Dyktator

Od jakiegoś już czasu zastanawiałem się nad zacytowaniem dłuższego fragmentu z pracy Tadeusza Gluzińskiego (1888-1940) Odrodzenie idealizmu politycznego (1934), fragmentu poświęconego tytułowi moralnemu władzy. Moje wątpliwości wynikały z tego, że tekst jest, w moim odczuciu, raczej trudny w odbiorze, a sam temat – dość abstrakcyjny dla osób „niewtajemniczonych”. Łatwiej cokolwiek zrozumieć, gdy można podać jakiś przykład, ułatwiający ogarnięcie problemu. Niestety nic mi nie przychodziło do głowy, czytałem te fragmenty i książkę odkładałem. Jeszcze nie teraz – myślałem. Aż tu nagle olśnienie przyszło z… Białorusi! Niedzielne (9 sierpnia) wybory, które wygrał bezapelacyjnie urzędujący prezydent Łukaszenka, zapoczątkowały falę protestów niezadowolonej opozycji, która oskarżyła władzę o sfałszowanie wyniku wyborów.

Nie da się ukryć, że Aleksander Łukaszenka jest postrzegany przez wielu jako dyktator, co chyba nie do końca jest prawdą. Nawet jeśli rządzi on twardą ręką, to nie jest klasycznym dyktatorem, takim jak Mussolini czy Hitler. Obaj ci panowie na żadne wybory nie pozwalali, a Łukaszenka – jak najbardziej! Mussolini zresztą dokładnie wyjaśnił, co on myśli o wyborach i demokracji i uzasadnił to, a ja przywołałem jego słowa w blogu „Faszyzm”.

Tak więc to, z czym mamy obecnie do czynienia na Białorusi, to to, czy Łukaszenka ma tytuł moralny do władzy? Nikt oczywiście nie nazywa tego problemu po imieniu, bo dla rządzących samo słowo „moralność” jest bardzo niewygodne. Zwolennicy demokracji uważają, że on nie ma takiego tytułu, bo oni tak uważają. To, że wygrał wybory, chyba już po raz siódmy, wcale ich nie zraża: dyktator fałszuje je i tyle. A więc demokracja jest dobra wtedy, gdy wygrywa nasz i, parafrazując słynną sentencję z komedii Sami swoi (Sądy sądami a sprawiedliwość musi być po naszej stronie), należałoby powiedzieć: wybory wyborami a wygrać musi nasz.

Najwyraźniej odmiennego zdania jest naród białoruski, który mówi: Owszem, Łukaszenka rządzi twardą ręką, ale my się na to zgadzamy. Odpowiada nam taki dyktator. Oczywiście Białoruś nie jest monolitem i tam również są zwolennicy „demokracji”, ale nie są zbyt liczni. Z kolei Łukaszenka zdaje sobie sprawę z funkcji, jaką pełni i jaką zaakceptował naród i stara się dbać o jego interesy jako całości, nie dopuszczając do tego, by jakaś warstwa społeczna zdominowała resztę. Przyjął na siebie rolę ojca narodu i tak jest postrzegany. Relacje jakie zachodzą pomiędzy narodem białoruskim a jego prezydentem, to, poza wyborami, klasyczny… faszyzm! A fe! Jak tak może być! Przywódca i jego naród stanowią jedność. Tak tylko może być w „narodzie wybranym”. Ten naród nie znosi konkurencji. I stąd takie ujadanie.

Temu problemowi, tytułowi moralnemu władzy, przygląda się w swojej pracy Tadeusz Gluziński. Był on jednym z założycieli Obozu Narodowo-Radykalnego (1934). Jednak większość swoich książek wydawał jako Henryk Rolicki. Uważał, że obecnie tj. w 1934 roku nie ma możliwości powrotu do tytułu władzy z Bożej łaski, co w cytowanym tekście uzasadnia, ale taki tytuł moralny mogą rządzący uzyskać, gdy rządzeni ich zaakceptują, a oni będą rządzić w interesie rządzonych zgodnie z ich oczekiwaniami. Gdyby zaś rządzeni uznali, że rządzący nie spełnili ich oczekiwań, to ci ostatni dobrowolnie zrezygnowaliby. Przyznam, że gdy czytałem to, to wydawało mi się, że Gluziński za bardzo „odleciał”. Ale on nie „odleciał”. Pisał to w 1934 roku. Wtedy to była czysta teoria, ale wtedy! On opisał przypadek Białorusi. Rządzący, w tym wypadku Łukaszenka, poddaje się poprzez wybory, pod osąd rządzonych, czyli narodu białoruskiego. Gdyby wynik wyborów był dla niego niekorzystny, to pewnie ustąpiłby. I tu znowu wkraczamy w teorię, bo naród białoruski najwyraźniej wyczuwa intuicyjnie, że lepsze jest wrogiem dobrego i nie chce sprawdzać, czy w razie przegranej Łukaszenka zrezygnowałby. I w tym momencie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko oddać głos Gluzińskiemu, którego cytowana przeze mnie praca uważana jest za jego najwybitniejsze dzieło. A pisze tak:

»Co to są rządy autorytatywne? Jest to ustrój, w którym rząd posiadać ma bezwzględny „autorytet” i prowadzić sprawy państwowe „autorytatywnie”, czyli nie pytając się o „wolę ludu”. Rząd taki otoczony bywa z reguły przez doradców niezbyt wielu, którzy wraz z nim stanowią szczupłe grono osób, w państwie decydujących. To grono różnie nazywało się w dziejach; za czasów greckich zwało się oligarchią. W wiekach średnich byli to dworacy panujących, w monarchiach XVIII i XIX w. mówiono o kamarylach dworskich; w systemie powojennych rządów „autorytatywnych” to koło wtajemniczonych w sprawy państwowe i dopuszczanych do ich rozstrzygania mieni się chętnie „elitą rządzącą”.

Widzimy więc, że system rządów autorytatywnych – to w zasadzie nic nowego. Ma on wielu przodków w historii. Nie interesują nas w tej chwili jego przodkowie starożytni, z którymi niewiele więcej ma wspólnego niż nowoczesna demokracja z demokracją grecką czy rzymską: musimy jednak cofnąć się w przeszłość, by móc istotę rządów autorytatywnych ogarnąć w całej pełni.

Panujący chrześcijańscy w Europie średniowiecznej i aż po rewolucję francuską panowali „z Bożej łaski”; było to zgodne z nauką Kościoła, że „władza od Boga pochodzi”. Wiara w to, że panujący sprawuje swą władzę z Bożej łaski, nie była frazesem; gorąca wiara ludów chrześcijańskich nadawała dostojeństwu monarchy aureolę religijną, której widocznym wyrazem był akt namaszczenia przy koronacji. W ten sposób władza monarsza uzyskiwała tytuł moralny, na podstawie którego mogła rozkazywać poddanym. Tym tytułem moralnym zachwiała już po trochu reformacja, lecz i ona uczyniła panującego głową kościoła, dając mu przez to tytuł do „rządu dusz”. Ten „rząd dusz” mógł oczywiście istnieć tak długo, póki lud, mimo odszczepieństwa od Kościoła rzymskiego, zachowywał żywą wiarę w swą religię. Obalenie religii, gdziekolwiek bywało dokonane, odbierało równocześnie panującym moralny tytuł ich władzy.

Monarchowie z Bożej łaski otaczali się kołem doradców, którzy bądź to na dygnitarskich stanowiskach, bądź też jako ich nieoficjalni pomocnicy wywierali znaczny wpływ na rządy. W ten sposób powstała naturalną drogą niewielka liczba rodów mających stały dostęp do dworu; rody te najczęściej korzystały z laski monarszej i – zwłaszcza w ustroju feudalnym lub do feudalnego zbliżonym – skupiły w swym ręku wielkie posiadłości ziemskie. Tak powstały rody magnackie, predestynowane do sprawowania zaszczytnych funkcji doradców monarchy. Była to więc elita dziedziczna, pełniąca swą kierowniczą rolę od pokoleń, a blask łaski Bożej, którą obdarzony był monarcha, padał pośrednio i na nią, jako na jego wybrańców.

W ten stan rzeczy uderzyła już po trochu reformacja w tych krajach, na które wywarła swój wpływ, albowiem rozluźniła hierarchię religijną. U nas nie kto inny, jak popierający wówczas reformację Zamoyski wraz z jej jawnymi zwolennikami przeprowadził instytucję elekcji viritim, czyli przez powszechne głosowanie. Elekcja króla przez całą szlachtę musiała podważyć w Polsce wiarę w pochodzenie władzy królewskiej z Bożej łaski; w boską inspirację szlachty trudno było uwierzyć komukolwiek, zwłaszcza gdy się widziało, jak poziome nieraz względy skłaniały tłumy szlachty do głosowania na danego elekta. Tu nie mogła już nawet zaradzić kościelna koronacja; toteż od czasu wprowadzenia elekcji viritim upadek autorytetu władzy królewskiej szedł w Polsce szybkim krokiem.

Cios śmiertelny monarchom chrześcijańskim zadał naprawdę dopiero wiek XVIII, tzw. wiek „oświecenia”. Nowinki antyreligijne, szczepione w lożach wolnomularskich i zawzięcie przez nie propagowane, jako istota prawdziwego „oświecenia”, pozbawiły na ogół wiary religijnej najwyższe koła społeczeństwa; w pochodzenie władzy monarszej z Bożej łaski traciła wiarę elita rządząca, otaczająca monarchę, a zazwyczaj i on sam. Panujący i otoczenie jego poczuli się nagle bez tytułu moralnego do sprawowania rządów. Co robić? Czy zrzec się uprzywilejowanego stanowiska? A czy kto inny – poza nimi – miałby lepszy tytuł do sprawowania władzy? Postanowili więc trwać na pozycji. Zrozumieli jednak, że utrzymanie się na niej teraz – to tylko kwestia siły. Oto geneza „oświeconego absolutyzmu”.

Aby spokojnie – w ich mniemaniu – dzierżyć władzę, musieli panujący związać ze sobą mocno otoczenie mające wpływy w kraju, poza tym zaś okiełznać i opanować te żywioły i te organizacje, które mogłyby zmierzać do obalenia tronu. Dlatego to w owym czasie rośnie niepomiernie na dworach wpływ możnowładców; odtąd bowiem nie łaska Boża za pośrednictwem monarchy spływa na nich, lecz oni stają się podporą tronu. Monarcha teraz wie, że w dużej mierze zależy od nich; z drugiej strony woli żyć w zgodzie z organizacjami wolnomularstwa, które „oświeceniem” pozbawiło go wiary w jego Boskie posłannictwo, a otoczenie jego potrafiło wciągnąć go do swych lóż. Toteż monarchowie XVIII w. chętnie sami wchodzą do masonerii i obejmują nawet protektorat nad jej lożami, jak Fryderyk Wielki, Józef II austriacki, Katarzyna II czy Aleksander I. Naśladował ich skwapliwie Napoleon I, a potem Napoleon III. Inni znowu, jak Ludwik XIV, a potem Ludwik XVIII i Karol X we Francji poprzestają na zachowaniu życzliwej neutralności wobec lóż.

„Oświecony absolutyzm” – to system rządów autorytatywnych, w którym fundamentem władzy jest z jednej strony przyzwyczajenie poddanych do dziedzicznej monarchii i do dziedzicznych przywilejów elity rządzącej, z drugiej zaś po prostu siła. Polityką monarchii kieruje teraz kamaryla dworska, a spoza niej rządzą loże. Rządy siły stają się jaskrawsze, gdy do władzy dochodzi parweniusz, wyniesiony przez rewolucję, jak Napoleon I i pomianowani przezeń królowie, a później Ludwik Filip i Napoleon III. Charakterystycznym objawem takich rządów jest tworzenie na gwałt nowej arystokracji, nowej kamaryli dworskiej, by panujący-dorobkiewicz miał się na kim oprzeć.

Przestawszy być z Bożej łaski, musiał panujący zacisnąć pięść i rządzić mocno; w przeciwnym wypadku zazwyczaj padał ofiarą rewolucji, jak Ludwik XIV i Karol X we Francji. Toteż okres „oświeconego absolutyzmu” cechują na ogół rządy silne i nie dbające o opinię poddanych. Opóźniało to wprawdzie rewolucję, ale stwarzało dla niej podatny grunt. Nie będziemy w rozbracie z prawdą, gdy powiemy, że rządy Świętego Przymierza po upadku Napoleona Wielkiego przygotowały rewolucje „wolnościowe” 1848 r. w Europie. Z przepaści, jaka się wytworzyła między elitą rządzącą a poddanymi, skorzystało węglarstwo; rewolucje 1848 r. były rozgrywką i próbą sił i przeważnie zakończyły się kompromisem, czyli monarchią konstytucyjną. Odtąd elita rządząca ustroju autorytatywnego coraz bardziej bywa wypierana, a rządy przechodzą stopniowo w ręce demokracji i pod sztandarami jej doktryn bywają sprawowane. Cesarstwo niemieckie jest pierwszym państwem wprowadzającym u siebie powszechne głosowanie do parlamentu, za nim idzie królestwo włoskie, a potem monarchia Habsburska.

Po wojnie światowej doktryny demokratyczne zwyciężają w całej niemal Europie i odtąd liczni panujący bezczynnie pędzą czas na wygnaniu. Także i wszystkie nowo powstałe państwa przybierają ustrój liberalno-demokratyczny. Rażąco od tych zmian odbija tylko porewolucyjny régime w Rosji. Oto w okresie największego wyuzdania wolności demokratycznych powstaje system rządów trwałego terroru i – o dziwo! – powitany zostaje radośnie przez znaczną część pionierów demokracji, przez socjalnych demokratów w innych krajach. Co to ma znaczyć? Niewątpliwie poparcie, udzielone bolszewizmowi przez socjalno-demokartyczne organizacje reszty Europy, umożliwiło mu utrwalenie się w Rosji i – gdyby nie zwycięstwo polskich wojsk nad Wisłą – zalałoby bolszewickim potopem całą Europę. Któż to organizował strajki w Europie, by uniemożliwić dostawy amunicji dla Polski, broniącej się przed bolszewicką nawałą? Czyżby system rządów demokratycznych niekoniecznie musiał być od systemu rządów autorytatywnych oddzielony niezgłębioną przepaścią? Czyż to, że pod pokrywką komunizmu doszli do władzy w Rosji żydzi, miałoby wystarczyć wszystkim uczniom Marksa do zapomnienia o doktrynach wolności i równości, by połączyć się z Moskwą w szaleńczym uniesieniu? Przecież system rządów sowieckich na wskroś był i jest przeciwstawny wszelkim doktrynom demokracji! Cóż bowiem wspólnego z wolnością jednostki, tak zapalczywie bronioną wszędzie przez socjalnych demokratów, cóż wspólnego z kontraktem społecznym Rousseau’a miały milionowe rzezie, dokonywane przez czerezwyczajkę czy GPU? Cóż wspólnego z równością miało ograniczenie już nie praw politycznych, ale po prostu praw ludzkich li tylko do członków partii komunistycznej? Cóż wspólnego z braterstwem miało urzędowe wymordowanie setek „braci”, kadetów i socjal-rewolucjonistów? Przecież bolszewizm stworzył system rządów autorytatywnych w najpełniejszym znaczeniu tego określenia; rząd bolszewicki w kraju nie liczył się z nikim i niczym. Najlżejsza opozycja czy oddanie siebie i rodziny wprost w ręce kata – to było to samo. Elita rządząca państwa sowieckiego oparła się jedynie na sile; siła stała się otwarcie jedyną legitymacją prawną i moralną bolszewickiej władzy.

Zupełnie odmienny typ rządów autorytatywnych pojawił się w roku 1922 we Włoszech, jako rządy faszyzmu. Faszyzm objął rządy w wyraźnym przeciwstawieniu do roboty wolnomularskiej, socjalistycznej i komunistycznej, natomiast całą siłą oparł się na narodowych uczuciach mas. Zerwał również w sposób stanowczy z tradycjami walki z Watykanem, zawierając zanany konkordat, dzięki czemu doszło do nawiązania stosunków oficjalnych między rządem włoskim a papiestwem.

Obecny rząd włoski z niemal dyktatorską władzą Mussoliniego i ze ściśle hierarchicznym ustrojem narodu włoskiego, uosobionego w partii faszystowskiej, należy niewątpliwie do typu rządów autorytatywnych. Od „oświeconego absolutyzmu” odróżnia go od razu zewnętrznie fakt, że tu nie panuje monarcha, lecz ktoś inny, przy zachowaniu całej dekoracji monarchicznej. Następnie rządy faszystowskie nie są wcale nastawione niechętnie wobec „ludu”, czyli narodu, lecz najsilniej właśnie o naród usiłują się oprzeć. W końcu nie są to rządy przemocy, przeświadczone o tym, że ona stanowi jedyny ich tytuł do sprawowania władzy, lecz rząd Mussoliniego widzi tytuł moralny swej władzy w tym, że uważa się za prawdziwego przedstawiciela narodu włoskiego, jako całości.

Również i rząd narodowych socjalistów w Niemczech stał się wyrazem dążeń narodowych w tym kraju; musimy go także zaliczyć do typu rządów autorytatywnych, bo wprowadził dyktaturę Hitlera i hierarchiczną strukturę narodu. Hitleryzm ma mistyczne pojęcie o swej misji dziejowej, jako rasowego odnowiciela narodu niemieckiego. Tę misję, nie zaś przemoc czy siłę, uważa on za tytuł moralny swych rządów. Nawiązując do pogańskiej, starogermańskiej tradycji, stwarza on w Niemczech coś w rodzaju powrotu do wierzeń przed wiekami przebrzmiałych, przedchrześcijańskich, aby władzy dyktatorskiej wodza nadać jakieś znamię „łaski bogów”, jakiegoś nadprzyrodzonego pochodzenia. W tym rozumieniu (nigdy zaś w innym) rządy Hitlera zbliżają się do typu rządów średniowiecznych, gdy to monarcha panował „z Bożej łaski”. Podczas gdy faszyzm tkwi całkowicie w przedwojennym nacjonalizmie o podkładzie racjonalistycznym, narodowy socjalizm przy zastosowaniu całego aparatu niemieckiej naukowości i pseudonaukowości napoił się mistycyzmem dziejowym, do którego naród niemiecki od dawna ma skłonność. Wiara w rasowe posłannictwo narodu niemieckiego nie ma z racjonalizmem nic wspólnego.

Rządy autorytatywne mogą mieć różną treść i rozmaite tytuły moralne; mogą być także tej treści i tytułu pozbawione. Wtedy stają się czczą formą zorganizowanego przymusu. Cokolwiek by można powiedzieć, to w każdym razie nie autorytatywność rządów jest istotą przemian dokonywujących się w oczach naszych we Włoszech, w Niemczech i w innych krajach Europy, a także i u nas. Między rządem hitlerowskim a rządami liberalno-demokratycznej republiki francuskiej z okresu 1918 r. istnieje większe podobieństwo niż między rządem faszyzmu a rządem autorytatywnym Rosji sowieckiej. Nie forma bowiem rozstrzyga o pokrewieństwie systemu rządów, lecz treść, dla której ona jest szatą zewnętrzną.

Forma, w jakiej następuje uzgodnienie celów rządzenia między rządzącymi a rządzonymi, jest rzeczą drugorzędną. O losach państwa decyduje nie forma tego uzgodnienia, lecz sam fakt, że to uzgodnienie istnieje w całej pełni. Jeżeli ono istnieje, wtedy rządy bez względu na swą formę opierają się na autorytecie władzy, są rządami autorytatywnymi z samej swej istoty. W braku takiego uzgodnienia zewnętrzne objawy energii rządu stworzą dlań tylko autorytet pozorny, będący przejawem mechanicznej siły. Zawsze cechować go będzie wewnętrzna słabość, ta sama słabość, którą – wbrew pozorom – odznaczały się rządy „oświeconego absolutyzmu”; absolutyzm rządzących zawalił się przecież ni stąd, ni zowąd za podmuchem rewolucji „wolnościowych”. Rządy autorytatywne, których cele nie są dla rządzonych jawne i uzgodnione z ich prawdziwym poczuciem – to „kolosy na glinianych nogach”. Czyż istniał kiedykolwiek rząd bardziej autorytatywny z pozoru, jak niedawno powalony rząd carskiej Rosji?

Prawdziwy, wewnętrzny stosunek rządzących do rządzonych – fundament moralny pod każdy ustrój państwowy; on, a nie co innego, daje formie ustrojowej najistotniejszą treść. Patrzeć się na ustrój ze strony formalnej – to nie „twórczość państwowa”, lecz martwy doktryneryzm lub układanie jakiejś mniej lub bardziej pomysłowej szarady.

Ustrój władzy w wiekach średnich zbliżał się do naszego ideału. W tytuł moralny władzy wierzyli rządzący i rządzeni. Stabilizacja ustroju trwała póty, póki reformacja, racjonalizm, a w końcu „oświecenie” nie zabrało tej wiary rządzącym. Wtedy już żadna siła nie mogła podtrzymać jej wśród rządzonych.

Ostateczny cios nie tylko tytułowi moralnemu władzy, ale już nawet poszukiwaniu go zadała etyka publiczna wolnomularstwa. Masoneria – jak wiadomo – rozprzestrzeniła się w XVIII, XIX i XX w. wśród rządzących i zdobyła sobie rozstrzygający wpływ na rządy. Do niej należały zarówno rządy „oświeconego absolutyzmu”, jak i późniejsze rządy „demokratyczne”. Organizacja wolnomularska polega na coraz to wyższym wtajemniczeniu swych członków; tajemnicą istotną jest sam cel organizacji i każde dalsze wtajemniczenie bardziej go odsłania. Stąd olbrzymie różnice między wtajemniczonymi. Ale jakaż niezgłębiona przepaść w mniemaniu „braci” oddziela ich wszystkich od ogółu tych, którzy w ogóle nie dostąpili wtajemniczenia, od „profanów”? Jeżeli wolnomularstwo gdziekolwiek opanowało rządy, jakaż nić mogła łączyć rządzących i rządzonych? W dodatku wolnomularstwo uznawało zawsze interes własnej, tajnej organizacji za cel najwyższy, służenie mu za jedyny przekaz etyczny. Tak więc, oddzielone przepaścią wtajemniczenia od rządzonych i dla dobra własnej organizacji sprawujące rządy, nie mogło dbać o żaden prawy tytuł swej władzy; dla utrwalenia jej fałszowano go świadomie. Tu mamy znowu wyjaśnienie, dlaczego w XVIII i XIX w. rozlano w chrześcijańskiej Europie taką powódź doktryn. Jedynie zabicie w mózgi aryjskie „naukowych” kołków mogło sfałszować „Nieznanym Przełożonym” tajnych związków tytuł moralny ich władzy i zapewnić jej stabilizację bez względu na ustrojowe zmiany. Rządy wolnomularstwa wykołysały w ten sposób cynizm polityczny wśród rządzących. Zasady masońskie: „interes organizacji najwyższym prawem” (jakby „salus Templi suprema lex) i w tej służbie tajemniczej druga „cel uświęca środki”, w rezultacie więc pojęcie rządów jako służby na rzecz „wielkiego sekretu” stwarzało konieczność bezustannego okłamywania rządzonych, którzy o tych celach nic wiedzieć nie mogli. W atmosferze stałego kłamstwa zanikały łatwo wszelkie skrupuły; powodzenie, z jakim uprawiano trwałe oszukiwanie rządzonych, wzmogło naturalną pogardę, cechującą i tak zwykły stosunek wtajemniczonych „braci” do „profanów”. Udane oćmienie „obywateli”, czy „poddanych”, dawało mężowi stanu czy politykowi tytuł do laurów. Obłuda i cynizm przenikają na wskroś rządy „oświeconego absolutyzmu”, jak i rządy „demokratyczne” czy socjalistyczno-bolszewickie. Zgnębiono nawet poczucie nieuczciwości takich rządów wśród rządzonych, zduszono nadzieję, by inne rządy mogły nadejść kiedykolwiek, by w ogóle były możliwe. Zakrólowała powszechnie zasada, że w rządzeniu i w ogóle w polityce nie obowiązuje żadna etyka, żadna uczciwość. Jakież to odległe od wiary w „łaskę Bożą” wieków średnich! Co najmniej tak odległe, jak wojny o źródła naftowe od krzyżowych wypraw!

Dzisiaj powrót do przeszłości, w szczególności zaś nawrót do średniowiecznych ustrojów monarchistycznych niemożliwy jest przede wszystkim dlatego, że nikt nie potrafi wskrzesić zamarłych tytułów moralnych władzy. Dziś ani rządzący, ani rządzeni nie uwierzą, by współcześnie powołany na tron monarcha miał panować naprawdę z Bożej łaski. Zbyt przyziemnie myślą dziś rządzeni, zbyt ziemskie rzeczy dzieją się na pół publicznie na monarszych dworach. Powoływanie prezydenta o tytule królewskim nie ma już nic wspólnego z instytucją średniowiecznej monarchii, której istotną cechą jest dziedziczność tronu. Tą drogą nie da się dziś stworzyć tytułu moralnego władzy w nowoczesnym państwie.

Czyż więc nie może być dzisiaj władzy opartej na tytule moralnym? Czyżby destrukcja zaszła już tak daleko?

Tytuł moralny władzy musi wyrastać ze służby jakiemuś wyższemu celowi, któremu składają ofiary tak rządzący, jak i rządzeni. Czyż istnieje taki wyższy cel, na rzecz którego każdy Polak gotów byłby do ofiary? Czy wszystko pochłonął już beznadziejnie płaski materializm?

Przypomnijmy sobie czasy bardzo niedawne. Rok 1919 i 1920 oraz 1924. W imię czego składali Polacy dobrowolnie i hojnie daninę krwi, a potem daniny materialne na utworzenie Banku Polskiego? Czy wątpił kto wtedy w istnienie narodu polskiego, czy pragnienie oddania usług narodowi nie było dla Polaka dostatecznym uzasadnieniem ofiary mienia, krwi, a nawet życia? Służba narodowi była w powszechnym wierzeniu wyższym celem, rząd, narodowi służący, opierał się na tytule moralnym, w który wierzyli wszyscy, tak rządzący, jak i rządzeni. Cokolwiek potępiającego powiemy o rządach aż do 1926 r., to musimy przyznać, że koalicyjny rząd obrony narodowej w 1920 r. oparty był na mocnym tytule moralnym.«

Ten ostatni akapit jest bardzo wymowny. We wstępie do tej książki, wydanej w 1934 roku, Gluziński pisze:

»Dziś w Polsce panuje beznadziejność. Ludzie, zniechęceni walką z przeciwnościami, pognębieni przez kryzys gospodarczy i znękani dolegliwościami codziennego życia, przestają wierzyć w przyszłość. Rezygnują z walki o lepsze jutro. „Może być gorzej, ale chyba nigdy nie będzie lepiej” – powiadają sobie. Teraźniejszość odebrała im wiarę w Polskę, splamiła błotem ideały, które dotąd zdołali ustrzec przed zbrukaniem i przechować na dnie duszy. Gdzie spojrzeć – bierność. Grzęźniemy w pesymizmie.

Skąd to zniechęcenie? Czy naród, który tak niedawno wydobył był z siebie takie skarby ofiarności, odwagi i wiary, który ma za sobą obronę Lwowa, powstanie śląskie i armię ochotniczą, ma tytuł do bezradnego opuszczania rąk? W ciągu kilkunastu lat dokonała się w nas przemiana wprost przerażająca. Z narodu, pełnego energii zdobywczej i optymizmu, staliśmy się niespodziewanie zrezygnowanym, fatalistycznym i biernym ludem Wschodu.

Tego upadku duchowego, jaki przeżywamy, nie da się wyjaśnić jakimś zbiegiem zdarzeń zewnętrznych, ani jakimś mechanicznym działaniem obcych, wrogich sił. Zło musi tkwić w nas samych. Jeżeli nie dostrzegamy go dziś z należytą wyrazistością, jeżeli nie widzimy jasno wyjścia – to gdzieś musi być jakaś zasłona, która zakrywa nam oczy. Póki jej nie zedrzemy, będziemy błądzić bezradnie.

Książka moja chce wskazać na to, że uzdrowienia stosunków u nas nie można dokonać mechanicznie, przez jakiś luźny akt wyzwolenia. Musimy zmienić radykalnie istotne podstawy naszego życia politycznego, gospodarczego, kulturalnego, przebudować nasze mieszkanie tak, aby przestało być polskie tylko z nazwy.«

Gluziński nie pisze tego wprost, ale jest to, w moim odczuciu, nawiązanie do zamachu majowego w 1926 roku. Po nim Polska była już zupełnie innym krajem. Wspomina on o daninach materialnych na utworzenie Banku Polskiego. A cóż to znowu za herezja! – Bank Polski. Bank może być tylko żydowski. O tym w jakich bólach on powstawał pisała Maria Dąbrowska w swojej książce „Rozdroże”:

»Bo – nie mówiąc o innych rzeczach – co do środków, jakich państwo chciało się od tak szafujących pięknymi frazesami sfer posiadających spodziewać, to świadectwo ich szczodrości obywatelskiej wystawia choćby Stanisław Karpiński, postać bardzo czcigodna, szlachcic, ziemianin, twórca i pierwszy prezes Banku Polskiego. W swoim Pamiętniku dziesięciolecia pisze on w r. 1924 z powodu otwarcia zapisów na akcje tego banku: „Dotychczas zapisuje się na akcje tylko inteligencja miejska: urzędnicy, nauczyciele, księża, prawnicy, lekarze, kasy przezorności, miasta i gminy… Większych przemysłowców, kupców i ziemian, wciąż brakuje”. Zaś stwierdzając pod koniec zapisów, że akcje zostały jednak pokryte, powiada: „Zwycięstwo kompletne. Cały kapitał akcyjny 100 milionów złotych zebrany. Bez udziału zagranicy i magnatów”. Zaufanie i wydatniejsze finansowe poparcie okazały warstwy posiadające dopiero rządom pomajowym. Jak się to stało, zobaczymy później. Ale i wtedy i przedtem te właśnie warstwy największych świadczeń od państwa zawsze dla siebie żądały. I niemałe też w różnych postaciach kosztem warstw innych dostawały.«

No właśnie! – „Kosztem warstw innych dostawały”. Piłsudski jest przeciwieństwem Łukaszenki. Wyjątkowa kanalia, która gardziła narodem polskim, w odróżnieniu od Łukaszenki, który swoim narodem nie gardzi, wprost przeciwnie! – dba o niego.

Stan, w którym rządzący i rządzeni działają w jakimś wyższym celu trwał w Polsce tylko kilka lat. Zamach majowy w 1926 roku wywrócił Polskę do góry nogami. Nić łącząca naród z władzą została zerwana. Dokładnie to samo chcą zrobić na Białorusi ci, którzy mieszają się w jej sprawy wewnętrzne i sieją niepokój.

Pomysły

Na kanale „cepolska” pojawił się wywiad, w którym jego gość proponował ulepszenie demokracji w ten sposób, by głosujący zostali poddani krótkiemu testowi na inteligencję: parę prostych pytań i w zależności od poprawności odpowiedzi ich głos miałby pełną lub częściową wartość.

Zastanawiam się więc, czy ci ludzie, którzy zgłaszają tego typu propozycje i inne, są tak naiwni i wierzą, że z tą demokracją to tak naprawdę? Czy może wszystkie te kanały internetowe mają za zadanie zwodzić ludzi i wmawiać im, że demokracja jest dobra tylko zastosowano jej niewłaściwy model. A gdy ten właściwy też zawiedzie, to zaproponujemy nowy i tak ad mortem defaecatam – ładnie brzmi po łacinie, nieprawdaż? Tak górnolotnie! – a to zwykłe „do usranej śmierci”. I „demokracja” ładnie brzmi, no a jakżeby inaczej! – to z greckiego, antyczne korzenie i takie tam pierdu pierdu, a w praktyce współczesna demokracja, to jedno wielkie oszustwo.

Ostatnio coraz bardziej nagłaśniana jest instytucja referendum w ramach tzw. demokracji bezpośredniej – szwajcarski patent na demokrację. Promuje się ją pod nazwą „WIR” – weto, inicjatywa obywatelska, referendum. Zanim jednak zacznie się proponować tego typu pomysły, to warto bliżej przyjrzeć się temu rozwiązaniu w Szwajcarii. Ja osobiście jestem nastawiony sceptycznie do tego typu pomysłów, bo demokracja, czy to proporcjonalna, jednomandatowa, bezpośrednia – nadal pozostaje demokracją, czyli żydowskim patentem, który ma im służyć i służy.

Może nie byłbym nastawiony tak sceptycznie do propozycji wprowadzenia w Polsce demokracji bezpośredniej, gdyby nie fakt, że kiedyś mocno interesowałem się Ruchem JOW, czyli systemem wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych, do tego stopnia, że nawet skromnie sponsorowałem go i jeden raz wziąłem udział w tzw. Marszu JOW, który był przez jakiś czas corocznie organizowany w Warszawie. Było to we wrześniu 2008 roku.

Czym innym jest aktywność internetowa, a czym innym jest rzeczywistość. Ruch JOW miał i nadal ma stronę, na której informuje o wpłatach dokonywanych przez zwolenników tej idei. W tamtych czasach miesięczne wpływy wahały się średnio od 2 do 4 tysięcy złotych miesięcznie.

Udział w Marszu JOW daję okazję do obserwacji, jak to naprawdę wygląda. Trasa marszu wiodła od Placu Zamkowego pod Sejm. W sumie trwało to około czterech godzin, bo Marsz zatrzymał się przed Pałacem Prezydenckim, by i tam przekazać swoje żądania. Uczestniczyło w nim około 200 osób. Przeważały dwa środowiska: wrocławskie (siedziba Ruchu JOW) i koszalińskie. Z Koszalina przyjechali przeważnie studenci, z Wrocławia byli to raczej ludzie starsi z szefem JOW Jerzym Przystawą. Było trochę transparentów, a młodzież od czasu do czasu skandowała: zdrowo, zdrowo, jednomandatowo! Jednak pobrzmiewało to dosyć sztuczne., a zainteresowanie mieszkańców stolicy znikome: wrześniowe sobotnie południe, słoneczna pogoda, ciepło, ale nie gorąco, przyjemnie siedzi się w kawiarnianym ogródku, a tu ktoś zakłóca spokój.

Z rozmów pomiędzy studentami dowiedziałem się, że przyjechali, bo ktoś im opłacił przejazd i fundował posiłek po zakończeniu Marszu. No cóż, dla młodych ludzi z prowincji przyjazd do stolicy i „otarcie się” o Pałac Prezydencki i Sejm, to zawsze jakaś atrakcja: zobaczyć z bliska to, co na co dzień odległe. Gdy Marsz dotarł do Sejmu, to posłowie, którzy tam byli obecni (w hotelu sejmowym) nie uznali za stosowne wyjść do tych ludzi. Jednoznacznie dali im do zrozumienia, gdzie mają takie inicjatywy.

Zorganizowanie takiego Marszu kosztuje, nawet jeśli bierze w nim udział niewielka grupa osób. Koszty przejazdu, wyżywienia, wynajęcie środka transportu dla części uczestników i przewiezienia różnego rodzaju transparentów, rekwizytów – to wszystko znacznie przewyższało dochody uzyskiwane z wpłat. Skąd więc brały się pieniądze na organizację tych Marszów? To, przyznam, zaczęło wzbudzać moje wątpliwości, co do niezależności tego Ruchu.

Sama idea organizacji wyborów do Sejmu w jednomandatowych okręgach i ordynacji większościowej wzorowana jest na angielskim rozwiązaniu. Zasadą jest to, że okręg musi być mały, wielkości powiatu i że kandydować może każdy, kto zbierze kilka czy kilkanaście podpisów i wpłaci do kasy samorządu kwotę kilku tysięcy złotych, która jest mu zwracana, gdy uzyska minimum 5% głosów. Chodzi o to, by nie kandydowali jacyś żartownisie. Z kolei okręgi są małe, by koszty kampanii reklamowej nie były zbyt wielkie. Dzięki temu, że okręgi są małe nieopłacalne jest wykorzystywanie mediów ogólnokrajowych czy nawet regionalnych do prowadzenia kampanii jakiegoś kandydata, bo on staruje tylko w tym jednym małym okręgu wyborczym.

