Mocarstwo

Wśród części naszego społeczeństwa panuje przekonanie, że Polska, a właściwie Rzeczpospolita Obojga Narodów, bo tak się nazywało to wspólne polsko-litewskie państwo, że to państwo było mocarstwem. Nic bardziej błędnego, przynajmniej ja tak uważam. Nic nie wniosło do europejskiej kultury i nauki. Nie było potęgą militarną i ekonomiczną. Czym więc było? Może wypadałoby zacząć od definicji mocarstwa.

Mocarstwo – państwo, które ze względu na swój potencjał militarny oraz ekonomiczny (produkt narodowy brutto) pełni ważną rolę na świecie i potęgą a zarazem siłami wpływów przewyższa inne państwa, wykazuje odpowiednią role, kreuje w znacznym stopniu stosunki międzynarodowe we wszelkich dziedzinach, posiada znaczne możliwości wewnętrzne (militarne, ekonomiczne etc.), w obu tych sferach wyraźnie góruje nad innymi państwami.

Tak definiuje mocarstwo Wikipedia. A więc państwo, by być mocarstwem musi być przede wszystkim silne ekonomicznie i militarnie. Na pewno takim państwem nie była Rzeczypospolita Obojga Narodów. Tym niemniej wielu uważa, że było to mocarstwo. Sam obszar, około 1 mln km kw. w najlepszym momencie, to trochę za mało.

W wyniku unii z 1569 roku Korona Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie zostały przekształcone w związek dwóch państw, które łączyła:

  • osoba wybieranego wspólnie króla
  • sejm
  • polityka zagraniczna
  • system monetarny (wspólna waluta, ale odrębne jej bicie w każdym kraju)

Osobne były:

  • skarb
  • wojsko
  • kancelaria i urzędy ministerialne

W sumie były to dwa odrębne państwa, które dzieliła duża różnica w rozwoju ekonomicznym. Korona miała w przybliżeniu dwukrotnie większą populację i pięć razy wyższy dochód z podatków. Ale były też i inne problemy, o których pisze Norman Davies w swojej pracy „Boże igrzysko”:

Podstawowe prawa konstytucyjne, które rzekomo regulowały życie polityczne Polski i Litwy, były wyraźnie ze sobą sprzeczne. Przez znaczną część okresu trwania unii spierano się już na temat samego jej charakteru. Zgodnie z aktem unii lubelskiej, której postanowienia polscy juryści uważali za nienaruszalne, oddzielne najwyższe władze królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego rozwiązywały się dobrowolnie z chwilą podpisania unii i na zawsze łączyły ze sobą, tworząc nowe „nierozdzielne ciało”, zjednoczoną Rzeczpospolitą. Wszystkie prawa sprzeczne z postanowieniami unii zostały uchylone. Jednakże według trzeciego statutu litewskiego z 1588 r. odrębność państwowa Litwy pozostawała nie naruszona, wszystkie zaś prawa sprzeczne ze statutem, włącznie z kilkoma klauzulami unii lubelskiej, uznano za nieważne. Jakkolwiek by popatrzeć na sprawę, sytuacja byłą absurdalna. W Polsce trzeci statut litewski uważano za niekonstytucyjny. Na Litwie autorzy statutu widzieli w „upokarzającej” unii w Lublinie akt przymusu. Nie podjęto jednak żadnej próby usunięcia tego chaosu. Zarówno akt unii, jak i trzeci statut pozostawały w mocy do końca XVIII w. Trudno powiedzieć, jakie zdanie miał w tej sprawie przeciętny obywatel, jest natomiast rzeczą oczywistą, że podczas gdy większość polskiej szlachty z terenu Królestwa uważała unię za wiążącą, mniejszość ich litewskich braci w dalszym ciągu upierała się przy odrębnym statucie Wielkiego Księstwa. W tym świetle można utrzymywać, że unia Polski i Litwy nie została ostatecznie spełniona aż do r. 1791, kiedy to w ramach Konstytucji 3 maja uroczyście proklamowano Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Ta druga unia pozostała jednak prawie wyłącznie martwą literą prawa. Wielkie Księstwo Litewskie zostało formalnie zlikwidowane na mocy rosyjskiego dekretu wydanego po drugim rozbiorze w r. 1793 – zaledwie na dwa lata przed tym, zanim polskie szczątki Rzeczypospolitej zostały zlikwidowane na mocy trzeciego rozbioru w r. 1795. Analizując tradycje polityczne, historyk musi więc nieuchronnie opierać się mniej na teorii prawa, a bardziej na zwyczajach i praktyce ustalonych instytucji.

Podstawowe zasady i elementy ustroju Rzeczypospolitej określano od 1573 roku mianem złotej wolności. Składały się na nie:

  • nietykalność osobista
  • wolna elekcja monarchy przez ogół szlachty
  • sejm
  • pacta conventa
  • wolność wyznawanej religii
  • rokosz – prawo szlachty do buntu przeciwko królowi, gdy ten złamie prawo lub naruszy zagwarantowane przywileje
  • liberum veto – prawo każdego pojedynczego deputowanego do sprzeciwienia się decyzji większości na sejmie
  • konfederacja – prawo do tworzenia lokalnych lub ogólnopaństwowych związków szlachty w celu osiągnięcia określonych celów politycznych

Tak to określa Wikipedia. Jednak nie ma tu nic na temat sejmików. I tu znowu wypada mi odwołać się do Daviesa:

Podstawową jednostką życia politycznego w Polsce i na Litwie był sejmik (zarówno ta nazwa, jak i nazwa „sejm” wywodzą się od starego czeskiego słowa ‘sejmowat’ – „zbierać się” lub „zwoływać”). Wykrystalizował się na przestrzeni XV w. z wcześniejszych form spotkań organizowanych przez szlachtę, przeważnie w celach wojskowych, i przekształcił się w stałą instytucję doradczą we wszystkich prowincjach Królestwa, a później Rzeczpospolitej. Moment przełomowy w jego dziejach nadszedł w r. 1454 w Nieszawie, na początku drugiej wojny krzyżackiej, kiedy to król zgodził się przyjąć zasadę, że nie będzie ani zwoływał wojska, ani też nakładał podatków bez uprzedniej konsultacji ze szlachtą. O d tego czasu szlachta każdej dzielnicy spotykała się w krótkich odstępach czasu dla omówienia własnych interesów w dziedzinie polityki i ustawodawstwa oraz rozważenia polityki króla. Gdy z biegiem czasu ustaliła się instytucja sejmu i trybunału koronnego, każdy sejmik ziemski wyznaczał delegatów, którzy mieli dbać o lokalne interesy swojej „ziemi” w okresach działalności centralnych organów ustawodawczych i sądowych. W XVI w. odbywały się już cztery rodzaje spotkań – czasem w tym samym czasie, czasem zaś kolejno. Sejmik poselski był zwoływany w celu wybrania dwóch posłów, których zadaniem było przekazywanie sejmowi „instrukcji” od szlachty danej prowincji; sejmik deputacki wybierał dwóch deputatów do trybunału koronnego, sejmik relacyjny zbierał się dla rozważenia uchwał; sejmik gospodarski wreszcie zbierał się dla zarządu nad handlem i skarbem danej prowincji oraz dla przeprowadzeni uchwał sejmowych w sprawach dotyczących podatków, służby wojskowej i użytkowania ziemi. Na zakończenie obrad sejmik wydawał ‘lauda’, czyli „postanowienia”, które miały pełną wagę prawną na terytorium objętym jego kompetencjami. Rezolucje te nie wymagały zatwierdzenia przez króla.

Trzeba sobie zatem zdać sprawę z faktu, że szlachta uważała się za najwyższą władzę w państwie, sejmiki zaś traktowała jako główną gałąź procesu ustawodawczego. Interesy centralnego rządu stanowiły jedynie jeden z aspektów jej debat, i to bynajmniej nie najistotniejszy. Propozycje ze strony króla, sejmu i urzędników państwowych przyjmowała z dużą rezerwą, jako wyraz zastrzeżeń w stosunku do jej własnej kompetencji; nie czuła się też zobowiązana do uległości i posłuszeństwa. Od posłów oczekiwano ścisłego trzymania się instrukcji: wymagano od nich przysięgi składanej „Wszechmogącemu Bogu w Trójcy jedynemu”, że „będą bronić naszej wolności” i nie dopuszczą „żadnych praw, które byłyby przeciwne instrukcjom”.

Tak więc sposób w jaki została zawarta unia, w której jedna ze stron została zmuszona do tego związku, i ustrój Rzeczpospolitej, nie dawały szans na to, by powstało z tego mocarstwo. Owszem, obszar był wielki, ale nic poza tym. Davies podsumowuje to tak:

Gra polityczna rozgrywana w Rzeczpospolitej Polski i Litwy była grą bardzo specyficzną. Brak kanałów, którymi władza mogłaby się rozchodzić, promieniując z centrum, oraz brak hierarchii społecznej, zorganizowanej według kryteriów interesów państwowych, umożliwiały prowadzenie polityki prywatnej, lokalnej lub prowincjonalnej bez obawy żadnych odgórnych ograniczeń. Wszystko zależało od zmiennych układów patronów, pozycji, zamożności, zasług i szczęścia; praktycznie nic – od raison d’etat. Państwo nigdy nie wysuwało pretensji do własnych interesów, które były czymś więcej niż sumą interesów poszczególnych obywateli. W rezultacie polityka zewnętrzna Rzeczypospolitej była uderzająco bierna, polityka wewnętrzna zaś – nigdy ostatecznie nie rozstrzygnięta. Według jednej z interesujących hipotez życie polityczne kraju złożone było z ruchomej mozaiki drobnych interesów lokalnych i większych, mniej trwałych, interesów dzielnicowych, czyli jak to określano, „małych sąsiedztw” oraz „dużych sąsiedztw”.

