Jak powstawał ustrój I RP

W związku z toczącą się na Ukrainie wojną ujawniło się w Polsce wielu entuzjastów I Rzeczypospolitej, jej tradycji, kultury, zwyczajów itp. Dla nich idea jagiellońska to dobry pomysł na uporządkowanie tej części Europy. Mnie ona kojarzy się ze wszystkim, co najgorsze w organizacji państwa i z feudalnym ustrojem społecznym, który trwał niezmiennie do rozbiorów.. Okres panowania dynastii jagiellońskiej, to czas tworzenia fundamentów pod ustrój przyszłej Rzeczypospolitej, czyli demokracji szlacheckiej. Nic więc nie działo się nagle i przypadkowo. Wręcz przeciwnie, wyglądało to na akcję zaplanowaną i konsekwentnie realizowaną. Czy tak rzeczywiście było?

O tym, że Jagiełło ma zostać królem Polski zadecydowali panowie małopolscy, ale konkretnie kto, tego nie wiadomo. W 1385 roku doszło w Krewie do podpisania przez niego następujących warunków: po pierwsze – ochrzci się i przeprowadzi chrzest Litwy, po drugie – przyłączy państwo litewsko-ruskie do Polski, po trzecie – przyłoży się do odzyskania ziem utraconych przez Polskę i po czwarte – odeśle do Polski brańców uprowadzonych w niewolę w wyprawach litewskich. Panowie małopolscy sądzili, że wyniesienie na tron księcia litewskiego położy kres niszczącym napadom Litwinów i przyniesie rozwiązanie konfliktu polsko-litewskiego o Ruś Halicką. Z drugiej strony Jagiełło chętnie zgodził się, bo w ścisłym związku z Polską szukał obrony przed agresją krzyżacką. – To takie oficjalne powody powstania unii polsko-litewskiej.

Całe zło wzięło się od unii personalnej, gdy królem Polski został Litwin. Zaczęły się tarcia i targi pomiędzy królem, szlachtą i możnowładztwem. Polska była monarchią parlamentarną. Jagiełło, za tron dla potomków, nadał szlachcie Statut warcki, który zapoczątkował niewolnictwo chłopów i ograniczał rozwój miast. Szlachta, która przeważała w Wielkopolsce, broniła się przed zdominowaniem przez możnowładztwo Małopolski. Jagiellonowie mieli swoje własne interesy dynastyczne, często sprzeczne z interesami państwa, którym rządzili.

Ostatnio odgrzebałem w swojej bibliotece książkę Ilustrowana Kronika Polaków, wydaną z okazji 1000-lecia Państwa Polskiego w 1967 roku. Tekst napisał Mateusz Siuchniński, a ilustrował Szymon Kobyliński. Kronika ta ukazywała się w 1966 roku w odcinkach na łamach „Expressu Wieczornego”. Jest to książka dla masowego odbiorcy, a więc pisana prostym językiem, co raczej jest zaletą niż wadą. Siłą rzeczy musi też opisywać historię w sposób ogólnikowy, co też jest zaletą, gdy zawiera to, co najistotniejsze. I tak jest w tym wypadku.

Jest rzeczą zrozumiałą, że im bliżej współczesności, tym skala przeinaczeń, niedomówień i fałszów jest coraz większa. Jednak te odleglejsze epoki są, w mojej ocenie, przedstawiane bardziej obiektywnie. W odcinku Oligarchia możnych m.in. napisano:

Po śmierci Władysława Jagiełły (1434) ster władzy w Polsce uchwyciła grupa możnych, której programem politycznym było zdławienie ruchu husyckiego, podporządkowanie Litwy Polsce i osłabienie władzy królewskiej przez pogrzebanie idei monarchii dziedzicznej, a przeforsowanie zasady elekcyjności tronu. Królem formalnie wybrano 10-letniego syna zmarłego króla, Władysława. W czasie jego małoletności władzę sprawowała rada królewska, w której największy wpływ miał biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki i jego brat Jan, marszałek koronny. Faktycznie w rękach tych oligarchów spoczywał zarząd państwem aż do tragicznej śmierci Władysława pod Warną, rychło bowiem, już po dojściu do pełnoletniości, król Władysław odjechał na Węgry, nie bez inspiracji rady królewskiej, przedłużającej w ten sposób okres regencji w Polsce. W 1439 r. siły militarne oligarchii rozprawiły się z ruchem husyckim, zadając pod Grotnikami klęskę wojskom dowodzonym przez przywódcę obozu husyckiego, Spytka z Melsztyna.

xxx

Z kolei Wikipedia pisze:

Początki parlamentu polskiego

Za pierwszych Jagiellonów coraz większą rolę w zarządzaniu państwem odgrywała rada królewska, powoływana przez króla. Zaś od połowy XV wieku znaczną część władzy przejęły ogólnopolskie zjazdy szlachty i dzielnicowe sejmiki. Ostatecznie Rada Królewska za panowania Olbrachta (1492-1501) przekształciła się w Senat, a ogólnopolski zjazd stanu szlacheckiego, złożony z przedstawicieli sejmików, w izbę poselską Sejmu. Poczynając od XV wieku Rzeczpospolita stała się szlachecką monarchią parlamentarną. Za pierwsze posiedzenie dwuizbowego parlamentu polskiego uznaje się sejm z roku 1468 w Piotrkowie. Szlachta, zwłaszcza bogatsza i magnaci, stała się odtąd stanem panującym, skupiając w swych rękach ziemię, przywileje i urzędy. Zgodnie z Sejmem radomskim z 1504 roku administrację państwową stanowili marszałek koronny i nadworny, podskarbi, kanclerz i podkanclerzy oraz starostowie, reprezentujący króla w danej jednostce terytorialnej państwa.

xxx

Przywileje szlacheckie

Przywileje szlacheckie to prawo nadawane przez władców Polski pomiędzy XIII a XVI wiekiem. Pierwsze, nadawane jeszcze przez Piastów, nie miały takiego znaczenia, jak późniejsze. Miały one często charakter lokalny. Pierwszy ważniejszy to przywilej koszycki z 1374 roku nadany przez Ludwika Węgierskiego. Pierwszy Władysława II Jagiełły, to ten z Wilna z 1387 roku. Gwarantował on katolickim bojarom Litwy dziedziczenie posiadanej ziemi i zwolnienie z osobistych świadczeń na rzecz władcy. Ostatnim był ten z 1538 roku nadany przez Zygmunta I Starego. Zakazywał on usuwania szlachty z urzędów przez króla. I tak ukształtowało się prawo, które miało obowiązywać w nowym państwie, które powstało w 1569 roku.

Te najważniejsze to Statut warcki, przywilej jedlneńsko-krakowski, przywilej mielnicki, konstytucja Nihil novi. Wikipedia tak je charakteryzuje:

Statut warcki

Statut warcki – prawo nadane przez Władysława II Jagiełłę w 28 października 1423 roku na sejmie walnym w Warcie.

Statut warcki był kolejnym prawem wpływającym na ówczesną gospodarkę i nadawał prawną podstawę do przejmowania gospodarstw sołtysich i większych kmiecych na zasadzie wykupu po cenie oszacowanej przez szlachcica (feudała), nierzadko w wyniku rugi całkowitej lub częściowej. Był odbiciem nastrojów panujących już za czasów Kazimierza III Wielkiego, kiedy to szlachta pałała niechęcią do bogatych, wolnych dotąd sołtysów i chłopów. Przepis pozwalał na likwidowanie sołectw przez szlachtę na włościach nadanych im przez władców Polski stanowiących władzę centralną. Grunty tak pozyskane włączano do dużych gospodarstw folwarcznych. Funkcjonowanie folwarków szlacheckich oparte było na przymusowej, odrobkowej sile roboczej – tzw. pańszczyźnie dlatego ich wydajność gospodarcza była niższa niż sołectw, pomimo tego folwarki przynosiły duże dochody szlachcie. Statut warcki jednocześnie ograniczał prawo chłopów do opuszczania wsi, co miało zapobiec ich migracji. Zakaz ten nie powstrzymał jednak dużej części zbuntowanych sołtysów i chłopów przed zbieganiem na wschód, gdzie często zasilali szeregi społeczności kozackich.

Statut nakładał na wojewodów obowiązek kontroli miar i wag w miastach oraz ustalanie cen artykułów rzemieślniczych.

Statut warcki był stosowany do XVI wieku a jego przepis dotyczący ustalania cen był powielany w innych statutach – nieszawskim z 1454 roku i piotrkowskim z 1496 roku. Przepisy te obowiązywały do pierwszych rozbiorów.

Inne prawa i konsekwencje wynikające ze statutu:

  • prawo rugowania krnąbrnych sołtysów
  • ograniczał w dalszym stopniu władzę sądową starostów (mieli oni sądzić tylko zbrodnie obejmujące gwałt, rozbój, podpalenie i najście na dom);
  • nadawał większe kompetencje wojewodom w ustalaniu miar i cen w miastach wyrobów rzemieślniczych (tzw. taksy wojewodzińskie), co było ograniczeniem samorządności miejskiej;
  • ograniczenie prawa chłopów do opuszczania wsi;
  • zezwolenie na tworzenie dogodnych podstaw prawnych dla folwarków szlacheckich;
  • ograniczał rozwój miast;
  • wysokie kary za ukrywanie chłopów zbiegłych z majątków szlacheckich.

Przywilej jedlneńsko-krakowski

Przywilej jedlneńsko-krakowski – przywilej szlachecki nadany przez Władysława Jagiełłę w zamian za obietnicę szlachty polskiej, że jego syn Władysław III Warneńczyk zasiądzie na tronie polskim i przedłuży panowanie dynastii Jagiellonów w Polsce.

Treść przywileju została sformułowana w Brześciu Kujawskim w 1425 roku. Nadanie przywileju nastąpiło w Jedlni w 1430 roku, a w 1433 roku w Krakowie nastąpiło jego potwierdzenie.

Przywilej ten gwarantował szlachcie:

  • Nienaruszalność osobistą przez króla i jego urzędników bez prawomocnego wyroku sądowego.
  • Król zobowiązał się, że neminem captivabimus nisi iure victum (nikogo nie uwięzimy bez wyroku sądowego).
  • Ponadto przywilej nadawał szlachcicowi wyłączne prawo do zostania dostojnikiem kościelnym.

Król przyrzekał również zrównanie wszystkich ziem Królestwa łącznie z ziemią ruską według jednego prawa i kodeksu. Był to przełom w traktowaniu prawosławnych poddanych-szlachty (jedynym ograniczeniem był utrzymany, ale tylko do końca życia starego króla – Władysława Jagiełły, obowiązek płacenia przez szlachtę ruską specjalnego podatku w owsie). Zrównanie to nie dotyczyło prawosławnej szlachty na Litwie.

Przywilej mielnicki

Przywilej mielnicki, akt mielnicki – przywilej wydany przez Aleksandra Jagiellończyka w Mielniku dnia 25 października 1501 roku, ograniczający znacznie władzę królewską na rzecz senatu i praktycznie wprowadzający w Polsce republikę oligarchiczno-arystokratyczną z odwoływalnym królem stojącym na czele senatu.

Postanowienia przywileju:

  • Instytucją podejmującą najważniejsze decyzje państwowe został senat. W razie różnicy zdań miała przeważać opinia najwyższych godnością senatorów.
  • Król miał przewodniczyć senatowi i wykonywać jego uchwały. Słabą pozycję władcy podkreślał jego senatorski tytuł princeps senatus, nawiązujący do tradycji rzymskiej.
  • Król utracił swobodne prawo mianowania senatorów. Powoływał, i to za zgodą senatu, tylko na zwolnione miejsca najniższe rangą. Wyższe godności senatorowie mieli obejmować drogą awansu zgodnie z hierarchią urzędów senatorskich po powstaniu wakatu.
  • Starostowie, którzy byli dotychczas odwołalnymi reprezentantami króla w prowincjach, mieli podlegać senatowi poprzez powołane do tego przez senat komisje, nadzorujące działalność starostów.
  • Senatorowie mieli być odpowiedzialni jedynie przed senatem.
  • Przewidziano możliwość wypowiedzenia posłuszeństwa królowi, gdyby ten nie realizował decyzji senatu lub targnął się na jego uprawnienia.

Przywilej mielnicki kształtował praktycznie całkowicie nowy ustrój Polski. System demokracji szlacheckiej nie był jeszcze ugruntowany. Pomimo wzrastającego ciągle znaczenia średniej szlachty, jej instytucje przedstawicielskie były nadal w trakcie tworzenia i krystalizacji uprawnień. Okazało się, że w kluczowych momentach główny wpływ na decyzję ma możnowładztwo, z racji sprawowanych urzędów i znaczenia reprezentującego tę grupę senatu, wywodzącego się z rady królewskiej. Możnowładztwo też zapewniło sobie, wykorzystując negocjacje elekcyjne, ugruntowanie, a właściwie przejęcie pełnej władzy. Przywilej ustanawiał w państwie formę republiki oligarchiczno-arystokratycznej z tytularnym królem jako wykonawcą decyzji senatu, będącym reprezentacją członków oligarchii. Utrzymaniu władzy w jej rękach miało służyć ograniczenie dostępu do senatu poprzez kontrolę królewskich mianowań na najniższe senackie godności i system awansów, całkowicie niezależny od króla.

Pod rządami senatu

Uzyskanie przywileju mielnickiego należy rozpatrywać nie tylko w aspektach ograniczenia władzy królewskiej, ale również jako przejaw walki możnowładztwa o utrzymanie dominacji nad szlachtą, w przywileju nazwaną turbo malorum vel levium (łac. „tłumem (ludzi) niedobrych a lekkomyślnych”). Po wzroście znaczenia szlachty i sejmu walnego jako jej reprezentacji w czasie panowania Kazimierza Jagiellończyka i Jana Olbrachta, możnowładztwo podjęło zdecydowaną próbę pozbawienia szlachty wpływów politycznych. Zbyt daleko idące uprzywilejowanie możnowładczego senatu było jedną z przyczyn krótkotrwałości systemu władzy ustanowionego przywilejem mielnickim. Od początku nowy system wzbudził niezadowolenie szlachty. Odmawiała ona płacenia podatków, nie stawiała się na pospolite ruszenie. Starostowie nie współpracowali z senatem. Zapanowała anarchia w sądownictwie, administracji i skarbie. Na sejmie w 1503 r. senat próbował zjednać sobie szlachtę, zaostrzając ustawodawstwo dotyczące mieszczan i chłopów. W praktyce władza wymknęła się jednak z rąk senatu. Zapanował bezwład decyzyjny. Król przebywał na Litwie, walcząc z Wielkim Księstwem Moskiewskim. Pomimo braku sukcesów wojennych i zawarcia niekorzystnego rozejmu w 1503 r., pozycja Aleksandra po powrocie do Polski była silniejsza niż w 1501 r. Wspierała go zdecydowanie średnia szlachta. Zdołał zbudować silne, oddane mu stronnictwo. Ułatwiła mu to śmierć brata, prymasa kardynała Fryderyka Jagiellończyka i związane z nią możliwości działań personalnych. Arcybiskupem gnieźnieńskim został współpracownik króla, Andrzej Boryszewski, kanclerzem, Jan Łaski, przywódca wielkopolskiej szlachty, opozycyjnej wobec magnatów. Należy wziąć pod uwagę jeszcze jeden aspekt toczącej się walki o władzę. Senat był zdominowany przez panów małopolskich, którzy mieli jednocześnie silną pozycję w tej prowincji. Ostoję ruchu szlacheckiego stanowiła Wielkopolska i rozdźwięk wewnątrz stanu rycerskiego nałożył się na animozje międzydzielnicowe.

Zniesienie przywileju

Na zwołanym w 1504 r. do Piotrkowa sejmie Łaski pokierował atakiem szlachty na możnowładztwo małopolskie. Uderzono w jedno ze źródeł potęgi możnowładców. Dygnitarze piastujący często jednocześnie kilka urzędów osiągali dochody z dóbr ziemskich przywiązanych do tych urzędów. Udało się uchwalić, że urzędy kanclerza i podkanclerzego nie mogą być łączone z innymi najwyższymi, jednocześnie najbardziej dochodowymi, godnościami senatorskimi (incompatibilitas). Nie mniej ważne znaczenie miała uchwała o ograniczeniu możliwości rozdawania i zastawiania dóbr królewskich. Król mógł dokonywać tego od tej pory tylko na sejmie walnym, czyli pod kontrolą szlachty. Na sejmie ustalono również dokładne zakresy działania (kompetencje) marszałków, kanclerzy i podskarbich. Reformy te wzmacniały pozycję szlachty, ale jednocześnie sprzyjały zwiększeniu władzy królewskiej. Szlachta odzyskała osłabione przywilejem mielnickim pozycje. Ostateczne zwycięstwo odniosła na następnym sejmie w Radomiu (1505). Sejm ten, uchwalając konstytucję Nihil novi, przekreślił ostatecznie postanowienia przywileju mielnickiego, uznając go za niebyły.

Nihil novi

Nihil novi (łac. „nic nowego”) – potoczna nazwa konstytucji sejmowej z 1505, poważnie ograniczającej kompetencje prawodawcze monarchy I Rzeczypospolitej. Pełna formuła łacińska brzmiała Nihil novi […] sine communi Consiliorum et Nuntiorum Terresterium consensu” (nic nowego bez zgody Panów Rady i posłów ziemskich).

Konstytucja ta została uchwalona przez sejm radomski 1505 roku w kościele farnym pw. św. Jana Chrzciciela. Jej nazwę (Nihil Novi sine communi consensu, łac. „nic nowego bez zgody ogółu”) potocznie tłumaczy się jako „nic o nas bez nas”. Zakazywała ona królowi wydawania ustaw bez uzyskania zgody szlachty, reprezentowanej przez Senat i izbę poselską; król mógł wydawać samodzielne edykty tylko w sprawach miast królewskich, edukacyjnych, wyznaniowych, Żydów, lenn, chłopów w królewszczyznach i w sprawach górniczych (przykładem późniejszym było rozporządzenie z 2 października 1535 uznające Zwierciadło saskie [spis prawa zwyczajowego z terenu Saksonii – przyp. W.L.] za prawo obowiązujące w sądach miejskich i wiejskich).

Konstytucja Nihil novi unieważniała przywilej mielnicki i w znaczny sposób umacniała pozycję szlacheckiej izby poselskiej. Jej wejście w życie, obok wejścia w życie statutów nieszawskich, często uważa się za początek wprowadzenia demokracji szlacheckiej w Rzeczypospolitej.

xxx

Proces tworzenia nowego prawa, a więc i nowej rzeczywistości gospodarczej trwał prawie 180 lat. W końcu Polska, czyli Korona Królestwa Polskiego, dojrzała do tego, by połączyć ją z Wielkim Księstwem Litewskim. W cytowanej powyżej Ilustrowanej Kronice Polaków w odcinku Możnowładztwo jest przedstawiona zwięzła charakterystyka tworu zwanego Rzeczpospolitą:

Cechą ustroju społeczno-politycznego, jaki ugruntował się w Rzeczypospolitej na przełomie XVI i XVII wieku, było zalegalizowane konstytucjami i powszechnie wykonywane władztwo szlachty nad poddanymi chłopami i częściowo nad mieszczaństwem prywatnych miast, faktyczne władztwo potężnych magnatów nad „klientelą” szlachecką (nad drobną szlachtą żyjącą z dzierżaw, szlachtą zagrodową i gołotą), a nawet szlachtą średnią, siedzącą na paru wioskach w sąsiedztwie skoncentrowanych latyfundiów, czyli magnackich dóbr, i – co najistotniejsze – faktyczna niezależność magnatów od władzy centralnej. Wielu ją wykorzystywało lekceważąc wolę króla, opinię sejmu czy sejmiku, wyrok trybunału, decyzje urzędników, a wszyscy podporządkowywali swoim interesom interes Rzeczypospolitej. Z magnatem liczyli się wszyscy, nawet król; magnatowi mógł się tylko przeciwstawić drugi magnat, a wtedy dochodziło do wojny prywatnej o małym zasięgu albo nawet do wojny domowej obejmującej znaczną połać kraju.

Latyfundia magnackie były rozsiane na terytorium Rzeczypospolitej nierównomiernie. Najmniej było ich na obszarze Polski etnicznej, gdzie przeważała własność średnioszlachecka, a latyfundium magnackie takiego np. Ostroroga Marcina Lwowskiego z linii Dobrogosta, obejmujące 3 miasta i 33 wsie, było małe w stosunku do magnackich państewek ukrainnych. Na obszarze Polski etnicznej, szczególnie w Małopolsce, w pierwszej połowie XVII w. odbywał się jednak proces koncentracji dóbr szlachty zamożnej (posiadaczy powyżej 10 wiosek) kosztem szlachty średniej. Największe latyfundia były na Litwie (Radziwiłłowie), Rusi Czerwonej (Buczaccy-Jazłowieccy, Herburtowie, Krasiccy, Pileccy, Sieniawscy, Zamoyscy) oraz na Wołyniu, Podolu i w Kijowszczyźnie (Wiśniowieccy, Ostrogscy, Zasławscy, Zbarscy, Koniecpolscy, Sanguszkowie, Koreccy). Na Rusi Czerwonej magnaci skupili 25 proc. ogólnej liczby wsi, a na Wołyniu do Ostrogskich i Zasławskich należy bez mała 1/3 powierzchni tej prowincji. Na przełomie XVI i XVII w. potężny magnat kresowy Konstanty Wasyl Ostrogski miał ok. 100 miast i zamków i 1 300 wsi (były to łącznie dobra dziedziczne i królewszczyzny); majątki te przynosiły Ostrogskiemu dochód większy od dochodu państwa: ok. miliona dwustu tysięcy dukatów. W dobrach dziedzicznych i królewszczyznach należących do hetmana Stanisława Koniecpolskiego w samych tylko woj. bracławskim i kijowskim żyło blisko 120 tys. mieszkańców. Magnat, im bogatszy, tym liczniejszą miał klientelę szlachecką. Mógł on zawsze liczyć na głosy swych klientów na sejmikach i na szable w każdej potrzebie.

xxx

Jak o tym pisze Norman Davies w książce Boże igrzysko, to poniżej:

W każdym razie do r. 1569, czyli do momentu utworzenia zjednoczonej Rzeczypospolitej Polski i Litwy, szlachta zapewniła sobie supremację w państwie. (…) Formalnie przywileje szlachty chroniły ją przed politycznymi roszczeniami ze strony króla, a także przed skutkami rozwoju nowoczesnego państwa. Jej względny dobrobyt gwarantowała cała masa szczegółowych przepisów prawnych. Był to zamknięty stan społeczny, który sprawował kontrolę nad własnymi losami, a także nad losami wszystkich pozostałych mieszkańców szlacheckiej Rzeczypospolitej. Obowiązki szlachty jako stanu rycerskiego były minimalne. O jej obowiązkach obywatelskich jako klasy panującej decydowały prywatne inklinacje. Do r. 1569 szlachta zdobyła swoją „złotą wolność”. Dopóki trwała szlachecka Rzeczpospolita, wolność ta trzymała całą szlachtę w niewoli.

Szlachta na Litwie osiągnęła podobne cele, choć podążała ku nim nieco inną drogą. W okresie unii personalnej z Polską – w latach 1386-1569 – Litwini stopniowo przejmowali polskie prawa i obyczaje. Ale ich bardzo specyficzne struktury społeczne pozostawiły po sobie trwały ślad. W odróżnieniu od szlachty polskiej, szlachta litewska pozostawała w ścisłej zależności od swego władcy, wielkiego księcia; ponadto była rozbita na kilka wzajemnie się przenikających warstw. Nie miała żadnej tradycji immunitetów – ani jednostkowych, ani grupowych – i była przyzwyczajona do osobistego składania hołdu w zamian za nadanie ziemi – albo wielkiemu księciu, albo bezpośrednio suwerenowi. Służyli w wojsku bez żadnych ograniczeń, składali dziakło, czyli „daninę w naturze”, oraz świadczyli liczne usługi – od prac przy sianokosach po prace przy naprawie i umacnianiu fortyfikacji. Kilka potężnych rodów stojących u szczytu drabiny społecznej – Ostrogscy, Radziwiłłowie czy Sapiehowie – chlubili się tytułem kniazia, czyli księcia. Najpotężniejsi rządzili całymi prowincjami jako suwerenni władcy, w stylu wielkich panów kresowych Mniejsze rody otrzymywały swe włości jako ziemie lenne nadawane przez wielkiego księcia. U dołu drabiny znajdowały się liczne rzesze szlacheckiej klienteli, której przysługiwał tytuł bojarów, „wojowników”; były wśród nich rodziny bardzo zamożne, ale także służba domowa i drobni najemnicy. Pośrodku znajdowała się grupa panów, którzy cieszyli się szczególnymi przywilejami w zakresie służby wojskowej. Niektórzy z nich – jak na przykład Kieżgajłło – zdobywali pozycje równe książętom. Za panowania wielkiego księcia Witolda (1401-30), który starał się scentralizować państwo litewskie, a nawet doprowadzić do swej koronacji na króla, samowolę potężniejszych rodów szlacheckich stanowczo ukrócono. Tytuły książęce przysługiwały albo dożywotnio, albo też mogły być dziedziczone wyłącznie w linii męskiej. Nowe nadania ograniczano na ogół do uchodźców z Rosji. Jednocześnie upowszechniało się i umacniało zbiorowe pojęcie stanu szlacheckiego. W 1387 r. bojarom przyznano prawo własności majątków rodowych oraz swobodę zawierania małżeństw bez zgody pana. W 1413 r. na mocy unii w Horodle prawo własności rozszerzono na ich ziemie lenne. Bojarów katolickich zaproszono do przystąpienia do polskich rodów herbowych. Od 1434 r. podczas pertraktacji o przywileje polityczne książęta i bojarzy byli traktowani jako jeden stan społeczny; w r. 1447 zadośćuczyniono ich żądaniom o zrównanie prawne ze szlachtą polską.

Mimo to książęta zdołali utrzymać w pewnym stopniu własną supremację. Opanowali proces „adopcji” herbowej, który – w wyraźnym kontraście do jego egalitarystycznej funkcji w Polsce – stał się narzędziem do wprowadzenia dawnego hołdu w nowym przebraniu. Zdobyli władzę zwłaszcza nad szlachtą Rusi, dla której prawosławne wyznanie stało się zdecydowaną przeszkodą. W dziedzinie sądownictwa zachowali niezależność aż do czasu drugiego Statutu litewskiego z r. 1566, na który zgodzili się, podejmując w ten sposób daremną próbę przeciwstawienia się dążeniu bojarów do sfinalizowania nadchodzącej unii konstytucyjnej z Polską. Gdy unia lubelska ostatecznie wprowadziła zasadę równości wobec prawa nie tylko polskiej i litewskiej szlachty, ale także w obrębie samego stanu szlacheckiego na Litwie, rody książęce nie doznały poważniejszego uszczerbku. Natychmiast uplasowały się w pierwszych szeregach magnaterii Rzeczypospolitej: równi w obliczu prawa, ale bynajmniej nie równi pod względem wpływów politycznych, społecznych i gospodarczych.

xxx

Stan wyjściowy na krótko przed unią personalną wyglądał tak, że Polska była państwem europejskim, wprawdzie peryferyjnym, ale europejskim, ze w miarę zrównoważonymi stanami i silną władzą królewską. Natomiast Wielkie Księstwo Litewskie było państwem, w którym potężni książęta rządzili całymi prowincjami. Było więc to państwo bez silnej władzy centralnej. Był to zapewne spadek po rozbiciu dzielnicowym Rusi Kijowskiej. By scalić tak odrębne byty, trzeba było wielu zabiegów. W Polsce trzeba było uprzywilejować jeden stan kosztem chłopstwa i mieszczaństwa, a na Litwie – kosztem rodów książęcych. Cały więc wysiłek poszedł w kierunku stworzenia państwa bez silnej władzy centralnej, czyli ze słabym królem.

W związku z tym rodzi się pytanie: po co była ta unia? Skoro Polska miała uregulowane z Krzyżakami wszelkie sporne kwestie, to nie stanowili oni dla niej zagrożenia. I w jaki sposób nowe państwo, które szykowano, miało obronić się przed wrogami, skoro miało to być państwo bez silnej władzy centralnej, a więc z założenia słabe. Jeden z punktów programu politycznego panów małopolskich to wprowadzenie zasady elekcyjności tronu. Skoro więc świadomie dążono do stworzenia słabego państwa, to znaczy, że cel był zupełnie inny, niż obrona przed zagrożeniem ze strony Krzyżaków czy Moskwy.

W jakim celu połączono państwa o odmiennych wyznaniach? Łączenie katolicyzmu z prawosławiem, to jak łączenie wody z ogniem. Takie państwo z założenia nie może normalnie funkcjonować. Ale jakie pole do kreowania konfliktów i antagonizmów narodowych i religijnych! Skutki tego odczuwamy do dziś.

A może był jakiś ukryty cel? Począwszy od XV wieku trwa właśnie nieustanny napływ Żydów do Polski. Jak bardzo korzystny grunt prawno-materialny stworzyły dla Żydów przywileje udzielone przez władzę potrzebującą pieniędzy – świadczą dane demograficzne: w ciągu trzech kolejnych (XV-XVII) wieków liczba Żydów w Polsce wzrasta pięćdziesięciokrotnie. – Marian Miszalski – Żydowskie lobby polityczne w Polsce.

Jeśli więc dziś ktoś chce łączyć dwa upadłe państwa w jedno upadłe państwo, to jaki ma w tym cel? Przecież nie obrona przed Rosją.

Jerzy Sebastian Lubomirski

Czasem tak zastanawiam się, czy kabała nie jest czymś, co pozwala na ostateczne wyjaśnienie wszelkich tajemnic tego świata. Słowo „kabała” ma wiele znaczeń: 1. wróżenie z kart, z ręki, z liczb, znaków itp.; wróżba. 2. pot. trudne położenie, kłopoty, tarapaty. 3. rel. zbiór doktryn rozwiniętych w judaizmie średniowiecznym, zajmujących się metafizycznymi rozważaniami na temat istoty Boga oraz kwestią powstania świata i stworzeń, uznających hierarchię istot pośrednich między Bogiem a stworzeniem i wędrówkę dusz ku Bogu. 4. tajny, mistyczny wykład Biblii.

