Bizancjum

W blogu Europa starałem się scharakteryzować Europę jako kontynent i uwypuklić jej specyfikę na tle reszty świata. By jednak lepiej to zrozumieć, to wypada porównać ją z Bizancjum, bo – jak twierdził Józef Mackiewicz, cytując jednego z swoich profesorów z Uniwersytetu Warszawskiego – wszelka wiedza bierze się z porównań. Czym było Bizancjum? O tym pisał Georg Ostrogorski (1902-1976) w pracy Dzieje Bizancjum PWN 1968. Był to serbski historyk urodzony w Rosji, międzynarodowej sławy bizantynolog. Poniżej fragment z tej pracy, który ułatwi zrozumienie tego zjawiska, jakim było Bizancjum i jakim jest obecnie Rosja, która uważa się za spadkobierczynię jego dziedzictwa.

x

Na powstanie państwa bizantyjskiego złożyły się przede wszystkim: rzymski system prawno-ustrojowy, kultura grecka i wiara chrześcijańska. Bez tych trzech elementów nie można sobie wyobrazić istnienia tego państwa, tylko ich synteza była w stanie stworzyć to zjawisko historyczne, które nazywamy Cesarstwem Bizantyjskim. Synteza ta stała się możliwa dzięki przesunięciu środka ciężkości państwa rzymskiego na wschód, co z kolei spowodowane było kryzysem, jaki przeżywało Cesarstwo Rzymskie w III w. Wynikiem tego przesunięcia była chrystianizacja Imperium Romanum i założenie nowej stolicy nad Bosforem. Te dwa wydarzenia, zwycięstwo chrześcijaństwa i ostateczne przeniesienie centrum państwa na zhellenizowany Wschód, wyznaczają początek ery bizantyjskiej.

Początkowe dzieje Bizancjum są tylko nowym etapem historii rzymskiej, a państwo bizantyjskie dalszą kontynuacją Imperium Romanum. Określenie „bizantyjski”, jest – jak wiadomo – wyrażeniem późniejszym i nawet nie było znane tym, których nazywamy Bizantyjczykami. Oni nazywali siebie Rzymianami, a ich władcy uważali się za cesarzy rzymskich, następców i spadkobierców dawnych rzymskich cezarów. Nazwa „Rzym” zachowała dla nich urok tak długo, jak długo istniało ich Cesarstwo, a tradycje państwa rzymskiego zawsze miały przemożny wpływ na tok ich myśli i na ich politykę. Rzymska koncepcja państwowości zapewniła spoistość temu, tak zróżnicowanemu etnicznie Cesarstwu, a idea rzymskiego uniwersalizmu określiła jego miejsce w otaczającym świecie.

Bizancjum, jako spadkobierca Cesarstwa Rzymskiego, dąży do tego, aby stać się jedynym cesarstwem chrześcijańskiego świata; stąd rości sobie pretensje do posiadania tych wszystkich ziem, które należały kiedyś do Orbis Romanus a następnie utworzyły składowe części chrześcijańskiej ekumeny. Pretensje te będą jednak stopniowo upadały wobec twardej rzeczywistości, ale nowe państwa, które w ramach chrześcijańskiej ekumeny utworzyły się na terenach dawnego Imperium Romanum obok Cesarstwa Bizantyjskiego, nie stanęły na równej z nim płaszczyźnie ani pod względem prawnym, ani kulturalnym. W wyniku tego wytworzyła się skomplikowana hierarchia państw, na szczycie której znalazł się władca bizantyjski, jako cesarz rzymski i głowa chrześcijaństwa. Osią – wokół której obracała się polityka Cesarstwa we wczesnej epoce bizantyjskiej – była walka o bezpośrednie panowanie nad Orbis Romanus, a w następnych stuleciach – walka o odzyskanie utraconej supremacji.

Wprawdzie Bizancjum świadomie zachowywało więź ze Starym Rzymem, wprawdzie z pobudek ideologicznych i ze względów politycznych podkreślało swoje uprawnienia do spuścizny po nim, jednak z upływem wieków, coraz silniej zaznaczały się różnice między dawnym a nowym Imperium. W ciągu średniowiecza bizantyjskiego grecyzacja czyniła szybkie postępy w dziedzinie kultury i języka a Kościół wywierał coraz to potężniejszy wpływ na życie społeczne w Bizancjum; równocześnie w wyniku ekonomicznej, społecznej i politycznej ewolucji wytwarzał się nowy ład ekonomiczno-społeczny, kształtował się odmienny system państwowy i administracyjny. Wbrew rozpowszechnionemu dawniej poglądowi, ewolucję państwa bizantyjskiego cechuje silny dynamizm. Wszystko tu znajduje się w ciągłym ruchu, ulega stałym zmianom i przebudowie. Cesarstwo Bizantyjskie pod koniec swej historycznej ewolucji nie ma już nic wspólnego z antycznym Imperium Rzymskim poza nazwą i tradycją.

We wczesnym okresie jest ono jednak faktycznie jeszcze Cesarstwem Rzymskim, a jego życie jest całkowicie przesiąknięte elementami rzymskimi. Ta faza, którą można nazwać zarówno wczesnym okresem bizantyjskim, jak i późnym rzymskim, należy zarówno do ewolucji rzymskiej, jak i do bizantyjskiej i obejmuje trzy pierwsze wieki historii bizantyjskiej lub trzy ostatnie historii rzymskiej. Jest to typowa epoka przejściowa, która prowadzi od Imperium Rzymskiego do średniowiecznego Cesarstwa Bizantyjskiego; stare formy rzymskie przeżywały się, nowe zaś formy – bizantyjskie – stopniowo umacniały się coraz silniej.

Początków państwa bizantyjskiego szukać należy w III w., w tym Cesarstwie Rzymskim, tak zmienionym przez kryzys, jaki przeżyło w ciągu tego stulecia. Upadek ekonomiczny zaznaczył się w owym okresie ze szczególną ostrością w zachodniej części Cesarstwa. Wschód okazał się silniejszy i bardziej odporny, to tłumaczy zarówno jego późniejszy rozwój, jak i bizantynizację. Kryzys w. III nie oszczędził jednak także i części wschodniej; był on zresztą wynikiem zmurszałego systemu politycznego i gospodarczego, groźnym zjawiskiem, które objęło swym zasięgiem cały teren ówczesnego państwa i któremu towarzyszyły silne wstrząsy społeczne i gospodarcze. W części wschodniej spadek zaludnienia nie był wprawdzie tak wielki, jak na Zachodzie, a dezorganizacja gospodarki miejskiej nie była tak kompletna, niemniej jednak tu, jak i tam, dawał się dotkliwie odczuć brak siły roboczej, a handel i przemysł były niemal zrujnowane. Kryzys III w. oznaczał koniec kultury antycznej, która była na wskroś kulturą miejską. Innym powszechnym objawem był stały wzrost latyfundiów. Na całym terytorium Cesarstwa rozwój wielkich majątków ziemskich odbywał się kosztem drobnej własności oraz domen państwowych. Następstwem upadku drobnych gospodarstw było coraz szersze przytwierdzenie chłopów do ziemi, a dokuczliwy brak siły roboczej przyspieszył jeszcze ten proces. Przytwierdzenie rolnika do gleby było zresztą tylko swoistą odmianą ogólnego prawidła, a mianowicie nierozerwalnego związania jednostki z jej zawodem. Prawidło to systematycznie wprowadzano w życie od czasów kryzysu III w. i w ten sposób konieczność ekonomiczna torowała drogę przymusowi państwowemu.

W trakcie zaburzeń wywołanych kryzysem upadł pryncypat rzymski i został zastąpiony przez dominat a ten z kolei stał się punktem wyjścia autokracji bizantyjskiej. Stary system municypalny miast rzymskich upadł zupełnie. Cala administracja została skoncentrowana w ręku cesarza i jego aparatu biurokratycznego. Aparat ten, poważnie rozwinięty, stał się prawdziwym kręgosłupem bizantyjskiego absolutyzmu. Magistratura rzymska ustąpiła miejsca biurokracji bizantyjskiej. Urząd cesarza przestał być najwyższą magistraturą a stał się władzą despotyczną, wywodzącą się z woli Boga a nie z woli ludu. Kryzys bowiem, który niósł tak ciężkie plagi i tak gorzkie doświadczenia, zapoczątkował erę wiary i skierował ogólną uwagę na sprawy pozaziemskie.

Jednakże pojęcie suwerenności ludu nie zaginęło całkowicie; senat, ludność miejska zorganizowana w demach, armia, reprezentowały jeszcze siłę polityczną, która była zdolna, zwłaszcza we wczesnym okresie bizantyjskim, do rzeczywistego ograniczania władzy cesarskiej. Stopniowo jednak znaczenie tych czynników, wywodzących się z rzymskiej przeszłości, zanika na rzecz wszechwładzy cesarskiej. Jednocześnie zaś w tym chrześcijańskim państwie coraz bardziej wzrastają wpływy Kościoła. We wczesnym okresie bizantyjskim cesarz uważał religię swoich poddanych, w myśl zasady rzymskiej, za część ius publicum i z tego tytułu sprawował nad Kościołem władzę quasi nieograniczoną. W średniowieczu jednak Kościół w Bizancjum, podobnie zresztą jak i na Zachodzie, stał się potężną instytucją, z którą władza świecka zmuszona była się liczyć. Konflikty między władzą świecką a Kościołem nie należały w Bizancjum do rzadkości i co więcej – przewaga nie zawsze była po stronie cesarza. Jednak antagonizm między tymi dwoma czynnikami nie jest cechą charakterystyczną Bizancjum; można tu mówić raczej o ścisłej wewnętrznej spójni, o współzależności ortodoksyjnego państwa i ortodoksyjnego Kościoła, współzależności, która czyniła z nich jak gdyby jeden państwowo-kościelny organizm. Znamienne jest ścisłe powiązanie interesów obu tych władz i ich zgodna współpraca w walce przeciw wszystkiemu co zagraża porządkowi, ustalonemu na świecie przez Boga, a walka prowadzona była bez względu na to z jakiej strony występowało niebezpieczeństwo: zewnętrznych bądź też wewnętrznych wrogów cesarza, czy też ze strony rozmaitych herezji podważających pozycję Kościoła. Ale taki sojusz poddawał nieuchronnie Kościół pod opiekę potęgi cesarskiej. Stąd w Bizancjum, we wszystkich okresach, przewaga władzy cesarskiej nad Kościołem była objawem typowym i można powiedzieć – nawet normalnym.

x

Nazwa „Rzym” zachowała dla nich urok tak długo, jak długo istniało ich Cesarstwo, a tradycje państwa rzymskiego zawsze miały przemożny wpływ na tok ich myśli i na ich politykę. Rzymska koncepcja państwowości zapewniła spoistość temu, tak zróżnicowanemu etnicznie Cesarstwu, a idea rzymskiego uniwersalizmu określiła jego miejsce w otaczającym świecie.

Rzymska koncepcja państwowości to to, co dziś nazywamy ideą zjednoczonej Europy, a rzymski uniwersalizm to po prostu dzisiejsze multi-kulti. I jedno i drugie determinuje sposób myślenia po obu stronach współczesnej barykady, czyli po stronie Zachodu i po stronie Wschodu.

Bizancjum, jako spadkobierca Cesarstwa Rzymskiego, dąży do tego, aby stać się jedynym cesarstwem chrześcijańskiego świata; stąd rości sobie pretensje do posiadania tych wszystkich ziem, które należały kiedyś do Orbis Romanus a następnie utworzyły składowe części chrześcijańskiej ekumeny.

Osią – wokół której obracała się polityka Cesarstwa we wczesnej epoce bizantyjskiej – była walka o bezpośrednie panowanie nad Orbis Romanus, a w następnych stuleciach – walka o odzyskanie utraconej supremacji.

Spadkobiercą Bizancjum jest Rosja, która w pełni przejęła ideologię i cele polityczne Bizancjum, tyle że realizuje je inną metodą niż Zachód.

Kryzys III w. oznaczał koniec kultury antycznej, która była na wskroś kulturą miejską. Innym powszechnym objawem był stały wzrost latyfundiów. Na całym terytorium Cesarstwa rozwój wielkich majątków ziemskich odbywał się kosztem drobnej własności oraz domen państwowych.

W jaki jednak sposób dochodziło do powstawania tych wielkich majątków? O tym pisał Kautsky:

„Mówiliśmy już o tym, że przejście Germanów do wyższego, niż ich pierwotny, sposobu produkcji, do rozwiniętego rolnictwa i rzemiosła miejskiego, uczyniło koniecznym rozwój odpowiadającego tej produkcji ustroju państwowego. Ale owo przejście dokonywało się za szybko, zwłaszcza w krajach romańskich, jak Włochy, Hiszpania i Galia, gdzie Germanowie zastali produkcję tę już gotową i mocno zakorzenioną u ludności tubylczej, tak że niepodobieństwem było dla nich rozwinąć nowe organy państwowe z samorodnej germańskiej formy ustroju. Funkcje państwowe przypadały teraz w udziale prawie wyłącznie kościołowi, który już w rozpadającym się cesarstwie wyrobił się na organizację polityczną jednoczącą ustrój państwowy. Kościół uczynił przywódcę Germanów, demokratycznego przełożonego ludu, wodza wojsk – monarchą; ale wraz z władzą panującego nad ludem, wzrosła i władza kościoła nad panującym. Stał się on w ręku kościoła kukłą, a kościół z nauczyciela – panem.

Średniowieczny kościół był w samej swej istocie organizacją polityczną. Dokąd on sięgał, dotąd sięgała władza państwa. Założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim przez jego panującego oznaczało nie tylko to, że wzmagano w ten sposób środki nauczania pogan wszelakich artykułów wiary oraz modlitw: dla osiągnięcia tylko tego celu ani Karol Wielki nie byłby rujnował frankońskich chłopów i wymordowywał tysięcy Sasów, ani też ci ostatni, tolerancyjni w rzeczach wiary, jak przeważnie poganie, nie byliby stawiali uporczywego oporu chrześcijaństwu przez lat dziesiątki aż do ostatecznego wyczerpania. Ale założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim oznaczało rozciągnięcie na ten kraj rzymskiego sposobu produkcji i wcielenie kraju do tego państwa, które biskupstwo to zakładało.”

A więc chrześcijaństwo, które dotarło do Polski drogą okrężną przez Czechy, było instrumentem do przyłączenia tych ziem do Cesarstwa Niemieckiego. W ten sposób Kościół posuwał się na wschód i tam zakładał przyczółki w postaci takich biskupstw. A więc powstawały one na ziemiach polskich i były wcielane do Cesarstwa. Może właśnie dlatego tak trudno, w zgodzie z obowiązującą narracją, ustalić przodków Piastów, bo mogłoby się okazać, że to… Niemcy, a ziemie polskie w tamtym czasie to część cesarstwa Niemieckiego.

Tak więc po upadku zachodniej części Imperium Rzymskiego funkcję organizacji państwowej na tym terenie przejął Kościół. W części wschodniej, w Bizancjum, państwo dominowało nad Kościołem. To była fundamentalna różnica, ale niewidoczna na zewnątrz. By konflikt pomiędzy obu częściami byłego Imperium stał się bardziej czytelny, doszło w 1054 roku do wielkiej schizmy wschodniej.

x

W blogu Krzyżowcy cytowałem izraelskiego analityka, który mówił:

„Nie jest ważne, że niektóre państwa UE nie są katolickie. Dla UE nie jest ważne czy ma do czynienia z kościołem grecko-katolickim, katolickim, protestanckim czy prawosławnym. Najważniejsze jest, by skupić wokół siebie tylko chrześcijańskie państwa. I dlatego UE to blok religijny, a NATO wydaje się być niczym innym tylko wojskiem rycerzy krzyżowców. Ja nie żartuję, mówię jak najbardziej poważnie. Przyjmowanie nowych członków w swe struktury wydaje się być krucjatą Świętego Rzymskiego imperium, której celem jest podporządkowanie sobie imperium Bizantyjskiego. Jeśli przyjrzeć się bliżej wszystkim głównodowodzącym wojsk europejskich i wszystkim sekretarzom generalnym NATO, to oni wszyscy, bez wyjątku, są rycerzami krzyżowymi. I dlatego UE jawi się jako blok religijny Świętego Rzymskiego Imperium, którego celem jest odtworzenie wielkiego katolickiego imperium. Sworzniem religijnym UE jest Watykan. Stolicą Kościoła katolickiego jest Watykan, który mieści się w granicach Rzymu. I tak mamy do czynienia z krucjatą Watykanu i UE z pomocą swojej armii krzyżowców, czyli NATO. Wszyscy mianowani oficerowie i generałowie są kawalerami mieczowymi, krzyżowcami. Są tam różne reguły i zakony, ale wszyscy są krzyżowcami.”

Zapomniał jednak dodać, że Rosja ma dokładnie ten sam cel, a jest nim podporządkowanie sobie całego chrześcijaństwa. I jeszcze raz cytowany wcześniej fragment:

„Bizancjum, jako spadkobierca Cesarstwa Rzymskiego, dąży do tego, aby stać się jedynym cesarstwem chrześcijańskiego świata; stąd rości sobie pretensje do posiadania tych wszystkich ziem, które należały kiedyś do Orbis Romanus a następnie utworzyły składowe części chrześcijańskiej ekumeny.”

Mamy więc taką sytuację, że obie przeciwstawne i walczące ze sobą strony mają ten sam cel. Różnica polega na tym, że Rosja realizuje go środkami religijnymi czy misyjnymi: na zdobytym terenie buduje cerkwie i osiedla prawosławnych. O tym w blogu Czyja religia, tego władza.

x

Autor w cytowanym dziele pisał:

„Dla zapewnienia możliwie jak najbardziej skutecznego zarządu państwem, którego granice były tak bardzo rozległe, dokonano podziału terytorium Cesarstwa i władzy cesarskiej. Zapożyczając instytucję współrządów, znaną już poprzednio. Dioklecjan stworzył czteroosobowe kolegium składające się z dwóch augustów i dwóch cezarów. Jeden z augustów panował nad wschodnią częścią Cesarstwa, drugi nad zachodnią; dobierali oni sobie współrządców, którzy nosili tytuły cezarów.”

Jak wynika z tego cytatu, podział Imperium Rzymskiego nastąpił w wyniku decyzji administracyjnej: dokonano podziału terytorium Cesarstwa i władzy cesarskiej. Ale kto tego dokonał? Mamy tu formę bezosobową. Czy zatem nieznani przełożeni? Podział był początkiem rozpadu. A jak doszło do połączenia tych tak różnych bytów jak Hellenowie i Latynowie?

