uchwalić, że urzędy kanclerza i podkanclerzego nie mogą być łączone z innymi najwyższymi, jednocześnie najbardziej dochodowymi, godnościami senatorskimi (incompatibilitas). Nie mniej ważne znaczenie miała uchwała o ograniczeniu możliwości rozdawania i zastawiania dóbr królewskich. Król mógł dokonywać tego od tej pory tylko na sejmie walnym, czyli pod kontrolą szlachty. Na sejmie ustalono również dokładne zakresy działania (kompetencje) marszałków, kanclerzy i podskarbich. Reformy te wzmacniały pozycję szlachty, ale jednocześnie sprzyjały zwiększeniu władzy królewskiej. Szlachta odzyskała osłabione przywilejem mielnickim pozycje. Ostateczne zwycięstwo odniosła na następnym sejmie w Radomiu (1505). Sejm ten, uchwalając konstytucję Nihil novi, przekreślił ostatecznie postanowienia przywileju mielnickiego, uznając go za niebyły.

Nihil novi

Nihil novi (łac. „nic nowego”) – potoczna nazwa konstytucji sejmowej z 1505, poważnie ograniczającej kompetencje prawodawcze monarchy I Rzeczypospolitej. Pełna formuła łacińska brzmiała Nihil novi […] sine communi Consiliorum et Nuntiorum Terresterium consensu” (nic nowego bez zgody Panów Rady i posłów ziemskich).

Konstytucja ta została uchwalona przez sejm radomski 1505 roku w kościele farnym pw. św. Jana Chrzciciela. Jej nazwę (Nihil Novi sine communi consensu, łac. „nic nowego bez zgody ogółu”) potocznie tłumaczy się jako „nic o nas bez nas”. Zakazywała ona królowi wydawania ustaw bez uzyskania zgody szlachty, reprezentowanej przez Senat i izbę poselską; król mógł wydawać samodzielne edykty tylko w sprawach miast królewskich, edukacyjnych, wyznaniowych, Żydów, lenn, chłopów w królewszczyznach i w sprawach górniczych (przykładem późniejszym było rozporządzenie z 2 października 1535 uznające Zwierciadło saskie [spis prawa zwyczajowego z terenu Saksonii – przyp. W.L.] za prawo obowiązujące w sądach miejskich i wiejskich).

Konstytucja Nihil novi unieważniała przywilej mielnicki i w znaczny sposób umacniała pozycję szlacheckiej izby poselskiej. Jej wejście w życie, obok wejścia w życie statutów nieszawskich, często uważa się za początek wprowadzenia demokracji szlacheckiej w Rzeczypospolitej.

xxx

Proces tworzenia nowego prawa, a więc i nowej rzeczywistości gospodarczej trwał prawie 180 lat. W końcu Polska, czyli Korona Królestwa Polskiego, dojrzała do tego, by połączyć ją z Wielkim Księstwem Litewskim. W cytowanej powyżej Ilustrowanej Kronice Polaków w odcinku Możnowładztwo jest przedstawiona zwięzła charakterystyka tworu zwanego Rzeczpospolitą:

Cechą ustroju społeczno-politycznego, jaki ugruntował się w Rzeczypospolitej na przełomie XVI i XVII wieku, było zalegalizowane konstytucjami i powszechnie wykonywane władztwo szlachty nad poddanymi chłopami i częściowo nad mieszczaństwem prywatnych miast, faktyczne władztwo potężnych magnatów nad „klientelą” szlachecką (nad drobną szlachtą żyjącą z dzierżaw, szlachtą zagrodową i gołotą), a nawet szlachtą średnią, siedzącą na paru wioskach w sąsiedztwie skoncentrowanych latyfundiów, czyli magnackich dóbr, i – co najistotniejsze – faktyczna niezależność magnatów od władzy centralnej. Wielu ją wykorzystywało lekceważąc wolę króla, opinię sejmu czy sejmiku, wyrok trybunału, decyzje urzędników, a wszyscy podporządkowywali swoim interesom interes Rzeczypospolitej. Z magnatem liczyli się wszyscy, nawet król; magnatowi mógł się tylko przeciwstawić drugi magnat, a wtedy dochodziło do wojny prywatnej o małym zasięgu albo nawet do wojny domowej obejmującej znaczną połać kraju.

Latyfundia magnackie były rozsiane na terytorium Rzeczypospolitej nierównomiernie. Najmniej było ich na obszarze Polski etnicznej, gdzie przeważała własność średnioszlachecka, a latyfundium magnackie takiego np. Ostroroga Marcina Lwowskiego z linii Dobrogosta, obejmujące 3 miasta i 33 wsie, było małe w stosunku do magnackich państewek ukrainnych. Na obszarze Polski etnicznej, szczególnie w Małopolsce, w pierwszej połowie XVII w. odbywał się jednak proces koncentracji dóbr szlachty zamożnej (posiadaczy powyżej 10 wiosek) kosztem szlachty średniej. Największe latyfundia były na Litwie (Radziwiłłowie), Rusi Czerwonej (Buczaccy-Jazłowieccy, Herburtowie, Krasiccy, Pileccy, Sieniawscy, Zamoyscy) oraz na Wołyniu, Podolu i w Kijowszczyźnie (Wiśniowieccy, Ostrogscy, Zasławscy, Zbarscy, Koniecpolscy, Sanguszkowie, Koreccy). Na Rusi Czerwonej magnaci skupili 25 proc. ogólnej liczby wsi, a na Wołyniu do Ostrogskich i Zasławskich należy bez mała 1/3 powierzchni tej prowincji. Na przełomie XVI i XVII w. potężny magnat kresowy Konstanty Wasyl Ostrogski miał ok. 100 miast i zamków i 1 300 wsi (były to łącznie dobra dziedziczne i królewszczyzny); majątki te przynosiły Ostrogskiemu dochód większy od dochodu państwa: ok. miliona dwustu tysięcy dukatów. W dobrach dziedzicznych i królewszczyznach należących do hetmana Stanisława Koniecpolskiego w samych tylko woj. bracławskim i kijowskim żyło blisko 120 tys. mieszkańców. Magnat, im bogatszy, tym liczniejszą miał klientelę szlachecką. Mógł on zawsze liczyć na głosy swych klientów na sejmikach i na szable w każdej potrzebie.

xxx

Jak o tym pisze Norman Davies w książce Boże igrzysko, to poniżej:

W każdym razie do r. 1569, czyli do momentu utworzenia zjednoczonej Rzeczypospolitej Polski i Litwy, szlachta zapewniła sobie supremację w państwie. (…) Formalnie przywileje szlachty chroniły ją przed politycznymi roszczeniami ze strony króla, a także przed skutkami rozwoju nowoczesnego państwa. Jej względny dobrobyt gwarantowała cała masa szczegółowych przepisów prawnych. Był to zamknięty stan społeczny, który sprawował kontrolę nad własnymi losami, a także nad losami wszystkich pozostałych mieszkańców szlacheckiej Rzeczypospolitej. Obowiązki szlachty jako stanu rycerskiego były minimalne. O jej obowiązkach obywatelskich jako klasy panującej decydowały prywatne inklinacje. Do r. 1569 szlachta zdobyła swoją „złotą wolność”. Dopóki trwała szlachecka Rzeczpospolita, wolność ta trzymała całą szlachtę w niewoli.

Szlachta na Litwie osiągnęła podobne cele, choć podążała ku nim nieco inną drogą. W okresie unii personalnej z Polską – w latach 1386-1569 – Litwini stopniowo przejmowali polskie prawa i obyczaje. Ale ich bardzo specyficzne struktury społeczne pozostawiły po sobie trwały ślad. W odróżnieniu od szlachty polskiej, szlachta litewska pozostawała w ścisłej zależności od swego władcy, wielkiego księcia; ponadto była rozbita na kilka wzajemnie się przenikających warstw. Nie miała żadnej tradycji immunitetów – ani jednostkowych, ani grupowych – i była przyzwyczajona do osobistego składania hołdu w zamian za nadanie ziemi – albo wielkiemu księciu, albo bezpośrednio suwerenowi. Służyli w wojsku bez żadnych ograniczeń, składali dziakło, czyli „daninę w naturze”, oraz świadczyli liczne usługi – od prac przy sianokosach po prace przy naprawie i umacnianiu fortyfikacji. Kilka potężnych rodów stojących u szczytu drabiny społecznej – Ostrogscy, Radziwiłłowie czy Sapiehowie – chlubili się tytułem kniazia, czyli księcia. Najpotężniejsi rządzili całymi prowincjami jako suwerenni władcy, w stylu wielkich panów kresowych Mniejsze rody otrzymywały swe włości jako ziemie lenne nadawane przez wielkiego księcia. U dołu drabiny znajdowały się liczne rzesze szlacheckiej klienteli, której przysługiwał tytuł bojarów, „wojowników”; były wśród nich rodziny bardzo zamożne, ale także służba domowa i drobni najemnicy. Pośrodku znajdowała się grupa panów, którzy cieszyli się szczególnymi przywilejami w zakresie służby wojskowej. Niektórzy z nich – jak na przykład Kieżgajłło – zdobywali pozycje równe książętom. Za panowania wielkiego księcia Witolda (1401-30), który starał się scentralizować państwo litewskie, a nawet doprowadzić do swej koronacji na króla, samowolę potężniejszych rodów szlacheckich stanowczo ukrócono. Tytuły książęce przysługiwały albo dożywotnio, albo też mogły być dziedziczone wyłącznie w linii męskiej. Nowe nadania ograniczano na ogół do uchodźców z Rosji. Jednocześnie upowszechniało się i umacniało zbiorowe pojęcie stanu szlacheckiego. W 1387 r. bojarom przyznano prawo własności majątków rodowych oraz swobodę zawierania małżeństw bez zgody pana. W 1413 r. na mocy unii w Horodle prawo własności rozszerzono na ich ziemie lenne. Bojarów katolickich zaproszono do przystąpienia do polskich rodów herbowych. Od 1434 r. podczas pertraktacji o przywileje polityczne książęta i bojarzy byli traktowani jako jeden stan społeczny; w r. 1447 zadośćuczyniono ich żądaniom o zrównanie prawne ze szlachtą polską.

Mimo to książęta zdołali utrzymać w pewnym stopniu własną supremację. Opanowali proces „adopcji” herbowej, który – w wyraźnym kontraście do jego egalitarystycznej funkcji w Polsce – stał się narzędziem do wprowadzenia dawnego hołdu w nowym przebraniu. Zdobyli władzę zwłaszcza nad szlachtą Rusi, dla której prawosławne wyznanie stało się zdecydowaną przeszkodą. W dziedzinie sądownictwa zachowali niezależność aż do czasu drugiego Statutu litewskiego z r. 1566, na który zgodzili się, podejmując w ten sposób daremną próbę przeciwstawienia się dążeniu bojarów do sfinalizowania nadchodzącej unii konstytucyjnej z Polską. Gdy unia lubelska ostatecznie wprowadziła zasadę równości wobec prawa nie tylko polskiej i litewskiej szlachty, ale także w obrębie samego stanu szlacheckiego na Litwie, rody książęce nie doznały poważniejszego uszczerbku. Natychmiast uplasowały się w pierwszych szeregach magnaterii Rzeczypospolitej: równi w obliczu prawa, ale bynajmniej nie równi pod względem wpływów politycznych, społecznych i gospodarczych.

xxx

Stan wyjściowy na krótko przed unią personalną wyglądał tak, że Polska była państwem europejskim, wprawdzie peryferyjnym, ale europejskim, ze w miarę zrównoważonymi stanami i silną władzą królewską. Natomiast Wielkie Księstwo Litewskie było państwem, w którym potężni książęta rządzili całymi prowincjami. Było więc to państwo bez silnej władzy centralnej. Był to zapewne spadek po rozbiciu dzielnicowym Rusi Kijowskiej. By scalić tak odrębne byty, trzeba było wielu zabiegów. W Polsce trzeba było uprzywilejować jeden stan kosztem chłopstwa i mieszczaństwa, a na Litwie – kosztem rodów książęcych. Cały więc wysiłek poszedł w kierunku stworzenia państwa bez silnej władzy centralnej, czyli ze słabym królem.

W związku z tym rodzi się pytanie: po co była ta unia? Skoro Polska miała uregulowane z Krzyżakami wszelkie sporne kwestie, to nie stanowili oni dla niej zagrożenia. I w jaki sposób nowe państwo, które szykowano, miało obronić się przed wrogami, skoro miało to być państwo bez silnej władzy centralnej, a więc z założenia słabe. Jeden z punktów programu politycznego panów małopolskich to wprowadzenie zasady elekcyjności tronu. Skoro więc świadomie dążono do stworzenia słabego państwa, to znaczy, że cel był zupełnie inny, niż obrona przed zagrożeniem ze strony Krzyżaków czy Moskwy.

