Ponary

W dniu 18 października 2025 na YouTube pojawiło się video kanału Okupowana Polska. Było ono poświęcone zbrodni w Ponarach i zatytułowane: Jak Litwini mordowali Polaków? Kulisy zbrodni w Ponarach. Poniżej fragment komentarza narratora.

Zanim Ponary stały się symbolem masowych mordów, na ich terenie znajdowało się niepozorne osiedle przeznaczone dla robotników PKP. Miejsce to posiadało wysoki standard oraz było całkiem dobrze skomunikowane z większymi ośrodkami. Na jego terenie znajdowała się stacja kolejowa, z której można było dotrzeć do Wilna, Grodna czy Kowna.

Charakter tego miejsca, radykalnie choć jeszcze nie dramatycznie, zmienił się wraz z wybuchem wojny i nastaniem tzw. drugiej okupacji sowieckiej. W jej trakcie sowieci wybudowali podziemny skład paliw, który stanowił zaopatrzenie dla znajdującego się nieopodal lotniska polowego w Chazbijewiczach. Tempo prac prowadzonych przez sowietów było naprawdę imponujące. Przerwało je dopiero rozpoczęcie operacji Barbarossa, a co za tym idzie, zajęcie Wileńszczyzny przez Wehrmacht. W pierwszej kolejności Niemcy dokładnie zbadali teren dawnej sowieckiej bazy, a następnie wyłączyli ją z użytku i zakazali zbliżać się do niej. Aby uchronić ten teren przed obecnością postronnych, otoczono go drutem kolczastym oraz minami, a następnie przeznaczono na miejsce masowej kaźni.

Jeśli chodzi o topografię terenu i najbliższą okolicę, to Ponary wprost idealnie odpowiadały Niemcom do uczynienia z niej miejsca masowej egzekucji. Z jednej strony znajdowały się w sporej odległości od większych skupisk, a z drugiej posiadały z nimi nowoczesne połączenie kolejowe, które można było wykorzystać do deportacji więźniów.

Dawna baza sowiecka była również nie zniszczona, ogrodzona i zabezpieczona. Oddelegowanym do likwidowania wrogów politycznych oddziałom Einsatzgruppen nie pozostawało nic innego, jak przystąpić w tym miejscu do realizowania swego zbrodniczego rzemiosła. Niemcy zajęli Ponary pod koniec czerwca, a pierwsze egzekucje przeprowadzili już w drugim tygodniu lipca 1941 roku. Z przerwami przeprowadzano je do lata 1944 roku.

x

W Wikipedii można przeczytać:

Zbrodnia w Ponarach – zbiorowe egzekucje przeprowadzane przez okupantów niemieckich i ich litewskich kolaborantów, w czasie II wojny światowej, w latach 1941–1944, nieopodal miejscowości Ponary pod Wilnem.

W okresie pierwszej okupacji sowieckiej w Ponarach rozpoczęto budowę podziemnych magazynów paliwa lotniczego. Gdy w czerwcu 1941 roku Wileńszczyzna została opanowana przez wojska niemieckie, nowy okupant wybrał niedokończone magazyny na miejsce masowych egzekucji. Rozstrzeliwano tam Żydów z Wilna i innych miejscowości, a obok nich także przedstawicieli polskiej inteligencji i członków polskiego ruchu oporu, sowieckich jeńców wojennych, działaczy komunistycznych, Romów. Wykonawcami egzekucji byli przede wszystkim członkowie litewskiej formacji kolaboracyjnej Ypatingasis būrys.

Masowe egzekucje w Ponarach były największą zbrodnią popełnioną w okresie okupacji niemieckiej na Kresach Północno-Wschodnich II Rzeczypospolitej. Dokładna liczba ofiar pozostaje trudna do ustalenia ze względu na fakt, że w ostatnim okresie wojny Niemcy ekshumowali masowe groby i spalili większość zwłok. W literaturze przedmiotu szacowano ją zwykle na około 100 tys. osób. Monika Tomkiewicz, autorka wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej monografii na temat zbrodni ponarskiej, ocenia natomiast, że liczba zamordowanych sięgnęła 80 tys. osób, w tym 72 tys. Żydów i 1,5–2 tys. Polaków.

Modus operandi

Przed II wojną światową Ponary (lit. Paneriai, jid. Ponar) były niewielkim osiedlem wypoczynkowym przeznaczonym dla pracowników Polskich Kolei Państwowych. Swą nazwę wzięło od pobliskiej stacji kolejowej, położonej przy linii Grodno – Wilno – Kowno. Leżały na południe od Wilna, od miasta dzieliła je odległość około 10 kilometrów. W pobliżu Ponar, prostopadle do wspomnianej linii kolejowej, przebiegała droga na Grodno, zwana potocznie „grodzieńką”.

W drugiej połowie 1940 roku, w odległości około trzech kilometrów na północny wschód od stacji Ponary, okupacyjne władze sowieckie rozpoczęły budowę podziemnych magazynów paliwa lotniczego. Docelowo miały one zaopatrywać lotnisko wojskowe w pobliskich Chazbijewiczach. Sowieci otoczyli teren budowy dwumetrowym płotem z drutu kolczastego oraz wysiedlili mieszkańców najbliżej położonych domów. Na terenie „bazy”, jak ochrzciła ją okoliczna ludność, zbudowano także kilka drewnianych szop. Prac budowlanych nie zdołano jednak ukończyć przed wybuchem wojny sowiecko-niemieckiej. Po niedokończonych magazynach pozostało sześć wykopanych dołów. Największy miał średnicę około 40 metrów i głębokość około 5–6 metrów, pozostałe średnicę 8 metrów i głębokość 5 metrów. Doły były połączone rowami o średnicy 1 × 1 metr, w których docelowo miały się znaleźć rurociągi.

Latem 1941 roku nowi okupanci wybrali ponarską „bazę” na miejsce masowych egzekucji. Za decyzją tą przemawiało kilka czynników. Ponary leżały w niewielkiej odległości od Wilna, a przebiegające w pobliżu droga i linia kolejowa umożliwiały szybki i łatwy transport ofiar. Fakt, iż teren „bazy” był ogrodzony i otoczony lasami, ułatwiał zachowanie zbrodni w tajemnicy. Wreszcie wykopane przez Sowietów doły bez trudu można było przekształcić w masowe groby. Niemcy wykonali w „bazie” i w jej okolicach pewne dodatkowe prace budowlane. Teren wokół miejsca straceń otoczono czterometrową siatką zwieńczoną drutem kolczastym i częściowo zaminowano. W ogrodzeniu wybudowano dwie bramy. Większa, dwuskrzydłowa, znajdowała się przy szosie „grodzieńce”, nieopodal przejazdu kolejowego. Mniejsza, od strony wsi Nowosiołki, przeznaczona była dla samochodów ciężarowych. Biegnący przed nią odcinek leśnej drogi częściowo wzmocniono drewnianymi podkładami. Na drzewach wokół „bazy” rozwieszono tablice ostrzegające przed minami. Miejscową ludność ostrzeżono, że zbliżanie się do ogrodzonego terenu będzie karane rozstrzelaniem na miejscu. Z relacji świadków wynika, że zginęło co najmniej kilka osób, które złamały ten zakaz. Na terenie bazy stale przebywało około 10–12 członków Ypatingasis būrys, którzy pełnili służbę wartowniczą.

x

Józef Mackiewicz w powieści Nie trzeba głośno mówić Wydawnictwo Kontra, Londyn 2017, pisze:

W roku 1940 bolszewicy założyli w Ponarach, na spiłowanym kawałku lasu i odebranych od ludności terenach, jakieś przedsiębiorstwo państwowe, wielkie place otaczając mocnym płotem i drutem kolczastym. Z tak zniwelowanego terenu skorzystali Niemcy w roku 1941 i użyli pod miejsce kaźni Żydów. Do Ponar podwożono ciężarówkami, a później całymi transportami kolejowymi, Żydów i tu ich zabijano.

Dalekim echem spływały z tych wzgórz, het, w wielokilometrowy krąg, pojedyncze strzały, krótkie, urywane, trwające nieraz wiele godzin, albo na przemian terkoczące seriami broni maszynowej. Nieraz kilka takich dni z rzędu, przeważnie ku wieczorowi, lub rankiem. Bywały tygodnie, a nawet miesiące przerwy, a później znów, zależnie od kierunku i siły wiatru, od pory roku, mgły czy słońca, rozchodziły się mniej lub bardziej wyraźne postukiwania strzałów.

(…) Wiadomo, że mordowano tam żydowskich mieszkańców Wilna, co mogło stanowić kilkadziesiąt tysięcy. Poza tym zwożono Żydów transportami z pobliskich miasteczek Ostlandu. Rodzinami z getta, bądź też z robót sezonowych, po zakończeniu których nie wracali. Nikt nie był o tym uprzedzony, ani nie wiedział, czy po ostatniej masowej egzekucji nastąpi jeszcze jedna, czy też dłuższa przerwa.

x

Cała ta historyjka o budowie podziemnych magazynów paliwa lotniczego jest zmyślona, by odwrócić uwagę od faktu, że bolszewicy przygotowali nazistom teren pod miejsce kaźni Żydów. Jeśli miałyby to być magazyny paliwa lotniczego, to dlaczego nie próbowano ich budować w pobliżu czy na lotnisku, jak to zazwyczaj czyni się? I dla jakiego lotniska? Polowego? Wojskowego? Na zadupiu zwanym Chazbijewiczami? Jakie tam mogło być lotnisko? Jeśli już, to jakaś łąka, na której mogły lądować awionetki czy inne lekkie samoloty. A poza tym nie buduje się lotnisk, a tym bardziej magazynów paliw, przy samej granicy, bo lotnictwo sąsiada może je łatwo zbombardować. Ale nie to jest ważne. Gdy Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, to zniszczyli parę zdezelowanych okrętów, bo te sprawne wyszły odpowiednio wcześniej w morze. Nie zbombardowali też bazy paliw, która tam się znajdowała, bo nie było takiego rozkazu, bo nie mogło go być. W przypadku takiego zbombardowania dominacja Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku skończyłaby się, ale nie to było w planie.

I nie było w planie zbudowanie w Ponarach magazynów paliwa lotniczego. Bolszewicy ogrodzili ten teren wysokim płotem i dodatkowo drutem kolczastym, czyli budowali obóz koncentracyjny, by nikt nie mógł stamtąd uciec. Wykopali 6 dołów. Jeden o średnicy 40 metrów i głębokości 5-6 metrów, pozostałe o średnicy 8 metrów i głębokości 5 metrów. Prace rozpoczęto, jak informuje Wikipedia, w 1940 roku, o czym też wspomina Mackiewicz. A więc zajęło to około roku, może 6 do 9 miesięcy. I tym czasie tylko tyle? Dziwnie ospałe było to tempo, jak na państwo, które wcześniej budowało potężne fabryki, huty, zapory wodne, linie kolejowe, drogi itp. Najwyraźniej tylko tyle mieli zrobić.

W przypadku masowych mordów są dwie metody pozbywania się zwłok: krematoria lub wielkie doły. Tak właśnie było w Ponarach. Gdy morduje się kilkadziesiąt tysięcy osób, nawet w odstępach czasowych, to nie sposób wykopać tyle grobów, bo kto miałby to zrobić i gdzie. W warunkach pokojowych jest czas na grzebanie zwłok, czas na przygotowanie nowych cmentarzy i wystarcza do tego stosunkowo niewielka ilość grabarzy, bo nic tu nie dzieje się nagle.

A co się stanie, gdy wymorduje się kilkanaście tysięcy osób w ciągu jednego dnia w sytuacji, gdy ludność ta nie jest stłoczona w obozie koncentracyjnym, tylko rozproszona po wioskach i osadach? Kto miałby wykopać tyle grobów? Skoro ludność ta była rozproszona, to nie można było wykopać jednego wielkiego dołu, bo kto miałby do niego zwieźć te zwłoki i czym? A poza tym, kto miałby ten wieki dół wykopać i czym? – Siekierami? W takiej sytuacji pozostaje tylko jedna metoda: wymordować wszystkich, by nie było świadków, a ciała spalić wraz z wszelkimi zabudowaniami, tak by nie pozostał żaden ślad. Całą operację rozpoczęto w niedzielę o trzeciej nad ranem, by nie doszło do sytuacji, że ktoś poszedł w pole, no bo raczej w niedzielę rano w pole nie poszedł, a jeśli już to – do kościoła.

To wszystko działo się w sytuacji, gdy front był daleko na wschodzie. I jak to się stało, że państwo, które kierowało się zasadą Ordnung muss sein, pozwoliło na działania obcych sił paramilitarnych na terenie mu podległym?

Język

Ostatnio wyświetlił mi się kanał internetowy Suwerenny PL, na którym komentujący zwrócił uwagę na stronę rządową gov.pl, na której znajduje się również wersja w języku ukraińskim. Swój komentarz zatytułował Coś dziwnego dzieje się z Polską. Są na tej stronie informacje, jak uzyskać PESEL czy gdzie można złożyć wniosek, by go uzyskać. I to go bardzo zbulwersowało. Ten komentarz po trzech dnia ma 75 tys. wyświetleń i 1377 komentarzy, więc jego zasięg oddziaływania jest bardzo duży. A takich kanałów, na których podgrzewa się antyukraińskie nastroje jest więcej.

Komentujący uważa, że jest to nienormalna sytuacja, że na rządowej stronie jest wersja ukraińska i podaje przykład Francji i Niemiec. Na francuskiej stronie rządowej jest tylko wersja francuska, a na niemieckiej jest również angielska, co autor komentarza tłumaczy tym, że angielski jest językiem międzynarodowym, więc to nie dziwi. Podał przykład Francji, bo tam jest mnóstwo imigrantów, jak choćby Arabów, a wersji arabskiej nie ma. Nie ma jej, ani żadnej innej. Francja jest pod tym względem krajem specyficznym, jak sądzę. Ryszard Kapuściński kiedyś pisał:

„Francja jest nie tylko krajem europejskim, ale także wspólnotą wszystkich ludów kultury i języka francuskiego, że, słowem, Francja to także globalna przestrzeń kulturalno-językowa: Francophonie. Filozofia ta przełożona na uproszczony język geopolityki mówi, że jeśli ktoś gdzieś na świecie atakuje kraj francuskojęzyczny, to niemal tak, jakby uderzył w samą Francję.”

Tak starał się on wytłumaczyć interwencję Francji w czasie konfliktu i ludobójstwa w Rwandzie w 1994 roku. Jest to jedna strona medalu. I być może dlatego na francuskiej stronie rządowej nie ma innych wersji językowych, bo większość z tych migrantów prawdopodobnie zna francuski.

Wielu, jak sądzę, nie rozumie skąd u Francuzów taki emocjonalny stosunek do własnego języka i poniekąd niechęć do języka angielskiego, który wyparł francuski nie tylko z dyplomacji, ale również z innych dziedzin współczesnego życia. Obecnie chyba więcej osób uczy się hiszpańskiego niż francuskiego, a być może dotyczy to również niemieckiego.

Ale jest jeszcze ta druga strona medalu. Tak się składa, że uczyłem się w szkole średniej francuskiego. Zapamiętałem fragment eseju Kartezjusza na temat tego języka, który zamieszczono w podręczniku szkolnym do klasy maturalnej. Napisał on, że język francuski jest najbardziej precyzyjnym i najbardziej logicznym ze wszystkich języków. Trudno oczywiście dojść do takiej konstatacji, jeśli nie ma się porównania z innym językiem, a takim nie mógł być, w moim przypadku, rosyjski. Dopiero później, gdy zacząłem uczyć się angielskiego, to zrozumiałem, co miał na myśli Kartezjusz.

Raz jeden w życiu, dawno temu, zdarzyło mi się zetknąć z Francuzami i oni powtórzyli dokładnie to, o czym on pisał. Od nich dowiedziałem się też, że językiem, którego pisownia jest najbliższa wymowie, jest niemiecki. Tak więc francuski stracił wiele ze swego międzynarodowego znaczenia, ale niezmienne pozostaje tym najbardziej precyzyjnym i logicznym językiem i z tego względu jest „wart mszy”.

Ale wróćmy do naszych baranów, jak mówią Francuzi, czyli do głównego tematu, czyli do języka ukraińskiego na rządowej stronie. Tylko ktoś naiwny lub bardzo wyrafinowany może oburzać się albo „oburzać się” na ten fakt. Budowa wspólnego państwa polsko-ukraińskiego czy może raczej ukraińskiego w Polsce trwa od lat. Pierwszym widocznym objawem tego procesu były wspólnie zorganizowane mistrzostwa Europy w piłce nożnej EURO 2012. Dziś już nikt myślący nie ma najmniejszych wątpliwości, że tak się dzieje. Jeśli natomiast ktoś próbuje wywołać wśród ludzi falę oburzenia tym faktem i grać na patriotycznej nucie, to po prostu dąży do sprowokowania niepokojów społecznych na tle narodowościowym, bo tu jest Polska, bo Polacy są dyskryminowani itp.

Żeby o coś walczyć, to trzeba wiedzieć, o co, z kim i przeciwko komu. Jak zdefiniować Polaka, Polskę i polskość? Naród polski został stworzony w XIX wieku na terenach byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Czy zatem ludność, która zamieszkiwała tereny tzw. Polski piastowskiej miała coś wspólnego z tymi Polakami? Czy miała wspólną historię? – Nie miała. A czy Ślązacy to Polacy? A ludność niemiecka Śląska Opolskiego? A prawosławna ludność tzw. ściany wschodniej, której emocjonalnie bliżej do Rosji? A Ukraińcy, którzy przybyli do Polski po 24 lutego 2022 roku? A Polska z ciągle zmieniającymi się granicami, ciągłymi przesiedlaniami i roszczeniami terytorialnymi wszystkich sąsiadów? Jest zatem rzeczą naturalną, że zdefiniowanie polskości jest w takich warunkach niemożliwe i wszelkie próby muszą skończyć się błazenadą.

