Gnostycyzm

Korzenie wolnomularstwa sięgają gnostycyzmu. Warto więc, moim zdaniem, przybliżyć sobie ten nurt myślowy, zwłaszcza że wywierał i nadal wywiera on wpływ na wielu uczonych, myślicieli, polityków. Jego ślady widoczne były m.in. w nazizmie i bolszewizmie. Ale wypada chyba zacząć od najdawniejszych czasów. Feliksa Eger w książce z 1894 roku Historia towarzystw tajnych, Dom Wydawniczy „Ostoja”, 2019, tak pisze o początkach masonerii:

»Powstanie i rozwój towarzystwa tajnego, takiego jak wolnomularstwo na łonie społeczeństwa chrześcijańskiego, którego jest zupełnym zaprzeczeniem, to fakt zwracający uwagę nie tylko historyka i filozofa, ale każdego myślącego człowieka.

O początkach wolnomularstwa najsprzeczniejsze istnieją podania; które są zmyślone, które prawdziwe, rozstrzygnąć trudno, podamy je zatem bez komentarzy.

Pisarze masońscy, chcąc stowarzyszeniu swemu nadać większe znaczenie, wyprowadzają początek jego z najodleglejszej starożytności, sięgają nawet aż do stworzenia świata: „Bóg stworzył światło, zatem Bóg był pierwszym wolnomularzem”, powiada B. Bazon; inni wyprowadzają wolnomularstwo od Noego, od mularzy pracujących nad wieżą Babel, nad piramidami egipskimi, kościołem Salomonowym, wreszcie nad wieżą Strasburską lub kościołami, których tak wielką liczbę w IX wieku wystawiono.

Wielu szuka także początków wolnomularstwa w tajemnicach pogańskich, nie zgadzają się jednak co do miejsca. Pagody indyjskie, lasy Druidów w Galii, świątynie Egipcjan w Memfis lub Heliopolis, misteria eleuzyjskie w Grecji lub cześć dobrej bogini w Rzymie, wszystko to po szczególe, a według innych autorów razem, w nieprzerwanym porządku stanowić miało początek lub ciąg trwania tradycji masońskiej.

Historycy, pisarze katoliccy, a nawet masońscy, poważniej przedmiot ten traktujący dowodzą, że herezje gnostyków, manichejczyków, albigensów, socynianów, głównie zaś templariuszy (?) stały się podstawą wolnomularstwa. Tylko organizację przyjęło ono od stowarzyszeń, czyli cechów mularskich, jak o tym świadczą przechowane dotychczas nazwy: kielni, cyrklów, węgielnic, czeladników, majstrów itp. Pierwszą z wymienionych herezji był gnostycyzm. Przewrotna ta nauka, wyszedłszy ze Wschodu w początkach II wieku, zapragnęła połączyć z dogmatami religii Chrystusa magię chaldejską, kabałę żydowską, teurgię egipską i eklektyzm aleksandryjski. Teurgia to nauka polegająca na wchodzeniu w bliższe stosunki za pomocą praktyk i obrządków z bóstwem i duchami i na wywoływaniu skutków nadprzyrodzonych.

Pogarda wszelkiego prawa była ich moralnością… Gnostycy utrzymywali, że Natura objawia dwie wielkie zasady wspólności i jedności wszystkich rzeczy; że prawa ludzkie przeciwne tym prawom naturalnym, są wykroczeniem przeciwko porządkowi ludzkiemu i boskiemu; że dla przywrócenia tego porządku należy ustanowić wspólność ziemi, majętności i kobiet. W ogólności nauczali oni, że im większą pogardę czuć będziemy dla praw istniejących, im więcej wyzwolimy się z tego, co się zwie religią, tym lepiej czcić będziemy Najwyższą Istotę, tym staniemy się podobniejszymi Bogu.

B. Claret wyprowadzając początek wolnomularstwa od gnostyków, tak się o tych ostatnich wyraża: „Od 58 r. ery naszej wyobrażenia zaczerpnięte od zwolenników Zoroastra, z filozofii Platona, z teogonii (pochodzenie bogów – przyp. W.L.) i pneumatogonii (pochodzenie wiatrów – przyp. W.L.) Egiptu, Chaldei i Grecji, wyznawane były tajemnie przez wiele sekt, znanych pod ogólną nazwą gnostyków; utrzymywały bowiem, że one tylko same posiadają prawdziwą wiedzę… Gnostycy nazywali się sami dziećmi światłości. Wtajemniczeni dzielili się na wiele stopni”.

B. Redares utrzymuje, że „wszyscy oni byli wtajemniczonymi do dawnych misteriów, że byli mularzami wybranymi, odznaczającymi się nauką i zdolnościami”… A w innym miejscu: „Jakkolwiek przyjmowali oni wszystkich do swego grona, udzielali stopnie małej tylko liczbie wybranych, znanych im dobrze ze sposobu myślenia i usposobienia. Próba neofita trwała lat 5, najwstrzemięźliwsze milczenie było mu przez ten czas nakazanym. Poddać się też musiał przy przechodzeniu z jednego stopnia na drugi, dopóki nie doszedł do stopnia najwyższego, bardzo przykrym próbom, mającym wykazać, jaką jest jego odwaga i wytrwałość. Po przejściu prób zostawał człowiekiem wolnym”…«

Z kolei Raymond J. L. Walters w książce Drogocenne kamienie: Klejnoty, Talizmany, Źródła mocy; Świat Książki, Warszawa 1999, pisze:

»Północnoafrykańskie miasto Aleksandria, będące niegdyś wioską położoną na skrzyżowaniu szlaków handlowych, stało się głównym ośrodkiem handlowym i kulturalnym Bliskiego Wschodu. Kupcy zwozili swoje towary do pełnego blasku miasta z dalekich krajów, z Persji, Indii, Azji Mniejszej i z wielu ziem okupowanych przez Rzymian. A co najważniejsze, wraz z nimi przybywały tu ich specyficzne wierzenia, obyczaje i religie.

Wśród mieszkańców rojnych ulic Aleksandrii znalazła się też religijna sekta, której członkowie zwali siebie gnostykami – „tymi, którzy wiedzą”. Twierdzili, że osiągnęli poznanie (gr. gnosis), niedostępne prostym śmiertelnikom, będące szczególną koncepcją konfliktu dobra ze złem. Przyswoili też sobie wiele idei filozoficznych, rytuałów i talizmanów występujących w innych religiach. Dominujący wówczas Kościół koptyjski, zaalarmowany gwałtownym wzrostem liczby gnostyków, uznał ich w końcu za heretyków i ekskomunikował.

Wielu gnostyków późnej starożytności wierzyło, że ich bóg Abraksas jest Istotą Najwyższą. Przedstawiano go z ramionami i torsem człowieka oraz z głową koguta – symbolizującą zapobiegliwość. Ciało spoczywało na nogach z węży, będących symbolem umysłu i „słowa”. W jednej ręce bóg ten trzymał tarczę mądrości, w drugiej bicz władzy.

Postać Abraksasa widnieje na wszelkiego rodzaju amuletach i talizmanach, wykonanych przeważnie z chalcedonów, takich jak karneol, agat, heliotrop, jaspis i onyks. Przygotowanie odpowiednich wzorów do rzeźbienia na talizmanach należało do licznych obowiązków kapłanów.

Na niektórych talizmanach ryto słowa, obdarzone, jak uważano, magicznymi właściwościami. Należało do nich zapożyczone z cywilizacji sumeryjsko-babilońskiej kabalistyczne słowo „abrakadabra” napisane tak, by było coraz krótsze. Zapis literowy tego słowa pochodzi ze starożytnego chaldejskiego zwrotu abrada ka dabra – co znaczy: „przepada jak słowo”. Na talizmanie słowo to wypisywano wielokrotnie, w formie trójkąta, jedno pod drugim, skracając je w każdym rzędzie o jedną literę, aż do momentu, kiedy zostało samo „A”.

ABRAKADABRA
BRAKADABRA
RAKADABRA
AKADABRA
KADABRA
ADABRA
DABRA
ABRA
BRA
RA
A

Podczas wielkiej zarazy w 1665 roku zaklęciem tym posługiwali się w Anglii arabscy lekarze, którzy przybyli, by nieść pomoc jej ofiarom.

„Wielu ludzi, bojąc się zarazy (…) stara się uniknąć jej, wykorzystując pewne słowa i formuły, zwłaszcza słowo abrakadabra uformowane w trójkąt.” – Daniel Defoe, pisarz (1660-1731).

W II stuleciu n.e. zarysował się już kres gnostycyzmu. Stało się to nieuniknione od chwili, gdy cesarstwo rzymskie, przyjąwszy chrześcijaństwo, rozpoczęło rugowanie konkurencyjnych religii. Jednak nowa religia nie zakazała (może nie była w stanie), produkcji talizmanów, a wyklęci kapłani gnostyków nadal ich dostarczali. Przez wieki, aż do dzisiaj, na Bliskim Wschodzie, w krajach okupowanych niegdyś przez Rzymian, znajduje się pięknie rzeźbione kamienie abraksas.

Na wielu talizmanach widoczne są także kody numerologiczne. Numerologię można określić jako wiarę w potęgę myśli zawartej w magicznych słowach lub w ich połączeniach. Zręcznie wykorzystywali ją kapłani gnostyków, a także pierwsi chrześcijanie. Każdej literze greckiego alfabetu przyporządkowano pewną liczbę. Same liczby nie miały znaczenia, ale ostateczny wynik sumowania wszystkich liczb przypisanych danej kombinacji liter miał ukrytą moc. Czasem greckie litery łączono z formułami astrologicznymi i rzeźbiono na chalcedonie. By tym sposobem przyciągnąć dobre wpływy.«

Gdy przyjrzymy się bliżej temu trójkątowi równoramiennemu, to zauważymy, że prawe ramię składa się z samych liter “A”, natomiast lewe ramię tworzy wyraz “Abrakadabra”. Wszystkie linie równoległe do prawego ramienia składają się z tych samych liter. Ten wyraz w całej pełni obrazuje, na czym ma polegać magia słów. Można by więc zapytać, czym różni się wiara w magię słów i liczb od wiary w Boga? I dlaczego wiara w Boga, to według “postępowców” ciemnota, a podobna wiara magię, taką czy inną, już – nie. Podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w RPA w 2010 roku przed meczem Nigeria – Argentyna grupa kibiców nigeryjskich zrobiła kukłę Messiego i nakłuwała ją igłą w serce, krzycząc przy tym: Messi! Messi! Messi! Nie pomogło. Argentyna wygrała, wprawdzie skromnie, bo 1:0, ale wygrała. A Messi też ma się dobrze.

Z mojej strony należy się jeszcze wyjaśnienie, co to takiego ten chalcedon. Jest to drobnokrystaliczna odmiana kwarcu zawierająca gęsto rozsiane drobne, niewidoczne gołym okiem, inkluzje (kropelki) wody. Makroskopowo (gołym okiem) chalcedon ma wygląd ciała bezpostaciowego białego lub zabarwionego na różne kolory. I tak karneol jest brunatnoczerwoną odmianą chalcedonu, agat – odmianą o koncentrycznym lub równoległym ułożeniu wielobarwnych warstewek, heliotrop – zielony chalcedon z czerwonymi plamkami, jaspis – odmiana pasiasta, wstęgowa, plamista, cętkowana, żyłkowa, marmurkowa, pstra itp., onyks – odmiana agatu o naprzemianległych czarno-białych wstęgach.

Można więc wyciągnąć z tego wniosek, że gnostycy przywiązywali dużą wagę do słowa. Ale czy tylko oni? W „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Jana Potockiego czytamy:

„…w hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacją, każde zdanie straszliwą formułą, która, gdy ją kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki.

Wiecie dobrze, że Adonaj (hebr. Bóg – przyp. W.L.) słowem stworzył świat i następnie sam zamienił się w słowo. Słowo wprawia w ruch powietrze i umysł, działa na zmysły i dusze zarazem. Chociaż nie jesteście wtajemniczeni, zdołacie jednak z tego wywnioskować, że słowo jest koniecznym pośrednikiem między materią a wszelkim umysłem.”

Z kolei w Biblii w Ewangelii według św. Jana jest napisane:

1. Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo. 2. Ono było na początku u Boga. 3. Wszystko przez nie powstało, a bez niego nic nie powstało, co powstało. 4. W nim było życie, a życie było światłością ludzi.

Internetowa Encyklopedia PWN tak definiuje pojęcie gnozy i gnostycyzmu:

„Gnoza – (gr. gnosis, wiedza, poznanie) swoisty rodzaj wiedzy uzyskanej z poznania opartego na intuicji i kontemplacji w odróżnieniu od wiedzy wynikającej z uczenia się i doświadczenia zmysłowego.

Pierwotnie (np. w Biblii i u niektórych Ojców Kościoła) dostępne człowiekowi poznanie Boga, zapewniające mu zbawienie, następnie centralne pojęcie gnostycyzmu, oznaczające ezoteryczną wiedzę teozoficzną, mającą pochodzić z pozaintelektualnej intuicji (irracjonalizm), uzyskiwanej bądź przez wewnętrzną iluminację (iluminizm), bądź przez wtajemniczenie (inicjację); wg gnostyków gnoza zastępuje zarówno wiarę religijną, jak i naturalne poznanie ludzkie, uważane za błędne (agnostycyzm), ponieważ jest zależne od zmysłowego złudzenia otaczającymi rzeczami materialnymi i od wadliwego funkcjonowania intelektu; metafizyczną treścią gnozy jest równoczesne zanegowanie odrębności, jedności i realności istniejących bytów jednostkowych przez przyjęcie, że wszystkie byty powstają z jednego wspólnego tworzywa (monizm), którym jest myśl (idealizm); myśl ta przekształca się nieustannie w kołowym procesie między wyjściową, nieokreśloną powszechnością boskiego absolutu a ocenianą negatywnie zdegenerowaną rzeczywistością i jednostkowością bytów (proces ten jest ujmowany zwykle w perspektywie dualizmu jako dialektyczne ścieranie się bytu i niebytu, dobra i zła, światła i ciemności itp.); w konsekwencji antropologiczne koncepcje gnozy, zbudowane na dualizmie (duch-materia, świadome-nieświadome itp.), są zdominowane przez soteriologiczny problem ucieczki ducha ludzkiego ze świata pozornego do świata pierwotnej myśli.”

Jak widać ta definicja, dosyć zagmatwana jak sądzę, jest zawężona, bo pomija temat magii słów i ich nadzwyczajnej mocy. Według niej wszystkie byty powstają z jednego wspólnego tworzywa (monizm), którym jest myśl. Stąd już tylko jeden krok do wniosku, że wszystko jest wspólne, co oznacza komunizm, nazywany obecnie, dla niepoznaki, zrównoważonym rozwojem.

„Gnostycyzm – (gr. gnostikos, poznawczy) ogólna nazwa nurtów myślowych oparta na gnozie, rozwijających się w II-III wieku we wschodnich prowincjach cesarstwa rzymskiego.

Wątki myślowe zapowiadające właściwy gnostycyzm w sposób niewyraźny (tzw. pregnostycyzm, m.in. apokaliptyka żydowska z Kumran) oraz wyraźny (tzw. protognostycyzm, różne doktryny irańskie i indoirańskie, orfizm, pitagorejczycy, platonizm) pojawiły się w II w. n. e.; gnostycyzm klasyczny ukształtował się w II-III w. we wschodnich prowincjach cesarstwa rzymskiego, a jego twórcy (m.in. Bazylides, Walentyn, Marcjon z Synopy) łączyli wątki filozofii hellenistycznej z religijnymi wątkami judaizmu i chrześcijaństwa, dając początek pierwszym szkołom gnostyckim; zwalczany w imię ortodoksji chrześcijańskiej przez Ojców Kościoła, gnostycyzm wpłynął m.in. na manicheizm, w średniowieczu nawiązywały do gnostycyzmu rozmaite sekty chrześcijańskie (m.in. bogomolcy, katarzy), muzułmańskie (isma’ilici) oraz żydowskie (kabała); w okresie nowożytnym gnostycyzm przejawił się w renesansowym hermetyzmie (np. M. Ficino), protestanckiej teozofii (J. Böhme) oraz ideologii różokrzyżowców i purytanów; rzeczywiste odrodzenie gnostycyzmu nastąpiło w XIX w., wpływając na strukturę i treść wielu nurtów kultury; wśród przedstawicieli gnostycyzmu współczesnego wymienia się twórców XIX-wiecznego idealizmu niemieckiego (J.G. Fichte, F.W.J. Schelling, F. Schleiermacher, G.W.F. Hegel), mistycyzmu rosyjskiego (S. Bułgakow, P. Florenski) oraz twórców spirytyzmu (A. Kardec), teozofii (H. Bławatska, A. Besant), antropozofii (R. Steiner); główne wątki gnostyckie wystąpiły również w ideologii marksizmu i narodowego socjalizmu, w egzystencjalizmie (J.P. Sartre, M. Heidegger) i w koncepcjach twórców współczesnej psychologii (S. Freud, C.G. Jung, A.H. Maslow, C.R. Rogers); za formę gnostycyzmu można uznać ruch New Age, w ramach którego rozwija się m.in. tzw. neognoza reprezentowana przez naukowców z amerykańskich uniwersytetów w Princeton i Pasadenie.”

Tak więc wszystko zaczęło się w Aleksandrii, w tym pierwszym na świecie kosmopolitycznym mieście. Mieszały się tam kultury, religie, wierzenia z całego ówczesnego świata. Była ona też wtedy największym skupiskiem Żydów. W takim otoczeniu czuli się oni jak ryba w wodzie i nie będzie chyba wielką przesadą stwierdzenie, że to pewnie oni stworzyli ten nurt myślowy zwany gnostycyzmem, a pewnie też i inne. To był I i II wiek n.e. Był to okres sprzyjający powstawaniu różnych sekt chrześcijańskich. Dopiero sobór nicejski I z 325 roku ukształtował doktrynalne podstawy tego, co później nazwano ortodoksją chrześcijańską. Ale to, co powstało wcześniej, czyli te różne sekty chrześcijańskie, przetrwało i wywierało ogromny wpływ na umysłowość wielu uczonych, filozofów i panujących. Jednym z nich był Baruch Spinoza, który do dziś jest idolem wielu masonów, a na którego twórczości gnostycyzm pozostawił wyraźny ślad.

Jeden z tych masonów wyraźnie akcentuje w piosence słowo “monistyczny”, śpiewając, że Spinoza stworzył system monistyczny i naturalistyczny. Oprócz innych uczonych i filozofów wspomniany jest tam Kartezjusz, z którego Spinoza też czerpał. Może nie przypadkiem został wspomniany, może ze względu na jego słynne: “Myślę, więc jestem”.

Jeden z komentarzy pod tym filmikiem: “Trzaskowski brought me here.” To komentarz sprzed roku. Tak więc nie tylko “idee Lenina wiecznie żywe”. Także gnostycyzm ma się dobrze, choć może wielu zwolenników monizmu i naturalizmu nie zdaje sobie z tego sprawy, skąd wyrastają korzenie tych nurtów myślowych, jak to ujmuje Encyklopedia PWN.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to co powyżej przedstawiłem nie jest zbyt jasne, logiczne i spójne. Ale takie były te nurty myślowe, które wykorzystywały różne sekty religijne w celu zwabiania do nich różnych naiwnych, łatwowiernych, mających nadzieję, że dostąpią jakiejś tajemnicy. A one służyły przeważnie do wywoływania zamieszek, niepokojów, rewolucji. Bez nich zapewne nie byłaby możliwa reformacja. Sekty nie zniknęły, ale obecnie ich rolę przejęły różne bojówki, stowarzyszenia, partie polityczne itp.

Masoneria c.d.

W blogu „Masoneria” pisałem o masonerii w sposób ogólny, o jej historii, związkach z judaizmem. W tym blogu chciałbym skupić się na tym, czym jest masoneria, jaki ma system wartości, jak działa. To powinno ułatwić zrozumienie naszej obecnej rzeczywistości. Jeśli komuś wydaje się, że nasze władze działają niekonsekwentnie, że w ich postępowaniu jest wiele sprzeczności, że się ośmieszają, podając wykluczające się dane i statystyki z powietrza itp., to ma rację. Jednak one robią to świadomie, konsekwentnie i z pełną premedytacją. To jest element oddziaływania na ludzką psychikę. A ludzie coraz bardziej zmęczeni takim działaniem starają się bronić. Pod jednym z dziennych raportów Ministerstwa Zdrowia o nowych przypadkach koronawirusa czytam taki komentarz: Czwarta fala rozpocznie się 01.10.2021 o godzinie 8:00. Ktoś odpisuje: Pandemia utknęła w korku i trochę się spóźni. Inny komentujący odpowiada: Wg moich obliczeń o 8:15. Jeszcze inny pisze: Co za bzdura! Rozpocznie się o 9.13. Wiem to od horbana i simona. – To dobrze, że poczucie humoru nie opuszcza ludzi, wszak śmiech to zdrowie.

Podstawą moralności i ideologii masońskiej jest materializm i naturalizm, na których opiera się socjalizm i komunizm. Nazwa socjalizm została nadana wszelkim systemom dążącym do przetworzenia społeczeństwa. Co do sposobu dzielą się one (te systemy) na dwa rodzaje: jeden z nich dąży do przeobrażenia rodziny i własności przy pomocy stowarzyszeń, którymi kierowałoby państwo, co jest właściwym socjalizmem; drugi dąży do zniesienia wszelkiej własności osobistej, ustanowienia wspólnoty dóbr (nie będziesz miał nic, będziesz szczęśliwy) i to nazywa się komunizmem. Tak więc ten nowy porządek, nowa normalność, to nic innego, jak realizacja masońskiej wizji społeczeństwa, tej jeszcze sprzed rewolucji francuskiej.

Dobrze to wszystko opisuje Feliksa Eger w swojej książce Historia towarzystw tajnych z 1894 roku. Jej opracowanie stanowi kompilację dzieł badaczy zajmujących się problematyką masonerii. Oparte jest przede wszystkim na rozprawie francuskiego jezuity Nicolasa Deschampsa (1797-1873) Les sociétés secretes et la société ou Philosophie de l’histoire contemporaine, uzupełnionej przez Claudio Janneta, a także na dziełach Saint-Albina, Saint-Andrégo, dra Otto Beurena i innych.

»Masoneria przez długi ciąg swego żywota nie wywieszała wcale sztandaru bezreligijności. Jakkolwiek od dawna już głównym jej zadaniem była walka przeciw Kościołowi, zachowywała jednak do ostatnich jeszcze czasów pozory wiary w Boga. Karta kolońska, najwcześniejszy pisany dokument masoński, wydana jeszcze w r. 1535 zaczynała się od wyrazów: „Na chwałę Wielkiego Budowniczego Świata”. Wyrazy te następnie wypisane były w lożach, od nich zaczynały się wszelkie akta, konstytucje itp., a jakkolwiek pojęcie Boga było fałszywe, pogańskie, gdyż Bóg znaczył to samo, co natura, jednak zachowało się długo i o zniesieniu formułki tej nikt nie pomyślał. Sztandar niewiary wywieszony dawniej byłby odstręczał większość, zdyskredytował masonerię w oczach ogółu. Jeszcze w r. 1854 ułożony na ogólnym konwencie statut zaczynał się od tych wyrazów: „Celem stowarzyszenia wolnomularzy jest dobroczynność, nauka moralności i pełnienie cnót wszelkich. Podstawą jego: wiara w istnienie Boga, nieśmiertelność duszy i miłość ludzkości”. Od czasu tego postęp na drodze niewiary jest tak szybki, że już w r. 1866 Brat Karol de Gageru na zebraniu lóż niemieckich i amerykańskich odezwał się w te słowa: „Jestem mocno przekonany, że w niedługim czasie ateizm będzie pojęciem całej ludzkości, deizm zaś tylko wspomnieniem przeszłości… Powinniśmy stanąć wyżej nie tylko ponad wszelkie religie, ale ponad wszelką wiarę w jakiegokolwiek Boga… Ateusze są tytanami burzącymi, obalającymi niebo; olbrzymi poruszają głową, wołając na świat cały tonem ogłuszającym: Głupcy tylko sami i same umysły słabe mówią i marzą jeszcze o jakimś Bogu i nieśmiertelności”… Brat Renan, gwiazda uniwersytetu, a za nim na nieszczęście i wielu innych powtarza: „Cześć słońca jest jedyną religią rozumną i mającą podstawy naukowe; słońce jest bogiem wyłącznym naszej planety”. Takie i tym podobne pojęcia Boga musiały się już bardzo rozpowszechnić, kiedy kongres masoński w Metz zebrany w r. 1869 żądał zniesienia przytoczonego wyżej artykułu i zastąpienia go wyrazami: „Podstawą masonerii jest solidarność ludzka”. W r. 1877 Wielki Konwent paryski, zniósł orzeczenie o wierze w Boga i nieśmiertelności duszy i zastąpił je słowami: „Zasadą wolnomularstwa jest zupełna wolność sumienia i solidarność ludzka. Nie wyłącza ona nikogo z powodu jego przekonań religijnych”.

Wywieszenie jawnego sztandaru niewiary wpłynęło na rozdwojenie jedności masonów. Loże Anglii i Stanów Zjednoczonych oderwały się od Wielkiego Wschodu Francji. Przejęły się więcej duchem protestantyzmu, a nawet w rytuale swym dały znaczne miejsce zasadom biblijnym. Straciły tym sposobem cechę bezbożności, jaką przeniknięte były. Lecz działalność lóż angielskich i lóż Ameryki Północnej jest zupełnie odrębną; wszystkie inne idą obecnie pod sztandarem Francji. Hiszpania, Włochy, Niemcy, jawną wyznają niewiarę. W wielu lożach niemieckich zastępują biblię księgą zupełnie czystą, niezapisana, na okładkach której stoi nazwa Bóg, co znaczy, że nic nie nakazuje, niczego nie żąda, niczego nie broni, jednym słowem, że i sam jest niczym. Określenie zaś wyrazu religia dał Brat Gambetta w mowie wygłoszonej na konferencji nad wykształceniem bezreligijnym 29 sierpnia 1881 r.

„Wzniosły ten wyraz religia oznacza związek łączący człowieka z człowiekiem, sprawiający to, że człowiek równy temu, którego spotyka, czci swą własną godność w godności drugiego, kładąc za podstawę prawa: wzajemne szanowanie wolności”.

Towarzystwa tajne pracujące nad wygładzeniem z serc i umysłów pojęcia Boga, życia przyszłego, nad obaleniem religii objawionej, znoszą zarazem wszelkie prawo obowiązujące, a z nim wszelką moralność. To jedno byłoby dostatecznym jej określeniem, lecz wyrazy cnota, moralność, tak często w dziełach, prawach i konstytucjach masońskich używane bywają, tak wielka obłuda ich w tym przypadku i chęć osłonięcia płaszczykiem cnoty zupełnego braku zasad, że obowiązkiem naszym jest cokolwiek się nad tym zastanowić. Wiemy, że wolność i równość pierwotna są głównymi podstawami całej budowy masonerii, są celem jej moralnym, prawdziwą i całą moralnością, wyrażoną przez wszystkie stopnie wtajemniczenia, od najniższego do najwyższego. Według Brata Ragona w 1 stopniu jej uczą, w 2 w niej umacniają, w 3 jej dowodzą i uczą z niej korzystać, w 4 w czyn ją wprowadzają, w 5 opierają na pewnych podstawach, w 6 za nią wynagradzają, w 7 ją uświęcają. W istocie w stopniu pierwszym wykładają uczniowi, że libella i cyrkiel są symbolami równości i podstawą prawa natury. W tychże samych zasadach utwierdzają stopnie czeladnika i mistrza. W stopniu 4, czyli wybranego wyrywa się pierwszy okrzyk zemsty: Nekam albo Moabo według martynistów. Klejnotem stopnia tego jest sztylet przeznaczony do wytępienia zabójców Hirama (budowniczy świątyni Salomona według legendy masońskiej – przyp. W.L.). Mistrz Ragon wprawdzie objaśnia uczciwym a łatwowiernym członkom masonerii, że zabójcami są gwiazdy: Waga, Niedźwiadek i Strzelec, zabijające i grzebiące corocznie Boga-Słońce, by go znów powołać do życia w czasie wiosennym, jednakże mówi zarazem, że sztylet w znaczeniu moralnym przypomina wybranym, iż powinni bezustannie pracować nad zwalczaniem przesądów, ciemnoty i zabobonów pojętych tak, jak to już nieraz tłumaczyliśmy, a co w stopniu Kadosz uosabia się w papieżu, królach i wojsku.

Lecz zobaczmy teraz, jakie to są te „pewne podstawy” dane w 5 stopniu masonerii. Podstawami tymi są: trójkąt, czyli Natura dzieląca się na trzy królestwa: minerałów, roślin i zwierząt, stanowiąca Trójcę Pana (bożka), czyli Wielkiego Architekta Świata; w znaczeniu zaś moralnym oznaczająca Równość, według której wolnomularz jest królem, prawodawcą, kapłanem i władcą bezwzględnym.

Na takich podstawach oparta moralność masońska szóstym stopniem (kawalera Wschodu) wchodzi w erę nagród, którymi są: wyzwolenie się spod wszelkiej zwierzchności religijnej i cywilnej i wolność myślenia, czyli według obrządku szkockiego – libertas. Świątynia Salomona, czyli Natury zostaje odbudowana, co znaczy, że człowiek staje się wolnym (jak w początkach swego bytu na ziemi) odnośnie do innych ludzi i do wszystkiego, co istnieje. Na koniec uwieńczeniem całej tej moralności w 7 i ostatnim stopniu masońskim jest zaprzeczenie Bóstwa Jezusowi Chrystusowi, zniesienie wiary chrześcijańskiej, apoteoza ognia, jedynego boga świata, cześć lingamu indyjskiemu (upostaciowanemu przez krzyż i różę), symbolu rozradzania się powszechnego, czyli triumf odniesiony przy pomocy równości panteistycznej i materialistycznej prawdy nad kłamstwem, wolności nad niewolą, światła nad ciemnościami, życia nad śmiercią.

Zaprowadzenie równości i wolności pierwotnej, czyli mniemanego stanu natury, zniesienie wszelkiej władzy duchownej i świeckiej jest podstawą całej moralności masońskiej, jak ją pojmuje Wielki Wschód i jak o niej mówią rytuały: francuski, szkocki, Mizraima, templariuszy i ich tłumacze. Takie zasady szerzyli i szerzą iluminaci, karbonariusze, martyniści, fourierzyści, saint-simoniści i najmłodsza ich córka – międzynarodówka.