W jakim celu połączono państwa o odmiennych wyznaniach? Łączenie katolicyzmu z prawosławiem, to jak łączenie wody z ogniem. Takie państwo z założenia nie może normalnie funkcjonować. Ale jakie pole do kreowania konfliktów i antagonizmów narodowych i religijnych! Skutki tego odczuwamy do dziś.

A może był jakiś ukryty cel? Począwszy od XV wieku trwa właśnie nieustanny napływ Żydów do Polski. Jak bardzo korzystny grunt prawno-materialny stworzyły dla Żydów przywileje udzielone przez władzę potrzebującą pieniędzy – świadczą dane demograficzne: w ciągu trzech kolejnych (XV-XVII) wieków liczba Żydów w Polsce wzrasta pięćdziesięciokrotnie. – Marian Miszalski – Żydowskie lobby polityczne w Polsce.

Jeśli więc dziś ktoś chce łączyć dwa upadłe państwa w jedno upadłe państwo, to jaki ma w tym cel? Przecież nie obrona przed Rosją.

Jerzy Sebastian Lubomirski

Czasem tak zastanawiam się, czy kabała nie jest czymś, co pozwala na ostateczne wyjaśnienie wszelkich tajemnic tego świata. Słowo „kabała” ma wiele znaczeń: 1. wróżenie z kart, z ręki, z liczb, znaków itp.; wróżba. 2. pot. trudne położenie, kłopoty, tarapaty. 3. rel. zbiór doktryn rozwiniętych w judaizmie średniowiecznym, zajmujących się metafizycznymi rozważaniami na temat istoty Boga oraz kwestią powstania świata i stworzeń, uznających hierarchię istot pośrednich między Bogiem a stworzeniem i wędrówkę dusz ku Bogu. 4. tajny, mistyczny wykład Biblii.

Kabaliści wierzyli, że pewne kombinacje liter, słów i liczb biblijnych są wyrazem jakichś nadziemskich idei. Zasady symboliki liczb przejęli m.in. od pitagorejczyków, dla których np. liczna 10 oznaczała doskonałość wszechświata. – To fragment z objaśnień do powieści Jana Potockiego Rękopis znaleziony w Saragossie. A sam Potocki pisze:

„…w hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacją, każde zdanie straszliwą formułą, która, gdy ją kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki.”

Tak mi się to skojarzyło, gdy przeglądałem i zbierałem informacje o Lubomirskim do tego bloga. I dwie daty mnie zastanowiły. Pierwsza, to rok urodzenia – 1616 i druga, to bitwa pod Mątwami – 1666. W tym samym roku miał też miejsce wielki pożar Londynu. Nie tylko sama data bitwy pod Mątwami skłania do refleksji, ale też rzeź, jakiej tam dokonano. Kością niezgody pomiędzy królem Janem Kazimierzem a Lubomirskim było to, że król chciał zreformować ustrój, czyli chciał wzmocnienia władzy królewskiej i elekcji vivente rege, polegającej na tym, że następcę wybiera się jeszcze za życia panującego króla, a Lubomirski bronił interesów szlachty, która była przeciwna wprowadzeniu monarchii absolutnej. Ale chyba wypada zacząć od początku, od wybranych informacji z Wikipedii:

Jerzy Sebastian Lubomirski hrabia na Nowym Wiśniczu i Jarosławiu herbu Szreniawa bez Krzyża (ur. 20 stycznia 1616 w Wiśniczu, zm. 31 stycznia 1667 we Wrocławiu) – hetman polny koronny od 1657 roku, marszałek wielki koronny od 1650 roku, marszałek nadworny koronny w 1650 roku, marszałek sejmu zwyczajnego w Warszawie w 1643 roku, wicemarszałek Trybunału Głównego Koronnego w 1641 i 1645 roku, starosta perejasławski w latach 1660–1667, kazimierski w latach 1656–1667, olsztyński w latach 1654–1667, przemyski w 1652 roku, starosta krakowski w latach 1646–1664, starosta chmielnicki w latach 1645–1665, sądecki w latach 1637–1646, grybowski w latach 1636–1646, lipnicki w latach 1622–1663, dobczycki w latach 1622–1649, starosta niżyński w 1652 roku, pułkownik wojska powiatowego województwa krakowskiego w 1648 i 1652 roku, rotmistrz wojska powiatowego województwa krakowskiego w 1648 roku.

Tłumacz, pisarz polityczny i mówca. Jako jeden z niewielu arystokratów nie złożył hołdu Karolowi Gustawowi. Postać wysoce kontrowersyjna, w 1665 roku wszczął rebelię przeciwko Janowi Kazimierzowi w obronie demokracji szlacheckiej jako przywódca rokoszu.

Edukacja i podróże

Pierwszym nauczycielem Jerzego Sebastiana był dominikanin Jan Charzewski, który udzielał mu lekcji na rodzinnym dworze. W 1626 roku wysłano go do Kolegium Nowodworskiego (św. Anny) przy Akademii Krakowskiej. W 1629 roku wyruszył z bratem Aleksandrem kształcić się za granicę. Pierwszym celem była uczelnia jezuitów w Ingolstadt. Od końca 1631 pobierali nauki na Uniwersytecie w Lowanium w Niderlandach Hiszpańskich. W roku 1633 przebywali na Uniwersytecie w Lejdzie. Później odwiedził Anglię i Francję, gdzie przyjął go na audiencji kardynał Richelieu. Następnie odwiedził Hiszpanię, gdzie z kolei był na audiencji na dworze królewskim. Na końcu odwiedził Włochy. W czasie tych podróży poznawał sztukę fortyfikacyjną, uczył się retoryki, gramatyki, matematyki, języków, a w kontaktach z zagranicznymi możnymi nabierał ogłady towarzyskiej. W 1636 wrócił do kraju.

Obrońca szlachty

Na sejmach i sejmikach często wypowiadał się w duchu przyjaznym szlachcie. Kolejne zwycięstwa wojenne również przysparzały mu popularności. Jerzy Sebastian Lubomirski był bardzo popularny wśród szlachty. W swoich dobrach nadawał specjalne uprawnienia nie tylko wysoko urodzonym, ale również zwykłym poddanym. Był tolerancyjny, starał się demokratyzować życie społeczne i gospodarcze. W 1655, w chwili objęcia Janowa Lubelskiego, nadał uprawnienia sądowe i gospodarcze poddanym Żydom.

Lubomirski był również zdecydowanym przeciwnikiem wojny z Turcją, co dodatkowo przysparzało mu poparcia. Wybór na stanowiska sejmowe świadczy o dużej popularności młodego Lubomirskiego oraz poparciu, jakim darzyła go szlachta.

Konflikt z królem

Na rok 1650 datuje się początek jego konfliktu z królem Janem Kazimierzem. Jerzy Lubomirski w 1650 roku zaatakował Hieronima Radziejowskiego za korupcję. Podobnie sprzeciwiał się królewskiemu i poselskiemu projektowi dewaluacji polskiej monety. Problemu dopełnił osobisty zatarg z Danielem Żytkiewiczem – instygatorem koronnym (odpowiednik współczesnego prokuratora generalnego – przyp. W.L.). Rok później Lubomirski, aby zażegnać powstały spór, zdecydował się na przeproszenie króla oraz zwrot kopalni soli „Kunegunda” w Sierczy. Po raz kolejny książę wykazał się oddaniem dla kraju, rezygnując z prywatnych ambicji obalenia króla, chociaż posiadał środki i możliwości wystarczające ku temu.

Inna teoria głosi, że konflikt wybuchł o rękę wdowy po A. Kazanowskim – zabiegał o nią Lubomirski, a otrzymał ją Hieronim Radziejowski, skąd późniejsza krytyka na forum publicznym. Następnie obraził się znowu na króla, bo nie otrzymał stanowiska kanclerza wielkiego koronnego po zmarłym Jerzym Ossolińskim, ani nawet starostwa po zmarłym.

Negocjacje międzynarodowe

Lubomirski doskonale znał zwyczaje panujące na ościennych dworach. W arkana międzynarodowej polityki został wprowadzony podczas pierwszych podróży zagranicznych. Od 1643 roku negocjował z nuncjuszem papieskim w sprawie wojny przeciwko Turcji, której był przeciwnikiem. Wielokrotnie prowadził rozmowy z chanem tureckim, których celem było odsunięcie od Polski niebezpieczeństwa wojny.

Następnie jako marszałek nadworny negocjował z posłami moskiewskimi. Lubomirski twardo bronił interesów Rzeczypospolitej, co doprowadziło do zatargu. Sytuacja na linii Kraków – Moskwa zaostrzyła się. Lubomirski wyszedł z rozmów zwycięsko, dał się poznać jako twardy negocjator, dzięki czemu opinia publiczna była ponownie po jego stronie.

W 1654 oraz w 1655 roku (jako ambasador) Lubomirski prowadził rokowania z dworem wiedeńskim na polecenie Jana Kazimierza, jednak nie przyniosły one pożądanego efektu. Gdy rozpoczął się potop szwedzki, Lubomirski znajdował się w swoich dobrach na Spiszu. Jako jeden z niewielu polskich arystokratów nie złożył przysięgi na wierność Karolowi X Gustawowi, królowi Szwecji, ale wytrwał jako poddany Jana Kazimierza. Udzielił schronienia królowi na zamku w Lubowli.

Odegrał kluczową rolę podczas wypierania najeźdźców z terenów Polski, jednocześnie od 1657 roku pełniąc rolę głównego negocjatora z obozem wroga. Jego zasługi i poparcie zostały ponownie nagrodzone. Książę został obrany hetmanem polnym podczas zjazdu senatorów na Jasnej Górze, nawet wbrew sugestii króla.

Lubomirski prowadził również prywatną politykę. Jego posłowie byli obecni na wszystkich sąsiednich dworach. Mieli nie tylko prowadzić rozmowy i pertraktacje, ale również pełnili funkcje wywiadowcze, dzięki czemu został ostrzeżony o planowanym zamachu na własne życie. Książę pozostał bardzo aktywny w polityce zagranicznej do końca swojego życia.

Zatarg z królem

W styczniu 1652 w Warszawie podczas zbrojnego zatargu Hieronima Radziejowskiego z Jerzym Bogusławem Słuszką, mającego miejsce pod bokiem króla (co stanowiło sprawę „gardłową”), Lubomirski zaniedbał swe obowiązki marszałkowskie do których należało ochranianie rezydencji królewskiej i niedopuszczanie do zajść.

Na pierwszym z Sejmów odbytych w 1654 razem z Januszem Radziwiłłem, Janem Leszczyńskim i Krzysztofem Opalińskim zawiązał koalicję, mającą charakter antykrólewskiego spisku.

Inna teoria głosiła, że wzrastające wpływy Lubomirskiego przysparzały mu wielu wrogów. W 1663 znowu ujawnił się spór magnata z królem. Lubomirski był przeciwny planom wzmocnienia władzy królewskiej i elekcji vivente rege, ciągle miał też w pamięci stare zatargi z królem. Hetman poparł też i utrzymywał kontakty z wojskową konfederacją „Święconą”. W 1664 roku senatorowie z wpływowych rodzin postanowili zorganizować pokazowy proces Lubomirskiemu. Chociaż szlachta na sejmikach sprzeciwiała się przyjęcia pozwu, Senat zdecydował o zwołaniu sądu nad Lubomirskim. Sąd był stronniczy, nie brał pod uwagę racji oskarżenia, jego jasno określonym zadaniem było skazanie księcia – hetmana. Lubomirski był oficjalnie oskarżony o planowanie obalenia króla, ale odmówiono mu wydania dokumentów procesowych. Większość senatorów przegłosowała skazanie arystokraty na „utratę czci, życia i wszystkich dóbr”. Nie pomogły nawet próby zerwania sejmu, podczas którego odbywał się sąd. Wyrok wydano 29 grudnia 1664: za podburzanie szlachty przeciw królowi, próbę przejęcia władzy, zdradę stanu, przekupstwa został skazany na karę śmierci, konfiskatę dóbr i utratę czci. Szlachta oskarżała go także o złamanie równości szlacheckiej, bo od 1653 tytułował się księciem Rzeszy.