Adam Szostkiewicz w lipcu 2010 roku w „Polityce” pisał:

„Polskość to dziś przede wszystkim pewna, jak by to powiedział nieodżałowany ks. Tischner, propozycja etyczna. Nie musimy jej przyjmować, ale możemy. Obejmuje język i kulturę, historię i pamięć, ale także cywilizację, obyczaj, kulturę masową, dostępną dla wszystkich, w tym polską kuchnię – a jakże, najlepszą na świecie. A czy można na serio rozprawiać o polskości bez dyskusji o tym, czemu polskość, dawniej i dziś, traci atrakcyjność i czy jej porzucenie, wybór jakiejś innej „-ości”, na przykład europejskości, mamy od razu potępiać jako akt narodowej zdrady? Bo do polskości się dorasta i wchodzi, ale też się od niej odchodzi. Rzadko do końca i finalnie, ale jednak. Dlaczego? Bez odpowiedzi na to pytanie nie ogarniemy polskości.

W XIX w. odchodziło się na przykład dla chleba i kariery w państwach zaborczych. Ale też dlatego, że nie wszyscy byli gotowi do zrywów kończących się klęską. Albo dlatego, że należało się do elity społecznej, w której uczestnictwo w kulturze europejskiej było do pogodzenia z polskością. Mamy na to wspaniałe powojenne przykłady choćby w kręgu paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia. Bo polskość to także interakcja ze światem, dialog z kulturą powszechną. Nie tylko z Europą i Ameryką, także z nowymi aktorami na globalnej scenie, jak Indie, krąg muzułmański, nowa Afryka czy Chiny. Dlatego rzecznikami polskości są też tłumacze, dosłownie i w przenośni. Ci, którzy przyswajają nam dzieła obcych autorów, tłumacze zagraniczni przyswajający obcym literaturom i kulturom dzieła naszych autorów, wreszcie wszyscy ci, którzy starają się wyjaśnić nam i innym bez uprzedzeń i zacietrzewienia, co to jest ta polskość, jakie są jej meandry, zalety i wady.”

Mamy tu do czynienia z typowym bełkotem intelektualnym. Jeśli nie można zdefiniować osobnika narodowości polskiej, czyli Polaka; jeśli nie potrafimy precyzyjnie wytyczyć granic Polski tak, by do tego terytorium nikt nie rościł sobie praw; jeśli nie potrafimy zdefiniować polskości, czyli własnej tożsamości – to jak mamy sprecyzować, co ma być naszym celem, o co mamy walczyć, z kim i przeciwko komu? I tu jest właśnie miejsce dla wszelkiej maści demagogów, agitatorów i prowokatorów, bo PRL-owska komuna wmówiła ludziom, że Polska jest państwem jednonarodowym i katolickim. Oczywista bzdura, ale powtórzona 1000 razy, zgodnie z gebelsowską propagandą, nadal pokutuje w świadomości ludzi, nawet tych, którzy PRL znają tylko z historii.

Mecz w Kownie

W niedzielę 12 października 2025 roku piłkarska reprezentacja Polski rozegrała w Kownie mecz z reprezentacją Litwy. Mecz był oczywiście na słabym poziomie, bo spotkały się drużyny z trzeciej i czwartej ligi europejskiej. Nie to w nim jednak było ważne, tylko obecność na trybunach premiera Donalda Tuska i zachowanie się wobec niego kibiców, którzy zresztą sami siebie nazywają kibolami. Jeszcze tego samego dnia o godzinie 22:28 pojawił się na Interii komentarz zatytułowany: Kibice uderzyli w Tuska na jego oczach. Wulgarne okrzyki, a potem taki transparent. Poniżej jego fragment.

Premier RP Donald Tusk był jednym z gości honorowych w loży VIP przy okazji meczu Litwa – Polska na Stadion Dariusa i Girenasa. Mimo szybko zdobytej przez “Biało-Czerwonych” bramki wizyta na trybunach nie była dla niego – mówiąc delikatnie – miłym doświadczeniem. Kibice uderzyli bowiem w szefa polskiego rządu, wywieszając przy tym wywołujący spore poruszenie transparent.

Fani wzięli sobie na celownik premiera RP Donalda Tuska, który zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami zasiadł w loży honorowej w towarzystwie między innymi prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej – Cezarego Kuleszy. Donald, matole! Twój rząd obalą kibole – krzyczał sektor gości w początkowej fazie spotkania.

Później nie zabrakło także wulgarnych przyśpiewek, które nie sposób cytować publicznie. Jednoznacznie uderzały one jednak w Donalda Tuska, zajętego wówczas rozmową z premier Litwy – Ingą Ruginiene. Na koniec polscy kibice wywiesili jeszcze transparent, który wywołał ogromne poruszenie. Nie jesteś, nie byłeś, nie będziesz kibicem reprezentacji Polski – głosił napis na banerze.

x

Można sobie zadać pytanie, dlaczego to właśnie na Tuska tak uwzięli się kibole. Gdy na meczach reprezentacji pojawiał się prezydent Duda czy inny polityk, ich zachowanie było inne. Cała akcja była oczywiście wyreżyserowana. To prawda, że informacja o tym, że premier Tusk pojedzie na mecz, nie była tajna. I zapewne Tusk wiedział, co się wydarzy, ale przecież on, tak jak ci kibole, musiał spełnić swój obowiązek. Ktoś musiał ustalić treść napisu na banerze, który pojawił się nad banerem o napisie „Gdańsk”, co również nie było przypadkowe. Ktoś musiał ustalić treść przyśpiewek i ktoś tym dyrygował, czyli informował, kiedy i co należy robić.

Dlaczego ta fala nienawiści skupia się na Tusku? Przecież polityka jego rządu w najważniejszych dla państwa sprawach niczym nie różni się od tej PiS-u. Kibole odmówili Tuskowi prawa do bycia kibicem reprezentacji Polski, a więc w pewnym sensie do okazywania uczuć patriotycznych. Czy nagłośnienie swego czasu faktu, że matka Tuska powiedziała, że nie czuje się Polką miało na to wpływ? A niby dlaczego miałaby się nią czuć? Gdańsk od wieków był niemiecki i od wieków mieszkali tam Niemcy. Tusk też nie jest Polakiem. Jest Niemcem, który od dziecka mówi po niemiecku i po polsku. Tam, w Gdańsku, mają swoje korzenie. A ci, których tam osiedlono po wojnie? Czy oni, a właściwie ich potomkowie, są Polakami? Kto to jest Polak? Ten, który wymachuje flagą biało-czerwoną i wykrzykuje patriotyczne hasła? Każdy tak może zrobić. Jak zdefiniować Polaka? Czy ten, który mówi po polsku, to Polak? Tusk mówi po polsku, a jest Niemcem. Zarzuca mu się, że prowadzi proniemiecką politykę. No, a jaką ma prowadzić, skoro jest Niemcem? A ci, którzy prowadzą politykę proukraińską? Czy oni są Polakami? Czy tego kibole nie widzą?

Ja to się stało, że niby wysiedlono wszystkich Niemców, a tylu ich pozostało i to nie tylko na Śląsku Opolskim, ale i w innych miejscach? Czy oni mają tu w przyszłości stanowić centra, wokół których będzie się odradzać niemiecki żywioł? Z drugiej strony przesiedlono na ziemie poniemieckie, i nie tylko tam, ludność ze wschodu, która po części składała się z mniejszości kresowych, a po części z Polaków, których wykreowano uprzednio z miejscowej ludności. Czy nie jest zatem tak, że neofici są najgorliwszymi patriotami, czyli tymi, na których emocjach grają ci, którzy ten naród, tam na wschodzie, stworzyli? Natomiast Niemcy, którzy zostali w Polsce powojennej są bardziej u siebie, niż ci, których tu przeniesiono ze wschodu.

Ziemie poniemieckie to elektorat Tuska i PO, bo przeważają tam potomkowie ludności ukraińskiej przesiedlonej po wojnie ze wschodniej części II RP. Ci zapewne są pozytywnie nastawieni do Tuska. Wiadomo przecież nie od dziś, że największym szczęściem dla Ukraińca jest zrobienie laski Niemcowi. Jeśli więc ewentualnie dojdzie do przyłączenia tych ziem do Niemiec, to Niemcy będą mieli mnóstwo lojalnych wobec siebie nowych obywateli. Inaczej natomiast przedstawia się sytuacja na pozostałym obszarze III RP. Tu raczej dominuje ludność z rosyjskimi i białoruskimi korzeniami, która sympatyzuje z Rosją. To właśnie spośród takiej ludności mogą rekrutować się ci kibole.

Tożsamość narodu rosyjskiego ukształtowała się w trakcie wojen napoleońskich, a dzieło Tołstoja Wojna i pokój stało się rosyjską epopeją narodową. I tak powstało pojęcie Wojny Ojczyźnianej, zwanej też czasem Wielką Wojną Ojczyźnianą. Jednak po agresji Hitlera na Związek Radziecki to okres od 22 czerwca 1941 roku do 9 maja 1645 roku nazywa się w Rosji, a wcześniej w Związku Radzieckim, Wielką Wojną Ojczyźnianą. Nigdy tak naprawdę wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, czym dla zwykłego Rosjanina była ta wojna i jak nadał głęboko zwycięstwo nad Niemcami wryło się w jego świadomość. Kiedy wczesną wiosną tego roku młoda rosyjska tenisistka wygrała parę prestiżowych turniejów i znacząco awansowała w rankingu, to w pewnym wywiadzie powiedziała, że chciałaby na koniec roku zostać numerem 5 w ogólnej klasyfikacji. Pod tym wywiadem ktoś napisał: bądź numerem 5 na Dzień Zwycięstwa.

A zatem etos (ulubione słowo Bronisława Geremka) Rosjanina ukształtował się w walce z faszyzmem, a etos Ukraińca – wprost przeciwnie. Dla III RP, na terenie której mieszkają ludzie o tych wrogich sobie etosach, nie wróży to niczego dobrego.

Jest jednak w Polsce grupa ludzi, całkiem zresztą pokaźna, którzy stoją z boku, co przejawia się tym, że nie chodzą na wybory. Kim oni są? Prawdopodobnie są to, przynajmniej w części, ludzie, którzy mają korzenie niemieckie bądź jest to ludność miejscowa, która, po najazdach mongolskich i intensywnym niemieckim osadnictwie oraz po unii z Litwą, z wolnych chłopów stała się chłopami pańszczyźnianymi. Można więc – w pewnym uproszczeniu, pomijając migrantów – powiedzieć, że ludność Polski ma korzenie wschodniosłowiańskie: ukraińskie, rosyjskie, białoruskie; i ma też korzenie niemieckie oraz miejscowej ludności. O tej nacji, która zawiaduje tą menażerią, nie wspominam. Nie byłoby z tym problemu, gdyby nastąpiła jakaś forma integracji czy wzajemnej akceptacji. Do tego jednak nie doszło, a taki stan jest idealny dla polityków, którzy wykorzystują te antagonizmy, by realizować cele, które im narzucają ich nieznani przełożeni.

Naród cz.3

My naród – to pierwsze słowa, które wypowiedział Lech Wałęsa 15 listopada 1989 roku w Kongresie Stanów Zjednoczonych w swoim słynnym przemówieniu. To oczywiście cytat z preambuły amerykańskiej konstytucji. Naród to pojęcie sztuczne, które trudno zdefiniować. Swoje powstanie zawdzięcza rewolucji francuskiej, która była początkiem nowej epoki w dziejach ludzkości. Temu zagadnieniu przygląda się Stefan Zweig w biografii Maria Antonina Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1990. Pisze on:

Po czyjej stronie stoi królowa uczuciowo podczas tej wojny? Czy bliższa jej jest obecna czy też dawna ojczyzna? Czy życzy zwycięstwa francuskim czy zagranicznym armiom? Przysięgli rojaliści, jej obrońcy i wielbiciele, bojaźliwie omijają to pytanie, a w pamiętnikach i listach sfałszowali nawet całe ustępy, aby zaciemnić jasny i jednoznaczny fakt, że Maria Antonina całą duszą pragnęła triumfu sprzymierzonych armii, a francuskiej klęski. Stanowczo jest to wyraźne i oczywiste; kto tę okoliczność zamilcza, ten fałszuje fakty, a kto jej zaprzecza – ten kłamie. Przekonania Marii Antoniny idą nawet jeszcze dalej: czuje się ona przede wszystkim królową, a potem dopiero królową Francji i jest nie tylko wrogo usposobiona do tych, którzy ograniczyli jej władzę królewską, a życzliwie do tych, którzy chcą wesprzeć dynastię, lecz czyni wszystko dozwolone i niedozwolone, aby porażkę Francji przyspieszyć i dopomóc zwycięstwu zagranicy. „Niech Bóg sprawi, aby pomszczono kiedyś wszystkie niegodziwości, których doświadczyliśmy w tym kraju”, pisze do Fersena (szwedzki rojalista i jej kochanek – przyp. W.L.), a chociaż od dawna zapomniała ojczystego języka i niemieckie listy musi dawać do tłumaczenia, dodaje: „nigdy nie byłam bardziej niż teraz dumna, że urodziłam się Niemką”. Na cztery dni przed wypowiedzeniem wojny przesyła austriackiemu posłowi (a raczej zdradza) plan wiadomych jej operacyj wojennych. Nastawienie jej jest zupełnie jednoznaczne: austriackie i pruskie chorągwie – to proporce przyjaciół, a francuskie trójkolorowe sztandary – to oznaki wrogów.

A więc jest to otwarta zdrada stanu (wyraz ten po prostu ciśnie się na usta) i sądy każdego kraju nazwałyby dziś zbrodnią takie postępowanie. Nie należy jednak zapominać, że pojęcie nacjonalizmu i narodowości nie istniało jeszcze w XVIII wieku; dopiero francuska rewolucja stworzyła je dla całej Europy. Stulecie, w którego poglądach wyrosła Maria Antonina i które jej wpajano, nie ma jeszcze innych zapatrywań niż czysto dynastyczny punkt widzenia, że kraj należy do króla: gdzie król – tam też prawo, kto walczy za króla i królewską władzę, ten popiera bezsprzecznie rzecz sprawiedliwą; kto się zaś jej przeciwstawia – ten jest powstańcem i buntownikiem, nawet w wypadku gdyby bronił własnego państwa. Zupełne nieuformowanie się patriotycznej myśli daje niespodziewanie w tej wojnie całkiem niepatriotyczne nastawienie uczuciowe po przeciwnej stronie: najlepsi Niemcy, jak Klopstock, Schiller, Fichte i Hölderlin, marzą dla zwycięstwa idei wolnościowej o porażce wojsk niemieckich, nie będących jeszcze armią narodową, lecz armią despotycznych władców. Odstępowanie pruskich wojsk napełnia ich radością, we Francji zaś król i królowa witają klęskę własnych żołnierzy jako osobistą korzyść. I po tej i po tamtej stronie granicy wojna prowadzona jest nie w interesach państwa, lecz dla idei, dla utrzymania lub zniszczenia suwerenności i stłumienia lub zwycięstwa wolności. Dziwaczne to położenie oraz walkę na przełomie dwóch wieków ilustruje najlepiej fakt, iż wódz zjednoczonych wojsk niemieckich, książę Brunszwiku, poważnie rozmyślał jeszcze na miesiąc przed wybuchem wojny, czy nie należałoby raczej objąć dowództwa nad armią francuską przeciwko niemieckiej. Widoczne z tego, że pojęcia „ojczyzna” i „narodowość” nie wryły się jeszcze w roku 1791 zupełnie wyraźnie i jasno w dusze współczesnych. Dopiero wojna, stworzywszy armie narodowe i poczucie narodowe, a tym samym doprowadziwszy do straszliwej bratobójczej walki między całymi narodami, zrodzi ideę patriotyczną i przekaże ją następnemu stuleciu.

x

Po przeczytaniu tego cytatu nasuwa się pytanie: czy dziś nie jest tak samo? Czy obecne władze Polski nie zachowują się podobnie? A władze sanacyjne? Czyż one nie postąpiły cynicznie wciągając słabe, zacofane państwo do wojny z potężnym przeciwnikiem? Czyj interes realizowały? A czy rządy innych państw nie zachowują się podobnie, oczywiście przy zachowaniu odpowiednich proporcji, które tu, na wschodzie Europy, są poza wszelkimi europejskimi standardami.

W innej biografii – Maria Stuart PIW 1959 – Zweig pisał:

„Nie poprzez wojny, lecz poprzez związki małżeńskie zostały w czasie absolutyzmu rozbudowane państwa sukcesyjne: zjednoczona Francja, światowa potęga Hiszpanii, możny dwór Habsburgów. Lecz kuszą jeszcze ostatnie, najcenniejsze klejnoty koron europejskich. Elżbieta czy Maria Stuart, Anglia czy Szkocja. Kto zdobędzie jeden lub drugi kraj poprzez matrimonium, wygrał w światowej grze, a równocześnie z wyścigiem narodowym rozstrzygnie się i drugi wyścig – wojna duchowo-duchowna. Jeśli poprzez małżeństwo z jedną z tych władczyń wyspa brytyjska przypadnie królowi katolickiemu, języczek u wagi w walce między katolicyzmem a protestantyzmem przechyli się ostatecznie na stronę Rzymu. Ecclesia universalis (Kościół powszechny) znów okaże się okaże zwycięski na ziemi. Dlatego też owe zacięte łowy małżeńskie mają o wiele większe znaczenie niż tylko sprawa familijna: zawarte są w nich rozstrzygnięcia światowej wagi.”

