Neofici polscy c.d.

W tym blogu druga cześć poświęcona neofitom polskim z okresu XIX wieku. Opis pochodzi z książki Teodora Jeske-Choińskiego Neofici polscy wydanej w 1904 roku. Pod koniec XVIII wieku Polska traci niepodległość i na krótki okres do 1807 roku Warszawa i ziemie aż do obecnej wschodniej granicy są pod zaborem pruskim. To bardzo istotnie, bo wraz z Prusakami przybywają tu masowo Żydzi niemieccy. Po 1807 roku, wskutek wojen napoleońskich, Prusacy wycofują się, ale Żydzi zostają. Warto to wiedzieć, bo ci Ukraińcy i Żydzi ukraińscy, którzy tu przyjechali, też tu zostaną. Warto też pamiętać o tym, że powstanie styczniowe było dziełem neofitów. Po 30-40 latach byli już oni na tyle zasymilowani, że mogli uchodzić za Polaków. Polacy tego powstania nie chcieli, o czym świadczy postawa elit skupionych wokół Andrzeja Zamoyskiego i jego Towarzystwa Rolniczego. A powstanie i tak wybuchło.

Jakie będą konsekwencje przyjęcia i uprzywilejowania mniejszości, która, jeśli jeszcze nie jest, to bardzo szybko stanie się większością w tym kraju. I jak ona go zmieni? Jakieś dziwne milczenie panuje na temat tej podmiany narodów. A teraz właśnie rodzą się nowi neofici polscy. Już ponad milion Ukraińców i „Ukraińców” przyjechało do Polski, a ilu jeszcze przyjedzie? A ilu już tu jest od lat? Za jakiś czas oni wszyscy będą „Polakami”. Takiej wędrówki ludów nie było tu od czasów II wojny światowej. I jeśli coś złego będzie się działo w tym kraju, to oczywiście winni będą Polacy. A Polacy od czasów unii lubelskiej stanowią w niby własnym kraju mniejszość i na nic nie mają wpływu. A czy wcześniej mieli?

Jeske-Choiński tak opisuje to, co działo się w XIX wieku, szczególnie w jego pierwszej połowie:

»Neofici XIX stulecia wyznania rzymsko-katolickiego.

Pod koniec XVIII stulecia zaczynają się zmieniać warunki, w jakich się Żydzi polscy rozwijali. W żadnym państwie chrześcijańskim nie było Żydom przez szereg wieków tak dobrze, tak wygodnie, jak w Polsce. Byli oni tu u siebie, w swoim własnym domu, rządzili się sami, posiadali pełną autonomię, tworzyli rzeczywiste państwo w państwie.

Począwszy od Bolesława Pobożnego (w r. 1264) aż do Stanisława Augusta Poniatowskiego, opiekowali się wszyscy książęta i królowie polscy narodem „wybranym”, zasłaniając go przywilejami i dekretami przeciw rasowej i religijnej nienawiści ludności rdzennej. Nie tylko udzielili mu prawa wolnego handlu w całym państwie z wyjątkiem miast, opartych ma prawie magdeburskim, lecz zgodzili się także bez oporu na jego samorząd.

Żydzi rozlawszy się po Europie, zatrzymali swój ustrój społeczny z egzylarchatów babilońskich. Jak w Babilonii, tworzyli wszędzie, gdzie się osiedlili, zwartą grupę, odgrodzoną od reszty ludności wysokim murem odrębności rasowo-narodowo-religijnej – państwo zorganizowane doskonale, sklejone mocnym cementem rządu despotycznego. Na czele każdej gminy stał kahał, którego członkowie nie różnili się niczym od „tyranów” greckich miast lub kacyków murzyńskich. Będąc nie tylko bezpodzielnymi rządcami gminy, ale równocześnie jej sądem i policją, rzucili do stóp swoich za pomocą małej i wielkiej klątwy (cherem) wszystkich prawowiernych talmudystów.

Rządziły się w Polsce kahały, jak szare gęsi, tym potężniejsze, groźniejsze, że do atrybucji dawniejszych dodano im jeszcze prawo miecza (jus gladii), prawo karania śmiercią heretyków, odszczepieńców od zakonu mojżeszowego.

Żydom było mało jeszcze tej autonomii, jakiej nie mieli w żadnym innym państwie europejskim. Zachciało im się potężnego państwa w państwie, zszeregowania wszystkich Żydów polskich i litewskich – centralnego rządu nad całą Judeą, mieszkającą na ziemiach polskich, litewskich i ruskich. W tym celu stworzyli instytucję, zwaną synodami, czyli zjazdy delegatów z Krakowa, Poznania, Lublina, Lwowa i sześciu innych delegatów powołanych przez rabinów.

Synody były najwyższą władzą prawodawczą Żydów, rozproszonych na całym obszarze ziemi b. Rzeczypospolitej polskiej. Rozstrzygały one w ostatniej instancji, bez apelacji wszelkie spory między rabinami, kahałami a stronami prywatnymi, rozciągały nadzór nad handlem i przemysłem, ustanawiały miary i wagi – słowem, były rządem absolutnym ludu żydowskiego.

Żydom było w Polsce, jak „u Pana Boga za piecem”. Nie czuli tu wcale niewoli, wygnania, braku „świątyni”. Jak za dawnych dobrych czasów egzylarchatów babilońskich, komentowali i dopełniali Talmud, wydawali: egzegezy, komentarze, suplementy, traktaty rabiniczne, zasypując nimi całą Europę.

Dziś trudno po prostu zrozumieć, jak rząd polski mógł przez szereg wieków znosić tak dobrze zorganizowane, tak świadomie odrębne państwo w państwie, jak mógł cierpieć obok siebie drugą władzę, silniejszą od niego samego. Dopiero król Stanisław August pojął dziwactwo takich stosunków. On to zniósł w roku 1764 synody generalne.

Na niewiele jednak zdała się przenikliwość Stanisława Augusta, miejsce bowiem zniesionych synodów zajęły kahały, tak samo despotyczne, jak zjazdy generalne. I niewiele zaszkodziła samorządowi Żydów polskich surowość rządów pruskich w Warszawie (1796-1807), która wytrąciła z rąk rabinów sądownictwo i zakazała im stosować do prawowiernych talmudystów wielką i małą klątwę, publiczne i tajemne kary kościelne. Rządy robiły swoje a kahały swoje. Rządy ogłaszały dekrety, kahały zaś przyjmowały te dekrety do wiadomości z uśmiechem ironicznym. Bo jakąż siłę mogły mieć rozporządzenia wobec narodu, który uważał wszelkie rozkazy i zakazy, wychodzące od innowierców, za niemocne pogróżki? Dopóki lud żydowski chciał ulegać tylko swoim kahałom, były wszelkie dekrety martwą literą. A lud żydowski ufał swojemu „rządowi” bezwzględnie mniej więcej aż do r. 1830.

Nie dekrety rządów chrześcijańskich podkopały powagę kahałów. Niebezpieczeństwo szło z innej strony.

W Europie środkowej i zachodniej, głównie w Niemczech, rozłamywał się naród żydowski na dwie części. Jedna z nich, znacznie większa, stała wiernie przy Talmudzie i wszystkich tradycjach żydowskich, druga, bardzo nieliczna, domagała się reformy zmurszałej synagogi. Filozof Mojżesz Mendelssohn (1729-1786) dał, jak wiadomo, hasło do tego przewrotu.

Razem z urzędnikami pruskimi przybyła do Warszawy gromada Żydów niemieckich z Brandenburgii, z Holsztynu, z Prus Wschodnich i Zachodnich, z W. Księstwa Poznańskiego i ze Śląska, którzy przynieśli ze sobą nowe wyobrażenia i pojęcia. Z biegiem lat napływało coraz więcej tych „Niemców”, jak ich Żydzi polscy nazywali. Najwięcej dostarczyły ich Królewiec, Berlin, Kurlandia, Czechy, Śląsk i miasta poznańskie. Byli oni w istocie Niemcami, mówili bowiem po niemiecku i odróżniali się od Żydów polskich innymi zwyczajami, obyczajami i inną, własną synagogą, w której językiem urzędowym był język niemiecki.

Żydzi niemieccy, bardziej oświeceni, lepiej wykształceni od polskich, nie pozwolili się okiełzać kahałowi, przygotowywali dla siebie powoli synagogę postępową, reformowaną, która uderzyła z czasem taranem w bożnicę prawowierną, odrywając od niej wyznawców śmielszej natury i pełniejszej szkatuły. Przykład „Niemców” oddziaływał tu i ówdzie, głównie w większych miastach. Żydzi zamożniejsi zaczęli chować dzieci staranniej, posyłać je do szkół publicznych – oddalali się z każdym rokiem więcej od Talmudu i kahału.

Zrozumieli w końcu i niektórzy Żydzi polscy, że trzeba zdjąć z siebie starą, zużytą skórę i przywdziać nową, odpowiadającą lepiej zmienionym warunkom życia. Z łona tych to Żydów bardziej oświeconych, samodzielniejszych, wyszła „Szkoła rabinów”, założona w Warszawie w r. 1826, która uczyła oprócz Talmudu i języka hebrajskiego, przedmiotów wykładanych w gimnazjach chrześcijańskich i dawała uczniom te same prawa, jakie dawały gimnazja rządowe. Otwierała ona wstęp do Akademii medycznej.

Rozumie się, że Judea prawowierna robiła wszystko, aby zniszczyć robotę Żydów postępowych. Dyrektor „Szkoły rabinów”, Antoni Eizenbaum, musiał przez cały czas walczyć z przemożnym oporem talmudystów. By zapełnić szkołę, zwabiał do niej chłopców z proletariatu żydowskiego, ze sfer najuboższych, dla których oświata była doskonałym „interesem”, szkoła rabinów bowiem dawała swoim niezamożnym wychowańcom w alumnacie rządowym pięcioletnie bezpłatne utrzymanie. Powoli jednak przekonywali się do szkoły i bogatsi Żydzi. Z niej wyszli pierwsi pionierzy cywilizacji, pierwsi uświadomieni przeciwnicy zaśniedziałych tradycji żydowskich jak: Izaak Fruchtman, Izaak Kramsztyk, Hilary Nussbaum, Jakób Rotwand, Henryk Szmideberg i inni.

Żydzi postępowi mimo rosnącego ciągle ich zastępu, tworzyli w porównaniu z prawowiernymi zachowawcami stronnictwo tak nieliczne, iż trzeźwiejsi spomiędzy nich zrozumieli wkrótce bezowocność walki z talmudystami. Zrażeni, osamotnieni, odrywali się postępowcy po pewnym czasie zupełnie od swojego ludu, przecinali gwałtownie nic tradycji, łączącą ich ze starym zakonem – przechodzili do wyznań chrześcijańskich. Pewna część neofitów XIX stulecia rekrutuje się z byłych reformatorów i marzycieli żydowskich.

Wielu zmieniło wiarę ze względów praktycznych, czego dowodem wzmagający się zawsze ruch neoficki, kiedy prawodawstwo ścisnęło Żydów ograniczeniami. Największy procent neofitów przypada na lata ostatnie, od r. 1888 począwszy, kiedy Żydom zaczęto utrudniać przystęp do szkół, do uniwersytetów, do adwokatury i urzędów. I prawo, zabraniające Żydom obcym stałego pobytu w granicach państwa rosyjskiego, stworzyło mnóstwo neofitów. Najmniej nowych wyznawców przybyło chrześcijaństwu w epoce, przyjaznej dla Żydów, od r. 1862 do 1885.

Neofici katoliccy, pochodzący przeważnie ze sfer najuboższych, byli niewątpliwie Żydami polskimi z dziada i pradziada, czego dowodem, że, korzystając z prawa, które dozwalało nowochrzceńcom przyodziewać się razem z chrztem w nowe nazwiska, przyjmowali prawie wszyscy, z bardzo nielicznymi wyjątkami, nazwisko polskie.

Metryki neofitów aż do r. 1826 są tak samo niedokładne, jak metryki XVI, XVII i XVIII wieku, z tą tylko różnicą, że podają teraz już zawsze nazwiska. Notują one imię i nazwisko neofity, rzadko jego wiek, zajęcie i miejsce pochodzenia. Tu i ówdzie spotyka się nawet jeszcze w pierwszej połowie XIX w. metrykę z samym tylko na chrzcie przyjętym imieniem.

Jak w stuleciach poprzednich, wybierają sobie neofici katoliccy aż do r. 1850 tylko możnych rodziców chrzestnych, których opieka ułatwiała im dalsze życie wśród nowych współwyznawców. Chętną do tej służby chrześcijańskiej okazała się przede wszystkim rodzina Poniatowskich, naśladując przykład króla Stanisława Augusta, jego ojca i braci. Trzyma Żydów do chrztu aż do roku 1811 książę Józef Poniatowski z siostrzenicą Aleksandrą z Tyszkiewiczów Potocką, trzymał ich cały legion od r. 1820 minister St. hr. Grabowski, syn króla Stanisława Augusta i pani Grabowskiej, z siostrą, wojewodziną Izabelą Sobolewską i z siostrzenicą, hrabianką Marią Kwilecką, dalej: książęta Lubomirscy, Sapiehowie, hrabiowie Zamojscy, Zabiełłowie, Potoccy, Tyszkiewicze, Małachowscy, Łubieńscy, Chodkiewicze, Gutakowscy, Platerowie. Najwięcej jednak synów i córek chrzestnych posiadał książę namiestnik Paszkiewicz, który stawał albo sam w kościele, albo posyłał w swoim zastępstwie którego z wyższych urzędników. Czasami zapisały księgi kościelne nazwisko ks. Paszkiewicza jako ojca chrzestnego kilka razy tego samego dnia. Księżna Joanna Łowicka nie odmawiała także neofitom swej łaski. Minister Grabowski posunął do tego stopnia gorliwość chrześcijańską, że nadał jednemu ze swoich synów chrzestnych, Lichtenbaumowi z Rawy, własne nazwisko, nazwał go Grabowskim.

Zakryci możną opieką rodziców chrzestnych, nie obawiali się neofici kahału i torowali sobie łatwo wygodną drogę przez trudności życia. Wielu też z nich wydostawało się szybko z błota proletariatu i wypływało na jasne wody dobrobytu.

Neofici XIX stulecia wyznania ewangelickiego i kalwińskiego.

Nie kościół rzymsko-katolicki pociągał Żydów postępowych. Którzy byli w istocie oświeconymi lub uważali się za oświeconych, garnęli się przeważnie do wyznań protestanckich, do augsbursko-ewangelickiego i augsbursko-reformowanego. Ci wszyscy: Adelsteinowie, Bambergowie, Berensy, Bondyowie, Brühlowie, Brunerowie, Ehrlichowie, Fabianowie, Frankensteiny, Flammowie, Grassowie, Grünbergi, Ginsowie, Hirszendorfy, Hirszbergi, Hertzowie, Hirszfeldy, Janaszowie, Kantorowie, Klaczki, Kürsty, Leowie, Lewandowscy, Liviusowie, Lubelscy, Markusfeldy, Neumanny, Neumarki, Olszewscy, Płońscy, Philippy, Rotwandy, Rosenfeldy, Rosengartenowie, Rosenowie, Seltmanowie, Salingery, Sandbankowie, Schoenfeldy, Tausigowie, Wolffsohny, Welische, Wertheimowie, Wigdorowie, (ewangelicy) i: Arztowie, Baumgarteny, Bergerowie, Blumy, Blumbergi, Blumfeldy, Buchnery, Cederbaumy, Chwatowie, Cohnowie, Conradiowie, Ehrenfriedy, Ehrlichy, Engelhardty, Fleszowie, Freundowie, Freundensohny, Giwartowscy, Glücksbergowie, Goldbergi, Gordony, Hirszbandowie, Hirszenfeldtowie, Kronenbergi, Landyowie, Levy’owie, Librowicze, Littauerowie, Loeve’owie, Loewensteiny, Masłowscy, Mejery, Neumanny, Neumarki, Okręty, Olszewicze, Payzery, Rappaporty, Regelmany, Reichmany, Rosenfeldy, Rosenthale, Rosenzweigi, Schiffowie, Seemany, Seifmany, Sonnenfeldy, Steinmany, Sternowie, Sunderlandy, Szlejfszteiny, Wolfowie, (kalwini) – ci wszyscy, którzy wynieśli się ponad kapotowy motłoch żydowski, czy wyższą kulturą, czy urzędem, czy majątkiem, stanowiący inteligencję żydowską, odrywając się od swojego narodu, spieszyli w objęcia Lutra albo Kalwina.

Złożyły się na to różne powody.

Na wytworzenie sympatii do protestantyzmu wpłynęła nasamprzód ta okoliczność, że do wyznań protestanckich należeli w Królestwie Polskim przeważnie Niemcy, a pierwsi postępowi Żydzi XIX stulecia byli Żydami niemieckimi.

Zarzewie buntu przeciw kahałom przyniósł do Warszawy pod sam koniec XVIII stulecia zamożny Żyd niemiecki, Izaak Flatau. Nie chcąc się bratać z miejscową ludnością żydowską, założył dla siebie i dla swojej rodziny osobny dom modlitwy przy ulicy Daniłowiczowskiej. Z tego prywatnego domu modlitwy wyszła później synagoga postępowa.

Pomiędzy r. 1820 a 1830 napłynęło do Królestwa Polskiego, głównie do Warszawy,wielkie mnóstwo Żydów niemieckich. Wszyscy ci przybysze gromadzili się dokoła domu modlitwy Flatau’a, podtrzymywanego dalej przez jego następców. Z przybyszami łączyli się Żydzi polscy, którzy rozbierali się z jakichkolwiek powodów z chałatów i zrywali z obyczajami swoich przodków.. Dlatego zastępu buntowników, chociaż nie byli właściwie buntownikami, bo trzymali się ściśle dawnego prawowiernego rytuału, zbudowano w r. 1843 synagogę, zwaną „niemiecką”. Zasługiwała ona rzeczywiście na tę nazwę, językiem bowiem kazalnicy i kancelarii był w niej język niemiecki. W zamiarze osłabienia wpływów niemieckich, które groziły zgermanizowaniem wszystkich postępowych Żydów polskich, stworzyło kilku wychowańców szkoły rabinów (Fruchtman, Kramsztyk, Nussbaum, Rotwand, Szmidberg) w r. 1852 drugą synagogę postępową, zwaną polską.

Wszyscy Żydzi postępowi, niemieccy i polscy, przyjęli później język ludności rdzennej za swój. Do r. 1850 jednak nie można ich było uważać za „zasymilowanych”. Zachwycała ich kultura niemiecka, ich językiem ulubionym był niemiecki, czego dowodem, że w księgach kościelnych podpisywali się do tego czasu po niemiecku. Przeto gdy który z nich uważał, czy za właściwe czy za potrzebne, rozstać się z zakonem mojżeszowym, przyjmował jedno z wyznań protestanckich, czyli „niemieckich”, jak ludność polska nazywa dotąd protestantyzm.

Najwyraźniejszym dowodem, że Żydzi postępowi kochali się aż do r. 1850 w niemczyźnie, jest fakt, iż bardzo niewielu neofitów-protestantów korzystało z prawa, pozwalającego nowochrzceńcom zmieniać nazwiska. Na kilkaset neofitów-ewangelików przyjęło tylko trzech nazwiska polskie: Kwieciński, Płoński i Zbrojewski. Reszta zatrzymała swoje nazwiska niemieckie, albo zadowoliła się drobnymi zmianami w pisowni, np.: Kahn zamiast Kohn, Stokviss, zamiast Stokfisz, Bruner zamiast Brüner. Byli nawet tacy, którzy, przystępując do chrztu z nazwiskami polskimi, zmieniali je na niemieckie, jak: Dorembus na Ehrlich, Cieciura na Neuman, Śpiewak na Kantor.

Niemczyzna, wprowadzona do Polski przez obcych przybyszów, była modna w gromadzie postępowych Żydów warszawskich, co jest niewątpliwie pierwszą przyczyną, dla której neofici oświeceni przyjmowali chętniej wyznania protestanckie, niż rzymsko-katolickie.

A potem wydawał się prawdopodobnie postępowcom żydowskim protestantyzm bardziej postępowym, odpowiadającym lepiej ich „oświeceniu” od wiary katolickiej. I większe trudności stawiane kandydatom na chrześcijan przez duchowieństwo katolickie (dłuższe przygotowanie w zasadach wiary, kontrola nad prywatnym życiem katechumenów, ściślejszy egzamin przed dopełnieniem chrztu) odstraszały niezawodnie odszczepieńców żydowskich, obałamuconych kulturą połowiczną.