Kabaliści wierzyli, że pewne kombinacje liter, słów i liczb biblijnych są wyrazem jakichś nadziemskich idei. Zasady symboliki liczb przejęli m.in. od pitagorejczyków, dla których np. liczna 10 oznaczała doskonałość wszechświata. – To fragment z objaśnień do powieści Jana Potockiego Rękopis znaleziony w Saragossie. A sam Potocki pisze:

„…w hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacją, każde zdanie straszliwą formułą, która, gdy ją kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki.”

Tak mi się to skojarzyło, gdy przeglądałem i zbierałem informacje o Lubomirskim do tego bloga. I dwie daty mnie zastanowiły. Pierwsza, to rok urodzenia – 1616 i druga, to bitwa pod Mątwami – 1666. W tym samym roku miał też miejsce wielki pożar Londynu. Nie tylko sama data bitwy pod Mątwami skłania do refleksji, ale też rzeź, jakiej tam dokonano. Kością niezgody pomiędzy królem Janem Kazimierzem a Lubomirskim było to, że król chciał zreformować ustrój, czyli chciał wzmocnienia władzy królewskiej i elekcji vivente rege, polegającej na tym, że następcę wybiera się jeszcze za życia panującego króla, a Lubomirski bronił interesów szlachty, która była przeciwna wprowadzeniu monarchii absolutnej. Ale chyba wypada zacząć od początku, od wybranych informacji z Wikipedii:

Jerzy Sebastian Lubomirski hrabia na Nowym Wiśniczu i Jarosławiu herbu Szreniawa bez Krzyża (ur. 20 stycznia 1616 w Wiśniczu, zm. 31 stycznia 1667 we Wrocławiu) – hetman polny koronny od 1657 roku, marszałek wielki koronny od 1650 roku, marszałek nadworny koronny w 1650 roku, marszałek sejmu zwyczajnego w Warszawie w 1643 roku, wicemarszałek Trybunału Głównego Koronnego w 1641 i 1645 roku, starosta perejasławski w latach 1660–1667, kazimierski w latach 1656–1667, olsztyński w latach 1654–1667, przemyski w 1652 roku, starosta krakowski w latach 1646–1664, starosta chmielnicki w latach 1645–1665, sądecki w latach 1637–1646, grybowski w latach 1636–1646, lipnicki w latach 1622–1663, dobczycki w latach 1622–1649, starosta niżyński w 1652 roku, pułkownik wojska powiatowego województwa krakowskiego w 1648 i 1652 roku, rotmistrz wojska powiatowego województwa krakowskiego w 1648 roku.

Tłumacz, pisarz polityczny i mówca. Jako jeden z niewielu arystokratów nie złożył hołdu Karolowi Gustawowi. Postać wysoce kontrowersyjna, w 1665 roku wszczął rebelię przeciwko Janowi Kazimierzowi w obronie demokracji szlacheckiej jako przywódca rokoszu.

Edukacja i podróże

Pierwszym nauczycielem Jerzego Sebastiana był dominikanin Jan Charzewski, który udzielał mu lekcji na rodzinnym dworze. W 1626 roku wysłano go do Kolegium Nowodworskiego (św. Anny) przy Akademii Krakowskiej. W 1629 roku wyruszył z bratem Aleksandrem kształcić się za granicę. Pierwszym celem była uczelnia jezuitów w Ingolstadt. Od końca 1631 pobierali nauki na Uniwersytecie w Lowanium w Niderlandach Hiszpańskich. W roku 1633 przebywali na Uniwersytecie w Lejdzie. Później odwiedził Anglię i Francję, gdzie przyjął go na audiencji kardynał Richelieu. Następnie odwiedził Hiszpanię, gdzie z kolei był na audiencji na dworze królewskim. Na końcu odwiedził Włochy. W czasie tych podróży poznawał sztukę fortyfikacyjną, uczył się retoryki, gramatyki, matematyki, języków, a w kontaktach z zagranicznymi możnymi nabierał ogłady towarzyskiej. W 1636 wrócił do kraju.

Obrońca szlachty

Na sejmach i sejmikach często wypowiadał się w duchu przyjaznym szlachcie. Kolejne zwycięstwa wojenne również przysparzały mu popularności. Jerzy Sebastian Lubomirski był bardzo popularny wśród szlachty. W swoich dobrach nadawał specjalne uprawnienia nie tylko wysoko urodzonym, ale również zwykłym poddanym. Był tolerancyjny, starał się demokratyzować życie społeczne i gospodarcze. W 1655, w chwili objęcia Janowa Lubelskiego, nadał uprawnienia sądowe i gospodarcze poddanym Żydom.

Lubomirski był również zdecydowanym przeciwnikiem wojny z Turcją, co dodatkowo przysparzało mu poparcia. Wybór na stanowiska sejmowe świadczy o dużej popularności młodego Lubomirskiego oraz poparciu, jakim darzyła go szlachta.

Konflikt z królem

Na rok 1650 datuje się początek jego konfliktu z królem Janem Kazimierzem. Jerzy Lubomirski w 1650 roku zaatakował Hieronima Radziejowskiego za korupcję. Podobnie sprzeciwiał się królewskiemu i poselskiemu projektowi dewaluacji polskiej monety. Problemu dopełnił osobisty zatarg z Danielem Żytkiewiczem – instygatorem koronnym (odpowiednik współczesnego prokuratora generalnego – przyp. W.L.). Rok później Lubomirski, aby zażegnać powstały spór, zdecydował się na przeproszenie króla oraz zwrot kopalni soli „Kunegunda” w Sierczy. Po raz kolejny książę wykazał się oddaniem dla kraju, rezygnując z prywatnych ambicji obalenia króla, chociaż posiadał środki i możliwości wystarczające ku temu.

Inna teoria głosi, że konflikt wybuchł o rękę wdowy po A. Kazanowskim – zabiegał o nią Lubomirski, a otrzymał ją Hieronim Radziejowski, skąd późniejsza krytyka na forum publicznym. Następnie obraził się znowu na króla, bo nie otrzymał stanowiska kanclerza wielkiego koronnego po zmarłym Jerzym Ossolińskim, ani nawet starostwa po zmarłym.

Negocjacje międzynarodowe

Lubomirski doskonale znał zwyczaje panujące na ościennych dworach. W arkana międzynarodowej polityki został wprowadzony podczas pierwszych podróży zagranicznych. Od 1643 roku negocjował z nuncjuszem papieskim w sprawie wojny przeciwko Turcji, której był przeciwnikiem. Wielokrotnie prowadził rozmowy z chanem tureckim, których celem było odsunięcie od Polski niebezpieczeństwa wojny.

Następnie jako marszałek nadworny negocjował z posłami moskiewskimi. Lubomirski twardo bronił interesów Rzeczypospolitej, co doprowadziło do zatargu. Sytuacja na linii Kraków – Moskwa zaostrzyła się. Lubomirski wyszedł z rozmów zwycięsko, dał się poznać jako twardy negocjator, dzięki czemu opinia publiczna była ponownie po jego stronie.

W 1654 oraz w 1655 roku (jako ambasador) Lubomirski prowadził rokowania z dworem wiedeńskim na polecenie Jana Kazimierza, jednak nie przyniosły one pożądanego efektu. Gdy rozpoczął się potop szwedzki, Lubomirski znajdował się w swoich dobrach na Spiszu. Jako jeden z niewielu polskich arystokratów nie złożył przysięgi na wierność Karolowi X Gustawowi, królowi Szwecji, ale wytrwał jako poddany Jana Kazimierza. Udzielił schronienia królowi na zamku w Lubowli.

Odegrał kluczową rolę podczas wypierania najeźdźców z terenów Polski, jednocześnie od 1657 roku pełniąc rolę głównego negocjatora z obozem wroga. Jego zasługi i poparcie zostały ponownie nagrodzone. Książę został obrany hetmanem polnym podczas zjazdu senatorów na Jasnej Górze, nawet wbrew sugestii króla.

Lubomirski prowadził również prywatną politykę. Jego posłowie byli obecni na wszystkich sąsiednich dworach. Mieli nie tylko prowadzić rozmowy i pertraktacje, ale również pełnili funkcje wywiadowcze, dzięki czemu został ostrzeżony o planowanym zamachu na własne życie. Książę pozostał bardzo aktywny w polityce zagranicznej do końca swojego życia.

Zatarg z królem

W styczniu 1652 w Warszawie podczas zbrojnego zatargu Hieronima Radziejowskiego z Jerzym Bogusławem Słuszką, mającego miejsce pod bokiem króla (co stanowiło sprawę „gardłową”), Lubomirski zaniedbał swe obowiązki marszałkowskie do których należało ochranianie rezydencji królewskiej i niedopuszczanie do zajść.

Na pierwszym z Sejmów odbytych w 1654 razem z Januszem Radziwiłłem, Janem Leszczyńskim i Krzysztofem Opalińskim zawiązał koalicję, mającą charakter antykrólewskiego spisku.

Inna teoria głosiła, że wzrastające wpływy Lubomirskiego przysparzały mu wielu wrogów. W 1663 znowu ujawnił się spór magnata z królem. Lubomirski był przeciwny planom wzmocnienia władzy królewskiej i elekcji vivente rege, ciągle miał też w pamięci stare zatargi z królem. Hetman poparł też i utrzymywał kontakty z wojskową konfederacją „Święconą”. W 1664 roku senatorowie z wpływowych rodzin postanowili zorganizować pokazowy proces Lubomirskiemu. Chociaż szlachta na sejmikach sprzeciwiała się przyjęcia pozwu, Senat zdecydował o zwołaniu sądu nad Lubomirskim. Sąd był stronniczy, nie brał pod uwagę racji oskarżenia, jego jasno określonym zadaniem było skazanie księcia – hetmana. Lubomirski był oficjalnie oskarżony o planowanie obalenia króla, ale odmówiono mu wydania dokumentów procesowych. Większość senatorów przegłosowała skazanie arystokraty na „utratę czci, życia i wszystkich dóbr”. Nie pomogły nawet próby zerwania sejmu, podczas którego odbywał się sąd. Wyrok wydano 29 grudnia 1664: za podburzanie szlachty przeciw królowi, próbę przejęcia władzy, zdradę stanu, przekupstwa został skazany na karę śmierci, konfiskatę dóbr i utratę czci. Szlachta oskarżała go także o złamanie równości szlacheckiej, bo od 1653 tytułował się księciem Rzeszy.

Lubomirski zdecydował się na wyjazd z kraju. Na terenie Polski jego agenci i stronnicy ciągle podburzali szlachtę i zabiegali o poparcie dla niego. Na wygnaniu ciągle podburzał szlachtę inspirując zerwanie sejmu w 1665 oraz pozyskiwał popleczników. Lubomirski schroniwszy się na cesarskim Śląsku nawiązał porozumienie z cesarzem, Wielkim Elektorem oraz Szwecją i wydał manifest, w którym wystąpił jako obrońca wolności szlacheckich przed absolutyzmem dworu, tym samym zawiązano rokosz, który przeszedł do historii jako Rokosz Lubomirskiego.

Rokosz Lubomirskiego

29 V 1665 zawiązała się na Ukrainie konfederacja pod marszałkiem Ostrzyckim. Z częścią tych konfederatów połączył się Lubomirski pod Lwowem, po wkroczeniu do kraju ze swoimi oddziałami. Więcej wojska posiadał Jan Kazimierz, za to wojsko hetmana składało się prawie wyłącznie z jazdy i dragonii. We wrześniu, w bitwie pod Częstochową wygrali rokoszanie. 9 listopada 1665 następuje chwilowe porozumienie (ugoda polczyńska) między królem a Lubomirskim, który wyjeżdża na Śląsk. W 1666 zebrał się sejm, mający wyjaśnić i zakończyć sprawę niepokornego hetmana, ale nie doszło do porozumienia stronnictw i sejm został zerwany przez stronnictwo Lubomirskiego. Hetman wrócił do kraju i 12 i 13 lipca stoczono wygraną przez rokoszan bitwę pod Mątwami. Wojska króla w sile ok. 20 tysięcy i 30 dział zostały pokonane przez ok. 16 tysięcy rokoszan, którzy ponieśli minimalne straty – ok. 200 osób (wojska króla straciły prawie 4 tys. żołnierzy).

Po przegranej przez Jana Kazimierza bitwie rokoszanie Lubomirskiego na oczach bezradnie patrzących z drugiego brzegu Noteci towarzyszy wymordowali dragonów, którzy poddali się zwycięzcom. A przecież poddawali się oni nie jakimś dzikusom, lecz towarzyszom, z którymi podczas sejmików niejeden garniec miodu wypili i niejedną noc na dysputach spędzili. W bitwie tej wymordowano kwiat polskiego rycerstwa, zahartowanych w bojach wiśniowiecczyków, wiarusów Czarnieckiego, żołnierzy zahartowanych w bitwach w Polsce, w Danii i na Ukrainie. W sumie trzy tysiące osiemset siedemdziesięciu trzech mężów, z czego w samej walce życie straciło tylko około trzystu. W liście do Marysieńki Sobieski napisał po bitwie „Nie tylko tatarowie, kozacy nigdy takiego nie czynili tyraństwa, ale we wszystkich historiach o takim od najgrubszych narodów nikt nie czytał okrucieństwie. Jednego nie najdują ciała, żeby czterdziestu nie miał mieć w sobie razów, bo i po śmierci się nad ciałami pastwili…

Po bitwie dochodzi 31 VII 1666 do porozumienia między stronami, zawarto tzw. ugodę łęgonicką, po której król zrezygnował z planów wprowadzenia elekcji vivente rege. Jerzy Sebastian Lubomirski przywrócony do czci, lecz nie do urzędów, miał przeprosić władcę i udać się na wygnanie, gdzie zmarł. Został zrehabilitowany w 1669 na sejmie elekcyjnym Michała Korybuta Wiśniowieckiego.

Ochrona Żydów i mieszczan

Jerzy Sebastian Lubomirski był osobą tolerancyjną, w stosunku do pojęć epoki, w której przyszło mu żyć i działać. Przykładem jest objęcie w posiadanie Janowca w 1654 roku. Już 16 lipca 1655 roku książę potwierdził prawa mieszczan i kleru katolickiego, wydając stosowny przywilej datowany. Jednocześnie rozszerzył prawa Żydów, zezwalając im na zakup i budowę domów pod warunkiem płacenia podatków. Nadał im również uprawnienia sądowe.

Rezydencje i dobra prywatne

Centrum dóbr księcia Jerzego Sebastiana Lubomirskiego był Łańcut odkupiony od Stadnickich i ufortyfikowany przez ojca Jerzego. Dobra obejmowały „miasto Łańcut, starą fortecę z czasów Pileckich, wsie Głuchów, Soninę, Krzemienicę, Czarną, Kołki, Żołynię, Dąbrówkę Rudną i Wolę Świętosławską”. Dobra łańcuckie i przeworskie książę otrzymał od ojca podczas podziału dóbr rodowych w 1642 roku. Starostwo Spiskie było zastawem królewskim, w którym funkcje zarządzające sprawowali starostowie, fakt pozostawania powyższego polskiego centrum administracyjnego w granicach Królestwa Węgier oraz przylegania terytorialnie do granic Królestwa Polskiego pozwalał na wygodne i bezpieczne sterowanie oporem w stosunku do najeźdźcy szwedzkiego. Zamek w Lubowli, z pozostałymi obszarami starostwa pozostał jedynym miejscem, w którym funkcjonowała polska władza, administracja królewska podczas potopu szwedzkiego.

Pomimo zajmowania się na co dzień dyplomacją oraz dowodzeniem armią, Lubomirski dbał o własne dobra. Stanowiły one zaplecze finansowe do prowadzonej przez niego polityki. Dostarczały również rekrutów do prywatnej, dużej armii na skalę europejską. Majątki zarządzane były przez wyznaczone osoby. Wzorem zarządzania był dwór królewski, z którego czerpano przykłady.

xxx

Leszek Szymowski w Rzeczypospolitej w artykule Jerzy Lubomirski: Najlepszy wróg króla (https://www.rp.pl/historia/art1422781-jerzy-lubomirski-najlepszy-wrog-krola) m.in. pisze:

Rzeź polsko-polska

11 lipca 1666 r. przeciwnicy spotkali się pod Mątwami na Kujawach. Król dysponował 20 tys. nieregularnego wojska i 30 działami; Lubomirski miał 16 tys. żołnierzy i 15 dział. Obie armie rozdzielała Noteć, jej bagna i szerokie rozlewiska. Jan Kazimierz (któremu pomagali hetman koronny Jan Sobieski i hetman litewski Michał Pac) nakazał sforsowanie rzeki i atak na pozycje przeciwnika. Najpierw przez wodę zaczęła się przeprawiać lekka jazda litewska, potem muszkieterzy i piechota. Lubomirski zaczekał, aż połowa królewskiej armii znajdzie się na drugim brzegu rzeki. Wówczas nakazał szarżę. Żołnierze króla nie wytrzymali uderzenia, rozpierzchli się i w popłochu zaczęli zawracać w stronę brodu. Sobieski próbował ratować sytuację, rzucając się do szarży na czele dwóch chorągwi jazdy, ale został rozbity i musiał uciekać przez przeprawę. Ostatecznie król zarządził odwrót, a dowódcy jego wojsk poddawali swoje oddziały. Lubomirski dał im słowo (parol), że kto się podda i złoży broń, zostanie zwolniony. Żołnierze chętnie się na to zgodzili. Walczyli wszak nie przeciwko najeźdźcom, lecz swoim rodakom, z którymi dzielili trudy w poprzednich wojnach. A jednak parol okazał się pułapką. Gdy żołnierze królewscy złożyli broń, rokoszanie rozpoczęli rzeź. Z rozkazu marszałka (Lubomirskiego – przyp. W.L.) bezbronnych wycięto w pień. Jan Sobieski, świadek tej zbrodni, pisał następnego dnia do Marysieńki: „Z tej okazji najwięcej zginęło ludzi, że skoro na błota uszli, wywoływali ich, dając im quartier i parol, a potem, zawiódłszy na górę, nie ścinali, ale rąbali na sztuki. Nie tylko Tatarowie, Kozacy nigdy takiego nie czynili tyraństwa, ale we wszystkich historiach o takim od najgrubszych narodów nikt nie czytał okrucieństwie. Jednego nie najdują ciała, żeby czterdziestu nie miał mieć w sobie razów, bo i po śmierci nad ciałami się pastwili”.

Historycy obliczyli, że w rzezi po bitwie wymordowano ponad 3700 królewskich żołnierzy. Co gorsza, z rąk buntowników zginęli weterani wojen z Kozakami, Węgrami, Szwedami i Rosjanami. Atakowana przez sąsiadów Rzeczpospolita bardzo potrzebowała doświadczonych żołnierzy. Ich brak mocno dał się we znaki podczas wojny z Turcją, która wybuchła kilka lat później.

Masowy mord na bezbronnych żołnierzach wstrząsnął szlachtą. Nawet ci, którzy popierali Lubomirskiego i jego walkę o zachowanie wolności szlacheckich, nie mogli po tej zbrodni walczyć u jego boku. Sam marszałek też nie chciał wojny. 31 lipca, gdy obie armie spotkały się znowu pod Łęgonicami na Mazowszu, doszło do zawarcia ugody. Na pamiątkę tego wydarzenia na Górze Zgody wznoszącej się nad miasteczkiem postawiono kościół, który stoi do dziś. Jan Kazimierz zrezygnował z planów elekcji vivente rege, a Lubomirski został przywrócony do czci i majętności, ale stracił urzędy i został skazany na banicję. Wyjechał na Śląsk, a ostatnie lata życia poświęcił literaturze. Napisał „Jawnej niewinności manifest”, w którym przedstawił swoje racje w sporze z królem. Zmarł 31 stycznia 1667 r. we Wrocławiu. Gdyby nie rokosz i wystąpienie przeciwko królowi, a zwłaszcza bezprecedensowa zbrodnia po bitwie pod Mątwami, byłby dziś zaliczany do największych bohaterów Polski. Tymczasem położył kamień na drodze upadku Rzeczypospolitej, który nastąpił 100 lat po jego śmierci.

xxx

Po lekturze tego powyższego fragmentu nasuwa się pytanie: Po co była ta rzeź, skoro przeciwnik poddał się bez walki? I skąd takie okrucieństwo? Co kierowało Lubomirskim, bo to on wydał taki rozkaz? Niestety ten wątek jest pomijany. Może więc jakieś wyjaśnienie znajdzie się w artykule Lubomirscy – długie trwanie rodu herbu Szreniawa (https://www.wilanow-palac.pl/lubomirscy.html) zamieszczonym na stronie Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie. Poniżej jego większy fragment:

Fortuna Lubomirskich herbu Szreniawa opierała się na dobrach ziemskich i kopalniach soli. Jej twórcą był Sebastian (ok. 1546–1613). Zaczynał jako właściciel czterech całych wsi i części w dwóch kolejnych. Król Stefan Batory mianował go żupnikiem krakowskim, czyli zarządcą żup solnych. Sebastian jako jedyny skorzystał z konstytucji sejmowej z 1576 r. umożliwiającej właścicielom ziemskim swobodną eksploatację kopalin w swych włościach (dotychczas należało to do regaliów, czyli wyłącznych prerogatyw królewskich), a następnie wybudował w swych dobrach w pobliżu Wieliczki prywatne kopalnie soli, zwłaszcza słynny szyb Kunegunda we wsi Siercza. Wzrastające dzięki temu dochody lokował w kolejno kupowanych dobrach ziemskich. Udzielał też wysoko oprocentowanych pożyczek szlachcie i magnatom pod zastaw ziemi, a gdy nie były spłacane, zastawione włości przechodziły na jego własność. Dzięki tym operacjom finansowym zgromadził ziemie obejmujące ponad 80 wsi (głównie w województwie krakowskim) z centralną rezydencją na zamku w Wiśniczu. Sebastian Lubomirski dzierżył także kilka dochodowych królewszczyzn, z bardzo intratnym starostwem spiskim (obecnie: Słowacja) na czele.

Tak znaczny awans majątkowy sprzyjał karierze politycznej: Sebastian, jako pierwszy z Lubomirskich, zasiadł w senacie Rzeczypospolitej Obojga Narodów jako kasztelan wojnicki. Potęgę rodu umacniał syn Sebastiana Stanisław (1583–1649), wojewoda ruski, a potem krakowski. Nabył on od Stadnickich rozległe dobra łańcuckie, a małżeństwo z Zofią z Ostrogskich, najbardziej posażną panną w kraju, pomnożyło jego dobra o dziesiątki wsi na Wołyniu i Kijowszczyźnie. Pod koniec życia był właścicielem około 300 wsi i kilkunastu miast. Cesarz Ferdynand III Habsburg nadał mu dziedziczny tytuł księcia Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Był również hojnym mecenasem: przebudował zamki w Wiśniczu i Lubowli na Spiszu, fundował kościoły, klasztory i kolegium pijarów w Podolińcu. Dokonany przez Stanisława podział majątku pomiędzy synów spowodował wyodrębnienie kilku linii rodu, m.in. w Wiśniczu, Rzeszowie, Łańcucie itd.

Jednym z synów Stanisława był wspomniany na wstępie Jerzy Sebastian (1616–1667), marszałek wielki koronny i hetman polny. Po potopie sprzeciwił się planom królowej Ludwiki Marii i Jana Kazimierza zmierzającym do reform ustrojowych (m.in. elekcji nowego króla jeszcze za życia poprzednika) i wzniecił rokosz antykrólewski. Nie zaszkodziło to rodowi Lubomirskich, który utrzymał i umocnił swą pozycję majątkową oraz polityczną wśród magnaterii polskiej i litewskiej. Świadczy o tym m.in. fakt, że na przełomie XVII i XVIII w. Józef Karol Lubomirski (1638–1702), marszałek wielki koronny, był właścicielem latyfundium obejmującego około tysiąca wsi położonych w większości na Wołyniu i Ukrainie.

Jeden z członków rodu Zdzisław był podczas I wojny światowej członkiem Rady Regencyjnej, która w listopadzie 1918 r. przekazała władzę Józefowi Piłsudskiemu jako naczelnikowi odradzającego się państwa polskiego. Ród Lubomirskich przetrwał do naszych czasów.

xxx

Z kolei w innym artykule na stronie Muzeum Lubomirski Jerzy Sebastian (1616-1667) można przeczytać:  „W l.1661-2 Lubomirski pertraktował z dworem o cenę swego poparcia dla planów elekcji vivente rege, z drugiej zaś strony podburzał szlachtę i wojsko przeciw tym koncepcjom pary królewskiej.” O co więc chodziło Lubomirskiemu?

Odebrał on staranne wykształcenie na Zachodzie, spotykał się tam z najwyższymi dostojnikami w wielu państwach. Zapewne też nawiązał wiele nieformalnych znajomości z osobami, które być może należały do tajnych związków. I być może to właśnie ich interesy reprezentował. Być może właśnie dlatego stał się gorliwym obrońcą interesów szlachty oraz Żydów.

Trudno tak naprawdę zrozumieć, o co chodziło w konflikcie Lubomirskiego z królem. Raz się z nim kłócił, później godził, następie znowu kłócił, ponownie godził, a na koniec zostaje zrehabilitowany. W sedno chyba trafił Leszek Szymowski, który nazwał go najlepszym wrogiem króla. Na koniec stwierdza on, że Lubomirski podłożył kamień na drodze upadku Rzeczypospolitej, który nastąpił 100 lat po jego śmierci. Ale nie precyzuje, o co tak naprawdę chodziło. Napisał tylko, że zabrakło wielu doświadczonych żołnierzy podczas wojny z Turcją.

Tak, jak fortuna Zamoyskiego zaczyna się od nadania mu dwóch starostw przez Henryka Walezego, tak fortuna rodu Lubomirskich zaczyna się od mianowania przez Batorego zarządcą żup solnych Sebastiana Lubomirskiego, który jako jedyny skorzystał z konstytucji sejmowej z 1576 roku, umożliwiającej właścicielom ziemskim swobodną eksploatację kopalin w swych włościach. Do tego momentu wszelkie złoża mineralne należały do króla, czyli do państwa. A więc dwaj potężni magnaci zawdzięczają swoje fortuny obcym królom. To, że później Sebastian udzielał wysoko oprocentowanych pożyczek szlachcie i magnatom pod zastaw ziemi, nie pozostawia już najmniejszych wątpliwości, do jakiej nacji należał ród Lubomirskich.

Po co więc była ta cała hucpa, te kłótnie z królem, ten rokosz? Władysław Konopczyński w swojej książce Dzieje Polski nowożytnej pisze o tym rokoszu tak:

Pierzchły teraz ostatnie skrupuły. Lubomirski, jakby na dowód, że go słusznie potępiono, intrygował w Berlinie, Wiedniu, Sztokholmie, werbował wojsko zaciężne za pieniądze cesarza i książąt Rzeszy, przymawiał o zasiłki moskiewskie, wołał na pomoc Tatarów i Kozaków, odradzał carowi zawarcie pokoju z Rzecząpospolitą, zamawiał dla syna dwa miasta na Ukrainie… Rozesłani agitatorzy roznosili jego jątrzący, zręczny manifest po wojsku i sejmikach. Nawzajem dwór knuł zamach skrytobójczy na upadłego ministra, rozdał po nim wakanse, zajechał mu dobra, a Ludwika Maria w obłędnym zacietrzewieniu wyciągała ręce do Wersalu po dalszą pomoc, upewniając, że „to królestwo wystawione jest na sprzedaż”.

Pierwszy rok wojny domowej upłynął na ciągłej gonitwie wojsk królewskich, prowadzonych po części według rad Sobieskiego, za doskonałym kawalerzystą Lubomirskim. Rokoszanin wiedział, że zyskując czas, zyskuje zarazem na popularności, więc zamiast spieszyć do rozlewu krwi, wymijał przeciwnika, biegł do Wielkopolski popierać konfederację, którą tam przygotowali Jan Leszczyński i [Krzysztof] Grzymułtowski. Z drogi słał Ludwice Marii nowe oświadczenia wierności i obietnicę poparcia dla Kondeuszów, co jednak nie przeszkodziło jego podkomendnym [Aleksandrowi] Polanowskiemu, [Stefanowi] Piaseczyńskiemu i Borkowi pobić pod Częstochową przy nadarzonej okazji 4 września Połubińskiego i Paców, przybyłych z Litwy na pomoc królowi. Połączenie z Wielkopolanami pozwoliło Lubomirskiemu wstrzymać ruch Jana Kazimierza w kierunku Torunia. Pod Palczynem 6 listopada biskupi [Andrzej] Trzebicki i [Tomasz] Leżeński wyjednali rozejm. Jedna strona obiecała amnestię, druga – odjazd za granicę, zaś najważniejsze kwestie polityczne odłożono na sejm.

Byłaż ta ugoda szczerą? Czy podyktował ją wzgląd na zagrożone interesy zewnętrzne państwa? Bynajmniej. Chodziło tylko o lepsze przygotowanie sił do decydującej rozprawy. Nad podtrzymaniem zarzewia w Polsce czuwały Austria i Brandenburgia, szczególnie ta ostatnia, wówczas zajęta planem przeciwstawienia Kondeuszowi kandydatury księcia Filipa Wilhelma neuburskiego. Rokoszanin odsłonił swoją mściwą wolę podczas sejmu wiosennego r. 1666 (17 marca-4 maja). Podczas obrad nad amnestią wygłosił protest agent jego, [Adrian] Miaskowski. I tak być musiało nadal bez końca, każdy sejm był skazany na zwichnięcie, póki duch opozycji miał ostoję w niepokonanym ex-marszałku.