Monarchia charakteryzowała się tym, że władzę, przynajmniej oficjalnie, sprawował monarcha i że ta władza pochodziła od Boga, a więc lud jej nie kwestionował i utożsamiał się z nią. Jeśli monarchia prowadziła wojny, to przy pomocy wojsk najemnych. Rewolucja francuska wywróciła wszystko do góry nogami. Obalając monarchię musiała stworzyć inny system władzy. To była republika, czyli demokracja ludowa. Poddani stali się obywatelami i uzyskali prawa wyborcze, czyli wybierali władze. W ten sposób lud, zamiast utożsamiać się z monarchą, utożsamiał się z państwem. By bardziej przywiązać obywateli do państwa, stworzono narody w obrębie tych państw. I w ten sposób pojawiło się zjawisko patriotyzmu, który czasem przyjmował formy skrajne w postaci nacjonalizmu czy wręcz szowinizmu.

„Szowinizm (fr. chauvinisme) – forma skrajnego nacjonalizmu w postaci bezkrytycznego uwielbienia własnego narodu, wiary w jego wyższość połączonego z wrogością względem innych nacji. W szerszym znaczeniu analogiczne przeświadczenie pewnych grup ludzi względem innych (nie zawężające się do narodów).

Szowinizm rozszerzył swoje pierwotne znaczenie o fanatyczne oddanie i nadmierną stronniczość w stosunku do każdej grupy lub sprawy, do jakiej się należy, zwłaszcza gdy obejmuje to uprzedzenia lub wrogość wobec osób z zewnątrz, lub grup rywalizujących, i utrzymuje się nawet w obliczu przeważającego oporu. Szowinista postrzega własnych ludzi jako niepowtarzalnych i wyjątkowych, podczas gdy reszta ludzi jest uważana przez niego za słabych lub podrzędnych. To francuskie pojęcie funkcjonuje analogicznie do brytyjskiego terminu jingoizm, który zachował swoje znaczenie jako szowinizm ściśle w swoim pierwotnym rozumieniu, to znaczy jako postawa agresywnego nacjonalizmu.

Wyrażenie pochodzi od Nicolasa Chauvin, legendarnego żołnierza napoleońskiego znanego z komedii Le soldat laboureur Eugene’a Scribe’a. Bohater tej opowieści, rolnik, był fanatycznie i naiwnie oddany Napoleonowi.” – Wikipedia.

Nicolas Chauvin to postać fikcyjna. Nazwisko to kojarzy się z francuskim słowem „chauve” (czyt. szow), czyli łysy; „chauvin” (czyt. szowę) to szowinista. W internetowym słowniku diki przykład zastosowania słowa „chauve”, to: L’homme qui m’a attaqué, était chauve. (Mężczyzna, który mnie zaatakował, był łysy.)

Pojęcie narodu i narodowości kształtowało się w XIX wieku. Nie jest też chyba przypadkiem to, że idea wskrzeszenia igrzysk olimpijskich zrodziła się pod koniec XIX wieku. Rywalizacja sportowa miała wzmacniać poczucie przynależności narodowej. Nie przypadkiem więc sport zaczął odgrywać tak ważną rolę w życiu społecznym w XX wieku. Pod wpływem tych zmian, pojawienia się republik, również istniejące jeszcze monarchie musiały dostosować się do zmieniających czasów i przed wybuchem I wojny światowej pobór powszechny stał się w nich faktem. Doskonale to opisał Jaroslav Hašek w powieści Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej. Czesi nie chcieli umierać za Najjaśniejszego Pana i na wszelkie sposoby symulowali różne choroby. W skrajnych przypadkach posuwali się nawet do samookaleczenia.

Demokracja nadała ludowi prawa, ale też i obowiązki. Oprócz podatków jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, był obowiązek obrony ojczyzny. Monarchiczne armie najemne przekształciły się w armie tworzone w wyniku poboru powszechnego. Czym innym jest zatem udział najemnika w wojnach, który świadomie, z własnego wyboru i za pieniądze walczy w interesie jakiegoś monarchy, narażając przy tym swoje życie, a czym innym jest przymus republikański. Jednak państwo demokratyczne ma argument: to lud wybrał władzę i to lud jest odpowiedzialny za państwo, a więc i za jego obronę. Innymi słowy: jak trzeba, to musi walczyć w obronie ojczyzny, czyli w obronie interesów władzy, ukrytej obecnie pod nazwą deep state, której nie wybierał i jak trzeba, to musi za nią ginąć, czyli nadal żyje w stanie niewolnictwa, tylko o tym nie wie. Czyż to nie jest ustrój idealny dla władzy, tej ukrytej, a więc i faktycznej?

Czy zatem demokracja nie jest bardziej tyrańską formą władzy niż monarchia? Warto się nad tym zastanowić, zwłaszcza obecnie, gdy grozi nam wciągnięcie do wojny na Ukrainie i związany z tym masowy pobór. Watro też zastanowić się nad tym, kto nam serwuje ten odpustowy patriotyzm.

x

Wiek XXI zaczął się od masowych migracji. Wydaje się więc, że przyszłe konflikty będą przebiegały bardziej na tle religijno-wyznaniowym niż narodowym. Być może właśnie to w największym stopniu przyczyni się do całkowitego zmarginalizowania Europy i białego człowieka.

Kozioł ofiarny

A więc zaczyna się. Zaczyna się szukanie kozła ofiarnego i jak zwykle będzie nim Polska. Rzeczpospolita była zła, wszystkim przeszkadzała i dlatego trzeba było ją zlikwidować. Ale skoro była taka zła, to po co było ją reaktywować po I wojnie światowej? Chyba tylko po to, by Hitler mógł nią podzielić się do ze Stalinem, bo przecież państwo, które miało złe stosunki ze wszystkimi sąsiadami, na nic innego nie zasługiwało. Ale po co w takim razie po II wojnie światowej odtworzono je ponownie, choć w zupełnie zmienionym terytorialnie kształcie? Gdyby je raz na zawsze zlikwidowano, to byłoby po kłopocie. No, ale właśnie chodzi o to, by były te „kłopoty”. I znowu mamy Polskę, która ma złe stosunki ze wszystkimi sąsiadami, a tylko dobre z Ameryką, co datuje się od czasów Kościuszki i Puławskiego. I znowu Polska jest wszystkiemu winna, o czym wspomniała w swoim wywiadzie Angela Merkel. O tym mówi na swoim kanale Leszek Sykulski. Poniżej fragmenty jego komentarza.

5 października 2025 roku niemiecki dziennik Bild poinformował opinię publiczną, nie tylko w Niemczech, ale i w Europie, o wywiadzie, którego udzieliła była kanclerz Niemiec Angela Merkel. Ten wywiad został udzielony węgierskiemu kanałowi na YouTube o nazwie Partizan. Bez tego nagłośnienia ten wywiad nie zostałby „odkryty”. Natomiast sam wywiad jest niezwykle ciekawy i sporo mediów w Europie zaczęło go tłumaczyć i przyglądać się temu, co tak naprawdę powiedziała Angela Merkel, a to, co kluczowe, to zarzuty pod adresem Polski i władz państwa polskiego. Krótko mówiąc, była kanclerz Niemiec obwinia Polskę o współodpowiedzialność za wojnę na Ukrainie.

Angela Merkel odniosła się do wynegocjowanego w 2015 roku drugiego porozumienia mińskiego. Argumentuje ona, że w tamtym czasie Rosjanie mieli zatrzymać ofensywę i to miało uratować życie 6 tys. ukraińskich żołnierzy, którzy znaleźli się w kotle na obszarze Donbasu. W efekcie doszło do wynegocjowania porozumienia Mińsk II, które miało, jej zdaniem, przeciwdziałać dalszej eskalacji tego konfliktu. Natomiast sama Merkel przyznaje, że te porozumienia mińskie nie były idealne i nie były respektowane przez Federację Rosyjską, ale pozwoliły na pewne uspokojenie sytuacji. I, jak to ona argumentuje, w latach 2015-2021, dzięki jej zaangażowaniu w proces negocjacyjny, Ukraina miała się wzmocnić i skutecznie bronić swojego terytorium. Twierdziła, że porozumienia mińskie były właściwym krokiem i należało pójść nieco dalej.

Co to oznacza? Z tej rozmowy wynika, że w czerwcu 2021 roku Angela Merkel miała takie poczucie, że Władymir Putin niezbyt poważnie traktuje te porozumienia, czyli Mińsk I i Mińsk II. Dlatego chciała zainicjować nowy format rozmów bezpośrednich z UE, czyli UE z FR, tak by wprowadzić nową jakość, jeżeli chodzi o kwestie bezpieczeństwa. Natomiast, i tutaj dotykamy istoty rzeczy, tego pomysłu niemieckiej kanclerz miały nie poprzeć niektóre państwa. I wymienia tutaj przede wszystkim kraje bałtyckie oraz Polskę. Ten brak poparcia ze strony tych krajów, jak twierdzi Merkel, dla jej pomysłów, miał wynikać z obaw braku wspólnej polityki europejskiej wobec Rosji. Merkel wyraźnie powiedziała tutaj, że wina, jeżeli chodzi o eskalację wojny na Ukrainie spada na Polskę i kraje bałtyckie i wina za zerwanie stosunków dyplomatycznych pomiędzy Rosją a UE. No i to miało doprowadzić do rozpoczęcia tej drugiej fazy 24 lutego 2022 roku. Według Merkel odmowa Polski poparcia porozumień mińskich miała ośmielić Putina do przeprowadzenia inwazji w 2022 roku. Merkel podkreśla, że jej zdaniem potrzebna była wspólna polityka wobec Rosji, ale do tego nie doszło.

Ta wstawka o Polsce i krajach bałtyckich nie jest żadnym przypadkiem. To jest próba przeniesienia odpowiedzialności na państwa mniejsze i słabsze gospodarczo. I tutaj widać niebezpieczny trend przeniesienia odpowiedzialności za wojnę na Ukrainie na Polskę i państwa bałtyckie, co jest absurdem. Niemcy dążą do przygotowania gruntu pod przyszłą normalizację stosunków z Rosją. Niemcy próbują przerzucić na Polskę część odpowiedzialności za to, co złego dzieje się w tej części Europy. I jest to bardzo niebezpieczna gra. Gdyby doszło do zaangażowania koalicji chętnych w wojnę na Ukrainie i gdyby doszło do wejścia w kontakt ogniowy z FR, gdyby doszło do jakiegoś odwetu rosyjskiego na terytorium Polski jako na hub logistyczny dla działań koalicji chętnych – to wówczas Niemcy będą mogły „umyć ręce” od ewentualnej pomocy dla Polski, zwracając uwagę na to, że Polska jest „współodpowiedzialna” za to, co się dzieje. To jest niebezpieczna gra, bo pokazuje, że ponad głowami polskich polityków w Warszawie, tworzy się partnerstwo strategiczne niemiecko-ukraińskie, ale także następuje bardzo silne zbliżenie niemiecko-rosyjskie. To jest na rękę Putinowi, ale także pokazuje, że w Niemczech odradzają się nastroje antypolskie. Nie tylko w kręgach związanych z AfD, ale także wśród polityków CDU i CSU.

Wejście Polski do koalicji chętnych skończyłoby się dla Polski fatalnie. Gdyby doszło do zaognienia relacji Polski z Rosją i Białorusią, to główna część ewentualnej pomocy krajów zachodnich musiałaby iść przez Niemcy i to od dobrej lub złej woli Niemiec zależałoby, jaka pomoc do Polski trafi. Warto to mieć na uwadze.

Antypolskie wypowiedzi polityków w Niemczech nasilają się. Ożywiła się Erika Steinbach. Wtóruje jej Markus Krall, który nie należy do AfD, ale często jest przedstawiany jako jej sympatyk. Powiedział on, że Polska w 70% leży na terytorium byłych Niemiec. Każdy, kto wzywa do debaty na temat reparacji, stąpa po cienkim lodzie. Tutaj ewidentnie jest sugestia, że jeżeli Polska będzie poruszała temat reparacji, wówczas pojawi się kwestia polskich ziem północnych i zachodnich i kwestia ich przynależności do państwa polskiego.

I pytanie, co by się działo, gdyby doszło do wepchnięcia Polski do wojny na wschodzie. Polska osłabiona, zdewastowana, zniszczona gospodarczo niewątpliwie byłaby łakomym kąskiem dla niemieckiego kapitału czy dla niemieckich żądań politycznych.

x

Wszystko zatem wskazuje na to, że mamy do czynienia z „powtórką z rozrywki”. Przed II wojną światową wciągnięto Polskę do bezsensownej wojny z Niemcami. Obecnie czyni się to samo, tylko w odwrotnym kierunku. I skończyć to musi się tak samo, to znaczy będą jakieś zmiany terytorialne i powstanie nowe państwo, chyba że jest rozważany wariant przedrozbiorowy, czyli Niemcy dochodzą do obecnej wschodniej granicy Polski. Tak początkowo było. Dopiero na skutek wojen napoleońskich z Księstwa Warszawskiego, podległego Napoleonowi, powstało Królestwo Polskie podległe Rosji.

Co powiedział Markus Krall? Poniżej jego słowa:

Polen besteht zu 70% aus ehemals deutschen Gebieten. Wer da eine Debatte über Reparationen fordert begibt sich auf dünnes Eis.

Tłumacz Google tak to przetłumaczył:

Tak też powiedział Sykulski. Posiłkując się słownikiem internetowym, przetłumaczyłem to tak:

Oczywiście sens wypowiedzi pozostaje ten sam, ale nie jest tu dokładnie sprecyzowane, o jakie ziemie chodzi. Jeśli jednak Krall mówi o 70%, to nie chodzi mu o nasze tzw. Ziemie Odzyskane, które zajmują obszar 101.100 km², co stanowi blisko 1/3 powierzchni Polski. Gdyby mu o to chodziło, to może mógłby się pomylić o 10 %, ale nie o 40%.

Jeśli chodzi o obszar Polski w obecnych granicach, to gdy poprowadzimy po nim granicę Rusi Kijowskiej, to cała tzw. ściana wschodnia, czyli województwa podlaskie lubelskie i podkarpackie, znajdzie się w jej obrębie. I nie jest przypadkiem, że Ukraińcy uważają te ziemie za swoje i roszczą do nich pretensje. Natomiast pozostała część Polski to obszar, który należał do I Rzeszy, a co my nazywamy Polską Piastów. I to jest te 70%. Krall dobrze wiedział, co powiedział. Czy zatem rozważany jest również wariat sprzed pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej? A może tylko do Wisły?

Wydzielono z I Rzeszy pewien obszar, który nazwano Królestwem Polskim, z byłej Rusi Kijowskiej wydzielono obszar, który nazwano Wielkim Księstwem Litewskim i oba połączono i tak powstała strefa zgniotu, w której Rosja z Niemcami spierają się ze sobą. Czasem dochodzi do jej likwidacji, co w następstwie prowadzi do wojny pomiędzy tymi państwami. W końcu, jak na ringu, przychodzi jakiś sędzia i rozdziela sklinczowanych bokserów. Wtedy znowu tworzą pomiędzy nimi jakiś bufor, który nazywają Polską.

Przewarstwienie społeczne

Stefan Zweig (1881-1942) austriacki pisarz żydowskiego pochodzenia w swojej autobiografii, Świat wczorajszy; Wspomnienia pewnego Europejczyka PIW 2025, wspomina okres swojej młodości, okres, w którym kształtował się w Austrii nowy system polityczny. Jak sam przyznał, to co wówczas się działo, miało decydujące znaczenie dla przyszłości nie tylko Austrii, ale również Europy, a nawet całego świata. Jednak ani on, ani inni nie potrafili dostrzec powagi tych wydarzeń, a tym bardziej ich skutków. Dopiero po wielu latach przyszła refleksja. My dziś, tu w Polsce, jesteśmy w podobnej sytuacji, bo dzieją się tu brzemienne w skutkach zdarzenia, których konsekwencje całkowicie zmienią naszą rzeczywistość. Żyjemy już w zupełnie innym państwie, niż przed 24 lutego 2022. To jest już wspólne państwo polsko-ukraińskie, choć jeszcze bez wytyczonych granic. Skoro jednak prezydent Ukrainy domaga się, by Polska zaciągała kredyty na zakup broni dla tego państwa, to już chyba lepszego dowodu na to nie trzeba. Warto więc, jak sądzę, zapoznać się z refleksjami Zweiga, bo może ułatwi to nam zrozumienie tego, co tu się dzieje i co może nas czekać w przyszłości.

x

Wiedzieliśmy, że w sztuce gotuje się coś nowego, bardziej żywiołowego, problematycznego, kuszącego niż to, co zadowalało naszych rodziców i całe otoczenie. Lecz zapatrzeni w ten jeden wycinek życia, dla nas najważniejszy, nie dostrzegaliśmy, że przewrót w dziedzinie estetyki był tylko zwiastunem o wiele głębiej sięgających przemian, które miały podważyć świat naszych ojców, świat pewności i bezpieczeństwa, a w końcu całkiem go zniszczyć. Zaczęło się zanosić na jakieś dziwne przewarstwienie społeczne w naszej starej Austrii. Masy, które w milczeniu i posłusznie latami całymi pozostawiały władzę liberalnemu mieszczaństwu, naraz zaczęły się burzyć, zorganizowały się i zażądały dla siebie praw. W tym właśnie ostatnim dziesięcioleciu ubiegłego wieku polityka wtargnęła ostrym, gwałtownym podmuchem w bezwietrzną ciszę spokojnego, wygodnego życia. Nowe stulecie żądało nowego ładu, nowych czasów.