O tym, czy dane państwo może być uznane za mocarstwo, decydują również finanse i potencjał militarny. W przypadku Rzeczypospolitej obie te dziedziny były w stanie opłakanym. Pod względem powierzchni Rzeczpospolita Obojga Narodów była drugim krajem na kontynencie. Natomiast pod względem liczby ludności było już gorzej. W drugiej połowie XVI stulecia była siódmym krajem:

  • Francja – 16 mln ludności
  • Rzesza Niemiecka – 12 mln
  • Włochy – 11 mln
  • Wielkie Księstwo Moskiewskie – 10,5 mln
  • Hiszpania z Portugalią – 9 mln
  • Turcja (część europejska) – 8 mln
  • Rzeczpospolita Obojga Narodów – 7,5 mln
  • Państwo Habsburgów austriackich (Austria, Czechy, Węgry) – 6,5 mln
  • Anglia z Irlandią – 4 mln
  • Niderlandy (północne i południowe) – 3 mln

W stosunku do swoich sąsiadów przewaga nie była aż tak duża. Znacznie gorzej było w przypadku siły ekonomicznej. Pauperyzacja Polski w XVII wieku przybiera już poważne rozmiary. Budżet jej w porównaniu z krajami Europy Zachodniej jest bardzo mały:

  • Francja………………..360 000 000 zł
  • Anglia………………….240 000 000 zł
  • Dania…………………….18 000 000 zł
  • Szwecja………………..23 000 000 zł
  • Moskwa……………….30 000 000 zł
  • Turcja…………………180 000 000 zł
  • Polska…………………….7 000 000 zł

Jako ciekawostkę można podać, że wyprawa wiedeńska kosztowała około 10 000 000 zł. Choć według niektórych wyliczeń było to 14 000 000 zł, z czego aż 78% pokryli sami Polacy, a zaledwie 22% tej sumy tj. około 3 000 000 stanowiły dotacje z zagranicy tj subsydia cesarza, papieża oraz książąt niemieckich i dostojników kościelnych.

Jeśli chodzi o liczebność wojska w tym okresie, to Francja mogła wystawić 200 000, Brandenburgia – 30 000, Polska – 15 000 do 18 000. W epoce saskiej liczebność sił zbrojnych Rzeczypospolitej w stosunku do liczebności armii jej sąsiadów wynosiła 1: 11 do Prus, 1:17 do Austrii i 1:28 do Rosji.

Dane powyższe pochodzą z pracy Władysława Konopczyńskiego Dzieje Polski Nowożytnej, a te z epoki saskiej z cytowanej wyżej pracy Daviesa.

Nic dziwnego, że budżet był tak niski, bo szlachta i Żydzi robili wszystko, by podatki były jak najniższe, albo żeby ich wcale nie było. Przemysł słabiej rozwinięty niż w Europie Zachodniej, handel praktycznie w żydowskich rękach, choć wiele złego robiła w tej dziedzinie szlachta, która uwolniła od cła towary wytwarzane lub sprowadzane na własny użytek. Większość budżetu przeznaczano na wojsko. Konopczyński tak o tym pisze:

Jeżeli 9/10 budżetu państwowego szło na utrzymanie wojska, to stąd by można wnioskować, ze Rzeczpospolita Polska była państwem wybitnie militarnym. Istotnie, „nobilis Polonus” nie rozstawał się z szablą, a obrona kraju nie schodziła z porządku obrad publicznych – ale też właśnie chodziło tylko o obronę. Nie tylko moralista Frycz Modrzewski, ale i hetman Tarnowski potępiają samą myśl wojny zaczepnej, i nic dziwnego: państwo nasycone unią z Litwą, zabezpieczone gospodarczo wywozem mas zboża, nie myślało poważnie o ekspansji w żadnym kierunku i pod tym względem nie mogło równać się ani z ojczyzną Gustawa Adolfa, ani z ojczyzną Kondeusza.

No właśnie! Czy państwo, które nastawione jest tylko na obronę można uznać za mocarstwo? Poza obszarem Rzeczpospolita Obojga Narodów niczym nie wyróżniała się na tle innych państw. Nie było w niej wybitnych uczonych, pisarzy, malarzy, architektów, filozofów, prawników, lekarzy itp. Kultura i sztuka stały na niskim poziomie. Wyróżniała się tylko niespotykaną gdzie indziej dominacją i liczebnością jednego stanu – szlachty, wynikającą z ustroju społecznego Rzeczypospolitej.

Wydaje mi się, że dobrze opisuje ten ustrój Władysław Konopczyński w książce „Dzieje Polski Nowożytnej”:

Ustrój społeczny Rzeczypospolitej, zarówno jak ustrój państwowy, stanowił w całej Europie pewnego rodzaju unikat. Z przyczyn natury gospodarczej, nie dość jeszcze wyświetlonych, szlachta polska urosła do nieznanej w innych krajach potęgi. Nad cały naród wybujała milionowa rzesza szlachecka, zbrojna w 200 000 szabel. Taka arystokracja, podobnie jak ateńska lub rzymska, miała wszelkie prawo do nazwy demokracji, zaś w nowożytnej Europie nigdzie, ani nawet w Anglii nie było takiej rzeszy ludzi wolnych i uprzywilejowanych, biorących udział w życiu publicznym. Zjawisko okazałe i szanowne, rokujące państwu niezmierną siłę, ale tylko na pewien czas, dopóki państwa sąsiedzkie nie nauczyły się w ten czy inny sposób zaprawiać do pracy i do walki jeszcze większych sił społecznych. Na dalszą metę przyrost klasy szlacheckiej niósł fatalne owoce. Względna równowaga stanów, jaką zostawił Kazimierz Wielki, runęła w XV w. Szlachcic stał się potęgą groźną dla innych klas i dla samego państwa, zagarnął rządy i wyzyskiwał je na swoje dobro. Mniejsza o to na razie, czy ów wyzysk był gorszy lub lżejszy niż gdzie indziej. Faktem pozostaje, że mieszczanin, odepchnięty na bok, przyciśnięty nadmiarem Żydostwa, schudł i znacznie zobojętniał na sprawę narodową, a chłop jej w ogóle nie znał i nie odczuwał. Żakerii wprawdzie rdzenna Polska nie znała; rok 1651 okazał, że w przeciwieństwie do ludu ruskiego chłop katolicki, złączony wspólną wiarą z dziedzicem, nie idzie za hasłami podżegaczy. Ale ta lojalność wsi polskiej tłumaczy się nie tylko jej znośnym bytem ekonomicznym, na którym musiało zależeć dziedzicom: włościanin po prostu zanadto był przytępiony i przykuty do swego zagona, aby mógł sięgać po prawa polityczne. W rezultacie Rzeczpospolita, zamiast 12 milionów przeciętnie patriotycznej ludności mogła liczyć na 1 – 1,5 miliona. 9/10 części narodu czuło się obco i źle w rodzimym kraju i stan ten utrwalił się dzięki temu, że klasa uprzywilejowana była dość liczna, aby całą resztę przez parę wieków trzymać w garści i wyzyskiwać. Cokolwiek też mówi się o demokratyzmie dawnej szlachty, dla państwa lepiej było mieć arystokrację mniej liczną i pozbyć się jej w drodze wewnętrznej rewolucji niż czekać pod rządem owych dwustu tysięcy, aż warstwa rządząca się przeżyje – i kraj rozszarpią zaborcy.

Wadliwość ustroju społecznego pociągała za sobą wadliwość ustroju państwowego. Jednym z jego elementów jest władza prawodawcza. O niej Konopczyński tak pisze:

Były w Europie ówczesnej państwa typowo szlacheckie pod względem budowy społecznej: we Francji, w Rosji, w Prusach, Austrii wszystkie niemal urzędy znajdowały się w rękach szlachty. Były może tu i ówdzie grupy szlacheckie bardziej egoistyczne, bardziej pyszałkowate, o łbach jeszcze ciaśniejszych niż w Polsce. Ale też w tamtych krajach był silny rząd monarchiczny, kierujący całym mechanizmem państwowym i regulujący stosunki społeczne według pewnej racji stanu; z drugiej strony przewaga społeczna szlachty nigdzie nie była tak bezwzględna, jak u nas. Co najważniejsze: nasi jaśnie wielmożni i urodzeni chwycili w swe ręce wyłączne kierownictwo spraw wraz z odpowiedzialnością za nie. Oni dla siebie stworzyli ustrój państwowy, taki właśnie, jaki najlepiej zabezpieczał ich wolności i dobrobyt. Jak stworzono ten ustrój, a w szczególności organy prawodawstwa? Jak Bóg dał, od potrzeby do potrzeby, bez przewidującej myśli, bez technicznego wykończenia. Gubiąc się w w antynomii interesów całości i części, stworzono kształt obrad narodowych z wymaganiem jednomyślności, dobry dla aniołów, nie dla ludzi. Nie wypracowano ani nie przejęto z zewnątrz elementarnej zasady większości głosów. Potem dopuszczono do wyrodzenia się z jednomyślności – „wolnego nie pozwalam”. Przez 200 lat znosił sejm walny warcholstwo opozycyjnych posłów, prawie zawsze podszyte zdradą, cierpiał od własnego niedołęstwa i nie zdobył się na porządny regulamin obrad, jak nie zdobyło się całe nasze ustawodawstwo nowożytne aż do Konstytucji 3 Maja na żaden doskonały pomnik, który by warto pokazać Europie.

Nie lepiej było w przypadku władzy wykonawczej:

Te same cechy: podporządkowanie państwowości interesom szlacheckim i niedbalstwo w wykończeniu form okazuje budowa rządu w ścisłym znaczeniu. W oczach ogółu najodpowiedzialniejszym za wszystko czynnikiem był król, który miał występować albo w otoczeniu sejmu, albo w asystencji senatu. Wyglądało to wcale parlamentarnie i z punktu widzenia teorii konstytucyjnej wolno widzieć w dawnej Rzeczypospolitej organiczne zespolenie króla i państwa, jakiego brakło innym narodom Europy lądowej. Ale współcześni, np. Karwicki, wiedzieli, co sądzić o tej organicznej jedności. Naprawdę „inter maiestatem et libertatem” (pomiędzy władzą monarszą a wolnością) wrzała odwieczna walka, tym gorsza, że podziemna, przy czym król prawie zawsze dźwigał sprawę publiczną i rację stanu, a wolny szlachcic ściągał ją sobie pod stopy. Królowi zostawiono z zakresu wykonawstwa tyle właśnie mocy (władzę rozdawczą i dowództwo nad wojskiem), aby móc go uczynić odpowiedzialnym za niepowodzenia, dla narodu zawarowano prawo wypowiedzenia posłuszeństwa. Wolne elekcje pozbawiły politykę polską ciągłości, a otwierały na oścież wrota wpływom obcym. Wystawiano koronę na licytację, w nadziei, że przyszły król własnym groszem i wojskiem, bez żadnych ofiar z naszej strony, zdobędzie dla nas Kijów lub Kamieniec; później zaczęto po prostu sprzedawać swoje wolne suffragia (głosy wyborcze – przyp. mój). Gdybyż przynajmniej z tej licytacji wychodził upatrzony kandydat najlepszy! Ale nie: od 1648 r. widzimy w okopie wyborczym cały szereg niespodzianek albo wyborów narzuconych wbrew narodowi. A jeśli chodzi o wartość wybrańców, to poza Janem III zawsze zwyciężali kandydaci gorsi: Korybut bił Lotaryńczyka, August II – Contiego i Badeńczyka, August III – Leszczyńskiego.