Z chwilą powrotu Lubomirskiego do Wielkopolski (19 czerwca) widać już było, że użył on zwłoki lepiej niż dwór: wystawił bowiem 12 000 zdeterminowanych rębaczy naprzeciwko 20 000 wojska królewskiego. Lepszą artylerią rozporządzał dwór, ale lepszego wodza i więcej wiary w słuszność bronionej sprawy mieli niestety malkontenci. Przekonano się o tym w strasznym dniu 13 lica, kiedy to na przeprawie przez Noteć pod Mątwami (obecnie dzielnica Inowrocławia – przyp. W.L.) najlepsze półki dworskie ze szkoły Czarnieckiego padły wśród ogólnej klęski pod ciosami rozwścieczonych rokoszan. Naliczono 3873 trupy. Żal i przerażenie owładnęło uczestnikami bratobójczej walki, a zwycięzca Lubomirski spostrzegł dopiero teraz całą jałowość krwawego tryumfu. Wojsko królewskie gotowe było do dalszej walki, gdyby tylko wiedziano, o co ma walczyć. Stanęła tedy 31 lipca nowa ugoda w Łęgonicach, tym razem ostateczna. Król skwitował z planu elekcji vivente rege, przyrzekł żołd i amnestię zbuntowanemu wojsku. A rokoszanin, opuszczony od obcych protektorów, nie poparty przez swych stronników w prywatnych żądaniach, przeprosił króla z płaczem w obozie pod Jaroszynem (8 sierpnia) i odjechał za granicę na zawsze. Przed śmiercią (31 stycznia 1667) zdążył sprzedać dyplomatom francuskim swoje poparcie na przyszłej elekcji za pewne zyski i zaszczyty, pod jednym warunkiem zasadniczym, że król uprzednio złoży koronę. Trudno o jaskrawszy dowód, że przelał krew bratnią nie w imię żadnej wyższej idei, a tylko przez pychę i zajadłość.

xxx

Z tego cytatu też niewiele wynika, ale pisze Konopczyński: „Rokoszanin wiedział, że zyskując czas, zyskuje zarazem na popularności, więc zamiast spieszyć do rozlewu krwi, wymijał przeciwnika…” Po co mu był potrzebny ten czas? Dalej pisze:

„Pod Palczynem 6 listopada biskupi [Andrzej] Trzebicki i [Tomasz] Leżeński wyjednali rozejm. Jedna strona obiecała amnestię, druga – odjazd za granicę, zaś najważniejsze kwestie polityczne odłożono na sejm. Byłaż ta ugoda szczerą? Czy podyktował ją wzgląd na zagrożone interesy zewnętrzne państwa? Bynajmniej. Chodziło tylko o lepsze przygotowanie sił do decydującej rozprawy.”

A może właśnie w tym wszystkim chodziło o to, by do decydującej bitwy doszło w 1666 roku. Jakoś tak dziwnie po tej bitwie od razu dochodzi do ugody w momencie, gdy wojsko królewskie jest gotowe do dalszej walki. Król rezygnuje z planu elekcji vivente rege, przy którym tak się upierał, a główny winowajca wyjeżdża sobie za granicę. Czy to nie była jakaś ustawka? Jan Kazimierz udaje, że chce wzmocnienia władzy królewskiej, a magnat udaje, że jest przeciw. Konopczyński stwierdza na koniec, że to wszystko z powodu pychy i zajadłości Lubomirskiego. A inni historycy też twierdzą, że to wszystko z powodu urażonej dumy. Takie to wybielanie wyjątkowej kanalii albo odwracanie uwagi od prawdziwej przyczyny.

Wszyscy ci historycy trąbią w jedną trąbkę. Inaczej to przedstawia Norman Davies, w swojej książce Boże igrzysko. Wspomniałem już wcześniej, że korzystał on z prac polskich historyków i z dokumentów z polskich archiwów. Poniżej fragment (wytłuszczenia W.L.). Pisze on:

Lubomirski był jedną z najpopularniejszych postaci swego czasu. Wyróżnił się w wojnach ze Szwecją i Moskwą, a kampania, jaką podjął w celu przeciwstawienia się planowanej przez króla elekcji vivente rege, w pełni odzwierciedla uczucia ogółu szlachty. Ale na sejmie w r. 1664, na podstawie przedłożonego świadectwa dowodzącego jego układów z Habsburgami w Wiedniu, został przez swych towarzyszy oskarżony o zdradę i skazany na konfiskatę mienia i banicję. W następstwie tego wydarzenia jego zwolennicy znaleźli się w upokarzającej sytuacji: zapewniali o legalności działań sejmu, jednocześnie broniąc sprawy skazanego kryminalisty. Mimo to licznie przeszli pod jego sztandary. Podczas sesji sejmu w latach 1665 i 1666 kilkakrotnie przerywali obrady, aż wreszcie wycofali się, aby zawiązać konfederację. W r. 1666 starli się z wojskami królewskimi w kilku zbrojnych potyczkach: potem, 13 lipca nad brzegiem jeziora Gopło (Noteć w górnym biegu przepływa przez Gopło – przyp. W.L.) odnieśli decydujące zwycięstwo.

Około dwóch tysięcy szlachty zginęło tego dnia bez żadnego wyraźnego celu. Lubomirski zburzył autorytet króla, nie dając nic w zamian. Po zawarciu ugody w Łęgonicach sam udał się na wygnanie na austriacki Śląsk. Król postanowił abdykować. Podstawowe zagadnienia konstytucjonalne pozostały nie rozwiązane. Co gorsza, wewnętrzne rozbicie Rzeczypospolitej przyspieszyło wzrost zagrożenia z zewnątrz. Szykując się do walki z Lubomirskim na zachodzie, wojska królewskie porzuciły zadanie obrony przed Rosjanami wschodnich granic na Ukrainie. Lubomirski, opętany strachem przed potencjalną groźbą realizacji królewskich planów dotyczących elekcji, udaremniał jakąkolwiek skuteczną próbę obrony przed rzeczywistym zagrożeniem inwazją wojskową ze strony Moskwy. W styczniu 1667 r., w obliczu dalszej ofensywy Rosji na bezbronne tereny kraju, król zmuszony był podpisać rozejm w Andruszowie. Cesję Smoleńska, Czernihowa, Kijowa i lewobrzeżnej Ukrainy uważano w tym czasie za manewr taktyczny – tymczasowe wycofanie się wojsk, podyktowane koniecznością ich użycia w wojnie domowej. Panowało przekonanie, że sytuację da się odwrócić. Tak jednak nie stało się. Oddanych terytoriów nigdy nie odzyskano; przeciwnie – miały one zapewnić Moskwie przewagę sił, która dawała się odczuć we wszystkich późniejszych konfrontacjach. Moskwa otrzymała największą nagrodę, która umożliwiła Rosji przekształcenie się w wielkie imperium. Jerzy Lubomirski, trybun polskiej szlachty, był za to odpowiedzialny w równym stopniu co Bohdan Chmielnicki, buntowniczy ataman naddnieprzańskich Kozaków.

xxx

Tak więc Lubomirski zostaje oskarżony o zdradę, a jego zwolennicy „znaleźli się w upokarzającej sytuacji: zapewniali o legalności działań sejmu, jednocześnie broniąc sprawy skazanego kryminalisty”. Tak właśnie działał ten system klientarny, który stworzył Jan Zamoyski. W obliczu konfliktu z Moskwą postępowanie Lubomirskiego to zdrada stanu i za to powinien zostać skazany na śmierć, podobnie jak ci wszyscy, którzy go poparli, ale tak się nie stało. Głównemu sprawcy pozwolono wyjechać za granicę, a resztę objęto amnestią. Tak mogło się dziać tylko w państwie Zulu-Gula, zwanym Rzeczpospolitą.

Na koniec jeszcze fragment z portalu HISTMAG z artykułu Pospolite ruszenie walczy z królem. Bitwa pod Mątwami (https://histmag.org/Pospolite-ruszenie-walczy-z-krolem.-Bitwa-pod-Matwami-17138).

Rzeź dragonów

Wszystko to trwało chwilę – kwadrans lub mniej. Potem nastąpiła rzeź pozostawionych bez dowództwa dragonów. Nienawidząca „Niemców” szlachta prawdopodobnie znęcała się jeszcze nad trupami, które miały według relacji zazwyczaj sześć lub siedem cięć. Można to tłumaczyć atakowaniem jednego dragona przez kilku pospolitaków naraz, lecz nie da się w ten sposób wyjaśnić pozostawionych ciał z 30-40 ranami.

Straty po stronie królewskiej szacuje się na od trzech do pięciu tysięcy, z czego większość stanowili wybici niemalże do końca dragoni. Szlachtę autoramentu narodowego uratowało to, że w panującym chaosie rokoszanie nie mogli ich odróżnić od swoich, mimo że stronnicy Lubomirskiego mieli rękę przewiązaną białą chustą.

Strona królewska przegrała przede wszystkim z powodu złego przygotowania, które zaowocowało chaosem i w efekcie skończyło się rzezią. Innym jeszcze czynnikiem jest brak inicjatywy ze strony dowodzących, czego przykładem jest bezradność hetmana litewskiego Paca, a zupełnym przeciwieństwem działania Zarudnego i Borka po stronie rokoszan. Mimo skali porażki nie wpłynęła ona na dalsze losy wojny, ponieważ żadna ze stron nie była w stanie definitywnie pokonać drugiej. Ostatecznie konflikt zakończył układ w Łęgonicach z 31 lipca tego samego roku.

Obłudne przeprosiny

Zgodnie z postanowieniami traktatu rokoszanie zostali objęci amnestią, która oczywiście ominęła prowodyra wojny domowej. Jerzy Sebastian Lubomirski miał uroczyście przeprosić króla, co miało miejsce ponad tydzień później. Ucałowawszy dłoń monarchy rokoszanin dał popis obłudy i stwierdził między innymi, że od zawsze szanował prawo, kochał ojczyznę i był wierny królowi. Następnie hetman udał się na wygnanie. Znowu trafił na Śląsk, skąd prowadził własną politykę w sprawie korony polskiej. Działalność tę przerwała mu śmierć, która dopadła go równo pół roku po ucałowaniu królewskiej ręki.

Niewiele później, w roku 1668 abdykował Jan Kazimierz. Ostatnie cztery lata życia spędził w swoich dobrach w Żywcu, a później we Francji (dostał w zarząd dochodowe opactwo Sain-Geramain des-Prés – przyp. W.L.). Zszedłszy z tronu żywił jeszcze żarliwszą niechęć do Polaków. Jednak czy biorąc pod uwagę doświadczenia dwudziestoletniego panowania można się dziwić tej opinii?

xxx

Z tego fragmentu można dowiedzieć się, że byli jacyś „Niemcy”, czyli wojska najemne. A skoro tak, to nie była to do końca wojna polsko-polska. Z kolei Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) pisze:

„13 VII 1666 pod Mątwami rozegrała się krwawa bitwa między oddziałami rokoszan dowodzonymi rzez J.S. Lubomirskiego i wojskami króla Jana Kazimierza, zakończona pogromem oddziałów koronnych; wyginęła w niej większość czarniecczyków.”

Czy miało to jakiś związek z tym, że na sześć tygodni przed śmiercią, 2 stycznia 1665 roku, Czarniecki przyjął buławę polną koronną, odebraną Lubomirskiemu? Był on też cenionym doradcą Jana Kazimierza. A może to, że jego rodzice byli kalwinami i on też, do czasu, gdy zaczął pobierać nauki u jezuitów. Wtedy przeszedł na katolicyzm. Czyż to nie jest jakiś chichot historii, że jedyne nazwisko wymienione w polskim hymnie narodowym, hymnie tego niby katolickiego państwa, to nazwisko, do pewnego momentu, kalwina?

W tych wszystkich cytowanych przeze mnie źródłach nie ma informacji, która znajduje się w Wikipedii, ale pod hasłem: Jan Kazimierz. Pisze ona:

Równocześnie w kraju rozgorzały spory, a od 1663 roku gorąca wojna domowa o elekcję po Janie II Kazimierzu Wazie, który zapowiedział swą abdykację. Bardzo czynne było stronnictwo francuskie królowej Ludwiki Marii Gonzagi finansowane przez króla Francji Ludwika XIV i preferujące francuskiego kandydata na tron polski. Nieopłacane wojska zawiązały konfederację wojskową, popieraną przez hetmana Lubomirskiego. W 1664 Jan Kazimierz oskarżył Lubomirskiego o zdradę przed sądem sejmowym. Po wyroku skazującym go na banicję Lubomirski rozpoczął rokosz Lubomirskiego. Król wyruszył na czele wiernych mu oddziałów przeciwko banicie. Wojna domowa trwała kilka lat i zakończyła się ugodą w Łęgonicach 31 lipca 1666, po przegranej przez wojska królewskie krwawej bitwie pod Mątwami w 1666. Władca zmuszony został wyrzeczenia się swoich planów elekcji vivente rege.

W 1666 zdetronizowany też został przez Stambuł przyjazny Polsce chan krymski Mehmed Girej. Cesarstwo osmańskie szykowało się do zajęcia w swe lenno ziem ukrainnych, na których do władzy doszedł sprzymierzony z Wysoką Portą hetman Piotr Doroszenko. Sojusze się więc znów odwróciły. Kozacy sprzymierzeni ponownie z Tatarami rozbili wojska koronne, którymi po śmierci hetmana polnego koronnego Stefana Czarnieckiego dowodził regimentarz Sebastian Machowski. W sytuacji nowego zagrożenia został zawarty z Rosją w 1667 rozejm w Andruszowie. Kończył on 13-letnią wojnę polsko-rosyjską. Na jego mocy Rzeczpospolita straciła „czasowo” Smoleńsk i Zadnieprzańską Ukrainę z Kijowem.

xxx

Oznaczało to, że Jan Kazimierz, a szczególnie Maria Ludwika chciała widzieć na tronie kandydata francuskiego, ale przecież obowiązywały go artykuły henrykowskie, ustanowione w 1573 roku, a w nich punkt o tym, że król jest wybierany w wolnej elekcji. Musiał się na to zgodzić, bo inaczej nie zostałby wybrany. Po co więc to zrobił? By dać w ten sposób pretekst Lubomirskiemu do rokoszu, który był w tym wypadku jak najbardziej usprawiedliwiony? Takie było prawo. Inna sprawa, czy ono było dobre czy nie. Rokosz był wiec jak najbardziej legalny, bo król postąpił wbrew swoim wcześniejszym zobowiązaniom. Nigdzie nie natknąłem się na informację, dlaczego Jan Kazimierz zamierzał abdykować. Wikipedia pisze, że ogłosił to w 1663 roku. Jaki był powód? Nie wiadomo. A skoro tak, to pozostają tylko domysły, a jedynym sensownym wytłumaczeniem jest to, że chodziło o osłabienie tego tworu zwanego Rzeczpospolitą, a właściwie jej I rozbiór, bo to był rozbiór. I w tej ustawce wzięli udział jej król Jan Kazimierz i jej wielki magnat Lubomirski.

Konopczyński pisze, że za wiedzą Jana Kazimierza Francja zawarła ze Szwecją 19 września 1661 roku traktat subsydiowy, zobowiązujący tę ostatnią do wysłania 12 000 wojska do Polski (dlaczego historyk nie pisze, że do Rzeczypospolitej? – przyp. W.L.) na wypadek, gdyby obce państwo (tj. Austria lub Brandenburgia) chciało zakłócić wolną elekcję. To chyba potwierdza moją sugestię, że to była ustawka.

A więc pozostaje pytanie: czy te liczby – 1616 i 1666 – miały jakieś znaczenie? Wszystkie liczące się dwory ówczesnej Europy kontynentalnej brały udział w tej intrydze, nawet Turcja. Ale po co była ta rzeź? Czy to był jakiś rytuał? Jakiś powód przecież musiał być.

LWP

Parę dni temu obchodzono hucznie święto Wojska Polskiego. Była wielka defilada. W 1939 roku w sierpniu też prężono muskuły. Ustanowione w rocznicę bitwy warszawskiej 15 sierpnia 1920 roku. Jednak w latach 1950-1989 obchodzono inne święto. Był to Dzień Wojska Polskiego – rocznica bitwy pod Lenino 12 października 1943 roku. Wikipedia tak m.in. pisze:

Ludowe Wojsko Polskie (LWP) – nieoficjalna nazwa zależnych od ZSRR formacji Wojska Polskiego z lat 1944–1989. Nazwa ta stworzona została w celach propagandowych w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i odnosiła się zarówno do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR z okresu II wojny światowej, jak i późniejszych Sił Zbrojnych PRL. Ludowe Wojsko Polskie było zdominowane i kontrolowane przez polskie partie komunistyczne (PPR, a od 1948 PZPR), podlegając jednocześnie dowództwu sił zbrojnych ZSRR. Od 1955 LWP było członkiem Układu Warszawskiego.

W maju 1943 w Sielcach nad Oką w ZSRR, rozpoczęto formowanie 1 Polskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Na przełomie 1943 i 1944 sformowano kolejne polskie jednostki w ZSRR, które utworzyły 1 Korpus Polskich Sił Zbrojnych, rozwinięty 16 marca 1944 w 1 Armię Polską w ZSRR. Pierwszą bitwą polskich oddziałów na froncie wschodnim, była bitwa pod Lenino 12–13 października 1943.

Bitwa pod Lenino – starcie zbrojne w dniach 12–13 października 1943 w pobliżu miasteczka Lenino nad rzeką Miereją na wschodniej Białorusi (8 km od granicy z Rosją) stoczone w ramach operacji orszańskiej przez Armię Czerwoną (33 Armia Frontu Zachodniego i walcząca w jej składzie 1 Polska Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki) a Wehrmachtem (337 Dywizja Piechoty, wspierana przez odwody XXXIX Korpusu Pancernego). Była chrztem bojowym polskich jednostek podległych armii Związku Radzieckiego oraz początkiem szlaku bojowego tzw. Ludowego Wojska Polskiego. W okresie PRL bitwa urosła do rangi symbolu, a jej rocznica (12 października) była obchodzona jako Dzień Wojska Polskiego.

Natarcie

12 października 1943 1 Polska Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki wzmocniona 1 pułkiem czołgów, 1 kompanią rusznic przeciwpancernych, 1 kompanią fizylierek i kompanią karną, licząca ok. 12 400 żołnierzy, pod dowództwem gen. Zygmunta Berlinga z radzieckimi 290. i 42. Dywizjami Strzeleckimi, wspierane przez oddziały pancerne i artylerię, przekroczyły rzekę Miereję.

O 8:20 miało rozpocząć się przygotowanie artyleryjskie. Ze względu na mgłę terminy przesunięto o godzinę. O 9:20 salwa katiusz zapoczątkowała ogień artylerii. Jednak na rozkaz dowódcy 33. Armii, gen. Wasilija Gordowa, skrócono czas artyleryjskiego przygotowania ataku, tym samym nie uzyskując założonego celu – zniszczenia większości potencjału ogniowego i ludzkiego sił niemieckich. Dowódca armii i dowódca artylerii uznali, że siła i skuteczność ognia jest tak wielka, iż można czas przygotowania ogniowego skrócić o 40 minut. Uznano, że Niemcy wycofują się. Było jednak inaczej. Wróg opuścił pierwszą linię i ukrył się w przygotowanych schronach. Chociaż poniósł straty, zachował jednak pełną zdolność bojową. Decyzja ta, jak również fakt, iż dowództwo radzieckie nie szyfrowało rozkazów przekazywanych drogą radiową (wiadomości przesyłano otwartym tekstem), była jedną z głównych przyczyn późniejszych polskich strat.

Według historyka Kamila Anduły, przygotowanie artyleryjskie było niewystarczające, z powodu braku odpowiedniej ilości amunicji, spowodowanej trudnościami z zaopatrzeniem.

Bilans

1 Dywizja Piechoty przełamała obronę nieprzyjaciela, ale nie w pełni wykonała swoje zadanie. Związała i wykrwawiła znaczne siły przeciwnika. W walkach Niemcy stracili 1500 żołnierzy, a 326 dostało się do niewoli. Zniszczono 72 karabiny maszynowe, 42 działa i moździerze, 2 czołgi oraz strącono 5 samolotów.

W czasie walk dywizja wraz z jednostkami wsparcia poniosła tak ciężkie straty (510 zabitych, 1776 rannych, a 776 dostało się do niewoli niemieckiej lub zostało uznanych za zaginionych bez wieści, tj. ok. 25% całego stanu osobowego), że po dwóch dniach walki musiała zostać wycofana z pierwszej linii.

15 października dokonano oceny bitwy. 1 pułk piechoty stracił 1600 ludzi zabitych, rannych i zaginionych bez wieści. Z pierwszego batalionu pozostali nieliczni. 2 pułk stracił 900, 3 pułk 500.

Ocenia się obecnie, że bitwa potwierdziła wysoką wartość bojową polskich żołnierzy, biorąc pod uwagę, że byli oni niedoświadczeni bojowo, słabo wyszkoleni i nie najlepiej dowodzeni. Ich przeciwnikiem były doświadczone niemieckie oddziały. Polscy żołnierze przedarli się przez pierwszą linię obrony w głąb ugrupowania przeciwnika i zajęli dwie kluczowe wsie w jego systemie obronnym. Dywizja częściowo wykonała powierzone zadanie, po czym otoczona musiała się wycofać. Przy tym, ocenia się obecnie, że gdyby dywizja zdołała się włamać w niemiecką obronę zgodnie z planem na głębokość 17 km, prawdopodobnie bez wsparcia zostałaby odcięta i rozbita. Duże straty osobowe nie były nadzwyczajnie wysokie jak na specyfikę walk na froncie wschodnim.

Istnieje wersja, że kilkuset żołnierzy 1. Dywizji Piechoty miało zdezerterować na stronę niemiecką, niemniej według niektórych autorów jest to mit, a niemieckie raporty podają jedynie 21 przejętych dezerterów.

xxx

Te dwa ostatnie akapity to cytat z: Michał Mackiewicz. Lenino – z nieludzkiej ziemi w piekło frontu wschodniego. „Poligon”. Nr 5/2014(46), s. 14–25, 2014. Skoro Wikipedia wywołała to nazwisko to wypada zacytować innego Mackiewicza – Józefa , który w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić pisał:

Front się zbliżał. Na kierunku Orszy działała 33-cia sowiecka armia generała Gordowa, a w jej składzie 1-sza polska dywizja imienia Tadeusza Kościuszki pod dowództwem generała Berlinga. Celem operacyjnym było uchwycenie przyczółków na zachodnim brzegu Dniepru. Dywizja miała uderzać w pasie około dwóch kilometrów między miejscowościami Połzuchy i Lenino.

O świcie 12 października dowódcy kompanii i baterii odczytali w swych oddziałach przedbitewny rozkaz. Kończył się on słowami:

…na drodze śmiertelny wróg. Po jego trupie, droga do Polski!”

W całej dywizji znalazł się tylko jeden starszy sierżant, Władysław Stachurski, który pamiętał wojnę z 1920 roku, i szepnął do swego przyjaciela Franka Tylingo:

W tej samej okolicy, przed 23 laty, Tuchaczewski odczytał rozkaz: „Żołnierze armii czerwonej! Po trupie Polski wiedzie nas droga do rewolucji światowej!”… Zdaje się, tak.

Franek odmachnął ręką z wyrazem nudy na twarzy i zabrał się do zawiązania rozplątanego owijacza.

Natarcie rozpoczęło się o godzinie 9 rano dnia 12 października. Dywizja dysponowała własnym pułkiem czołgów. Artyleryjskie wsparcie zapewniały 452 działa rozmaitych kalibrów, sowieckich baterii. Przed czołem pozycji przepływała bagnista rzeczka Miereja. Pierwszy i drugi rzut trzech pułków piechoty zdobył i obsadził przednie linie okopów niemieckich, ale dalej posunąć się nie zdołał. Czołgi grzęzły w błotach Mierei. Dywizja zaległa. Następnego dnia zostaje zluzowana, tracąc łącznie 502 zabitych i 1.776 rannych. A 660 ludzi, w tym kilku oficerów dywizji, przechodzi dobrowolnie na stronę niemiecką.

Próby wykorzystania tego faktu przez propagandę niemiecką, podjęte początkowo na większą skalę, zawodzą zupełnie. Oficjalnym komunikatom niemieckim nie wierzy nikt w Polsce. Ludzie zaś wypuszczeni z niewol, aby zaświadczyli własną osobą o swej ucieczce z armii sowieckiej, znikają jeden po drugim w okolicznościach trudnych do ustalenia. Los pozostałych jest beznadziejny.

xxx

Na stronie Muzeum Wojska Polskiego można m.in. przeczytać:

W dwudniowej bitwie Polacy utracili ponad 3000 żołnierzy (25% stanu etatowego). Niemcy ponieśli straty szacowane na ok. 1800 ludzi. Żołnierze polscy wykazali się niezwykłą walecznością. Błędy w dowodzeniu oraz niedostateczne wyszkolenie i brak efektywnego wsparcia przez sąsiednie radzieckie dywizje zadecydowały o porażce. Choć w skali walk na froncie wschodnim bitwa pod Lenino była tylko epizodem, dała jednak Stalinowi argument polityczno-propagandowy. Od 1950 r. do końca lat osiemdziesiątych XX w. rocznica bitwy pod Lenino była w Polsce obchodzona jako Dzień Wojska Polskiego.

Z kolei na stronie warthunder.com (https://warthunder.com/pl/news/2367-historia-bitwa-pod-lenino-pl) autor m.in. pisze:

Warunki tej dwudniowej bitwy były fatalne – oprócz wymienionych wcześniej w artykule problemów z artylerią i wsparciem pancernym, brakiem rozpoznania i wsparcia lotniczego oraz złego dowodzenia żołnierzom brakowało zaopatrzenia – żywności, jak i amunicji. Jak bez tej drugiej, żołnierz nawet przy najwyższych moralach ma dalej walczyć? Z powodu braku tejże poddało się blisko 200 żołnierzy. Błoto było koszmarem nie tylko czołgistów i artylerzystów, ale i piechurów. Marny był los rannych – którym towarzysze broni, zgodnie z rozkazem, nie mieli udzielać pomocy. Chorąży Jan Komorowski wspominał: „Do dzisiaj widzę wzgórze (…) zasłane naszymi trupami i słyszę wołania i jęki setek bezimiennych polskich żołnierzy, tonących w bagnach Mierei”. Straty wydawały się w pierwszych dniach tym większe, że wielu żołnierzy było rozproszonych i odnajdywano ich dopiero później.

xxx

Czy któraś z tych dat – 15 sierpnia czy 12 października – nadaje się na święto wojska polskiego? Wprawdzie w obu przypadkach można mówić o wojsku polskim, bo walczyli w nim Polacy, ale nie była to walka w interesie Polski i Polaków. W blogu „Kryzys przysięgowy” pisałem:

„W tamtym czasie, ci którzy reżyserowali ówczesne wydarzenia, uznali, że wówczas wojsko polskie było zbędne i mogło tylko przeszkodzić w realizacji zamierzonych celów. Ale jak się go pozbyć? Tu z pomocą przyszedł Piłsudski i wywołany przez niego tzw. kryzys przysięgowy. Skoro żołnierze odmówili złożenia przysięgi na wierność cesarzowi, to nie pozostało nic innego, jak ich internować w obozach do czasu, gdy staną się potrzebni, to znaczy do 1920 roku. Ten kryzys to niby miała być manifestacja patriotyzmu.

W tamtym czasie, w latach 1916-1918, silne i regularne wojsko polskie na froncie wschodnim było tak samo niewygodne Niemcom, jak w czasie II wojny światowej niezależne od Stalina polskie wojsko walczące na froncie wschodnim. Gdyby istniało to silne wojsko polskie na froncie wschodnim, to nie było by możliwe jego osłabienie w wyniku rewolucji bolszewickiej w Berlinie 7 listopada 1918 roku, bo wprawdzie wojsko niemieckie uległoby rozsypce, co się stało, ale zostałoby wojsko polskie. To wojsko niekoniecznie musiałoby stać tak daleko na wschodzie. Mogłoby cofnąć się do linii Curzona i strzec innych granic i być bardzo przydatnym w czasie plebiscytów na Śląsku i na Mazurach, np. zapobiec najazdowi Niemców z Niemiec zachodnich na czas głosowania. Tak się nie stało, bo w tym czasie było zajęte walką z bolszewikami i dopiero na tę wojnę zostało użyte. Polskie ziemie pozbawione ochrony, a wojsko polskie walczy o to, by mogło dojść do mordu katyńskiego i rzezi wołyńskiej.”

W przypadku tzw. Ludowego Wojska Polskiego mamy do czynienia w wojskiem całkowicie podległym dowództwu radzieckiemu. Wprawdzie wojsko to wraz z Armią Czerwoną wyzwala Polskę spod okupacji niemieckiej, ale tylko po to, by podporządkować ją nowemu okupantowi i uczynić z niej państwo wasalne. Po 1989 roku to Ludowe Wojsko Polskie przepoczwarza się w Wojsko Polskie, a jego kadra, wierna dotąd Związkowi Radzieckiemu i stojąca na straży jego interesów, robi zwrot i służy Ameryce i broni jej interesów w Polsce.

Trudno chyba znaleźć datę w dziejach wojska polskiego, która byłaby odpowiednia dla takiego święta. Od czasów dynastii jagiellońskiej interesy Polski i Polaków nie są uwzględniane. I tak jest do teraz. Chyba wypadałoby sięgnąć po jakąś datę z czasów piastowskich, ale to niemożliwe. Nie to państwo i nie ci ludzie. Skoro prezydent III RP na szczycie NATO w Wilnie 11 lipca oświadcza, że przyjechał tam bronić interesów Ukrainy, to już nic więcej nie trzeba dodawać.

Jan Zamoyski

Unia lubelska (1569) to moment, w którym powstaje nowe państwo – Rzeczpospolita Obojga Narodów. Jest to zupełnie inne państwo, niż te stworzone przez Piastów. Największy wpływ na jego ustrój wywarł Jan Zamoyski. Zapewne jest on kojarzony z tym, że zbudował miasto Zamość, założył Akademię Zamojską i z sentencją: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Cytat ten pochodzi z aktu fundacyjnego tej akademii z 1600 roku. W powszechnej świadomości zachował się jako wybitna jednostka. Jak jednak stało się, że osiągnął tak wysoką pozycję w państwie i stał się najpotężniejszym magnatem ówczesnej Rzeczypospolitej?