Europa to dwie różne części. Zachodnia – półwysep, w dużym stopniu górzysty, rozwój w oparciu o miasta; wschodnia – wielki, płaski obszar, dogodny do powstawania rozległych latyfundiów, rozwój w oparciu o rolnictwo. Na styku tych dwóch, tak różnych światów, znajduje się strefa przejściowa, obszar, na którym często dochodzi do kolizji tych dwóch części Europy. Tę strefę o zmiennych granicach nazywa się często Polską. Czy w takich warunkach może powstać normalne państwo, czy raczej jego karykatura?

Prowokacja gliwicka bis?

W nocy z wtorku na środę 15/16 lipca została zaatakowana „polska” fabryka w Winnicy. Ukraińcy twierdzą, że to Rosjanie, ale czy rzeczywiście? Tego zapewne nie dowiemy się, ale jeśli odwołamy się do rzymskiej zasady dochodzenia karnego IS FECIT, CUI PRODEST – uczynił ten, dla kogo to było korzystne, to wówczas podejrzanymi staną się Ukraińcy. Prowokacja polega właśnie na tym, by podejrzenie skierować na stronę, która tego nie zrobiła, by oskarżający mogli odnieść jakieś korzyści. Te korzyści, z punktu widzenia Ukraińców czy może raczej ich nieznanych przełożonych, to wciągnięcie Polski do wojny na Ukrainie. Siłą rzeczy narzuca się tu skojarzenie z prowokacją gliwicką. Wikipedia tak m.in. o niej pisze:

„Prowokacja gliwicka (niem. Überfall auf den Sender Gleiwitz) – niemiecka operacja dywersyjna typu false flag przeprowadzona 31 sierpnia 1939 roku o godz. 20:00 na niemiecką radiostację w Gliwicach (ówczesnych Gleiwitz). Atak, sfingowany przez Niemców, miał sprawiać wrażenie działań podjętych przez Polaków i został wykorzystany przez niemiecką propagandę jako główny „dowód polskich prowokacji”. Wydarzenie to miało dostarczyć Hitlerowi pretekstu do inwazji na Polskę.

Podpisanie 23 sierpnia 1939 roku paktu Ribbentrop-Mołotow oraz ustalenie kolejnego podziału Polski kończyły dyplomatyczne przygotowania Niemiec do wojny z Polską. Pozostała jeszcze kwestia sojuszu Polski z Francją i Wielką Brytanią. Niemcy, obserwując rosnący serwilizm Zachodu, liczyły na to, że rządy francuskie i brytyjskie także w przypadku Polski zdecydują się na „pokój za wszelką cenę”. Niemniej jednak, aby te państwa mogły poczuć się usprawiedliwione z niewywiązania się z zobowiązań traktatowych wobec Polski, Niemcy wywoływały liczne incydenty, nie tylko graniczne, obarczając winą Polskę. Kluczową rolę miały odegrać trzy zainscenizowane incydenty w rejonach nadgranicznych Górnego Śląska 31 sierpnia 1939 roku.”

Chciałoby się powiedzieć, że historia dzieje się na naszych oczach. Odnoszę wrażenie, że to już jest the final countdown, czyli końcowe odliczanie. Jednocześnie dochodzi do różnych prowokacji ze strony ukraińskiej. Leszek Sykulski w swoim komentarzu z dnia 17 lipca m.in. mówił:

16 lipca Rada Werchowna Ukrainy przyjęła ustawę, która jest agresywnym uderzeniem w prawdę historyczną. Jest próbą relatywizacji historii, jest próbą zrównywania katów z ofiarami. O co chodzi? Chodzi o operację „Wisła”. Chodzi o akcję pacyfikacyjną wobec band tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii. Ta operacja została przeprowadzona w latach 1947-50 i była operacją przeciwko zbrodniarzom, ludobójcom z band UPA i OUN. Operacja „Wisła” była akcją wojskową wymierzoną przeciwko zbrodniarzom ukraińskim. Chodziło o odcięcie walczących band UPA od naturalnego zaplecza, jakie dawała tym bandom ludność ukraińska zamieszkująca tereny Rzeczypospolitej Polskiej. I tutaj warto zauważyć, że wojsko polskie nie dopuszczało się żadnych zbrodni, tylko doprowadziło do relokacji ludności ukraińskiej zamieszkującej wschodnie tereny Rzeczypospolitej na ziemie zachodnie, tak aby odciąć bandy UPA od naturalnego zaplecza. I to była operacja samoobrony ludności polskiej i odradzającego się państwa polskiego, takiego jakie było wtedy. Natomiast to, co zrobił parlament Ukrainy, to jest uderzenie w prawdę historyczną. Okazuje się, że to zaplecze dla band UPA zostało nazwane ofiarami deportacji i, co więcej, mamy do czynienia z wielkim oburzeniem części deputowanych do Werchownej Rady, że do dzisiaj nie zostały np. wypłacone odszkodowania, bo i takie głosy zdarzają się.

Oksana Sawczuk, deputowana do Werchownej Rady, komentując tę ustawę, napisała bardzo niebezpieczną rzecz. Użyła określenia, które jest ewidentnym rewizjonizmem historycznym. „To pierwsze oficjalne uznanie przez państwo ukraińskie historycznej niesprawiedliwości wobec deportowanych Ukraińców z naszych ziem etnicznych decyzjami ZSRR i Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1944-51.”

Czy nie są to zawoalowane roszczenia wobec państwa polskiego? Dziś, kiedy Ukraina jest zaangażowana w konflikt z Rosją, wydaje się to jeszcze nie na tyle groźne, aby państwo polskie, najważniejsze instytucje podejmowały stanowcze działania, ale moim zdaniem, jeśli tego typu kwestie nie będą natychmiast prostowane, nie będzie natychmiastowej reakcji państwa polskiego, najważniejszych instytucji, nie będzie twardej reakcji na tego typu zawoalowane roszczenia terytorialne, to za kilka lat, niestety, obudzimy się w zupełnie nowej rzeczywistości geostrategicznej. Bo pamiętajmy, że Ukraina wojnę z Rosją już przegrała, to jest tylko pytanie, w jakich granicach pozostanie państwo ukraińskie. Szans na to, aby Ukraina odzyskała Krym, Donbas itd., nie daje nikt poważny. Jak będzie wyglądała sytuacja, nastroje społeczne na Ukrainie po przegranej wojnie? Czy nie wzrośnie tam radykalizm? Wiemy, że przy braku sprzeciwu państwa polskiego rozwija się szowinizm ukraiński, który jest budowany na kulcie ludobójców na narodzie polskim, Bandery, Szuchewycza, band UPA, OUN i tak dalej. Czy to się nie pogłębi, czy nie dojdzie do roszczeń terytorialnych wobec państwa polskiego? Czy nie dojdzie do wzmocnienia nastrojów antypolskich na Ukrainie? A wiemy doskonale, że już w tych sondażach, które są robione i upubliczniane, stosunek do państwa polskiego i Polaków bardzo mocno się zmienił w ciągu ostatnich lat, mimo tej ogromnej pomocy, której Polska udzieliła Ukrainie, szacowanej na blisko 5% PKB. Czy nie dojdzie do zmiany sojuszy? Czy Ukraina pozbawiona twardych gwarancji ze strony Zachodu, bo takich gwarancji nie będzie, nie zwróci się ku Rosji? Czy Polska i naród polski nie zostaną oskarżone o współwinnych albo winnych przegranej Ukrainy? Moim zdaniem taki scenariusz, jeden z możliwych, należy jak najbardziej brać pod uwagę.

x

Czy w normalnych reakcjach międzypaństwowych można sobie wyobrazić taką sytuację, że państwo, które praktycznie wszystko oddaje w ramach pomocy i dodatkowo jeszcze przeznacza na tę pomoc jedną czwartą swego dochodu sąsiedniemu państwu, spotyka się z taką wrogością ze strony władz tego państwa i części jego obywateli? Wydaje się to niemożliwe, a jednak tak się dzieje. W 1928 roku nawiedziło Bułgarię silne trzęsienie ziemi. Było wiele ofiar. Rząd polski zaangażował się wtedy bardzo w pomoc rządowi bułgarskiemu i ludności, która ucierpiała na skutek tego trzęsienia. W dowód wdzięczności rząd bułgarski podarował państwu polskiemu działkę w Złotych Piaskach. Powstał tam ośrodek wypoczynkowy i w czasach PRL-u każdy mógł tam pojechać i za półdarmo wylegiwać się nad ciepłym morzem. Każdy, kto wiedział, a tych było niewielu. Niemniej jednak gest rządu bułgarskiego był wymowny. Podobnie było po 1956 roku, po wydarzeniach w Budapeszcie. Węgrzy do dziś pamiętają. A teraz jakiś anglosaski przydupas odwołuje ambasadora z Budapesztu.

Akcja „Wisła” była dziwną akcją. Sykulski powtarza ogólnie przyjętą narrację: Chodziło o odcięcie walczących band UPA od naturalnego zaplecza, jakie dawała tym bandom ludność ukraińska zamieszkująca tereny Rzeczypospolitej Polskiej. Takie tłumaczenie nie trzyma się kupy, jak się mówi potocznie, albo jest nielogiczne, gdyby chciało się być bardziej formalnym. W wyniku tej akcji przesiedlono 480 tys. ludzi. Przesiedlano również ludność z terenów, na których UPA nie działała. Siły UPA to 1772 osoby dysponujące bronią i aktywne w walce. Siły polskie to 20 tys. żołnierzy plus oddziały Wojsk Ochrony Pogranicza, MO, ORMO i Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Po trzech miesiącach działania GO (Grupa Operacyjna) „Wisła” siły zbrojne UPA zmniejszyły się z 2402 do 563 osób. Można więc powiedzieć, że problem band UPA został rozwiązany, bo te niedobitki też pewnie później zostały zneutralizowane. Po co więc były te przesiedlenia? Między innymi po to, by dzisiaj niektórzy mogli mówić o wielkich krzywdach, jakie im wyrządzono, przenosząc ich z lepianek i kurnych chat do Europy zachodniej, do nowoczesnych mieszkań i domów z centralnym ogrzewaniem, bieżącą wodą i wszelkimi innymi udogodnieniami, jakimi wówczas dysponowała ludność tej części Europy. Tak tworzy się nigdy nie kończący się konflikt.

Sykulski nie wyklucza też scenariusza, w którym dochodzi do odwrócenia się Ukrainy od Europy i zwrot ku Rosji. Czy zatem miałby powtórzyć się scenariusz z 1654 roku, w którym doszło do ugody perejasławskiej. Na skutek umowy pomiędzy Bohdanem Chmielnickim a Wasylem Buturlinem, pełnomocnikiem cara, Ukraina została poddana władzy cara. Akt tej ugody był pretekstem do zajęcia przez Rosję ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Resztę, czyli ziemie dawnej Korony, począwszy od roku 1655, zajęli Szwedzi. Ostatecznie skończyło się tym, że cała Ukraina zadnieprzańska stała się częścią Rosji, a reszta pozostała przy Rzeczypospolitej.

Ostatnio jeden z amerykańskich generałów oświadczył, że NATO zamierza zająć Okręg Królewiecki czy Kaliningradzki, jak mówią Rosjanie. Okręg ten to typowa esklawa. W czasach Związku Radzieckiego był ważnym strategicznie przyczółkiem. Obecnie wydaje się, że Rosja jest w stanie z niego zrezygnować w zamian za większe korzyści terytorialne na Ukrainie. Czy chodzi o to, by doszło do połączenia polskiej i rosyjskiej części byłych Prus Wschodnich w jedną całość? Skąd taka deklaracja amerykańskiego generała w sytuacji, gdy Stany Zjednoczone wycofują się z Europy, przynajmniej oficjalnie?

Sykulski stwierdził, że Ukraina wojnę z Rosją już przegrała. A skoro tak, to po co „polski” rząd dąży do tego, by wojsko polskie zostało zaangażowane w tę przegraną wojnę? Czy nie po to, by można było później oskarżyć Polskę o awanturnictwo, brak odpowiedzialności i o wszystko inne, co tylko można sobie w takiej sytuacji wyobrazić. W ten sposób „państwo” to będzie można poddać takiej obróbce, jaka będzie konieczna w stosunku do zaistniałej sytuacji.

Rozbicie dzielnicowe, do którego dochodzi w tym samym czasie na ziemiach polskich i na Rusi Kijowskiej było wynikiem, jak sądzę, pewnej decyzji wielkich tego świata. I Rzesza zgadza się na koronację Łokietka i tak powstaje Zjednoczone Królestwo Polskie (Wielkopolska i Małopolska), czyli, w odróżnieniu od księstwa, podmiot suwerenny, przynajmniej oficjalnie suwerenny. Natomiast książętom moskiewskim, jednoczącym ziemie ruskie, „nie udaje się” to w przypadku ziem, które „zjednoczą” nic nie znaczący, dzicy książęta litewscy. Tak wydzielone z I Rzeszy i z byłej Rusi Kijowskiej ziemie zostają połączone na mocy unii personalnej w związek, który później, na mocy unii realnej, stanie się jednym „państwem” i Wielki Książę Litewski – Jagiełło zostaje królem Polski. Uzasadnieniem tego połączenia miało być rzekome zagrożenie krzyżackie. Od tego momentu Rosja cały czas rości sobie prawo do ziem, które były uprzednio częścią Rusi Kijowskiej, a I Rzesza finansuje wojny na wschodzie tego niby państwa, jak choćby w przypadku wypraw Batorego, które finansowało jedno z księstw I Rzeszy. I tak to się toczy do dziś. I dlatego tu nigdy nie było i nie będzie normalnie.

Wystawa

W dniu 11 lipca w muzeum w Gdańsku została otwarta wystawa zatytułowana „Nasi chłopcy mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w III Rzeszy”. Odnosi się to do tych mieszkańców, którzy służyli w armii III Rzeszy. Problem polega na tym, że oburzenie zostało wywołane użyciem słów „nasi chłopcy” które jest zarezerwowane dla żołnierzy Września, obrońców Westerplatte, żołnierzy AK, ale nie dla żołnierzy Wehrmachtu. Mamy tu do czynienia z testowaniem polskiej odporności psychologicznej, z testowaniem instytucji instytucji państwa polskiego w zakresie stosowania przemocy symbolicznej. – mówił Leszek Sykulski w swoim komentarzu z dnia 11 lipca. Poniżej fragmenty jego komentarza.

To jest niewyobrażalny skandal, próba relatywizacji historii, to jest próba wybielania zbrodni niemieckich. To jest proces, który można nazwać elementem przemocy symbolicznej. To jest ewidentne narzucenie pewnej interpretacji historii. Mamy redefiniowane granice wspólnoty. „Nasi chłopcy” to żołnierze września września 1939, obrońcy Westerplatte, powstańcy warszawscy, a nie żołnierze Wehrmachtu. Mamy tu redefinicję symbolicznej wspólnoty: nasi chłopcy, zamiast – wrogowie; zdrajcy, zamiast – ofiary. Bo przecież tak można określić ludzi siłą wcielonych do Wehrmachtu, jako ofiary, ale nie – nasi chłopcy. Jest to świadomy element polityki Niemiec i lobby niemieckiego w Polsce. Ale nie pierwszy to taki przypadek.

5 lipca tego roku w oddziale Instytutu Pileckiego w Berlinie doszło do gorszących scen. Niejaki Peter Oliver Loew z Deutsches Polen Institut opowiadał o projekcie Domu Polskiego, a konkretnie o pewnej ekspozycji w Domu Polskim w Berlinie, Domu, który ma być wybudowany w miejscu tego głazu, który Niemcy postawili. Ta ekspozycja miałaby zaakcentować kwestie rzekomej współwiny Polaków za holokaust. Niemcy prowadzą świadomą politykę rozmywania win, próbują relatywizować historię. To są działania skoordynowane.

Te działania nasilają się w okresie 80-tej rocznicy zakończenia II wojny światowej i 80-tej rocznicy powrotu Polski na ziemie zachodnie i północne. Nie da się nie zauważyć, że ten powrót na te ziemie jest traktowany przez władze Rzeczypospolitej Polskiej po macoszemu. Niezwykle skromnie wyglądają obchody powrotu Polski na te ziemie. Widać tu próbę eksponowania niemieckiej przeszłości tych ziem. I to dzieje się na bardzo wielu płaszczyznach. Przypomnę tylko, że całkiem niedawno doszło do skandalu na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie Aula Leopoldina, uznawana przez wielu za najpiękniejszą salę Uniwersytetu Wrocławskiego, została potraktowana w taki sposób, że zniknął z jej ścian Orzeł Biały, za to umieszczono tam portret króla Prus Fryderyka II, który był jednym z inicjatorów rozbiorów Rzeczypospolitej. To są, niektórzy powiedzieliby – drobne sprawy, drobne elementy – ale jest to właśnie to, z czego jest tkanina przemocy symbolicznej. W ten sposób, jeśli połączy się te kropki, to widać ewidentnie celowe działania, papierki lakmusowe, w jaki sposób państwo polskie, władze samorządowe czy władze państwowe, czy służby specjalne reagują bądź też nie reagują na tego typu działania. Niemcy sprawdzają, na ile mogą sobie pozwolić. Widzimy z jaką swobodą żołnierze Bundeswehry poruszają się po terytorium państwa polskiego. Wszystko to niby w kontekście tej osłony węzła logistycznego w Rzeszowie-Jasionce. Ministerstwo Obrony Narodowej oficjalnie potwierdziło, że Bundeswehra stacjonuje w Polsce w związku z ochroną węzła logistycznego w Rzeszowie-Jasionce. Faktem jest jednak, że niemieckie samochody i żołnierze są widoczni nie tylko na terenie województwa podkarpackiego czy autostrady do lotniska Rzeszów-Jasionka, ale są widoczni w Warszawie i w innych miastach Polski. To jest takie oswajanie społeczeństwa polskiego z widokiem tych żołnierzy.

To jest proces przyspieszania federalizacji unii europejskiej, przekształcenia Europy ojczyzn w państwo federalne, super państwo europejskie.

x

Rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana. Państwo, które podbija inne i zajmuje jego teren, staje się od tego momentu suwerenem na danym terenie i ono stanowi prawo, a jego ludność musi się mu podporządkować. Nikt nie idzie na wojnę z własnej woli, bo wie, że szansa przeżycia jest niewielka i szczęśliwi są ci, którzy z niej wracają. Niemcy wcielali do wojska nie tylko ludzi z Pomorza czy Wielkopolski. Również czynili to w Generalnej Guberni. Tam jeden mężczyzna z każdej wsi stawał się żołnierzem Wehrmachtu. Tego doświadczył jeden z dalekich kuzynów mojej rodziny. Dotarł z wojskiem niemieckim pod samą Moskwę i przez lornetkę oglądał miasto.