Lubomirski zdecydował się na wyjazd z kraju. Na terenie Polski jego agenci i stronnicy ciągle podburzali szlachtę i zabiegali o poparcie dla niego. Na wygnaniu ciągle podburzał szlachtę inspirując zerwanie sejmu w 1665 oraz pozyskiwał popleczników. Lubomirski schroniwszy się na cesarskim Śląsku nawiązał porozumienie z cesarzem, Wielkim Elektorem oraz Szwecją i wydał manifest, w którym wystąpił jako obrońca wolności szlacheckich przed absolutyzmem dworu, tym samym zawiązano rokosz, który przeszedł do historii jako Rokosz Lubomirskiego.

Rokosz Lubomirskiego

29 V 1665 zawiązała się na Ukrainie konfederacja pod marszałkiem Ostrzyckim. Z częścią tych konfederatów połączył się Lubomirski pod Lwowem, po wkroczeniu do kraju ze swoimi oddziałami. Więcej wojska posiadał Jan Kazimierz, za to wojsko hetmana składało się prawie wyłącznie z jazdy i dragonii. We wrześniu, w bitwie pod Częstochową wygrali rokoszanie. 9 listopada 1665 następuje chwilowe porozumienie (ugoda polczyńska) między królem a Lubomirskim, który wyjeżdża na Śląsk. W 1666 zebrał się sejm, mający wyjaśnić i zakończyć sprawę niepokornego hetmana, ale nie doszło do porozumienia stronnictw i sejm został zerwany przez stronnictwo Lubomirskiego. Hetman wrócił do kraju i 12 i 13 lipca stoczono wygraną przez rokoszan bitwę pod Mątwami. Wojska króla w sile ok. 20 tysięcy i 30 dział zostały pokonane przez ok. 16 tysięcy rokoszan, którzy ponieśli minimalne straty – ok. 200 osób (wojska króla straciły prawie 4 tys. żołnierzy).

Po przegranej przez Jana Kazimierza bitwie rokoszanie Lubomirskiego na oczach bezradnie patrzących z drugiego brzegu Noteci towarzyszy wymordowali dragonów, którzy poddali się zwycięzcom. A przecież poddawali się oni nie jakimś dzikusom, lecz towarzyszom, z którymi podczas sejmików niejeden garniec miodu wypili i niejedną noc na dysputach spędzili. W bitwie tej wymordowano kwiat polskiego rycerstwa, zahartowanych w bojach wiśniowiecczyków, wiarusów Czarnieckiego, żołnierzy zahartowanych w bitwach w Polsce, w Danii i na Ukrainie. W sumie trzy tysiące osiemset siedemdziesięciu trzech mężów, z czego w samej walce życie straciło tylko około trzystu. W liście do Marysieńki Sobieski napisał po bitwie „Nie tylko tatarowie, kozacy nigdy takiego nie czynili tyraństwa, ale we wszystkich historiach o takim od najgrubszych narodów nikt nie czytał okrucieństwie. Jednego nie najdują ciała, żeby czterdziestu nie miał mieć w sobie razów, bo i po śmierci się nad ciałami pastwili…

Po bitwie dochodzi 31 VII 1666 do porozumienia między stronami, zawarto tzw. ugodę łęgonicką, po której król zrezygnował z planów wprowadzenia elekcji vivente rege. Jerzy Sebastian Lubomirski przywrócony do czci, lecz nie do urzędów, miał przeprosić władcę i udać się na wygnanie, gdzie zmarł. Został zrehabilitowany w 1669 na sejmie elekcyjnym Michała Korybuta Wiśniowieckiego.

Ochrona Żydów i mieszczan

Jerzy Sebastian Lubomirski był osobą tolerancyjną, w stosunku do pojęć epoki, w której przyszło mu żyć i działać. Przykładem jest objęcie w posiadanie Janowca w 1654 roku. Już 16 lipca 1655 roku książę potwierdził prawa mieszczan i kleru katolickiego, wydając stosowny przywilej datowany. Jednocześnie rozszerzył prawa Żydów, zezwalając im na zakup i budowę domów pod warunkiem płacenia podatków. Nadał im również uprawnienia sądowe.

Rezydencje i dobra prywatne

Centrum dóbr księcia Jerzego Sebastiana Lubomirskiego był Łańcut odkupiony od Stadnickich i ufortyfikowany przez ojca Jerzego. Dobra obejmowały „miasto Łańcut, starą fortecę z czasów Pileckich, wsie Głuchów, Soninę, Krzemienicę, Czarną, Kołki, Żołynię, Dąbrówkę Rudną i Wolę Świętosławską”. Dobra łańcuckie i przeworskie książę otrzymał od ojca podczas podziału dóbr rodowych w 1642 roku. Starostwo Spiskie było zastawem królewskim, w którym funkcje zarządzające sprawowali starostowie, fakt pozostawania powyższego polskiego centrum administracyjnego w granicach Królestwa Węgier oraz przylegania terytorialnie do granic Królestwa Polskiego pozwalał na wygodne i bezpieczne sterowanie oporem w stosunku do najeźdźcy szwedzkiego. Zamek w Lubowli, z pozostałymi obszarami starostwa pozostał jedynym miejscem, w którym funkcjonowała polska władza, administracja królewska podczas potopu szwedzkiego.

Pomimo zajmowania się na co dzień dyplomacją oraz dowodzeniem armią, Lubomirski dbał o własne dobra. Stanowiły one zaplecze finansowe do prowadzonej przez niego polityki. Dostarczały również rekrutów do prywatnej, dużej armii na skalę europejską. Majątki zarządzane były przez wyznaczone osoby. Wzorem zarządzania był dwór królewski, z którego czerpano przykłady.

xxx

Leszek Szymowski w Rzeczypospolitej w artykule Jerzy Lubomirski: Najlepszy wróg króla (https://www.rp.pl/historia/art1422781-jerzy-lubomirski-najlepszy-wrog-krola) m.in. pisze:

Rzeź polsko-polska

11 lipca 1666 r. przeciwnicy spotkali się pod Mątwami na Kujawach. Król dysponował 20 tys. nieregularnego wojska i 30 działami; Lubomirski miał 16 tys. żołnierzy i 15 dział. Obie armie rozdzielała Noteć, jej bagna i szerokie rozlewiska. Jan Kazimierz (któremu pomagali hetman koronny Jan Sobieski i hetman litewski Michał Pac) nakazał sforsowanie rzeki i atak na pozycje przeciwnika. Najpierw przez wodę zaczęła się przeprawiać lekka jazda litewska, potem muszkieterzy i piechota. Lubomirski zaczekał, aż połowa królewskiej armii znajdzie się na drugim brzegu rzeki. Wówczas nakazał szarżę. Żołnierze króla nie wytrzymali uderzenia, rozpierzchli się i w popłochu zaczęli zawracać w stronę brodu. Sobieski próbował ratować sytuację, rzucając się do szarży na czele dwóch chorągwi jazdy, ale został rozbity i musiał uciekać przez przeprawę. Ostatecznie król zarządził odwrót, a dowódcy jego wojsk poddawali swoje oddziały. Lubomirski dał im słowo (parol), że kto się podda i złoży broń, zostanie zwolniony. Żołnierze chętnie się na to zgodzili. Walczyli wszak nie przeciwko najeźdźcom, lecz swoim rodakom, z którymi dzielili trudy w poprzednich wojnach. A jednak parol okazał się pułapką. Gdy żołnierze królewscy złożyli broń, rokoszanie rozpoczęli rzeź. Z rozkazu marszałka (Lubomirskiego – przyp. W.L.) bezbronnych wycięto w pień. Jan Sobieski, świadek tej zbrodni, pisał następnego dnia do Marysieńki: „Z tej okazji najwięcej zginęło ludzi, że skoro na błota uszli, wywoływali ich, dając im quartier i parol, a potem, zawiódłszy na górę, nie ścinali, ale rąbali na sztuki. Nie tylko Tatarowie, Kozacy nigdy takiego nie czynili tyraństwa, ale we wszystkich historiach o takim od najgrubszych narodów nikt nie czytał okrucieństwie. Jednego nie najdują ciała, żeby czterdziestu nie miał mieć w sobie razów, bo i po śmierci nad ciałami się pastwili”.

Historycy obliczyli, że w rzezi po bitwie wymordowano ponad 3700 królewskich żołnierzy. Co gorsza, z rąk buntowników zginęli weterani wojen z Kozakami, Węgrami, Szwedami i Rosjanami. Atakowana przez sąsiadów Rzeczpospolita bardzo potrzebowała doświadczonych żołnierzy. Ich brak mocno dał się we znaki podczas wojny z Turcją, która wybuchła kilka lat później.

Masowy mord na bezbronnych żołnierzach wstrząsnął szlachtą. Nawet ci, którzy popierali Lubomirskiego i jego walkę o zachowanie wolności szlacheckich, nie mogli po tej zbrodni walczyć u jego boku. Sam marszałek też nie chciał wojny. 31 lipca, gdy obie armie spotkały się znowu pod Łęgonicami na Mazowszu, doszło do zawarcia ugody. Na pamiątkę tego wydarzenia na Górze Zgody wznoszącej się nad miasteczkiem postawiono kościół, który stoi do dziś. Jan Kazimierz zrezygnował z planów elekcji vivente rege, a Lubomirski został przywrócony do czci i majętności, ale stracił urzędy i został skazany na banicję. Wyjechał na Śląsk, a ostatnie lata życia poświęcił literaturze. Napisał „Jawnej niewinności manifest”, w którym przedstawił swoje racje w sporze z królem. Zmarł 31 stycznia 1667 r. we Wrocławiu. Gdyby nie rokosz i wystąpienie przeciwko królowi, a zwłaszcza bezprecedensowa zbrodnia po bitwie pod Mątwami, byłby dziś zaliczany do największych bohaterów Polski. Tymczasem położył kamień na drodze upadku Rzeczypospolitej, który nastąpił 100 lat po jego śmierci.

xxx

Po lekturze tego powyższego fragmentu nasuwa się pytanie: Po co była ta rzeź, skoro przeciwnik poddał się bez walki? I skąd takie okrucieństwo? Co kierowało Lubomirskim, bo to on wydał taki rozkaz? Niestety ten wątek jest pomijany. Może więc jakieś wyjaśnienie znajdzie się w artykule Lubomirscy – długie trwanie rodu herbu Szreniawa (https://www.wilanow-palac.pl/lubomirscy.html) zamieszczonym na stronie Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie. Poniżej jego większy fragment:

Fortuna Lubomirskich herbu Szreniawa opierała się na dobrach ziemskich i kopalniach soli. Jej twórcą był Sebastian (ok. 1546–1613). Zaczynał jako właściciel czterech całych wsi i części w dwóch kolejnych. Król Stefan Batory mianował go żupnikiem krakowskim, czyli zarządcą żup solnych. Sebastian jako jedyny skorzystał z konstytucji sejmowej z 1576 r. umożliwiającej właścicielom ziemskim swobodną eksploatację kopalin w swych włościach (dotychczas należało to do regaliów, czyli wyłącznych prerogatyw królewskich), a następnie wybudował w swych dobrach w pobliżu Wieliczki prywatne kopalnie soli, zwłaszcza słynny szyb Kunegunda we wsi Siercza. Wzrastające dzięki temu dochody lokował w kolejno kupowanych dobrach ziemskich. Udzielał też wysoko oprocentowanych pożyczek szlachcie i magnatom pod zastaw ziemi, a gdy nie były spłacane, zastawione włości przechodziły na jego własność. Dzięki tym operacjom finansowym zgromadził ziemie obejmujące ponad 80 wsi (głównie w województwie krakowskim) z centralną rezydencją na zamku w Wiśniczu. Sebastian Lubomirski dzierżył także kilka dochodowych królewszczyzn, z bardzo intratnym starostwem spiskim (obecnie: Słowacja) na czele.

Tak znaczny awans majątkowy sprzyjał karierze politycznej: Sebastian, jako pierwszy z Lubomirskich, zasiadł w senacie Rzeczypospolitej Obojga Narodów jako kasztelan wojnicki. Potęgę rodu umacniał syn Sebastiana Stanisław (1583–1649), wojewoda ruski, a potem krakowski. Nabył on od Stadnickich rozległe dobra łańcuckie, a małżeństwo z Zofią z Ostrogskich, najbardziej posażną panną w kraju, pomnożyło jego dobra o dziesiątki wsi na Wołyniu i Kijowszczyźnie. Pod koniec życia był właścicielem około 300 wsi i kilkunastu miast. Cesarz Ferdynand III Habsburg nadał mu dziedziczny tytuł księcia Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Był również hojnym mecenasem: przebudował zamki w Wiśniczu i Lubowli na Spiszu, fundował kościoły, klasztory i kolegium pijarów w Podolińcu. Dokonany przez Stanisława podział majątku pomiędzy synów spowodował wyodrębnienie kilku linii rodu, m.in. w Wiśniczu, Rzeszowie, Łańcucie itd.