Ja twierdzę, że państwa protestanckie są bogatsze od katolickich – nie mówiąc o prawosławnych, wśród których nie ma żadnego tak bogatego, jak choćby katolicka Austria czy protestancka Szwecja – bo tak chcą Żydzi, którzy rządzą pieniądzem i nie tylko nim. To samo dotyczy również najbogatszych ludzi. To dotyczy również, w mojej ocenie, Zamoyskiego. Trafiłem ostatnio na wywiad z profesorem Wojciechem Tygielskim poświęcony osobie Zamoyskiego Magnat wszech czasów. Jan Zamoyski, zamieszczony na kanale Muzeum Historii Polski, w którym są ciekawe informacje o tym, jak Zamoyski stał się tak potężny. Jednak wypada zacząć od Wikipedii, w której są informacje uzupełniające i sporo wyjaśniające. Pisze ona m.in.:

Jan Saryusz Zamoyski (Jan Zamojski) herbu Jelita (ur. 19 marca 1542, zm. 3 czerwca 1605) – sekretarz królewski od 1565, podkanclerzy koronny od 1576, kanclerz wielki koronny od 1578 i hetman wielki koronny Rzeczypospolitej Obojga Narodów od roku 1581. Generalny starosta krakowski w latach 1580–1585, starosta bełski, malborski, grodecki, jaworowski, krzeszowski, tykociński i dorpacki, starosta międzyrzecki w 1580 roku, starosta knyszyński w 1574 roku. Doradca króla Zygmunta II Augusta i Stefana Batorego. Główny przeciwnik sukcesora po Batorym, Zygmunta III Wazy. Humanista-mecenas, filolog i mówca, magnat.

Wczesne lata: królewskie wsparcie

Jan Saryusz Zamoyski urodził się 19 marca 1542 roku w Skokówce, a jego rodzicami byli Stanisław, kasztelan chełmski i Anna Herburtówna z Miżyńca. W 1551 ojciec i rodzina Zamoyskiego przyjęli wyznanie kalwińskie. Kalwinistą był także jego stryj Florian. Pierwsze nauki Jan odebrał w kalwińskim gimnazjum w Krasnymstawie, a następnie został wysłany na studia do Paryża, skąd po kilku latach przeniósł się do protestanckiego Strasburga, a następnie do Padwy, gdzie przeszedł na katolicyzm. W latach 1561-1563 studiował prawo w Padwie. W 1563 został wybrany rektorem (w tamtym czasie oznaczało to, że był on przewodniczącym związku studentów – przyp. W.L.) akademii padewskiej. Tam też napisał po łacinie swe dzieło „De senatu Romano libri duo” („O Senacie Rzymskim Księgi Dwie”), broszurę o starożytnym Rzymie, w której doszukiwał się odniesień zasad konstytucyjnych republiki rzymskiej do Korony Królestwa Polskiego. W oparciu o to dzieło uzyskał doktorat. Od początku studiów poważnie interesował się polityką. Po powrocie do kraju został mianowany sekretarzem króla Zygmunta II Augusta. W ostatnich latach jego panowania uczestniczył w porządkowaniu archiwum koronnego na Wawelu. Przez trzy lata czytał i segregował dokumenty, poznając system polityczny i gospodarczy państwa oraz sposoby tworzenia magnackich majątków.

Niektórzy historycy przypisują Zamoyskiemu, po wygaśnięciu dynastii Jagiellonów w 1572, ogromny wpływ na ustanowienie w Rzeczypospolitej elekcji viritim, tj. wyboru króla przez ogół szlachty. Jest to jednak opinia przesadzona i niewątpliwie inspirowana relacją nadwornego kronikarza Zamoyskiego, Reinholda Heidensteina, co do którego wiarygodności można mieć wiele zastrzeżeń. Był ponoć przyjacielem Mikołaja Sienickiego i Hieronima Ossolińskiego. Poseł na sejm konwokacyjny 1573 roku z województwa bełskiego. Podpisał konfederację warszawską 1573 roku.

Był w opozycji do magnaterii, która chciała zaoferować polski tron Habsburgom. Podczas elekcji w 1573 popierał Henryka III Walezego. Z poselstwem do nowo wybranego króla Henryka III Walezego udał się do Francji w 1573 roku. Poseł na sejm koronacyjny 1574 roku z województwa bełskiego. Podczas elekcji w 1575 jego faworytem był wrogi Habsburgom Stefan Batory. Był pomysłodawcą wyboru Anny Jagiellonki na króla Polski i przydania jej za małżonka Stefana Batorego. Za panowania Batorego został jego najbliższym politycznym współpracownikiem. W tym czasie był jednym z najpotężniejszych ludzi w kraju, król mianował go kanclerzem wielkim oraz hetmanem wielkim koronnym. Wkrótce stał się jednym z najbogatszych polskich magnatów. Wspierał politykę Batorego przeciwną Habsburgom i imperium osmańskiemu oraz opowiadał się po stronie Batorego w jego dążeniach do wzmocnienia władzy królewskiej i osłabienia magnaterii. Choć nie miał większego doświadczenia wojskowego, wziął na siebie część przygotowań do wojny z Rosją w latach 1579–1581 (zaczął studiować traktaty z dziedziny wojskowości i poznawać organizację różnych armii niedługo przed wyprawą), podczas której zdobył Wieliż i Zawołocze. W zastępstwie króla dowodził całą polską armią podczas oblężenia Pskowa. W 1584 przyczynił się do ujęcia i stracenia banity Samuela Zborowskiego, co sprawiło, że stracił popularność w masach szlacheckich, a nawet rozpoczęto przeciw niemu w 1585 sąd sejmowy, który zajął się analizą legalności jego działań.

Lata późniejsze: w opozycji do tronu

Po śmierci Batorego w 1586 roku jako kanclerz wielki koronny obecny był na sejmie koronacyjnym Zygmunta III Wazy w Krakowie w 1587/1588 roku. Pomógł Zygmuntowi III Wazie w zdobyciu polskiego tronu, pokonując siły wspierające kandydata Habsburgów, arcyksięcia austriackiego Maksymiliana III Habsburga w bitwie pod Byczyną w 1588, kiedy to magnaci wspierający Maksymiliana próbowali siłą zdobyć stolicę Polski, Kraków. Arcyksiążę został uwięziony na zamku w Krasnymstawie, następnie w Zamościu, po czym na mocy paktów będzińsko-bytomskich jako jeden z warunków zwrócenia wolności, zrzekł się pretensji do polskiego tronu. Zamoyski był sygnatariuszem traktatu bytomsko-będzińskiego.

Mimo wszystko, na samym początku rządów Zygmunta III, Zamoyski, który wiernie służył królom Rzeczypospolitej, dołączył do opozycjonistów walczących z polityką Zygmunta III, chcącego wzmocnić władzę królewską i przeobrazić Rzeczpospolitą w monarchię absolutną poprzez przymierze z Habsburgami w celu zapewnienia sobie ich pomocy w odzyskaniu szwedzkiego tronu. Nowy król obawiał się wpływów kanclerza, a zgodnie z prawem Rzeczypospolitej nie był w stanie odwołać go ze stanowiska. Z kolei Zamoyski traktował króla jak pionka w grze i ignoranckiego obcokrajowca. Jako przeciwnik króla przestrzegał przed niepotrzebną ingerencją Rzeczypospolitej w wojny dynastyczne w Szwecji, zwłaszcza że ciągle istniało zagrożenie ze strony Imperium osmańskiego. Jego polityka i działania przeciwstawiały się (lub ewentualnie próbowały uniknąć) tendencjom w kierunku absolutyzmu, które charakteryzowały pozostałe państwa Europy. Otwarty konflikt między kanclerzem a królem wybuchł podczas sejmu w 1592 r., kiedy Zamoyski odkrył, że Zygmunt spiskuje, aby scedować koronę polską dla Habsburgów w zamian za ich wsparcie w walce o szwedzki tron.

Majątek

W ciągu swojego życia zdążył bardzo się wzbogacić. Pozostawił swojemu spadkobiercy 11 miast i ponad 200 wsi oraz jako dzierżawca dóbr królewskich 12 miast i 612 wsi. Jego roczny dochód szacowany był na 200 000 złotych. W 1580 założył miasto Zamość, a w 1589, w celu utrzymania pozycji rodu i zapobieżenia rozdrobnieniu majątku, utworzył Ordynację Zamojską, którą zarządzało po nim kolejno piętnastu ordynatów i która przetrwała do 1944 r. Zamoyski dbał o racjonalne wydawanie pieniędzy, oferował rzemieślnikom tanie kredyty, sprowadzał kupców, budował huty żelaza i szkła oraz cegielnie. W 1595 r. ufundował Akademię Zamojską. Posiadał własne wojsko, w skład którego wchodziło 4000 piechoty (głównie piechoty węgierskiej) oraz 2000 jazdy.

Stosunek do religii

Jan Zamoyski patrzył na sprawy religii bardziej poprzez sprawy polityki niż teologii. Jego ojciec i stryj byli kalwinistami, a sam zamienił kalwinizm na katolicyzm dopiero na studiach w Padwie. Pierwsze trzy żony Jana Zamoyskiego były wyznania protestanckiego. Również i jego siostry były kalwinistkami, przyrodnia siostra Zofia wyszła za mąż za kalwinistę Łukasza Działyńskiego, a podobnie siostrzenicę kalwinistkę Annę Oleśnicką wydał za luteranina Jana Dulskiego. Wielu wyznawców protestantyzmu przebywało też na jego dworze i mimo że nie mogli osiedlać się w Zamościu, to cieszyli się swobodą religijną w jego Ordynacji. Kanclerz był też jednym z twórców unii brzeskiej i był przychylnie nastawiony do kościołów wschodnich, czemu dał wyraz pozwalając się osiedlać w Zamościu Ormianom i Grekom. Jan Zamoyski nie lubił ostentacyjnej pobożności, czemu dał wyraz zalecając, by na jego nagrobku nie było żadnych symboli religijnych.

xxx

Pod tym filmem znajduje się informacja:

Był zaangażowany w osadzenie na tronie aż trzech polskich władców, stworzył podwaliny największego magnackiego rodu w naszych dziejach, założył własne miasto, akademię, wykreował nawet własne stronnictwo polityczne. Wicekról, magnat wszech czasów, polski Richelieu, a może Machiavelli i – o czym mało kto wie – przede wszystkim pierwszy Polak, który odniósł sukces za granicą.

Gdy Jan Zamoyski zaczynał karierę, miał w posiadaniu 4 wsie. Skończył z 23 miastami i 819 wsiami zespolonymi w Ordynację Zamojską, która formalnie przetrwała do 1945 roku. Czy można go uznać za najwybitniejszego w naszej historii polityka czasów demokracji szlacheckiej. Dlaczego nie został królem Polski? Jakie drugie dno miała słynna sprawa Zborowskich?

W „Innych historiach Polski” Cezary Korycki wraz z profesorem Wojciechem Tygielskim będą rozmawiać o biografii Jana Zamoyskiego, odsłaniając przy tym kulisy jego wyjątkowo błyskotliwej kariery.

Poniżej wybrane fragmenty tej rozmowy:

Co ułatwiło karierę?

Zmiana dynastyczna. Na dworze Zygmunta Augusta był sekretarzem królewskim. Dramatyczne wydarzenie, wielkie znaczenie mają obrady sejmowe. Wybór króla przez posłów, na których można wywierać wpływ, jeśli się jest człowiekiem potrafiącym sugestywnie przemawiać, przekonywać posłów. To był ten atut, który ułatwiał mu karierę. Zaczyna się od Henryka Walezego. Zamoyski dostaje od Walezego dwa starostwa, czyli własność królewską. Istotą było to, że podatki od takiej dzierżawy były małe, a dochody bardzo duże. Cały problem polegał na tym, że ci, którzy dostali te darowizny dożywotnio, uważali, że są one dziedziczne i w związku z tym nie oddawali ich i powstawały wielkie fortuny magnackie na tym bazujące.

Decydujący w karierze Zamoyskiego jest Batory.

Jest w tym czasie przywiązanie do idei jagiellońskiej i dynastii jagiellońskiej. W przypadku Batorego jest to wybór podzielony, kontrowersyjny. Zawsze pojawia się pewny kandydat habsburski. Ostatecznie Anna Jagiellonka zostaje wybrana na królową, a jej mężem zostaje Stefan Batory – książę siedmiogrodzki. Nie zna polskiego, nie ma dworu, nie ma zaplecza. Batory wybiera Zamoyskiego i od tego zaczyna się jego kariera. W krótkim czasie kumuluje w swoich rękach najwyższe urzędy w państwie. Te urzędy czynią go pierwszym ministrem czy wicekrólem. Zbudował własne stronnictwo polityczne, wiedząc jak to się robi. Wiążąc ze sobą klientów, zostając ich patronem, dba też o ich kariery, a mając dostęp do króla, możliwości dbania o te kariery są ogromne. No i potem zyskuje się wdzięczność tych ludzi, których się tam jakoś awansowało. Ci pociągają następnych. Jest to system klientarny, który brzmi niedobrze. Rozwija się bardzo szybko w Rzeczypospolitej i mam wrażenie, że to wynika po pierwsze z faktu, że z natury rzeczy gospodarka i biurokracja takiego kraju jest stosunkowo słaba. Mamy wielki kraj, słabo powiązany ze sobą i nie ma funduszy centralnych z powodów owych podatków, o których wspomniałem, żeby zorganizować aparat państwowy, który będzie temu państwu służył. Więc alternatywą staje się system klientarny, w którym to pierwszy minister swoimi ludźmi może załatwić wiele spraw, również państwowych.

Jaką wizję ustroju i państwa miał Zamoyski?

Tego nie wiemy na pewno. Czytając listy Zamoyskiego miałem wrażenie, że myśli w kategoriach prywatnych, że jego stronnictwo to program sam w sobie: dojście do władzy, która będzie spersonalizowana w jego osobie. Zamoyski przez atrakcyjność swojej kariery stworzył stronnictwo polityczne, które podobało się innym. Inni też tak chcieli, więc zaczął się proces lawinowego powstawania fakcji magnackich, które na pewno długofalowo dla ustroju, dla nowoczesności, dla reform – nie były korzystne.

Gdy zaczynał karierę miał w posiadaniu 4 wsie. Kończył z 23 miastami i 819 wsiami zespolonymi w Ordynację Zamoyską, która formalnie przetrwała do 1945 roku.

Magnat wszech czasów, a na pewno prekursor magnaterii – karierze urzędowej towarzyszyła kariera majątkowa w postaci różnych królewszczyzn, które skrupulatnie łączył, kumulował i które dawały mu majątek będący podstawą… trzeba pamiętać, że bogactwo w ówczesnej Rzeczypospolitej nie polegało przede wszystkim na pieniądzach, polegało na dobrach ziemskich. Pieniądze były potrzebne dość rzadko. Bardzo wiele rzeczy, choćby z powodu ustroju pańszczyźnianego, czy specyficznego typu handlu, były dostępne dla takiego magnata bez użycia pieniędzy. To wpływa niedobrze na system spoleczno-gospodarczy, bo jest on zbyt naturalny.

Bogactwo Zamoyskiego

Ordynacja to jest taka forma, która ma zapobiec dzieleniu majątku. Ordynacja zakłada, że dziedzicem całości, opisanej jako ordynacja, będzie najstarszy syn. Zamoyski zaczynał jako pierwszy, ale miał swoich następców, jeśli chodzi o tę formę spadku.

W 1580 roku zakłada Zamość. Ważna jest jego organizacja i pomysł, żeby to była wielostronna, funkcjonalna stolica latyfundium. Specyfiką polskiego ustroju była decentralizacja. Magnaci nie żyli w miastach. Mamy wielkie państwo, a do tego jeszcze zdecentralizowane i mające mnóstwo stolic, takich małych królewiątek, ordynacji itp.

Elekcja

Batory umiera nagle i zaczyna się wolna elekcja. Najważniejsi kandydaci to arcyksiążę Maksymilian Habsburg i Zygmunt Waza, potomek Jagiellonów. Rola Zamoyskiego w tej elekcji jest ogromna. Ma za sobą pokaźne stronnictwo, z którego korzysta w czasie elekcji. Obóz Zborowskich popiera Habsburga. Dochodzi do wyścigu dwóch wybranych władców, wybranych legalnie, podzielili się elektorzy. Maksymilian Habsburg ma dużo bliżej z Wiednia do Krakowa, niż Zygmunt Waza, który musi płynąć przez morze. Kluczową sprawą jest to, kto pierwszy dotrze do Krakowa i tam się koronuje. To będzie rozstrzygające w całym tym sporze elekcyjnym. Maksymilian dociera do Krakowa dużo szybciej, ale tam też dociera Zamoyski ze swoimi ludźmi. Fortyfikuje Kraków, broni go przed wojskiem arcyksięcia Maksymiliana i broni skutecznie. W związku z tym Maksymilian odstępuje od oblężenia Krakowa, a w tym czasie Zygmunt dociera do Krakowa, czyli zawdzięcza koronę Zamoyskiemu. Z punktu widzenia Zygmunta posiadanie takiego ministra musi być czymś kłopotliwym. Zygmunt nie życzy sobie takiego niezależnego magnata i kłopoty w ich wzajemnych relacjach stają się oczywiste. Jego pozycja słabnie.

Czy ta biografia polityczna jest w naszej historii jakąś ważną cezurą i czy od niej coś się zaczęło?

Ja uważam, że tak, że właśnie to stworzenie systemu zależności społeczno-politycznej, całego skomplikowanego systemu patronatu, klienteli – po raz pierwszy na taką skalę i w takim wydaniu i na takim poziomie świadomości, bo Zamoyski był świadom swoich obowiązków jako patron. On wiedział, że on musi być ojcem chrzestnym swojego zwolennika czy dzierżawcy. On budował cały system osób, które były od niego zależne, ale on też wiedział, że on musi się im odwzajemniać i że nie jest tak, że on ma tylko same korzyści, on ma też bardzo poważne obowiązki. Otóż wydaje mi się, że stworzenie takiego, jak na owe czasy, nowoczesnego sposobu myślenia politycznego, nowoczesnego systemu, było dość przełomowe, bo na nim, tak mi się wydaje, chętnie się wzorowali ci, którzy następnie uczynili ten system klientarnym, jednym z zasadniczych wyznaczników ustroju Rzeczypospolitej, o którym się mówi, że potem zmierzał on do oligarchii. Ale na ten temat są też dyskusje, czy to była oligarchia, ale na pewno był to system, w którym wyjątkowo dużą rolę odgrywały więzi nieformalne. Więzi nieformalne zawsze, pod każdą szerokością geograficzną odgrywały i odgrywają wielką rolę. Ale z całą pewnością wtedy właśnie z powodu słabości państwa, jakim była Rzeczpospolita, słabości administracji centralnej, słabo rozwiniętej biurokracji, rola tego systemu była szczególnie duża.

xxx

Właściwie to należało by zacząć od początku, ale odpowiedź pana profesora na ostatnie pytanie aż prosi się o skomentowanie. Cóż za ekwilibrystyka, intelektualne wygibasy, by nie nazwać rzeczy po imieniu. Wcześniej wyraźnie powiedział: Zamoyski przez atrakcyjność swojej kariery stworzył stronnictwo polityczne, które podobało się innym. Inni też tak chcieli, więc zaczął się proces lawinowego powstawania fakcji magnackich, które na pewno długofalowo dla ustroju, dla nowoczesności, dla reform – nie były korzystne.

A jeszcze wcześniej powiedział: Mamy wielki kraj, słabo powiązany ze sobą i nie ma funduszy centralnych z powodów owych podatków, o których wspomniałem, żeby zorganizować aparat państwowy, który będzie temu państwu służył. Więc alternatywą staje się system klientarny, w którym to pierwszy minister swoimi ludźmi może załatwić wiele spraw, również państwowych. Pan profesor odwraca kota ogonem. Nie było funduszy centralnych, bo Jagiellonowie zubożyli skarb królewski, wydając pieniądze na swoje dynastyczne interesy oraz umożliwiając magnatom przejmowanie królewszczyzn, z których państwo później nie miało już dochodów. Ten system klientarny nie był alternatywą, tylko konsekwencją świadomego okradania państwa.

Z kolei Wikipedia pisze: Po powrocie do kraju został mianowany sekretarzem króla Zygmunta II Augusta. W ostatnich latach jego panowania uczestniczył w porządkowaniu archiwum koronnego na Wawelu. Przez trzy lata czytał i segregował dokumenty, poznając system polityczny i gospodarczy państwa oraz sposoby tworzenia magnackich majątków. I wtedy zapewne Zamoyski zorientował się, że istotą tego bogacenia jest dożywotnia dzierżawa królewszczyzn, obciążona niewielkim podatkiem i dająca ogromne dochody. Gdy nadeszła odpowiednia chwila, to już wiedział, co robić.

Nie twierdzę, że to Zamoyski wymyślił ten ustrój, on tylko wprowadził go w życie, czym przyczynił się do przyszłego upadku Rzeczypospolitej. Studia w Paryżu, Strasburgu i Padwie były m.in. po to, by go przygotować do tej funkcji. Zapewne tam go nauczono, jak zbudować własne stronnictwo i jak uzależniać od siebie i podporządkowywać sobie ludzi. Tej wiedzy nie było w ówczesnej Polsce, bo chociaż Polska piastowska była państwem europejskim, to jednak peryferyjnym. Tę wiedzę przekazali mu „starsi i mądrzejsi”. W pierwszej połowie XVI wieku Strasburg był stolicą anabaptyzmu i miastem protestanckim. Zamoyski był kalwinem, a kalwinizm jest najbardziej zbliżony do judaizmu. Nie przypadkiem więc chyba odwiedził to miasto.

Początek kariery Zamoyskiego to czas reformacji. Szlachta masowo przechodzi na kalwinizm. Zygmunt I był pierwszym władcą w Europie, który oficjalnie uznał reformację, przyjmując w 1525 roku na rynku krakowskim hołd od Albrechta brandenburskiego, wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego i nadając mu dobra zakonne jako lenno świeckie. Za czasów Zygmunta Augusta, którego sekretarzem zostaje Zamoyski, siły reformacji jeszcze wzrosły. Zygmunt August, jeszcze jako królewicz, propagował reformację, ale później, jako król, zatrudnił Zamoyskiego, który wtedy był już katolikiem. Jeśli można to jakoś sensownie wytłumaczyć, to chyba tylko tym, że oni wszyscy byli członkami tajnych stowarzyszeń.

Po 1989 roku popularne było w Polsce powiedzenie, że pierwszy milion trzeba ukraść, a potem to już można było działać zgodnie z prawem, a nawet zostać filantropem. Podobnie było w przypadku Zamoyskiego. Henryk Walezy, choć krótko był królem, to zdążył nadać mu dwa starostwa, które stały się dla niego trampoliną, odskocznią do dalszej kariery politycznej i finansowej. Opłacało się studiować w Paryżu. Można więc powiedzieć, że Zamoyski uwłaszczył się na państwowym.

Pisze Wikipedia, że Zamoyski był humanistą-mecenasem. Ten humanizm to chyba wyniósł ze studiów w Padwie. Od XIII wieku rozwija się we Włoszech prąd humanizmu, nawiązujący ideologicznie do spuścizny świata starożytnego. Humanizm staje się ruchem propagującym indywidualizm, wolność myślenia w zakresie religijnym, dając tym samym podstawy umysłowe reformacji, a później w XVII i XVIII wieku racjonalizmowi i tzw. religii naturalnej lóż wolnomularskich.

Utarło się przekonanie, że ustrój Rzeczypospolitej, czyli demokracja szlachecka, to anarchia i nierząd. Nic bardziej błędnego. To nie było tak, że jakiś szlachcic mógł zerwać obrady sejmowe, bo krzyknął „veto”. Jeśli tak zrobił, to tylko dlatego, że tak mu kazał jego magnat, od którego był całkowicie zależny. Niechby tylko spróbował inaczej! Ten ustrój był tak zaplanowany, by robił wrażenie chaosu i anarchii, ale nic nie działo się wtedy przypadkiem. Zupełnie tak samo jak obecnie. Dziwi się Leszek Sykulski w jednym ze swoich podkastów, że rząd kupuje czołgi u Amerykanów, Niemców i Koreańczyków, że zamiast inwestować w systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, dokonuje takich bezsensownych zakupów, że takie zachowanie rządu jest chaotyczne i nieracjonalne. Dziwi się też, że Amerykanie powoli wycofują się z roli głównego drażniącego się z Rosją i cedują tę funkcję na Polskę. Nic tu jednak nie dzieje się przypadkiem. Wszystko jest dokładnie zaplanowane, tak jak za czasów Zamoyskiego. Znowu, tym razem III RP, ma być awanturnikiem, nieodpowiedzialnym państwem. Ci, którzy do tego dążą byli na stypendiach w Ameryce i zostali odpowiednio przeszkoleni. Wcześniej, ich poprzednicy, jeździli po instrukcje do Moskwy, a jeszcze wcześniej, tacy jak Zamoyski, jeździli na studia do Europy zachodniej.

Sarmatyzm

Jakoś tak się dziwnie składa, że najczęściej, gdy mówi się o staropolskiej tradycji i obyczajach, to nawiązuje się do czasów I RP, czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów, co samo w sobie jest nielogiczne, bo jak obojga nardów, to nie – jednego. Inna sprawa, że była to Rzeczpospolita Pięciorga Narodów: żydowskiego, ukraińskiego, białoruskiego, litewskiego i polskiego. W takiej sytuacji trudno było znaleźć wspólny mianownik dla tego multi-kulti potworka. A jednak znaleziono!

Polska piastowska była nowoczesnym państwem europejskim z silną władzą królewską, była monarchią stanową, w której wszystkie stany były w równowadze. Za Jagiellonów nastąpiła diametralna zmiana. Jeden stan, czyli szlachta, zdominował i podporządkował sobie pozostałe, a tym samym całe państwo. Jego ustrojem była tzw. demokracja szlachecka. I pod nią stworzono nową ideologię. Tą ideologią był sarmatyzm. Pojawił się on pod koniec XVI wieku, a więc po unii lubelskiej (1569), gdy powstało to nowe państwo, zwane oficjalnie Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Wymyślono Sarmatów, którzy niby mieli zamieszkiwać tereny, na których w przyszłości miała powstać RON. W ten sposób szlachta, która była rozproszona na całym terytorium tego państwa, otrzymała wspólną tożsamość i stała się jego jedynym spoiwem. A żeby to spoiwo było bardziej zwięzłe, to szlachta ruska musiała przechodzić na katolicyzm. Bez wyjątkowej pozycji szlachty w tym państwie, unia polsko-litewska nie przetrwałaby nawet 10 lat.

Wikipedia tak we wstępie opisuje sarmatyzm:

Sarmatyzm – utrwalone przez działaczy polskiego oświecenia określenie ideologii przyjętej i propagowanej przez szlachtę polską od końca XVI do drugiej połowy XVIII wieku. Opierała się ona na przekonaniu, że szlachta polska pochodzi od Sarmatów – starożytnego ludu zamieszkującego początkowo tereny między dolną Wołgą a Donem.

Już Jan Długosz twierdził, że protoplastami Polaków byli starożytni Sarmaci, a wiek XVI legendę tę umocnił. Legenda głosiła, że w zamierzchłych czasach rycerskie plemię Sarmatów opuściło stepy czarnomorskie, opanowując tereny, na których z czasem powstać miała Rzeczpospolita Obojga Narodów. Zagarnąwszy te ziemie, rycerze sarmaccy ludność autochtoniczną obrócili w niewolników, zwanych teraz plebejami, a sami przekształcili się w szlachtę. Tylko szlachta jest wyłącznym potomkiem Sarmatów, ona jest „narodem”, do którego należeć powinno wyłączne kierownictwo w państwie. Sarmatyzm już w samym założeniu zawierał tendencje separatystyczne, odśrodkowe w stosunku do kultury ogólnoeuropejskiej, której wspólnym mianownikiem był humanizm. Idealizowanie przeszłości sarmackiej przez szlachtę skutkowało konserwatyzmem, który przejawiał się we wszystkich dziedzinach życia.

Sarmatyzm jako ideologia sankcjonował hegemonię szlachty nad innymi stanami społeczeństwa polskiego. Jak zauważał Jan Sowa, szlachta uznawała siebie za „grupę etnicznie i narodowo odmienną od chłopów i mieszczaństwa”, przyznając sobie jedyne prawo do kształtowania narodowości polskiej. Przedstawiciele szlachty nie dostrzegali nękających Rzeczpospolitą Obojga Narodów w XVII i XVIII wieku problemów gospodarczych. Stanisław Orzechowski w XVI wieku pisał na przykład: „Polska zewsząd doskonała jest tak, iż jej nic przydać ani ująć nic nie może”, a Wacław Rzewuski w 1756 roku deklarował: „nie masz pod słońcem narodu, który by z nami w szczęściu się zrównał”.

Sarmatyzm głosił anarchiczną wolność szlachty od obowiązków pełnionych wobec państwa, przywiązanie do wartości życia wiejskiego (motywowane dążeniem do osłabienia mieszczaństwa) oraz światopoglądowy partykularyzm. Zrazu odegrał ważną rolę w barokowej literaturze polskiej i miał ogromny wpływ na kształtowanie umysłowości, obyczajowości i ideologii polskiej szlachty. Według opinii Tadeusza Mańkowskiego: „teoria sarmackiej genezy narodu i państwa polskiego w tym świetle to nie mit, ani też bajanie niekrytycznych umysłów kronikarzy, lecz wyraz poszukiwania swojego «ja» przez bardziej oświecone warstwy narodu, poszukiwanie tradycji historycznych przez naród, który poczuł się na siłach i chce coś znaczyć, szukanie swego miejsca wśród innych narodów o odległej przeszłości”. Jednak w epoce saskiej, jak zauważa Marta Krajewska, „nurt zrodzony z historycznej legendy a będący afirmacją kultury narodowej stał się z biegiem czasu synonimem zacofania i ciemnoty”.

Wpływ sarmatyzmu można dostrzec we współczesnym społeczeństwie polskim. Do tradycji sarmackich nawiązuje myśl konserwatywna (Krzysztof Koehler, Jarosław Marek Rymkiewicz, pismo „Fronda”), a etos szlachecki jest wciąż obecny w kulturze popularnej (Trylogia Henryka Sienkiewicza oraz jej filmowe adaptacje).

xxx

Z kolei Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) m.in. pisze:

Główne elementy tej ideologii stanowiły:

  • nieograniczona wolność osobista szlachty
  • ksenofobia
  • samouwielbienie
  • megalomania narodowo-stanowa połączona z wiarą w posłannictwo dziejowe
  • nietolerancja
  • dewocja
  • orientalizacja obyczaju i upodobań estetycznych

Niechęć do cudzoziemców, mająca dawniej jedynie podłoże ekonomiczne, wyrosła teraz z postawy ideowej: szlachcic polski, głoszący hasła nieograniczonej wolności, z przerażeniem widział utwierdzające się dookoła monarchie absolutystyczne; ponieważ szlachta innych krajów „zdradziła ideały wolności rycerskiej”, trzeba się było odciąć od reszty Europy, z której szła zaraza „tyranii”. Stąd wyrosło przekonanie, że Polska ma najlepszy ustrój społeczno-polityczny, stąd samouwielbienie i megalomania.