Potrzeba było nieraz Żydowi metryki chrztu do jakiegoś interesu, albo urzędu, do którego tylko chrześcijanin miał przystęp, ale zaraz, natychmiast, a tu żądał ksiądz katolicki kilkutygodniowego przygotowania. Więc szło się do pastorów, mniej wymagających pod tym względem.

Lecz nie sama tylko inteligencja żydowska wzmacniała nieliczne gminy protestanckie w Królestwie Polskim. Ewangelicyzm i kalwinizm przyjmowali także neofici z proletariatu. Tych nawracali głównie misjonarze angielscy, którzy pracowali w Warszawie między r. 1840 a 1856 bardzo gorliwie. Pastorowie Jan Krystian Reichardt, Jan Krystian Henryk Wett, Fryderyk Jerzy Kleinhenn, Ferdynand Wilhelm Becker i inni. Wprowadzili do owczarni chrześcijańskiej kilkuset Żydów. Zabrali się oni do roboty bardzo zręcznie. Upatrzywszy sobie kilku zdolniejszych, wymowniejszych neofitów, wychowali ich na misjonarzy i puszczali między Żydów. Żyd trafiał zawsze łatwiej, prędzej do Żyda, umiał do niego przemówić, przekonać go, nawrócić. Wielkie zasługi położyli dla wyznań protestanckich w Królestwie Polskim misjonarze pochodzenia żydowskiego: Cukertort, Rozenfeld, Goldberg i Rappaport.

Prawie wszyscy neofici-protestanci chrzcili się w Warszawie, dokąd przybywali na naukę i chrzest z różnych miast i miasteczek Królestwa Polskiego. Przyjęło w Warszawie w stuleciu XIX wyznanie protestanckie: trzydziestu lekarzy, dwudziestu sześciu prawników, szesnastu techników, trzech chemików, pięciu weterynarzy, jeden doktor filozofii, dwunastu studentów uniwersytetu, jedenastu nauczycieli, dwóch dziennikarzy, jeden artysta, dwóch aptekarzy, jeden geometra, siedmiu księgarzy, jeden klasyfikator owczarń, dwóch optyków, dwóch dentystów, dwudziestu urzędników, piętnastu typografów, dwóch fotografów i około siedemdziesięciu bankierów, przemysłowców, fabrykantów, buchalterów, zamożniejszych kupców. Reszta neofitów protestantów wyszła z proletariatu żydowskiego. Najchętniej chrzcili się introligatorzy i krawcy, nawracani głównie przez misjonarzy angielskich.

W trudnym położeniu znalazło się wielu neofitów, kiedy urzędnicy stanu cywilnego zaczęli domagać się dokładnych dat i nazwisk (od r. 1826). Wprawdzie nakazał sąd pruski w r. 1797 wszystkim Żydom tak zwanych Prus Południowych przyjmować nazwiska rodowe, nie wszyscy jednak poddali się temu rozkazowi. Stawał neofita do protokołu chrztu i pytano go o nazwisko rodowe i o nazwisko rodziców. Bardzo często nie znał ani jednego ani drugiego. Więc urabiał sobie nazwisko swoje od imienia ojca, syn Abrahama – Abramowicz, Dawida – Dawidowicz; jako zaś nazwisko matki podawał imię jej ojca.

Nie wszyscy neofici-protestanci dochowali wiary przyjętemu pierwotnie wyznaniu. Wielu kalwinów przeszło później na ewangelicyzm i odwrotnie albo katolicyzm. Bardzo często chrzcili rodzice nasamprzód dzieci a dopiero później siebie samych. Zdarzało się także, iż jedna i ta sama rodzina rozproszyła się na kilka wyznań. Jeden brat zostawał ewangelikiem, drugi kalwinem, trzeci katolikiem. Chrzcząc się, zmieniał jeden brat nazwisko, drugi zatrzymywał dawniejsze.«

W tym ostatnim akapicie jest uchwycona cała istota żydostwa: pozorna asymilacja, przyjmowanie jednej wiary chrześcijańskiej, przechodzenie na drugą, zmiana nazwiska, niejednoczesne chrzczenie całej rodziny. Wszystko to w zależności od sytuacji i koniunktury i wszystko to po to, by przenikać wszystkie środowiska, wszystkie warstwy społeczne. Może więc być sobie pan Rappaport i pan Kwieciński i nikt nawet nie domyśli się, że to bracia. I tym sposobem może jeden pan pracujący w ministerstwie, wielki patriota, przekazywać poufne informacje bratu lub kuzynowi, który stara się o wygranie przetargu w tym ministerstwie. Nie dziwi taka postawa tych „protestantów”, bo to byli bogaci Żydzi i to oni organizowali tu życie gospodarcze i do robienia interesów potrzebne były im te zabiegi. Biedni to mogli co najwyżej: „stare majtuchy, szmaty skupuję!”.

Jeske-Choiński opisał przenikanie Żydów do katolicyzmu i protestantyzmu, ale jest jeszcze prawosławie. Zdrowy rozsądek każe wnioskować, że również i ono było penetrowane przez Żydów. W końcu, gdy Prusacy opuścili Warszawę, to parę lat później przyszli Moskale. Carscy urzędnicy byli prawosławnymi. W blogu „Powstanie, rewolucja czy prowokacja” pisałem:

„Podczas gdy za panowania Aleksandra I cała niemal ziemia była własnością szlachty i tylko jej przysługiwało prawo nabywania gruntów, zaś włościanie, kupcy, mieszczanie i rzemieślnicy nie mogli ani nabywać majątków, ani piastować urzędów, ani synów nawet do wyższych zakładów naukowych oddawać nie mieli prawa, to już po powstaniu listopadowym sytuacja w pewnym sensie odwróciła się: szlachta wydziedziczona i zdegradowana za udział w powstaniu została pozbawiona wielu praw obywatelskich, zaś chłopi i mieszczanie, którzy decydowali się przejść na prawosławie, mieli otwarty dostęp do szkół i kariery w administracji rosyjskiej.”

Trudno byłoby uwierzyć w to, że Żydzi nie skorzystaliby z takiej okazji. Zapewne było wielu takich, którzy przeszli na prawosławie. Tak więc Żydzi są wszędzie. Może warto o tym pamiętać, gdy obserwujemy tę wojnę na Ukrainie. A czy banderowcy o tym wiedzą? Czy wiedzą o tym, że ich ideologię wymyślili Żydzi, a nie żaden Bandera. Ja wiem, że ideologię endecji wymyślił Żyd, początkowo socjalista (tylko mi powiedzcie, kim ja mam być?), a później narodowiec – Zygmunt Balicki. Jest taka wieś w Małopolsce – Balice.

Dziwnym państwem była przez wieki Polska (Korona), później Rzeczpospolita Obojga Narodów, później II Rzeczpospolita, później PRL, później III Rzeczpospolita. W każdym z tych państw ich władze i elity faworyzowały obcych kosztem własnego narodu. I dziś historia zatacza koło i nacja tu rządząca ściąga swoich rodaków z Ukrainy i ich faworyzuje, a przy okazji korzystają Ukraińcy, którzy nie mają pojęcia o tym, że są po to, by ukryć prawdę.

Neofici polscy

Wchodzę dzisiaj na Interię (05.03.22), nie dlatego, że ją tak bardzo lubię, tylko dlatego, że mam na niej pocztę. Wchodzę więc i czytam tytuł na pierwszej stronie: „Zełenski: Tak naprawdę nie mamy już granicy z Polską, jesteśmy razem.” Wielce to wymowny tytuł, bo dwuznaczny. Kogo on tak naprawdę miał na myśli? Polaków i Ukraińców, czy Żydów polskich i ukraińskich.

Nie da się zrozumieć tego konfliktu, jeśli nie uwzględnimy w niej roli Żydów. Jeśli tego nie zrobimy, zawsze będziemy podążać fałszywym tropem. Oczywiście wszystkie media głównego nurtu i te niszowe nie mogą o nich mówić, więc wszystkie te ich analizy nie warte funta kłaków.

Kiedyś była taka komedia „Poszukiwany, poszukiwana”, w której jeden z bohaterów zainstalował sobie w łazience aparaturę do pędzenia bimbru. Gdy odkryła to jego „gosposia”, to przekonywał ją, że służy ona do badania zawartości cukru w cukrze i że te badania są ściśle tajne. Tak mi się ona przypomniała, gdy zadałem sobie pytanie: ilu z tych ukraińskich „uchodźców” jest Ukraińcami, a ilu ukraińskimi Żydami?

Przedsiębiorcy ukraińscy, którzy przeniosą swoje firmy z Ukrainy, mają w Polsce do dyspozycji bezpłatne lokale, zwolnienia z podatków i inną pomoc. Ilu z nich jest Ukraińcami? Wielu z tych „uchodźców” ma pieniądze, nawet dużo, bardzo dużo. Nawet stać ich na to, by wykupywać mieszkania w Warszawie czy innych miastach. Ilu z nich jest Ukraińcami?

Na naszych oczach odbywa się diametralna zmiana stosunków narodowościowych w Polsce. W Polsce, która nigdy nie była krajem jednolitym narodowościowo. To mit, który zaszczepiła w tym kraju komuna. Widocznie z jakichś powodów zależało jej na tym, by te konflikty i napięcia wygasić. Stąd prawie wszyscy byli Polakami i katolikami. Dzisiaj widać wyraźnie jak wielu „uchodźców” jedzie do Wrocławia, Koszalina i do innych miast na zachodzie Polski. Często przyjeżdżają po nich na granicę ludzie z tamtych terenów, często do dzisiaj mówiący, z wyczuwalnym dla mnie, akcentem ukraińskim. To znaczy, że mieszka tam dużo Ukraińców lub ukraińskich Żydów. Teraz dopiero widać, jaki to jest multi-kulti kraj. A to dopiero początek.

„Ja u was wywołam taki ruch robotniczy, który was wszystkich zmiażdży z całą waszą siłą…” – Lasal – powiązanie polityki z gospodarką („Najer Hajnt”, nr 87, 14 IV 1925 r.); za Zbigniew Krasnowski – Socjalizm, komunizm, anarchizm. Zbigniew Krasnowski to pseudonim Tadeusza Gluzińskiego autora książki Zmierzch Izraela, którą napisał pod pseudonimem Henryk Rolicki. Tam chodziło o strajk górników w Anglii, który miał miejsce w 1926 roku. No więc ten ruch migracyjny też nas zmiażdży. Nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, jak mocno.

To, jak obecnie odbywa się zmiana proporcji narodowościowych w Polsce, to możemy obserwować na bieżąco. W pewnym sensie można powiedzieć, że jest to operacja gwałtowna, bo od początku inwazji minęło 9 dni, a już do Polski przyjechało około 800 tys. uchodźców. To dane oficjalne. A jak jest naprawdę? Według oficjalnych danych, do czasu wybuchu wojny, było już ponad 3 miliony Ukraińców. A według nieoficjalnych? Podobno jest ich około 8 milionów. Ale czy to możliwe? Nie chce mi się wierzyć. Te zmiany będą większe, niż te w wyniku II wojny światowej.

Warto jednak prześledzić, jak odbywało się przenikanie Żydów do polskiego społeczeństwa. Nie tak gwałtowne, bardziej rozłożone w czasie i dyskretne. To, co jest podobne, to to, że w obu przypadkach pojawili się hojni sponsorzy. Obecnie jest to państwo „polskie”. Wtedy to była elita ówczesnego społeczeństwa i Kościół katolicki.

Dobrze to opisuje Teodor Jeske-Choiński w swojej pracy Neofici polscy (1904). Pisze on:

»Porządkując materiały do studium o frankistach, sprawdzałem w warszawskich kancelariach kościelnych daty, podane przez Aleksandra Kraushara w jego cennym dziele p. t. „Frank i frankiści”. Znalazłszy, czego szukałem, wertowałem przez ciekawość „Księgi urodzonych”, dalej: może znajdzie się jeszcze jaki neofita, nie należący do grupy frankistów? Rezultat był nadspodziewany, w samym bowiem Św. Krzyżu wykopałem z pyłów i kurzów pożółkłych ksiąg blisko stu Żydów, ochrzczonych w XVIII stuleciu.

Poszukiwania tego rodzaju mają to do siebie, iż podniecają, jak narkotyk. Ciekawość rośnie z rosnącym materiałem. Chciałoby się znaleźć dużo, jak najwięcej, czego się szuka w pewnym kierunku – zbieracza ogarnia namiętność.

W ten sposób stało się, iż pracowałem cztery lata w różnych kancelariach kościelnych, warszawskich i niewarszawskich, iż prócz „ksiąg urodzonych” wertowałem konstytucje, herbarze, pamiętniki, różne dzieła historyczne itd. – i wykierowałem się wypadkiem, mimo woli, na pierwszego, zdaje się, „heraldyka żydowskiego”.

Na pierwszego i zapewne ostatniego… Bo wątpię, żeby znalazł się ktoś drugi tak ciekawy, komu by się chciało przeczytać kilka milionów metryk w czterech językach (łacińskim, polskim, niemieckim i rosyjskim), redagowanych z nużącą jednostajnością. A trzeba czytać koniecznie wszystkie, jedna po drugiej, nowochrzczeńcy bowiem żydowscy nie mają swoich ksiąg osobnych, lecz są zapisani w ogólnych „Księgach urodzonych”.

Zrazu traktowałem tę szperaninę jako zabawkę, jako zaspokojenie osobistej ciekawości. Gdy jednak materiał urósł do poważnych rozmiarów, postanowiłem wydać słownik neofitów polskich.

Zapyta kto: jaki cel może mieć taki słownik? Odpowiem na to: jest to materiał historyczny, jak każdy inny. Wydaje się słowniki szlachty (herbarze), literatów, artystów, lekarzy, prawników itd. Dlaczego by ludzi nie miało obchodzić, ilu Żydów przyjęło wiarę chrześcijańską, gdzie kiedy, dlaczego i z jakich sfer się nasi neofici rekrutowali? Ciekawość ta jest bardzo naturalna w społeczeństwie, które miesza się coraz więcej z rasą żydowską. Krew semicka wsiąka od pewnego czasu wszędzie, we wszystkie sfery, a z tą krwią wsiąkają jej instynkty, tradycje, poglądy. Warszawianin sprzed laty pięćdziesięciu nie poznałby już dziś swojej kochanej Warszawki, a za sto lat, gdyby mu wolno było wrócić na ziemię, czułby się w niej zupełnie obcym. Przyszłemu psychologowi rozwoju i przemian naszej duszy narodowej wyjaśni słownik neofitów polskich niejedną zagadkę – powie mu, dlaczego pewne poglądy i zapatrywania, wierzenia, pewne „ideały”, których przeszłość polska nie znała, wysunęły się na czoło naszej cywilizacji.

Wszyscy neofici żydowscy, chrzczeni w Polsce aż do roku 1500, usuwają się zupełnie spod kontroli szperacza. Nikt ich nie zapisywał, a jeśli ich gdzie notowano, to nie wiadomo gdzie. Bardzo rzadko sięgają księgi najstarszych kościołów poza rok 1500. Kroniki zaś dawniejsze nie mówią nic o neofitach.

Pierwszych znanych autentycznych neofitów spotykamy około r. 1500.

Był wówczas w. księciem litewskim Aleksander, syn Kazimierza Jagiellończyka. Wziął on po ojcu oprócz korony wielkoksiążęcej spuściznę bardzo nieprzyjemną, bo znaczne długi, zaciągnięte u Żydów. Księciu sprzykrzyła się prawdopodobnie zależność finansowa od natrętnych wierzycieli, przeto, korzystając z ówczesnej burzy antysemickiej, jaka, wypadłszy z Hiszpanii, obiegła wichrem całą Europę zachodnią i środkową, wypędził dekretem z r. 1495 Żydów z wszystkich ziem podległych jego berłu. Ubodzy, nie mający nic do stracenia, przenieśli się do Polski, nie wszyscy jednak Żydzi litewscy nie mieli nic do stracenia. Wielu z nich dorobiło się na dzierżawie: podatków, myt, gorzelni, soli, wosku i mostów znacznych fortun, które dekret książęcy wszystkie zobowiązania między rządem a dzierżawcami, druzgotał bez miłosierdzia. Nie chcąc się oddalać od źródeł swoich majątków, wyrzekła się część poborców i celników żydowskich wiary przodków i przyjęła chrzest. Lecz tylko nazwiska wybitniejszych spomiędzy tych neofitów utrwaliły się w dokumentach. Mniejsi, nie zajmujący urzędów koronnych, wsiąkali niepostrzeżenie w społeczeństwo chrześcijańskie.

Najstarszymi na Litwie neofitami są Oszejkowie. Kodeks dyplomatyczny Rzyszczewskiego wymienia (I, 352) ochrzczonego zaraz po wydaniu dekretu Aleksandra, Żyda Stanisława Oszejkę, którego król Jan Olbracht nobilitował w r. 1499, nadawszy mu herb „Merawy”.

W tym samym czasie ochrzcił się Abraham (Abram) Józefowicz (Ezofowicz), syn Joska Rachejewicza, najbogatszy Żyd litewski XVI stulecia. Handlując skórami, solą i wódką i dzierżawiąc podatki i myta, dorobił się znacznej fortuny, iż stał się Rotszyldem litewskim. Od Abrahama Ezofowicza, który na chrzcie przyjął imię Jan, wywodzą się Józefowicze-Hlebiccy herbu Leliwa.

Zygmunt I lubił Żydów, otaczał się nimi chętnie, na co ówczesna szlachta polska sarkała, czego dowodem wzmianki, rozrzucone w Aktach Tomicianach. Do jego protegowanych czy wierzycieli należał także jakiś neofita Stefan Fiszel, nobilitowany w r. 1507, przyjęty do herbu przez Korabitów. I ten nowochrzczeniec musiał się królowi wielce przysłużyć, otrzymał bowiem wielkopolskie starostwo Powidz, od którego utworzył sobie nazwisko „Powidzki” i stał się protoplastą domu Powidzkich herbu Korab. Ten Stefan Powidzki, starosta powidzki, piastował później zaszczytną godność wojskiego kruszwickiego.

Chrzcić w większej liczbie zaczęli się Żydzi w Polsce i na Litwie dopiero w XVIII stuleciu, na co złożyły się dwa powody: działalność księdza Turczynowicza i agitacja znanego apostaty żydowskiego Franka.

Żył na Litwie w XVIII stuleciu ksiądz Józef Stefan Turczynowicz, kanonik piltyński, proboszcz w Dzięciole, a następnie administrator parafii św. Stefana w Wilnie, kapłan wielce gorliwy.

Zdarzyło się, że do tego księdza Turczynowicza zgłosił się jakiś rybak z prośbą wysłuchania spowiedzi, gdyż, jak mówił, za trzy dni będzie brał udział w połowie ryb i ma przeczucie, że utonie. Ksiądz Turczynowicz, chcąc przekonać rybaka, że przeczucia zawodzą, odmówił proszącemu rozmyślnie spowiedzi i kazał mu przyjść po dokonanym połowie.

Lecz przeczucie nie zawiodło rybaka… Utonął w istocie.

Wypadek ten zmartwił do tego stopnia świątobliwego kapłana, że postanowił wyrzec się godności kościelnych i poświęcić się pracy misjonarskiej. W tym celu chciał udać się do Afryki, gdy mu jednak zwrócono uwagę, że i w domu może działać pożytecznie, nawracając innowierców, został w Wilnie i rozpoczął działalność misjonarską pomiędzy Żydami.

W Wilnie i różnych miastach litewskich wyszukiwał prozelitów, zwracając się głównie do ubogich. Skąpym groszem swoim dzielił się z niezamożnymi Żydami, przygarniał ich do siebie, karmił, przyodziewał, nauczał, a chętnych nawracał i chrzcił. Rozszerzając swoją działalność, wziął sobie do pomocy kilku młodych misjonarzy, założył konfraternię. Okazało się jednak, że Żydzi byli bardzo oporni, że nie chcieli się ukorzyć przed krzyżem. Daleko chętniejsze w tym względzie były Żydówki. Dlatego zwinął ksiądz Turczynowicz konfraternię męską i założył stowarzyszenie żeńskie, z którego wykwitł zakon „Mariawitek”, potwierdzony przez papieża Benedykta XIV. W r. 1737 oddano Mariawitkom w Wilnie kościół św. Łazarza, a w kilka lat potem rozporządzał już nowy zakon na Litwie siedemnastu klasztorami. Z Litwy przeszły Mariawitki do Korony.