Resztę władzy wykonawczej sprawowali faktycznie nieodpowiedzialni dożywotni ministrowie: marszałek, kanclerz, podskarbi, hetman, że pominiemy pomniejsze figury. Żadnemu z nich król nie mógł skutecznie rozkazywać, żadnego zmusić do posłuszeństwa. Przez 100 lat z górą, od Jana Kazimierza do Augusta III, wolno było ministrom administrować, politykować i zdradzać na własną rękę, bez niczyjej kontroli, najczęściej w myśl interesów tej rodziny magnackiej, do której należał piastun urzędu.

Nie inaczej wyglądała sprawa polityki zagranicznej:

Odpowiedzialność, zwłaszcza za politykę zagraniczną, włożono na senat przyboczny, tj. na owych 4 senatorów rezydentów; była to rada i kontrola bez doświadczenia, bez znajomości rzeczy, bez rutyny i, jak skutek pokazał, bez żadnego wpływu. Można było wymyślić organ doradczo-dozorczy znacznie poważniejszy – złożony nie tylko z senatorów, ale z wybrańców szlachty, na podobieństwo wydziałów stanowych, jakie powstawały w niektórych krajach zachodnich, i pomysły takie rodziły się nieraz (1573, 1606, 1607, 1660). Z wiadomych przyczyn do ich urzeczywistnienia nie doszło: chodziło wszak nie o rząd republikański, ale o rząd rozbity, jak najsłabszy, dla nikogo nie straszny.

Od czasów Zygmunta III według litery prawa senat przyboczny, a w praktyce sejm, roztoczył dozór nad całą polityką zagraniczną królów i jął wyciskać na niej swoje piętno. Było to piętno bierności i pokojowego usposobienia nawet wobec wypadków, które wielkim głosem wołały o czynną interwencję Polski. Sejm przyswoił sobie prawo roztrząsania zagadnień międzynarodowych, zagajenia rokowań i ratyfikowania traktatów. W takich warunkach podcięte zostały skrzydła śmielszej polityce królewskiej i o wyzyskaniu pomyślnych koniunktur za granicą nie mogło być mowy. Wojen zaczepnych lub choćby prewencyjnych naród nie chciał, wojny rewindykacyjne podejmował znaglony, niechętnie. Bądź co bądź w samym wyborze kierunku obrony bardzo charakterystycznie ujawniał się szlachecki duch Rzeczypospolitej. Sejm stronił od wojny trzydziestoletniej, chociaż przez udział w niej po tej lub owej stronie można było odzyskać Śląsk: bo tam nie było szlachty polskiej, tylko zapomniany lud wiejski, wytrwale obstający przy mowie praojców.

Zaniedbano sprawę rozszerzenia dostępu do morza: królom kazano nieraz w paktach konwentach zakładać „classem moritimam” (flotę morską), ale nie dano im na to środków ani nie poparto ich usiłowań (np. Władysława IV i Sobieskiego), które do utwierdzenia polskich rządów na brzegach Bałtyku prowadziły. Bo żegluga, handel zamorski to interes królewski lub mieszczański, a szlachcie wystarczało spławianie wicin i szkut ze zbożem lub tratw do Gdańska. Za to zapędzano się chętnie i bez żadnego umiarkowania w przestworza wschodnie, dokąd ekspansję Rzeczypospolitej pchały interesy możnowładztwa. Prawda, że i tam wojny miały niemal bez wyjątku charakter obronny: prawda i to, że rycerzy walczących z Moskwą ożywiała świadomość, iż bronią oni swobód ojczystych przed sługami brutalnego despotyzmu, a wielu z tych, co szli pod Cecorę, Chocim i Wiedeń, płonęło entuzjazmem dla sprawy Krzyża Świętego; niestety bywał to przeważnie instynkt żywiołowy, sprowokowany jakimś najazdem, chętnie idący na rękę nababom ukraińsko-podolskim, ale nie kierowany samowiedzą programową. Zapędy panów polskich na Mołdawię, podobnie jak chadzki Kozaków na Morze Czarne, rozpętały nawałnicę turecką, która pochłonęła najlepsze siły Polski w XVII w. i uniemożliwiła zwycięskie parcie ku Morzu Batyckiemu. A wyprawy na Moskwę w dobie Samozwańców zaostrzyły tylko antagonizm polsko-rosyjski, niecą w Moskwie chęć odwetu, która wyładuje się na Rzeczypospolitej późno, lecz zabójczo. Cała zaś „dwóchsetletnia polityka zewnętrzna Rzeczypospolitej zakończyła się odepchnięciem jej od Morza Czarnego, zawężeniem dostępu do Bałtyku (utrata Inflant, emancypacja Prus), zasklepieniem narodu w lądowym hreczkosiejstwie, bez zaokrąglenia narodowego na zachodzie, bez stanowczego zwycięstwa, bez załagodzenia stosunków na wschodzie”. Przez rozejm andruszowski osiągnięto niezłą od Moskwy granicę strategiczną Dźwina – Dniepr (wykrzywioną tylko naokoło Kijowa), która mogła nabrać niewzruszonej trwałości, gdyby ją od wewnątrz umocniła rozumna – polityka wewnętrzna.

Tak jak wszystko i polityka wewnętrzna pozostawiała dużo do życzenia. Konopczyński tak pisze:

O niej jednakże można mówić jedynie z poważnym zastrzeżeniem. Szlachta zanadto miała zaabsorbowaną myśl obronną swobód przed podejrzanym zawsze majestatem, żeby mogła wiele uwagi poświęcać rządom wewnętrznym. Mądrze załatwiono sprawę unii z Litwą; niebacznie, zbyt wyrozumiale pozwolono rozwijać się wszelkim rozbieżnościom wewnątrz dualistycznej Rzeczypospolitej. Czy źródłem tej wyrozumiałości był nasz szlachetny liberalizm? Owszem, ale były i inne przyczyny. Brakło energii na centralistyczne zachcianki, więc zostawiono dzielnicom i grupom społecznym swobodę stanowienia o sobie. Kwestii narodowościowej w świadomości szerokiego ogółu w ogóle nie było; już więcej zaprzątano się pewnego rodzaju polityką populacyjną. Statysta Mazur pilnował, żeby mu robotnik pańszczyźniany nie uciekł na Ruś; statysta spod Ostroga lub Żytomierza wzdychał do tego, żeby na miejsce chłopów uchodzących w Dzikie Pola napływali inni z Mazowsza. Racjonalnej kolonizacji z myślą o utwierdzeniu kresów przy Rzeczypospolitej nie prowadził żaden rząd, podobnie jak nikt nie zabiegał systematycznie o sprowadzanie z Zachodu umiejętnych rzemieślników i bogatych kupców, co przecież w dobie Wielkiego Elektora należało już do abecadła administracyjnego panujących. I tutaj też przeświecała ziemiańska predylekcja gospodarzy Rzeczypospolitej: skoro szlachta ruska przyjęła katolicyzm, język polski i obyczaje polskie, to któż by pytał o narodowość pozostałych 9/10 ludności tych województw? Taki brak nacjonalizmu w znaczeniu nowoczesnym, dodatnim czy ujemnym, jako obrony własnej narodowości lub tępienia innych, nie może nikogo dziwić w XVII i XVIII w., zanim się pojawiła idea narodowa. Ale też niech nikogo nie dziwi rezultat tego rodzaju tolerancji czy też beztroskliwości; że pomimo utopienia w ziemiach kresowych znacznego odsetku ludu polskiego ziemie te pod względem etnicznym pozostały w ogromnej większości krajem ruskim, łatwym do oderwania i jeszcze łatwiejszym do strawienia przez Rosję.

Ustrój Rzeczpospolitej określano mianem złotej wolności, a jego istotę Konopczyński opisuje tak:

Złota wolność rozsiadła się po pałacach i dworach od Karpat do Bałtyku, od Warty po Dniepr, pielęgnując te tylko instytucje, które jej celom służyły, a zaniedbując wszystko, co mogło wesprzeć absolutum dominium. Jest syta, więc nie chce żadnych nowości; jest zbrojna, więc nie suszy głowy nad rozwiązywaniem żadnych problemów ustrojowych; od każdego głębszego zagadnienia odrąbie się szablą. Byle sądziły się ziemstwa, grody i trybunały, byle płynęły w ostatniej potrzebie podatki na wojsko, byle nas sprawiał hetman, równie groźny królom jak i carom, to już mniejsza o resztę, tzn. o prawodawstwo i administrację. Kosztem tych wyższych funkcji, głosząc zasadniczy konserwatyzm, cofamy się naprawdę do prymitywnych zadań państwowego życia, spokojni o to, że na straży interesu klasowo-narodowego stoją trzy moce, jakich zazdrości nam cały świat:

a) Liberum veto a nie sejm jest teraz symbolem wolności polskiej. Z izby poselskiej wypromieniowało ono na wszystkie sejmiki, gdziekolwiek obraduje rasa polska (nawet w prowincji pruskiej, nawet w tych województwach, które uznały zasadę większości głosów), cofając się dopiero od granic rasowo odmiennej Kurlandii. Jeden poseł tamuje lub rwie obrady w dowolnej chwili, nie tylko przy zamknięciu, jak Siciński w 1652 r., ale nawet przed obiorem marszałka, z wyraźnym pogwałceniem regulaminu (1688). Posługują się tą straszną bronią magnaci, zwłaszcza hetmani; zaczynają jej używać posłowie obcy. Tylko elekcje są faktycznie zabezpieczone przed rwaniem, bo wtedy mniejszość chcąca postawić na swoim musiałaby przyjąć wojnę domową. Zwłaszcza pod koniec panowań veto święci nad podupadłym królem straszne triumfy. Staje się ono ruchomą podstawą wszystkich praw i władz, wrodzoną atrybucją wolnego Polaka, samobójczą gwarancją wszystkich innych wolności. Pod tym damoklesowym mieczem żyją i funkcjonują –