Takie rozwiązania mają dać możliwość kandydowania ludziom, którzy nie dysponują wielkimi pieniędzmi i których wybierze lokalna społeczność. Do tego dochodzi jeszcze zasada, że wygrywa ten, który uzyska największą liczbę głosów. Nie ma żadnej drugiej tury, żadnej dogrywki, przekazywania głosów itp. Wydaje się więc, że taka ordynacja daje szanse na całkowite przemodelowanie sceny politycznej i dojście do władzy ludzi niezależnych i nieuwikłanych w różne układy. W wyniku wyborów w takiej ordynacji dochodzi przeważnie do podziału na dwie główne siły polityczne, tak przynajmniej twierdził założyciel tego Ruchu – Jerzy Przystawa. Ale jak widać na naszym przykładzie, do tego typu podziału może dojść i w ordynacji proporcjonalnej (POPiS).

Tak to wygląda w teorii i tak nas przekonywali twórcy tego Ruchu. Dla mnie jednak wszystko to za pięknie wyglądało. No bo jak to? Klasa polityczna, tak z własnej woli, zrzeknie się swoich synekur? To mnie skłoniło do uważnego przeczytania Reguły JOW, czyli kardynalnej zasady wybierania posłów do Sejmu RP. Reguła JOW brzmi trochę jak… reguła zakonna, czyli zbiór podstawowych przepisów regulujących codzienne życie zakonne. W przypadku JOW jest to siedem kardynalnych zasad wybierania posłów do Sejmu RP postulowanych przez Ruch JOW (http://jow.pl/regula-wyborcza-jow-szerszym-komentarzem/).

Punkt (zasada) 7. jest najciekawszy, bo wyjaśnia cały mechanizm wybierania kandydatów, na których będą głosować wyborcy:

7. Pierwsze wybory według zasad Reguły JOW nie wcześniej, niż pół roku po urzędowym ogłoszeniu prawa wyborczego uwzględniającego te zasady. W tym czasie następujące działania przygotowawcze: szeroka edukacja obywatelska; prezentacja niniejszych zasad i ich pożytków, w porównaniu z ordynacją partyjnych list wyborczych. Zawieranie porozumień: w okręgach, dla wyłaniania kandydatów i między okręgami, dla tworzenia ugrupowań politycznych. Prezentowanie się wyborcom, przez kandydatów.

W komentarzu czytamy:

Półroczny okres pierwszej zdecentralizowanej kampanii wyborczej (w czterystu sześćdziesięciu jednomandatowych okręgach wyborczych) pozwoli na:
– szeroką akcję edukacyjną przybliżającą nowe, prostsze zasady wybierania, eksponującą ich pożytki, w porównaniu z zasadami ordynacji partyjnych list wyborczych;
– negocjacje środowisk o zbliżonych poglądach politycznych i zawieranie w ich konsekwencji porozumień wewnątrzokręgowych wyłaniających wspólnych kandydatów;
– negocjacje środowisk akceptujących wspólne programy i zawieranie w ich konsekwencji porozumień międzyokręgowych i ogólnokrajowych w celu utworzenia ugrupowań politycznych;
– bezpośrednie prezentowanie się wyborcom przez kandydatów: niezależnych, wyłonionych w wyniku w/w porozumień, reprezentujących partie istniejące wcześniej.

Na uwagę zasługują trzy ostatnie punkty zaznaczone przeze mnie kursywą. Z nich wyraźnie wynika, że nie ma mowy o żadnej spontaniczności. Jakieś środowiska o zbliżonych poglądach wyłaniają wspólnych kandydatów. Nie ma tu mowy o tym, czy kandydaci muszą być zameldowani w danym okręgu, czy pojawią się z zewnątrz. Mają tylko przedstawić Okręgowej Komisji Wyborczej pisemne poparcie co najmniej 10 wyborców danego okręgu. Porozumienia międzyokręgowe prowadzą do powstania ugrupowań politycznych, czyli mówiąc wprost – partii politycznych. I w tym momencie dochodzi do prezentacji wyborcom „niezależnych”, wyłonionych w wyniku porozumień kandydatów i reprezentujących powstałe wcześniej partie. Jeśli następuje selekcja i wyłanianie, to znaczy, że jacyś inni kandydaci zostali odrzuceni od tego towarzystwa wzajemnej adoracji, a ci wybrani nie będą już niezależni. Tu wyboru kandydatów dokonuje się w sposób tajny, w trakcie jakichś zakulisowych porozumień. W ordynacji proporcjonalnej, przynajmniej teoretycznie, odpowiedzialni za wybór są szefowie partii.

Na samym końcu jest podsumowanie tych reguł i komentarza i jest ono wytłuszczone.

Główne efekty wprowadzenia zasad Reguły wyborczej JOW w wyborach do Sejmu RP:
– odpowiedzialność posłów przed ich wyborcami (w okręgach);
– partnerstwo władzy z obywatelami, upowszechniające wśród obywateli poczucie odpowiedzialności za dobro wspólne, niezbędne w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego;
– pozytywna selekcja kadr sprawujących władzę i stabilny rząd służący narodowi;
– w następstwie swobody kandydowania i podziału Polski na 460 JOW: decentralizacja życia politycznego, jego jawność i ożywienie, co sprzyja swobodnemu zawieraniu:
a) porozumień wewnątrzokręgowych, wyłaniających kandydatów, o największych szansach zdobycia mandatu, dla danej opcji politycznej,
b) porozumień międzyokręgowych, dla oddolnego tworzenia ugrupowań politycznych;
– zmiana charakteru partii politycznych, z wodzowskich na obywatelskie;
– utrudnienie dostępu do władzy dla ugrupowań skrajnych.

Jest to w zasadzie powtórzenie tego wszystkiego, o czym była mowa wcześniej, poza ostatnim wnioskiem: utrudnienie dostępu do władzy dla ugrupowań skrajnych. No i wszystko jasne! Demokracja demokracją, ale wybrani mają być tylko ci, których my wskażemy. Kto będzie decydował o tym, co jest skrajne, a co – nie? A więc pięknie – każdy może kandydować. Tylko co z tego, skoro i tak zostanie wyeliminowany w drodze porozumień wewnątrz i międzyokręgowych.

Autorem tej Reguły i komentarza jest nieżyjący już Jerzy Gieysztor, którego tak przedstawiono pod jej tekstem: mgr. inż. miernictwa elektronowego; jak wspomina Jerzy Gieysztor: “Ze wszystkiego się śmieje, ale jest uparty i nie ujawnia swoich poglądów” – użalał się przedstawiciel czerwonych, kiedy w roku 1977 przeciwstawiłem się władzy Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie pracowałem przez kilka dziesięcioleci; uczestnik Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW od 1998 r.

No cóż, któż mógł przeciwstawić się władzom Uniwersytetu Wrocławskiego i te władze nie wyrzuciły go? Co więcej, czuły się sfrustrowane. Chyba tylko mason albo Żyd. Swego czasu, na nieistniejącym już portalu „prawica.net”, gdzie zamieszczał on swoje komentarze, przedstawiłem mu moje wątpliwości, powyżej wyartykułowane, ale nie ustosunkował się do nich.

Tak więc, z pozoru bardzo atrakcyjna idea, przy bliższym przyjrzeniu się jej rozwiązaniom, okazuje się być zupełnie czym innym niż się ją przedstawia. Jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach. Odnoszę wrażenie, że podobnie może być w przypadku tzw. demokracji bezpośredniej.

Pod jednym z filmów reklamujących ten wynalazek https://www.youtube.com/watch?v=eRd7rxDweZY, ktoś wstawił taki komentarz:

„Demokracja bezpośrednia w Szwajcarii to fikcja podczas swirusa Nikt nie pytał społeczeństwa jakie restrykcje zastosować wszystkie decyzję podjął parlament.”

Innymi słowy: możecie decydować, ale w sprawach, które my wam poddamy pod głosowanie. Jest weto, inicjatywa obywatelska i nikt w Szwajcarii nie odważył się z tego skorzystać w sprawach tak fundamentalnych, jak prawo do swobodnego przemieszczania się czy prawo do nieingerowania w czyjś organizm (maseczki).

Demokrację bezpośrednią stręczy nam w linkowanym filmie Jan Kubań. Kubań to rzeka w Rosji. Jak dużo jest u nas nazwisk pochodzących od nazw miast, dni tygodnia, miesięcy. Tu jeszcze dochodzi rzeka i to w Rosji, co może sugerować pochodzenie. Szli do Polski z zachodu, wschodu i południa.

Żeby zrozumieć dlaczego w Szwajcarii jest tak, jak jest, to trzeba wiedzieć, że jest to największa na świecie pralnia brudnych pieniędzy. Tak nazwał Szwajcarię w swojej autobiograficznej powieści Wilk z Wall Street Jordan Belfort. Opisał w niej, w jaki sposób przemycał do Szwajcarii pieniądze z nielegalnych operacji na giełdzie amerykańskiej.

Ważne też jest to, jakie międzynarodowe instytucje mają tam swoją siedzibę. Willem Middelkoop w swojej książce WIELKI RESET Walki ze złotem i koniec systemu finansowego, Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016 pisze (wytłuszczenia moje):

„Najważniejsze międzynarodowe regulacje branży usług bankowych – zwane zasadami bazylejskimi – wciąż ustala się podczas regularnych posiedzeń Banku Rozrachunków Międzynarodowych mającego siedzibę w Bazylei. Bank ten można uważać za matkę banków centralnych. Został ustanowiony podczas międzynarodowych konferencji bankowców zorganizowanych w Baden-Baden w 1929 roku i w Hadze w 1930 roku. Początkowo miał ułatwić spłatę reparacji wojennych narzuconych Niemcom ustaleniami ujętymi w traktacie wersalskim podpisanym po I wojnie światowej, ale po hiperinflacji panującej w Republice Weimarskiej w latach 1921-1924, w 1929 roku opracowano nowy plan uregulowania niemieckich zobowiązań z tytułu reparacji.

W latach 1933-1945 w jego zarządzie zasiadali Walther Funk i Emil Puhl, nazistowscy oficjele wysokich rang, którzy zostali skazani za zbrodnie wojenne podczas procesów norymberskich. Po II wojnie światowej nie było wątpliwości, że Bank Rozrachunków Międzynarodowych, który dla nazistów odgrywał rolę banku obsługującego, pomagał w praniu ukradzionego złota. Pod nadzorem Funka i Puhla nazistowskie Niemcy konfiskowały złoto Żydów trafiających do obozów koncentracyjnych. Złoto przetapiano i odlewano sztaby. W czasie konferencji odbywającej się w Bretton Woods w 1944 roku stawiano nawet zarzut, że bank ten wykonuje polecenia nazistowskich władz Niemiec. Amerykanów to przeraziło i rząd Stanów Zjednoczonych poparł ruch domagający się jego likwidacji. Propozycję poparli inni delegaci europejscy, ale wystąpił przeciwko niej John Maynard Keynes, przewodniczący delegacji brytyjskiej. W kwietniu 1945 roku podjęto decyzję o likwidacji banku, ale Stany Zjednoczone cofnęły ją w roku 1948. Bank Rozrachunków Międzynarodowych przetrwał, ale poważnie ranny. Miał mniejszy wpływ i potrzebował czasu, aby znaleźć sobie odpowiednią nową rolę poza sceną. Nadal pełni funkcję drugiej strony, menedżera aktywów i kredytodawcy dla banków centralnych oraz międzynarodowych instytucji finansowych. Szwajcaria przystała na to, by na jej terenie znalazła się siedziba główna tej instytucji. Wybrano Bazyleę.

W latach siedemdziesiątych poważnie poszerzono zakres funkcji Banku Rozrachunków Międzynarodowych i znacznie powiększono liczbę członków. Obecnie członkami tego banku jest sześćdziesiąt banków centralnych, w tym banki centralne najważniejszych gospodarek uprzemysłowionych. Co ciekawe, amerykański System Rezerwy Federalnej przystąpił do niego dopiero w 1994 roku. Powodem było to, że Amerykanie uważali Bank Rozrachunków Międzynarodowych za rywala „ich” Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Na początku lat dziewięćdziesiątych Stany Zjednoczone zdały sobie sprawę, że potrzebują Banku Rozrachunków Międzynarodowych, aby banki centralne krajów europejskich udzieliły im poparcia w wojnie ze złotem i po to, by udaremnić wprowadzanie przepisów regulujących rynek instrumentów pochodnych.

Prezesów Europejskiego Banku Centralnego i Systemu Rezerwy Federalnej nadal mogą rozliczać parlamentarzyści i kongresmeni, ale nie ma żadnej formy demokratycznej kontroli nad procesem decyzyjnym w Banku Rozrachunków Międzynarodowych. Posiedzenia utrzymuje się w tajemnicy przed światem zewnętrznym. Nawet ministrowie finansów muszą się domyślać, jakie decyzje podejmą bankowcy zbierający się w Bazylei. Ci sami bankierzy, którzy doprowadzili nasz światowy system finansowy na skraj rozpadu, decydują – poza sceną i nie odpowiadając przed nikim – o reformach systemu bankowego koniecznych do tego, aby nie dopuścić do kolejnego kryzysu kredytowego. Wygląda na to, że mało się zmieniło od bankructwa banku Lehman Brothers.

Dyrektorzy Banku Rozrachunków Międzynarodowych do tej pory mają status dyplomatów i nie można przeciwko nim prowadzić postępowań karnych nawet po zakończeniu ich urzędowania. W dowolnym momencie mogą się ponadto przenieść z rodzinami do neutralnej Szwajcarii.”

Czymże więc jest ta Szwajcaria? Największą na świecie pralnią brudnych pieniędzy i schroniskiem dla największych finansowych hochsztaplerów? Wygląda na to, że tak. A co to ma wspólnego z demokracją bezpośrednią? – mógłby ktoś zapytać. A ja mógłbym zapytać: A czy możliwe jest, by rząd tego kraju nie wiedział, co się dzieje na jego terytorium? Idąc dalej tym tropem mógłbym zapytać: A czy obywatele tego kraju nie zdają sobie sprawy, z czego bierze się bogactwo ich kraju? Owszem, są pracowici, oszczędni, ale przecież nie tylko to składa się na ich dobrobyt. Pranie brudnych pieniędzy i chronienie hochsztaplerów finansowych nie odbywa się za darmo. Wszyscy złodzieje z całego świata lokują tu swoje pieniądze, kupują nieruchomości. Nawet bankier Kramer z filmu „Vabank” zachowuje się tak samo, będąc przekonanym, że jego brudne pieniądze będą tam bezpieczne. Oznacza to, ni mniej ni więcej, że dla rządu Szwajcarii nie ma znaczenia skąd biorą się pieniądze lokowane w bankach tego kraju i do kogo należą. Ich weiß nichts (Ja nic nie wiem) – jak mówił Czech udający idiotę w filmie „C.K. Dezerterzy”. Tak właśnie zachowuje się rząd szwajcarski (Ich weiß nichts) i zapewne wielu, co bardziej świadomych, obywateli Szwajcarii też udaje, że nic nie wie. Neutralność Szwajcarii nie jest więc przypadkowa. Taki dziwny kraj. Wszystkie znaczące kraje Europy są w unii europejskiej, a Szwajcaria – nie. Zawsze neutralna. Czasy się zmieniają, a Szwajcaria zawsze neutralna. Neutralna – znaczy, że nas nie interesuje, co dzieje się na zewnątrz, ale jak macie kłopoty, to Szwajcaria uchroni wasze złodziejskie pieniądze – Welcome to Switzerland!

Wielu zachwala szwajcarską demokrację i jak tam wszystko dobrze działa, tak dobrze, że ludzie nie wiedzą, kto jest prezydentem Szwajcarii. A niby skąd mają wiedzieć, skoro go nie wybierają? Prezydenta wybiera Zgromadzenie Federalne (parlament) na okres jednego roku. Po tym okresie nie może być wybrany ponownie, również na wiceprezydenta. Nie jest on głową państwa, ma raczej marginalne znaczenie, czysto proceduralne. Jest jednym z członków Rady Federalnej (rządu), którego Zgromadzenie Federalne wybrało na przewodniczącego tego ciała. Trudno się zatem dziwić, że Szwajcarzy go nie znają.

Zgromadzenie Federalne (parlament) to najwyższa władza rządząca Szwajcarii. Nie ma żadnych tzw. „hamulców” – nie można rozwiązać jej izb (Rady Narodowej i Rady Kantonów) przed upływem kadencji. Jedynym wyjątkiem jest całkowita zmiana Konstytucji Federalnej. Zgromadzenie wybiera również członków rządu (Rady Federalnej) i Trybunału Federalnego. Nazywa się to „rządami zgromadzenia” – supremacja parlamentu nad pozostałymi władzami, które sam powołuje i sam nimi kieruje oraz kontroluje. Nie mają one możliwości kierowania jego poczynaniami lub tym bardziej przeciwstawiania się mu. Tak to opisuje Wikipedia i nie przesadza. To wszystko jest zapisane w Konstytucji, która jest dostępna w języku polskim w bibliotece sejmowej. Link do niej znajduje się w Wikipedii pod hasłem “Konstytucja Szwajcarii”.

Tak więc stabilność polityczną tego kraju gwarantuje dyktatura parlamentu, a nie system demokracji bezpośredniej. Tak! Dyktatura parlamentu! Jego kadencja trwa 4 lata i żadna siła, poza jednym wyjątkiem, nie może go odwołać.

Zgromadzenie Federalne składa się z dwóch izb: Rady Narodu (200 członków, tzw. deputowanych Narodu) i Rady Kantonów (46 „deputowanych kantonów”). System dwuizbowości szwajcarskiej ma charakter symetryczny („egalitarny”) – obie izby mają takie same prawa, zgoda obu izb jest konieczna dla uchwalenia czegokolwiek, a postępowanie ustawodawcze może rozpocząć się w każdej z izb.

Zgromadzenie Federalne ma niezwykle szerokie uprawnienia. Jego najważniejsze funkcje to:

  • ustawodawcza (również dokonywanie zmian konstytucyjnych)
  • elekcyjna (wybór rządu – Rady Federalnej, prezydenta, wiceprezydenta, Kanclerza Federalnego, przewodniczącego i wiceprzewodniczącego Trybunału Federalnego, generała (głównodowodzącego armią)
  • kierownicza (wobec rządu)
  • kontrolna – nadzór nad rządem, nad stosunkami z zagranicą, zatwierdzanie sprawozdania finansowego państwa, formowanie parlamentarnych komisji śledczych
  • sądowa – rozstrzyganie sporów kompetencyjnych, orzekanie o ważności inicjatywy ludowej, udzielanie łask osobom skazanym

Na czele każdej izby stoi przewodniczący, wybierany na rok, bez prawa ponownego wyboru. Do pomocy ma on dwóch wiceprzewodniczących. Zajmuje się on kierowaniem pracami izby, a w przypadku równości głosów, ma głos rozstrzygający.

Pomimo że w parlamencie szwajcarskim znajdują się przedstawiciele różnych partii, to jednak nie można mówić w tym przypadku o systemie partyjnym w pełnym tego słowa znaczeniu. Rząd powoływany jest przez parlament, ale nie jest rządem koalicyjnym, ponieważ nie ma w nim przywódców partii politycznych, tylko ci, którzy zostali do niego powołani. Członkami rządu nie mogą zostać parlamentarzyści.

Od 1959 do 2003 roku cztery największe partie były reprezentowane w parlamencie, co przekładało się na tzw. „magiczną formułę” – stałe proporcje ich reprezentacji w rządzie:

  • 2 stanowiska ministerialne dla Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej Szwajcarii (CVD/PDC)
  • 2 ministerstwa dla Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii (SPS/PSS)
  • 2 ministerstwa dla Radykalno-Demokratycznej Partii Szwajcarii (FDP/PRD)
  • 1 ministerstwo dla Szwajcarskiej Partii Ludowej (SVP/UDC)

Taka tradycyjna redystrybucja stanowisk ministerialnych nie miała żadnej podstawy prawnej. W efekcie w 2003 roku CVP/PDC straciła jedno miejsce na rzecz SVP/UDC.

Tak to opisuje Wikipedia i stwierdza na końcu, że od 1959 do 2003 roku, a więc przez 44 lata, podział stanowisk ministerialnych nie miał podstawy prawnej! Rząd Szwajcarii jest wyłaniany według jakiejś formuły magicznej! Czy to oznacza, że Szwajcaria nie wyszła jeszcze z epoki renesansu i rządzą nią jakieś tajne związki uprawiające magię?

Formuła magiczna (niem. Zauberformel) – sposób wyłaniania członków szwajcarskiego rządu – Rady Federalnej. Na jej podstawie członkowie siedmioosobowego gabinetu byli wybierani w latach 1959-2003 według następujących zasad:

  • bez względu na wynik wyborów po dwóch członków Rady obsadzają trzy partie: Szwajcarska Partia Ludowa (SVP), Socjaldemokratyczna Partia Szwajcarii (SPS), Radykalno-Demokratyczna Partia Szwajcarii (FDP), a jedno miejsce przysługuje Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej (CVP)
  • po dwóch reprezentantów przysługuje kantonom włoskojęzycznym i francuskojęzycznym
  • obowiązkowo reprezentowane muszą być kantony Berno, Zurych i Vaud
  • żaden kanton nie może mieć więcej niż jednego kandydata

Obecnie w Radzie Federacji zasiadają przedstawiciele pięciu partii. Trwają negocjacje nad „nową formułą magiczną”.

A więc bez względu na wynik wyborów do rządu Szwajcarii wchodzili przedstawiciele czterech partii, a obecnie – pięciu. To po co te wybory? I tak parlament decyduje o wszystkim, a parlament to kolektyw. Aż trudno nie przywołać hasła z czasów rewolucji październikowej: „Cała władza w ręce Rad!” Jednak kolektyw nie podejmuje decyzji, bo jak może podejmować decyzje 246 osób? Może to czynić tylko bardzo wąska grupa ludzi, której wybierający nie znają i zapewne nie domyślają się, że ona istnieje. Tak działa demokracja w wersji proporcjonalnej, większościowej i bezpośredniej.

W systemie politycznym Szwajcarii zarządza się referenda w licznych przypadkach:

  • w przypadku inicjatywy ludowej w sprawie całkowitej zmiany konstytucji (100 tys. obywateli)
  • inicjatywa ludowa w sprawie częściowej zmiany konstytucji (100 tys. głosów)
  • referendum obligatoryjne – zmiany konstytucji, przystępowanie do organizacji kolektywnego bezpieczeństwa lub do wspólnot ponadnarodowych (np. ONZ), ustawy federalne uchwalane w trybie pilnym i nieopierające się o konstytucję, w przypadku różnego stanowiska izb parlamentarnych – pytanie o konieczność całkowitej zmiany konstytucji, wniosek wstępny z inicjatywy ludowej o zmianę konstytucji, poparcie wniosku wstępnego o częściową zmianę konstytucji – jeśli parlament odrzucił ten wniosek
  • referendum fakultatywne (nieobowiązkowe, na żądanie 50 tys. obywateli lub 8 kantonów) – ustawy federalne, niektóre umowy

Widać więc, że ogólnokrajowe referendum w Szwajcarii można przeprowadzić tylko w ściśle określonych sprawach. I do tego potrzeba 100 tys. podpisów, co samo w sobie jest barierą trudną do przejścia dla zwykłych obywateli. W sumie fikcja, bo bez zaangażowania się w to mediów, a więc pośrednio i władzy, zdobycie poparcia tak dużej liczby wyborców jest bardzo trudne.

Inicjatywa ludowa, która jest wykorzystywana w Szwajcarii, jest również możliwa w Polsce. Wikipedia pisze:

„Obywatelska inicjatywa ustawodawcza (inicjatywa ludowa) – jeden z elementów demokracji bezpośredniej, umożliwiający ściśle określonej przez prawo grupie obywateli, posiadających pełnię praw wyborczych, wystąpić z inicjatywą ustawodawczą do parlamentu. Obowiązuje m.in. w Polsce, gdzie prawo takie przysługuje grupie co najmniej 100 tys. obywateli mających prawo wybierania do Sejmu. Zgodnie z polskim prawem obywatelska inicjatywa ustawodawcza nie dotyczy:

  • projektu ustawy budżetowej oraz ustaw bezpośrednio wyznaczających sytuację finansów publicznych – inicjatywę posiada wyłącznie Rada Ministrów
  • projektu ustawy o zmianie konstytucji – inicjatywa przysługuje grupie obejmującej co najmniej 1/5 ustawowej liczby posłów, senatowi oraz prezydentowi.

W celu wniesienia projektu ustawy do Sejmu tworzy się komitet inicjatywy ustawodawczej składający się z co najmniej 15 osób. Komitet ma osobowość prawną.”

Szerzej na ten temat pisała 5 lat temu redakcja PrawicowyInternet:

Czym są obywatelskie inicjatywy ustawodawcza i inicjatywa referendalna?

Inicjatywa ustawodawcza to jeden z elementów demokracji przedstawicielskiej. W bardzo dużym skrócie: dzięki inicjatywie ustawodawczej możliwe jest współrządzenie państwem przez obywateli, tworzenie przez nich prawa oraz zgłaszanie rządzącym realnych potrzeb i problemów życia publicznego. Obywatele za pomocą podpisów pod projektem ustawy mogą wnieść do Marszałka Sejmu projekt ustawy regulującej kwestie dla nich istotne, jedynym ograniczeniem w tej materii jest Konstytucja, która mówi, że inicjatywa ustawodawcza nie dotyczy projektu ustawy budżetowej i projektu ustawy o zmianie Konstytucji. Śmieszny jest fakt, że naród będący suwerenem nie może we własnym państwie samodzielnie zmienić ustawy zasadniczej…

Drugą inicjatywą jaką mogą podjąć obywatele to inicjatywa w sprawie ogólnokrajowego referendum, które nie ma charakteru bezwzględnie wiążącego. Co oznacza, iż Sejm może nie przychylić się do niego i nie podjąć uchwały o zarządzeniu referendum. Musi go jednak rozpatrzyć, jednak ustawa nie wspomina o tym w jakim terminie musi to uczynić… aby je wnieść należy zebrać minimum pół miliona podpisów obywateli.

Procedura Inicjatywy Ustawodawczej Artykuł 118

Konstytucji mówi nam o tym że inicjatywa ustawodawcza przysługuje grupie co najmniej 100 000 obywateli mających prawo wybierania do Sejmu. Cały tryb postępowania w tej sprawie określa ustawa o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli. Aby od początku do końca przeprowadzić cały ten proces potrzebna jest cała masa pracy i pieniędzy oraz pokonywania kolejnych kłód rzucanych przez państwo (muszą być spełnione ścisłe wymogi formalne, projekt jest całkowicie finansowy przez pomysłodawców i obywateli).

Cała procedura jest szczegółowo opisana w ustawie a nakreślę w bardzo skróconej wersji jak wygląda procedura inicjatywy ustawodawczej:

1. Musimy zebrać 15 osób wchodzących w skład komitetu inicjatywy ustawodawczej;

2. Następnie zbieramy 1000 podpisów i pełnomocnik komitetu zawiadamia marszałka sejmu o jego utworzeniu, który może projekt przyjąć albo odesłać do uzupełnienia braków formalnych;

3. Jeśli marszałek przyjął projekt mamy tylko 3 miesiące na zebranie 100 tysięcy podpisów – jeśli tego nie zrobimy postępowanie się kończy;

4. Jeśli jednak uda nam się zebrać wymagane podpisy a Marszałek nie ma do czego się przyczepić to kieruje projekt do I czytania, które ma mieć miejsce w terminie 3 miesięcy od daty wniesienia projektu. I tutaj najczęściej kończy się obywatelskość Platformy z nazwy Obywatelskiej – która deklarowała się jako partia sprzyjająca rozwojowi społeczeństwa obywatelskiego… Będąc zwykłym człowiekiem, niezwiązanym z żadnymi partiami – musimy przez trzy miesiące (to jest około 90 dni) zebrać podpisy od stu tysięcy osób, chore? bardzo. Warto podkreślić, ze podpis zawiera w sobie między innymi numer PESEL i adres zamieszkania – dane, które ludzie boją się podawać aby nie zostały wykorzystane w nieuczciwych celach. Dużo prostsze i tańsze byłoby np. możliwość złożenia podpisu przez Internet…

Ze strony władz nie mamy przy inicjatywie ustawodawczej żadnej pomocy – ani prawnej – ani finansowej – za to jako zwykli ludzie musimy stworzyć dokument, który będzie rygorystycznie oceniany przez legislatorów w sejmie… jeśli to wszystko przebrniemy co nas czeka? olanie.

Od 1999 roku, czyli od czasu kiedy weszła w życie ustawa o obywatelskiej inicjatywie ustawodawczej utworzono ponad 120 komitetów ale mniej niż połowie udało się wnieść skutecznie swój projekt pod obrady Sejmu a jedynie kilkanaście zgłoszonych przez nie ustaw zostało uchwalonych przez Sejm, z czego większość w innej niż pierwotna formie… aż się chce przytoczyć słowa z piosenki Kazika… „cała Wasza ciężka praca, wszystko było ch*** warte”

Platforma się mieli

Warto przypomnieć w tym momencie inicjatywę Platformy Obywatelskiej z czasów kiedy jeszcze ludzie nie wiedzieli czym jest owa partia… Referendum 4xTAK czyli zniesienie immunitetu posłów, likwidacja senatu, zmniejszenie liczby posłów i wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Inicjatywa Platformy Obywatelskiej przed wyborami 2005. Zebrano 750 tys. podpisów. Głosy zostały zmielone i spalone. Sprawa nigdy nie weszła na wokandę. Wtedy właśnie do polskiej polityki wkroczył Paweł Kukiz – otworzył stronę pod nazwą Zmieleni.pl. Więcej tu: https://prawicowyinternet.pl/rzady-platformy-1-inicjatywy-obywatelskie-75-miliona-zmielonych-polakow/

A więc od 1999 roku do 2015 roku, w którym Redakcja zamieściła swój wpis utworzono 120 komitetów inicjatywy obywatelskiej. Oznacza to, że średnio rocznie powstawało 7-8 takich komitetów, czyli ponad 1 na dwa miesiące. I co? To Polacy mają uczyć się od Szwajcarów demokracji bezpośredniej? Tam prawdopodobnie te wszystkie inicjatywy wychodzą od władzy, a Szwajcarzy, jak małpy, głosują. Jak inicjatywa wychodzi od obywateli, to g….. z tego wychodzi. Tak działa demokracja bezpośrednia.

Jest wiele hałasu w sprawie amerykańskiej ustawy JUST. Słowo to ma w języku angielskim wiele znaczeń. Jako przymiotnik oznacza: sprawiedliwy, słuszny, uzasadniony. O niej pisałem w komentarzu „Ustawa JUST”, więc nie będę się powtarzał. Dziwne jest jednak to, że nikt nie korzysta z inicjatywy ustawodawczej (ludowej) w sprawie ustawy odrzucającej żydowskie roszczenia. Przecież trudno mi uwierzyć w to, że popularyzujący demokrację bezpośrednią i twórca skrótu „WIR” (weto, inicjatywa, referendum), Jerzy Zięba, nie wie, że rozwiązanie dotyczące inicjatywy ludowej obowiązuje w Polsce od dawna. Tak samo trudno mi w to uwierzyć, że nie wiedzą o tym ci, którzy najgłośniej gardłują o tych roszczeniach, tj. kanały „wRealu24” i „Media Narodowe”.

Po cóż więc ta cała hucpa wokół tej tzw. demokracji bezpośredniej? Hucpa to słowo z języka hebrajskiego. Angielska Wikipedia tłumaczy je jako bezczelność, tupet, zuchwałość. Bo jest bezczelnością stręczenie Polakom czegoś, co znają oni od 20-tu lat i na czym się zawiedli, przynajmniej ci, którzy próbowali, ale ci, którzy nie próbowali, powinni przynajmniej dowiedzieć się, czy ktoś przed nimi nie próbował tego rozwiązania. Chyba lepiej uczyć się na cudzych błędach, a raczej, w tym wypadku, doświadczeniach.

Jak już wcześniej pisałem, demokracja to opium dla ludu. Za każdym razem, gdy stare rozwiązanie zawiedzie, proponuje się nowe, które już „na pewno” zda egzamin. Dopóki narkotyk działa, jest dobrze, a jak przestanie, to znowu trzeba pójść do dilera – nowy pomysł na nowe fantastyczne rozwiązanie demokratyczne. Na dilera JOW był lansowany Kukiz, a czy na dilera demokracji bezpośredniej jest lansowany obecnie Zięba? Czas pokaże.

Rewolucja październikowa

Rewolucja (z wczesnośredniowiecznej łaciny revolutio – przewrót) – znacząca zmiana, która zazwyczaj zachodzi w stosunkowo krótkim okresie. – Tak to słowo definiuje Wikipedia. Tyle że ta znacząca zmiana nie bierze się znikąd. Efekt końcowy może i jest gwałtowny, ale wcześniej trwają długie przygotowania, nawet bardzo długie. I tak było, przynajmniej w mojej ocenie, w przypadku rewolucji październikowej, którą poprzedziła rewolucja 1905 roku i rewolucja lutowa z 1917 roku.

Właściwie to należałoby zacząć od zadania sobie pytania: Dlaczego w Rosji? Równie dobrze można zapytać: Dlaczego rewolucja francuska wybuchła we Francji, a nie – w innym kraju? Pewnie dlatego, że w owym czasie Francja była najpotężniejszym państwem w Europie i najludniejszym. To prawda, że Imperium Brytyjskie rosło w siłę, ale głównie za morzami, a poza tym, to z Anglią Żydzi uporali się ponad 100 lat wcześniej podczas rewolucji Cromwella. W czasie rewolucji francuskiej Europa była centrum świata i jej zmiana, a więc i zmiana świata, musiała zacząć się od Francji. Wydaje się, że i obecnie zmiana oblicza świata musi zacząć się od najpotężniejszego państwa. Czy mamy do czynienia z początkiem rewolucji w Ameryce? Tego nie wiemy. Wiedzą natomiast ci, którzy tym wszystkim sterują z ukrycia i anonimowo.

Ale dlaczego Rosja? Był to kraj, w stosunku do Europy Zachodniej, zacofany. Niemniej jednak miał w sobie potencjał. Z jednej strony był to największy pod względem obszaru kraj na świecie, który był spadkobiercą największego imperium w dziejach świata, imperium Czyngis-chana, z nieprzebranymi bogactwami naturalnymi. Na samym tylko Uralu, jak mówią, jest cała tablica Mendelejewa. Z drugiej strony był to kraj białego człowieka. W drugiej połowie XIX wieku ludność Rosji podwajała się co 30 lat. Wszystko wskazywało na to, że w latach 30-tych czy 40-tych XX wieku będzie to najludniejszy kraj białych ludzi. I do tego jeszcze kraj niezbyt przychylny Żydom.

Od początku XX wieku w Rosji następowało uprzemysłowienie na niespotykaną dotychczas skalę. Rozwój przemysłowy napędzany był zagranicznymi kredytami i sprowadzanymi z Zachodniej Europy maszynami i częściami zamiennymi. Rosja w czasach carskich eksportowała niemal wyłącznie surowce, tj. węgiel, drewno, ropę naftową, futra i zboże, które było jej szczególnym towarem. W 1913 roku wyeksportowano 13 mln ton zbóż. Ale była też największym producentem ropy naftowej. W 1901 roku ze złóż w Baku pochodziła ponad połowa światowego wydobycia ropy. To właśnie tam wzbogacił się, „robiąc w nafcie”, ojciec Cezarego Baryki z Przedwiośnia Stefana Żeromskiego.

Czy to nie przypomina do złudzenia polityki Gierka z lat 70-tych? Było dokładnie tak samo. Za zachodnie kredyty i technologię uprzemysławiano kraj. Za granicę wysyłano surowce, głównie węgiel i produkty rolne. I tak samo jak w Rosji pojawiły się strajki i doszło do ich rozpędzenia przy użyciu broni palnej.

Rewolucja 1905 roku nie wybuchła nagle. Kryzys gospodarczy w Rosji w latach 1900-1903 był pretekstem do wywoływania protestów. 1 maja 1900 roku doszło do manifestacji w Charkowie, w 1901 roku wybuchły strajki w Moskwie, Jekaterynosławiu, Petersburgu, Mikołajewie, Batumi, Odessie. W lipcu i sierpniu 1902 roku w strajkach na Ukrainie i Kaukazie wzięło udział około 200 tysięcy pracowników. Wojna z Japonią w 1904 roku tylko pogorszyła sytuację. 26 grudnia 1904 roku wybucha strajk w Baku i Petersburgu.