Klasztory Mariawitek stały się schroniskami wszystkich Żydówek, które uważały za konieczne oderwać się z jakichkolwiek przyczyn od swojego ogniska domowego. Która zapłonęła miłością do jakiego chrześcijanina albo poróżniła się z rodziną, albo nie miała z czego żyć, albo przeniosła w istocie wiarę chrześcijańską nad swoją narodową – wszystkie spieszyły pod ciepłe opiekuńcze skrzydła Mariawitek, pewne, że znajdą w świątobliwych siostrach troskliwe matki. Bo Mariawitki nie tylko karmiły, przyodziewały i uczyły swoje „dzieci”. Przygotowując je do chrztu, wyszukiwały im możnych zwykle rodziców chrzestnych, opiekunów, mężów, posady, wszystko w ogóle, czego która z nich potrzebowała. Było to niezbędne, neofitki bowiem, odcięte od swojego pnia, odtrącone przez własne rodziny, stawały się bezdomnymi sierotami.

Obliczono, ze Mariawitki ochrzciły aż do roku 1820 około 2000 Żydówek, które wyszły w znacznej części za mąż za chrześcijan. Sam ks. Turczynowicz (umarł w r. 1773) ochrzcił 500 katechumenów.

Aleksander Kraushar w swojej książce o „Franku i frankistach” przypuszcza, że część neofitów, nobilitowanych przez króla Stanisława Augusta „na prośbę stanów litewskich” w r. 1764 i 1765, należała do zwolenników Franka. Domysł to mylny, wszyscy bowiem na sejmie koronacyjnym Stanisława Augusta i w roku następnym nobilitowani neofici, należeli już do „dystyngowanych z tego gatunku”, posiadali znaczniejsze fortuny, byli przyjęci na Litwie do lepszego towarzystwa, a niektórzy z nich, jak Jeleńscy i Dziokowscy, zajmowali urzędy obywatelskie, a nawet, jak Zawojscy i Jakubowscy, wyższe stopnie oficerskie w wojsku.

Zważywszy, że frankiści przybyli do Warszawy dopiero w r. 1760, nobilitacja zaś odbyła się w roku 1764, trudno przypuścić, by towarzysze Franka mieli czas nauczyć się w tak krótkim czasie języka polskiego, którego nie znali, przyswoić sobie zwyczaje i obyczaje zgoła obcego dla nich społeczeństwa, dorobić się majątku, koligacji, urzędów obywatelskich i stopni oficerskich. Za mało lat czterech na taką przemianę. Wiadomo zresztą, że frankiści aż do śmierci swojego naczelnika, do r. 1791, a nawet aż do śmierci jego córki Ewy, do r. 1816 trzymali się kupy, tworzyli zwartą szczelnie i zamkniętą gromadę, nie brali udziału w sprawach społeczeństwa, do którego się przyłączyli. Dopiero około r. 1810 zaczyna się ten i ów frankista odrywać od „tajnej sekty” i zbliżać do narodu polskiego. Przed tą datą wycofali się powoli z ruchu frankistowskiego jedyni: Golińscy, Krysińscy i Łabęccy. Neofici, nobilitowani w roku 1764 i 1765 są, jako chrześcijanie z nielicznymi wyjątkami, starsi od frankistów o lat kilkanaście, kilkadziesiąt. Są to przeważnie Żydzi litewscy, prawdopodobnie „dzieci” księdza Turczynowicza i jego Mariawitek, a niektórzy z nich, jak Dziokowscy i Zawojscy, jeszcze dawniejsi.

Nie tylko na Litwie chrzcili się Żydzi przed frankistami. Posiadamy neofitów już sprzed roku 1758. Spotyka się ich wprawdzie niewielu między r. 1700 a 1760, ale są, czego świadectwem spis Żydów ochrzczonych od roku 1700 do 1800 w Warszawie, Nieszawie, Kłodawie, Poddębicach, Wartkowicach, Łęczycy, Włocławku, Radomiu, Kamieńcu Podolskim, Łucku, Winnicy.

Prawie wszyscy neofici XVIII stulecia z nielicznymi wyjątkami (Berens, Delmonte, Elij, Golson, Hoffmann, Lebrecht, Lichtenstein, Lozzo, Octobar, Peterman, Reichfeld, Wiglin i inni) przyjmowali nazwiska polskie. Nie wszyscy stawali w stuleciu XVIII do chrztu św. z gotowym nazwiskiem, spotyka się bowiem jeszcze i w tym stuleciu metryki tylko z imionami nowochrzceńców, ale zdarza się to już teraz rzadziej, aniżeli dawniej.

Nazwiska neofitów powstawały: jedne od miejscowości, z których katechumeni pochodzili, np. Dobrzyński z Dobrzynia, Grodziński z Grodziska, Dubelski i Rubliński z Lublina (ze zmianą pierwszej litery zamiast „Lubelski i Lubliński”), Łęczycki z Łęczycy, Łoskowski z Łoskowa, Łowicki z Łowicza, Rymanowski z Rymanowa, Słomczyńska ze Słomczyna, Staszewski i Stachowski ze Staszewa, Wędrogińska z Wędrogina, Żelechowski z Żelechowa, Jarocki z Jarocina – inne od imion żydowskich lub chrześcijańskich, np. Jakubowski i Jakubski – (Jakób), Piotrowski – (Piotr), Pawłowski – (Paweł), Lewicki i Lewiński – (Lewi), Józefowicz – (Józef). Jeszcze inne od miesięcy, w których się neofici chrzcili jak: Styczyński (chrzczony w styczniu), Lutomski, Lutyński, Lutnicki (w lutym), Marzecki, Marczewski, Marczyński, Markowski (w marcu), Kwietniewski, Kwieciński, Kwiatkowski, Kwiatkiewicz (w kwietniu), Majewski, Majowski, Majecki (w maju), Czerwiecki, Czerwiński, Czerwieński (w czerwcu), Lipiński, Lipczyński, Lipowski, Lipecki (w lipcu), Sierpiński, Sierpowski, Sierpecki ( w sierpniu), Wrześniewski, Wrzesiński, Wrzesieński, Wrześniowski (we wrześniu), Październicki, Paździerski (w październiku), Listopski (w listopadzie), Grudziński (w grudniu).

Którzy chrzcili się w niedzielę, nazwali się: Niedzielskimi, Niedzieleckimi, Niedzielewiczami – którzy przybyli z dalszych stron: Przybyłowiczami, Przybyłowskimi albo Przybylskimi.

Nazwiska, pochodzące od miesięcy, nadawali neofitom głównie księża, spełniający obrzęd chrztu. Jednemu z misjonarzy warszawskich zabrakło już widocznie konceptu, bo nazwał jakiegoś neofitę, chrzczonego w październiku (po łacinie october) Octobar, zmieniwszy literę e na a; drugiego zaś, ochrzczonego w czerwcu (po łacinie junius) Juneckim; trzeciego, ochrzczonego w kwietniu (aprilis), Aprilewiczem.

Zdaje się, że aż do r. 1825 byli przeważnie księża fabrykantami nazwisk neofickich, metryki bowiem łacińskie mówią prawie zawsze: ego (nazwisko księdza) baptisavi judeum (albo judeam), conversum ex infidelitate judaica (albo ex perfidia judaica, ex lege mosaica), cui imposui (któremu nadałem), nomen (imię) et cognomen (nazwisko) itd. Dopiero od r. 1825 zmienia się redakcja metryk. Od tego czasu przyjmują neofici nowe nazwisko „z woli własnej i rodziców chrzestnych”.

Zdarzało się także w XVIII stuleciu, że rodzice chrzestni nadawali nowochrzceńcom nazwiska własne, albo bez zmiany, albo w przeróbce. I tak trzymał Rybskiego do chrztu (w r. 1738) Rybiński, a Jurowskiego w r. 1772 pani Jurowa.

Był także neofita, którego ks. Stanisław Mikorski nazwał Idzikowskim, bo chrzcił go w kłodawskim kościele św. Idziego.

Neofici polscy, przyjmowali różne istniejące nazwiska polskie, głównie jednak upodobali sobie kilka nazwisk, jak: Dobrowolski (z dobrej woli ochrzczony, Dąbrowski, Krzyżanowski (krzyż), Lewicki i Lewiński, Majewski, Kwieciński, Kwiatkowski, Nawrocki (nawrócony), Józefowicz i Grudziński. Jest każdego tego nazwiska po kilkanaście odmiennych, nie spokrewnionych ze sobą rodzin neofickich.

Do jakich sfer żydowskich neofici XVIII stulecia należeli, trudno oznaczyć, metryki bowiem nie mówią nigdy, czym się chrzczony katechumen poprzednio zajmował. Bardzo rzadko podają one dawniejsze imię żydowskie neofity, jego rodziców, miejsce pochodzenia, słowem, jakieś bliższe określenie, zadowalając się datą chrztu, imieniem i przyjętym nazwiskiem, a dość często nawet tylko samym imieniem ochrzczonego lub ochrzczonej. Główne księgi kościołów większych miast grzeszą pod tym względem pobieżnością. W mniejszych parafiach spotyka się tu i ówdzie dane dokładniejsze.

Ponieważ jednak Żydzi nie zajmowali w Polsce stanowisk wybitniejszych i trudnili się wszyscy, z wyjątkiem kilkudziesięciu rodzin rabinicznych, handlem, przeto nie omyli się, kto zaliczy neofitów do klasy handlującej. Nie przeszkadzało im to wcale piąć się szybko w górę po drabinie społecznej, do czego pomagali im rodzice chrzestni, dobierani zwykle tak, aby mogli zaspokoić ambicje neofitów, którzy nie na to zmieniali wiarę, by walać się dalej w brudzie motłochu. Metryki XVIII stulecia wymieniają jako rodziców chrzestnych neofitów prawie zawsze tylko bardzo możnych panów owego czasu, dygnitarzy dworskich i koronnych, ministrów, biskupów, opatów, wojewodów itd. a często nawet samego króla.

Rodzina Poniatowskich miała szczególne upodobanie w pomaganiu neofitom.

Już ojciec Stanisława Augusta trzymał do chrztu Tatarów i Żydów, po nim odziedziczył ten sport król, króla naśladowali jego bracia i krewni. Rozumie się, że hojny aż do marnotrawstwa władca, nie był skąpym dla swoich dzieci chrzestnych, że popierał je swoją szkatułą i swoimi wpływami monarszymi.«

Można sobie zadać pytanie, czym tak naprawdę był i jest Kościół katolicki, skoro jego niektórzy słudzy tak bardzo angażowali się w nawracanie akurat Żydów, albo kim byli ci kapłani? Czy nie byli przypadkiem Żydami? Henryk Rolicki w swej książce Zmierzch Izraela pisze:

»W 1391 roku miał miejsce wielki pogrom Żydów w Sewilli i spalenie synagog, a zaraz potem fala rozruchów rozlała się po całej Hiszpanii. Żydzi, zastraszeni nastrojem tłumów, wypróbowanym obyczajem postanowili wdziać maskę i tłumnie jęli przyjmować chrzest. Więcej niż połowa Żydów hiszpańskich przyjęła pozornie chrześcijaństwo. Ci pozorni chrześcijanie, uprawiający skrycie judaizm, otrzymali później w historii nazwę marranów („przeklęci”).

„W ciągu dwudziestu lat dziesiątki tysięcy żydów przyjęło chrzest, całe gminy przeszły na łono Kościoła, bożnice zamieniły się w kościoły, miejsce rodałów zajęły ołtarze, miejsce gwiazdy Dawidowej, krzyże. Rabini zmienili się w nader krótkim czasie w księży, zdolniejsi zajęli krzesła biskupie, bogatsi posiedli berła komturskie w zakonach rycerskich Alkantara i Kalatrawa; kobiety żydowskie lub ich córki stały się przeoryszami klasztorów, a również i wśród urzędników świeckich zajęli marrani pierwsze miejsca. Bogaci koligowali się z arystokracja rodową i złocili swym majątkiem zblakłe herby podupadłej szlachty. Wydostawszy się z getta, pobudowali marrani pałace i zajęli najpiękniejsze dzielnice miast”. – Majer Bałaban Historia i literatura żydowska.«

W innym miejscu w tej samej książce Rolicki pisze:

»Cześć anabaptystów praktykowała wszeteczeństwa seksualne idąc śladami adamitów oraz braci i sióstr wolnego ducha, o których mówiłem dawniej. Jan Henryk Bullinger, jeden z głównych pisarzy reformacji wyznania helweckiego (reformowanego), w XVI w. tak ich opisuje:

„Niektórzy z tych wolnych braci, diabelnie rozpustni, namówili lekkomyślne kobiety, że nie mogą być zbawione, jeżeli swej czci niewieściej nie porzuca. I do tego nadużywali bluźnierczego słowa Bożego; jeśli kto nie porzuci i nie starci wszystkiego, co kocha, nie może być zbawiony. Oprócz tego trzeba dla Chrystusa cierpieć wszelką hańbę i poniżenie. Wszak i Chrystus powiada, że celnicy i jawnogrzesznice w niebie będą mieć pierwszeństwo przed sprawiedliwymi, więc kobiety powinny stać się jawnogrzesznicami i wyrzec się swej czci, a za to będą w niebie wyższe nad kobiety uczciwe”. – cytuje K. Kautsky Historia komunizmu.

Taki sam obrzędowo-mistyczny stosunek do wyuzdania spotykamy jeszcze później w XVIII w. w tzw. lożach adopcyjnych (kobiecych) wolnomularstwa, w XIX w. w orgiach sekt satanistycznych, zaś w XX w. w obrzędach sekty mariawitów w Polsce.«

Jak opisał Jeske-Choiński asymilację Żydów w XIX wieku w Polsce, to w następnym blogu.

Rzeczpospolita Ukraińska

W bogu „Finis Ucrainae” z piątku 25 lutego pisałem: „Finis Ucrainae oznacza również finis Poloniae, to znaczy koniec Rzeczpospolitej Polskiej i początek Rzeczpospolitej Ukraińskiej”. Jeszcze nie minął więc tydzień, a już można śmiało powiedzieć, że dzień 24.02.2022 jest dniem powstania nowego państwa o nazwie Rzeczypospolita Ukraińska. Wprawdzie to wszystko działa jeszcze nieformalnie, ale intencje rządzących nie pozostawiają złudzeń.

To, co się dzieje w tym kraju, można zdefiniować w jednym krótkim zdaniu: Alles für Ukrainer. To „Ukrainer” znaczy dosłownie w tym wypadku „Ukraińców”. Ukraina to w języku niemieckim „Ukraine”. Świadomie go użyłem. Należę, jak sądzę, do tej mniejszości w tym kraju, której język niemiecki podoba się, co nie znaczy, że ta sympatia przenosi się na Niemców. Wprost przeciwnie. Niczego dobrego po nich nie można się spodziewać. Zresztą nie tylko po nich. Ale przecież nie z sympatii użyłem tego języka, tylko ze względu na pewne zaszłości, jeszcze z czasów II wojny światowej. A to tylko oznacza, że budowę państwa ukraińskiego w tym kraju będą zapewne popierać nasi „przyjaciele” zza Odry. Zresztą to „zza Odry” też się pewnie za jakiś czas skończy.

Ukraińców przybywających do Polski nazywa się uchodźcami, tych wyjeżdżających do Rosji – migrantami. Takie podwójne standardy. Podobnie jak w przypadku tych „uchodźców” w Rzeczypospolitej Ukraińskiej. Dla nich jest wszystko: darmowe leczenie, zakwaterowanie, 500+ i inne zasiłki, osobne oddziały w szpitalach. Nawet, jeśli przyjeżdżają tu Ukraińcy, którzy pobierali emeryturę na Ukrainie, mają prawo do emerytury w tym kraju. Skoro wcześniej ten bandycki proukraiński rząd wymordował kilkaset tysięcy ludzi, jak nie więcej, zamykając im dostęp do usług medycznych, to teraz ma pieniądze dla tych, którzy tu nigdy nie pracowali. Na oficjalnej stronie ZUS-u są już informacje po ukraińsku. Nie tylko zresztą tam.

Na Interii też jest cały blok w tym języku. Podejrzewam, że na innych portalach jest podobnie, ale nawet nie chce mi się sprawdzać. Zapewne już niedługo będziemy mieli dwa języki urzędowe. Wszystko jest doskonale zorganizowane, tak jakby to wszystko już wcześniej było przygotowane. No bo jak to jest? Dopiero co zaczęła się wojna, a ZUS już ma swoich stronach wersję ukraińską. Takich rzeczy nie da się zrobić w ciągu dwóch czy trzech dni. A wszystko inne też już było przygotowane. Znaczy to, że wojna została zaplanowana znacznie wcześniej i zaplanowano też, ile ma trwać i jakie zmiany ma przynieść. Tylko my nic nie wiemy.

Na portalu ZeroHedge ukazał się artykuł zatytułowany: „Dokąd uciekają ukraińscy uchodźcy.” (https://www.zerohedge.com/geopolitical/where-ukrainian-refugees-are-fleeing). I są też komentarze. Te najtrafniejsze, według mnie, to:

Poland invaded by Nazis once again. I odpowiedź na ten komentarz:

i wonder how many of these refugees are banderites? they’ll be right at home in the neo-nazi minded EU

Looks like Eastern Europe is being targeted for Socialist invasion, thats the punishment for opposing EU refugee, migration and Carbon policy – instant state sponsored population replacement.

Ten ostatni dokładnie oddaje to, co dzieje się w tym kraju: instant state sponsored population replacement, czyli szybka podmiana społeczeństwa, finansowana przez państwo.

W innym artykule: „Luongo: Pierwsze salwy, jakie będą następne kroki Putina na Ukrainie?” (https://www.zerohedge.com/geopolitical/luongo-opening-salvos-thrown-what-are-putins-next-steps-ukraine) jest zamieszczona mapka, która nie pozostawia złudzeń, co do tego, że skutkiem tej wojny będzie podział Ukrainy na dwie części. Wprawdzie są tam jeszcze inne mapki, inne warianty podziału Ukrainy, ale takie bez sensu, że chyba są tam tylko po to, by przekaz nie był tak czytelny.

Widać na tej mapce wyraźnie, że Rosjanie chcą okrążyć całą wschodnią Ukrainę. Jeśli to im się uda, to będzie to faktyczny podział Ukrainy. Rozprawią się z banderowcami po swojej stronie. A pozostali schronią się w kraju, który jeszcze oficjalnie nazywa się Rzeczpospolitą Polską, a którego już praktycznie, poza nazwą, nie ma.

Tak ja to widzę i nie zetknąłem się w tych analizach czy artykułach, które dotychczas przeczytałem, chociażby ze zbliżonymi sądami czy opiniami. Być może się mylę. Skoro inni też się mylą, to dlaczego ja miałbym być od nich lepszy?

To, co mnie jednak bardzo dziwi, to to, że nikt nie próbuje opisywać tego, co tu się na tym ukraińsko-ukraińskim pograniczu dzieje. Nawet dziś francuski dziennik Le Figaro, jak donosi Interia, zamieścił mapkę krajów udzielających pomocy Ukrainie, mapkę na której nie było Polski. Dopiero po zwróceniu mu uwagi, że to ten kraj jest najbardziej zaangażowany w tę pomoc, skorygował swoją informację. Wczoraj też jakaś niemiecka artystka zamieściła na Twitterze, czy na czymś podobnym, swoją grafikę z namalowanymi rybkami w barwach narodowych krajów, które pomagają Ukrainie. I polskiej rybki tam nie było. Dopiero po zwróceniu jej uwagi, że jest w błędzie, łaskawie domalowała jakąś taką małą. Wredni są ci Niemcy, nie lubią Polaków.

Skąd więc ta „ignorancja”? Nie wierzę w to, że w Le Figaro, jakby nie było, w jednym z najstarszych i najpoważniejszych dzienników francuskich, pracują tak niezorientowani ludzie. Oni doskonale wiedzą, co tu się dzieje. Jeśli jednak taki przekaz idzie w Europę, to jest to działanie, że się tak wyrażę uczenie, podprogowe. Przekaz jest prosty: cała Europa pomaga Ukrainie, tylko Polska – nie. Dalsze tego typu działania będą miały na celu mocniejszy przekaz: nie chcemy w Europie takiej czarnej owcy. Nic tu nie dzieje się przypadkiem i tłumaczenie tego czyjąś ignorancją jest wielką naiwnością lub wręcz głupotą. Chociaż obawiam się, że ci którzy tak to tłumaczą, doskonale wiedzą, co to za zabieg.