Jednym z synów Stanisława był wspomniany na wstępie Jerzy Sebastian (1616–1667), marszałek wielki koronny i hetman polny. Po potopie sprzeciwił się planom królowej Ludwiki Marii i Jana Kazimierza zmierzającym do reform ustrojowych (m.in. elekcji nowego króla jeszcze za życia poprzednika) i wzniecił rokosz antykrólewski. Nie zaszkodziło to rodowi Lubomirskich, który utrzymał i umocnił swą pozycję majątkową oraz polityczną wśród magnaterii polskiej i litewskiej. Świadczy o tym m.in. fakt, że na przełomie XVII i XVIII w. Józef Karol Lubomirski (1638–1702), marszałek wielki koronny, był właścicielem latyfundium obejmującego około tysiąca wsi położonych w większości na Wołyniu i Ukrainie.

Jeden z członków rodu Zdzisław był podczas I wojny światowej członkiem Rady Regencyjnej, która w listopadzie 1918 r. przekazała władzę Józefowi Piłsudskiemu jako naczelnikowi odradzającego się państwa polskiego. Ród Lubomirskich przetrwał do naszych czasów.

xxx

Z kolei w innym artykule na stronie Muzeum Lubomirski Jerzy Sebastian (1616-1667) można przeczytać:  „W l.1661-2 Lubomirski pertraktował z dworem o cenę swego poparcia dla planów elekcji vivente rege, z drugiej zaś strony podburzał szlachtę i wojsko przeciw tym koncepcjom pary królewskiej.” O co więc chodziło Lubomirskiemu?

Odebrał on staranne wykształcenie na Zachodzie, spotykał się tam z najwyższymi dostojnikami w wielu państwach. Zapewne też nawiązał wiele nieformalnych znajomości z osobami, które być może należały do tajnych związków. I być może to właśnie ich interesy reprezentował. Być może właśnie dlatego stał się gorliwym obrońcą interesów szlachty oraz Żydów.

Trudno tak naprawdę zrozumieć, o co chodziło w konflikcie Lubomirskiego z królem. Raz się z nim kłócił, później godził, następie znowu kłócił, ponownie godził, a na koniec zostaje zrehabilitowany. W sedno chyba trafił Leszek Szymowski, który nazwał go najlepszym wrogiem króla. Na koniec stwierdza on, że Lubomirski podłożył kamień na drodze upadku Rzeczypospolitej, który nastąpił 100 lat po jego śmierci. Ale nie precyzuje, o co tak naprawdę chodziło. Napisał tylko, że zabrakło wielu doświadczonych żołnierzy podczas wojny z Turcją.

Tak, jak fortuna Zamoyskiego zaczyna się od nadania mu dwóch starostw przez Henryka Walezego, tak fortuna rodu Lubomirskich zaczyna się od mianowania przez Batorego zarządcą żup solnych Sebastiana Lubomirskiego, który jako jedyny skorzystał z konstytucji sejmowej z 1576 roku, umożliwiającej właścicielom ziemskim swobodną eksploatację kopalin w swych włościach. Do tego momentu wszelkie złoża mineralne należały do króla, czyli do państwa. A więc dwaj potężni magnaci zawdzięczają swoje fortuny obcym królom. To, że później Sebastian udzielał wysoko oprocentowanych pożyczek szlachcie i magnatom pod zastaw ziemi, nie pozostawia już najmniejszych wątpliwości, do jakiej nacji należał ród Lubomirskich.

Po co więc była ta cała hucpa, te kłótnie z królem, ten rokosz? Władysław Konopczyński w swojej książce Dzieje Polski nowożytnej pisze o tym rokoszu tak:

Pierzchły teraz ostatnie skrupuły. Lubomirski, jakby na dowód, że go słusznie potępiono, intrygował w Berlinie, Wiedniu, Sztokholmie, werbował wojsko zaciężne za pieniądze cesarza i książąt Rzeszy, przymawiał o zasiłki moskiewskie, wołał na pomoc Tatarów i Kozaków, odradzał carowi zawarcie pokoju z Rzecząpospolitą, zamawiał dla syna dwa miasta na Ukrainie… Rozesłani agitatorzy roznosili jego jątrzący, zręczny manifest po wojsku i sejmikach. Nawzajem dwór knuł zamach skrytobójczy na upadłego ministra, rozdał po nim wakanse, zajechał mu dobra, a Ludwika Maria w obłędnym zacietrzewieniu wyciągała ręce do Wersalu po dalszą pomoc, upewniając, że „to królestwo wystawione jest na sprzedaż”.

Pierwszy rok wojny domowej upłynął na ciągłej gonitwie wojsk królewskich, prowadzonych po części według rad Sobieskiego, za doskonałym kawalerzystą Lubomirskim. Rokoszanin wiedział, że zyskując czas, zyskuje zarazem na popularności, więc zamiast spieszyć do rozlewu krwi, wymijał przeciwnika, biegł do Wielkopolski popierać konfederację, którą tam przygotowali Jan Leszczyński i [Krzysztof] Grzymułtowski. Z drogi słał Ludwice Marii nowe oświadczenia wierności i obietnicę poparcia dla Kondeuszów, co jednak nie przeszkodziło jego podkomendnym [Aleksandrowi] Polanowskiemu, [Stefanowi] Piaseczyńskiemu i Borkowi pobić pod Częstochową przy nadarzonej okazji 4 września Połubińskiego i Paców, przybyłych z Litwy na pomoc królowi. Połączenie z Wielkopolanami pozwoliło Lubomirskiemu wstrzymać ruch Jana Kazimierza w kierunku Torunia. Pod Palczynem 6 listopada biskupi [Andrzej] Trzebicki i [Tomasz] Leżeński wyjednali rozejm. Jedna strona obiecała amnestię, druga – odjazd za granicę, zaś najważniejsze kwestie polityczne odłożono na sejm.

Byłaż ta ugoda szczerą? Czy podyktował ją wzgląd na zagrożone interesy zewnętrzne państwa? Bynajmniej. Chodziło tylko o lepsze przygotowanie sił do decydującej rozprawy. Nad podtrzymaniem zarzewia w Polsce czuwały Austria i Brandenburgia, szczególnie ta ostatnia, wówczas zajęta planem przeciwstawienia Kondeuszowi kandydatury księcia Filipa Wilhelma neuburskiego. Rokoszanin odsłonił swoją mściwą wolę podczas sejmu wiosennego r. 1666 (17 marca-4 maja). Podczas obrad nad amnestią wygłosił protest agent jego, [Adrian] Miaskowski. I tak być musiało nadal bez końca, każdy sejm był skazany na zwichnięcie, póki duch opozycji miał ostoję w niepokonanym ex-marszałku.

Z chwilą powrotu Lubomirskiego do Wielkopolski (19 czerwca) widać już było, że użył on zwłoki lepiej niż dwór: wystawił bowiem 12 000 zdeterminowanych rębaczy naprzeciwko 20 000 wojska królewskiego. Lepszą artylerią rozporządzał dwór, ale lepszego wodza i więcej wiary w słuszność bronionej sprawy mieli niestety malkontenci. Przekonano się o tym w strasznym dniu 13 lica, kiedy to na przeprawie przez Noteć pod Mątwami (obecnie dzielnica Inowrocławia – przyp. W.L.) najlepsze półki dworskie ze szkoły Czarnieckiego padły wśród ogólnej klęski pod ciosami rozwścieczonych rokoszan. Naliczono 3873 trupy. Żal i przerażenie owładnęło uczestnikami bratobójczej walki, a zwycięzca Lubomirski spostrzegł dopiero teraz całą jałowość krwawego tryumfu. Wojsko królewskie gotowe było do dalszej walki, gdyby tylko wiedziano, o co ma walczyć. Stanęła tedy 31 lipca nowa ugoda w Łęgonicach, tym razem ostateczna. Król skwitował z planu elekcji vivente rege, przyrzekł żołd i amnestię zbuntowanemu wojsku. A rokoszanin, opuszczony od obcych protektorów, nie poparty przez swych stronników w prywatnych żądaniach, przeprosił króla z płaczem w obozie pod Jaroszynem (8 sierpnia) i odjechał za granicę na zawsze. Przed śmiercią (31 stycznia 1667) zdążył sprzedać dyplomatom francuskim swoje poparcie na przyszłej elekcji za pewne zyski i zaszczyty, pod jednym warunkiem zasadniczym, że król uprzednio złoży koronę. Trudno o jaskrawszy dowód, że przelał krew bratnią nie w imię żadnej wyższej idei, a tylko przez pychę i zajadłość.

xxx

Z tego cytatu też niewiele wynika, ale pisze Konopczyński: „Rokoszanin wiedział, że zyskując czas, zyskuje zarazem na popularności, więc zamiast spieszyć do rozlewu krwi, wymijał przeciwnika…” Po co mu był potrzebny ten czas? Dalej pisze:

„Pod Palczynem 6 listopada biskupi [Andrzej] Trzebicki i [Tomasz] Leżeński wyjednali rozejm. Jedna strona obiecała amnestię, druga – odjazd za granicę, zaś najważniejsze kwestie polityczne odłożono na sejm. Byłaż ta ugoda szczerą? Czy podyktował ją wzgląd na zagrożone interesy zewnętrzne państwa? Bynajmniej. Chodziło tylko o lepsze przygotowanie sił do decydującej rozprawy.”

A może właśnie w tym wszystkim chodziło o to, by do decydującej bitwy doszło w 1666 roku. Jakoś tak dziwnie po tej bitwie od razu dochodzi do ugody w momencie, gdy wojsko królewskie jest gotowe do dalszej walki. Król rezygnuje z planu elekcji vivente rege, przy którym tak się upierał, a główny winowajca wyjeżdża sobie za granicę. Czy to nie była jakaś ustawka? Jan Kazimierz udaje, że chce wzmocnienia władzy królewskiej, a magnat udaje, że jest przeciw. Konopczyński stwierdza na koniec, że to wszystko z powodu pychy i zajadłości Lubomirskiego. A inni historycy też twierdzą, że to wszystko z powodu urażonej dumy. Takie to wybielanie wyjątkowej kanalii albo odwracanie uwagi od prawdziwej przyczyny.

Wszyscy ci historycy trąbią w jedną trąbkę. Inaczej to przedstawia Norman Davies, w swojej książce Boże igrzysko. Wspomniałem już wcześniej, że korzystał on z prac polskich historyków i z dokumentów z polskich archiwów. Poniżej fragment (wytłuszczenia W.L.). Pisze on:

Lubomirski był jedną z najpopularniejszych postaci swego czasu. Wyróżnił się w wojnach ze Szwecją i Moskwą, a kampania, jaką podjął w celu przeciwstawienia się planowanej przez króla elekcji vivente rege, w pełni odzwierciedla uczucia ogółu szlachty. Ale na sejmie w r. 1664, na podstawie przedłożonego świadectwa dowodzącego jego układów z Habsburgami w Wiedniu, został przez swych towarzyszy oskarżony o zdradę i skazany na konfiskatę mienia i banicję. W następstwie tego wydarzenia jego zwolennicy znaleźli się w upokarzającej sytuacji: zapewniali o legalności działań sejmu, jednocześnie broniąc sprawy skazanego kryminalisty. Mimo to licznie przeszli pod jego sztandary. Podczas sesji sejmu w latach 1665 i 1666 kilkakrotnie przerywali obrady, aż wreszcie wycofali się, aby zawiązać konfederację. W r. 1666 starli się z wojskami królewskimi w kilku zbrojnych potyczkach: potem, 13 lipca nad brzegiem jeziora Gopło (Noteć w górnym biegu przepływa przez Gopło – przyp. W.L.) odnieśli decydujące zwycięstwo.