b) Sejmiki. Odbywa się ich co roku po dwa, trzy lub więcej, każdy z reguły jednodniowy, w Koronie pod obranym każdorazowo marszałkiem. Wyjątkowo tylko nieliczne województwa stwarzają sobie kolegialne organy wykonawcze. Nowością są milicje, formowane z osobnych podatków wojewódzkich; nowością – zdobyte via facti prawo limity, tj. odraczania swych sesji i zjeżdżania się po raz drugi czy czwarty do osobnego uniwersału królewskiego; taka limita zapewni sejmikom dalszą przewagę nad sejmem. Na każdy sejmik zjeżdżają się, prócz miejscowych posesjonatów, ich mniemani krewniacy, gołota bez ziemi, wysługująca się panom. Nie słychać jednak nigdzie, aby gospodarze sejmiku prowadzili ścisłą listę uprawnionych do głosu. Lauda i instrukcje mnożą się w nieskończoność, mimo że tylko szczupła cząstka postulatów ziemskich obleka się w formie praw. Jeżeli wola żywiołu sejmikowego nie znajdzie ujścia w sejmie, to wybucha w postaci konfederacji.

c) Wiek hetmaństwa i husarii jest bowiem zarazem pierwszą klasyczną epoką konfederacji. Dojrzały wszystkie odmiany takiej rewolucji narodowej: konfederacja miejscowa dla celów obrony bezpieczeństwa publicznego, miejscowa buntownicza, miejscowa lojalistyczna (np. trzy związki sandomierzan 1683, 1685 i 1688 r., które Bidziński utworzył dla poparcia Jana III przeciw magnatom), konfederacja generalna na czas bezkrólewia, generalna dla wypowiedzenia posłuszeństwa (1607), generalna przy królu – wszystkie na podstawie ziemsko-przedstawicielskiej; związek wojskowy samodzielny (1608, 1612-1614, 1622, 1659-1663, 1696-1697) lub w oparciu o konfederację obywatelską (1656, 1665). Ta forma organizacyjna, która współcześnie na Zachodzie żadnego już nie znajduje odpowiednika (bo ligi książąt niemieckich mają z nią tylko powierzchowne pokrewieństwo), nie naśladowana we Francji nawet podczas Frondy, wyjątkowo użyta przez Szkotów i Anglików dla celów rewolucyjnych (Covenant, League, Agreement of the people) [Przymierze, Liga (związek), Umowa ludu], nie dojrzewająca już nawet na Węgrzech, stała się w Rzeczypospolitej normalnym organem opozycji i walki partyjnej, poniekąd nawet klapą bezpieczeństwa, która stosowanie artykułu „de non praestanda oboedientia” uczyni zbędnym lub bezskutecznym.

Dużo tych cytatów i ich czytanie może być nużące, ale bez nich trudno było by uzmysłowić sobie, jak perfekcyjny ustrój stworzono dla nowego państwa, zwanego Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Piszę więc „perfekcyjny” zupełnie świadomie, bo twórcom tego ustroju zależało na tym, by to państwo było słabe, niezdolne do jakiegokolwiek działania, by było całkowicie sparaliżowane. My koncentrujemy się na analizie jego wad, sądząc, że ci, którzy projektowali ten ustrój popełnili błąd, wynikający z niewiedzy lub naiwności. Nic bardziej błędnego! Inna sprawa, że nikt nie zastanawia się nad tym, kto go zaprojektował z imienia i nazwiska. Ja jedynie u Tadeusza Gluzińskiego w jego pracy Odrodzenie idealizmu politycznego znalazłem takie zdanie: U nas nie kto inny, jak popierający wówczas reformację Zamoyski wraz z jej jawnymi zwolennikami przeprowadził instytucję elekcji viritim, czyli przez powszechne głosowanie. A więc wszystko jasne: wszystkie drogi prowadzą do… Żydów, choć do Rzymu też, do czego jeszcze nawiążę.

Oceniamy ten ustrój, jak to się ładnie mówi – a posteriori, czyli po fakcie, ale spróbujmy ocenić go – a priori, czyli przed faktem. Nie było wtedy takiego ustroju w żadnym kraju na świecie, bo – jak mówiła szlachta – cały świat nam go zazdrości. No, ale skoro zazdrościł, to dlaczego nikt go nie wprowadził u siebie? Nie było więc wzorca. A któż chciał wprowadzić ustrój, który uczyniłby państwo zupełnie bezradnym, w którym nie było wiadomo, kto rządził i jaki miał cel. A skoro nie było wiadomo, kto rządził i jaki miał cel, to chcąc nie chcąc, na myśl przychodzą tajne związki, a jak tajne związki, to Żydzi, bo masonerii wtedy jeszcze nie było; dopiero się wykluwała.

Zanim Polska stała się przyszłym ogniskiem żydostwa, wcześniej była nią Hiszpania. Jednak połączenie Kastylii i Aragonii w jedno królestwo, dzięki zaślubinom don Ferdynanda Aragońskiego z Izabellą Kastylijską, zwaną w dziejach Izabellą Katolicką (1474), stało się dla Żydów katastrofalnym wypadkiem. Powstało potężne państwo, które podjęło zdecydowaną z nimi walkę. W 1492 roku dochodzi do ich wygnania z Hiszpanii. Popełnili błąd, polegający na tym, że dopuścili do jego powstania. Obiecali więc sobie, że drugi raz nie pozwolą na to. I to właśnie wtedy, w XV wieku, zanim jeszcze zostali zmuszeni do opuszczenia Hiszpanii, wybrali Polskę na przyszłą siedzibę.

Ale jak w nowym państwie doprowadzić do jego osłabienia, jego paraliżu, bo w przeciwnym razie może znowu przyjdzie szukać nowej siedziby? Jak zmienić jego ustrój na gorszy? Pierwszą okazją było to, że Ludwik Węgierski nie miał synów, tylko córkę Jadwigę. W przypadku Węgier nie było problemem, by została królową, ale w Polsce – tak. Jadwiga jest zaręczona z Wilhelmem Habsburgiem, ale panowie małopolscy mają inne zdanie. Dochodzi do zerwania zaręczyn i małżeństwa Jadwigi z litewskim księciem Władysławem Jagiełłą. To wszystko na mocy unii w Krewie z 1385 roku. W tym momencie dochodzi do przeorientowania polskiej polityki na wschód. Co innego „kopać się” z Habsburgami, a co innego z dzikimi Litwinami i niewiele wyżej stojącymi Polakami. Tak myślę, że tak kalkulowali Żydzi, od których musieli zależeć panowie małopolscy.

Od unii w Krewie do unii lubelskiej mija prawie 200 lat, ale w polityce jest taka zasada, że sprawy najważniejsze nie są najpilniejsze. Jest czas na przygotowanie gruntu. Polskie elity jeżdżą po nauki do Włoch, a tam plenią się tajne związki. Polska epoki dwóch ostatnich Jagiellonów, tj. Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta, jest areną wpływów humanistów. To oni wywołują zwrot w usposobieniu Polaków w stosunku do Żydów:

Przeciw tej robocie antyżydowskiej występują ludzie renesansu, którzy zawitali tutaj również z zachodu i przeszczepili do Polski kulturę odrodzenia. Już od połowy XV w. sprowadza się do Krakowa , obok paszkwilów antyżydowskich, dzieła uczonych żydów hiszpańskich i włoskich w tłumaczeniach łacińskich i pilnie się je czyta i objaśnia. Szczególnie są poszukiwane dzieła medyczne Majmonidesa i Abrahama Ibn Ezry, jako też prace astronomiczne i filozoficzne uczonych żydów tej epoki. – Majer Bałaban, Historia i literatura żydowska.

Zdecydowanym przyjacielem Żydów jest Włoch, Filip Buonacorsi, znany pod swym pseudonimem organizacyjnym Kallimach. Kazimierz Jagiellończyk uważnie przysłuchuje się jego rozmowom z uczonymi Żydami i powierza mu wychowanie swych synów. Wychowankiem Włocha jest również Zygmunt Stary. Wraz z jego wstąpieniem na tron zaczynają się dla Żydów polskich złote czasy.

Około 1540 roku powstaje w Krakowie tajne stowarzyszenie dla krzewienia nauk ewangelicznych. Składało się ono z najwybitniejszych uczonych owego czasu. Na czele stowarzyszenia stał Włoch, Franciszek Lismanini, prowincjał zakonu franciszkanów, kapelan i spowiednik królowej Bony. Należeli doń również Jan Trzecieski, pierwszy polski gramatyk, jego syn, Andrzej Trzecieski, uczony i lingwista, Bernard Wojewódka, księgarz i radny miasta – uczeń Erazma z Rotterdamu, Andrzej Frycz-Modrzewski, uczeń Melanchtona, Jakub Przyłuski, znakomity prawnik, Adam Drzewiecki, kanonik kapituły krakowskiej, Andrzej Zebrzydowski, późniejszy biskup krakowski, ulubiony uczeń Erazma, Jakub Uchański, referendarz koronny, następnie arcybiskup gnieźnieński i wiele innych wybitnych osób. Prawdopodobnie czynnym członkiem tego stowarzyszenia był Zygmunt August. Nie dziwi więc, że za jego czasów siły reformacji w Polsce jeszcze wzrosły. Dążył on też usilnie do powstania unii.

Jaki był cel unii? Obrona przed Moskwą? Do tego wystarczy zobowiązanie obu stron, że w razie zagrożenia wzajemnie sobie pomogą. Tak było pod Grunwaldem. Obowiązywała wtedy unia wileńsko-radomska z 1401 roku, na mocy której strony zobowiązywały się do pomocy wojskowej w razie zagrożenia. Polityka zagraniczna i wewnętrzna była prowadzona przez oba państwa oddzielnie. Skoro nie obrona przed Moskwą, to co? Chrzest przyjęła Litwa na mocy unii w Krewie w 1385 roku, więc nie chodziło o interesy Kościoła. Celem było stworzenie słabego państwa. Ale jak?