Ponieważ w tych czasach prowadzono wojny z narodami niekatolickimi, urosło przekonanie, że prawdziwym Polakiem noże być tylko katolik. Wynikiem tego był odwrót od dawnej tolerancji religijnej i wzrastający ucisk różnowierców. Wzrosło przekonanie, że Polacy są narodem wybranym przez Boga, przeznaczonym do swoistej misji dziejowej jako przedmurze chrześcijaństwa przed nawałą muzułmańską. W parze z tym rósł fanatyzm religijny połączony z powierzchowną dewocją: odpusty, kalwarie, pielgrzymki do miejsc cudownych, procesje pokutnicze biczowników, koronacje obrazów kościelnych – były zjawiskami powszechnymi, zwłaszcza w czasach saskich. Jednocześnie obok ortodoksji religijnej szerzyła się wiara w gusła i zabobony, przekonanie o siłach nadprzyrodzonych wróżbitów i czarownic, których procesy stały się nagminne.

Sarmatyzm, jako zjawisko skomplikowane, zawierał w sobie mnóstwo sprzeczności. Afiszujący przepych występował obok jaskrawej nędzy, nieuctwo obok przejawów głębokiej wiedzy. W rezultacie sarmatyzm stał się przyczyną regresji politycznej i kulturalnej. Hasła wolności w praktyce przerodziły się w anarchię i przyniosły upadek znaczenia państwa („nierządem Polska stoi”).

xxx

Natomiast Stanisław Cynarski w pracy Sarmatyzm – ideologia i styl życia m.in. pisze:

Sarmackie hasła ekspansji

Przekonanie o sarmackim pochodzeniu Polaków stwarzało podstawę do przypisywania ich potomkom szczególnej roli dziejowej, którą mieli odegrać na wschodzie przez podporządkowanie sobie Moskwy. Wszak w całej Sarmacji europejskiej jedynie Moskwa nie należała do Polski. Marcin Paszkowski wyraźnie stwierdzał, że Polacy-Sarmaci są dziedzicami ziem nad Oką, Wołgą i Donem. Prawa do tych terytoriów zawdzięczali, zdaniem Paszkowskiego i innych pisarzy, pochodzeniu ze Wschodu, z Sarmacji. Rosjan nazywa on w Posiłku Bellony Sauromackiej (Kraków 1608) pasierbami Sarmatów, nie mającymi prawa do ziem starożytnej Sarmacji. Interwencja magnatów polskich i udział ich w dymitriadzie, a następnie wyprawa Zygmunta III, stały się zachętą do pism wzywających Sarmatów do podboju.

xxx

Jakub Niedźwiedź w pracy Sarmatyzm, czyli tradycja wynaleziona m.in. pisze:

Mit etnogenezy

Większość XX-wiecznych autorów twierdzi, że sarmacki mit etnogenetyczny jest kluczowy dla poczucia wspólnoty szlachty Rzeczypospolitej. Cytowany wcześniej Jacek Kowalski pisze, że w krótkim czasie „wszyscy szlachetni mieszkańcy Rzeczypospolitej utożsamili swoich przodków, a zatem i samych siebie – z Sarmatami”, a w swojej opinii nie jest ani pierwszy, ani odosobniony.

Tymczasem mit sarmacki nie był jedynym mitem etnogenetycznym w dawnej Rzeczypospolitej. Już w I połowie XVI wieku w latopisach litewskich pojawia się opowieść o rzymskim uchodźcy Palemonie, który wraz z trzystu towarzyszami opłynął Europę i osiedlił się na Litwie. Od Palemona miały się więc wywodzić najważniejsze rody litewskie. Opowieść tę podjął i spopularyzował Maciej Stryjkowski w swojej niezwykle poczytnej kronice (1582). W kolejnym stuleciu Palemon był już na Litwie powszechnie znany wśród wykształconej szlachty, m.in. dzięki pośrednictwu szkół jezuickich, zaś apogeum „palemonizmu” przypada na II połowę XVII i I połowę XVIII wieku. Szlachta i magnateria Wielkiego Księstwa Litewskiego odwoływały się więc w swoich tekstach nie do mitu sarmackiego, lecz palemońskiego.

Wiele wskazuje na to, że mit palemoński był w stosunku do mitu sarmackiego konkurencyjny, choć ta rywalizacja mogła mieć zmienną dynamikę. Przeszłość WKL, również ta mityczna, opowiadana przez historyków, mówców i poetów, stała się jednym z czynników integrujących szlachtę litewską i odróżniającą ją od szlachty koronnej. To poczucie odrębności historycznej było szczególnie ważne od II połowy XVII wieku, kiedy większość szlachty litewskiej mówiła już po polsku.

Inną genealogię przedstawiała szlachta ruska ze wschodnich terenów Korony. W literaturze II połowy XVI i I połowy XVII wieku pisarze ruscy z Wołynia lub Kijowszczyzny, tworzący po łacinie, po polsku i po ukraińsku, odwoływali się nie tyle do mitu sarmackiego, ile do tradycji Rusi Kijowskiej. Z kolei dla szlachty mającej korzenie niemieckie – z Prus Królewskich lub Inflant – tradycja sarmacka i palemońska były zupełnie zewnętrzne. Widać to np. w łacińskim panegiryku napisanym przez Józefa Bakę dla Jana Ludwika Platera z okazji objęcia przez niego urzędu wojewody inflanckiego w 1736 roku. Baka umieszcza jego przodków w Westfalii i Saksonii. Mimo braku sarmackich lub palemońskich antenatów XVIII-wieczni Platerowie chcieli się widzieć jako wierni synowie Rzeczypospolitej.

Etnogenetyczny mit sarmacki nie mógł być zatem spoiwem narodowym szlachty zamieszkującej dawną Rzeczpospolitą, jak chcieliby to widzieć liczni historycy i historycy literatury. Owszem, zapewne spajał on część szlachty koronnej i był podstawą wczesnonowożytnej polskiej tożsamości narodowej. Jednak Rzeczypospolitej nie zamieszkał wyłącznie naród Polaków. Choć nasza wiedza nie jest jeszcze w pełni zadowalająca, możemy mówić o co najmniej dwóch, o ile nie o trzech innych wczesnonowożytnych narodach tego państwa: litewskim, ruskim i może pruskim. Narody te miały własne mity etnogenetyczne i własne, odmienne od polskiej, narracje historyczne.

Przedmurze, spichlerz i szabla

Topos przedmurza (antemurale) Europy lub chrześcijaństwa w literaturze polskiej XVII wieku był wielokrotnie omawiany. Autorzy podejmujący tę kwestię udowodnili, że topos ten jest charakterystyczny nie tylko dla sarmatyzmu, występuje bowiem u innych narodów, m.in. u Węgrów, Wenecjan, Chorwatów itd. Również literatura ukraińska lub rosyjska końca XVII wieku podejmowała ten wątek. Widoczne jest to np. w poezjach ukraińskiego poety Łazarza Baranowicza, który wzywa Rusinów i Polaków do wspólnego pokonania Imperium Osmańskiego.

Topos (komunał, ogólnie przyjęty sąd – przyp. W.L.) przedmurza podkreślał wyjątkowość państwa na tle Europy. Podobną funkcję pełnił motyw europejskiego spichlerza, którym miała być Rzeczpospolita (a przynajmniej Korona). To przekonanie wyrażane w polskich tekstach z XVII wieku również nie było odosobnione, ponieważ podobne poglądy znajdziemy w literaturze węgierskiej. Jeszcze dziś niektórzy węgierscy historycy traktują topos przedmurza i spichlerza z całkowitą powagą: „Węgry stały się ostatnim bastionem chrześcijaństwa. Produkty rolnicze węgierskich równin (zboże i bydło) były tak samo kluczowe dla Europy, jak sławne kopalnie złota w Siedmiogrodzie”.

Być może warto byłoby jeszcze raz zastanowić się nad tym, jak funkcjonowały oba te toposy dawniej i jak funkcjonują dziś. Już pobieżny rzut oka pozwala nam powiedzieć, że nie są one specyficzne dla jednego narodu lub państwa, ale zapewne charakteryzują dużą część wschodniej i bałkańskiej części Europy, łącznie z Rosją. Na tę wspólnotę zwracali uwagę już dawno temu m.in. Jerzy Mańkowski, Endre Angyal i Janusz Maciejewski.

Ta wspólnota wschodnioeuropejska nie ogranicza się wyłącznie do idei. Dodaje się do niej podobieństwo stylu: męskiego stroju, fryzur, zarostu i broni. Taki „styl” bywa często określany jako staropolski lub sarmacki. Tymczasem dobrze urodzeni mieszkańcy całej wschodniej i południowej części kontynentu, zarówno szlachta, jak mieszczanie, używali bardzo podobnych, krzywych szabel, nosili podobne szerokie szarawary wpuszczane w wysokie buty, jeśli zaś byli zamożni, na wierzch zakładali długie suknie podbite drogim futrem. Również tzw. malarstwo sarmackie nie było cechą specyficzną sztuki Rzeczypospolitej, gdyż podobne reprezentacyjne portrety, przedstawiające wąsatych szlachciców z szablami i w szubach znajdziemy w Siedmiogrodzie, na Wołoszczyźnie, w Kijowie i Moskwie.

xxx

Sarmatyzm był więc zjawiskiem złożonym i niejednorodnym. Zaznaczył się we wszystkich dziedzinach życia. Jednak w wielu z nich nie ograniczał się do ziem Rzeczypospolitej, ale był charakterystyczny dla całej Europy wschodniej, co podkreśla Jakub Niedźwiedź, sugerując, że była to ideologia wymyślona. A skoro tak, to po co ją wymyślono i kto tego dokonał? Wydaje się, że odpowiedzi na to pytanie udziela Stanisław Cynarski, który pisze, że ideologia ta usprawiedliwiała ekspansję na wschód i dążenie do podporządkowania sobie Moskwy. I te sarmackie hasła ekspansji na wschód są charakterystyczne tylko dla Rzeczypospolitej. Bo każde działanie, każda próba ekspansji musi mieć jakąś podbudowę ideologiczną. I prawdopodobnie na użytek polityki wymyślono teorię o Sarmatach, zamieszkujących kiedyś obszar całej Europy wschodniej. A kto tego dokonał? Najlepsi na świecie scenarzyści i reżyserzy, mistrzowie w kreowaniu wszelkiego rodzaju konfliktów.

xxx

Inaczej pochodzenie szlachty opisuje Norman Davies w swojej książce Boże igrzysko (1999). Oczywiście źródłem dla niego są prace polskich historyków, których zresztą obficie cytuje. Pisze on m.in.:

A zatem, mimo że szlachta wymyślała najbardziej fantastyczne legendy na temat swego sięgającego dalekiej przeszłości pochodzenia, był to w gruncie rzeczy stan, który wyłonił się najpóźniej. W XVI w. wciąż jeszcze udoskonalała prawa i instytucje, które miały zadecydować o jej supremacji w następnym okresie. Nikt jednak nie może na serio poddawać w wątpliwość faktu, że za życia Rzeczypospolitej polsko-litewskiej szlachta odgrywała pierwszoplanową rolę w życiu politycznym, społecznym i kulturalnym. Zorganizowała państwo tak, aby odpowiadało jej interesom, a wszystkie inne stany zaprzęgła do realizacji własnych celów. Jeśli w wyniku polityki tolerancji religijnej czasem nazywano Polskę i Litwę rajem żydów, jeszcze słuszniej można by ją nazwać rajem szlachty. Ci, którzy ją krytykowali, dodawali, iż oznaczało to, że była także czyśćcem mieszczan i piekłem chłopów.

Wobec braku pewnych informacji, badania nad początkami szlachty od dawna odznaczają się dużą liczbą wątpliwych hipotez. Jedna z takich teorii rozważa możliwość obcej inwazji w czasach prehistorycznych. Zrodziła się z chęci ukucia teorii na modłę zwycięstwa Normanów w Anglii czy Waregów w Rosji i znajduje niewielkie potwierdzenie w faktach. Inna podobnego typu teoria podkreśla znaczenie rodów; w XIX w. cieszyła się ona dużym uznaniem. Twórcami jej byli uczeni, którzy interesowali się głównie folklorem niemieckim, dopiero później zastosowano ją do historii krajów słowiańskich i Polski. Jej podstawowa hipoteza brzmiała, że zarówno państwo, jak i społeczeństwo powstały na drodze fuzji licznych spokrewnionych ze sobą rodów, które poprzednio żyły w stanie naturalnej wolności. Sugerowała ona, że wcześni władcy słowiańscy – z książętami piastowskimi włącznie – nie byli niczym więcej, jak tylko wodzami plemiennymi (starosta rodowy) lub naczelnikami (nadpatriarcha) oraz że szlachta wywodziła się z rodów czystych pod względem etnicznym, podczas gdy stany niższe były skutkiem mieszania się rodów z niewolnikami, jeńcami i cudzoziemcami. Podejmowano próby przyrównywania szlachty nie tylko do niemieckiego „Geschlechtsverband” i bałkańskiej „rozszerzonej rodziny”, czyli zadrugi, ale również do prawa brehonów w Irlandii i do klanów górali szkockich.

Teoria rodów znalazła duże poparcie w specyficznych cechach polskiej heraldyki. W Polsce herbów nigdy nie nadawano, ani pojedynczym osobom – jak w Anglii – ani też pojedynczym rodzinom – jak w Niemczech – ale jedynie większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał więc własnego herbu. Herb, którego używał, dzielił z dziesiątkami innych, którzy nawet nie musieli być z nim spokrewnieni. Taka wspólnota herbowa była w Europie zjawiskiem wyjątkowym. Co więcej, użycie słowa ród na określenie grupy heraldycznej nieuchronnie wzmacniało błędne wrażenie, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo.

Hipotezą być może najbardziej przekonywającą jest ta, która pojawienie się rodów herbowych wiąże z inną wyjątkową cechą sposobu życia polskiej szlachty, a mianowicie „naganą szlachecką”. W Polsce nie istniało kolegium heraldyczne, nie było też żadnej cieszącej się publicznym autorytetem instytucji, gdzie trzymano by do publicznego wglądu rejestry nadania tytułu i herbów szlacheckich. Jeśli czyjś tytuł do szlachectwa został zakwestionowany, jedynym miejscem, w którym mógł dowieść swych racji, były sądy. W takich przypadkach – szczególnie częstych w XV w. – od pozwanego wymagano przedstawienia sześciu zaprzysiężonych świadków, którzy mogliby potwierdzić jego szlacheckie pochodzenie wstecz do trzech pokoleń, ze strony zarówno ojca, jak i matki. Jeśli mu się to udało, otrzymywał od sądu odpowiednie zaświadczenie. Jeśli nie – groziły mu najsurowsze kary. Jednak bez względu na to, czy się udało, czy nie, było to przecież ogromnie kłopotliwe i upokarzające. Można też z dużym prawdopodobieństwem założyć, że ród herbowy powstał po to, aby uchronić swych członków przed koniecznością stawania w obliczu takiej próby. Wiążąc się z publicznym stowarzyszeniem powszechnie znanych osób, szlachcic mógł się ustrzec od złośliwych poddających w wątpliwość jego rangę i status. W niezbyt prawdopodobnym przypadku ewentualnych prześladowań, mógł zawsze liczyć na to, że wśród członków jego rodu znajdzie się sześciu takich, którzy wystąpią jako świadkowie w jego obronie. Z takiego punktu widzenia „ród herbowy” tworzył coś w rodzaju towarzystwa wzajemnej adoracji. Służył interesom zarówno stanu szlacheckiego jako całości, jak i interesom jego poszczególnych członków; eliminował też potrzebę istnienia kolegium heraldycznego, do którego król lub jego urzędnicy mogli byli się odwoływać, stosując je jako narzędzie kontroli.

Jedną z konsekwencji „wspólnoty herbowej” była niezwykła prostota aspektu technicznego polskiej heraldyki. Nie trzeba było śledzić zawiłych labiryntów dziedziczności i małżeńskich związków ani też modyfikować czy tworzyć nowych herbów w miarę rozwoju zmieniających się wciąż wydarzeń. Nie znano sztuki opisywania i zestawiania herbów, nie stosowano rozróżnienia między starszą i młodszą linią rodu. Każdy ród miał jedno proste godło, jedną dewizę i jeden herb, które przez wieki pozostawały nie zmienione. Wszystkie herby, jakie kiedykolwiek istniały, dadzą się pomieścić w jednym dość szczupłym tomie.

xxx

Sarmatyzm nie był ideologią czy zjawiskiem polskim. Pojawił się dopiero po powstaniu Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdy szlachta uzyskała dominującą pozycję w tym nowym państwie. Ukształtował on ją w sensie mentalnym, ale jego oddziaływanie przeniosło się na nowe społeczeństwo, które wyłoniło się po powstaniu styczniowym i po I wojnie światowej. Było to społeczeństwo wieloetniczne ze znacznym odsetkiem ludności o wschodniej mentalności z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz z Rosji z okresu Królestwa Polskiego. I do dziś sarmatyzm jest obecny w świadomości przeciętnego „Polaka”. W dużym stopniu przyczyniła się do tego popularyzacja epopei narodowej – „Pana Tadeusza” i Trylogii oraz odwoływanie się do tradycji I RP, jako polskiej tradycji. Tematyka Polski piastowskiej praktycznie nie istnieje. Trudno oczywiście mówić o tradycji piastowskiej, bo byt tego państwa został przerwany dawno temu i jeśli nawet była takowa, to uległa ona zatarciu. Tak jak Ukraińcy nie mają żadnej tradycji poza banderowską, tak współcześni „Polacy” nie mają innej poza sarmatyzmem, bez którego poznania nie można zrozumieć mentalności polskiego społeczeństwa oraz obecnej polskiej rzeczywistości.

Traktat ryski

Po I wojnie światowej była jedyna szansa na odtworzenie państwa polskiego w granicach etnicznych, czyli stworzenie w miarę normalnego państwa. Tak się jednak nie stało. Najwyraźniej wielcy tego świata uznali inaczej. Oni dobrze wiedzieli, że takie państwo nie miałoby wrogów i nie generowałoby konfliktów, ale do tego nie można było dopuścić. Ich wszelkie postulaty zostały uwzględnione w traktacie ryskim. Wykorzystali w tym celu tzw. narodowców, czyli endecję. Paradoksalnie więc „narodowcy” działali wbrew polskiemu interesowi narodowemu, bo jeśli interes narodowy polega na zachowaniu tkanki narodu, to nie polega on na asymilacji, czyli jego rozrzedzaniu. Państwo, w którym mniejszości narodowe stanowią więcej niż 10% populacji nigdy nie będzie państwem stabilnym. Doświadczenie przedrozbiorowej Rzeczypospolitej było aż nadto wymowne, a jednak w Rydze zdecydowano się na „powtórkę z rozrywki”.

Wikipedia tak m.in. pisze:

Traktat ryski (lub inaczej pokój ryski), Traktat pokoju między Polską a Rosją i Ukrainą, podpisany w Rydze dnia 18 marca 1921 r. (Dz.U. Nr 49, poz. 300) – traktat pokojowy zawarty między Rzecząpospolitą Polską a RFSRR i USRR, ratyfikowany przez Naczelnika Państwa marszałka Józefa Piłsudskiego 16 kwietnia 1921; obowiązywał od 30 kwietnia 1921, tj. wymiany dokumentów ratyfikacyjnych przez strony, co nastąpiło w Moskwie. Podpisanie traktatu miało miejsce 18 marca 1921 o godz. 20:30 w Domu Bractwa Czarnogłowych w Rydze. Traktat składał się z 26 artykułów. Obydwie strony zobowiązały się w nim do nieingerowania w sprawy wewnętrzne drugiego państwa.

Traktat zakończył wojnę polsko-bolszewicką z lat 1919–1920, ustalał przebieg granic między tymi państwami oraz regulował inne sporne dotąd kwestie. Poprzedzony był Umową o preliminaryjnym pokoju i rozejmie między Rzecząpospolitą Polską a Rosyjską Federacyjną Socjalistyczną Republiką Rad i Ukraińską Socjalistyczną Republiką Rad, podpisaną w Rydze 12 października 1920. Ustawowa ratyfikacja preliminariów pokojowych i rozejmu przez Sejm RP nastąpiła jednogłośnie 22 października 1920, a dwa dni później to samo uczyniła Rosja radziecka. Samo zawieszenie broni weszło w życie już 18 października 1920 o 24:00.

Okoliczności rozpoczęcia rokowań

Rokowania polsko-sowieckie rozpoczęły się w sierpniu 1920 w Mińsku, w sytuacji zagrożenia przez wojska sowieckie niepodległości Polski. Delegacji polskiej przewodniczył wiceminister spraw zagranicznych, Jan Dąbski, a delegacji sowieckiej Karl Daniszewski. 21 września 1920 negocjacje zostały przeniesione na grunt neutralny do Rygi (Łotwa), a Daniszewskiego zastąpił Adolf Joffe. Po zwycięstwie w Bitwie Warszawskiej i kampanii niemeńskiej polska delegacja miała znacznie korzystniejsze karty w swych rękach. Jako przedstawicieli RP do Rygi wysłano Jana Dąbskiego, Henryka Strasburgera i Leona Wasilewskiego.

Większość składu grupy (poza Wasilewskim i Strasburgerem) należała do stronnictw prawicy, przeciwnej budowie federacji polsko-białorusko-litewskiej i niepodległości Ukrainy. Już na początku właściwych rozmów polska delegacja uznała USRR jako stronę rokowań (sowieckie państwo ukraińskie), wycofując jednocześnie w konsekwencji uznanie dla URL, z którą wiązała Polskę umowa sojusznicza z wiosny 1920. Wyczerpana wojną Polska nie mogła prowadzić dalszych walk o niepodległość Ukrainy, tym bardziej, że sami Ukraińcy nie poparli Petlury w 1920, a państwa zachodnie były niepodległości Ukrainy przeciwne. O sposobie reprezentacji Ukrainy przez delegację sowiecką świadczy najlepiej fakt, że treść traktatu w języku ukraińskim sporządzić musiał Leon Wasilewski.

Postawa polskiej delegacji

Endecja, która zdominowała skład delegacji, była przeciwna koncepcji federacyjnej Józefa Piłsudskiego, preferując bezpośrednie wcielenie (inkorporację) terenów etnicznie mieszanych dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów w skład odrodzonego państwa polskiego, zgodnie z zasadami sformułowanymi przez Romana Dmowskiego na paryskiej konferencji pokojowej (→ linia Dmowskiego). Politycy Narodowej Demokracji byli przekonani o tymczasowości rządów bolszewików w Rosji i możliwości dwustronnej, skierowanej przeciwko Niemcom, współpracy z wkrótce przywróconym rządem postkomunistycznej Rosji, w oparciu o podział ziem Białorusi i Ukrainy pomiędzy Polskę a niekomunistyczną Rosję. Było to połączone z przekonaniem o możliwości asymilacji narodowej (polonizacji i rusyfikacji) przez Polskę i Rosję Białorusinów i Ukraińców (traktowanych przez Narodową Demokrację jako „narody niehistoryczne”) w obrębie tak wytyczonej granicy państwowej i wzajemnej współpracy obu państw w tym zakresie.

Polskie postulaty terytorialne na paryskiej konferencji pokojowej (Linia Dmowskiego) na tle mapy etnograficznej regionu i granic Rzeczypospolitej 1772; źródło: Wikipedia.

Konsekwencją była np. jednostronna rezygnacja delegacji polskiej z włączenia w granice RP Mińska, przeforsowana przez Stanisława Grabskiego w celu uniemożliwienia stworzenia białoruskiego kantonu sfederowanego z Polską. Granicę wytyczono w odległości ok. 30 km na zachód i północny zachód od miasta, pozostawiając je bolszewikom. Ostatnią próbą realizacji przez Piłsudskiego programu federacyjnego drogą faktów dokonanych był przeprowadzony 8 października 1920 tzw. bunt Żeligowskiego i utworzenie Litwy Środkowej.

Położenie Litwy Środkowej; źródło: Wikipedia.

Endecja twierdziła, że powstanie niepodległej Ukrainy na wschód od Zbrucza doprowadzi wcześniej czy później do jej sojuszu z Niemcami i rewizji granic z Polską poprzez oderwanie od niej terenów Galicji Wschodniej i zachodniego Wołynia. Dla Ukraińców Lwów znaczył bowiem więcej niż Kijów. Zwolennicy koncepcji inkorporacyjnej uważali również, że włączenie całej, prawosławnej na wschodzie Białorusi zniweczy (uważane przez nich za realne) plany polonizacyjne ziem zachodniej Białorusi. Na budowę federacji z Litwą i Białorusią także nie chcieli się zgodzić, obawiając się, że Polska zostanie zmuszona do odstąpienia dwu pozostałym państwom – członkom federacji Wilna i Grodna. Niektórzy politycy endeccy (np. Jędrzej Giertych) szli w swych zarzutach jeszcze dalej, oskarżając Józefa Piłsudskiego o szpiegostwo na rzecz Niemiec i realizację poprzez swoją koncepcję federacyjną niemieckiego planu Mitteleuropy. Delegaci Naczelnika Państwa byli przegłosowywani przez większość delegacji wyznaczonej w przeważającej części przez Sejm. Najważniejsze decyzje podjął w październiku 1920, przekraczając mandat negocjacyjny Ministerstwa Spraw Zagranicznych, przewodniczący delegacji Jan Dąbski w osobistej rozmowie z przewodniczącym delegacji sowieckiej Adolfem Joffe w kwestii uznania USRR za stronę rokowań, bez zapewnienia równoległego miejsca w rokowaniach dla URL, a także terminu i linii zawieszenia broni (linię tę Joffe zaaprobował 4 października, a komunikat w tej sprawie wydano dzień później; wzbudził on sensację na arenie międzynarodowej). Ustalenia rozmowy Dąbski-Joffe faktycznie rozstrzygnęły o przebiegu polsko-sowieckiej linii granicznej i sposobie organizacji politycznej terenów Międzymorza Bałtycko-Czarnomorskiego (Białorusi i Ukrainy).

Granica

Polska uzyskała ziemie należące przed trzecim i częściowo II rozbiorem do Rzeczypospolitej, a w latach 1795–1916 stanowiące część zaboru rosyjskiego, zaś od wiosny 1919 zajmowane przez Wojsko Polskie: gubernie grodzieńską i wileńską oraz zachodnie części guberni wołyńskiej z Łuckiem, Równem i Krzemieńcem i mińskiej z Nieświeżem, Dokszycami i Stołpcami. Rosja i Ukraina zrzekły się roszczeń do Galicji Wschodniej, przed 1914 wchodzącej w skład monarchii habsburskiej. Granica polsko-sowiecka przebiegała w zasadzie wzdłuż linii II rozbioru z 1793 (z korekturą na rzecz Polski w postaci części Wołynia i Polesia, z miastem Pińskiem).

Generalnie w kwestii rozstrzygnięć terytorialnych Polska rezygnowała z ziem dawnej Rzeczypospolitej położonych na wschód od granicy ustalonej w Rydze, a Rosja i Ukraina z roszczeń do ziem na zachód od wytyczonej linii granicznej. Polska, poprzez uznanie marionetkowej USRR i równoległe wycofanie uznania dla URL (swego jedynego sojusznika w wojnie polsko-bolszewickiej), rezygnowała faktycznie z realizacji programu federacyjnego, natomiast Rosja aprobowała fakt znalezienia się w granicach Polski całej Galicji, jak też terytoriów dawnego Cesarstwa Rosyjskiego, zamieszkałych w dużej mierze przez ludność niepolską.

xxx

Wikipedia pisze, że rokowania polsko-sowieckie rozpoczęły się w sierpniu 1920 roku, ale nie podaje dokładnej daty. Natomiast portal HISTMAG jest bardziej rzetelny. W artykule Traktat ryski: hańba czy filar bezpieczeństwa na wschodzie (https://histmag.org/Traktat-ryski-hanba-czy-filar-bezpieczenstwa-na-wschodzie-22131) m.in. pisze:

22 lipca 1920 roku, a więc w sytuacji wybitnie niekorzystnej dla władz w Warszawie, minister spraw zagranicznych Eustachy Sapieha wysłał do swojego sowieckiego odpowiednika Gieorgija Cziczerina depeszę, w której informował, że Polska jest gotowa do rozmów i niezwłocznego przerwania działań zbrojnych. Mimo pozytywnej odpowiedzi, Sowieci grali na zwłokę, zanim ostatecznie wskazali Mińsk jako miejsce rokowań. Wreszcie 14 sierpnia, wbrew zdaniu liczącego na zmianę sytuacji na froncie Józefa Piłsudskiego, Rada Obrony Państwa (ROP) wysłała dziesięcioosobową delegację do dzisiejszej stolicy Białorusi. Na jej czele stanął Jan Dąbski, wiceminister spraw zagranicznych, działacz ruchu ludowego. Po długiej podróży Polacy zostali zakwaterowani w fatalnych warunkach: „W Mińsku delegacja polska, zamknięta jak w więzieniu, na każdym kroku pilnowana i szpiegowana, szykanowana przez komendanta kwatery, pozbawiona najbardziej prymitywnych wygód […]” (J. Dąbski).

xxx

Cała ta wojna 1920 roku była jedną wielką ustawką. No bo jak zrozumieć fakt, że bolszewicy niby wyruszają na podbój świata, a wdają się w negocjacje. Polska delegacja wyjeżdża 14 sierpnia na rozmowy, a oni nadal prą na Warszawę. Wojna trwa, a rozmowy obu delegacji są prowadzone w Mińsku do 21 września, po czym obie delegacje przenoszą się do Rygi. Albo jest wojna, albo prowadzi się negocjacje. Jeśli robi się jedno i drugie, to znaczy, że celem tej wojny nie jest zwycięstwo jednej czy drugiej strony, a ukrycie prawdziwych zamiarów.