Momentem przełomowym wydaje się być krwawa niedziela 22 stycznia 1905 roku. Pop Grigorij Gapon (współpracownik Ochrany) zorganizował marsz pod Pałac Zimowy, aby osobiście wręczyć carowi petycję z ponad 135 tysiącami podpisów. Protestujący domagali się 8-godzinnego dnia pracy bez obniżania wynagrodzenia i amnestii dla więźniów politycznych. Manifestacja ta została rozbita przez siły carskie. W demonstracji wzięło udział ponad 100 tysięcy ludzi. Robotnicy nieśli portrety cara i śpiewali pieśni. W pewnym momencie, w kilku punktach miasta, zostali zaatakowani przez uzbrojoną kawalerię. Zabitych i rannych było ponad 1000 osób. Władze przyznały się do 130 zabitych i około 300 rannych. Decyzję o pacyfikacji podjął car.

Strajki do końca stycznia podjęło ponad 400 tysięcy robotników. Rozlały się one na Królestwo Polski i wybrzeże Bałtyku. W lutym do strajku włączył się Kaukaz, a w kwietniu – Ural. W marcu zamknięto wszystkie uczelnie. Wiele oddziałów wojska zbuntowało się i nie wykonywało rozkazów walki z protestującymi. Podpisanie we wrześniu 1905 roku niekorzystnego układu pokojowego z Japonią spowodowało kolejne wystąpienia. W Petersburgu Lew Trocki ogłosił strajk powszechny, a ugrupowania polityczne głosiły hasło „cała władza w ręce Rad”. Przywództwo nad ruchem rewolucyjnym objęły Rady Delegatów Robotniczych. Część żołnierzy poparło protestujących i utworzyło Rady Delegatów Żołnierskich, które przejęły władzę w wielu jednostkach. W październiku strajki sparaliżowały całą Rosję.

Car Mikołaj II został zmuszony do działania. 30 października wydał Manifest konstytucyjny (tzw. manifest październikowy), w którym obiecał obywatelom poszanowanie ich praw, powołanie parlamentu oraz rządu z premierem (Siergiej Witte). Parlament składał się z dwóch izb. Izbę wyższą tworzyła powołana przez cara Rada Państwa, izbę niższą – Duma Państwowa, wyłaniana w wyborach. Pierwsza Duma przetrwała kilka miesięcy, gdyż w lipcu 1906 roku car, niezadowolony z jej składu, przedterminowo rozwiązał ją. Druga Duma została wybrana w 1907 roku. Ze względu na to, że większość w niej mieli radykałowie, car ją rozwiązał. Trzecia Duma, wybrana na podstawie zmienionej ordynacji w tym samym roku, przetrwała 5 lat, bo większość w niej stanowili zwolennicy cara.

W 1906 roku Mikołaj II odwołał Wittego z urzędu premiera. Na jego miejsce został powołany Stołypin, który nie tylko skutecznie stłumił rewolucję, ale też dokonał wielu ważnych reform. Przeprowadził reformę agrarną, znoszącą wspólnoty gminne. Uznał wolność do zrzeszeń. Zreformował szkolnictwo i wojsko. W 1911 roku został zastrzelony.

W wyniku rewolucji 1905 roku powstał pierwszy parlament rosyjski – Duma Państwowa. Zalegalizowano działanie, zakazanych do 1905 roku, partii politycznych i stowarzyszeń. Rosja stała się więc monarchią parlamentarną.

W tym konflikcie, w 1905 roku, stronami byli rewolucjoniści i Imperium Rosyjskie, tak przynajmniej podaje Wikipedia. Dowódcami po stronie rewolucjonistów byli Lew Trocki i Feliks Dzierżyński. A partie, które były zaangażowane w rewolucję, to SDPRR, PSR, PPS, SDKPiL i Bund.

Socjaldemokratyczna Partia Robotnicza Rosji (SDPRR), której sekcjami autonomicznymi były SDKPiL i Bund, podzieliła się w 1903 roku na frakcje bolszewików i mienszewików. Był to wynik sporu pomiędzy Leninem a Julijem Martowem., który uważał, że członkowie partii powinni działać niezależnie od kierownictwa partii. Lenin był zwolennikiem silnego przywództwa. Nazwał on swoją frakcję – bolszewikami, czyli większością, choć w momencie podziału tej większości nie miała ona. Oponentów określił mianem mienszewików, czyli mniejszością. Julij Martow był Żydem, o czym wspomina Wikipedia.

Partia Socjalistów-Rewolucjonistów (PSR), tzw. eserowsy (SR), eserzy, została założona w 1901 roku przez rewolucjonistów wywodzących się z tzw. narodników. Jej celem było przekształcenie Rosji w republikę demokratyczną, w której dominowałaby klasa chłopska. Jednym z twórców i przywódców tej partii był Grigorij Gerszuni (wł. Isaak Gersz). Ważną osobistością w niej był również Jewno Azef. Do tej partii należał także Aleksander Kiereński.

Pozostałe partie to PPS, SDKPiL i Bund. Ich chyba nie trzeba bliżej przedstawiać. – I co z tego wszystkiego wynika? Wynika to, że rewolucja 1905 roku, to nie był to, jak opisuje Wikipedia, ogólnokrajowy spontaniczny zryw o podłożu społecznym i narodowym. Wprost przeciwnie! Protesty i strajki zaczęły się w 1900 roku i stopniowo rozszerzały się na cały kraj. Drugi wniosek jest taki, że wszystkie te, zaangażowane w ruchy rewolucyjne partie, były zdominowane przez Żydów lub miały ich w swoich szeregach na kluczowych stanowiskach. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś wątpi w to, że dziś w Polsce jest tak samo, że wszystkie partie są kontrolowane bądź zdominowane przez tę nację. Lenin swoją mniejszościową, w momencie podziału, frakcję nazwał, w celach propagandowych, bolszewikami, czyli większością. Ewidentnie kłamał, tak jak kłamie każdy polityk. I to też się nie zmieniło.

A jak wyglądała ta rewolucja w oczach ludzi, którzy żyli w tamtych czasach i osobiście doświadczali jej? Jednym z jej naocznych świadków był Bolesław Prus, który opisał ją w swojej, chyba ostatniej, prawie nieznanej powieści „Dzieci” (Akant Ltd, Warszawa 2002). Za PRL-u raczej nie mogła była się ukazać ze względu na sposób opisania tej rewolucji. Poniżej próbka:

-Tak, ruch ten zapowiadał się bardzo dobrze – wtrącił Świrski.

-A ciągnie się jak najgorzej – pochwycił sekretarz. – Bardzo prędko przekonaliśmy się, że robotnikom, a raczej menerom, nie chodzi o poprawę stosunków, ale o wywołanie zamętu… My pierwsze warunki robotników przyjęliśmy i gotowi byliśmy je wykonywać, ale oni tylko zaczęli stawiać coraz to nowe, coraz niemożliwsze żądania, ale jeszcze pracowali niedbale, psuli materiały, kradli, zmuszali trzymać w fabrykach takie jednostki, które kwalifikują się w najlepszym razie do wyrzucenia, w najgorszym do kryminału… A gdy oświadczyliśmy, że dalszych ustępstw fabryka nie może robić, skazano nas na śmierć.

-Cóż oni na przykład panu zarzucają?… – spytał Świrski.

-Nigdy pan nie uwierzy!… – zawołał sekretarz. – Mam zginąć za to, że kiedyś cieszyłem się zaufaniem robotników, że zachęcałem ich do uczenia się, do zawiązywania stowarzyszeń… że wreszcie w ostatnich czasach wyjaśniałem robotnikom niepraktyczność ich postępowania… A prawda!… Parę razy odezwałem się, że niepolskie to ręce i niepolskie serca kierują ruchem, który może skończyć się ogólną nędzą i upadkiem naszego narodu na korzyść nie wiadomo czyją…

To zrozumiałe, że w PRL-u taka powieść nie mogła ukazać się. Ale ten PRL był dziwny i miał różne oblicza. W pewnym momencie, około 1956 roku, komuniści postanowili wydać wybór „Kronik Tygodniowych” Prusa. Wyboru miał dokonać Zygmunt Szweykowski, historyk literatury, specjalizujący się w literaturze XIX wieku. Problem polegał na tym, że był to sanacyjny historyk, sanacyjny, bo w takich czasach przyszło mu zaczynać swoje życie zawodowe. Nie ufano mu więc i uważano, że dokona tendencyjnego wyboru. Żeby więc uniknąć tendencyjności komuniści postanowili, że należy wydać „Kroniki” w całości. Lepszego wyboru nie mogli dokonać! Prus zaczął je pisać w 1875 roku i pisał do śmierci w 1912 roku. Mamy w nich obraz Królestwa Polskiego z końca XIX i początku XX wieku. Rzecz bezcenna.

„Kroniki” były wydawane w latach 1956-1970. W sumie było 20 tomów z komentarzami, które czytelnikom z XX wieku wyjaśniały wszystko, co mogło być dla nich niezrozumiałe. Prus pisał dla swoich czytelników, którzy byli mu współcześni. Redakcję powierzono Szwejkowskiemu. Początkowo miał jeszcze nadredaktora. Później zrezygnowano z niego. Pierwsze tomy były wydawane w nakładzie 5000 egzemplarzy. Ostanie – 1500. I w tych ostatnich pisał o rewolucji 1905 roku. Do fabryk przychodziły agitatorki, młode urodziwe Żydówki, zachęcały do strajku. Co bardziej świadomi robotnicy mieli wątpliwości. Zdawali sobie sprawę z tego, że może on doprowadzić do likwidacji zakładu, a więc i ich miejsc pracy. Na takie argumenty Żydówki odpowiadały: nie martwcie się, przyjdzie Żyd i wykupi.

Tak pisał Prus i carska cenzura puszczała to, bo „Kroniki” zostały skompletowane z zachowanej prasy z tamtych czasów. Dziś takie „numery” nie przeszłyby.

Po rewolucji 1905 roku następuje parę lat spokoju do momentu wybuchu I wojny światowej w 1914 roku. Według Wikipedii katalizatorem rewolucji był przede wszystkim udział w niej Imperium. W następnym zdaniu pisze ona, że 1 sierpnia Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji, a 6 sierpnia uczyniły to również Austro-Węgry. Jak więc Rosja miała uniknąć wojny, skoro to nie ona ją wypowiedziała? Została postawiona przed faktem dokonanym. 6 sierpnia próbował też Piłsudski wywołać powstanie w zaborze rosyjskim. Na nadzwyczajnym posiedzeniu Dumy poparto zaciągnięcie kredytów wojennych. Wyjątkiem byli socjaliści (trudowicy i socjaldemokraci), którzy jednomyślnie odmówili głosowania w tej sprawie.

Na samym początku wojny w Moskwie i Petersburgu wybuchły antyniemieckie zamieszki, zdemolowano gmach ambasady niemieckiej, napadano na sklepy i przedsiębiorstwa należące do Niemców. Likwidowano wszelkie ślady niemieckości w życiu codziennym. Niemieckojęzyczną nazwę stolicy Petersburg zmieniono na Piotrogród, zamknięto pisma niemieckojęzyczne, wielu mieszkańców Rosji zmieniło swoje nazwiska.

Od początku wojny rząd Niemiec utrzymywał kontakty z bolszewikami mieszkającymi głównie w Szwajcarii. Również wywiad niemiecki już w 1915 roku, za zgodą cesarza Wilhelma II, wdrożył tajny program „rewolucjonizacji i insurekcjonizacji”. Jego realizacją zajmował się wydział III G niemieckiego Sztabu Generalnego. Celem programu było, poprzez aktywne wspieranie działalności bolszewików wymierzonej w carat, wewnętrzne osłabienie Imperium Rosyjskiego i jego armii, a po zwycięskiej rewolucji wyeliminowanie Rosji z wojny, co miało ułatwić zwycięstwo Niemiec na froncie zachodnim. Z kolei przemysł niemiecki miał uzyskać dostęp do bogactw naturalnych Rosji i jej zasobów gospodarczych.

Przebieg wojny i niepowodzenia na froncie osłabiły pozycję cara. W styczniu i w lutym 1917 roku wybuchają w Rosji strajki. Podsycali je, jak pisze Wikipedia, polityczni agitatorzy. Jednak nie informuje skąd się oni wzięli i kim byli. Obecnie też nie wiemy kim są działacze Antify i kto ich wspiera. Za początek rewolucji lutowej uznaje się dzień 23 lutego/8 marca, gdy doszło do strajku Zakładów Putiłowskich – największej pod względem produkcji firmy metalurgiczno-maszynowej w Rosji. Protestujący wystąpili z żądaniami podwyżki wynagrodzeń o 50%. W Piotrogrodzie wybuchły rozruchy, które miały trwać nieprzerwanie do upadku monarchii. W demonstracjach uczestniczyli mienszewicy, eserowcy i bolszewicy. Następnego dnia w manifestacjach wzięło udział 160-200 tysięcy robotników, część strajkowała.

25 lutego/10 marca na ulicach manifestowało około 300 tysięcy osób, z czego najbardziej zorganizowaną grupę stanowili metalowcy. Oprócz fabryk strajkowali tramwajarze i drobni przedsiębiorcy. Po południu do akcji przeciwko strajkującym stanęli żołnierze i funkcjonariusze policji. Później tłum atakował funkcjonariuszy, a policja przestała interweniować. – Czyż nie tak jest obecnie w Ameryce, gdzie policjanci klękają przed czarnymi? Czy nie miał racji cesarz Hajle Syllasje, który w rozmowie z Orianą Fallaci stwierdził, że w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego? W nocy z 25 na 26 lutego/11 marca władze utraciły kontrolę nad robotniczymi dzielnicami Piotrogrodu, szczególnie dzielnicą Wyborską, gdzie tłum rozbijał i podpalał komisariaty policji. W niedzielę 26 lutego/11 marca Piotrogród został otoczony przez oddziały wojska. Po południu w kilku dzielnicach otworzyło ono ogień do tłumu. Na Placu Znamieńskim zginęło około 40 osób.

Decydującym dniem protestów był 27 lutego/12 marca. Do protestujących przyłączyli się wojskowi. W nocy z 26/27 lutego żołnierze Pułku Pawłowskiego przegłosowali odmowę posłuszeństwa rozkazom strzelania do ludności cywilnej. Wkrótce dołączyły do nich oba pułki gwardyjskie: Prieobrażenski i Litewski. Rano 27 lutego/12 marca te trzy pułki, uzbrojone, wyszły na miasto. Żołnierze zaatakowali i zdemolowali koszary żandarmerii i usuwali prorządowe posterunki. Wkrótce połączyli się z protestującymi robotnikami. Wypuścili więźniów z Twierdzy Pietropawłowskiej, zdemolowali Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, bili i zabijali policjantów w mundurach. Wieczorem tłum zdobył centralę Ochrany, wyrzucając i podpalając akta. Najbardziej aktywnymi byli konfidenci.

27 lutego/12 marca na posiedzeniu Konwentu Seniorów Dumy został powołany Komitet Tymczasowy Dumy – organ wykonawczy Dumy. Był on złożony z przedstawicieli wszystkich partii politycznych. 28 lutego/13 marca przejął praktycznie wykonywanie obowiązków rządu Rosji i wyznaczył swych komisarzy do istniejących ministerstw. Tego samego dnia z inicjatywy mienszewików powstała Piotrogrodzka Rada Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, do której fabryki i jednostki wojskowe wybrały delegatów, w przytłaczającej większości umiarkowanych socjalistów (bolszewicy i eserowcy maksymaliści uzyskali łącznie około 10% głosów).

W tym okresie cały czas zmniejszała się liczba wojsk wiernych carowi. Wobec takiego rozwoju wypadków 2 marca/15 marca car Mikołaj II uznał, że utrzymanie władzy jest niemożliwe i, na żądanie umiarkowanych polityków i monarchistów, abdykował na rzecz młodszego brata, wielkiego księcia Michała Aleksandrowicza. Wskutek ciężkiej sytuacji w kraju wielki książę nie przyjął korony i zrzekł się jej następnego dnia, przekazując całą władzę Tymczasowemu Komitetowi Dumy. – I w taki sposób nastąpił kres monarchii w Rosji.

Kierownictwo rewolucji próbowały objąć dwa ośrodki władzy powstałe 27 lutego/12 marca. Były to powołany przez Dumę i popierany przez centrystów i umiarkowanych – Komitet Tymczasowy Dumy i Piotrogrodzka Rada (Sowiet), zdominowana przez eserów i socjaldemokratów. 2/15 marca Komitet Tymczasowy Dumy, w porozumieniu z Komitetem Wykonawczym Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, powołał Rząd Tymczasowy Gieorgija Lwowa.

W ten sposób powstał system dwuwładzy. Z jednej strony oficjalną władzę sprawował Rząd Tymczasowy, który był praktycznie kontrolowany przez Piotrogrodzką Radę Delegatów Robotniczych i Żołnierskich i jej Komitet Wykonawczy. Rada na własną rękę administrowała i stanowiła prawa, często nie informując o tym rządu.

6/19 marca Rząd Tymczasowy ogłosił swój program: amnestię, demokratyczne wybory do Zgromadzenia Ustawodawczego, które miało określić przyszły ustrój Rosji, wolność prasy i swobodne działanie stowarzyszeń i partii politycznych. Zapowiedziano też kontynuowanie wojny do zwycięskiego końca.

Niemcy bardzo interesowali się tym, co dzieje się w Rosji. Początkowo mieli nadzieję na podpisanie rozejmu, który ułatwiłby im działania na froncie zachodnim. Jednak rząd chciał nadal uczestniczyć w wojnie. W związku z tym Niemcy wsparli jego przeciwników i umożliwili powrót Leninowi do Rosji, aby na miejscu włączył się w działalność rewolucyjną i osłabiał wroga tj. Rosję. 3/16 kwietnia Lenin wraca z emigracji w Szwajcarii i wspiera pacyfistyczną agitację bolszewików. 4/17 kwietnia ogłasza on swoje tezy kwietniowe – referat o konieczności rewolucji socjalistycznej. 30 kwietnia/13 maja bolszewicy utworzyli paramilitarne oddziały Gwardii Czerwonej. 18 maja do Rządu Tymczasowego wchodzą mienszewicy. W czerwcu, na tle sprzeciwu wobec udziału Rosji w wojnie, powstała w partii eserowskiej frakcja lewicowych eserowców, opowiadająca się, podobnie jak bolszewicy, za opozycją wobec Rządu Tymczasowego, w przeciwieństwie do prorządowego stanowiska większości w partii S-R.

Od 3/16 do 7/20 lipca miały miejsce w Piotrogrodzie burzliwe demonstracje robotników, żołnierzy i marynarzy, połączone z blokadą Pałacu Taurydzkiego – siedziby Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, w której większość mieli popierający rząd mienszewicy i eserowcy. Była to nieudana próba przejęcia władzy przez bolszewików. Po powrocie Aleksandra Kiereńskiego (ministra wojny) z frontu w dniu 6 lipca/19 lipca Rząd Tymczasowy opanował sytuację przy pomocy lojalnych oddziałów garnizonu piotrogrodzkiego i żołnierzy ściągniętych z frontu, ujawniając uprzednio w prasie część zdobytych dokumentów o zagranicznym finansowaniu bolszewików. Rząd zdelegalizował ich partię jako agentów niemieckich. Lenin ukrył się w Finlandii. 8/21 lipca, po dymisji Georgija Lwowa, nowy gabinet skompletował Aleksander Kiereński. Był on przekonany o wyeliminowaniu zagrożenia ze strony bolszewików. Tymczasem sytuacja gospodarcza pogarszała się z dnia na dzień. Postępował paraliż państwa i armii – jedynej siły, która mogłaby powstrzymać bolszewików. 26 lipca/8 sierpnia zjazd bolszewików postanowił rozpocząć przygotowania do przejęcia władzy drogą powstania zbrojnego.

1/14 września Rząd Tymczasowy proklamował ustrój republikański Rosji. 25 września/8 października w wyniku nowych wyborów w sekcji robotniczej Rady Piotrogrodzkiej większość uzyskali bolszewicy na czele z Trockim, który został nowym przewodniczącym Rady. Pomiędzy 3/16 października a 10/23 października Lenin potajemnie wraca do Piotrogrodu. Do 24 października/6 listopada pozostaje w ukryciu. 10/23 października Komitet Centralny bolszewików przyjął rezolucję o powstaniu zbrojnym i stworzył pierwsze Biuro Polityczne. 12/25 października Rada Piotrogrodzka utworzyła Komitet Wojskowo-Rewolucyjny, oficjalnie dla obrony stolicy przed Niemcami – w rzeczywistości jako sztab przygotowujący przewrót.

17 /30 października sprzeciwiający się tej decyzji członek KC Lew Kamieniew (wraz z Grigorijem Zinowjewem), zwolennik idei „jednolitego rządu socjalistycznego” w koalicji z eserowcami i mienszewikami – w wywiadzie dla gazety Nowaja Żyzn, podał do publicznej wiadomości swój (i Zinowiewa) sprzeciw wobec planu zbrojnego obalenia Rządu Tymczasowego. W skład rządu wchodzili bowiem przedstawiciele partii demokratycznych – dwóch partii socjalistycznych (eserowców i mienszewików) i będącej w mniejszości liberalnej partii kadetów (KD – konstytucyjno-demokratyczna). Ogólnorosyjskie wybory parlamentarne miały się odbyć za niespełna trzy tygodnie 12 listopada/25 listopada 1917 roku.

24 października/6 listopada Rząd Tymczasowy zadecydował o zamknięciu bolszewickich gazet oraz o wymianie oddziałów garnizonu stolicy, ale to tylko przyspieszyło wybuch powstania. O jego dacie przesądził ostatecznie termin II Wszechzwiązkowego Zjazdu Rad, który miał rozpocząć obrady 25 października/7 listopada i który Lenin chciał postawić przed faktem dokonanym przejęcia władzy przez bolszewików.

24 października/6 listopada oddziały porządkowe bolszewickiej Organizacji Wojskowej, na rozkaz Komitetu Wojskowo-Rewolucyjnego Rady Piotrogrodzkiej, bez oporu zajęły strategiczne punkty stolicy Rosji, zaczynając od centrali telefonicznych (w stanie wojennym w Polsce w 1981 roku odłączono telefony), budynku Poczty Głównej i telegrafu oraz mostów na Newie. Odbywało się to najczęściej przez prostą zmianę posterunków. Gwardia Czerwona zajmowała lokalne posterunki policji i przejmowała jej funkcje. Wieczorem 24 października/6 listopada do siedziby komitetu Wojskowo-Rewolucyjnego Rady Piotrogrodzkiej dotarł Lenin, który do tej pory ukrywał się w mieszkaniu konspiracyjnym.

25 października/7 listopada cały Piotrogród, oprócz siedziby rządu – Pałacu Zimowego, był w rękach bolszewików. Przewrót odbył się prawie niepostrzeżenie – toczyło się normalne życie miasta – jeździły tramwaje, czynne były kina, restauracje, odbywały się koncerty i występy baletowe. Pałac Zimowy został zdobyty dopiero 26 października/8 listopada 1917 roku o godz. 2.10 w nocy.

27 października/9 listopada obradujący od poprzedniego dnia II Zjazd Rad Delegatów Robotniczych i Żołnierskich ogłosił, po przemówieniu Lenina, przejęcie władzy przez „Rząd Tymczasowy Robotników i Chłopów – Radę Komisarzy Ludowych”, składającą się wyłącznie z działaczy bolszewickich, której przewodniczącym został przywódca bolszewików – Lenin. Oznaczało to faktyczne zakończenie okresu dwuwładzy w Rosji i przejęcie pełni władzy przez partię bolszewików za fasadą władzy rad.

Bolszewicy nie zdecydowali się na odwołanie wyborów do Zgromadzenia Ustawodawczego (Konstytuanty), które Rząd Tymczasowy Aleksandra Kiereńskiego rozpisał na 12/25 listopada. Publicznie bowiem deklarowanym przez bolszewików (na II Zjeździe Rad) powodem zbrojnego przejęcia przez nich władzy była ochrona wolnych wyborów do Zgromadzenia Konstytucyjnego przed „zamachem reakcji”. Wolne wybory wygrała partia eserowców (socjalistów-rewolucjonistów) (58% głosów, 410 mandatów) dzięki powszechnemu poparciu na wsi. Bolszewicy uzyskali 25% głosów i 125 mandatów – jednak wygrali w Piotrogrodzie, Moskwie, oddziałach Frontu Zachodniego i Północnego, ale parlament zebrał się tylko jeden raz 18 stycznia 1918 roku, po czym został rozpędzony przez bolszewików. Masową manifestację w obronie Konstytuanty w Piotrogrodzie rozpędzono z użyciem broni palnej przez oddane bolszewikom oddziały strzelców łotewskich.

Fakty powyższe, dotyczące przebiegu rewolucji, zaczerpnąłem z Wikipedii, która korzystała z wielu źródeł, m.in. z prac Richarda Pipes’a. W swojej książce Rewolucja rosyjska, której fragment cytuje Wikipedia, pisze on:

Wydarzenia, które doprowadziły do obalenia Rządu Tymczasowego, nie miały charakteru żywiołowego: były wynikiem spisku zawiązanego przez ściśle zakonspirowaną organizację. Dopiero po trzech latach wojny domowej i nieprzebierającego w środkach terroru spiskowcy zdołali podporządkować swemu panowaniu większość ludności. Październik był klasycznym „coup d’etat”, przechwyceniem władzy państwowej przez znikomą mniejszość, dokonanym – z uwagi na demokratyczne konwencje epoki – przy zachowaniu pozorów uczestnictwa mas, ale bez ich zaangażowania. Do działań rewolucyjnych wprowadzono metody bardziej odpowiednie dla stanu wojny, niż polityki. Zamach bolszewicki przebiegał w dwóch fazach. W pierwszej, trwającej od kwietnia do lipca, Lenin usiłował przechwycić władzę w Piotrogrodzie za pomocą demonstracji ulicznych wspieranych siłą zbrojną. Na wzór rozruchów lutowych zamierzał nasilać te demonstracje, aż zamienią się w pełną rewoltę, w wyniku której władza zostanie przekazana najpierw radom, a zaraz potem jego partii. Strategia ta zawiodła: w lipcu trzecia próba niemal doprowadziła partię bolszewików do zguby. Do sierpnia bolszewicy odzyskali siły na tyle, aby ponownie sięgnąć po władzę, ale tym razem posłużyli się inną strategią. Trocki, który przejął przywództwo, kiedy Lenin ukrywał się przed policją w Finlandii, unikał demonstracji ulicznych, a przygotowania do bolszewickiego zamachu ukrywał za kulisami sfałszowanego i bezprawnego zjazdu rad, jednocześnie wprowadzając do akcji specjalne oddziały szturmowe, które miały zająć najważniejsze placówki rządowe. „De nomine” przejęcie władzy miało być tymczasowe i prowadzone w imieniu rad; „de facto” jednak było trwałe i służyło partii bolszewickiej.

Pipes, jak podaje Wikipedia, to amerykański historyk i sowietolog pochodzenia polsko-żydowskiego. Twierdzi on, że wydarzenia, które doprowadziły do obalenia Rządu Tymczasowego nie miały charakteru żywiołowego, ale były wynikiem spisku zawiązanego przez ściśle zakonspirowaną organizację. A więc tajne związki, związki, które towarzyszą ludzkości od najdawniejszych czasów. Znamy je z czasów reformacji i wcześniejszych, ale też i późniejszych. Ich cel jest zawsze ten sam: wywoływanie zamieszek, rozruchów, rewolucji. A któż za tym stoi – chciałoby się zapytać. Trocki, z tego co pisze Pipes, dysponował specjalnymi oddziałami szturmowymi. A skąd one się wzięły? Kto je wyszkolił? Kto je finansował? – Są pytania, na które żadni historycy nie chcą odpowiadać, no, może nie wszyscy!

Antony C. Sutton (1925-2002) angielski ekonomista, historyk i pisarz, autor m.in. książki Wall Street i rewolucja bolszewicka, w innej swojej pracy Skull and bones Tajemna elita Ameryki (1983) pisze:

W latach 1917-1921 Sowieci przejęli kontrolę nie tylko nad Rosją, ale i nad Syberią i Kaukazem. Stany Zjednoczone podjęły interwencję na Syberii, wzdłuż trasy Kolei Transsyberyjskiej. Ze sporządzonych przez George’a Kennana oraz historyków radzieckich opisów tej amerykańskiej interwencji wynika, że była to operacja wymierzona przeciwko władzom rewolucyjnym. W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Powodem, dla którego Stany Zjednoczone rozlokowały swoje oddziały na trasie Kolei Transsyberyjskiej, było powstrzymanie Japończyków, nie Sowietów. Gdy Amerykanie opuszczali Władywostok władze radzieckie zgotowały im huczne pożegnanie. Jest to kolejna nieopowiedziana historia, o której milczą podręczniki.

Nie sposób tego wszystkiego zrozumieć, tych wszystkich rewolucji, wojen, przewrotów, jeśli nie znamy filozofii ludzi, którzy tym wszystkim kierują. I to też wyjaśnia Sutton w cytowanej wyżej książce:

Na przestrzeni ostatnich dwustu lat, od czasu gdy w niemieckiej filozofii rozbłysła gwiazda Kanta, można wyróżnić dwa sprzeczne ze sobą systemy filozoficzne oraz przeciwstawne idee państwa, społeczeństwa i kultury. W Stanach Zjednoczonych, na terenie Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i we Francji podstawą filozofii jest jednostka oraz prawa jednostki. Tymczasem w Niemczech, od czasów Kanta, przez Fichtego i Hegla aż do roku 1945, filozofia opierała się na powszechnym braterstwie, odrzuceniu indywidualizmu i ogólnym sprzeciwie wobec klasycznej zachodniej myśli liberalnej w niemal wszystkich jej aspektach. Niemiecki idealizm, jak już zauważyliśmy w poprzednich częściach, stanowił podstawy filozoficzne prac zarówno Karla Marksa i lewicowych heglistów, jak i Bismarcka, Hitlera i heglistów prawicowych. Na tym właśnie polega paradoks: Hegel zapewnił podstawy teoretyczne nie tylko najbardziej konserwatywnym ruchom niemieckim, ale i najbardziej rewolucyjnym ruchom XIX wieku. Korzenie filozofii zarówno Marksa, jak i Hitlera tkwią w heglizmie.

Z systemu filozoficznego Hegla wywodzi się dialektyka historyczna, czyli przekonanie, że wszystkie wydarzenia historyczne są skutkiem konfliktu pomiędzy przeciwstawnymi siłami. Te powstające wydarzenia są czymś innym od wydarzeń konfliktowych i od nich wyższym. Każdą ideę lub realizację idei można uznać za „tezę”. Teza ta będzie zachętą do pojawienia się sił jej przeciwnych, czyli „antytezy”. Ostatecznym rezultatem nie będzie natomiast ani teza, ani antyteza, lecz synteza tych dwóch skonfliktowanych sił.

W innym miejscu Sutton pisze: Nasz dwupartyjny, republikańsko-demokratyczny system (w istocie tworzy go jedna heglowska partia, a nikt inny nie jest ani mile widziany, ani w ogóle do niego dopuszczony) stanowi odbicie nowego heglizmu. Niewielka grupa – bardzo niewielka grupa – jest w stanie z jego pomocą manipulować i do pewnego stopnia kontrolować społeczeństwo, wykorzystując je do swoich własnych celów. – Czy POPiS jest taką jedną partią heglowską? Na to pytanie niech już każdy sam sobie odpowie.

Prawdopodobnie najtrudniejszym zadaniem stojącym przed autorem tej książki będzie przekazanie czytelnikowi w istocie trywialnej informacji: celem Zakonu (ta tajemna siła Ameryki – przyp. mój) nie jest „lewica” ani „prawica”. „Lewica” i „prawica” są sztucznie wykreowanymi narzędziami mającymi posłużyć wprowadzeniu zmiany, a ich skrajne odłamy stanowią istotne elementy w procesie kontrolowanej zmiany.

Filozofią heglowską można zatem dużo wyjaśnić: przyczyny rewolucji, konfliktów, wojen itp. Ale można też wyjaśnić i to, z czym mamy obecnie do czynienia. Pod pozorem pandemii państwa zaczynają odbierać ludziom ich podstawowe prawa. I to Sutton wyjaśnia:

W systemie heglowskim konflikt ma kluczowe znaczenie. Co więcej, w opinii Hegla i systemów opierających się na jego filozofii państwo jest absolutem. Państwo wymaga od każdego obywatela całkowitego posłuszeństwa. W tak zwanym systemie organicznym jednostka nie istnieje sama dla siebie, ale jej celem jest wypelnianie zadania przewidzianego dla niej przez państwo. Wolność można znaleźć jedynie w posłuszeństwie wobec państwa. W hitlerowskich Niemczech wolność nie istniała, wolności nie przewiduje marksizm, nie będzie jej także wtedy, gdy zapanuje Nowy Porządek Świata. I jeśli przypomina to orwellowski Rok 1984, to tak właśnie ma być.

Mówiąc krótko, państwo jest najważniejsze, a konflikt jest narzędziem umożliwiającym zaprowadzenie idealnego społeczeństwa. Wolność jednostki kryje się w jej posłuszeństwie wobec rządzących.

Czym jest więc państwo? Jest nim rzecz jasna samozwańcza elita. Co ciekawe, Fichte, który zaprezentował te idee jeszcze przed Heglem, był masonem, niemal na pewno należał także do iluminatów, a z całą pewnością był ich protegowanym. Johann Wolfgang Goethe (wśród iluminatów znany jako Abaris) zapewnił Fichtemu stanowisko na Uniwersytecie w Jenie.

Co więcej, wyznawana przez iluminatów zasada, że cel uświęca środki – zasada, którą Quigley uznał za niemoralną, a stosowana zarówno przez Grupę (angielski odpowiednik Zakonu – przyp. mój), jak i Zakon – wywodzi się z filozofii heglowskiej.

Ten ostatni cytat wyjaśnia obecną sytuację. Pod pretekstem pandemii dąży się do wprowadzenia przymusowych szczepień, których celem nie jest ochrona zdrowia, tylko podporządkowanie jednostek państwu, poprzez wszczepianie czipów i wstrzykiwanie do organizmu nieznanych substancji. Tak ma wyglądać Nowy Porządek Świata, w którym państwo będzie absolutem. Będzie to jedno ogólnoświatowe państwo.

W tym wszystkim jest, przynajmniej dla mnie, uderzające podobieństwo w mentalności dwóch narodów: Żydów i Niemców. W obu dominuje podporządkowanie się jednostki ogółowi. U Żydów datuje się to od czasów reform Ezdrasza i Nehemiasza w V wieku p.n.e. Nie dziwi więc to, że filozofia heglowska narodziła się w Niemczech. Józef Ignacy Kraszewski w swojej powieści ŻYD Obrazy współczesne, która ukazała się w 1866 roku, wkłada w usta jednej z jej postaci takie słowa:

Otóż, najukochańsi Niemcy – kończył Duńczyk – wierzcie mi, że nie mówię tego przez zazdrość o posiadanie Szlezwiku i Holsztynu, bo wcale mi te księstwa nie smakują… wy się mylicie grubo, utrzymując, iż Schiller, Goethe, Kant, Hegel byli Niemcami…

Jeśli więc Hegel nie był Niemcem, a Hitler, jak pisał cytowany przeze mnie Sutton, z niego czerpał, to robi się ciekawie…

Państwo w państwie

Każdy uważny obserwator życia politycznego w Polsce nie ma już chyba wątpliwości, że Żydzi w państwie polskim tworzą własne państwo i nawet się z tym nie kryją. Nie jest to zresztą dla nich nic nowego, raczej kontynuacja pewnego procesu. Mieli swoje własne państwo w Polsce przedrozbiorowej, a i wcześniej tego typu twory nie były im obce.