Około dwóch tysięcy szlachty zginęło tego dnia bez żadnego wyraźnego celu. Lubomirski zburzył autorytet króla, nie dając nic w zamian. Po zawarciu ugody w Łęgonicach sam udał się na wygnanie na austriacki Śląsk. Król postanowił abdykować. Podstawowe zagadnienia konstytucjonalne pozostały nie rozwiązane. Co gorsza, wewnętrzne rozbicie Rzeczypospolitej przyspieszyło wzrost zagrożenia z zewnątrz. Szykując się do walki z Lubomirskim na zachodzie, wojska królewskie porzuciły zadanie obrony przed Rosjanami wschodnich granic na Ukrainie. Lubomirski, opętany strachem przed potencjalną groźbą realizacji królewskich planów dotyczących elekcji, udaremniał jakąkolwiek skuteczną próbę obrony przed rzeczywistym zagrożeniem inwazją wojskową ze strony Moskwy. W styczniu 1667 r., w obliczu dalszej ofensywy Rosji na bezbronne tereny kraju, król zmuszony był podpisać rozejm w Andruszowie. Cesję Smoleńska, Czernihowa, Kijowa i lewobrzeżnej Ukrainy uważano w tym czasie za manewr taktyczny – tymczasowe wycofanie się wojsk, podyktowane koniecznością ich użycia w wojnie domowej. Panowało przekonanie, że sytuację da się odwrócić. Tak jednak nie stało się. Oddanych terytoriów nigdy nie odzyskano; przeciwnie – miały one zapewnić Moskwie przewagę sił, która dawała się odczuć we wszystkich późniejszych konfrontacjach. Moskwa otrzymała największą nagrodę, która umożliwiła Rosji przekształcenie się w wielkie imperium. Jerzy Lubomirski, trybun polskiej szlachty, był za to odpowiedzialny w równym stopniu co Bohdan Chmielnicki, buntowniczy ataman naddnieprzańskich Kozaków.

xxx

Tak więc Lubomirski zostaje oskarżony o zdradę, a jego zwolennicy „znaleźli się w upokarzającej sytuacji: zapewniali o legalności działań sejmu, jednocześnie broniąc sprawy skazanego kryminalisty”. Tak właśnie działał ten system klientarny, który stworzył Jan Zamoyski. W obliczu konfliktu z Moskwą postępowanie Lubomirskiego to zdrada stanu i za to powinien zostać skazany na śmierć, podobnie jak ci wszyscy, którzy go poparli, ale tak się nie stało. Głównemu sprawcy pozwolono wyjechać za granicę, a resztę objęto amnestią. Tak mogło się dziać tylko w państwie Zulu-Gula, zwanym Rzeczpospolitą.

Na koniec jeszcze fragment z portalu HISTMAG z artykułu Pospolite ruszenie walczy z królem. Bitwa pod Mątwami (https://histmag.org/Pospolite-ruszenie-walczy-z-krolem.-Bitwa-pod-Matwami-17138).

Rzeź dragonów

Wszystko to trwało chwilę – kwadrans lub mniej. Potem nastąpiła rzeź pozostawionych bez dowództwa dragonów. Nienawidząca „Niemców” szlachta prawdopodobnie znęcała się jeszcze nad trupami, które miały według relacji zazwyczaj sześć lub siedem cięć. Można to tłumaczyć atakowaniem jednego dragona przez kilku pospolitaków naraz, lecz nie da się w ten sposób wyjaśnić pozostawionych ciał z 30-40 ranami.

Straty po stronie królewskiej szacuje się na od trzech do pięciu tysięcy, z czego większość stanowili wybici niemalże do końca dragoni. Szlachtę autoramentu narodowego uratowało to, że w panującym chaosie rokoszanie nie mogli ich odróżnić od swoich, mimo że stronnicy Lubomirskiego mieli rękę przewiązaną białą chustą.

Strona królewska przegrała przede wszystkim z powodu złego przygotowania, które zaowocowało chaosem i w efekcie skończyło się rzezią. Innym jeszcze czynnikiem jest brak inicjatywy ze strony dowodzących, czego przykładem jest bezradność hetmana litewskiego Paca, a zupełnym przeciwieństwem działania Zarudnego i Borka po stronie rokoszan. Mimo skali porażki nie wpłynęła ona na dalsze losy wojny, ponieważ żadna ze stron nie była w stanie definitywnie pokonać drugiej. Ostatecznie konflikt zakończył układ w Łęgonicach z 31 lipca tego samego roku.

Obłudne przeprosiny

Zgodnie z postanowieniami traktatu rokoszanie zostali objęci amnestią, która oczywiście ominęła prowodyra wojny domowej. Jerzy Sebastian Lubomirski miał uroczyście przeprosić króla, co miało miejsce ponad tydzień później. Ucałowawszy dłoń monarchy rokoszanin dał popis obłudy i stwierdził między innymi, że od zawsze szanował prawo, kochał ojczyznę i był wierny królowi. Następnie hetman udał się na wygnanie. Znowu trafił na Śląsk, skąd prowadził własną politykę w sprawie korony polskiej. Działalność tę przerwała mu śmierć, która dopadła go równo pół roku po ucałowaniu królewskiej ręki.

Niewiele później, w roku 1668 abdykował Jan Kazimierz. Ostatnie cztery lata życia spędził w swoich dobrach w Żywcu, a później we Francji (dostał w zarząd dochodowe opactwo Sain-Geramain des-Prés – przyp. W.L.). Zszedłszy z tronu żywił jeszcze żarliwszą niechęć do Polaków. Jednak czy biorąc pod uwagę doświadczenia dwudziestoletniego panowania można się dziwić tej opinii?

xxx

Z tego fragmentu można dowiedzieć się, że byli jacyś „Niemcy”, czyli wojska najemne. A skoro tak, to nie była to do końca wojna polsko-polska. Z kolei Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) pisze:

„13 VII 1666 pod Mątwami rozegrała się krwawa bitwa między oddziałami rokoszan dowodzonymi rzez J.S. Lubomirskiego i wojskami króla Jana Kazimierza, zakończona pogromem oddziałów koronnych; wyginęła w niej większość czarniecczyków.”

Czy miało to jakiś związek z tym, że na sześć tygodni przed śmiercią, 2 stycznia 1665 roku, Czarniecki przyjął buławę polną koronną, odebraną Lubomirskiemu? Był on też cenionym doradcą Jana Kazimierza. A może to, że jego rodzice byli kalwinami i on też, do czasu, gdy zaczął pobierać nauki u jezuitów. Wtedy przeszedł na katolicyzm. Czyż to nie jest jakiś chichot historii, że jedyne nazwisko wymienione w polskim hymnie narodowym, hymnie tego niby katolickiego państwa, to nazwisko, do pewnego momentu, kalwina?

W tych wszystkich cytowanych przeze mnie źródłach nie ma informacji, która znajduje się w Wikipedii, ale pod hasłem: Jan Kazimierz. Pisze ona:

Równocześnie w kraju rozgorzały spory, a od 1663 roku gorąca wojna domowa o elekcję po Janie II Kazimierzu Wazie, który zapowiedział swą abdykację. Bardzo czynne było stronnictwo francuskie królowej Ludwiki Marii Gonzagi finansowane przez króla Francji Ludwika XIV i preferujące francuskiego kandydata na tron polski. Nieopłacane wojska zawiązały konfederację wojskową, popieraną przez hetmana Lubomirskiego. W 1664 Jan Kazimierz oskarżył Lubomirskiego o zdradę przed sądem sejmowym. Po wyroku skazującym go na banicję Lubomirski rozpoczął rokosz Lubomirskiego. Król wyruszył na czele wiernych mu oddziałów przeciwko banicie. Wojna domowa trwała kilka lat i zakończyła się ugodą w Łęgonicach 31 lipca 1666, po przegranej przez wojska królewskie krwawej bitwie pod Mątwami w 1666. Władca zmuszony został wyrzeczenia się swoich planów elekcji vivente rege.

W 1666 zdetronizowany też został przez Stambuł przyjazny Polsce chan krymski Mehmed Girej. Cesarstwo osmańskie szykowało się do zajęcia w swe lenno ziem ukrainnych, na których do władzy doszedł sprzymierzony z Wysoką Portą hetman Piotr Doroszenko. Sojusze się więc znów odwróciły. Kozacy sprzymierzeni ponownie z Tatarami rozbili wojska koronne, którymi po śmierci hetmana polnego koronnego Stefana Czarnieckiego dowodził regimentarz Sebastian Machowski. W sytuacji nowego zagrożenia został zawarty z Rosją w 1667 rozejm w Andruszowie. Kończył on 13-letnią wojnę polsko-rosyjską. Na jego mocy Rzeczpospolita straciła „czasowo” Smoleńsk i Zadnieprzańską Ukrainę z Kijowem.

xxx

Oznaczało to, że Jan Kazimierz, a szczególnie Maria Ludwika chciała widzieć na tronie kandydata francuskiego, ale przecież obowiązywały go artykuły henrykowskie, ustanowione w 1573 roku, a w nich punkt o tym, że król jest wybierany w wolnej elekcji. Musiał się na to zgodzić, bo inaczej nie zostałby wybrany. Po co więc to zrobił? By dać w ten sposób pretekst Lubomirskiemu do rokoszu, który był w tym wypadku jak najbardziej usprawiedliwiony? Takie było prawo. Inna sprawa, czy ono było dobre czy nie. Rokosz był wiec jak najbardziej legalny, bo król postąpił wbrew swoim wcześniejszym zobowiązaniom. Nigdzie nie natknąłem się na informację, dlaczego Jan Kazimierz zamierzał abdykować. Wikipedia pisze, że ogłosił to w 1663 roku. Jaki był powód? Nie wiadomo. A skoro tak, to pozostają tylko domysły, a jedynym sensownym wytłumaczeniem jest to, że chodziło o osłabienie tego tworu zwanego Rzeczpospolitą, a właściwie jej I rozbiór, bo to był rozbiór. I w tej ustawce wzięli udział jej król Jan Kazimierz i jej wielki magnat Lubomirski.

Konopczyński pisze, że za wiedzą Jana Kazimierza Francja zawarła ze Szwecją 19 września 1661 roku traktat subsydiowy, zobowiązujący tę ostatnią do wysłania 12 000 wojska do Polski (dlaczego historyk nie pisze, że do Rzeczypospolitej? – przyp. W.L.) na wypadek, gdyby obce państwo (tj. Austria lub Brandenburgia) chciało zakłócić wolną elekcję. To chyba potwierdza moją sugestię, że to była ustawka.

A więc pozostaje pytanie: czy te liczby – 1616 i 1666 – miały jakieś znaczenie? Wszystkie liczące się dwory ówczesnej Europy kontynentalnej brały udział w tej intrydze, nawet Turcja. Ale po co była ta rzeź? Czy to był jakiś rytuał? Jakiś powód przecież musiał być.

LWP

Parę dni temu obchodzono hucznie święto Wojska Polskiego. Była wielka defilada. W 1939 roku w sierpniu też prężono muskuły. Ustanowione w rocznicę bitwy warszawskiej 15 sierpnia 1920 roku. Jednak w latach 1950-1989 obchodzono inne święto. Był to Dzień Wojska Polskiego – rocznica bitwy pod Lenino 12 października 1943 roku. Wikipedia tak m.in. pisze:

Ludowe Wojsko Polskie (LWP) – nieoficjalna nazwa zależnych od ZSRR formacji Wojska Polskiego z lat 1944–1989. Nazwa ta stworzona została w celach propagandowych w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i odnosiła się zarówno do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR z okresu II wojny światowej, jak i późniejszych Sił Zbrojnych PRL. Ludowe Wojsko Polskie było zdominowane i kontrolowane przez polskie partie komunistyczne (PPR, a od 1948 PZPR), podlegając jednocześnie dowództwu sił zbrojnych ZSRR. Od 1955 LWP było członkiem Układu Warszawskiego.

W maju 1943 w Sielcach nad Oką w ZSRR, rozpoczęto formowanie 1 Polskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Na przełomie 1943 i 1944 sformowano kolejne polskie jednostki w ZSRR, które utworzyły 1 Korpus Polskich Sił Zbrojnych, rozwinięty 16 marca 1944 w 1 Armię Polską w ZSRR. Pierwszą bitwą polskich oddziałów na froncie wschodnim, była bitwa pod Lenino 12–13 października 1943.

Bitwa pod Lenino – starcie zbrojne w dniach 12–13 października 1943 w pobliżu miasteczka Lenino nad rzeką Miereją na wschodniej Białorusi (8 km od granicy z Rosją) stoczone w ramach operacji orszańskiej przez Armię Czerwoną (33 Armia Frontu Zachodniego i walcząca w jej składzie 1 Polska Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki) a Wehrmachtem (337 Dywizja Piechoty, wspierana przez odwody XXXIX Korpusu Pancernego). Była chrztem bojowym polskich jednostek podległych armii Związku Radzieckiego oraz początkiem szlaku bojowego tzw. Ludowego Wojska Polskiego. W okresie PRL bitwa urosła do rangi symbolu, a jej rocznica (12 października) była obchodzona jako Dzień Wojska Polskiego.