Proces oskarżania ludności polskiej o współudział w holokauście nie jest czymś nowym i już dawno temu zapoczątkowali to Żydzi. Można oczywiście wmawiać światu, że Polacy, którzy nie mieli własnego państwa i byli pod niemiecką okupacją, że oni budowali obozy koncentracyjne, ale w jaki sposób to było możliwe, tego nikt nie tłumaczy, a w dobie sztucznej inteligencji wszystko można ludziom wmówić. I jak ona powie im, że Ziemia jest łaska, to uwierzą.

We Wrocławiu na uniwersytecie zdjęto w jednej z sal godło państwowe i zastąpiono je portretem króla Prus. Z kolei żołnierze Bundeswehry panoszą się po całej Polsce. Można oczywiście, jak czyni to Sykulski, sugerować, że chodzi tu o działania związane z tworzeniem superpaństwa europejskiego, ale chyba nikt poważny nie uwierzy w tego typu tłumaczenie. Jest to przede wszystkim dowód na to, że państwo polskie istnieje już tylko na papierze. No bo jeśli ktoś zdejmuje jego godło ze ściany uniwersytetu i władze tego państwa nie reagują, to czyż trzeba lepszego dowodu? No, jest nim niewątpliwie też obecność wojska niemieckiego na terytorium tego państwa, w sytuacji, gdy wojsko polskie w zupełności wystarczyłoby do wykonywania tych zadań, które realizuje na jego terenie Bundeswehra.

Jakieś kilkanaście lat temu dokonano korekty granicy województwa warmińsko-mazurskiego. Powiat olecki, należący do województwa podlaskiego, włączono do warmińsko-mazurskiego. I w ten sposób województwo to ma obecnie na terenie Polski historyczne granice Prus Wschodnich. To jeszcze jeden z dowodów na to, że przygotowania do przejęcia ziem zachodnich przez Niemcy trwają od dawna. Jest to proces powolny, ale dokonywany konsekwentnie małymi kroczkami. Prędzej czy później do tego dojdzie i trzeba będzie to jakoś wytłumaczyć światu. Jednak jakoś tak dziwnie nikt o tym w Polsce nie mówi, jest to temat tabu. Czy dlatego, że Niemcy to nasz „sojusznik”? Inna sprawa, że bez wojny na Ukrainie nie byłoby to możliwe.

Pożary

Przelała się ostatnio przez Polskę fala pożarów, o których większość komentujących w internecie wypowiedziała się jednoznacznie, sugerując, że były to podpalenia. Cytowano przy okazji wypowiedź ukraińskiej aktywistki, Natalii Panczenko, mieszkającej w Polsce. W lutym tego roku w wywiadzie dla ukraińskiego Kanału 5 powiedziała:

„Prowadzenie retoryki antyukraińskiej w Polsce może skończyć się walkami ulicznymi na tle narodowościowym. To przede wszystkim ogromne niebezpieczeństwo dla Polaków i rozumiem, że oni rozumieją, bo dziś, kiedy to co 10 mieszkaniec Polski jest Ukraińcem, to wzrastanie wrogości między Ukraińcami a Polakami jest bardzo niebezpieczne, zwłaszcza dla Polski. Ponieważ na terytorium Polski zaczną się walki, bo na terytorium Polski rozpoczną się podpalenia sklepów, domów i tak dalej.”

Jaką antyukraińską retorykę miała na myśli Panczenko? Polska, jako państwo, już wszystko oddała Ukrainie, obywatele Ukrainy są w Polsce wyjątkowo przychylnie traktowani, mogą nawet po jednym dniu pracy dostać uprawnienia emerytalne. To ewenement na skalę światową. Gdzie jest zatem ta antyukraińska retoryka? – To domaganie się przez niektóre środowiska przeprosin za rzeź wołyńską oraz pozwolenia na ekshumację ofiar tej zbrodni. Na jedno i na drugie strona ukraińska nie zgadza się. Mamy więc idealny pretekst do jątrzenia po obu stronach. By to zrozumieć, to trzeba zacząć od początku.

Już parę razy zamieszczałem ten cytat:

Powieść minionych lat z 1143 roku, historia wschodnich Słowian, najsłynniejszy zabytek ruskiego piśmiennictwa, wiąże powstanie ich państwa z Waregami: “i zaczęli rządzić się sami, i nie było wśród nich prawdy, i klan stanął przeciw klanowi, i mieli spory, i zaczęli walczyć ze sobą. I powiedzieli sobie: szukamy księcia, który by nami rządził i sprawiedliwie sądził. I przeprawili się przez morze do Waregów, do Rusi (…). Powiedzieli: nasza ziemia jest wielka i obfita, ale nie ma w niej porządku, chodź panować nad nami. I wybrano trzech braci (…). Najstarszy Ruryk siedział w Nowogrodzie, a drugi Sineus na Biełoozierze, a trzeci Truvor w Izborsku. I od tych nazwano ziemię ruską.”

A więc wschodni Słowianie są kłótliwi, wredni, zawistni. Tak oni sami siebie zdefiniowali, a ja tylko to powtarzam, żeby nikt mi nie zarzucił stronniczości czy uprzedzenia do Słowian wschodnich. W słynnej już dziś komedii Sami swoi Kargul i Pawlak byli Polakami, ale tak naprawdę byli Ukraińcami. Film powstał w czasach PRL-u, czyli państwa, którego ustrojem był narodowy socjalizm: jedno państwo, jeden naród, jeden przywódca (partia).

Od kiedy istnieje naród polski? Czy mógł istnieć za Piastów, skoro język polski w formie literackiej stworzono dopiero w okresie reformacji? Czy szlachta była narodem polskim, skoro ona sama twierdziła, że pochodziła od Sarmatów? A poza tym miała ona żydowskie korzenie. Bo jak wytłumaczyć fakt, że podzieliła się swoimi herbami z litewskimi i rusińskimi bojarami. Rzecz niebywała w tej warstwie w innych państwach. To skutkowało również jej nadmierną liczebnością (około 8-10% ogółu ludności) w stosunku do innych państw europejskich (1-2% w Anglii i Francji). I to również rzecz wyjątkowa w Europie. Rzeczpospolita Obojga Narodów to twór, w którym narodem, ale nie polskim, była szlachta, a chłopi byli niewolnikami i jako tacy narodu utworzyć nie mogli. Skarlałe mieszczaństwo było przeważnie żydowskie lub niemieckie i nie miało na nic wpływu.

Rozbiory Rzeczypospolitej i napływ amerykańskiego zboża do Europy zachodniej skutkują stopniową marginalizacją i pauperyzacją stanu szlacheckiego. Pojawia się potrzeba stworzenia nowego, teraz już polskiego, narodu. Cały XIX-ty wiek to jego tworzenie na terenie byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli na Kresach. W tym czasie chłopi na ziemiach polskich są nadal niewolnikami. Pod koniec XIX-go wieku mamy już tam gotowy naród polski. A więc Polak to mieszkaniec Kresów, katolik wywodzący się z nie w pełni wykształconych w sensie narodowościowym i językowym wschodniosłowiańskich społeczności. Tam narodził się Polak-katolik, w opozycji do prawosławnego. To tam, na Kresach, powstawała głównie literatura polska i to tam kształtowała się inteligencja polska, która zdominowała państwo powstałe po I wojnie światowej. Czy zatem korzeni zjawiska zwanego polskim piekiełkiem nie tam należy szukać?

W latach 1937-38 rząd II RP przeprowadził na Wołyniu akcję konwertowania tamtejszej ludności na katolicyzm. W ten sposób kilkanaście tysięcy osób stało się Polakami, no bo jak katolik na Kresach, to musi być Polak. I dlatego UPA mogła wymordować tych ludzi jako Polaków.

Po II wojnie światowej przesiedlano na ziemie poniemieckie mniejszości kresowe, najwięcej Ukraińców, i tych Polaków, których stworzono uprzednio z części ludności zamieszkującej te Kresy. By doszło do wykreowania takiego narodu, to oprócz uczenia tych ludzi języka polskiego i konwertowania ich na katolicyzm, trzeba było zapewne stosować jakieś zachęty materialne bądź w postaci awansu społecznego. To nie mogło spodobać się pozostałym. Pewnie zadziałał tu podobny mechanizm jak w przypadku szlachty rusińskiej i litewskiej w I RP, gdyż ci, którzy stali się posłami i senatorami I RP mieli większe przywileje niż pozostali i to właśnie było podłożem wszystkich konfliktów na Ukrainie w czasach I RP.

Konflikty ze wschodu, z Kresów, zostały przeniesione na teren obecnej Polski. Spór o Wołyń jest faktycznie sporem ukraińsko-ukraińskim, co nie przeszkadza wykorzystywać go do destabilizowania III RP. Kilka dni temu odbył się w Warszawie Marsz Pamięci Rzezi Wołyńskiej. Można było zobaczyć tam osobnika w czarnym T-szercie z napisem: „Jeb… UPA i Banderę”. Kto zleca produkcję takich koszulek? Kto je produkuje? Kto je zakłada? Są to działania nastawione na eskalację konfliktu. Po jednej i po drugiej stronie barykady są pewnie ludzie przez kogoś opłacani.

Czy mogą żyć w Polsce rodziny pomordowanych na Wołyniu? Wydaje się to mało prawdopodobne, bo oprócz akcji „Wisła” przeprowadzono równolegle w Związku Radzieckim podobną akcję, wysiedlając ludność z tamtych terenów w głąb radzieckiej Azji.

Emocje są złym doradcą, ale to właśnie na nich bazuje władza, która sztucznie eskaluje ten konflikt. Z drugiej strony dziwi postawa Ukraińców, którzy oskarżani o dokonanie rzezi wołyńskiej, nie chcą wykorzystać argumentu, który nasuwa się w sposób niejako naturalny, czyli rzezi galicyjskiej. Zastanawiające? A może wcale nie! Bo wiedzą, kim byli jej sprawcy.

Alternative für Polen

W niedzielę 6 lipca Tomasz Piekielnik zamieścił na swoim kanale komentarz na temat bieżącej sytuacji w Polsce i nakreślił scenariusz, który, jego zdaniem, może zostać zrealizowany w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Poniżej wybrane fragmenty.

Czy Polska jest skazana na bycie zamorską kolonią Stanów Zjednoczonych? – pyta Piekielnik. Co miałoby się wydarzyć w ciągu najbliższych dwóch lat, by do tego doszło?

Wybory prezydenckie

Wkrótce zaprzysiężenie prezydenta Karola Nawrockiego. Gdyby jednak Koalicja Obywatelska chciała zanegować ten wybór, to mielibyśmy do czynienia z bojkotem wyborów prezydenckich. Ale jeśli wszystko pójdzie po myśli połowy narodu, to złoży on przysięgę i obejmie Urząd Prezydenta RP. Piekielnik twierdzi, że Nawrocki jest przychylny Stanom Zjednoczonym. Jest kandydatem PiS-u, a konkretnie środowiska PiS-u, który bardziej opowiada się za sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi niż unią europejską, ale oba środowiska, czyli PO-PiS, opowiadają się albo za jednym, albo za drugim. Jak jednak znaleźć prawdziwych sojuszników? – Tu Piekielnik wskazuje środowiska związane z Grzegorzem Braunem.

Co takiego miałoby się zdarzyć, by za jakieś dwa lata okazało się, że Polska jest zależna od Stanów Zjednoczonych?

  • po pierwsze – zaprzysiężenie Karola Nawrockiego
  • po drugie – obalenie rządu Donalda Tuska

To obalenie rządu, podanie się go do dymisji lub nawet przyspieszone wybory – to wszystko, to jest bardzo realny scenariusz. Być może na jesień tego roku lub na wiosnę – przyszłego.

W Polsce dzieje się bardzo źle. Mamy demontaż praworządności, demontaż aparatu władzy. Donald Tusk sprawia wrażenie, jakby chciał pozbyć się władzy. Jeśli dojdzie do stworzenia nowego rządu, to w większości będzie on składał się z ludzi Pis-u, czyli rządów Jarosława Kaczyńskiego i Waszyngtonu.

Kolejny temat

Polska a Ukraina, Polska a Niemcy – to wszystko sprowadza się do tego, że możemy stać się pionkiem w sprawach polsko-niemieckich i polsko-ukraińskich, że nie będziemy mogli mówić własnym głosem, tylko będziemy mieli głos podstawiony z Waszyngtonu i Tel Awiwu.

Co takiego musi się wydarzyć na arenie międzynarodowej, by Polska stała się zależna od Stanów Zjednoczonych i Izraela?

  • po pierwsze dedolaryzacja, spór o hegemonię na świecie pomiędzy BRICS i Stanami Zjednoczonymi
  • wojna na Ukrainie i Bliskim Wschodzie to przejaw rywalizacji BRICS i Stanów Zjednoczonych
  • terytoria zaborcze to dostarczyciel rekruta

Jeszcze jeden wątek – unia europejska

Czy unia europejska odpuści Polskę? Jeśli tak się stanie, to wtedy wprowadzą się tutaj kontrolerzy ze Stanów Zjednoczonych, zarządzający ze Stanów Zjednoczonych. Kiedy zatem unia może odpuścić? Kiedy uzna, że nie ma już żadnych szans na reanimację siły politycznej tego obozu, obozu europejskiego, czytaj: pan Donald Tusk, pan Rafał Trzaskowski, pan Szymon Hołownia.

Końcowy wniosek

Uważam, że nie jesteśmy daleko od tego, aby Bruksela odpuściła Polskę na rzecz Stanów Zjednoczonych. Zapewne nie uczyni tego za darmo. W polityce, w interesach nic za darmo nie ma. Bruksela będzie oczekiwać od Stanów Zjednoczonych czegoś w zamian. I co to może być to „w zamian”? A co jeśli to coś „w zamian” dotyczy wojny na Ukrainie? Co, jeśli Bruksela, Berlin powie: odpuszczamy Polskę, niech tu będą wpływy amerykańskie, izraelskie, żydowskie, ukraińskie, ale w zamian Waszyngtonie odpuszczasz domaganie się jakiejś wysługi, którą miałeś na myśli – wojsk Europy zachodniej w wojnie przeciwko Rosji. Niech tym się zajmie Polska. To jest cena, którą zapłacić, być może, będą musieli Polacy za targ dobity pomiędzy Europą zachodnią a Stanami Zjednoczonymi. Oczywiście wszystko w asyście Izraela.

Jakie mogą być jeszcze palny dla Polski? Oby żadne! A to, że są, nie mam złudzeń. Plany mogą być takie, by tu reaktywować koncepcję Polin, ale teraz w wydaniu Ukro-Polin.

x

Noch ist Polen nicht verloren. (Jeszcze Polska nie zginęła.) Jeszcze nie zginęła, jak sugeruje Piekielnik, ale może zginąć. Z kolei napis na jego T-shircie: „I’ve got Georgia on my mind”, pod nim mapa stanu i niżej: „Atlanta” – czy to jest jakiś przekaz, czy przypadek? I’ve got Poland on my mind? Georgia to stan w USA. Wikipedia tak pisze:

„Georgia – stan w południowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, największy na wschód od Missisipi. Nazwa stanu została nadana na cześć króla Wielkiej Brytanii Jerzego II Hanowerskiego (ang. George II).”

A więc Piekielnik mówi otwartym tekstem, że wyjście Polski z unii jest możliwe, bo jeśli Stany Zjednoczone zaczną tu rządzić, to unii nie pozostanie nic innego, jak tylko wypchnąć Polskę ze swoich struktur. Ja jednak twierdzę od samego początku wojny na Ukrainie, że wybuchła ona po to, by mogło dojść do połączenia części Polski z zachodnią Ukrainą. Ponieważ Ukraina nie jest w unii, to w takiej sytuacji jej połączenie z Polską nie jest możliwe. By do tego mogło dojść, to Polska musi wyjść z niej. Chodzi też o to, jak stwierdził Piekielnik, by Polskę wciągnąć do wojny na Ukrainie. Nie dodał jednak, że chodzi przede wszystkim o to, by Niemcy odzyskały swoje byłe ziemie wschodnie. Na takie stwierdzenie Piekielnik, ani nikt inny, na razie nie ma przyzwolenia. Niemniej jednak gotowanie żaby na wolnym ogniu weszło w nowy etap.

Mówienie o jakimś niepodległym państwie polskim na tym terenie pomiędzy Rosją i Niemcami jest jakimś nieporozumieniem, mówiąc najdelikatniej. Polska piastowska była częścią I Rzeszy, o czym pisałem w blogu1025. Karków był wówczas miastem niemieckim, a warszawski Mariensztat nie bez powodu tak się nazywa. Unia personalna z Litwą i w konsekwencji unia lubelska to włączenie ziem polskich do Europy wschodniej i zdominowanie ich przez Słowian wschodnich pozostających pod żydowskim nadzorem. I RP to twór państwowo-podobny, pośmiewisko Europy. O żadnej niepodległości nie mogło być tam mowy, skoro rządziła nim dynastia jagiellońska, a później szwedzka z jagiellońską domieszką, a na końcu saska. Jedyną poważną instytucją na tym terenie był żydowski sejm czterech ziem, który Żydzi zlikwidowali na krótko przed rozbiorami. Jeśli jednak funkcjonowały obok siebie, na tym samym terenie, dwa różne sejmy, to nie można w takim wypadku mówić o państwie. Czym zatem była I RP? Księstwo Warszawskie zostało stworzone w celu poboru rekruta przez Napoleona, a Królestwo Polskie to strefa wolnocłowa sklecona dla Niemiec do handlu z Rosją. II RP to państwo sezonowe (niecałe 20 lat istnienia), stworzone przez Niemców w oparciu o carską administrację Królestwa. PRL (45 lat) – wasal Związku Radzieckiego, III RP (33 lata) – unii europejskiej. Państwo, żeby można je nazwać poważnym, musi mieć niezmienne granice przez setki lat. To jest podstawowy warunek i w oparciu o to można tworzyć takie państwo z trwałymi instytucjami, urzędami, stabilnym prawem i zawodową administracją. Tego wszystkiego tu nigdy nie było i nie ma. Nie można więc w tym wypadku mówić o utracie suwerenności na rzecz Ameryki czy Izraela. A skoro nie było tu nigdy suwerennego państwa, to nie można mówić o utracie suwerenności przez to państwo, a tym bardziej o jej obronie.

Europa

Europa to kontynent, a raczej część kontynentu zwanego Eurazją. Czym jednak zasłużyła sobie ona na bycie osobnym kontynentem? Zapewne mało kto zastanawia się nad tym, na czym polega jej specyfika. Warto może więc przybliżyć sobie jej historię i to, co stanowi o jej wyjątkowości. Może wtedy łatwiej będzie zrozumieć współczesny świat.

Wikipedia pisze:

Europa – część świata leżąca na półkuli północnej, na pograniczu półkuli wschodniej i zachodniej. Jest uznawana za kontynent albo za część świata tworzącą wraz z Azją kontynent Eurazję.