Królestwo izraelskie zniszczył asyryjski król, Salmanazar VI w 726 roku p.n.e., a judajskie – babiloński Nabuchodonozor w 586 roku p.n.e. Izraelici nigdy nie wrócili do Palestyny. Przewiezieni przez asyryjskiego króla do Medii, zlali się z obcymi ludami i ślad po nich zaginął. Judaici ocalili się. W Babilonii kolonia żydowska była państwem w państwie. Utworzyli własny rząd i rządzili się jak we własnym domu. Odprowadzali do skarbu królewskiego niewielki podatek pogłówny i ziemski. Na czele tej kolonii stał egzylarcha – najwyższy sędzia i kapłan wszystkich Żydów w Babilonii. Był on księciem panującym, patriarchą (nassi). Później władzę podzielono na dwie części. Egzylarcha został kierownikiem spraw politycznych i cywilnych. Drugą część – część wyznaniową powierzono dygnitarzowi, którego nazwano gaonem. Taki podział przetrwał do II w. n.e. Rządy te objęły panowanie nad wszystkimi koloniami żydowskimi rozproszonymi po świecie.

Bitwa pod Jeres de la Frontera (711 r. n.e.) rozstrzygnęła o losach chrześcijaństwa na Półwyspie Iberyjskim. Po tym zwycięstwie Arabowie wtargnęli w głąb kraju, wszędzie wspierani przez Żydów. Umocnienie się islamu w Hiszpanii pozwoliło im na coraz liczniejsze osadnictwo. Około X wieku dochodzi do przeniesienia się tam kierownictwa Izraela. Wysoka Rada (Sanhedryn) pozostaje tajna, podobnie jak w Babilonii. Hiszpania staje się największym skupiskiem żydostwa, a Toledo – ich hiszpańską Jerozolimą.

Jeszcze w okresie powstania inkwizycji hiszpańskiej, żydostwo, zanim zmuszone zostało do opuszczenia swojej bazy, zainteresowało się państwem polskim jako terenem mogącym w przyszłości zastąpić Hiszpanię. Żydzi, zaprawieni w politycznych intrygach, mogli, w kraju na kresach ówczesnej Europy, łatwo uzyskać kierowniczą rolę i zabezpieczyć się od przykrych niespodzianek. Sprzyjała temu gościnność i otwartość Słowian. Wybór Polski na przyszłe skupisko żydostwa dokonany został już w XV wieku.

Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

»Na razie nie sklecili Żydzi polscy ze swoich wszystkich kolonii jednej ogólnej całości, zadowalając się organizacją poszczególnych gmin. Z czasem jednak złączyli te gminy w jednolite ciało, budując w ten sposób „państwo w państwie”. Podstawą tego państwa w państwie nie była tylko lichwa i wszelkiego rodzaju chciwość, lecz głównie cele religijno-polityczne, posłuszne programowi Ezdrasza, Nehemii i Talmudowi.

Chodziło budowniczym żydowskim owego status in statu o utrzymanie swoich współwyznawców na obroży teokratycznej, aby obietnice Talmudu nie spełzły na niczym. Lud żydowski powinien według jego mniemań być Żydem niezmiennym – Żydem z czasów przedchrześcijańskich, nieubłaganym wrogiem wszystkich „gojów” i „akumów”, jeżeli chce panować kiedyś nad całym światem, co mu Talmud obiecuje. Do tej roboty potrzeba narodowi, niezdolnemu do rozprawy orężnej, fury złota, bo czego słaby miecz nie dokona, to załatwi pieniądz. Przeto wolno „świętemu” ludowi Jehowy łupić goja bez litości, oszukiwać go, okradać itd.

Mamon, zjednawszy sobie przychylność władców i wielmożów, pomógł Żydom – oddawał powoli w ich ręce sprawy polityczne, religijne, administracyjne, sądowe, handlarskie – słowem, pełną autonomię. Autonomia ta chwiała się jeszcze jakiś czas to w prawo to w lewo, nadawana i kasowana, co zależało od przekonań i potrzeb takiego lub innego króla i jego doradców. Ustaliła się dopiero za Zygmunta Augusta.

Zanim się pełna autonomia żydowska sformowała i ustaliła, rządziły gminami tylko kahały pod komendą tzw. „starszych”. Ci „starsi” zajmujący się głównie polityką, administracją i sądami, nie różnili się niczym od „tyranów” miast greckich lub kacyków murzyńskich. Będąc nie tylko rządcami gminy, ale równocześnie jej policją i sądem, rzucili do stóp swoich za pomocą małej i wielkiej klątwy (cherem) wszystkich talmudystów.

Uzyskawszy pełną autonomię za Zygmunta Augusta, utworzyli Żydzi zjazdy (synody) prowincjonalne i ogólne. Podzielili Polskę na „cztery kraje”, na: Wielkopolskę, Małopolskę, Ruś Czerwoną z Podolem, Wołyń z Ukrainą i Lublinem. Na synody te zjeżdżali się delegaci z Krakowa, Poznania, Lublina, Lwowa i sześciu delegatów powołanych przez rabinów.

Synody te były najwyższą władzą Żydów polskich, ich rządem. A rządem tak energicznym, iż żaden prawowierny talmudysta nie śmiał oprzeć się jego rozkazom. Żaden Żyd, choćby najwięcej pokrzywdzony przez kahał lub zjazd delegatów, nie odważyłby się udać po sprawiedliwość do sądów chrześcijańskich. Ukamienowaliby go jego współwiercy, zdeptaliby jak robaka. Jedyną ucieczką przed tyranią kahałów i synodów było przejście na łono chrystianizmu, ale i ten środek nie skutkował zawsze. Rząd żydowski umiał chwytać swoich odstępców i uczynić ich potajemnie nieszkodliwymi. Tym się tłumaczy, że neofici wybierali sobie zwykle na rodziców chrzestnych panów możnych, którzy by ich w razie potrzeby mogli zasłonić przed fanatyzmem talmudystów. W całej historii Żydów polskich odważyli się na bunt jawny jedni tylko frankiści, ale i oni, nie chcąc zgnić w więzieniach kahalnych, lub dać gardło, byli zmuszeni schronić się pod opiekuńcze skrzydła krzyża.

Rząd żydowski był naprawdę rządem. Uchwalał podatki, kontrolował handel i przemysł, dyktował praktyki kultu, zakładał szkoły, mianował nauczycieli, sędziów, rozstrzygał w ostatniej instancji bez apelacji wszelkie spory między rabinami, kahałami a stronami prywatnymi, ustanawiał miarę i wagi – słowem porządkował całokształt życia swoich współwierców, broniąc ich odrębność narodową, czyli program Talmudu.

Zawsze obłudni, przebiegli notablowie żydowscy starali się otumanić „gojów”, odgrywali kłamliwie rolę obywateli, posłusznych rządowi polskiemu. Na zjeździe na przykład „czterech ziem” w r. 1581 w Lublinie zabronili Żydom dzierżawić mennicę, żupy solne i pobór czopowego i zagrozili im, gdyby nie byli posłuszni rozkazowi synodu, klątwą: „Będzie wyklęty i wykluczony z obu światów, będzie odłączony od wszelkich świętości Izraela; jego chleb będzie uważany za chleb poganina, jego wino za sprofanowane, jego mięso jako mięso nieżyda, jego związki małżeńskie za cudzołóstwo, pochowany będzie jak „osieł” itp. – Kłamali głosem piorunującym. Kłamali tak podstępnie, aby zamydlić „gojom” oczy, aby odwrócić ich uwagę od działalności rządu żydowskiego.

Notablowie Judy przeklinali niby, potępiali swoich poddanych, a cieszyli się, gdy się dowiadywali, że się ich „wyklęci” bogacili. Bowiem celem ich obrad było osłabić Polaków, a wzmacniać Żydów. Polska miała być przecież jedną z tych ziem, które Talmud obiecał narodowi „wybranemu”.

Notablowie żydowscy przestraszali kupców, lichwiarzy, spekulantów, poborców, celników wielką klątwą, a oni owi wyklęci, nie pozbawiali się swojego rzemiosła, wiedząc, że ich władcy okpiwają „gojów”. By nie narazić swoich władców na podejrzliwość antyżydów polskich, odgrywali także szachraje rolę niewiniątek. Przyznaje pisarz żydowski, M. Schorr, że „zamożni dzierżawcy (Żydzi) brali dzierżawę pod cudzą, chrześcijańską firmą, lub przez pozyskanie wojewody lub króla potrafili uchylić się od tych zakazów i przy swych źródłach dochodowych utrzymać. Właśnie w tych czasach spotykamy Żydów jako bogatych dzierżawców żup i podatków”.

Więc było Żydom w Polsce, jak u „Pana Boga za piecem”. Nie czuli wcale niewoli, wygnania, braku „świątyni”. Mieli po całym kraju mnóstwo synagog. Jak za dawnych, dobrych czasów egzylarchatu babilońskiego, komentowali ich „uczeni” i dopełniali Talmud, wydawali egzegezy, komentarze, suplementy, traktaty rabiniczne, zasypując nimi całą Europę.

Władza polska nie przeszkadzała im w zakładaniu szkół, w których chowali swoje dzieci. W najniższych szkołach uczyły się dzieci czytania i pisania, w wyższych wtajemniczano je w egzegezę ksiąg świętych.

Pozwoliła także władza polska Żydom zakładać hebrajskie drukarnie. Sprowadzili oni (w r. 1530) drukarzy włoskich do swoich drukarń w Krakowie, Lublinie i innych większych miastach. Z oficyny Pawła Helicza (około r. 1540) rozbiegły się po całym kraju setki egzemplarzy Talmudu.

Talmud był głównym źródłem uczoności rabinów polskich. Tylko w nim siedzieli po uszy, czerpiąc z niego mądrość. Pogrążeni w kazuistyce i metafizyce „Księgi Ksiąg” wpadli w dziwactwa kabalistyczne.

W ciasnym kółku kazuistyki i kabalistyki obracała się „nauka” Żydów polskich. Zwróciło na to uwagę dzieło hiszpańskiego Żyda, Palkeiry, drukowane w Krakowie (1545 r.). Palkeira radził swoim współwiercom zająć się także wiedzą świecką.

Zrozumieli to notablowie żydowscy i, porozumiawszy się na synodzie, rozesłali po całym kraju następującą odezwę: „Jehowa brzmi w urywku, ta odezwa ma liczne Sefiroty, Adam miał różne doskonałości wypływy. Izraelita tedy na jednej tylko nauce przestawać nie powinien. Pierwsza jest święta nauka, ale czyż dlatego mniej smacznego nie mamy jeść jabłka! Wszystkie nauki nasi wynaleźli ojcowie i kto nie jest bezbożny, znajdzie początek wszystkich umiejętności w księgach Mojżesza. Co było waszą chwałą dawniej, wstydem teraz być może. Byli Żydzi u królów na dworze, Mardochei był uczony, Ester byłą mądrą, Nehemiasz był radcą perskim i lud wybawili z niewoli. Uczcie się, bądźcie użytecznymi królowi i panom, a będą was szanować. Ile gwiazd na niebie, ile piasku w morzu, tyle jest Żydów na świecie, jako gwiazdy, a każdy nas depce jak piasek. Król nasz jest tak mądry jak Salomon, tak święty jak Dawid, ma przy sobie Samucha, drugiego prawie proroka. Patrzy on na wszystkich ludzi jak na las ogromny. Rzuca wiatr różne nasiona drzew i nikt się nie pyta, skąd najpiękniejsze drzewo ma swój pochód. Czemuż i z nas cedr libański wśród tarniny powstać nie ma?” (odezwa powtórzona z „Historii Żydów w Polsce” Aleksandra Kraushara).

Nawet w takiej odezwie nie umieli się notablowie żydowscy pozbyć megalomanii i kłamliwego pochlebstwa. Chełpili się, że ich ojcowie (przodkowie) wynaleźli wszystkie nauki, a wiadomo, że ci „ojcowie” paśli jako koczownicy trzody, jeszcze wówczas, kiedy kaplani egipscy utorowali już drogę do tajemnic wiedzy. Króla polskiego nazywali „mądrym jak Salomon”, bo potrzebowali jego łaski, a po cichu pluli zapewne na niego, na „goja”. Potrzebując także opieki ówczesnego kanclerza, Samuela Maciejowskiego, łaskotali jego ambicję tytułem „drugiego proroka”.

Skoro tak uwielbiali królów i wielmożów polskich, mogli się byli nauczyć języka polskiego. Mieli dosyć czasu, bo aż 500 lat. A mimo swoją „lojalność” nie przestali używać zepsutego języka niemieckiego (żargonu).

Uczeni żydowscy XVI wieku pisali swoje dzieła albo po hebrajsku, albo po łacinie i niemiecku. Nie uważali za potrzebne uczyć się w swoim państwie języka „mądrego jak Salomon króla” i „drugiego proroka”.

Dobrze im było w tym „swoim państwie”, tak dobrze, iż poeci hebrajscy sklecali rymy na cześć Polski. Jeden z nich zaczął swój poemat słowami: „Polsko, królewska ziemio, w której od wieków żyliśmy szczęśliwie”…

Żyli wyznawcy Mojżesza szczęśliwie, ale tylko dla siebie, bo im ich wiara nie pozwalała służyć „gojom”. Oprócz nich mieszkali w Polsce jeszcze inni innowiercy, np. mahometanie, którzy przywykłszy do swojej nowej ojczyzny pokochali ją szczerze i stali się jej wiernymi synami, za co ich sejm lubelski (1569 r.) wyniósł do godności obywateli polskich.

Pobłażliwą, łagodną, tolerancyjną była Polska dla wszystkich obcych gości, przygarniała ich do swojego łona, nie mieszając się do ich spraw religijnych.

Słusznie pisał Lelewel („Polska, dzieje rzeczy jej”): W czasie Unii Lubelskiej, wskutek której mahometanie prawo obywatelskie otrzymali, gdyby Żydzi podobnego zapragnęli, nie mogliż do niego, choć cząstkowie, choć chwilowo trafić? Talmud stał na zawadzie”.

Talmud stał w istocie, jak wiadomo, potężnym murem między Żydami a innowiercami, spętawszy ich niezłomną odrębnością.«

Taki stan rzeczy trwał do czasu rozbiorów. Wykształciła się też w tym czasie grupa Żydów zwanych sztadlanami, których zadaniem było korumpowanie posłów, zabieganie o to, by instrukcje poselskie nie szkodziły Żydom. O tym pisałem w blogu „Sztadlani”.

Czasy się zmieniały. Rewolucja francuska dała Żydom równouprawnienie i rozprowadziła tę ideę za sprawą wojsk napoleońskich po całej Europie. W Polsce jej echem była insurekcja kościuszkowska. Chyba nie osiągnęła zamierzonego przez jej inicjatorów celu, bo po trzydziestu latach wybucha powstanie listopadowe. Po nim ma miejsce tzw. Wielka Emigracja. Elity opuszczają kraj. W mojej ocenie był to kluczowy moment, który zadecydował o tym, że w Polsce nastąpiła podmiana elit. Bernhard Struck w książce Nie Zachód, nie Wschód – Francja i Polska w oczach niemieckich podróżnych 1750-1850 opisuje to tak:

Ostatni rozbiór Polski i pierwsza fala emigracji polskich elit politycznych i kulturalnych po 1795 r. wpłynęła na zmniejszenie się liczby ewentualnych rozmówców czy partnerów. Ostatecznie stosunki te uległy zerwaniu po fali Wielkiej Emigracji, która nastąpiła po upadku powstania listopadowego. Bez elit towarzyskich i kulturalnych, wystarczy przypomnieć opisywaną ponurą atmosferę w Warszawie po 1830 r., wzajemna wymiana i splot kultur były na poziomie podróżujących, kulturalnych i literackich elit trudne do zrealizowania. Tym samym w odniesieniu do Polski sytuacja wzajemnego dialogu zmieniła się fundamentalnie. Aby posłużyć się językiem kolonialnego dyskursu, po 1831 r. nie rozmawiano już z mieszkańcami odwiedzanego kraju, lecz jedynie relacjonowano o nim samym. Polska – podobnie jak z punktu widzenia kolonizatora – przedstawiana była od zewnątrz, nie będąc już prezentowana z perspektywy kontaktów, jakie mogliby nawiązać zagraniczni goście.

Początkowo zwolennikiem asymilacji Żydów był Bolesław Prus, który miał świadomość, że Polsce brakuje elit, że najprościej byłoby skorzystać z żydowskich i uczynić ich Polakami wyznania mojżeszowego. Później jednak przejrzał na oczy i zmienił swój stosunek do nich. Przeciwnicy i zwolennicy asymilacji byli po obu stronach. Jeske-Choiński w cytowanej wyżej książce pisze:

»Prawowierni Żydzi, zaślepieni w tradycjach kilku tysięcy lat, nie chcieli się ruszyć z drogi, wskazanej im przez Ezdrasza, Nehemię i autorów Talmudu do osiągnięcia panowania nad całym światem. Słyszeć nie chcieli o jakiejkolwiek reformie. Mumią byli, nie mieli ochoty przedzierzgnąć się w ludzi żywych, posuwających się ciągle naprzód.

Żydom postępowym, dążącym do asymilacji, podał rękę ruch ekonomiczny, rozwijający się bardzo silnie w Królestwie Polskim około roku 1840. Rosło w tym czasie rolnictwo, powstawały liczne fabryki, poparte żeglugą parową na Wiśle i koleją żelazną na linii warszawsko-wiedeńskiej. Ruch ten ułatwił Żydom zbliżenie się do wszystkich sfer polskich.

Żyd, od lat dwóch tysięcy kupiec, wekslarz, bankier i spekulant, rzucił się łapczywie na przemysł. Łapać umiał znaczne zyski, bogacił się prędko. Ten, który pozbył się żargonu, chałatu, a ubrał się w strój europejski i liznął trochę kultury chrześcijańskiej, odczepił się od talmudystów i chasydów i stukał do drzwi zamożnych domów polskich. Ochrzczonemu bankierowi, fabrykantowi, spekulantowi (tzw. mechesowi) nie było trudno wywindować się na wysokie szczeble drabiny towarzyskiej. Książę, hrabia, szlachcic, potrzebujący często jego rad i pieniędzy, nie zamykał mu swoich drzwi. Bywało nawet, że zbankrutowany „karmazyn”, pozbawiony środków do wygodnego życia, ożenił się z ochrzczoną co dopiero Żydówką, albo córkę swoją związał węzłem małżeńskim z jakimś bogatym „mechesem”. Oprócz tego rodzaju niedobranych małżeństw, poparła braterstwo chrześcijan z Żydami liczna gromada urzędników wyznania Chrystusowego, służących fabrykantom, bankom i przedsiębiorstwom „mechesów”. Urzędnicy „mechesów”, nie chcąc stracić chleba, nie mogli poddać jawnej krytyce działalności swoich chlebodawców. Droga do asymilacji polsko-żydowskiej była otwarta…«

J.I. Kraszewski, mieszkając jako redaktor kronenbergowskiej „Gazety Codziennej” kilka lat w Warszawie i ocierając się o asymilatorów żydowskich, poznał ich z bliska. Był uważnym obserwatorem i znakomitym psychologiem. Co widział wokół siebie, to opisał w swej powieści „Żyd” z 1866 roku. Zbierało się na powstanie, a finansiści Kraszewskiego byli zgodni:

„W powietrzu czuć proch, ale dla nas to nic złego. Naturalnie, ofiary będą, ale trzeba się będzie wyślizgiwać, aby nas koła tej wielkiej machiny, druzgocącej wszystko, nie pochwyciły. Ostatecznie jednak dla nas wygrana, ktokolwiek z nich wygra. Albo jeden, albo drugi da nam po skończonej awanturze równouprawnienie. Choćby potrzeba było z naszej strony jakichś ofiar pieniężnych, my się zawsze najmniej zrujnujemy, ocalejemy majątkowo, bo nasze kapitały ukryte dobrze, są mniej dostępne od mienia szlacheckiego, od ziemi, widocznej dla każdego. Byliśmy długo w pogardzie i poniewierce; korzystajmy z dobrej okazji. Zamiast bawić się w patriotyzm, asymilację itp. mrzonki, myślmy przede wszystkim o sobie. Chłop polski nie lubi nas, wiemy o tym, ale chłop jest głupi – nie boimy się go. O szlachtę nam głównie idzie. Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta.”

„A wówczas dla nas droga otwarta.” – Jaka droga?

„W każdym narodzie musi się wyrobić – rezonowali dalej bogacze żydowscy – ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materiałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad połową Europy. Ale naszym właściwym królestwem, naszą stolicą, naszym Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy. Kraj ten należy do nas, jest nasz”…

Insurekcja kościuszkowska i powstanie listopadowe pozbawiło Polskę elit. Powstanie styczniowe umożliwiło Żydom zajęcie ich miejsca. Po nim nastał okres czterdziestu lat spokoju – pracy organicznej. Rewolucja 1905 roku zniszczyła rodzący się polski przemysł i przedsiębiorczość. Za każdym razem stroną przegraną była strona polska, wygraną – żydowska. Od 1905 roku do 1914, a więc do wybuchu I wojny światowej, było tylko 9 lat. Co można zrobić w 9 lat? Czy odrodzona Polska miała jakiekolwiek szanse na bycie sprawnym, dobrze zarządzanym państwem? Czy elity II RP były polskimi elitami? Sądząc po tym, jaką prowadziły politykę, to chyba nie. Jedyne co się udało, to oddolny ruch spółdzielczy, który rozwijał się bardzo dynamicznie i wypierał drobny handel żydowski. Niestety I wojna przerwała ten proces.

W 1919 roku przedstawiciele Żydów złożyli Tymczasowemu Naczelnikowi Państwa, Józefowi Piłsudskiemu, projekt, wedle którego podstawą ich funkcjonowania byłyby gminy (kahały), a ich władza wybierana na podstawie pięcioprzymiotnikowego prawa wyborczego. Miał być również powołany Żydowski Zjazd Narodowy, który miał uchwalić Konstytucję Żydów w Polsce.

W 1920 roku poseł Izak Grunbaum ze Związku Polaków Narodowości Żydowskiej zgłosił projekt artykułu 113 przygotowywanej Konstytucji II RP. Głosił on:

Ziemie Rzeczypospolitej, zamieszkałe w przeważającej większości przez narodowości niepolskie, stanowić będą autonomiczne prowincje, które otrzymają osobne przedstawicielstwo ustawodawcze, wybierane na podstawie wyborów powszechnych, bezpośrednich, równych, tajnych i stosunkowych. Osobne ustawy określą kompetencje tych ciał ustawodawczych oraz stosunek prowincji autonomicznych do państwa.

Projekt ten został odrzucony. Jego przyjęcie oznaczałoby nie tylko stworzenie państwa w państwie, ale dawałby autonomicznym prowincjom możliwość decydowania o oderwaniu się od państwa, co w praktyce prowadziłoby do jego rozpadu.

Żydzi mieli w okresie międzywojennym swoje partie: Bund – współpracujący z komunistami, Kombund – komunistyczny odłam Bundu, Niezależni Socjaliści – taki żydowski PPS. Stronnictwa syjonistyczne dążyły do odzyskania Palesyny. Były to Poalej Syjon – współpracujący z komunistami, Cejre Syjon – propagujący komunizm w przyszłej Palestynie i Hitachduth – dążący do odbudowy Palestyny na zasadach socjalistycznych.

Bund, Kombund, Partia Niezależnych Socjalistów i Poalej Syjon domagały się wspólnego państwa polsko-żydowskiego. Jidysz miał być drugim językiem urzędowym, nie tylko w urzędach, ale i w szkołach, a instytucje kultury, finansowane przez państwo ( m.in. teatry, wydawnictwa, biblioteki), miałyby mieć dwa programy: dla Żydów w jidysz, dla Polaków – po polsku.

Wszystkie partie żydowskie dążyły do uzyskania maksymalnej autonomii poprzez żydowskie gminy (kahały) i zabiegały o utworzenie przy rządzie polskim Sekretariatu Stanu do Spraw Żydowskich. Jak mówi przysłowie: co się odwlecze, to nie uciecze. Obecnie mamy urząd pełnomocnika prezydenta RP ds. kontaktów z diasporą żydowską, urząd pełnomocnika rządu RP ds. kontaktów z diasporą żydowską i urząd przedstawiciela ministra spraw zagranicznych ds. kontaktów z diasporą żydowską. A więc prezydent, rząd i ministerstwo spraw zagranicznych pod kontrolą.

W Polsce międzywojennej mieszkało ponad 3 miliony Żydów. Większość z nich nie znała języka polskiego lub znała go bardzo słabo. Jedynie 10-15% zasymilowanej ludności, która utrzymywała kontakty zawodowe lub towarzyskie, mogła pochwalić się jego znajomością. Dotyczyło to przeważnie ludzi z dużych miast. Zgoła odmienna sytuacja panowała w małych miasteczkach i na wsiach. Marian Miszalski w swojej książce Żydowskie lobby polityczne w Polsce cytuje Żyda spod Lwowa Leona Weliczkera:

Nasze małe miasteczko Stojanów liczyło około tysiąca Żydów i podobną ilość Polaków i Ukraińców (…). Polacy i Ukraińcy byli w większości rolnikami (…). My nie byliśmy ani bogatymi właścicielami miejskimi, ani drobnymi, biednymi rolnikami. Gardziliśmy drobnymi chłopami, których nazywaliśmy chamami (…), co dla nas oznaczało prostaczków. Żyliśmy w stworzonym przez siebie getcie bez ścian. Religia żydowska powodowała, że przebywaliśmy razem, co oddzielało nas od nie-Żydów. Kobiety, aby uzyskać koszerne jedzenie, kupowały w sklepach żydowskich (…). Religijne przepisy powodowały, że Żydzi mieszkali w przypominających getta społecznościach (…). Właściwie nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym; na pewno nie mieliśmy żadnych kontaktów towarzyskich, ponieważ nasze zainteresowania były kompletnie inne od zainteresowań gojów (…). Od wczesnego dzieciństwa dzieci chłopów zajmowały się pracą w gospodarstwie (…), gdzie były konie, krowy, psy, koty, podczas gdy my byliśmy całkowicie odcięci od świata zwierzęcego. Nasza religia zabraniała nam posiadać zwierzęta w naszych domach. Tak więc nawet w dziecięcych zabawach różniliśmy się od chrześcijan. My, mali żydowscy chłopcy, nie uczestniczyliśmy w żadnych zawodach ponieważ to uznawane było za gojskie (…). My Żydzi staraliśmy się unikać przechodzenia przy kościele katolickim, a jeśli to było niemożliwe, mruczeliśmy pod nosem odpowiednie przekleństwo, gdy przemykaliśmy koło niego (…). Wynosiliśmy się ponad innych, ponieważ byliśmy „ludem wybranym” przez samego Boga. Powtarzaliśmy to nawet w naszych modlitwach (…). Byliśmy obcymi dla otaczających nas gojów z powodu naszej religii, języka, zachowania, ubioru oraz codziennych wartości. Polska była jedynym krajem, gdzie naród żydowski żył wewnątrz innego narodu (…). Żyliśmy w stworzonym przez nas samych getcie i to odpowiadało naszym wymogom i życzeniom (…). Nigdy nie mówiliśmy w domu po polsku.

II wojna światowa zniszczyła ten świat, ten żydowski świat małych miast i miasteczek, których atmosferę tak barwnie odtworzył w filmie „Sanatorium pod klepsydrą” Jerzy Has. Ten sam, który wyreżyserował „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”. Tematyka żydowska i masońska najwyraźniej bardzo go interesowała. Pewnie nie przypadkiem. A on już należał do tej powojennej elity.

Żydzi, uwolnieni od tej żydowskiej biedoty, w nowej Polsce zmieniają nazwiska na polskie, mówią po polsku i zajmują najważniejsze stanowiska we wszystkich działach gospodarki, w nauce, kulturze, prasie, radiu i telewizji oraz w kluczowych organach państwa. W latach 1944-56 było to praktycznie ich państwo. Po roku 1956 słabną, a po roku 1968 – jeszcze bardziej. Choć czy rzeczywiście tak było? Sami często otwarcie mówili, i to w latach 70-tych, że są polską głową, a Polacy to korpus. Stają się polską elitą i ta małomiasteczkowa żydowska biedota nie kala obrazu narodu wybranego.

W latach 80-tych następuje świadome niszczenie gospodarki, by doprowadzić do kryzysu i zmienić realia polityczno-gospodarcze. Następuje likwidacja polskiego przemysłu i handlu. W to miejsce wchodzą stopniowo, po 1989 roku, zachodnie sieci handlowe, będące w rękach Żydów i zachodni przemysł, który korzysta z taniej siły roboczej. Przełomowym momentem jest zatwierdzenie przez Sejm w 1997 roku ustawy o stosunku Państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczpospolitej Polskiej. Temu zagadnieniu poświęciłem odrębny blog – „Ustawa”, w którym szczegółowo opisuję problem i zagrożenie jakie ona niesie. Dzięki niej gminy żydowskie pozostają poza kontrolą państwa a ich Związek stanowi ich rząd. Mamy więc w jednym państwie drugie państwo. Ich chciałoby się powiedzieć, że mamy państwo w państwie, gdyby nie to, że oba państwa są żydowskie.

Dlaczego żadna z wielkich afer III RP nie została wyjaśniona, a winni ukarani? Może dlatego, że uprawnienia organów państwa w jakimś momencie kończą się i pewnych granic nie mogą przekroczyć.

„Art. 8. Odpowiedzialność za zobowiązania wyznaniowych osób prawnych

Osoby prawne, o których mowa w art. 5 ust. 1, nie odpowiadają za zobowiązania innych osób prawnych.

Czyli, jeśli zarząd Związku Gmin zechce nadać osobowość prawną jakiejś jednostce organizacyjnej, to wnioskuje do właściwego ministra do spraw wyznań religijnych i ten taką osobowość nadaje. Gdy jednak taka jednostka organizacyjna coś nabroi, to ani gminy, ani Związek Gmin za to nie odpowiadają. Taką „jednostką organizacyjną” może być jakaś firma czy fundacja, która dokona jakichś nielegalnych operacji finansowych, handlowych i gospodarczych. I winnych nie będzie, i nikt nie będzie odpowiadał za tego typu działania. Bardzo możliwe, że część afer, jakie miały i mają miejsce w naszym kraju, ma właśnie takie podłoże.”

To cytat z blogu „Ustawa”. To jest prawdziwe zagrożenie. Ta ustawa już od lat jest wykorzystywana przez Żydów do umacniania swojej pozycji finansowej w Polsce. Nie potrzebują żadnej „JUST”. To zwykła ściema, mająca odwracać uwagę i straszyć. Po co Żydom wsparcie Ameryki, skoro rządzą w Polsce wszystkim? A w razie potrzeby, to mają tu wojska amerykańskie. Czegóż więcej trzeba?

A co zostawili Polakom? Ulice i wybory. No właśnie! Wybory! Gdy piszę te słowa jest godzina 20:49 i już zbierają się przed telewizorami, wchodzą na kanały internetowe i czekają na wynik: czy mój kandydat wygrał? Zaraz zaczną się niekończące się debaty o sprawach nieistotnych, bo te najważniejsze pozostają w ukryciu. Marks powiedział, że religia to opium dla ludu. Nie miał racji, to demokracja to opium dla ludu. Człowiek wierzący w Boga wierzy, że po śmierci jest inne, lepsze życie i ta wiara towarzyszy mu przez całe jego życie. Nie potrzebuje do tego dodatkowych bodźców. W przypadku demokracji człowiek wierzy, że obietnice wyborcze zostaną dotrzymane, co nie jest prawdą i następuje rozczarowanie. I w tym momencie pojawia się ktoś nowy, kto znowu obiecuje. Innymi słowy, dla wierzących w demokrację potrzebna jest co jakiś czas dawka, dawka wyborcza, tak jak dla narkomana – narkotyk. Dopóki działa, jest dobrze, ale za jakiś czas potrzeba nowej. Narkoman wyborczy, tak jak zwykły narkoman, potrzebuje iluzji. W przypadku pierwszego chodzi o przekonanie, że ma na coś wpływ. W przypadku drugiego, że przenosi się w inną rzeczywistość.

Wybitny ekonomista Milton Friedman, żydowskiego pochodzenia (czy wybitny ekonomista może być innego pochodzenia?), powiedział: „Demokracja wcale nie jest władzą większości, ale doskonale zorganizowanych mniejszości”. Nic dodać, nic ująć! Demokracja to żydowski wynalazek, służący im i tylko im. Szkoda, że tak mało ludzi zdaje sobie z tego sprawę.

Fakty

Fakt – zaistniały stan rzeczy, a w rozumieniu potocznym wydarzenie, które miało miejsce w określonym czasie i miejscu. Tak definiuje fakt Wikipedia. I z faktami nie dyskutuje się, można je interpretować, choć można je również fałszować. Czasem nawet jest tak, że jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów. Niemniej jednak do prawidłowej oceny rzeczywistości niezbędna jest znajomość faktów.

Na kanale „cepolska” w dniu 24 czerwca pojawił się wywiad z Aleksandrem Jabłonowskim, poświęcony dwu rocznicom: 22 czerwca 1941 (inwazja Niemiec na Związek Radziecki) i 28 czerwca 1919 (podpisanie Traktatu Wersalskiego). https://www.youtube.com/watch?v=dLfUqTJIH-A

Omawiając pierwszą rocznicę, Jabłonowski snuje wizje, co by było, gdyby Polska poszła z Niemcami na Związek Radziecki. Wnioskuje, że w takiej sytuacji Hitler atakowałby z pozycji o 300 km dalej na wschód, i że tyle zabrakło mu do Moskwy przed zimą. Stwierdza też, że gdyby Hitler zaatakował wcześniej, na początku maja, to zdążyłby przez mrozami. Jednak z tego wywiadu wynika, że zarówno redaktor Mossakowski jak i Jabłonowski nie znają faktów i nie czytali książki Józefa Mackiewicza „Nie trzeba głośno mówić”. Jest to specyficzna powieść, o której we wstępie do niej, sam Mackiewicz tak pisze:

Akcja powieści toczy się na tle zdarzeń historycznych, ściślej: pewnych fragmentów minionej wojny, i jest z nimi związana. Przedstawienie tych zdarzeń w powieści nie ma na celu narzucania czytelnikowi jakiejkolwiek „tezy”, bądź podejmowania „polemiki politycznej”. Jest wyłącznie próbą opisania tego co było.

Zastosowałem metodę wprowadzania postaci powieściowych w bezpośrednie zetknięcie nie tylko z autentycznymi wypadkami, ale też z autentycznymi ludźmi działającymi w tamtym czasie. Odbiega to, rzecz jasna, od formy klasycznej powieści. Nie wydaje mi się jednak, aby konwencja ograniczająca w tym względzie swobodę autorską była słuszna. Jestem zwolennikiem w twórczości literackiej swobody nieograniczonej. Dziś zwłaszcza, gdy próby obalenia krępujących twórczość kategorii prowadzą do licznych eksperymentów, nieraz daleko idących, jak np. tworzenie z powieści „antypowieści” itp. – surowe przestrzeganie podziału na tzw.: „fiction” i „non-fiction” wydaje mi się anachronizmem. Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem przeciwnikiem utartych konwencji. Chcę tylko uprzedzić czytelnika, że moja powieść tych konwencji nie przestrzega.

W powieści tej przewija się fabuła i dokument. I właśnie w tej części dokumentalnej jest opisana wojna niemiecko-radziecka. Na końcu książki Mackiewicz wymienia część dokumentów, z których korzystał. Było ich ponad 80. Dotarł do źródeł rosyjskich, ukraińskich, litewskich, polskich – dostępnych na Zachodzie, jak i do zachodnich, bo większą część swojego emigracyjnego życia spędził w Monachium.

Jak więc Mackiewicz opisuję tę wojnę i zachowanie Hitlera? Zestawia fakty i nie komentuje ich. Ocenę pozostawia czytelnikowi.

W niedzielę 22 czerwca o godzinie 3.15 rano nastąpił atak. Zaskoczenie było kompletne. Żadna jednostka sowiecka nie była postawiona w stan alarmu, nigdzie obsada przyczółków mostowych nie była wzmocniona, bojowe linie obronne nie były rozwinięte. Na całej długości frontu nie było przypadku niezaskoczenia. Do dnia 10 lipca poddało się na trenie Białorusi 320.000 żołnierzy sowieckich, 16 lipca w rejonie Smoleńska – 300.000, pomiędzy 5 i 8 sierpnia, w rejonie Humania, 103.000, do 26 września pod Kijowem 650.000. Łącznie – 1.388.000, w ciągu trzech miesięcy. W drugiej połowie lipca, po przebyciu 700 kilometrów, armie niemieckie stanęły na linii: Jarcewo-Smoleńsk-Jelnia-Rosławl. Do Moskwy pozostawało 350 kilometrów.