Pierwszym z wielkich ruchów masowych w Austrii był ruch socjalistyczny. Dotychczas prawo głosowania, niesłusznie zwane „powszechnym”, było przyznawane tylko klasom posiadającym, mogącym wykazać się płaceniem odpowiednio wysokich podatków. Wybrani przez tę klasę adwokaci i właściciele ziemscy wierzyli szczerze i uczciwie, że są w parlamencie rzecznikami i przedstawicielami „ludu”.

Byli bardzo dumni, że są ludźmi uczonymi, nawet z wyższym wykształceniem; pełni poczucia godności własnej, przykładali wielką wagę do nienagannego zachowania i dobrej dykcji. Sesje parlamentu przypominały wieczory dyskusyjne w eleganckim klubie. W swej liberalistycznej wierze, iż tolerancja i rozsądek przyczynia się niezawodnie do postępu świata, ci mieszczańscy demokraci byli szczerze przekonani, że godząc się na drobne koncesje i stopniowe ulepszenia, przyśpieszają dobrobyt wszystkich poddanych monarchii austriackiej. Ale zapominali o tym, że reprezentują tylko pięćdziesiąt czy sto tysięcy dobrze usytuowanych obywateli dużych miast, a nie setki tysięcy i miliony mieszkańców całego kraju.

Tymczasem nowo wprowadzone maszyny dokonywały swego dzieła – rozproszeni dotąd robotnicy skupili się w przemyśle. Pod kierownictwem wybitnego człowieka, doktora Victora Adlera, powstała w Austrii partia socjalistyczna. Postawiła sobie za cel realizację żądań proletariatu i domagała się powszechnego i naprawdę równego prawa wyborczego. Gdy prawo to zostało przyznane (a raczej wymuszone), wyszło na jaw, jaką cieniutką, chociaż wysoce cenną warstewkę stanowił liberalizm. Wraz z nim znikła z życia politycznego ugodowość, interesy jednych ścierały się ostro z interesami innych, rozpoczęła się ostra walka.

Przypominam sobie z mego najwcześniejszego dzieciństwa dzień, który przyniósł decydujący zwrot w rozwoju socjalistycznej partii w Austrii. Robotnicy, pragnąc po raz pierwszy wykazać swą siłę i liczebność, rzucili hasło, by dzień 1 maja ogłosić świętem ludu pracującego, i postanowili w zwartych szeregach przemaszerować przez piękną, szeroką aleję kasztanową na Praterze, którą zwykle jeździły tylko powozy i inne pojazdy arystokracji i bogatej burżuazji. Zapowiedź ta wywołała przerażenie wśród liberalnego mieszczaństwa. Socjaliści! W owych czasach słowo to miało w Austrii i w Niemczech posmak krwi i terroru, tak jak przedtem nazwa „jakobini”, a później – „bolszewicy”. Panowało powszechne przekonanie, że ta „czerwona hołota” z przedmieścia będzie w czasie przemarszu podpalała domy, plądrowała sklepy i dokonywała wszelkich możliwych gwałtów. Wybuchła panika. Ściągnięto policję z całego miasta i okolic, ustawiono posterunki na drodze do Prateru. Kupcy zapuścili żelazne żaluzje na sklepach, a rodzice surowo zakazali dzieciom wychodzić na ulicę w tym straszliwym dniu, w którym Wiedeń miał stanąć w płomieniach. Ale nic się nie stało. Robotnicy maszerowali razem z żonami i dziećmi w zwartych szeregach, czwórkami, utrzymując wzorową dyscyplinę, a każdy z nich nosił przypięty do bluzy czerwony goździk, symbol partii. Maszerując śpiewali Międzynarodówkę, a dzieci, gdy znalazły się po raz pierwszy w życiu wśród zieleni tej „arystokratycznej” alei, zaintonowały niewinne piosenki szkolne. Nikogo nie znieważono, nikogo nie pobito, nie zaciskano nawet pięści. Policjanci i żołnierze uśmiechali się do maszerujących przyjaźnie. Wobec tak nienagannego zachowania robotników burżuazja nie mogła już piętnować ich mianem „rewolucyjnej bandy”, doszło więc – jak zawsze w starej i mądrej Austrii – do wzajemnych koncesji. Dzisiejszy system ucisku i tępienia nie został jeszcze wynaleziony, ideały ludzkości (chociaż już blednące) były jeszcze żywe nawet u przywódców partyjnych.

Ledwo czerwony goździk stał się symbolem partyjnym, już ukazał się w klapach marynarek inny kwiat – biały goździk – jako symbol partii chrześcijańsko-społecznej. (Czyż to nie wzruszające, że w owych czasach obierano jeszcze kwiatki jako symbole partyjne, a nie buty z cholewami, sztylety i trupie czaszki?). Partia chrześcijańsko-społeczna, jako na wskroś drobnomieszczańska, stanowiła właściwie tylko organiczną przeciwwagę dla proletariatu i tak samo jak tamta partia była wytworem zwycięstwa maszyny nad rękodziełem. Maszyna bowiem, skupiając masy w fabrykach, stwarzała wielką potęgę i dawała robotnikom możliwość awansu społecznego, jednocześnie zaś zagrażała drobnym rękodzielnikom. Wielkie domy towarowe i produkcja masowa doprowadziły do ruiny stan średni i drobnych przedsiębiorców, opierających się na rzemiośle. Z tych trosk i niezadowolenia skorzystał zręczny i popularny lider, dr Karl Lueger, i rzuciwszy slogan: „Trzeba pomóc szaremu człowiekowi”, porwał za sobą całe drobnomieszczaństwo i rozjątrzony stan średni, których lęk przed stoczeniem się do proletariatu był o wiele większy niż zazdrość wobec klas posiadających.

Była to dokładnie ta sama wystraszona warstwa społeczna, którą później skupił wokół siebie Adolf Hitler jako zaczątek szerokich mas. Pod jeszcze jednym względem Karl Lueger był prototypem Hitlera: nauczył go użyteczności haseł antysemickich, które niezadowolonemu drobnomieszczaństwu wskazują palcem przeciwnika i ku niemu kierują nienawiść, odwracając ją niepostrzeżenie od obszarników i feudalnych bogaczy w zupełnie inną stronę. Lecz zwulgaryzowanie i brutalność dzisiejszej polityki, przerażający upadek naszego stulecia wychodzą na jaw dopiero w zestawieniu tych dwóch postaci. Karl Lueger, o imponującej powierzchowności, z miękką blond brodą – „piękny Karol”, jak go nazywał wiedeński lud – miał wyższe wykształcenie i nie na darmo pobierał nauki w czasach, które stawiały kulturę na najwyższym piedestale. Potrafił przemawiać dostępnie i popularnie. Był dowcipny i energiczny, ale w przemówieniach najbardziej nawet gwałtownych (czy też takich, jakie w owych czasach uważano za gwałtowne) nigdy nie przekraczał granic przyzwoitości. Swojego Streichera, mechanika nazwiskiem Schneider, który operował bajdami o mordach rytualnych i podobnie wulgarnymi wymysłami, trzymał dobrze w ryzach. W życiu osobistym był skromny i nieposzlakowany, przeciwników traktował z pewną dżentelmenerią; nawet głoszony oficjalnie antysemityzm nie przeszkadzał mu utrzymywać nadal dobrych, życzliwych stosunków z dawnymi przyjaciółmi Żydami. Gdy propagowany przez niego ruch opanował w końcu magistrat i Luger został burmistrzem Wiednia (po dwukrotnej odmowie podpisania jego nominacji, gdyż Franciszek Józef nie tolerował antysemityzmu), rządy jego okazały się nie tylko jak najbardziej sprawiedliwe, ale wzorowo demokratyczne. Żydzi, którzy drżeli na myśl o triumfie ugrupowania antysemickiego, nie utracili ani swych praw, ani powszechnego szacunku. Jad nienawiści i żądza wzajemnego bezlitosnego wytępienia nie wsączyły się jeszcze do krwiobiegu epoki.

Ale już rozkwitł trzeci kwiat, modry chaber, ulubiony kwiatek Bismarcka i emblemat partii niemieckonarodowej. Wówczas nie zdawano sobie jeszcze sprawy, że była to partia świadomie rewolucyjna, która z brutalną siłą dążyła do zniszczenia monarchii austriackiej i stworzenia Wielkich Niemiec pod kierownictwem Prusaków i protestantów – tak jak później wymarzył sobie Hitler. Podczas gdy partia chrześcijańsko-społeczna zakorzeniła się w Wiedniu i w całym kraju, a socjalistyczna w ośrodkach przemysłowych, partia niemieckonarodowa pozyskała sobie zwolenników na terenach pogranicznych, czeskich i podalpejskich. Słaba liczebnie, rekompensowała to gwałtowną agresywnością i niepohamowaną brutalnością. Kilku jej przedstawicieli stało się synonimem terroru (w dawnym znaczeniu tego słowa) i hańby dla parlamenty austriackiego. Z ich idei, z ich techniki wywodził się Hitler, pochodzący również z terenów pogranicznych. Od Georga Schönerera przejął hasło: „Oderwać się od Rzymu”, za którym poszły wówczas tysiące niemieckich nacjonalistów; z niemiecką karnością przechodzili z katolicyzmu na protestantyzm, na złość cesarzowi i duchowieństwu. Od niego przejął Hitler antysemicką teorię rasistowską. „W tej rasie kryją się największe świństwa” – głosił jego znakomity poprzednik, który świecił mu przykładem; od niego przede wszystkim nauczył się taktyki rzucania grup szturmowych, bijących na oślep, gdzie popadnie, i zasady terrorystycznego zastraszania przez małą grupkę przeważającej liczebnie, lecz bardziej biernej i bardziej humanitarnej większości. To samo, co robili SA-mani dla hitleryzmu, a więc rozpędzanie pałkami gumowymi, napadanie na przeciwników politycznych w nocy i powalanie obezwładnionych na ziemię, robili studenci korporanci dla partii niemieckonarodowej. Korzystając z akademickiej nietykalności, stosowali terror pałkarski z niesłychaną brutalnością, a przy każdej akcji politycznej zbiegali się na znak gwizdka, zorganizowani po wojskowemu. Zgrupowani w korporacjach, z pokiereszowanymi gębami, pijani, brutalni, opanowywali aulę, gdyż w przeciwieństwie do innych studentów nosili nie tylko czapki i szarfy, ale byli uzbrojeni w twarde, ciężkie kije. Wywoływali stale awantury, napadali na studentów Żydów, Słowian, Włochów i wyrzucali bezbronnych z gmachu. Przy każdym „bummlu” (taką nazwę nosiły owe sobotnie „igraszki”) lała się krew.

W związku z dawnym przywilejem nadanym uniwersytetom policja nie miała prawa przestąpić progu auli – musiała więc przyglądać się bezczynnie, jak ci tchórzliwi awanturnicy szaleją, i ograniczać się do podnoszenia poturbowanych, broczących krwią studentów, których ci bandyci-nacjonaliści zrzucali ze schodów na ulicę.

Gdy znikoma, ale rozwrzeszczana partia niemieckonarodowa chciała w Austrii coś przeforsować, wysyłała przede wszystkim jako czołówkę swoich studentów. Gdy hrabia Badeni za zgodą cesarza i parlamentu wydał ustawę językową, mającą na celu pogodzenie skłóconych grup narodowościowych, która prawdopodobnie przedłużyłaby istnienie monarchii o dobrych kilkadziesiąt lat, garstka młodych, rozjuszonych burszów okupowała Ringstrasse. Trzeba było wysłać na nich konnicę, która rozpędziła ich, płazując szablami i strzelając.

Ale w owej tragicznie słabej i wzruszająco humanistycznej erze liberalizmu wstręt i niechęć do gwałtów, awantur i rozlewu krwi były tak wielkie, że rząd ustąpił pod terrorem niemieckich nacjonalistów. Premier podał się do dymisji, a na wskroś lojalna ustawa została zniesiona. Wtargnięcie brutalności do polityki mogło święcić swój pierwszy sukces. Wszystkie te podziemne rysy i pęknięcia pomiędzy rasami i klasami społecznymi, tak żmudnie zalepiane w epoce ugodowości, otwarły się od nowa, rozszerzając się w rozpadliny i przepaście. Właściwie już w ostatnich dziesięciu latach poprzedzających nowe stulecie rozpoczęła się w Austrii wojna wszystkich przeciw wszystkim.

Lecz my, młodzi, zaprzątnięci całkowicie ambicjami literackimi, prawie nie spostrzegliśmy tych niebezpiecznych zmian w naszej ojczyźnie. Nie widzieliśmy nic poza książkami i obrazami, nie żywiliśmy najmniejszych zainteresowań dla problemów politycznych i społecznych. Jakie znaczenie miały te głośne kłótnie dla naszego życia? Miasto było zaabsorbowane wyborami, a myśmy chodzili do biblioteki. Masy burzyły się, a myśmy pisali wiersze i prowadzili dyskusje. Nie spostrzegaliśmy ognistych znaków na ścianie. Jak ongi król Baltazar, ucztowaliśmy beztrosko przy stole zastawionym kosztownymi daniami sztuki, nie wybiegaliśmy trwożnie w przyszłość. Dopiero gdy w dwadzieścia lat później zwalił się dach nad naszymi głowami i runęły na nas mury, zrozumieliśmy, ze fundamenty były już dawno podminowane i że wraz z nowym stuleciem rozpoczął się upadek wolności osobistej w Europie.

x

To, co zwróciło moją uwagę, to to, jak Zweig definiuje ustrój liberalny. Pisał: W swej liberalistycznej wierze, iż tolerancja i rozsądek przyczynia się niezawodnie do postępu świata, ci mieszczańscy demokraci byli szczerze przekonani, że godząc się na drobne koncesje i stopniowe ulepszenia, przyśpieszają dobrobyt wszystkich poddanych monarchii austriackiej. W zasadzie tak powinno być i to wydaje się najlepszym rozwiązaniem, że pewna grupa ludzi stara się pogodzić interesy różnych grup społecznych. System partyjny, czyli demokracja, polega na tym, że interesy poszczególnych klas są sprzeczne, bo przecież interesy robotników były sprzeczne z interesami drobnych przedsiębiorców. Dla robotników istnienie fabryk i wielkich domów towarowych sprzedających ich produkcję było korzystne, bo fabryki dawały im pracę, ale zabierały ją drobnym przedsiębiorcom. Sprzeczność nie do pogodzenia. Taki stan zapewnia ciągły ferment, ale nigdy nie doprowadzi do konstruktywnych rozwiązań. Do tego dochodzi jeszcze partia narodowa, która reprezentuje interesy narodu, czyli wszystkich, czyli nikogo. Żeby było śmieszniej, to w przypadku Austrii (ale czy tylko Austrii?) partia narodowa reprezentowała interesy wszystkich, tylko nie Austriaków, bo skupiała ludzi z terenów przygranicznych, czyli takich, którzy pochodzili z rodzin mieszanych lub wręcz byli innej narodowości.

Masy, które posłusznie – pisze Zweig – i w milczeniu latami całymi pozostawiały władzę liberalnemu mieszczaństwu, naraz zaczęły się burzyć, zorganizowały się i zażądały dla siebie praw. Ale jak to się stało? Czy one tak same z siebie? Drobni przedsiębiorcy są niezależni i rozproszeni i dlatego trudno ich zjednoczyć i kierować nimi. W przypadku robotników w fabrykach jest to możliwe, bo są skupieni w jednym miejscu i są zależni od swego pracodawcy, czyli fabrykanta. Zatem twórcami partii socjalistycznej musieli być sami fabrykanci. I to pewnie oni zmuszali robotników do pochodów., bo jak nie, to wynocha z fabryki. A kto zorganizował rozproszonych drobnych przedsiębiorców? Czy partia chrześcijańsko-społeczna mogła odwrócić bieg historii? Czy mogła zlikwidować fabryki albo przynajmniej ograniczyć ich ekspansję na rynku? Nie mogła, ale była niezbędna, by mogła powstać demokracja.

A partia narodowa? Ta wszystkim obiecywała, wszystkim, którzy utożsamiali się z narodem. Im miało być lepiej, gdy nastąpi zmarginalizowanie obcych i Żydów. To oni byli źródłem ich niepowodzeń. Tak więc system partyjny polega na tym, by antagonizować wszystkich ze wszystkimi. A zatem stara zasada: dziel i rządź.

To wszystko było możliwe w sytuacji, gdy istniał wyraźny podział na grupy społeczne. Gdy produkcja uległa całkowitemu zautomatyzowaniu, to robotnicy przestali być potrzebni. Postępująca cyfryzacja i automatyzacja wszelkich czynności powoduje, że większość ludzi może zostać wyeliminowana z twórczego procesu, a zatem sprowadzona do stanu niewolnictwa, choć może w nieco innej formie niż poprzednio. Takie zrównanie powoduje, że w jednorodnym społeczeństwie trudno o konflikt. Trzeba więc przenieść go z poziomu społecznego na poziom międzynarodowy i również rasowy. I stąd te wszystkie migracje i mieszanie narodów, jak to ma miejsce w przypadku Polski. Już widać gołym okiem, jak szykowany jest konflikt polsko-ukraiński. Ta wojna, a raczej zaangażowanie się w nią Polski, może przynieść opłakane skutki, ale dopiero to, co może stać się później, będzie naprawdę niebezpieczne.