W sytuacji, gdy bolszewicy nie pokonali jeszcze białych, podbój świata w ich wykonaniu był nierealny. Po co więc ruszyli na Polskę? Ano po to, by dać Polsce pretekst do pokonania ich i zajęcia części Białorusi i Ukrainy, ale nie całej Białorusi i nie całej Ukrainy, bo wówczas jedynym sensownym rozwiązaniem byłaby koncepcja federacyjna Piłsudskiego, gdyż koncepcja asymilacyjna Dmowskiego byłaby nierealna ze względu na słabość nowego państwa i przewagę demograficzną obu wcielonych obszarów.

Jak to się stało, że naczelnik państwa, Piłsudski, który w latach 1918-1920 o wszystkim decydował, zaakceptował skład delegacji, w której większość jej członków była narodowcami, czyli przeciwnikami koncepcji federacyjnej i raptem stał się nieosiągalny? Józef Mackiewicz w swojej powieści Lewa wolna pisze:

Konferencja z bolszewikami w Rydze rozpoczęła się już 21 września, i od początku śledzona była z dużym niepokojem. Od tego czasu, najbardziej logiczną kontrakcją i najprostszą zarazem, zdawała się interwencja u samego Piłsudskiego, przedłożenie mu osobiście wszystkich nagromadzonych materiałów, i wreszcie konkretne zapoznanie się z jego, w tym przedmiocie, stanowiskiem, jeżeli zgoła nie uzyskanie wprost wiążących przyrzeczeń. I oto na tej prostej drodze wyrastała dziwna przeszkoda: do samego Piłsudskiego nie można było albo wcale dotrzeć, albo jedynie bardzo pośrednio. W szefostwie sztabu i osobistej adiutanturze zbywano tłumaczeniem, że naczelny wódz jest pochłonięty całkowicie operacjami wojskowymi.

Wuj Stefan, który był bezwzględnym stronnikiem Piłsudskiego i ufał mu bez zastrzeżeń, rozpraszał ten cień przekonującym argumentem: – To dobry omen. Gdzież jest miejsce wodza naczelnego, jak nie przy armii mającej iść naprzód.

Ale wuj Jerzy uchodzący za złośliwego sceptyka (niektórzy twierdzili: tetryka; ze względu jednak na jego majątki w Słuckiem i pozycję społeczną, włączonego do prezydium Komitetu), wtrącił wprost: – Gdy różni panowie Dąbscy, Grabscy, Barliccy, Kiernikowie i licho wie jak oni się tam nazywają, decydują właśnie w Rydze o losach pokoju i wojny, ba, o losach Polski całej i jej przyszłych granicach, pan Piłsudski, naczelnik tej Polski, siedzi raptem w Wołkowysku, czy jakichś Baranowiczach, i jest nieosiągalny. Darują panowie, ale mi się to wydaje wprost podejrzane.

xxx

Pisze Wikipedia, że delegaci Naczelnika Państwa byli przegłosowywani przez większość delegacji wyznaczonej w przeważającej części przez Sejm. Był to Sejm Ustawodawczy (1919-1922), który tworzyło 13 klubów. Kluby narodowe nie miały w nim większości. Na 394 posłów tylko 151 należało do nich. Kto więc głosował tak, że większość tej delegacji stanowili narodowcy? Widać wyraźnie, że te podziały były fikcyjne i do dziś nic się nie zmieniło. W sprawach zasadniczych przychodzi polecenie z góry i wszyscy, bez względu na orientację, głosują zgodnie z rozkazem. To dotyczyło też Piłsudskiego.

Gdyby była federacja, to Białoruś i Ukraina byłyby państwami. W takiej sytuacji, gdyby któreś z nich zapragnęłoby wyjść z tej federacji, to by wyszło, tak jak było to w przypadku Czechosłowacji. Czesi i Słowacy uznali, że lepiej im będzie oddzielnie. Tu jednak tak nie mogło być. Polska została wyznaczona przez wielkich tego świata do roli awanturnika regionu. I zrobiono wszystko tak, by stworzyć konflikty i wszystkich sąsiadów II RP wrogo do niej usposobić. Podzielono Białoruś, podzielono Ukrainę i jakby tego było mało, to jeszcze podzielono Litwę. I po to był ten tzw. bunt Żeligowskiego. I po to też usunięto Piłsudskiego w cień, by koncepcja federacyjna została odrzucona, a on sam miał alibi, że on to niby chciał, ale ci wredni narodowcy przeforsowali swoje stanowisko.

Kiedy więc bolszewicy 17 września 1939 roku zajęli Kresy, to argumentowali to tym, że występują w obronie ludności tych terenów, bo państwo polskie przestało istnieć. Nie było by tego argumentu, gdyby istniało państwo białoruskie w obrębie federacji lub gdyby istniało samodzielnie. To samo dotyczy Ukrainy. Ktoś oczywiście mógłby powiedzieć, że niepodległe państwo nie gwarantuje jeszcze spokoju, bo obecnie Ukraina jest niepodległym państwem, a problem istnieje. Istnieje, bo został sztucznie wykreowany, a państwo to zostało tak samo sztucznie sklejone, jak II RP. Wyobraźnia tych, którzy skłócają narody jest nieograniczona, a ponieważ to oni rządzą pieniądzem, to stać ich na wszystko, także na wojny. Traktat ryski to też ich dzieło.

Przykład Czechosłowacji dowodzi, że można połączyć dwa zbliżone do siebie pod względem etnicznym, kulturowym i wyznaniowym narody, ale – jak pokazała przyszłość – nawet i to było za mało. Oba narody rozstały się pokojowo. Było to możliwe, choćby z tego względu, że nie było tam masowych przesiedleń ludności o odmiennym wyznaniu. Mieszanie takich narodów zawsze prowadzi do konfliktów, a gdy jeszcze do tego dochodzą zaszłości historyczne, to sytuacja staje się wyjątkowo niebezpieczna. A to wszystko dzieje się w Polsce.

Jagiellonowie

Czasy panowania dynastii jagiellońskiej (1386-1572) uważa się, a przynajmniej niektórzy uważają, za okres największej świetności politycznej, kulturalnej i gospodarczej dawnej Polski. Czy rzeczywiście tak było? Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) tak m.in. pisze:

„Próby syntezy epoki jagiellońskiej zrodziły w XIX i XX wieku wieloznaczne pojęcie tzw. idei jagiellońskiej. Przez tę ideę rozumiano zarówno federacyjny związek między państwami i narodami, koncepcję wielonarodowego państwa w Europie środkowo-wschodniej, jak i ekspansję polską na etnicznie niepolskie ziemie wschodnie, usprawiedliwianą teorią o misji cywilizacyjnej Polaków na wschodzie Europy. Przeciwieństwem tak rozumianej idei jagiellońskiej jest piastowska idea państwa polskiego jednolitego etnicznie.

Polityka dynastyczna Jagiellonów zmierzała do pokonania państwa krzyżackiego, opanowania tronów państw środkowej Europy, zwłaszcza Czech i Węgier, oraz utrzymania związku państw w postaci unii personalnej między Królestwem Polskim i Wielkim Księstwem Litewskim. Dynastia Jagiellonów obdarzyła szlachtę licznymi przywilejami, ograniczając zarazem prawa mieszczan i chłopów, co ostatecznie ukształtowało formę państwa polsko-litewskiego jako tzw. demokrację szlachecką.”

Wraz z nastaniem tej dynastii Polska opuściła Europę zachodnią i stała się częścią Europy wschodniej, którą jest nieprzerwanie do dziś. Patrząc na obecną politykę prowadzoną przez „polski” rząd, można powiedzieć, że idea jagiellońska wiecznie żywa. A skoro tak, to warto chyba bliżej przyjrzeć się tej dynastii. Informacje poniższe pochodzą z Wikipedii.

xxx

Następstwo po Piastach i Andegawenach

Śmierć ostatniego króla z dynastii Piastów, Kazimierza III Wielkiego w 1370 roku bez pozostawienia męskiego potomka, skutkowała – zgodnie z umowami zawartymi za życia monarchy – wstąpieniem na tron Polski siostrzeńca zmarłego króla – potężnego władcy Węgier z rodu Andegawenów, Ludwika I Węgierskiego. Nie rozwiązało to problemu sukcesji po Piastach, gdyż król Ludwik był chorowity i nie miał męskich dziedziców. Możnowładcy małopolscy zdecydowali się unieważnić testament Kazimierza III, promujący jego wnuka Kaźka Słupskiego i podjąć z królem negocjacje dotyczące następstwa tronu.

Ich efektem był, wydany w 1374 roku przez króla Ludwika I w porozumieniu z rycerstwem, przywilej generalny koszycki, w którym szlachta Królestwa Polskiego zgodziła się uznać córkę Ludwika I za następcę tronu, w zamian za zagwarantowanie integralności terytorialnej państwa, nadanie przywilejów ograniczających władzę króla i podatki oraz uzależniających nakładanie obowiązków podatkowych oraz udział w wyprawach wojennych od zgody szlachty. Otwarło to dalszy etap negocjacji pomiędzy przedstawicielami szlachty poszczególnych ziem Polski a królem i możnowładcami, dotyczących następstwa tronu dla jednej z córek Ludwika I i wybranego dla niej męża. Do dnia swojej śmierci w 1382 roku król Ludwik I nie zdołał zabezpieczyć andegaweńskiej sukcesji. Obalenie testamentu Ludwika I przez stany węgierskie i przyjazd do Polski niezamężnej młodszej córki króla Jadwigi Andegaweńskiej jesienią 1384 roku umożliwiły małopolskim magnatom swobodne dysponowanie ręką młodej dziedziczki tronu Królestwa i postawienie warunków ewentualnym kandydatom na jej męża i przyszłego władcę Polski.

Ostatecznie, wbrew zdaniu części szlachty wielkopolskiej, dokonano wyboru współpanującego od 1377 roku na pogrążonej w kryzysie Litwie dwudziestoparoletniego księcia Jagiełły (Jogaily), młodszego syna wielkiego księcia Olgierda (Algirdasa) i kuzyna księcia Witolda (Vytautasa). W umowie zawartej 14 sierpnia 1385 roku w Krewie Jagiełło zobowiązał się przybyć do Polski, przyjąć chrzest w obrządku katolickim i przyłączyć swoje litewskie władztwo do Korony Królestwa Polskiego.

xxx

Tak więc decyzję o wyborze Jagiełły na władcę Polski podjęli magnaci małopolscy, ale konkretnie kto, o tym Wikipedia nie wspomina. Jedynie część szlachty wielkopolskiej sprzeciwiała się, ale najwyraźniej z ich zdaniem nie liczono się. Dlaczego w przypadku przywileju koszyckiego stanowisko szlachty zostało uwzględnione, a w przypadku wyboru nowego króla – nie? Kto tak naprawdę rządził?

xxx

Unia w Krewie

Unia w Krewie lub układ w Krewie, rzadziej umowa krewsko-wołkowyska – akt wydany 14 sierpnia 1385 roku przez wielkiego księcia litewskiego Jagiełłę w Krewie, stanowiący jego zobowiązania przedślubne wobec Królestwa Polskiego. Wydanie aktu stanowiło wynik rozmów prowadzonych między księciem a panami małopolskimi na zamku w Krewie dotyczących małżeństwa królowej Jadwigi z Jagiełłą. Poprzedziły je jednak długoletnie, prawdopodobnie co najmniej od koronacji Jadwigi, negocjacje między stroną litewską a polską, a także z królową Elżbietą Bośniaczką (żona Ludwika Węgierskiego – przyp. W.L.), matką wciąż nieletniej Jadwigi.

Jagiełło zobowiązywał się przyjąć chrześcijaństwo w obrządku katolickim wraz z rodziną, dworem i możnymi oraz dać wolność Polakom wziętym w niewolę i przebywającym na Litwie. Obiecywał podjąć starania w celu odzyskania ziem utraconych przez Polskę i Litwę, a także zapłacić Wilhelmowi Habsburgowi 200 tysięcy florenów jako odszkodowanie, za zerwane zaręczyny z Jadwigą.

Ponadto Jagiełło przyrzekł przyłączyć do Królestwa Polskiego ziemie litewskie i ruskie. Przedmiotem sporu w historiografii jest to, czy akt ten oznaczał włączenie państwa litewskiego do Korony Królestwa Polskiego, czy był jedynie deklaracją woli Jagiełły, nie wprowadzającej nowego stanu prawnego. Część współczesnych historyków skłania się ku stwierdzeniu, że akt był obietnicą i miał formę umowy przedmałżeńskiej, a nie umowy międzypaństwowej czy międzydynastycznej oraz nie był aktem unijnym z prawnego punktu widzenia.

Tło historyczne

Państwo litewskie znalazło się w końcu XIV wieku w trudnej sytuacji. Po gwałtownej ekspansji terytorialnej za panowania Giedymina i Olgierda nastąpił okres stagnacji. Litwa wyczerpana w wyniku ekspansji stała w obliczu rywalizacji z każdym ze swoich sąsiadów: z Polską o Ruś Czerwoną, z zakonem krzyżackim o Żmudź, z wielkim księstwem moskiewskim o panowanie nad całą Rusią. Zagrożeniem również było sąsiedztwo tatarskie. Szczególnie niebezpieczeństwo ze strony Moskwy stawało się coraz bardziej realne po tym, jak armia Dymitra Dońskiego pokonała siły Złotej Ordy w bitwie na Kulikowym Polu w 1380 roku. Do tego dochodziła rywalizacja wewnątrz dynastii. Jagiełło musiał walczyć o władzę najpierw z Kiejstutem, a następnie z jego synem Witoldem. W momencie zawierania układów krewskich między kuzynami doszło do rozejmu i Witold, objąwszy księstwo ojca, wspierał starania Jagiełły o tron polski.

Elementem koniecznym zawarcia małżeństwa z królową Polską było przyjęcie chrześcijaństwa przez Jagiełłę, a także rozpoczęcie chrystianizacji na Litwie, na co nalegali możni i episkopat polski. Starania o chrystianizację Litwy pojawiały się dużo wcześniej. Pierwszy władca zjednoczonej Litwy Mendog przyjął chrzest w 1251 roku, porzucił jednak wiarę niewiele później. Późniejsi władcy byli, z wyjątkiem Wojsiełka, poganami. Również niektórzy książęta dzielnicowi przyjmowali chrzest, zwykle w obrządku prawosławnym.

Strona polska niejednokrotnie podejmowała próby chrystianizacji Litwy i włączenia jej do metropolii gnieźnieńskiej. Najpierw w 1253 roku arcybiskup gnieźnieński wyświęcił biskupa litewskiego Wita. Następnie w czasie walk o Ruś Kazimierz Wielki dwukrotnie, w 1340 i 1357 roku, składał propozycję chrystianizacji Litwy w papieskim Awinionie. Po jego śmierci próbę taką podjął w 1373 Dobrogost z Nowego Dworu.

Sam Jagiełło zobowiązał się w układzie zawartym z zakonem krzyżackim na wyspie Dubisie w 1384 roku do przyjęcia chrztu w ciągu następnych czterech lat trwania rozejmu. Witold, w czasie gdy z pomocą zakonu prowadził wojnę z Jagiełłą, ochrzcił się rok później i przyjął imię Wigand. Jagiełło prawdopodobnie przez jakiś czas rozważał przyjęcie prawosławia wraz z ręką Zofii, córki wielkiego księcia moskiewskiego Dymitra Dońskiego, porzucił jednak tę myśl, kiedy wyklarowała się perspektywa ożenku z Jadwigą.

xxx

Można powiedzieć, że unia w Krewie została zawarta na gębę czy, jak to się mówi, na wariackich papierach i Jagiełło miał wolną rękę. Tak naprawdę Polska nic na niej nie zyskiwała i nie miała interesu w jej zawarciu. Interes miał Kościół katolicki i to on podejmował kluczowe decyzje, zasłaniając się małopolskimi magnatami. Polska była tylko narzędziem w rekach Zachodu. Jako państwo frontowe na styku katolicyzmu i prawosławia idealnie nadawała się do wykorzystania. Starcie się tych dwóch wyznań, to niekończący się konflikt. Unia brzeska potwierdziła, że był to jedyny cel tej unii. A ta niby misja cywilizacyjna Polaków na wschodzie to naprawdę żenujący argument. Polska, jako wówczas peryferyjne państwo Europy zachodniej i pod każdym względem słabiej od niej rozwinięte, nie mogła pełnić tej funkcji.

xxx

Odzyskanie dostępu do Bałtyku

Narzucając Księstwu Moskiewskiemu pokój nad rzeką Ugrą latem 1408 roku oraz odnosząc wielkie zwycięstwo militarne nad zakonem krzyżackim w 1410 roku Unia Jagiellońska zdobyła pozycję europejskiego mocarstwa. Władysław II Jagiełło wykorzystał zwycięstwa koalicji do ostatecznej stabilizacji wewnętrznych relacji na Litwie, odzyskania dla niej Żmudzi od Krzyżaków i narzucenia litewskiej dominacji Twerowi, Riazaniowi i Nowogrodowi Wielkiemu. Polska nie uzyskała żadnych bezpośrednich korzyści terytorialnych z odniesionych sukcesów.

Kolejne konflikty zbrojne z zakonem krzyżackim (wojna głodowa i wojna golubska) pozwoliły Litwie odzyskać wszelkie straty i zawrzeć w 1422 roku ostateczny pokój. Jednocześnie król Władysław II konsekwentnie unikał rozproszenia sił Unii i pomimo włączenia się w ogólnoeuropejską politykę poprzez interwencję w pogrążonych w wojnie domowej Czechach, nie zdecydował się na zaangażowanie militarne. Zawarty w 1435 pokój w Brześciu Kujawskim z zakonem krzyżackim podkreślił przewagę Królestwa Polskiego, lecz ponownie nie przyniósł państwu korzyści terytorialnych.

Pomimo podjęcia przez Inflanty polityki zbliżenia z Unią Jagiellońską i przejściowego narzucenia dominacji Nowogrodowi Wielkiemu, Kazimierz IV Jagiellończyk zaniechał dalszej ekspansji na północ i aktywnej polityki wschodniej, angażując siły głównie w opanowanie dla dynastii jagiellońskiej tronów Węgier i Czech. Skutkowało to wybuchem wojny z Węgrami, zjednoczonymi przez narodowego króla Macieja Korwina, która przyniosła Polsce znaczne zniszczenia oraz zainspirowała zakon krzyżacki do podjęcia próby odzyskania suwerenności na tle konfliktu o obsadę biskupstwa warmińskiego. Będąca efektem krzyżackiego wystąpienia wojna popia zakończyła się zwycięstwem Polski popartej przez miasta pruskie, ale Zakon zdołał utrzymać władanie posiadanych przez niego ziem.

Zaangażowany w liczne konflikty Kazimierz IV Jagiellończyk nie zdołał aktywnie przeciwdziałać wzrostowi znaczenia Księstwa Moskiewskiego – panujący w księstwie moskiewskim od 1466 roku książę Iwan III Srogi, rozbijając 14 lipca 1471 roku wojska nowogrodzkie nad Szełonią włączył Nowogród Wielki do moskiewskiej strefy wpływów, a w 1480 roku odpierając nad Ugrą mongolską interwencję odzyskał pełną suwerenność Moskwy, która zaczęła zagrażać integralności terytorialnej Wielkiego Księstwa Litewskiego.

xxx

Tak więc związek Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim polegał na tym, że jedna strona tylko dawała, a druga brała, nie dając w zamian nic. Królestwo Polskie nie odnosiło żadnych korzyści z takiego związku. Czy to nie przypomina obecnych relacji z Ukrainą?

xxx

Rozwój centralnych instytucji państwa stanowego pod rządami Jagiellonów

Jagiełło objęte w 1385 roku rządy w Polsce zmuszony był dzielić z działającymi w nowych warunkach instytucjami monarchii stanowej tworzonymi, wiele lat celem przełamania separatyzmu regionalnego, przez – jednoczących królestwo po okresie rozbicia dzielnicowego – ostatnich Piastów. Wymuszona współpraca sprzyjała rozwojowi idei rozdzielenia władzy monarchy od interesu królestwa – państwa, rozumianego jako niezależny podmiot, reprezentowany przez magnatów, przedstawicieli szlachty, patrycjat niektórych miast i uczonych uniwersyteckich, działających w ramach ukształtowanych prawem zwyczajowym instytucji. Główną zwyczajową instytucją konsultacyjną Korony stanowiła stała rada doradców monarchy (consilii regis) – zapewniała ona konsultację władcy z magnatami i ustalenie sposobu wdrożenia podjętych decyzji, równoważąc jednocześnie wpływy lokalne i rodowe. Udział w konsultacjach zobowiązywał do lojalności wobec uchwalonych jednomyślnie postanowień. Skład rady był przedmiotem sporu pomiędzy monarchą a rywalizującymi wzajemnie stanami, doprowadzając do wytworzenia się dwóch odmiennych niesformalizowanych instytucji: Władysław II Jagiełło dobierał autonomicznie skład tajnej (wąskiej, prywatnej) rady (privatum concilium), lecz musiał liczyć się ze zdaniem wszystkich osób politycznie aktywnych tworzących nieformalną „wielką radę” (colloquium, conventio).

W okresie panowania do 1399 roku jako król-małżonek królowej Jadwigi Władysław II Jagiełło pozostawał pod kontrolą magnackiej grupy współtwórców Unii w Krewie, widzących w nowym królu dowódcę wojskowego i wykonawcę ich postulatów politycznych. Sytuację zmienił uroczysty hołd przedstawicieli szlacheckich elit i reprezentacji społeczeństwa na zjeździe w Korczynie w sierpniu 1399 roku, który po śmierci Jadwigi potwierdził dalsze uprawnienie króla Władysława II do sprawowania władzy w Polsce. Zapewniwszy sobie poparcie stanu szlacheckiego król Władysław II Jagiełło doprowadził do rozszerzenia grupy doradców i współpracowników o konkurujących ze sobą reprezentantów wszystkich ziem i rodów Królestwa, oficjalnie dokumentując to deklaracją radomską z 11 marca 1401 roku będącej polskim aktem unii wileńsko-radomskiej. Uniezależniwszy się w ten sposób od grupy najwybitniejszych oligarchów król uzyskał możliwość pozyskania we własnym zakresie wiedzy o stanie kraju. Dążąc do unikania zebrań wielkiej rady i presji szlachty, do końca panowania Władysław II Jagiełło rządził za pomocą ciągłych objazdów i spotkań z wybranymi doradcami, w czasie których rozstrzygano spory i podejmowano bieżące decyzje polityczne w niewielkim, zależnym od króla gronie.

Autorytet Jagiełły znacznie wzrósł w wyniku decydującego zwycięstwa nad zakonem krzyżackim w 1410 roku i w dalszych latach panowania samodzielne nominacje królewskie i objazdowy system rządów nie były kwestionowane. Władysław II uznając tradycyjny system awansów magnatów w Małopolsce podejmował decyzje personalne co do innych dzielnic według własnego uznania, tworząc własne stronnictwo, i tym samym system rządów skutkował wzrostem znaczenia małopolskich oligarchów, będących najbliższymi doradcami króla w stosunku do innych dzielnic oraz tworzonej przez nich nieformalnej wąskiej rady przy decydującym wpływie autorytetu króla na rozstrzyganie spraw królestwa.

Sytuację zmieniła fala niezadowolenia z prowadzonej w latach 1411–1419 nieskutecznej polityki wobec zakonu krzyżackiego – regularnie spotykająca się na wyprawach pospolitego ruszenia i coraz bardziej świadoma swojego znaczenia szlachta wystąpiła z własnymi żądaniami politycznymi, wymuszając zmiany w grupie doradców królewskich, gdyż żądania prawne zmierzały do zagwarantowania osobistej i majątkowej wolności w obrębie całego stanu szlacheckiego i ochrony przed nadużyciami królewskich urzędników.

W październiku 1423 roku zjazd dostojników koronnych w Warcie podjął uchwały prawodawcze pomimo nieobecności króla Władysława II Jagiełły. Wytworzony w czasie panowania Jagiełły zwyczaj sejmowania i osiągania konsensu zakończył monopol dworu królewskiego na możliwość budowania kariery i dysponowanie najważniejszymi informacjami o państwie. Sejm za pośrednictwem osób zgromadzonych miał możliwość pozyskania wiadomości z prowincji oraz dawał osobom zaangażowanym w politykę możliwości uzyskania awansu, chociaż monarcha pozostawał głównym dysponentem stanowisk, intratnych dóbr i dochodów.

xxx

Z tego nieco przydługiego cytatu wynika, że Piastowie pozostawili scentralizowane, z silną władzą królewską państwo, a już za Jagiełły władza ta stała się jakby rozmyta. Nie bardzo było wiadomo, kto rządził: król, sejm, magnateria czy szlachta, stała rada doradców monarchy, tajna prywatna rada, nieformalna „wielka rada”? Ale w tym szaleństwie była metoda. Zrobiono wszystko, by dobrze ukryć faktyczną władzę i zakamuflować jej prawdziwe cele. I chyba nietrudno domyślić się, kto tak naprawdę rządził.

xxx

Znaczenie dóbr królewskich dla finansowania wydatków państwowych

Najistotniejszym źródłem dochodów monarchów z dynastii Jagiellonów w Polsce były dochody z dóbr królewskich – nieruchomości znajdujących się w jego bezpośrednim posiadaniu. Jagiellonowie odziedziczyli po Piastach prawo do dużych tronowych majątków ziemskich, obejmujących scaloną w 1368 roku przez Kazimierza III Wielkiego domenę, na którą składały się pola uprawne, lasy i łąki oraz kopalnie. Własne majątki Jagiellonów na Litwie stanowiące majątek ziemski stopniowo przeszły w ręce magnaterii jako darowizny, zastawy lub zabezpieczenie wydatków dostojników. Władcom pozostały dobra przejmowane po wygasłych rodach oraz majątek osobisty hospodarski finansowany z danin, ceł, myt i karczem.

Szacunkowo ocenić można rozmiar domeny królewskiej na około 30% powierzchni Królestwa Polskiego. Obejmowała ona około 300 miast i ponad 3500 wsi. Po reformie Kazimierza III Wielkiego kompleksami dóbr królewskich administrował starosta lub wielkorządca, oddając część dochodów skarbowi. Pozostała część stanowiła utrzymanie budynków publicznych i twierdz oraz administracji sądowej i policyjnej, a także dochód starosty.

Upadek domeny koronnej podczas rządów Jagiellonów

Piastowska domena ulegała stopniowemu zmniejszeniu od czasów panowania Ludwika Węgierskiego, jej redukcję pogłębiły nadania i alienacje na rzecz magnatów i sojuszników z okresu panowania Władysława II Jagiełły. Do znacznego zubożenia domeny królewskiej doszło w trakcie prowadzonej przez Władysława III wojny domowej na Węgrzech w latach 1440–1444: poprzez masowe zastawy na rzecz możnych osób prywatnych finansujących węgierską politykę królewską pożyczkami, król pozbawił się posiadania znacznej części dóbr. Upadek domeny osłabił państwo, a fortuny magnackie powstawały kosztem dóbr koronnych. Jak wskazuje Paweł Jasienica w „Polsce Jagiellonów”:

Skarb koronny popadł w ruinę, z której nie miał się już nigdy podźwignąć. Na zawsze przepadł główny wspornik polityki piastowskiej, czyli zdecydowana przewaga materialna panującego nad poddanymi. W przyszłości miało być w Polsce akurat odwrotnie – bogate możnowładztwo, szczególnie duchowne, nędzarskie państwo.

xxx

Wielokrotnie pisałem, że Polska, czyli wówczas Królestwo Polskie, skończyła się wraz z unią lubelską, co nie do końca jest prawdą. Wówczas skończyła się niejako formalnie, urzędowo. Po prostu powstało nowe państwo o nazwie Rzeczpospolita, której częścią była Korona, powiększona o południową część Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli obecną Ukrainę. Jednak początek końca zaczął się od unii w Krewie, czyli od unii personalnej. To, co się wtedy stało z Koroną Królestwa Polskiego, można porównać do tego, co zrobiono po 1989 roku z PRL-em. Po prostu magnaci rozkradli cały dorobek Piastów, a Korona służyła Jagiellonom do realizacji ich celów dynastycznych, czyli ponosiła koszty prowadzonych przez nich wojen i innych zabiegów związanych z interesem dynastii. Miał więc rację Hajle Syllasje, mówiąc do Oriany Fallaci, że w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego. A żeby było jeszcze śmieszniej, to w XVI wieku powstał ruch egzekucyjny, czyli ruch polityczny średniej szlachty, którego postulatem było przeprowadzenie reform w dziedzinie sądownictwa, skarbowości i wojska oraz żądanie zwrotu nieprawnie trzymanych przez magnatów królewszczyzn i ograniczenia praw Kościoła. Czy po części nie przypomina to pisowskiej repolonizacji sprzedanych przedsiębiorstw? Nihil novi sub sole.

Polska piastowska była małym, ale u schyłku jej istnienia – nowoczesnym europejskim państwem z silną władzą królewską. Była monarchią stanową, w której wszystkie stany były w równowadze. W epoce jagiellońskiej nastąpiła diametralna zmiana. Jeden stan, czyli szlachta, został uprzywilejowany, co oznaczało, że pozostałe – dyskryminowane. Mieszczaństwo skarlało, a z chłopów zrobiono niewolników. Polska stała się krajem feudalnym i zacofanym pod każdym względem. Stała się krajem wschodnioeuropejskim. Czesi mieli więcej szczęścia, bo od 1520 roku byli pod Habsburgami. Trochę mniej szczęścia mieli Węgrzy, bo połowa Węgier była pod Turkiem, a druga połowa pod Habsburgami, ale i tak lepiej na tym wyszli niż Polacy.

Kiedyś, gdy w 2005 roku przekraczałem w Cieszynie granicę polsko-czeską, to uderzyło mnie to, że po polskiej stronie był bałagan, pełno śmieci i wszystko sprawiało wrażenie jakiegoś chaosu. Po przekroczeniu granicy – jak nożem uciął; porządek, czysto, nawet na budowach wszystko równo poukładane. Całe życie zastanawiałem się, skąd taka różnica? Dziś już wiem. Gdyby Jadwiga Andegaweńska wyszła za Wilhelma Habsburga, to Polska nadal byłaby, jako podmiot podległy, w Europie zachodniej i dziś być może byłaby krajem takim jak Czechy. Stało się inaczej. I tak to trwa do dziś. Idea jagiellońska dominuje w „polskiej” polityce, zarówno tej wewnętrznej jak i zagranicznej. Inna sprawa, że o tym, żeby tak było decydują wielcy tego świata, tak jak to oni wcześniej zdecydowali, że Jadwiga Andegaweńska miała poślubić dzikiego Litwina.