Dnie stawały się coraz krótsze. Od tygodni wojska niemieckie stały w miejscu, a rozkaz marszu na Moskwę nie nadchodził. W tym czasie gen. Guderian zamierzał zgrupowane siły pancerne pchnąć na Moskwę z rejonu Rosławla. Czekał tylko na rozkaz. O północy 22 sierpnia zadzwonił do Guderiana feldmarszałek von Bock i poprosił go o przybycie do niego do Borysowa. Guderian przyleciał o 11 przed południem. Godzinę wcześniej wylądował szef sztabu gen. Halder, który przywiózł dosłowny teks decyzji Hitlera:

Najważniejsze przed nastaniem zimy nie jest wzięcie Moskwy, lecz zajęcie Krymu, przemysłowego i węglowego Zagłębia nad Dońcem, przejęcie dopływu nafty z Kaukazu. Na północy odcięcie Leningradu i połączenie z Finami.”

Guderian nie mógł pogodzić się z tą decyzją i osobiście stawił się 23 sierpnia w kwaterze Hitlera w Rastenburgu (Kętrzyn). Argumentował: zdobycie Moskwy zadecyduje o kampanii. Obecny był Keitel, Jodl, Heusinger. Hitler był nieprzekonany. Gdy Guderian skończył, Hitler oświadczył: „Moi generałowie mają pojęcie o strategii, ale nie mają pojęcia o wojnie gospodarczej”. Stwierdził, że zboże, nafta, masło, jajka, węgiel, minerały… to decyduje o wojnie. Dobra materialne, a nie momenty strategiczno-polityczne, propagandowe czy psychologiczne. „Uderzenie pójdzie na Ukrainę, nie na Moskwę! Pan, generale zawraca 25-go całą siłą pancerną na południe. Na Konotop, węzeł kolejowy na linii Kijowa.

Stalin trwał przy swoim zdaniu, nawet gdy jego własne samoloty zwiadowcze doniosły, że wojska niemieckie skręciły na południe i prą w obejście frontu ukraińskiego od północy. Uznał, że to fortel i że Niemcy chcą obejść Moskwę od południa i rozkazał wzmocnić odcinek Briańska dwoma armiami. A czołgi Guderiana minęły odcinek Briańska wzdłuż jego frontu i 16 września spotkały się z 1-wszą pancerną grupą „Południe”, 200 km na wschód od Kijowa, zamykając w kotle pięć armii sowieckich. Zakończyło się to 26 września wielką klęską armii radzieckich. Poddało się 665.000 ludzi, 3.718 armat i 884 czołgi wpadło w ręce niemieckie.

Pogoda, jak cały czas w tej kampanii, była sucha. Dopiero po zwycięstwie na Ukrainie, Hitler uległ generałom i zdecydował się na uderzenie na Moskwę, choć nadal nie przywiązywał wagi do jej zajęcia. To zadanie polecił grupie armii „Środka”, wyznaczając pozostałym siłom inne, ekscentryczne, a nie koncentryczne, w stosunku do Moskwy zadania. Innymi słowy, nie był zwolennikiem okrążenia Moskwy i zaatakowania jej z każdej strony. Lubił przechwalać się tym, że nie popełni błędu Napoleona. Moskwa – mówił – nie jest dla mnie ważna.

Pięć „frontów” obronnych, z których pierwszy od Białego i Jarcewa poprzez Briańsk wzdłuż Desny; drugi rezerwowy od Rżewa na górnej Wołdze, przez Wiaźmę-Suchenicze; trzeci od Kalinina przez Możajsk do Kaługi; czwarty od Klimu przez Narofominsk do Tuły, i wreszcie piąty od Dmitrowa do Kołomny – opasały bezpośrednio Moskwę.

Generalny atak niemiecki rozpoczął się 2 października. 2-ga pancerna Guderiana, 2-ga armia, 4-ta pancerna, 4-ta armia, 9-ta i 3-cia pancerna, niemieckiej grupy „Środka”, rozbiły w przeciągu kilku dni pierwszy, i częściowo drugi sowiecki front obrony. Wojska Jeremienki na odcinku briańskim zostały otoczone. Sam on, ranny, ratował się ucieczką samolotem. Dnia 7 października 10-ta niemiecka dywizja pancerna od południa i 7-ma dywizja pancerna od północy zamknęły kleszcze wokół kotła Wiaźmy. W bitwie tej doszczętnie zniesione zostało osiem armii sowieckich, w tym siedemdziesiąt trzy dywizje piechoty i kawalerii, trzynaście dywizji i brygad pancernych. W ręce niemieckie wpadło 1.277 czołgów i 4.378 armat. Poddało się Niemcom 673.000 żołnierzy armii czerwonej. – W ten sposób od początku kampanii, w przeciągu pierwszych niespełna czterech miesięcy, łączna cyfra wziętych do niewoli jeńców wyniosła 2.061.000 ludzi. Niebywała od stworzenia świata i prowadzonych na nim wojen!

Na kilka godzin przed zamknięciem kotła Wiaźmy, w nocy z 6 na 7 października, spadł pierwszy, wilgotny śnieg. Tajał natychmiast. Nazajutrz niebo się nie przejaśniło. Nie było wiatru. Wciąż padał śnieg, ale od południa przeszedł w deszcz. Do wieczora rozpadał się na dobre. Zaczęło lać strugami, dzień i noc następną, i znowu dzień… Minął tydzień, drugi… Deszcz lał bez przerwy.

Dnia 5 grudnia 1941 roku na odcinku Kalinina, a 6 grudnia wzdłuż całego frontu obronnego pod Moskwą, 88 sowieckich dywizji piechoty, 15 dywizji kawalerii i 24 brygady pancerne przeszło do przeciwnatarcia. Termometr wskazywał 30 stopni poniżej zera.

Co wynika z tego opisu? W drugiej połowie lipca wojska niemieckie stały w odległości 350 km od Moskwy i stały tak przez cały miesiąc. Pod koniec sierpnia Hitler przerzuca wojska na Ukrainę i wraca pod Moskwę na początku października. A więc dwa miesiące zwłoki. Czyli – nie moment rozpoczęcia wojny decydował. Nie decydowało też miejsce, z którego zaczął. I nie zima decydowała. Na początku października, kiedy wrócił pod Moskwę, zaczęło lać. Deszcz padał tygodniami i bez przerwy. W takiej sytuacji przeprowadzenie jakiejkolwiek operacji wojskowej jest niemożliwe. A sroga zima nadeszła dopiero z początkiem grudnia. Takie są fakty. Ich interpretację pozostawił Mackiewicz czytelnikowi.

Trochę dalej poszedł Antony C. Sutton (1925-2002) autor wielu książek m.in. „Wall Street i rewolucja bolszewicka” i „Wall Street and the Rise of Hitler”. Sugeruje więc, że na to, co dzieje się na świecie, mają wpływ finansiści z Wall Street. Skoro więc Wall Street miało wpływ na rewolucję bolszewicką, to, by być konsekwentnym, musiało mieć również wpływ na wojnę polsko-bolszewicką z 1920 roku. I tę wojnę opisuje Mackiewicz w powieści „Lewa wolna”, napisanej w tej samej konwencji jak późniejsza – „Nie trzeba głośno mówić”.

Piłsudski w tej wojnie podejmuje tak samo dziwne i niezrozumiałe decyzje jak Hitler 20 lat później. I nie pozostaje nic innego, jak tylko przytoczyć pewne fragmenty tej powieści.

»W sierpniu 1919 roku Denikin wysyła do Warszawy kuriera, przedkładając Piłsudskiemu następującą propozycję:

Niech wojska polskie uderzą tylko wzdłuż linii Mozyrz – Kalenkowicze, w ogólnym kierunku na Dniepr. To wystarczy. Wydaje się, że ma Pan na tym odcinku czterokrotną przewagę nad bolszewikami. W ten sposób worek, w którym znajduje się już dziś cała 12-armia bolszewicka, zostanie ostatecznie zawiązany. Jednocześnie lewe skrzydło Armii Ochotniczej rosyjskiej uzyska zupełną swobodę działania. Natomiast prawe skrzydło frontu bolszewickiego, śmiertelnie zagrożone tym uderzeniem, musi się wygiąć do tyłu. Polska uzyska skrócenie frontu i zwolni wszystkie swoje wojska na południowym odcinku frontu. W tej perspektywie upadek Moskwy, a z nią razem ostateczny upadek bolszewizmu jest nieunikniony.

Na północnym zachodzie generał Judenicz podjął drugą w tym roku ofensywę na Petersburg. 12 października zdobył Jamburg. 17 października zajął Krasne Sioło, a kawaleria kontrrewolucji osiągnęła przedmieścia stolicy. Z Syberii rusza ponownie admirał Kołczak.

Lenin zdaje się tracić nerwy: ”Nigdy jeszcze wróg nie był tak blisko Petersburga! Nigdy jeszcze tak blisko Moskwy! To najbardziej krytyczny moment socjalistycznej rewolucji!”

Politbiuro ogłasza masową mobilizację wszystkich komunistów bez względu na zajmowane przez nich stanowiska. Miejskie komitety partii w pełnym składzie są wysyłane na front przeciw Denikinowi. 14 października prezydium Wszechzwiązkowej Centralnej Rady Związków Zawodowych podjęło uchwałę o wysłaniu przeciwko Denikinowi wszystkich bez wyjątku robotników i pracowników zawodowych. II Wszechrosyjski Zjazd Komsomołu postanowił zmobilizować wszystkich członków komunistycznego Związku Młodzieży od lat szesnastu.

W tym czasie, wzdłuż całej zachodniej granicy, na przestrzeni 1.200 kilometrów od Połocka do Rumunii ciągnie się front polski. Gdyby ten front ruszył, to losy rewolucji bolszewickiej byłyby przesądzone. Ale nie ruszył się.

Piłsudski w gronie najbardziej zaufanych dowódców wyłożył cele wojny i swoje w niej stanowisko:

Wiemy, że w tej chwili bolszewicy rzucili prawie wszystkie swe siły przeciwko Denikinowi, odsłaniając nasz front. Wydawałoby się może niektórym panom logiczne, że w takiej chwili winno nastąpić uzgodnienie działań pomiędzy naczelnym dowództwem polskim i Denikinem. a nie wstrzymanie się od wszelkiego nacisku na armię sowiecką, gdy jest ona właśnie zaangażowana najbardziej w walce z rosyjską armią ochotniczą. Taki wniosek wydaje się naturalny i słuszny z punktu widzenia postępowania wojskowego. Ale nie jest słuszny z punktu widzenia polskich interesów politycznych. Mniejszym złem jest ułatwić Rosji czerwonej pobicie Rosji białej. Gdybyśmy bowiem poparli teraz Denikina w naszej walce z bolszewikami, byłaby to w istocie walka o Rosję. A my z każdą Rosją prowadzimy walkę o Polskę. Niech sobie ten cały zafajdany Zachód gada co chce, ale my nie damy się wciągnąć i użyć do walki z rewolucją rosyjską, lecz odwrotnie, w imię nieprzemijających interesów polskich chcemy ułatwić armii rewolucyjnej jej działania przeciwko armii kontrrewolucyjnej.«

Przechodząc do sierpnia 1920 roku, wygląda to tak:

»To co nastąpiło, to rozwarcie nożyc pomiędzy „północno-zachodnim” frontem Tuchaczewskiego, a „południowo-zachodnim” Jegorowa. Gdy Tuchaczewski zbliżał się do Warszawy, Jegorow zbliżał się do Lwowa. Pomiędzy tymi frontami powstała pustka. 11 sierpnia naczelne dowództwo sowieckie dostrzegło ten błąd i nakazało 1-szej konnej armii Budiennego odejść od Lwowa i ruszyć w kierunku na Zamość – Hrubieszów. To uniemożliwiłoby polskiej „Grupie Uderzeniowej” wykonanie manewru od Dęblina na północ. Ale Budienny nie wykonał tego rozkazu, bo Stalin, przewodniczący Rewolucyjnej Rady Wojennej, będąc pewny zdobycia Warszawy, chciał zdobyć Lwów i szybko przenieść rewolucję na Bałkany. Decyzja Stalina znaczyła więcej niż decyzja Jegorowa. Bedienny nie wykonał rozkazu naczelnego dowództwa i wdaje się w polemikę, że dopiero po zdobyciu Lwowa należy przystąpić do wykonania nowego rozkazu. Tę korespondencję, prowadzoną drogą radiową, przechwytuje i rozszyfrowuje pułkownik Jan Kowalewski w sztabie generalnym w Warszawie.

To, o czym sztab polski nie wiedział, a o czym również nie wiedział Tuchaczewski, to osobista ingerencja Lenina, zaniepokojonego nagłym zwrotem na wewnętrznym froncie kontrrewolucyjnym w Rosji. 2 sierpnia depeszował on do Stalina:

Przed chwilą przeprowadziliśmy w Biurze Politycznym podział frontów, abyście się zajęli wyłącznie Wranglem. W związku z powstaniami, szczególnie na Kubaniu, a następnie również na Syberii, niebezpieczeństwo ze strony Wrangla staje się olbrzymie, i w łonie KC wzmaga się dążenie do niezwłocznego zawarcia pokoju z burżuazyjną Polską. Proszę was, abyście bardzo wnikliwie rozważyli, jaką jest sytuacja z Wranglem i przedstawili waszą opinię. – Lenin.

A owego 11 sierpnia, w którym naczelne dowództwo nakazuje Budiennemu „bez najmniejszej zwłoki” ruszyć na Zamość – Hrubieszów, Stalin otrzymuje nową depeszę:

Zwycięstwo nasze w Polsce jest wielkie i będzie całkowite, jeżeli dobijemy Wrangla. Podejmiemy tutaj wszelkie środki ku temu. Naciśnijcie również i wy, aby w wyniku obecnego uderzenia odebrać za wszelką cenę cały Krym. Od tego zależy teraz wszystko. – Lenin.

A Wrangel nie tylko utrzymał się, ale 25 lipca rozpoczął nowe natarcie i zmusił południowo-zachodni front sowiecki do przerzucenia znacznych sił na front krymski. To spowodowało, że Stalin zaabsorbowany wypadkami na południowym odcinku frontu i jeszcze do tego obligowany uwagami Lenina, wahał się, tym bardziej że Tuchaczewski wydawał się być zupełnym zwycięzcą na północnym froncie.

Rozpoczęty 16-go sierpnia atak polskiej „Grupy Uderzeniowej” od Dęblina, 17-go zdobywa Białą Podlaską i Siedlce, 18-go Drohiczyn nad Bugiem. Karta się odwraca, ale jeszcze nie do końca. Na północy, daleko wysunięta na zachód, 4-a armia sowiecka wisi w powietrzu. Plan Tuchaczewskiego polega na tym, by zawrócić ją na wschód i uderzyć w tyły 5-tej armii polskiej Sikorskiego: na Płońsk – Warszawę.

O świcie 15 sierpnia VIII brygada kawalerii polskiej, pod dowództwem gen. Karnickiego, wykonała rajd na tyły 4-ej armii sowieckiej. O godzinie 11 przed południem wpadła do Ciechanowa, gdzie kwaterował sztab 4-ej armii. Zaskoczenie było zupełne. Cały sztab rzucił się do ucieczki. Pozostała kancelaria dowództwa, mapy, meldunki, rozkazy, ale najważniejsze było to, że w polskie ręce dostała się radiostacja, jedyna forma łączności, najdalej wysuniętej na zachód armii, z dowództwem frontu i III korpusem konnym. Natychmiast zarządzone przeciwnatarcie, wyborowej 33-ciej dywizji kubańskiej, wyparło brygadę Karnickiego, ale nie odzyskano radiostacji. I od tego momentu załamał się porządek dowodzenia w sztabie armii. To prawdopodobnie zdecydowało o tym, że natarcie na Warszawę od strony północno-zachodniej nie doszło do skutku. Wojska z tamtego rejonu w ostateczności albo wycofały się na wschód, albo przeszły na stronę pruską i zostały internowane.

Resztki rozbitych wojsk sowieckich wycofują się spod Warszawy i 26 sierpnia próbują utworzyć nowy front, biegnący do Grodna na południe, przez Kuźnicę – Świsłocz – Białowieżę – Kamieniec Litewski – Żabinkę nad Muchawcem – Tyszowiec. W tym czasie stan liczebny armii polskich wzrasta do ponad 900 tysięcy. Ale dopiero po miesiącu, 21 września, Piłsudski decyduje się uderzyć na bolszewików. 2-ga armia pod wodzą generała Rydza Śmigłego forsuje Niemen koło Druskiennik, z zamiarem wyjścia na Lidę i obejścia frontu sowieckiego od północy.

To drugie uderzenie z 22 września, po odparciu wojsk bolszewickich spod Warszawy, całkowicie rozbija bolszewików na przestrzeni całego frontu i rozpędza ich armie. Ta operacja, nazwana bitwą niemeńską przesądziła o losach wojny. Generał Weygand, już na podstawie oceny bitwy warszawskiej, stwierdził 21 sierpnia w wywiadzie dla paryskiej gazety:

Jeżeli wojskowe kierownictwo polskie zechce w pełni i zupełności wyzyskać odniesione zwycięstwo, jestem absolutnie pewny, że armia bolszewicka przestanie wkrótce odgrywać jakąkolwiek rolę.

No właśnie! Jeśli zechce w pełni i zupełności wyzyskać. Tereny na północ od Prypeci, na całej Białorusi, były ogołocone z przeciwnika. Droga na Moskwę stała otworem. I ta 900-tysięczna armia stoi. Nie pierwszy zresztą raz w tej wojnie, dziwnej wojnie.

W dniu 21 września zbiera się w Moskwie na tajnej konferencji kilku członków CK partii. Są tam m.in. Lenin, Trocki, Stalin. W jej wyniku zapada uchwała o utworzeniu nowego „Południowego Frontu”, skierowanego wyłącznie przeciwko wojskom generała Wrangla, liczącym około 40 tysięcy żołnierzy. Na drugi dzień po tym postanowieniu, 22 września, czyli w dniu rozpoczęcia „niemeńskiej” ofensywy polskiej, Lenin przemawia na IX Konferencji RKP (bolszewików) i proponuje zawarcie pokoju z Polską. W rezultacie uchwalono rezolucję o konkretnych warunkach zawarcia pokoju, które osobiście sporządza i redaguje Lenin.

Klęska na froncie polskim nie zmieniła decyzji zapadłych na tajnej konferencji z dnia 21 września o skierowaniu wszystkich sił przeciwko Wranglowi. Z trudem udaje się ściągnąć z fińskiej i estońskiej granicy 6-tą armię czerwoną. Ale armia ta nie zostaje rozwinięta na Białorusi jako ostatnia zapora, zamykająca drogę na Moskwę. Przechodzi, niezatrzymywana, przed frontem polskim i kieruje się na front krymski. A tam napierał, powstrzymywany ostatkiem sił, Wrangel. Przed prawie milionowym wojskiem polskim droga na stolicę rewolucji wolna. Tylko ruszyć!

Dnia 8 października wojska polskie dotarły o 16 wiorst na zachód od Mińska. Władze bolszewickie uciekły z miasta. Mińsk pozostawiony sam sobie, leży przez kilka dni na ziemi niczyjej. A wojska polskie stoją, nie posuwają się naprzód, jakby zamieniły się w słup soli. Bolszewicy wracają. Ludzie głupieją. Lenin mówi o klęsce w wojnie z Polską, a wszystkie siły kieruje przeciwko Wranglowi. I deklaruje: „Zwycięstwo nad Wranglem jest obecnie naszym głównym i podstawowym celem”… O co w tym wszystkim chodzi? Polska dysponuje siłą dwudziestokrotnie większą niż Wrangel.

12 października został zawarty rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami. W dniu 16 listopada 4-ta armia czerwona, ta rozbita pod Ciechanowem i później powtórnie pod Grodnem, ta armia wkracza do Teodozji. 18-go zajęła Jałtę. Niedobitki armii Wrangla i cywile, zapakowani na statki, odpływali do Konstantynopola.«

Te powyższe cytaty pochodzą z moich wcześniejszych blogów: „Wojna 1920 roku” i „Wojna niemiecko-radziecka”. Tam jest wszystko opisane od początku do końca. Te cytaty miały tylko zwrócić uwagę na pewne fakty i dziwne zachowanie Piłsudskiego i Hitlera i ich przychylny stosunek do bolszewików i wrogi do białych.

Tak to wyglądało. Widać wyraźnie, że prawdziwym wrogiem dla bolszewików nie był Piłsudski, ale biali. Dla Piłsudskiego prawdziwym wrogiem byli biali, a nie bolszewicy. Dla Hitlera prawdziwym wrogiem nie był Związek Radziecki tylko Rosja. Jakkolwiek głupio by to brzmiało, ale tak było. Wychodzi więc na to, że te wszystkie wojny były sztucznie wykreowane a ich celem wcale nie było zwycięstwo którejś ze stron, tylko stworzenie pretekstu do dokonania, po tych wojnach, zmian. Po pierwszej wojnie światowej powstała Liga Narodów – taki zaczątek rządu światowego, a po drugiej – ONZ. To już nie zaczątek, forma embrionalna, to w pełni ukształtowany płód.

Dziwne i niezrozumiałe decyzje sugerują, że Piłsudski był agentem Wall Street. Dokładnie według tego samego schematu postępuje 20 lat później Hitler. Tam, gdzie nie pozostaje nic innego jak dobicie przeciwnika, następuje wstrzymanie działań, po to właśnie, by go oszczędzić. Jak gdyby chodziło o to, by wojna trwała jak najdłużej, by zginęło jak najwięcej ludzi, by straty materialne były jak największe.

Zastanawia też zachowanie bolszewików. 13 listopada 1918 roku wypowiadają oni postanowienia Pokoju Brzeskiego, zawartego z Niemcami w marcu tego roku. I ruszają na podbój świata. Jeszcze nie do końca pokonali siły kontrrewolucji a już chcą zawojować świat. Trochę to dziwne i nielogiczne. Nie zaczyna się nowej wojny, gdy stara niedokończona. Tylko czy to są siły kontrrewolucji?

Rewolucja lutowa z 1917 roku była faktycznie rewolucją, bo w jej wyniku 15 marca abdykował car Mikołaj II i powstał Rząd Tymczasowy. Kończyła się więc w Rosji monarchia i zaczynała demokracja. Rząd Tymczasowy to był okres dwuwładzy. Rządy były sprawowane równolegle przez Rząd Tymczasowy i Piotrogrodzką Radę Delegatów Robotniczych i Żołnierskich. Dwuwładza trwała do zbrojnego przewrotu dokonanego przez bolszewików w nocy z 6-go na 7-go listopada. I ten przewrót nazywa się rewolucją październikową według kalendarza używanego w Rosji. Bolszewicy oficjalnie deklarowali, że jego powodem była ochrona wolnych wyborów do Zgromadzenia Konstytucyjnego przed „zamachem reakcji”. Wolne wybory (25 listopada) wygrała partia eserowców (socjalistów-rewolucjonistów), która zdobyła 58% głosów. Bolszewicy uzyskali 25% głosów. Parlament zebrał się tylko jeden raz 18 stycznia 1918 roku, po czym został rozpędzony przez bolszewików.

Zwolenników władzy bolszewików określano jako czerwonych, a przeciwników – jako białych. To była walka o władzę, a nie kontrrewolucja. Białym wcale nie chodziło o restaurację caratu. Utworzyli oni Armię Ochotniczą, którą wspomagały rządy Anglii, Francji i USA. Czerwonych finansowała Wall Street. A co by było, gdyby któraś ze stron nie otrzymała znikąd pomocy? – Nie byłoby konfliktu.

Można by zapytać po co wielki kapitał finansuje te wszystkie wojny i rewolucje? Nawet jeśli rządy robią to samo, to też są to pieniądze finansjery. A może ten wielki kapitał nie tylko finansuje, ale i kreuje konflikty i wojny? Czy dlatego finansuje, że tak sobie zapragnął, czy może jest w tym jakiś ukryty cel? Ten „rozwój poprzez sprzeczności” niszczy społeczeństwa w sensie fizycznym, moralnym i materialnym. Nad zdegenerowanymi, zubożałymi, zdezorientowanymi łatwiej zapanować i podporządkować ich sobie.

Czy świat mógłby rozwijać się pokojowo? Rozwijać te technologie, które służą ludziom, a nie te, które mają ich zniewolić. Pewna nacja przekupuje najzdolniejszych naukowców i inżynierów, by rozwijali te nieprzyjazne człowiekowi. Kiedyś może się to obrócić przeciwko jednym i drugim.

Antifa

Podmiana znaczenia słów jest najlepszym sposobem, by zamieszać ludziom w głowach. Nic tak nie dezorientuje ich i ułatwia manipulowanie nimi, jak chaos pojęciowy. Jednym z takich słów, któremu całkowicie zmieniono znaczenie jest faszyzm. Wszelkie zło, jakie mu się przypisuje, to nazizm. I żeby jakoś to usprawiedliwić, to określa się go jako skrajną odmianę faszyzmu. Dlaczego nazizm zastąpiono faszyzmem? Czy tylko dlatego, by zdjąć z Niemców odpowiedzialność za czyny popełnione podczas II wojny światowej? Czy może też dlatego, że wśród nazistów było wielu Żydów. Oczywiście rodowód nazizmu jest niemiecki, ale wkład organizacyjny już niekoniecznie tylko ich. Rodowód faszyzmu jest włoski, a sama nazwa sięga jeszcze czasów starożytnych.

Hasłami antyfaszystowskimi posługuje się Antifa. Wikipedia tak ją charakteryzuje:

»Antifa (od niem. Antifaschismus „antyfaszyzm” i ang. Anti-Fascist Action, ATA „Akcja Antyfaszystowska”) – zbiorcze określenie ogółu osób deklarujących się jako antyfaszyści i czynnie sprzeciwiających się tendencjom skrajnie prawicowym ( utożsamianym przez Antifę z faszyzmem). Jest ruchem nieformalnym, pozbawionym jakiegokolwiek kierownictwa czy wewnętrznej hierarchii. Określana również jako subkultura. Choć z Antifą nie jest związana żadna ideologia polityczna, wyróżniają się wśród nich socjaliści, anarchiści, antyrasiści i liberałowie.

Współczesne ruchy antyfaszystowskie nawiązują do niemieckich organizacji sprzeciwiających się faszyzmowi, które działały w okresie międzywojennym, takich jak Front Żelazny czy Akcja Antyfaszystowska (niem. Antifaschistische Aktion). Front Żelazny został założony przez SPD w 1931 roku, a Akcja Antyfaszystowska przez Komunistyczną Partię Niemiec w 1932 roku. Obie inicjatywy miały w założeniu jednoczyć różne grupy polityczne w sprzeciwie wobec nazizmu.«

Już w tym krótkim opisie widać niekonsekwencję. W jednym zdaniu jest sprzeciw przeciwko faszyzmowi, a w drugim – nazizmowi. To jest to wymienne stosowanie dwóch słów o różnym znaczeniu, sugerujące, że to jedno i to samo. A skoro tak, to po co używać dwóch pojęć? Chyba tylko po to, by robić mętlik w głowie. Pisze też Wikipedia, że to ruch nieformalny, pozbawiony jakiegokolwiek kierownictwa czy wewnętrznej hierarchii. I taka nieformalna grupa jest w stanie organizować akcje protestacyjne często na poziomie międzynarodowym, jest w stanie zwołać setki osób, które współdziałają ze sobą w sposób perfekcyjnie skoordynowany. – Ciekawe.

Na portalu „zerohedge” ukazał się ostatnio interesujący artykuł na temat Antify. Ja przytaczam tu jego obszerne fragmenty, ale zachęcam do zapoznania się z oryginalnym tekstem. https://www.zerohedge.com/political/brief-history-antifa-part-i

»Amerykański prokurator generalny obciążył Antifę odpowiedzialnością za zamieszki, które wybuchły po śmierci Georga Floyda. Stwierdził również, że organizacja ta przechwyciła legalne protesty na terenie całego kraju i przekształciła je w bezprawne, gwałtowne zamieszki, podpalanie, plądrowanie sklepów, niszczenie obiektów użyteczności publicznej, atakowanie sił porządkowych i przypadkowych ludzi.

Czym jest Antifa?

Jest to ponadnarodowy ruch rewolucyjny, który dąży, często nie przebierając w środkach, do obalenia liberalnej demokracji, w celu zastąpienia globalnego kapitalizmu komunizmem. Jej długofalowym celem jest ustanowienie komunistycznego porządku świata. W Ameryce jej doraźnym celem jest usunięcie Trumpa i jego administracji.

Podstawową taktyką stosowaną przez Antifę w Ameryce i Europie jest wzbudzanie niepokoju i niszczenie publicznej i prywatnej własności, w celu sprowokowania policji do podjęcia działań, co ma być dowodem, jak utrzymuje Antifa, że rząd jest faszystowski.

Antifa twierdzi, że w ten sposób sprzeciwia się faszyzmowi. Pod tym pojęciem rozumie wszystkich, którzy są jej oponentami, mają inne poglądy polityczne. „Faszyzm” według tradycyjnego znaczenia, zdefiniowanego przez Webster Dictionary, to „system rządów totalitarnych z dyktatorem na czele, charakteryzujący się agresywnym nacjonalizmem, militaryzmem i często rasizmem”.

Antifa podtrzymuje marksitowsko-leninowską definicje faszyzmu, która zrównuje ją z kapitalizmem. „Walka z faszyzmem będzie wygrana tylko wtedy, gdy system kapitalistyczny rozpadnie się i powstanie społeczeństwo bezklasowe”, jak utrzymuje niemiecka Antifa, Antifaschistischer Antifa München.

Niemiecka agencja wywiadowcza BfV, w specjalnym raporcie dotyczącym skrajnie lewicowych ruchów, pisze:

Walka Antify ze skrajną prawicą to tylko zasłona dymna. Podstawowy cel jest zawsze ten sam – państwo burżuazyjno-demokratyczne, które, w mniemaniu skrajnej lewicy, akceptuje i promuje „faszyzm” jako możliwą formę rządów i dlatego nie zwalcza go dostatecznie. W efekcie „faszyzm” zakorzenia się w społecznych i politycznych strukturach „kapitalizmu”. I zgodnie z tym, skrajna lewica, w swojej „antyfaszystowskiej” działalności, skupia się przede wszystkim na wyeliminowaniu „kapitalistycznego systemu”.

Matthew Knouff, autor An Outsider’s Guide to Antifa: Volume II tak wyjaśnił ideologię Antify:

Podstawa filozofii Antify koncentruje się na walce pomiędzy trzema głównymi siłami: faszyzmem, rasizmem i kapitalizmem – i wszystkie te siły, według Antify, oddziałują wzajemnie na siebie… z faszyzmem uważanym za ostatnie stadium kapitalizmu, z kapitalizmem będącym środkiem opresji, i z rasizmem, opresyjnym mechanizmem związanym z faszyzmem.

W eseju „What Antifa and the Original Fascists Have In Common” (Co wspólnego mają Antifa i prawdziwi faszyści), Antony Mueller, niemiecki profesor ekonomii, aktualnie wykładający w Brazylii, opisał jak antykapitalistyczne bojówki przebrane za antyfaszystowskie, odsłaniają swój własny faszyzm:

Po tym jak lewica zaszufladkowała pojęcie liberalizmu i odwróciła jego znaczenie, Antifa używa fałszywej terminologii, by ukryć swój prawdziwy program. Podczas gdy nazywa siebie „antyfaszystowską” i uznaje faszyzm za swego wroga, to ona sama jest najbardziej faszystowskim ruchem. Członkowie Antify nie są przeciwnikami faszyzmu, wprost przeciwnie – są jego autentycznymi przedstawicielami. Komunizm, socjalizm i faszyzm mają wspólnego wroga – kapitalizm i liberalizm. Antifa jest ruchem faszystowskim. Wrogiem tego ruchu nie jest faszyzm, ale wolność, spokój i pomyślność.

Ideologiczne korzenie Antify

Źródeł ideologii Antify należy szukać w Związku Radzieckim. W 1921 i 1922 roku Międzynarodówka Komunistyczna (Komintern) opracowała taktykę zjednoczonego frontu, by „zjednoczyć masy pracujące poprzez agitację i organizację”… „w skali międzynarodowej i w każdym państwie oddzielnie” przeciw „kapitalizmowi” i „faszyzmowi” – dwu pojęciom, których używano zamiennie.

Pierwsza na świecie antyfaszystowska formacja Arditi del Popolo (Bojówki Nieustraszonego Ludu) powstała w czerwcu 1921 roku we Włoszech, w celu przeciwdziałania wzrostowi znaczenia partii faszystowskiej Benito Mussoliniego, która z kolei miała za zadanie zapobiec rewolucji bolszewickiej na Półwyspie Apenińskim. Wielu członków z tej grupy, liczącej około 20.000 osób, składającej się z komunistów i anarchistów, brało udział w wojnie domowej w Hiszpanii w latach 1936-39.

W Niemczech, Komunistyczna Partia Niemiec utworzyła w lipcu 1924 roku paramilitarne oddziały Roter Frontkämpferbund (Liga Bojowników Czerwonego Fronu). Grupa ta została zdelegalizowana ze względu na swój ekstremizm. Wielu z jej 130.000 członków kontynuowało działalność podziemną lub przeniosło się do nowych, lokalnych organizacji takich jak Kampfbund gegen den Faschismus (Związek Walki przeciw Faszyzmowi).

Współczesna Antifa wywodzi swoją nazwę od grupy zwanej Antifaschistische Aktion, założonej w maju 1932 roku przez przywódców Komunistycznej Partii Niemiec. Jej celem była walka z faszyzmem, przez co rozumiała wszystkie prokapitalistyczne partie w Niemczech. Podstawowym celem było obalenie kapitalizmu. Po dojściu do władzy Hitlera została ona zdelegalizowana.

Po wojnie niemiecka Antifa uaktywniła się organizując różne manifestacje studenckie lat 60-tych. Tworzyła ona również lewicowe bojówki działające w latach 70-tych, 80-tych i 90-tych. Frakcja Czerwonej Armii (RAF), znana także jako banda Baader-Meinhof, była marksistowską grupą partyzantki miejskiej. Jej należy przypisać wiele zabójstw, zamachów bombowych, porwań dzieci. Wszystko to miało na celu wzniecenie rewolucji w Niemczech Zachodnich, które grupa określała jako faszystowską pozostałość z okresu czasów nazistowskich. Przez ponad 30 lat zamordowano ponad 30 osób a 200 zraniono.

Po upadku komunistycznego rządu w NRD (Niemcy Wschodnie) w 1989-90, ujawniono, że Frakcja Czerwonej Armii była finansowana, szkolona i wyposażana przez Stasi – wschodnio-niemieckie służby specjalne. Celem terrorystów było wywołanie gwałtownej reakcji rządu, co, w odwecie, miało prowadzić do jeszcze większego rozprzestrzeniania się rewolucyjnych zamieszek. Twórczyni grupy Urlike Meinhof tak opisała stosunek skrajnie lewicowych bojówek do policji: „Facet w mundurze to świnia, a nie istota ludzka. A to oznacza, że nie musimy z nim rozmawiać i jakakolwiek rozmowa z tymi ludźmi to błąd. I oczywiście można do nich strzelać.”

Bettina Röhl, niemiecka dziennikarka i córka Meinhof, twierdzi że współczesna Antifa jest kontynuacją Frakcji Czerwonej Armii (RAF). Podstawowa różnica polega na tym, że członkowie Antify są anonimowi, ukrywają swoją twarz. W artykule z czerwca 2020 opublikowanym przez szwajcarską gazetę Neue Zürcher Zeitung, Röhl zwróciła uwagę, że Antifa jest nie tylko oficjalnie tolerowana, ale jest opłacana przez niemiecki rząd, by zwalczała skrajną prawicę:

W porównaniu do RAF, bojówkom Antify brak znanych twarzy. Z tchórzostwa, jej członkowie zakrywają twarz i utrzymują w tajemnicy swoje nazwiska. Antifa ciągle grozi i atakuje polityków i policjantów. Organizuje i popularyzuje bezsensowne niszczenie mienia o wielkiej wartości. Niemniej jednak posłanka Renate Künast (Zieloni) narzekała ostatnio w Bundestagu, że w ostatnich dekadach Antifa nie była należycie finansowana przez państwo. Była rozczarowana, że organizacje pozarządowe i Antifa nie zawsze mogą organizować zbiórki pieniędzy i mogą tylko zawierać krótkoterminowe, z roku na rok, umowy o pracę. Można by zapytać czy Antifa jest czymś takim jak RAF, grupą terrorystyczną z państwowymi pieniędzmi, przeznaczonymi do „walki z prawicą”.