Austria i Wiedeń

Żydzi, jako naród, to temat skomplikowany i zagadkowy. Jego decydujący wpływ na losy świata wydaje się być niezaprzeczalny. Nie jest łatwo zrozumieć, na czym polega jego fenomen, co nie zmienia tego, że warto próbować, bo to przybliża nas do uzmysłowienia sobie, czym jest nasza rzeczywistość i nasz świat. Takim małym krokiem w tym kierunku może być poznanie postrzegania świata z żydowskiego punktu widzenia. Stefan Zweig (1881-1942) był austriackim Żydem, pisarzem, dramaturgiem i tłumaczem. W swojej autobiografii, Świat wczorajszy; Wspomnienie pewnego Europejczyka PIW 2025, prezentuje swój punkt widzenia na sprawy tego świata i roli w nim żydostwa. Poniżej wybrane fragmenty.

x

Dostosowanie się do środowiska, do narodu i kraju, w którym mieszkają, to dla Żydów nie tylko środek samoobrony, ale i głęboka potrzeba wewnętrzna. Tęsknota za ojczyzną, za spokojem, wytchnieniem, bezpieczeństwem skłania ich do żywiołowego wiązania się z kulturą świata otaczającego. I nigdzie może – z wyjątkiem Hiszpanii w wieku XV – więź taka nie dała szczęśliwszych i płodniejszych rezultatów niż w Austrii. Osiedli od dwustu z górą lat w stolicy cesarstwa, Żydzi zetknęli się tutaj z łatwym w pożyciu, skłonnym do zgody narodem, w którym pod lekkomyślną na pozór powłoką drzemało takie samo głębokie zrozumienie dla wartości duchowych i estetycznych, co w nich samych. I z czymś jeszcze spotkali się w Wiedniu: znaleźli dla siebie zadania życiowe. W ostatnim stuleciu sztuka w Austrii straciła swych starych, tradycyjnych mecenasów i protektorów: dom cesarski i arystokrację. W wieku XVIII Maria Teresa kazała swojej córce brać lekcje muzyki u Glucka, Józef II, jako znawca muzyki, dyskutował z Mozartem o jego operach, Leopold III sam komponował – ale później monarchowie, jak Franciszek II i Ferdynand, nie interesowali się sztuką, a cesarz Franciszek Józef, który przez całe osiemdziesiąt lat swego życia nie tylko nie przeczytał, ale nawet nie wziął do ręki żadnej książki poza regulaminem wojskowym, okazywał nawet wyraźną antypatię do muzyki.

Podobnie arystokracja przestała roztaczać opiekę nad sztuką: minęły owe chwalebne czasy, kiedy to Esterházy gościli u siebie Haydna, Lobkowitzowie, Kinsky i Waldsteinowie ubiegali się o to, kto pierwszy w swoim pałacu usłyszy prawykonanie utworu Beethovena, kiedy hrabina Thun padała na kolana przed geniuszem, błagając, żeby nie wycofywał z Opery Fidelia. Wagner, Brahms, Johann Strauss, Hugo Wolf już nie znajdowali u arystokracji żadnego oparcia. Dlatego też musiało wkroczyć mieszczaństwo, by zająć się utrzymaniem Filharmonii na dawnym poziomie i umożliwić egzystencję rzeźbiarzom i malarzom. Dumę i ambicję Żydów stanowiło to właśnie, że w głównej mierze przyczynili się do utrzymania dobrego imienia kultury wiedeńskiej w jego dawnej świetności. Zawsze kochali to miasto i zżyli się z nim całym sercem, ale dopiero przez umiłowanie sztuki wiedeńskiej poczuli się w pełni równouprawnionymi obywatelami, prawdziwymi wiedeńczykami.

Na życie publiczne nie wywierali dotychczas prawie żadnego wpływu. Blask domu cesarskiego zaćmiewał prywatne fortuny, wysokie stanowiska kierownicze w państwie pozostały w rękach tych, którzy je odziedziczyli; dyplomacja stanowiła rezerwat arystokracji, armia i wyższe urzędy obsadzane były przez stare rody, a Żydzi nawet nie mieli ambicji, by wedrzeć się w uprzywilejowane koła. Taktownie respektowali te tradycyjne przywileje, jako samo przez się zrozumiałe. Przypominam sobie na przykład, że ojciec mój przez całe życie unikał bywania u Sachera, i to nie ze względów oszczędnościowych – różnica cen bowiem między tą restauracją a innymi była śmiesznie mała – ale dlatego, że kierował się naturalnym poczuciem dystansu: czułby się nieswojo czy też uważałby za niewłaściwe sąsiadować ze stolikiem księcia Schwarzenberga lub Lobkowitza. Jedynie w stosunku do sztuki wszyscy w Wiedniu czuli się równouprawnieni, gdyż umiłowanie sztuki uchodziło za powszechny obowiązek, a dzięki udzielanej pomocy i poparciu burżuazja żydowska przyczyniła się w olbrzymim stopniu do rozkwitu kultury wiedeńskiej. Żydzi stanowili gros publiczności, wypełniali sale teatralne i koncertowe, kupowali książki i obrazy, zwiedzali wystawy i wskutek swojego bardziej ruchliwego, a mniej obciążonego tradycją zrozumienia dla sztuki stali się protektorami i pionierami nowoczesności. Prawie wszystkie wielkie zbiory sztuki w XIX stuleciu powstały dzięki nim, prawie wszystkim eksperymentom artystycznym utorowali drogę. Gdyby nie bezustanne mobilizujące zainteresowanie burżuazji żydowskiej, Wiedeń – na skutek gnuśności dworu, arystokracji i milionerów-chrześcijan, którzy woleli trzymać stajnie wyścigowe i urządzać polowania, niż popierać sztukę – pozostałby w dziedzinie sztuki daleko w tyle za Berlinem, podobnie jak Austria pozostała w tyle za Niemcami w dziedzinie polityki. Kto chciał wprowadzić coś nowego lub przyjechał na gościnne występy i szukał w Wiedniu zarówno zrozumienia, jak i audytorium, ten był zdany na burżuazję żydowską. Gdy jeden, jedyny raz w okresie nasilenia antysemityzmu próbowano założyć tak zwany teatr narodowy, nie znaleźli się dla tej imprezy ani autorzy, ani aktorzy, ani publiczność. Po kilku miesiącach ów „teatr narodowy” zbankrutował żałośnie. Na tym przykładzie ujawniło się po raz pierwszy, że dziewięć dziesiątych tego, co świat wielbił jako kulturę wiedeńską XIX wieku, było kulturą popieraną, pielęgnowaną albo wręcz stworzoną przez Żydów wiedeńskich.

Właśnie w latach ostatnich – podobnie jak to działo się w Hiszpanii przed równie tragicznym końcem – żydostwo wiedeńskie stało się artystycznie twórcze, wcale zresztą nie w rodzaju specyficznie żydowskim. Dzięki swemu fantastycznemu darowi asymilacji Żydzi nadali temu, co austriackie, co wiedeńskie, wyraz szczególnie intensywny.

Goldmark, Gustav Mahler i Schönberg odegrali wybitną rolę w muzyce międzynarodowej, Oscar Strauss, Leo Fall i Kálman doprowadzili tradycyjnego walca i operetkę do nowego rozkwitu, Hofmannsthal, Artur Schnitzler, Beer-Hofmann, Peter Altenberg nadali literaturze wiedeńskiej rangę europejską tak wysoką, jakiej nie miała od czasów Grillparzera i Stiftera. Sonnenthal i Max Reinhardt sprawili, że Wiedeń zasłynął na cały świat jako miasto najwspanialszych teatrów, Freud i inni luminarze nauki ściągnęli znów powszechną uwagę na sławny od dawien dawna uniwersytet; we wszystkich dziedzinach – jako uczeni, wirtuozi, plastycy, reżyserzy, architekci, dziennikarze – Żydzi zajmowali w życiu intelektualnym Wiednia niezaprzeczalnie najwyższe pozycje. Dzięki namiętnej miłości do tego miasta zasymilowali się całkowicie i byli szczęśliwi, że mogą służyć sławie Austrii. Uważali swą austriackość za misję wobec świata i – trzeba to powtórzyć w imię uczciwości – duża, jeśli nie największa część tego, co Europa, co Ameryka dziś jeszcze podziwia w muzyce, w literaturze, w teatrze, w rzemiośle artystycznym jako wykwit odnowionej, odmłodzonej kultury austriackiej, zostało stworzone przez Żydów wiedeńskich, którzy w tych osiągnięciach znaleźli spełnienie swych tysiącletnich dążeń duchowych. Gromadzona przez stulecia, nieznajdująca ujścia energia intelektualna związała się ze zmęczoną już nieco tradycją, nasyciła ją, ożywiła, odświeżyła nową siłą i niezmordowaną ruchliwością. Dopiero najbliższe dziesięciolecia wykażą, jakiej zbrodni dopuszczono się na Wiedniu, usiłując gwałtem znacjonalizować, sprowincjonalizować to miasto, którego sens i kultura opierały się właśnie na splocie najróżnorodniejszych elementów, na jego duchowej ponadnarodowości. Geniusz Wiednia – specyficznie muzyczny – polegał na tym, iż potrafił zharmonizować w sobie wszystkie sprzeczności narodowe i językowe. Jego kultura była syntezą wszystkich kultur zachodnich. Każdy, kto tu mieszkał i pracował, czuł się wolny od wszelkich przesądów. Łatwo było w Wiedniu czuć się Europejczykiem i wiem, że dużej mierze mam do zawdzięczenia temu miastu, które już za Marka Aureliusza broniło rzymskiego, uniwersalnego ducha, że tak wcześnie nauczyłem się miłować całym sercem ideę wspólnoty i uważać ją za własną.

Żyło się dobrze, łatwo i beztrosko w owym starym Wiedniu. Niemcy na północy spoglądali nieco gniewnie i pogardliwie na nas, sąsiadów znad Dunaju, którzy, miast być „bitnymi” i utrzymywać rygorystyczny porządek, żyją po epikurejsku, dobrze jedzą, bawią się, bywają w teatrach – i w dodatku komponują znakomitą muzykę. Zamiast niemieckiej „tężyzny”, która wszystkim innym narodom w końcu obrzydziła i wypaczyła życie, zamiast zachłannej woli górowania nad innymi i wiecznego gnania przed siebie – ludzie w Wiedniu lubili pogawędzić sobie przyjemnie, kultywowali harmonijne życie towarzyskie; dobrodusznie i może aż nazbyt tolerancyjnie pozostawili każdemu jego cząstkę bez cienia zawiści. Leben und leben lassen – ta słynna wiedeńska dewiza, która dziś jeszcze wydaje mi się bardziej ludzka niż wszelkie kategoryczne imperatywy, przyjęła się we wszystkich warstwach społeczeństwa. Biedni i bogaci, Czesi i Niemcy, żydzi i chrześcijanie żyli spokojnie mimo zdarzających się czasem drobnych utarczek; nawet polityczne i społeczne fermenty były wolne od owej straszliwej nienawiści, która niby jadowity osad pozostała w krwiobiegu czasów po pierwszej wojnie światowej. W starej Austrii walczono jeszcze po rycersku, obrzucano się co prawda nawzajem inwektywami w prasie, w parlamencie, ale po wygłoszeniu swych cycerońskich tyrad deputowani zasiadali w najlepszej zgodzie przy piwie lub kawie i mówili sobie „ty”. Nawet gdy Lueger, przywódca partii antysemickiej, został burmistrzem miasta, w życiu codziennym nic nie zmieniło się; muszę przyznać, że ani w szkole, ani na uniwersytecie, ani w świecie literackim nie doznałem najmniejszej dyskryminacji czy zniewagi jako Żyd. Nienawiść jednego kraju do drugiego, jednego narodu do innego, stolika do stolika nie tryskała codziennie z gazet, nie separowała człowieka od człowieka, narodowości od narodowości. Jeszcze owe uczucia stadne nie były tak obrzydliwie przemożne w życiu publicznym, jak dzisiaj. Wolność osobista uchodziła – trudno to sobie obecnie wyobrazić – za rzecz samą przez się zrozumiałą. Tolerancji nie uważano wówczas, tak jak dziś, za miękkość i słabość, lecz ceniono wysoko jako wartość etyczną.

x

Nigdy nie zapomnę widoku, jaki przedstawił się moim oczom, gdy pewnego dnia wszedłem do biura podróży w Londynie: tłoczyły się tam tłumy uchodźców, przeważnie Żydów; wszyscy chcieli wyjechać, wszystko jedno dokąd. Obojętne, do jakiego kraju, czy na lodowaty Biegun Północny, czy na rozpalone piaski Sahary, byle wyjechać, byle dalej, gdyż wiza tranzytowa już się kończyła, trzeba ruszać dalej, dalej, z żoną i dzieckiem, pod inne gwiazdy, w świat nieznanej mowy, między ludzi, obcych i niechętnych emigrantom.

Pewnego razu spotkałem w tym biurze bardzo bogatego przemysłowca z Wiednia, którego znałem jako jednego z najinteligentniejszych kolekcjonerów dzieł sztuki. Nie poznałem go w pierwszej chwili, taki był stary, siwy, wymęczony. Obiema rękami uczepił się stołu. Zapytałem, dokąd chce jechać.

„Nie wiem – odpowiedział – kto nas dziś pyta, czego chcemy? Ludzie jadą tam, gdzie ich wpuszczają. Ktoś mi mówił, że tutaj można dostać wizę do San Domingo lub na Haiti”.

Aż serce się we mnie ścisnęło: ten zmęczony życiem, stary człowiek, mający dzieci i wnuki, dygoce w nadziei, że uda mu się pojechać do kraju, który dawniej z trudem znalazłby na mapie; a tam, obcy i nikomu nie potrzebny, żebrać będzie o kawałek chleba. Tuż obok ktoś pytał z rozpaczliwą nadzieją, czy może dostać się do Szanghaju, słyszał, że Chińczycy podobno przyjmują jeszcze uchodźców. Tak się tłoczyli tu ci wszyscy – dawni profesorowie uniwersytetów, dyrektorzy banków, kupcy, właściciele ziemscy, muzycy – a każdy z nich pragnął przewieźć przez góry i morza nędzne szczątki swej egzystencji byle gdzie, zrobić, co się da, przecierpieć, ile się da, byle uciec z Europy, byle uciec, uciec, uciec!

Było to zbiorowisko upiorów. Ale najbardziej wstrząsnęła mną myśl, że tych pięćdziesięciu umęczonych ludzi to zaledwie malutka czołówka rozproszonej, olbrzymiej pięcio-, ośmio-, może dziesięciomilionowej armii Żydów, która już jest w marszu, już napiera na nich z tyłu, armia obrabowanych, stratowanych przez wojnę milionów, czekających na przesyłki od komitetów dobroczynności, na zezwolenia od władz, na pieniądze na podróż. Ta gigantyczna masa, wypłoszona i uciekająca w panicznym strachu przed pożarem, jaki wzniecił Hitler, oblegała dworce wszystkich stacji granicznych Europy i wypełniała więzienia. Cały naród został skazany na wygnanie; odmawiano mu prawa nazywania się narodem, a jednak jest narodem i od dwóch tysięcy lat nie pragnie niczego więcej, niż zaprzestać wiecznej tułaczki i poczuć pod znużonymi stopami ziemię, cichą, spokojną ziemię.

Ale najtragiczniejsze w tragedii Żydów XX stulecia było to, że cierpiąc, nie widzieli sensu w tym cierpieniu i nie poczuwali się do winy. Ich praojcowie i przodkowie, skazani na wygnanie w średniowieczu, wiedzieli przynajmniej, że cierpią za swoją wiarę, za swoje prawa. Posiadali jeszcze ów talizman duchowy, jaki ludzie współcześni utracili od dawna: niewzruszoną wiarę w Boga. Żyli i cierpieli w dumnym urojeniu, że są narodem wybranym, że Stwórca świata wyznaczył im los, specjalne posłannictwo, a prorocze słowa Biblii starczyły im za prawo i nakaz. Kiedy rzucano ich na stos, przyciskali do piersi swoje święte księgi i trawieni żarem wewnętrznym, nie odczuwali tak silnie ognia pożerających płomieni. Gdy gnano ich z jednego kraju do drugiego, wiedzieli, że pozostaje im jeszcze ostatnia ojczyzna, ich ojczyzna w Bogu, z której nie przepędzi ich ziemska potęga, ani król, ani cesarz, ani inkwizycja. Dopóki wiązała ich wspólna religia, stanowili jeszcze wspólnotę – i w tym tkwiła ich siła. Gdy ich wypędzano, prześladowano, rozumieli, że muszą odpokutować za swoją winę, za to, że pragnęli odróżnić się i wyodrębnić religią i obyczajami od innych narodów świata. Ale Żydzi w XX wieku nie byli już wspólnotą. Nie łączyła ich wspólna wiara, swoją przynależność do żydostwa traktowali raczej jako balast niż jako powód do dumy i nie poczuwali się do żadnego posłannictwa. Nie trzymali się świętych ongi ksiąg i nie chcieli używać starego wspólnego języka. Pragnęli zżyć się z narodami, wśród których mieszkali, zespolić z nimi całkowicie; do tego celu dążyli niecierpliwie, aby mieć wreszcie spokój przed prześladowaniami i wytchnienie w odwiecznej tułaczce. Tak się więc stało, że złączeni z innymi narodami, czując się bardziej Francuzami, Niemcami, Anglikami, Rosjanami niż Żydami, nie rozumieli się nawzajem.