Nazwa Europy wywodzi się z greckiego słowa Εὐρώπη (Europe) i zwykle poprzez łacińską formę Europa weszło do niemal wszystkich języków świata. Etymologia samego terminu Εὐρώπη jest niejasna: być może pochodzi ono od εὐρωπός (europos) – „łagodnie wznoszący się”, albo od asyryjskiego ereb, „zachód”. Inne teorie wywodzą pochodzenia nazwy od semickiego słowa oznaczającego „ciemny”. Używane jest też określenie Stary Kontynent.

Przebieg umownej granicy Europy z Azją na wschodzie i południowym wschodzie wzbudza kontrowersje. Kwestia ta jest różnie rozstrzygana w nauce poszczególnych krajów, a najwięcej rozbieżności w tej sprawie występuje w nauce anglosaskiej.

Zdjęcie satelitarne; źródło: Wikipedia.

Zwykle przyjmuje się, że Europa rozciąga się od Oceanu Atlantyckiego na zachodzie do gór Ural na wschodzie oraz od Oceanu Arktycznego na północy do Morza Śródziemnego, Morza Czarnego i gór Kaukaz na południu (Kaukaz w niektórych interpretacjach jest zaliczany do Europy, a w niektórych nie).

x

Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga (1929-38) pisze:

Nazwa, położenie i granice.

Nazwa Europa pochodzi zapewne z asyryjskiego (irib lub ereb = zachód) i została za pośrednictwem Fenicjan przyjęta w obecnym brzmieniu przez Greków. Europa jest największym półwyspem Azji, z którą zrasta się na całej granicy wschodniej. Niemniej specjalne stanowisko Europy w historii cywilizacji i w ogóle ludzkości usprawiedliwia w pełni jej samodzielność jako części ziemi. Stanowisko to uzyskała Europa dzięki znakomitym warunkom geograficznym, na które składa się środkowe położenie na półkuli lądowej, w stosunku do wszystkich lądów, wobec równika i bieguna oraz wobec krain o najstarszej cywilizacji, dalej znakomite rozwinięcie wybrzeży i ukształtowanie pionowe, dogodny klimat, obfitość bogactw mineralnych, dobre warunki dla rozwoju życia zwierząt i roślin oraz korzystne rozmieszczenie rzek i dogodne warunki komunikacyjne.

Północne i zachodnie granice Europy są oceaniczne, podobnie jak i południowe, z tą tylko różnicą, że tutaj oddzielają ją od sąsiednich lądów w 4 miejscach tylko wąskie cieśniny. Naturalną wschodnią granicę Europy tworzy łańcuch Uralu, a dalej ku południowi rzeka Ural i góry Kaukazu. Natomiast granica polityczna nie pokrywa się w całości z tą granicą. (…) W ogólności ląd Europy zwęża się wydatnie ku zachodowi, a po odcięciu półwyspów jest podobny do trójkąta prostokątnego, którego wierzchołki są oparte o zatokę Biskajską na zachodzie, morze Karyjskie na północy i morze Kaspijskie na południu.

Historia

Europa była zaludniona we wczesnej już epoce; z jej krańca północnego wyszła germańska grupa Indoeuropejczyków i wyparła ludy innego pochodzenia, których pokrewieństwo i związki są wątpliwe. Dzieje Europy, po których pozostała tradycja piśmienna i wytwory wyższej kultury, rozpoczęły się na półwyspie bałkańskim i wyspach morza Egejskiego. Ich twórcami są indoeuropejscy Hellenowie czyli Grecy, którzy w trzecim tysiącleciu prz. Chr. wdarli się na półwysep Frygo-Traków i pomieszawszy się z niearyjskimi mieszkańcami Mniejszej Azji, stopniowo ich wchłonęli.

Tymczasem w Italii zjawili się Latynowie, którzy objąwszy spuściznę po niearyjskich poprzednikach (Iberach, Liguryjczykach, Illyryjczykach, Etruskach), zdobyli do roku 266 prz. Chr. cały kraj. Państwo rzymskie, rozszerzając się na Azję i Afrykę, zapłodnione kulturą grecką, przedstawia wykwit cywilizacji śródziemnomorskiej.

W okresie wędrówki ludów wtargnęły do państwa rzymskiego liczne szczepy germańskie (Gotowie, Wandalowie, Langobardowie, Frankowie), przyjęły język łaciński i zmieszały się z ludnością tubylczą. Z mieszaniny tej powstawały od wieku VIII. ludy romańskie, które zróżnicowały się później pod względem językowym, politycznym i kulturalnym (Włochy, Hiszpano-Portugalia, Francja, Rumunia). Na kresach państwa rzymskiego i na niezajętych przez nie terytoriach środkowej i północnej Europy, poczęły się tworzyć germańskie i słowiańskie państwa plemienne z chwilą, gdy wędrówka ustąpiła miejsca osiedleniu się. Tak powstawały państwa niezromanizowanych Franków, Alemanów, Bawarów, Sasów, Turyngów, w Wielkiej Brytanii Anglo-sasów; spośród wielu plemion słowiańskich tworzą państwo Polacy i Czesi, na północy germańscy Norwegowie, Duńczycy i Szwedzi. Wszystkie te ludy zawdzięczają swoją wspólność kulturową religii katolickiej i cywilizacji rzymskiej, podczas gdy Rusini i znaczna część południowych Słowian przyjmuje wiarę i cywilizację z Bizancjum. Właściwa Europa średniowieczna zamyka się w ramach religijno-kulturalnych Zachodu. Dzięki organizacji kościelnej stało się możliwe wskrzeszenie cesarstwa rzymskiego przez Karola W., a po rozpadnięciu się jego państwa przez Ottona I.

Nowego ducha wniosło w ludy europejskie Odrodzenie i humanizm, które przyspieszyły tworzenie się typu nowoczesnego Europejczyka, z jego strukturą duchową, opartą na wspólnym wykształceniu klasycznym, religii chrześcijańskiej i poczuciu narodowym. W dziedzinie państwowej występuje od XV wieku dążność do prowadzenia polityki mocarstwowej. Trzeci czynnik rozwoju to Reformacja, stanowiąca germańskie ujęcie chrześcijaństwa, która rozbiła jednolitość religijną zachodniej i środkowej Europy i zmusiła kościół katolicki do wewnętrznej reformy na soborze trydenckim. – Równocześnie ulega zmianie stanowisko Europy, dzięki odkryciu Ameryki i drogi morskiej do Indii. Europa przestała być dla swoich mieszkańców punktem centralnym świata, aczkolwiek, przez założenie szeregu kolonii i supremację nad Nowym Światem, wzmocniło się jej przodownictwo polityczne, a Europejczycy stali się rasą panującą. Z czasem powstają nowe ośrodki polityczne i gospodarcze, a deklaracja niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej uwidoczniła w całej pełni fakt, że poza Europą istnieje organizm państwowy o ludności przeważnie indoeuropejskiej i równorzędnych zasobach duchowych. Mimo ekspansji politycznej i gospodarczego podboju świata przez Europejczyków, zwłaszcza Anglików i Francuzów, zjawisko to występuje coraz silniej, a wojna światowa przyniosła definitywne zepchnięcie Europy z jej dominującego miejsca na kuli ziemskiej. U wszystkich ludów rozbudziło się dążenie do samodzielności (dominia brytyjskie, Islam, Chiny), tak, że zrzucenie opieki i protektoratu Europy wydaje się kwestią czasu.

Losy państwowe Europy od XV wieku kierowane były zaznaczonymi wyżej czynnikami. Istotną zmianą jest wciągnięcie w obręb kultury europejskiej bizantyńskiego Wschodu spadkobierczyni cesarzy bizantyńskich, Turcji, z podlegającymi jej ludami chrześcijańskimi, od 1700 zaś Rosji. Polityka światowa wielkich państw XIX wieku stanowi dalszy ciąg walki o stanowisko mocarstwowe XVII. i XVIII. wieku, prowadzonej przy użyciu wszystkich nowych zdobyczy politycznych, gospodarczych i technicznych. Wojna światowa, będąca starciem kilku imperialistów europejskich, stanowi z tego punktu widzenia, mimo udziału innych części świata, wytwór rozwoju dziejowego Europy.

x

Inaczej trochę rozkłada akcenty Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-70):

Nazwa Europa występuje po raz pierwszy u Homera i Hezjoda; wywodzi się ją zazwyczaj z fenickiego ereph „ciemny”, część filologów opowiada się jednak za greckim pochodzeniem tego wyrazu, uwiecznionego w mitologii. W starożytności kontynent europejski nie tworzył całości gospodarczej ani kulturalnej. Południowa Europa wraz z północną Afryką i południowo-zachodnią Azją tworzyłą ściśle powiązany pod względem gospodarczym i kulturalnym świat śródziemnomorski, który stanowił również jedność polityczną w ramach imperium rzymskiego. Europa północna natomiast stanowiła domenę tzw. barbarzyńskich ludów Celtów, Germanów i Słowian.

Pierwszym krokiem do politycznego i kulturalnego połączenia Europy były podboje rzymskie w I-II w.n.e. w zachodniej i i północno-zachodniej Europie; ekspansja rzymska na północ, a później wędrówki ludów germańskich i słowiańskich w V-VII w.n.e. wytworzyły nowe stosunki etniczne, które mogły przyczynić się do powstania jedności kulturowej i gospodarczej całego kontynentu. Przeszkodził temu jednak upadek cesarstwa rzymskiego i postępująca chrystianizacja. Nastąpił rozkład jedności gospodarczo-kulturalnej świata śródziemnomorskiego w części południowej (Afryka) i południowo-wschodniej (pd.-zach. Azja) opanowanego (od VII w.) przez islam. Rozwój stosunków feudalnych w VI-X wieku postępował nierównomiernie, najwcześniej jednak rozwinął się w zachodniej Europie (VIII-X w.). Ideologiczną nadbudową feudalizmu stał się kościół, który w X wieku objął swymi wpływami niemal cały kontynent europejski. W ciągu VI-X wieków zaznaczył się podział na wschodnio-europejską cywilizację bizantyjską (stanowiącą kontynuację dawnej kultury hellenistycznej), która objęła swymi wpływami Półwysep Bałkański, Ruś i Azję Mniejszą, oraz zachodnią cywilizację łacińską obejmującą swym zasięgiem zachodnią, północno-zachodnią i środkową Europę (Czechy, Polskę, Węgry, kraje skandynawskie). Mimo rozbicia politycznego Europy cywilizacja zachodnia oparłą się falom najazdów arabskich, normańskich, turskich VIII-IX wiek. Jedność kulturowa i i gospodarcza świata bizantyńskiego znalazła wyraz w ramach cesarstwa bizantyńskiego (dawniej wsch.rzym.) i utrzymała się aż do upadku jego potęgi w czasie krucjat. Próbę politycznego zjednoczenia zach. Europy podjęli, w oparciu o papiestwo, królowie Franków, wskrzeszając w 800 zachodnie cesarstwo rzymskie; państwo Franków okazało się jednak nietrwałe. Również wysiłki królów niemieckich (od 962 uwieńczonych koroną cesarską) zmierzające do uzależnienia innych państw chrześcijańskich, nie doprowadziły do jedności politycznej Europy. Rozbicie Europy pogłębiło się w okresie rywalizacji cesarstwa i papiestwa (Grzegorz VII, cezaropapizm) w XI-XIV wieku mimo dążeń Grzegorza VII do narzucenia politycznego zwierzchnictwa kościoła całej Europie. Autorytet papieski został zachwiany po oderwaniu się w 1054 kościoła greckiego. Poważną przeszkodą dla uniwersalistycznych dążeń papiestwa było również tworzenie się silnych państw scentralizowanych (monarchia Kapetyngów), które usiłowały podporządkować sobie papiestwo. Uniwersalistyczne dążenia papiestwa znalazły m.in. ujście w organizowanych 1096-1291 krucjatach, początkowo w Europie (Płw. Pirenejski, kraje nadbałtyckie), później w Syrii i Palestynie. Krucjaty i wyprawy odkrywcze XIII wieku zapoznały Europę z kulturami Wschodu. Wpłynęło to na ożywienie stosunków gospodarczych i handlowych obejmujących dwa konglomeraty gospodarcze: kraje śródziemnomorskie, z przewagą handlową miast włoskich (Wenecja i Genua) oraz kraje nad Bałtykiem i Morzem Północnym, z przewagą niemieckich miast hanzeatyckich. Obydwa te rejony gospodarcze powiązane były siecią dróg lądowych, a od XIV wieku również szlaków morskich przez Atlantyk. Głównymi ośrodkami handlu północnej i południowej Europy stały się początkowo targi szampańskie (XII-XIII w.), a później Brugia i Antwerpia.

Od XVI wieku cywilizacja europejska oddziaływała silnie na sąsiadujące kontynenty dzięki nowym zdobyczom techniki i rozwojowi kultury humanistycznej; rozkwit nauki w okresie renesansu sprzyjał sukcesywnemu eliminowaniu światopoglądu religijnego. W XVI wieku nastąpił dalszy rozłam światopoglądowy i polityczny Europy wskutek reformacji i wojen religijnych. Nawet wspólne niebezpieczeństwo grożące ze strony Turków, których ekspansja od XVI wieku na kontynencie europejskim nie skończyła się z upadkiem cesarstwa bizantyńskiego (1453), nie wpłynęło, mimo wysiłków kościoła, na polityczne zespolenie Europy. Bizantyńskie dziedzictwo kulturowe przejęła w dużej mierze Rosja wyzwolona spod trwającego od XIII wieku jarzma tatarskiego.

Odkrycia geograficzne w XV-XVI wieku doprowadziły do konfrontacji cywilizacji europejskiej z pozaeuropejską. Ekspansja kolonialna Europy spowodowała zniszczenie kwitnących kultur Ameryki Środkowej i Południowej oraz wyludnienie i degradację gospodarczą Afryki, zahamowanie rozwoju Indii i Indonezji. Odkrycia i zdobycze nie pozostały bez wpływu na gospodarczy rozwój Europy. Grabież kolonialna przyspieszyła pierwotną akumulację kapitału, dostarczyła kruszców szlachetnych i surowców, umożliwiając szybki rozwój przemysłu manufakturowego i przechodzenie do kapitalistycznych form produkcji. W ciągu XVI/XVII wieku władzę w najbardziej rozwiniętych gospodarczo krajach zdobyła burżuazja, najpierw w Holandii (1579), następnie Anglii (1648) i Francji (1789). Zapoczątkowało to rywalizację państw europejskich w walce o kolonie. Na macierzystym kontynencie rywalizacja ta wiązała się z ekonomicznymi teoriami merkantylizmu. Wojny religijne w XVI i 1 poł. XVII wieku doprowadziły do ujednolicenia wyznaniowego wewnątrz poszczególnych państw. Państwa te, wzmocnione organizacyjnie przez ustrój absolutystyczny, toczyły walkę o hegemonię w Europie. Po okresie przewagi hiszpańskiej w XVI wieku przyszedł w XVII wieku okres hegemonii francuskiej, która zakończyła się w XVIII wieku. Nastąpił okres tzw. „równowagi europejskiej” utrwalonej wskutek licznych wojen (między Francją, Austrią, Prusami, Anglią i Rosją), które nie dały żadnej ze stron bezwzględnego zwycięstwa. Równowagę tę zakłóciły dopiero rozbiory Polski i Turcji europejskiej, stwarzając w końcu XVIII wieku nową sytuację polityczną. Ofensywa laickiej myśli Oświecenia, rozwój nauki przyczyniły się do spopularyzowania w Europie idei wolnościowych i emancypacyjnych. Znalazły one ujście w Wielkiej Rewolucji Francuskiej, która wstrząsnęła systemem społecznym i politycznym całej ówczesnej Europy.

Wielka Rewolucja Francuska zburzyła stan równowagi między mocarstwami, wzbudziła na całym kontynencie dążenia stanów uprzywilejowanych do wolności i równości, otworzyła perspektywy zbliżenia i zbratania narodów. W schyłkowym okresie Rewolucji ekspansja Francji w Niderlandach, Niemczech i Włoszech – z wojny o zachowanie zdobyczy rewolucji przekształciła się w wojnę zaborczą. Napoleon I zaś wykorzystał przewagę armii stworzonej przez Rewolucję dla nowej próby zbudowania monarchii europejskiej. Dążenia te zostały unicestwione w latach 1812-14 przez Anglię i Rosję, jak również przez narody hiszpański i niemiecki opierające się francuskiemu najazdowi. Wojny napoleońskie miały jednak doniosłe znaczenie dla późniejszych dziejów Europy., spopularyzowały idee Wielkiej Rewolucji Francuskiej na kontynencie europejskim, przenosząc wiele jej zdobyczy do krajów podbitych przez Napoleona. W 1815 roku Kongres Wiedeński przywrócił większość strąconych dynastii, a na straży uznanej na nowo zasady legitymizmu postawił związek monarchów, tzw. Święte Przymierze. Trwałe porozumienie wszystkich państw europejskich nie zostało zrealizowane, w praktyce jednak w ciągu XIX wieku o wszystkich ważniejszych sprawach kontynentu decydował tzw. koncert, tj. porozumienie pięciu głównych mocarstw: Rosji, Prus (od 1871 – Niemiec), Austrii (od 1867 – Austro-Węgier), Francji i Anglii.

W 1859-70 do koncertu 5 mocarstw dołączyły się również zjednoczone Włochy. W interesie ustroju monarchicznego i klas posiadających koncert mocarstw przeciwdziałał w Europie ruchom rewolucyjnym i dążeniom narodowo-wyzwoleńczym, starając się równocześnie nie dopuszczać do nadmiernego wzrostu sił żadnego z uczestników.

Punkt szczytowy gospodarczej i politycznej przewagi Europy nad resztą świata przypadł na przełom XIX i XX wieku. W owym czasie cały niemal obszar Afryki i Azji, z wyjątkiem Chin, Persji i Turcji był już podzielony między mocarstwa kolonialne. Rozwój komunikacji oraz międzynarodowego handlu i kredytu służył gospodarczemu scaleniu świata uzależnionego od giełd zachodniej Europy. Niemcy, zjednoczone od 1871, osiągnęły względną przewagę w koncercie europejskim głównie wskutek długotrwałego okresu pokojowej stabilizacji. W dobie wolnokonkurencyjnego kapitalizmu rozszerzał się reż z wolna w Europie zasięg swobód politycznych. Ostatki systemu feudalnego wraz z poddaństwem chłopów i pańszczyzną uległy likwidacji w środkowej i wschodniej Europie między 1807 a 1866. Kraje demokracji parlamentarnej (Anglia, Francja) obniżały stopniowo cenzus wyborczy. Przeważający na kontynencie system monarchii konstytucyjnych zapewniał burżuazji (poza Rosją) udział we władzy piastowanej jeszcze w zasadzie przez wielką własność ziemską. Rosnąca liczebnie, coraz bardziej uświadomiona i lepiej zorganizowana klasa robotnicza zdobywała stopniowo lepsze warunki pracy i płacy, zmuszając rządy burżuazyjne do rozszerzania ustawodawstwa społecznego (np. Anglia, Niemcy, Austro-Węgry). Część ludności europejskiej emigrowała w tym czasie do innych części świata (ok. 30 mln w 1830-1914 do Stanów Zjednoczonych, ok. 7,5 mln w 1801-1914 z europejskiej Rosji na Syberię). Szybko wzrastał dobrobyt klas posiadających, ugruntowany w znacznej mierze na eksploatacji kolonii; miały w nim swój udział także górne warstwy klas pracujących.