Niemiecka agencja wywiadowcza BfV wyjaśnia gloryfikację gwałtów przez Antifę:

Dla skrajnej lewicy kapitalizm jest rozumiany jako źródło wojen, rasizmu, katastrof ekologicznych, społecznej nierówności i nieuzasadnionego bogacenia się. I dlatego kapitalizm jest czymś więcej niż tylko porządkiem ekonomicznym. W dyskursie skrajnej lewicy określa ona społeczną i polityczną rzeczywistość, ale też – wizję radykalnej społecznej i politycznej reorganizacji. Tak czy inaczej, demokracja parlamentarna jako tak zwana burżuazyjna forma rządów powinna być w każdym przypadku obalona.

Z tych powodów skrajna lewica zwykle lekceważy lub usprawiedliwia łamanie praw ludzkich w socjalistycznych lub komunistycznych dyktaturach lub w krajach, które są rzekomo zagrożone przez „Zachód”. Do dziś zarówno zatwardziali komuniści, jak i niezależni aktywiści, usprawiedliwiają, chwalą i sławią terrorystyczną RAF i zagraniczne lewicowe bojówki terrorystyczne jako rzekome „ruchy wyzwoleńcze” lub nawet „ruchy oporu”.

W 1985 roku powstała w Wielkiej Brytanii Anti-Fascist Action (AFA), która zapoczątkowała ruch Antify w Stanach Zjednoczonych. W Niemczech powstała w 1992 roku Antifaschistische Aktion-Bundesweite Organization (AABO). Jej celem było połączenie wysiłków mniejszych grup Antify, działających w różnych regionach kraju. W 1993 roku w Szwecji powstała Antifascistisk Aktion (AFA), stosująca terror wobec swoich przeciwników. We Francji działa grupa Antify – L’Action antifasciste, znana ze swojej szczególnej wrogości wobec Izraela.

Po upadku Muru Berlińskiego w 1989 roku i bankructwie komunizmu w 1990 roku, Antifa wyznaczyła sobie nowy cel – neoliberalną globalizację. W 1989 roku powstaje we Francji Attac, promujący ogólnoświatowy podatek od transakcji finansowych. Obecnie przewodzi on ruchowi alterglobalistycznemu, który, podobnie jak Global Justice Movement (Ruch Globalnej Sprawiedliwości) jest wrogiem kapitalizmu. W 1999 roku Attac był obecny podczas zamieszek w Seattle, które doprowadziły do fiaska obrad WTO. Attac brał również udział w antykapitalistycznych protestach przeciw G7, G20, WTO i wojnie w Iraku. Obecnie stowarzyszenie to jest obecne w 40 krajach, z ponad tysiącem lokalnych zrzeszeń i setkami organizacji wspierającymi sieć. Zdecentralizowana i pozbawiona hierarchii organizacja Attac wydaje się korzystać z modelu wypracowanego przez Antifę.

W lutym 2016 roku Międzynarodowy Komitet Czwartej Międzynarodówki przedstawił polityczne podstawy globalnego ruchu antywojennego, który, podobnie jak Antifa, oskarża kapitalizm i neoliberalny globalizm o istnienie militarnego konfliktu:

Nowy antywojenny ruch musi być antykapitalistyczny i socjalistyczny, ponieważ nie może być poważnej walki przeciw wojnie z wyjątkiem walki, która zakończy dyktaturę kapitału finansowego i systemu ekonomicznego, który jest podstawową przyczyną militaryzmu i wojny.

W lipcu 2017 roku ponad 100.000 antyglobalistów oraz członków Antify zebrało się w Hamburgu, by protestować przeciw szczytowi G20. Antifa chełpiła się, jak to jej udało się zmobilizować grupy Antify z całego świata:

Ta mobilizacja związana ze szczytem, zaowocowała doświadczeniem i współpracą lewicowych i antykapitalistycznych grup z całej Europy i świata. Wymienialiśmy się doświadczeniami i razem walczyliśmy, braliśmy udział w międzynarodowych spotkaniach, byliśmy atakowani przez policję i wojsko, przegrupowywaliśmy nasze siły i ponownie podejmowaliśmy walkę. Ruch antyglobalistyczny zmienia się, ale nasza sieć trwa. Jesteśmy aktywni lokalnie w naszych regionach, miastach, wsiach i lasach. Ale walczymy również globalnie.

Niemieckie tajne służby, w swoim rocznym raporcie, dodają:

Skrajnie lewicowe struktury starały się przedstawić swój udział w proteście przeciwko szczytowi G20 w korzystnym dla siebie świetle. Prezentowały fotografie i raporty, mające na celu skompromitowanie policji, której działania były nieproporcjonalnie duże w stosunku do zaistniałej sytuacji. Promowały obraz państwa, które potępia legalne protesty i gwałtownie tłumi je. Przeciwko takiemu państwu mówią: „zbrojny opór” jest nie tylko usprawiedliwiony, ale również konieczny.«

Cóż więc z tego wynika? Wynika to, że państwo niemieckie finansuje organizacje pozarządowe i Antifę po to, by mogła ona zwalczać państwo. Wygląda to na paranoję, ale nią nie jest, bo to tylko pozory. Cel jest zupełnie inny. I jeszcze te organizacje i Antifa mogą zawierać umowy o pracę. Wprawdzie zawierane tylko na rok, ale z możliwością przedłużenia na następny. Oznacza to, że państwo daje im pracę – bardzo specyficzną, ale pracę. Skoro tak się dzieje w państwie niemieckim, to można przypuszczać, że w innych państwach dzieje się podobnie. I że w Polsce wszystkie te „prawicowe”, „lewicowe” ruchy i partie oraz organizacje typu Centrum Adama Smitha i temu podobne, wszystkie one są na garnuszku państwa, i że to jeden wielki teatr, gra pozorów, mająca na celu zdezorientować ludzi, czyli tzw. elektorat. Wszystko po to, by coś się działo, a wraz z tym dzianiem się była nadzieja na zmianę, która nigdy nie nadejdzie, przynajmniej dla tych mamionych mas. Marks mówił, że religia to opium dla ludu. Można by więc zapytać: A czymże jest demokracja?

Skąd państwa biorą pieniądze na finansowanie tych wszystkich organizacji? Jakiś czas temu czytałem gdzieś, że budżet naszego państwa, to tylko połowa wpływów z podatków. Druga połowa jest wydawana nieoficjalnie, poza nim. W innych państwach pewnie jest podobnie. Jeśli więc te pieniądze trafiają do takich organizacji i pewnie jeszcze do wielu innych, o których nie wiemy, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że współczesne państwa, to zalegalizowane organizacje przestępcze, które mandat do sprawowania władzy uzyskują w trakcie wyborów, będących zupełną fikcją. Ale nie tylko w sposób tajny bandyci, udający polityków i urzędników, realizują swoje cele. W sposób jawny państwo narzuca społeczeństwu totalną cyfryzację, która nikomu nie jest do niczego potrzebna poza tą bandą, która chce wszystko i wszystkich kontrolować. Forsuje technologie energii odnawialnej, które nie są wstanie zastąpić tradycyjnych nośników, czyli węgla i ropy. Finansuje inwestycje, które nie mają uzasadnienia ekonomicznego i nigdy nie zwrócą się, jak choćby przekop Mierzei Wiślanej. Ale ile firm przy tym zarobi? Ileż projektów trzeba wykonać? Ekspertyz, analiz! A za wszystko trzeba płacić sobie lub swoim kolesiom. Ale co tam! Podatnik zapłaci.

Antifa to anonimowa organizacja. Jej członkowie zakrywają twarz i ukrywają swoją tożsamość. A więc tajna organizacja. A któraż to nacja lubuje się w tajnych związkach? W okresie renesansu tworzyła tajne związki humanistyczne, których członkowie ukrywali się pod, często wyszukanymi, pseudonimami. Jak widać pewne metody działania są niezmienne, a przez to, że są niezmienne, zdradzają kierowników tych wszystkich konfliktów, zamieszek i niepokojów.

Antifa uważa, że źródłem wszelkiego zła jest kapitalizm, który trzeba obalić i zastąpić go komunizmem. Jednak sposób, w jaki ona działa, tj. poprzez zamieszki uliczne i niszczenie mienia prywatnego i publicznego, nie da się tego osiągnąć. Ale można osiągnąć zupełnie coś innego, coś, co już w przeszłości sprawdziło się. Stanisław Didier w książce „Rola neofitów w dziejach Polski”, wydanej w 1934 roku, pisał:

Przyszedł 1905 r., o którym pisał zasymilowany Żyd J. Unszlicht („O pogromy ludu polskiego”), że „nastał moment decydujący – rozłamu między polskością i żydostwem”. Potulna, wychowana przez frankistów: Krzywickiego, Matuszewskiego, Wołowskiego, Niemirowskiego i in., neofitów: Kraushara, Posnera, Mendelsohna i in. oraz Żydów: Askenazego, Dicksteina i in., inteligencja polska zobaczyła z przerażeniem obok siebie, zamiast układnych neofitów i asymilatorów, aroganckiego Żabotyńskiego, Radka, Grosnera i in. Spostrzeżono gęstą sieć spisku antypolskiego, uknutego przez Żydów, do którego wciągnięto nieuświadomione masy ludu polskiego. Z krzykiem „precz z białą gęsią” (Orzeł Biały – przyp. mój) kroczyli po ulicach Warszawy czarni bundyści, subsydiowani przez ochrzczonego milionera Łazarza Polakowa i… Powszechny Związek Izraelski.

Komitet statystyczny miasta Warszawy wykazał, że wypadki 1905 r. zburzyły i zniszczyły w Królestwie około 2.000 mniejszych zakładów przemysłowych, należących do Polaków. Cofnięty został o dziesiątki lat wstecz swojski, dopiero kiełkujący przemysł. Lud roboczy zubożał. Wielcy kapitaliści żydowscy drwili zaś sobie z tej „pseudo-antykapitalistycznej rewolucji”.

Najwyraźniej Żydzi swoje mesjanistyczne cele, panowanie nad światem i podporządkowanie sobie całej jego ludności, uważają za możliwe do osiągnięcia tylko poprzez ciągłe wojny, konflikty militarne, rewolucje, powstania, bunty, zamieszki, protesty uliczne. Nie zapominają przy tym o innych metodach: niszczenie rodziny, systemu wartości, patologicznemu wychowaniu i takiej edukacji. Ot i cała tajemnica wiary… judejskiej.

Wiedza a polityka

Wiedza od czasów rewolucji francuskiej jest na usługach polityki. Obecnie widać to dobrze na przykładzie tej fałszywej pandemii. Rządy wszystkich państw podpierają się autorytetami w dziedzinie nauki, by przekonać nas, że istnieje zagrożenie i powinniśmy stosować się do zaleceń i nakazów rządu.

Według Wikipedii wiedza, to termin używany powszechnie i istnieje wiele definicji tego pojęcia. Nowa Encyklopedia Powszechna definiuje wiedzę jako „ogół wiarygodnych informacji o rzeczywistości wraz z umiejętnością ich wykorzystywania”. Podział na wiedzę teoretyczną i praktyczną wprowadził Arystoteles. Wiedzę też można podzielić na:

  • Wiedzę (a priori) niezależną od zmysłów i dotyczącą prawd „absolutnych” lub uniwersalnych, jakimi są prawa logiki, prawa matematyki.
  • Wiedzę (a posteriori) nabytą poprzez zmysły i jej prawdziwość może być obalona poprzez następne obserwacje.

Za wzór wiedzy wielu filozofów uznaje dedukcję i aksjomatyczne systemy matematyki. Indukcja, podstawa rozumowania nauk przyrodniczych, jest już trochę bardziej podejrzana. Dedukcja to rozumowanie, myślenie w oparciu o logikę, a indukcja to obserwacja, która, sama w sobie, niesie pewien element subiektywizmu.

W psychologii wiedza to ogół treści utrwalonych w umyśle ludzkim w wyniku kumulowania doświadczenia oraz uczenia się. W węższym znaczeniu wiedza stanowi osobisty stan poznania człowieka w wyniku oddziaływania na niego obiektywnej rzeczywistości. No właśnie! – Obiektywnej rzeczywistości. A jaka jest ta obiektywna rzeczywistość? Czy ta czerpana ze środków masowego przekazu, z internetu? Edukacja nie służy uczeniu samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków z otaczającej nas rzeczywistości, raczej programuje ludzi, wtłaczając im wiedzę, którą mają przyjąć bezkrytycznie. Jeśli rząd mówi, że jest zagrożenie i trzeba nosić maski, to ludzie noszą. Gdy mówi, że od jutra już nie trzeba ich nosić, to ludzie je zdejmują. A czy było i jest jakieś zagrożenie? Nad tym mało kto zastanawia się. Ludzie umierają codziennie. W porównaniu z poprzednimi latami śmiertelność w tym okresie (marzec-maj) jest mniejsza. Jeśli więc jest ta pandemia, a ludzi umiera mniej, to coś jest nie tak. W czasie pandemii śmiertelność wzrasta. Tak przynajmniej wynika z logiki. Żeby jednak zupełnie nie ośmieszać się, WHO zmieniła definicję pandemii. Dzięki temu wszystkie rządy, w oparciu o nową, oczywiście „naukową” definicję, zaczęły kreować nową rzeczywistość. Do obiektywizmu zapewne w tym wypadku daleko.

Wiedzę można podzielić na pięć działów:

  • wiedza potoczna
  • wiedza naukowa
  • wiedza artystyczno-literacka
  • wiedza spekulatywna
  • wiedza irracjonalna

Tak więc nauka jest jednym z rodzajów wiedzy ludzkiej. I właśnie ta wiedza, jako „najpoważniejsza”, jest wykorzystywana przez różne ideologie i polityków do przekonywania do swoich racji. Sprzyja temu fakt, że sama definicja wiedzy nie jest jednoznaczna, co stwarza władzy pole do swobodnego jej wykorzystywania do własnych celów. Czym więc ona jest? Dwie sentencje wydają mi się warte przytoczenia. „Wiedzę buduje się z faktów, jak dom z kamienia, ale zbiór faktów nie jest wiedzą, jak stos kamieni nie jest domem.” – Henri Poincaré. „Wiedzieć, że się wie, co się wie i wiedzieć, że się nie wie, czego się nie wie – oto prawdziwa wiedza.” – Konfucjusz.

Tadeusz Gluziński w książce „Odrodzenie idealizmu politycznego”, wydanej w 1935 roku, poświęca jeden rozdział wiedzy na usługach polityki. Warto przytoczyć jego fragment, bo dużo wyjaśnia.

»Wolnomularstwo XVIII i XIX w. stworzyło i opanowało wiedzę o specyficznym charakterze i oddało ją na usługi swych doktryn. Celem tych gałęzi nauk, ad hoc stworzonych lub specjalnie propagowanych, było dać wszechstronne podparcie „naukowe” twierdzeniom politycznym, społecznym i gospodarczym, które kierownicy „braterskich” związków pragnęli zaszczepić wszystkim ludziom myślącym. W pierwszym okresie chodziło przede wszystkim o zniszczenie wiary w dogmaty chrześcijaństwa, by poderwać skutecznie wpływ polityczny organizacji Kościoła, który tak wydatnie wpłynął był na bieg dziejów w czasie kontrreformacji. Toteż pierwsze coup „naukowe” miało za zadanie zdyskredytować wierzenia chrześcijaństwa w oczach wykształconego ogółu. Zdanie to spełniła filozofia, która wzięła sobie za cel wykazać niezgodność nauk chrześcijaństwa z wiedzą, a nawet z rozumem ludzkim, czyli ich „zacofanie”. Tę misję wykonywała filozofia „naturalna”, podrzucając społeczeństwom katolickim w miejsce religii chrześcijańskiej i etyki chrześcijańskiej opartą na rozumie „naturalnym” religię „naturalną” i etykę „naturalną”. Nikt zapewne nie ośmieli się dziś przeczyć, że filozofia encyklopedystów stała się potężną bronią na usługach polityki lóż i wywarła rozstrzygający wpływ na wybuch Wielkiej Rewolucji we Francji.

W Niemczech tak samo wybitny wpływ polityczny wywarła filozofia Kanta z jej apriorycznymi sądami, zawartymi w „czystym rozumie”. Doktryna ta ufundowała dzieło jego następców, w szczególności zaś historiozofię Hegla, którego uczniem – nie należy o tym zapominać – był Marks. Historiozofia Hegla umożliwiła właściwemu twórcy doktryny socjalistycznej podparcie teorii o stałej walce klas, będącej rzekomo istotnym sensem dziejów, konstrukcją całego systemu historiozoficznego , opartego o „żelazną konieczność”, która w dziejach ruchu socjalistycznego, a także w jego interpretacji bolszewickiej tak doniosłą gra rolę.

Równie poważną misję do spełnienia przeznaczono w XVIII w. nowo powstałej gałęzi „wiedzy”, nazwanej ekonomią. Już merkantylizm stał się czynnikiem wybitnie politycznym przez umocnienie „oświeconego absolutyzmu”, gdyż oddał w ręce rządzących, którzy właśnie uczuli, że władza ich opiera się li tylko na sile, potężny wpływ na życie gospodarcze państwa w zakresie znacznie większym niż przedtem. Następca jego, fizjokratyzm, wykonał zadanie inne: uzasadnił on doktrynalnie przerzucenie głównego ciężaru podatków na rolnictwo, a więc na wieś, odciążając w ten sposób miasta i rozwijający się w nich w drugiej połowie XVIII w. przemysł fabryczny. Ułatwił on polityczno-społeczny bunt burżuazji i rozkwit wielkiego kapitału. Dopiero atoli szkoła liberalna w ekonomii, działająca już w okresie rozwoju produkcji fabrycznej i towarzystw akcyjnych, rozpoczęła walkę bezpośrednią, by utorować drogę do panowania w chrześcijańskim świecie lożom masońskim i międzynarodowemu kapitałowi. Doktryna liberalna, wsparta o filozofię „naturalną”, rozgrzeszyła człowieka z wszelkich grzechów popełnianych z żądzy zysków; już jej ojciec, Adam Smith, profesor etyki „naturalnej”, a więc autorytet w sprawach moralności, rozgłosił, że „dążenie do osiągnięcia jak największego zysku jak najmniejszym wysiłkiem” jest „naturalnym” dążeniem każdego człowieka. Na tej zasadzie etycznej rozpoczęła się orgia wielkiego kapitału, trwająca po dziś dzień, z której korzystają w pierwszym rzędzie żydzi. Później drugi koryfeusz libertarianizmu ekonomicznego, teraz czysty żyd, Dawid Ricardo, poszedł jeszcze dalej, uzasadniając „naukowo”, że jedynie zmniejszenie płac robotniczych może dać przedsiębiorcom zysk, zaś inne środki celu tego nie osiągną. Sens praktyczny takiej „nauki” mógł być tylko jeden: było to niejako wezwanie pod adresem wielkiego kapitału, by w pogoni za jak największym zyskiem, zdobywanym jak najmniejszym wysiłkiem, rozgrzeszonej przez profesora etyki „naturalnej”, szedł jedyną drogą wskazaną przez „naukę” ekonomii i obdzierał pracowników ze skóry. Aby zaś proletariuszom miejskim, bezbronnym wobec wyzysku, nie zechciało się w przodującej w zakresie przemysłu Anglii uciekać z powrotem z miast na wieś i zmniejszać podaż rąk roboczych, aby przeciwnie zmusić tłum wiejski do dalszego napływu do miast i – w myśl zasady popytu i podaży – doprowadzić do jeszcze dalszego obniżenia płac robotniczych, tedy bankier londyńskiej City bierze się „naukowo” do rolnictwa i tworzy swą teorię „renty gruntowej”, z której wynika, że Anglikom nie opłaca się uprawiać własnej gleby, jako mało urodzajnej; dzięki jego teorii i pod jego bezpośrednim wpływem Anglia w połowie XIX w. zniosła cło na zboże zamorskie i położyła własne rolnictwo, stając się krajem jednostronnie przemysłowym.

Tak to doktryny, rozszerzone przez „naukę” ekonomii, przyczyniły się walnie do wypaczenia rozwoju gospodarczego i społecznego narodów chrześcijańskich. Im należy w wielkiej mierze zawdzięczać wyzysk wielkiego kapitału i powstanie mas proletariatu miejskiego. I znowu tym proletariatem opiekuje się natrętnie ktoś obcy. Przecież żyd, Marks korzysta właśnie z doktryn swego współrodaka, Ricardo, by unaocznić swą doktrynę nieubłaganej i nieuchronnej walki klas! Socjalizm, budując swój system ekonomii, nie mógł się obejść bez krańcowych sformułowań liberalizmu.

Do pomocy filozofii i ekonomii nadbiegły pod koniec XIX w. jeszcze nowe „nauki”, jak socjologia, religiologia i „naukowa” statystyka. Tej ostatniej, jako nader interesującej broni w walce doktryn z życiem i rzeczywistością warto parę słów poświęcić. Uwielbienie dla cyfry cechowało ów typowy owczy pęd XIX w. i początków XX w. do „naukowości”. W życiu publicznym cyfra stała się dogmatem. Exposé rządowe czy przemówienia wybitnych parlamentarzystów musiały być naszpikowane cyframi. Statystyce „naukowej” przypadło zaszczytne zadanie wyciśnięcia z nieszczęśliwej, bo tak pomiatanej przez doktrynerów, rzeczywistości całej „prawdy”, zaklętej w cyfry. Tymczasem, kto kiedykolwiek parał się naprawdę z cyframi dostarczanymi przez jakiekolwiek statystyki, ten wie dobrze, jak, operując tym samym materiałem, można swobodnie przy pewnej zręczności dowieść dwóch sobie przeciwstawnych twierdzeń. Statystyka nie jest „nauką”, lecz pomocniczym środkiem administracji państwowej. Trzeba zawsze pamiętać, że papier jest przedmiotem martwym, cyfra statystyczna także, a nawet żywa rzeczywistość skrzeczy nader rzadko głosem dosłyszalnym i posiada anielską cierpliwość. Wybucha i strząsa z siebie objedzonych naciąganą statystyką doktrynerów dopiero wtedy, gdy już przeciągnięto strunę do ostatka.

Jeszcze jedną naukę oddali magowie lożowi w służbę swej polityce: magistram vitae, historię. Po cóż zabrali do swego arsenału czcigodną naukę o przeszłości? Właśnie dlatego, że uchodzi za „mistrzynię życia”. Tak więc spreparowana i zabarwiona doktryną nauka o przeszłości miała uzasadnić teraźniejszość i przyszłość. I oto dostojna mistrzyni życia narodów aryjskich została podstępnie wciągnięta do spelunki politycznej, by apoteozować wśród narodów szczytną rolę wolnomularstwa lub umacniać doktryny Marksa i jego współrodaków. Fałszowanie przeszłości stało się ulubioną metodą tych „ludzi nauki”.

Propagandowy, polityczny charakter tak nadużytych „nauk” zdradza ostatecznie jej namiętna, broszurkowa popularyzacja. Po prostu wygląda od stu lat tak, jakby koniecznie chodziło o to, by jak najwięcej prostaczków, jak najwięcej „profanów” z tak spreparowanej „wiedzy” skorzystało. Od dziecka pakuje się tak wykoślawioną wiedzę w bezkrytyczne mózgi maluczkich, by je zagwoździć raz na zawsze. Obeznanie z popularnie podanymi „prawdami” filozofii, historii, ekonomii i socjologii stało się wymogiem „ogólnego wykształcenia”. I o dziwo! Dzieje się to w okresie, gdy jak najdalej posunięta specjalizacja człowieka, tworzenie zeń maszyny „do specjalnych poruczeń”, czyli tak zwanego „speca” stało się najważniejszym zadaniem wykształcenia młodych pokoleń. Po prostu niech ten nieokrzesany „spec”, pełniący służbę niewolnika tak samo w ustroju wielkokapitalistycznym, jak i w ustroju bolszewickim, ma jeden niefachowy promień wiedzy w życiu: ten właśnie, który nastawi mu jego fachowy, jednostronny mózg raz na cale życie i każe mu wszystkie zbrodnie i gałgaństwa naokoło siebie uważać za naturalny, uzasadniony „naukowo” dopust życia społecznego. Jeżeli tak uwierzy, to się nie zbuntuje.«

Gluziński nie wspomniał o naukach przyrodniczych, które również są wykorzystywane do uprawiania propagandy. Skorumpowani naukowcy próbują udowadniać, że zmiany klimatyczne są spowodowane działalnością człowieka i emisją gazów cieplarnianych do atmosfery. To jest oczywiście trudne do udowodnienia i jest wielu takich, którzy twierdzą, że ocieplenie klimatu jest procesem naturalnym, który w przeszłości Ziemi miał wielokrotnie miejsce.

Z drugiej strony, nie trzeba żadnych dowodów, by zauważyć, jak niszczący wpływ na środowisko naturalne ma masowa produkcja, która powoduje rabunkową eksploatację zasobów naturalnych i zanieczyszczenie naszego środowiska. Ta produkcja i związany z nią handel wielkopowierzchniowy jest w rękach nielicznych, którzy z tego korzystają i bogacą się. Gdyby ta produkcja nie była tak tandetna, gdyby wytwarzano przedmioty, z których można by korzystać przez dziesiątki lat, to zużycie zasobów naturalnych nie byłoby tak szybkie i handel tymi towarami byłby rzadszy, co oznaczałoby zmniejszenie obrotów a więc i zysków. To z kolei skutkowałoby wolniejszym bogaceniem się właścicieli tych światowych korporacji. Co więcej, wiele z nich pewnie nie powstałoby, a środowisko naturalne nie byłoby tak zanieczyszczone. A czy gwałtowny przyrost liczby ludności po wojnie nie był im na rękę? Więcej ludzi – wzrost produkcji, większe obroty.

I teraz ci wielcy tego świata wmawiają nam, że Ziemia jest przeludniona, a człowiek zanieczyszcza jej środowisko naturalne i dlatego trzeba zredukować liczbę ludności, podczas gdy to właśnie oni, poprzez swoje globalne firmy produkcyjne i handel, zniszczyli środowisko i doprowadzili do upadku lokalną produkcję, handel, usługi i rolnictwo, bogacąc się przy tym niepomiernie. A teraz nam mówią: jest was za dużo, już jesteście niepotrzebni. Innymi słowy – murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. Problem jednak polega na tym, że murzyn chce żyć.

Wiele namiętności wzbudza teoria ewolucji. Ma ona swoich zagorzałych zwolenników jak i przeciwników. Ale spór toczy się również wśród samych zwolenników ewolucji o to, w jaki sposób ona sama przebiegała. Skąd tyle namiętności w dziedzinie, która wymaga bezstronności i obiektywizmu, tj. w nauce? Stąd, że w naukę wkracza ideologia i teorie naukowe muszą być z nią zgodne. Żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się do XVII wieku.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

»Spinoza stworzył swój system panteistyczno-materialistyczny, który łączył poniekąd w sobie dwie metody teologiczne, rozumową i mistyczną, filozoficzną i kabalistyczną. Oparcie poglądu na świat na twierdzeniu, że Bóg i materia to jedno, że Bóg obejmuje sobą cały świat materialny, że każda cząstka materii jest cząstką Boga, było z jednej strony potężnym poparciem badań nad materią, czyli przyrodniczych, z drugiej zaś dawało się pogodzić z naukami kabały. Toteż wiemy, że Spinoza był wielbicielem Zoharu i wierzył nawet w mesjańską rolę Sabbataja Cwi.

Tak pomyślany Bóg był w istocie swej niepoznawalny – a raczej mógł być poznawalny tylko przez poznanie materii, przez badanie przyrody. Co więcej – jako niepoznawalny – nie wymagał żadnych dogmatów, które by musiały się dopiero godzić z teoriami nauki, a więc był nader wygodny. Jako niepoznawalny nie wymagał nadto żadnych uczynków, żadnej etyki.

Filozofia Spinozy dała podkład naukowy pod ideologię lóż wolnomularskich. Skoro Bóg – to materia, to i prawa materii, prawa przyrodnicze są poniekąd Boskimi. Wielki Budowniczy, ten Bóg lóż wolnomularskich już w XVIII w. w ruchu filozoficznym jest ubóstwianą Naturą. Rodzą się stąd pojęcia religii danej człowiekowi przez przyrodę, tzw. religii naturalnej i etyki wrodzonej, tzw. etyki naturalnej. Oczywiście religia ta i etyka, dana człowiekowi każdemu niejako przyrodniczo, jest niezależna od wszelkich wyznań religijnych, a tym bardziej od narodowości czy rasy. Wiązanie religii i etyki z wyznaniem religijnym to „przesąd”. Stąd walka lóż z „przesądami”.

Przeciwieństwem „przesądu” jest „oświecenie”. „Oświecenie” – to nie tylko otrząśnięcie się z „przesądów”, lecz także uświadomienie sobie głosu natury, tj. poznanie praw religii naturalnej i etyki naturalnej, czyli znalezienie „światła”. „Światło” zaś promieniuje z lóż. Uznawanie wartości tego „światła”, to hołd złożony „duchowi czasu”, trwanie przy „przesądach” zwie się „wstecznictwem”.«

Parę dni temu natknąłem się na YouTube na piosenkę z Kabaretu Starszych Panów z 1962 roku zatytułowaną „Mambo Spinoza”. Film umieszczono w 2007 roku. Chodzi w nim o to, że treść piosenki powinna być filozoficzna, nie sentymentalna, nie liryczna. I to będzie ten przewrót w piosence. A dlaczego wybrano akurat Spinozę? Bo i on dokonał przewrotu. Przekaz wydaję się czytelny. A najnowszy komentarz, też sprzed paru dni, rozwiewa wszelkie wątpliwości: Trzaskowski brought me here.

Skoro więc religia naturalna i etyka naturalna, to nauki przyrodnicze muszą być z nimi w zgodzie. Nauka nie jest od tego, by szukać prawdy, tylko od tego, by wspierać obowiązującą ideologię. No i w końcu wypada wyjaśnić, co z tą ewolucją. Jerzy Dzik w książce Dzieje życia na Ziemi pisze:

„Dlaczego mechanizmy przebiegu ewolucji mają znaczenie dla filozofów? Okazuje się, że roztrząsając problemy ewolucji nikomu nieznanych organizmów sprzed milionów lat, stajemy na rozdrożu wymagającym wyboru jednej z wielu dróg wiodących ku poznaniu, wielu epistemologii. Było tak za czasów Trofima Łysenki, jest i dziś, choć szczęśliwie ryzyko podjęcia wyboru niewłaściwego w stosunku do okoliczności jest dziś znacznie mniejsze. Z jednej bowiem strony jest selekcjonistyczna teoria ewolucji (podstawowa dla syntetycznej teorii ewolucji) i koncepcja trzeciego świata Karla R. Poppera (podstawowa dziś dla politycznej koncepcji społeczeństwa otwartego), czy wreszcie sama metoda falsyfikacjonizmu. Eksponują one znaczenie samoregulacji i płynnej akomodacji do czynników zewnętrznych rozważanych układów otwartych, czyli organizmów, społeczeństw i konstrukcji naukowych. Na przeciwnym biegunie epistemologii saltacjonistyczne koncepcje ewolucji biologicznej, rewolucyjne koncepcje rozwoju społeczeństw czy koncepcja paradygmatów Thomasa S. Kuhna akcentują znaczenie nieciągłych przejść pomiędzy układami. Zmiany mają następować w wyniku dialektycznego kumulowania przeciwieństw i skokowego przejścia w nową jakość. Trzeba pamiętać o tych filozoficznych podtekstach, kiedy śledzi się dyskusje o ewolucji.”

Przekładając to na normalny język, chodzi o spór, czy ewolucja przebiegała w sposób ciągły i zmiany zachodziły stopniowo, czy – nagły i zmiany następowały gwałtownie. To samo dotyczy społeczeństw. Z jednej strony mamy koncepcję społeczeństwa otwartego, a więc powolnego jego przekształcania, z drugiej – gwałtownego, poprzez nagłe zmiany rewolucyjne. Koncepcja społeczeństwa otwartego, to Popper – guru Sorosa. Z drugiej – rozwój poprzez sprzeczności i gwałtowne rewolucyjne zmiany, czyli marksistowska interpretacja dziejów. Tak więc po obu stronach barykady mamy Żydów.

I ktoś w tym momencie mógłby zapytać: po co w to wszystko mieszać ewolucję? No to wypada wrócić do Spinozy – do jego, że Bóg jest Naturą. A skoro tak, to prawa natury mają zastosowanie wśród ludzi, w społeczeństwach. Jeśli więc w naturze, w trakcie ewolucji przeżywają najlepiej przystosowani, to i w społeczeństwach obowiązuje ta sama zasada. Mamy tu legitymizację liberalizmu: wszystko wolno, tak działa natura, a my jesteśmy częścią natury. I to jest ten przewrót, którego dokonał Spinoza, a o którym tak niewinnie śpiewali dwaj masoni.

Niektórym zwolennikom nagłych, katastroficznych zmian chodzi nie tyle o zgodność z taką czy inną filozofią czy ideologią, ale o zgodność ze Starym Testamentem, w którym takie nagłe zdarzenia zostały opisane. Chodzi oczywiście o potop i plagi egipskie. Obecnie mamy do czynienia z próbą wywołania takiej rewolucyjnej zmiany, po której świat byłby już zupełnie inny. Nie trudno więc chyba domyślić się, kto tym wszystkim kieruje.

Edukacja

Edukacja jest chyba najważniejszą dziedziną w życiu społeczeństw i dlatego wszystkie państwa przywiązują do niej tak dużą wagę i kontrolują ją. Edukacja to, jak podaje Wikipedia, ogól procesów i oddziaływań, których celem jest zmienianie ludzi, przede wszystkim dzieci i młodzieży, stosownie do panujących w danym społeczeństwie ideałów i celów wychowawczych.

Jest więc edukacja podstawową dziedziną kształtowania młodzieży, która po wejściu w dorosłe życie będzie stanowić podstawę każdego społeczeństwa. Dlatego od edukacji zależy to, jak to społeczeństwo będzie uformowane. W Polsce takim nowożytnym organem edukacji była Komisja Edukacji Narodowej, a właściwie Komisja nad Edukacją Młodzi Szlacheckiej Dozór Mająca. Był to centralny organ władzy oświatowej, zależny od króla i sejmu, powołany przez Sejm Rozbiorowy (1773-1775) 14 października 1773 roku na wniosek króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, za zgodą rosyjskiego posła nadzwyczajnego i ministra pełnomocnego Ottona Magnusa von Stackelberga. I dzień ten obchodzony jest obecnie jako Dzień Nauczyciela.

Komisja została powołana głównie dlatego, że do 1773 roku edukacja podstawowa i średnia były w Rzeczypospolitej organizowane przez zakon jezuitów, a ten został rozwiązany przez papieża Klemensa XIV w 1773 roku. Groziło to upadkiem w Polsce edukacji.

Tak to opisuje Wikipedia, z której w dalszej części tego bloga też będę korzystał, a która w innym miejscu pisze, że jezuici nie zajmowali się szkolnictwem podstawowym. Rodzi się jednak pytanie: dlaczego papież rozwiązał zakon, który podkreślał swoje posłuszeństwo wobec niego i przełożonych? Nastąpiło to 18 sierpnia 1773 roku, a Komisja powstała 14 października tego roku. Tylko dwa miesiące! W tak krótkim okresie nie da się chyba przeprowadzić tak skomplikowanej operacji. Wygląda na to, że wszystko musiało być przygotowane wcześniej. Żeby to jednak zrozumieć, a przynajmniej próbować zrozumieć, to wypada przybliżyć sobie wiedzę o tym, czym był zakon jezuitów.

Towarzystwo Jezusowe (łac. Societas Jesu), jezuici – męski papieski zakon apostolski założony przez Ignacego Loyolę.

15 sierpnia 1534 roku w kaplicy Sain-Denis na wzgórzu Montmartre grupa studentów Sorbony z Ignacym Loyolą na czele złożyła śluby czystości, ubóstwa i pielgrzymki do Jerozolimy. Po ukończeniu studiów, nie mogąc udać się do Ziemi Świętej z powodu wojen toczonych przez Wenecję, oddali się do dyspozycji papieża. 3 października 1539 w Tivoli Paweł III zatwierdził ustnie pierwszą wersję reguły zakonnej. Jej pisemne potwierdzenie nastąpiło listem apostolskim z 27 września 1540 roku.