Jakiekolwiek dzieło masońskie weźmiemy do ręki, w każdym ujrzymy te słowa: „Ludzie rodzą się i pozostają wolnymi i równymi sobie pod względem praw. Najpierwszymi, najistotniejszymi z praw tych, niewygasłymi prawami natury są: wolność i równość”. – Cours philos. Ragon. Zatem człowiek wzięty tak indywidualnie, jak zbiorowo, nie ma prawa wkładać żadnego obowiązku na równego sobie człowieka. Z tego by jednak wynieść należało, że nie tylko profan, ale i wolnomularz i Wielki Wschód i Najwyższa Rada i wszelka inna władza masońska nie ma również prawa tłumaczenia praw natury i narzucania ich innym ludziom. Brat Ragon potwierdza to mówiąc: „Ktokolwiek zresztą choćby był kapłanem misteriów eleuzyjskich (hierofantem) wkłada słowa w usta bogów wolnomularstwa, jest oszustem, tyranem, przywłaszczycielem praw naturalnych człowieka i obywatela.” Ponieważ człowiek z natury swej jest wolnym i równym wszystkim ludziom, nikt nie może i nie potrzebuje ustępować praw swych na korzyść drugich, umowa zatem dobrowolna, nawet kontrakt nie może mieć żadnego znaczenia. Zasadę tę wyraźnie głoszą martyniści. Według ich pojęć obowiązkiem człowieka obywatela jest nie poddawać się żadnemu prawu, nie przyjmować żadnego zobowiązania, słowem niczego takiego, co by go wiązało lub czyniło zależnym od kogokolwiek. Że zaś zasady moralności są zbiorem praw określających wzajemne stosunki i obowiązki człowieka względem Boga, bliźnich i siebie samego, zatem wolnomularstwo, odrzucając te prawa, nie uznaje żadnych zasad moralności ogólnej. Brak ten określa nazwa moralności niezależnej.

O ile do rozszerzenia tej moralności niezależnej przyczynili się tak zwani filozofowie-encyklopedyści francuscy, posłuchajmy Bazota, sekretarza Wielkiego Wschodu: „Masoni przygotowali już umysły do wielkiej rewolucji moralnej, gdy prace filozofów Helvetiusa, Voltaire’a, J.J. Rousseau, Diderota, D’Alemberta, Condorceta, Cabanisa i innych rozlały żywe i potężne światło, jak słońce łączące się z dniem dla powiększenia blasku… Światło masonów i światło filozofów rozeszło się po wszystkich stronach ziemi. Francja odrodzona nie doszła jeszcze do tego stopnia doskonałości, jaką nakazują nauki masonerii i geniusz filozofów, lecz ruch nadany porywa, książki filozofów i loże jawne i tajemne znajdują się wszędzie… Wielkie dzieło dokonanym zostanie… Tak – loże masońskie są nieustającymi szkołami moralności powszechnej, niezależnej od wpływu klimatu, obyczajów, wyznań, zasad politycznych”.

Przyjrzyjmy się cokolwiek tym zasadom: „Człowiek rozumny, powiada Helvetius, wie, że ludzie są tym, czym być muszą; głupi – płodzi głupstwa, jak dzika roślina wydaje dzikie owoce. Złość ludzka jest owocem potrzebnym w ogólnym ogniwie”.

„Człowiekiem rozumnym, powiada J. J. Rousseau, jest według mnie ten, kto we wszystkich nieszczęściach, jakie go dotkną, widzi tylko ciosy ślepego fatalizmu”.

„Społeczeństwo, powiada Diderot, jest tylko dziwnym automatem, w którym wszystko jest zważone, przewidziane, układ kół, ciężary równoważące, sprężyny, obroty, etc”.

„Gdyby człowiek był filozofem, wiedziałby, mówi Lamétrie, że wola jest ściśle określona, że jeżelim cnotliwy z rana, a występny wieczorem, przyczyna tego w krwi leży, Kartusz musi być Kartuszem, a Pyrrhus – Pyrrliusem; jeden ma kraść i zabijać siłą ukrytą, a drugi – jawną”. W innym miejscu: „Nic nie jest bezwzględnie sprawiedliwym lub niesprawiedliwym, nie ma uczciwości ani wielkości, ani zbrodni rzeczywistych”.

Niepodobna byłoby przytaczać wszystkich zdań encyklopedystów w tej materii wygłoszonych, a szczególnie zaś głowy ich przewodniej, filozofa-masona par excellence – Voltaire’a. Gdy tylko dotknie przedmiotu tego, dowodzi zawsze, że

„wolność woli nie istnieje, że jest to wyraz bez znaczenia, że czyny człowieka nie zależą od niego, że wola nasza nie różni się od woli żadnego zwierzęcia, że świat cały jest maszyną podległą odwiecznym prawom, że wszystko, co jest, jest skutkiem natury rzeczy lub skutkiem rozkazu Wszechwładnego Pana, a w jednym czy drugim przypadku, zawsze jesteśmy tylko kołami machiny świata”.

Zatem, według zasad masonerii i głównych jej adeptów, ludzie są automatami, maszynami, kołami poruszanymi przez Boga-Naturę, jak wiatr lub deszcz. Bez wolnej woli nie może być odpowiedzialności za czyny; zresztą według tego zbrodniarz zabijający uczciwego człowieka nie jest winniejszym od odłamu skały miażdżącej przechodnia; zdrajca zaprzedający kraj, wydający przyjaciela jest równie cnotliwy jak wybawca ratujący go od śmierci kosztem własnego życia. Prawa, instytucje społeczne, sądy są władzami ślepymi, niemającymi racji bytu, wyroki jakie wydają, kary jakie wymierzają – niesprawiedliwością bez podstawy. A jednak środkami tymi posługują się ci, którzy ich nie uznają. Tak to gdy odstąpimy od praw przedwiecznych, krążymy w błędnym kole, z którego wyjść niepodobna. Z jednego absurdum wpadamy w drugie i tak bez końca.

Jak działa masoneria?

Weisshaupt pisał do innych przywódców iluminizmu: „Chcąc zostać zawsze panami słów naszych, musimy dać poznać uczniom, że wolno nam mówić o tej samej rzeczy raz w ten, a drugi raz w inny sposób; że stawiamy nieraz pytanie jedynie dla zbadania opinii uczniów i dania im sposobności wyjawienia zdania swego w tym względzie. Wybieg ten wiele złego naprawić może. Niech wiedzą, że dopiero koniec pokaże, które słowa z powiedzianych przez nas za prawdziwe uważać należy. Trzeba w sposób rozmaity traktować kwestie, chcąc nie wpaść w matnię i nie dać przeniknąć niższym prawdziwej naszej myśli. Zdanie to nasze w ten sposób w przewodniku wyrażone być powinno (zostało 3-cim paragrafem prawa areopagitów). Byłoby lepiej jeszcze, środek ten byłby pewniejszym, gdybyście włożyli obowiązek na starszych iluminatów, zmieniania z powyżej wyrażonych przyczyn, sposobu traktowania o przedmiotach, w rozmowach z członkami niższych stopni”.

W przepisach dla stopnia wyższego, zwanego akademickim, wygłasza Weisshaupt następująca zasadę:

„Pragnę bardzo, powiada, zrobić adeptów wzajemnymi szpiegami i szpiegami innych. Spomiędzy nich wybór stanowić będą ci, co więcej upodobania i zdolności okażą do zachowania tajemnicy. Chcę na koniec żeby pracowali nad zbadaniem i wytępianiem przesądów”.

Głównie jednak w naukach dawnych umiejącym pozyskać jego zaufanie i zaciągnąć innych w szeregi iluminatów, zaleca założyciel sekty obowiązek szpiegowania, skrytość i obłudę.

„Starajcie się o cechę doskonałości zewnętrznej i wewnętrznej, o umiejętność udawania tego, czym nie jesteście, ukrywania się, maskowania dla zbadania drugich, żeby tym sposobem móc wniknąć w ich życie domowe, wewnętrzne”.

Chcąc poznać tych, których iluminat zaciąga w szeregi, powinien mieć każdy notatkę w kształcie dzienniczka (diarium). Śledząc pilnie wszystko, co go otacza, bezustannie badać będzie osoby, z którymi przestaje; przyjaciele, rodzina, nieprzyjaciele, obcy, obojętni mu, wszyscy bez wyjątku będą przedmiotem jego studiów; starać się będzie odkryć ich słabą stronę, poznać ich namiętności, przesądy, stosunki, związki, a głównie ich postępowanie, interesy, majątek, słowem wszystko, co posłużyć może do ich poznania, i zapisze sobie codziennie wszystko, co w tym względzie zauważył. Szpiegostwo, będące obowiązkiem koniecznym każdego iluminata, dwojaką korzyść przyniesie: jedną, ogólną całemu zgromadzeniu i jego zwierzchnikom, drugą jemu samemu. Dwa razy na miesiąc robić ma wyciąg ze swych spostrzeżeń i przedłoży sprawozdanie swe przełożonym, tym sposobem iluminaci wiedzieć będą w każdym mieście lub miasteczku na kogo liczyć, a kogo obawiać się powinni, kogo pozyskać, a kogo usunąć mają.

Posłuchajmy teraz Najwyższej Wenty Włoch przemawiającej do swoich agentów.

„Zgniećcie nieprzyjaciela jakimkolwiek by on był; powalcie go, jeżeli potężny, obmową i oszczerstwem, lecz przede wszystkim zgniećcie go w zarodku. Młodzież to głównie wciągnąć potrzeba, ją wnieść, lecz tak zręcznie, żeby się nie spostrzegła, że należy do towarzystw tajnych. Chcąc iść naprzód krokiem wolnym, ale pewnym, po tej niebezpiecznej drodze, dwa warunki zachować trzeba: należy uchodzić za niewinnych i prostych jak gołębie, ale mieć roztropność wężów. Ojcowie wasi, dzieci, żony nawet znać nie powinny tajemnicy kryjącej się w łonie waszym. Gdybyście uważali za pożyteczne uczęszczanie do spowiedzi, w celu oszukania badawczych spojrzeń, winniście zachować jak najgłębsze o rzeczach tych milczenie…Dajcie pokój ludziom starym i dojrzałego wieku, działajcie na młodzież i dzieci. Nie odzywajcie się do nich nigdy słowem bezbożnym lub rozwiązłym, maxima debetur puero reverentia (dziecku należy się najwyższe poszanowanie [Juvenalis] – przyp. W.L.), nie zapominajcie nigdy tych słów poety, one służyć wam będą za tarczę przeciw rozpuście, od której się koniecznie powstrzymać potrzeba w interesie sprawy. Ażeby posłannictwo wasze wydało owoce pożądane, ażebyście mieli prawo wstępu i zabrania miejsca przy domowym ognisku, zachować musicie pozory ludzi poważnych i moralnych. Skoro sobie wyrobicie opinię w kolegiach, gimnazjach, uniwersytetach i seminariach, pozyskacie zaufanie profesorów i studentów, starajcie się olśnić ich umysł opisem dawnej świetności Romy. W sercu każdego Włocha tkwi żal za dawną republiką rzymską. Pomieszajcie, złączcie w jedno wspomnienia, podniecajcie, zagrzewajcie dusze pełne ognia i patriotycznej dumy. Podsuwajcie im, a zawsze w sekrecie, książki nieszkodliwe, poezje odurzające przesadą patriotyzmu, a tak powoli doprowadźcie tych głupców do pożądanej miary. Kiedy we wszystkich punktach Państwa Kościelnego ta codzienna praca rozleje światło naszych idei, wtedy ocenicie mądrość rad tu podanych”.

Tak więc zasadą lóż masońskich wszelkich odcieni jest fałsz, podziemne knowania, kłamstwo, hipokryzja i potwarz. I to jest właśnie przyczyną, dla której tak w obrzędach, jak stopniach, rytuałach, widzimy same sprzeczności, dwuznaczniki, alegorie, wyjaśnienia zbijające się wzajemnie. Ukrycie prawdy, odurzenie, oszukanie adeptów i profanów, jest celem i środkiem. Jeden z najbardziej uczonych masonów, Brat Delaunay, w Przewodniku 33 stopnia szkockiego, książce potwierdzonej przez Wielki Wschód i sprzedawanej jawnie, tak się wyraża w domówieniu dzieła:

„Wynikiem wszystkich tych obrządków jest, że pojęcia najpotworniejsze, legendy najdziwaczniejsze, najwięcej sprzeciwiające się prawdzie historycznej, systemy najbardziej szalone, były zazwyczaj wprowadzane, ustanawiane w celu olśnienia neofity, wywołania u niego poczucia wielkich tajemnic, odurzenia słabego umysłu nadzieją nadzwyczajnych rezultatów, rzadko zaś, a nawet rzec można nigdy, w celu zaszczepienia jakiejś użytecznej prawdy lub rozszerzenia ważnego odkrycia… Wyjąwszy trzech pierwszych stopni, wszystko zresztą jest chimerą, szaleństwem, głupstwem, kłamstwem itp.”.

Nie tylko otwartość i szczerość jest fikcją, ale i wolność sumienia, poszanowanie każdej religii są również fikcjami. Pierwsza kryje najstraszniejszą niewolę, drugie – zagładę ich wszystkich. Toasty, śpiewy, hasła na cześć panujących i rządów, są osłoną spisku pracującego nad ich obaleniem; apoteozy miłości ojczyzny i narodowości, kryją pragnienie zagłady wszelkiej narodowości; wyrazy cnota, moralność, tak często powtarzane, osłaniają pracę dążącą do wytępienia wszelkich zasad moralności. Pojęcie uczciwości daje nam Helvetius, jeden z największych luminarzy masońskich:

„Uczciwość pojedynczego człowieka jest bez żadnego znaczenia dla ogółu. Żadnej lub prawie żadnej nie odnosi on z niej korzyści. Toteż sądzić należy żyjących, jak potomność sądzi umarłych. Ona nie bada bynajmniej czy Juvenal był złym, Owidiusz – rozpustnym, Lukrecjusz – bezbożnym, Horacjusz – rozwiązłym, August – skrytym, Cezar – żoną wszystkich mężów… Cóż zatem znaczy uczciwość?… Człowiek genialny, choćby był występnym, znaczy zawsze więcej od ciebie. Nic to nie stanowi, że ludzie są występni, byle tylko byli światli”.

Zobaczymy teraz jak pojmują przyjaźń profesorowie masońscy Cousin i Damiron:

„Podstawą wszystkich uczuć jest interes, miłość samego siebie – koniecznością, na niej opiera się wszelkie przywiązanie, jest ona jego początkiem i końcem, określa wszelkie dążenia, pcha do wszystkiego, jest przyczyną wszelkich zjawisk… być przejętym dla istoty obcej, niebędącej mną samym, troskliwością, miłością, to niedorzeczna hipoteza”.

Jakże smutne życie tych, dla których już żadne serdeczniejsze nie istnieje uczucie, jak niski ich upadek. Należy się jednak pocieszyć tym, że takich jest niewielu nawet między wyznającymi najskrytsze teorie, bo i u tych w niejednej chwili życia serce żywiej zabije, i ci poczują się ludźmi, choć wszelkie ludzkie uczucia wyrwać z siebie pragną. Ideolog Destutt de Tracy, także mason-filozof nie znający wcale zasad chrystianizmu, którego podstawowym prawem jest miłość i poświęcenie z niej płynące, tak swoje pojęcia w tej kwestii sformułował:

„Ponieważ nie mogę przyjąć prawa, które sprzeciwia się oczywistości, powiem z całą szczerością, że przykazanie tak zachwalone: będziesz miłował bliźniego twego jak siebie samego, jest dowodem zapomnienia o pierwszych warunkach naszej istoty. Maksyma ta jest dowodem najzupełniejszej nieznajomości natury ludzkiej”.

O sławionej owej wolności i braterstwie masonów przekonuje nas to bezwzględnie wymagane posłuszeństwo, w imię którego każdy mason musi być ślepym narzędziem w ręku tych, którzy nim kierują. Przejrzyjmy kronikę zbrodni politycznych lat ostatnich, a właściwie całego prawie ostatniego wieku, bo początku i rozwoju ich szukać musimy w rewolucji francuskiej, a przekonamy się, że to mniemane stowarzyszenie braterstwa jest najdoskonalszą szkoła zbrodni.

„Jeżeli 100 000 głów stawia zaporę, niech wszystkie spadną, my znamy tylko miłość ludzkości. Jeżeli mieszczaństwo stawia opór, trzeba pozbyć się mieszczaństwa… Chcę się zemścić nad mieszczaństwem pieniężnym i arystokratycznym, któremu zawdzięczamy prawa i nędzę naszą. Ono zginąć musi”.

Czyż słowa te nie malują jasno, czym jest w istocie braterstwo i wolność masońska?

Najlepszym uzupełnieniem rysu moralności masonerii są przysięgi, wkładające na członka obowiązek zachowania tajemnicy niepowierzonej, niewyjawiania wyrazów i symbolów znajdujących się we wszystkich przewodnikach, przysięgi posłuszeństwa ślepego, bez względu na Boga i ludzi, na sumienie, prawa krajowe i obowiązki względem ojczyzny; posłuszeństwa wyrokom osobistości nieznanej sobie, choćby ta wydała polecenie niegodne, niesprawiedliwe; przysięgi, która wyrzeka się własnego ciała i duszy i daje prawo życia i śmierci nad sobą. Przysięgi te ponawiają masoni nie tylko przy przejściu ze stopnia na stopień, ale czasem po kilka razy, pozostając na jednym i tym samym stopniu.

W r. 1857 na radzie kawalerów Kadosz w Saint-Germain-en-Laye, przedstawiono pytanie: Do jakiego stopnia przysięga obowiązuje masonów urzędników względem swych braci masonów? Pytanie to zostało nierozstrzygnięte, czym dano do zrozumienia, jaką byłaby istotna odpowiedź. Gdyby bowiem przysięga złożona przez urzędników była uznana za ważną, byłby Wielki Wschód odpowiedź swą niewątpliwie wyjawił. Że jednak przysięga masońska unieważnia każdą inną przysięgę, zostawiono pytanie nierozstrzygniętym publicznie. Ale odpowiedź niedwuznaczną znajdujemy w tylu ofiarach spomiędzy masonów, którzy życiem przypłacili sprzeniewierzenie się sekcie. Przypomnijmy Nasta i Stromayera, dwóch pierwszych założycieli Młodej Europy; Kotzebuego zasztyletowanego przez Sanda; Napoleona III, którego upadek spowodowało sprzeniewierzenie się karbonariuszom; Rossiego, Ludwika Frapolli, osadzonego w pełni zdrowia w domu dla obłąkanych, Emilianiego, Scuriattiego, Lazzoneschiego, Adrianiego, niechcących zgodzić się na krwawe środki przez Mazziniego wprowadzone i tylu innych.«

Zwieńczeniem masońskiej moralności w 7. i ostatnim stopniu jest apoteoza ognia, jedynego boga świata. – To stwierdzenie jest bardzo wymowne, jeśli zwrócimy uwagę na pożary lasów, które od jakiegoś czasu wybuchają w różnych, odległych od siebie miejscach i w różnym czasie.

Jest nim też cześć lingamu indyjskiemu (upostaciowanemu przez krzyż i różę), symbolu rozradzania się powszechnego. A cóż to takiego?

Shiva Lingam, specjalna odmiana jaspisu (skała krzemionkowa – przyp. W.L.), to jeden z najlepszych kamieni wspomagających medytację. Ze względu na swą potężną moc od wieków wykorzystywany był w rytuałach i magii. Jest źródłem duchowej energii.

Ten kamień pełen mocy występuje tylko w wodach świętej rzeki Narmada, w Indiach. Dla Hindusów jest symbolem szczęścia i pomyślności. Zbierany jedynie w porze suchej przez kilka rodzin, które przekazują sobie wiedzę z pokolenia na pokolenie. Osoby te polerują i wygładzają ręcznie lingamy, następnie oddają je do świątyni na modły, co zwiększa ich pozytywną moc. Każdy okaz jest wyjątkowy, nie znajdziemy dwóch takich samych. Z ich niezwykłością wiążą się również pewne hinduskie wierzenia.

Hindusi wierzą, że miliony lat temu właśnie w tym miejscu meteoryt zderzył się z Ziemią. Na skutek ogromnego ciepła od uderzenia meteoryt stopił się z okolicznymi kamieniami, a woda wypłukała je w owalny kształt. Tak powstał święty kamień boga Shivy, Boskiego Istnienia, najważniejszego bóstwa w Indiach. Jego jajowaty kształt utożsamiany jest z pierwotnym, kosmicznym jajem, które dało początek wszystkiemu, jest więc symbolem pierwotnej energii wszechświata. Shiva Lingam występuję w kilku kolorach – szarym, piaskowym i brązowym. Dodatkowe czerwone zabarwienie to wspomniane ślady meteorytu, który utożsamiany jest z żeńską energią. Stąd kamień ten łączy w sobie boskość, żeńskość i męskość. Nazwę Shiva Lingam tłumaczy się jako słup światła. Występuje w przeróżnych rozmiarach, nawet tak dużych jak dorosły człowiek. Więcej tu: https://akademiaducha.pl/shiva-lingam-indyjski-kamien-duchowej-mocy-i-transformacji/

No cóż? Jedni wierzą w Boga i nieśmiertelną duszę, inni – w moc kamieni i boga-ognia. Każdy może wierzyć w to, co chce – tak sądzę. Jednak niektórzy dostali takiej manii, że uważają, że ich wiara jest lepsza niż inne i te inne należy zwalczać. Tak uważa masoneria. Trudno dziwić się jej. Jest ona żydowskim narzędziem w walce z Kościołem katolickim i pomocnikiem w dążeniu do realizacji ich mesjańskich celów.

Wolność woli nie istnieje, że jest to wyraz bez znaczenia, że czyny człowieka nie zależą od niego, że wola nasza nie różni się od woli żadnego zwierzęcia, że świat cały jest maszyną podległą odwiecznym prawom, że wszystko, co jest, jest skutkiem natury rzeczy lub skutkiem rozkazu Wszechwładnego Pana, a w jednym czy drugim przypadku, zawsze jesteśmy tylko kołami machiny świata.

Ten nowy porządek, o którym nam mówią ci psychopaci, nie został przez nich wymyślony. Nawet nie zdziwiłbym się, gdyby taki Gates czy Schwab nie wiedzieli, że to Voltaire. Być może kazali im tak mówić ich nieznani przełożeni, którzy już dobrze wiedzą, co czynią i skąd czerpią natchnienie.

Zatem, według zasad masonerii i głównych jej adeptów, ludzie są automatami, maszynami, kołami poruszanymi przez Boga-Naturę, jak wiatr lub deszcz. Bez wolnej woli nie może być odpowiedzialności za czyny; zresztą według tego zbrodniarz zabijający uczciwego człowieka nie jest winniejszym od odłamu skały miażdżącej przechodnia; zdrajca zaprzedający kraj, wydający przyjaciela jest równie cnotliwy jak wybawca ratujący go od śmierci kosztem własnego życia. Prawa, instytucje społeczne, sądy są władzami ślepymi, niemającymi racji bytu, wyroki jakie wydają, kary jakie wymierzają – niesprawiedliwością bez podstawy.

Tego w zasadzie nie trzeba komentować. To się dzieje. A sądy obecne, w odróżnieniu od tamtych, nie wydają wyroków, będących niesprawiedliwością bez podstawy. To, że stan sądownictwa jest właśnie taki, jaki jest, jest wynikiem wdrażania w życie ideologii masońskiej. No bo skoro czyny człowieka nie zależą od niego, bo nie ma on wolnej woli, to nie może on za nie odpowiadać. To chyba oczywiste.

Ludwika Frapolli, osadzonego w pełni zdrowia w domu dla obłąkanych

Zapewne większość myśli, że „psychuszki” to radziecki wynalazek. Nie! To Związek Radziecki korzystał z wynalazków masonerii, zdradzając tym samym, skąd mu wyrastały nogi. Tylko kto o tym wie?

Po co to wszystko? Po co ten reset, nowy porządek? Nie można było powiedzieć prawdy. Nie można było powiedzieć, że chodzi o realizację mesjańskich celów Żydów, o ich panowanie nad światem poprzez podporządkowanie sobie wszystkich innych narodów. Wymyślono więc pandemię, która ma niby umożliwić reset finansowy. Tylko że, żeby dokonać resetu finansowego, to do tego nie potrzeba pandemii. Reset finansowy jest stary jak świat i żeby było śmieszniej był on praktykowany przez Żydów. Nazywał się on rokiem jubileuszowym. A Kodeks Hammurabiego nakazywał darowanie długów po odbyciu kary trzech lat więzienia. Jak mówił cesarz Hajle Syllasje w wywiadzie z Orianą Fallaci: „W świecie nigdy nie dzieje się nic nowego”. Świat, wydaje się, od początku opierał się na kredycie i od początku nie radził sobie z jego spłatą.

W Starym Testamencie znany był rok jubileuszowy obchodzony co 50 lat, w którym wyrównywały się społeczne nierówności, a każdy był wyzwalany z długów. Symbolizowało to nadanie ziemi przez Boga jedynie w lenno. Rok jubileuszowy obchodzony był po siedmiu latach szabatowych, które obchodzono co siedem lat (7 x 7). – Tak to opisuje Wikipedia.

Problem zadłużenia można by było rozwiązać inaczej, ale chodziło o coś innego, o to, by ci, którzy nie wierzą w te bajki o pandemii, myśleli, że wprowadza się ją po to, by dokonać resetu finansowego, a nie po to, by realizować chore idee sfiksowanego narodu, a może raczej jego chorych na umyśle elit. I tu aż ciśnie się na usta rosyjskie, bardzo obrazowe, moim zdaniem, przysłowie: każdy durak po swojemu s uma schodit. To znaczy mniej więcej tyle, że każdy dureń wariuje na swój sposób, bo skutków tego, co ci chorzy na umyśle psychopaci chcą wprowadzić w życie, nie da się przewidzieć. Rzucili wyzwanie naturze, tej naturze, którą tak wielbią i do której się odwołują. Bo czymże jest chęć przemienienia człowieka w automat, jak nie wyzwaniem rzuconym naturze. Człowiek jest przecież cząstką natury. I nie chcą się z tym pogodzić, przynajmniej niektórzy, że człowiek, jako część pewnej całości, nie jest w stanie tej całości ogarnąć i zrozumieć.

Asymilacja

Spośród wszystkich atutów jakimi dysponują Żydzi w swoim dążeniu do podporządkowania sobie świata, najważniejszym jest asymilacja. Nie jest to zjawisko nowe. Jakub Lejbowicz Frank nie był pierwszym, który ją wymyślił. Już w starożytnej Grecji Żydzi korzystali z tego atutu. No bo jak rozpoznać Żyda, który od urodzenia mieszka w danym kraju, od urodzenia mówi językiem tego kraju, przesiąka jego kulturą, zna jego historię i jest wyznawcą religii danego kraju? Nie ma takiej możliwości. My nie wiemy, kim on jest, a on wie kim my jesteśmy. Myślimy, że to nasz rodak, przyjmujemy go do naszej organizacji, stowarzyszenia, ruchu czy partii. Może być lekarzem, który zna stan zdrowia swoich pacjentów i ich problemy, może być urzędnikiem, prawnikiem czy informatykiem, który z racji wykonywanego zawodu ma dostęp do danych firm, przedsiębiorstw czy instytucji państwowych. A on jest nadal Żydem i kontaktuje się z innymi Żydami, którzy również zajmują podobne stanowiska. I w ten sposób zdobywają wiedzę o państwie, jako instytucji centralnej i o samorządach . Wiedzą też dużo o ludziach, o ich statusie materialnym, zdolnościach, zainteresowaniach, nałogach itp. To jest o wiele ważniejsze niż to, że rządzą pieniędzmi i gospodarką.

Nic więc dziwnego, że te kontakty przekładają się na interesy. Łatwiej żydowskiemu przedsiębiorcy wygrać przetarg w instytucji państwowej, gdy decydentem w niej jest również Żyd. A tam, gdzie nie ma przetargów, skorzystać z usług swojego, bez względu na cenę. Podobnie jest z tymi wszystkimi aferami finansowymi, w przypadku których nigdy nie znajduje się sprawców. Skoro w instytucjach finansowych siedzą Żydzi i w sądach – też, to trudno się dziwić. I później politycy, również Żydzi, krytykują bezradność wymiaru sprawiedliwości i obiecują, że jak oni dojdą do władzy, to wszystko to zmienią. I do tego dochodzą te żydowskie media, które ciągle o tym wszystkim wałkują i nic z tego nie wynika. Tak działa ten teatrzyk dla naiwnych.

To oczywiście wcale nie znaczy, że tylko Żydzi zamieszani są w tego typu machlojki. Nie! Angażują w to również gojów, którzy poprzez taką współpracę stają się szabesgojami. Żydzi mają pieniądze i wykorzystują je do korumpowania innych. Wystarczy jakiejś osobie na eksponowanym stanowisku udzielić kredytu na znaczną kwotę, a później umorzyć w zamian za pewne przysługi. Taka osoba już do końca życia będzie od nich uzależniona i tak będzie tańczyć jak oni zagrają. W ten sposób Żydzi schodzą z pierwszej linii strzału, usuwają się w cień. Na pierwszy ogień wysuwają chciwych figurantów.

O tej asymilacji pisał w swojej książce Zmierzch Izraela z 1932 roku Henryk Rolicki:

»Talmud nadał średniowiecznym skupieniom żydowskim w chrześcijańskiej Europie, a także pod władzą muzułmańską swoiste piętno. Tysięczne, drobiazgowe przepisy religijne, a szczególnie zaś przepisy tyczące tzw. czystości lewickiej, utrudniały masom żydowskim kontakt z ludnością, wśród której żyli. „Odgrodzenie zakonu”, zapoczątkowane przez reformy Ezdrasza i Nehemiasza, poprowadzone dalej przez Faryzeuszów zostało przez talmudystów babilońskich spotęgowane do ostatecznych granic. W końcu duch nienawiści do chrześcijaństwa, jakim przesiąknięty jest Talmud, sprawił, że masy żydowskie w ślepej zaciekłości nieraz nawet wbrew własnym interesom materialnym zdradzały wobec ludności chrześcijańskiej prawdziwy swój do nich stosunek.

W rezultacie Talmud odosobnił żydów, pozbawił ich bezpośredniego wpływu politycznego na ogół państw chrześcijańskich i stworzył faktycznie getto żydowskie na wieki przedtem, zanim powstało ono prawnie.

Odseparowana od żydów cywilizacja chrześcijańska, pozbawiona tak wspaniale fermentujących „drożdży rozkładu”, mogła iść własnymi drogami i zwróciła się przeciw żydostwu, popierającemu islam w Hiszpanii i w Ziemi Świętej. Pochód krzyżowców w Palestynie, Egipcie i na półwyspie iberyjskim poczyna żydostwu zagrażać poważnie. Niepodobna go zahamować, skoro nie posiada się w społecznościach chrześcijańskich dostatecznych wpływów wewnętrznych, skoro brak tego czynnika, którym ongiś w walce z cesarstwem rzymskim było żydostwo hellenistyczne.

Żydzi, odgrodzeni drutem kolczastym Talmudu, byli organicznie niezdolni do wchodzenia w głąb życia społeczeństw innych i do podstępnej działalności rozkładającej wewnątrz nich.

Nawiązanie takiego kontaktu między żydostwem, a cywilizacją chrześcijańską, miała umożliwić filozofia Mojżesza Majmuni, znanego w Europie pod nazwą Majmonidesa.

Majmonides stał się niejako duchowym ojcem reformacji, racjonalizmu, a w końcu żydostwa liberalnego XIX w. „Odegrał on względem żydostwa poniekąd rolę zbawiciela”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Urodził się w r. 1135 w Kordobie; przodkowie jego przez osiem pokoleń wstecz byli uczonymi w Talmudzie i członkami kolegium rabinicznego. Przeniósłszy się wraz z ojcem do Fezu w Afryce północnej, przyjął pozornie islam, równocześnie pracował nad komentarzem do Miszny.