15 lipca 1410

Bitwa pod Grunwaldem uważana jest chyba za największy triumf polskiego oręża. Czy rzeczywiście tak należy patrzeć na tę bitwę? Być może w sensie militarnym był to sukces, ale w politycznym – klęska. O tym aspekcie politycznym i braku wymiernych korzyści z tej wojny nie mówi się. Warto więc z okazji kolejnej rocznicy powrócić do tamtych wydarzeń, zwłaszcza że mają one wiele wspólnego, z tym, co dzieje się obecnie, czyli bezinteresownym wspieraniem Ukrainy. Zdaje się to być niezmienna cecha „polskiej” polityki od Grunwaldu. Choć z drugiej strony, gdy zagłębimy się w temat, to okazuje się, że było zupełnie inaczej. Poniżej wybrane fragmenty z Wikipedii:

Bitwa pod Grunwaldem (zwana w języku niemieckim pierwszą bitwą pod Tannenbergiem „Schlacht bei Tannenberg”, a w języku litewskim bitwą pod Żalgirisem „Žalgirio mūšis”) – jedna z największych bitew w historii średniowiecznej Europy (pod względem liczby uczestników), stoczona na polach pod Grunwaldem 15 lipca 1410 roku, w czasie trwania wielkiej wojny między siłami zakonu krzyżackiego, wspomaganego przez rycerstwo zachodnioeuropejskie (głównie z Czech, z wielu księstw śląskich, z Pomorza Zachodniego i z pozostałych państw Świętego Cesarstwa Rzymskiego) oraz Prusów pod dowództwem wielkiego mistrza Ulricha von Jungingena, a połączonymi siłami polskimi i litewskimi (złożonymi głównie z Polaków, Litwinów i Rusinów) oraz niewielkich wojsk tatarskich wspieranymi lennikami obu tych krajów (Hospodarstwo Mołdawskie, księstwo mazowieckie, księstwo płockie, księstwo bełskie, Podole i litewskie lenna na Rusi) oraz najemnikami z Czech, Moraw i z księstw Śląska oraz uciekinierami ze Złotej Ordy i chorągwiami prywatnymi (między innymi chorągiew z Nowogrodu Wielkiego księcia Lingwena Semena), pod dowództwem króla Polski Władysława II Jagiełły i wielkiego księcia litewskiego Witolda.

Bitwa ta zakończyła się zwycięstwem wojsk polsko-litewskich i pogromem sił krzyżackich, nie została jednak wykorzystana do całkowitego zniszczenia zakonu. Nie zdobyto Malborka – stolicy Zakonu – ponieważ wygasał rozejm Witolda z inflancką gałęzią Zakonu na północy (korzystny w czasie bitwy) i wojska litewskie rozpoczęły odwrót, niepewna była także sytuacja na południowych granicach Królestwa, zagrożonych atakiem przez ówczesnego sojusznika Zakonu, węgierskiego króla Zygmunta Luksemburczyka. Pomimo poddawania się wojskom królewskim przez pruskie miasta (Olsztynek, Morąg, Dzierzgoń, Główne Miasto Gdańsk, Stare Miasto Toruń, Chełmno, Elbląg), obrońca Malborka, komtur Świecia Henryk von Plauen, miał w dyspozycji jeszcze ponad 200 czynnych braci rycerzy oraz 362 komturie zakonne rozsiane po całej Europie, do których słał listy o pomoc. Marsz wojska dowodzonego przez Jagiełłę na Malbork był powolny. Do 22 lipca 1410 roku – kiedy to pod Malbork dotarły pierwsze oddziały armii polsko-litewskiej – zamek w Malborku był już gotowy do obrony, a jego oblężenie okazało się nieskuteczne. Okres ten kończy zwycięska bitwa rycerstwa polskiego pod Koronowem i I pokój toruński.

Podłoże

W XIII wieku stosunki polsko-krzyżackie były dobre, lecz wiek XIV – wraz ze wzrostem potęgi zakonu – przyniósł zmianę. Będąc królem Polski, Wacław II Czeski zawarł z Brandenburczykami umowę, na mocy której miał oddać Pomorze Gdańskie w zamian za Nową Marchię. Ostatecznie do zamiany nie doszło z powodu śmierci króla, jednak w 1308 Brandenburgia postanowiła skorzystać ze słabości państwa Władysława Łokietka i zajęła Pomorze. Książę zmuszony był zwrócić się o pomoc do Krzyżaków, którzy wyparli najeźdźców. Za swoją pomoc zażądali jednak wysokiej zapłaty, przewyższającej wartość odbitych ziem. Wobec odmowy zapłaty przez Władysława zagarnęli całe Pomorze Gdańskie w 1309 roku. Osłabiona w tym czasie Polska, podzielona wciąż na dzielnice, nie była w stanie natychmiast przeciwstawić się agresji, co spowodowało utratę tych ziem na długie lata.

W 1320 roku królem Polski został Władysław I Łokietek, który wygrał proces z Krzyżakami przed sądem papieskim w Inowrocławiu. Wyrok z 1321 roku nakazał im zwrot Pomorza Gdańskiego Polsce, ale zakon, mimo polskich akcji dyplomatycznych i orzeczeń sądów papieskich, nie zamierzał zwrócić tych ziem.

W 1331 doszło do zawarcia groźnego dla Polski sojuszu Jana Luksemburskiego z Krzyżakami. Ci ostatni, licząc na wspólną akcję pod Kaliszem, najechali kraj od północy. Łokietek postanowił zaatakować część ich sił. 27 września 1331 roku doszło do starcia pod Płowcami na Kujawach. Bitwa nie została jednoznacznie rozstrzygnięta, lecz to strona polska zrealizowała swój cel – kampania Krzyżaków na ziemiach polskich została przerwana. Jednak już 9 kwietnia 1332 roku zakon ponownie napadł na Polskę, zagarniając Kujawy i ziemię dobrzyńską.

25 kwietnia 1333 na tronie polskim zasiadł syn poprzedniego króla, Kazimierz. Okazał się władcą niezwykle sprawnie poruszającym się w świecie dyplomacji. W 1335 doprowadził do I Zjazdu Wyszehradzkiego, na którym za cenę 20 tysięcy kop groszy praskich oraz uznanie zwierzchności Jana Luksemburskiego nad Śląskiem, król Czech zrzekł się wszelkich praw do korony polskiej. Oznaczało to ostateczne przekreślenie sojuszu czesko-krzyżackiego. Ponadto usiłowano rozstrzygnąć sprawę utraconych przez Polskę ziem – jednak ponieważ rezultaty nie zadowalały króla polskiego, zdecydował się on na oddanie sprawy pod sąd papieski. Wyrok z 16 września 1339 nakazywał zwrot Kujaw, ziemi dobrzyńskiej i Pomorza Gdańskiego. Był to już drugi wygrany przez stronę polską proces, ale Krzyżacy ponownie nie zgodzili się na oddanie zagrabionych ziem.

Tymczasem zmarł książę Rusi Halickiej Bolesław Jerzy II, który przed śmiercią uczynił swym sukcesorem Kazimierza, co postawiło przed polską polityką zagraniczną nowe wyzwanie. Król musiał dokonać wyboru, gdyż Polska nie była wówczas na tyle silna, by podjąć się walki na dwóch frontach.

Kazimierz Wielki uznał, że lepszym nabytkiem dla Korony byłoby uzyskanie terenów księstwa ruskiego, w związku z czym spór z zakonem należało załagodzić. W tych warunkach doszło w roku 1343 do zawarcia pokoju w Kaliszu, dzięki któremu zapewniony został rozejm, a Polska odzyskała Kujawy i ziemię dobrzyńską. Poza tym Kazimierz Wielki zachował tytuł władcy Pomorza Gdańskiego, co w przyszłości mogło stanowić podstawę do ewentualnych roszczeń ze strony polskiej.

Kolejny kryzys we wzajemnych stosunkach nastąpił w 1401, tuż po zawarciu przez Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie unii wileńsko-radomskiej. Młodszy brat króla Władysława Jagiełły, Świdrygiełło, przeciwnik porozumienia polsko-litewskiego, stanął na czele buntu przeciw Witoldowi. Postanowił także poszukać wsparcia u Krzyżaków, którzy byli zainteresowani osłabieniem Litwy – jednak znów udało się zapobiec wojnie i w 1404 roku strony zawarły pokój w Raciążku (niedaleko Ciechocinka – przyp. W.L.), gdzie Witold przedstawił także polskie postulaty dotyczące kwestii utraconych ziem. Polska odkupiła ziemię dobrzyńską.

Pokój w Raciążku – porozumienie polsko-litewsko-krzyżackie z 22 maja 1404 roku dotyczące wykupu przez Królestwo Polskie ziemi dobrzyńskiej i zamku w Złotorii oraz potwierdzenia praw Krzyżaków do Żmudzi.

Przyczyny

Wiosną 1409, dzięki zabiegom wielkiego księcia litewskiego Witolda, wybuchło antykrzyżackie powstanie na Żmudzi. Wielki mistrz zakonu, Ulrich von Jungingen, wystąpił do króla Polski, Władysława Jagiełły, o zachowanie neutralności Polski w konflikcie Zakonu z Litwą popierającą Żmudź. Król odmówił. W konsekwencji wielki mistrz zmienił kierunek ataku i w pierwszych dniach sierpnia 1409 roku oddziały zakonne przekroczyły granice Polski, zajęły ziemię dobrzyńską i najechały Kujawy i Wielkopolskę. Jagiełło szybko odzyskał Kujawy i odbił Bydgoszcz, ale działania militarne kampanii 1409 roku na tym zakończono. 8 października 1409 roku pod zamkiem bydgoskim zawarto rozejm, który miał obowiązywać „do dnia św. Jana” – 24 czerwca 1410 roku.

Znaczenie bitwy

Wynik bitwy miał istotny wpływ na ówczesne stosunki polityczne, ponieważ wyniósł dynastię jagiellońską do rangi najważniejszych w Europie. Według niektórych badaczy (np. Stefan Maria Kuczyński, Paweł Jasienica), zwycięstwo odniesione głównie siłami polskimi, spowodowało pewien kryzys w stosunkach polsko-litewskich i miało wpływ na postawę króla, który obawiając się dalszego wzrostu znaczenia Korony w Unii miał opóźniać pościg za niedobitkami wojsk zakonu krzyżackiego i nie zdobył Malborka.

xxx

Dla pełnego zrozumienia, o co w tym wszystkim chodziło, wypada wspomnieć jeszcze o paru faktach.

Bitwa nad Strawą

Bitwa nad Strawą (Strewą) – bitwa pomiędzy Wielkim Księstwem Litewskim a zakonem krzyżackim, która miała miejsce 2 lutego 1348 roku nad rzeką Strawą na Litwie. Bitwa okazała się klęską wojsk litewskich.

Zimą 1348 roku oddziały krzyżackie i sojusznicze w liczbie około 4000 zbrojnych pod dowództwem wielkiego komtura Winrycha von Kniprode (późniejszego wielkiego mistrza) wkroczyły na teren Litwy właściwej. Po przekroczeniu Niemna napotkały idące im naprzeciw wojska litewskie w liczbie około 9000 ludzi. Do starcia doszło nad rzeką Strawą, dopływem Niemna, w pobliżu dzisiejszych Żyżmorów, mniej więcej w połowie drogi między Kownem a Trokami.

Straty strony litewskiej wyniosły 6000 zabitych, czyli 2/3 całego stanu wojska. Śmierć w bitwie ponieśli m.in. książęta Narymunt i Monwid. Natomiast wojska krzyżackie straciły tylko 60 ludzi, w tym 8 rycerzy zakonnych.

Historycy uważają, że bitwa nad Strawą miała charakter przełomowy. Henryk Łowmiański podnosi, że od tego czasu Litwa nie mogła Krzyżakom stawić czoła o własnych siłach w polu. W latach 1300-1315 Krzyżacy byli skutecznie odpierani przez wojska litewskie pod wodzą Witenesa, a później przez Giedymina. Potem jednakże siła litewskiego oporu osłabła i Litwini nie byli w stanie dopowiadać na wciąż organizowane rejzy krzyżackie. Nieudaną próbą odwrócenia skutków klęski nad Strawą był najazd Litwinów na Prusy w 1370 roku i bitwa pod Rudawą, która również okazała się klęską. Przełom nastąpił dopiero po zawarciu unii z Polską.

Bitwa pod Rudawą

Bitwa pod Rudawą (bitwa nad Rudawą, Rudną) – bitwa pomiędzy Wielkim Księstwem Litewskim a zakonem krzyżackim, która miała miejsce 17 lutego 1370 w pobliżu zamku Rudawa (niem. Rudau, lit. Rūdava, dziś wieś Mielnikowo) nad rzeką Rudawą (Rudną, Rudą, dziś Sławnaja) na terenie Sambii. Starcie okazało się klęską wojsk litewskich.

Państwo zakonu krzyżackiego z zaznaczeniem miejsca bitwy pod Rudawą; źródło: Wikipedia.

Wojska litewskie w liczbie około 17 000 dowodzone przez wielkich książąt Olgierda i Kiejstuta wkroczyły od północy na teren Prus, kierując się w stronę Królewca i dalej Zalewu Wiślanego. Ich celem było złamanie potęgi państwa krzyżackiego, które od czasów bitwy nad Strawą w 1348 uzyskało znaczną przewagę w zmaganiach z Litwą, a pod rządami wielkiego mistrza Winrycha von Kniprode przeżywało rozkwit gospodarczy. Wielcy książęta z dynastii Giedymina uważali, że granicą ich wpływów jest rzeka Łyna, w związku z tym dążyli do włączenia wschodniej części Prus w obszar Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wyprawa z lutego 1370 roku miała osiągnąć również ten cel.

Naprzeciw wojskom litewskim wyszły oddziały krzyżackie i sojusznicze w liczbie ok. 10 000 na czele z wielkim mistrzem Winrychem von Kniprode. Lewe skrzydło wojska litewskiego pod dowództwem wielkiego księcia Olgierda składało się głównie z Rusinów oraz Tatarów, zaś prawe, dowodzonego przez księcia trockiego Kiejstuta złożone było z Litwinów oraz Żmudzinów.

Starcie okazało się klęską wojsk litewskich. Według źródeł krzyżackich, w bitwie pod Rudawą zginęło 1000 lub 3500 Litwinów, jednak straty w czasie całej kampanii mogły wynieść ponad 5 tysięcy. Krzyżacy stracić mieli 26 rycerzy oraz 100 lub 300 innych zbrojnych. W bitwie zginął jednak wielki marszałek i komtur królewiecki Henning Schindekopf (zabity podobno przez litewskiego bojara Wojszwiłłę, gdy unosił przyłbicę swojego hełmu), oraz kilku innych dowódców, między innymi komtur brandenburski Kunon von Hattstein oraz radzyński Petzolt von Korwitz.

Wodzowie litewscy, Kiejstut i Olgierd, zdołali ujść z pola bitwy, podobnie jak towarzyszący im ich synowie Jagiełło i Witold oraz inni dowódcy. Niemal całkowicie jednak zostały rozbite oddziały ruskie, które podlegały Litwie.

Klęska pod Rudawą skłoniła wielkich książąt litewskich do szukania pomocy u sąsiadów, czego dalekosiężnym rezultatem była unia polsko-litewska w Krewie w 1385 roku.

Pokój toruński

Pokój toruński – traktat pokojowy zawarty 1 lutego 1411 na wiślanej wyspie Kępa Bazarowa w Toruniu, między Polską i Litwą a Krzyżakami, kończący tzw. wielką wojnę z lat 1409–1411.

Postanowienia

  • Królestwo Polskie odzyskało ziemię dobrzyńską z zamkami w Złotorii i Bobrownikach.
  • Zakon krzyżacki zrezygnował ze Żmudzi na okres życia Władysława Jagiełły i Witolda.
  • Księstwo Mazowieckie odzyskało Zawkrze.
  • Toruń, po pięciomiesięcznej przynależności do Polski, na mocy traktatu przeszedł ponownie pod panowanie Krzyżaków, podobnie jak cała ziemia chełmińska.
  • Obie strony postanowiły też, że kupcy obu państw mogą swobodnie i bez przeszkód, według dawnych zwyczajów, używać dróg wodnych i lądowych.
  • Zakon krzyżacki jako odszkodowanie i za wykup jeńców zobowiązał się zapłacić 10 milionów groszy czeskich.
  • Kwestia Santoka i Drezdenka miały być poddane sądowi arbitrażowemu.
  • Ziemie, miasta i zamki zdobyte przez obie strony wrócą pod poprzednią władzę, a poddani zakonu, składający w czasie wojny przysięgę na wierność królowi polskiemu, zostali z niej zwolnieni.

xxx

Jak widać w wyniku tej bitwy, jednej z największych bitew średniowiecza, Korona odzyskała ziemię dobrzyńską, czyli prawie nic, Litwa natomiast odzyskała Żmudź. Tak naprawdę, to z tych postanowień wynika, że żadna strona praktycznie nic nie straciła i nic nie zyskała. Coś tam trochę pozmieniano, by stworzyć pozory prawdziwego traktatu.

Jednak co innego zwraca uwagę i wręcz zdumiewa. Nie przypadkiem przytoczyłem opis obu bitew: nad Strawą i pod Rudawą. Jeśli Litwini i Rusini ponieśli tak wielkie straty przy wręcz minimalnych zakonu krzyżackiego, to musiało to świadczyć o wielkiej przewadze w sposobie prowadzenia walki i być może uzbrojenia. Jeśli w bitwie pod Rudawą litewscy wodzowie zdołali uciec z pola walki wraz z synami, a jednym z nich był Jagiełło, to jak ten Jagiełło mógł pokonać Krzyżaków pod Grunwaldem? Nie miejmy złudzeń! Zakon krzyżacki dysponował nie tylko dobrze wyszkolonymi rycerzami, ale również doświadczeniem wyniesionym z wypraw krzyżowych. Jego starcie z tą wschodnią zbieraniną musiałoby się skończyć tak, jak podczas tych dwóch wcześniejszych bitew. A jednak skończyło się klęską. W związku z tym najprostszym wytłumaczeniem tego faktu jest po prostu to, że była to ustawka.

Dlaczego ustawka? Po prostu dlatego, że zakon krzyżacki swoją rolę już spełnił. Pogańskie ludy zostały nawrócone. W konfrontacji z prawosławiem nie było już argumentu, a do tego powoli szykowano się do reformacji. Jakoś trzeba było się z tego wywinąć i uznano, że najlepszym sposobem będzie upozorowanie klęski. I zrobiono to tak, by zakon nie ucierpiał i dlatego Jagiełło nie poszedł na Malbork, a jak poszedł to tak, by nic z tego nie wynikło.

Na tym jednak nie koniec. Bezpośrednią przyczyną wybuchu konfliktu było powstanie antykrzyżackie na Żmudzi. Wiosną 1409, dzięki zabiegom wielkiego księcia litewskiego Witolda, wybuchło antykrzyżackie powstanie na Żmudzi. Wielki mistrz zakonu, Ulrich von Jungingen, wystąpił do króla Polski, Władysława Jagiełły, o zachowanie neutralności Polski w konflikcie Zakonu z Litwą popierającą Żmudź. Król odmówił. W konsekwencji wielki mistrz zmienił kierunek ataku i w pierwszych dniach sierpnia 1409 roku oddziały zakonne przekroczyły granice Polski.

Nie zdobyto Malborka, ponieważ wygasał rozejm Witolda z inflancką gałęzią Zakonu na północy (korzystny w czasie bitwy) i wojska litewskie rozpoczęły odwrót. Oznacza to, że wojska krzyżackie z Inflant nie wzięły udziału w bitwie. Nie wzięły, bo miały pretekst w postaci powstania antykrzyżackiego. A jak wiadomo powstania nie wybuchają przypadkowo. A więc wielki książę litewski Witold działał na zlecenie Krzyżaków. I jakoś tak przypadkiem rozejm Witolda z inflancką gałęzią Zakonu wygasł zaraz po zakończeniu bitwy i on musiał wracać na Żmudź, a więc nie mógł brać udziału w zdobywaniu Malborka.

Wiadomo że Piastowie nie radzili sobie z Krzyżakami i nie radzili też sobie Litwini i Rusini. W takim razie unia mogła być dobrym rozwiązaniem w obronie przed nimi. I tak się stało. I okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Połączone siły polsko-litewskie pokonały największą potęgę w Europie. Teraz ta nowa „potęga” mogła przeciwstawić się rosnącej w siłę Moskwie i obronić ziemie WKL przed jej zakusami. Co tam Moskwa! Skoro wspólnym wysiłkiem pokonaliśmy największą potęgę w Europie, to nikt nam nie groźny. Szable w dłoń!

Wygląda więc na to, że już wtedy najlepsi na świecie scenarzyści i reżyserzy działali i wprowadzali w życie swoje scenariusze. Scenariusze, które dziś odgrzewają: razem pokonamy Rosję, razem, znaczy – Polska i Ukraina. A wszystko zaczęło się od podłożenia się zakonu krzyżackiego niczego nieświadomej zbieraninie ze wschodu, bo taką ona była w porównaniu z tym Zakonem i jego wielowiekowym doświadczeniem. W końcu skoro zbudowało się wtedy największy na świecie zamek z cegły, to chyba o czymś to świadczy. W porównaniu z nimi Słowianie byli na innym etapie rozwoju i świadomości. I nie ma sensu się na to obrażać, tylko zastanowić się nad tym i wyciągnąć wnioski, bo mam wrażenie, że obecna intryga ukraińska może być podobnego kalibru.

I to by było na tyle na kolejną rocznicę bitwy pod Grunwaldem. Może zamiast wydurniać się na Polach Grunwaldzkich w każdą rocznicę tej bitwy, wziąć do ręki jakąś książkę albo poszukać w internecie informacji o niej.

Dlaczego Wołyń?

Zbliża się kolejna, tym razem okrągła, 80-ta rocznica rzezi wołyńskiej z 11 lipca 1943 roku. Dlaczego akurat Wołyń? I dlaczego w tym miejscu Wołynia, czyli blisko granicy z województwem lubelskim i lwowskim, czyli Galicją Wschodnią? Po co był tzw. eksperyment wołyński? Pytania można mnożyć. Wypada więc przytoczyć parę faktów, które skłonią do refleksji, bo dotarcie do prawdy będzie trudne.

Galicja Wschodnia i Wołyń; źródło: Wikipedia.

Województwo wołyńskie

Województwo wołyńskie liczyło w 1931 roku około 2 mln ludzi z tego:

  • 70% – Ukraińcy
  • 15% – Polacy (około 1/3 ludności polskiej zamieszkiwała w miastach)
  • 10% – Żydzi
  • 2,3% – Niemcy
  • 2,7% – inne narodowości

Spośród czterech województw południowo-wschodnich II RP, tj. stanisławowskiego, tarnopolskiego, lwowskiego i wołyńskiego, to właśnie województwo wołyńskie miało najmniejszy odsetek ludności polskiej.

Szkolenie Ukraińców w organizacjach paramilitarnych

W legalnej organizacji „Łuh” przeszkolono wojskowo co najmniej 50 tysięcy młodych Ukraińców. Tajnym celem szkolenia było przygotowanie ukraińskiej młodzieży do „odwojowania” z rąk sowieckich Ukrainy Kijowskiej, tzw. Wielkiej Ukrainy. Oficjalnie, to Towarzystwo Gimnastyczno-Pożarnicze, działające głównie na terenach Polski południowo-wschodniej, posiadało w 1927 roku 627 oddziałów terenowych. Tymczasem, podobnie jak pozostałe, od początku było infiltrowane przez terrorystyczne UWO (Ukraińska Organizacja Wojskowa) i OUN. Skutkiem tego w Małopolsce Wschodniej wyszkolono za polskie pieniądze armię partyzancką zdolną do przekształcenia się w armię regularną i złożoną zarówno z emigrantów, jak i z młodzieży ukraińskiej.

I tak też się stało. UPA powstała pod koniec 1942 roku. Nikt w ciągu pół roku nie mógł by stworzyć takiej armii i wyszkolić tylu ludzi, by mogli oni wykonać tak skomplikowaną pod względem logistycznym i organizacyjnym operację, jaką była rzeź wołyńska.

Eksperyment wołyński

Przez 11 lat Henryk Józewski, przyjaciel i protegowany Piłsudskiego, był wojewodą wołyńskim. Eksperyment wołyński był ewenementem na skalę światową. Z ocalałych dokumentów wiemy, że w administracji Józewskiego nie brakowało ruso- i ukrainofilów, z pochodzenia rdzennych Rosjan, których lojalność do państwowości polskiej była wątpliwa. Byli to naczelnicy wydziałów, referenci bezpieczeństwa, prezes Urzędu Ziemskiego. Jak wykazały późniejsze dochodzenia, prawie wszyscy z nich byli podejrzewani o szpiegostwo! Zamiast asymilacji następowała więc dramatyczna ukrainizacja Wołynia. 

W dziedzinie szkolnictwa i edukacji młodzieży też nastąpiło dramatyczne pogorszenie. Polacy musieli wręcz prosić o zgodę na założenie polskiej szkoły. Polskie dzieci musiały przymusowo uczyć się języka ruskiego. Powołano trzy gimnazja ukraińskie: w Krzemieńcu, Łucku i Równem. W gimnazjach tych młodzież wychowywana była w duchu ukraińskiego szowinizmu. Dalszą edukację młodzież ta odbierała we Lwowie, skąd wracała na Wołyń przygotowana do samodzielnego zakładania terrorystycznych komórek. 

Eksperyment wołyński był jednym z wielu przedsięwzięć władz sanacyjnych, mających na celu zjednanie ludności ukraińskiej kolejnymi koncesjami, kosztem polskiego stanu posiadania. 

Henryk Józewski

Po zawarciu sojuszu z Petlurą w 1919 roku został Józewski wiceministrem spraw wewnętrznych Ukraińskiej Republiki Ludowej i tak sam określał swój status:

(…) byłem Polakiem – mężem zaufania Polski i byłem Polakiem – wiceministrem ukraińskim, mężem zaufania Ukrainy. Nie byłem narzędziem Polski w ukraińskim rządzie, nie byłem agentem albo wtyczką. Polska mogła mieć do mnie zaufanie. W mierze nie mniejszej mogła mieć do mnie zaufanie Ukraina.

Odegrał znaczącą rolę w przygotowywaniu wyborów parlamentarnych w 1928 r. Wraz z Kazimierzem Świtalskim i Walerym Sławkiem współtworzył Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (BBWR) i był odpowiedzialny za budowę jego struktur regionalnych oraz stworzenie list kandydatów w przyszłych wyborach. Po ich przeprowadzeniu, wiosną 1928 r., Józewski wyjechał z Warszawy do Łucka, gdzie objął funkcję wojewody wołyńskiego. To zwolennik budowy niepodległej Ukrainy w oparciu o Wołyń.

Przymusowe konwersje

W grudniu 1937 na Wołyniu, wbrew opinii wojewody Henryka Józewskiego, rozpoczęto akcję przymusowych konwersji lokalnych społeczności na rzymski katolicyzm, co uzasadniano potrzebą powrotu do polskości osób zruszczonych w epoce zaborów. Do 1939 roku „nawrócono” na Wołyniu 10 tys. osób. Rząd konsekwentnie twierdził, że wszyscy konwertyci dobrowolnie zmienili religię, środowiska ukraińskie i prawosławne utrzymywały natomiast, że większość przechodzących na katolicyzm czyniła to pod wpływem szantażu i przymusu, lub też za sprawą zatargów z lokalnym klerem prawosławnym.

Wyburzanie cerkwi na Chełmszczyźnie

Wojsko Polskie przeprowadziło akcję tzw. drugiej pacyfikacji, połączonej z masowym burzeniem cerkwi na terenach etnicznie mieszanych. Istotną rolę odegrał tu gen. Gustaw Paszkiewicz. Przeprowadzenie tej operacji uzasadniano potrzebą konsolidacji narodowej w obliczu zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej. W konsekwencji doprowadziło to dalszej eskalacji konfliktu narodowościowego na terenach etnicznie mieszanych. Wyburzanie cerkwi na Chełmszczyźnie miało miejsce od maja do lipca 1938, rozbiórki dokonywali wynajmowani robotnicy, więźniowie, saperzy lub strażacy. Głównodowodzącym akcji był gen. Brunon Olbrycht zastąpiony 21 maja przez płk. Mariana Turkowskiego. Wszyscy oni zostali w PRL-u oficerami Ludowego Wojska Polskiego.

Akcja

11 lipca 1943 roku około godziny 3.00 oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim, które leżały obok siebie w południowo-zachodniej części województwa i graniczyły z województwem lubelskim, czyli z Chełmszczyzną. Była to akcja przygotowana i zaplanowana: przykładowo akcję w powiecie włodzimierskim poprzedziła koncentracja oddziałów UPA w lasach zawidowskich. Na cztery dni przed rozpoczęciem tej akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków.

Dziwnie to wygląda. Na cztery dni przed akcją rozgłoszono o zamiarze wymordowania Polaków. To tak, jakby ktoś celowo chciał nagłośnić ten zamiar. Trudno sobie wyobrazić, by taka informacja nie dotarła do zainteresowanych, a mimo to wydawali się być zaskoczeni. A może atak nastąpił tam, gdzie mówiono o tym otwarcie i dlatego ludzie byli zaskoczeni, bo sądzili, że będzie dotyczył kogo innego.

xxx

Powyższe informacje pochodzą z artykułu Lucyny Kulińskiej Kto zapomina historię powtarza ją. Refleksja nad polską polityką wschodnią z artykułu Henryk Józewski – twórca „eksperymentu wołyńskiego” z portalu HistMag i z Wikipedii. Natomiast wszystko zostało obszernie opisane na blogu „Eksperyment wołyński” i tam też są linki do wspomnianych artykułów, choć link do artykułu Kulińskiej nie działa, ale artykuł ten jest w całości na tym blogu.

Wybór miejsca wydaje się logiczny, bo jeśli chce się przeprowadzić czystkę etniczną, to robi się ją w miejscu, gdzie ludności polskiej jest najmniej, czyli na Wołyniu. A tam w miejscu, gdzie jest ona najliczniejsza. To ma być argument, że właśnie chodzi o motyw nacjonalistyczny, a nie o to, by skłócić na wieki Polaków i Ukraińców. I ten motyw ma ukryć tego, kto napisał ten scenariusz i wyreżyserował cały spektakl.