Główne elementy charyzmatu (daru nadprzyrodzonego) zakonu to:

  • akcentowanie posłuszeństwa wobec papieża i przełożonych
  • wybór członków według kryterium wysokich wymagań duchowych oraz predyspozycji intelektualnych i silnej osobowości
  • stałe edukowanie własnych członków, tak aby posiadając nie tylko religijne wykształcenie, byli zdolni dobrze zrozumieć współczesny świat i wchodzić z nim w dialog
  • nacisk na bycie tam „gdzie decydują się losy świata” – a więc wśród elit społecznych kształtujących w danym momencie historycznym większościowe poglądy oraz mających silny wpływ na sprawowanie władzy świeckiej
  • brak sztywnych reguł działania, wykonywanie zadań aktualnie najpotrzebniejszych, pełna dyspozycyjność
  • stawianie czoła najtrudniejszym wyzwaniom, walka na pierwszej linii frontu, wytyczanie kierunków rozwoju Kościoła

Widać więc, że te nadprzyrodzone dary, przynajmniej niektóre, są bardzo praktyczne, co samo w sobie skłania do pewnej refleksji. Do 1492 roku, do momentu wygnania Żydów z Hiszpanii, była ona ich głównym skupiskiem w Europie. Część z nich przeniosła się do Turcji, Holandii, południowej Francji. Ci, którzy zostali, przyjęli pozornie chrzest. Ich ambicją było, żeby jeden syn z każdej rodziny został księdzem. Zakon jezuitów powstał w Hiszpanii. Nie można więc wykluczyć, że przenikali do niego wychrzczeni Żydzi. Takie podejrzenia padają też pod adresem samego Ignacego Loyoli.

Jezuici stworzyli w wielu państwach od podstaw system szkolnictwa średniego. Prowadzili 700 szkół średnich i wyższych na pięciu kontynentach oraz kształcili 20% Europejczyków odbierających klasyczną edukację. Wielu z nich łączyło posługę religijną z pracą naukową. Wyróżniali się w takich dziedzinach jak astronomia, matematyka, sejsmologia, magnetyzm, optyka, elektryczność i biologia. Jeden z nich był prekursorem geometrii nieeuklidesowej i teorii względności. Jezuiccy naukowcy z XVII wieku przyczynili się do rozpowszechnienia zegarów wahadłowych, barometrów, teleskopów zwierciadlanych i mikroskopów. Jezuiccy misjonarze badali historię, kulturę, języki i przyrodę krajów, w których działali.

Szkoły jezuickie prowadzone przez zakon jezuitów pojawiły się w Polsce w 1565 roku. Pojawienie się kolegiów jezuickich (wraz z pijarskimi i teatyńskimi) było przełomem w dziedzinie edukacji. Kolegia te, uważane za najlepsze, rozwijały się najszybciej. Po ogłoszeniu w 1773 roku kasaty zakonu w Rzeczypospolitej, zarząd nad szkołami i majątkami przejęła Komisja Edukacji Narodowej, w której działalność włączyło się wielu jezuitów.

Do Polski sprowadził jezuitów biskup warmiński Stanisław Hozjusz, fundując im kolegium w Braniewie w 1564 roku. Hozjusz to polski humanista, sekretarz królewski Zygmunta I Starego od 1538 roku. Jeden z czołowych przywódców polskiej i europejskiej kontrreformacji. A więc Hozjusz – humanista, jak się można domyślać, członek tajnych związków i do tego sekretarz króla, na dworze którego kręciło się mnóstwo ludzi należących do tajnych związków i zwolenników reformacji. I to on sprowadza zakon jezuitów i jest czołową postacią kontrreformacji. No cóż, rzeczywistość była i jest bardziej skomplikowana niż nam się wydaje.

Po kolegium w Braniewie powstają kolejne w Pułtusku (1566), Wilnie (1570) i Poznaniu (1575). 1 kwietnia 1579 roku król Stefan Batory nadał kolegium jezuickiemu w Wilnie statut uniwersytecki. Nowa szkoła pod nazwą Akademii Wileńskiej była pierwszą wyższą szkołą w Wielkim Księstwie Litewskim. W 1661 roku powstała jezuicka Akademia Lwowska. Przez wiele lat jezuici byli wyłącznymi nauczycielami i wychowawcami polskiej młodzieży magnackiej i szlacheckiej. Fundatorami kolegiów jezuickich byli zazwyczaj przedstawiciele rodów magnackich i możnych rodów szlacheckich. Byli wśród nich m.in. Radziwiłłowie, Potoccy. Nie jest żadną tajemnicą, że wśród rodów magnackich było wielu kalwinów, a i szlachta kręciła się wokół tajnych związków, z których później powstała masoneria. I przynajmniej część z tych fundatorów, będąc kalwinami, przyczyniała się do powstawania tych kolegiów.

Jezuici nie zajmowali się szkolnictwem podstawowym. Prowadzili trzy rodzaje szkół:

  • Szkołę 5-klasową łacińsko-grecką składającą się z trzech klas gramatyki, klasy poetyki i klasy retoryki. Był to odpowiednik szkoły średniej.
  • Szkołę 5-klasową z dodatkiem kursu filozofii. Miała ona charakter uczelni wyższej. Obok 5 klas niższych posiadała jeszcze 2- lub 3-letni kurs filozofii, obejmujący również matematykę i fizykę.
  • Szkoła 5-klasowa z dodatkowym kursem filozofii i teologii. Była to szkoła z kasami niższymi, trzyletnim kursem filozofii i czteroletnim kursem teologii.

Nauczanie jezuitów było oparte na gruntownym poznaniu łaciny i greki oraz teorii poezji i wymowy. Dużą wagę przywiązywano do umiejętności praktycznych. Nieobowiązkowo uczono hebrajskiego, niemieckiego i ruskiego oraz wykładano dialektykę, fizykę i matematykę. Studiowano również geografię, historię i filozofię.

Wysoki poziom nauczania, staranne wychowanie i stosowane metody dydaktyczne, a także bezpłatny charakter studiów przyciągał do szkół jezuickich również młodzież protestancką, co w dużej liczbie przypadków kończyło się przejściem na katolicyzm.

Tak pisze o zakonie Wikipedia. Pewne uwagi na jego temat można znaleźć w powieści Tomasza Manna „Czarodziejska góra”:

»Były to bowiem stany wojskowe, jeden tak samo jak i drugi, i to w niejednym znaczeniu, bo zarówno ze względu na cechującą oba stany „ascezę”, jak i na panującą w nich hierarchię, posłuszeństwo i hiszpańskie pojmowanie honoru. Zwłaszcza to ostatnie było niezmiernie silne w zakonie jezuitów, który wszak wywodził się z Hiszpanii, a którego regulamin ćwiczeń duchowych – poniekąd odpowiednik regulaminu, jaki później pruski Fryderyk wydał dla swej piechoty – był pierwotnie zredagowany w języku hiszpańskim, co sprawiało, że Naphta czy to opowiadając, czy udzielając pouczeń częstokroć posługiwał się hiszpańskim. Mówił tedy o dos banderas, czyli o dwóch sztandarach, pod którymi skupiają się do wielkiej wojny dwie armie, armia piekła i armia duchowna: druga z nich pod Jerozolimą, gdzie wszystkimi dobrymi dowodzi Chrystus, ich capitan general, a pierwsza na równinach Babilonu, gdzie Lucyfer występuje jako caudillo, czyli herszt…«

»Dobrze było, gdy Settembrini był nieobecny przy tych przemówieniach! Bo jeśli był obecny, to odgrywał rolę zakłócającego spokój kataryniarza, powtarzając wciąż swą piosenkę o pokoju – choć przecież jednej wojny bynajmniej nie potępiał, mianowicie narodowej i cywilizacyjnej wojny z Wiedniem, a tę jego namiętność i słabość Naphta znów traktował z szyderstwem i pogardą. Gdy Włoch rozpromieniał się takimi uczuciami, on przeciwstawiał im chrześcijański kosmopolityzm, twierdził, że każdy kraj jest ojczyzną, a zarazem nie jest nią żaden, i twardo powtarzał powiedzenia generała Zakonu nazwiskiem Nickel, że miłość ojczyzny jest „zarazą i najpewniejszą śmiercią miłości chrześcijańskiej”.«

Goswin Nickel był w latach 1652-1664 generałem X kongregacji generalnej zakonu jezuitów. Generał jezuitów jest nazywany potocznie czarnym papieżem. Nazwa wynika z wysokiej pozycji jaką zajmuje zakon jezuitów, a określenie barwy wywodzi się od stroju zakonnego.

Skoro więc chrześcijaństwo jest kosmopolityczne, a miłość ojczyzny jest „zarazą i najpewniejszą śmiercią miłości chrześcijańskiej”, to stąd już tylko jeden krok do… internacjonalizmu. Stoi to w wyraźnej sprzeczności z tym, co głoszą środowiska narodowe i do nich zbliżone, że bez Kościoła nie może być Polski i Polaków. Jak więc pogodzić kosmopolityczne chrześcijaństwo z „zaściankową” miłością ojczyzny?

Sprawą kontrowersyjną a przynajmniej zagadkową jest kasata zakonu. Towarzystwo Jezusowe zostało oskarżone o bunty, rozruchy, waśnie i zgorszenia. Ale przez kogo i kiedy? O tym Wikipedia milczy. Z Francji wypędzono ich w 1764 roku. Z Hiszpanii – w 1767 roku. W tym samym roku wypędzono ich z Neapolu. Z Portugalii – w 1759 roku. Zakon był też zmuszony opuścić kolonie na całym świecie. Zaczęto też domagać się od papieża kasaty zakonu, co nastąpiło oficjalnie 18 sierpnia 1773 roku. – Wszystko to w formie bezosobowej: oskarżenia o bunty, waśnie i zgorszenia oraz domaganie się od papieża. Ale kto oskarżał i domagał się od papieża kasaty zakonu? Tego Wikipedia nie precyzuje. Na terenie Rzeczypospolitej majątkiem pojezuickim z polecenia królewskiego zajęły się Komisje Rozdawnicze Koronna i Litewska.

Początkowo król pruski Fryderyk II nie zgodził się na likwidację zakonu. Kasata nastąpiła kilka lat później. Natomiast Katarzyna II pozwoliła jezuitom pozostać na terenach pozyskanych podczas I rozbioru Polski. Od 1782 roku jezuici zwoływali na terenie Rosji tymczasowe kongregacje, wybierając każdorazowo wikariusza generalnego. W 1801 roku papież Pius VII mianował oficjalnie ówczesnego wikariusza generalnego ojcem generałem „na wygnaniu”. Później jezuici utworzyli dwie oficjalne prowincje – W Rosji i w Neapolu.

Wygląda więc na to, że zakon skasowano, ale jakby tak nie do końca. Z Neapolu ich wygnano w 1767 roku, a już po kilkunastu latach pozwolono utworzyć im w nim prowincję. Rosja, niby taka antykatolicka, a pozwala im pozostać.

W przeddzień kasaty jezuici liczyli 50 prowincji z 1500 domami, kolegiami, nowicjatami, seminariami, konwiktami, rezydencjami i misjami. W 1773 roku było ponad 20 tysięcy jezuitów. W dniu 7 sierpnia 1814 roku papież Pius VII formalnie przywrócił zakon do życia w całym katolickim świecie. Rozpoczęło się stopniowe odbudowywanie Towarzystwa. Otwierano kolegia i uniwersytety jezuickie. Liczba członków wzrastała od około 1000 w 1814 roku do ponad 12.000 w 1880. Renesans zakonu nastąpił po II wojnie światowej, a szczególnie po Soborze Watykańskim II. Obecnie jezuici są ponownie jednym z najbardziej wpływowych zakonów w Kościele katolickim. Jest ich około 19.000. Działają w ponad 114 krajach, posiadają własne uniwersytety, obserwatoria astronomiczne, instytuty geofizyczne, radiostacje, czasopisma, kilka szpitali, szkoły średnie i podstawowe, rozgłośnie radiowe i telewizyjne.

Zakon zlikwidowano 18 sierpnia 1773 roku, a 7 sierpnia 1814 przywrócono go do życia – po 41 latach. Po co więc była cała ta hucpa z jego kasacją? Zbliżała się rewolucja francuska roku 1789 i zmieniał się świat i jego system wartości. Należało więc dostosować system edukacji stosownie do zmieniających się czasów, zgodnie z definicją edukacji zamieszczoną na początku: edukacja to ogól procesów i oddziaływań, których celem jest zmienianie ludzi, przede wszystkim dzieci i młodzieży, stosownie do panujących w danym społeczeństwie ideałów i celów wychowawczych. Ideały miały być zmienione, to również system edukacji musiał zostać zmieniony. Jednak by być skutecznym, musiał być zmieniony odpowiednio wcześniej, by wychować nowe pokolenie. I tak się stało. A po klęsce Napoleona w bitwie pod Lipskiem w 1813 roku zanosiło się na to, że dojdzie do restauracji monarchii. Może już nie takiej jak przed rewolucją, ale jednak monarchii. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by „odrestaurować” zakon jezuitów.

Tak, w dużym skrócie, wygląda historia tego zakonu. Komisję Edukacji Narodowej utworzono formalnie na mocy uchwały Sejmu z 14 października 1773. Powstała ona z majątku skasowanego zakonu jezuitów. Pierwszym prezesem został biskup wileński Ignacy Jakub Massalski, który na tym stanowisku dokonał wielu nadużyć finansowych w szkołach litewskich i w 1776 roku został usunięty ze stanowiska. Oficjalnymi członkami Komisji byli posłowie wywodzący się z magnackich rodzin i rodzin powiązanych z tzw. Familią, m.in.: Adam Kazimierz Czartoryski, Ignacy Potocki, Andrzej Zamoyski, biskup płocki Michał Poniatowski. Sądząc po tym składzie, to nie nastąpiło całkowite zerwanie z Kościołem, skoro jego przedstawiciele zajmowali najwyższe stanowiska.

Jednak od samego początku, w pierwszym okresie działania 1773-1780, faktycznymi pracownikami Komisji była grupa uczonych i artystów skupiona wokół Hugona Kołłątaja. Opracowali oni trzystopniowy model szkolnictwa. Najniższym były szkoły parafialne przeznaczone dla niższych stanów (chłopów i mieszczan). Średnim stopniem były państwowe szkoły powiatowe, do których trafiały dzieci z rodzin szlacheckich, ale były one otwarte dla najzdolniejszej młodzieży ze stanów niższych. Najwyższym stopniem były dwa uniwersytety – w Wilnie i Krakowie.

W ramach reformy edukacji podstawowej stworzono Towarzystwo do Ksiąg Elementarnych, które opracowało pionierskie podręczniki, które wymagały, zwłaszcza w zakresie terminologii chemicznej, fizycznej i matematycznej, stworzenia polskiej terminologii tych nauk. Do roku 1780 język polski nie był osobnym przedmiotem nauczania. Stał się takim dzięki pracom Komisji.

Po śmierci biskupa Józefa Andrzeja Załuskiego, marszałek Sejmu wydał zarządzenie przejęcia Biblioteki Załuskich. W imieniu państwa zarządzała nią Komisja. Biblioteka ta stała się pierwszą polską biblioteką publiczną, prekursorką biblioteki narodowej.

W drugim okresie działalności (1781-1788) miała miejsce reforma dwóch wyższych uczelni (Akademii Krakowskiej i Wileńskiej), które oprócz swoich typowych obowiązków, zajęły się nadzorem szkół średnich i podstawowych. W tym czasie podjęto też próby nauczania uniwersyteckiego w duchu oświecenia. Uniwersytety miały pełnić rolę szkół zawodowych. W szkołach średnich i częściowo podstawowych stara kadra nauczycielska, oparta na klerze wywodzącym się z zakonu jezuitów, była stopniowo wymieniana na absolwentów zreformowanych Akademii. Komisja miała też wpływ na szkoły zakonne, które pozostawały częściowo niezależne, ale musiały, przynajmniej formalnie, podporządkowywać się jej zarządzeniom.

W trzecim okresie działalności (1789-1794) Komisja traciła na znaczeniu. Było to wynikiem utraty wpływów politycznych przez stronnictwo reformatorów i rozpadu Rzeczypospolitej. W czasie obrad Sejmu Czteroletniego reformatorzy zgodzili się na ustąpienie w sprawach szkolnictwa, aby przeforsować Konstytucję 3 maja. Konstytucja ta czyniła prezesem KEN prymasa Polski, który zasiadał w Straży Praw (rząd ustanowiony przez Konstytucję 3 maja) jako minister oświaty. Ostateczny cios Komisji zadała konfederacja targowicka, która odebrała jej władzę nad szkołami zakonnymi oraz całkowicie zmieniła jej skład. Istnienie Komisji Edukacji Narodowej potwierdził i określił jej kompetencje sejm grodzieński (1793).

Komisja przejęła majątek skasowanego zakonu: budynki, wyposażenie i kadrę nauczycielską. Wszystko odbyło się drogą pokojową, bez protestów. Ale czy można się dziwić takiej postawie, skoro główne elementy charyzmatu to m.in.:

  • nacisk na bycie tam „gdzie decydują się losy świata” – a więc wśród elit społecznych kształtujących w danym momencie historycznym większościowe poglądy oraz mających silny wpływ na sprawowanie władzy świeckiej
  • brak sztywnych reguł działania, wykonywanie zadań aktualnie najpotrzebniejszych, pełna dyspozycyjność

Widać więc, że wszystko odbyło się według zasad, które jezuici sami sobie narzucili. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że kasata była pozorna. Ci sami ludzie działali już tylko pod innym szyldem, zgodnie z powiedzeniem: dużo się musi zmienić, by nic się nie zmieniło. Tak to działało wczoraj i tak to działa dziś.

Faszyzm

Faszyzm kojarzy się wielu ludziom z czymś najgorszym. Jeśli chcą kogoś obrazić, przypiąć mu jakąś łatkę, to mogą go nazwać komunistą, nazistą, ale najczęściej nazwą go faszystą. Znaczy to w ich mniemaniu, że faszysta jest czymś gorszym niż komunista czy nazista. To wszystko oczywiście zawdzięczamy wieloletniej żydowskiej propagandzie. Taką negatywną ocenę zawdzięcza faszyzm temu, że nazizm określa się często jako skrajną odmianę faszyzmu, dając tym samym do zrozumienia, że wprawdzie nazizm był potwornością, ale jest jeszcze coś gorszego – faszyzm. Obie doktryny mają wspólne cechy, ale też są i różnice i stawianie znaku równości pomiędzy nimi, a tym bardziej sugerowanie, że faszyzm jest jeszcze gorszy, jest daleko idącym uproszczeniem, żeby nie powiedzieć – kłamstwem.

Faszyzm najkrócej można scharakteryzować tak, jak zrobił to sam Mussolini: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Z kolei nazizm, czyli narodowy socjalizm odwołuje się do narodu i wiary w rasowe posłannictwo narodu niemieckiego. Tak więc w faszyzmie mamy do czynienia z kultem państwa, w nazizmie – z kultem narodu.

Nie sposób jednak zrozumieć faszyzmu, jeśli nie wyjaśnimy sobie jego nazwy. A to można wyczytać chociażby w Wikipedii.

Faszyzm (od łac. fasces – wiązki, rózgi liktorskie i od wł. fascia – wiązka, związek) – doktryna polityczna powstała w okresie międzywojennym we Włoszech, sprzeciwiająca się demokracji parlamentarnej, głosząca kult państwa, silne przywództwo, terror państwowy i solidaryzm społeczny. Faszyzm podkreślał wrogość zarówno wobec liberalizmu jak i komunizmu. To nam wyjaśnia, skąd taka zapiekłość Żydów do faszyzmu. Początkowo nazwa odnosiła się do włoskiego pierwowzoru. Później stosowano ją powszechnie wobec narodowego socjalizmu. Faszyzm uważa się za ideologię prawicową lub hybrydową tj. łączącą elementy lewicowe i prawicowe. Sami faszyści nie uważali się ani za prawicę, ani za lewicę.

Fasces – wiązki lub rózgi liktorskie, to obwiązany rzemieniem pęk rózg, czasem z zatkniętym weń toporem o żelaznym ostrzu. Pierwotnie stanowiły one symbol władzy każdego etruskiego króla. Następnie wykorzystywali go Rzymianie. Były noszone przed cesarzem i wyższymi urzędnikami przez liktorów (niżsi funkcjonariusze, urzędnicy).

W czasach nowożytnych rózgi liktorskie stały się symbolem:

  • idei republikańskiej; w tym charakterze znajdują się w godle Francji i innych państw
  • przed 1914 rokiem ruchów lewicowych i włoskich rewolucjonistów
  • ruchu faszystowskiego i narodowo-socjalistycznego
  • wszechwładzy i siły pastwa; w tym charakterze wykorzystywany m.in. we Włoszech i Niemczech

Obwiązany rzemieniem pęk rózg, czyli rózgi liktorskie to symbol siły, jedności, trwałości. Jedną czy dwie takie rózgi można bez problemu złamać, ale cały pęk i do tego obwiązany rzemieniem – na to nie ma siły. Taki monolit miało stanowić faszystowskie państwo. Nawiązywano więc nie tylko do tradycji historycznej, ale i do tego, że w jedności siła. Faszyści zdawali sobie sprawę z tego, jak osłabia państwo demokracja, liberalizm, komunizm i temu podobne żydowskie wynalazki. A Żydzi szybko zorientowali się, jakim zagrożeniem dla nich jest tak zorganizowane państwo.

Państwo faszystowskie było państwem korporacyjnym. Takim były Włochy za czasów Mussoliniego w latach 1922-1943. Podobnie było w Hiszpanii i Portugalii.

Korporacjonizm – doktryna społeczno-gospodarczo-polityczna o charakterze samorządu (stanowego, zawodowego, branżowego), postrzegająca społeczeństwo i państwo jako naturalne i solidarne organizmy. W pierwotnym założeniu korporacjonizm miał integrować wszystkie grupy społeczne (warstwy, klasy, branże gospodarcze), godzić ich interesy i tłumić konflikty pomiędzy nimi.

W znaczeniu wtórnym korporacjonizm używany jest zamiennie z kapitalizmem państwowym. Korporację tworzy całe państwo, a różnice interesów dzielące poszczególne grupy (np. pracownicy, pracodawcy) są niwelowane poprzez negocjowanie stanowisk (korporacjonizm liberalny) bądź też arbitraż ze strony władzy państwowej (korporacjonizm autorytarny). Celem państwa-korporacji jest współdziałanie polityków i przedsiębiorców, mające w perspektywie wzmacnianie ich wpływów na arenie polityki międzynarodowej i na międzynarodowym rynku, kosztem innych państw i przedsiębiorców z zewnątrz. Rząd stanowi jednocześnie zwierzchni zarząd przedsiębiorstw, niezależnie od ich stanu własnościowego (państwowe czy prywatne), zaś gospodarka podporządkowana jest centralnemu planowaniu.

We fragmencie poświęconym korporacjonizmowi Wikipedia cytuje Mussoliniego.

»W 1925 roku Benito Mussolini przyjął ukute przez niechętnego mu Giovanniego Amendolę określenie totalitario i nadał mu pozytywny wydźwięk, charakteryzując go zwrotem: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. W eseju „Doktryna faszyzmu” z 1932 roku pisał:

Jeśli ten, kto mówi: liberalizm, mówi: jednostka, to ten, kto mówi: faszyzm, mówi: państwo. Lecz państwo faszystowskie jest jedyne i jest tworem oryginalnym. Nie jest reakcyjnem, lecz rewolucyjnem, o tyle, o ile uprzedza rozwiązanie określonych zagadnień powszechnych, a mianowicie tych, które gdzie indziej rozdrobnienie partyjne, przewaga parlamentaryzmu, nieodpowiedzialność zgromadzeń umieszcza na płaszczyźnie politycznej, a coraz to liczniejsze i potężniejsze funkcje syndykalne, tak robotnicze, jak i przemysłowe stawiają przez swe konflikty i porozumienia na płaszczyźnie ekonomicznej – rozwiązanie tych zagadnień, które na płaszczyznę moralną przenosi konieczność porządku, karności i posłuszeństwa wobec tych, co są moralnem sumieniem ojczyzny. Faszyzm chce państwa silnego, organicznego i spoczywającego równocześnie na szerokiej podstawie ludowej. Państwo faszystowskie zagarnęło też z powrotem dla siebie dziedzinę gospodarki i poprzez instytucje korporatywne, społeczne, wychowawcze przezeń stworzone, zmysł państwa dociera aż do najdalszych odgałęzień i, ujęte w kadry odnośnych organizacyj, krążą w państwie wszystkie siły polityczne, ekonomiczne i duchowe narodu. Państwo, spoczywające na milionach jednostek, które je uznają, odczuwają, są gotowe do służenia mu, nie jest tyrańskiem państwem średniowiecznego władcy. Nie ma też nic wspólnego z absolutystycznemi państwami z czasów przed 1789 r. lub po r. 1789. W państwie faszystowskiem jednostka jest nie unicestwiona, lecz raczej pomnożona, tak jak w pułku żołnierz jest nie pomniejszony, lecz raczej pomnożony przez liczbę swoich towarzyszy. Państwo faszystowskie organizuje naród, lecz zostawia następnie jednostkom wystarczające pole ruchów: ograniczyło wolności nieużyteczne lub szkodliwe, a zachowało te, które są istotne. Rozstrzygać w tej dziedzinie nie może jednostka, lecz państwo.«

To jest cytat. Wikipedia korzysta tu z przedwojennego tłumaczenia i interpunkcji narzuconej przez tłumacza. Obie te rzeczy wypadałoby uaktualnić dla łatwiejszego zrozumienia przez współczesnego czytelnika, bo Doktryna faszyzmu była wydana na początku lat 90-tych, chyba przez jakieś niszowe wydawnictwo, i w nowym tłumaczeniu.

W tym samym eseju Mussolini pisze też:

„Państwo faszystowskie, najwyższa i najpotężniejsza forma osobowości, jest siłą, ale siłą duchową. Skupia ona wszystkie formy moralnego i intelektualnego życia człowieka. Nie może się więc ograniczyć do zwykłych czynności utrzymania porządku i sprawowania opieki, jak tego chciał liberalizm. Nie jest prostym mechanizmem, który ograniczałby sferę domniemanych swobód indywidualnych. Jest formą i normą wewnętrzną, jest ujęciem w karby dyscypliny całego człowieka, przenika tak wolę, jak i rozum. Jego zasada, ożywiająca go centralna idea, najistotniejsze natchnienie osobowości ludzkiej, żyjącej we wspólnocie obywatelskiej, zstępuje do głębi i zagnieżdża się tak w sercu człowieka czynu, jak i myśliciela, tak artysty, jak i uczonego: ona, co jest istotą duszy.”

„Faszyzm (…) jest nie tylko prawodawcą i założycielem instytucji, lecz także wychowawcą i krzewicielem życia duchowego. Chce odnowić nie formy życia człowieka, ale treść człowieka: charakter i wiarę. I w tym celu pragnie karności i autorytetu, które zstąpiłyby w dusze i zdobyły w nich rząd niezaprzeczony. Przeto jest jego symbolem pęk rózg liktorskich – symbol jedności, siły i sprawiedliwości.”

„Życie w pojęciu faszysty jest poważne, surowe, religijne. Faszysta gardzi życiem wygodnym. Faszyzm pragnie człowieka czynnego i zwróconego ku działaniu.”

Państwo faszystowskie wskazuje drogę narodowi, a nawet innym narodom, jest strażnikiem ducha wypracowanego w ciągu wieków przez język, tradycję i wiarę. Mussolini przestrzegał: myślenie jakoby dobrobyt = szczęście, zamienia ludzi w zwierzęta, których jedynym celem jest się tuczyć.

„Faszyzm pragnie człowieka czynnego i wszystkimi swoimi siłami zwróconego ku działaniu: chce, aby był on po męsku świadom trudności, które napotyka i gotów stawić im czoło.”

Podstawowe idee faszyzmu:

1. Jednym z obowiązków państwa jest wygaszanie walki klasowej, która stanowi pożywkę dla socjalizmu. Skuteczną metodą ma być zastosowanie w życiu gospodarczo-społecznym systemu korporacyjnego, by na miejsce konfliktu między kapitałem a pracą, pojawił się solidaryzm społeczny. Społeczeństwo w faszystowskiej wizji świata jest bierne, nie wykazuje samodzielnej inicjatywy. Tę dzierży niepodzielnie państwo. Ono reguluje, kontroluje, nakazuje i wyznacza jedynie słuszny kierunek.

2. Faszyzm jest przeciwny demokracji, która utożsamia naród z większą liczbą, ściągając go do niskiego poziomu większości, lecz jest czystą formą demokracji, jeśli się naród pojmuje tak, jak powinno, jakościowo, a nie – ilościowo, jako ideę potężniejszą, bo wyższą moralnie, bardziej zwartą, prawdziwą, która urzeczywistni się w narodzie jako świadomość i wola niewielu, a nawet jednego, a który to ideał dąży do urzeczywistnienia się w świadomości i woli wszystkich.

3. Założyliśmy państwo korporacyjne i faszystowskie, państwo społeczności narodowej, państwo skupiające, kontrolujące, harmonizujące i uzgadniające interesy wszystkich warstw społeczeństwa, które wiedzą, że są w równej mierze pod jego opieką. I gdy przedtem, za czasów ustroju demoliberalnego, masy pracujące odnosiły się do państwa z nieufnością, były poza obrębem państwa, były przeciwko państwu, uważały państwo za nieprzyjaciela w każdym dniu, w każdej godzinie, nie ma dziś Włocha, który by pracował, a nie domagał się swego miejsca w korporacjach, w federacjach, który by nie pragnął być żywą komórką tego wielkiego, niezmierzonego żywego organizmu, jakim jest narodowe korporacyjne państwo faszystowskie.

4. Faszyzm przeczy temu, by liczba przez to tylko, że jest liczbą, mogła kierować społeczeństwami ludzkimi; przeczy by liczba ta mogła rządzić poprzez odbywające się periodycznie obrady: stwierdza nieusuwalną a płodną i dobroczynną nierówność tych, którzy nie mogą stać się równymi poprzez mechaniczny i zewnętrzny fakt, jakim jest powszechne prawo głosowania. Ustroje demokratyczne można zdefiniować jako takie, w których daje się od czasu do czasu ludowi złudzenie, że jest władcą, gdy faktycznie prawdziwą władzę dzierżą inne siły, niejednokrotnie nieodpowiedzialne i utajone. Demokracja jest ustrojem bez króla, lecz z wieloma królami, niekiedy bardziej ekskluzywnymi, tyranizującymi i rujnującymi niż jeden król, chociażby był tyranem.

To również są cytaty z Mussoliniego i też zawarte są w eseju „Doktryna faszyzmu”. Wygłaszał je na różnych wiecach, zebraniach itp. Widać więc, że faszyzm jest zupełnie czymś innym niż powszechnie uważa się. Łączy się faszyzm i nazizm w jedno. To oczywiście zasługa uprawianej od zakończenia wojny propagandy antyfaszystowskiej. Dzięki niej dowiedzieliśmy się też, że istniały dwa narody niemieckie: Niemcy-naziści i Niemcy. Później okazało się, że są już tylko jacyś naziści i Niemcy. Czym był więc ten nazizm, czyli narodowy socjalizm, skoro oddzielono go od Niemców? I czy słusznie? I znowu wypada odwołać się do Wikipedii.

Narodowy socjalizm, nazizm – to rasistowska, antykomunistyczna, antydemokratyczna i antysemicka ideologia Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (NSDAP). Niemiecka, skrajna odmiana faszyzmu, opierająca się na darwinizmie społecznym, biologicznym rasizmie, w szczególności na antysemityzmie, wyrosła na gruncie militaryzmu pruskiego i niemieckiego szowinizmu, czerpiąca z haseł nacjonalnych, jak i socjalnych.

Nazwę doktryny przypisuje się konserwatywnemu myślicielowi Oswaldowi Spenglerowi, który w eseju Duch pruski a socjalizm (1919) przedstawił własną koncepcje terminu socjalizm, odmienną od powszechnie z nim kojarzonym socjalizmem naukowym lewicy rewolucyjnej. Perspektywa Spenglera przedstawiała wielowiekowe zmagania Niemiec o korzystną pozycję wśród innych narodów i walkę o dominację nad nimi mającą charakter rewolucji narodowej. Tak pojęty socjalizm narodu niemieckiego przeciwstawia parlamentaryzmowi brytyjskiemu, określonemu jako nieskuteczny, a także marksizmowi, który uważa za czynnik konfliktujący elity konserwatywne oraz zwykłych pracowników. Spengler nie był jedynym konserwatystą, z którego dorobku czerpał nazizm. Inni to: Hegel, Schopenhauer oraz Nietzsche.

Z powyższego opisu wynika, że nazizm wyrastał z wiary w rasowe posłannictwo narodu niemieckiego, a stąd już blisko do mesjańskiej doktryny narodu żydowskiego. Musiał być więc nazizm z założenia antysemicki. Nie może być dwóch narodów wybranych. To jednak wcale nie przeszkadzało wielu Żydom tworzyć ruch nazistowski i często zajmować kluczowe w nim stanowiska.

Antysemityzm zarzucano też faszyzmowi. Wikipedia pisze: Jednakże mniej radykalne tony antysemickie pojawiały się już 1919 roku. Benito Mussolini w 1919 roku stwierdził, że za rewolucję w Rosji odpowiadają żydowscy bankierzy z Nowego Jorku i Londynu a 80% przywódców radzieckich to Żydzi. W 1934 roku w deklaracji końcowej Faszystowskiego Kongresu Międzynarodowego stwierdzono m.in. że Żydzi parają się okultyzmem, próbują doprowadzić do międzynarodowej rewolucji, zwalczają cywilizację chrześcijańską i idee patriotyczne.

Faszyzm i nazizm miały wspólne cechy, jak chociażby to, że uważały, że nie ma konfliktu klas społecznych i że interesy wszystkich warstw można pogodzić. Dlatego i jedna i druga doktryna uważały marksizm za wroga. I tak jak napisałem na początku, faszyzm można streścić w trzech punktach: wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu. Nazizm też można streścić w trzech punktach: ein Volk, ein Reich, ein Führer. Obie ideologie postrzegały organizację państwa i społeczeństwa zupełnie odmiennie niż w innych państwach, w których Żydzi dążyli do rozbijania i konfliktowania społeczeństw poprzez tworzenie systemów wielopartyjnych i nierówności społecznych, wynikających z nadmiernego bogacenia się jednych i ubożenia innych, bądź poprzez wprowadzanie ideologii walki klas. Czy tak, czy tak, zawsze chodziło o skłócanie społeczeństw. Nic więc dziwnego, że Żydzi oba te systemy darzą taką nienawiścią.

Faszyzm był ustrojem totalitarnym, bo chciał wszystkim narzucić własny system wartości, nie pytając nikogo o zdanie. Mussolini wychodził z założenia, że to czego człowiek potrzebuje do szczęścia, to praca i bycie częścią społeczności, z którą się utożsamia oraz rozwijanie swojej duchowości w oparciu o religię. Uważał, że ludzie w większości nie wiedzą, co jest dla nich dobre, i że trzeba ich do tego przymusić siłą.

Miał on we Włoszech wielu przeciwników. Wszak to stamtąd wywodzą się ruchy humanistyczne, które zapoczątkowały reformację. W filmie Federico Felliniego Rzym z 1972 roku można usłyszeć takie zdanie: Juliusz Cezar był faszystą, Rubikon przekroczył, Rzym otoczył. Zapewne jest to nawiązanie do Marszu na Rzym, jak określa się faszystowski zamach stanu z 1922 roku. Wzięło w nim udział, jak pisze Wikipedia, około 30 tysięcy osób (w tym około 200 Żydów). Wszędzie się wkręcą!

Pojęcie totalitaryzmu zmienia się. Mussolini pisał, że w demokracji mamy do czynienia z wielu królami, czyli tyranami, którzy gorsi są od jednego nawet największego tyrana. Chciał faszyzmu dla dobra ludzi, nawet wbrew ich woli. Współczesna „demokracja” też chce, dla naszego dobra, nawet wbrew naszej woli, wszystkich nas zaszczepić. Już nie używają tego słowa. Mają nowe – wyszczepić, które kojarzy mi się z innym – wytępić.