„Ciągle wykonywać pozory obcej religii, a przecież w duchu miłować swą własną, do tego zdolny może być tylko silny charakter”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Pierwszym dziełem młodego filozofa była apologia tych, którzy pozornie przyjmują inną wiarę. Wywędrowawszy wraz z rodziną do Egiptu, poświęcił się zawodowi lekarza. W Egipcie dokończył swego komentarza do Miszny w języku arabskim.

„A założył sobie ani mniej, ani więcej, jak judaizm, cały judaizm biblijny i talmudyczny ukazać w takim oświetleniu, aby wyznawcy innych religii, a nawet filozofowie mogli przekonać się o jego prawdziwości”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Mając lat 40, uchodził już Majmuni za miarodajny autorytet rabiniczny. W 1180 roku ukończył drugie swoje wielkie dzieło: Miszna-Tora, będące czymś w rodzaju kodyfikacji Talmudu.

W żydostwie talmudycznym w pierwszej chwili rozgorzała walka przeciw Majmuniemu tak, jak w starożytności zwalczali się zajadle faryzeusze z hellenistami. Różni rabini nawzajem obkładali się klątwą. Z biegiem lat jednak wielkość Majmuniego uznana została wśród żydów powszechnie i pod jego wpływem pękły bezduszne okowy organizacyjne Talmudu, ustępując miejsca filozofii religii i świadomym poczynaniom mesjańskim wśród pewnej, bardziej ogładzonej części żydostwa.

Gdyż – o dziwo! – ten filozof racjonalista, „obrabiający” po swojemu Arystotelesa w wykładzie, pełnym pozornych sprzeczności, ów wzorowy przedstawiciel powagi „stylu rabinicznego” był zarazem mesjanistą żydowskim.«

W bibliografii do cytowanej powyżej pracy zamieścił również Rolicki takie źródło: B. Z., Czy istnieją czysto polskie rodziny szlacheckie?, zam. w „Naszym Przeglądzie”, Warszawa 1928. Skoro ktoś postawił takie pytanie, to znaczy coś musiało być na rzeczy. A to na rzeczy, choć istniało od dawna, to zostało spotęgowane poprzez „dzieło” Jakuba Franka i jego „katolickiej” sekty. Ci ludzie nie wyparowali. Ich potomkowie dobrze się mają i dominują w Polsce, a wielu z nich zajmuje znaczące stanowiska w Ameryce i w innych krajach.

Asymilacja Żydów nie jest jakimś tematem tabu i oni sami o tym wspominają. Na stronie Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Poznaniu znajduje się artykuł Gaspar da Gama – żydowski podróżnik z Poznania. Wprawdzie jest on bardziej poświęcony odkryciom geograficznym i jego w nich roli, ale wspomina też o asymilacji. Link do oryginalnego tekstu tu: http://poznan.jewish.org.pl/index.php/Zasluzeni/Gaspar-da-Gama-zydowski-podroznik-z-Poznania.html.

»Ważnym czasem w historii świata był Okres Wielkich Odkryć Geograficznych. Szczególną aktywnością w odkrywaniu nowych lądów wykazały się kraje Europy położone nad Oceanem Atlantyckim – Hiszpania, Portugalia, Anglia i Francja. Polska ze swoim położeniem w środku Europy nie miała sprzyjających warunków do uczestniczenia w odkryciach geograficznych.

Od dawna jednak w Polsce istniała psychologiczna potrzeba odnalezienia kogoś z Polski, kto także byłby odkrywcą. I tak pojawiła się postać Jana z Kolna – rzekomego odkrywcy Ameryki. W miastach na Wybrzeżu trafić możemy na ulice imienia Jana z Kolna.

Tylko, że jest to postać legendarna, która najprawdopodobniej nigdy nie istniała. Tymczasem istnieje niekwestionowana postać historyczna, Żyda z Poznania, który był odkrywcą lub współodkrywcą Brazylii.

W XIX wieku, jego życiem interesował się Joachim Lelewel (1786-1861). Niewiele wiemy o początkach życia tego człowieka, którego pełne kontrowersji, barwne życie, mogłoby stanowić scenariusz do przygodowego filmu. Historia odnotowała postać Żyda z Poznania pod nazwiskiem Gaspar da Gama. Inne źródła podają inne nazwiska: Gaspar de Lemos, Gaspar d’Almeida lub Gaspar da India. Wiemy, że urodził się w Poznaniu w 1450 roku.

Nie znamy prawdziwego nazwiska tego człowieka. Istnieją jednak uzasadnione domniemania, że nosił imię Kacper. Portugalskie źródła historyczne określają go: „judeu do Reyno de Polonia de Posna” – Żyd z Królestwa Polski z miasta Poznań. W 1454 roku w Poznaniu wybuchły tumulty antyżydowskie. Starano się zmusić Żydów do konwersji na chrześcijaństwo. Wobec takiego niebezpieczeństwa rodzice Gaspara, wraz z całą rodziną postanowili opuścić Polskę.

Celem podróży miała być Jerozolima. Nie udało się jednak pokonać całej długiej trasy w jednym etapie. Rodzina Gaspara zatrzymała się na pewien czas we Włoszech. Dopiero później dotarła do Jerozolimy. Ciekawość świata nie pozwoliła Gasparowi pozostać na stałe w Jerozolimie. Udał się do Aleksandrii. Tam z nieznanych przyczyn dokonał konwersji na islam.

Kolejnym etapem w życiu Gaspara było Goa w Indiach. Początkowo był tam niewolnikiem, lecz później odzyskał wolność. Wiadomo jest, że w Goa zajmował się handlem a także został szpiegiem na usługach władcy tego kraju. W roku 1498 do Goa przybyła flota portugalskiego odkrywcy Vasco da Gamy, otwierając szlak morski do Indii. Wówczas na statku Vasco da Gamy (1469-1524) pojawił się Gaspar. Powiedział, że jest chrześcijaninem i niewolnikiem bogatego właściciela wyspy Saboia. Vasco da Gama zorientował się, że jest to podstęp. Gaspar miał pod swoim dowództwem czterdzieści okrętów, których zadaniem było zaatakowanie w odpowiednim momencie portugalskiej floty. Po tym zdarzeniu Gaspar został przez Portugalczyków zaaresztowany.

Najprawdopodobniej cała ta przygoda zakończyłaby się dla Gaspara śmiercią. Portugalczycy jednak zorientowali się, że mają do czynienia z postacią nieprzeciętną, wybitnym znawcą Indii. W tej sytuacji zaproponowali mu współpracę. Postawili jednak warunek, że Gaspar musi dokonać konwersji na katolicyzm. Gaspar przystał na tą propozycję. Ojcem chrzestnym Gaspara został sam Vasco da Gama, który również udzielił mu swojego nazwiska. Od tego dnia Gaspar da Gama stał się uczestnikiem rejsów na portugalskich statkach. Pełnił tam funkcje tłumacza i znawcy miejscowych obyczajów. Wiadomo jest, że dotarł do Indochin, na Jawę, na Cejlon i do Wschodniej Afryki.

Szczególnie ceniono sobie pomoc Gaspara da Gamy podczas rejsów dookoła Afryki, nowootwartym szlakiem do Indii. W Portugalii przedstawiono go królowi Don Manuelowi (1469-1521). Został dworzaninem króla uzyskując tytuł „kawalera mojego domu”. Gaspar da Gama brał udział w wyprawie Pedro Álvaresa de Cabrala (1467 lub 1468-1520 lub 1526), podczas której w roku 1500 odkryto Brazylię. Gaspar i Nicolau Coelho byli pierwszymi osobami, które postawiły stopę na Nowym Lądzie. W drodze powrotnej spotkał Amerigo Vespucciego (1454-1512), któremu doradzał w kwestii jego przyszłych podróży.

Do niedawna historycy uważali, że odkrycie Brazylii było dziełem przypadku. Układ prądów morskich na Oceanie Atlantyckim jest taki, że aby dopłynąć do Przylądka Dobrej Nadziei, należało popłynąć na zachód, w stronę wybrzeży Brazylii. Wystarczyło więc popłynąć wystarczająco daleko na zachód, by dotrzeć do Ameryki. Dziś w naukach historycznych taka teza nie jest już zupełnie pewna. Istnieją uzasadnione domniemania, że Gaspar mógł już wcześniej wiedzieć o istnieniu Nowego Lądu i celowo skierować flotę wystarczająco daleko na zachód. Twierdzenie to jest tym bardziej uzasadnione, że jeszcze przed odkryciem Brazylii, dokonano podziału stref wpływów pomiędzy Hiszpanię i Portugalię, znanego jako Traktat z Tordesillas (1494).

Traktat ten przyznaje tereny dzisiejszej Brazylii, właśnie Portugalczykom. Istnieją również przypuszczenia, że już w starożytności odbywano rejsy w stronę Brazylii. Taką nierozwiązaną do dziś zagadką jest znaleziony w pobliżu Rio de Janeiro, kamień pokryty pismem fenickim.

Brazylijczyk Afrânio Peixoto (1876-1947) określa Gaspara da Gamę jako „pierwszego badacza tych ziem”, a niemiecki uczony Alexander von Humboldt (1769-1859) „współodkrywcą Brazylii”. W latach 1502 i 1505 żydowski podróżnik powraca do Indii.

W kronikach portugalskich historia Gaspara da Gamy urywa się w roku 1510. Z kolei według Enciclopedia Judaica (Berlin, 1931), Gaspar zginął w Indiach. Miało to miejsce podczas walk o zdobycie miasta Kalikat (dziś Kozhikode) w stanie Kerala. Zdaniem portugalskich historyków Gaspar umarł w Lizbonie.

Opracował:dr Wojciech Meixner

„W czasie tej wyprawy miał miejsce ciekawy epizod. Na zakotwiczonym w pobliżu półwyspu Angediva okręcie portugalskiego żeglarza zjawił się jakiś człowiek lat około czterdziestu, ubrany w płótno i przystrojony w piękny turban. Pozdrowił Portugalczyków, prosząc po wenecku o pozwolenie wejścia na pokład. Przedstawił się jako wysłannik władcy Goa, który chętnie przyjąłby gości z dalekiej Europy. Podejrzewając podstęp, dowódca wyprawy portugalskiej kazał wziąć go na tortury, aby wyznał, kim jest naprawdę i w jakim celu przybył. Wtedy dziwny nieznajomy zeznał, że jego rodzice byli poddanymi króla polskiego i do 1450 roku mieszkali w pewnym mieście zwanym Posna. Gdy Żydom tam osiedlonym kazano przyjąć chrześcijaństwo, przybyli do Jerozolimy, a stamtąd udali się do Aleksandrii, gdzie on się urodził. 

Gaspar da Gama był pierwszą znaną postacią związaną z Polską pochodzeniem, a z Portugalią działalnością na morzach i oceanach. Ślad po nim w kronikach portugalskich urywa się w 1510 roku. Większość historyków przypuszcza, że zmarł w wieku około 60 lat po powrocie z zamorskich wypraw. Encyclopaedia Judaica, wydana w Berlinie w 1931 roku, podaje, że zginął w Indiach przy zdobywaniu Kalikatu, dzisiejszego miasta Kozhikode w stanie Kerala. Imię chrześniaka Vasco da Gamy przewija się przez niemal wszystkie kroniki dotyczące złotego okresu ekspansji Portugalii na oceanach i dalekich lądach. Pierwotnie brzmiało ono chyba Kasper. Nazwiska rodziców nie udało się ustalić. Opis okoliczności opuszczenia przez nich Polski podaje portugalski historyk XVI wieku João de Barros, w oparciu o relację uczestnika pierwszej wyprawy Vasco da Gamy do Indii, Alvaro Velho. Jego właśnie słowa zacytowałem na wstępie. Polski historyk i geograf, Bolesław Olszewicz, stwierdził, że istotnie tumulty antyżydowskie odnotowane są w kronikach poznańskich w 1454 roku, ale król polski nigdy nie ogłosił w swoim państwie edyktu nakazującego, aby wszyscy Żydzi, którzy tam się znajdowali, stali się chrześcijanami w ciągu 30 dni, albo żeby wyjechali z jego królestwa. Barros tak sobie to wyobrażał przez analogię do wypędzenia Żydów z Hiszpanii i Portugalii.

W Polsce pierwszy zainteresował się jego osobą niestrudzony odkrywca i badacz poloników Joachim Lelewel. W swej pracy Polska. Dzieje i rzeczy jej (Poznań 1858) napisał: Bez Żydka z Poznania po Indji krążącego, a chrztem Gaspard da Gama zwanego, Vasco da Gama 1498 i Kabral 1500 nie mieliby tego powodzenia w swych wyprawach, jakie on im zjednał.”«

Źródło: „Wiedza i Życie” Nr 6/1986, z art. Pod Portugalską Banderą, Ryszarda Badowskiego.

Tak więc Gaspar da Gama nie miał problemu, by przejść na islam, a jak zaszła konieczność, to stać się chrześcijaninem. Tylko czy ci, którzy to proponowali Żydom, byli tak naiwni, że wierzyli, że te konwersje będą autentyczne, czy może – nie. A jeśli nie, to co kierowało tymi, najczęściej, wysoko postawionymi ludźmi? Czy łączyła ich z nimi jakaś szczególna, niewidzialna nić?

Ten cytat świadczy również o tym, jak ważną rolę odegrali Żydzi w odkryciach geograficznych. Nie mogło ich tam zabraknąć, bo nowe lądy i powstające tam kolonie, to wielkie możliwości dla handlu międzynarodowego, globalnego wręcz. A jak handlować bez pieniędzy i kredytu? Jedne potrzeby rodziły drugie i żydowskie macki sięgały wszędzie tam, gdzie rodziły się nowe możliwości handlu, bicia monety i kredytu. Bez tych pionierów, wśród których był również Gaspar da Gama, nie byłoby to możliwe.

Naród cz.2

W poprzednim blogu cytowałem Dmowskiego, który w swojej pracy Myśli nowoczesnego Polaka w rozdziale Naród a Państwo, wyraził pogląd, że naród bez państwa nie może istnieć. Na samym początku pisał:

„Naród jest wytworem życia państwowego. Wszystkie istniejące narody mają swoje własne państwa albo je niegdyś miały i bez państwa żaden naród nie powstał. Fakt istnienia państwa daje początek idei państwowej, która jest jednoznaczną z ideą narodową. Podstawy instynktów i uczuć narodowych mają swój początek w czasach bytu ponadpaństwowego, plemiennego, tam już istnieją przymioty, decydujące o zdolnościach państwowotwórczych szczepu, ale dopiero byt państwowy buduje na nich właściwą psychikę narodową, opartą na podstawie instynktów rodzinnych, rodowych i plemiennych, on ją też rodzi w całości tam, gdzie nawet jej podstaw nie było. To, co działa z początku jako przymus fizyczny, wchodzi w instynkty i staje się w następstwie przymusem moralnym.”

Problem jest jednak chyba trochę bardziej złożony. Jednym z istotnych wyróżników narodu jest kwestia istnienia świadomości narodowej, czyli kwestia postrzegania własnej zbiorowości jako narodu. Jeśli więc jakieś grupy etniczne, spełniające wymogi do bycia narodem, nie uważają siebie za naród, to nie są za taki uważane.

Przyjmuje się, że narody europejskie tworzone były na bazie istniejących państw lub w odniesieniu do państw, które istniały w przeszłości. Natomiast w przypadku narodów azjatyckich przyjmuje się, że na ich wyodrębnienie miały wpływ przede wszystkim odrębność religijna i kulturowa.

Z pojęciem narodu łączy się nacjonalizm, czyli przekonanie, że naród jest najwyższą wartością i najważniejszą formą uspołecznienia, z którego wynika określona postawa polityczna, gospodarcza czy społeczna. Korzenie nacjonalizmu wiążą się z przełomem XV i XVI wieku, kiedy doszło do upadku średniowiecznego uniwersalizmu, a za sprawą reformacji władcy oparli się na rodzimych elitach, reprezentujących poszczególne państwa i narody. Na nacjonalizm miały wpływ: luteranizm oraz kalwinizm i związane z tymi konfesjami tłumaczenia Biblii na język niemiecki, a następnie na języki narodowe. Luterański model polityczny narodu (wspólnota historyczna oraz etniczna ziemi i krwi) realizował się w absolutyzmie, autorytaryzmie i totalitaryzmie. W modelu kalwińskim naród był dobrowolnym, politycznym zrzeszeniem jednostek, którego emanacją stało się państwo liberalne. – Tak to opisuje Wikipedia, cytując: W. Biernacki, Nacjonalizm i J. Bartyzel, Prawica – Nacjonalizm – Monarchizm.

Jak widać trudno jest dokładnie zdefiniować pojęcie narodu. Jest to zapewne wynikiem tego, że procesy prowadzące do jego powstania są długotrwałe i przez to trudne do obserwacji. Jest jednak pewien wyjątek, o którym warto wspomnieć, bo historia tego narodu zaczęła się niewiele ponad 300 lat temu i powstał bez państwa. Pisał o nim Ryszard Kapuściński w książce Wojna futbolowa z 1981 roku. Jest to zbiór relacji z jego podróży po różnych krajach. Ta, której fragmenty chcę zacytować, zatytułowana jest Będziemy pławić konie we krwi. Ten tytuł, to cytat: „Jeżeli nas zaatakują – będziemy się bronić. Będziemy się bronic tak, że nasze konie będą się pławic po nozdrza we krwi. I przysięgam wam tutaj, że nie będzie to tylko nasza krew”. (Z przemówienia ministra obrony Republiki Południowej Afryki, J. Fouche).

»Jest to kraj apartheidu – doktryny, która podniosła do godności prawa i zasady wiary najbardziej mroczny z ludzkich instynktów – wstręt rasowy. W języku afrikaans „apartheid” oznacza „segregację”, „separację”. Ale to jest separacja w imię dominacji.

Apartheid ma dwie wersje – popularną i „naukową”. W obiegowej, popularnej wersji filozofia apartheidu mówi, że każdy niebiały „to nie jest człowiek”. Hiszpańscy najeźdźcy Południowej Ameryki pisali w sprawozdaniach do Madrytu: „Tak tedy mieszkaliśmy na tej wyspie: bydło, tubylcy oraz ludzie”. Pogląd taki utrzymuje się po dziś dzień nie tylko w Południowej Afryce, ale wśród białych osadników na całym kontynencie. I nie tylko białych. Hindus w Nairobi nie powie o Afrykaninie inaczej niż „black monkey”, choćby ten Afrykanin był profesorem uniwersytetu, a Hindus zamiataczem ulic.

W wersji „naukowej”, w tej wersji, w jakiej apartheid prezentuje przed światem Afrykaner, teoria ta wygląda następująco: biali i niebiali to są dwie różne rasy, których współżycie w jednym państwie zawsze stwarza groźbę: dla białych utraty władzy, dla niebiałych – niesprawiedliwości. Z jednej strony biali nie mogą się zgodzić na przyznanie praw politycznych niebiałym, ponieważ spowodowałoby to pochłonięcie cywilizacji zachodniej przez cywilizację tubylczą. Z drugiej strony, skoro tubylec pracuje w przemyśle białych, byłoby niesprawiedliwością odmówić mu praw cywilnych. Ponadto niebiały tak samo jak biały ma prawo rozwijać swój własny język i kulturę. Gdyby Afrykanina uczynić obywatelem państwa europejskiego (a za takie państwo Afrykaner uważa Południową Afrykę), zamiast być prawdziwym Afrykaninem stałby się on imitacją Europejczyka. W państwie europejskim Afrykanin nie może mieć równych praw ani posiadać władzy, co jest oczywiście możliwe w odniesieniu do jego afrykańskiego państwa. Dlatego też Afrykanin musi mieć swój własny kraj (homeland), terytorium, które będzie mógł uważać za swoje, w którym będzie mógł osiągnąć najwyższą pozycję, do jakiej okaże się zdolny. Tą właśnie ziemią ojczystą Afrykanina w państwie europejskim są istniejące rezerwaty, którym jednak należy zmienić nazwę. Jeżeli Afrykanin opuści rezerwat, aby przyjść pracować w gospodarce Europejczyka, będzie traktowany jako czasowy robotnik napływowy nie posiadający obywatelskich ani politycznych praw. Pozwoli mu to zrozumieć i pamiętać, że po wykonaniu swojego kontraktu w europejskiej Południowej Afryce musi wrócić do swojego rezerwatu. Należy podnieść poziom rezerwatów i pamiętać, że przez znaczny czas biali będą sprawować powiernictwo nad rezerwatami, ponieważ Afrykanie nie osiągnęli jeszcze stadium, w którym byliby zdolni rządzić się samodzielnie.

Dominującą postacią po białej stronie barykady jest w tym kraju – Afrykaner. Cały rząd, policja, wojsko, kościół panujący i większość parlamentu – to Afrykanerzy. Afrykanerzy mówią o Południowej Afryce: „Ons Staad – nasze państwo”, a ich hymn zaczyna się od słów: „Ons vir Suid-Afryka! – Żyjemy dla ciebie, Południowa Afryko!” Nacjonalizm Afrykanerów jest fanatyczny, obsesyjny, a ich rasizm graniczy z paranoją.

Afrykanerów nazywano początkowo Voortrekkerami (pionierami), potem Boerami [Frank de Boer (wym. bur) – były piłkarz i trener reprezentacji Holandii – przyp. W.L.] (po polsku również Burami, to znaczy chłopami, wieśniakami), potem Afrykanerdami, ale w całej literaturze używa się obecnie nazwy: Afrykaner. Afrykaner jest człowiekiem białym, ale nie uważa się za Europejczyka. Przeciwnie – Afrykaner ubolewa nad Europejczykiem albo się go wstydzi. Europejczycy bowiem stanowią w jego mniemaniu skompromitowaną część białej rasy, jej najsłabszy punkt, jej oportunistyczny, mięczakowaty odłam. Zdaniem Afrykanera Europejczyk jest liberałem, hańbi białą rasę ustępując w Afryce czarnym, jest zdemoralizowany, gdyż w niedzielę idzie do kina lub restauracji, a co najgorsze – część Europejczyków jest komunistami. Wśród fanatycznych Afrykanerów powiedzenie „jou Europeen! (ty Europejczyku) jest czymś w rodzaju wyzwiska lub wymówki „ty łajzo!”. Afrykaner może znać jakiś język europejski, ale będzie unikał rozmawiania w tym języku. W sądzie zapytany po angielsku, Afrykaner odpowie tylko w swoim języku – afrikaans. Jeżeli odpowie po angielsku, będzie nazwany przez innych Afrykanerów zdrajcą.

Liczba białych w Południowej Afryce wynosiła w końcu 1960 roku 3 067 638 osób, z tego Afrykanerzy stanowili 58 procent, to znaczy około 1,8 miliona. Ogólna liczba mieszkańców w tym kraju wynosiła w tym czasie 15 841 128 osób. Oznacza to, że Afrykanerzy stanowią nie więcej niż 12 procent całej ludności RPA. Mimo tej niewielkiej liczebności Afrykanerzy są ponad wszelką wątpliwość narodem. Mają oni wspólny język, łączy ich wspólnota historyczna i kulturalna, zamieszkują wspólne terytorium i nawet posiadają odrębną religię. Afrykanerzy są etnicznym i społecznym fenomenem Afryki.

Afrykanerzy są jednym z czterech narodów pochodzenia europejskiego, które osiedliły się na obszarach pozaeuropejskich w wyniku wielkich podbojów kolonialnych epoki rodzącego się kapitalizmu. Trzy pozostałe narody to: amerykański, australijski i kanadyjski. Historyczny rodowód tych czterech narodów jest wspólny, ale ich obecna sytuacja – różna. Amerykanie, Australijczycy i Kanadyjczycy wywodzą się z pnia brytyjskiego, Afrykanerzy – z holenderskiego. Ale główna różnica między nimi polega na czymś innym. USA, Kanada i Australia są uznane za kraje białego człowieka i fakt ten nie jest kwestionowany. Nikt nie domaga się, aby oddać władzę w USA ich prawowitym mieszkańcom – Indianom. Również w Kanadzie i Australii „kwestia tubylcza” nie występuje jako palący problem polityczny. W Południowej Afryce jest inaczej. Państwo to jest uważane przez część opinii za kraj Afrykanów, przez inną część opinii – za kraj białego człowieka, a jeszcze przez inną – za kraj mieszany: czarnych i białych, tak zwany multi-racial.

Ta różnica sytuacji między Afrykanerem a na przykład Amerykaninem wynika z faktu, że biali Amerykanie stanowią w USA zdecydowaną większość, natomiast biali Afrykanerzy stanowią w RPA zdecydowaną mniejszość. Przyczyna historyczna leży w tym, że obie kolonizacje: amerykańska i afrykańska (zbieżne w czasie i identyczne w swoich zaborczych treściach), różniły się poważnie stopniem nasilenia i rozmachem ekspansji, a także – co bardzo ważne – stopniem napotkanego oporu.

O tym, że Południowa Afryka nie stała się jak USA krajem białego człowieka i że ten biały człowiek stanowi dziś w Południowej Afryce wyraźną mniejszość, zdecydowały między innymi następujące względy:

Potężny opór rodowitych mieszkańców tego kraju – Afrykanów. W Ameryce, w okresie podboju kolonialnego, plemiona indiańskie znajdowały się w stanie rozkładu, wojen wewnętrznych, wzajemnych eksterminacji. W Południowej Afryce odwrotnie – kolonialiści napotykają plemiona Bantu znajdujące się u szczytu potęgi, wspaniale zorganizowane militarnie, zwarte i nieustępliwe. Zanim Afrykanerzy i Anglicy podbili plemię Ksosa (z niego pochodził Nelson Mandela – przyp. W.L.), musieli z nim stoczyć dziewięć wojen, z Matabela – cztery wojny, z Zulu – trzy wojny itd. Te wojny ciągną się latami ( na przykład z Zulu od 1838 do 1906). Po obu stronach giną dziesiątki tysięcy ludzi. Masowa eksterminacja ludności tubylczej, a więc to, co oczyściło pole i umożliwiło Ameryce Północnej utworzenie kraju białego człowieka, w wypadku Południowej Afryki na skutek zbrojnego oporu jej tradycyjnych mieszkańców okazała się niemożliwa. Biały kolonialista znalazł tyle siły, aby podbić Południową Afrykę, ale okazał się za slaby, aby wejść w jej wyłączne posiadanie.

Inna różnica między podbojem Ameryki i Południowej Afryki: do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku (odkrycie złota) Południowa Afryka nie jest uważana za kraj wielkich perspektyw gospodarczych. Toteż osadnictwo europejskie nie odbywa się tu na wielką, amerykańską skalę. Południowa Afryka nie kusiła tak bardzo jak Ameryka. W 1865 roku, a więc przeszło sto lat temu, liczba białych w Południowej Afryce wynosi zaledwie 181 tysięcy!

Dalsza różnica: społeczeństwo amerykańskie powstało między innymi z masowej emigracji białej siły roboczej z Europy do Ameryki. Do takiej migracji Anglicy nie dopuścili w Południowej Afryce, ponieważ Anglicy są zawsze przeciwni, aby biały człowiek pracował fizycznie w koloniach (kolonializm brytyjski jest przesiąknięty arystokratyzmem, stąd pogląd, że praca fizyczna obniża godność białej rasy w oczach tubylców). Dlatego też napływ białych do Południowej Afryki podlegał zawsze (i podlega do dziś) ścisłym restrykcjom.

Zanim Południowa Afryka stała się posiadłością brytyjską, była ona przez półtora wieku kolonią Holenderskiej Kompanii Wschodnio-Indyjskiej. W 1652 roku wysłannik tej kompanii, Jan van Riebeeck założył na przylądku Cape osadę – bardziej gospodę niż port – dla statków holenderskich płynących z Europy do Indii Wschodnich i z powrotem. Jest to wiek XVII – złoty wiek Holandii, w tym czasie handlowej i morskiej potęgi europejskiej. Osada rozwija się z latami, a jej zalążek stanowią Holendrzy, Francuzi (głównie hugenoci ukrywający się tu przed prześladowaniami we Francji) oraz Niemcy – element kupiecki z portów nadbałtyckich. Naród Afrykanerów ukształtuje się właśnie z przemieszania tych trzech żywiołów: holenderskiego, francuskiego i niemieckiego (z których dominującym jest żywioł holenderski), a język Afrykanerów – afrikaans – jest mieszaniną holenderskiego, francuskiego i niemieckiego (z dodatkiem angielskiego i języków malajskich).

Kolonializm holenderski w Południowej Afryce znajdował się w rękach inicjatywy prywatnej. Holandia jako państwo przegapiła ten kraj. Osadnicy byli zdani na siebie, każdy osadnik mógł sobie utworzyć własne państwo, zająć jakiś obszar ziemi i ogłosić się królem. Afrykanerzy twierdzą do dziś, że Południowa Afryka jest wyłącznie ich krajem, ponieważ kiedy tu przyszli, była to ziemia niczyja. Jest to stare kłamstwo, głoszone przez kolonialistów od Ameryki po wyspy Oceanii. Natomiast prawdą jest, że Południowa Afryka była krajem o niskim stopniu zaludnienia. Ten stan zachował się nawet dziś, w wieku światowej eksplozji demograficznej. Tak więc ci osadnicy mieli dużo luzu przestrzennego i ideałem Afrykanera było zawsze mieć tyle ziemi, żeby z progu swojego domu nie widzieć dymu unoszącego się z komina domu sąsiada.

Okolice Cape są (obok Natalu) najpiękniejszą częścią Południowej Afryki i może w ogóle całej Afryki. Są to dziś obszary nie kończących się winnic, równie imponujących jak winnice południowej Francji (jest to zresztą ten sam klimat śródziemnomorski). W tych warunkach uwaga osadników zwraca się ku rolnictwu, a także hodowli, ponieważ widzą, że mieszkające tu plemiona afrykańskie hodują wielotysięczne stada bydła. Tak właśnie zaczyna się kolonializm: od walki o dobrą ziemię i od grabieży bydła plemionom tubylczym.

W 1806 roku Anglicy zajmują Cape i kładą kres temu pastersko-anarchicznemu kolonializmowi holenderskich wagabundów. Popularna u nas opinia, że „Niemcy lubią porządek”, powinna się odnosić przede wszystkim do Anglików. Porządek angielski jest jak najbardziej biurokratyczny. Ale nie jest to biurokratyzm bezmyślny, zidiociały, nadęty, ale właśnie biurokratyzm w służbie porządku. Dla Anglików konstytucja, zarządzenie, ustawa, poprawka do ustawy, druga poprawka do tej ustawy, uzupełnienie drugiej poprawki itd. to są teksty święte, urzędnik angielski ma wielką satysfakcję w sporządzaniu i czytaniu takich rzeczy.

Pod naciskiem liberalnej opinii publicznej parlament brytyjski znosi w 1836 roku niewolnictwo. Dla Afrykanera jest to cios straszny, podwójny: godzi w całą podstawę jego gospodarki, opierającej się na pracy niewolników, a zarazem godzi w jego religię, wedle której Bóg stworzył czarnego jako niewolnika. Afrykaner dokonuje więc wyboru. Za plecami ma brytyjskiego administratora, przed sobą niezmierzone obszary Afryki. Zaprzęga w jarzmo woły, wsadza na wóz dobytek i rodzinę, sam siada na konia. Obok wozu idą gromadą czarni niewolnicy, a przodem ciągnie wielkie stado bydła.