Teraz dopiero, gdy wrzucono ich wszystkich do jednego worka i rozsypano wśród pyłu wędrownych dróg – dyrektorzy banków z pałaców w Berlinie i szamesi z gmin ortodoksyjnych, profesorowie filozofii z Paryża, dorożkarze z Rumunii, grabarze i laureaci Nagrody Nobla, śpiewaczki-primadonny i płaczki pogrzebowe, literaci i destylatorzy wódek, bogacze i nędzarze, wielcy i mali, pobożni i postępowi, lichwiarze i mędrcy, syjoniści i asymilatorzy, Aszkenazyjczycy i Sefardyjczycy, sprawiedliwi i niesprawiedliwi oraz ci, którzy uważali się od dawna za wyjętych spod klątwy, chrzczeni i mieszańcy – dopiero teraz Żydzi poczuli przymusową więź, jakiej nie doznawali od setek lat. Po raz pierwszy od czasu wygnania z Egiptu połączyła ich znów wspólnota wypędzonych. Ale dlaczego los ścigał zawsze tylko ich? Jaki był powód, jaki sens, jaki cel tych niezrozumiałych prześladowań? Wypędzano ich z różnych krajów, ale własnego im nie przyznawano. Mówiono im: „nie mieszkajcie razem z nami”, ale nie mówiono, gdzie mają mieszkać. Przypisywano im winę, ale nie dawano możliwości odpokutowania. W czasie ucieczki patrzyli na siebie płonącymi oczyma. „Dlaczego ja? Dlaczego ty? Dlaczego ja razem z tobą? Nie znam cię, nie rozumiem twojego języka, nie pojmuję twojego sposobu myślenia, nic mnie z tobą nie łączy. Dlaczego my wszyscy?” – I nikt nie miał na to odpowiedzi.

Nawet Freud, najświetniejszy umysł tej epoki, z którym często w owych czasach rozmawiałem, nie widział żadnego wyjścia, żadnego sensu w tym bezsensie. A może właśnie w tym tkwi ostateczny, mistyczny sens żydostwa, które w zagadkowy sposób potrafi wszystko przeżyć i przetrwać, żeby odwieczne pytanie Hioba do Wiekuistego nie zostało całkowicie zapomniane na tej ziemi.

xxx

To, co decyduje o tym, że Żydzi rządzą światem to:

  • rozproszenie
  • asymilacja
  • monopol na emisję pieniądza
  • monopol w handlu

Żeby panować nad światem, to trzeba być rozproszonym po nim. Żeby skutecznie podporządkować sobie narody rdzenne, to trzeba się z nimi zasymilować, czyli trzeba udawać, że jest się członkiem danego narodu, a jednocześnie pozostawać Żydem. I tu zaczyna się kwadratura koła, czyli asymilacja pozorna prowadzi, prędzej czy później, do asymilacji faktycznej, co tak obrazowo przedstawił Zweig, opisując życie Żydów w Wiedniu na przełomie wieków i na początku XX wieku. Napisał, że nigdzie nie było im tak dobrze, z wyjątkiem Hiszpanii w XV wieku, jak w Austrii. A to oznaczało, że w obu przypadkach doszło, czy może dochodziło, do faktycznej asymilacji.

Panowanie nad światem wymaga rozproszenia i pozornej asymilacji. Gdy ta asymilacja staje się faktyczną, to dominacja nad światem wymyka się z rąk. Żydowskie kierownictwo, czy ci, którzy nimi kierują, muszą reagować. Co w takim wypadku należy czynić? Co można zrobić z ludźmi, którzy dorobili się czegoś, żyją wygodnie, chodzą do kawiarń czy piwiarń, na koncerty czy wystawy, komponują czy piszą książki w języku niemieckim, a nie – hebrajskim? Mówiąc brutalnie, trzeba ich wymordować lub wygonić i zastąpić innymi, którzy zachowali w sobie żydowski pierwiastek i którym jeszcze coś się chce. Jakkolwiek brutalnie by to brzmiało, nie ma innej metody, by pozostałych Żydów zjednoczyć, ożywić w nich żydowskość i zmotywować do działania.

Można więc, w pewnym uproszczeniu, powiedzieć, że historia świata sprowadza się do takich cyklicznych wypędzeń i holokaustów. A kto to robi? Jeśli Żydzi są tak potężni, a przede wszystkim rządzą pieniądzem, to czy to nie oni sami są sprawcami tych drastycznych procesów? Nawet jeśli, po części, są w to zaangażowani członkowie narodów rdzennych, to tylko dlatego, że są od nich uzależnieni.

Czy zatem w rewolucji francuskiej chodziło o to, by starą nieżydowską arystokrację zastąpić żydowskim mieszczaństwem? Ta arystokracja również była żydowska, tylko chyba już za bardzo zasymilowana i gnuśna. Czyż starzy austriaccy arystokraci, Schwarzenberg i Lobkowitz, nie byli, jak same nazwiska wskazują, Żydami? Najwyraźniej czas przed II wojną światową dojrzał, według kierowników żydostwa, do „ostatecznego rozwiązania”, które nie było żadnym ostatecznym rozwiązaniem, bo przecież Hitler nie zajął całej Europy, nie mówiąc o świecie. Chodziło tylko o kolejne przetasowanie wśród Żydów, by tych zblazowanych zastąpić nowymi i by na nowo pobudzić żydowską solidarność i aktywność.

Ciągłe przemieszczanie Żydów i permanentne ich przekonywanie o zagrożeniu, jakie im grozi ze strony narodów rdzennych, jest niezbędne do zachowania żydowskiej tożsamości. Ciągłe przemieszczanie się Żydów wśród narodów rdzennych pozwala im nie tylko na czerpanie z ich mądrości czy doświadczeń, ale również na akumulowanie tej wiedzy i przekazywanie następnym pokoleniom.

Gromadzona przez stulecia, nieznajdująca ujścia energia intelektualna związała się ze zmęczoną już nieco tradycją, nasyciła ją, ożywiła, odświeżyła nową siłą i niezmordowaną ruchliwością. – pisał Zweig. Ta intelektualna przewaga Żydów właśnie z tego wynika, a nie z tego, jak nam próbują oni wmówić, z ich genetycznej wyższości. Nie przypadkiem większość pisarzy czy tłumaczy w różnych krajach to Żydzi. Ciągłe obracanie się wśród różnych narodów wymusza naukę ich języków, czyli rozwijanie tych zdolności i nie tylko tych.

Kryzys wśród żydostwa już w końcu XIX wieku skłonił ich do szukania rozwiązania tego problemu, czyli postępującej asymilacji faktycznej. Lekarstwem na to miał być nie tylko holokaust, ale też syjonizm i stworzenie w Palestynie żydowskiego państwa. Jednak historia państwa Izrael pokazuje, że własne państwo żydowskie również jest problemem i powoduje jakąś degrengoladę Żydów i stąd zapewne ciągłe wojny na Bliskim Wschodzie, które mają na celu utrzymanie ich w ryzach. Nie do końca to się chyba udaje i dlatego być może koniecznością jest szukanie bardziej radykalnego środka i prowokowanie Iranu, który od czasów perskich jest rządzony przez Żydów, ma być tym rozwiązaniem.

Wygląda więc na to, że dzieje świata sprowadzają się do ciągłej walki Żydów o utrzymanie żydostwa w ryzach, tak by nie ulegało ono asymilacji faktycznej z narodami rdzennymi, co jest warunkiem koniecznym do utrzymania ich dominacji nad nimi, a tym samym nad światem. Wymaga to ofiar nie tylko ze strony żydowskiej, ale również i innych narodów.

x

Stefan Zweig opuścił Austrię w 1934 roku. Zostawił tam wszystko, co miał, zarówno w sensie materialnym jak i emocjonalnym. Początkowo wyjechał do Anglii, następnie przebywał w Stanach Zjednoczonych i w końcu dotarł do Brazylii, gdzie w lutym 1942 roku popełnił samobójstwo.

Kreowanie konfliktu

Od czasu wybuchu wojny na Ukrainie mamy do czynienia z dziwnymi decyzjami polskiego rządu. Niektórzy, jak choćby Tomasz Piekielnik czy Leszek Sykulski, tłumaczą to tzw. aferą podkarpacką i szantażem niektórych polskich polityków. Problem jednak polega na tym, że nie są to polscy politycy tylko ukraińscy, którzy udają polskich.

W dniu 22 września ukazał się na Interii artykuł Zmiany przepisów o pobycie Ukraińców w Polsce. Kijów: Nie możemy ignorować, w którym Iryna Wereszczuk, wiceszefowa biura prezydenta Zełeńskiego, nie pozostawiła złudzeń, kto rządzi w tym kraju Zulu-Gula. Poniżej fragment:

Ukraińskie władze nie mogą ignorować stopniowego zaostrzania zasad pobytu Ukraińców w Polsce – stwierdziła Iryna Wereszczuk, wiceszefowa biura prezydenta Zełenskiego. Wskazała również na rozmowy z “polskimi partnerami” o wsparciu dla osób, które planują powrót do Ukrainy.

“W Warszawie spotkałam się z naszymi rodakami mieszkającymi w Polsce. Nie jest im łatwo. Jest to szczególnie trudne dla osób starszych, osób niepełnosprawnych, samotnych matek z małymi dziećmi” – napisała Wereszczuk w mediach społecznościowych w niedzielę.

Cytowana przez agencję Interfax-Ukraina wskazuje, że Kijów “nie może ignorować stopniowego zaostrzania warunków pobytu Ukraińców w Polsce”.

x

Tomasz Piekielnik w swoim komentarzu z dnia 22 września w 10:20 tak mówi:

Pewna ukraińska aktywistka, Natalia Panczenko, która Polakom kojarzy się raczej z szantażem i z groźbami dotyczącymi pożarów w Polsce, która mówiła przecież, że jeśli Polska nie będzie Ukraińców wspierać, spraw ukraińskich w Polsce, to tutaj będzie problem, będzie bunt, będą pożary, będą płonąć hale, magazyny. Z tym kojarzy się Natalia Panczenko. I teraz jest reprezentantką Polski w Stanach Zjednoczonych w związku z pewnymi politycznymi działaniami.

W 38:30 Piekielnik cytuje wpis Panczenko zamieszczony przez nią na Facebook-u. Poniżej jego fragment:

Na zaproszenie U.S. Department of State oraz U.S. Embassy Warsaw przebywam teraz w USA, gdzie biorę udział w prestiżowym programie International Visitor Leadership Program (IVLP). 

To dla mnie wyjątkowy zaszczyt reprezentować Polskę i spotkać się w Stanach Zjednoczonych z ekspertami z całego świata w ramach tematu przewodniego „wzmacnianie bezpieczeństwa”.

Na co dzień zajmuję się wzmacnianiem bezpieczeństwa Polski i naszego regionu. Szczególnie bliskie są mi tematy cyberbezpieczeństwa oraz walki z dezinformacją – wyzwań, które stają się coraz bardziej istotne dla nas wszystkich.

To jest – mówi Piekielnik – plucie Polakom w twarz, wysyłać Ukrainkę, zapraszać Ukrainkę, by reprezentowała Polskę za granicą w Stanach Zjednoczonych. To są sprawy, które rozgrywane są nam na naszych oczach i nie łudźmy się, że te środowiska, z którymi prezydent Nawrocki spotyka się, między innymi mieszają tutaj, by tak to się właśnie działo, by jawnie pluć Polakom w twarz, by pokazywać, że polskimi sprawami to będą rządzić Ukraińcy, Niemcy, Żydzi i Amerykanie, ale nie Polacy. Co z polskimi elitami? Ponieważ zostały wymordowane, a to z lewej, a to z prawej, a to przez Niemców, a to przez bolszewików, a to przez jeszcze nie wiadomo jakie siły, UB, SB, to już działo się w Polsce. Któż tworzył te organizacje, któż tworzył piony decyzyjne? – To jest wszystko do rozważenia przez Państwa we własnym zakresie. Natomiast, jeśli tych elit nie ma, z dziada pradziada, to uważam, iż pora jest obudzić w sobie, proszę Państwa, elitarność, polskość, propolskość. Polecam to Państwu bardzo serdecznie, aby każdy z Państwa obudził w sobie te odpowiednie pokłady mentalne, duchowe, polskie, aby powstały polskie elity.

x

Podstawowe pytanie, jakie należy sobie zadać to: dlaczego Polska? Dlaczego inne kraje graniczące z Ukrainą, a więc Słowacja, Węgry, Rumunia nie są tak zaangażowane w pomoc Ukrainie, w przyjmowanie „uchodźców”; dlaczego politycy tych państw nie reprezentują interesów Ukrainy i nie mówią, że pomoc Ukrainie jest najważniejsza? Odpowiedź jest bardzo prosta – to historia.

Żeby to wszystko zrozumieć, to trzeba cofnąć się do czasów zamierzchłych. Polska Piastów była częścią I Rzeszy, o czym pisałem w blogu 1025, a więc nie było wtedy suwerennego państwa polskiego. Dopiero Łokietek z księcia, czyli kogoś podległego, staje się królem, czyli, przynajmniej formalnie, kimś niezależnym. To państwo, czyli Zjednoczone Królestwo Polskie, powstaje po to, by połączyć się później w unię personalną z częścią byłej Rusi Kijowskiej, czyli z Wielkim Księstwem Litewskim. I w ten sposób wielki książę litewski Jagiełło staje się królem Polski. Połączenie części I Rzeszy z częścią byłej Rusi Kijowskiej daje w efekcie twór zwany I Rzeczpospolitą.

Zanim jednak do tego doszło, to Europa środkowa doświadczyła mongolskich najazdów. Dotarli do Legnicy, łupili ziemie polskie, zdziesiątkowali ludność, zrujnowali gospodarkę. Tego też doświadczyły Węgry i Czechy. A jednak Mongołowie nie próbowali pójść dalej na zachód – wycofali się. Na tak oczyszczony teren wkroczyli Niemcy. Ich osadnictwo było totalne. Zdominowali miasta i wsie. Każda rodzina niemiecka dostawała 1 łan ziemi, czyli 18 ha i szereg zwolnień od podatków. Nie ulega więc wątpliwości, że ludność ta szybko zdominowała pozostałą, która wkrótce popadła w stan chłopa pańszczyźnianego, czyli niewolnika.

Nie wiadomo jak później potoczyły się losy ludności niemieckiej, ale pojawiła się szlachta. Czy to byli Żydzi, którzy w wyniku różnorakich operacji finansowych przejęli dobrze prosperujące, na skutek przyznanych uprzednio ulg i udogodnień, gospodarstwa niemieckie? Czy ludność niemiecka została sprowadzona, przynajmniej w części, do stanu chłopów pańszczyźnianych? Prawdopodobnie tak.

Unia personalna Polski i Litwy, trwająca od 1385 do 1569 roku, służyła dostosowaniu Królestwa Polskiego do standardów WKL. Oznaczało to w praktyce marginalizację mieszczaństwa i sprowadzenie chłopów do stanu niewolnictwa. Warstwą dominującą stała się szlachta. W tym momencie niemiecka ludność napływowa podzieliła los miejscowej ludności i zapewne w większości zasiliła stan chłopów pańszczyźnianych. A kim była szlachta? Jakie miała korzenie?

W wyniku unii horodelskiej z 1413 roku 47 rodów rusińskich i litewskich bojarów adoptuje 47 herbów szlachty polskiej. Był to ewenement na skalę światową, bo przecież nigdzie warstwy wyższe nie dzieliły się swoim szlachectwem w aż tak rozrzutny sposób. W każdym razie bojarzy rusińscy i litewscy stali się polskimi panami.

Na krótko przed unią lubelską z WKL, czyli unią realną, zostaje wydzielone województwo podlaskie, wołyńskie, bracławskie i kijowskie, czyli w dużym stopniu obszar dzisiejszej Ukrainy. Te województwa zostają przyłączone do Korony i dopiero wtedy dochodzi do unii z Litwą, czyli okrojonym WKL. Tak więc w przededniu unii lubelskiej powstaje wspólne państwo polsko-rusińskie. W sejmie Rzeczypospolitej zasiadają posłowie i senatorowie koronni i litewscy. Problem polega jednak na tym, że rusińscy posłowie i senatorowie z południowej części WKL wraz z posłami i senatorami litewskimi stanowią większość w sejmie Rzeczypospolitej. Posłowie i senatorowie z dawnej Korony są w mniejszości. W ten sposób Rzeczpospolita zostaje zdominowana przez elity ze wschodu, które nazywa się powszechnie polskimi.

Ledwie doszło do unii lubelskiej, a już na Ukrainie zaczęły wybuchać powstania tam, gdzie Szwed, Jan Kazimierz, nadał wielkie dobra Wiśniowieckiemu, który przeszedł na katolicyzm. Chmielnicki z kolei pozostał przy prawosławiu. Obaj kształcili się w kolegium jezuickim we Lwowie. Bojarzy rusińscy, którzy przeszli na katolicyzm, mogli zostać posłami i senatorami Rzeczypospolitej. Z tym wiązały się większe prawa i przywileje, których nie mieli pozostali bojarzy. I to było prawdziwe podłoże tych wszystkich powstań.

Taki państwowo-podobny twór mógł trwać dłużej, gdyby wielcy tego świata tak zdecydowali. Doszło jednak do rozbiorów. Na terenach należących kiedyś do I Rzeszy, czyli w Wielkopolsce i w Królestwie Polskim, germanizowano i rusyfikowano miejscową ludność, natomiast na ziemiach byłego WKL prowadzono w XIX wieku intensywną polonizację, polegającą głównie na uczeniu miejscowej ludności języka polskiego i zachęcano ją do przechodzenia na katolicyzm. Z tym zapewne wiązały się też jakieś korzyści materialne i pewnie awans społeczny. Prawdopodobnie wielu osobom zmieniano nazwiska na polskie. Tam też kwitło życie kulturalne i intelektualne. Wszak większość pisarzy pochodziła z Kresów i tworzyła w języku polskim. W sumie więc powstał tam naród polski, bo wcześniej takiego nie było. Była szlachta, która uważała się za odrębny naród, za Sarmatów. Natomiast reszta posługiwała się ludowym językiem polskim. Dopiero w dobie reformacji „podrasowano” język polski. Pojawił się Rej i Kochanowski, którzy stworzyli podwaliny pod język literacki. Później, w XIX wieku, wzbogacili go głównie Prus i Sienkiewicz.