Słowo „szczepić” i „zaszczepić” oznacza mniej więcej to samo: wprowadzić do ustroju ludzkiego albo zwierzęcego zabite lub osłabione drobnoustroje chorobotwórcze lub ich toksyny, powodujące powstawanie przeciwciał. To w celu uodpornienia organizmu, uczynienia go, w pewnym sensie, lepszym. W ogrodnictwie słowo „zaszczepić” oznacza połączenie części pędu szlachetnej odmiany z ukorzenionym dziczkiem w celu uszlachetnienia rośliny dzikiej lub na szlachetnej odmianie zaszczepić inną, bardziej pożądaną odmianę.

Po co więc ktoś wprowadza nowe słowo z przedrostkiem „wy” w sytuacji, gdy mamy już właściwe słowo, oddające istotę rzeczy? To „wy” jest przeciwieństwem „za”. „Wyszczepić” oznacza w tym kontekście przeciwieństwo „zaszczepić”. Zaszczepienie jest w celu uszlachetnienia rośliny i uodpornienia człowieka. Idąc dalej tym tropem – wyszczepienie jest w celu zmniejszenia jego uodpornienia. Przekaz ministra śmierci jest czytelny. Mówi nam wprost – szczepienia (wyszczepienia) są po to, by was wytępić. Żydzi kabaliści lubują się w nadawaniu słowom, liczbom, symbolom ukrytych znaczeń.

Mussolini chciał, wbrew woli ludu, uczynić go lepszym. Nie był pierwszym, który posunął się do przemocy, by wskazać ludowi, co jest dla niego dobre. W VI wieku p.n.e. Ezdrasz i Nehemiasz przekonywali swoich ziomków, że są „nasieniem świętym i narodem osobliwym, wybranym”, że zawładną całym światem, jeżeli będą posłuszni Staremu Zakonowi. Żydzi w końcu uwierzyli w ich obietnice i poddali się ich rozkazom. Któż więc lepiej niż oni wie, jak groźnym dla nich mógłby być faszyzm, gdyby udało się go utrzymać, choćby w jednym państwie.

Konstytucja 3 maja

Konstytucja 3 maja to jedno z najważniejszych wydarzeń w dziejach Polski. Nadal jednak jest ona źródłem wielu sporów i polemik. Ma ona swoich zagorzałych zwolenników, ale też i zażartych wrogów. Jej przeciwnicy uważają, że przyczyniła się do II-go i III-go rozbioru. Jak więc na nią patrzeć? Pierwszą i podstawową rzeczą, jaką wypada wiedzieć, jest to, że decyzję o jej uchwaleniu podjął sejm skonfederowany tj. taki, który podejmuje decyzje większością głosów, a nie – jednomyślnie. Gdyby sejm nie był skonfederowany, to ta konstytucja nigdy nie zostałaby uchwalona. Wystarczyłby sprzeciw jednego posła. A może nie byłoby żadnego sprzeciwu i głupio by to wyglądało, taka niespotykana jednomyślność. Dlaczego więc sejm był skonfederowany? I czy stało się to przypadkiem? Na jego skonfederowanie musiała wyrazić zgodę Katarzyna II i taką zgodę dała. I czy to też był przypadek? O co w tym wszystkim chodziło? Jak zwykle w takich sytuacjach, wypada chyba zacząć od początku: od konfederacji i od tego, jak ona doprowadziła do powstania skonfederowanego sejmu.

Czym była konfederacja w historii Polski? Konfederacja (od łacińskiego confoederatio, związek) – związek zbrojny zawiązywany przez duchownych, szlachtę i miasta w celu realizacji własnych intencji lub w zastępstwie władzy państwowej, tworzony w Polsce i na Litwie w wiekach XIII-XIX. Jej genezy należy szukać w średniowiecznym prawie oporu przeciwko władzy. Charakterystyczną cechą konfederacji była przynależność imienna; spis jej członków sporządzano w okresie jej zawiązywania. Jako że zawiązanie następowało dla realizacji z góry określonego celu, konfederacja miała charakter czasowy.

Pierwszymi tego typu związkami były konfederacje miejskie, powoływane w latach 1298, 1302, 1310, 1350 przez miasta Wielkopolski. Miały one na celu m.in. ochronę bezpieczeństwa handlu i spokoju publicznego poprzez tępienie rozboju na drogach. Konfederacje wyłącznie rycerskie powstawały w Polsce w XIV wieku. Zwoływane były w obronie swobód szlacheckich przeciwko władzy centralnej, wpływom duchowieństwa i rozwojowi husytyzmu. W 1307 roku, w reakcji na związanie konfederacji rycerskiej przeciw roszczeniom kleru, dotyczącym dziesięcin i sądownictwa, duchowieństwo związało własną konfederację.

Konfederacje mogły być tworzone przy osobie króla, w obronie majestatu; istniały też przypadki, gdy władca sam popierał ich postulaty i przyłączał się do związku. Konfederacje uznane za buntownicze wobec króla nazywano rokoszami.

W czasie bezkrólewia po śmierci Zygmunta Augusta w 1572 roku wykształcił się nowy rodzaj tego typu związków – konfederacja generalna lub konfederacja kapturowa, zastępująca najważniejsze instytucje państwa, które w normalnym trybie działały w imieniu króla, gdy nie było monarchy. Uchwały konfederacji generalnej stanowione były większością głosów.

Prawo do występowania poddanych przeciwko władzy gwarantował artykuł de non praestanda oboedientia konfederacji warszawskiej w 1573 roku, wysnuty z przywileju mielnickiego z 1501 roku, gdzie zapewniano senatorom prawo do uważania króla, który przekroczył swoje uprawnienia, za tyrana.

W czasie konfederacji sejm zastępowała rada generalna konfederacji, na której decyzje w razie konieczności zapadały większością głosów. Wybrany przez szlachtę marszałek konfederacji sprawował władzę wykonawczą wraz z królem i senatem. W czasie obowiązywania konfederacji zawieszano przynajmniej de jure prawa szlachty (zakaz pozbawiania wolności i konfiskaty mienia bez wyroku sądowego).

Początkowo konfederacje obejmowały jedno tylko województwo bądź ziemię (konfederacja wojewódzka). Konfederację, która obejmowała całe państwo, nazywano konfederacją generalną. Konfederacje generalne zawiązywano osobno dla Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Władzę nad konfederacją obejmowała rada generalna konfederacji. W czasie trwania konfederacji w jej organach obowiązywała zasada głosowania większością głosów. Ten ewenement ustrojowy doprowadził do powstania sejmu skonfederowanego. Kilka rad walnych konfederacji miało charakter sejmów nadzwyczajnych (1710, 1735).

Zawiązywania konfederacji w Rzeczypospolitej zakazała ostatecznie konstytucja sejmu niemego z 1717 roku, w rzeczywistości zasada ta nigdy nie była przestrzegana. Sejm Czteroletni uchwalił ustawę zabraniającą tworzenia konfederacji, zapowiadającą karanie śmiercią inicjatorów takich związków.

Tyle m.in. możemy przeczytać w Wikipedii. Czymże więc była ta konfederacja? Był to idealny instrument do destabilizacji państwa i pretekst do ingerencji w sprawy państwa, w którym zastosowano tego typu rozwiązanie. Konfederacja barska (1768-72) porwała w pewnym momencie króla i to wystarczyło do dokonania pierwszego rozbioru.

Pierwszy rozbiór Polski nastąpił w 1772 roku. Pretekstu do niego dostarczyła konfederacja barska. Był to związek zbrojny szlachty polskiej, utworzony 29 lutego 1768 roku w Barze na Podolu. Był skierowany przeciwko Rosji i królowi Stanisławowi Poniatowskiemu oraz popierającym go wojskom rosyjskim. Celem konfederacji było zniesienie ustaw narzuconych przez Rosję, zwłaszcza tych zapewniających równouprawnienie innowiercom.

Jeszcze wcześniej zwołany został 8 listopada 1763 roku sejm konwokacyjny 1764 roku w celu przygotowania elekcji Stanisława Poniatowskiego. Obrady trwały od 7 maja do 23 czerwca 1764 roku. Sejm przeprowadził szereg reform ustroju I Rzeczypospolitej. Konfederacja stronników Czartoryskiego doprowadziła na drodze zamachu stanu do odsunięcia od obrad znacznej części posłów związanych z obozem sasko-republikańskim i do skonfederowania sejmu konwokacyjnego.

W celu skutecznego przeprowadzenia obrad Zamek Królewski i Krakowskie Przedmieście obsadzono wojskami rosyjskimi z armatami i nadwornymi wojskami Czartoryskich. Posłowie opozycji sprzeciwiali się i w ramach protestu przeciwko obecności wojsk rosyjskich opuścili salę obrad. Natomiast familia Czartoryskich, za zgodą posła rosyjskiego Hermana Karla von Keyserlinga, przeprowadziła zmianę ustroju Rzeczypospolitej. W obradach uczestniczyło jedynie 80 posłów (powinno 300) i 7 senatorów (zamiast 136). Reformy były dość radykalne. Zniesiono liberum veto, zlikwidowano żydowski Sejm Czterech Ziem, uporządkowano sprawy celne, wprowadzono zakaz przysięgania posłów na instrukcje poselskie. To tylko niektóre z tych fundamentalnych zmian.

Chociażby na tym przykładzie widać, że z demokracją nie miało to wiele wspólnego i sposób, w jaki uchwalono Konstytucję 3 maja, nie był czymś wyjątkowym. Raczej była to praktyka. Na ogół przedstawia się nam sejmy Rzeczypospolitej jako anarchiczne, bezradne wobec liberum veto, a prawda jest taka, że sejmy skonfederowane wcale nie były wyjątkami. Wprost przeciwnie! Często się nimi posiłkowano. Ale to też była parodia. Na konfederację tworzono kontrkonfederację.

Reformy te (sejmu konwokacyjnego) były tak rewolucyjne, że począwszy od 1766 roku porzucili je nawet sami inicjatorzy – Czartoryscy. Król był zupełnie osamotniony. Popadł w całkowitą zależność od Katarzyny II. W 1767 roku wkraczają wojska rosyjskie. Pod ich osłoną poseł rosyjski Nikołaj Repnin zawiązuje 20 marca konfederacje różnowiercze: słucką dla Wielkiego Księstwa Litewskiego i toruńską dla Korony. 23 czerwca w reakcji na te wydarzenia szlachta katolicka związała konfederację radomską, skierowaną przeciwko Stanisławowi Poniatowskiemu. Wykorzystuje to Repnin, uzyskując nad nią wpływ i zmusza Poniatowskiego do podporządkowania się Katarzynie II.

Zawiązany pod węzłem konfederacji radomskiej tzw. sejm repninowski w Warszawie zajął się rewizją reform przeprowadzonych przez sejm konwokacyjny w 1764 roku. Kwestią drażliwą pozostała sprawa równouprawnienia innowierców. Repnin sterroryzował posłów, porywając 14 października 1767 roku przywódców konfederacji radomskiej: biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna.

24 lutego 1768 Rzeczypospolita podpisała z Rosją traktat o wieczystej przyjaźni, w wyniku którego stawała się rosyjskim protektoratem. Katarzyna II gwarantowała nienaruszalność granic i ustroju wewnętrznego państwa (Skąd my to znamy? Trwały sojusz ze Związkiem Radzieckim, gwarantem naszych zachodnich granic.). 26 lutego uchwalono prawa kardynalne, sankcjonujące równouprawnienie innowierców jako nienaruszalne prawo Rzeczypospolitej. W przededniu tych wydarzeń opuścili Warszawę główni przywódcy spisku barskiego.

Tak to opisuje Wikipedia. Nasuwa się jednak pytanie: Skąd przywódcy „spisku” (już nie konfederacja, tylko spisek) barskiego wiedzieli, jak rozwinie się bieg wydarzeń, skoro nie było ich w Warszawie. Chyba tylko od swoich „braci”.

Walki konfederatów barskich trwały do sierpnia 1772 roku. Rozbioru dokonano oficjalnie 18 września, ale decyzja o nim zapadła w Petersburgu już w połowie 1771 roku. Sam pomysł musiał być znacznie wcześniejszy i ktoś starannie to wyreżyserował: stworzenie pretekstu do buntu, a następnie zorganizowanie go. W walkach po stronie konfederatów wzięło udział 100 tysięcy ludzi. Stoczono około 500 potyczek. Straty konfederacji to 60 tysięcy. Było to więc bardzo skomplikowane i kosztowne przedsięwzięcie. Bitwy toczono na terenie całego kraju. Dowódcami byli Kazimierz Pułaski, Michał Jan Pac, Maurycy Beniowski i Charles François Dumouriez.

Pułaski był masonem, o czym informuje nawet Wikipedia. Z kolei Dumouriez w 1770 roku został wysłany do Polski, gdzie miał za francuskie pieniądze organizować korpus posiłkowy konfederacji barskiej. Po wybuchu rewolucji francuskiej przystąpił do jakobinów. – I wszystko jasne! Konfederacja barska była dziełem masonerii i przez nią finansowana. Tak więc prawdopodobnie wszystko zostało wyreżyserowane: te ustawy o prawach dla innowierców i te „święte oburzenie”, które doprowadziło do powstania tej konfederacji. I tak dokonano I-go rozbioru Rzeczypospolitej. Na kolejny trzeba było czekać aż 21 lat.

Sejm Czteroletni (1788-1792) – zwołany w Warszawie 6 października 1788 roku za zgodą cesarzowej Rosji Katarzyny II. Obradował do 29 maja 1792 roku. Był to sejm skonfederowany. Można by w tym miejscu zapytać: dlaczego niektóre sejmy były skonfederowane, a inne – nie. Kto decydował o tym, że teraz trzeba gładko przeforsować pewne projekty, a innym razem można sobie pozwolić na „wolność” i dezorganizować prace sejmu. Czasem można odnieść wrażenie, że ustrój Rzeczypospolitej został tak zaprojektowany, by zawsze móc realizować swoją grę polityczną, czy to poprzez liberum veto, czy – konfederację.

Obie te zasady ustrojowe pojawiły się po powstaniu Rzeczypospolitej Obojga Narodów, czyli po powstaniu unii polsko-litewskiej. Dokładnie – po śmierci Zygmunta Augusta w 1572 roku. Również wtedy pojawia się trzecia zasada ustrojowa – wolna elekcja. Cała szlachta wybierała króla (viritim). Nie bez wielkiej przesady można powiedzieć, że po śmierci Zygmunta Augusta dokonuje się wielka rewolucja. Powstaje zupełnie nowy ustrój państwa. To jest ta słynna demokracja szlachecka. Jej trzema filarami są:

  • liberum veto
  • konfederacja
  • wolna elekcja

Kto zdecydował o tym, że wprowadzono te trzy zasady ustrojowe? Jakie pole do manipulacji stwarza taki ustrój! Wmawia się nam, że Polacy to warchoły, anarchiści, buntownicy itp. Tylko nikt nie mówi, że polskimi królami, po wymarciu dynastii Piastów, byli przeważnie obcy, że I RP to konglomerat różnych narodowości, że była ona miejscem intensywnego osadnictwa Żydów po ich wygnaniu z Hiszpanii w 1492 roku. Nie mówi się nam nic o tym, jaki wpływ na losy tego nowego tworu, czyli unii polsko-litewskiej, miała reformacja i tajne związki humanistów, przywleczone do nas przez królową Bonę. Nie mówi się o tym, jaki to miało wpływ na Zygmunta Starego i jego następcę – Zygmunta Augusta.

Zygmunt Stary zajmował wobec reformacji stanowisko wyczekujące i takim postępowaniem sankcjonował jej powstanie i rozwój. Przybycie królowej Bony (1519) otworzyło polski dwór królewski dla tajnych związków humanistycznych i dla Żydów. Jednym z nadwornych lekarzy królowej był Mojżesz Fiszel. Jego matka i córka należały do świty Bony.

„Już w czasie panowania Zygmunta I (1506-1548) zaprowadził podobno Brancacio, dworzanin królowej Bony, wolnomularstwo na królewskim dworze, a syn jej, Zygmunt II August (1548-1572), którego panowanie zwą złotym okresem literatury polskiej i który wydał w r. 1562 edykt tolerancyjny, proklamujący wolność wyznania i odbierający wyrokom sądów duchownych egzekutywę państwową, należał podobno do związku wolnomularzy.” – M.S. Goldbaum, Rudimente einer Geschichte der Freimauererei in Polen, za Henryk Rolicki, Zmierzch Izraela.

Trzeba oczywiście wziąć poprawkę na to, że masoneria powstała później z tajnych związków humanistyczno-reformacyjnych, do których musiało należeć wiele osób na dworze Zygmunta I, a później również jego syn i następca, Zygmunt August.

„Spowiednikiem królowej był niejaki Lismanini, jedna z najbardziej podejrzanych postaci reformacji w Polsce. Nic więc dziwnego, że postępowanie Bony z protestantami było bardzo nierówne. Kierowały nią nie tylko względy dogodności, lecz różne i namiętne zachcianki kobiety zepsutej; albowiem niepodobna przypuścić, by uczucia religijne mogły mieć jakikolwiek wpływ na duszę takiej jak Bona istoty, objawiającej stale zupełne lekceważenie wszelkich zasad moralnych. – Walerian Krasiński, Zarys dziejów powstania i upadku reformacji w Polsce.”

„W tych warunkach, gdy centrum organizacyjne reformacji znalazło się tuż pod bokiem dwóch ostatnich Jagiellonów, łatwo zrozumieć, dlaczego Zygmunt I był pierwszym w Europie, który oficjalnie uznał reformację, przyjmując w r. 1525 na rynku krakowskim hołd od Albrechta brandenburskiego, wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego i nadając mu duchowne dobra zakonne, jako lenno świeckie. Ten krok, który historycy polscy jednogłośnie niemal uznają za olbrzymi błąd polityczny, umożliwiający późniejsze rozbiory, podyktowany został wpływami reformatorów i był wyzwaniem Rzymu. Rzecz charakterystyczna, że równocześnie brat wychrzczonego żyda, Abrahama Ezofowicza, mianowanego przez Zygmunta I podskarbim litewskim, Michał Ezofowicz otrzymuje nobilitację.

Nobilitacji jego dokonał Zygmunt na rynku krakowskim podczas uroczystości składania hołdu przez Albrechta, księcia pruskiego. Jest to jedyna w dziejach Polski nobilitacja niechrzczonego żyda. – Majer Bałaban, Historia i literatura żydowska.

Siły reformacji wzrosły jeszcze za Zygmunta Augusta, który, sądzić wolno – był czynnym członkiem stowarzyszenia, założonego przez Lismaniniego. Sekretarzem jego był członek tego związku, znany bojownik kościoła narodowego, Andrzej Frycz-Modrzewski. Zygmunt August, jeszcze jako królewicz, propagował reformację.”

„Reformacja czuje się tak dalece na siłach, że na sejmie piotrkowskim w r. 1559 pojawia się wniosek, by wyłączyć biskupów katolickich z senatu, albowiem składają papieżowi przysięgę wierności. Wniosek jednak nie został przyjęty.”

„Do reformacji, a zwłaszcza do wyznania helweckiego (kalwińskiego) garnęło się możnowładztwo polskie i litewskie. Pod koniec panowania Zygmunta Augusta innowiercy mieli zdecydowaną większość wśród świeckich. W r. 1569 było 58 senatorów ewangelików, 53 katolików, 2 prawosławnych, ponadto zaś 15 biskupów katolickich.”

Wszystkie powyższe cytaty pochodzą z książki Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela.

Takie było otoczenie dwóch ostatnich Jagiellonów. I to właśnie to otocznie, no bo któż inny, „wysmażyło” ten kuriozalny, idiotyczny ustrój, który, dokładnie w 200 lat po śmierci Zygmunta Augusta, doprowadził do I-go rozbioru. A był on wynikiem powstania konfederacji barskiej i jej działań.

Nie byłoby Konstytucji 3 maja, gdyby nie było Sejmu Czteroletniego (1788-92). Należy więc zacząć od niego i dowiedzieć się, w jakich okolicznościach doszło do jego powstania, a zwłaszcza do tego, że był to sejm skonfederowany, podejmujący decyzje większością głosów.

Nie mogę się powstrzymać, by nie przytoczyć kilku cytatów z książki Karola Zbyszewskiego Niemcewicz od przodu i tyłu. Pisał on językiem niezwykle soczystym i wyrazistym. Parę lat spędził w archiwach. Dotarł do dokumentów źródłowych, do pamiętników bezpośrednich świadków tamtych wydarzeń. To miała być jego praca doktorska na Uniwersytecie Warszawskim tuż przed wojną. Niestety odrzucono ją. Nie była zbyt „poważna”.

„Państwowe dochody Polski wynosiły rocznie 18 milionów, prywatne króla – 10 milionów złotych; wojsku można było nie płacić, bez armat się obejść, ale nałożnice monarsze musiały otrzymywać żołd akuratnie, nowe bohomazy w Łazienkach przybywać. Stanisław August miał długów powyżej uszu, bał się, że przy pierwszej o tym wzmiance opozycja wrzaśnie: Veto! i sejm rozejdzie się po kościach, nie uchwaliwszy mu żadnego sukursu. Szermując tedy potrzebą ustanowienia wojska i podatków, prosił usilnie przełaskawą Katarzynę o pozwolenie zawiązania konfederacji.

Carowa, przyzwyczajona, że Polacy leżą przed nią plackiem, upewniana przez Stackelberga, że i obecny sejm będzie mu posłuszny jak piesek – zezwoliła. – Ostatecznie, myślała, jeśli te niechlujne Polaczyszki zdobędą się naprawdę na wystawienie nieco wojska – tym lepiej, nic to nie będzie kosztować, a w razie kiepskiego obrotu wojny z Turcją może się przydać…

Siódmego października, jak zawsze w pierwszy poniedziałek po świętym Michale, nastąpiło otwarcie skonfederowanego sejmu. Marszałkiem obrano prawie jednogłośnie Stanisława Małachowskiego, zwanego polskim Arystydesem, co nie było znowu tak wielką pochwałą; każdego nieprzyłapanego na grubszym złodziejstwie zwano wtedy w Polsce Arystydesem. Było ich w całym kraju aż kilkunastu.”

„Trzynastego października otyły poseł pruski Buchholtz złożył notę sejmowi, w której jego pan, opasły Fryderyk Wilhelm, uprzejmie, po mnóstwie komplementów, proponował związanie z Polską przymierza.

Sejm oniemiał z radosnego wzruszenia. Do nich taka nota? Do nich, co od 25 lat otrzymywali od państw sąsiednich nie noty, ale aroganckie rozkazy, brutalne jak kopniaki. I to od Prus! Od tych Prus, co samowolnie poszerzały o kilometry granice zaboru, co bezprawnie nakładały takie cło na zboże spławiane Wisłą, że zabiły cały handel; jeszcze tak niedawno nie można było utrzymać w Warszawie wysokiego lokaja, bo werbownicy szwabscy porywali dorodnych mężczyzn w biały dzień ze środka ulic. Zdawkowe, obyczne zwroty grzecznościowe noty dyplomatycznej wydawały się sejmowi anielskim kwileniem, wnet kazał ją wydrukować i rozrzucić po kraju, by i obywatele mieli frajdę. Pięćdziesięciu posłów podrałowało do Buchholtza złożyć mu podziękowania, ledwo nie wysłano poselstwa dziękczynnego do Berlina. Pierwszy kamyk pruski w folwark Katarzyny zrobił wrażenie lawiny.”

„I oto nagle sejm składający się dotychczas ze stronników króla, Branickiego, Szczęsnego, Czartoryskiego, z posłów co – jak utarło się od wieku – byli klientami jakiegoś magnata, co mieli nie rozumować, a tylko iść ślepo za swym panem, ten sejm zawsze skłócony, rozdrobniony na dziesiątki grupek – podzielił się nagle na dwa wyraźne obozy: za Rosją i przeciw niej. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów sejm różniły nie możne osobiste ansy, nie małe świństewka, konszachty, ale arcyważne, polityczne zagadnienie: dogorywać pod moskiewskim butem czy próbować się spodeń wykaraskać? Z jednej strony chłystki niewidzący poza spódnicę wszechpotężnej carowej, jurgieltnicy drżący o swe pensje, tchórze; z drugiej ludzie, którym zbrzydło jarzmo, którym kołatało coś jeszcze żywiej w piersiach na dźwięk – Polska!”

„Walka z Rosją była wygrana: rublobiorcy zdziesiątkowani, ingerencja kacapska zlikwidowana, król zagłuszony, Stackelberg mógł już tylko rozkazywać swej kucharce.

Wielu zajadłych, krzykliwych, dotąd pożytecznych patriotów, jak Suchodolski i Suchorzewski, uznało, że sejm zrobił swoje, winien zakończyć swój żywot, a Polska rządzić się nadal tymiż prawami. Bardziej rozgarnięci patrioci pojmowali, że Polska stoczyła się do obecnego stanu bezsilności i poniżenia nie z powodu Rosji, lecz fatalnego ustroju. Postanowili dać Polsce nowy, sensowny.

Zniesienie wolnej elekcji i liberum veto, ukrócenie hetmanów, wzmocnienie władzy dziedzicznego monarchy – oto cele, które dzięki Ignacemu Potockiemu, Staszicowi, Kołłątajowi przyświecały drugiej edycji patriotów.

Dotychczasowy podział – za Rosją i przeciw niej, stał się nieaktualny; sejm rozpadł się na dwa nowe stronnictwa: zwolenników starego bałaganu i wyznawców reformy. Wciąż dotąd pijany Ksawery Branicki wylazł spod stołu, stanął na czele zacofańców, wylękniony Stanisław August zbliżył się do postępowców.”

„Patrioci parli całą siłą do zawarcia trwałego przymierza z Prusami. Nie wyobrażali sobie Polski bez gwarancji obcego mocarstwa.

Układy szły powoli, omal nie zostały zerwane, gdy Fryderyk Wilhelm zażądał szczerze Gdańska i Torunia, podjęte na nowo, gdy przewrotnie zapewnił, że wcale tych miast nie pragnie. Stanisław August przeszkadzał naprzód wszelkimi sposobami, robił drobne intrygi, zagroził nawet, że wyjedzie na rok do Włoch, zostawiając sejm własnemu rozumowi.”

„Dwudziestego dziewiątego marca 1790 roku zostało ostatecznie podpisane przymierze. Prusy o 200-tysięcznej armii i Polska o niespełna jeszcze 50-tysięcznej warowały sobie dokładnie w trakcie rozmiary pomocy wojskowej i finansowej w razie napaści na któreś państwo. Zbyt korzystne to było dla Polski, aby mogło być dochowane. Dla Prus, będących w naprężonych stosunkach z Rosją i Austrią oraz chcących szantażować całą Europę, przymierze było chwilowo na rękę; Polska nic na nim nie traciła, ale naiwnością patriotów była wiara, że bezinteresowna obrona Rzplitej przed Moskwą i wdzięczność jej obywateli jako jedyna zapłata Prusom wystarczą.”

„O wprowadzeniu nowego ustroju też nieco myślano. Specjalna deputacja do formy rządu wzięła się gorliwie do rzeczy – zaczęła od wypożyczenia z biblioteki królewskiej wszystkich książek traktujących o jakichkolwiek ustrojach i przeczytała je sumiennie. Sądzono wtedy, wzorem filozofów francuskich, że wystarczy przestudiować 200 różnych konstytucji, by ułożyć 201. – idealną.

Biskup Krasiński, dawna sprężyna konfederacji barskiej, przedstawił projekt 658 artykułów liczący. Samo odczytanie zajęło trzy dni! A potem na poszczególne artykuły tracono całe posiedzenia. Nawet sensownie debatowane i nie najtępsze zapadały uchwały, ale tempo było tak straszliwie powolne, iż ludzie umiejący na palcach liczyć, szybko wykalkulowali, że i Matuzalemowi nie starczyłoby czasu na przeprowadzenie konstytucji tą manierą – paragraf po paragrafie.

Wybitniejsi posłowie, prowodyrzy patriotów, przestali uczęszczać do sejmu, pokazywali się tam rzadko i na krótko – natomiast zbierali się prywatnie u Małachowskiego i radzili nad formą nowej konstytucji.”

„W ciasnym mieszkaniu Piattolego na Zamku, począwszy od stycznia 1791 roku, odbywały się zebrania. Przychodzili na nie Małachowski, Potocki, Kołłątaj, książę Adam, Sołtyk, Warnecki, redakcja Gazety Narodowej w komplecie – Mostowski, Weyssenhoff, Niemcewicz i jeszcze kilku co rozgarniętszych.

Ukrytym korytarzem przyczłapywał ze swych pokoi Stanisław August w towarzystwie ulubionego szambelana Wilczewskiego – głuchoniemego idioty.

Zarysy konstytucji przyjemnie zadziwiły króla; on, który przez sejm obecny został zredukowany do roli kołka w tronie, teraz, wedle projektu, miał się stać władnym monarchą, zostać wzniesionym w górę jak monstrancja. Normalni spiskowcy przemyśliwują, jak pozbawić swego króla władzy, że tu jednak spisek został zawiązany w momencie, gdy król żadnej władzy nie miał – patrioci uparli się go nią obdarzyć. Dla poprawienia sytuacji – zrobić wszystko na odwrót niż jest – umysł ludzki nie zdobędzie się nigdy na nic innego.”

„W rzeczywistości konstytucja była dziełem była dziełem trzech ludzi: opierała się w zasadniczych zrębach na koncepcjach Kołłątaja, układał ją Ignacy Potocki, redakcję powierzono Piattolemu. On jeden spośród tej polskiej elity umysłowej pisał bez błędów ortograficznych i miał wykształcenie prawnicze; rozbijał materiał na paragrafy, ujmował w treściwe zdania. Piattoli nie umiał słowa po polsku, konstytucja została więc naprzód napisana po francusku. Przetłumaczenie jej na polski zajęło miesiąc.”

„Osiemnastego kwietnia Małachowski, limitując sejm na dwa tygodnie świąteczne, życzył posłom wesołego jajka i dobrego trawienia. Z ukrytą radością patrzyli patrioci na rozjeżdżających się zacofańców, całą nadzieję teraz pokładali w ich zamiłowaniu do obżarstwa: Nie oderwą się od święconego, nie wrócą na czas! – myśleli”

Konstytucję uchwalono 3 maja 1791 roku. Na Zamek przybyło 182 posłów (na ogólną liczbę około 500), z których 72 było jej przeciwnikami. Można sobie zadać w tym momencie pytanie: dlaczego aż połowa posłów nie przyjechała? Przecież wyjeżdżając na święta wielkanocne wiedzieli, kiedy sejm wznowi obrady. Czyżby o jej zatwierdzeniu mieli zadecydować tylko wtajemniczeni, a opozycja miała tylko udawać, że jest przeciw. Gdyby jej nie uchwalono, nie byłoby pretekstu do powstania konfederacji targowickiej, która została zawiązana w nocy z dnia 18 na 19 maja 1792 roku w Targowicy, w porozumieniu z cesarzową Rosji Katarzyną II, pod hasłami obrony zagrożonej wolności przeciwko reformom Sejmu Czteroletniego i Konstytucji 3 maja.

18 maja 1792 roku 20 tysięcy konfederatów wraz z rosyjską piechotą liczącą 97 tysięcy wkroczyło do Polski. Król i reformatorzy mogli wystawić 37-tysięczną armię. Polska armia pod rozkazami Józefa Poniatowskiego i Tadeusza Kościuszki pokonała Rosjan w kilku bitwach. Jednak decydujący cios zadał sam król. W lipcu 1792 podczas oblężenia Warszawy, uznał, że zwycięstwo nad Rosjanami nie jest możliwe i poddanie się uchroni od totalnej klęski i masakry rewolucjonistów. 24 lipca Stanisław August Poniatowski przyłączył się do konfederacji targowickiej. Polska armia uległa rozbiciu, a wielu reformatorów, uznając sprawę za przegraną udało się za granicę. – No cóż, masoni nie mają ojczyzny. Zrobili „zadymę” i uciekli. Targowiczanie nie uratowali Polski (czy aby o to walczyli?). Pół roku później, 23 stycznia 1793 nastąpił drugi rozbiór, w którym uczestniczyły Prusy i Rosja. A więc sojusznik „patriotów” z sojusznikiem „zdrajców”. Można by skonstatować, że Polacy okazali się wyjątkowo naiwni, gdyby nie fakt, że zarówno „patrioci” jak i „zdrajcy” byli w większości masonami. Dziwne też jest zachowanie Rosji, która panuje niepodzielnie nad Rzeczpospolitą i wprowadza do niej swoje wojska, czego nie czynią Prusy, a mimo to dzieli się z nimi jej terytorium w drugim rozbiorze. Wygląda na to, jakby ktoś Rosji z góry dyktował, co ma czynić. To zresztą dotyczy też Prus. Celem nadrzędnym wydaje się być zlikwidowanie Rzeczpospolitej.

Konstytucja 3 maja liczyła 11 artykułów. Wprowadziła prawo powszechnej niepodległości dla szlachty i mieszczaństwa oraz trójpodział władzy na ustawodawczą (dwuizbowy parlament), wykonawczą (król) i sądowniczą. Ograniczała demokrację, pozbawiając część społeczeństwa (szlachtę gołotę) praw politycznych. Znosiła unię polsko-litewską na rzecz jednego państwa. W miejsce wolnej elekcji wprowadzono elekcję w ramach dynastii. Zgodnie z konstytucją po śmierci Stanisława Poniatowskiego tron miał stać się dziedziczny i przekazany Augustowi z dynastii Wettynów, z której pochodzili dwaj poprzedni królowie. Konstytucja znosiła liberum veto, konfederacje, skonfederowane sejmy oraz nadmierny wpływ sejmików ziemskich, wynikający z natury instrukcji nadawanych przedstawicielom do sejmu. Uznawała też ona katolicyzm za religię panującą, jednocześnie zapewniając swobodę wyznania.

Śledząc te wszystkie wydarzenia wokół tej konstytucji, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to wszystko było wyreżyserowane. Patrioci – masoni, targowiczanie – też. Trudno nie dojść do takiego wniosku, jeśli uwzględni się, że całe otoczenie ostatnich Jagiellonów tworzyli ludzie wywodzący się z tajnych związków humanistycznych i środowisk reformacyjnych. Któż inny mógł stworzyć taki ustrój, w którym państwo, z założenia, miało być kierowane przez ludzi ukrytych za marionetkami, wystawianymi na widok publiczny. Liberum veto, konfederacja, wolna elekcja – kto wprowadził te zasady ustrojowe?

Możemy się spierać o to czy patriotami byli zwolennicy konstytucji, czy targowiczanie. Możemy dyskutować na temat tego, czy była ona tak nowatorska i była tak wielkim dziełem. Wszystko jednak na to wskazuje, jeśli uwzględni się bieg wydarzeń, że została ona wprowadzona tylko po to, by mogła być obalona. To samo dotyczy również Sejmu Czteroletniego. Gwarantem niepodległości miały być Prusy. Gdy jednak Rosja wkracza ze swoim wojskiem, to nie reagują, a właściwie reagują, tyle że pół roku później, dokonując, do spółki z nią, II-go rozbioru.

Wszystkiego tego, co działo się w Rzeczpospolitej w latach Sejmu Czteroletniego, II-go i III-go rozbioru, nie można rozpatrywać w oderwaniu od tego, co działo się we Francji. Trzeba było stworzyć jakiś pretekst, by Rosja i Prusy nie interweniowały w obronie monarchii. I tak by tego nie zrobiły, ale potrzebne było wytłumaczenie. Zupełnie jak obecnie. Stwarzamy fikcyjnego wirusa, a nawet jeśli nie fikcyjnego, to niegroźnego, po to, by realizować swoje mesjańskie cele pod pozorem walki z nim.

Rozbiory Rzeczpospolitej dokonały się. Były trzy. Dlaczego trzy, a nie – jeden? Z „logistycznego” punktu widzenia wydaje się, że prościej było dokonać jednego. A tu po pierwszym, na dwa następne, trzeba było czekać ponad dwadzieścia lat. Komu przeszkadzało to państwo? I dlaczego akurat to? Jeśli to, co napisałem powyżej, może wydać się komuś niespójne i nielogiczne, to może moje wcześniejsze blogi: Reformacja w Polsce, Sztadlani i Żydzi a rozbiory, co nieco rozjaśnią.