Pierwsze symptomy kryzysu światowej hegemonii Europy ujawniły się już przed 1914, wraz z wkroczeniem kapitalizmu w nowe imperialistyczne stadium. Przechodzenie większości mocarstw do systemu protekcji celnej, zaostrzająca się walka o surowce i rynki zbytu rodziła konflikty polityczne; początkowo między Anglią i Francją, a od schyłku XIX wieku między Anglią a Niemcami. Dążeniom Niemiec do ściślejszego uzależnienia od siebie „Mitteleuropy”, a w przyszłości również krajów Bliskiego Wschodu (plany ekspansji związane z linią kolejową Berlin-Bagdad) opierały się inne mocarstwa. Trójprzymierzu zmontowanemu przez Bismarcka 1879-82 (Niemcy, Austro-Węgry, Włochy) przeciwstawiło się ukształtowane 1904–07 trójporozumienie Anglii, Francji i Rosji. Dwa rywalizujące bloki forsownie zbroiły się, przygotowując do wojny. W tymże czasie dwa nowe mocarstwa pozaeuropejskie: Stany Zjednoczone (od 1898) i Japonia (od 1904) weszły w roli równorzędnych partnerów na arenę polityki światowej. Początek emancypacji „białych” dominiów Wielkiej Brytanii (Kanada 1867, Australia 1900, Afryka Południowa 1910) świadczył także o słabnięciu zależności niektórych krajów zamorskich od Europy.

I wojna światowa (1914-18) zburzyła system równowagi politycznej utrzymywany w Europie od stu lat. Rozpadła się monarchia austro-węgierska, w środkowej i południowo-wschodniej Europie powstały nowe państwa lub odzyskały niepodległość, Niemcy stały się republiką; w wyniku rewolucji październikowej w Rosji 1917 powstało pierwsze w świecie państwo socjalistyczne. Traktaty pokojowe 1919-20 utrwaliły nową strukturę terytorialną Europy. Aby zapobiec na przyszłość konfliktom wojennym, utworzono 1919 Ligę Narodów, która w praktyce służyła jednak przede wszystkim do utrzymania politycznej hegemonii Wielkiej Brytanii i Francji.

x

Co zatem decydowało – poza tym, że Europa jest położona w centralnej części półkuli lądowej i w równej odległości od równika i bieguna – o jej wyjątkowości? Chyba jej na poły wyspiarski kształt. Półwyspami są też, w jej obrębie, Półwysep Iberyjski, Włochy i Skandynawia. W praktyce więc Europa, w sensie cywilizacyjnym, kończy się tam, gdzie zaczyna się jej kontynentalny charakter. Tą granicą jest linia biegnąca wzdłuż granicy wschodniej Niemiec z 1937 roku; dalej na południu obejmuje ona Czechy, Węgry i skręca na południowy zachód do Triestu nad Adriatykiem.

Takie warunki wymuszały niejako rozwój kontynentu oparty o handel morski i lądowy, który był możliwy ze względu na stosunkowo jego niewielki obszar. Z tym wiązał się również rozwój miast, który był konsekwencją powstania wielu niedługich szlaków handlowych. I to było też cechą charakterystyczną rzymskiego imperium w jego części zachodniej. Z kolei jego część wschodnia była bardziej kontynentalna, rozległa, co sprzyjało bardziej rozwojowi opartemu o wielką własność ziemską. Efektem tego było to, że Europa zachodnia rozwijała się szybciej, bo rozwój miast i handlu stymulował nie tylko wymianę towarów, ale również sprzyjał intensywniejszym kontaktom międzyludzkim, co z kolei powodowało rozwój nauki, kultury, sztuki i wszelkiego rodzaju idei i myśli. Jednym słowem Europa zachodnia to dynamika, a wschodnia – statyka.

Idea zjednoczonej Europy, to idea stara, bo sięgająca czasów rzymskich, gdy była częścią tego imperium. Próbę wskrzeszania tej idei podjął Karol Wielki. Po nim, jak niektórzy twierdzą, próbę tę podejmowali Napoleon i Hitler. Trudno jednak się z tym zgodzić, bo obaj zaatakowali Rosję, która nie ma nic wspólnego z Europą zachodnią w sensie cywilizacyjnym i kulturowym. Próba włączenia Rosji do Europy, to próba łączenia wody z ogniem. Czy Imperium Rzymskie rozpadło się na część zachodnią i wschodnią m.in. dlatego, że były to zupełnie dwa odmienne organizmy gospodarcze w obrębie jednego państwa? Jeśli zatem ma dojść do ziszczenia się idei zjednoczonej Europy, to musi to być zjednoczenie państw zachodniej Europy, która kiedyś byłą częścią Imperium Rzymskiego. A to oznacza, że cała Europa wschodnia musi być wyłączona z tego procesu. Po co więc było jej przyłączenie? Może po to, by Niemcy mogły odebrać swoje wschodnie ziemie. Ale jak to zrobić bez wojny? Raczej trudno. Włączenie Polski do unii i NATO dało pretekst Ukrainie do wysunięcia podobnych żądań, które nie byłyby możliwe, gdyby Polska nie była w tych organizacjach. Wojna skończy się prawdopodobnie tym, że Niemcy odbiorą to, co ich; reszta Polski połączy się z zachodnią Ukrainą i tym samym Polska, i pewnie cała Europa wschodnia, zostanie wypchnięta z unii. A wojna z Rosją, jak często, służy temu, by w Europie dokonywano rewolucyjnych zmian, których bez tej wojny nie dałoby się przeprowadzić.

Europa, dzięki koloniom, zdominowała świat. To prawda, że Europejczycy korzystali z dorobku starszych cywilizacji, ale tylko oni potrafili ten dorobek wykorzystać, wzbogacić i rozpowszechnić na cały świat. Czy zatem można dziś powiedzieć, że Europa została zdominowana przez Nowy Świat, który stworzyła, czy może raczej ten Świat jest nadal narzędziem w jej ręku? Nie można jednak zapominać o tym, kto tak naprawdę rządził w Rzymie a później tworzył tę kolonialną Europę.

Ewakuacja czy ucieczka?

„Obyś żył w ciekawych czasach” – brzmi znane przysłowie, a konkretnie przekleństwo chińskiego pochodzenia. I faktycznie, przyszło nam żyć w przełomowym okresie. Niestety – zgodnie ze wspomnianą mądrością – oznacza to koniec świata, jaki znamy. – Z internetu.

Czy rzeczywiście dochodzimy do tego momentu? W dniu 27 czerwca Leszek Sykulski na swoim kanale komentował artykuł, który ukazał się na łamach Financial Times. Jego tytuł to: Polska przygotowuje plany ewakuacji dzieł sztuki na wypadek inwazji Rosji. Artykuł ten został opublikowany na podstawie wywiadu przeprowadzonego z minister kultury rządu RP Hanną Wróblewską, która powiedziała, że takie planowanie jest konieczne, ponieważ prawie 1000 polskich muzeów nie może działać w oparciu o teoretyczną koncepcję bezpieczeństwa, dopóki Rosja będzie prowadzić wojnę na Ukrainie. Powiedziała ona – kontynuuje Sykulski – że jej ministerstwo prowadzi rozmowy z władzami za granicą na temat przyjęcia ewakuowanych dzieł sztuki z około 160 instytucji zarządzanych przez państwo polskie. Plan ma być gotowy do końca roku i, jak pisze Financial Times, jest to część szerszych działań na rzecz bezpieczeństwa państwa podejmowanych przez rząd Donalda Tuska, które to plany obejmują wzmocnienie ochrony granic i podwojenie liczebności sił zbrojnych RP do pół miliona żołnierzy. Media w Polsce bardzo szybko podchwyciły temat i wczoraj, 26 czerwca, m.in. Portal Samorządowy poinformował, że ta groźba wojny ma przyspieszać konkretne działania i co więcej, że rząd RP ma szykować plan ewakuacji na Zachód nie tylko dzieł sztuki. Na Portalu Samorządowym można przeczytać wprost: Groźba wojny przyspiesza działania. Rząd szykuje plan ewakuacji na Zachód. Nikt jednak nie stawia fundamentalnego pytania: „w czyim interesie miałaby być ta wojna?”. Dlaczego dzieje się to wszystko w takim pośpiechu? Dlaczego wcześniej te plany nie zostały opracowane? Zagrożenie wojną jest realne, widać zagrożenie groźbą prowokacji, która mogłaby uruchomić spiralę wchodzenia na tę drabinę eskalacyjną i to jest bardzo niebezpieczna sytuacja.

x

To tylko fragment jego komentarza, ale jest w nim zawarte to, co najważniejsze. Jaką grę prowadzi rząd i o co w tym wszystkim chodzi? Ucieczka rządu sanacyjnego była ewenementem na skalę światową. Hitler podbił całą Europę kontynentalną, ale takiej spektakularnej ucieczki, w chwili, gdy losy wojny z Niemcami nie były jeszcze ostatecznie przesądzone, nie było. To dało oczywiście pretekst władzom Związku Radzieckiego do zajęcia wschodnich terenów II RP, bo, jak tłumaczyły, Państwo Polskie przestało istnieć. A skoro tak, to musiały one wziąć pod ochronę ludność tego terenu. Gdyby więc władze sanacyjne nie uciekły, zabierając ze sobą złoto, to władze sowieckie nie miałyby pretekstu do zajęcia tych terenów. I cały misterny plan, zakładający przyszły konflikt niemiecko-radziecki, nie mógłby być zrealizowany.

Czy zatem dziś nie mamy do czynienia z „powtórką z rozrywki”? Jaki jest niezbędny warunek, by uznać, że dane państwo przestało istnieć? – Ucieczka rządu. Dlaczego rząd ukraiński nie uciekł, pomimo rosyjskiej agresji, a rząd „polski” już się szykuje do ewakuacji? Jeśli więc dojdzie do sprowokowania Rosji, do czego, jak się wydaje, dążą gorliwie władze „polskie”, to może ona faktycznie wystrzelić kilka rakiet na budynki rządowe czy wojskowe. To oczywiście stanie się doskonałym wytłumaczeniem konieczności ewakuacji rządu. Jeśli rząd ewakuuje się, to państwo to przestanie istnieć i wówczas Niemcy będą mogły zając swoje, utracone w wyniku II wojny światowej, wschodnie ziemie, używając dokładnie tego samego argumentu, którym posłużyli się w 1939 roku bolszewicy. Oczywiście nie wszyscy będą musieli uciekać. Gauleiter von Danzig Donald Tusk raczej nie będzie musiał. On będzie u siebie. To byłoby powtórzenie wariantu z 1939 roku, tylko w odwrotnie: Rosja atakuje, a Niemcy zajmują zachodnią część Polski.

x

Polityka nie ma nic wspólnego z uczciwością, a tym bardziej z demokracją. Alan Bullock w swojej książce Hitler – studium tyranii, Czytelnik 1975 pisał:

Hitler miał tylko jedną drogę, która mogła uwieńczyć powodzeniem jego politykę legalności, a okazję do tego dawał mu szczególny system rządów w Niemczech. Po załamaniu się w 1930 roku koalicji, której przewodził Herman Müller, jego następca na fotelu kanclerza, Brüning, i następca Brüninga, Papen, musieli rządzić bez mocnego oparcia w parlamentarnej większości i bez widoków na wygranie wyborów. Wynikające ze stanu wyjątkowego uprawnienia prezydenta, z których korzystali, by rządzić za pomocą dekretów, dawały wielką władzę prezydentowi i jego doradcom. W rezultacie władza polityczna w Niemczech przeszła od narodu w ręce małej grupki ludzi z otoczenia prezydenta. Najważniejszymi osobami w tej grupce byli: generał von Schleicher, Oskar von Hindenburg, Otto Meissner, szef kancelarii prezydenta, Brüning i, potem, gdy wpadł w niełaskę – Papen, jego następca na fotelu kanclerza. Gdyby Hitler zdołał nakłonić tych ludzi, by go uznali za partnera i mianowali kanclerzem z prawem stosowania dekretów prezydenta – co oznaczało rząd prezydencki w przeciwieństwie do parlamentarnego – wówczas mógłby zrezygnować ze zdobycia większości w wyborach, co mu się stale nie udawało, jak również z ryzykownej próby puczu. (…)

Mamy więc wytłumaczenie owych skomplikowanych i wykrętnych posunięć w wewnętrznej polityce Niemiec w okresie jesień 1931-32, styczeń 1933, kiedy gra się udała i Hindenburg legalnie powierzył Hitlerowi urząd kanclerza. Raz po raz wznawiane rozmowy małej grupki ludzi rządzących przy pomocy dekretów prezydenta z przywódcami nazistów stanowią niejako kamienie milowe na drodze nazistów do władzy.

x

Obecne zawirowania wokół ostatnich wyborów, to nic innego jak tylko próby destabilizowania systemu prawnego państwa, jego ośmieszania na arenie międzynarodowej, co w konsekwencji ma prowadzić do sytuacji podobnej do tej sprzed rozbiorów. W tym wypadku jednak nie chodzi o nie, a o stworzenie nowego państwa, które powstanie w wyniku połączenia centralnej i wschodniej Polski z zachodnią Ukrainą.

Taki stan to efekt bycia strefą zgniotu od czasu unii lubelskiej. Trudno zatem, by w takim miejscu mogło kiedykolwiek powstać cokolwiek sensownego. Do tego potrzebna jest stabilizacja, taka jak na zachodzie Europy, gdzie państwa mają niezmienne od setek lat granice.

Natura władzy

W książce Podróże do wielu odległych narodów świata – Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982 – Jonathan Swift opisuje w pewnym momencie swój pobyt na Wyspie Czarowników. Zawarte tam uwagi odnoszą się m.in. do natury władzy. Warto więc, jak sądzę, zapoznać się z nimi.

W posłowiu Juliusz Kydryński m.in. pisze:

„Nie znam drugiej książki, która w podobnie bezlitosny sposób rozprawiałaby się z całą ludzkością, z samą jej naturą i wszystkimi stworzonymi przez nią instytucjami. (…)

I dziwne, że dopiero w 1976 r., a więc w dwieście pięćdziesiąt lat od chwili ukazania się pierwszego wydania Podróży, Collin McKelvie z uniwersytetu w Dublinie podjął się wydania arcydzieła Swifta, uwzględniającego pełną korektę autorską. Wydanie to, opublikowane przez Appletree Press Ltd. w Belfaście, stało się rewelacją nawet dla czytelnika angielskiego. Otóż autor obecnego polskiego przekładu Podróży dysponował także tym wydaniem. Czytelnik polski otrzymuje zatem po raz pierwszy pełny i najbardziej autentyczny tekst Podróży Gulivera. Przekład Macieja Słomczyńskiego wypełnia dotkliwą i zawstydzającą lukę w naszej literaturze translatorskiej.”

x

Glubbdubdrib oznacza w najdokładniejszym tłumaczeniu, jakie umiem sporządzić, Wyspę Czarowników lub Magów. Jest mniej więcej trzykrotnie mniejsza niż wyspa Wight i niezwykle żyzna; a rządzi nią głowa pewnego plemienia składającego się wyłącznie z magów. (…)

Gubernator i jego rodzina obsługiwani są przez służbę domową dość osobliwego rodzaju. Dzięki swej zręczności w nekromancji ma on moc wywoływania kogo zechce spośród zmarłych i żądania od niego usług przez dwadzieścia cztery godziny, lecz nie dłużej; nie może także wywoływać tej samej osoby częściej niż raz na trzy miesiące, jeśli nie zajdą nadzwyczajne okoliczności. (…)

Zapragnąwszy ujrzeć tych starożytnych, których rozum i uczoność zyskały największa sławę, poświeciłem cały dzień na to przedsięwzięcie. Wyraziłem życzenie, aby Homer i Arystoteles pojawili się na czele wszystkich swych komentatorów; (…)

Spędziłem pięć dni na rozmowach z wielu innymi starożytnymi mędrcami. Widziałem też większość rzymskich cesarzy. Nakłoniłem Gubernatora do przywołania kucharzy Heliogabala, by przyrządzili nam obiad, lecz nie mogli okazać nazbyt wielu umiejętności, gdyż nie mieli z czego robić. Helota Agesilausa przyrządził nam garnek polewki spartańskiej, lecz nie byłem w stanie przełknąć nawet drugiej łyżki.

Sprawy osobiste zmuszały obu panów, którzy przywiedli mnie na wyspę, do opuszczenia jej po upływie następnych trzech dni. Spędziłem je na oglądaniu współczesnych zmarłych, którzy najbardziej wsławili się podczas ostatnich dwustu czy trzystu lat u nas lub w innych krajach europejskich; a będąc zagorzałym wielbicielem starych, dostojnych rodów, poprosiłem, aby Gubernator przywołał tuzin lub dwa tuziny królów wraz z ośmioma lub dziewięcioma pokoleniami ich przodków. Spotkało mnie bolesne i niespodziane rozczarowanie. Gdyż miast długiego orszaków diademów ujrzałem w pewnym rodzie dwóch skrzypków, trzech wymuskanych dworzan i włoskiego prałata; a w innych: cyrulika, opata i dwóch kardynałów. Mam nazbyt wiele uwielbienia do głów koronowanych, aby zatrzymywać się zbyt długo przy tak kruchym przedmiocie. Lecz jeśli mowa o hrabiach, markizach, książętach, lordach i im podobnych, nie miałem tylu skrupułów. I muszę wyznać, że nie bez zadowolenia odnajdywałem źródła pewnych rysów charakterystycznych dla niektórych rodów. Jasno mogłem stwierdzić, skąd wziął się w jednej rodzinie wydłużony podbródek i czemu druga tak obfitowała w łotrów podczas dwu pokoleń, a podczas dwu następnych – w głupców; czemu trzeci ród ma wodogłowie, a czwarty wydaje samych szalbierzy. Pojąłem wówczas, czemu Polydore Virgil1 powiada o pewnym wielkim domu: Nec vir fortis, nec faemina casta (Ani odważny mężczyzna, ani czysta kobieta – przyp. W.L.); a także czemu okrucieństwo, fałsz i tchórzostwo urosły jako cechy, którymi niektóre rody wyróżniają się podobnie jak tarczą herbową. Pojąłem, kto pierwszy wniósł francę w szlachetny dom, którą potomność kolejno dziedziczyła w postaci skrofulicznych wrzodów. A trudno było mi się dziwić temu wszystkiemu, widząc przecięcie linii dziedzictwa przez paziów, lokajów, służących, stangretów, kosterów, muzykantów, utracjuszy, żołdaków i rzezimieszków.