Źródło zdjęcia: Wikipedia. Najjaśniejszym kolorem zaznaczony jest powiat włodzimierski.

Nie ulega wątpliwości, że taka, zakrojona na szeroką skalę akcja, nie mogła być przeprowadzona bez wiedzy i akceptacji Niemców. W tamtym czasie front znajdował się pod Kurskiem i tam 5 lipca 1943 roku rozegrała się największa pancerna bitwa w dziejach świata. Bitwa nierozstrzygnięta, ale od tego momentu inicjatywa przechodzi w ręce sowieckie. Tak więc na Wołyniu Niemcy nadal rządzili. 4 lipca ginie w katastrofie generał Sikorski. 10 lipca wojska angielskie, kanadyjskie i amerykańskie lądują na Sycylii, co oznacza otwarcie drugiego frontu. Karta się odwraca.

Czy ci, którzy podjęli decyzję o przeprowadzeniu tej akcji nie wiedzieli o tym, że Niemcy powoli przegrywają wojnę i to nie oni będą decydować o losach Europy? Raczej mało prawdopodobne. Dla nacjonalistów ukraińskich oznaczało to, że nie będzie żadnego państwa ukraińskiego, bo nie będzie wsparcia ze strony Niemiec. Po co więc dokonali tej rzezi? Po to, o czym napisałem wyżej, by skłócić obie nacje, a właściwie po to, by spotęgować to skłócenie i nienawiść. Dziś widać, jak dalekowzroczne było to posunięcie. Sprowadzono do „Polski” miliony Ukraińców, nie mówiąc o tych, których przesiedlono po II wojnie światowej, co gwarantuje konflikt na długie lata. Czegóż więcej trzeba tym, którzy tym wszystkim zarządzają?

Ukraińcy, czy ci nacjonaliści ukraińscy, byli tylko narzędziem w ręku tych najlepszych na świecie scenarzystów i reżyserów. Domaganie się dziś od nich przeprosin, to tylko podsycanie konfliktu i eskalowanie wzajemnej nienawiści. Wszyscy ci, którzy do tego nawołują i uważają się za patriotów i prawdziwych Polaków, działają wbrew interesom tej „Polski” i normalnych Polaków, których chyba jeszcze trochę zostało w tym kraju Zulu-Gula. Tym interesem jest dotarcie do prawdy. Obie strony, czyli ukraińska i ta niby polska, są kontrolowane i sterowane przez tych scenarzystów i reżyserów. Jest to po prostu mistrzowskie zarządzanie konfliktem. Bez tego, co stało się 11 lipca 1943 roku, nie było by to możliwe.

Kautsky – z dziejów Kościoła

Lenin stwierdził kiedyś, że dyskusja z towarzyszem Kautsky’m nie ma sensu i że trzeba go zignorować. Chyba jednak nie jest to najlepszy pomysł, bo pracom Kautsky’ego warto poświęcić trochę uwagi i, jak sądzę, nie będzie to czas stracony. W jednej z nich Tomasz More i jego utopia (1888, pierwsze polskie wydanie 1948) poświęca on dwa rozdziały dziejom Kościoła. Poniżej fragment zatytułowany Nieodzowność i potęga kościoła w wiekach średnich (wytłuszczenia W.L.). Źródło tekstu: https://www.marxists.org/polski/kautsky/kosciol.htm

… Jakkolwiek powikłana może się nam wydawać historia XV i XVI wieku, ciągnie się przez ten okres jak jaskrawo widoczna nić czerwona i piętno swoje nań nakłada: walka z kościołem papieskim. Nie należy mieszać kościoła z religią. O religii mówić będziemy później.

Kościół był dominującą siłą w czasach feudalnych, toteż musiał on upaść wraz z feudalizmem.

Gdy Germanie wtargnęli do światowego państwa Rzymian, wystąpił wówczas przeciwko nim kościół jako następca cezarów, jako organizacja, która spajała państwo w całość, jako przedstawiciel sposobu produkcji schyłkowej epoki cesarstwa. Jakkolwiek to państwo ówczesne bardzo mizerne było, jakkolwiek nisko upadła w nim produkcja, wszelako i państwo to, i jego wytwórczość stały o wiele wyżej od politycznych i gospodarczych stosunków u germańskich barbarzyńców. Ci górowali moralnie i fizycznie nad zmurszałym i strupieszałym światem rzymskim, ale świat ten olśnił i podbił ich swoim dobrobytem i swymi skarbami.

Rabunek to nie żaden sposób wytwórczości, choć ten i ów ekonomista zdaje się w to wierzyć. Zwyczajna grabież mienia Rzymian nie mogła zaspokoić Germanów na stałe; zaczęli oni wkrótce sami produkować na sposób rzymski. Im więcej to robili tym bardziej popadali w zależność od kościoła nawet nie wiedząc o tym; kościół bowiem był ich mistrzem; tym konieczniejsza przeto stawała się dla nich wówczas odpowiadająca temu systemowi produkcji organizacja państwowa, której znowu nikt inny stworzyć im nie potrafił, tylko właśnie kościół.

Kościół uczył Germanów wyższych form uprawy roli – klasztory pozostały aż do późnego średniowiecza wzorowymi gospodarstwami rolnymi. Duchowni też rozwinęli wśród Germanów sztukę i kunszt rzemiosł; pod opiekuńczymi skrzydłami kościoła prosperował nie tylko chłop – kościół opiekował się też większością miasta nim nie okrzepły one tak, iżby mogły dalej bronić się już same. Szczególnie zaś faworyzowany był przez kościół handel.

Wielkie jarmarki odbywały się najczęściej w kościołach lub koło nich. Kościół dokładał wszelkich starań, aby ściągać na nie kupujących. On też był jedyną silą, która w wiekach średnich troszczyła się o utrzymywanie w należytym porządku wielkich dróg handlowych, i ułatwiał podróże udzielając będącym w drodze gościny w klasztorach. Niektóre z tych klasztorów, jak np. schroniska na przełęczach alpejskich, służyły prawie wyłącznie potrzebom ruchu handlowego. Ten w pojęciu kościoła był rzeczą tak ważną, że aby ożywić go, kościół sprzymierzał się z drugim czynnikiem, który również reprezentował w państwach germańskich kulturę upadłego Rzymu: żydostwem. Papieże bronili i popierali Żydów przez czas długi. W ogóle zaś w owych czasach, gdy Niemcy byli jeszcze niezafałszowanymi Germanami, przyjmowano przyjaźnie Żydów, jako nosicieli wyższej kultury. I starano się gorąco do siebie ich ściągać. Dopiero gdy kupcy chrześcijańsko-germańscy nauczyli się już równie dobrze szachrować jak Żydzi. zaczęli oni Żydów prześladować.

Jest rzeczą powszechnie znaną, że prawie całą wiedzę średniowieczną można było znaleźć jedynie w kościele i że to on dostarczał wówczas budowniczych, inżynierów, lekarzy, historyków i dyplomatów.

Cale życie materialne ludzi, a wraz z nim i całe ich życie duchowe miało swe źródło w kościele; a przeto nic dziwnego, że kościół trzymał w swej władzy całego człowieka, że nie tylko określał jego sposób myślenia i odczuwania, ale i wszystkie czyny jego. Narodziny, ślub, śmierć dawały kościołowi powód do wkraczania w życie i obyczaje, a co więcej, kościół regulował też wówczas i kontrolował pracę, odpoczynek i święta.

Rozwój ekonomiczny uczynił też kościół nieodzownie potrzebnym nie tylko dla jednostek i rodzin, ale i dla państwa.

Mówiliśmy już o tym, że przejście Germanów do wyższego, niż ich pierwotny, sposobu produkcji, do rozwiniętego rolnictwa i rzemiosła miejskiego, uczyniło koniecznym rozwój odpowiadającego tej produkcji ustroju państwowego. Ale owo przejście dokonywało się za szybko, zwłaszcza w krajach romańskich, jak Włochy, Hiszpania i Galia, gdzie Germanowie zastali produkcję tę już gotową i mocno zakorzenioną u ludności tubylczej, tak że niepodobieństwem było dla nich rozwinąć nowe organy państwowe z samorodnej germańskiej formy ustroju. Funkcje państwowe przypadały teraz w udziale prawie wyłącznie kościołowi, który już w rozpadającym się cesarstwie wyrobił się na organizację polityczną jednoczącą ustrój państwowy. Kościół uczynił przywódcę Germanów, demokratycznego przełożonego ludu, wodza wojsk – monarchą; ale wraz z władzą panującego nad ludem, wzrosła i władza kościoła nad panującym. Stał się on w ręku kościoła kukłą, a kościół z nauczyciela – panem.

Średniowieczny kościół był w samej swej istocie organizacją polityczną. Dokąd on sięgał, dotąd sięgała władza państwa. Założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim przez jego panującego oznaczało nie tylko to, że wzmagano w ten sposób środki nauczania pogan wszelakich artykułów wiary oraz modlitw: dla osiągnięcia tylko tego celu ani Karol Wielki nie byłby rujnował frankońskich chłopów i wymordowywał tysięcy Sasów, ani też ci ostatni, tolerancyjni w rzeczach wiary, jak przeważnie poganie, nie byliby stawiali uporczywego oporu chrześcijaństwu przez lat dziesiątki aż do ostatecznego wyczerpania. Ale założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim oznaczało rozciągnięcie na ten kraj rzymskiego sposobu produkcji i wcielenie kraju do tego państwa, które biskupstwo to zakładało.

Im bardziej germański sposób produkcji wznosił się na ten stopień, na który wytwórczość spadła była w ginącym państwie rzymskim, tym nieodzowniejszy dla państwa i ludu stawał się właśnie kościół. A to, że był dla państwa i ludu pożyteczny, nie oznacza bynajmniej, iż korzystał on ze swego stanowiska wyłącznie w interesie żywiołów od niego zależnych, nie zaś w interesie własnym. Kazał on sobie drogo płacić za swoje usługi jedyną powszechną daninę, którą znały wieki średnie i która składana była wyłącznie kościołowi, stanowiła dziesięcina.

Ale najważniejszym źródłem władzy i dochodów była w średniowieczu, jakeśmy już mówili, własność ziemska. Kościół zdradzał ten sam głód ziemi i ludzi co szlachta i podobnie jak ona starał się wchodzić w posiadanie ziemi i zyskiwać sobie poddanych. Większość włości, które kościół posiadał w państwie rzymskim, przybysze germańscy pozostawili w jego rękach, gdy zaś tu i ówdzie nie uczynili tego, to kościół umiał tam jednak odzyskać w niedługim czasie swoją własność i jeszcze to i owo na dodatek do niej. Zapewniał on tę samą, a najczęściej bodajże nawet skuteczniejszą obronę niż szlachta, dlatego też wielu chłopów oddawało mu się na własność.

Kościół zarządzał państwem, duchowni byli doradcami królów. Nic dziwnego, iż nierzadko pozwalali sobie doradzić, aby z dóbr koronnych uczynić własność kościelną. W zdobywanych krajach pogańskich bogate wyposażenie klasztorów i biskupstw w ziemię było nakazem wręcz koniecznym. Na domiar tego kościół był jedyną siłą, którą królowie mogli byli przeciwstawiać szlachcie, i gdy ta zanadto okoniem im stawała, król nie umiał znaleźć na to innej rady niż to, że ją osłabiał odbierając jej część posiadanych przez nią włości i dając je kościołowi na własność lub w lenno. A gdzie tylko kościół mógł tam nie czekał na to, aż chłopi, król lub szlachta raczą pomnożyć jego posiadłości, lecz zabierał sam, co się dało, i usprawiedliwiał swój rabunek, gdy go pociągano do odpowiedzialności, sfałszowanymi dokumentami darowizny. Wszak samo jedno duchowieństwo tylko w owych czasach czytać i pisać umiało!

Fałszowanie dokumentów było w wiekach średnich równie pospolitym środkiem wylegitymowania się z wejścia w posiadanie jakichś dóbr, jak dzisiaj lichwiarskie pożyczki, fikcyjne procesy sądowe i tym podobne sztuczki. Mnich benedyktyński Dom Veyssiere utrzymywał w XVIII wieku, że z 1200 dowodów nadania, które zbadał był w opactwie Landevenecq w Bretanii, 800 było stanowczo fałszywych. Ile z 400 pozostałych było autentycznych, tego rzec się nie odważył.

Sprawiało to takie wrażenie, jak gdyby kościół miał zamiar zostać jedynym posiadaczem ziemskim w całym świecie chrześcijańskim.

Znaleźli się jednak tacy, co temu zapobiegli. Szlachta była zawsze kościołowi wroga, a kiedy jego włości zbyt się powiększały, to i król także lękać się zaczynał zbytniej przewagi duchowieństwa i starał się ukrócić je z pomocą szlachty. Również najazdy pogan i muzułmanów – i one nawet przede wszystkim – osłabiały kościół. Drastycznie opisał to falowanie potęgi kościoła, to zmienne rozszerzanie się i kurczenie dóbr kościelnych we Francji Monteskiusz:

xxx

Duchowieństwo otrzymywało tak wiele darowizn, że musiano mu chyba ofiarować za rządów trzech dynastii francuskich (Merowingów, Karolingów i Kapetyngów) kilkakrotną ilość wszystkich dóbr tego królestwa. Ale jeśli królowie, szlachta i lud potrafili się tak urządzić, żeby darować duchowieństwu wszystkie swoje ziemie, to nie mniej sposobów znaleźli i na to, aby mu je odebrać. Pobożność za czasów Merowingów sprawiła, że ufundowano mnóstwo kościołów; wszelako duch wojenny ze swej strony był sprawcą tego, że przeszły one z powrotem w ręce wojowników, którzy znów podzielili je między swe dzieci. Jak wiele to gruntów utraciło w ten sposób duchowieństwo! Podobnież Karolingowie szeroko rozwarli dłonie i szczodrobliwość ich nie znała granic. Ale oto przychodzą Normanowie i grabią, i rabują, a prześladują przede wszystkim księży oraz mnichów, wyszukują opactwa i bacznie rozglądają się wszędzie, gdzieby mogli znaleźć jeszcze jakieś poświęcone miejsce… Ileż dóbr duchowieństwo musiało przez to stracić! A niemal że nie było wówczas tak odważnych duchownych, którzy by się ośmielali żądać zwrotu swej własności. Więc znów potem pobożność Kapetyngów miała aż nadto okazji, aby tworzyć fundacje i rozdawać dobra… Duchowieństwo wciąż coś zyskiwało i wciąż coś traciło, i zyskuje i dziś jeszcze. (Montesquieu, “Duch praw” księga 31, rozdział 10).

xxx

Obszar tak zmiennych włości określić dokładnie w epoce, która nie miała wyobrażenia o statystyce, nie jest rzeczą łatwą. Ogólnikowo jednak powiedzieć można, że w średniowieczu jedna trzecia wszystkich posiadłości ziemskich była w rękach kleru.

We Francji w czasie wielkiej rewolucji robiono obliczenia, jak wielkie były dobra kościelne. Według tych obliczeń kościół szczególnie bogaty był w (prowincjach, które zaanektowano po roku 1665. W Cambresis kościół posiadał 14/17 całej własności ziemskiej, w Hennegau i Artois trzy ćwierci, we Franche-Comte, Roussillonie i Alzacji połowę, w innych prowincjach jedną trzecią, a już co najmniej jedną czwartą (Louis Blanc, “Histoire de la Revolution Française”, Bruksela 1847, tom I, str. 423). Od czasów reformacji stan dóbr kościelnych we Francji zapewne niewiele się zmienił.

Że dobra duchowieństwa w Niemczech były bardzo duże, można wywnioskować to choćby stąd, że jeszcze w 1786 roku terytoria kościelne położone w samym tylko cesarstwie zajmowały 1424 mile kwadratowe. Rozległe posiadłości kościelne w świeckich państwach katolickich, jak w Austrii i Bawarii, nie są w to wliczone ani też te, które zostały sekularyzowane w krajach protestanckich.

Posiadłości kościoła były wynikiem jego potężnego stanowiska ekonomicznego i politycznego. A ze swej strony posiadłości te przyczyniały się znowu do wzrostu Jego siły.

Wskazywaliśmy już na to, jaką silę dawało w wiekach średnich posiadanie ziemi. To wszystko, cośmy wtedy o tym powiedzieli, odnosi się też, i w jeszcze większej mierze, do kościoła. Dobra kościelne były najlepiej uprawne, najgęściej zamieszkałe, miasta kościelne najbardziej kwitnące, a więc dochód i siła, którą kościół z nich czerpał, były większe od tych, które dawała szlachcie lub koronie własność ziemska tych samych rozmiarów. Dochód ten jednak był głównie w naturze, a co kościół miał z tym bogactwem robić? Jakkolwiek świetnie żyli mnisi i inni panowie duchowni, tego wszystkiego, co do nich napływało, nie byli w stanie spożyć. Wprawdzie opaci i biskupi średniowieczni, podobnie jak panowie świeccy w owym czasie, miewali też zatargi; wprawdzie i oni musieli po temu utrzymywać świty i drużyny konne; wprawdzie musieli i oni także uiszczać świadczenia lenne – ale jednakże kościół nieczęsto znowu bywał aż tak wojowniczy, aby utrzymywana przezeń siła zbrojna pochłaniała większość jego dochodów. Zwycięstwa odnosił kościół nie tyle dzięki przewadze fizycznej, co umysłowej, tudzież dzięki swej ekonomicznej i politycznej nieodzowności. Wydatkował on na cele wojenne mniej niż szlachta osiągając jednak więcej od niej. Nie tylko dobra jego były bardziej dochodowe, ale kościół otrzymywał również i dziesięcinę z ziemi, która nie do niego należała. Miał on mniejszy od szlachty interes w tym, aby wyśrubowywać wyzysk swych poddanych ponad miarę; był więc w stosunku do nich na ogół łagodny: pod pastorałem biskupim żyło się naprawdę dobrze, a przynajmniej lepiej niż pod władzą miecza rozmiłowanego w łowach i wojnie szlachcica. Mimo tej stosunkowej łagodności instytucjom kościelnym pozostawała jednak pewna nadwyżka środków żywności i z tą nie mając co począć, duchowni obracali ją na pomoc dla ubogich.

Kościół potrzebował tutaj, jak i w wielu innych punktach, nawiązać jedynie do swoich tradycji z epoki cezarów. Pauperyzacja w chylącym się do upadku państwie rzymskim wciąż wzrastała i wspieranie ubogich stawało się zadaniem coraz to bardziej palącym dla państwa. Ale dawne państwo pogańskie nie było przygotowane do rozwiązania tego zagadnienia; przypadło to w udziale organizacji nowej, powołanej do życia przez nowe stosunki i przystosowanej do nich: kościołowi. Opieka nad ubogimi, do której zmuszał stan gospodarczy kraju, stała się jedną z najważniejszych czynności kościoła i bynajmniej nie w najmniejszym stopniu jej właśnie miał on do zawdzięczenia szybki wzrost swojej siły i bogactwa. Coraz to gwałtowniej potrzebne i coraz liczniejsze fundacje dobroczynne osób prywatnych, gmin i samego państwa przekazywano pod zarząd duchowieństwa albo po prostu darowywało kościołowi. Im bardziej wzrastała liczba nic nie posiadających, tym bardziej wzrastał stan posiadania kościoła, tym bardziej ubodzy od niego zależeli, a ponieważ stanowili oni coraz to większy odsetek ludności, wiec też zarazem coraz to większy stawał się wpływ kościoła na całe społeczeństwo.

Podobnie jak darowizny, tak też i regularne daniny na rzecz kościoła przeważnie ten cel miały, że służyły wspieraniu ubogich. Przy dziesięcinie było to wyraźnie określone przepisami, że na cztery części dzielić ją należało: jedna część przypadała biskupowi, jedna niższemu duchowieństwu, jedną obracać miano na nabożeństwa publiczne, a jedną na wsparcia dla ubogich.

W miarę jak Germanowie przyjmowali rzymski sposób wytwarzania, wynikały stąd dla nich nieodłączne od niego następstwa: własność prywatna i ubóstwo. Wspólna własność lasów, pastwisk i nieuprawnej ziemi, utrzymująca się jeszcze obok prywatnej własności ziemi uprawnej, nie dawała ubożeć chłopom. Ale właśnie na początku średniowiecza zachodziły częstokroć wypadki, które wtrącały w nędzę całe połacie kraju. Do wiecznych wojen i ciągłych zatargów między feudałami a książętami dołączyły się jeszcze na dodatek napady hord koczowniczych, tak zgubne dla osiadłej na roli ludności – najścia nomadów lub piratów, Normanów, Węgrów, Saracenów. Wreszcie nieurodzaje bywały też często przyczyną niedostatku.

Gdy nieszczęście nie było tak wielkie, aby dosięgło aż samego kościoła, wówczas stawał się on aniołem ratunku, otwierał swe spichlerze, gdzie gromadził nadmiar bogactw, i udzielał pomocy potrzebującym. Klasztory zaś były wielkimi zakładami zaopatrywania, gdzie znajdował przytułek niejeden podupadły i zubożały, wyzuty z mienia albo pozbawiony schedy szlachcic. Przez wstępowanie w szeregi kościoła wracał on znowu do znaczenia, siły i dostatku.

Nie było ani jednego stanu w społeczeństwie feudalnym, który by nie był zainteresowany w zachowaniu kościoła, choć nie każdy w jednakiej mierze. Podawać w wątpliwość kościół znaczyło w średniowieczu to samo, co podawać w wątpliwość podstawy społeczeństwa i całego życia. Wprawdzie kościół miał jeszcze do przebycia gwałtowne walki z innymi stanami, ale w tych walkach nie chodziło już o jego istnienie, lecz wyłącznie o mniejszą lub większą potęgę albo wyzysk z jego strony. Kościół zawładnął całym życiem materialnym, a więc oczywiście i duchowym, zrósł się z istnieniem ludu, aż kościelny sposób myślenia przeszedł wreszcie z biegiem stuleci w pewien rodzaj instynktu, którego słuchało się ślepo jak prawa natury, a przeciwstawianie mu się uchodziło za rzecz naturze samej przeciwną – wszystkie przejawy życia państwowego, społecznego i rodzinnego przybrały przez kościół ustalone kształty. Te formy kościelnej myśli i działania kościelnego utrzymywały się przy życiu nawet o wiele dłużej niż przyczyny materialne, które je wywołały.

Potęga kościoła średniowiecznego rozwinęła się z natury rzeczy najwcześniej w tych krajach, które należały niegdyś do państwa rzymskiego, a więc we Włoszech, Francji, Hiszpanii, Anglii, później w Niemczech, najpóźniej na północy i we wschodniej części europejskiego świata zachodniego.

Te z plemion germańskich, które podczas wędrówki ludów próbowały zakładać państwa swoje na gruzach imperium rzymskiego, przeciwstawiając się kościołowi rzymskiemu, co wyrażało się w tym, że przyłączyły się one do wrogiej katolicyzmowi sekty arianów – te plemiona bądź to wyginęły, jak Ostrogoci lub Wandalowie, bądź uratowały się od grożącej im zagłady tylko przez poddanie się kościołowi rzymskiemu i przejście na katolicyzm.

Przewodzić zaś światu zachodniemu przypadło w udziale temu plemieniu, które od samego początku założyło państwo swoje w przymierzu z kościołem Rzymian, a więc plemieniu Franków. Król Franków w sojuszu z głową kościoła rzymskiego położył podwaliny pod zjednoczenie chrześcijaństwa zachodniego w jedno powszechne ciało o dwóch głowach, świeckiej i duchownej – pod zjednoczenie będące paląco pilnym nakazem chwili., jeśli się chciało dać skuteczny odpór naciskającemu zewsząd nieprzyjacielowi. Ale ani królom Franków, ani ich następcom z plemienia Sasów nie udało się zjednoczenia tego dokonać na stałe. Papieże rzymscy przeprowadzili to, co było daremnym usiłowaniem rzymskich cesarzy narodu niemieckiego – zespolenie chrześcijańskiego świata pod jednym monarchą. Żaden król feudalny z tego czy innego plemienia pochodzący, nie dorósł do zadania któremu podołać zdolna była tylko organizacja potężniejsza od władzy królewskiej: scentralizowany kościół.

xxxxxxxx

Nie da się ukryć, że jest to zupełnie inne spojrzenie na Kościół, niż to, do którego większość z nas jest przyzwyczajona. Kautsky opisuje go jako instytucję gospodarczą i państwowotwórczą, pomijając aspekt religijny, o którym pisze w innym miejscu.

W 313 roku Konstantyn wydał edykt mediolański, zezwalający na legalne wyznawanie chrześcijaństwa. W 392 roku cesarz Teodozjusz Wielki wprowadził chrześcijaństwo jako religię państwową. Wszelkie inne były odtąd nielegalne. Podział Cesarstwa Rzymskiego na zachodnie i wschodnie (Bizancjum) nastąpił w 395 roku. Cesarstwo zachodniorzymskie przeżywało stopniowy rozkład, osłabiane Wielką wędrówką ludów i najazdami Hunów oraz Wandalów, aż w końcu przestało istnieć, kiedy w roku 476 barbarzyński wódz Odoaker obalił cesarza Romulusa Augustulusa. Natomiast wschodnie cesarstwo istniało jeszcze długo. – Tak to opisuje Wikipedia.

Wielka wędrówka ludów na terytorium Cesarstwa Rzymskiego; źródło: Wikipedia.

Można sobie zadać w tym miejscu pytanie: Dlaczego w trzy lata po wprowadzeniu chrześcijaństwa jako religii państwowej w Cesarstwie Rzymskim nastąpił jego podział? Czy to był przypadek? Dlaczego upadło tylko cesarstwo zachodnie? I dlaczego tylko ono doświadczyło najazdów barbarzyńców?

Na te pytania nie daje odpowiedzi Kautsky, ponieważ zaczyna swoją analizę dziejów Kościoła od podziału Cesarstwa Rzymskiego i skupia się na jej części zachodniej. We wschodniej religia zostaje podporządkowana władzy państwowej, co w Europie zachodniej dokonuje się w okresie reformacji.

Można więc bez wielkiej przesady powiedzieć, że klasztory, biskupstwa czy opactwa były czymś w rodzaju współczesnych korporacji. Zanim przystępowano do właściwej chrystianizacji, następował podbój gospodarczy danego terenu i to właśnie z tego powodu ludność miejscowa stawiała opór. Kwestia przyjęcia nowej wiary była drugorzędna. Opanowanie jakiegoś obszaru i tworzenie na nim klasztorów sprzyjało rozwojowi handlu. W dalszej konsekwencji następowało przyłączenie lub uzależnienie takiego obszaru od państwa, które dokonywało tej ekspansji gospodarczej. Był zatem Kościół w pierwszej kolejności organizacją międzynarodową, gospodarczą i handlową. Spełniał wszelkie funkcje państwa, nie będąc nim jednocześnie. A to wszystko w imię szerzenia „jedynej prawdziwej wiary”, tak jak dziś wykorzystuje się do tego ideę „wolnego rynku” i „demokracji”. I dzięki temu, w sposób niewidzialny, podporządkowywał sobie monarchów w różnych państwach. Wydaje się, że gdybyśmy znali prawdziwą i pełną historię Kościoła, to łatwiej było by nam zrozumieć współczesny świat. Jednak jakoś tak się dziwnie składa, że ten okres, gdy Kościół budował swoją potęgę, określany jest mianem wieków ciemnych. To okres od upadku cesarstwa zachodniego (476) do połowy X wieku.

Skąd się wzięła ta potęga Kościoła? Nie jest tajemnicą, że pierwsze gminy chrześcijańskie wywodziły się z gmin żydowskich. Swoją ekspansję skierowały przede wszystkim na obszar Imperium Rzymskiego. Nie trzeba przy tym wielkiej wyobraźni, by dojść do wniosku, że przedstawiciele tych gmin, a więc Żydzi, przenikali do struktur władzy Imperium. W ten sposób stopniowo je opanowywali. A to z kolei prowadzi do wniosku, że upadek Imperium był przeprowadzony w sposób kontrolowany i dokonano tego tylko w części zachodniej, dzieląc je uprzednio na dwie części.

Jeśli się spojrzy na historię powstań żydowskich przeciw Rzymowi, jeszcze przed zburzeniem Jerozolimy w 70 roku n.e., to wyłania się z niej jakaś nieuzasadniona, irracjonalna nienawiść Żydów do niego, nawet w sytuacjach, gdy byli oni traktowani łagodnie. Najwyraźniej już od początku starali się oni stworzyć wrażenie, że oni i Rzym, to ogień i woda. Później przeniosło się to na chrześcijaństwo i Kościół: ta chorobliwa wręcz nienawiść do krzyża.

„Żydzi z początkiem cesarstwa rzymskiego poza z dawna przodującymi skupiskami w Aleksandrii i w Rzymie, osiadają teraz we wszystkich miastach nadbrzeżnych morza Śródziemnego. Docierają do Galii i do Hiszpanii. Do wielkiego znaczenia urastają żydowskie ośrodki w Kartaginie i w Marsylii, zwanej żydowskim miastem.

To swobodne rozchodzenie się Izraela po miastach cesarstwa, zachowanie im praw obywatelskich, szeroki udział w zarządach miast (tzw. municypiach), opieka cesarzy, uprawiany wobec ludności wyzysk gospodarczy i wreszcie krecia robota, podkopująca fundamenty państwa, potęgowały rozwój antysemityzmu.” – Henryk Rolicki, Zmierzch Izraela.

Wydaje się, że jest to jeden wielki kamuflaż. Z opisu Kautsky’ego wynika, że Kościół był żydowskim tworem: to przywiązywanie wagi do handlu, to faworyzowanie Żydów przez papieży, to fałszowanie dokumentów. Jak zatem zjednać sobie rzesze wiernych? Trzeba ich przekonać, że Kościół nie jest zażydzony. Ale jak to zrobić? Bardzo prosto – poprzez zoologiczną nienawiść, jakby to powiedział Adam Michnik, Żydów do Kościoła, do chrześcijaństwa, do krzyża. W ten sposób starają się oni uwiarygodnić instytucję, która jest całkowicie przez nich opanowana i kierowana; od momentu powstania do dziś.