Natarcie

12 października 1943 1 Polska Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki wzmocniona 1 pułkiem czołgów, 1 kompanią rusznic przeciwpancernych, 1 kompanią fizylierek i kompanią karną, licząca ok. 12 400 żołnierzy, pod dowództwem gen. Zygmunta Berlinga z radzieckimi 290. i 42. Dywizjami Strzeleckimi, wspierane przez oddziały pancerne i artylerię, przekroczyły rzekę Miereję.

O 8:20 miało rozpocząć się przygotowanie artyleryjskie. Ze względu na mgłę terminy przesunięto o godzinę. O 9:20 salwa katiusz zapoczątkowała ogień artylerii. Jednak na rozkaz dowódcy 33. Armii, gen. Wasilija Gordowa, skrócono czas artyleryjskiego przygotowania ataku, tym samym nie uzyskując założonego celu – zniszczenia większości potencjału ogniowego i ludzkiego sił niemieckich. Dowódca armii i dowódca artylerii uznali, że siła i skuteczność ognia jest tak wielka, iż można czas przygotowania ogniowego skrócić o 40 minut. Uznano, że Niemcy wycofują się. Było jednak inaczej. Wróg opuścił pierwszą linię i ukrył się w przygotowanych schronach. Chociaż poniósł straty, zachował jednak pełną zdolność bojową. Decyzja ta, jak również fakt, iż dowództwo radzieckie nie szyfrowało rozkazów przekazywanych drogą radiową (wiadomości przesyłano otwartym tekstem), była jedną z głównych przyczyn późniejszych polskich strat.

Według historyka Kamila Anduły, przygotowanie artyleryjskie było niewystarczające, z powodu braku odpowiedniej ilości amunicji, spowodowanej trudnościami z zaopatrzeniem.

Bilans

1 Dywizja Piechoty przełamała obronę nieprzyjaciela, ale nie w pełni wykonała swoje zadanie. Związała i wykrwawiła znaczne siły przeciwnika. W walkach Niemcy stracili 1500 żołnierzy, a 326 dostało się do niewoli. Zniszczono 72 karabiny maszynowe, 42 działa i moździerze, 2 czołgi oraz strącono 5 samolotów.

W czasie walk dywizja wraz z jednostkami wsparcia poniosła tak ciężkie straty (510 zabitych, 1776 rannych, a 776 dostało się do niewoli niemieckiej lub zostało uznanych za zaginionych bez wieści, tj. ok. 25% całego stanu osobowego), że po dwóch dniach walki musiała zostać wycofana z pierwszej linii.

15 października dokonano oceny bitwy. 1 pułk piechoty stracił 1600 ludzi zabitych, rannych i zaginionych bez wieści. Z pierwszego batalionu pozostali nieliczni. 2 pułk stracił 900, 3 pułk 500.

Ocenia się obecnie, że bitwa potwierdziła wysoką wartość bojową polskich żołnierzy, biorąc pod uwagę, że byli oni niedoświadczeni bojowo, słabo wyszkoleni i nie najlepiej dowodzeni. Ich przeciwnikiem były doświadczone niemieckie oddziały. Polscy żołnierze przedarli się przez pierwszą linię obrony w głąb ugrupowania przeciwnika i zajęli dwie kluczowe wsie w jego systemie obronnym. Dywizja częściowo wykonała powierzone zadanie, po czym otoczona musiała się wycofać. Przy tym, ocenia się obecnie, że gdyby dywizja zdołała się włamać w niemiecką obronę zgodnie z planem na głębokość 17 km, prawdopodobnie bez wsparcia zostałaby odcięta i rozbita. Duże straty osobowe nie były nadzwyczajnie wysokie jak na specyfikę walk na froncie wschodnim.

Istnieje wersja, że kilkuset żołnierzy 1. Dywizji Piechoty miało zdezerterować na stronę niemiecką, niemniej według niektórych autorów jest to mit, a niemieckie raporty podają jedynie 21 przejętych dezerterów.

xxx

Te dwa ostatnie akapity to cytat z: Michał Mackiewicz. Lenino – z nieludzkiej ziemi w piekło frontu wschodniego. „Poligon”. Nr 5/2014(46), s. 14–25, 2014. Skoro Wikipedia wywołała to nazwisko to wypada zacytować innego Mackiewicza – Józefa , który w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić pisał:

Front się zbliżał. Na kierunku Orszy działała 33-cia sowiecka armia generała Gordowa, a w jej składzie 1-sza polska dywizja imienia Tadeusza Kościuszki pod dowództwem generała Berlinga. Celem operacyjnym było uchwycenie przyczółków na zachodnim brzegu Dniepru. Dywizja miała uderzać w pasie około dwóch kilometrów między miejscowościami Połzuchy i Lenino.

O świcie 12 października dowódcy kompanii i baterii odczytali w swych oddziałach przedbitewny rozkaz. Kończył się on słowami:

…na drodze śmiertelny wróg. Po jego trupie, droga do Polski!”

W całej dywizji znalazł się tylko jeden starszy sierżant, Władysław Stachurski, który pamiętał wojnę z 1920 roku, i szepnął do swego przyjaciela Franka Tylingo:

W tej samej okolicy, przed 23 laty, Tuchaczewski odczytał rozkaz: „Żołnierze armii czerwonej! Po trupie Polski wiedzie nas droga do rewolucji światowej!”… Zdaje się, tak.

Franek odmachnął ręką z wyrazem nudy na twarzy i zabrał się do zawiązania rozplątanego owijacza.

Natarcie rozpoczęło się o godzinie 9 rano dnia 12 października. Dywizja dysponowała własnym pułkiem czołgów. Artyleryjskie wsparcie zapewniały 452 działa rozmaitych kalibrów, sowieckich baterii. Przed czołem pozycji przepływała bagnista rzeczka Miereja. Pierwszy i drugi rzut trzech pułków piechoty zdobył i obsadził przednie linie okopów niemieckich, ale dalej posunąć się nie zdołał. Czołgi grzęzły w błotach Mierei. Dywizja zaległa. Następnego dnia zostaje zluzowana, tracąc łącznie 502 zabitych i 1.776 rannych. A 660 ludzi, w tym kilku oficerów dywizji, przechodzi dobrowolnie na stronę niemiecką.

Próby wykorzystania tego faktu przez propagandę niemiecką, podjęte początkowo na większą skalę, zawodzą zupełnie. Oficjalnym komunikatom niemieckim nie wierzy nikt w Polsce. Ludzie zaś wypuszczeni z niewol, aby zaświadczyli własną osobą o swej ucieczce z armii sowieckiej, znikają jeden po drugim w okolicznościach trudnych do ustalenia. Los pozostałych jest beznadziejny.

xxx

Na stronie Muzeum Wojska Polskiego można m.in. przeczytać:

W dwudniowej bitwie Polacy utracili ponad 3000 żołnierzy (25% stanu etatowego). Niemcy ponieśli straty szacowane na ok. 1800 ludzi. Żołnierze polscy wykazali się niezwykłą walecznością. Błędy w dowodzeniu oraz niedostateczne wyszkolenie i brak efektywnego wsparcia przez sąsiednie radzieckie dywizje zadecydowały o porażce. Choć w skali walk na froncie wschodnim bitwa pod Lenino była tylko epizodem, dała jednak Stalinowi argument polityczno-propagandowy. Od 1950 r. do końca lat osiemdziesiątych XX w. rocznica bitwy pod Lenino była w Polsce obchodzona jako Dzień Wojska Polskiego.

Z kolei na stronie warthunder.com (https://warthunder.com/pl/news/2367-historia-bitwa-pod-lenino-pl) autor m.in. pisze:

Warunki tej dwudniowej bitwy były fatalne – oprócz wymienionych wcześniej w artykule problemów z artylerią i wsparciem pancernym, brakiem rozpoznania i wsparcia lotniczego oraz złego dowodzenia żołnierzom brakowało zaopatrzenia – żywności, jak i amunicji. Jak bez tej drugiej, żołnierz nawet przy najwyższych moralach ma dalej walczyć? Z powodu braku tejże poddało się blisko 200 żołnierzy. Błoto było koszmarem nie tylko czołgistów i artylerzystów, ale i piechurów. Marny był los rannych – którym towarzysze broni, zgodnie z rozkazem, nie mieli udzielać pomocy. Chorąży Jan Komorowski wspominał: „Do dzisiaj widzę wzgórze (…) zasłane naszymi trupami i słyszę wołania i jęki setek bezimiennych polskich żołnierzy, tonących w bagnach Mierei”. Straty wydawały się w pierwszych dniach tym większe, że wielu żołnierzy było rozproszonych i odnajdywano ich dopiero później.

xxx

Czy któraś z tych dat – 15 sierpnia czy 12 października – nadaje się na święto wojska polskiego? Wprawdzie w obu przypadkach można mówić o wojsku polskim, bo walczyli w nim Polacy, ale nie była to walka w interesie Polski i Polaków. W blogu „Kryzys przysięgowy” pisałem:

„W tamtym czasie, ci którzy reżyserowali ówczesne wydarzenia, uznali, że wówczas wojsko polskie było zbędne i mogło tylko przeszkodzić w realizacji zamierzonych celów. Ale jak się go pozbyć? Tu z pomocą przyszedł Piłsudski i wywołany przez niego tzw. kryzys przysięgowy. Skoro żołnierze odmówili złożenia przysięgi na wierność cesarzowi, to nie pozostało nic innego, jak ich internować w obozach do czasu, gdy staną się potrzebni, to znaczy do 1920 roku. Ten kryzys to niby miała być manifestacja patriotyzmu.

W tamtym czasie, w latach 1916-1918, silne i regularne wojsko polskie na froncie wschodnim było tak samo niewygodne Niemcom, jak w czasie II wojny światowej niezależne od Stalina polskie wojsko walczące na froncie wschodnim. Gdyby istniało to silne wojsko polskie na froncie wschodnim, to nie było by możliwe jego osłabienie w wyniku rewolucji bolszewickiej w Berlinie 7 listopada 1918 roku, bo wprawdzie wojsko niemieckie uległoby rozsypce, co się stało, ale zostałoby wojsko polskie. To wojsko niekoniecznie musiałoby stać tak daleko na wschodzie. Mogłoby cofnąć się do linii Curzona i strzec innych granic i być bardzo przydatnym w czasie plebiscytów na Śląsku i na Mazurach, np. zapobiec najazdowi Niemców z Niemiec zachodnich na czas głosowania. Tak się nie stało, bo w tym czasie było zajęte walką z bolszewikami i dopiero na tę wojnę zostało użyte. Polskie ziemie pozbawione ochrony, a wojsko polskie walczy o to, by mogło dojść do mordu katyńskiego i rzezi wołyńskiej.”

W przypadku tzw. Ludowego Wojska Polskiego mamy do czynienia w wojskiem całkowicie podległym dowództwu radzieckiemu. Wprawdzie wojsko to wraz z Armią Czerwoną wyzwala Polskę spod okupacji niemieckiej, ale tylko po to, by podporządkować ją nowemu okupantowi i uczynić z niej państwo wasalne. Po 1989 roku to Ludowe Wojsko Polskie przepoczwarza się w Wojsko Polskie, a jego kadra, wierna dotąd Związkowi Radzieckiemu i stojąca na straży jego interesów, robi zwrot i służy Ameryce i broni jej interesów w Polsce.

Trudno chyba znaleźć datę w dziejach wojska polskiego, która byłaby odpowiednia dla takiego święta. Od czasów dynastii jagiellońskiej interesy Polski i Polaków nie są uwzględniane. I tak jest do teraz. Chyba wypadałoby sięgnąć po jakąś datę z czasów piastowskich, ale to niemożliwe. Nie to państwo i nie ci ludzie. Skoro prezydent III RP na szczycie NATO w Wilnie 11 lipca oświadcza, że przyjechał tam bronić interesów Ukrainy, to już nic więcej nie trzeba dodawać.

Jan Zamoyski

Unia lubelska (1569) to moment, w którym powstaje nowe państwo – Rzeczpospolita Obojga Narodów. Jest to zupełnie inne państwo, niż te stworzone przez Piastów. Największy wpływ na jego ustrój wywarł Jan Zamoyski. Zapewne jest on kojarzony z tym, że zbudował miasto Zamość, założył Akademię Zamojską i z sentencją: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Cytat ten pochodzi z aktu fundacyjnego tej akademii z 1600 roku. W powszechnej świadomości zachował się jako wybitna jednostka. Jak jednak stało się, że osiągnął tak wysoką pozycję w państwie i stał się najpotężniejszym magnatem ówczesnej Rzeczypospolitej?