Nie mogłem znaleźć w internecie mapy Afryki Południowej z naniesionymi nazwami republik afrykanerskich, więc zrobiłem zdjęcie z mojego starego atlasu z 1958 roku. Wtedy RPA nazywała się jeszcze Związkiem Południowej Afryki. Zdjęcie nie najlepszej jakości ze względu na słabą rozdzielczość, ale nazwy republik są widoczne. I to jest najważniejsze.

Tak odbywa się Wielki Trek (według tłumacza Google słowo „trek” oznacza „ciągnąć” – przyp. W.L.). Wielki Trek, który wyruszył spod Cape i którego czołówki dotarły aż do dzisiejszego Mozambiku i Rodezji zostawiał za sobą krwawy ślad. Trekerzy mordowali dziesiątki tysięcy Afrykańczyków, palili ich wioski i zagarniali stada bydła. W czasie tego treku Afrykanerzy zajęli obszar stanowiący dziś połowę Południowej Afryki i założyli w nim swoje trzy afrykańskie republiki: Natal (1841), który im po roku Anglicy zabrali, oraz wkrótce potem Oranię i Transwal. Te republiki Anglicy też potem zabierają i zamieniają w swoje kolonie.

Był to Nowy Trek, trek wielkiego kapitału brytyjskiego, pierwsza forpoczta nowoczesnego imperializmu zapowiadająca walkę o nowy podział świata. Afrykanerzy, którzy są przecież chłopami, którzy orzą ziemię i doją krowy, szczęśliwi, że mają te swoje republiki, gdzie sami się znowu rządzą i sami znowu ustanawiają swoje prawa – patrzą na ten nowoczesny, przemysłowy ruch w zdumieniu, potem podejrzliwie, wreszcie z nienawiścią. Zaczyna się najpierw wojna podjazdowa. Anglicy chcą wymusić prawo wyłączności na eksploatację złotodajnych terenów. Afrykanerzy odpowiadają na to szykanami, rekwirują transporty żywności dla kopalń brytyjskich w Transwalu, na teren Transwalu żadnemu Anglikowi nie wolno wjechać z bronią. Wreszcie w 1899 roku dochodzi do wojny między Afrykanerami a Anglikami.

Wojna trwa blisko przez trzy lata i w samych tylko brytyjskich obozach koncentracyjnych ginie z głodu i epidemii dwadzieścia sześć tysięcy afrykanerskich kobiet i dzieci, co do dzisiaj Afrykanerzy Anglikom wypominają. Ta wojna, którą nazwano „skandaliczną”, ponieważ poniżała godność białej rasy zmuszając białych do walki przeciw białym na oczach czarnych, kończy się w 1902 roku formalnym zwycięstwem brytyjskim, ale w rzeczywistości – kompromisem. Co więcej, kiedy w 1910 roku powstaje Unia Południowej Afryki, jej pierwszym premierem jest Afrykaner, generał z wojny brytyjsko-afrykanerskiej, farmer, watażka, samorodny talent wojskowy – Louis Botha. W tym rządzie zasiada: sześciu Afrykanerów i czterech Anglików. Tak więc dzisiejszy reżim Południowej Afryki zrodził się z kompromisu dwóch sił – nacjonalizmu Afrykanerów oraz ekonomicznej ekspansji wielkiego kapitału brytyjskiego. Kompromisu, a potem zjednoczenia. Ponad sto lat temu wyruszył Wielki Trek Afrykanerów, aby ogniem i mieczem podbić obszar dzisiejszej Południowej Afryki. Ale okazało się, że jest to nie tylko ziemia uprawna, ale i niezwykle zasobna w bogactwa mineralne, w diamenty i złoto. „Odkrycie diamentów w Kimberley w 1870 roku – pisze Leo Marquard – zmieniło bieg historii tego kraju. Pieniądze i ludzie napłynęli szerokim strumieniem. Stopniowo ludzie tacy jak Cecil Rhodes i Barney Barnato opanowali obszary diamentowe i zrobili fenomenalne fortuny, które pozwoliły następnie rozwinąć górnictwo złota Transwalu i rozszerzyć brytyjskie imperium na północ”.

Trzy czynniki kształtują postawę i poglądy przeciętnego Afrykanera:

  • jego przeszłość i obecna pozycja w kraju;
  • jego kościół;
  • jego partia.

Panujący kościół Afrykanerów, rządząca partia Afrykanerów i kierowane przez Afrykanerów państwo stanowią jedną i nierozłączna całość. Na tym polega ideowo-polityczna istota ustroju Południowej Afryki.

Pierwsza partia Afrykanerów powstała w 1912 roku, władzę państwową zdobywają Afrykanerzy w 1948 roku, ale kościół Afrykanerów istnieje od XVII wieku. Właśnie kościół był tą jedyną instytucją, wokół której przez dziesięciolecia zawiązywała się wspólnota Afrykanerów i formował się afrykanerski duch odrębności narodowej. Afrykanerzy nie mieli dawniej swojego państwa i swoich parlamentów, ale od początki mieli właśnie ten wyłącznie swój kościół. Z tego kościoła, w którym zrodziła się cała ideologia afrykanerska i który spełniał dla Afrykanerów rolę wyroczni i przewodnika, wykształciła się potem – jako drugie skrzydło narodu – partia polityczna. Ta partia następnie opanowała rządy państwem.

Afrykaner jest fanatycznie religijnym człowiekiem, a jego religią jest kalwinizm. Piersi Afrykanerzy ci chłopi i mieszczanie holenderscy, którzy w XVII wieku przyszli do Południowej Afryki, byli właśnie kalwinami.

Dwa dogmaty kalwinizmu szczególnie zaważyły na światopoglądzie Afrykanera.

Pierwszy to dogmat o predestynacji. Jest to pogląd o absolutnym zdeterminowaniu świata: człowiek rodzi się od razu dobrym albo od razu złym. Jeden rodzi się, aby panować, drugi, aby służyć. Tego nie można zmienić – jest to porządek świata ustanowiony przez Boga. Ten, kto chce go zmienić, jest bluźniercą, którego należy ukamienować. Dogmat o predestynacji mówi dalej, że ten, który urodził się w wierze, jest istotą wyższą od tej, która urodziła się w pogaństwie, ponieważ jest bliższy zbawienia, jako że na nim spoczął palec boży. Z tym wierzeniem Afrykanerzy przybyli do Południowej Afryki. Obraz świata zaczerpnięty z dogmatu o predestynacji objawił im się teraz z całą kontrastową wyrazistością. Oni byli ludźmi wiary, a oto wokół nich roztaczał się świat pogaństwa. Człowiek wiary był biały, poganin – czarny. Umiłował sobie białych i skazał na potępienie – czarnych. Czarny nie może zmienić skóry i nie może zrzucić z siebie pogaństwa, ponieważ Bóg raz na zawsze zdecydował o porządku świata. Ale będąc istotą niższą i przez Boga oszpeconą tym niechrześcijańskim kolorem skóry, czarny poganin musi służyć białemu człowiekowi, którego dotknął palec boży i który przez to bliższy jest zbawienia.

Afrykanerzy biorą ze sobą na Wielki Trek i na lata życia w izolacji i otępiającej samotności jedną książkę – Biblię. To są przecież ludzie kontrreformacji, dla których kontakt z Europą kończy się w wieku XVII. A jest to wiek mroków religijnych, jezuickiej kontrofensywy, ludzi palonych na stosach, terroru kościelnego, wiek, w którym nic nie może być liberalne, nic kompromisowe i ludzkie, wiek, w którym umysł człowieka cechuje skrajne sekciarstwo i nieubłagane doktrynerstwo. Biblia jest jedyną książką, jaką przez dziesiątki lat czytają Afrykanerzy, albo po prostu słuchają, bo wielu z nich to przecież analfabeci.

Centralny temat Biblii – temat dobra i zła – jest ukazany w dwóch kolorach symbolach: czarnym i białym. W Biblii poprzez wszystkie jej sugestywne obrazy przewijają się te dwa kolory, dwie tonacje – ciemności i światła, zawsze tak skomponowane, że dobro jest jasne, białe, a zło jest czarne. „Moja skóra jest czarna” – woła w rozpaczy Hiob, aby pokazać jak straszliwie został pokarany za grzechy. „Nie patrz na mnie, ponieważ jestem czarna” – błaga dziewczyna w „Pieśni nad Pieśniami” itd.

W takim klimacie formują się poglądy Afrykanera na problem ras. Rasizm Afrykanera wynika nie tylko z chęci obrony swojej uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie kolonialnym (jak to jest u Anglików). Rasizm jest dla niego dogmatem wiary, a wiara jest w jego świadomości potwierdzeniem istnienia narodu Afrykanerów, to znaczy potwierdzeniem egzystencji samego Afrykanera. Wszelkie namowy do przyznania jakichś ludzkich praw Afrykanom Afrykaner przyjmuje nie tylko jako atak na swoje pozycje społeczne, ale zarazem jako akt prześladowania jego wiary, jako pohańbienie jego kościoła, jako bluźnierstwo. A wszystko to trafia na człowieka, którego poglądy niewiele odbiegają od mentalności jego średniowiecznego przodka, ponieważ naród Afrykanerów kształtował się w warunkach zupełnej izolacji.

Drugim dogmatem kalwińskim, jaki zaważył na umysłowości Afrykanera, jest nauka o wybranym narodzie. Jeden z wybitnych historyków narodu Afrykanerów, dr G.D. Scholtz, pisze: „Religia umożliwiła Afrykanerom przetrwanie wśród czarnych, ponieważ pozwoliła im utożsamić swoją rolę z tą, jaką odegrał biblijny naród Izraela – i tak jak Izraelowi nie wolno się było zmieszać z podbitymi poganami, tak również świętą zasadą Afrykanerów było nie mieszać się z tymi, którzy nie mają białej skóry”.

L.E. Neame rozwija tę myśl w swojej książce „The History of Apartheid”: „Groźby i ostrzeżenia nie mają żadnego wpływu na Afrykanerów. Postronny obserwator nie jest w stanie wyobrazić sobie, z jak niezłomną siłą wewnętrzną traktują Afrykanerzy sprawy rasy i przyszłości swojej ojczyzny. W tej dziedzinie nie ma dla nich żadnych kompromisów. Są to kalwini fanatycznie wierzący, że Bóg skierował ich do Południowej Afryki, że przeprowadził ich przez wiele niebezpieczeństw i są oni gotowi teraz zginąć w obronie swojego losu. Wierzą, że Wszechmogący umieścił ich w Południowej Afryce wyznaczając im bożą misję i że ich obowiązkiem jest obronić ten kraj dla swoich dzieci i wnuków. Zamykają się w swojej warowni, aby przejąć nową walkę z hordami barbarzyńców i jeśli Przeznaczenie otworzy przed nimi grób, wejdą do grobu – walcząc”.

Ten motyw boskiego powołania, narodu wybranego i przeznaczenia przewija się przez całą propagandę i literaturę afrykanerską. Powtarza się on w przemówieniach rządowych i w uchwałach zjazdów partii, jest głoszony z ambon kościelnych i z katedr uniwersyteckich. Duch fanatyzmu religijnego i zdecydowania na wszystko unosi się niezmiennie nad tym, co wychodzi spod pióra Afrykanera: „Jeżeli przyjdzie nam zniknąć z południa Afryki – pisze dr A.B. Dupresz, wielki autorytet teologiczny kościoła Afrykanerów i wpływowa osobistość rządowa – jeśli przyjdzie nam zginąć jako Biały Naród, oświadczamy przed całym światem w pełni swojej świadomości i w imieniu narodu Afrykanerów, że będziemy woleli wówczas zginąć niż popełnić samobójstwo, jakim byłoby wejście na drogę integracji i asymilacji z czarnymi. Jeżeli niebiali wymordują nas i porąbią na kawałki, będzie to nowym triumfem barbarzyństwa, które Bóg tak cudownie powstrzymał nad Rzeką Krwi (bitwa z Zulu w 1883 r. wygrana przez Afrykanerów). Mimo to wierzymy mocno, że Bóg w swojej wspaniałości nadal kieruje przeznaczeniem naszego narodu. Wolimy zginąć posłuszni temu przeznaczeniu, niż połączyć się z czarnymi, zatracić swoją tożsamość i zdradzić nasze boskie powołanie”.«

To są fragmenty z książki z drugiego wydania z roku 1981. Pierwsze ukazało się w 1978 roku. Kapuściński był reporterem i jego reportaże charakteryzują się tym, że opisują wszystko dokładnie, począwszy od wylądowania na lotnisku i jazdy do centrum miasta, poprzez rozmowy z ludźmi, a skończywszy na opisach pokoi hotelowych i klimatu. W tym przypadku tego nie ma. Nie jest to reportaż, raczej esej. Kapuściński nie był w RPA, bo w czasie, gdy on podróżował po Afryce w latach 60-tych i 70-tych, państwo to nie utrzymywało kontaktów dyplomatycznych z krajami socjalistycznymi. Dziennikarz z takiego kraju nie miał szans na wjazd do RPA. Musiał więc to wszystko od kogoś usłyszeć. Być może spotkał gdzieś w Afryce jakiegoś Afrykanera, może kogoś innego, kto znał realia RPA, a może dostał od kogoś jakieś książki czy opracowania.

Ten opis jest dosyć stronniczy i zawiera pewne przekłamania. Być może nie był to zamiar samego autora, ale zapewne miał być on spójny z ówczesną ideologią i oficjalną polityką państw socjalistycznych wobec RPA. Pisze Kapuściński, że nie była to ziemia niczyja. To prawda, że była zamieszkana przez nieliczne plemiona Buszmenów i Hotentotów. Były jednak chyba tak nieliczne, że nie były w stanie dostarczyć odpowiedniej ilości niewolników. Na początku tych niewolników sprowadzano z holenderskich Indii Wschodnich i stąd domieszka języków malajskich w języku afrikaans.

Kapuściński przedstawia Afrykanerów jako prymitywnych, brutalnych kolonizatorów, którzy nie marzyli o niczym innym, jak tylko o wydarciu ziemi Murzynom i zagarnięciu ich bydła. Problem jednak polega na tym, że Wielki Trek i bitwy z plemionami Bantu rozpoczynają się dopiero po 1806 roku, po pojawieniu się tam Anglików. A wcześniej, przez 150 lat, był spokój. Afrykanerzy mieszkali w Kraju Przylądkowym w południowo-zachodniej części Południowej Afryki. W 1836 roku, nie chcąc podlegać pod administrację brytyjską, wyruszają w kierunku pólnocno-wschodnim i dopiero wtedy stykają się z wojowniczymi, dobrze zorganizowanymi plemionami Bantu. Siłą rzeczy musi dochodzić do wojen i dochodzi.

W swojej książce Brzemię białego człowieka z 1996 roku Kazimierz Dziewanowski tak opisuje początek osadnictwa w Afryce Południowej:

„Dopiero w roku 1657 w Zatoce Stołowej wylądował Jan van Riebeeck wraz z dziewięcioma rodzinami osadników. Holenderska Kompania Wschodnioindyjska poleciła im tak przysposobić to miejsce, aby jej okręty mogły się zaopatrywać w wodę i wiktuały. Kompania nie życzyła sobie niczego więcej, a jej dyrektorzy słyszeć nawet nie chcieli o jakimkolwiek dalszym osadnictwie. Na próżno van Riebeeck pisał listy, wskazując, że na Przylądku jest świetny klimat i że są tam duże możliwości dla rolnictwa i hodowli. Dyrektorzy nie życzyli sobie kolonii w tych okolicach. Warunki na Przylądku i okolicznych terenach były wszelako tak zachęcające, że mimo oporów ze strony Kompanii w następnych latach powoli, lecz stale przybywało osadników. Byli to przede wszystkim holenderscy chłopi zwani Burami (Boer), a także niewielkie gromadki francuskich i niemieckich protestantów. Na przykład po słynnym odwołaniu edyktu z Nantes przybyło na Przylądek dwustu francuskich hugonotów.

Odbywało się to powoli i nie przypominało żywiołowej kolonizacji Ameryki, rejonu Karaibów czy Australii. W roku 1700 mieszkało w kolonii zaledwie pięćset rodzin burskich, a sto lat później biała ludność liczyła dwadzieścia dwa tysiące. Mawiano wtedy, że jeśli holenderski farmer widzi na horyzoncie dym z komina swego sąsiada, uważa, że żyje w nieznośnym ścisku i zatłoczeniu. Prócz białych mieszkało w kolonii około dwudziestu pięciu tysięcy niewolników, z których większość importowano z Azji.”

Objaśniając dogmaty kalwinizmu Kapuściński pisze: „Człowiek wiary był biały, poganin – czarny. Umiłował sobie białych i skazał na potępienie – czarnych.” A na początku swojej książki umieszcza takie motto:

Boże! Mimo tylu modlitw do Ciebie ciągle przegrywamy nasze wojny. Jutro znowu będziemy walczyć w bitwie, która jest naprawdę wielka. Ze wszystkich sił potrzebujemy Twojej pomocy i dlatego muszę Ci coś powiedzieć: ta jutrzejsza bitwa to będzie ciężka sprawa. Nie będzie w niej miejsca dla dzieci. Dlatego proszę Cię, nie przysyłaj nam na pomoc Twojego Syna. Przybądź Sam. (Modlitwa Koqa – wodza plemienia Girkuasów przed bitwą z Afrykanerami w 1876 r.)

Jak widać sprawa się trochę komplikuje, bo według kalwinów czarni to poganie, a ten cytat świadczy o tym, że nie! Do tego Kapuściński nie ustosunkowuje się, ale dobrze, że umieścił ten cytat. To dużo.

Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że naród afrykanerski nie powstał w oparciu o państwo. Tym, co go ukształtowało i stanowiło trwałe jego spoiwo, była wiara i kościół. A więc inaczej niż zakładał Dmowski. Wiara, świadomość wspólnego losu i celu wytworzyły niezwykle spójną społeczność, monolit. Później powstała partia, która zdobyła władzę w państwie. Wypada jednak zastanowić się: czy to był spontaniczny proces, czy może ktoś to zaplanował? Raczej trudno uwierzyć w to, że prości chłopi byli w stanie wypracować sobie taką doktrynę – budowa społeczeństwa i państwa w oparciu o wiarę i własny kościół.

Warto zastanowić się nad tym, czym była Holandia w trakcie osadnictwa w Afryce Południowej i wcześniej. W blogu „Imperium” pisałem:

»Korzystając z odpadnięcia Niderlandów od Hiszpanii, które tak popierał Józef Nassi, znajdują sobie marrani portugalscy znakomitą siedzibę w Amsterdamie (1593 r.), gdzie pozwalają im powracać bez przeszkód na judaizm. Dzięki majątkom portugalskich żydów wydziera Holandia handel zamorski z rąk Portugalczyków i staje się bogatym krajem.

Katolicki król hiszpański, Filip II „doczekał się jeszcze, że dwa narody, których najbardziej nienawidził i najkrwawiej prześladował: Niderlandczycy i żydzi, podały sobie niejako rękę do zniszczenia jego dzieła”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Amsterdam stał się dla żydów nową Jerozolimą. Tu działał Abraham Zacuto Lusitano, zaufany doradca palatyna Fryderyka, który swym królestwem zimowym rozpoczął wojnę trzydziestoletnią. Tu wywierał na bieg wypadków w Europie potężny wpływ Manasse ben Izrael (ur. 1604, zm. 1657 r.), jeden z aktorów rewolucji Cromwellowskiej w Anglii. Tutaj żył, pisał i skupiał koło uczonych chrześcijańskich żydowski filozof, Baruch Spinoza.

Wiemy, że zarządca jeneralny holenderskiej kompanii wschodniej, który jeśli nawet nie był założycielem panowania holenderskiego na Jawie, to na pewno był tym, który panowanie to najbardziej umocnił, nazywał się Cohn (Caen). Przeglądając portrety tych urzędników holenderskiej kompanii wschodnio-indyjskiej, z łatwością możemy się przekonać, że ów Cohn nie był jedynym zarządcą – żydem. Spotykamy żydów również na urzędach dyrektorów kompanji wschodnio-indyjskiej, krótko mówiąc, we wszystkich przedsiębiorstwach kolonialnych…«

Czy byli więc Afrykanerzy i ich państwo dziełem Żydów? Wszystko wskazuje na to, że tak. Już sam fakt, że kalwinizm jest najbliżej judaizmu, a doktryna narodu wybranego, który Bóg skierował do Afryki Południowej, pokrywa się z tą żydowską, skłania do wyciągania takich wniosków. Później ci sami Żydzi, wspierając wszelkie ruchy komunistyczne w Afryce Południowej, rękami Murzynów, zniszczyli to państwo. Pokazali, że mogą dużo, bardzo dużo.

To, żeby mogło powstać państwo w oparciu o naród, musi być jasny podział: zwarta, odróżniająca się od reszty grupa ze ściśle określonym systemem wartości i celem. Podział był klarowny: biały – kalwin, czarny – poganin. Gdy ten warunek nie jest spełniony, to sprawa się komplikuje. W polskim przypadku endecja próbowała stworzyć naród według schematu Polak – katolik, twierdząc, że katolicyzm jest nieodłączną cechą polskości. I stąd mamy dzieło Dmowskiego Kościół, naród i państwo. Doprawdy nieprzypadkowa kolejność. Dokładnie tak, jak działo się to w Afryce Południowej. Nic dziwnego, skoro pierwszymi ideologami endecji byli Żydzi.

Jednak w przypadku katolicyzmu nie mogło to zadziałać, z tego prostego względu, że katolikiem może być każdy, a poza tym w polskich warunkach trudno o jasny, oparty na jednoznacznych kryteriach podział. Zresztą trudno kształtować społeczeństwo, które już jest jakoś uformowane i jest podzielone na grupy mające sprzeczne ze sobą interesy. W swojej powieści Lewa wolna Józef Mackiewicz pisał:

„W nocy z 14 na 15 sierpnia kryzys osiągnął, zdawało się, punkt szczytowy.

Warszawa broniła się na froncie i opancerzała psychicznie. Rozkazy, odezwy, manifesty wyklejały ściany domów. Tysiące ochotników zgłaszało się do wojska. Rada ministrów i Rada Obrony Państwa nie tylko radziły, ale rzetelnie zabrały się do pracy. W kościołach modlono się do Boga, by zechciał zesłać zwycięstwo. Na ulicach odbywały się manifestacje patriotyczne i kroczyły procesje religijne. Po kawiarniach i restauracjach krążyły grupy kobiet, które publicznie wytykały mężczyzn w cywilu i wyganiały ich na front. Na placach miejskich odbywały się wiece, na których wygłaszano podniosłe przemówienia, pełne zapału i pięknych słów.

Do broni! Do broni! Do broni!

Ale tej nocy stolica jakby wyczerpała się w natchnieniu. Dały się odczuć pierwsze objawy zmęczenia. Tymczasem wróg rewolucyjny takoż walczył nie tylko na froncie, ale natężał wszystkie siły na wewnętrznym, psychicznym odcinku wielkiej bitwy.

Już z wieczora poczęły się gromadzić na ulicach Pragi inne tłumy, tłumy milczące, pochmurnych twarzy. Właśnie wracał tamtędy, z oględzin pozycji pod Radzyminem, prezes ministrów Wincenty Witos. Tłum się nie rozstąpił, samochód utknął. Nie było rady, trzeba było wysiąść i przepychać się piechotą. Było się jak nie we własnej, a wrogiej stolicy.”

Tak było przed stu laty i tak jest obecnie. Dlatego twierdzę, że polskie społeczeństwo nie było i nie jest narodem, tylko zlepkiem różnych społeczności. Zresztą, dziś jest to już bez znaczenia. Przez świat przetacza się żydowski walec, który chce wszystko wyrównać. Jeśli mu się to uda, to nie będzie problemu. A jak się nie uda, to stare podziały i problemy powrócą.

Naród cz.1

Jedną z najbardziej rozpoznawalnych formacji na naszej politycznej scenie jest Ruch Narodowy. Odwołuje się on do uczuć patriotycznych i wszystkiego, co jest związane z interesem narodowym. Ma on swoich pięciu posłów w ugrupowaniu zwanym Konfederacją. Jego celem jest skupienie wokół siebie wszystkich tych, dla których interes narodu polskiego jest najważniejszy. Wypada więc sobie zadać pytanie: czym jest naród i czy można mówić o narodzie polskim w takim sensie, w jakim rozumie to Ruch Narodowy?

Naród to, jak pisze Wikipedia, wspólnota ludzi utworzona w procesie dziejowym na podstawie języka, terytorium, życia społecznego i gospodarczego, przejawiająca się w kulturze i świadomości swych członków. Naród wyróżnia się na tle innych zbiorowości wspólną świadomością narodową, czyli poczuciem przynależności do wspólnoty definiowanej aktualnie jako naród.

Jednym z istotnych wyróżników narodu jest kwestia istnienia świadomości narodowej, czyli kwestia postrzegania własnej zbiorowości jako narodu. Przykładowo grupy etniczne spełniające obiektywne warunki zaistnienia narodu: wspólna kultura, język, religia, historia czy pochodzenie etniczne, których członkowie nie postrzegają siebie jako naród, nie są uznawane za narody, np. tubylcze plemiona afrykańskie. Amerykanie mają różne pochodzenie etniczne, ale łączy ich historia i styl życia. Chińczycy posługują się różnymi językami, ale łączy ich to samo pismo.

Przyjmuje się, że narody europejskie tworzone były na bazie istniejących państw lub w odniesieniu do państw, które istniały w przeszłości. Natomiast w przypadku narodów azjatyckich przyjmuje się, że na ich wyodrębnienie miały wpływ przede wszystkim odrębność religijna i kulturowa.

Tak to opisuje Wikipedia, natomiast Norman Davies w książce Boże igrzysko (1999) pisze:

»Poczucie narodowe jest bowiem w gruncie rzeczy kwestią wiary – głębokim przekonaniem dotyczącym tożsamości danej jednostki. Nie jest to cecha wrodzona gatunkowi ludzkiemu i w życiu Europy trudno je odnaleźć, rozpatrując jakikolwiek okres poprzedzający nadejście rewolucji francuskiej. W wiekach XIX i XX rozwinęło się do nieznanych uprzednio rozmiarów, a w niektórych miejscach świata – jak na przykład we wschodniej Europie – stało się dominantą wszelkich aspektów życia politycznego i społecznego. Niestety – jeśli uwierzyć cynikom, jest to przekonanie oparte na błędnych kryteriach. Jak kiedyś zauważył Ernest Renan, „naród jest to społeczność złączona wspólnym błędnym przekonaniem na temat własnych początków oraz wspólną awersją do sąsiadów”. W każdym razie nowożytny Naród można skutecznie zdefiniować jedynie jak grupę społeczną, której poszczególni członkowie, słusznie czy też niesłusznie przekonani o wspólnym pochodzeniu i wspólnym przeznaczeniu, połączeni są wspólnym poczuciem tożsamości. Świadomość narodowa określa stopień świadomości przynależenia do danego narodu. W konsekwencji Nacjonalizm jest doktryną wspólną wszystkim ruchom społecznym, które dążą do stworzenia narodu poprzez rozbudzanie świadomości narodowej ludzi oraz do zmobilizowania ich uczuć, tak aby stały się narzędziem działań politycznych.

To ostatnie zdanie, a w szczególności jego końcówka – do zmobilizowania ich uczuć, tak aby stały się narzędziem działań politycznych – trafnie charakteryzuje istotę i cel Ruchu Narodowego.

Czytelników anglosaskich należy ostrzec, uświadamiając im złożoność, w jaką uwikłana jest terminologia związana z tym tematem. Pomijając już fakt, że wielu autorów używa wymiennie takich terminów, jak: „naród”, „narodowość”, „lud”, „rasa” i „państwo”, nie zastanawiając się nad ich dokładnym znaczeniem, trzeba sobie zdawać sprawę ze znacznych rozbieżności w ich użyciu. Zarówno Brytyjczycy jak i Amerykanie należą do społeczności politycznych, w których rozwojowi narodu w pojęciu nowożytnym patronowały władze rządzące państwem i gdzie w wyniku tego faktu pojęcie „narodowość” myli się systematycznie z pojęciem „obywatelstwa”. Zwłaszcza Amerykanie mają skłonność do używania słowa „naród” jako synonimu takich określeń, jak „obywatele”, „mieszkańcy kraju”, „ludność” czy nawet „terytorium” państwa. W języku angielskim słowo nationality odnosi się nie tyle do prywatnych przekonań jednostki, ile do przeprowadzonej przez administrację oceny przydatności tejże jednostki do nadania jej prawnego statusu obywatela. Jest to coś, do czego dochodzi się nie poprzez refleksję nad własnymi przekonaniami, lecz składając podanie w Home Office lub Wydziale Imigracji. W tym sensie, jeśli się o kimś mówi, że „jest narodowości brytyjskiej”, znaczy to tyle samo, co powiedzieć o nim, że jest „poddanym Jej Królewskiej Mości” czy „obywatelem Zjednoczonego Królestwa i Kolonii”, pojęcie „narodowości amerykańskiej” zaś odnosi się do każdego, kto ma prawny status obywatela Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Polacy natomiast należą do społeczności, która rozumianą w sensie nowożytnym narodowość uzyskała na drodze czynnej opozycji wobec polityki państw, na terenie których żyła. Narodowość polska to przekonanie, które w różnych okresach administracja mocarstw rozbiorowych starała się usilnie zdławić. Naród polski rekrutuje się z ludzi, którzy godząc się z faktem, że są rosyjskimi, pruskimi lub austriackimi obywatelami, jednocześnie uparcie odmawiali przyznania, jakoby byli „Rosjanami”, „Prusakami” czy „Austriakami”. W takich okolicznościach Nacjonalizm polski propagowali w dużej mierze działacze, którzy starali się wykorzystywać świadomość narodową dla celów politycznych do gruntu sprzecznymi z dążeniami władz państwowych. Pod tym względem udziałem Polaków był taki sam los, jakiego doświadczało wiele narodów Europy pozbawionych państwowości – od Bułgarów i Basków po Walonów, Łużyczan czy Walijczyków. (Warto w tym miejscu zauważyć, jak bardzo precyzyjna jest terminologia przyjęta w dzisiejszej Europie Wschodniej, gdzie zawsze przestrzegano rozróżnienia między „narodowością” a „obywatelstwem”. W dokumentach radzieckich, na przykład, wszystkich mieszkańców Związku Radzieckiego nazywa się „obywatelami radzieckimi”, pozostawiając im swobodę określenia własnej narodowości – „rosyjskiej”, „białoruskiej”, „gruzińskiej”, „żydowskiej”, „uzbeckiej”, „jakuckiej” itd. Niestety, w języku angielskim istnieje zwyczaj nazywania wszystkich obywateli radzieckich „Rosjanami”, bez względu na ich narodowość, przez co ulega zatarciu jedna z najbardziej istotnych cech charakteryzujących rzeczywistość wschodniej Europy).