Obrzydła mi przy tym całkowicie historia nowożytna. Gdyż przebadawszy dokładnie wszystkie osobistości, które w ciągu ostatnich lat uzyskały największy rozgłos na dworach władców, odkryłem, że świat został gruntownie wprowadzony w błąd przez sprzedajnych pisarzy, którzy przypisali tchórzom największe czyny wojenne, głupcom najlepsze rady, pochlebcom prawość, rzymską cnotę zdrajcom ojczyzny, pobożność niewierzącym, skromność sodomitom, prawdomówność donosicielom. Pojąłem, jak wielu niewinnych i znakomitych ludzi zostało skazanych na śmierć lub wygnanie dzięki wpływowi ministrów na przekupnych sędziów; a także, jak wielu nicponiów wyniesionych zostało na najwyższe, najbardziej odpowiedzialne stanowiska, dające największą moc, godność i zysk; jak wielki udział w działaniach i wypadkach na dworach, w rodach i senatach mają rajfurzy, kurwy, stręczyciele, pieniacze i trefnisie. Jak niskiego mniemania nabrałem o ludzkim rozumie i uczciwości, gdy dowiedziałem się prawdy o sprężynach i przyczynach wielkich przedsięwzięć i przemian w świecie, a także o godnych wzgardy wydarzeniach, którym zawdzięczają one rozgłos.

Odkryłem przy tym łotrostwo i nieuctwo tych, którzy udają, że piszą anegdoty, czyli historie sekretne i z pomocą zatrutych pucharów wysyłają zastępy królów do grobu; odtwarzają rozmowę pomiędzy Królem i Pierwszym Ministrem, choć nie było przy niej żadnego świadka; mają klucz do otwierania umysłów i szaf ambasadorów i sekretarzy stanu; a także cierpią nieustannie, gdyż słowa ich pojęto opacznie. Odkryłem tam prawdziwe przyczyny wielu wydarzeń, które zdumiały świat, jak to kurwa może rządzić dzięki intrydze, jak intryga rządzi radą, a rada senatem. Pewien generał wyznał przede mną, że odniósł zwycięstwo jedynie dzięki tchórzostwu i nikczemnemu postępowaniu, a pewien admirał, że jedynie brak rozpoznania pomógł mu w rozbiciu nieprzyjaciela, któremu pragnął zaprzedać swą flotę. Trzej królowie oświadczyli mi, że w ciągu całego swego panowania nigdy nie obdarzyli urzędem człowieka zasłużonego, chyba że przez omyłkę lub dzięki podstępowi ministra, któremu powierzyli ów wybór; a nie uczyniliby tego także, gdyby dano im żyć ponownie; dowodzili przy tym z wielką mocą, że tron monarszy musiałby runąć nie podtrzymywany przez zepsucie, albowiem ów stanowczy, śmiały, niespokojny duch, jakim cnota umie natchnąć człowieka, jest wiekuistą przeszkodą w uszczęśliwianiu człowieka.

Ciekawość pchnęła mnie do dokładnego wypytywania o to, w jaki sposób tak wielu ludzi zdobyło wysokie godności i tytuły, a także ogromne majątki; ograniczyłem przy tym me pytania do niedawnych czasów, nie obstając jednak przy dniu dzisiejszym, gdyż nie chciałem urazić nawet cudzoziemców (a mam nadzieję, że nie muszę przekonywać Czytelnika, jakobym mówiąc o tych sprawach mógł choćby w najmniejszym stopniu mieć na myśli mój kraj rodzinny). Przywołano wielką liczbę ludzi, o których była mowa powyżej; i po wielce pobieżnym wybadaniu ich odsłonił mi się obraz tak haniebny, że nie mogę wspominać o nim bez przygnębienia. Wiarołomstwo, ucisk, przekupywanie świadków, oszustwo, stręczycielstwo i podobne słabostki znajdowały się pośród najbardziej godnych wybaczenia rzemiosł, o których wspomnieli, więc ze zrozumiałych względów wybaczyłem im to. Lecz gdy wyznali, że zawdzięczają swą wielkość lub bogactwo pederastii lub kazirodztwu, a inni – prostytuowaniu swych żon i córek; a jeszcze inni – zdradzie ojczyzny lub władcy; albo trucicielstwu połączonemu z przenicowaniem sprawiedliwości tak, aby skazano niewinnego; odkrycia te ostudziły me głębokie, wrodzone uwielbienie dla osób wysokiego stanu, co, mam nadzieję, zostanie mi wybaczone, choć winne one być traktowane przez nas, stojących niżej, z należytym ich wysokiej godności najgłębszym szacunkiem.

Często czytywałem o wielkich usługach oddawanych władcom i państwom, zapragnąłem więc ujrzeć ludzi, którzy owe usługi oddali. Gdy zapytałem o nich, odpowiedziano mi, że w żadnym ze spisów nie można ich odszukać, z wyjątkiem kilku osób, które historia ukazuje nam jako najdzikszych łotrów i zdrajców. Jeśli mowa o pozostałych, nie usłyszałem już o nich więcej. Ci pierwsi natomiast ukazali mi się wszyscy ze smutnym wejrzeniem i w najuboższych szatach. Większa ich część wyznała mi, że zmarli w nędzy i niesławie, a pozostali na szafocie lub szubienicy.

Wśród innych był tam jeden, którego dzieje wydawały mi się dość osobliwe. U boku jego stał młodzieniec liczący około osiemnastu lat. Wyznał mi, że przez wiele lat był dowódcą okrętu, a podczas bitwy morskiej pod Actium sprzyjający los pozwolił mu przebić się przez szyk nieprzyjacielski, zatopić trzy wielkie okręty wroga i pojmać czwarty, co stało się jedyną przyczyną ucieczki Antoniusza i wynikłego z niej zwycięstwa; a ów młodzieniec u jego boku, to jego jedyny syn, który zginął tam w boju. Dodał, że ufny w swe zasługi wyruszył po zakończeniu wojny do Rzymu, by prosić na dworze Augusta o przydzielenie mu większego okrętu, którego dowódca zginął. Nie bacząc jednak na jego zasługi okręt ów powierzono chłopcu, który nigdy dotąd nie widział morza, synowi wyzwoliciela, służącego jednej z kochanek królewskich. Po powrocie na własny okręt został oskarżony o zaniedbanie obowiązków i okręt ów powierzono ulubionemu paziowi Vice-Admirała Publicoli. Wówczas udał się na wieś, do ubogiej zagrody z dla od Rzymu i tam zakończył życie. Tak bardzo zaciekawiła mnie ta historia, że pragnąc poznać całą prawdę poprosiłem by wezwano Agrippę, który był admirałem podczas owej bitwy. Ukazał się on i potwierdził prawdziwość całego opowiadania, lecz z dodatkami zaszczytnymi dla kapitana, który przez skromność umniejszył lub przemilczał największą część swych zasług.

Zdziwił mnie obraz zepsucia rozrastającego się tak wysoko i tak szybko w owym cesarstwie, za sprawą tak próżno osiągniętego zbytku, co kazało mi osądzać z mniejszym zdumieniem podobne wydarzenia w innych krajach, gdzie występki wszelkiego rodzaju królowały znacznie dłużej, a cała sława wraz z łupami zagarniana była przez naczelnych wodzów, którzy, być może, mieli najmniejsze prawo do obu.

Ponieważ wszystkie wezwane osoby pojawiały się w takiej dokładnie postaci, w jakiej przebywały one na tym świecie, dało mi to przyczynę do melancholijnych rozmyślań nad tym, jak bardzo rodzaj ludzki zmarniał podczas ostatnich stu lat. Jak franca wraz z wszystkimi swymi następstwami i pod wszystkimi nazwami odmieniła każdy rys angielskiego oblicza, skróciła wzrost naszych ciał, stargała nam nerwy, doprowadziła do zwiotczenia ścięgna i mięśnie, pokryła ziemistą barwą lica i dała nam zjełczałe i obwisłe ciała.

W poniżeniu tym zapragnąłem, aby pojawili się przede wszystkim dawni wolni chłopi angielscy, tak sławni ongi z prostoty obyczajów, jadła i szat, z prawości postępowania, ducha prawdziwej wolności, męstwa i miłości do ojczyzny. Po porównaniu żywych z umarłymi nie mogłem ukryć wzruszenia na myśl, jak owe czyste, narodowe cnoty zostały za sztukę złota przełajdaczone przez ich wnuków, którzy sprzedając swe głosy i biorąc udział w oszustwach wyborczych, poznali wszystkie występki i całe zepsucie, jakiego można nauczyć się u dworu.

x

By to wszystko zrozumieć, wypada jeszcze przybliżyć epokę, w której żył Swift i osobę samego autora. W cytowanym na początku posłowiu jego autor m.in. pisze:

Przyznana w Anglii oficjalnie (za panowania królowej Anny, 1702-1714) wolność prasy przyczyniła się wprawdzie do rozwoju dziennikarstwa i publicystyki, posługującej się przeważnie pamfletem, wśród ludzi piszących świeżo jednak trwała pamięć represji, spotykających zresztą wciąż jeszcze co zuchwalszych autorów. Pamiętano, jak łatwo było narazić się na karę pręgierza (co przytrafiło się Danielowi Defoe), a nawet na obcięcie uszu i napiętnowanie (co za Karola II spotkało Williama Prynne). Nic więc dziwnego, że czcigodny dziekan katedry św. Patryka w Dublinie, Jonathan Swift, który sam wyznał Alexandrowi Pope, że pisze „to vex the world rather than divert it” („by raczej oburzać świat niż go bawić”), wolał swą znakomitą, a zagadkową książkę wydać anonimowo. I chociaż Podróże do wielu odległych narodów świata, przez Lemuela Gullivera, początkowo lekarza okrętowego, a następnie kapitana licznych okrętów stały się z miejsca wielkim sukcesem wydawniczym i czytali je wszyscy „od członków gabinetu do mieszkańców pokoju dziecinnego”, chociaż zacny abbé Desfontaines przełożył je niemal natychmiast na francuski (co prawda znacznie łagodząc oryginalny tekst), Swift wolał na razie pozostać tajemniczym „Richardem Sympsonem”, bo pod tym nazwiskiem nadesłał rękopis zdumionemu wydawcy. Nie znaczy to, żeby jego autorstwa nie rozszyfrowano i żeby pisarz nie stał się adresatem tyluż wyrazów uznania i zachwytu, ilu napaści i inwektyw. No cóż, sam ostatecznie chciał „oburzać”, co mu się w znacznej mierze udało.

Zagadkowość utworu Swifta, który obok wcześniejszego Robinsona Crusoe Defoe miał stać się najwybitniejszą powieścią angielskiego Oświecenia i jednym z największych osiągnięć literatury światowej, łączy się z tajemnicą psychiki jego twórcy. „Niełatwo pogodzić jego pogardę dla ludzkości z afektem, jakim darzył przyjaciół i jakim oni go darzyli, ani jego gorzką niechęć do kobiet z miłością, jaką wzbudził. Trudno też, biorąc pod uwagę jego życie, przyzwoite i nie obrażające panujących zasad obyczajowych, i jego prawdziwą, jeśli nawet formalną religijność, wyjaśnić napastliwość niektórych jego utworów. Zwykłe fizjologiczne zjawiska życia, napełniały go, jak się zdaje, niewytłumaczalnym przerażeniem. Wczesne lata ubóstwa pozostawiły na nim niezatarte piętno, stał się człowiekiem dumnym i zgorzkniałym. Gdyby się urodził w bogactwie i pochodził z dobrego rodu, zająłby zapewne przodujące, być może nawet decydujące stanowisko w zawiłym życiu politycznym swej epoki” (George Sampson).

Istotnie, życie polityczne epoki było zawiłe i skomplikowane, a nie mniej skomplikowane było życie samego Swifta. Pełne smutków i rozczarowań, stawiało go często wobec sytuacji przymusowych, w których przyrodzona wrażliwość młodego Jonathana była wystawiana na ciężkie próby. Anglik, urodzony w Irlandii, której początkowo nie znosił, stał się w późniejszym w życiu jej gorliwym patriotą. Satyryk i humorysta, okazał się chyba pierwszym na świecie przedstawicielem – jakbyśmy dziś powiedzieli – „czarnego” humoru, o czym świadczą – obok samych Podróży Gullivera – liczne jego wiersze i pamflety, a zwłaszcza makabryczna Skromna propozycja (A modest Proposal). Intelektualista i polityk, z pewnością powołany – jak słusznie twierdzi Sampson – do zajmowania najwybitniejszych stanowisk, z konieczności niemal wstępuje do stanu duchownego, a w nim dochodzi do godności dziekana dublińskiej katedry św. Patryka, co było zaszczytem wprawdzie, niemniej – właściwie wygnaniem. Życie towarzyskie, jakkolwiek bujne, uprawiał jednak raczej dorywczo, z okazji okresowych pobytów w Anglii, życie osobiste zaś, którego najciekawszą „dokumentacją” jest słynny Journal to Stella, pisany dla wieloletniej przyjaciółki i towarzyszki (którą być może poślubił, choć jest to nie wyjaśnioną do dziś tajemnicą), kryło jeszcze nie mniej tajemniczy i kłopotliwy epizod, związany z postacią młodziutkiej Hester Vanhomrigh, zwanej przez Swifta Vanessą. Świadectwem tego epizodu jest poemat Cadenus and Vanessa.

Na tle jego czasów życie Swifta nabiera szczególnego wyrazu. Gdy Jonathan rodzi się w Dublinie 30 listopada 1667 roku, ojciec jego nie żyje już od kilku miesięcy. Matka wraca do swych krewnych w Anglii, zostawiając syna na wychowaniu u ludzi obcych; w końcu chłopcem, pozbawionym obojga rodziców, zajmuje się najpierw stryj Godwin, a po jego śmierci znany polityk i eseista Sir William Temple (niektórzy twierdzą, że ojciec owego Temple’a był w istocie również prawdziwym ojcem Jonathana). Po latach nauki w szkole w Kilkenny i dublińskim Trinity College, Swift obejmuje w domu Temple’a (w Moor Park w pobliżu Londynu) stanowisko jakby sekretarza, rozczarowany jednak brakiem protekcji, jakiej oczekiwał, postanawia zostać duchownym. Ale pobyt w Moor Park przynosi mu niemałe korzyści i przeżycia. Bogata biblioteka Temple’a skłania go do poważniejszych studiów, ponadto w Moor Park poznaje Esther Johnson, naturalną córkę Temple’a, a swą późniejszą „Stellę” (bo dla niej właśnie będzie pisał po latach wspomniany Journal).

Jako duchowny Swift dwukrotnie otrzymuje prebendę w Irlandii, wraca jednak sporadycznie do Anglii, gdzie nawiązał liczne znajomości i przyjaźnie w kołach literackich i politycznych. Sam już spróbował swych sił jako człowiek pióra: pisywał ody w stylu Pindara (po których przeczytaniu jego kuzyn Dryden powiedział: „Kuzynie Swift, nigdy nie będziesz poetą”), napisał głośną Opowieść o beczce (Tale of a Tub), satyrę na „korupcję w religii i nauczaniu”, oraz Bitwę książek (The Battle of the Books), pamflet na temat sporu o wartości literatury starożytnej i nowoczesnej; powstałe w latach dziewięćdziesiątych XVII w., rzeczy te opublikowane zostały dopiero w r. 1704, także zresztą anonimowo.

Tymczasem w okresie restauracji Stuartów powstały w kraju dwa stronnictwa, z których jedno: torysi, byli – najogólniej biorąc – stronnikami króla, drugie zaś: whigowie2, opowiadało się raczej po stronie dysydentów kościoła anglikańskiego i londyńskich kupców. W praktyce politycznej granica poglądów jednych i drugich była zresztą dość płynna, zdarzały się wzajemne odstępstwa i kompromisy. W każdym razie Swift, początkowo przyjaciel whigów (wśród nich Addisona i Steele’a, wydawców pism „Tatler” i „Spectator”), gdy zorientował się, że stronnictwo to nie przysłuży się ani jemu samemu, ani sprawie jego kościoła, do którego był szczerze przywiązany, przeszedł do torysów, łącząc się z ich przywódcami Harleyem i Bolingbroke’em. Zaczął atakować dawnych przyjaciół w pamfletach na tematy religijne w piśmie „Examiner”. Gdy w 1713 r. otrzymał stanowisko dziekana katedry św. Patryka, zrozumiał, że do końca życia jest skazany na pobyt w Irlandii. Wrogość, z jaką odnosiła się do niego królowa Anna, zamykała mu drogę do większej kariery, a po śmierci królowej triumf whigów przesądził o jego odsunięciu od spraw publicznych.

Jednakże po latach przerwy powstają znowu jego pamflety, dowodzące żywego już uczestnictwa autora w sprawach Irlandii (m.in. Drapier’s Letters, w których pierwszy protestuje przeciwko wprowadzeniu w Irlandii miedzianych monet, bitych przez niejakiego Mr Wooda3, a w końcu owa Skromna propozycja, w której Swift pomoc dla ubogich widzi w sprzedaży ich dzieci na… mięso dla bogatych), przede wszystkim jednak – 28 października 1726 roku – ukazują się Podróże do wielu odległych narodów świata.

xxx

Rewolucja angielska z czasów Cromwella (w 1653 dochodzi do władzy) była punktem zwrotnym w dziejach Anglii i świata. W jej wyniku Żydzi mogli oficjalnie powrócić do Anglii po ich wygnaniu w roku 1290. Głównym aktem ustawodawczym parlamentu, zwołanego po zwycięstwie tej rewolucji, była ustawa o prawach (Bill of Rights, 1689); ustanowiła ona supremację parlamentu nad władzą monarszą i, wraz z ustawą o następstwie tronu (Act of Settlement, 1701), stworzyła podstawy konstytucyjne nowego ustroju. Ustanowienie pełnej odpowiedzialności ministrów przed parlamentem zmuszało monarchę do ich wyboru spośród większości parlamentarnej, wskutek czego umocnił się system dwóch partii, rywalizujących ze sobą o zdobycie większości. Zwycięstwo rewolucji i parlamentu wzmogło siłę żywiołów kapitalistycznych. W 1694 powołano Bank Angielski, mający wyłączne prawo emisji banknotów; umocniła się pozycja City londyńskiej, ciągnącej dodatkowe zyski ze stałego wzrostu zadłużenia państwa; nowych bodźców doznała polityka ekspansji morskiej i kolonialnej.