Po śmierci Zygmunta Augusta w 1572 doszło do bezkrólewia, podczas którego zreformowano system prawny kraju. No właśnie! Zawsze w formie bezosobowej, a przecież ktoś to zrobił. Znacznie zwiększyły się wpływy szlachty, wprowadzono wolną elekcję i liberum veto. Innymi słowy doszło do zmiany ustroju państwa. Z reguły tego typu zmiany obywają się poprzez rewolucję, ale rewolucje, które obalają stary porządek, wynoszą rządy, które dzierżą władzę silną ręką i utrzymują sprawną administrację. W tym wypadku chodziło o coś zupełnie innego, chodziło o stworzenie państwa słabego, niezdolnego do prowadzenia jakiejkolwiek polityki w jakimkolwiek zakresie. Chodziło o to, by nie powstało silne państwo, które mogłoby podporządkować sobie Żydów lub nawet ich wyrzucić.

Połączenie dwóch państw w jeden nowy organizm wymaga zmiany ustroju i stworzenia nowego prawa, jeśli mają to być państwa, które tworzą jeden organizm na równych prawach. I to był prawdziwy, w moim przekonaniu, cel unii, do której uparcie parła tylko jedna strona: zmiana ustroju i nowe prawo. To, że państwa te zjednoczyły się tylko częściowo, nie miało znaczenia. Nikt nie próbował dokończyć tego procesu. Bo i po co? Cel osiągnięto. Stworzono wyjątkowy twór, karykaturę państwa, pośmiewisko na całą Europę. Dzieło Żydów, a przypisano je Polakom i wyśmiewano się z nich i nadal się wyśmiewa. W ten sposób Żydzi osiągnęli dwa cele: stworzyli słabe państwo, które nie mogło im zagrozić i przekonali innych, że Polacy nie są zdolni do posiadania własnego państwa i samodzielnego rządzenia się. A to, że u schyłku tego państwa, na 12 mln ludności, Polaków było w nim tylko 4 mln, i że zdominowała je magnateria litewska, to mało kto w to wnika.

Czy sami Polacy byliby w stanie stworzyć taki ustrój, mając taką wiedzę, jaką mieli i w oparciu o własne doświadczenia historyczne? Czy Żydzi, którzy dysponowali wielowiekowym doświadczeniem, wynikającym z ich historii i rozproszenia po świecie, co pozwalało im na obserwacje różnych rozwiązań ustrojowych i różnych form organizacji państwa? Ale też – na obserwację ludzkich zachowań, psychikę ludzi, ich podatność na korupcję, pochwały, parcie do władzy. W Polsce uzależnili od siebie elitę władzy i elity intelektualne i, posługując się nimi, wprowadzili w państwie polskim ustrój, który ostatecznie okazał się zabójczy.

Unia polsko-litewska

Unia Polsko-Litewska, związek Polski z Litwą w XIV-XVIII wieku określany przez szereg aktów państwowoprawnych i decyzji faktycznych; wahały się one od tendencji inkorporacyjnych do luźnego sojuszu między dwoma niezależnymi państwami – Polską i Litwą. Podstawą związku obu państw był akt w Krewie z 1385 roku. Była to tzw. unia krewska. Na mocy tego aktu wielki książę litewski Jagiełło zobowiązał się po ślubie z Jadwigą i objęciu tronu polskiego wprowadzić na Litwie chrześcijaństwo w obrządku łacińskim oraz przyłączyć ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego do Polski. Zasada inkorporacji napotkała zdecydowany opór Litwinów i dynastii jagiellońskiej.

Unia wileńsko-radomska z 1401 roku oddała rządy na Litwie Witoldowi jako samodzielnemu władcy, przy czym pozostawał on wobec Jagiełły w stosunku zbliżonym do lennego. Witold zobowiązał się do niezawierania żadnych układów z Zakonem Krzyżackim bez zgody Jagiełły. Stan ten miał trwać do śmierci Witolda, po czym władza na Litwie miała wrócić do Jagiełły jako najwyższego księcia Litwy.

W 1413 roku zawarto nowy akt unii w Horodle (unia horodelska), który wprowadził instytucję odrębnego wielkiego księcia na Litwie, wspólne sejmy i zjazdy polsko-litewskie. W celu powiązania feudałów litewskich z polskimi, 47 rodzin możnowładców i szlachty polskiej przyjęło do swych herbów 47 rodzin panów i bojarów litewskich. Jednocześnie unia horodelska miała charakter przywileju ziemskiego dla panów i bojarów litewskich, którzy uzyskali prawa dziedziczenia dóbr ojczystych i dysponowania nimi. Wprowadzono również na wzór polski urzędy wojewodów i kasztelanów. Po 1422 roku tj. po zlikwidowaniu niebezpieczeństwa krzyżackiego unia zachwiała się.

Została wznowiona w Grodnie w 1432 roku (unia grodzieńska) i potwierdzona w 1434 roku. Przywracała ona konieczność zatwierdzania wyboru wielkiego księcia Litwy przez króla i panów polskich. Po okresie całkowitego zerwania unii (1440-1447) związek Polski z Litwą przekształcił się w unię personalną: jedyną więzią stała się osoba panującego.

Po śmierci Kazimierza Jagiellończyka (1492) ponownie zerwana została unia personalna, a trony polski i litewski objęli dwaj bracia Jan Olbracht i Aleksander. Nowy akt unii mający charakter sojuszu obu państw zawarto w Wilnie w 1499 roku (unia wileńska). Polacy i Litwini zobowiązali się wybierać panujących za obopólną zgodą i służyć sobie pomocą i radą.

W obliczu wzrostu zagrożenia Litwy przez państwo moskiewskie w czasie bezkrólewia, sejm polski zawarł w Piotrkowie umowę z delegatami wielkiego księcia Aleksandra i panów rady litewskiej o odbywaniu wspólnych narad i wspólnym wyborze monarchy oraz o udzielaniu pomocy. Akt został zatwierdzony przez Aleksandra w 1501 roku w Mielniku (unia mielnicka), nie wszedł jednak w życie, gdyż nie został zaakceptowany przez litewską radę hospodarską. Postarali się o to Jagiellonowie, gdyż ograniczał ich prawa dziedziczne do Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Zacieśnienie związku państwowego między Polską a Litwą następowało w XVI wieku głównie dzięki przejmowaniu przez Litwę instytucji ustrojowych polskich i powstaniu na Litwie stanu szlacheckiego dążącego do uzyskania praw szlachty polskiej. Od połowy XVI wieku ze strony polskiej coraz bardziej stanowczo w programie ruchu egzekucyjnego wysuwano żądanie zawarcia unii z Litwą. Na Litwie unii przeciwne było możnowładztwo litewskie. Napotkało ono jednak opozycję szlachty domagającej się unii, która miała jej przynieść zrównanie ze szlachtą polską. Niebezpieczeństwo rozpadnięcia się unii po wygaśnięciu Jagiellonów, obawa przed utratą ziem ruskich i wspólnie z Polską prowadzona walka o Inflanty wpłynęła na osłabienie opozycji wielkich feudałów litewskich, którzy zaczęli szukać oparcia w Polsce przeciw wrogom zewnętrznym.

Na sejmie w 1564 roku Zygmunt August przelał swe prawa dziedziczne do Litwy na Koronę. Do zawarcia unii doszło dopiero na sejmie w 1569 roku w Lublinie (unia lubelska). Opór możnowładców, którzy opuścili nawet Lublin, został złamany przez akt inkorporacji do Polski Wołynia, Ukrainy Kijowskiej, Podola Bracławskiego i Podlasia. Uszczuplone Wielkie Księstwo Litewskie nie mogło egzystować bez oparcia o Polskę i panowie litewscy zgodzili się na unię. Aktem z 1 lipca 1569 roku Wielkie Księstwo Litewskie zostało połączone z Polską unią realną na zasadzie równości, przy zachowaniu odrębnych urzędów centralnych, skarbu i wojska. W powstałym państwie polsko-litweskim wspólna była osoba monarchy i sejm. Moneta była bita osobno na Litwie i w Koronie. Polacy i Litwini mogli nabywać od siebie nawzajem dobra ziemskie i swobodnie przesiedlać się na terenie całego państwa. Wielkie Księstwo Litewskie zachowało odrębność prawa sądowego. Odrębność prawno-państwową Litwy i Korony zniosła Konstytucja 3 maja 1791 roku, łącząca je w jeden organizm państwowy.

Unia polsko-litewska należała do najdonioślejszych faktów w dziejach Europy Środkowo-Wschodniej. Skutki jej przetrwały samo istnienie zjednoczonej „Rzeczypospolitej Obojga Narodów”. W pierwszym okresie umożliwiła likwidację niebezpieczeństwa krzyżackiego i przyczyniła się do uzyskania przez Polskę w XV-XVI wieku mocarstwowej pozycji. Unia polsko-litewska przyspieszyła rozwój gospodarczy i kulturalny ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale jednocześnie otworzyła drogę do polonizacji szlachty litewskiej i ruskiej i przechodzeniu rozległych dóbr w ręce szlachty polskiej. W wyniku unii Polska została wciągnięta w niekończące się wojny litewsko-moskiewskie i musiała porzucić myśl o rewindykacjach utraconych ziem na zachodzie. Unia lubelska, wprowadzając do Korony wpływy spolonizowanej oligarchii litewskiej przyczyniła się do zachwiania równowagi w łonie stanu szlacheckiego i do zdobycia władzy przez magnatów głównie związanych z terenami litewsko-ruskimi, którzy uzależniając od siebie drobną szlachtę, prowadzili do stopniowego rozkładu władzy centralnej.

Tradycje unii polsko-litewskiej przetrwały w okresie porozbiorowym i znalazły wyraz we wspólnych powstaniach „obojga narodów” (1831, 1863). Dopiero w 2 poł. XIX wieku rozwój świadomości narodowych Litwinów, Białorusinów i Ukraińców spowodował bankructwo idei unii (tzw. w publicystyce „idei jagiellońskiej”). Próby nawiązania do niej przez Polskę po I wojnie światowej spotkały się z niepowodzeniem.