Po powstaniu styczniowym polską inteligencją stali się Żydzi. Pozbyli się tych, których nie wykończyły poprzednie powstania. Ci powstańcy dali się nabrać Żydom, którzy im wmówili, że jest szansa na odtworzenie tego kraju, w którym oni, czyli szlachta, znów będą panami i że będzie jak dawniej. Tu działał motyw ekonomiczny, a nie żaden patriotyzm. A motyw ekonomiczny jest o wiele bardziej stymulujący, niż jakiś nieokreślony patriotyzm, który chleba nie daje. Teraz Żydzi wmawiają Ukraińcom, że będą polską elitą, ale jak mają nią być, skoro to miejsce jest już zajęte? Posłużą się nimi, by zepchnąć Polaków w niebyt. A gdy już to zrobią, to pokażą Ukraińcom, gdzie raki zimują. Ale to bardzo odległa perspektywa.

To, co w tej chwili dzieje się na Ukrainie, to jedna wielka tragedia. Naród od pokoleń podzielony. Tak ułożyła się mu historia. A od 2014 roku dzieje się tam coś, co spowoduje, że nie da się tych dwóch części znowu połączyć. Tam cały czas trwa wojna, całe 8 lat, cały czas trwa bombardowanie tych republik zaanektowanych przez Rosję. I tam ginęli i giną cywile. Może część z nich to Rosjanie, ale też i Ukraińcy. I jakoś nikt nad nimi się nie ulitował, nikt się nimi nie interesował i nadal nie interesuje. A dla innych Ukraińców uchylają nieba. Perfidia posunięta do granic tego, co ludzki umysł jest w stanie zaakceptować. Ale taki jest ten dzisiejszy świat.

Na stronie The Corbett Report w artykule „Kryzys ukraiński: Co musisz wiedzieć”(https://corbettreport.substack.com/p/the-ukraine-crisis-what-you-need?s=r) autor pisze:

»A może powinniśmy zacząć historię w lutym 2014 roku, kiedy ukraiński parlament uchwalił (niekonstytucyjną) ustawę o pozbawieniu prezydentury Wiktora Janukowycza.

Ale dlaczego nie wrócić do ostrzału snajperskiego na Majdanie pod koniec tego miesiąca, który, jak później pokazano, był koordynowany przez opozycję, aby siać chaos i dzięki niemu dokonać zmiany reżimu?

Z drugiej strony moglibyśmy wrócić myślami do niesławnej rozmowy telefonicznej Victorii Nuland „pieprzyć UE”, podczas której, jako ówczesna asystentka sekretarza stanu USA, do spółki z ambasadorem USA na Ukrainie Geoffreyem R. Pyattem, zorganizowała ukraiński rząd po zamachu stanu.

Albo możemy spojrzeć wstecz do 2013 roku, kiedy Nuland przyznała, że Stany Zjednoczone wydały 5 miliardów dolarów na działania „promocyjne demokracji” na Ukrainie.

Ale chyba najlepiej zacząć od 1990 roku, kiedy sekretarz stanu USA James Baker obiecał Michaiłowi Gorbaczowowi, że NATO nie rozszerzy się „ani na cal na wschód” po zjednoczeniu Niemiec i kiedy niemiecki dyplomata Jürgen Chrobog zapewnił Rosjan „że nie będziemy rozszerzać NATO za Łabę”.

A może powinniśmy zacząć narrację od II wojny światowej, kiedy Bandera i jego ukraińscy nacjonalistyczni bracia kolaborowali z nazistami w dążeniu do utrzymania niezależności od Rosji?

A może powinniśmy wrócić do Hołodomoru, kiedy Stalin celowo zagłodził ponad trzy miliony Ukraińców w ramach próby zdławienia ukraińskich ruchów nacjonalistycznych.

Albo do 1918, kiedy, według Putina, współczesne państwo ukraińskie stworzył Lenin, który odrzucił wniosek Doniecka i Krzywego Rogu o włączenie do Rosji Sowieckiej jako odrębnego podmiotu, i zamiast tego nalegał, aby utworzono „jeden rząd dla całej Ukrainy”.«

Piłsudski nie jest z mojej bajki, podobnie jak Dmowski, ale z jednym stwierdzeniem Piłsudskiego zgadzam się: „dzisiaj Zachód jest parszywieńki”. Jak widać nic się nie zmieniło od tamtego czasu. Potraktowali Ukraińców jak jakąś dzicz. I nas to też czeka. Poszczują jednych na drugich. Skłócone i podzielone społeczeństwa są wyjątkowo łatwe do manipulacji. Jest to masa plastyczna, którą można uformować w dowolny sposób.

Dziwna wojna

Na Ukrainie toczy się dziwna wojna. We wrześniu 1939 roku masoński rząd II RP uciekł. Naród został, bo, nawet gdyby chciał, to nie miał gdzie uciec. Choć z drugiej strony byli tacy, którzy wyjeżdżali, nie bacząc na powagę sytuacji w kraju, na wycieczki do egzotycznych krajów. Szczególnie upodobali sobie Kazachstan, a organizatorem tych wycieczek było bardzo znane i dobrze wtedy prosperujące biuro podróży o sympatycznej nazwie NKWD (nie znaju kagda wiernus damoj). I faktycznie, niektórzy do dziś stamtąd nie powrócili. W przypadku Ukrainy mamy odwrotną sytuację. Rząd został, a naród ucieka. Ucieka, bo ma gdzie uciec.

„Państwo polskie” uchyla nieba tym „uchodźcom”. Mamy więc paranoiczną sytuację. Z jednej strony jest budowany mur na granicy z Białorusią, a granica z Ukrainą jest otwarta i przelewają się przez nią tysiące osób (podobno 150 tys. dziennie), od których nie wymaga się świadectw szczepienia, nie testuje się ich, nie podlegają kwarantannie. A co na to profesorowie Horban i Simon? Gdzie się pochowali? Jeszcze niedawno straszyli nas, że jak nie zaszczepimy się w 100%, to będą setki tysięcy zakażeń dziennie. Teraz niezaszczepieni Ukraińcy rozjeżdżają się po całym kraju, a profesorowie siedzą w jakichś mysich dziurach i nawet łepka nie wychylą. Jak szybko można zgasić człowieka!

Wiedzą o tym dobrze również sportowcy i działacze. Interia pisze (28.02): „PZPN poinformował, że przyjęto zmiany w uchwałach zarządu. Na ich mocy Ukraińcy grający w naszym kraju nie będą wliczani do limitu piłkarzy spoza Unii Europejskiej.

W PKO Ekstraklasie obowiązuje limit obcokrajowców spoza Unii Europejskiej, którzy jednocześnie mogą przebywać na boisku. Obecnie w jednym czasie na murawie może być dwóch takich piłkarzy. Do tego limitu, na mocy dzisiejszej uchwały Polskiego Związku Piłki Nożnej, nie będą wliczani Ukraińcy. Taki projekt zgłosił prezes PZPN Cezary Kulesza i został on przyjęty.

Wskutek wojny do naszego kraju przyjedzie sporo imigrantów. Wśród nich będą też na pewno piłkarze. Ta zmiana ma na celu umożliwienie im łatwiejszego znalezienia klubu.”

Skąd ten pośpiech? Wojna dopiero się zaczęła i nie wiadomo, jak długo potrwa, może skończy się wkrótce. Ale nie! Oni już chyba wiedzą, że nie skończy się tak szybko, bo bez sensu byłoby ściąganie tu ukraińskich piłkarzy, którzy mieliby zaraz wracać na Ukrainę. Czy zatem mamy już do czynienia z UZPN?

„Sankcje FIFA i UEFA nie uratują życia ludziom w Ukrainie, ale są naprawdę ważne w walce z rosyjskim najeźdźcą. Czekaliśmy na nie może o dwa dni za długo. Wykluczenie jest do odwołania, więc widać, że władze światowej i europejskiej piłki pozostawiają sobie furtkę – mówi Interii Tomasz Frankowski, europoseł i były reprezentant Polski.”

Ważne to jest teraz, by powiedzieć „w Ukrainie”, a nie – „na Ukrainie”. Trzeba się mieć na baczności, bo mówienie „na Ukrainie” jest źle widziane. Nie tylko w języku polskim są takie wyjątki, że mówi się „na” zamiast „w”. W języku francuskim mówi się „en Pologne”, „en France”, „en Ukraine”, czyli w Polsce, we Francji, w Ukrainie, ale też mówi się „au Maroc”, „au Canada” i… o zgrozo!… „aux États-Unis”. To „au” i „aux”, to odpowiednik naszego „na”. Może nie każdy to wie, ale kiedyś duża część Stanów Zjednoczonych należała do Francji i stąd to „na Stanach Zjednoczonych”. Sprawa była bardzo prozaiczna. Napoleon potrzebował dużo kasy na podbój Europy i sprzedał francuskie kolonie w Ameryce Północnej. Po co więc zubażać język w imię poprawności politycznej? Te wszystkie jego nieregularności i wyjątki czynią go ludzkim i urozmaiconym, a przez to bogatszym.

Paranoja sięga zenitu. W ostatnim meczu ligowym Robert Lewandowski wystąpił w roli kapitana zespołu z Monachium, by móc założyć tę kapitańską opaskę w barwach narodowych Ukrainy. Rano postanowiłem założyć opaskę w barwach ukraińskiej flagi. To co się dzieje jest nieakceptowalne. Musimy wspierać Ukrainę. Jestem przeciwko wojnie i nie sądziłem, że do niej dojdzie. – powiedział Lewandowski w rozmowie z telewizją „Sky”. Wszyscy oni ćwierkają z jednego klucza. Niechby tylko spróbowali inaczej! Wszyscy oni są w kieszeni u tych, którzy urządzają te wszystkie hucpy.

I taką hucpą jest ta dziwna wojna. Wojna, która ma doprowadzić do podziału Ukrainy i fizycznego unicestwienia rezunów i banderowców: murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. Bo w nowej rzeczywistości, tej która właśnie pączkuje, nie ma dla nich miejsca.

Nie wiem, czy znalazłby się taki drugi przypadek, w którym jedno państwo tak bardzo zaangażowałoby się w pomoc drugiemu, w którym toczy się wojna. „Państwo polskie” i „polski rząd” bardziej dbają o obywateli „obcego” państwa niż „swojego”. Dla nich jest teraz wszystko, łącznie z pracą i mieszkaniami. Dla nich otwierają w szpitalach oddzielne oddziały. A swoim obywatelom pozamykali je pod pozorem pandemii, co skutkowało, z braku opieki, nadmiarowymi zgonami. Polacy stają się, niby we własnym kraju, obywatelami trzeciej kategorii, bo obywatelami pierwszej kategorii są Żydzi.

Ta hucpa to też podmiana społeczeństwa. Za jakiś czas okaże się, że Ukraińcy stanowią w tym kraju większość, która zapewne opowie się za połączeniem wschodniej Polski z zachodnią Ukrainą. Podobno wielu wjeżdżających do Polski Ukraińców nie ma dokumentów. Jak nie ma, to się im wyrobi. To nic nowego. Rosjanie też wymienili ludność na Krymie tak, by większość stanowiła ludność rosyjska. I teraz mają argument.

W mieście, w którym mieszkam, w Bielsku Podlaskim, leżącym w południowej części województwa podlaskiego, tej części Polski, która nigdy nie należała do Korony, tylko do Wielkiego Księstwa Litewskiego (a więc mieszkam na Kresach), starostwo powiatowe wywiesiło, obok flagi polskiej, flagę ukraińską. Mam więc poważne powody, by zapytać: czy to jest jeszcze Polska (wiem, że to nigdy nie była Polska), czy już Ukraina? No bo skoro na ścianie urzędu wisi taka flaga, to chyba nie przypadkiem. Dotychczas, jeśli już, to wisiała tam flaga unii europejskiej, co było zrozumiałe, skoro w niej jeszcze jesteśmy. Jednak jest w tym kraju coraz więcej zwolenników tzw. polexitu. Nie wiem, czy oni zdają sobie sprawę z tego, czym to będzie skutkowało. I jakie będzie zdziwienie Ukraińców, gdy wykopią Polskę z unii, a oni tak do niej szli? A muszą wykopać, jeśli ma dojść do podziału Ukrainy i w konsekwencji do połączenia jej zachodniej części ze wschodnią Polską. W unii taki numer nie mógłby przejść.

Dziwna jest ta wojna. Wszystkie największe portale internetowe wyłączyły możliwość komentowania przez czytających. Widać mają coś do ukrycia. I my tak naprawdę nie wiemy, co tam się dzieje. Nie ma korespondentów wojennych, którzy niemalże z pola walki informowaliby nas o sytuacji na froncie. Nie mamy żadnych informacji z drugiej strony. A przecież obiektywne podejście wymagałoby zapoznania się z argumentami Rosjan. To wszystko teatr. Rosja dysponuje takim potencjałem militarnym i armią, która mogłaby zająć Ukrainę w ciągu paru dni, gdyby chciała. No właśnie! Gdyby chciała. Ale nie chce. A skoro tak, to znaczy, że cel jest inny niż nam się mówi. Choć z drugiej strony Putin jasno powiedział, jaki jest jego cel. Nie powiedział tylko, dlaczego chce to zrobić.

Mamy w tym wypadku, jak zresztą w każdym konflikcie, do czynienia z klasycznym procesem dialektycznym, w którym zderzenie przeciwieństw, czyli tezy i antytezy, prowadzi do syntezy. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Widocznie ktoś na górze uznał, że w tym rejonie Europy nadszedł czas na zmiany, a nic tak nie sprzyja im i nic tak ich nie usprawiedliwia, jak wojna. Pod jej pretekstem można wszystko zrobić, wszystko zmienić. Wszak wojna, jak mawiał von Clausewitz, jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami. Po tym konflikcie, który nie wiadomo jak długo potrwa, ta część Europy będzie wyglądała zupełnie inaczej.

Zamiana Polaków na Ukraińców to wielki koszt, to są zapewne miliardy złotych. Ktoś będzie musiał za to zapłacić. No a kto? Jeśli większość ludzi w tym kraju będą stanowić Ukraińcy, to oni będą musieli uregulować ten dług. Oni albo ich dzieci. Nie ma nic za darmo. Nie spłacą tego długu, bo to będzie za wielkie obciążenie, to będą bezlitośnie wykorzystywani przez tych, którzy organizują im całą tę operację Most bis. Nie znają swojej historii i nie wiedzą, że powstanie Chmielnickiego w pierwszej kolejności skierowane było przeciwko Żydom, którzy bezlitośnie ich wykorzystywali i poniżali. I dlatego Chmielnicki poprosił Moskwę o ich przygarnięcie, bo I RP była rajem, ale dla Żydów. A dla innych – nie tylko dla ukraińskiego ludu, dla polskiego również – była piekłem. Za jakiś czas ta ich Polszcza będzie dla nich tym, czym była I RP.

Finis Ucrainae

W poprzednim blogu napisałem, że politycy to zwykli gangsterzy i złodzieje, ale nie tylko. Jak pokazują ostatnie wydarzenia, to także mordercy, którzy nie mają żadnych skrupułów, gdy chodzi o realizację chorej ideologii chorego narodu, którego oni są podwykonawcami. Jak nie – wymyślona pandemia, w efekcie której zamknięto ludziom dostęp do opieki medycznej, co skutkowało większą niż normalnie liczbą zgonów – to bezsensowna wojna, w której najbardziej ucierpią cywile. Po co są te ataki na ludność cywilną? Tylko i wyłącznie po to, by stworzyć falę uchodźców. Cieszy się Putin i „polski rząd”, który już nie będzie musiał udawać. Będzie mógł otwarcie, bo ze względów humanitarnych, ściągać masy Ukraińców. Prezydent Duda z trudem powstrzymywał uśmiech we wczorajszym przemówieniu. Mieszkania też czekają, nie tylko na Żydów, na Ukraińców też. O to zadbali developerzy.

Finis Ucrainae oznacza również finis Poloniae, to znaczy koniec Rzeczpospolitej Polskiej i początek Rzeczpospolitej Ukraińskiej. Ta wojna jest po to, by zlikwidować państwo ukraińskie w takiej postaci, w jakiej ono obecnie istnieje i stworzyć nowy porządek w tej części Europy. Słowa Putina nie pozostawiają złudzeń. Stwierdził on, że chce zdemilitaryzować i zdenazyfikować Ukrainę. Denazyfikacja, to nic innego jak debanderyzacja Ukrainy, a to oznacza, że jedyna ideologia spajająca tę obecną ukraińską państwowość nie jest już potrzebna. A skoro tak, to oznacza to po prostu likwidację państwa ukraińskiego w tej postaci. Innymi słowy rozbiór Ukrainy, a następnie rozbiór Polski. Dlaczego Polska nie może, tak jak Czechy, być od tysiąca lat w jednym miejscu? Dlaczego tu ciągle musi się wszystko zmieniać: granice i ludzie?

A to bardzo specyficzna część Europy. To pas ziemi ciągnący się od Bałtyku po Morze Czarne. Jego wyróżnikiem przez wieki było to, że zamieszkiwali go ludzie, którzy mieli problemy z określeniem własnej tożsamości narodowej, określając siebie jako tutejsi i którzy mówili innym językiem niż władza państwa, którego byli mieszkańcami. To również pas ziemi pomiędzy Rosją i Niemcami. Taka sytuacja była doskonałą okazją do ciągłych zmian. Centralne miejsce przez dwa wieki zajmowało państwo, do którego przylgnęła nazwa państwa na kółkach. Lata mijały, a sytuacja nie zmieniała się. Rozpad Związku Radzieckiego i powstanie nowych państw w tym pasie, to nawiązanie do tej wiekowej tradycji. Jakież pole do kombinacji wytworzyło się w takiej przestrzeni!

Gdy się to wszystko zaczęło wczoraj, czyli 24 lutego 2022 roku, to zajrzałem do Wikipedii, która na bieżąco aktualizowała dane o początku ataku. Z niej pochodzą poniższe informacje. Zawsze powtarzałem i będę powtarzał do znudzenia, że nie można zrozumieć teraźniejszości bez poznania tego, co było wcześniej. A pewne fakty skłaniają do wniosku, że tu chodzi bardziej o Polskę niż o Ukrainę, że to jest wstęp do przemodelowania tej części Europy.

Po długotrwałych wojnach z Turcją i Tatarami Chanat Krymski został ostatecznie w 1783 roku zdobyty przez Imperium Rosyjskie, a jego terytorium bezpośrednio wcielone do państwa rosyjskiego. W ramach tego imperium Półwysep Krymski wchodził w skład guberni rosyjskich utworzonych na ziemiach zdobytych w wojnach z Turcją, czyli tzw. Noworosji (południowo-wschodnia Ukraina, Mołdawia, Naddniestrze i południowo-zachodnia Rosja). W różnych okresach czasu należał on do guberni noworosyjskiej, taurydzkiej (historyczny Chanat Krymski) i generałgubernatorstwa noworosyjskiego. Lekceważąc tę tradycję, władze radzieckie przyłączyły w 1921 roku większość Noworosji do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. W trakcie II wojny światowej wysiedlono z półwyspu większość ludności niemieckiej, tatarskiej, greckiej, włoskiej, ormiańskiej oraz bułgarskiej. Wysiedlenia te objęły ok. 25% całej ludności Półwyspu Krymskiego i ok 50% ludności nierosyjskiej.

W 1946 roku władze Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej zlikwidowały Krymską Autonomiczną Socjalistyczną Republikę Radziecką, przekształcając ją w obwód krymski w składzie RFSRR.

W lutym 1954 roku Krym, decyzją Nikity Chruszczowa, został przyłączony do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Odbyło się to z okazji 300-lecia ugody perejasławskiej. Ugoda ta została zawarta 18 stycznia 1654 roku w Perejasławiu (w pobliżu Kijowa) pomiędzy Hetmanatem (Wojsko Zaporoskie) i Bohdanem Chmielnickim a Walerym Buturlinem, występującym jako pełnomocnik cara Rosji Aleksego I, na mocy której Ukraina została poddana jego władzy.