Taka była mniej więcej rzeczywistość, w której przyszło żyć i działać autorowi cytowanej powieści. Więcej o tym jak do tego doszło w blogu Król i parlament. Gdy czyta się ten fragment, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nic nie zmieniło się, że ludzie władzy są tak samo skorumpowani, wyzbyci wszelkich skrupułów, głupi, zawistni, mściwi i zboczeni pod względem seksualnym na wszelkie możliwe sposoby. Tego typu wynaturzenia są jakby nieodłączną cechą osobowości ludzi, którzy są wynoszeni na eksponowane stanowiska. Czy to przypadek, czy może raczej świadoma polityka tych, którzy dzierżą faktyczną władzę? Wydaje się, że to drugie.

Na końcu cytowanego fragmentu Swift, jakby z pewną nostalgią, pisze:

„W poniżeniu tym zapragnąłem, aby pojawili się przede wszystkim dawni wolni chłopi angielscy, tak sławni ongi z prostoty obyczajów, jadła i szat, z prawości postępowania, ducha prawdziwej wolności, męstwa i miłości do ojczyzny. Po porównaniu żywych z umarłymi nie mogłem ukryć wzruszenia na myśl, jak owe czyste, narodowe cnoty zostały za sztukę złota przełajdaczone przez ich wnuków, którzy sprzedając swe głosy i biorąc udział w oszustwach wyborczych, poznali wszystkie występki i całe zepsucie, jakiego można nauczyć się u dworu.’

Co więc takiego stało się, a może raczej, kto zepsuł tych ludzi? Jeśli sprzedawali się za sztukę złota, to znaczy, że sprzedawali się tym, którzy tymi sztukami złota dysponowali bez ograniczeń. Ale na tym nie skończyło się? Temu zepsuciu w sferze materialnej towarzyszyło zepsucie w sferze obyczajowej. I tym chyba można wytłumaczyć wszelkie obecne afery na tym tle w kręgach władzy. A to oznacza, że scena polityczna została szczelnie odgrodzona od tych, którzy nie poddali się tym warunkom, na jakich mogliby być dopuszczeni do najwyższych stanowisk. Zatem każde wybory to teatr dla naiwnych, wierzących w demokrację, a faktycznie jest to wybór tych, którzy już uprzednio zostali zaakceptowani przez prawdziwą władzę.

Obecnie dokonano pewnego „postępu” w stosunku do czasów Swifta, bo wszelkie aberracje w sferze obyczajowej są wprowadzane na szeroką skalę wśród mas. Wydaje się, że próby zmiany tożsamości są o wiele groźniejsze, niż zależność finansowa. Do tego dochodzi jeszcze kontrola za pomocą telefonów komórkowych, które są obecnie bardziej kieszonkowymi komputerami niż telefonami w ścisłym znaczeniu i służą one bardziej do inwigilacji właściciela takiego urządzenia, a ich funkcja komunikacyjna jest tylko dodatkiem. To dzieło tych samych, którzy w czasach Swifta psuli rdzenny naród angielski.

  1. Polydore Vergil (born c. 1470, Urbino, Urbino and Pesaro—died April 18, 1555, Urbino) was an Italian-born Humanist who wrote an English history that became required reading in schools and influenced the 16th-century English chroniclers Edward Hall and Raphael Holinshed and, through them, Shakespeare. – Britannica.

    Polydore Vergil or Virgil (Italian: Polidoro Virgili, commonly Latinised as Polydorus Vergilius; c. 1470 – 18 April 1555), widely known as Polydore Vergil of Urbino, was an Italian humanist scholar, historian, priest and diplomat, who spent much of his life in England. He is particularly remembered for his works the Proverbiorum libellus (1498), a collection of Latin proverbs; De inventoribus rerum (1499), a history of discoveries and origins; and the Anglica Historia (drafted by 1513; printed in 1534), an influential history of England. He has been dubbed the “Father of English History”. – angielska Wikipedia. ↩︎
  2. Warto objaśnić pochodzenie tych nazw, aktualnych w życiu politycznym Anglii po dzień dzisiejszy. Słowo tories – oznaczało rozbójników irlandzkich; przezwisko to, zaakceptowane z dumą przez obrzucanych nim działaczy, miało sugerować, że są oni kryptopapistami. Natomiast whigs – skrót słowa whigamores, oznaczającego grupę purytańskich chłopów z zachodniej Szkocji. (A. Maurois: Dzieje Anglii). ↩︎
  3. Za ten pamflet nałożono cenę na głowę Swifta, a chociaż w Irlandii wiedziano, kto naprawdę ukrywał się pod pseudonimem Drapier, nikt przecież autora nie wydał. ↩︎

Zadłużenie III RP

W dniu 17 czerwca ukazał się na portalu Interia BIZNES artykuł Scenariusz ostrzegawczy dla Polski. “Dług może eksplodować”. Poniżej jego wybrane fragmenty:

Jeśli finanse publiczne będą się toczyły siłą bezwładu i rząd nie zrobi nic, żeby temu zapobiec, nasz dług – za trochę ponad dekadę – sięgnie 107 proc. PKB – uważają ekonomiści. To scenariusz ostrzegawczy. Problem polega na tym, że rok po roku kolejne takie scenariusze ostrzegawcze pokazują, że dług tylko rośnie. I nie widać, by rząd chciał coś z tym zrobić.

– Dług może eksplodować do 107 proc. PKB w ciągu półtorej dekady – mówił Sławomir Dudek, prezes Instytutu Finansów Publicznych podczas prezentacji raportu “Zagrożenia nadmiernego długu publicznego. Edycja 2025” na czerwcowym Europejskim Kongresie Finansowym.

Autorzy raportu, Sławomir Dudek, Piotr Kalisz, główny ekonomista banku Citi Handlowy oraz Ludwik Kotecki, członek Rady Polityki Pieniężnej, na podstawie aktualnych danych wyliczyli taki właśnie scenariusz ostrzegawczy. Czy się spełni? Zależy to od tego, czy i kiedy rząd zapanuje nad wzrostem wydatków lub będzie miał odwagę przekonać społeczeństwo o konieczności wzrostu dochodów. Albo i jedno, i drugie. Autorzy ogłosili jeszcze dwa inne scenariusze, ale żaden nie wskazuje na powrót długu poniżej 60 proc. PKB. 

Ostrzegawcze prognozy dla państw Unii formułuje także co roku Komisja Europejska w “Debt Sustainability Monitor”. Opierają się one na założeniu, że rząd nie przeprowadzi konsolidacji fiskalnej, czyli pozwoli na szybszy wzrost wydatków niż dochodów. Według DSM z marca tego roku, polski dług publiczny za 10 lat osiągnie 94,6 proc. PKB.

– Wszyscy wiedzą, że nie dojedziemy do 100 proc. długu do PKB, bo po drodze będziemy mieli kryzys (…) Problemem jest mindset, uznawanie przez polityków, że stać nas na wszystko na raz – skomentował wyniki raportu koordynator prognoz makroekonomicznych EKF Marcin Mrowiec. 

Dług rośnie, bo co roku deficyty finansów publicznych są wyższe niż deklarowane przez rząd. Dodatkowo doszły wydatki na zbrojenia, którymi rząd uzasadnił krajową klauzulę wyjścia.

Wzrost deficytu finansów publicznych wynika z bardzo szybkiego wzrostu wydatków całego sektora przy niemal niezmiennych dochodach. Przed pandemią, w 2019 roku, wydatki publiczne wynosiły 41,4 proc. PKB, w roku pandemii mocno wzrosły, ale potem wróciły do poziomu ok. 43 proc. PKB. Od 2022 roku przez kolejne dwa lata wzrosły o 6,2 pkt. proc. PKB – do najwyższego poziomu od wejścia do Unii, czyli do 49,4 proc. PKB, a od 2019 roku zwiększyły się aż o 8 punktów proc. PKB.

Równocześnie wzrostowi wydatków nie towarzyszy poprawa jakości usług publicznych. I tak pomimo, że niemal połowę PKB przeznaczamy na wydatki, to te na ochronę zdrowia (według unijnej klasyfikacji) należą do najniższych w całej UE. Natomiast wydatki na transfery socjalne w gotówce (czyli na 800+, 300+, “babciowe” itp.) wyniosły w 2024 roku 17,1 proc. PKB i pod tym względem Polska przegoniła Szwecję i Niemcy. Wynika z tego, że rozpoczęta przez PiS polityka mająca doprowadzić do prywatyzacji usług publicznych nie została odwrócona.

Rząd PiS “przeniósł” ogromną część zadłużenia poza budżet, do funduszy Polskiego Funduszu Rozwoju i Banku Gospodarstwa Krajowego. W ten sposób np. znaczna część finansowania zbrojeń obchodzi zarówno ustawę budżetową, jak też reguły fiskalne. Trzeba znaleźć zgodne z art. 219 konstytucji rozwiązania dla finansowania zbrojeń i wygaszać “równoległy budżet”, żeby stworzone przez PiS fundusze podlegały kontroli parlamentarnej – stwierdza raport.

x

W dniu 19 czerwca na tym samym portalu ukazał się artykuł Chcemy zbroić się coraz mocniej. Ale czy budżet i Polacy to udźwigną? Poniżej wybrane fragmenty:

Kraje NATO na szczycie w Hadze będą dyskutować o przyjęciu wyższego progu nakładów na zbrojenia. Polska jest “za” – deklaruje szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz. Ale czy podbicie stawki nie będzie katastrofalne dla polskich finansów publicznych, które i tak są pod ogromną presją? Eksperci są zgodni: sytuacja budżetowa nie wygląda dobrze, ale zbroić się musimy. Oprócz pytań o obciążenia budżetu pojawiają się też pytania o obciążenia dla społeczeństwa. Czy za zbrojenia Polacy zapłacą ograniczonym dostępem do świadczeń socjalnych – i stresem?

Państwa członkowskie NATO powinny przeznaczać 5 proc. swojego PKB na obronność – uważa Mark Rutte, sekretarz generalny sojuszu. Po niedawnym spotkaniu ministrów obrony krajów NATO zapowiedział on, że taki właśnie cel przedstawi na szczycie Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego w Hadze, który odbędzie się w dniach 24-25 czerwca. Podbicie stawki jest znaczące – średnia wydatków na obronę europejskich członków NATO wyniosła w 2024 r. tylko ok. 2 proc. PKB, czyli oscylowała w granicach obecnego progu, przyjętego jeszcze w 2014 r. na szczycie sojuszu w walijskim Newport.

Polska zawyża tę średnią – w budżecie na 2024 r. zaplanowano wydatki na obronność w wysokości 4,2 proc. PKB (wykonanie było nieco poniżej planu – już pod koniec grudnia ubiegłego roku wiceszef MON Paweł Bejda wskazywał na poziom ok. 3,8 proc. PKB). W oficjalnym raporcie NATO zaprezentowanym w kwietniu Polska zajmowała pierwsze miejsce wśród krajów sojuszu z wydatkami na poziomie 4,07 proc. PKB. Średnią zawyżały również kraje bałtyckie – druga w zestawieniu Estonia (3,41 proc. PKB), zajmująca trzecie miejsce Łotwa (3,39 proc. PKB) i piąta w rankingu Litwa (3,11 proc. PKB). Czwarte miejsce należało do USA z wydatkami na poziomie 3,19 proc. PKB, choć w liczbach bezwzględnych nakłady Amerykanów na obronność są oczywiście największe. Budżet wojskowy Stanów Zjednoczonych w ubiegłym roku stanowił 64 proc. całkowitych wydatków NATO na obronność, które sięgnęły ok. 1,3 bln dolarów.

Ale rząd Donalda Tuska się nie zatrzymuje – słowa wicepremiera i ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza świadczą o tym, że Polska opowiada się za zwiększeniem progu wydatków na obronność dla krajów NATO do 5 proc. PKB. “Polska popiera to stanowisko” – mówił szef MON na niedawnym Forum Bezpieczeństwa Europy Środkowej i Wschodniej “Razem dla bezpiecznej Europy”, podkreślając, że zagrożenia są “największe od II wojny światowej”. Powtórzył to także w środę 18 czerwca przed posiedzeniem Rady Bezpieczeństwa Narodowego. “Bardzo popieramy starania o podniesienie wydatków we wszystkich państwach członkowskich (NATO – red.) do 5 proc. PKB. My wydajemy prawie 5 proc., wiemy, że trzeba wydawać tyle przez dekady, i będziemy zachęcać do tego wszystkie państwa” – zapowiedział.

– Mówiąc o 5 proc. PKB wydawanych na obronność, należy uwzględnić kilka aspektów – mówi Interii Biznes dr Jacek Raubo z Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, szef działu analiz Defence24. – Najważniejszą z nich są potrzeby obronne państw NATO niezbędne już teraz w zakresie odstraszania i obrony – nie ma co ukrywać, że wiele z nich ma obecnie problem nawet z realizacją wydatków na obronność na poziomie 2 proc. PKB. 

Pieniądze są potrzebne na trzy rzeczy – wskazuje. – Pierwsza z nich to modernizacja sił zbrojnych – jak obecnie w Polsce – co jest przedsięwzięciem długofalowym i kosztownym. Musi być tutaj obecny element kontynuacji i na to środki muszą być zagwarantowane. Druga rzecz to działania w wymiarze “tu i teraz”. Musimy mieć pieniądze na wzmacnianie sił zbrojnych, jeśli chodzi o reagowanie kryzysowe, które staje się istotne w kontekście działań Rosji za naszą wschodnią granicą, ale też tego, co dzieje się w basenie Morza Śródziemnego. Musimy wysłać jasny sygnał, że jesteśmy gotowi ponieść ten ciężar w perspektywie 10-20 lat, bo potem może być za późno. Trzecia rzecz wiąże się z pewną symboliką w relacjach transatlantyckich – mamy w tym układzie USA, mamy kraje wschodniej flanki NATO, które inwestują w obronność – jak Polska i kraje bałtyckie – i wreszcie bogatą Europę Zachodnią, które oscylują w realiach pozimnowojennych. Przykładem mogą być tutaj Hiszpania czy Belgia. Tam konieczne jest zasypywanie bieżących luk w zakresie odstraszania i obronności. 

Hiszpania i Belgia przywołane przez eksperta zajmują niechlubne dwa ostatnie miejsca w rankingu krajów NATO pod względem wydatków na obronność poniesionych w 2024 roku, liczonych jako procent PKB – Hiszpania wydała na te cele 1,24 proc. swojego PKB, a Belgia 1,29 proc.

Nasz kraj, podkreśla dr Jacek Raubo, gra w innej lidze. – Polska jest głównym filarem bezpieczeństwa na flance wschodniej. Nasza ocena rzeczywistości międzynarodowej determinuje i będzie determinować każdy kolejny rząd do wzmacniania potencjału obronnego – nie tylko wojskowego, bo mówimy tutaj zarówno o przygotowaniu się na konflikt poniżej progu wojny, jak i na konflikt pełnoskalowy. W skali Europy Polska jest wyjątkiem pod kątem społeczno-politycznej postawy wobec wydatków na obronność. Od dłuższego czasu jako kraj sygnalizujemy, że ten konsensus co do inwestowania w obronność jest; że możemy dyskutować o specyfice poszczególnych zamówień, ale co do zasady jesteśmy zgodni. Potrafimy z naszej strony dać Europie przykład, że społeczeństwo i politycy mogą zgromadzić się wokół idei budowania obronności, a im dalej od flanki wschodniej NATO, tym gorzej jest z takimi postawami.

– Polska pełni rolę host nation (państwa przyjmującego siły sojusznicze na wypadek kryzysu lub wojny) – to od naszych dróg, od kolei, od portów lotniczych, po systemy łączności, bazy i gotowość sprzętową zależy skuteczność pomocy udzielanej sojuszniczym wojskom – dodaje wykładowca UAM. – Dlatego np. infrastruktura podwójnego przeznaczenia wymaga od nas pewnych obciążeń. 

– Co to oznacza? Że budujemy mosty, ale z taką nośnością, która jest dostosowana do przejazdu kolumn z bronią pancerną. Odpowiednie przygotowanie do konfliktu wymaga od nas także zabezpieczenia funkcjonowania przemysłu obronnego. Do tego musimy zlikwidować zapóźnienia, które istnieją w segmencie niewojskowym, związane z przygotowaniem społeczeństwa na ewentualną wojnę. To też będzie wymagało odpowiednich środków, które muszą być zgrane z polską gospodarką i z realiami międzynarodowymi.

Potrzeby są ogromne i ogromne są też wydatki. Czy Polska może sobie pozwolić na dalsze zwiększanie puli nakładów na obronność? W budżecie na 2025 rok przewidziano rekordowe wydatki na obronność, które mają wynieść 4,7 proc. PKB, czyli 186,6 mld zł (z tej kwoty 124,3 mld zł to wydatki z budżetu państwa, a 62,3 mld zł to środki z Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych). Tymczasem ustawa budżetowa zakłada, że deficyt budżetu sięgnie 289 mld zł, czyli 7,3 proc. PKB. Z kolei deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych – według najnowszej prognozy resortu finansów z końca kwietnia – ma wynieść 6,3 proc. PKB. Finanse publiczne i tak są już zatem pod presją.

Polska będzie zapewne szukać pola manewru w budżecie na 2026 rok, bo wiele wskazuje na to, że wydatki na obronność będą jednym z priorytetów. W rozmowie z Interią Biznes podczas tegorocznej konferencji Impact Władysław Kosiniak-Kamysz mówił: “Uważam, ze 5 proc. (PKB w kontekście wydatków na obronność – red.) to jest to, do czego powinniśmy dążyć”.

Jednocześnie przestrzega: – Sytuacja budżetowa w przypadku Polski jest bardzo słaba. Trajektoria deficytu i długu sektora finansów publicznych przy wydatkach na obronność przekraczających 5 proc. PKB będzie nas sytuować wśród krajów UE z największym deficytem.