Tak pisała o unii polsko-litewskiej Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1968. Hasło to zostało opracowane na podstawie: S. Kutrzeba Unia Polski z Litwą, w: Polska i Litwa w dziejowym stosunku, Kraków 1914; Akta unii Polski z Litwą 1385-1791, wyd.: S. Kutrzeba, W. Semkowicz, Kraków 1932.

Stanisław Kutrzeba był historykiem prawa. Urodził się w 1876 roku w Krakowie, zmarł tamże w 1946 roku. Był profesorem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i prezesem Polskiej Akademii Umiejętności.

Tak więc od unii krewskiej do lubelskiej mija prawie 200 lat i nie był to okres sielski i anielski. Wprost przeciwnie! Szczególnie strona litewska okazywała dużą rezerwę, a często nawet niechęć. Polska natomiast cały czas parła do połączenia obu państw. Warunkiem objęcia tronu polskiego przez Jagiełłę było zobowiązanie do wprowadzenia na Litwie chrześcijaństwa w obrządku łacińskim i przyłączenie WKL do Polski. Ale nawet w końcowym etapie tego łączenia dwóch państw litewscy możnowładcy nie byli przekonani i opuścili obrady. Dopiero zajęcie południowej części WKL przekonało ich. Pomimo tego były to dwa odrębne państwa. Litwa zachowała własne urzędy centralne, skarb, wojsko, prawo i sądy oraz własny pieniądz. Wspólna była osoba monarchy i sejm.

Średniowieczna Europa składała się z monarchii. To nie były jeszcze państwa w naszym rozumieniu. Przeważały interesy dynastyczne. Ziemie przechodziły z dynastii na dynastię poprzez małżeństwa i koligacje rodzinne. Jednak ówcześni monarchowie nie byli władcami absolutnymi, musieli się liczyć ze zdaniem możnowładców. W przypadku Polski byli to magnaci, którzy stanowili najwyższą warstwę szlachty. W przypadku Litwy byli to bojarzy. Monarchia absolutna, w której władza królewska dominuje, to dopiero XVII i XVIII wiek. Nie można więc oceniać tej unii w kategoriach interesów państwowych czy narodowych. Z drugiej strony nie można zapominać o tym, że jej skutki odczuwamy do dziś, chociażby poprzez to, że osadnictwo żydowskie koncentrowało się na tamtych terenach, a litewscy możnowładcy, którzy stali się polskimi magnatami zdominowali polską politykę, wypierając stare polskie rody. To ci różni Radziwiłłowie, Braniccy, Sapiehowie, Czartoryscy itp.

Polska na tle ówczesnej Europy wyróżniała się tym, że miała wyjątkowo liczną szlachtę. Początkowo stanowiła ona około 7% ludności. Pod koniec XVII wieku wzrosła do 9%, a w XVIII wieku było jej jeszcze więcej. W Hiszpanii czy na Węgrzech stanowiła ona 5%. We Francji – 1%, w Anglii – 2%. W Polsce nigdy nie nadawano herbów pojedynczym osobom – jak w Anglii, ani też pojedynczym rodzinom – jak w Niemczech, ale większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał własnego herbu. Dzielił go z innymi, którzy nie musieli być jego krewnymi. Jednak użycie słowa „ród” na określenie grupy heraldycznej sugerowało, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo. I taka wspólnota herbowa była też w Europie czymś wyjątkowym. Czasami rolę „osoby wprowadzającej” pełnił król, czasami wybitni przedstawiciele szlachty z własnej inicjatywy „przyjmowali” swoich krewnych i przyjaciół do własnego rodu. Nie istniało żadne kolegium heraldyczne, nie było też żadnej, cieszącej się autorytetem instytucji, gdzie trzymano by do publicznego wglądu rejestry nadania tytułu i herbów szlacheckich. Jeśli ktoś zakwestionował czyjś tytuł szlachecki, to jedynym miejscem, w którym dowodzono własnych racji, były sądy. W takim wypadku od pozwanego wymagano przedstawienia sześciu zaprzysiężonych świadków, którzy mogliby potwierdzić jego szlacheckie pochodzenie wstecz do trzech pokoleń, zarówno ze strony ojca jak i matki. Jeśli mu się to udało, otrzymywał od sądu odpowiednie zaświadczenie. Z pewnością było to kłopotliwe i upokarzające. Bardzo możliwe, że ród herbowy powstał po to, by uchronić swych członków przed tego typu afrontami. Wiążąc się z takim rodem, składającym się z powszechnie znanych osób, mógł taki szlachcic liczyć na to, że ustrzeże się od oskarżeń, poddających w wątpliwość jego status i rangę. A stąd już niedaleko do konstatacji, że taki „ród herbowy”, to nic innego jak towarzystwo wzajemnej adoracji. Wygodny dla stanu szlacheckiego jako całości, jak i dla poszczególnych członków. Eliminował potrzebę istnienia kolegium heraldycznego jako narzędzia weryfikującego, do którego mogliby się odwołać wszyscy zainteresowani.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, że tak to działało, to fakt, że na mocy unii w Horodle w 1413 roku 47 rodzin możnowładców i szlachty polskiej przyjęło do swych herbów 47 rodzin panów i bojarów litewskich, potwierdza tylko ten mechanizm. Z pewnością nie były to rodziny przypadkowo wybrane. Ten sam „numer” powtarza się, tyle że na daleko większą skalę, gdy najbardziej wpływowe rody uszlachcają frankistów w drugiej połowie XVIII wieku. Czy po tym jak WKL zdominowało Koronę poprzez swoje, zaadoptowane przez nią, litewskie możnowładztwo, a szlachta litewska zrównana w prawach z polską, i po tym jak utorowano frankistom drogę do awansu społecznego i prestiżowych stanowisk – czy po tym wszystkim możemy mieć jeszcze wątpliwości, że polskie państwo było już tylko polskie z nazwy. To jest niewątpliwie skutek powstania i trwania unii polsko-litewskiej, ale też dziwnego zjawiska jakim była wyjątkowo liczna, na tle ówczesnej Europy, szlachta polska. Do dziś nie wiadomo, jak do tego doszło. Są różne teorie, historycy spierają się, ale wyjaśnienia nie ma.

W 1370 roku umiera bezpotomnie Kazimierz Wielki. Sukcesję po nim przejmuje Ludwik Węgierski. Jego ojcem był Karol Robert z rodu Andegawenów (Francja) a matką Elżbieta Łokietkówna, córka Władysława Łokietka i siostra Kazimierza Wielkiego. Ludwik Węgierski był królem Węgier w latach 1342-1382 i królem Polski w latach 1370-1382. W latach 1370-1382 Polska i Węgry złączone były unią personalną, tak jak później z Litwą za Władysława Jagiełły. Kłopot polegał na tym, że Ludwik Węgierski nie miał synów tylko córki. Na Węgrzech nie było to problemem, ale w Polsce – tak. W zamian za zgodę na sukcesję swoich córek do tronu polskiego w dniu 17 września 1374 roku wydał on dla szlachty polskiej przywilej koszycki, który zawiera wiele korzystnych dla niej praw. Dzięki niemu uzyskuje również ona wpływ na wybór następcy tronu. I już wkrótce korzysta z tego prawa. Gdy córka Ludwika – Jadwiga obejmuje tron polski, jej kandydatem na męża jest Wilhelm Habsburg. Jego kandydaturę popiera książę opolski Władysław Opolczyk, jednak krakowscy panowie są innego zdania. Chcą związać Polskę z Litwą i wybierają Jagiełłę.

To była ta osławiona demokracja szlachecka, działająca zupełnie tak samo jak i obecna, bo przecież krakowscy panowie to też szlachta. Wtedy dotyczyła ona tylko 10%, obecnie – 100%. O wszystkim decydowała wąska grupa osób. Nawet jeśli jakiś szlachcic wykrzykiwał na sejmie swoje „liberum veto”, to nie robił tego, bo tak mu się spodobało. Musiał mieć poparcie i wskazówki kogoś bardzo wpływowego, kto mu zapewniał ochronę. W przeciwnym razie szybko zostałby „zutylizowany”. A jak się wybierało posłów w I RP? To doskonale opisuje Karol Zbyszewski w swojej niedoszłej pracy doktorskiej Niemcewicz od przodu i tyłu.

„Ignacy Potocki i książę Adam (Czartoryski – przyp. mój) postanowili wykierować Niemcewicza na posła. Sami kandydowali w Lublinie (na Podole książę po ostatniej chryi był obrażony), w Brześciu stawali Sapieha i Matuszewicz, wszystkie przyzwoite okręgi obsadzili ludzie o wielkich nazwiskach lub zasobach. Książę Adam bardzo lubił pana Juliana, ale nie na tyle, by rozsupłać dlań mieszek – dał mu listy polecające i wyprawił na Inflanty.

W pierwszym rozbiorze Rosja chapnęła całe Inflanty, Polsce została tylko mała łączka za Dźwiną, nie było na niej nawet szałasu, sejmikowano pod gołym niebem na trawie. Ledwo przybył Niemcewicz, porwał go w objęcia Michał Zabiełło, ten przystojny oficer francuski, którego zgłodniałego i bez grosza przed sześcioma laty z Wiednia do kraju przytaszczył.

– A waść tu czego? – pytał?

– Przecież nie dla kupna siana, chcę spróbować zostać posłem…

– Ha! – i Zabiełło puknął się w głowę.

Za pozwoleniem miejscowej moskiewskiej stupajki przyczłapało zza kordonu 50 zbiedzonych szlachciurów, mieli oni wybrać sześciu posłów. Kandydatów było 16, z czego połowa znani, stateczni obywatele, reszta hołopupskie bubki – wśród nich Niemcewicz. Starosta inflancki Plater przeczytał list od króla, w którym Stanisław wymienił miłych sobie kandydatów – Badeniego (stały poseł łąki), Karwowskiego, Prozora, Platera i polecił ich łaskawym głosom drogich ichmościów.

Poza krajem wola królewska była bardzo szanowana, od czasu rozbioru inflancka łąka stale desygnowała posłów wskazanych przez Poniatowskiego, na listy Czartoryskiego nikt nie chciał patrzeć, Niemcewicz zawiesił smutnie głowę, Inflantczycy już otwierali gardła, by okrzyczeć Stanisławowskich kandydatów.