Terytorium Hetmanatu (fiolet), Siczy (sepia) i Ukrainy Słobodzkiej (zieleń); źródło: Wikipedia.

Jeszcze w ramach ZSRR Krym uzyskał ponownie status republiki autonomicznej w 1991 roku. Po uzyskaniu niepodległości przez Ukrainę, prorosyjskie władze Krymu ogłosiły w 1992 roku niezawisłość od Ukrainy na podstawie wyników referendum niepodległościowego. Jednak na skutek nacisków Kijowa, półwysep nadal pozostawał w granicach państwa ukraińskiego. Władze ukraińskie zgodziły się w 1992 roku na autonomię półwyspu, funkcjonującego od tej pory jako Autonomiczna Republika Krymu.

Krym składa się z Republiki Autonomicznej Krymu i wydzielonego miasta Sewastopol. Według ostatniego spisu powszechnego na Ukrainie z 2001 roku pierwszy podmiot zamieszkiwało 58% Rosjan, 24% Ukraińców, 12% Tatarów krymskich i ponad 1% Białorusinów, a w Sewastopolu Rosjanie stanowili 72% populacji, Ukraińcy 22%. Łącznie na Krymie ludność rosyjska stanowiła 60% mieszkańców.

Specyficzny charakter Krymu związany jest także z obecnością na tym terenie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, która ma w Sewastopolu swoją bazę.

Jednym z najważniejszych dokumentów podpisanych w sprawie Krymu było memorandum budapeszteńskie z 1994 roku. Na jego mocy „Ukraina otrzymała od Rosji, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii gwarancje integralności terytorialnej w zamian za przekazanie Federacji Rosyjskiej arsenału jądrowego z epoki radzieckiej (wówczas trzeciego na świecie pod względem wielkości)”.

Dziś widać ile warte są rosyjskie gwarancje, nie mówiąc o brytyjskich. Parę czy paręnaście dni temu odwiedził Warszawę brytyjski premier i powiedział, że w trudnej sytuacji Polska zawsze może liczyć na Wielką Brytanię. Gdy to przeczytałem, to uśmiałem się prawie do łez. A śmiech to zdrowie, więc jestem bardzo wdzięczny brytyjskiemu premierowi, bo ostatnio mam mało okazji do śmiechu.

Tendencje separatystyczne na wschodzie i południu Ukrainy są następstwem rewolucji z lutego 2014 roku, zwanej Euromajdanem, która odsunęła od władzy prezydenta Wiktora Janukowycza. Przyczyną wybuchu masowych, antyrządowych protestów na Ukrainie, które przerodziły się na ulicach Kijowa w rewolucję, było odłożenie podpisania przez prezydenta umowy stowarzyszeniowej Ukrainy z Unią Europejską. Wobec tego zachodnia i centralna Ukraina zbuntowały się przeciwko władzy prorosyjskiej Partii Regionów.

Nikt już dziś nie ma wątpliwości, że ta rewolucja była dziełem Amerykanów, a przecież wcześniej w trakcie rozmów radziecko-amerykańskich ustalono, że Ukraina to dla Związku Radzieckiego i później dla Rosji, to bliska zagranica i jej strefa wpływów. Na ingerencję Stanów Zjednoczonych w tym rejonie zgody nie było.

W wyniku działań Rosji w okresie luty – marzec 2014 roku została zaanektowana Autonomiczna Republika Krymu wraz z miastem wydzielonym Sewastopol. Na terenie wschodniej Ukrainy, kontrolowanym przez Federację Rosyjską, proklamowano samozwańcze republiki ludowe: charkowską, doniecką oraz ługańską.

Z kryzysem ukraińsko-rosyjskim związane są żądania Rosji, która domaga się gwarancji nierozszerzania NATO i ograniczenia aktywności na jego wschodniej flance.

9 i 10 stycznia 2022 roku odbyły się w Genewie rozmowy USA – Rosja na temat przedstawionych przez Rosję w połowie grudnia 2021 roku żądań w strefie bezpieczeństwa europejskiego.

12 stycznia 2022 roku odbyło się posiedzenie Rady NATO – Rosja z udziałem przedstawicieli członków NATO. Delegacja rosyjska podtrzymywała na nim żądania dotyczące prawnie wiążących „gwarancji bezpieczeństwa” w zakresie nierozszerzania NATO:

  • nierozmieszczania w krajach graniczących z Rosją systemów uderzeniowych mogących zniszczyć cele na jej obszarze,
  • nierozlokowywania w Europie rakiet średniego i pośredniego zasięgu,
  • likwidacji infrastruktury powstałej na terytorium członków, którzy wstąpili do NATO po 1997 roku,
  • wycofania z tych państw sił natowskich.

21 lutego 2022 roku Władimir Putin podpisał deklarację uznającą niepodległość i suwerenność dwóch separatystycznych republik: Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej. Tuż przed godziną 6:00 czasu moskiewskiego 24 lutego Władimir Putin ogłosił, że podjął decyzję o rozpoczęciu operacji wojskowej na Ukrainie. W przemówieniu Putin powiedział, że nie ma planów okupacji terytorium Ukrainy, że narody Ukrainy mają prawo do niezależności. Stwierdził, że Rosja zamierza „zdemilitaryzować i zdenazyfikować” Ukrainę i wezwał ukraińskich żołnierzy do złożenia broni.

Putin wysunął pod adresem NATO żądania, na które ono nie może się zgodzić. Wszak to Rosjanie zaakceptowali kiedyś rozszerzenie NATO na kraje Europy środkowej. A teraz im się odmieniło. Putin nie chce okupować Ukrainy, ale chce prawnie wiążących „gwarancji bezpieczeństwa”. Kto jak kto, ale on chyba doskonale zdaje sobie sprawę z tego, ile warte są te prawnie wiążące gwarancje. O co więc tak naprawdę chodzi?

24 lutego 2022 roku o godzinie 5:45 czasu lokalnego (4:45 czasu polskiego) rozpoczęła się inwazja Rosji na Ukrainę. Ataki rakietowe wymierzono w różne części Ukrainy, m.in. w Kijów i Charków. Ukraińska Służba Graniczna potwierdziła, że jej granice z Rosją i Białorusią zostały zaatakowane: „Ataki na oddziały graniczne, posterunki graniczne i punkty kontrolne przeprowadza się z użyciem artylerii, ciężkiego sprzętu i broni strzeleckiej. Odbywa się to w obwodach ługańskim, sumskim, charkowskim, czernihowskim i żytomierskim”.

Informacja Wikipedii o godzinie ataku na Ukrainę została wczoraj, tj. 24 lutego, około południa zmieniona. Obecnie informuje ona, że inwazja rozpoczęła się o godzinie 5:00 czasu lokalnego (4:00 czasu polskiego). Dziś, tj. 25 lutego, pojawił się na portalu salon24 artykuł zatytułowany: „O 4:48 obudził ich dźwięk wybuchów i strzałów. Poruszająca relacja z Ukrainy”. Link: https://www.salon24.pl/newsroom/1207884,o-4-48-obudzil-ich-dzwiek-wybuchow-i-strzalow-poruszajaca-relacja-z-ukrainy

Dlaczego więc Wikipedia zmieniła tak szybko godzinę. Ktoś tam w końcu załapał, że o 4:45 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę. Podobno nie ma przypadków, są tylko znaki. Jakby tego było mało, to przypominam, że Polska została zaatakowana z trzech stron: z zachodu, północy i południa. Ukraina została zaatakowana też z trzech stron: ze wschodu, północy i południa. To jest bardo niebezpieczna i czytelna aluzja, że tak naprawdę zaczęło się końcowe odliczanie dla Polski jako państwa w tej postaci i że bardziej w tej wojnie to o nią chodzi.

Cały konflikt został sztucznie wykreowany. Chodzi o to, jak zmienić obecny porządek i wyjść z tego z twarzą. Inwazja to działanie metodą faktów dokonanych. To już się stało, choć nie wiemy, jak długo to potrwa i co jeszcze złego może się wydarzyć. Jednak kiedyś nadejdzie taki moment, że obie strony zasiądą do stołu i „wynegocjują” to, co już dawno zostało ustalone. Obie pewnie pójdą na jakieś ustępstwa. Putin odstąpi od swoich żądań w zamian za wschodnią Ukrainę: taka ugoda perejasławska bis. A Zachód, jak to ma w zwyczaju, poświęci dla dobra sprawy Polskę, która i tak od unii lubelskiej skierowana jest na Wschód i bliżej jej do niego niż do Zachodu. Jeśli wschodnia Ukraina odpadnie, to zachodnia będzie mogła istnieć tylko w połączeniu ze wschodnią Polską, a zachodnia Polska przypadnie Niemcom. I będzie tak jak w bajce: „Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”.

Prawdziwy cel jest dalekosiężny i chodzi o odtworzenie państwa zwanego I RP, które to państwo było rajem dla Żydów i ma być nim w przyszłości. To ma być prawdziwy Polin. Takie jest moje zdanie, a czy tak się stanie? Czas pokaże, tylko że na to trzeba będzie jeszcze długo czekać. Dla wielu z nas za długo. Może to i lepiej.

Mistyka finansów c.d.

W poprzednim blogu pisałem, że finanse nie są takie trudne do ogarnięcia. Są jednak trudne, gdy nie znamy mechanizmów działania systemu bankowego oraz nie zdajemy sobie sprawy z tego, że wszelkie przekręty dokonują się na styku: państwowy – prywatny. Bez tej wiedzy nie zrozumiemy wszystkich tych afer, które miały miejsce w owym „urodzajnym” roku 1990 i nie mniej “urodzajnym” roku 1991. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że afera FOZZ to było dzieło odchodzącej już władzy komunistycznej, a afera Art-B, to dzieło tej nowej, demokratycznej.

Ten blog jest kontynuacją poprzedniego, ale w obu tych blogach nie chodzi mi o pokazanie, jak to było naprawdę. To jest tylko środek do celu. Celem jest uzmysłowienie innym, że państwo może i jest formą organizacji społeczeństwa, ale przede wszystkim jest to organizacja przestępcza, a politycy to zwykli złodzieje i gangsterzy. Co innego, gdy tak się powie i na tym zakończy, bo niby każdy to wie, ale czym innym jest pokazanie tego na przykładach, które nie pozostawiają złudzeń, że to naprawdę zwykli gangsterzy i złodzieje, których nazywa się politykami. Tak było ponad 30 lat temu i tak jest dzisiaj i dotyczy to polityków wszystkich partii.

Przygotowania trwały długo, bo przejście od jednej rzeczywistości do drugiej wymagało zmiany przepisów dotyczących działalności gospodarczej, prawa bankowego, prawa pracy i jeszcze wielu innych. Jak w przypadku każdego przełomu, gdy wali się jeden porządek, a drugi jeszcze nie powstał, jest to dobry moment do przeprowadzenia wszelkiego rodzaju malwersacji: w mętnej wodzie dobrze łowi się ryby. Zwykły człowiek był zupełnie zdezorientowany, zagubiony w tym chaosie i przytłoczony pojęciami, których nie znał: wolny rynek, przedsiębiorczość, spółki z o. o., handlowe, biznes, giełda, akcje, inwestycje, rynek kapitałowy itp. I w wielkim tym chaosie wielkich złodziei uważano za ludzi rzutkich, przedsiębiorczych, odważnych. Powstawały listy najbogatszych Polaków, czyli największych złodziei i gangsterów. Takie to były czasy: Once Upon a Time in Poland. – Dla tych młodszych, którzy mogą nie zrozumieć aluzji, podpowiedź: Once Upon a Time in America. Resztę wyjaśni wujek Google.

Podstawowe informacje pochodzą z Wikipedii. Dwa pojęcia wymagają przybliżenia. Art-B kojarzy się przede wszystkim z oscylatorem ekonomicznym, który miał ukryć prawdziwą aferę i z holdingiem, bez którego ta afera nie mogłaby zaistnieć.

Art B (skrót od Artystyczny Biznes) – polska spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą w Cieszynie, później z siedzibą Biura Krajowego spółki w Warszawie, założona przez Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego, działająca w latach 1989-1991.

Według mediów współwłaścicielem „Art B” był Izraelczyk Meir Bar, co nigdy nie zostało wiarygodnie potwierdzone. Firma zasłynęła za sprawą wykorzystania oscylatora ekonomicznego, dzięki któremu właścicielom udało się kilkadziesiąt razy oprocentować w bankach tę samą wpłatę (tzw. „afera Art B”).

Spółka została założona w 1989 roku w Cieszynie z kapitałem zakładowym 100 tys. PLZ (równowartość ok. 1000 PLN w 2017). W 1990 roku podniosła swój kapitał zakładowy do kwoty 300 mld PLZ (ok. 437 mln PLN w 2017). Zajmowała się handlem praktycznie wszystkimi towarami i dobrami – od kawy i herbaty, przez sprzęt RTV (współpraca z GoldStar – dzisiejsze LG, w tym montownie w Polsce), samochody, aż po dzieła sztuki. Art B w krótkim czasie przekształciła się w holding 3 tysięcy spółek (w innym miejscu Wikipedia pisze o 200 spółkach), zatrudniających około 140 tysięcy osób i obracający bilionami ówczesnych złotych. Jako pierwsza spółka w Polsce otrzymała koncesję na handel bronią.

W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia 1991 roku obaj właściciele wyjechali do Izraela, gdzie później Gąsiorowski otrzymał obywatelstwo, natomiast Bagsik został aresztowany w 1994 roku w Szwajcarii, na podstawie wniosku o ekstradycję wydanego w Polsce i skazany w 2000 roku. W 2004 przedterminowo wyszedł na wolność. Przegrał wszystkie odwołania od wyroków przed polskimi sądami, ostatecznie wniósł skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu (do dzisiaj nie rozpoznana). Zarzuty dla Gąsiorowskiego i Bagsika dotyczą oszustw wobec „systemu bankowego” na sumę 4,2 biliona starych złotych, czyli 420 mln PLN.

W 2014 roku Witold Gadowski w tygodniku „w Sieci” w rozmowie z byłym szefem krakowskiej delegatury WSI w artykule pt. „Mundur z niejedną plamą” ujawnił nowe fakty odnośnie tzw. „Afery Art-B”:

„Gdy oni nam wywlekli FOZZ, to przecież nie mogli się spodziewać, że pozostaniemy bierni. Walnęliśmy ich Art-B” – taka wypowiedź ciągle tłucze mi się po głowie, kiedy zastanawiam się nad fenomenem wojskowych służb informacyjnych i ich wpływem na wydarzenia ostatnich 20 lat.

Kronika Art-B:

  • 04.05.1989 – rejestracja spółki „Art-B” (Bogusław Bagsik 40% (później 55%) udziałowcem i prezesem spółki;
  • 1991 – Bogusław Bagsik na 8 miejscu na liście 100 najbogatszych polaków tygodnika „Wprost”;
  • 01.01.1991 – decyzja o finansowaniu przez Art-B tajnej operacji Mosadu w Polsce pod kryptonimem Most;
  • 14.04.1991 – wykupienie rocznej produkcji „Ursusa” ratujące firmę przed bankructwem za 200 mld PLZ (20mln ówczesnych dolarów lub nowych złotych);
  • 20.06.1991 – Art-B przekazało Telegrafowi 57 mld zł (ok. 5,7 mln dolarów);
  • 01.08.1991 – wyjazd Bagsika i Gąsiorowskiego z Polski;
  • 13.08.1991 – wystawiony list gończy za Bogusławem Bagsikiem;
  • 13.08.1991 – wystawiony list gończy za Andrzejem Gąsiorowskim;
  • 14.11.2013 – Sąd rejonowy dla Warszawy-Mokotowa, Wydział XVI Karny uchylił nakaz aresztowania dla Andrzeja Gąsiorowskiego;
  • 03.07.2015 – Sąd Okręgowy w Kaliszu umorzył sprawę Andrzeja Gąsiorowskiego, który był oskarżony o przywłaszczenie na szkodę spółki Art-B ponad 71,7 mln zł. Sprawę umorzono ze względu na jej przedawnienie.

Według tego oskarżenia Andrzej Gąsiorowski – wiceprezes i współwłaściciel spółki Art-B – miał uczestniczyć w nabywaniu za pieniądze spółki 37 mln dolarów, których większość została wytransferowana za granicę. Ponadto miał kupić dla siebie samochód marki BMW o wartości 70 tys. zł, a także dla siebie i żony nieruchomość w Cieszynie. Miał też wraz z innymi osobami przekazać na konto w Zurychu pod pozorem zawartej umowy ponad 35 mln zł jako zapłatę za dostawę nigeryjskiej ropy (umowa ta nie została zrealizowana).

Holding – organizacja grupująca podmioty gospodarcze (np. spółki), samodzielne pod względem prawnym i organizacyjnym, ale pod względem finansowym uzależnione od jednego z nich (podmiotu dominującego). Podmiot dominujący posiada udziały w podmiotach zależnych, dzięki czemu może kontrolować skład zarządu oraz działalność tych podmiotów. Istotą holdingu jest zarządzanie oraz kontrolowanie działalności wielu podmiotów zależnych przez jedną organizację. Odbywa się to dzięki zależnościom kapitałowym lub personalnym. Holding jest zatem formą kumulacji kapitału. Kumulacja może następować poprzez przejmowanie słabszych przedsiębiorstw, najpierw w swoich branżach i pokrewnych, a później także w innych obszarach gospodarki. Innym sposobem jest celowe wyodrębnienie z przedsiębiorstwa „matki” samodzielnych pod względem prawa lecz uzależnionych ekonomicznie przedsiębiorstw „córek” (filii). Zależności matka-córka ogólnie mają charakter drzewiasty i mogą być rozbudowane, np. spółka „matka” posiada większość udziałów w kilku spółkach „córkach”, które z kolei posiadają udziały większościowe w spółkach najniższego piętra zarządzania. Jednak taki model zależności w holdingach nie jest jedyny – występują też bardziej złożone sieci powiązań, w tym kapitałowych.

W Polsce termin ten jest stosowany z umocowaniem prawnym (ustawa: prawo bankowe), tożsame jest pojęcie grupa kapitałowa, z tym że obejmuje ona tylko związki kapitałowe, a nie personalne.

Spółki holdingowe posiadają osobowość prawną niezależnie od tego, czy są spółkami zależnymi (córkami) czy spółkami uzależniającymi (spółkami matkami). Możliwości podejmowania decyzji władczych przez spółki dominujące powoduje, że mamy tu do czynienia z organizacją o względnie trwałych zależnościach i jednoznacznie określonej hierarchii. Holding tworzą co najmniej dwa podmioty prawno-gospodarcze – podmiot kontrolujący i podmiot kontrolowany. Natomiast więź, która te podmioty łączy, stanowi istotę holdingu.

Struktury holdingowe można klasyfikować według wielu kryteriów. Zgodnie z kryteriami sposobu powstawania wyróżnia się holdingi powstałe w wyniku wydzielania przedsiębiorstw, łączenia przedsiębiorstw i powstałe na bazie przedsiębiorstw wielozakładowych. Powstanie przedsiębiorstw na bazie przedsiębiorstw wielozakładowych przebiega następująco:

  • przekształcenie przedsiębiorstwa wielozakładowego w jednoosobową spółkę Skarbu Państwa,
  • utworzenie spółek podporządkowanych na podstawie art. 16 ustawy o prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych (ustawa weszła w życie 1.08.1990 roku),
  • utrzymanie spółki „pierwotnej” jako spółki dominującej,
  • prywatyzacja holdingu.

Prywatyzacja holdingów powstałych na bazie przedsiębiorstw wielozakładowych musi przebiegać w sposób umożliwiający utrzymanie układu holdingowego, tzn. takiego, w którym spółka dominująca zachowuje większościowy pakiet akcji lub udziałów w spółkach podporządkowanych.

Nietrudno zauważyć pewne podobieństwo pomiędzy tym, jak jest zorganizowany holding i diaspora żydowska: członkowie jednej organizacji są w drugiej, a drugiej w trzeciej itd. W holdingu każda spółka jest samodzielna pod względem prawnym i organizacyjnym, a więc może zakładać oddzielne konto w banku. Jeśli więc taki holding tworzy kilkaset spółek, to ile operacji bankowych mogą one wykonać? I jak to ogarnąć w krótkim czasie? To jest też ta „mistyka finansów”.