Tak więc unia lubelska umożliwiła transformację bojarów litewskich i rusińskich w polskich panów, czyli stworzenie polskich elit o wschodnich korzeniach, a w XIX wieku ukształtowano polski naród z ludności byłego WKL. Te dwa żywioły całkowicie zdominowały ludność z dawnej Korony, czyli trenów, które wcześniej były częścią I Rzeszy. Do tego w okresie Królestwa Polskiego, będącego w praktyce częścią Rosji, napłynęło wielu Rosjan, którzy opanowali administrację i inne instytucje i już tu zostali, bo do Rosji Radzieckiej nie mieli po co wracać. I jeszcze powojenne przesiedlenia z Kresów na ziemie poniemieckie. Mamy więc w obecnej Polsce ludzi z korzeniami wschodnimi, którzy dominują na wszystkich szczeblach władzy i nie tylko tam oraz pozostałych, zmarginalizowanych. Zatem nie może dziwić, że obecne władze w Polsce zachowują się tak, jak się zachowują. Przypomina to postępowanie „elit” I RP. Analogia jest aż nadto widoczna.

Po 24 lutego 2022 roku wytworzyła się nowa sytuacja, przypominająca jednak tę z czasów po unii lubelskiej. Na trenie obecnej Polski znalazło się mnóstwo obywateli Ukrainy, którzy mają tu większe prawa i szereg przywilejów, których nie mają obywatele III RP. Większość z nich ma korzenie wschodnie i zapewne przeważają ci z ukraińskimi, którzy deklarują się jako Polacy, bo przecież mają polskie obywatelstwo. I ci właśnie stają się coraz bardziej widoczni, coraz bardziej hałaśliwi. W sumie więc jesteśmy w trakcie kreowania konfliktu polsko-ukraińskiego, bo tak będzie on nazywany w mediach, choć faktycznie będzie to konflikt ukraińsko-ukraiński.

Trzeba jednak na to spojrzeć bez emocji. Żadna elita nie podzieliłaby się swoimi herbami z kimś obcym. Jeżeli tak się stało to dlatego, że ta polska szlachta to byli Żydzi, którzy zgodzili się na zaadoptowanie ich herbów przez Żydów z WKL. I tak Żydzi ukraińscy zaczęli udawać polskich panów. A obecnie Żydzi polscy z Żydami ukraińskimi kreują nowy konflikt w Polsce i intensywnie podżegają do protestów niczego nieświadomą ludność.

x

Jedno zdanie w komentarzu Piekielnika zwróciło moją uwagę: „Co z polskimi elitami? Ponieważ zostały wymordowane, a to z lewej, a to z prawej, a to przez Niemców, a to przez bolszewików…”

Jeśli mówi on o Niemcach, to powinien również mówić o Rosjanach, albo mówić o nazistach i bolszewikach. I jedni i drudzy to w większości Żydzi. Najlepszy wynik NSDAP w wyborach to 37%. Natomiast Hitler doszedł do władzy w wyniku układu, jaki zawarły pomiędzy sobą główne siły polityczne w Niemczech. Naziści nie mieli szans na zdobycie władzy w wolnych wyborach. Wmawianie nam, że wszyscy Niemcy to naziści, to też element jakiejś polityki. Takie dziwne antyniemieckie nastawienie dostrzegam nie tylko u niego i takie dziwne zarazem rusofilstwo. Sąsiadujemy z Niemcami, i jak z innymi sąsiadami, tak i z nimi powinniśmy starać się mieć dobre stosunki. Ale czy to oznacza, że Piekielnik wie, że w Polsce dominują ludzie ze wschodnimi korzeniami i to o nich trzeba zabiegać? Z nimi chce tworzyć te polskie elity?

Naoczny świadek

Stefan Zweig (1881-1942) był austriackim pisarzem żydowskiego pochodzenia. W swojej ostatniej książce, Świat wczorajszy – wspomnienia pewnego Europejczyka PIW 2025, opisuje również swoje wrażenia z zetknięcia się z niemieckim nazizmem. Ponieważ nazizm nie jest przeszłością, wręcz przeciwnie, ten w wersji ukraińskiej ma się dobrze, to może warto przypomnieć jego uwagi, ku przestrodze czy może raczej już jako alarm, że sprawy w Polsce idą w bardzo złym kierunku, bo państwo polskie coraz bardziej staje się państwem ukraińskim, a właściwie jest już nim, tylko nikt tego nie nazywa po imieniu. No bo jeśli przy wschodniej granicy Polski powstał poligon, na którym norwescy żołnierze szkolą ukraińskich, o czym wspominał w jednym ze swoich komentarzy Tomasz Piekielnik, to czyje to jest państwo i czyich interesów pilnuje?

x

Jest to nieodwracalne prawo historii, że właśnie naoczni świadkowie wielkich, znamiennych dla swojej epoki ruchów i wydarzeń w pierwszym okresie nie poznają się na nich. Szczerze mówiąc, i ja nie mogę sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy usłyszałem imię i nazwisko Hitlera, człowieka, który więcej zła i krzywdy wyrządził naszemu światu niż ktokolwiek na przestrzeni stuleci.

A przecież nazwisko to od wielu lat tkwi w naszych myślach; co dzień, co chwila niemal zmuszeni jesteśmy powtarzać je w związku z różnymi sprawami. Musiałem usłyszeć je w każdym razie dość wcześnie, gdy do Salzburga, odległego zaledwie o dwie i pół godziny jazdy pociągiem od sąsiadującego z nim niejako Monachium, nawet sprawy lokalne dochodziły nader szybko. Wiem tylko tyle, że pewnego dnia – daty już nie pamiętam – przyjechał do mnie znajomy i skarżył się, że w Monachium znów jest niespokojnie. Szleje tam jakiś zacietrzewiony agitator nazwiskiem Hitler; urządza wiece kończące się z reguły bójkami, w najordynarniejszy sposób podżega przeciw republice i przeciw Żydom.

Nazwisko to puściłem mimo uszu, nie interesowałem się nim bliżej. Najrozmaitsi agitatorzy i warchoły szybko wypływali w zdezorganizowanych Niemczech i równie szybko znikali. Różne były pucze: kapitana Ehrhardta na czele jego oddziałów bałtyckich, Wolfganga Kappa, morderców z sądów kapturowych, bawarskich komunistów, nadreńskich separatystów, przywódców Freikorpsów. Setki takich małych pęcherzyków wypływały na powierzchnię w toku ogólnej fermentacji, a gdy pękały, nie pozostawiały po sobie nic prócz zlej woni świadczącej wymownie, iż w otwartej ranie Niemiec trwa jeszcze ukryty proces gnilny. Również i pisemko nowego ruchu narodowosocjalistycznego wpadło mi kiedyś w ręce – nazywało się „Miesbacher Anzeiger” (z czasem znalazło swojego następcę w „Völkischer Beobachter”). Ale Miesbach było tylko małym miasteczkiem, a gazeta – ordynarnym świstkiem. Kogo to obchodziło?

Wkrótce potem jednakże w pobliskich pogranicznych miejscowościach Reichenhall i Berchtesgaden, w których bywałem co tydzień, zaczęły pojawiać się małe, a potem coraz większe grupki młodych chłopców w butach z cholewami i w brunatnych koszulach, a każdy z nich nosił na ramieniu jaskrawą opaskę ze swastyką. Urządzali wiece lub maszerowali, paradowali po ulicach, śpiewając lub krzycząc, zaklejali ściany ogromnymi plakatami lub zasmarowywali je swastykami. Dopiero wtedy zorientowałem się, że nad tymi bandami, które pojawiły się tak niespodziewanie, czuwać muszą jakieś siły finansowe i wpływowe. Działalność Hitlera ograniczała się wówczas tylko do przemówień w bawarskich piwiarniach, nie mógł więc tysięcy tych młodych chłopców uzbroić w tak kosztowny aparat. Najwidoczniej czyjeś silniejsze ręce popierały nowy „ruch”. W czasach takiej nędzy, że prawdziwi weterani wojskowi chodzili jeszcze w zdartych, postrzępionych łachach, mundury ich były prosto spod igły, a „oddziały szturmowe”, wysyłane od miasta do miasta, dysponowały zadziwiająco bogatym parkiem nowiutkich samochodów, motocykli i ciężarówek. Poza tym nie ulegało wątpliwości, że ci młodzi ludzie byli szkoleni przez dowódców wojskowych w taktyce – jak to się wówczas nazywało, „w dyscyplinie paramilitarnej” – i że to regularne, techniczne szkolenie na ochotniczym materiale prowadziła Reichswehra, na której usługach Hitler był od początku jako tajny agent.

Przypadkowo nadarzyła mi się wkrótce sposobność przyjrzenia się takiej dobrze przygotowanej „akcji bojowej”. Gdy w jednym z pogranicznych miasteczek odbywało się najspokojniej w świecie zebranie socjaldemokratyczne, nadjechały nagle cztery ciężarówki pełne młodych narodowych socjalistów z gumowymi pałkami – i powtórzyło się dokładnie to samo, co widziałem wówczas na placu Św. Marka w Wenecji: zaskoczyli tamtych, nieprzygotowanych, szybkością działania. Była to ta sama przejęta od faszystów metoda, tylko zgodnie z niemieckim duchem drobiazgowej systematyczności jeszcze precyzyjniej opracowana pod względem wojskowym. Na odgłos gwizdka SA-mani zeskoczyli błyskawicznie z samochodów i od razu zaczęli okładać gumowymi pałkami każdego, kto był pod ręką, zanim policja zdążyła zainterweniować lub sami robotnicy zareagować; potem znów wskoczyli na samochody – i już ich nie było. Uderzyła mnie ściśle wykonywana technika wyskakiwania i wskakiwania na jeden ostry gwizdek dowódcy. Widać było, że każdy z chłopców wiedział z góry, miał to wdrożone w każdy nerw i każdy mięsień, jakim ruchem i przy którym kole ma zeskoczyć z auta, tak żeby nie stanąć na drodze sąsiadowi i nie zepsuć wyreżyserowanej z góry całości. Nie decydowała tu bynajmniej zręczność indywidualna, każda z tych czynności ćwiczona była niewątpliwie dziesiątki, a może nawet setki razy w koszarach i na placu musztry. Rzucało się w oczy, że oddziały te zostały wyszkolone do atakowania, do akcji gwałtownych i terrorystycznych.

Wkrótce dowiedzieliśmy się czegoś więcej o tych konspiracyjnych manewrach w Bawarii. Gdy wszyscy jeszcze smacznie smacznie spali, ci młodzi chłopcy wymykali się z domu i szli na zbiórkę, na nocne „ćwiczenia terenowe”. Oficerowie Reichswehry, czynni lub poza służbą, płatni przez państwo lub przez tajemnicze osoby finansujące partię narodowosocjalistyczną, musztrowali oddziały, a władze nie zwracały uwagi na te dziwne ćwiczenia nocne. Czy spały rzeczywiście, czy tylko przymykały oko? Nie przywiązywały do tego ruchu większego znaczenia czy popierały skrycie jego ekspansję? Tak czy inaczej ci, którzy ruchowi temu sprzyjali potajemnie, sami byli przerażeni brutalnością i szybkością, z jaką nagle stanął na nogi.

Pewnego pięknego poranka władze ocknęły się – a Monachium było już w ręku Hitlera, wszystkie placówki urzędowe poobsadzane, gazety pod groźbą rewolweru musiały obwieszczać tryumfalnie o dokonanym przewrocie. Jak z nieba, ku któremu marzycielsko wznosiła oczy nieprzeczuwająca nic złego Republika Weimarska, pojawił się deus ex machina generał Ludendorff; sądził, tak jak później wielu innych, że uda się mu Hitlera przechytrzyć, i sam został przez niego wyprowadzony w pole – tak jak inni. Słynny pucz, który miał opanować całe Niemcy, rozpoczął się przed południem, a w południe (nie do mnie należy szczegółowe streszczanie historii) było już po wszystkim. Hitler uciekł, wkrótce potem został aresztowany; wydawało się, że ruch ten spalił na panewce. W roku 1923 swastyki poznikały, „oddziały szturmowe” i nazwisko Hitlera utonęły prawie całkiem w niepamięci. Nikt już nie myślał, że Hitler może kiedykolwiek jeszcze odegrać poważną role polityczną.

Wypłynął dopiero po paru latach, wyniesiony szybko i wysoko na fali powszechnego niezadowolenia. Inflacja, bezrobocie, kryzysy polityczne i w dodatku – czynnik wcale nie najmniejszej wagi – głupota zagranicy doprowadziły naród niemiecki do stanu wrzenia. Ogromna tęsknota za ładem i porządkiem dominowała wśród szerokich warstw narodu niemieckiego, dla którego porządek zawsze miał większe znaczenie niż wolność i prawo. Każdy, kto przyrzekał wprowadzić porządek (nawet Goethe powiedział, że nieporządek mierzi go bardziej niż niesprawiedliwość), mógł od samego początku liczyć na setki tysięcy zwolenników.

Lecz myśmy wciąż jeszcze nie dostrzegali niebezpieczeństwa. Nieliczni pisarze, którzy rzeczywiście zadali sobie trud przeczytania książki Hitlera, wyśmiewali się z jego napuszonej, papierowej prozy, zamiast zainteresować się jego programem. Prasa demokratyczna dzień w dzień uspokajała – miast przestrzegać – swych czytelników, iż ruch ten, w samej rzeczy borykający się z trudnościami materialnymi i finansujący swój olbrzymi aparat propagandowy pieniędzmi czerpanymi od przemysłu ciężkiego lub ze śmiałych operacji kredytowych, musi, nie dziś, to jutro nieuchronnie zbankrutować. Ale zagranica nigdy chyba nie rozumiała rzeczywistych powodów, dla których Niemcy w tych czasach tak bardzo pomniejszały i bagatelizowały osobę i rosnącą potęgę Hitlera. Niemcy były zawsze nie tylko państwem na wskroś klasowym, lecz ponadto – w obrębie tych ideałów klasowych – obciążane bezkrytycznym przecenianiem i uwielbianiem „wykształcenia”. Nie licząc paru generałów, wszystkie wysokie stanowiska w państwie były zajmowane wyłącznie przez ludzi z tak zwanym akademickim wykształceniem. Podczas gdy w Anglii Lloyd George, a we Włoszech Garibaldi czy Mussolini, we Francji Briand, wszyscy pochodzący rzeczywiście z ludu, mogli osiągnąć najwyższe stanowiska,w Niemczech było nie do pomyślenia, żeby człowiek, który nawet nie ukończył szkoły średniej (nie mówiąc już o wyższych studiach), który sypiał w domach noclegowych i prowadził latami całymi tryb życia po dziś dzień niewyjaśniony, mógł kiedykolwiek sięgnąć po stanowisko, jakie zajmowali ongi tacy mężowie stanu, jak baron von Stein, książę Bülow czy Bismarck. Właśnie ten snobizm edukacji wprowadził w błąd niemieckich intelektualistów; nawet wtedy jeszcze widzieli w Hitlerze tylko piwiarnianego agitatora, który nie będzie nigdy stanowił poważnego niebezpieczeństwa, kiedy on – dzięki pociąganiu za niewidzialne sznurki – już dawno pozyskał sobie potężnych popleczników w najrozmaitszych kołach społeczeństwa. Gdy owego pamiętnego dnia w styczniu 1933 roku Hitler został kanclerzem, nie tylko szerokie masy, ale nawet ci, którzy wysunęli go na stanowisko, uważali, że będzie piastował tę godność tylko tymczasowo, a panowanie narodowych socjalistów będzie zaledwie krótkotrwałym epizodem.

Wówczas ujawniła się – po raz pierwszy w wielkim stylu – genialna w swym cynizmie technika Hitlera. Od wielu lat czynił obietnice na prawo i lewo, we wszystkich stronnictwach pozyskał sobie poważnych adherentów, a każdy myślał, że będzie mógł zużytkować mistyczne siły owego „nieznanego żołnierza” na własną rękę. Święciła tu swe pierwsze triumfy ta sama technika, którą później Hitler stosował w polityce na wielką skale, to jest zawieranie paktów pod przysięgą i pod gwarancją przysłowiowej niemieckiej wierności właśnie z tymi, których chciał zniszczyć i wytępić. Tak doskonale umiał łudzić obietnicami na wszystkie strony, że w dniu kiedy przyszedł do władzy, zapanowała radość w najbardziej przeciwstawnych obozach. Monarchiści w Doorn myśleli, że Hitler, jako wierny poddany, z powrotem utoruje cesarzowi drogę do tronu; podobnie cieszyli się z jego sukcesów bawarscy, wittelbascy monarchiści w Monachium; oni także uważali Hitlera za „swojego” człowieka. Niemieckonarodowi żywili nadzieję, że to on będzie wyciągał dla nich kasztany z ognia; ich przywódca, Hugenberg, zapewnił sobie na mocy umowy najważniejszą tekę w gabinecie formowanym przez Hitlera i sądził, że już wygrał sprawę – oczywiście, mimo umowy pod przysięgą wyleciał od razu po pierwszych paru tygodniach. Ciężki przemysł spodziewał się, że Hitler wyzwoli Niemcy od groźby bolszewizmu; teraz stanął u steru człowiek, którego od lat finansowano po cichu. Jednocześnie odetchnęło z ulgą zubożałe mieszczaństwo – przecież na setkach zebrań Hitler obiecywał, iż wyzwoli je z „niewoli podatków”. Sklepikarze przypomnieli sobie, że przyrzekł im zamknięcie wielkich domów towarowych, stanowiących dla nich najgroźniejszą konkurencję. (Obietnica ta nigdy nie została spełniona).