– Za pozwoleniem, chwileczka! – wrzasnął Michał Zabiełło.

– Czego tam? Nie przeszkadzać! Już postanowione!

– Jeszcze wysłuchajcie listu Potiomkina.

Szlachetki, co drżały przed dźwińskim łupikijem, struchlały na dźwięk nazwiska sławnego satrapy, zdrętwieli i zdjęli czapki… Donośnym głosem odczytał Zabiełło pismo, w którym Potiomkin zalecał na posłów Michała Zabiełłę, Weyssenhofa, Trębickiego, Niemcewicza…

– Kogo? Kogo? – przepytywano, bo były to nazwiska powszechnie nieznane.

Wielki Potiomkin, najpracowitszy nałożnik wielkiej Katarzyny, kazał!!! Co znaczył Stanisław August wobec Potiomkina? Skonfundowany Plater nawet nie śmiał zipnąć; bez żadnych dyskusji, jednomyślnie i z ochotą wybrali Inflantczycy do polskiego sejmu tych, co kacapidło im wskazało. Uradowany Niemcewicz wygłosił mówkę dziękczynną, po czym wyborcy wrócili do Rosji, tłumek kandydatów do Polski, a krowy na opróżnione pastwisko.

Niemcewicz nic nie rozumiał z tej cudownej promocji. Zabiełło wytłumaczył mu, co i jak: jeździł do Kijowa pokłonić się Potiomkinowi, paryskimi kawałami, opisami swych miłosnych chwytów bawił wiecznie znudzonego potentata. Pisnął raz, że ma ochotę posłować, dostał ów list z in blanco na dalsze pięć nazwisk. Tam, na łące, dopisał Niemcewicza – przez wdzięczność za powrót z Wiednia.

– Więc to dzięki Potiomkinowi zostałem posłem – rozmyślał Niemcewicz.

Wesół jak ptaszek wpadł do Sokołów, obwieścił swój sukces. Pan Marceli aż stęknął: jego Stanisław August nie chciał zaprotegować, rodzony syn go ubiegł. Klęska kandydatów królewskich pocieszyła nieco pana Marcelego:

– Dobrze tak starej prukwie – wołał.

Julianek obiecał rodzicom, że im wstydu milczeniem nie przyniesie, że kilkanaście oracyj wygłosi i zaraz po skończonym sejmie – a więc w grudniu, styczniu najdalej – przyjedzie zdać im dokładną relację. Pani Jadwiga żegnała z dumą swego pierworodnego posła, mówiąc:

– No, nareszcie będziemy mieli sejm do rzeczy!”

Tak to działało w okresie Sejmu Czteroletniego i Konstytucji 3 maja. I tak to działa dziś. Nie ma więc powodu, by twierdzić, że w okresie tworzenia się unii polsko-litewskiej było inaczej. Nie było inaczej. To prawda, że czasy się zmieniają, ale natura ludzka jest niezmienna. Opinie, że jakiś szlachetka może zerwać sejm, bo jest warchołem i coś mu odbiło, należy włożyć między bajki. Nikt tak polityki nie uprawia i nigdy tak to nie działało, bo to oznaczałoby, że plany i zamierzenia wielkich panów może pokrzyżować pierwszy lepszy poseł poprzez swoje veto. Nie! Ówcześni posłowie nie byli głupkami. Byli co najwyżej pozbawieni skrupułów i przekupni. Ale to nie jest zjawisko, które występowało tylko w dawnej Polsce. Ono było powszechne w całej ówczesnej Europie, a dziś jest – w całym świecie. U nas najlepszym dowodem tego, że zwykły poseł nic nie może, był poseł Majka. Szczery patriota, składał interpelacje poselskie, dotyczące najbardziej drażliwych spraw i co? I nic. Jak grochem o ścianę. Nikt nie zwracał na niego uwagi, a jego interpelacje zbywano. Tyle może poseł, zwykły poseł.

Ludwik Węgierski wytyczył pewien szlak: w zamian za sukcesję swojej córki do polskiego tronu nadał przywileje szlachcie. Podobnie postąpił Jagiełło, który chciał zapewnić sukcesję swojemu synowi. I nie był on ostatnim z polskich królów, którzy w zamian za własne, doraźne korzyści wzmacniali wpływy magnaterii, kryjącej się pod ogólnym pojęciem szlachty. Demokracja szlachecka demokracją szlachecką, a ktoś musi rządzić. Polska magnateria, a w ślad za nią litewska, bojarska, przepoczwarzona w polską, szybko, na długo wcześniej, dostrzegła zalety demokracji, o której angielski polityk, alkoholik z cygarem w gębie mówił: Demokracja jest najgorszym z ustrojów, bo przed wyborami trzeba płaszczyć się przed motłochem, ale nikt nie wymyślił lepszego ustroju, żeby wybrani nie odpowiadali za swe czyny. W ten sposób w demokracji mamy władzę zbliżoną do boskiej. Tylko Bóg nie odpowiada przed nikim za swoje czyny. Gdyby był wiedział, że tak pogardzani przez niego Polacy, na kilka wieków przed nim odkryli „zalety” demokracji, to może miałby o nich inne zdanie. W demokracji szlacheckiej magnateria uprawiała swoją politykę i nikt nie mógł je pociągnąć do odpowiedzialności, bo przecież to ten „debilny poseł” zerwał sejm. My chcieliśmy dobrze, ale cóż, jak demokracja, to demokracja. Takie reguły gry.

Powstał więc mit tego Polaka, szlachcica, warchoła, który, z nieznanych racjonalnemu rozumowi przyczyn, zrywał sejmy. No i jeszcze ten polski wynalazek – „liberum veto” i żądanie jednomyślności. A to, że dzisiaj unia europejska wymaga w wielu sprawach również jednomyślności, to tego już nikt nie widzi i nie ocenia, że to nienormalne. Kafka chyba przekręca się w grobie. Nie było jednak tak, że zawsze wymagano jednomyślności. Istniało w tej dawnej Rzeczypospolitej coś takiego jak sejm skonfederowany, który podejmował decyzje większością głosów. I taki skonfederowany sejm uchwalił Konstytucję 3 maja. Ale wcześniej…

„Państwowe dochody Polski wynosiły rocznie 18 milionów, prywatne króla – 10 milionów złotych; wojsku można było nie płacić, bez armat się obejść, ale nałożnice monarsze musiały otrzymać żołd akuratnie, nowe bohomazy w Łazienkach przybywać. Stanisław August miał długów powyżej uszu, bał się, że przy pierwszej o tym wzmiance opozycja wrzaśnie: Veto! I sejm rozejdzie się po kościach, nie uchwaliwszy mu żadnego sukursu. Szermując tedy potrzebą ustanowienia wojska i podatków, prosił usilnie przełaskawą Katarzynę o pozwolenie zawiązania konfederacji.

Carowa, przyzwyczajona, że Polacy leżą przed nią plackiem, upewniła Stackelberga, że i obecny sejm będzie mu posłuszny jak piesek – zezwoliła. – Ostatecznie, myślała, jeśli te niechlujne Polaczyszki zdobędą się naprawdę na wystawienie nieco wojska – tym lepiej, nic to nie będzie kosztować, a w razie kiepskiego obrotu wojny z Turcją może się przydać…

Siódmego października, jak zawsze w pierwszy poniedziałek po świętym Michale, nastąpiło otwarcie skonfederowanego sejmu. Marszałkiem obrano prawie jednomyślnie Stanisława Małachowskiego, zwanego polskim Arystydesem, co nie było znowuż tak wielką pochwałą; każdego nieprzyłapanego na grubszym złodziejstwie zwano wtedy w Polsce Arystydesem. Było ich w całym kraju aż kilkunastu.” – Karol Zbyszewski Niemcewicz od przodu i tyłu.

Tak więc wmawia się nam, że jesteśmy narodem pieniaczy i warchołów, że nasi przodkowie stworzyli ustrój nie przystający do ówczesnej rzeczywistości, że wywoływaliśmy powstania. A prawda jest taka, że taki ustrój, jaki miała I RP, był wynikiem gry interesów panujących i magnatów. Po śmierci Kazimierza Wielkiego, przez 400 lat, Polska miała tylko dwóch polskich królów. Po unii z Litwą magnaterię polską zastąpiła bojarska magnateria litewska. Wielkie prywatne majątki ziemskie w Polsce były stosunkowo skromne i znacznie ustępowały potężnym latyfundiom Litwy. To była nie tylko dysproporcja w wielkości majątków. Za tym szla również przewaga finansowa, a za nią polityczna. Korona została zdominowana przez Wielkie Księstwo Litewskie – mozaikę narodowości. Polska stała się państwem wielokulturowym, w którym Polacy stanowili tylko część jej mieszkańców, a ich wpływ na politykę i losy państwa malał z upływem czasu. Nawet ta szlachta, która niby o wszystkim decydowała, była, po mariażu z litewską, tylko w części polską.

Skąd więc u krakowskich panów było takie „Drang nach Osten”? Czyżby nie zdawali sobie sprawy z tego, że potęga litewskich bojarów daleko przewyższa ich możliwości i że łączenie się z silniejszym przesądza o ich losie? Może więc w grę wchodziły inne czynniki. W tamtych czasach wielu spośród magnatów było duchownymi, biskupami. Gdy spogląda się na mapę Europy, to widać, że Polska to takie miejsce, w którym otwiera się brama na wschód. Od Bałtyku i Karpat ten niż polski rozszerza się tak, jak otwierające się wrota. Wcześniej morze i góry ścieśniają przestrzeń i ekspansja jest utrudniona. Bo jak to robić z pozycji Czech czy Austrii? Góry przeszkadzają. A tu szeroki krajobraz i kraje do nawrócenia na wiarę łacińską. Czy to był główny motyw krakowskich panów? Wszak pierwszym warunkiem, jaki oni postawili Jagielle, było przyjęcie obrządku łacińskiego i narzucenie go Litwie. A stąd droga na Moskwę otwarta.