Oscylator ekonomiczny – mechanizm ekonomiczny opracowany w 1989 roku i wykorzystany przez prezesów spółki Art-B do zwielokrotnienia kapitału, zwany później oscylacją ekonomiczną kapitału.

Oscylator ekonomiczny polegał na lokowaniu pieniędzy w bankach, a następnie pobieraniu czeków „potwierdzonych” (tj. gwarantowanych przez bank) na ulokowane kwoty i – w dalszej kolejności – na realizowanie tych czeków w innym banku, gdzie zakładana była kolejna lokata, pobierany kolejny czek gwarantowany itd. W warunkach panującej hiperinflacji i jednoczesnej niedrożności systemu przepływu informacji międzybankowej (była to wymiana informacji off-line, a dokumenty przesyłane były zazwyczaj pocztą, kurierami lub – rzadko – telegraficznie) informacja o tym, że czek został zrealizowany w innym banku docierała nierzadko po kilku dniach lub po tygodniu, a do tego czasu lokata stworzona z tych samych pieniędzy była oprocentowana w kilku bankach równocześnie. Sprawnie działający oscylator w ciągu niespełna dwóch lat uczynił z jego twórców bardzo majętnych ludzi.

Generalny Inspektor Nadzoru Bankowego – Tomasz Świackiewicz – już w grudniu 1990 dostrzegł nieprawidłowości w obrocie kapitału holdingu Art-B, ale zgromadzone przez niego informacje zostały zbagatelizowane przez ówczesnego Prezesa NBP – Władysława Bakę, skutkiem czego dopiero po pół roku prokuratura wszczęła śledztwo w tej sprawie. Ówczesny szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego – Maciej Zalewski – ostrzegł Bagsika i Gąsiorowskiego kilkanaście godzin przed szykującym się aresztowaniem (potwierdził to sam Bagsik, Zalewski został za to skazany prawomocnym wyrokiem sądu na karę dwóch i pół roku pozbawienia wolności). W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia 1991 roku, dwie godziny przed zamknięciem dla nich granic kraju, obaj właściciele Art-B wyjechali do Izraela.

W internecie jest dostępny raport Świackiewicza z 3.01.1991 roku, w którym szczegółowo opisuje on cały mechanizm działania tego oscylatora. W nim pisze on m. in.:

„W obowiązującym obecnie systemie – okres naliczania odsetek od środków na rachunkach bankowych zamyka się między datą uznania rachunku określoną kwotą, a datą jego obciążenia. Innymi słowy o rozpoczęciu lub zaprzestaniu naliczania odsetek decyduje data księgowania na rachunku środków, a nie data wykonania operacji ze względu na relatywnie długi czas trwania rozliczeń międzybankowych i międzyoddziałowych zwłaszcza realizowanych przy udziale poczty – rozbieżność między tymi datami (operacja – księgowanie) jest na ogół znaczna.”

W dalszym ciągu przedstawia przykłady ilustrujące sposób działania tych rozliczeń i pisze:

„Z przedstawionych wyżej przykładów wynika, że rozliczenie klientów banku za pomocą czeków rozrachunkowych może być dla banku niekorzystne z punktu widzenia płaconych odsetek, a rozliczenie poleceniem przelewu – korzystne.

Biorąc pod uwagę, że zakres rozliczeń za pomocą czeków rozrachunkowych jest – dotychczas – znacznie mniejszy niż rozliczeń poleceniem przelewu (które są nadal główną formą rozliczeń między jednostkami gospodarki uspołecznionej) można naszym zdaniem ocenić, że – w skali globalnej – korzyści osiągane z omawianego tytułu przez banki są wyższe od korzyści uzyskiwanych przez klientów.

Wyrażamy opinię, że wyeliminowanie przedstawionych wyżej nieprawidłowości wynikających z funkcjonującego systemu rozliczania odsetek od środków na rachunkach byłoby możliwe przy wprowadzeniu zasady naliczania odsetek przy przyjęciu za podstawę datę wykonania operacji, a nie – jak obecnie – daty księgowania w banku.

Reasumując powyższe GINB wnioskuje, by zainteresowane departamenty NBP zmodyfikowały obowiązujące przepisy w zakresie rozliczeń pieniężnych oraz naliczania odsetek celem m.in. zabezpieczenia płynności banków oraz ograniczenia obrotu czekami gwarantowanymi (bez pokrycia), dzięki któremu klienci mogą uzyskiwać znaczne środki finansowe nie angażując własnych.”

Z tego raportu wynika, że straty ponoszone przez bank z tytułu rozliczeń za pomocą czeków były znacznie mniejsze niż zyski z rozliczeń za pomocą poleceń przelewów. Więc oscylator był tylko tym, co miało odwrócić uwagę od prawdziwej afery. I żeby było ciekawiej, to wykorzystanie oscylatora nie było sprzeczne z prawem. Takie były procedury w banku i ktoś, kto zatwierdził lub stworzył je, mógł o tym poinformować właścicieli spółki Art-B, czy kogoś, kto faktycznie nią kierował. Bagsik i Gąsiorowski to tylko słupy.

Joanna Solska w „Polityce” 21.07.2011 w artykule Bagsik i Gąsiorowski 20 lat po wielkiej ucieczce pisze:

»Wiosną 1991 r. do Krzysztofa Pietraszkiewicza (dyrektor w Urzędzie Rady Ministrów) zaczęły dochodzić sygnały, że w bankach dzieje się coś złego. Ktoś masowo puszcza do obrotu czeki. Z Art B wypłynęło ich 6,2 tys.

16 czerwca 1991 r., u szczytu powodzenia artystów biznesu, dzwoni do nich Maciej Zalewski, ówczesny szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego przy prezydencie Lechu Wałęsie. Zaprasza na rozmowę dwa dni później. Kontakty są bardzo intensywne, Maciej Zalewski bywa w Pęcicach, panowie spotykają się też w znanych restauracjach. Dowiadujemy się o tym prawie rok po ucieczce Bagsika i Gąsiorowskiego z kraju z wywiadu, jakiego Maciej Zalewski, polityk Porozumienia Centrum i były podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta, udziela „Gazecie Wyborczej” (ukazuje się 17 lipca 1992 r.). W kraju mówi się już o tym, że artyści podczas licznych spotkań z polskimi prokuratorami w Izraelu (dokąd uciekli i obaj są jego obywatelami) wskazują na Macieja Zalewskiego jako tego, który ostrzegł ich przed aresztowaniem. Później sąd uwolni go od tego zarzutu, ale skaże na 2,5 roku wiezienia za wymuszenie od Art B pożyczki dla spółki Telegraf. Miała być medialnym imperium PC.

„Kluczem do rozumienia każdej firmy jest pytanie, skąd wziął się pierwszy milion – czytamy w wywiadzie. – W przypadku Art B krążyło wiele wersji: czy to pieniądze byłej PZPR, czy zachodniego kapitału, a może finansował ich obcy wywiad? Czy trudno sobie wyobrazić, że jako urzędnik odpowiadający za bezpieczeństwo państwa, próbuję dowiedzieć się czegoś na własną rękę, kiedy nie udaje mi się uzyskać żadnych informacji?”. Z dalszej części rozmowy dowiadujemy się, że nie chodziło tylko o bezpieczeństwo państwa, ważna też była obawa o dalsze losy partii, PC. „Pierwszy pean na cześć Art B ukazał się u was, w »Gazecie«. Mogłem się obawiać, że jest to firma kapitałowa związana z wami i że ona będzie jedną z waszych lokomotyw. Że to wasza firma. Rany Boskie, kupią Ursus, sprzedadzą chłopom ciągniki i Unia [Demokratyczna – przyp. red.] zdobędzie 25 proc. głosów więcej. Poleciałem do Leszka Kaczyńskiego: Leć do prezydenta, bo jeszcze zaraz zaczną nas załatwiać od strony chłopów. Taka sprawa mogła zaburzyć równowagę polityczną w kraju” – obawiał się Maciej Zalewski.

Były polityk, zaprzyjaźniony z artystami biznesu, uważa dziś, że Bagsik i Gąsiorowski finansowali wszystkie liczące się wtedy partie. Wspomogli też finansowo kampanię prezydencką. – Ich ewentualne aresztowanie nikomu nie byłoby na rękę. Po ich ucieczce odetchnęli wszyscy.

Andrzej Gąsiorowski cały czas z tą samą żoną i dwojgiem dzieci mieszka w Izraelu, Bogusław Bagsik w Szwajcarii, często jednak bywa w Polsce. Dzieci są poza krajem, nie mówią po polsku. Przed kilkoma laty „Dziennik” twierdził, że obaj panowie zerwali ze sobą kontakty, gdyż Gąsiorowski wyraził jakoby gotowość wskazania likwidatorowi Art B majątku spółki, ukrytego jakoby przez Bagsika. Żaden z nich nie chce o tym mówić, ale obaj przyznają, że nic ich już nie łączy. Wielu do dziś zastanawia się, gdzie podziały się ich wielkie pieniądze? Po wybuchu afery media podawały, że wytransferowali do Izraela od kilkudziesięciu do 120 mln dol. I dlaczego dwaj tak utalentowani do biznesu ludzie nie pokazali światu, że naprawdę potrafią zarabiać?«

Poniżej fragment rozmowy dziennikarki (N) “Wprost” z prokuratorem Andrzejem Radomskim (R) w obecności prokuratora Sławomira Luksa w dniu 10 grudnia 1991 roku:

R:   Tak. Tak tę sprawę trzeba zrozumieć.
N:   To jest podstawa zarzutu. Został postawiony zarzut zagarnięcia kwoty o wielkiej wartości. 
R:    Krótko mówiąc, ponad 4 biliony złotych (= 400 mill USD)
N:    Co to są te 4 biliony złotych i skąd się one wzięły?
R:    To pieniądze, które - mówiąc w skrócie, zostały wyprowadzone że Skarbu Państwa na rzecz Spółki Art-B w wyniku działania pana Bagsika i Gąsiorowskiego. Mówiąc dokładniej, spółka Art-B miała kilkadziesiąt rachunków w różnych bankach w Polsce. W okresie lipca 1991 na zlecenie Bagsika i Gąsiorowskiego wystawione zostały ogromne ilości czeków z rachunków na których nie było środków własnych. Wystawione czeki sprawiły, że inne banki, do których te czeki trafiły, uznały je za prawidłowe i przekazały środki. Zaliczyły je na dobro Art-B.
N:    Mówimy o  oscylatorze?
R:    Nie, o operacjach czekowych. Oscylator jest marginesem sprawy. Jest ujęty w zarzutach, ale sam sobie zdaję sprawę z faktu, że to jest rzecz wątpliwa. Tu nie ma 100 procentowej pewności zagarnięcia mienia. Ja sam nie mam takiej pewności. Natomiast uznaję, że to było naganne i moim zdaniem sąd powinien rozstrzygnąć, czy to należy traktować jako zagarnięcie mienia społecznego, czy też jako działanie nie naruszające  prawa.
N:     Kto jest poszkodowanym, jakie banki, bo ciągle się mówi: banki, a brak konkretów.
R:     Poszkodowanym jest przede wszystkim NBP.
N:     na 4 biliony złotych?
R:     Na całe 4 biliony złotych!!
N:     jak to jest możliwe, skąd takie obliczenia?
R:     To jest możliwe z 2 przyczyn: z racji określonego w Polsce systemu bankowego i decyzji podejmowanych przez kierownictwo NBP, pana Topińskiego.
N:      To znaczy, że NBP zdecydował o wypłaceniu Bagsikowi i Gąsiorowskiemu 4 bilionów złotych na czeki bez pokrycia?
R:       Nie tak. Ja wystawiam czeki bez pokrycia. Są z książeczki czekowej wystawionej przez Bank Śląski. Ulokowane są przykładowo w Banku Gospodarki Żywnościowej w Legnicy. Po ich złożeniu w BGZ w Legnicy są one zarachowane i wracają do Banku Ślaskiego celem wykupienia. W momencie księgowania BGZ wykazuje te czeki na przychody. Ponieważ każdy z banków ma swoje konto w NBP, to NBP niejako refinansuje, gwarantuje, zapewnia wypłacalność czeków. Zabezpiecza przepływy środków. Mimo że czeki przesłane są do Banku Śląskiego, gdzie ja nie mam środków, to BGZ już ma pokrycie z NBP na te czeki.
N:     A więc mówiąc językiem nieekonomicznym: czy to znaczy że NBP nie może mieć roszczeń finansowych wobec Banku Śląskiego, skoro tam się odbywa operacja?
R:     Właśnie tak jest. Czeki pochodzą z BHK w Katowicach, który jest spółką prywatną. Ale brak w tym banku został pokryty dotacją NBP. Czyli BHK nie ma już niedoboru. Niedobór został przeniesiony do NBP.
N:    czy NBP nie może mieć roszczeń wobec BHK?
R:    Ma!
N:    Rozumiem, że BHK jako wierzyciel Art-B powinien dokonać oceny majątku Art-B i pokryć te stratę.
R:    Tak powinno być, tylko że BHK jest niewypłacalny.
N:    Dlaczego, przecież ma jednak.....
R:    BHK nie jest w stanie zapłacić 4 bilionów złotych bo nie ma takiego kapitału zakładowego, ani też nie ma pokrycia w majątku Art-B. Czy pani się orientuje, jaki jest majątek Art-B?

Fragment pisma Prokuratury Wojewódzkiej w Warszawie wysłanego do Prezesa NBP Andrzeja Topińskiego dnia 19.09.1991 roku:

W toku przeprowadzonego śledztwa w sprawie przeciwko Wojciechowi Prokopowi i innym stwierdzono, że w następstwie operacji czekowych dokonywanych przez pracowników spółki Art-B za wiedzą i aprobatą  odpowiedzialnych i zajmujących kierownicze stanowiska pracowników różnych banków powstał debet w kwocie przekraczającej 4 bln złotych. Debet ten rozumiemy jako spowodowanie rzeczywistego uszczerbku majątkowego w banku prywatnym został wyrównany środkami finansowymi, stanowiącymi własność NBP. Stan ten istnieje od połowy lipca bieżącego roku i nie ma żadnych racjonalnych przesłanek pozwalających na uznanie że BHK SA w Katowicach będzie w stanie zwrócić NBP środki wyłożone na pokrycie tak ogromnego debetu i ewentualnych odsetek. W tych warunkach proszę o udzielenie odpowiedzi czy i  jakie kroki podjęto w NBP w celu zabezpieczenia roszczeń NBP w wysokości odpowiadającej debetowi od dłużnika systemu bankowego tzn. spółki Art-B. 

Fragment odpowiedzi Andrzeja Topińskiego do prokuratora Kazimierza Radomskiego:

Ponieważ ewentualne bankructwo BHK SA spowodowało by zagrożenie dla depozytów pieniężnych ludności złożonych w tym banku na sumę około 50 miliardów złotych, pismem z dnia 21 sierpnia br zwróciłem się do Premiera  Krzysztofa Bieleckiego o decyzje co do celowości wszczęcia postępowania likwidacyjnego wobec tego banku.

Na spotkaniu u premiera z udziałem ministra finansów uznano, że krok taki byłby niecelowy. W tej sytuacji istotne znaczenie będzie miał wynik sporu  cywilno prawnego między BKO SA I PKO BP, który przesądzi o tym w czyim majątku zostanie umiejscowiona szkoda. Zgodnie z zasadami prawa cywilnego powinna być ona umiejscowiona w majątku tych banków, które wdały się w ryzykowne operacje i wskutek tego poniosły straty.  Inną sprawą jest kwestia ściągalności udzielonych kredytów. Przy podejmowaniu przez NBP ewentualnej decyzji w sprawie ewentualnego wdrożenia postępowania likwidacyjnego muszą być brane pod uwagę zarówno interesy wkładów deponentów jak  poziom strat  poniesionych przez banki państwowe.

N:    Ale Topiński to nie są żadne układy z Bagsikiem i Gąsiorowskim , on tylko przedstawia pewną sytuację a także i fakt, iż nie jest w interesie społecznym doprowadzenie do bankructwa BHK w Katowicach .
P:     To jest mylne pojęcie. Czyje depozyty ma BHK? Jakiego kręgu ludzi? Czy to jest bank typu PKO, drobnych ciułaczy, którzy ulokowali swoje oszczędności, czy BHK to jest spółka, w której jest 17 czy 15 osób, biznesmenów którzy mają określone układy ....?
N:     I mieliby ponieść odpowiedzialność za tę sytuację ? Pan uważa że nie byłoby straty społecznej gdyby jednak doprowadzić do bankructwa BHK?
P:     Oczywiście, prawo powinno być jednakowe dla wszystkich.
N:     To dlaczego premier to widzi inaczej?
P:     To trzeba się spytać premiera Z tym rezonansem społecznym to proszę wziąć pod uwagę, że BHK posiada aktywa i pasywa i z informacji które posiadamy zresztą od pana Topińskiego wynika, że w momencie ogłoszenia upadku tego banku pasywa zostałyby pokryte aktywami. Bank wyszedłby na zero, wśród klientów nie byłoby osób poszkodowanych przez upadek banku.

Pełny zapis tej rozmowy i pełna treść cytowanych pism tu: http://anga-artb.blogspot.com/2012/08/10-grudnia-1991-rozmowa-nn-n.html

Jak wspomniałem wyżej, „biznes” wtedy się kręci, gdy działa na styku państwowy – prywatny. W tamtym czasie zaczęto wszystko prywatyzować: banki, firmy ubezpieczeniowe, przedsiębiorstwa itp. Ale firmy z branży finansowej, by zachęcać klientów, zawsze podkreślały, że mają gwarancje Skarbu Państwa. Jak wynika z powyższego wywiadu z prokuratorem, NBP stał ponad wszystkimi bankami i je wszystkie kontrolował, łącznie z przepływem gotówki pomiędzy nimi i pokrywał ich straty, co oznacza, że jego władze to też gangsterzy i złodzieje. Ale co się dziwić, skoro gangsterem i złodziejem był Mieczysław F. Rakowski i Jan Krzysztof Bielecki, to dlaczego nie miałby nim być prezes NBP? To, że kradzież odbywa się w białych rękawiczkach i w sposób nader wyszukany, nie oznacza, że nie należy tego nazywać po imieniu. To tylko wyższa forma kradzieży, a złodziej jest złodziejem, nawet jeśli jest premierem czy prezesem banku.

Można sobie oczywiście zadać podstawowe pytanie: dlaczego do zakładania kont posługiwano się czekami, a nie tak, jak to zwykle bywa, że klient przychodzi do banku, zakłada konto i na to konto przelewa pieniądze z innego konta lub kieruje na nie płatności za swoje usługi i towary sprzedawane innym klientom czy firmom. Natomiast czeki służyły kiedyś do tego, by nie wozić ze sobą większej gotówki w obawie przed kradzieżą. Były one bardzo przydatne w podróżach zagranicznych, zwłaszcza do krajów, w których nie brakowało różnych kieszonkowców. Szło się wtedy do banku okazywało czek, bank go zabierał i dawał gotówkę. Klasyczne działanie czeku zostało przedstawione w filmie Vabank II, gdy Kramer w pijanym widzie podpisuje czeki, a Kwinto i Duńczyk realizują je w szwajcarskim banku i dostają walizkę pieniędzy. Czekiem można też było płacić za wiele innych rzeczy, np. za rachunek w restauracji czy za hotel, ale to raczej było powszechne w Ameryce. Był to odpowiednik obecnej karty kredytowej.

Tak więc karta kredytowa nie jest niczym nowym, podobnie jak czek nie był żadnym nowym wynalazkiem. Kiedyś, gdy ludziom nie chciało się nosić ze sobą złota, bo za ciężkie i też można było je łatwo stracić, to deponowali je u złotnika i dostawali od niego noty bankowe zaświadczające, że ich posiadacz może wymienić je na złoto u niego zdeponowane albo u innego złotnika w innym mieście. Te noty bankowe, to po prostu banknoty. Po 1971 roku, jak Nixon zawiesił wymienialność dolara na złoto, już u żadnego „złotnika” noty bankowej na złoto nie można było wymienić. Od tego momentu można było drukować dolary bez ograniczeń.