Szczególnie entuzjastycznie powitało Hitlera wojsko, dlatego że był nastrojony militarystycznie i klął na pacyfizm. Nawet socjaldemokraci nie patrzyli na jego sukcesy niechętnym okiem, jak można było tego oczekiwać, gdyż liczyli na to, że rozprawi się z ich odwiecznym wrogiem, komunistami, którzy tak nieprzyjemnie napierali na nich za plecami. Najróżnorodniejsze, o najbardziej sprzecznych programach ugrupowania polityczne uważały za swego przyjaciela tego „nieznanego żołnierza”, który każdemu stanowi, każdej partii, każdemu kierunkowi politycznemu przyrzekał i zaklinał się, że wszystko spełni, co obiecał. Nawet Żydzi niemieccy nie czuli się specjalnie zaniepokojeni; wmawiali sobie, że „minister jakobin” – to już nie jakobin: agitator antysemicki, z chwilą gdy zostanie kanclerzem Niemieckiej Rzeszy, odrzuci podobne wulgaryzmy jako jego niegodne. A zresztą, cóż takiego ostatecznie mógł przeforsować siłą w państwie praworządnym? Przecież większość w parlamencie była nastawiona w stosunku do niego opozycyjnie i każdy obywatel miał prawo mniemać, że jego swoboda i równouprawnienie zagwarantowane są przez uroczyście zaprzysiężoną konstytucję.

A potem był pożar Reichstagu, parlament przestał istnieć, Göring spuścił ze smyczy swoją sforę, jedno uderzenie pięścią w stół – i praworządność w Niemczech przestała obowiązywać. Z dreszczem trwogi ludzie dowiadywali się, że w czasach pokojowych tworzy się obozy koncentracyjne, że w koszarach buduje się tajne bunkry, w których likwiduje się niewinnych ludzi bez sądu i bez formalności. „To odruch, wybuch pierwszej wściekłości – mówiono sobie. – Takie rzeczy w wieku XX nie mogą trwać na stałe”. Ale to był dopiero początek. Świat nastawiał uszu, lecz jeszcze nie chciał wierzyć w to, co wydawało się niewiarygodne. Ale już wtedy widywałem na własne oczy pierwszych uciekinierów. Przedzierali się przez góry w pobliżu Salzburga w nocy lub przeprawiali się wpław przez rzekę graniczną. Wygłodniali, bezradni, obdarci, nieomal pomyleni, mieli wzrok błędny. Od nich rozpoczęła się paniczna ucieczka przed bestialstwem, która później rozlała się po całej kuli ziemskiej. Lecz patrząc na tych zbiegów, nie przeczuwałem, że z ich pobladłych twarzy mogę odczytać swój własny los i że my wszyscy padniemy ofiarą niepohamowanej żądzy władzy tego człowieka.

x

Ostatnie godziny spędzone w Europie udzieliły mi jakby przestrogi i dały wiele do myślenia przed tą podróżą. Latem roku 1936 wybuchła wojna domowa w Hiszpanii. Dla powierzchownego widza ten piękny i tragiczny kraj rozdarty był tylko waśniami wewnętrznymi; w rzeczywistości wszakże były to już manewry przygotowawcze dwóch potężnych grup ideologicznych przed ich późniejszym zderzeniem. Wsiadłem w Southampton na statek angielski przekonany, że nasz parowiec, aby ominąć strefę wojenną, nie zatrzyma się, tak jak zwykle, w Vigo, pierwszym na kursie porcie hiszpańskim. Ku memu zdziwieniu przybyliśmy jednak do tego portu i nawet pozwolono nam, pasażerom, zejść na ląd na kilka godzin. Miasteczko Vigo było w tym czasie zajęte przez frankistów i leżało z dala od właściwego terenu działań wojennych. A jednak w ciągu tych paru godzin miałem sposobność zobaczyć coś, co usprawiedliwiało moje przygnębienie. Przed ratuszem, nad którym powiewała flaga generała Franco, stały szeregi młodych chłopców ubranych z wiejska, przeważnie pod wodzą księży; najwidoczniej sprowadzono ich z sąsiednich wiosek. W pierwszej chwili nie wiedziałem, na co czekają. Czy to chłopi zwerbowani do jakiejś doraźnej pracy? Czy może bezrobotni czekający na posiłek?

Byłem przerażony. Gdzie widziałem już coś podobnego? Najpierw we Włoszech, a potem w Niemczech. I tam, i tu takie same nieskazitelnie czyste mundury, nowe samochody i karabiny maszynowe. Znów nasunęło mi się pytanie; kto dostarcza, kto płaci za te nowe mundury, kto organizuje tych wynędzniałych, anemicznych chłopców, kto pcha ich przeciwko legalnej władzy, przeciwko wybranemu legalnie parlamentowi reprezentującemu ich własny naród? Wiedziałem przecież, że Skarb Państwa i składy broni były w ręku legalnego rządu. A więc te samochody, tę broń dostarczają obce państwa; nie ulega przeto kwestii, że zostały przerzucone przez granicę z pobliskiej Portugalii. Ale kto ich dostarczył, kto za nie płacił? Była to nowa siła dążąca do władzy, jedna i ta sama siła działająca tu i tam, siła z upodobaniem stosująca przemoc i uważająca za staroświeckie słabości te wszystkie idee, które nam były drogie i dla których żyliśmy: pokój i humanizm. Były to jakieś tajemnicze grupy ukrywające się w swoich biurach i koncernach, wyzyskujące cynicznie naiwny idealizm młodzieży dla swoich interesów. Był to pęd do gwałtu i przemocy, które swą nową, bardziej precyzyjną techniką miały pogrążyć naszą nieszczęsną Europę w otchłań starego barbarzyństwa wojennego.

Wrażenia zmysłowe, optyczne są zawsze bardziej przekonywające niż dziesiątki przeczytanych artykułów i broszur. Widząc na własne oczy, jak ci młodzi, niewinni chłopcy, wyposażeni w broń przez tajemniczych mocodawców, mają być rzuceni jak bezwolne kukły przeciw innym, tak samo jak oni niewinnym młodym chłopcom w ich własnej ojczyźnie, zrozumiałem, co nas czeka, przed czym stoi Europa. Gdy po paru godzinach statek nasz odbił od brzegu, udałem się szybko do kabiny. Zbyt bolesny był dla mnie widok tego pięknego kraju, który nie ze swojej winy padł ofiarą straszliwego spustoszenia. Cała Europa wydawała mi się skazana na śmierć wskutek własnego szaleństwa, Europa, nasza święta ojczyzna, kolebka i panteon cywilizacji zachodniej.

xxx

Muszę przyznać, że obserwacje i uwagi Zweiga na temat nazizmu bardzo mnie zaniepokoiły. Szczególnie to, że faszyzm niemiecki i hiszpański wykorzystywał młodych chłopców, szkolono ich i zapewne wpajano im pewne idee. I w jednym i w drugim wypadku nie było trudno ich pozyskać, bo kryzys, bieda i brak perspektyw życiowych ułatwiały ich werbunek. Gdy więc przeczytałem informację, że rząd ukraiński zezwolił młodym chłopcom w wieku 18-22 lat na wyjazd za granicę, pomimo że trwa tam wojna i brakuje rekrutów, to nie mogłem zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Gdzie wyjadą ci chłopcy, a przynajmniej część z nich? Jakie będą mieć perspektywy za granicą, bez wykształcenia, zawodu i zapewne nie znając żadnego obcego języka? Czyż nie była to kusząca perspektywa dla młodych i biednych chłopców w Niemczech i Hiszpanii? A czy taką nie będzie dla młodych Ukraińców? Dla wielu z nich może taką być.

I teraz to, co w tym wszystkim może być najgorsze. Jeśli przyjadą do Polski i tu będą szkoleni, to co to będzie oznaczać? Nazistowskie bojówki w Niemczech pojawiły się na początku lat 20-tych, a potem zniknęły na wiele lat, by uaktywnić się w odpowiednim momencie. Czy Polskę czeka podobny scenariusz? Jeśli powstanie wspólne państwo polsko-ukraińskie, to czy taki scenariusz nie będzie możliwy? Dlaczego wielcy tego świata tolerują, a może raczej wspierają ukraiński faszyzm? Bez ich poparcia i finansowania Hitler pozostałby tylko piwiarnianym mówcą. Źle się dzieje w państwie polskim czy może raczej w państwie polsko-ukraińskim.

Podział czy rozbiór?

W dniu 7 września Viktor Orban na kongresie swojej partii powiedział, że los Ukrainy jest już przesądzony. Obecnie państwa europejskie, pod przykrywką gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy, rozmawiają o jej podziale. Zdaniem Orbana Ukraina ma być podzielona na trzy części. Część pierwsza to strefa rosyjska. Strefa druga to tzw. strefa zdemilitaryzowana. Strefa trzecia to strefa zachodnia. O tym m.in. mówi Leszek Sykulski w swoim komentarzu.

Orban, zdaniem Sykulskiego, ma bardzo dobre relacje z Trumpem i premierem Netanjahu, a także z prezydentem Putinem. Jest więc politykiem dobrze poinformowanym.

Kwestia podziału Ukrainy nie wypłynęła obecnie. Ona już wcześniej pojawiła się. W listopadzie 2024 roku agencja Interfaks Ukraina poinformowała, że Rosja ma plan rozbioru Ukrainy. Wtedy podział miał być również na trzy części pod nadzorem Stanów Zjednoczonych. Pierwsza część to ta zajęta już przez Rosję, druga to prorosyjski podmiot państwowy, czyli państwo z prorosyjskimi władzami. W skład tej części miałyby wchodzić m.in. obwód kijowski, Kijów, czernihowski, charkowski, połtawski, Odessa, Czerkasy,Winnica, Żytomierz. Trzecia część, określana jako terytoria sporne, w których skład miały wchodzić obwody: wołyński, chmielnicki, lwowski, iwano-frankowski, tarnopolski, czernihowski i zakarpacki. Według agencji Interfaks Rosja chciałaby podzielić się tą trzecią częścią z Polską, Rumunią i Węgrami.

Ze względu na kryzys w unii europejskiej wątpliwe jest, by unia europejska była w stanie dalej utrzymywać Ukrainę, więc Orban sugeruje, że jest jakiś plan podziału Ukrainy. I coś jest niewątpliwie na rzeczy – konkluduje Sykulski. Jesli wiec dojdzie do tego podziału i powstanie część zachodnia, czyli Ukraina Zachodnia, czyli Galicja Wschodnia, to wówczas Polska będzie miała poważny problem.

Podział Ukrainy sugerowały również media brytyjskie i amerykańskie. The Telegraph sugerował 11 kwietnia 2025 roku, że Ukraina mogłaby być podzielona, tak jak Berlin po II wojnie światowej. Wersja ta różni się trochę od tej ukraińskiego Interfaksu, ale zasada trójpodziału jest zachowana.

Sykulski wspomina też o tym, że został wznowiony tzw. dialog petersburski, czyli format współpracy niemiecko-rosyjskiej, oficjalnie zawieszony, ale niemieccy i rosyjscy politycy spotykają się. Ostatnio takie spotkanie miało miejsce w Baku, stolicy Azerbejdżanu. Było ono szeroko komentowane przez niemieckie media. Dialog petersburski został powołany w 2001 roku przez Władymira Putina i ówczesnego kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera jako platforma porozumienia pomiędzy Niemcami a Rosją. I tak jakoś dziwnie się składa, że pojawiają się ostatnio ze strony polskiej żądania reparacji nie tylko od Niemieć, ale również od Rosji. Jest to ewidentny przekaz dla tych dwóch państw do działania przeciwko Polsce. W obecnej sytuacji Polska ma bardzo złe relacje ze wszystkimi sąsiadami.

Jeżeli dojdzie do podziału Ukrainy, to rozważany jest również scenariusz bałkanizacji Europy środkowo-wschodniej. Według Sykulskiego Trump odpuścił sobie tę część Europy. Natomiast jej bałkanizacja jest na korzyść Niemiec. To przyspieszyłoby federalizację Europy i nowy podział stref wpływu pomiędzy Niemcami a Rosją. Czynnik ukraiński jest traktowany przez Niemcy i Rosję instrumentalnie jako element osłabiania państwa polskiego.

x

Żeby mogło dojść do takiej sytuacji, jak ją opisuje Sykulski, to wybory w Ameryce musiał wygrać Trump, który w swojej kampanii wyborczej obiecywał szybkie zakończenie wojny na Ukrainie. To szybkie zakończenie wojny na Ukrainie oznaczało zakończenie jej dla Stanów Zjednoczonych, czyli ich formalne wycofanie się z niej. W efekcie głównymi rozgrywającymi w Europie stają się powoli Niemcy i Rosja.

Trwa więc obecnie gotowanie żaby na wolnym ogniu, czyli przygotowywanie opinii publicznej do zmian, które mają nastąpić. A że w polityce czas płynie zdecydowanie wolniej, to większość nie jest w stanie odgadnąć, jaki jest prawdziwy cel tych wszystkich zabiegów. Od konfederacji barskiej w 1768 roku, w wyniku której doszło do pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej w 1772 roku, do trzeciego rozbioru w 1795 roku minęło 27 lat. Po co dokonano tych rozbiorów, skoro po 123 latach ponownie odtworzono ten karykaturalny twór, choć nieco okrojony? Nie minęło 20 lat i ponownie go zlikwidowano. A teraz znowu wracają do tej koncepcji.

Nie będzie to podział tylko rozbiór Ukrainy. Podział byłby wtedy, gdyby podzielono Ukrainę tak, jak kiedyś podzielono Niemcy, Wietnam czy Koreę. Rosja już nie odda zajętych terenów, więc tu nie ma mowy o ich ponownym zjednoczeniu do stanu sprzed 24 lutego 2022 roku. Część środkowa, prędzej czy później, padnie łupem Rosji. Kto wie czy nie za odstąpienie Niemcom obwodu kaliningradzkiego? Natomiast część zachodnia, a więc Galicja Wschodnia, jak odważył się ją nazwać Sykulski, zostanie rozebrana na części i przyłączona do Polski, Rumunii i Węgier. W przypadku tych dwóch ostatnich państw nie będzie to problemem, bo to stosunkowo niewielki obszar. Natomiast w przypadku Polski nastąpi wpadnięcie w stare koleiny. Jest to poniekąd naturalne, bo po rozbiorach Rzeczypospolitej trafiła ona pod zabór austriacki i tam ludność ukraińska rytu grecko-katolickiego znalazła się pod szczególną opieką. Historycznie rzecz ujmując, Galicja Wschodnia nie pasuje do reszty Ukrainy.

Przyłączenie Galicji Wschodniej będzie oznaczało formalne powstanie i tak już istniejącego wspólnego państwa polsko-ukraińskiego czy może raczej ukraińskiego, biorąc pod uwagę prawa, jakimi obdarzono ludność ukraińską, która osiedliła się tu po wybuchu wojny w 2022 roku. Jednak to nowe państwo zostanie pozbawione ziem poniemieckich. Bardzo możliwe, że dojdzie też do podziału Białorusi i jej część zachodnia zostanie przyłączona do tego państwa.

Putin, zaczynając operację specjalną 24 lutego 2022 roku, powiedział, że jej celem jest denazyfikacja i demilitaryzacja Ukrainy. Dziś już widać, że ta jej denazyfikacja polegała na denazyfikacji terenów które zajęła Rosja i które może jeszcze zająć. Nie zlikwidował więc on nazizmu ukraińskiego, tylko wypchnął go na zachód do Polski. To oznacza, że nowe państwo, które powstanie z połączenia części obecnych ziem Polski i Galicji Wschodniej, będzie państwem, w którym ukraiński nazizm będzie dominował, a to będzie oznaczać, że Rosja nadal będzie pozostawać głównym jego wrogiem. Tak więc, zamiast definitywnie rozprawić się z nim, ochrania się go, by za jakiś czas mógł znowu stanowić zarzewie konfliktu. Na tym właśnie polega polityka. Polega ona na stwarzaniu konfliktów, a nie na ich unikaniu.

Żeby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, to trzeba sobie uświadomić, że Polska Piastów to nie było niezależne państwo tyko część I Rzeszy, a Piastowie byli wasalami cesarza niemieckiego. Z drugiej strony była Ruś Kijowska, która rozpadła się na mniejsze księstwa. Z części z nich powstało Wielkie Księstwo Litewskie. Jak mała Litwa podporządkowała sobie tak wielki obszar? Resztę księstw byłej Rusi Kijowskiej zjednoczono w Księstwo Moskiewskie, a później w Wielkie Księstwo Moskiewskie i w końcu powstało Carstwo Rosyjskie. Z I Rzeszy wydzielono wschodnie jej rubieże, czyli Królestwo Polskie i połączono je z Wielkim Księstwem Litewskim. Obie części nigdy nie były niepodległymi państwami i nie mogło być takim nowe państwo zwane Rzeczpospolitą. Gdy więc I Rzeszy zagrozili Turcy, to Rusin Sobieski pośpiesznie udał się pod Wiedeń, by jej bronić, bo taki był rozkaz. Dziś władze III RP, również na rozkaz, pośpieszyły bronić Ukrainy. Mamy więc twór państwowo-podobny, który jest poligonem służącym do niemiecko-rosyjskich przepychanek. I tak jest od unii lubelskiej. Czy mogło powstać coś normalnego z połączenia części I Rzeszy z częścią byłej Rusi Kijowskiej? No i mamy: polskość to nienormalność.