Przypadek polski jest szczególnie złożony ze względu na to, że państwowości polskiej, mimo iż nie trwała nieprzerwanie, nie można całkowicie odmówić istnienia. W dawnej Rzeczypospolitej sprzed 1795 r. narodowość polską można było rzeczywiście zdefiniować według kryterium lojalności wobec państwa. Termin „naród polski” był na ogół zarezerwowany dla tych mieszkańców kraju, którzy cieszyli się pełnią praw obywatelskich i politycznych, a więc wyłącznie dla szlachty. Nie odnosił się on ani do ojczystego języka człowieka, ani też do jego wyznania czy pochodzenia etnicznego. Stąd było wielu „Polaków”, którym według współczesnych kategorii nie można by nadać tego miana; istniały też rzesze mówiących po polsku mieszkańców kraju, członków warstwy chłopskiej czy burżuazji, którzy nie uważali się za Polaków. W sytuacjach krańcowych – tak jak miało to np. miejsce w przypadku pewnego siedemnastowiecznego kleryka – można było spotkać takie określenia jak: canonicus cracoviensis, natione Polonus, gente Ruthenus, origine Judaeus (kanonik krakowski, narodowości polskiej, z urodzenia Rusin, z pochodzenia Żyd). Jednak gdy Rzeczpospolita została unicestwiona, dawne nazwy stopniowo utraciły znaczenie. Stare słowa nabrały nowego sensu i zaczęto ich używać na różne sposoby i dla różnych celów. Słowo „naród” utraciło dawne polityczne konotacje i w coraz większym stopniu zaczęło nabierać współczesnych podtekstów kulturowych i etnicznych. Terminu „Polak” przestano używać w odniesieniu do tych spośród ludów dawnej Rzeczypospolitej, które wytwarzały sobie teraz własną narodową tożsamość – Niemców, Żydów, Ukraińców, Białorusinów czy Litwinów; jednocześnie zaś zazwyczaj rozszerzano je na wszystkich, którzy umieli mówić po polsku.

Mimo to pozostawało wiele niejednoznaczności. Każda z administracji mocarstw rozbiorowych stosowała w dziedzinie terminologii własne konwencje. W oficjalnym języku Rosjan każdego, kto mieszkał na lewym brzegu Bugu, można było nazywać „Polakiem”, ponieważ był obywatelem Królestwa Kongresowego; jego sąsiad z prawego brzegu rzeki, nawet gdyby był jego rodzonym bratem, był „Rosjaninem”. Po r. 1874, gdy Królestwo Kongresowe zostało zlikwidowane, wszystkich zaliczono do „Rosjan”, bez względu na to, czy to się komuś podobało, czy nie. Nawet wśród samych Polaków panowało znaczne zróżnicowanie. Ludzie, którzy wyglądali restauracji państwa podobnego do dawnej Rzeczypospolitej, nadal myśleli o polskości w kategoriach nienarodowościowych. Mickiewicz na przykład, nie widział żadnego powodu, dla którego nie miałby być jednocześnie „Polakiem” i „Litwinem” (Davies „zapomniał” dodać: i „Żydem” – przyp. W.L.). Ten apostoł polskiej kultury rozpoczął swój najsłynniejszy poemat inwokacją nie do „Polski”, lecz do „Litwy”: „Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie”. Nieco później Józef Piłsudski dał wyraz takim samym uczuciom. Inni – których aspiracje całkowicie odbiegały od wszystkich historycznych precedensów – zaczęli traktować polskość jako cechę zarezerwowaną wyłącznie dla polskich katolików.

Tak więc i tu także potrzebna jest wielka ostrożność. Nacjonaliści – w nie mniejszym stopniu niż urzędnicy państwowi – mają silną skłonność do narzucania terminom swoich własnych znaczeń. Po pierwsze, ponieważ termin „nacjonalista” w oficjalnym użyciu szybko nabiera odcienia pejoratywnego, stając się synonimem słów „separatysta” czy „podżegacz”, wolą określać się mianem „patriotów” lub „aktywistów”. Po drugie, przyjmują swoje własne kryteria, aby podnieść pojęcie narodu do rangi ekskluzywnej społeczności, odnosząc współczesne normy spójności narodowej do przeszłości, pomijając różnice stopnia identyfikacji różnych jednostek, ignorując złożoną sieć sprzecznych lojalności, w które wszyscy są uwikłani. Tak więc, według nacjonalistycznej argumentacji, mówiący po polsku chłop czy ktoś o brzmiącym z polska nazwisku będzie często uważany za „Polaka” bez względu na to, czy ma jakiekolwiek poczucie przynależności do narodu polskiego, czy też nie; ktoś, kto jest „prawdziwym Polakiem”, nie może być jednocześnie lojalnym sługą „obcego” państwa; naród polski uważany jest za ściśle zespoloną wspólnotę, dzielnie broniącą się przeciwko „wrogom”, „cudzoziemcom”, obcym ciemiężcom” i „okupantom”. W nacjonalistycznych umysłach myśl, że pruski sierżant, rosyjski urzędnik czy austriacki hrabia mógłby być Polakiem w tym samym stopniu, co ludzie, których rzekomo dręczy, jest całkowicie nie do przyjęcia. Rzeczywistość była oczywiście nieco inna. Wiele jednostek utożsamia się z więcej niż z jednym narodem i żaden naród nie może rościć sobie uzasadnionych pretensji do jednomyślnego posłuszeństwa i wierności wszystkich swoich członków. Jest rzeczą istotną, aby mówiąc o „Polakach”, pamiętać, że używa się w ten sposób pewnego skrótu na określenie wspólnego mianownika dla zróżnicowanego zbioru jednostek ludzkich, które z osobna trefniej byłoby określić jako „potencjalnych Polaków, „możliwych Polaków”, „proto-Polaków”, „częściowych Polaków”, „pół-Polaków”, „hiper-Polaków”, „super-Polaków”, „nie-Polaków”, „pro-Polaków”, „anty-Polaków”, „krypto-Polaków”, „pseudo-Polaków”, „ex-Polaków”, „dobrych-Polaków, „złych-Polaków”, „Austro-Polaków”, „Ruso-Polaków”, „Pruso-Polaków” czy też – w sensie najbardziej historycznym – „polskich Austriaków”, „polskich Rosjan” lub „polskich Prusaków”.

Faktem jest, że naród polski jest produktem końcowym nowożytnego polskiego Nacjonalizmu. Jego rozwój przebiegał w sposób kapryśny i nierówny przez blisko dwa wieki, a ostateczny sukces był rzeczą bardzo niepewną przez większość okresu najnowszej historii. Ustalenie dokładnego momentu, w którym zaczął odgrywać istotną rolę w sprawach dotyczących ziem polskich, jest kwestią dyskusyjną. Niektórzy historycy utożsamiają go z decydującą datą 1864, kiedy to pewien stopień emancypacji społecznej towarzyszył narodowej manifestacji powstania styczniowego. Inni są skłonni odsunąć go do czasu odrodzenia się Państwa Polskiego w r. 1919. Najbardziej rygorystyczni obserwatorzy wysuwają argument, że proces rozwoju narodu można uznać za zakończony, dopiero poczynając od momentu, gdy jednolicie polska ludność, zgodnie świadoma własnej tożsamości narodowej, objęła niepodzielnie panowanie na swoim własnym narodowym terytorium. A moment ten nadszedł dopiero w r. 1945.«

Ostatnie zdanie – że jednolicie polska ludność, zgodnie świadoma własnej tożsamości narodowej, objęła niepodzielnie panowanie na swoim własnym narodowym terytorium – jest kompletną bzdurą. Davies sam sobie tego nie wymyślił. On tylko cytował polskich historyków z epoki PRL-u, w którym lansowano pogląd, że ten PRL to państwo jednolite narodowo i katolickie. Nic bardziej błędnego. Nie była to jednolicie polska ludność, bo przesiedlono ze wschodu mnóstwo ludności białoruskiej i ukraińskiej, która nie utożsamiała się z narodowością polską i nie była katolicka. Do tego doszli jeszcze Żydzi oraz mniejszość niemiecka na Śląsku Opolskim i na Górnym Śląsku, a tzw. Ziemie Odzyskane nie były własnym terytorium narodowym. Brzemię Rzeczypospolitej Obojga Narodów nadal ciążyło w PRL-owskiej rzeczywistości. I niestety ciąży do dziś.

Ruch Narodowy odwołuje się do tradycji II RP, do endecji, do Dmowskiego. Jego historia zaczyna się w 1887 roku. Powstają wtedy dwie organizacje: Liga Polska – założona w Szwajcarii przez weterana powstania styczniowego Zygmunta Miłkowskiego i Związek Młodzieży Polskiej „Zet” założony w Krakowie przez Zygmunta Balickiego. Około 1892 roku ujawniły się istotne różnice programowe pomiędzy starszą generacją działaczy, przeważnie emigracyjnych, a młodą generacją, wywodzącą się z „Zetu” i skupioną wokół Zygmunta Balickiego, Romana Dmowskiego, Teofila Waligórskiego, Karola Raczkowskiego oraz Jana Ludwika Popławskiego. Ci ostatni w większym stopniu odwoływali się do ideologii rodzącego się nacjonalizmu niż do demokratycznych i liberalnych ideałów założycieli organizacji. Ponieważ sprawowali kontrolę na działalnością krajową Ligi, wypowiedzieli posłuszeństwo emigracyjnej Centralizacji i przejęli władzę w organizacji, jednocześnie zmieniając jej nazwę na Ligę Narodową. Zostało to ostatecznie zaakceptowane przez działaczy emigracyjnych na zjeździe w Genewie w czerwcu 1895 r. Formalnie Zygmunt Miłkowski rozwiązał Ligę Polską rok wcześniej w 1894.

1 kwietnia 1893 roku powstaje Liga Narodowa i staje się ona podstawą funkcjonowania nowego obozu politycznego – Narodowej Demokracji. W 1897 roku działacze Ligi Narodowej utworzyli Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, które działało na terenie wszystkich zaborów, początkowo jako tajna organizacja, później jako jawnie działająca partia polityczna. Dokładna data rozwiązania Ligi nie jest znana. Według wspomnień Stanisława Kozickiego, bliskiego współpracownika Dmowskiego, miało to miejsce w 1927 roku, według relacji Romana Dmowskiego w kwietniu 1928 roku. Rozwiązana organizacja została zastąpiona nowym tajnym stowarzyszeniem o nazwie „Straż”.

Czołowymi ideologami Narodowej Demokracji byli Zygmunt Balicki i Jan Ludwik Popławski. Wikipedia tego nie napisze, ale ich zdjęcia zdradzają ich żydowskie korzenie. Później wysunięto na czoło Dmowskiego. Byli oni twórcami polskiego nacjonalizmu. Druga połowa XIX wieku to okres tworzenia się nacjonalizmów w całej Europie. Oczywiście one same się nie tworzyły. Jak zawsze i wszędzie twórcami wszelkich ideologii, służących do siania fermentu, byli Żydzi.

Żeby zrozumieć ideologię endecji, to trzeba sobie przybliżyć poglądy Dmowskiego i jak on rozumiał ideę państwa i narodu. Wykłada to w swojej pracy Myśli nowoczesnego Polaka (pierwsze wydanie 1903) w rozdziale Naród a Państwo:

»Naród jest wytworem życia państwowego. Wszystkie istniejące narody mają swoje własne państwa albo je niegdyś miały i bez państwa żaden naród nie powstał. Fakt istnienia państwa daje początek idei państwowej, która jest jednoznaczną z ideą narodową. Podstawy instynktów i uczuć narodowych mają swój początek w czasach bytu ponadpaństwowego, plemiennego, tam już istnieją przymioty, decydujące o zdolnościach państwowotwórczych szczepu, ale dopiero byt państwowy buduje na nich właściwą psychikę narodową, opartą na podstawie instynktów rodzinnych, rodowych i plemiennych, on ją też rodzi w całości tam, gdzie nawet jej podstaw nie było. To, co działa z początku jako przymus fizyczny, wchodzi w instynkty i staje się w następstwie przymusem moralnym.

Jeżeli dziś dość powszechnie uważa się posiadanie języka kulturalnego i własnej literatury za główny i wystarczający tytuł do miana narodu, to trzeba pamiętać, że wszystkie języki kulturalne są wytworem życia państwowego, a wśród literatur świata, na te miana zasługujących, nie ma ani jednej, która by powstała i rozkwitła wśród szczepu nie posiadającego własnego państwa lub dość żywej jego tradycji.

Wprawdzie w w. XIX pod wpływem ogólnego zwrotu do mas ludowych, pod wpływem demokratyzmu z jednej strony, a romantyzmu z drugiej, gdy synowie ludu z niego pochodzący i na nim budujący swą egzystencję, zaczęli występować na szerszą widownię i wywierać wpływ na sprawy polityczne – zrodziło się pojęcie narodu, a raczej narodowości, opartej wyłącznie na odrębności językowej i zaczął się trwający przez całe stulecie silny ruch, tzw. narodowościowy, mający za skutek szereg tzw. odrodzeń narodowościowych. Ruch ten atoli rozwinął się pomyślniej tylko tam, gdzie dany szczep posiadał choćby bardzo odległą tradycję bytu narodowo-państwowego, gdzie państwo, przez które później był politycznie zasymilowany, upadło lub zaczęło się rozkładać, gdzie wreszcie rządy obce, zainteresowane w rozkładzie danego narodu lub państwa, budziły sztucznymi środkami separatyzm wśród składających je szczepów. W najwyżej cywilizowanej Europie Zachodniej, gdzie istniały silne, ustalone w swych granicach państwowości, jak francuska i angielska, ruch ten nawet się nie narodził. To, co dziś nazywamy „odrodzeniem celtyckim”, jest właściwie ruchem umysłowym, bez charakteru politycznego, bez dążności do tworzenia odrębnego narodu. Pominąć tu trzeba, ma się rozumieć, Irlandię, która prowadzi bez przerwy walkę narodową od czasu utraty własnego państwa i w której odrodzenie celtyckie nie przeciwstawia się istniejącemu narodowi, ale zjawia się jako ruch dopełniający jego walkę polityczną.

Ruchy narodowościowe wystąpiły silniej tylko w państwie austriackim oraz na ziemiach polskich, przeważnie przy zachęcie i pomocy zewnętrznej. Najklasyczniejszy przykład takiego odrodzenia przedstawiają Czechy, które były przez długi czas państwem, a później jako odrębna całość polityczna wchodziły w skład cesarstwa niemieckiego, których ludność zatem nie może być uważana w zupełności za szczep, pozbawiony narodowo-politycznej tradycji. Ruch czeski wystąpił na widownię w państwie rozkładającym się, nie reprezentującym żadnej idei narodowej, na skutek tego, że reprezentację idei niemieckiej wzięły Prusy, w państwie z ideą wyłącznie dynastyczną – nie miał więc do zwalczenia tak potężnej siły moralnej, jaką przedstawia idea narodowopaństwowa i skutkiem tego tak wielkie poczynił postępy. Drugiego przykładu podobnie pomyślnego odrodzenia narodowego historia stulecia nie przyniosła.

Jeżeli ruchy narodowościowe na ziemiach polskich, jak ruski w zaborze austriackim i litewski w rosyjskim, stosunkowo się rozrosły, to główną przyczyną ich rozrostu, a może nawet narodzin, jest upadek państwa polskiego: czynnik narodowo jednoczący ustąpił z widowni, a wystąpiły czynniki świadomie rozbijające naród polski, w postaci obcych rządów, w których interesie leżało hodowanie na gruncie polskim wszelkich możliwych separatyzmów, o ile nie można było przystąpić do bezpośredniego asymilowania bliższych szczepów, jak to czyniła Rosja z Mało- i Białorusinami. Gdyby państwo polskie nie było upadło, ruch narodowościowy w Europie w znaczeniu ruchu szczepów niepaństwowych niezawodnie inną zupełnie, bez porównania skromniejszą, miałby historię.

Utożsamianie lub nawet stawianie na równi sprawy polskiej z tego rodzaju kwestiami narodowościowymi wynika z bardzo powierzchownego pojmowania rzeczy. Sprawa polska nie jest sprawą odrodzenia zasymilowanego politycznie i pozbawionego wyższej kultury duchowej szczepu – to sprawa narodu, który miał niedawno własne państwo, który nie przestał być jego tradycją, który utrzymywał i rozwija ciągle wyższe formy życia duchowego, na równi z narodami własne państwo posiadającymi. Ruchy narodowościowe, tak, jak je w. XIX wyprowadził na widownię, były i są wrogami idei narodowej, jako idei narodowo-państwowej, a nie jej sprzymierzeńcami. Wprawdzie na Śląsku oraz w Prusach ruch kulturalno-narodowościowy dał dotychczas i obiecuje na przyszłość Polsce poważne zdobycze, przez odrodzenie, czyli przywiązanie do idei narodowej polskiej wynarodowionych od dawna politycznie, a w części i kulturalnie odłamów polskiego szczepu, ale zdobycze te nie mogą iść w porównanie ze stratami, jakie przyniósł sprawie polskiej popierany przez obce rządy, a nienawiścią ku Polsce napojony separatyzm ruski i litewski.

Sprawa polska nie zrodziła się z idei narodowościowej XIX stulecia i losów jej niezawodnie dzielić nie będzie. Bo ruchy narodowościowe, po przeminięciu okresu największego napięcia, nacechowanego fanatyzmem i naiwnymi złudzeniami co do tego, że ludowi bez państwa własny język czy narzecze i okruchy jakichś zamierzchłych tradycji wystarczają do przeciwstawienia się narodom politycznym, uspokoją się niezawodnie, wrócą powoli do właściwego łożyska, zadowolą się pewnymi prawami językowymi i pogodzą się z tą lub inną ideą narodowo-państwową. Wtedy owe nie państwowe „narody”, jak je nazywamy, pozostaną nadal szczepami podrzędnymi, wprawdzie znacznie mniej upośledzonymi, mającymi uznaną odrębność w pewnym zakresie, lecz stopniowo, stale asymilowanymi przez państwo, nie tylko politycznie, ale i kulturalnie.

Bo państwo, jeżeli tylko jest zdrowe i na silnych oparte podstawach, zawsze asymiluje obce szczepy polityczne i kulturalne, czy to gwałtem, gdy mu się gwałtem jak Prusom śpieszy i gdy napotyka opór, czy też bez jego użycia, gdzie tego oporu nie ma. Zacząwszy, by nie sięgać dalej w przeszłość, od państwa rzymskiego, które zniszczyło odrębność językową całej południowo-zachodniej Europy, a kończąc na Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, które, przy całym liberalizmie i tolerancji, z niesłychaną energią i szybkością eksterminują obce języki milionowych grup ludności, współżyjącą tam z rasą anglosaską – państwo zawsze i wszędzie, mniej lub więcej świadomie, dążyło do wytworzenia kulturalnej jedności. Istnieje, co prawda, Szwajcaria, ale ta jest właściwie związkiem gmin. W granicach poszczególnych kantonów lub przynajmniej gmin posuwa się ujednostajnienie językowe, nie mówiąc o tym, że tu i ówdzie istnieje silne dążenie do zapewnienia przewagi danemu wyznaniu. Nie możemy zaś zapewniać, że to samo nie nastąpiłoby w Szwajcarii, jako całości, gdyby potrzeba poprowadzenia czynniejszej polityki zewnętrznej zrobiła ją więcej państwem, zmusiła do silniejszego scentralizowania władzy.

Dziś dość często dzielimy państwa na narodowe, jak Niemcy, Francja itd., i nienarodowe, jak Austria lub Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Tymczasem państwo i naród są właściwie pojęciami nierozdzielnymi. Państwo jest narodowym, bo przez samo swoje istnienie wytwarza naród. Żadne państwo nie powstało z jednolitego materiału plemiennego, ale trwając długo, z tego różnorodnego materiału wytworzyło jeden naród. Jeżeli są państwa, które dziś zasługują na miano nienarodowych, to tylko takie, które trwają zbyt krótko, jak Stany Zjednoczone, by zdołały już wytworzyć naród w całym tego słowa znaczeniu, ale wytwarzają go z ogromną szybkością, albo, jak Austria, mają za słaby żywioł organizatorski i panujący, skutkiem czego rozkładają się z równą szybkością.

Tego uczy dotychczasowa historia ludzkości. Kto twierdzi z góry, że od dnia dzisiejszego pójdzie ona innymi tory, i chce, żeby mu wierzono, żąda dla siebie umysłowego kredytu, którego mu nikt poważny i mający poczucie odpowiedzialności dać nie może.

Procesy historyczne są najbardziej skomplikowanymi ze zjawisk, z jakimi umysł ludzki ma do czynienia: przewidywać przyszłość w tej dziedzinie można tylko przez analogię ze znanymi nam procesami przeszłości, budować zaś przyszłość z nowych pierwiastków, układać z nich nowe kombinacje, jakich dzieje nie widziały, i z arogancją twierdzić, że to się urzeczywistni, mogą tylko umysły płytkie i niesumienne.

Naród jest niezbędną treścią moralną państwa, państwo zaś jest niezbędną formą polityczną narodu. Naród może utracić państwo i nie przestaje być narodem, jeżeli nie zerwał nici moralnego związku z tradycją państwową, jeżeli nie zatracił idei narodowopaństwowej, a z nią zarówno świadomego jak nieświadomego, żywiołowego dążenia do odzyskania politycznie samoistnego bytu. Te dążenia odpowiednio do warunków, rozmaite mogą przybierać postacie, w rozmaitych wyrażać się bliskich celach, ale istnieć muszą. Inaczej naród schodzi na poziom szczepu, cofa się niejako do tego, czym był przed rozpoczęciem państwowego życia, przed uformowaniem swej zbiorowej indywidualności, abdykuje z dziejowej roli, a co dalej idzie, musi wejść nie tylko formalnie, lecz moralnie w skład obcego państwa, zespolić się z innym narodem politycznie, by ulegać w następstwie coraz silniejszemu jego wpływowi kulturalnemu, by w końcu zostać przezeń całkowicie zasymilowanym. Bo państwo jest nie tylko organizacją polityczną, ale narodową i kulturalną.

Idea narodowa, wyzuta z pierwiastków państwowych, jest absurdem. Można pozwolić na pielęgnowanie jej artystom zamykającym się w sferze twórczości indywidualnej, można nie dziwić się, gdy o niej świergocą próbujące u nas tak często swych sił w politycznych dyskusjach dzieci, ale polityk mówiący o niej – bredzi lub dopuszcza się oszustwa w celu zaprowadzenia ludzi tam, gdzie iść nie chcą. W narodzie naszym, doznającym przez kilka już pokoleń krzywd od państwa i stąd zmuszonym istniejące, realne państwo nienawidzić, słabsze lub politycznie zdemoralizowane umysły zapominają częstokroć, że to państwo jest im nienawistne dlatego, że jest obcym, i zdaje im się, że źródło zła w samej państwowości leży. We wszystkich zaś narodach, zwłaszcza tych, których lud nie jest wykształcony w samorządzie, pod wpływem wysuwania się na widownię żywiołów umysłowo ruchliwych a pozbawionych politycznej kultury, zdarzają się często ludzie, którzy, korzystając z dobrodziejstw państwowego bytu, nie rozumieją ich źródła, nie zdają sobie sprawy z tego, że to, co oni przeciwstawiają państwu, temuż państwu zawdzięczają swe istnienie i bez niego uległoby prędkiej zagładzie. Złorzeczą więc państwu i idei narodowej, a towarzyszą im chętnie żywioły obce, które ze swego stanowiska pragną rozkładu państwa i narodu, bo nie mają z nimi nic wspólnego. Narody posiadające własne państwo, mogą takie poglądy i takie żywioły do czasu lekceważyć, bo rozporządzają przymusem fizycznym na tych, którzy by chcieli się uchylać od służby dla całości. Ale tam, gdzie tego przymusu nie ma, gdzie istnieje tylko przymus na rzecz obcego państwa, zbytnia tolerancja dla poglądów i dążności rozkładowych jest narodowym samobójstwem.«

Widać więc, że Dmowski przywiązywał dużą wagę do roli państwa jako czynnika narodowotwórczego. Stąd wiara, że nowe państwo, powstałe po I wojnie światowej, będzie w stanie zasymilować liczne mniejszości narodowe, jeśli w całej pełni wykorzysta swój aparat administracyjny i inne instytucje państwowe, służące do wywierania presji i posłuszeństwa na swoich obywatelach. Czy rzeczywiście w to wierzył, czy tylko udawał, że wierzy. W czwartym wydaniu Myśli nowoczesnego Polaka z 1933 roku w dodatku Przewrót popowstaniowy pisał:

»Po uwłaszczeniu włościan, poprzedzonym przez zniesienie granicy celnej między Królestwem a Rosją, następuje w tym kraju gwałtowny przewrót gospodarczy.

Powstaje i rośnie szybko wielki przemysł fabryczny, oparty na węglu Zagłębia Dąbrowskiego i na rynkach z początku rosyjskich, a w dalszym ciągu i azjatyckich, do których wpływy rosyjskie sięgały. Wraz z nim rozwija się handel wschodni. Otwarło się dla kraju nowe, potężne źródło dochodów, wzrasta jego zamożność, a z nią pojemność jego rynku wewnętrznego. Kwitną rzemiosła, handel miejscowy, wreszcie wolne zawody. Rolnictwo, po krótkim, ciężkim okresie przystosowania się do nowoczesnych warunków produkcji, wchodzi na drogę szybkiego postępu i nowej pomyślności, którą zawdzięcza rozszerzającemu się rynkowi krajowemu.

Tym wielkim przemianom gospodarczym towarzyszy rewolucyjna w swej szybkości przebudowa społeczeństwa.

Szybko rośnie w liczbę mieszczaństwo przemysłowe, rzemieślnicze, handlowe, wreszcie pracująca w wolnych zawodach inteligencja. Powstaje liczna warstwa robotników przemysłowych. Jednocześnie zmiana warunków rolnictwa wyrzuca z ziemi znaczną część szlachty, nie mogącą się do tych warunków przystosować, zmienia się w niemałej mierze skład osobowy warstwy większych posiadaczy ziemskich, wreszcie ta większa własność, dominująca do ostatniego powstania w tym kraju, zmniejszona bardzo przez uwłaszczenie, zaczyna w ogromnej części topnieć przez parcelację. Nowy w swym charakterze żywioł, chłop-posiadacz, rośnie zarówno w liczbę, jako w siłę materialną, i, do niedawna ignorowany, zajmuje coraz wydatniejszą pozycję w życiu gospodarczym i społecznym, w końcu zaś skupia na sobie uwagę, jako wielka siła, podstawa narodowego bytu.

W parze z tymi dwoma przewrotami: gospodarczym i społecznym, idzie trzeci, bodaj najgwałtowniejszy – rewolucja myśli polskiej. Była ona nieuniknionym ich skutkiem.

Szybkość, z jaką się odbywał ten przewrót w życiu kraju, ta przebudowa społeczeństwa i jego myśli, miała liczne strony słabe i pociągała za sobą różne niebezpieczeństwa. Fatalną wprost okolicznością było to, że ten przewrót rozpoczął się w chwili bankructwa politycznego sprawy polskiej. Wreszcie, ten postęp gospodarczy i społeczny odbywał się przy braku instytucji publicznych, przy ujęciu całkowitej kontroli życia w ręce rządu, bardzo pierwotnie pojmującego potrzeby tego życia, co musiało stać się źródłem licznych zboczeń.

Kraj nie był przygotowany do tych nagłych przemian, nie posiadał nawet odpowiedniego materiału ludzkiego do tworzenia nowego życia. Jego wielki przemysł i handel tworzyli Niemcy i Żydzi. Polacy musieli się dużo nauczyć, zanim zaczęli z tamtymi współzawodniczyć, a ucząc się od Niemców i Żydów, nie nauczyli się wszystkiego, czego potrzeba przemysłowcowi i kupcowi polskiemu. Po dziś dzień sfera wielkiego przemysłu i handlu, która zresztą nigdzie nie odznacza się cnotami obywatelskimi, w Polsce jest wyjątkowo nieobywatelską. Wzrost jej wpływu, kosztem dawnego wpływu szlachty, nie podnosił wartości społeczeństwa. Tamta miała – przy licznych swoich brakach – tradycje obowiązku obywatelskiego: wyraziły się one i w okresie popowstaniowym w licznym odłamie ziemiaństwa, który z dużym poświęceniem pracował dla przyszłości Polski, i w inteligencji miejskiej pochodzenia szlacheckiego, której dziełem właściwie było odrodzenie aspiracji polskich i polskiej myśli politycznej.

Rosnąca szybko warstwa oświecona, tzw. inteligencja, kształtowała się bardzo niejednolicie. Powstanie potężnie podcięło siłę cywilizacji polskiej na Litwie i Rusi. Skutkiem tego, w tych głównie stronach, zaczęła się zjawiać młodzież polska, zrywająca z tradycją do tego stopnia, że aż głosząca pogardę dla wszystkiego, co polskie. Żyła ona pod urokiem rewolucyjnej umysłowości rosyjskiej. Różnice cywilizacyjne i moralne między Polską zachodnią a wschodnią pogłębiły się, później zaczęły się one znów zacierać, ale nierychło jeszcze czas naprawi to, co te lata popowstaniowe zrobiły.

Znacznie głębsze rozbicie inteligencji polskiej wynikło z tłumnego wtargnięcia w jej szeregi Żydów. Przeprowadzona w przeddzień powstania reforma Wielopolskiego zniosła prawne przegrody między nimi a społeczeństwem polskim. Rzucili się wtedy do szkół średnich i uniwersytetów. Wytworzyli liczną inteligencję, biorącą udział w życiu polskim, wnoszącą w nie swoje tendencje, narzucającą mu swe upodobania i swe nienawiści, a w wypadkach nawet, w których usiłowali być jak najwięcej Polakami, nie mogącą się pozbyć swej odrębnej psychiki, swych instynktów. Ta inteligencja, w miarę, jak liczba jej rosła, stawała się coraz słabiej polska, a coraz mocniej żydowską. Wiele idei i wiele dążeń w tym kraju miałoby inne losy, gdyby nie rola Żydów i ich wpływ na umysłowość polską (wytłuszczenie -W.L.).

Przed powstaniem psychika polska była starą psychiką społeczeństwa rolniczego. Inteligencja polska wisiała właściwie przy szlachcie. W okresie popowstaniowym wytwarza się z ogromną szybkością nowoczesna psychika komercyjna. Jest to zbyt wielki przewrót duchowy, ażeby w tak krótkim czasie mógł się odbyć gruntownie. Następuje więc przeróbka powierzchowna, tandetna, polegająca w ogromnej mierze na tym, że ludzie pozbywają się dawnych cnót, a nie zdobywają nowych. Z gorliwością prozelitów wyrzekają się oni wierzeń, pojęć, sposobów postępowania, którymi dotychczas żyli, ale czasu nie mają na to, żeby się dobrze wychować w nowych pojęciach, tym bardziej zaś w nowych, pożytecznych nałogach.

Jeszcze przed ostatnim powstaniem psychika inteligencji polskiej była wcale jednolita; w okresie popowstaniowym uległa ona głębokiemu rozbiciu. Wytworzyły się odłamy inteligencji tak mało wspólnego mające między sobą, jakby należały do różnych narodów. Ścierały się między sobą trzy jej typy: zachodni, wyrosły na tradycjach polskich i wpływach europejskich; wschodni, wychowany przez rewolucję rosyjską i jej literaturę; wreszcie żydowsko-polski, reprezentowany przez spolszczonych Żydów i zżydzonych Polaków. Ostatnie dwa w postępowaniu i nawet w ideach często zbliżały się do siebie, ile że w rewolucji rosyjskiej pierwiastek żydowski coraz silniejszą odgrywał rolę. Różnice między tymi trzema typami były o wiele głębsze, niż te, które wytworzył podział narodu pomiędzy trzy państwa. Stwierdzaliśmy to w naszych latach uniwersyteckich, kiedy porozumienie się z młodzieżą Galicji i Poznańskiego przychodziło nam o wiele łatwiej, aniżeli w naszej dzielnicy z młodzieżą typu wschodniego lub żydowsko-polskiego.