Z wypowiedzi prokuratora Radomskiego wynika, żespółka Art-B miała kilkadziesiąt rachunków w różnych bankach w Polsce. W okresie lipca 1991 na zlecenie Bagsika i Gąsiorowskiego wystawione zostały ogromne ilości czeków z rachunków na których nie było środków własnych. Wystawione czeki sprawiły, że inne banki, do których te czeki trafiły, uznały je za prawidłowe i przekazały środki. Zaliczyły je na dobro Art-B. Z tego wynika, że wypadku tej afery zmieniono funkcję czeku. Nie służył on do dokonania jakiejś płatności czy pobrania pieniędzy tylko do przelania ich z jednego konta na drugie, do czego normalnie służy przelew bankowy. Problem polegał na tym, że przelewu można dokonać z konta, na którym są pieniądze, a czekiem można było „przelać” pieniądze, których nie było na koncie i mieć je realnie na drugim koncie, z którego można było je pobrać lub przelać na konto w Szwajcarii jako płatność za nigeryjską ropę.

Z wypowiedzi prokuratora Radomskiego wynika też, że akcję przeprowadzono bardzo szybko, bo wszystko działo się w lipcu 1991 roku, a w nocy z 31 lipca na 1 sierpnia obaj finansowi „geniusze” uciekają za granicę. I wszystko gra. Jest kradzież, są winowajcy, ale poza zasięgiem polskich organów ścigania, tylko pieniędzy brak. To nie amatorzy jej dokonali, a cała akcja była starannie przygotowywana od dłuższego czasu.

To nie było tak, że ktoś wykorzystał luki w prawie bankowym, bo to prawo bankowe zostało tak zapisane, by można było je wykorzystać, ale o tym wiedzieli tylko nieliczni, pod których to prawo tworzono. § 16 Zarządzenia Prezesa NBP z dnia 11 sierpnia 1989 r. – MP Nr 27 poz. 218 mówi o możliwości posiadania przez klientów nieograniczonej liczby rachunków bieżących. Spółka Art-B została założona 4 maja 1989 roku. Prawo bankowe było najwyraźniej tworzone było pod tę spółkę. Podobnie było w przypadku przekształceń własnościowych. Wielką firmę państwową przekształcało się w jednoosobową spółkę Skarbu Państwa, a w kolejnych etapach dochodziło się w końcu do holdingu. Tak to wtedy wyglądało. Wszystko co państwowe było złe, ale gwarancje państwowego banku już takimi nie były i sam bank też nie był zły. Taka pokrętna ideologia to była.

Czym jest zatem państwo? Jest formą organizacji społeczeństwa, ale jest też, a może nawet bardziej, strukturą mafijną, opanowaną przez różne mafie, które podzieliły między siebie strefy wpływu i jak trzeba, to ich bezwzględnie bronią, czego dowodzi zamach na prezydenta Kennedy’ego. U nas niektórzy próbują nazywać te mafie wojskowymi służbami informacyjnymi, co nie zmienia faktu, że są to mafie. Jeśli nazwę kurę osłem, to nadal to będzie kura.

Kto stracił na tych przekrętach? Skarb Państwa? To jest pojęcie abstrakcyjne, bo co z tego, że NBP starci? Zaksięguje sobie jakoś tę stratę i dodrukuje sobie nowe pieniądze. I znowu będzie gotowe na pokrywanie strat kolejnych prywatnych banków i tuszowanie kolejnych afer. Tracą zwykli ludzie, dla których nowe pieniądze, niedostępne dla nich, oznaczają ich zubożenie i ograniczenie dostępu do niektórych towarów i rynków.

Mistyka finansów

Operacje finansowe, wbrew pozorom, to wcale nie są jakieś skomplikowane działania, choć wymagają doskonałej organizacji i współpracy wielu ludzi, co samo w sobie jest swego rodzaju sztuką. III RP rodziła się w cieniu wielu afer, o których my dowiadywaliśmy się później, a nawet jak już coś wiedzieliśmy, to i tak nic z tego nie rozumieliśmy, bo niby skąd, zamknięci w siermiężnej rzeczywistości PRL-u, mielibyśmy rozumieć? Jedną z takich afer była afera FOZZ, do dziś niewyjaśniona i zamieciona pod dywan, tak jak wiele innych. Ale obecnie mamy dostęp do wielu informacji, które wcześniej były niedostępne. Ja ograniczyłem się do Wikipedii, to jednak w zupełności wystarcza, by zrozumieć mechanizm tej afery i tę „mistykę finansów”, która nie jest żadną mistyką, tylko zasłoną dymną, mającą na celu ukrycie prawdziwych sprawców afer. A sprawcy zawsze są ci sami, bo to oni rządzą finansami, co w praktyce oznacza obsadzanie wszystkich stanowisk we wszelkich instytucjach finansowych swoimi ludźmi.

31 grudnia 1970 roku zadłużenie Polski wobec krajów kapitalistycznych wynosiło 1,1 mld USD (6,4 mld USD w 2011). Relacja zadłużenia dewizowego do wpływów dewizowych z eksportu towarów i usług wynosiła wtedy 86%, tzn. eksport był wyższy niż dług. W 1973 roku stan zadłużenia w walutach wymienialnych przekraczał ówczesny poziom rocznych wpływów z eksportu w tych walutach. W 1976 roku relacja zadłużenia krótkoterminowego do wpływu z eksportu wynosiła ponad 46%, a całkowite zadłużenie – 8,4 mld USD.

W 1980 roku zadłużenie osiągnęło 24,1 mld USD (66,3 w USD z 2011 roku), a wymagane płatności z tytułu obsługi zadłużenia na rok 1981 wynosiły 10,9 mld, podczas gdy wartość całego eksportu do krajów kapitalistycznych miała wynieść 8,5 mld. A więc brakowało 2,4 mld dolarów.

Według szacunkowych danych tylko 20% otrzymywanych w latach 70-tych kredytów przeznaczono na finansowanie inwestycji i wzrost mocy wytwórczych. Główną ich część (ok. 65%) wykorzystano na import surowców i materiałów do produkcji. Resztę (ok. 15%) przeznaczono na zakup artykułów konsumpcyjnych, przede wszystkim produktów rolnych, gdyż krajowa produkcja żywności nie nadążała za wzrostem konsumpcji. Ktoś musiał podjąć taką decyzję, że kredyty będą wykorzystywane w takich, a nie innych proporcjach. A to oznaczało tylko jedno – katastrofę, pomijając już fakt, że branie kredytów w walutach wymienialnych w sytuacji, gdy złotówka taką walutą nie była, z założenia nie mogło dobrze się skończyć.

W 1981 roku rząd gen. Jaruzelskiego poinformował Klub Paryski o wstrzymaniu spłat zadłużenia zagranicznego w wysokości 25,5 mld dolarów (ok. 65 mld w 2012 roku) z powodu niewypłacalności.

PaństwoKwota mln USDUdział %
Francja4874,2218,17
Brazylia3731,4113,91
Austria3536,8613,19
RFN3401,0512,68
Kanada2708,8310,1
Japonia1681,266,27
Włochy1647,36,14
USA1590,775,93
Wielka Brytania1441,195,37
Szwajcaria514,41,92
Holandia390,281,46
Szwecja347,251,29
Belgia325,111,21
Norwegia269,811,01
Dania190,620,71
Hiszpania92,260,34
Finlandia75,660,28
RAZEM26818,28100
Dług Polski wobec członków Klubu Paryskiego na koniec 1994 roku; źródło: Wikipedia.

Klub Paryski – nieformalna grupa wysokich urzędników do spraw finansów z 19 najbogatszych krajów świata, która zajmuje się usługami finansowymi, jak restrukturalizacja i umarzanie długów krajów. Dłużnicy są zwykle rekomendowani przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, gdy zawiodą inne metody oddłużenia. Tak pisze Wikipedia, jeśli więc ta informacja jest prawdziwa, to jest to towarzystwo wzajemnej adoracji – urzędnicy państwowi, którzy wykorzystują państwowe pieniądze do realizacji podejrzanych operacji finansowych, polegających na udzielaniu kredytów państwom, które ich nie będą w stanie spłacić. Tak, jak stało się to w przypadku Polski.

MFW to międzynarodowa organizacja w ramach ONZ, która zajmuje się kwestiami stabilizacji ekonomicznej na świecie. Zapewnia pomoc finansową zadłużonym krajom członkowskim, które w zamian zobowiązane są do dokonywania reform ekonomicznych i innych działań stabilizujących. Czyli że, jak będziecie tańczyć tak, jak my zagramy, to wam odroczymy spłatę długów lub nawet je umorzymy. Do MFW należą wszystkie kraje świata poza Saharą Zachodnią, Tajwanem i Koreą Północną.

Klub Londyński – nieformalne stowarzyszenie ok. 500 banków komercyjnych, powstałe w 1976 roku w celu restrukturyzacji zadłużenia poszczególnych państw-dłużników. W odróżnieniu od Klubu Paryskiego zrzesza wierzycieli prywatnych.

199019911992199319941999
Ogółem48474,7848411,9347044,3347246,34217431300
Klub Paryski32778,3631525,8229558,9328666,692681822800
Gwarantowane poza KP530,65443,76358,1276,41224
Klub Londyński11163,7811733,4712163,1212695,9279885300
b. ZSRR i b. RWPG2407,942572,482591,242711,1123950
Zmiany zadłużenia PRL-u (w mln USD) w latach 90-tych; źródło: Wikipedia.

31 marca 2009 Polska ostatecznie spłaciła wszystkie swoje zobowiązania wobec Klubu Paryskiego (z wyjątkiem 118 mln USD zobowiązań wobec Japonii, które będą spłacane zgodnie z harmonogramem do roku 2014). 29 października 2012 roku poinformowano o spłacie całego długu z tzw. „czasów Gierka”. Skoro spłacono cały dług Gierka, to skąd obecne zadłużenie. Czyżby nastąpiła restrukturyzacja, polegająca na spłaceniu jednego długu drugim? I skąd ten Klub Londyński, który powstał w 1976 roku i w jego skład wchodziły prywatne banki? I to jest właśnie ta cała mistyka finansów!

W latach 1981-1989 średnie oprocentowanie zadłużenia sięgało 10%. Z kwoty około 27 mld dolarów odsetek spłacono nieco ponad 12 mld, zaś 15 mld powiększyło stan zadłużenia. W 1985 roku zadłużenie zagraniczne wynosiło 53,1% dochodu narodowego wytworzonego. W końcu 1989 roku całkowity dług zagraniczny wynosił 42,3 mld dolarów (77,4 mld USD z 2011 roku).

Kredyty zagraniczne PRL-u, mające przyczynić się do zmniejszenia dysproporcji gospodarczych pomiędzy Polską a krajami Zachodu, okazały się w rzeczywistości istotną barierą rozwoju (całkowity wzrost PKB w latach 1979-1989 wyniósł +1,1%). W 1989 roku powstał Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, którego zadaniem miało być skupowanie polskiego długu poniżej ceny nominalnej.

Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ) – fundusz celowy powołany na mocy ustawy z 15 lutego 1989 roku przez Sejm PRL IX kadencji, jako jeden z państwowych funduszy celowych, którego oficjalnym celem była spłata polskiego zadłużenia zagranicznego oraz gromadzenie i gospodarowanie środkami finansowymi przeznaczonymi na ten cel. Rzeczywistym zadaniem funduszu było skupowanie na wtórnym rynku zagranicznych długów PRL-u po znacznie obniżonych cenach, wynikających z niskich notowań długu.

Ekonomiczny sens istnienia funduszu polegał na znacznym obniżeniu wielkości długu wobec zagranicznych wierzycieli, którzy de facto zgadzali się na utratę dużej części swoich wierzytelności w zamian za szybkie odzyskanie stosunkowo niewielkiej jej części na wtórnym rynku. Wykup długów odbywał się przez „podstawione” często stworzone w tym celu spółki. Operacja ta była niezgodna z obowiązującym prawem międzynarodowym, stąd przeprowadzona była w tajemnicy.

Działalność FOZZ doprowadziła do jednej z największych w historii III RP defraudacji środków publicznych oraz kilkunastoletniego procesu sądowego. Do końca 2014 roku FOZZ funkcjonował jako instytucja „w likwidacji”, której utrzymanie kosztowało około 1 mln zł rocznie.

Przy powołaniu funduszu ani w trakcie jego działania nie zostały zatwierdzone plany finansowe, plany kont, ani dokumenty sprawozdawcze, nie został także sporządzony bilans otwarcia, w szczególności nie zostały rozliczone wzajemne zobowiązania pomiędzy Funduszem a Bankiem Handlowym, który pośredniczył w spłacie zadłużenia we wcześniejszych latach. Fundusz powołany w 1989 roku był w rzeczywistości drugim, tzw. „pierwszy FOZZ” działał w latach 1986-1988.

Ustawa powołująca do życia Fundusz dawała jego dyrektorowi znaczne uprawnienia do zaciągania zobowiązań w imieniu Skarbu Państwa. Według Janusza Sawickiego (przewodniczący Rady Nadzorczej) „działania kontrolne ograniczał Statut FOZZ, nadany przez rząd Mieczysława Rakowskiego, który umożliwił dyrektorowi Funduszu prowadzenie niektórych operacji w ścisłej tajemnicy, nawet przed Radą Nadzorczą”.

Poza działalnością statutową Fundusz angażował się w przekazywanie środków licznym podmiotom prywatnym w kraju i za granicą. W lutym 1990 roku Fundusz powierzył 60 miliardów starych złotych (6 mln PLN) Bankowi Inicjatyw Gospodarczych. 21 grudnia 1990 roku, z polecenia Janusza Sawickiego, FOZZ wystawił na rzecz Banku Handlowego weksle na kwotę 3,5 biliona starych złotych (350 milionów PLN).

Weksel to rodzaj papieru wartościowego, który może być używany jako środek płatniczy (kredyty), zabezpieczający lub obiegowy. Płatnicza funkcja weksla oznacza możliwość wzięcia za jego pośrednictwem kredytu lub pożyczki. Weksel zdecydowanie ułatwia egzekucję sądową, jednak może okazać się bezwartościowy, jeśli dłużnik okaże się niewypłacalny.

W okresie od marca 1989 roku do grudnia 1990 roku, Fundusz zawarł 16 umów, na podstawie których kredytował m.in. firmy Impexmetal, Universal, Awalo, Seko oraz poręczył weksle firmom Konsultex, Interpegro i Altex. Część kredytów udzielonych przez FOZZ nie była zabezpieczona, a Fundusz nie egzekwował spłat. Środki FOZZ były również transferowane za granicę, m.in. za pośrednictwem Banku Handlowego oraz Banku Rozwoju Eksportu – np. płatność zatytułowaną „za dostawę kleju i nici” dla zakładu Polsport w Wałbrzychu realizowano za pomocą luksemburskiego funduszu inwestycyjnego GFV. FOZZ kredytował także kampanię wyborczą Dariusza Przywieczerskiego jako kandydata na senatora oraz należącą do Stronnictwa Demokratycznego spółkę „Epoka” (kwotą około 500 tys. dolarów).

W lipcu 1990 roku kierownictwo FOZZ (Grzegorz Żemek i Janina Chim) zostało zawieszone. Równocześnie Grzegorz Żemek, Janina Chim i Dariusz Przywieczerski założyli firmę Trading Assets Company z kapitałem założycielskim 5 mld starych złotych (500 tys. PLN).

Na mocy ustawy z 14 grudnia 1990 roku o zniesieniu i likwidacji niektórych funduszy, FOZZ przeszedł w stan likwidacji, w którym pozostawał do końca 2014 roku. Kontrola Najwyższej Izby Kontroli, przeprowadzona na początku lat 90-tych, wykazała liczne nieprawidłowości (zawłaszczenie wielomilionowych sum i niegospodarność. Śledztwo w tej sprawie rozpoczęło się 7 maja 1991 roku na podstawie doniesienia obywatela Niemiec Josepha Tkaczika.

Ustalono, że w latach1989-1990 FOZZ otrzymał na swoje zadania 9,9 bln starych złotych (ok. 1,7 mld USD), za które mógł wykupić długi o wartości 7,6 mld USD przy rynkowej cenie polskiego zadłużenia wynoszącej 22 centy za 1 dolara wartości nominalnej długu. Miało to doprowadzić do zmniejszenia wartości zagranicznego zadłużenia Polski o tę kwotę w 1990 roku. W rzeczywistości FOZZ na cele statutowe wydał jedynie 69 mln dolarów, nabywając dług o nominalnej wartości 272 mln dolarów.

W tym momencie wypada zadać sobie pytanie: kto ustala rynkową cenę długu państwa, zaciągniętego przez to państwo w innym państwie? Dlaczego te dwa państwa nie dogadują się między sobą w sprawie warunków jego spłaty? Okazuje się, że Polska zaciągnęła dług w 17 państwach Klubu Paryskiego (obecnie jest ich 19; doszła Rosja i Australia) i nie rozmawia z poszczególnymi krajami w sprawie renegocjacji jego spłaty, tylko rząd Jaruzelskiego oznajmia w 1981 roku jakiemuś Klubowi Paryskiemu, że wstrzymuje spłatę zadłużenia zagranicznego, a w 1985 roku tenże Jaruzelski spotyka się w Nowym Jorku z Davidem Rockefellerem. Ciekawe o czym oni rozmawiali?

Jest gdzieś jakiś wolny rynek, lecz nie wiadomo gdzie. Nie wiadomo też, na jakiej podstawie ktoś ustalił wartość polskiego długu, który należał do 17-tu państw. Jednym słowem, 17 państw udzieliło Polsce kredytu, ale to nie one decydowały o tym, co dalej z jego spłatą. Ktoś był gotowy dać 22 centy za 1 dolara wartości nominalnej długu, lecz nie wiadomo kto. Skoro dług był nieściągalny, to kto był gotowy zapłacić piątą część, bez gwarancji, że uda mu się te pieniądze odzyskać? Tylko ten, któremu wcale nie zależy na odzyskiwaniu tych pieniędzy, bo on je sam drukuje, tylko zależy mu na zadłużaniu innych i tym samym uzależnianiu ich od siebie.

Mechanizm wykupu niespłacalnego długu po obniżonej cenie jest bardzo prosty. Z jednej strony mamy Klub Paryski, a z drugiej – Klub Londyński. Klub Paryski zrzesza państwa, a Klub Londyński prywatne banki. Kredyt udzielony przez państwo jest kredytem państwowym, czyli tak naprawdę niczyim, bo żaden podatnik danego państwa, będący faktycznie właścicielem tego kredytu, nie ma wpływu na to, jak on jest spłacany i co się z nim dzieje. O tym decydują ministrowie finansów lub wysocy urzędnicy ministerstw finansów tych państw, a są nimi przeważnie Żydzi. W Klubie Londyńskim są już tylko Żydzi. Nie ma więc problemu, by sprzedać niespłacalny dług za piątą część jego nominalnej wartości. Kupujący, czyli prywatny bank, za piątą część wartości ma prawo do całkowitej nominalnej wartości tego długu. Po to przecież go wykupił. I tym sposobem wierzycielem państwowego długu staje się prywatny bank. Ten mechanizm w przypadku Polski nie został w praktyce wykorzystany, bo nie o to chodziło w aferze FOZZ, by zmniejszyć polskie zadłużenie, co nie znaczy, że ten mechanizm nie jest wykorzystywany gdzie indziej. Nie po to przecież powstały te kluby wzajemnej adoracji, by nie korzystać z niego.

Nadużycie zarządu FOZZ objęte aktem oskarżenia polegało na tym, że około 100 mln dolarów zostało wytransferowane na konta różnych podmiotów ulokowanych w rajach podatkowych lub spółek w 9 krajach europejskich oraz USA, które wkrótce potem przestały być wypłacalne.

Według aktu oskarżenia Skarb Państwa stracił z powodu afery FOZZ 334 mln nowych złotych po kursie z 31 grudnia 1995 roku – 2,46 PLN za 1 USD.

Działalności FOZZ przypisywano znacznie szersze znaczenie, niż zostało to ujęte w akcie oskarżenia.

FOZZ nigdy nie był instytucją do cichego wykupu polskiego długu zagranicznego, lecz przykrywka, zasłoną dymna służącą wyprowadzaniu dewiz z Polski. Udowodniła to na podstawie oficjalnych danych moja koleżanka Janina Kraus w wystąpieniu 16 grudnia ubiegłego roku (…) Po drugie, Michał Falzmann ustalił, że afera FOZZ to tylko mniejszy fragment większej całości. Ta większa całość, według jego ustaleń, a potwierdza to również w protokole kontroli NIK Banku Handlowego pani Halina Ładomirska, to są operacje dewizowe Banku Handlowego, to z kolei mniejszy fragment o wiele większej całości, czyli ukryty transfer dewiz z Polski, co sam Falzmann nazwał zorganizowanym rabunkiem finansów publicznych. Chodziło o wykorzystanie głównie sztywnego kursu dolara, który umożliwił wytransferowanie ogromnych sum dzięki różnicy kursów w bankach zagranicznych i lokat złotówkowych w Polsce. – wystąpienie posła Wojciecha Błasiaka 17 marca 1995.