Ja twierdzę, że państwa protestanckie są bogatsze od katolickich – nie mówiąc o prawosławnych, wśród których nie ma żadnego tak bogatego, jak choćby katolicka Austria czy protestancka Szwecja – bo tak chcą Żydzi, którzy rządzą pieniądzem i nie tylko nim. To samo dotyczy również najbogatszych ludzi. To dotyczy również, w mojej ocenie, Zamoyskiego. Trafiłem ostatnio na wywiad z profesorem Wojciechem Tygielskim poświęcony osobie Zamoyskiego Magnat wszech czasów. Jan Zamoyski, zamieszczony na kanale Muzeum Historii Polski, w którym są ciekawe informacje o tym, jak Zamoyski stał się tak potężny. Jednak wypada zacząć od Wikipedii, w której są informacje uzupełniające i sporo wyjaśniające. Pisze ona m.in.:

Jan Saryusz Zamoyski (Jan Zamojski) herbu Jelita (ur. 19 marca 1542, zm. 3 czerwca 1605) – sekretarz królewski od 1565, podkanclerzy koronny od 1576, kanclerz wielki koronny od 1578 i hetman wielki koronny Rzeczypospolitej Obojga Narodów od roku 1581. Generalny starosta krakowski w latach 1580–1585, starosta bełski, malborski, grodecki, jaworowski, krzeszowski, tykociński i dorpacki, starosta międzyrzecki w 1580 roku, starosta knyszyński w 1574 roku. Doradca króla Zygmunta II Augusta i Stefana Batorego. Główny przeciwnik sukcesora po Batorym, Zygmunta III Wazy. Humanista-mecenas, filolog i mówca, magnat.

Wczesne lata: królewskie wsparcie

Jan Saryusz Zamoyski urodził się 19 marca 1542 roku w Skokówce, a jego rodzicami byli Stanisław, kasztelan chełmski i Anna Herburtówna z Miżyńca. W 1551 ojciec i rodzina Zamoyskiego przyjęli wyznanie kalwińskie. Kalwinistą był także jego stryj Florian. Pierwsze nauki Jan odebrał w kalwińskim gimnazjum w Krasnymstawie, a następnie został wysłany na studia do Paryża, skąd po kilku latach przeniósł się do protestanckiego Strasburga, a następnie do Padwy, gdzie przeszedł na katolicyzm. W latach 1561-1563 studiował prawo w Padwie. W 1563 został wybrany rektorem (w tamtym czasie oznaczało to, że był on przewodniczącym związku studentów – przyp. W.L.) akademii padewskiej. Tam też napisał po łacinie swe dzieło „De senatu Romano libri duo” („O Senacie Rzymskim Księgi Dwie”), broszurę o starożytnym Rzymie, w której doszukiwał się odniesień zasad konstytucyjnych republiki rzymskiej do Korony Królestwa Polskiego. W oparciu o to dzieło uzyskał doktorat. Od początku studiów poważnie interesował się polityką. Po powrocie do kraju został mianowany sekretarzem króla Zygmunta II Augusta. W ostatnich latach jego panowania uczestniczył w porządkowaniu archiwum koronnego na Wawelu. Przez trzy lata czytał i segregował dokumenty, poznając system polityczny i gospodarczy państwa oraz sposoby tworzenia magnackich majątków.

Niektórzy historycy przypisują Zamoyskiemu, po wygaśnięciu dynastii Jagiellonów w 1572, ogromny wpływ na ustanowienie w Rzeczypospolitej elekcji viritim, tj. wyboru króla przez ogół szlachty. Jest to jednak opinia przesadzona i niewątpliwie inspirowana relacją nadwornego kronikarza Zamoyskiego, Reinholda Heidensteina, co do którego wiarygodności można mieć wiele zastrzeżeń. Był ponoć przyjacielem Mikołaja Sienickiego i Hieronima Ossolińskiego. Poseł na sejm konwokacyjny 1573 roku z województwa bełskiego. Podpisał konfederację warszawską 1573 roku.

Był w opozycji do magnaterii, która chciała zaoferować polski tron Habsburgom. Podczas elekcji w 1573 popierał Henryka III Walezego. Z poselstwem do nowo wybranego króla Henryka III Walezego udał się do Francji w 1573 roku. Poseł na sejm koronacyjny 1574 roku z województwa bełskiego. Podczas elekcji w 1575 jego faworytem był wrogi Habsburgom Stefan Batory. Był pomysłodawcą wyboru Anny Jagiellonki na króla Polski i przydania jej za małżonka Stefana Batorego. Za panowania Batorego został jego najbliższym politycznym współpracownikiem. W tym czasie był jednym z najpotężniejszych ludzi w kraju, król mianował go kanclerzem wielkim oraz hetmanem wielkim koronnym. Wkrótce stał się jednym z najbogatszych polskich magnatów. Wspierał politykę Batorego przeciwną Habsburgom i imperium osmańskiemu oraz opowiadał się po stronie Batorego w jego dążeniach do wzmocnienia władzy królewskiej i osłabienia magnaterii. Choć nie miał większego doświadczenia wojskowego, wziął na siebie część przygotowań do wojny z Rosją w latach 1579–1581 (zaczął studiować traktaty z dziedziny wojskowości i poznawać organizację różnych armii niedługo przed wyprawą), podczas której zdobył Wieliż i Zawołocze. W zastępstwie króla dowodził całą polską armią podczas oblężenia Pskowa. W 1584 przyczynił się do ujęcia i stracenia banity Samuela Zborowskiego, co sprawiło, że stracił popularność w masach szlacheckich, a nawet rozpoczęto przeciw niemu w 1585 sąd sejmowy, który zajął się analizą legalności jego działań.

Lata późniejsze: w opozycji do tronu

Po śmierci Batorego w 1586 roku jako kanclerz wielki koronny obecny był na sejmie koronacyjnym Zygmunta III Wazy w Krakowie w 1587/1588 roku. Pomógł Zygmuntowi III Wazie w zdobyciu polskiego tronu, pokonując siły wspierające kandydata Habsburgów, arcyksięcia austriackiego Maksymiliana III Habsburga w bitwie pod Byczyną w 1588, kiedy to magnaci wspierający Maksymiliana próbowali siłą zdobyć stolicę Polski, Kraków. Arcyksiążę został uwięziony na zamku w Krasnymstawie, następnie w Zamościu, po czym na mocy paktów będzińsko-bytomskich jako jeden z warunków zwrócenia wolności, zrzekł się pretensji do polskiego tronu. Zamoyski był sygnatariuszem traktatu bytomsko-będzińskiego.

Mimo wszystko, na samym początku rządów Zygmunta III, Zamoyski, który wiernie służył królom Rzeczypospolitej, dołączył do opozycjonistów walczących z polityką Zygmunta III, chcącego wzmocnić władzę królewską i przeobrazić Rzeczpospolitą w monarchię absolutną poprzez przymierze z Habsburgami w celu zapewnienia sobie ich pomocy w odzyskaniu szwedzkiego tronu. Nowy król obawiał się wpływów kanclerza, a zgodnie z prawem Rzeczypospolitej nie był w stanie odwołać go ze stanowiska. Z kolei Zamoyski traktował króla jak pionka w grze i ignoranckiego obcokrajowca. Jako przeciwnik króla przestrzegał przed niepotrzebną ingerencją Rzeczypospolitej w wojny dynastyczne w Szwecji, zwłaszcza że ciągle istniało zagrożenie ze strony Imperium osmańskiego. Jego polityka i działania przeciwstawiały się (lub ewentualnie próbowały uniknąć) tendencjom w kierunku absolutyzmu, które charakteryzowały pozostałe państwa Europy. Otwarty konflikt między kanclerzem a królem wybuchł podczas sejmu w 1592 r., kiedy Zamoyski odkrył, że Zygmunt spiskuje, aby scedować koronę polską dla Habsburgów w zamian za ich wsparcie w walce o szwedzki tron.

Majątek

W ciągu swojego życia zdążył bardzo się wzbogacić. Pozostawił swojemu spadkobiercy 11 miast i ponad 200 wsi oraz jako dzierżawca dóbr królewskich 12 miast i 612 wsi. Jego roczny dochód szacowany był na 200 000 złotych. W 1580 założył miasto Zamość, a w 1589, w celu utrzymania pozycji rodu i zapobieżenia rozdrobnieniu majątku, utworzył Ordynację Zamojską, którą zarządzało po nim kolejno piętnastu ordynatów i która przetrwała do 1944 r. Zamoyski dbał o racjonalne wydawanie pieniędzy, oferował rzemieślnikom tanie kredyty, sprowadzał kupców, budował huty żelaza i szkła oraz cegielnie. W 1595 r. ufundował Akademię Zamojską. Posiadał własne wojsko, w skład którego wchodziło 4000 piechoty (głównie piechoty węgierskiej) oraz 2000 jazdy.

Stosunek do religii

Jan Zamoyski patrzył na sprawy religii bardziej poprzez sprawy polityki niż teologii. Jego ojciec i stryj byli kalwinistami, a sam zamienił kalwinizm na katolicyzm dopiero na studiach w Padwie. Pierwsze trzy żony Jana Zamoyskiego były wyznania protestanckiego. Również i jego siostry były kalwinistkami, przyrodnia siostra Zofia wyszła za mąż za kalwinistę Łukasza Działyńskiego, a podobnie siostrzenicę kalwinistkę Annę Oleśnicką wydał za luteranina Jana Dulskiego. Wielu wyznawców protestantyzmu przebywało też na jego dworze i mimo że nie mogli osiedlać się w Zamościu, to cieszyli się swobodą religijną w jego Ordynacji. Kanclerz był też jednym z twórców unii brzeskiej i był przychylnie nastawiony do kościołów wschodnich, czemu dał wyraz pozwalając się osiedlać w Zamościu Ormianom i Grekom. Jan Zamoyski nie lubił ostentacyjnej pobożności, czemu dał wyraz zalecając, by na jego nagrobku nie było żadnych symboli religijnych.

xxx

Pod tym filmem znajduje się informacja:

Był zaangażowany w osadzenie na tronie aż trzech polskich władców, stworzył podwaliny największego magnackiego rodu w naszych dziejach, założył własne miasto, akademię, wykreował nawet własne stronnictwo polityczne. Wicekról, magnat wszech czasów, polski Richelieu, a może Machiavelli i – o czym mało kto wie – przede wszystkim pierwszy Polak, który odniósł sukces za granicą.

Gdy Jan Zamoyski zaczynał karierę, miał w posiadaniu 4 wsie. Skończył z 23 miastami i 819 wsiami zespolonymi w Ordynację Zamojską, która formalnie przetrwała do 1945 roku. Czy można go uznać za najwybitniejszego w naszej historii polityka czasów demokracji szlacheckiej. Dlaczego nie został królem Polski? Jakie drugie dno miała słynna sprawa Zborowskich?

W „Innych historiach Polski” Cezary Korycki wraz z profesorem Wojciechem Tygielskim będą rozmawiać o biografii Jana Zamoyskiego, odsłaniając przy tym kulisy jego wyjątkowo błyskotliwej kariery.

Poniżej wybrane fragmenty tej rozmowy:

Co ułatwiło karierę?

Zmiana dynastyczna. Na dworze Zygmunta Augusta był sekretarzem królewskim. Dramatyczne wydarzenie, wielkie znaczenie mają obrady sejmowe. Wybór króla przez posłów, na których można wywierać wpływ, jeśli się jest człowiekiem potrafiącym sugestywnie przemawiać, przekonywać posłów. To był ten atut, który ułatwiał mu karierę. Zaczyna się od Henryka Walezego. Zamoyski dostaje od Walezego dwa starostwa, czyli własność królewską. Istotą było to, że podatki od takiej dzierżawy były małe, a dochody bardzo duże. Cały problem polegał na tym, że ci, którzy dostali te darowizny dożywotnio, uważali, że są one dziedziczne i w związku z tym nie oddawali ich i powstawały wielkie fortuny magnackie na tym bazujące.

Decydujący w karierze Zamoyskiego jest Batory.