Fakt, że ten wielki przewrót w gospodarstwie, w budowie społecznej, wreszcie w myśli polskiej nastąpił w okresie bankructwa kwestii polskiej, jej pogrzebania w Europie i jej zduszenia w kraju, sprawił, że ta nowa myśl organizowała się bez udziału szerszych aspiracji polskich, a w znacznej mierze w duchu wrogim nie tylko tym aspiracjom, ale samej Polsce. Gdy te aspiracje na kilkanaście lat przed końcem stulecia zaczęły się odradzać w młodym pokoleniu, tylko mała część starszego była zdolna je zrozumieć. Co gorsza, podział duchowy na trzy typy sprawił, że znaczna część młodego pokolenia zajęła względem nich stanowisko skrajnie wrogie.

Tworzący się obóz narodowy rósł, organizował swą myśl i swe działanie w zaciętej walce wewnątrz społeczeństwa. Zwalczano go z najróżnorodniejszych stanowisk – w młodym pokoleniu głównie z socjalistycznego. Wprawdzie i wśród socjalistów wytworzył się odłam rzucający hasło niepodległej Polski, program wszakże, który to hasło głosił, tak mało miał wspólnego ze współczesnym położeniem międzynarodowym i z wewnętrznym położeniem Polski, że nie przedstawiał punktów stycznych z ruchem narodowym, ale był mu raczej biegunowo przeciwny.

Wewnętrzny tedy przewrót popowstaniowy na skutek warunków, w których się odbywał, dał w wyniku takie rozbicie polityczne, jakiego nie przedstawiał żaden naród w Europie. Była wprawdzie chwila, kiedy Królestwo Kongresowe sprawiało wrażenie wielkiej politycznej jednolitości, mianowicie w czasie wyborów do świeżo ustanowionej Dumy rosyjskiej, kiedy wszystkie właściwie okręgi znalazły się w rękach jednego stronnictwa – narodowego. Była to wszakże jednolitość w znacznej mierze pozorna, wywołana zachowaniem się obozu narodowego wobec ruchu rewolucyjnego, który się silnie skompromitował; umiejętną organizacją stronnictwa, która skupiła w jego szeregach liczne żywioły, zresztą bardzo różnorodne i mało rozumiejące właściwe dążenia jej kierowników; wreszcie szeroką pracą obozu narodowego wśród ludu, która mu pozwoliła pociągnąć za sobą masy. Rozbicie duchowe i polityczne inteligencji i w owej chwili się nie zmniejszyło.

Tym sposobem kraj był jak najgorzej przygotowany do zbliżającej się chwili dziejowej, w której kwestia polska ponownie wystąpiła na arenie międzynarodowej i zjawiły się warunki odbudowania państwa.«

Ten powyższy cytat wskazuje, że po powstaniu styczniowym ukształtowało się bardzo zróżnicowane społeczeństwo, które raczej trudno było nazwać narodem. Jeśli ktoś jeszcze się łudził, to zamach majowy rozwiał wszelkie wątpliwości. Ludność Warszawy popierała uzurpatora, który wystąpił przeciwko legalnemu rządowi. II RP nie wytworzyła warunków sprzyjających do krystalizowania się społeczeństwa, które przekształci się w naród, a i czasu było za mało. PRL tylko utrwalił ten stan. Dlatego propaganda PRL-u wmówiła ludziom, że polskie społeczeństwo jest jednolite etnicznie i katolickie. A tak nie było. Tzw. Ziemie Odzyskane zamieszkiwała też ludność prawosławna, podobnie jak tzw. ścianę wschodnią. Była i jest mniejszość niemiecka na Śląsku Opolskim i na Górnym Śląsku. Prawdopodobnie mieszka też w Polsce około 3 milionów Żydów, którzy w większości są zasymilowani i udają katolików, prawosławnych, protestantów itp. Dlaczego tylu Żydów? Bo przed wojną mieszkało ich w Polsce ponad 3 miliony. Owszem, jakaś część zginęła w czasie wojny, ale nie wiemy jaka. Mnóstwo Żydów napłynęło do Polski z Armią Czerwoną. Ilu? Nigdy się nie dowiemy, tak jak nie dowiemy się ilu ich napłynęło po 1989 roku, gdy wyjeżdżali z upadającego Związku Radzieckiego do Izraela, a ich ewakuacja odbywała się przez Polskę (operacja Most).

Tak więc III RP pogłębiła stan utrwalony w PRL-u. Jeśli Polska to stan umysłu, jak chcą niektórzy, czy polskość to nienormalność, jak chcą inni, to zapewne taki stan jest wynikiem zróżnicowania polskiego społeczeństwa, w którym istnieją głębokie podziały sięgające czasów po powstaniu styczniowym. To, co po nim nastąpiło, uniemożliwiło powstanie normalnego narodu polskiego. Jak pisał Dmowski – wytworzyły się trzy odłamy inteligencji:

  • zachodni, wyrosły na tradycjach polskich i wpływach europejskich
  • wschodni, wychowany przez rewolucję rosyjską i jej literaturę
  • żydowsko-polski, reprezentowany przez spolszczonych Żydów i zżydzonych Polaków

Różnice między tymi trzema typami były o wiele głębsze, niż te, które wytworzył podział narodu pomiędzy trzy państwa. Stwierdzaliśmy to w naszych latach uniwersyteckich, kiedy porozumienie się z młodzieżą Galicji i Poznańskiego przychodziło nam o wiele łatwiej, aniżeli w naszej dzielnicy z młodzieżą typu wschodniego lub żydowsko-polskiego.

Odnoszę wrażenie, że ten podział nadal trwa. Może nie jest dokładnie taki sam, jak powyżej, ale trwa. Jeśli więc przyjmiemy definicję z Wikipedii za wzór, że naród, to wspólnota ludzi utworzona w procesie dziejowym na podstawie języka, terytorium, życia społecznego i gospodarczego, przejawiająca się w kulturze i świadomości swych członków, to społeczeństwo polskie nie jest narodem. A może właśnie w tych różnicach i podziałach tkwi przyczyna tego, że Polska w sportach zespołowych prezentuje się tragicznie, nawet na tle narodów małych, takich jak Czesi, Chorwaci, Serbowie. W pozostałych jest niewiele lepiej.

Szczepienia

Żyjemy w czasach ostatecznych, choć trudno w to uwierzyć. Jednak obserwacja tego, co działo się od początku tej „pandemii” i zachowanie rządu, wymyślanie kolejnych fal i wariantów wirusa, bezsensowne obostrzenia – nie pozostawia już chyba najmniejszych złudzeń, co intencji tego rządu i rządów w innych krajach. Wszelkie protesty nie mają sensu. Rządy nie przejmują się nimi, a ich uzbrojone policje rozpędzają je jak stada baranów. To już nie jest żadna demokracja. Pozostaje jedynie niewyrażanie zgody na szczepienie i nadzieja, że ci którzy mają broń, zrobią z niej właściwy użytek. Jedyne społeczeństwo na świecie, które posiada broń, to społeczeństwo amerykańskie. Ameryka jako państwo uczyniło światu wiele zła i przekonało się, że walka na obcym terenie z dobrze zorganizowaną partyzantką jest bardzo trudna. To jest lekcja, którą przerobili Amerykanie jako państwo i jako społeczeństwo. I teraz to społeczeństwo, uzbrojone społeczeństwo, wyciąga wnioski z tamtych porażek. Na portalu ZeroHedge ukazał się ciekawy artykuł Why are globalists and governments so desperate for 100% vaccination rates?, warty, moim zdaniem, przybliżenia. Jego autorem jest Brandon Smith. Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/geopolitical/brandon-smith-why-are-globalists-and-governments-so-desperate-100-vaccination-rates.

Nie sądzę, że jestem jedyną osobą, która zauważyła, że w ciągu ostatniego miesiąca nastąpił nagły wzrost propagandy szczepień i propagandy paszportów szczepionkowych, większy, jak sądzę, niż widzieliśmy to od początku tego roku. Mówię w szczególności o Stanach Zjednoczonych, ale ważne jest podkreślenia to, że w Stanach Zjednoczonych establishment wciąż desperacko domaga się znacznie wyższego wskaźnika szczepień. W miejscach takich jak Europa, Wielka Brytania i Australia wskaźniki szczepień są wyższe, a rządy przeszły do fazy paszportu szczepionkowego, będącego kolejnym etapem wprowadzania nowego porządku.

Niektórzy mogą się dziwić, że większość państw postępuje podobnie w kwestiach dotyczących ograniczeń związanych z koronawirusem. Jak to możliwe, że prawie wszystkie rządy na świecie zgadzają się w sprawie totalitaryzmu medycznego? Cóż, dość łatwo to zrozumieć, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że większość z nich jest połączona ze sobą za pośrednictwem globalistycznych instytucji, takich jak Światowe Forum Ekonomiczne (WEF), które wielokrotnie nazywało pandemię „doskonałą okazją” do przeforsowania swoich planów „Wielkiego resetu”.

„Wielki reset” to ideologia, której celem jest ograniczenie wolności jednostki i likwidacja gospodarki wolnorynkowej oraz narzucenie globalnej dyktatury socjalistyczno-komunistycznej. Globaliści nie mówią tego wprost, ale w gruncie rzeczy „Reset” dotyczy końca wolności, jaką znamy. To nie przesada, to jest rzeczywistość; to jest to, czego ci ludzie pragną przede wszystkim. Ale jak osiągnąć taki cel?

Cóż, co ciekawe, WEF i Fundacja Billa i Melindy Gatesów dokładnie opisali, jak planowali go osiągnąć, podczas „symulacji”, którą zorganizowali w październiku 2019 roku pod nazwą „Event 201”. Wyobrażali sobie potężną pandemię koronawirusa, rzekomo przenoszącego się ze zwierząt na ludzi, co ułatwiłoby konieczność wprowadzenia wszechobecnych ograniczeń dotyczących wolności jednostki, gospodarek narodowych, a także internetu i mediów społecznościowych. Jestem pewien, że to zwykły przypadek, ale dokładnie ten sam scenariusz, który globaliści z WEF przedstawili podczas Eventu 201, wydarzył się w prawdziwym świecie zaledwie dwa miesiące później.

W każdym razie sama pandemia była dobrodziejstwem dla globalistów. Od czasu powstania narodowych socjalistów w Europie i rozprzestrzenienia się komunizmu w Rosji i Chinach prawie sto lat temu, nie widzieliśmy tak daleko sięgającej władzy rządowej i władzy korporacji. W rzeczywistości powiedziałbym, że to, przed czym stoi dziś ludzkość jako całość, jest znacznie gorsze niż to, co te nędzne imperia mogły kiedykolwiek osiągnąć.

Nie ma wątpliwości; globalistyczne instytucje i ich rządowi „partnerzy” są największymi beneficjentami kryzysu wywołanego przez koronawirusa. Jeśli ich plan wykorzystania pandemii się powiedzie, mogą uzyskać pełnię władzy społecznej i politycznej.

W ich planie jest kilka słabych punktów i dlatego uważam, że w ostatnich tygodniach mamy do czynienia z nasileniem agresywnej propagandy. I tak, jak przedstawiłem z obszernymi dowodami w moim artykule „Biden’s Vaccine Strike Force Plan Stinks Of Desperation”, wydaje się, że wskaźnik szczepień, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, nie jest tak wysoki, jak by sobie tego życzyły elity.

Podczas gdy administracja Bidena i CDC twierdzą, że ogólny wskaźnik szczepień wynosi 67%, wiele innych statystyk, w tym dane Mayo Clinics, wskazują, że tylko cztery stany w USA mają faktycznie wskaźnik szczepień powyżej 65% (dla jednej dawki lub więcej). a większość stanów ma wskaźnik około 50% lub mniej. Nawet stany z dużym odsetkiem emigrantów, takie jak Kalifornia i Nowy Jork, nie przekraczają granicy 65% i szczerze mówiąc, te dane o niczym nie świadczą, ponieważ wskaźnik szczepień drastycznie spada.

Jeśli ktoś nie zgłosił się do tej pory, w warunkach zerowego czasu oczekiwania i wszędzie z dostateczną ilością dawek, to prawdopodobnie nigdy nie zostanie zaszczepiony.

Sprzeczne statystyki sugerują, że Biden i CDC zawyżają liczbę szczepień, aby stworzyć iluzję, że większość Amerykanów je popiera. A jeśli tak jest, to wyjaśnia, dlaczego Biden, Fauci i media głównego nurtu na siłę karmią opinię publiczną reklamą szczepionkową, która stoi w sprzeczności z prawdziwą nauką. Nie zadziałało zastraszanie, na które liczyli.

Ale dlaczego chcą 100% szczepień? Dlaczego są tak zdesperowani, aby każda osoba na świecie dostała szczepionkę mRNA?

Przecież średni wskaźnik zgonów z powodu koronawirusa to zaledwie 0,26% zarażonych (jest to statystyka, której media konsekwentnie i celowo odmawiają podawania opinii publicznej). Oznacza to, że 99,7% społeczeństwa NIE jest zagrożone tym wirusem, niezależnie od tego, czy ktoś jest zaszczepiony, czy nie.

Czy szczepionki zapewniają większe bezpieczeństwo? Cóż, według ostatnich statystyk z Massachusetts niekoniecznie, bo mówią o ponad 5100 zakażeniach i 80 zgonach w pełni zaszczepionych pacjentów. Media ciągle nam mówią, że umierają tylko niezaszczepieni, ale to jest kłamstwo, jak wiele innych kłamstw, które nam sprzedawali we wszelkich sprawach dotyczących koronwirusa. Jaki jest więc sens przyjmowania eksperymentalnej szczepionki, jeśli śmiertelność wirusa jest tak niska, a szczepienie i tak niekoniecznie zapewnia ochronę?

Nie ma sensu. Nauka i statystyki tego nie potwierdzają. Szczepionkom nie można nawet przypisać spadku liczby infekcji i zgonów w tym roku; w styczniu nastąpił spadek – do lutego zaszczepiono tylko 5% populacji. Jedynym wyjaśnieniem tego jest fakt, że populacja osiągnęła odporność stadną wiele miesięcy temu. Warto pamiętać o tym, jak rządy mówiły, że potrzebują 70% odporności stada lub szczepień, aby powstrzymać obostrzenia? Granice przesuwano kilka razy, a rządowa „nauka” zmienia się co miesiąc. Teraz twierdzą, że odporność stada nie ma znaczenia i domagają się 100% szczepień.

Musimy ponownie zadać pytanie – dlaczego nieustępliwy rząd naciska na całkowite nasycenie szczepionkami? Nie ratują one życia, a nakazy i ograniczenia pozostają, więc dlaczego?

Mogę jedynie wysuwać teorie na podstawie dostępnych dowodów, ale myślę, że dla większości z nas jest jasne, że szczepionki NIE dotyczą zdrowia publicznego ani nie chodzi o ratowanie życia. Chodzi oczywiście o coś innego…

W ostatnim roku wielu ekspertów w dziedzinie wirusologii i szczepionek ostrzegało, że istnieje duże ryzyko szkodliwych skutków ubocznych dla zdrowia, jeśli chodzi o eksperymentalną technologię mRNA. Nawet jeden z twórców szczepionek mRNA zasugerował, że wprowadzanie, bez dalszych testów, tych koktajli manipulujących genami, wiąże się z niebezpieczeństwem. Na uwagę zasługują obawy dotyczące długotrwałych zaburzeń, takich jak zaburzenia autoimmunologiczne i niepłodność.

Media głównego nurtu i globaliści będą argumentować, że „nie ma dowodów”, że szczepionki mRNA spowodują śmiertelne skutki uboczne lub bezpłodność. Odparłbym, że NIE MA ŻADNYCH DOWODÓW, że są bezpieczne. Większość szczepionek jest testowana przez 10-15 lat, zanim zostaną dopuszczone do użytku publicznego. Szczepionki przeciw COVID-19 zostały wypuszczone na rynek w ciągu kilku miesięcy. Szczerze mówiąc, nie mam zamiaru stać się królikiem doświadczalnym dla nieprzetestowanej szczepionki.

Ale co, jeśli elity dokładnie wiedzą, jakie będą skutki uboczne? A co, jeśli szczepionki są kluczową częścią ich „Wielkiego Resetu”?

Kwestia niepłodności szczególnie irytuje osoby z establishmentu, i chciałbym zwrócić uwagę na wyjątkowo podstępną narrację zaszczepianą w mediach. Ilekroć ludzie poruszają problem bezpłodności spowodowanej szczepionkami, biurokraci i gadające głowy mediów przystępują do ataku, a następnie mówią: „Nie ma dowodów na to, że szczepionki powodują bezpłodność, ale Covid-19 może to spowodować…”. Wystarczy obejrzeć to ostatnie przemówienie gubernatora Arkansas, gdzie on i jego medyczny sługus omal nie zostali usunięci z podium przez rozgniewaną publiczność za rozpowszechnianie tej samej propagandy.

I tu tkwi istota problemu. Moim zdaniem, scena jest już przygotowywana na pojawienie się masowej bezpłodności, ale zamiast eksperymentalnych szczepionek będzie obwiniany covid. Dlatego rząd potrzebuje 100% szczepień; niezaszczepione osoby byłyby dowodem ich zbrodni. Niech wyjaśnię…

Obawiam się, że program resetu Klausa Schwaba jest niemożliwy do wyegzekwowania w sposób trwały, chyba że populacja ludzka zostanie znacznie zmniejszona w krótkim okresie czasu (pokolenie lub dwa). Globaliści nieustannie mówią o kontroli i redukcji populacji. Słyną z tego elity takie jak Bill Gates. Czy można się dziwić, że opracowali plan jej wprowadzenia?

A co jeśli, jak sugerowało wielu ekspertów, skutki uboczne szczepionek doprowadzą do zmniejszania się populacji? A jeśli te szczepionki są do tego przeznaczone? Przez kilka lat nie będziemy mieć pewności, ponieważ zaburzenia autoimmunologiczne i niepłodność potrzebują czasu, aby stać się widoczne w populacji. Średni czas na faktyczne zdiagnozowanie choroby autoimmunologicznej wynosi 4,5 roku. Zdiagnozowanie niepłodności może zająć od sześciu miesięcy do roku.

Jeśli duża populacja wielu milionów ludzi nie zostanie zaszczepiona, to po kilku następnych latach będą stanowić sporą i niekwestionowaną grupę kontrolną. Grupa kontrolna to grupa osób, które działają jak czysta próbka niezainfekowana eksperymentalnym lekiem lub szczepionką. Jeśli zaszczepiona grupa zachoruje lub umrze na określone schorzenia, a grupa kontrolna nie będzie miała tych samych schorzeń, to będzie to całkiem dobry dowód na to, że ta szczepionka lub lek są trucizną.

50% Amerykanów i mniejsza część populacji w innych krajach stanowią grupę kontrolną dla eksperymentalnych szczepionek. Jeśli coś pójdzie nie tak ze szczepionkami, to będziemy dowodem. Podejrzewam, że tego właśnie boją się elity.

Nas również muszą zmusić do zaszczepienia – nas WSZYSTKICH, aby nie było grupy kontrolnej, a tym samym dowodów na to, co zrobili. Będą mogli po prostu zrzucić winę na masowe zaburzenia zdrowia z powodu samego covida lub na inną fałszywą przyczynę.

Jeśli szczepionki staną się koniem trojańskim, który spowoduje powszechną chorobę lub bezpłodność, to globaliści zostaną złapani na gorącym uczynku, ponieważ istnieje grupa kontrolna i będzie to oznaczać otwarty bunt wraz z wieszaniem ich na przydrożnych latarniach. Ich „Wielki Reset” nie uda się im.

Z pewnością może tak się stać. Paszporty szczepionkowe są dla większości ludzi nie do zaakceptowania. Widzimy masowe protesty i zamieszki z powodu drakońskiego programu paszportowego w takich krajach jak Włochy, Francja, Wielka Brytania i Australia. Jednak, moim zdaniem, Stany Zjednoczone to miejsce, w którym dojdzie do największego sprzeciwu. Mamy uzbrojoną populację, miliony wyszkolonych weteranów bojowych i cywilów, wojsko składające się z około 70% konserwatystów i niezależnych oraz historyczne rozumienie wojny asymetrycznej. Jak widzieliśmy w miejscach takich jak Afganistan, czołgi, odrzutowce, pociski i drony nie są gwarancją zwycięstwa nad siłami partyzanckimi.

Paszporty szczepionkowe tutaj nie przejdą. Po prostu nie pozwolimy na to.

Globaliści postawili wszystko na jedną kartę – dla nas może to być gra ostateczna, ale dla nich też może to być gra ostateczna. Czasu nie mają zbyt wiele. W ciągu najbliższych kilku lat lub wcześniej muszą uzyskać prawie 100% szczepień. Muszą wprowadzić paszporty szczepionkowe w ciągu najbliższych kilku lat lub nawet wcześniej. I muszą w najbliższym czasie ustalić trwałe warunki zamknięcia, aby stłumić rosnący sprzeciw. Jesteśmy teraz w trakcie swego rodzaju wyścigu, w którym globaliści muszą realizować swój program tak szybko, jak to możliwe, podczas gdy my musimy wytrzymać i powstrzymywać ich, aż prawda stanie się oczywista dla mas; prawda, że blokady, mandaty i szczepionki nigdy nie dotyczyły bezpieczeństwa, a zawsze dotyczyły kontroli – od kontroli społecznej po kontrolę populacji.

Masoneria i wojsko

Czasem, gdy śledzi się przyczyny i początki wojen, to można odnieść wrażenie, że niektórzy wyżsi oficerowie zachowywali się co najmniej dziwnie. Tak było m.in. w przypadku Amerykanów przed atakiem na Pearl Harbor. Również nasi niektórzy oficerowie podczas kampanii wrześniowej podejmowali niezrozumiałe decyzje. Pewne wyjaśnienie takich zachowań można znaleźć w książce Feliksy Eger Historia towarzystw tajnych z 1894 roku.

Opracowanie Feliksy Eger stanowi kompilację dzieł badaczy zajmujących się problematyką masonerii. Oparte jest przede wszystkim na rozprawie francuskiego jezuity Nicolasa Deschampsa (1797-1873) Les sociétés secretes et la société ou Philosophie de l’histoire contemporaine (Tajne stowarzyszenia i społeczeństwo lub filozofia historii współczesnej), uzupełnionej przez Claudio Janneta, a także na dziełach Saint-Albina, Saint-Andrégo, dra Otto Beurena i innych.

»Bonaparte, posiadający całe zaufanie Robespierre’a, któremu zawdzięczał początek swej kariery, zyskał sobie także zaufanie wolnomularstwa, czym jedynie wyjaśnić można tak szybkie jego dojście do władzy. To, co Napoleon robił we Francji, to samo robił i we wszystkich innych krajach, do których sięgał jego oręż. Wszędzie zrzucał z tronu panujące dynastie, zaprowadzał równość wyznań, znosił zakony, sprzedawał dobra poduchowne, kasował cechy rzemieślnicze, przywileje i swobody miejscowe. Narodowości zupełnie nie uznawał, w sposób oburzający występował przeciwko nim, a myśl uniwersalnej monarchii zaprzątała go nieustannie. Aż do r. 1809 znajdował wszędzie Napoleon dzielną pomoc ze strony lóż masońskich, geniuszowi jego wojskowemu dopomagała zdrada dowódców. Wiele jest okoliczności tak dziwnych w jego kampaniach, że jakkolwiek w wielu przypadkach nie ma na to ścisłych dowodów, są jednak powody wystarczające, co najmniej do słusznych podejrzeń. Przytoczymy na potwierdzenie tego parę przykładów. Od r. 1802 Napoleon pracował nad zniesieniem księstw duchownych i ukróceniem władzy cesarstwa rzymskiego w osobie jego przedstawiciela cesarza austriackiego, spełniając w ten sposób najgorętsze pragnienia iluminatów. Dopomagał im w tym przypadku Karol d’Alberg, biskup ratysboński, elektor moguncki, zapisany pod nazwą Crescentyna między uczniami Weisshaupta. Oto co w tym względzie opowiada jeden z przywódców karbonaryzmu Jan de Witt we Fragmentach życia swego i Historii współczesnej.

„Istniało wówczas towarzystwo tajne zwane Listkiem Koniczyny (feuille de trefle) złożone z ludzi najznakomitszych, którzy chcąc zaprowadzić jedność i niezależność Niemiec, pomagali obcemu monarsze w wykonaniu planów zmierzających do powiększenia Francji. Utworzenie królestw obcych na korzyść członków rodziny Napoleona, usunięcie książąt Rzeszy niemieckiej spod jej bezpośredniej władzy, wszelkie upokorzenia ich odpowiadały życzeniom cesarza, który pragnął usunąć ich wszystkich spod władzy Rzeszy i jak drugi Karol Wielki połączyć Niemcy z Francją. Potworne to stowarzyszenie byłoby się długo utrzymało pod Napoleonem, Niemcy utworzyłyby były jedną całość. Gdyby mi było dozwolone, wyliczyłbym imiennie wszystkich znakomitych członków tego stowarzyszenia, zwanego Listkiem Koniczyny dlatego, że tylko trzech członków znało się nawzajem”. Tak o tym najdoskonalej zorganizowanym związku zdrady mówi mason wyższych stopni, karbonariusz siódmego i ostatniego stopnia. Odkrycia tego rodzaju są kluczem do rozwiązania wielu niepojętych zagadnień owej epoki.

Jednym ze środków najdzielniej ułatwiających pochód wojsk cesarskich były loże wojskowe. „Rząd cesarski zachęcał do otwierania lóż wojskowych, powiada Clarel. Mało było pułków, przy których by się nie znajdował warsztat masoński. Kiedy wojska francuskie obejmowały w posiadanie jakieś miasto, loże ich obierały sobie lokal i starały się wtajemniczyć tych z mieszkańców, którzy największy wpływ mieli na ludność miejscową. Ci z kolei otwierali loże i oddawali je pod opiekę Wielkiego Wschodu Francji. Gdy liczba lóż była już dostateczną tworzyli Wielki Wschód narodowy, który łączył się z paryskim i od niego odbierał rozporządzenia. Tak to w r. 1800 powstał Wielki Wschód badeński w Manheimie, a w 1811 Wielki Wschód westfalski w Kassel. Wielkim mistrzem tego ostatniego został ks. Hieronim Napoleon”. W r. 1845 dziennik masoński L’Orient”, wymawiając marszałkowi Soult, że kazał zamknąć loże wojskowe, pisał: „Jak mógł mąż stanu wychowany w szkole cesarskiej zapomnieć o korzyściach odniesionych przez Napoleona z warsztatów masońskich pułkowych. Wiedział on, że zaledwie wojsko nasze zatrzymało się w mieście zabranym, każdy pułk starał się otworzyć lożę, zwoływał na zebrania miejscowych masonów, werbował jak największą ilość członków, otwierał nowe loże i przy pomocy zawartych stosunków wywierał wpływ zwycięzcy nad zwyciężonymi”. Wspomnienie wpływu lóż wojskowych przechowało się także w Niemczech. „Wstęp do lóż niemieckich, powiada Eckert, dozwolonym był zawsze masonom wojskowym, był to bowiem środek potężny dozoru i propagandy… W Hiszpanii, Portugalii i wszędzie, gdzie wprowadzono masonerię, rozwinęła ona wielką działalność w wytworzeniu partii cesarskiej. Cieszyła się wszędzie nadzieją, że przy pomocy dyktatury napoleońskiej złączy wszystkie królestwa w jedno państwo i doprowadzi w ten sposób do skutku swój cel upragniony”… Pewnym jest, jak to już mówiliśmy, że wiele faktów owej epoki nie da się inaczej wytłumaczyć jak przez zdradę. Zdrada ułatwia rewolucjonistom wejście do Belgii, do Sabaudii, do Moguncji, do Trewiru, Spiry, Worms i Frankfurtu; dowodem przebieg bitwy pod Marengo, dwa razy przegranej jednego dnia, a wygranej pod wieczór za przybyciem generała Desaix. Pod Austerlitz wojska sprzymierzone głodem prawie pokonane zostały, wtedy gdy po bitwie pokazało się, że o 4 mile od pola bitwy nagromadzone były zapasy wystarczyć mogące dla całego ustępującego wojska. Niemcy przedstawiały wówczas widok dziwny, niepojęty. Wojska kraju tego doskonale wyćwiczone, które niedawno jeszcze dały dowody wielkiej waleczności, zdawały się teraz dotknięte niemocą, a generałowie ślepotą. We wszystkich potyczkach z wojskami republikańskimi, a następnie cesarskimi, zdaje się jakby niegodni byli dawnej swej sławy. Załogi w fortecach składają broń, nie wystrzeliwszy ani razu; objaśnienia otrzymywane od dowódców okazywały się fałszywymi, o postanowieniach rady wojennej nieprzyjaciel natychmiast był zawiadamiany; rozkazy nie były wykonywane; posiłki nie nadchodziły na czas właściwy; zapasy okazywały się niedostatecznymi; wierność oficerów była podejrzana; zwątpienie wywoływano wśród wojska przerażającymi wieściami. Prawie niepodobna wszystkiego tego inaczej wytłumaczyć jak przez zdrady wojskowych wyższych stopni, którzy wszyscy byli masonami. „Wolnomularze uważali Napoleona I jako narzędzie przeznaczone do obalenia wszystkich europejskich narodowości, po czym spodziewali się łatwiej doprowadzić do skutku plan swój ustanowienia rzeczypospolitej europejskiej”. „W Frankfurcie i całych Niemczech, mówi sławny historyk Jansen, Żydzi witali Napoleona jako Mesjasza, tak byli pewni, że za jego pomocą obalona zostanie cała budowa społeczeństwa chrześcijańskiego”.