Mając świadomość powagi sytuacji, Polska złożyła wniosek o tzw. unijną klauzulę wyjścia. Bruksela wiosną przystała na to, by wydatki na obronność były wyłączone z oceny poziomów długu i deficytu sektora finansów publicznych państw członkowskich (Polska zabiegała o to na forum unijnym przez długi czas). Skorzystanie z klauzuli da z pewnością dodatkową przestrzeń fiskalną, ale – jak mówi Jacek Raubo – trzeba będzie wykorzystać ją mądrze.

x

Zacytowałem fragmenty dwóch artykułów. Jeden z nich przedstawia stan zadłużenia III RP, drugi – uzasadnia konieczność zadłużania się na tak niebotyczne kwoty. Rząd, by ukryć wielkość tego zadłużenia, stworzył coś w rodzaju budżetu równoległego, czyli przesunął pieniądze na inne konta. Jednocześnie unia zgodziła się na zastosowanie wobec III RP tzw. unijnej klauzuli wyjścia, czyli pozwoliła jej oficjalnie na przekraczanie limitów zadłużenia w stosunku do PKB, które sama wcześniej ustaliła. W drugim artykule mamy przedstawione uzasadnienie dla tego typu procederów. Zaznaczono w nim, że Polska jest głównym filarem bezpieczeństwa na flance wschodniej i że pełni rolę host nation. Wszystko to brzmi bardzo pięknie, ale oznacza po prostu to, że jest ona przedmurzem Europy. Tę role pełniła ona w czasach I RP, pełniła ją także z czasach PRL-u, tylko że w odwrotnym kierunku – była przedmurzem Związku Radzieckiego. To jej terytorium miało być polem walki pomiędzy NATO i Układem Warszawskim. Obecnie zaś ma wziąć na siebie ewentualny atak Rosji, bo jak zaznaczono w drugim artykule, zagrożenie wojną nigdy nie było tak duże od czasów II wojny światowej. Wprawdzie nie wyjaśniono, dlaczego tak jest, ale pewnie dlatego, że jest to doskonały pretekst do zwiększania wydatków na zbrojenia bez konieczności tłumaczenia się z tak nieracjonalnych poczynań.

Historia poucza nas, że w konfliktach Zachodu z Rosją nigdy nie dochodzi do rozstrzygnięć ostatecznych, w których jedna ze stron pokonuje drugą zdecydowanie i podporządkowuje ją sobie. W czasie wojny siedmioletniej (1756-1763) doszło do dwóch cudów brandenburskich. W pierwszym z nich, w 1759 roku, rosyjski generał-feldmarszałek Sałtykow nie zdecydował się na marsz na Berlin, co umożliwiło Prusom odtworzenie armii i kontynuowanie wojny. W drugim, w 1762 roku, Piotr III Romanow wycofał swoje wojska z linii frontu, osłabiając w ten sposób koalicję antypruską, i przekazał część armii Fryderykowi, co definitywnie położyło kres tej koalicji. Napoleon mógł podbić Rosję, ale pozwolono mu na to tylko częściowo. Po jego klęsce wojska carskie dotarły do Paryża, ale nie poszły na Madryt czy Lizbonę, tylko wycofały się do Księstwa Warszawskiego, które Zachód podarował Rosji, zostawiając Prusom Wielkopolskę, a Austrii Kraków. Podobnie było w przypadku Hitlera, który również mógł pokonać Związek Radziecki, gdyby mu na to pozwolono. Jednak za każdym razem traciło na tym jakieś pośpiesznie sklecone państwo polskie. Wydaje się, że i tym razem może być podobnie.

Temu zapewne ma służyć celowe zadłużanie bez ograniczeń III RP. By to zrozumieć, należy wrócić do czasów PRL-u. Gierek chciał stworzyć państwo przemysłowo-rolnicze i przy okazji 10-tą potęgę gospodarczą świata. Rzucanie się z motyką na słońce wydaje się być w tym kraju Zulu-gula czymś naturalnym. W tym celu zaciągnął kredyty na Zachodzie, które miały być przeznaczone na budowę zakładów przemysłowych. Produkcją z tych zakładów chciano spłacać te kredyty. Problem polegał jednak na tym, że złotówka była niewymienialna na waluty zachodnie. Licencje, które Zachód sprzedał PRL-owi były przestarzałe i nie było szans, by tego typu towar, pochodzący z takiej produkcji, sprzedać na Zachodzie i uzyskać niezbędne dewizy do spłaty rat i odsetek od zaciągniętych tam kredytów. Inna sprawa, że ci, którzy dali te kredyty, nie udostępnili zachodnich rynków zbytu tym towarom, ale przecież oni dobrze wiedzieli, dlaczego tak zrobili. Próbowano je sprzedawać w krajach Trzeciego Świata po cenach dumpingowych. To jednak pogarszało tyko sytuację. Starano się sprzedawać wszystko, co tylko dało się sprzedać na Zachodzie, a dawało się tylko sprzedawać żywność i węgiel, ale w ten sposób zubażano rynek krajowy. To, z kolei, stało się pretekstem do wzbudzania społecznego niezadowolenia – Polak głodny, to zły. I tak narodziła się Solidarność. Rząd komunistyczny uznał, że komunizm nie sprawdził się, choć w tym samym czasie w Chinach miał się dobrze, i „podał” się do dymisji. Nowy rząd wybrano w „demokratycznych” wyborach. I ten rząd dostał od zachodnich wierzycieli propozycję nie do odrzucenia: umorzymy wam część długów w zamian za to, że zlikwidujecie wszystko, co zostało zbudowane za nasze kredyty i udostępnicie nam wasz rynek zbytu. Rząd nie miał wyjścia. Pojawił się „genialny” amerykański ekonomista, który stworzył nie mniej „genialnemu” ekonomiście rodzimego chowu plan zwany planem Balcerowicza, który był ideologicznym rozwinięciem propozycji przedstawionej nowemu rządowi przez owych zachodnich wierzycieli.

O co zatem dzisiaj chodzi w przypadku tych obecnych, udzielanych bez ograniczeń? Rosja z Zachodem, prędzej czy później, dogada się. Jak zawsze i w tym przypadku odbędzie się to kosztem obecnego państwa polskiego. Rząd polski nie będzie miał wyjścia i być może scenariusz powtórzy się. Bardzo możliwe, że w obliczu bankructwa państwa podda się on do dymisji, a nowy rząd, wybrany w „demokratycznych” wyborach, znowu zgodzi się na wszystkie warunki, które mu zaproponują wierzyciele. Jakie to będą warunki? Ja, niezmiennie od początku wojny na Ukrainie, powtarzam, że chodzi o stworzenie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, które nie obejmie polskich ziem zachodnich i wschodniej Ukrainy, co oznacza, że obie strony, czyli Niemcy i Rosja, będą usatysfakcjonowane. Jednak ten scenariusz jest realizowany powoli, więc do wielu to jeszcze nie dociera. Gdy jednak po wycofaniu się Ameryki – oczywiście oficjalnym, bo nie faktycznym – z Europy do stołu zasiądą Rosja i Niemcy, to scenariusz przeze mnie nakreślony stanie się bardzo prawdopodobny.

x

To, co zwraca uwagę w tym zadłużeniu, to to, że nie podaje się jego wartości bezwzględnej. Nie wiadomo więc na ile miliardów jest zadłużona III RP. Podaje się tylko informację w odniesieniu do PKB, czyli Produktu Krajowego Brutto, czyli wartości wszelkich towarów i usług wytworzonych w danym roku. Natomiast dochód to przeważnie czwarta cześć PKB. Co innego jest jednak powiedzieć, że państwo wydaje na zbrojenia 5% PKB, a co innego powiedzieć, że państwo wydaje na ten cel 25% dochodu.

Polacy nie gęsi

Wiem, że na Bliskim Wschodzie wybuchła kolejna wojna, ale mnie ona nie interesuje. Od 1948 roku istnieje tam państwo Izrael i od tego roku trwają tam wojny, które niczego nie zmieniają. Izrael jak trwał, tak trwa. Jaki jest zatem cel tych wojen? Może po prostu one są po to, by państwo żydowskie w Palestynie nie przestało istnieć? Może ma to być czymś w rodzaju mobilizacji narodu żydowskiego, dla którego naturalnym stanem jest stan rozproszenia, a nie egzystowanie we własnym państwie, które powoduje rozkład wewnętrzny tego narodu? Nie można być cywilizowanym na dwa sposoby, jak pisał Koneczny, zapewne też Żyd.

Mnie interesuje to, co tutaj się dzieje, w tym dziwnym kraju nad Wisłą. Na portalu forsal.pl ukazał się artykuł Język ukraiński zamiast hiszpańskiego, niemieckiego czy francuskiego – zmiany w nauczaniu drugiego języka w szkołach. Poniżej fragment:

Język ukraiński drugim językiem w szkołach?

„Jeśli nie uda się nam wprowadzić ukraińskiego komponentu do polskich szkół, to przynajmniej zróbmy ukraiński drugim językiem obcym”: powiedział Paweł Lewczuk – pracownik naukowy Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk.

Otóż są takie plany – minister edukacji narodowej Barbara Nowacka zadeklarowała właśnie wsparcie dla wprowadzenia języka ukraińskiego jako drugiego języka obcego w polskich szkołach. Propozycję omówiła z ministrem edukacji Ukrainy Oksenem Lisowym.

Z kolei Tomasz Piekielnik kilka dni temu na swoim kanale tak to skomentował:

„Jaka jest druga strona tego medalu? Otóż, w mojej opinii jest to po to, by kuchennymi drzwiami, w sposób haniebny i absolutnie bezczelny, wprowadzać, na razie możliwość z sugestią, być może jest to właściwy wybór, nauczanie języka ukraińskiego dla polskich dzieci. Ja się pytam, po co? Uczmy w polskich szkołach ukraińskich dzieci języka polskiego, historii polskiej, historii niezakłamanej, również w sprawie rzezi wołyńskiej, a nie nakładajmy na polskie dzieci, na razie za fasadą możliwości, a za chwilę już coś więcej, brzemienia w postaci doprowadzenia do konieczności uczenia się języka ukraińskiego – tak to określę. Bo tym jest to dla mnie, w mojej opinii. Podkreślam, to mój pogląd, Państwo możecie mieć własny.”

Może więc są takie plany, tyle że dalekosiężne i dlatego zamiary te są trudne do rozszyfrowania. Ja, z ciekawości, zajrzałem do internetowego słownika diki w wersji niemieckiej i wpisałem język ukraiński. Wyświetliło mi się słowo Ukrainisch. Jako przykłady jego zastosowania podano dwa zdania:

Wenn du kein Ukrainisch kennst, solltest du besser zu Hause bleiben. (Jeśli nie znasz ukraińskiego, powinieneś zostać w domu.) Ich kenne ein bisschen Ukrainisch. (Znam trochę ukraiński.)

Kto wie czy za jakiś czas nie czeka nas taka właśnie rzeczywistość? W każdym razie warto się bliżej przyjrzeć temu, w jakich okolicznościach powstał narodowy język polski i kim byli ci, którzy go stworzyli. Może wtedy łatwiej będzie nam zrozumieć te wszystkie zabiegi wokół języka ukraińskiego w Polsce.

x

Mikołaj Rej (1505-1569) w swoim wierszu napisał: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”. Powiedział to w XVI wieku. Czy gdyby język polski istniał wcześniej i był postronnym znany, to czy Rej użyłby takiego sformułowania? Logika nakazuje powiedzieć – nie! Jak zatem było?

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela 1932, wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja”, pisze:

W Krakowie powstaje ok. r. 1540 tajne stowarzyszenie dla rozszerzania nauk ewangelicznych. „Składało się ono z najznakomitszych uczonych owego czasu, którzy, połączeni węzłami osobistej przyjaźni, utworzyli ów związek, pozornie ściśle katolicki i dążący tylko do przeprowadzenia reform, w niczym nie naruszających prawowierności. Na czele stowarzyszenia stał Włoch, Franciszek Lismanini, prowincjał zakonu franciszkanów, kapelan i spowiednik królowej Bony, a należeli doń: Jan Trzecieski, pierwszy polski gramatyk, syn jego, Andrzej Trzesiecki, znakomity uczony i lingwista, Bernard Wojewódka, księgarz i radny miasta – obaj uczniowie Erazma Rotterdamczyka, Andrzej Frycz-Modrzewski, uczeń Melanchtona, Jakub Przyłuski, znakomity prawnik, Andrzej Drzewiecki, kanonik kapituły krakowskiej, Andrzej Zebrzydowski, późniejszy biskup krakowski, ulubiony uczeń Erazma, Jakub Uchański, referendarz koronny, następnie arcybiskup gnieźnieński i wiele innych osób, znakomitych zdolnościami i zajmowanym w społeczeństwie stanowiskiem.” – Walerian Krasiński, Zarys dziejów powstania i upadku reformacji w Polsce.

Czy gramatyk, lingwista i księgarz znaleźli się w tym towarzystwie przypadkowo, czy raczej nie? Z pewnością to drugie. W 1966 roku, z okazji 1000-lecia chrztu Polski, ukazywała się na łamach Ekspressu Wieczornego Ilustrowana Kronika Polaków. W formie książkowej została wydana przez wydawnictwo Książka i Wiedza w 1967 roku. W niej można przeczytać:

Na początku XVI wieku polska kultura umysłowa i artystyczna wkracza w okres niebywałego rozkwitu. Polscy artyści przetwarzają i wzbogacają o rodzime elementy kulturę Odrodzenia. Na gruncie polskim dojrzewają talenty obcych artystów, szczególnie włoskich.

Biernat z Lublina – pierwszy literat polski, którego dzieła ukazały się drukiem, autor pierwszej w całości po polsku wydrukowanej książki („Raj duszny”, 1513), urodził się ok. 1465 r., zmarł ok. 1529 r. Biernat w swych religijnych i świeckich utworach był jednym z prekursorów reformacji, głosił poglądy godzące w hierarchię kościelną i feudalny porządek społeczny.

Pierwszym drukiem wydanym w Polsce, w Krakowie, jest łaciński „Kalendarz na rok bieżący” (1474), pierwszy druk w języku polskim, zawierający teksty trzech podstawowych modlitw, ukazał się w 1475 r. we Wrocławiu, w łacińskich „Statutach synodalnych”, a pierwszym drukiem w języku polskim wydanym w Polsce, w Krakowie, jest tekst „Bogurodzicy” w łacińskich „Statutach Łaskiego” (1506). Wreszcie pierwszym świeckim utworem literackim w języku polskim drukowanym w Polsce jest opowieść Jana z Koszyczek pt. „Rozmowy, które miał król Salomon z Marchołtem grubym a sprośnym” (Kraków 1521).

Reformacja i ruch egzekucyjny sprzyjały rozwojowi pisarstwa polskiego, poezji wszelkich rodzajów, publicystyki, literatury społecznej, politycznej i prawniczej oraz historiografii. Złoty wiek literatury polskiej zdobią nazwiska takich wybitnych twórców, jak Rej i Kochanowski, Frycz-Modrzewski, Goślicki, Bazylik, Czechowic, Budny, Skarga, Bielski, Górnicki i Kromer. Olbrzymia większość pisarzy tworzy w języku narodowym. Dzięki temu ich oddziaływanie na społeczeństwo mogło przybrać szerokie rozmiary. Po łacinie pisze niewielu, m.in. Modrzewski (podstawowe jego dzieło zostało zresztą rychło przetłumaczone na polski przez Bazylika) i Goślicki. Dzięki temu znów ich dzieła zostały łatwo przyswojone przez obcych w oryginalnej łacinie lub w przekładach na obce języki narodowe.

x

Wygląda więc na to, że przez 500 lat „istnienia” Polski nie było na tym obszarze języka narodowego. Był to raczej język ludowy z regionalnymi gwarami, czyli że sytuacja przypominała tę w Wielkim Księstwie Litewskim, które zamieszkiwały społeczności nie w pełni wykształcone w sensie świadomości narodowej i językowej. Jeśli tak, to znaczy, że tereny ówczesnej Polski były częścią I Rzeszy. Kraków przez długi czas był miastem niemieckim, do którego przyjechał Wit Stwosz, by wyrzeźbić piękny ołtarz. Piastowie byli niemieckimi wasalami. Czy mówili po niemiecku czy po łacinie, jak większość elit zamieszkujących ten teren? Jeśli dzieło Modrzewskiego zostało przetłumaczone na polski przez Bazylika, to znaczy, że on sam nie znał tego języka.

Zatem literacki język polski to dzieło reformacji. Dlaczego dopiero wtedy zaczęto go rozwijać? Czy nie dlatego, że w planach była unia realna z WKL? Z jednej strony zrównano w standardach ekonomicznych ziemie polskie z ziemiami WKL, z drugiej – postanowiono, że to „Polacy” mają zdominować nowe państwo pod względem kulturowym, a pierwszym i podstawowym wyznacznikiem każdej kultury jest język. Ówczesne elity „polskie” przeszły gruntowne przeszkolenie na Zachodzie i stamtąd zapewne wyszedł pomysł unowocześnienia języka polskiego. Przygotowano gramatyków i lingwistów. Oni zapewne posiłkowali się językiem niemieckim przy wzbogacaniu słownictwa polskiego. Każdy, kto choć trochę uczył się języka niemieckiego wie, że jest w nim, jak na język niesłowiański, całkiem sporo słów, które są podobne do polskich.

Za czasów reformacji polska kultura rozbłysła niczym supernowa. A po unii lubelskiej równie szybko zgasła. I RP to była pustynia kulturalna i intelektualna. Potężne pod względem obszaru państwo i nic poza tym. To dowodzi, że akcja z czasów reformacji została zaplanowana. Język polski został podrasowany i czekał na właściwy moment, który nadszedł w XIX wieku po rozbiorach I RP. Powstała wtedy na Kresach zaściankowa literatura, której celem było nie tyle zdobywanie laurów na arenie międzynarodowej, co przyswojenie języka polskiego przez miejscową ludność, która po takim zabiegu stawała się ludnością narodowości polskiej. Język był tu więc podstawowym elementem kształtowania świadomości narodowej. Tymi, którzy wnieśli najwięcej w unowocześnienie języka polskiego w XIX wieku byli Prus i Sienkiewicz.

Czy obecnie mamy do czynienia z podobną sytuacją, tylko w odwrotnym kierunku? Czy to język ukraiński ma kształtować świadomość narodową mieszkańców tego kraju Zulu-Gula? Jeśli nie znasz ukraińskiego, powinieneś zostać w domu. Być może jest to początek tego procesu, który ma trwać latami i dlatego jest niewidoczny. A może jest to zamierzone na wywoływanie niepokojów społecznych? W Polsce mieszka przecież wiele osób, które mają korzenie rosyjskie czy sympatyzują z Rosją. Czy im taka sytuacja będzie odpowiadać, by ich dzieci uczyły się ukraińskiego? A co będzie, jeśli pierwszeństwo w przyjmowaniu do pracy będą miały osoby ze znajomością języka ukraińskiego?

x

Nie tak dawno temu natknąłem się na wypowiedź prof. Andrzeja Nowaka, który stwierdził, że Polska to 1000 lat historii, a Niemcy to tylko 150 lat. – Można się narkotyzować, ale czy warto?