Jest w tym czasie przywiązanie do idei jagiellońskiej i dynastii jagiellońskiej. W przypadku Batorego jest to wybór podzielony, kontrowersyjny. Zawsze pojawia się pewny kandydat habsburski. Ostatecznie Anna Jagiellonka zostaje wybrana na królową, a jej mężem zostaje Stefan Batory – książę siedmiogrodzki. Nie zna polskiego, nie ma dworu, nie ma zaplecza. Batory wybiera Zamoyskiego i od tego zaczyna się jego kariera. W krótkim czasie kumuluje w swoich rękach najwyższe urzędy w państwie. Te urzędy czynią go pierwszym ministrem czy wicekrólem. Zbudował własne stronnictwo polityczne, wiedząc jak to się robi. Wiążąc ze sobą klientów, zostając ich patronem, dba też o ich kariery, a mając dostęp do króla, możliwości dbania o te kariery są ogromne. No i potem zyskuje się wdzięczność tych ludzi, których się tam jakoś awansowało. Ci pociągają następnych. Jest to system klientarny, który brzmi niedobrze. Rozwija się bardzo szybko w Rzeczypospolitej i mam wrażenie, że to wynika po pierwsze z faktu, że z natury rzeczy gospodarka i biurokracja takiego kraju jest stosunkowo słaba. Mamy wielki kraj, słabo powiązany ze sobą i nie ma funduszy centralnych z powodów owych podatków, o których wspomniałem, żeby zorganizować aparat państwowy, który będzie temu państwu służył. Więc alternatywą staje się system klientarny, w którym to pierwszy minister swoimi ludźmi może załatwić wiele spraw, również państwowych.

Jaką wizję ustroju i państwa miał Zamoyski?

Tego nie wiemy na pewno. Czytając listy Zamoyskiego miałem wrażenie, że myśli w kategoriach prywatnych, że jego stronnictwo to program sam w sobie: dojście do władzy, która będzie spersonalizowana w jego osobie. Zamoyski przez atrakcyjność swojej kariery stworzył stronnictwo polityczne, które podobało się innym. Inni też tak chcieli, więc zaczął się proces lawinowego powstawania fakcji magnackich, które na pewno długofalowo dla ustroju, dla nowoczesności, dla reform – nie były korzystne.

Gdy zaczynał karierę miał w posiadaniu 4 wsie. Kończył z 23 miastami i 819 wsiami zespolonymi w Ordynację Zamoyską, która formalnie przetrwała do 1945 roku.

Magnat wszech czasów, a na pewno prekursor magnaterii – karierze urzędowej towarzyszyła kariera majątkowa w postaci różnych królewszczyzn, które skrupulatnie łączył, kumulował i które dawały mu majątek będący podstawą… trzeba pamiętać, że bogactwo w ówczesnej Rzeczypospolitej nie polegało przede wszystkim na pieniądzach, polegało na dobrach ziemskich. Pieniądze były potrzebne dość rzadko. Bardzo wiele rzeczy, choćby z powodu ustroju pańszczyźnianego, czy specyficznego typu handlu, były dostępne dla takiego magnata bez użycia pieniędzy. To wpływa niedobrze na system spoleczno-gospodarczy, bo jest on zbyt naturalny.

Bogactwo Zamoyskiego

Ordynacja to jest taka forma, która ma zapobiec dzieleniu majątku. Ordynacja zakłada, że dziedzicem całości, opisanej jako ordynacja, będzie najstarszy syn. Zamoyski zaczynał jako pierwszy, ale miał swoich następców, jeśli chodzi o tę formę spadku.

W 1580 roku zakłada Zamość. Ważna jest jego organizacja i pomysł, żeby to była wielostronna, funkcjonalna stolica latyfundium. Specyfiką polskiego ustroju była decentralizacja. Magnaci nie żyli w miastach. Mamy wielkie państwo, a do tego jeszcze zdecentralizowane i mające mnóstwo stolic, takich małych królewiątek, ordynacji itp.

Elekcja

Batory umiera nagle i zaczyna się wolna elekcja. Najważniejsi kandydaci to arcyksiążę Maksymilian Habsburg i Zygmunt Waza, potomek Jagiellonów. Rola Zamoyskiego w tej elekcji jest ogromna. Ma za sobą pokaźne stronnictwo, z którego korzysta w czasie elekcji. Obóz Zborowskich popiera Habsburga. Dochodzi do wyścigu dwóch wybranych władców, wybranych legalnie, podzielili się elektorzy. Maksymilian Habsburg ma dużo bliżej z Wiednia do Krakowa, niż Zygmunt Waza, który musi płynąć przez morze. Kluczową sprawą jest to, kto pierwszy dotrze do Krakowa i tam się koronuje. To będzie rozstrzygające w całym tym sporze elekcyjnym. Maksymilian dociera do Krakowa dużo szybciej, ale tam też dociera Zamoyski ze swoimi ludźmi. Fortyfikuje Kraków, broni go przed wojskiem arcyksięcia Maksymiliana i broni skutecznie. W związku z tym Maksymilian odstępuje od oblężenia Krakowa, a w tym czasie Zygmunt dociera do Krakowa, czyli zawdzięcza koronę Zamoyskiemu. Z punktu widzenia Zygmunta posiadanie takiego ministra musi być czymś kłopotliwym. Zygmunt nie życzy sobie takiego niezależnego magnata i kłopoty w ich wzajemnych relacjach stają się oczywiste. Jego pozycja słabnie.

Czy ta biografia polityczna jest w naszej historii jakąś ważną cezurą i czy od niej coś się zaczęło?

Ja uważam, że tak, że właśnie to stworzenie systemu zależności społeczno-politycznej, całego skomplikowanego systemu patronatu, klienteli – po raz pierwszy na taką skalę i w takim wydaniu i na takim poziomie świadomości, bo Zamoyski był świadom swoich obowiązków jako patron. On wiedział, że on musi być ojcem chrzestnym swojego zwolennika czy dzierżawcy. On budował cały system osób, które były od niego zależne, ale on też wiedział, że on musi się im odwzajemniać i że nie jest tak, że on ma tylko same korzyści, on ma też bardzo poważne obowiązki. Otóż wydaje mi się, że stworzenie takiego, jak na owe czasy, nowoczesnego sposobu myślenia politycznego, nowoczesnego systemu, było dość przełomowe, bo na nim, tak mi się wydaje, chętnie się wzorowali ci, którzy następnie uczynili ten system klientarnym, jednym z zasadniczych wyznaczników ustroju Rzeczypospolitej, o którym się mówi, że potem zmierzał on do oligarchii. Ale na ten temat są też dyskusje, czy to była oligarchia, ale na pewno był to system, w którym wyjątkowo dużą rolę odgrywały więzi nieformalne. Więzi nieformalne zawsze, pod każdą szerokością geograficzną odgrywały i odgrywają wielką rolę. Ale z całą pewnością wtedy właśnie z powodu słabości państwa, jakim była Rzeczpospolita, słabości administracji centralnej, słabo rozwiniętej biurokracji, rola tego systemu była szczególnie duża.

xxx

Właściwie to należało by zacząć od początku, ale odpowiedź pana profesora na ostatnie pytanie aż prosi się o skomentowanie. Cóż za ekwilibrystyka, intelektualne wygibasy, by nie nazwać rzeczy po imieniu. Wcześniej wyraźnie powiedział: Zamoyski przez atrakcyjność swojej kariery stworzył stronnictwo polityczne, które podobało się innym. Inni też tak chcieli, więc zaczął się proces lawinowego powstawania fakcji magnackich, które na pewno długofalowo dla ustroju, dla nowoczesności, dla reform – nie były korzystne.

A jeszcze wcześniej powiedział: Mamy wielki kraj, słabo powiązany ze sobą i nie ma funduszy centralnych z powodów owych podatków, o których wspomniałem, żeby zorganizować aparat państwowy, który będzie temu państwu służył. Więc alternatywą staje się system klientarny, w którym to pierwszy minister swoimi ludźmi może załatwić wiele spraw, również państwowych. Pan profesor odwraca kota ogonem. Nie było funduszy centralnych, bo Jagiellonowie zubożyli skarb królewski, wydając pieniądze na swoje dynastyczne interesy oraz umożliwiając magnatom przejmowanie królewszczyzn, z których państwo później nie miało już dochodów. Ten system klientarny nie był alternatywą, tylko konsekwencją świadomego okradania państwa.

Z kolei Wikipedia pisze: Po powrocie do kraju został mianowany sekretarzem króla Zygmunta II Augusta. W ostatnich latach jego panowania uczestniczył w porządkowaniu archiwum koronnego na Wawelu. Przez trzy lata czytał i segregował dokumenty, poznając system polityczny i gospodarczy państwa oraz sposoby tworzenia magnackich majątków. I wtedy zapewne Zamoyski zorientował się, że istotą tego bogacenia jest dożywotnia dzierżawa królewszczyzn, obciążona niewielkim podatkiem i dająca ogromne dochody. Gdy nadeszła odpowiednia chwila, to już wiedział, co robić.

Nie twierdzę, że to Zamoyski wymyślił ten ustrój, on tylko wprowadził go w życie, czym przyczynił się do przyszłego upadku Rzeczypospolitej. Studia w Paryżu, Strasburgu i Padwie były m.in. po to, by go przygotować do tej funkcji. Zapewne tam go nauczono, jak zbudować własne stronnictwo i jak uzależniać od siebie i podporządkowywać sobie ludzi. Tej wiedzy nie było w ówczesnej Polsce, bo chociaż Polska piastowska była państwem europejskim, to jednak peryferyjnym. Tę wiedzę przekazali mu „starsi i mądrzejsi”. W pierwszej połowie XVI wieku Strasburg był stolicą anabaptyzmu i miastem protestanckim. Zamoyski był kalwinem, a kalwinizm jest najbardziej zbliżony do judaizmu. Nie przypadkiem więc chyba odwiedził to miasto.

Początek kariery Zamoyskiego to czas reformacji. Szlachta masowo przechodzi na kalwinizm. Zygmunt I był pierwszym władcą w Europie, który oficjalnie uznał reformację, przyjmując w 1525 roku na rynku krakowskim hołd od Albrechta brandenburskiego, wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego i nadając mu dobra zakonne jako lenno świeckie. Za czasów Zygmunta Augusta, którego sekretarzem zostaje Zamoyski, siły reformacji jeszcze wzrosły. Zygmunt August, jeszcze jako królewicz, propagował reformację, ale później, jako król, zatrudnił Zamoyskiego, który wtedy był już katolikiem. Jeśli można to jakoś sensownie wytłumaczyć, to chyba tylko tym, że oni wszyscy byli członkami tajnych stowarzyszeń.

Po 1989 roku popularne było w Polsce powiedzenie, że pierwszy milion trzeba ukraść, a potem to już można było działać zgodnie z prawem, a nawet zostać filantropem. Podobnie było w przypadku Zamoyskiego. Henryk Walezy, choć krótko był królem, to zdążył nadać mu dwa starostwa, które stały się dla niego trampoliną, odskocznią do dalszej kariery politycznej i finansowej. Opłacało się studiować w Paryżu. Można więc powiedzieć, że Zamoyski uwłaszczył się na państwowym.

Pisze Wikipedia, że Zamoyski był humanistą-mecenasem. Ten humanizm to chyba wyniósł ze studiów w Padwie. Od XIII wieku rozwija się we Włoszech prąd humanizmu, nawiązujący ideologicznie do spuścizny świata starożytnego. Humanizm staje się ruchem propagującym indywidualizm, wolność myślenia w zakresie religijnym, dając tym samym podstawy umysłowe reformacji, a później w XVII i XVIII wieku racjonalizmowi i tzw. religii naturalnej lóż wolnomularskich.

Utarło się przekonanie, że ustrój Rzeczypospolitej, czyli demokracja szlachecka, to anarchia i nierząd. Nic bardziej błędnego. To nie było tak, że jakiś szlachcic mógł zerwać obrady sejmowe, bo krzyknął „veto”. Jeśli tak zrobił, to tylko dlatego, że tak mu kazał jego magnat, od którego był całkowicie zależny. Niechby tylko spróbował inaczej! Ten ustrój był tak zaplanowany, by robił wrażenie chaosu i anarchii, ale nic nie działo się wtedy przypadkiem. Zupełnie tak samo jak obecnie. Dziwi się Leszek Sykulski w jednym ze swoich podkastów, że rząd kupuje czołgi u Amerykanów, Niemców i Koreańczyków, że zamiast inwestować w systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, dokonuje takich bezsensownych zakupów, że takie zachowanie rządu jest chaotyczne i nieracjonalne. Dziwi się też, że Amerykanie powoli wycofują się z roli głównego drażniącego się z Rosją i cedują tę funkcję na Polskę. Nic tu jednak nie dzieje się przypadkiem. Wszystko jest dokładnie zaplanowane, tak jak za czasów Zamoyskiego. Znowu, tym razem III RP, ma być awanturnikiem, nieodpowiedzialnym państwem. Ci, którzy do tego dążą byli na stypendiach w Ameryce i zostali odpowiednio przeszkoleni. Wcześniej, ich poprzednicy, jeździli po instrukcje do Moskwy, a jeszcze wcześniej, tacy jak Zamoyski, jeździli na studia do Europy zachodniej.