Jednakże współdziałanie to masonerii trwało tylko tak długo dopóki w tak zaprowadzanej rzeczypospolitej jak w dyktaturze Napoleona widziała ona środek dojścia do celu, to jest do obalenia tronów, wytępienia narodowości, czyli do zaprowadzenia kosmopolityzmu masońskiego. Lecz skoro tylko dostrzegli masoni, że despotyzm cesarski miał głównie na celu zaspokojenie osobistej próżności i interes własnej rodziny, że masoneria była dla niego tylko narzędziem, oburzenie ogarnęło ogól członków i przy pomocy Tugendbundu, stowarzyszenia utworzonego przez najwyższych masonów, postanowiono położyć tamę potędze Napoleona. W Sewilli utworzono również przeciw niemu juntę, na czele której stanął Tilly. Zmiana w powodzeniu Napoleona była tak nagła, a tak stała, że wielu historyków zadawało sobie pytanie czy nie była ona wynikiem osłabienia władz umysłowych. Thiers badał te kwestię, ale musiał temu stanowczo zaprzeczyć. Nigdy w istocie geniusz militarny Napoleona nie uwydatnił się jawniej, jak w kampanii francuskiej, nigdy starsi wojownicy nie występowali heroiczniej w obronie granic własnego kraju. Lecz prawa naturalne wojny dają zwycięstwo tym, po czyjej stronie siły liczebne i materialne są większe. Prawa te zawieszone przez przeciąg lat 20, kiedy siły masońskie popierały rewolucję i Napoleona, musiały teraz odzyskać przewagę. Napoleon doszedłszy po dwa razy do bram Paryża, musiał się zrzec korony, której już otrzymać nie mógł. Tylko że popęd dany przez towarzystwo tajne przeszedł granice przez nich zakreślone, bo ludy pobudzone z uśpienia, oddane samym sobie, przywołały wszędzie dawne dynastie. We Francji silny ruch rojalistyczny powstał w lutym 1814 r. Wolnomularstwo pojęło teraz, że winno opuścić Napoleona, a skupić się wokoło nowego rządu, żeby nie stracić owoców dotychczasowej pracy. Talleyrand, dusza wolnomularstwa, Sieyes, Fouché, Gregorie, ks. d’Alberg, Bernadotte, Murat, Berthier, Marmont, Ney, Angeran, Maison, wszyscy dotychczasowi słudzy Napoleona, aż do generała Beurnourille, który jako pomocniczy wielki mistrz przyszedł złożyć masonerię u stóp Ludwika XVIII, ręcząc za nią, jak za siebie samego, nawet senat i ciało prawodawcze powstali przeciw temu, którego wynieśli i któremu przez 15 lat schlebiali. W r. 1815 po powrocie z wyspy Elby odzyskał Napoleon ducha rewolucyjnego, jakim się odznaczał jako generał konwencji. Nadzieje swoje pokładał w poparciu jakobinów, lecz jak sam wyznaje, jeżeli po Waterloo nie ponowiła się epoka terroryzmu we Francji, to dlatego jedynie, że go wstrzymali ci, od których zależał.«

Powyższy cytat wiele wyjaśnia. Mam jednak pewne wątpliwości, czy to „ludy pobudzone z uśpienia, oddane samym sobie, przywołały wszędzie dawne dynastie”. Tu raczej wszystko było zaplanowane i pod kontrolą. W wyniku rewolucji francuskiej Żydzi stali się pełnoprawnymi obywatelami. I tak też było wszędzie, gdzie pojawił się Napoleon. To był ich prawdziwy zysk, a to czy nastąpi restauracja monarchii, czy – nie, było sprawą drugorzędną. Monarchowie byli tak samo uzależnieni od żydowskich kredytów jak demokracje. Wojny, konflikty, rewolucje, powstania – służą Żydom, bo, po pierwsze, wymagają finansowania, a po drugie, skutkują stratami materialnymi i ludzkimi, co powoduje zubożenie społeczeństw i państw. I o to przede wszystkim chodzi. Im społeczeństwa i państwa biedniejsze, tym Żydzi potężniejsi. Cały bieg dziejów można by więc opisać, w pewnym uproszczeniu, w ten sposób, że Żydzi nie tyle dążą do opanowania świata, bo go już opanowali, ale do podtrzymania tego stanu i ewentualnego eliminowania zagrożeń, mogących ten stan zmienić.

Mechesi i szabesgoje

W blogu „Roszczenia” napisałem, że Polska jest całkowicie zdominowana przez Żydów, i że nie stało się to z dnia na dzień. To był proces, który trwał latami i nadal trwa. Żydzi głęboko wniknęli w polskie społeczeństwo, a właściwie w jego najwyższe warstwy i podporządkowali je sobie. O tym jak to wyglądało przed stu laty opisał Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce, wydanej po raz pierwszy w 1919 roku. Poświecił temu zagadnieniu jeden rozdział zatytułowany Mechesi i szabesgoje. Warto go przytoczyć, bo wiele z tego, co opisał, nadal jest aktualne.

»Aż do roku 1820 mniej więcej był w Królestwie Polskim Żyd, pominąwszy neofitów, zwykłym Żydem ortodoksyjnym, odcinającym się od ludności rdzennej nie tylko inną wiarą, inną narodowością i obyczajami. Zamknięty w ghetcie, omijał starannie wszelkich „gojów”, ocierając się o nich tylko o tyle, o ile mu było potrzebne do jego interesów.

Wyłom w tym nieprzebytym dotąd murze wyrąbali dopiero, jak wiadomo, Żydzi niemieccy, którzy wtargnęli do Królestwa między r. 1820 i 1830, zwabieni możliwością robienia dobrych interesów. Byli prawie wszyscy „oświeceni”, „postępowi”, „reformowani”. To ich oświecenie, ta ich reforma, ten ich postęp polegał głównie na wyzwoleniu się spod tyranii synagogi ortodoksyjnej, na przebraniu się w suknie chrześcijan i na odgrywaniu roli bezprzesądnych wolnomyślicieli. Wolnomyślicielstwo ich jednak nie przeszkadzało im wcale zastosować w handlu i przemyśle etyki talmudycznej i metody żydowskiego „czystego kapitalizmu”.

Mądrzejsi z nich, przebieglejsi upodobali sobie głównie monopol tabaczny, najbogatsze w owym czasie w Królestwie źródło złota. Pełną garścią czerpali z tego źródła, bogacąc się galopem. Wielkie fortuny: Newachowiczów, Halpertów, Frankensteinów, Koniarów, Kronenbergów, trysnęły z tego źródła. By jednak mieć dostęp do niego, trzeba było zmienić wiarę, postarać się o metrykę chrześcijańską (katolicką, luterańską albo kalwińską). Ochrzcili się wszyscy tabacznicy, a za ich przykładem poszli inni reformowani Żydzi: bankierzy, przemysłowcy, lekarze, adwokaci, literaci.

„Mechesami” nazwali chrześcijanie tych neofitów, Żydzi zaś prawowierni zdrajcami, odszczepieńcami.

Jakiś czas wahali się „mechesi”, w którą stronę się zwrócić, czy oprzeć się na swoich współplemieńcach, do których należeli mimo chrztu sercem, duszą, tradycjami lat tysięcy, czy też uczepić się „gojów”, z którymi łączyła ich metryka chrześcijańska.

Zwykła próżność świeżych dorobkiewiczów zmogła w nich wstręt „narodu wybranego” do innej rasy. Głównie kobietom przewróciło się w głowie. Wydostawszy się z ghetta, z jego brudów i ciasnoty, stanąwszy na szerokiej arenie życia, zamieszkawszy w pięknych domach, a nawet niektóre z nich w pałacach, zapragnęły koligacji arystokratycznej, robiły wszystko, aby się odgrodzić wysokim murem od czerni żydowskiej (z której dopiero niedawno wyszły) i zatrzeć ślady tego niemiłego dla nich pochodzenia.

Tę to grupę ochrzczonych, „zasymilowanych” Żydów odtworzył Marian Gawalewicz w swojej dwutomowej powieści pt. „Mechesy” (1893 i 1894).

Doskonale, miękkim pędzelkiem subtelnej ironii podkreślił Gawalewicz chorobliwą, śmieszną próżność parweniuszek żydowskich. Znał takie typy niewątpliwie z osobistej obserwacji i patrzył na nie uważnie. Oprócz ich humorystycznej próżności dostrzegł w nich rys szczególny, mianowicie chciwość żydowską i szachrajski spryt żydowski. Zdawałoby się, że takie „damy”, rwące się do arystokracji rodowej, nie będą się zajmowały „geszeftami”. Jedna z typów Gawalewicza, udająca wobec chrześcijan, że „nie rozumie się na interesach”, nie tylko rozumiała się na nich wybornie, lecz zajmowała się nimi gorliwie – była dopełnieniem sprytu kupieckiego męża, jego doradczynią, rozstrzygającą często w spekulacjach. „Przy cyfrach kończyła się uczciwość” – zauważył autor „Mechesów”.

W drugiej części swoich „Mechesów” odtworzył Gawalewicz szereg ochrzczonych finansistów i spekulantów warszawskich: Klappermannów, Blattów, Seeligerów itp. macherów. „Szelmami spod ciemnej gwiazdy” są bankierzy, giełdziarze, przemysłowcy Gawalewicza – zwykłymi szachrajami żydowskimi mimo chrztu, pałaców i stosunków z arystokracją. Cała różnica między nimi, „oświeconymi”, „zasymilowanymi” a ciemnymi ortodoksyjnymi chałaciarzami polega na tym, że chałaciarz operuje drobnymi sumkami, a oni obracają krociami, milionami.

Bogaci mechesi Gawalewicza oszukują, kręcą, wyzyskują, rabują, gdzie i co się da, tak samo, jak „łapserdaki”, na których spoglądają z góry, z pogardą. Okpiwają się nawet wzajemnie, swój swego, wspólnik wspólnika, podstępnie, bezwzględnie. Nazywa się to rozumem, sprytem, a nawet geniuszem.

By wzbudzić u chrześcijan zaufanie do swoich krętactw, do swoich nieczystych, podejrzanych spekulacji, wynajmują sobie, tak samo jak „grynderzy” niemieccy, do zarządów swoich przedsiębiorstw, do komitetów „szabesgojów” z tytułami.

Chciwych na niezapracowane pieniądze, albo podupadłych, zubożałych książąt, hrabiów, karmazynów, mianują członkami rad nadzorczych. Ponieważ tacy ich radcowie mają takie pojęcie o handlu, o metodzie „czystego kapitalizmu”, jak Bartek z Psiej Wólki o astronomii, przeto rządzą oni sami bez żadnej kontroli. Nazwiska „gojów” z tytułami lub wielkimi tradycjami historycznymi zasłaniają ich , zakrywają ich mechesostwo i szachrajstwo.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer odmalował także w swojej powieści pt. „Panna Mery” kilka typów mechesowskiej finansjery warszawskiej.

Dwie główne postacie zasługują na uwagę: panna Mery i jej wuj Hammerschlag. Panna Mery jest wnuczką Gnieznowera, zwykłego chałaciarza, który zacząwszy swoją karierę od dwóch pudełek zapałek, skończył na dwóch milionach rubli. Ojciec jej, odziedziczywszy owe dwa miliony, ochrzcił się, przezwał się Gnieźnieńskim i, kupcząc dalej metodą wskazaną mu przez „genialnego” rodzica, doszedł do dwunastu milionów.

Było więc wszystko: metryka chrześcijańska, piękna córka i 12 milionów rubli. Brakowało tylko szlacheckiej koligacji, tytułu. Tę szczerbę miała panna Mery wypełnić.

Ładną dziewczynę uczyło już od lat dziecięcych całe otoczenie mechesowskie: ojciec, matka, krewni, że jej „pięknej, bogatej, mądrej wolno wszystko, że nie ma w kraju takiego arystokraty, dla którego by nie była odpowiednią partią, bo ona, córka dwunastomilionowego finansisty, może za wszystko zapłacić”. – Pieniądz, pieniądz, pieniądz jest twoim głównym pokarmem duchowym, kupić i sprzedać jest esencją życia – uczucia i tym podobne rzeczy są głupstwem, dobrem dla poetów i starych romantyczek. Interes, korzyść, oto cel życia. Tego się nie powinno ludziom mówić i pokazywać, owszem, powinno się mieć zawsze maskę idealizmu pod pachą. Ludzie są tak głupi, że zamydlać im oczy można czymkolwiek, a jedyną rzeczą, którą naprawdę cenią i czczą, która im naprawdę imponuje, to są pieniądze. Oni się do tego nie chcą przyznać, bo się jedni drugich wstydzą, bo każdy od spotkania z drugim ma tę maskę idealizmu pod pachą.

„Najmądrzejszym wychowawcą” panny Mery, gdy dorosła, był jej wujaszek Hammerszlag. Mówił do niej „Czy ci się zdaje, że naprawdę cenią ludzie więcej Mickiewicza albo Goethego niż barona Adalberta Rotszylda i twojego papę? Jest wojna – nie może być Rotszylda. Jeden cesarz to jest Franciszek Józef, a drugi baron Rotszyld. My, kapitaliści, robimy pokój i wojnę, szczęście i nieszczęście świata. Stary Pan Bóg poszedł spać i rzekł do nas, kapitalistów: Messieurs, Faites le jeu, s’il vous plait. Pan Bóg już nie potrzebuje czuwać ani rządzić; my czuwamy i my rządzimy. Baron Rotszyld w Wiedniu, twój papa, baron Blumenfeld, ja, Cypres, Tukeles i Spółka w Warszawie. Tak, tak. Pan Bóg poszedł sobie na drzemkę i zostawił jako swojego zastępcę pieniądz… Wszystko można kupić. Zasady, przekonania, cnota, ofiarność, uczciwość, honor – to są bez zaprzeczenia bardzo piękne i bardzo godne naśladowania przymioty, ale pieniądz to grunt. Wszystko można kupić: Mickiewicza, Kościuszkę. Wszystko stanowi cena”.

Uczył jeszcze Hammerszlag swoją siostrzenicę, że gdy się jest bogatym, trzeba odgrywać rolę dobroczyńcy, trzeba dawać jałmużnę, bo to „dobrze robi”. Dzienniki ogłoszą wtedy: panna Mery ofiarowała na nieuleczalnych tyle, na niezamożnych uczniów tyle, na ubogie pracownice igły tyle itd.; miasto powie: dobre serce, szlachetne serce ma ta milionerka i hojną, pańską rękę; taka opinia nie szkodzi nikomu. Choćbyś wydała trzydzieści tysięcy na ubogich, kupisz sobie za to sześćdziesiąt tysięcy. To nie jest źle umieszczony kapitał. On się procentuje znakomicie opinią u ludzi. Zresztą kto wziął jednym pięćkroć, może dać drugim pięćdziesiąt tysięcy – dla zatkania gęby.

W grupie mechesów warszawskich spostrzegł Tetmajer te same mniej więcej znamienne rysy, jakie zauważył i uwypuklił Gawalewicz w swoich „Mechesach”. Obaj widzieli: bezgraniczny kult pieniądza i wiarę w jego wszechmoc, pychę parweniuszowską, gorączkę pięcia się do arystokracji rodowej, pogardę ubóstwa, arogancję, cynizm, brak poczucia etyki, honoru, uczciwości i pasję odcięcia się od czerni żydowskiej, z której przyszli co dopiero, do której należeli jeszcze w części przez pokrewieństwa.

Bogatych mechesów otacza gromada tzw. „szabesgojów”.

Szabesgojami nazywa się powszechnie chrześcijan, którzy pracują zamiast Żydów wówczas, kiedy wyznawcom Zakonu Mojżeszowego nie wolno. Wiadomo, iż nie wolno im pracować w dniach świątecznych, szabasowych. Stąd przezwisko „szabesgoi”, odnoszące się pierwotnie tylko do różnego rodzaju posługaczów żydowskich, do subiektów handlowych, służących, pomywaczek, stróżów itd.

„Godność” tę rozszerzyły czasy nowsze na liczną dziś grupę „przyjaciół” żydowskich.

Pracuje np. ktoś w jakimś przedsiębiorstwie żydowskim, w jakiejś fabryce, w jakimś banku itd., jako dyrektor, inżynier, prokurent, kasjer. Wolałby służyć w instytucji chrześcijańskiej, wolałby pracować pomiędzy swoimi, ale nie mógł znaleźć posady i wziął na siebie bez przyjemności jarzmo Judy. Zależny od pracodawcy żydowskiego nie może on oczywiście okazywać swojego aryjskiego, chrześcijańskiego żydowstrętu, musi milczeć, naginać się do obcego otoczenia, musi być na zewnątrz filosemitą, asymilatorem, choćby w jego sercu kipiało rozlaną żółcią.

Takiemu szabesgojowi wolno przebaczyć jego służbę żydowską. Żonę ma, dzieci, ubogich krewnych. Chleba! – wołają na niego od rana do wieczora… Skąd go weźmie?… Większość tych szabesgojów porzuci niewątpliwie służbę żydowską, gdy rozwinięty w Polsce szeroko ruch ekonomiczny otworzy mnóstwo posad dla swoich.

Jakiś Żyd zbogacił się na handlu drzewem, zbożem, okowitą itp. Z większymi pieniędzmi przychodzą większe apetyty i ambicje.

Głównie żonom zbogaconych macherów robi się za ciasno w dotychczasowym otoczeniu. Zachciewa im się salonu i jego dekoracji, dobrze wychowanych i inteligentnych gości, a że w ich sferze brak tych żywych dekoracji, przeto trzeba sięgnąć po gojów. Dobry obiad, dobra kolacja z doskonałymi cygarami, winami i z partyjką przy zielonym stoliku, zwabią zawsze i wszędzie gromadę pieczeniarzy, smakoszów, żarłoków, zawodowych próżniaków, niebieskich ptaków, eleganckich golców, czyhających na jakąś pożyczkę.

Nowy typ „szabesgoja”… można ten typ dać bogatym Żydom w prezencie. Nic narodowi nie ubędzie, bo tego rodzaju elegancka hołotka znajduje się wszędzie, w różnych krajach. Pociechy z niej nie ma nigdzie.

Bogaty spekulant żydowski bogaci się jeszcze w dwójnasób, w trójnasób i więcej. Milion jeden i drugi już posiada. Więc za mało jego magnifice dotychczasowych, „lepszych” stosunków. Ma ona teraz wspaniałe apartamenty, karety, lokajów itd. Dla takiego dostatku potrzeba jej wyższego rzędu gości, panów i panie z tytułami, historycznymi nazwiskami i z „pozycją na świecie”.

Trudno było zbogaconym spekulantom zwabić do swoich paradnych domów ludzi z „pozycją”. Ale od czego spryt żydowski? Pani Klappermann, Seeliger, Kronengold itd. ma córkę bardzo „edukowaną”, bo mówi dobrze po francusku, po angilesku i flirtuje doskonale, lepiej, odważniej od panien polskich. W sam raz kąsek dla jakiegoś chudopachołka pańskiego, dla gołego księcia, hrabiego, karmazyna, który, nieuczywszy się niczego, nie umie i nie chce pracować. Takiego „arystokratę” chwyci się na złotą wędkę milionowego posagu, a on zrobi resztę swoimi rodzinnymi stosunkami – spekulują panie Klappermann, Seeliger, Kronengold, odtworzone doskonale w „Mechesach” Gawalewicza.

Trzeci typ „szabesgoja”… I ten typ można dać Żydom w prezencie. Bez zięciów żydowskich z wielkimi nazwiskami, którzy odziedziczyli po swoich znakomitych przodkach wszystkie ich wady, a ani jednej zalety – można się obyć, bo nie umieją służyć swojemu narodowi.

Zrazu boczą się koligaci zięciów żydowskich na nową familię, z czasem jednak wchodzi pewna ich część także do grupy „szabesgojów”. Ten i ów książę, hrabia, karmazyn, zwabiony wysokimi zyskami w „interesach” żydowskich albo złotodajną synekurą w jakiejś radzie nadzorczej, zapomina powoli o swoim żydowstręcie i albo staje się jawnym żydolubem, albo obojętnym dla swoich.

Ten gatunek szabesgojów, służąc spekulacjom bogatych Żydów swoim nazwiskiem, stanowiskiem towarzyskim i społecznym pociąga za sobą ludzi słabego charakteru, nieuświadomionych, nie zdających sobie sprawy z tego, co czynią – nie przyczynia się oczywiście do rozwoju dóbr ekonomicznych narodu. Swoją kieszeń napycha, a o milionach swoich ubogich współplemieńców nie pomyśli.

Najszkodliwszym gatunkiem „szabesgojów” – są publicyści i dziennikarze, służący talentem swoim, myślą, piórem wrogom narodowego przemysłu i handlu w chwili, kiedy się cały naród, otrzeźwiony po wielowiekowym odurzeniu, zwrócił przeciw nim. Bowiem głos ich, pióro ich zatacza szerokie kręgi, rozbrzmiewa daleko, dalej od głosu najbogatszych przemysłowców, bankierów i słomianych radców nadzorczych. Bowiem ten, kogo Pan Bóg obdarzył talentem lotnej myśli i słowa na to, aby służył swojemu narodowi uczciwie, rozumnie i szlachetnie, nie ma prawa sprzedawać swojego talentu, swojej duszy. A sprzedaje swój talent, swoją duszę za nędzne srebrniki. Sprzedawczykiem jest pisarz polski, patrzący obojętnie na ubóstwo swoich ziomków, popierający świadomie, rozmyślnie Żydów, dla których nasze coraz większe ubóstwo jest upragnioną podstawą ich mocy, siły i władzy.

„Szabesgoje” z piórem w ręku bawią się źle…«

Tak to wyglądało w XIX wieku, zwłaszcza w drugiej jego połowie. Mniej więcej w tym samym czasie wypychają Rosjanie do Królestwa tzw. Litwaków, czyli Żydów z ziem zaboru rosyjskiego. Powstanie styczniowe walnie przyczynia się do degradacji i pauperyzacji wielu szlacheckich rodzin. Po nim Żydzi stopniowo stają się polską inteligencją. II RP, przez nich zdominowana, już w zarodku była przeznaczona do likwidacji. Tak też się stało na początku II wojny światowej. Żaden prawdziwy polski rząd nie podjąłby walki ze znacznie silniejszym przeciwnikiem, mogącym uderzyć z trzech stron.

Wraz z końcem wojny przybyła do Polski razem z Armią Czerwoną kolejna partia Żydów. PRL był krajem całkowicie przez nich opanowanym. Zajmowali kluczowe stanowiska we wszystkich dziedzinach życia gospodarczego, politycznego, kulturalnego, naukowego, w prasie, radiu i telewizji. To oni zbudowali polski przemysł w takim kształcie, w jakim chcieli. Zrobili to rękami polskich robotników i inżynierów, ale to oni wytyczali cele i decydowali o tym jakie zakłady przemysłowe mają powstawać, a w co nie inwestować. I to oni decydowali u schyłku PRL-u o tym, że te wszystkie zakłady przemysłowe mają być zlikwidowane. Taki był ich cel i interes. Nie mieli najmniejszych skrupułów, by zniszczyć rodzącą się polską przedsiębiorczość. Polska miała być rynkiem zbytu towarów, którymi oni handlowali. Szybko stworzyli własne sieci handlowe, dzięki czemu wszelkie produkty wchodzące na teren Polski przechodzą przez ich ręce. I to oni decydują o tym, komu sprzedają i po jakiej cenie, a więc to oni decydują, kto ma zostać na rynku, a kto – nie.

PRL był państwem tymczasowym i III RP jest nim także. Gdyby w Polsce rządzili Polacy, to pierwszą rzeczą, jaką należałoby zrobić w PRL-u, to połączenie komunikacyjne, samochodowe i kolejowe, ziem trzech zaborów. A tak się nie stało. Do dziś nie ma normalnego połączenia kolejowego i samochodowego pomiędzy Krakowem i Lublinem oraz pomiędzy Podlasiem i Trójmiastem. Dwa największe miasta na wschodzie – Białystok i Lublin – nie mają połączenia kolejowego, a samochodowe jest z poprzedniej epoki. To były podstawowe rzeczy, jakie należało wykonać, a nie budować przemysł ciężki, stoczniowy i inne, które miały bardziej znaczenie ideologiczne niż praktyczne. Transport jest tym dla gospodarki, czym układ krwionośny dla człowieka. Skoro jednak nie scalono komunikacyjnie tych ziem, to znaczy, że nikomu na tym nie zależało i nadal nie zależy, bo pewnie plany są inne.

Wielu dziwi się, że podatki w Polsce są takie wysokie, że kwota wolna od podatku jest tak niska, jak w żadnym innym kraju, że prawo podatkowe jest zawiłe i niezrozumiałe dla podatnika, że urzędnik może je interpretować na różne sposoby, w zależności od tego, czyją sprawę rozpatruje. Wszystko jest tak ustawione, bo, jak pisał Jeske-Choiński 100 lat temu, dla Żydów nasze coraz większe ubóstwo jest upragnioną podstawą ich mocy, siły i władzy. I nic się od tamtego czasu nie zmieniło. To oni rządzą w Polsce i stanowią m.in. prawo podatkowe.

Judeochrześcijaństwo c.d.

W blogu „Judeochrześcijaństwo” poruszyłem tematykę wspólnych korzeni judaizmu i chrześcijaństwa. To było prawie dwa lata temu, gdy prezydent i inne osobistości przekonywały nas, że łączą nas wspólne korzenie. Dziś już nikt się tym nie zajmuje, bo są inne, a właściwie jeden „ważny” temat, który zdominował wszystko. W tamtym blogu przedstawiłem temat bardzo powierzchownie. Wydaje mi się, że warty on jest poważniejszego potraktowania. Religia i wiara to są sprawy ponadczasowe i z tego względu nigdy się nie zdezaktualizują.

Judeochrześcijanie to według Wikipedii ci, którzy przyjmowali nauki Jezusa jako poszerzenie Prawa Mojżeszowego, czyli Tory, czyli pierwszych pięciu ksiąg Biblii. Ich przeciwieństwem byli poganochrześcijanie, którzy nie byli zobligowani do przestrzegania Tory. – Niestety, problem jest trochę bardziej skomplikowany.

Wybrałem dwa fragmenty z dwóch książek. Jeden pochodzi z książki Teodora Jeske-Choińskiego Historia Żydów w Polsce (1919), drugi – z powieści Jana Potockiego Rękopis znaleziony w Saragossie (2007) wersja z 1804 roku. W wersji z roku 1810 Potocki zrezygnował z historii Żyda Wiecznego Tułacza, uznawanej za jedną z najbardziej fascynujących opowieści w wersji z 1804 roku. W 2015 roku pojawiła się na rynku wersja z 1810 roku. Jeske-Choiński pisze:

»Wiadomo, że kapłani egipscy wyprzedzili wiedzą i kulturą wszystkie inne narody. Grecja, późniejsza nauczycielka Europy, drzemała jeszcze w majakach legend i mitów, kiedy Egipt dotarł już do wyżyn nauki. Znakomitych astronomów, chemików, fizyków, mechaników, biologów, lekarzy i myślicieli wydał. Nie tylko do tajemnic przyrody zaglądał ze skutkiem, lecz badał także tajniki duszy ludzkiej.

Nie dla całego jednak narodu zagłębiali się kapłani w tajnikach duszy ludzkiej; nie wypuszczali rezultatów swoich badań poza mury świątyń.

Mówi Julian Ochorowicz w swoim dziele Wiedza tajemna w Egipcie: „Do świątyń egipskich wcale nie dopuszczano ludu i nie odbywały się w nich nabożeństwa publiczne w rodzaju naszych. Tylko kapłani mogli przebywać w ich wnętrzu i tylko najwyżsi z nich, oraz król, mieli prawo odchylania zasłony pokrywającej świętą arkę i jej tajemnicze emblematy… Nauka i religia odcięte były od tłumów, a natomiast najściślej połączona ze sobą. Uczonymi byli tylko kapłani, a kapłanami przeważnie uczeni. Jeśli i dziś jeszcze mówimy, że kapłan jest pośrednikiem między ludźmi a Bóstwem, to wyrażenie to było ścisłym i bezwzględnym tylko w tej głębokiej starożytności, kiedy lud sam nie miał nawet pretensji do bezpośredniego wzywania Bóstwa i całą sprawę porozumiewania się ze światem nadziemskim pozostawiał kapłanom. Tym zaś bynajmniej nie chodziło o to, aby lud znał ich tajemnice”.

Po mądrość jeździli do Egiptu znakomici mężowie greccy: Tales, Demokryt, Pitagoras, Solon, Plato i inni. Nie wszystkich dopuszczali kapłani do swoich tajemnic, a tych, którym pozwolili czerpać ze źródła ich wiedzy, skrępowali przysięgą milczenia. Uczniom nie wolno było zdradzać wiedzy nauczycieli.

Te tajemnice kapłanów egipskich odnosiły się prawdopodobnie do ich teologii, niedostępnej dla tłumu. Wykazały badania najnowsze, iż uczeni egipscy byli monoteistami, że wierzyli w duszę ludzką, w jej dalsze życie po śmierci ciała i w sąd ostateczny. Potwierdzają to pisma zawarte w zwojach papirusu, przechowywane przez historyków greckich, i różne egipskie teksty religijne. W jednym z takich ocalonych papirusów, znajdujących się w Turynie, modli się jakiś kapłan: „O Boże, który jesteś budowniczym świata, Ty nie masz ojca, bo pochodzisz z samego siebie… Ty żywisz wszystko, co stworzyłeś… Niebo i ziemia słuchają praw, które im nadałeś… Chwalmy Boga, który na głowami naszymi rozpiął niebo z wszelkimi gwiazdami, który rozłożył kraje na ziemi i oblał je wielkim morzem”.

W innym tekście egipskim czytamy: „Bóg jest jeden i jedyny i nikt inny z Nim nie istnieje. Bóg jest jeden, który stworzył wszystko. Bóg jest duchem, duchem utajonym, duchem duchów, wielkim duchem Egipcjan, duchem boskim. Bóg jest i był od początku; istniał od dawna i był wówczas, gdy nikt inny nie istniał. On istniał, gdy nic innego nie istniało, a co istnieje. On stworzył po swoim przyjściu do bytu. Jest on ojcem początków. Bo jest jeden i wieczny. On jest wieczny i nieskończony i trwa na wieki, na zawsze. Trwał on od wieków niezliczonych i trwać będzie na wieczność całą. Bóg jest bytem utajonym i nikt nie poznał jego postaci. Nikt nie był zdolny do odtworzenia Jego podobieństwa. Jest on utajony dla bóstw i ludzi, jest tajemnicą dla stworzeń swoich. Żaden człowiek nie wie jak Go poznać. Jego imię ukryte; Jego imię jest tajemnicą dla Jego dzieci; imiona Jego niezliczone; nikt liczby ich nie zna. Bóg jest prawdą i żyje prawdą i nią się karmi. On królem prawdy, On trwa w prawdzie, On tworzy prawdę i wykonuje ją we wszechświecie. Bóg jest życiem i żyje się tylko przez niego. On daje życie człowiekowi i On wdycha w jego nozdrza tchnienie życia. On sam siebie rodzi i stwarza” itd.

Trudno odtworzyć plastyczniej Boga. Myli się więc, kto nie wierzy w monoteizm kapłanów egipskich. Ukrywali oni swoją tajemną mądrość przed ciemnym ludem, mniemając, że człowiek nieokrzesany nie jest zdolny wznieść się do wyżyn uczonego myśliciela i zrozumieć istotę Twórcy i Pana świata. Nie dopuszczali tłumu do swoich misteriów, ale nie zapomnieli o obowiązkach kapłana, którego zadaniem jest opieka nad duszą nieuświadomionych.

Julian Ochorowicz twierdzi, że w etyce egipskiej, w Księdze Umarłych, znajdują się najwyraźniej sformułowane przykazania, „których część później ogłosił Mojżesz Żydom, zastosowawszy je do warunków uciekającego z Egiptu ludu i do potrzeb z jego charakteru wynikających”.

Nie byłoby nic dziwnego, gdyby Mojżesz czerpał ze źródeł wiedzy egipskiej. Był przecież mężem Egipcjanki, Sefory, córki kapłana, i jako zięć i uczeń egipskiego mędrca, miał dostęp do tajemnic jego wiedzy.«

W powieści Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego w części poświęconej Historii Żyda Wiecznego Tułacza zamieszcza on wypowiedź egipskiego kapłana Cheremona na temat religii egipskiej. Jego wywody oparte są na De mysteriis Aegyptiorum Jamblicha. Dzieło to dostępne jest w internecie: Iamblichus on the mysteries of the Egyptians, Chaldeans, and Assyrians. W 1821 roku zostało ono przetłumaczone z greckiego przez Thomasa Taylora. Jamblich to filozof grecki żyjący w latach 250-326, założyciel neoplatońskiej szkoły syryjskiej.

W powieści Cheremon zdradza tajniki religii egipskiej młodemu Żydowi, którym był wtedy Żyd Wieczny Tułacz. Opowieść swoją zaczyna od modlitwy egipskiej, która jest podobna do tych zacytowanych wyżej.