Jakie były prawdziwe motywy dążenia do tej unii? Tego pewnie nie dowiemy się. A jakie były skutki? Tu też opinie będą różne. Ci, którym bliższe sanacyjne koncepcje federacyjne, będą szukać w unii pozytywów. Ci o narodowej orientacji będą bardziej krytyczni. Różnie można na to patrzeć. Władysław Konopczyński w książce Dzieje Polski Nowożytnej pisze:

„Na podkładzie sielskiego, ziemiańskiego żywota w przestworzach wschodnich, przy ekstensywnej gospodarce, wśród bezmiaru pól, gajów, łąk i wód rozwinęła się iście polska beztroskliwość i obojętność na wszystko, co nie zagraża wprost naszemu domowemu szczęściu. Bez wielkich namiętności, bez całopalnych ofiar, bez tragicznego szamotania się z losem, bez targających duszę wątpliwości płynęło miękko życie staropolskie. Rozrzedzona ludność żyła jakby jakąś rozrzedzoną kulturą. Nie było tam ani śmiertelnej walki, ani intensywnej na miarę zachodnią pracy. Zarówno napięcie jak i intensywność pracy pozostały w tyle poza Europą. Nazywając rzeczy po imieniu – rozwinęło się lenistwo i niedbalstwo; z kolei przyszły wojny dzikie, niszczące, z nieprzyjacielem na ogół niższym kulturalnie – Moskalem, Turkiem, Tatarem, Kozakiem. Wojna w ogóle nie jest szkołą pracy kulturalnej, a tym bardziej taka wojna, w której od przeciwnika niczego nie można się nauczyć. Stąd jeszcze jedna pobudka do lenistwa i do życia z dnia na dzień. Czy słyszał kto o jakich cudach świata wzniesionych polską ręką przez wiek XVII lub XVIII, o czymś, co by mogło iść w paragon z tworami pracy francuskiej, holenderskiej, włoskiej, niemieckiej, angielskiej? Albo, pytając jeszcze dobitniej: jeżeli twory takie nie mogły powstać wśród ciągłych wojen (80 lat wojennych w ciągu samego XVII wieku) – to czy słychać, aby ktokolwiek z apologetów dawnej Rzeczypospolitej, jakiś Łukasz Opaliński, Starowolski czy Pęski chlubił się pracowitością i twórczością rodaków? Raczej dzielnością, raczej swobodą i wszystkim innym!

Z lenistwem rąk roboczych szło w parze lenistwo myśli i woli. Wyłazi ono wszędy – przez dziury i łaty sejmowego prawodawstwa, przez niejasne, nieśmiałe konstrukcje myślicieli politycznych, przez źle przemyślane projekty polityczne. Sangwiniczna natura Polaka starej daty zdobywała się łatwo na górne wzloty; szczytnością ideałów prześcignęliśmy świat cały, że wspomnieć tu choćby ową jednotę miliona dusz, owo budowanie gmachu państwowego na dobrej woli suwerennych atomów. Ale jak było z urzeczywistnieniem ideału? I co sądzić o samowiedzy krytycznej społeczeństwa, któremu wystarczył ideał odświętny, pieścidło myśli i uczucia zamiast ideału wcielonego wieloletnim wysiłkiem woli? Przez lenistwo raczej niż przez nieuczciwość tumaniono siebie wspaniałym gestem i pięknym frazesem, gdy na dnie duszy rozrastało się nie kontrolowane świadomością obywatelską sobkostwo. Obywatel epoki saskiej wprost stracił wyobrażenie, czym jest niepodległość, co ona warta, jakich ofiar materialnych i duchowych wymaga jej obrona!”

To, o czym pisze Konopczyński dotyczyło 10% populacji, czyli szlachty. Cechą charakterystyczną tej unii było to, że pozycja szlachty cały czas ulegała wzmocnieniu kosztem pozostałych klas. Mieszczaństwo wypierane przez Żydów kurczyło się. Chłopi byli praktycznie niewolnikami. Po 200 latach unii Polska była bardziej rolniczym krajem niż przed nią. Wiele się zmieniło w Europie przez ten czas. Pojawiły się monarchie absolutne, w których władza królewska dominowała. Tak było m.in. w Prusach i w Rosji. Tam powstawały armie oparte na poborze powszechnym, regularne, dobrze wyszkolone i liczne. A w unii polsko-litewskiej czas zatrzymał się. Nadal obowiązywało pospolite ruszenie. To nie mogło się dobrze skończyć.

Wielkie Księstwo Litewskie było pod względem obszaru wielkim państwem, sięgającym od Morza Bałtyckiego do Morza Czarnego. Było też państwem wielokulturowym i tę wielokulturowość wniosło do unii. Korona była znacznie mniejsza. Nie należy jednak zapominać o tym, że w momencie tworzenia się unii personalnej w 1385 roku dynastia Jagiellonów była chyba najpotężniejszą w Europie. Podlegały jej Węgry i przez nie sięgała aż do Adriatyku. Później to się zmieniło. Została Korona z Litwą i dominacja WKL w tym związku. W związku, w którym naród polski rozmył się w wielkich przestrzeniach wschodu. Sama ekspansja nie jest niczym złym, tyle że jest ona dobra w momencie, gdy populacja jest liczna. W przypadku Polski taki warunek nie zachodził. Po najazdach mongolskich w XIII wieku Polska wyludniła się. I nie zdołała się odbudować w sensie demograficznym w ciągu jednego wieku, a więc do czasu unii z Litwą. Inna sprawa, że ta ekspansja nie była żadną ekspansją, której celem było zdobycie i podporządkowanie sobie jakiegoś terenu i ludzi, tylko podzielenie się z nimi własnym dorobkiem. Tak na zdrowy rozum, to chyba jakaś paranoja. Jeśli jednak uwzględni się, że cel mógł być zupełnie inny, to wtedy nabiera to sensu.

Początkowy sojusz obu państw, mający na celu obronę przed krzyżacką nawałą, miał sens. Był korzystny dla obu stron, bo Krzyżacy zagrażali obu krajom. Po usunięciu tego zagrożenia taka ścisła współpraca nie była już konieczna. Nowe zagrożenie ze strony Moskwy bardziej obchodziło Litwę niż Polskę, dla której ważniejsze powinno było być odzyskanie utraconych ziem na zachodzie. To był polski żywotny interes. Pchanie się na wschód oznaczało rezygnację z ziem, na których mieszkała ludność polska i dobijanie się do tych, gdzie takowej nie było. Skutek był taki, że rozrzedzała się ludność polska i Polski i Polaków w Polsce było coraz mniej. I tak zostało do dziś. To jest według mnie najpoważniejsza konsekwencja unii polsko-litewskiej.

Czy jednak doszłoby do niej i w takiej formie, jak to miało miejsce, gdyby nie pewne wady ustrojowe ówczesnego państwa? Polska już przed unią wyróżniała się na tle ówczesnej Europy liczebnością stanu szlacheckiego i jego wpływem na władzę królewską. O wiele łatwiej jest zdominować taką klasę i wysługując się nią, sprawować faktyczną władzę, niż w przypadku wąskich elit, które, w walce o nią, wyrzynały się (Wojna Dwóch Róż). Ten kto przetrwał, ten rządził. Tak to działało w tamtych czasach. W przypadku wąskich elit można było mówić o jakiejś polityce i konsekwentnym jej realizowaniu. W Polsce taka możliwość nie zachodziła.

Drugim charakterystycznym elementem ustroju tej dawnej Polski, który zaważył na jej losach, była konfederacja. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN tak ją definiuje:

Konfederacja – związek zawiązywany na pewien okres przez poszczególne stany (szlachtę, duchowieństwo lub miasta) dla osiągnięcia własnych określonych celów. Konfederacja działała w zastępstwie władzy państwowej lub dążyła do wymuszenia na niej określonych postulatów, których organy władzy państwowej nie mogły lub nie chciały realizować; stanowiła ona element ustroju feudalnego. Pierwsze konfederacje w Polsce wystąpiły pod koniec XIII wieku. Były zawiązywane przez miasta w celu zapewnienia bezpieczeństwa na drogach. W połowie XIV wieku pojawiły się konfederacje szlacheckie skierowane przeciw władzy centralnej, np. konfederacje szlachty wielkopolskiej pod wodzą Maćka Borkowica (1352), czy konfederacja prohusycka Spytka z Melsztyna (1439). Specjalny charakter miały konfederacje piotrkowskie (1406-07) w Małopolsce, zawiązane w obronie przed roszczeniami duchowieństwa (sprawy dziesięcin, sądownictwa duchownego). W miarę rozwoju parlamentaryzmu stanowego konfederacje zanikały. Pojawiły się znowu w drugiej połowie XVI i w XVII wieku. W okresie bezkrólewi formą władzy były konfederacje zwane kapturami (np. k. z 1572 po śmierci Zygmunta Augusta), mające na celu obronę porządku wewnętrznego i zabezpieczenie państwa na zewnątrz. W warunkach oligarchii magnackiej konfederacje występowały często przeciwko królowi (k. szczebrzeszyńska, tarnogrodzka, barska, targowicka). Konfederacje nie uznawane przez króla uważano za bunty, czyli rokosze. Często zawiązywano tzw. konfederacje generalne obejmujące większość lub wszystkie województwa Rzeczypospolitej. Władzą wykonawczą konfederacji była obieralna generalność, na czele z marszałkiem, mającym u boku tzw. konsyliarzy. Organem naczelnym konfederacji była walna rada, wybierana przez sejmiki konfederackie. Uchwały konfederacji podejmowano większością głosów.

Tyle encyklopedia. Oczywiście słowo “konfederacja” ma też drugie znaczenie. To związek państw. Być może sama idea nie była zła, ale, jak pokazała historia, wypaczono ją. Wydaje się, że był to oryginalny polski wynalazek, jednak obcy skwapliwie go wykorzystali przeciwko pomysłodawcom.

Może to szczytna idea, że rządzeni (liczna szlachta) mają prawo patrzeć władzy na ręce i w razie potrzeby sprzeciwiać się i zawiązywać konfederacje, ale można to robić we własnym gronie ludzi współpracujących ze sobą i czujących zalety tego typu rozwiązań, ale gdy dopuszcza się do tego obcych, albo gdy rządzeni stają się coraz bardziej zachłanni w swoich żądaniach, albo jedno i drugie, do czego w końcu doszło, to kończy się to tragicznie.