»Gdy Cheremon odmówił tę modlitwę, obrócił się do mnie i rzekł tymi słowy:

Widzisz, moje dziecię, że my, równie jak wy, uznajemy jedynego Boga, który słowem swoim stworzył świat. Modlitwa, którą słyszałeś, wyciągnięta jest z Pojmandra, księgi, którą przypisujemy trzykroć wielkiemu Thotowi, temu samemu, którego dzieła obnosimy w procesji podczas wszystkich naszych świąt. Posiadamy dwadzieścia sześć tysięcy zwojów przypisywanych temu filozofowi, który miał żyć przed dwoma tysiącami lat. Ponieważ tylko naszym kapłanom wolno je przepisywać, być może zatem, że wiele dodatków wyszło spod ich pióra. Wreszcie wszystkie pisma Thota pełne są ciemnej i dwuznacznej metafizyki, którą można różnymi sposoby tłumaczyć. Poprzestanę więc na wyłożeniu ci powszechnie przyjętych dogmatów, które najwięcej zbliżają się do zasad Chaldejczyków (Babilończyków – przyp. W.L.).

Religie, równie jak wszystkie rzeczy tego świata, ulegają powolnym lecz nieustannym oddziaływaniom, które bezustannie usiłują odmienić ich formy i istotę, tak że po kilku wiekach ta sama religia przedstawia wierze ludzkiej całkiem odmienne zasady, alegorie, których myśli ukrytej niepodobna już odgadnąć, lub dogmaty, którym ogół wierzy zaledwie przez połowę. Nie mogę zatem zaręczyć, że cię nauczę dawnej religii, której ceremonie możesz widzieć przedstawione na płaskorzeźbie Ozymandiasa (u historyków greckich imię faraona Ramzesa II 1292-1225 p.n.e.) w Tebach, wszelako powtórzę ci nauki moich mistrzów tak, jak wykładam je moim uczniom.

Przede wszystkim uprzedzam cię, abyś nigdy nie przywiązywał się ani do obrazu, ani do symbolu, lecz abyś wnikał w myśl w nich ukrytą. Tak na przykład, ił przedstawia to wszystko, co jest materialne. Bożek siedzący na liściu lotosowym i płynący po ile – wyobraża myśl, która spoczywa na materii, wcale jej nie dotykając. Jest to symbol, jakiego użył wasz prawodawca, gdy mówił, że „Duch Boży unosił się nad wodami”. Utrzymują, że Mojżesz był wychowany przez kapłanów z miasta On, czyli Heliopolis. Jakoż w istocie wasze obrzędy bardzo zbliżają się do naszych. Równie jak wy, i my także mamy rodziny kapłańskie, proroków, zwyczaj obrzezania, wstręt do wieprzowiny i wiele tym podobnych punktów wspólnych.

Symbole nigdy nam nie przeszkadzały wierzyć w jednego Boga, wyższego nad wszystkich innych. Pisma Thota nie pozostawiają w tym względzie żadnej wątpliwości. Czytamy tam, co następuje:

Jeden ten Bóg trwa niewzruszenie w odosobnieniu swojej jedności. Nic innego, nawet żadne oderwane pojęcie nie może się z nim potoczyć. Jest swoim własnym ojcem, swoim własnym synem i jedynym ojcem Boga. Jest samym dobrem, początkiem wszystkiego i źródłem pojęć najpierwszych istnień. Ten Bóg jedyny tłumaczy się sam z siebie, ponieważ wystarcza samemu sobie. Jest on prazasadą. Bogiem bogów, monadą jedności, dawniejszą od istnienia i tworzącą zasadę istnienia. Od niego bowiem pochodzi istnienie bytu i sam byt, i dlatego też nazywany jest Ojcem Bytu.

Widzicie zatem, moi przyjaciele – mówił dalej Cheremon – że niepodobna mieć o bóstwie wznioślejszych pojęć od naszych, ale sądzimy, że wolno nam ubóstwiać pewną cześć przymiotów Boga i stosunków jego z nami, czyniąc z nich odrębne bóstwa, a raczej wyobrażenia odrębnych boskich przymiotów.

Tak na przykład rozum boży nazywamy Emeph, gdy zaś ten słowami się wyraża – Thot, czyli przekonaniem, lub też Ermeth, to jest wykładem.

Skoro rozum boży, kryjący w sobie prawdę, schodzi na ziemię i działa pod postacią płodności, wówczas nazywa się Amun. Gdy rozum ten ujawnia się pod postacią sztuki, wówczas nazywamy go Ptah, czyli Wulkanem, gdy zaś objawia się w postaci dobra, zwiemy go Ozyrysem.

Uważamy Boga za jedność, wszelako nieskończona ilość dobroczynnych stosunków, jakie raczy mieć z nami, sprawia, że pozwalamy sobie, bez ubliżenia Jego czci, uważać go za istotę zbiorową, gdyż w istocie jest On zbiorowy i nieskończenie rozmaity w przymiotach, jakie w nim postrzegamy.

Co się tyczy duchów, wierzymy, że każdy z nas ma ich dwóch przy sobie, to jest złego i dobrego. Dusze bohaterów najbliższe są natury duchów, a zwłaszcza te, które przewodniczą w szeregu dusz.

Bogowie, co do swej istoty, dają się przyrównać do eteru, bohaterowie i duchy do powietrza, zwyczajne zaś dusze mają już w sobie coś ziemskiego. Opatrzność boską przyrównamy do światła, które zapełnia wszystkie przestrzenie między światami. Dawne podania prawią nam także o mocach anielskich, czyli posłanniczych, których obowiązkiem jest oznajmić rozkazy Boga, i o innych mocach, jeszcze wyższego stopnia, które Żydzi hellenizujący nazwali archontami lub archaniołami.

Ci spomiędzy nas, którzy poświęcili się kapłaństwu, są przekonani, że posiadają władzę sprowadzania obecności bogów, duchów, aniołów, bohaterów i dusz. Wszelako nie mogą wykonywać tych teurgii¹ bez naruszania ogólnego porządku wszechświata. Gdy bogowie schodzą na ziemię, słońce i księżyc skrywają się na jakiś czas przed wzrokiem śmiertelnych.

Archaniołowie otoczeni są jaśniejszym światłem niż aniołowie. Dusze bohaterów mają mniej blasku aniżeli aniołów, jednakże więcej niż dusze zwykłych śmiertelników, które okrywa cień.

Książęta zwierzyńca niebieskiego ukazują się pod nader wspaniałymi postaciami. Nadto rozróżniamy mnóstwo szczególnych okoliczności towarzyszących ukazywaniu się rozmaitych istot i służących do odróżnienia jednych od drugich. Tak na przykład złe duchy można poznać po złośliwych wpływach, jakie w ślad za nimi ciągną.

Co do bałwanów, wierzymy, że jeżeli wyrabiamy je przy pewnym określonym położeniu ciał niebieskich lub też z pewnymi ceremoniami teurgicznymi, naówczas możemy ściągnąć na nie niejakie cząstki istoty boskiej. Jednakowoż sztuka ta jest tak zwodnicza i niegodna prawdziwej świadomości Boga, że zwykle zostawiamy ją kapłanom daleko niższego stopnia aniżeli ten, do którego mam zaszczyt należeć.

Skoro który z naszych kapłanów wywołuje bogów, pod pewnym względem uczestniczy w ich istocie. Wszelako nie przestaje być człowiekiem, ale tylko natura boska przenika go do pewnego stopnia i łączy się on w pewien sposób z Bogiem. Znalazłszy się w takim stanie, z łatwością może rozkazywać duchom nieczystym, czyli ziemskim, i wypędzać je z ciał, które opętały. Czasami nasi kapłani, łącząc kamienie, zioła i materie zwierzęce, tworzą mieszaninę, która może stać się przybytkiem bóstwa; atoli prawdziwym węzłem łączącym kapłana z bóstwem jest modlitwa.

Wszystkie obrzędy i dogmaty, jakie wam wyłożyłem, przypisujemy nie Thotowi, czyli trzeciemu Merkuremu, który żył za Ozymandiasa, ale prorokowi Bitysowi, który żył na dwa tysiące lat przedtem i wytłumaczył zasady pierwszego Merkurego (pierwszy – uosobienie mądrości boskiej, trzeci – ziemskie wcielenie tej mądrości). Atoli, jak to wam już mówiłem, czas wiele dodał, przemienił, tak że nie sądzę, aby dawna religia miała się dostać do nas w swym pierwotnym składzie. Na koniec, jeśli mam już wam wszystko powiedzieć, nasi kapłani czasami odważają się grozić własnym bogom; wtedy podczas składania ofiar tak się wyrażają: „Jeżeli nie spełnisz mego żądania, odsłonię najskrytsze tajniki Izydy, zdradzę tajemnice otchłani, zdruzgoce skrzynię Ozyrysa i rozsypię jego członki”.

Wyznam wam, że wcale nie pochwalam tych formuł, od których nawet Chaldejczycy zupełnie się wstrzymują.

Gdy Cheremon doszedł był do tego miejsca swojej nauki, jeden z niższych kapłanów uderzył w dzwon na północ; ponieważ jednak i wy także zbliżacie się do miejsca waszego noclegu, pozwólcie zatem, abym odłożył na jutro dalszy ciąg mego opowiadania.

Następnej nocy czcigodny Cheremon przyjął nas ze zwykłą mu dobrocią i tak zaczął mówić:

Obfitość przedmiotów, jakie wczoraj wam wykładałem, nie pozwoliła mi mówić o powszechnie przyjętym przez nas dogmacie, który jednak większej jeszcze wziętości używa pomiędzy Grekami z powodu rozgłosu, jaki mu nadał Plato. Mam na myśli wiarę w Słowo, czyli w mądrość boską, którą my nazywamy Mander, to znowu Meth, lub też czasami Thot, czyli przekonaniem.

Jest jeszcze inny dogmat, o którym muszę wam wspomnieć, a który wprowadził jeden z trzech Thotów, zwany Trismegistą, czyli trzykroć wielkim, ponieważ pojmował bóstwo jako podzielone na trzy wielkie potęgi: na samego Boga, którego nazwał Ojcem, następnie na Słowo i Ducha.

Takimi są nasze dogmaty. Co do zasad, są one równie czyste, zwłaszcza dla nas, kapłanów. Praktykowanie cnoty, post i modlitwy wypełniają dni naszego życia.

Pokarmy roślinne, które spożywamy, nie zapalają w nas krwi i łatwiej pozwalają nam pokonywać nasze namiętności. Kapłani Apisa wystrzegają się wszelkich kontaktów z kobietami.

Taką jest dziś nasza religia. Oddala się ona od dawnej w wielu ważnych punktach, zwłaszcza we względzie metempsychozy (reinkarnacja, wędrówka dusz), która dziś mało ma zwolenników, chociaż przed siedmiuset laty, gdy Pitagoras zwiedzał nasz kraj, była powszechnie przyjęta. Nasza mitologia często także wspomina o bogach planetarnych, inaczej nazwanych rządcami, wszelako dziś zaledwie niektórzy wróżbici horoskopów trzymają się tej nauki. Mówiłem wam już, że religie, jak wszystkie rzeczy, zmieniają się na świecie.

Pozostaje mi objaśnić wam nasze święte misteria; wkrótce o wszystkim się dowiecie. Naprzód, bądźcie przekonani, że gdybyście nawet zostali wtajemniczeni, nie bylibyście mędrszymi co do początków naszej mitologii. Otwórzcie historyka Herodota, należał on do wtajemniczonych i na każdym kroku szczyci się tym, a jednak czynił poszukiwania nad pochodzeniem bogów greckich jak ten, który by nie miał w tym względzie jaśniejszych pojęć od reszty ludzi. To, co on nazywa świętą mową, nie miało żadnego związku z historią. Były to, według określenia Rzymian, turpiloquentia, czyli bezwstydne mowy. Każdy nowy adept musiał wysłuchać opowiadania obrażającego ogólnie przyjętą przyzwoitość. W Eleuzis2 mówiono o Baubie, która przyjmowała u siebie Cererę, we Frygii zaś o miłostkach Bachusa. My tu, w Egipcie, wierzymy, że bezwstydność ta jest symbolem oznaczającym nikczemność istoty materii i więcej nic w tej mierze nie wiemy.

Pewien znakomity konsularny mąż, nazwiskiem Cycero, w ostatnich czasach napisał książkę o naturze bogów. Wyznaje tam, że nie wie, skąd Italia przyjęła swoją wiarę, a jednak był augurem (przepowiadał przyszłość z lotu ptaków), a tym samym znał wszystkie misteria toskańskiej religii. Nieświadomość, przebijająca we wszystkich dziełach pisarzów wtajemniczonych, dowodzi wam, że wtajemniczenie bynajmniej nie uczyniłoby was mądrzejszymi w kwestii początków naszej religii. W każdym razie misteria sięgają nader odległej epoki. Możecie widzieć uroczysty pochód Ozyrysa na płaskorzeźbie Ozymandiasa. Cześć Apisa i Mnewisa (byki, Minewisa uważano za ojca Apisa) wprowadził do Egiptu Bachus przed przeszło trzema tysiącami lat.

Wtajemniczenie nie rzuca żadnego światła ani na początek wiary, ani na historię bogów, ani nawet na myśl w symbolach ukrytą, jednakże wprowadzenie misteriów potrzebne było dla rodzaju ludzkiego. Człowiek mający sobie jakiś wielki grzech do zarzucenia lub taki, który splamił swe ręce zabójstwem – staje przed kapłanami misteriów, wyznaje winy i odchodzi oczyszczony za pośrednictwem wody. Przed ustanowieniem tego zbawiennego obrzędu, społeczeństwo odpychało od siebie ludzi nie mogących przystępować do ołtarzów, a ci następnie z rozpaczy stawali się rozbójnikami.

W misteriach Mitry3 podają adeptowi chleb i wino i ucztę tę nazywają Eucharystią. Grzesznik, pogodzony z Bogiem, zaczyna nowe życie, uczciwsze od tego, jakie dotąd prowadził.

Misteria – rzekł Cheremon – mają jeszcze jeden obrzęd wszystkim wspólny. Gdy jaki bóg umrze, grzebią go, płaczą nad nim przez kilka dni, po czym bóg ku wielkiej wszystkich radości zmartwychwstaje. Niektórzy utrzymują, że symbol ten wyobraża słońce, ale na ogół panuje przekonanie, że chodzi o ziarna powierzone ziemi.

Oto jest wszystko, mój młody Izraelito – dodał kapłan – co ci mogę powiedzieć o naszych dogmatach i obrzędach. Widzisz więc, że wcale nie jesteśmy bałwochwalcami, jak to nam wasi prorocy często zarzucali, ale wyznam ci, że sądzę, iż wkrótce ani moja, ani twoja religia nie wystarczy już dla ludzkości. Rzuciwszy wzrok dokoła, wszędy spostrzegamy jakąś niespokojność i popęd do nowości.

W Palestynie lud tłumem wychodzi na puszczę, ażeby słuchać nowego proroka, który chrzci wodą z Jordanu. Tu znowu widać terapeutów4, czyli magów-uzdrowicieli, którzy do wiary naszej mieszają wiarę Persów. Jasnowłosy Apolloniusz wędruje z miasta do miasta i udaje Pitagorasa: kuglarze podają się za kapłanów Izydy, porzucono już dawną cześć bogini, opustoszały jej świątynie i kadzidła przestały dymić na Jej ołtarzach.

Nauki mądrego Cheremona były daleko dłuższe od wyciągu, jaki wam uczyniłem. Ogólnym ich wnioskiem było, że pewien prorok, imieniem Bitys, dowiódł w swoich dziełach istnienia Boga i i aniołów, i że drugi prorok, nazwany Thot, osłonił te pojęcia ciemną metafizyką, która zdawała się tym wznioślejszą.

W teologii tej Bóg, którego nazwano Ojcem, czczony był jedynie przez milczenie, wszelako gdy chciano wyrazić, że sam sobie wystarcza, mówiono, że jest swoim własnym ojcem i własnym synem. Czczono go także pod postacią syna i wtedy nazywano „rozumem bożym” lub Thotem, co znaczy po egipsku – przekonanie.

Na koniec, ponieważ spostrzegano w naturze ducha i materię, poczytywano ducha za emanację Boga i przedstawiano go pływającego po ile, jak to wam już gdzie indziej powiedziałem. Twórca tej metafizyki zwany był „trzykroć wielkim”. Plato, który przepędził osiemnaście lat w Egipcie, wprowadził do Grecji naukę o Słowie, za co uzyskał od Greków przydomek boskiego.

Cheremon utrzymywał, że wszystko to nie istniało zupełnie w duchu dawnej religii egipskiej, że ta zmieniła się, gdyż w ogóle zmiana leży w naturze każdej religii. Zdanie jego pod tym względem wkrótce potwierdziły wypadki zaszłe w synagodze aleksandryjskiej.

Nie byłem jedynym Żydem, który badał teologię egipską; inni także zasmakowali w niej, zwłaszcza zaś oczarował ich duch enigmatyczny, który panował w całej egipskiej literaturze, a który pochodził zapewne z pisma hieroglificznego i z zasady nieprzywiązywania się do symbolu, ale do myśli w nim ukrytej.

Nasi rabinowie aleksandryjscy pragnęli także mieć zagadki do rozwiązywania i wyobrazili sobie, że pisma Mojżesza (Pięcioksiąg starotestamentowy), jakiekolwiek przedstawiają opowiadania faktów i rzeczywistą historię, są wszelako pisane z tak boską sztuką, że obok myśli dziejowej skrywają jeszcze myśl inną, tajemniczą i alegoryczną. Niektórzy z naszych uczonych wyjaśnili tę ukrytą myśl z przenikliwością, która im zaszczyt w owym czasie przyniosła, jednakże ze wszystkich rabinów najwięcej odznaczył się Filon. Długie badania nad Platonem wprawiły go w rzucanie pozornego światła na ciemności metafizyki, stąd też nazywano go Platonem synagogi.

Pierwsze dzieło Filona traktowało o stworzeniu świata, szczególniej zaś zastanawiało się nad własnościami liczby siedem. W piśmie tym autor nazywa Boga Ojcem, co zupełnie wchodzi w zakres teologii egipskiej, nie zaś stylu Biblii. Znajdujemy tam również, że wąż jest alegorią rozkoszy i że historia kobiety stworzonej z żebra mężczyzny jest także alegoryczną.

Tenże sam Filon napisał również dzieło o snach, gdzie mówi, że Bóg ma dwie świątynie: jedną z nich stanowi cały świat, a jej kapłanem jest słowo boże; drugą zaś stanowi dusza czysta i rozumna, której kapłanem jest człowiek.

W książce swojej o Abrahamie Filon jeszcze wydatniej wyraża się w duchu egipskim, gdyż mówi:

Ten, którego Pismo święte nazywa będącym (czyli tym, który jest), w istocie jest ojcem wszystkiego. Z dwóch stron otaczają go potęgi bytu, najdawniejsze i najściślej z nim złączone, potęga twórcza i potęga rządząca. Jedna zwana jest Bogiem, druga Panem. Złączony z tymi potęgami ukazuje się nam raz w pojedynczym, a raz w potrójnym kształcie: w pojedynczym, gdy dusza zupełnie oczyszczona wzniósłszy się ponad wszystkie liczby, nawet ponad liczbą dwa, tak bliską jedności, dosięga pojęcia prostego i samowystarczalnego; w potrójnym zaś przedstawia się duszy niezupełnie jeszcze przypuszczonej do wielkich tajemnic.

Tenże Filon, który tak aż do utraty rozumu się rozplatonował, jest tym samym, który później był posłem do cesarza Klaudiusza. Cieszył się on wielką powagą w Aleksandrii i prawie wszyscy hellenizujący Żydzi, porwani urokiem jego stylu i popędem, jaki wszyscy ludzie mają do nowości, przyjęli jego naukę tak dalece, że wkrótce byli tylko, że tak powiem, Żydami z nazwiska. Księgi mojżeszowe stały się dla nich pewnego rodzaju tłem, na którym tkali według upodobania własne alegorie i tajemnice, zwłaszcza zaś mit potrójnego kształtu.

W owej epoce esseńczycy5 już byli utworzyli dziwaczne swe stowarzyszenie. Nie żenili się i nie posiadali żadnych majątków, wszystko należało do ogółu. Na koniec ujarzmiono powstające wokół nowe religie, mieszaniny judaizmu i magizmu6, sabeizmu7 i platonizmu, wszędzie zaś mnóstwo przesądów gwiaździarskich. Dawne religie zewsząd waliły się ze swych posad.«

Tak więc sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Żydzi czerpali nie tylko z Egiptu, ale też z Persji i Babilonii, a pewnie też z wielu innych źródeł. Nowo powstała religia, czyli chrześcijaństwo, musiało zmagać się z problemem, który otrzymało w spadku: czy 1=1, czy może 1=2, a nawet, czy 1=3? Do tego dochodziły inne wersje: czy 1=3, ale przez 2 i 1 znaczy więcej niż 2 i 3. Cóż za pole do popisu! Żydzi to wykorzystali i chrześcijaństwo, zanim zdążyło okrzepnąć i stworzyć spójną doktrynę, podzieliło się na wrogie sobie wyznania. I o to chyba chodziło tym, którzy uważają się za starszych braci w wierze.

1 – teurgia – rodzaj magii, mającej na celu wywieranie wpływu na istoty nadziemskie, by zmusić je do określonych działań.

2 – Eleuzis – miasto w Attyce; odbywały się tu słynne misteria eleuzyńskie, święte widowiska w kulcie Demeter (Cerery) i jej córki Persefony.

3 – Mitra – staroperskie bóstwo słońca. Kult Mitry rozpowszechnił się w świecie grecko-rzymskim w pierwszych wiekach naszej ery.

4 – terapeuci – sekta ascetów-pustelników żydowskich, osiadła w I w. n.e. nad jeziorem Mareotis koło Aleksandrii. Jedynym źródłem historycznym, które wspomina o ich istnieniu, jest traktat Filona z Aleksandrii De vita contemplativa.

5 – esseńczycy – żydowskie tajne stowarzyszenie religijne (rodzaj zakonu mistyczno-ascetycznego), istniejące w Palestynie od ok. 150 r. p.n.e. Esseńczyków obowiązywała ścisła asceza, wspólność dóbr, bezwzględne posłuszeństwo zwierzchnikom. Niektórzy badacze wskazują na podobieństwo między nauką Żydów esseńskich a wczesnym chrześcijaństwem.

6 – magizm – staroperskie wierzenia religijne.

7 – sabeizm – oddawanie czci boskiej ciałom niebieskim (Słońcu, gwiazdom itd.).

Arianie

W 395 roku Cesarstwo Rzymskie rozpadło się na część zachodnią i wschodnią. Cesarstwo zachodniorzymskie, po dwukrotnym zdobyciu Rzymu przez barbarzyńców, upadło w 476 roku. Wschodniorzymskie ze stolicą w Konstantynopolu, od 330 roku, przetrwało i nawet rozwijało się. Konsekwencje tego podziału odczuwamy w Europie do dziś. Granica pomiędzy tymi dwoma częściami, to granica pomiędzy katolicyzmem a prawosławiem.

Tym, który przekształcił dawną kolonię grecką Byzantion w nową siedzibę cesarza – Konstantynopol, był cesarz Konstantyn I Wielki (306-337). Był pierwszym cesarzem, który przeszedł na chrześcijaństwo. Konstantyn zmarł z przyczyn naturalnych 22 maja 337 roku w Ancyronie niedaleko Nikomedii, położonej w północno-zachodniej Turcji w pobliżu Konstantynopola. Na kilka dni przed śmiercią przyjął chrzest z rąk ariańskiego biskupa Euzebiusza z Nikomedii. W Kościele prawosławnym Konstantyn Wielki jest czczony jak święty równy apostołom. Jego wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 21 maja (kalendarz juliański) lub 3 czerwca (kalendarz gregoriański). A skoro tak się rzeczy mają, to trudno oprzeć się wrażeniu, że prawosławiu nogi wyrastają z arianizmu. I tak naprawdę, to prawosławie jest tylko zmienioną jego formą.

Na soborze nicejskim w 325 roku ustalono, że Jezus Chrystus jest odwiecznym Synem Bożym, równym co do istoty Bogu Ojcu, a zatem Bóg jest jeden w istocie, troisty w osobach, jako Bóg Ojciec, Syn Boży (Jezus) i Duch Święty. To jest fundament wiary chrześcijańskiej wyznania katolickiego.

W III wieku pojawiła się w łonie chrześcijaństwa nauka arianizmu głosząca, że Jezus Chrystus, Syn Boży, nie jest równy Ojcu i jest mu podporządkowany. Pogląd ten został odrzucony na soborze nicejskim, potwierdzony przez sobór konstantynopolitański I (381 r.) i w Nicejsko-konstantynopolitańskim wyznaniu wiary.

Prawosławie nie przyjmuje dogmatu o pochodzeniu Ducha Świętego zarówno od Ojca jak i od Syna. Teologowie prawosławni tłumaczą, że Bóg Ojciec jest jedynym źródłem i Syna, i Ducha Świętego. Zaś Bazyli Wielki napisał: „Bóg jest jeden, bo Ojciec jest jeden.”

Tak więc podstawowe wyznanie wiary w prawosławiu pozostaje niezmienne i jest prawie takie same jak w arianizmie. Idąc dalej tym tropem trudno oprzeć się wrażeniu, że prawosławiu jest bliżej do judaizmu niż do katolicyzmu. W judaizmie mamy wiarę w jedynego Boga osobowego i niepodzielnego.

Pierwszy cesarz rzymski przyjmuje chrzest z rąk ariańskiego biskupa, a więc oficjalnie i całe cesarstwo staje się ariańskie. To może oznaczać, że arianie dominowali wśród wyznań chrześcijańskich. Że tak mogło być, może potwierdzać fakt, że Wizygoci stali się arianami w IV wieku. To stało się prawdopodobnie w czasie, gdy przebywali na Bałkanach w drodze do Italii i Hiszpanii.

Nauczanie Ariusza oraz jego uczniów wyraża tekst wyznania wiary biskupa ariańskiego Wulfili, w którym zawiera się doktryna Trójcy typowa dla subordynacjonizmu (Chrystus podporządkowany Ojcu):

„Ja, Wulfila, biskup i wyznawca, zawsze tak wierzyłem i w tej jedynej i prawdziwej wierze odbywam swoją podróż do mojego Pana. Wierzę, że jest tylko jeden Bóg Ojciec, jedyny niezrodzony i niewidzialny, i /wierzę/ w Jego jednorodzonego Syna, naszego Pana i naszego Boga, stwórcę wszystkich rzeczy, nie mając innego poza Nim. Zatem jest jeden Bóg wszystkiego, który jest również Bogiem naszego Boga, i wierzę w Ducha Świętego, w oświecającą i uświęcającą moc.”

Wulfila (310-383) – duchowny rzymski pochodzenia grecko-germańskiego, tłumacz Biblii, misjonarz i apostoł Gotów działający w IV wieku. Wulfila urodził się w mieszanej rodzinie. Jego ojciec był Gotem, a matka Greczynką z Kapadocji. Kształcił się w klasztorach na terenie Mezji. Należał do uczniów Euzebiusza z Nikomedii. Pod wpływem swego nauczyciela, który był biskupem Berytu (Bejrut), Nikomedii i Konstantynopola, stał się wyznawcą doktryny arianizmu, potępionej jako herezja na soborze nicejskim I.

W 341 roku został konsekrowany na biskupa Taurydy (antyczne miasto greckie na Krymie) i wysłany jako apostoł do plemion Gotów osiadłych nad Dunajem. Pod wpływem działalności Wulfili i jego następców Germanie początkowo skłonni przyjąć trynitaryzm (Trójca Święta) odrzucili tę doktrynę i stali się gorliwymi arianami.

Po zakończeniu misji w 348 roku osiadł w Mezji (teren Serbii, Bułgarii i częściowo Rumunii), gdzie mieszkał do końca życia. Dzięki protektoratowi ze strony cesarzy z dynastii konstantyńskiej nie obawiał się prześladowań. Brał udział w dysputach i soborach będąc stanowczo w opozycji do oficjalnej doktryny trynitarnej Kościoła.

W poprzednim blogu o Wizygotach zamieściłem mapę z Wikipedii, którą ponownie zamieszczam poniżej, z której wynika, że po podziale Imperium Rzymskiego jego wschodnia część była katolicka. Tak miało być za czasów Anastazjusza I, ale z informacji z tej samej Wikipedii, z której pochodzą wszystkie powyższe informacje, wynika, że Anastazjusz I był zwolennikiem monofizytyzmu, doktryny, według której Chrystus ma jedną złączoną naturę bosko-ludzką i nie istnieje w dwóch naturach, tj. boskiej i ludzkiej. Z tego wynika, że katolikiem nie był.

Źródło: Wikipedia

Wydaje się więc, że arianizm był dominującym wyznaniem chrześcijańskim na całym obszarze Imperium Rzymskiego po tym, jak Konstantyn przyjął chrzest w 337 roku. Dlaczego więc Imperium rozpadło się na dwie części? Dlaczego ludy barbarzyńskie atakowały tylko część zachodnią, a we wschodniej przyjmowały wiarę ariańską i wspomagały jej władców w odzyskiwaniu części zachodniej. Wszak Wizygoci przeszli przez Italię i odzyskali ją dla Imperium, podobnie jak Hiszpanię, z której wyrzucili ludy barbarzyńskie do Afryki. Czy można tu mówić o przypadku? W 330 roku stolica Imperium zostaje przeniesiona z Rzymu do Konstantynopola. Dopiero w 395 roku, a więc po 65 latach, następuje podział na część wschodnią i zachodnią. I dopiero w 476 roku następuje upadek części zachodniej, co uważa się za upadek Imperium. Jeśli było tak źle, to dlaczego tylko w części zachodniej? Część wschodnia zaczęła nawet odzyskiwać tereny części zachodniej, a to chyba znaczy, że tam kryzysu nie było. Jak to więc możliwe, że Imperium, stanowiące całość, zaczyna się w pewnym momencie sypać, ale tylko częściowo? Czy kryzys może działać wybiórczo?

Mapa Cesarstwa Bizantyńskiego
Cesarstwo Bizantyńskie w momencie największego zasięgu terytorialnego. Źródło: Wikipedia

W IV i V wieku na całym obszarze dawnego Imperium dominuje arianizm i od VI wieku ariańscy władcy zaczynają przechodzić na katolicyzm. I tak jakoś dziwnie, że dzieje się tak tylko w części zachodniej. Z czasem cała ona staje się katolicka, a wschodnia – powoli z ariańskiej przekształca się w prawosławną. Cóż takiego stało się? Jakież to niewidzialne siły zadziałały?

Cały ten okres, od upadku Imperium Rzymskiego do IX wieku, przyjęło się nazywać Wiekami Ciemnymi ze względu na stosunkowo niewielką ilość zachowanych dokumentów i przekazów. Chyba bardzo chciano coś ukryć i nie można wykluczyć, że niszczono te dokumenty. Jednak skutków pewnych działań nie da się zataić. Konsekwencje tych działań odczuwamy do dziś, choćby w postaci podziału na katolicyzm i prawosławie. Ale chyba komuś było za mało, bo nie mógł się oprzeć, by do tego pakietu nie dorzucić później protestantyzmu.