Znaczna część operacji walutowych była prowadzona za pośrednictwem Banku Handlowego. Podczas kontroli przeprowadzonej w banku przez NIK w latach 1991-1992 ujawniono liczne nieprawidłowości zawarte w protokole pokontrolnym Działalność dewizowa Banku Handlowego. W raporcie wykazano, że w okresie kontroli bank prowadził działalność dewizową na szkodę gospodarki polskiej i oszacowano straty w ciągu tych dwóch lat na 5-10 mld dolarów.

Kontrola wykazuje sfałszowanie bilansu banku, fałszowanie dokumentów bankowych, nielegalne operacje finansowe etc. Sama kontrolująca szacuje straty poniesione przez polską gospodarkę w wyniku operacji dewizowych Banku Handlowego na 5 do 10 mld dolarów w latach 1991-1992. Skala strat i stosowane mechanizmy wyraźnie wskazują na ścisły związek z odkrytymi przez świętej pamięci Michała Falzmanna zjawiskami rabunkowego transferu dewiz z Polski. – wystąpienie Wojciecha Błasiaka, 5 lutego 1997.

W aferze FOZZ skazano następujące osoby:

  • Grzegorz Żemek – 9 lat pozbawienia wolności – za defraudację mienia publicznego
  • Janina Chim – 6 lat pozbawienia wolności
  • Zbigniew Oława
  • Dariusz Przywieczerski – 2,5 roku pozbawienia wolności (zaocznie)
  • Irene Ebbinghaus
  • Krzysztof Komornicki

Funduszem kierował Zarząd w składzie:

  • Grzegorz Żemek
  • Janina Chim

Rada Nadzorcza – powołana przez ministra finansów Andrzeja Wróblewskiego w marcu 1989 roku:

  • Janusz Sawicki – przewodniczący (od 14 marca 1989 do 31 grudnia 1990) – był jednocześnie wiceministrem finansów odpowiedzialnym za obsługę polskiego zadłużenia zagranicznego i nadzór nad działalnością FOZZ,
  • Jan Boniuk – dyrektor Departamentu Zagranicznego Ministerstwa Finansów i sekretarz Rady Nadzorczej FOZZ,
  • Grzegorz Wójtowicz (ekonomista) – dyrektor Departamentu Zagranicznego Narodowego Banku Polskiego,
  • Dariusz Rosati,
  • Zdzisław Sadowski,
  • Jan Wołoszyn,
  • Sławomir Marczuk – od maja 1989,
  • Wojciech Misiąg – od października 1989.

Z tego zestawienia wynika, że nikt z członków Rady Nadzorczej nie został ukarany. Ukarani zostali tylko członkowie Zarządu i Dariusz Przywieczerski, który nie wiadomo skąd tam się wziął.

Dariusz Przywieczerski ukończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki (SGPiS) w Warszawie. Po studiach pracował w Centrali Handlu Zagranicznego Paged, w której był zastępcą dyrektora. Od 1974 roku pracował w Komitecie Centralnym PZPR. W 1980 roku został radcą handlowym ambasady PRL-u w Nairobi. Zarabiał pieniądze na dostawach kawy i herbaty do sąsiedniej Ugandy. Po powrocie do kraju w 1985 roku został dyrektorem firmy Universal, eksportera sprzętu AGD. Firma Universal powstała w wyniku prywatyzacji dawnej Centrali Handlu Zagranicznego (CHZ) „Universal”.

Radca handlowy ambasady PRL-u zarabia na handlu kawą i herbatą pomiędzy Kenią i Ugandą. Zapewne wykorzystuje fakt, że jest dyplomatą i może przekraczać granicę bez kontroli celnej. Ale do tego, by uprawiać taki proceder, potrzebne są jeszcze dwie strony. Ta, która po stronie kenijskiej skupuje tę kawę i druga po stronie ugandyjskiej, która ją kupuje i zapewne ma sieć dystrybucji, by ją sprzedać. Nietrudno domyślić się, któż to może być, ale też nietrudno domyślić się, kogo obie strony mogą dopuścić do tak lukratywnego interesu. Żydzi są wszędzie i wszędzie kontrolują obrót towarem.

Afera FOZZ była tylko przykrywką. Miała jedynie ukryć proceder wyprowadzania z Polski dewiz, a głównie dolara. FOZZ funkcjonował od 15 lutego 1989 roku do 14 grudnia 1990 roku. Natomiast sztywny kurs dolara został wprowadzony 1 stycznia 1990 roku. Tego dnia nastąpiło wprowadzenie tzw. wewnętrznej wymienialności złotego (obowiązującej jedynie w przypadku transakcji rachunku obrotów bieżących) przy ustalonym sztywnym kursie wynoszącym 9500 PLZ (0,95 PLN) za 1 USD. Eksporterzy byli także zobligowani do odsprzedaży w NBP walut obcych uzyskanych z transakcji międzynarodowych. Trwało to do 14 października 1991 roku.

FOZZ zalegalizowano na mocy ustawy z dnia 15 lutego 1989 roku, a więc za zgodą posłów. Ustawa powołująca do życia Fundusz dawała jego dyrektorowi znaczne uprawnienia do zaciągania zobowiązań w imieniu Skarbu Państwa. Według Janusza Sawickiego (przewodniczący Rady Nadzorczej) „działania kontrolne ograniczał Statut FOZZ, nadany przez rząd Mieczysława Rakowskiego, który umożliwił dyrektorowi Funduszu prowadzenie niektórych operacji w ścisłej tajemnicy, nawet przed Radą Nadzorczą”.

A więc mamy winowajców: posłowie i rząd Rakowskiego, czyli Rakowski, bo to on, jako szef rządu odpowiadał za jego działania. Gdyby ustawa ta nie została uchwalona, a statut FOZZ nie przybrałby takiej formy, jaką nadał mu rząd Rakowskiego, to cała ta afera nie mogłaby zaistnieć. Ale to jeszcze nie koniec. Jeszcze potrzebny był pewien plan, najważniejsze ogniwo całej tej operacji, bez którego wszystkie te wysiłki spaliłyby na panewce.

Plan Balcerowicza – program reform społeczno-ustrojowych, mających na celu odejście od gospodarki scentralizowanej i przejście do gospodarki rynkowej, którego realizacja rozpoczęła się 1 stycznia 1990 roku. Nazwę utworzono od nazwiska głównego realizatora tych reform, Leszka Balcerowicza, ówczesnego wicepremiera i ministra finansów w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Grupa ekspertów, którą tworzyli wraz z Balcerowiczem m.in. dr Stanisław Gomułka, dr Stefan Kawalec oraz dr Wojciech Misiąg, we wrześniu 1989 roku stworzyła plan reform, oparty na wcześniejszym zamyśle prof. Jeffreya Sachsa, a 6 października zarys tego planu został przedstawiony publicznie przez Balcerowicza na konferencji transmitowanej przez TVP.

W 1989 roku Polska znajdowała się w kryzysie gospodarczym. Na skutek działań rządu Mieczysława Rakowskiego, zwłaszcza urynkowienia cen żywności i indeksacji płac, wystąpiło zjawisko hiperinflacji. A więc już wiemy, jaki jest jeden ze sposobów wywoływania hiperinflacji: podwyższenie cen pod pozorem ich urynkowienia, indeksacja, czyli podwyższanie płac. Na skutek tego ponowne podwyższenie cen i związana z nią kolejna indeksacja płac i tak wkoło Macieju.

W październiku 1989 roku Balcerowicz przedstawił swój plan. Przewidywał on:

  • reformę finansów państwa w celu odzyskania równowagi budżetowej,
  • wprowadzenie mechanizmów rynkowych poprzez uwolnienie cen i wprowadzenie sztywnego kursu złotówki do dolara,
  • zmianę struktury własnościowej gospodarki poprzez prywatyzację i zniesienie ograniczeń w obrocie nieruchomościami.

Realizacja programu wymagała pozyskania kredytów zagranicznych. Rząd przeprowadził rozmowy z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i uzyskał zgodę MFW na proponowany kształt reform. Dzięki temu ustanowiono fundusz stabilizacyjny w wysokości 1 mld dolarów, który miał pomóc w utrzymaniu stałego kursu złotówki do dolara. Ten fundusz zapewne utworzono po to, by nie zabrakło dolarów, na które wymieniano złotówki z rocznych lokat wraz z dopisanymi odsetkami. Istotnie był to fundusz stabilizacyjny. O niczym nie zapomniano.

Pakiet 11 ustaw tworzących plan Balcerowicza trafił pod obrady Sejmu kontraktowego (35% strona opozycyjna, reszta rządowa) 17 grudnia 1989 roku. Nad ustawami obradowano w przyspieszonym tempie, by uniknąć wprowadzania poprawek w komisjach sejmowych. W parlamencie panowała zgoda wszystkich partii, że plan należy wprowadzić w proponowanej przez rząd postaci. Zadziwiające! Wszyscy zgodni, rzecz niebywała w sejmie, ale tak było. To chyba jeden z dowodów na to, że demokracja jest fikcją, że ci wszyscy „wybrańcy narodu” są od kogoś zależni finansowo.

Inflacja czy hiperinflacja, to nie jest zjawisko, które powstaje przypadkowo. Wprost przeciwnie. Wszystko jest zaplanowane. Na początku lat 80-tych wyglądało to tak:

  • 1981 – 21,2%
  • 1982 – 100,8%
  • 1983 – 22,1%

Największa inflacja przypadła nie na okres strajków solidarnościowych, tylko w pierwszym roku stanu wojennego, gdy ich już nie było i nie było żadnych żądań płacowych. Wszystko siedziało cicho, jak mysz pod miotłą, więc rząd wykorzystał ten stan do pierwszego etapu uwłaszczenia nomenklatury partyjnej. Wcześniej zaciągnięte kredyty, wobec niezmiennego oprocentowania kredytów i wkładów oszczędnościowych, wzbogaciły tych, którzy wzięli te kredyty, a zubożyły tych, którzy mieli oszczędności. Innymi słowy, ci którzy oszczędzali sfinansowali spłatę kredytów tym, którzy je zaciągnęli.

Pod koniec tej dekady wyglądało to tak:

  • 1988 – 60,2%
  • 1989 – 251,1%
  • 1990 – 585,8%
  • 1991 – 70,3%

A więc mamy tu ten kluczowy rok 1990, do którego praktyczne przygotowania trwały już od początku 1989 roku, począwszy od przyjęcia przez sejm ustawy o FOZZ. Później, we wrześniu, pojawia się Plan Balcerowicza. Do pełni szczęścia potrzeba tylko jednego – wielkiej inflacji czy hiperinflacji. Bez tego te polskie afery tamtego roku nie miałyby sensu. O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju! Ciebie aferzysta dotąd zowie rokiem urodzaju… I nie chodzi tu bynajmniej o rok 1812, jak chciał poeta, tylko o rok 1990. Już w roku 1989 zaczęto przyzwyczajać społeczeństwo, serwując mu bardzo wysoką inflację, do tego, że tylko radykalne zmiany mogą dać pożądany skutek i że jedynie „geniusz” Balcerowicza jest w stanie powstrzymać szalejącą inflację.

Istotą afery było wywołanie potężnej inflacji przy jednoczesnym stałym kursie złotówki do dolara oraz zmiennym oprocentowaniu wkładów i kredytów złotówkowych. Oznaczało to, że lokata jednoroczna była oprocentowana na 585%. Po roku tak pomnożone złotówki zamieniano na dolary i lokowano na kontach w Szwajcarii – tej największej na świecie pralni brudnych pieniędzy oraz w innych krajach i pewnie w jakichś rajach podatkowych, czyli również bezpiecznych miejscach dla wszelkiego rodzaju złodziei i aferzystów.

Ta afera to nie tylko straty dla skarbu państwa. To był, jak to się mówi, mały pikuś. Tragedią było co innego. To był gwóźdź do trumny rodzącej się polskiej przedsiębiorczości. Wiele firm produkcyjnych i usługowych, które zaczynały w tamtym okresie swoją działalność od kredytu, zbankrutowało, a wielu z tych ludzi popełniło samobójstwo, bo nie byli w stanie go spłacać przy takim oprocentowaniu. Również wielu rolników, którzy odważyli się na modernizację swoich gospodarstw, spotkał podobny los.

Druga połowa lat 80-tych to już mocno rozwijający się kryzys i państwo szukało różnych sposobów na jego przezwyciężenie. To właśnie wtedy zaczęto zachęcać ludzi do większej aktywności, głównie poprzez udzielanie im korzystnych kredytów długoterminowych na inwestycje i działalność gospodarczą. A to był już okres po rozmowach Jaruzelskiego, tego wyjątkowo nijakiego człowieka, z Rockefellerem, w trakcie których pisano scenariusz dla Polski. – Perfidia. Nie pierwszy to raz, gdy Żydzi niszczyli polskie przedsiębiorstwa. Wcześniej zrobili to w Królestwie podczas rewolucji 1905 roku.

Wszystko to miało miejsce w okresie działania Sejmu kontraktowego, który wyłonił się po wyborach 4 czerwca 1989 roku. Rozmowy Okrągłego Stołu rozpoczęły się w lutym 1989 roku i w trakcie nich ustalono, że nowy sejm będzie składał się w 35% z posłów strony opozycyjnej i w 65% ze strony rządowej. Sejm kontraktowy, jakimś dziwnym trafem, dokonał samorozwiązania z dniem przypadającym przed dniem pierwszego posiedzenia nowo wybranego sejmu. Przedterminowe wybory zarządzono na dzień 27 października 1991 roku. Jakoś dziwnie to koresponduje z likwidacją sztywnego kursu złotówki do dolara, która nastąpiła 14 października 1991 roku. A jeszcze wcześniej, bo na mocy ustawy z 14 grudnia 1990 roku, przeniesiono FOZZ w stan likwidacji. Wszystko, do czego zobowiązał się komunistyczny rząd w Polsce wobec Żydów, zostało spełnione, a i nowi „wybrańcy” narodu okazali wobec nich lojalność, więc można już było tworzyć nowy sejm, czyli lokalny Muppet Show.

Rok 1990 należy, obok roku 1863 i 1905, do najważniejszych i przełomowych w historii narodu polskiego, nie państwa polskiego, tylko narodu. Wydaje mi się, że właśnie w tym momencie doszło do ostatecznego rozwiązania. Nie powstała polska klasa przedsiębiorców i handlowców, czyli ludzi aktywnie uczestniczących w życiu gospodarczym i tym samym niezależnych finansowo. Obecnie następuje już totalna podmiana społeczeństwa. Masowo sprowadzani są Ukraińcy i Białorusini, którzy są zatrudniani w różnych firmach jako pracownicy najemni. Będą posłuszni, lojalni i wdzięczni za to, że ktoś im dal szansę na lepsze życie. I o to chodzi: ma być warstwa panów i niewolników i nic pomiędzy.

Kim oni są?

W blogu „Pozytywizm” cytowałem Jeske-Choińskiego, który opisywał realia tamtego okresu. W pewnym momencie pisze on:

Żydowski dziennikarz, piszący po polsku, opluwał katolickiego księdza, polskiego szlachcica, mieszczanina i chłopa, szydził z „zabobonów” chrześcijańskich, ale niech tylko jakiś „goj” ośmielił dotknąć piórem mozaizmu i Talmudu, a choćby tylko rabinatu, zmarszczył natychmiast brwi, nastroszył się, żachnął się on, niby to oświecony, bezprzesądny, postępowy, tolerancyjny i stawał się pospolitym Żydem, krzycząc: nie tykaj mojej świętości, goju! Mnie wszystko wolno, a tobie nic; stul gębę.

Takie opluwanie wszystkiego, co polskie trwa nadal i jest powszechne w naszej obecnej rzeczywistości. 29 grudnia 2021 roku na portalu „salon24” bloger „echo24” w swoim blogu „I znów muszę się wstydzić, że jestem Polakiem” (https://www.salon24.pl/u/salonowcy/1193090,i-znowu-sie-musze-wstydzic-ze-jestem-polakiem) pisze:

»Pytacie Państwo, dlaczego znów się za Polskę wstydzę?

Zaraz to wyjaśnię, ale najpierw Państwu przypomnę fragment z mojej powieści autobiograficznej pt. „Magia namiętności”, którą nota bene opublikowałem w odcinkach na Salonie24, – cytuję:

Był Październik roku 1967. Polski transatlantyk MS Batory przybił do nabrzeża portu w Montrealu.

Krzysztof już z trapu zoczył szokującą scenę. Kanadyjscy celnicy odbierali siłą schodzącym ze statku Polakom przedmioty niespełniające lokalnych wymogów sanitarnych. Gdy się uważniej przyjrzał niezmiernie się zdumiał, z kim podróżował na kultowym statku. Byli to bowiem podróżujący na najniższym pokładzie ziomkowie jadący do Ameryki na stałe. Słowem – emigranci, a dokładniej rozwrzeszczane hordy rodaków z Pokarpacia i tak zwanej Ściany Wschodniej.

Jezu! A cóż to za buractwo! – jęknął. Nie miałem bladego pojęcia, że takie okazy mieszkają w moim kraju – pomyślał przerażony tym, co zobaczył.

Z niedowierzaniem patrzył, jak prostacki ludek walczy z celnikami o swoje. Nasi rodacy wieźli ze sobą za wodę pożółkłe pierzyny, dziurawe poduszki, szafliki, miednice, żeliwne nocniki, sznury suszonych grzybów i opasłe pęta zzieleniałej kiełbasy domowej roboty. Urosła tego całkiem spora sterta, a Krzysztof po raz pierwszy na amerykańskiej ziemi zawstydził się, że pochodzi znad Wisły.

Ta odrażająca scena zbulwersowała go do szpiku kości. Bezradna gawiedź, nie znająca żadnego obcego języka biegała bez ładu i składu z zawieszonymi na szyi na  sznurku tekturkami z nazwiskiem i celem podróży. No, no, nieźle się zaczyna, –  pomyślał.

Wtedy podstawiono autokary, które miały to bractwo przewieźć na dworzec kolejowy, skąd się mieli rozjechać, do różnych miast Kanady i Stanów Zjednoczonych. I tu się zaczęła prawdziwa masakra. Bowiem brać polska ruszyła kupą na podjeżdżające autobusy. Pośród wrzasków, jęków, przekleństw i złorzeczeń, taszcząc bagaże, jeden przez drugiego, tratując się wzajemnie parli do przodu jak stado baranów tarasując przejście. Ktoś wrzeszczał: – Dzieci! Dzieci! Ludzie! Stratujecie dzieci!

Kurwa! Co tu się dzieje? – pomyślał.  Przecież to bezrozumne stado na śmierć się zadepcze! Odwrócił się nie chcąc dalej oglądać tej żałosnej sceny. Upychanie rodaków trwało prawie dwie godziny. A gdy wrzawa ucichła, bez problemu wsiadł do autokaru.

Ruszyli w kierunku kolejowego dworca. Z rozdziawionymi ustami przyglądał się rozłożystym limuzynom sunącym po wielopasmowych drogach. Patrząc na płynące po gładkich jak stół autostradach eleganckie fordy, szykowne chevrolety, dystyngowane cadillaki i sportowe mustangi z zawstydzeniem myślał o polskich dziurawych drożynach, gdzie straszyły toporne warszawy, pokraczne syreny i śmieszne trabanty.

Gdy wsiadał do ekspresu Montreal – Chicago, rozegrała się równie żenująca scena. Polacy zajęli wagony pierwszej klasy, a kiedy ich poproszono o wyjście towarzystwo zawyło, że chyba po ich trupie. W efekcie pociąg odjechał z dużym opóźnieniem, a zawstydzony Krzysztof zrozumiał, dlaczego tak trudno o wizę do Stanów…”, koniec cytatu.

Od tamtego czasu minęły 54 lata.

I co?

W międzyczasie przeżyliśmy komunę, która jak pokazało życie nie do końca upadła.

Dlaczego?

Bo po wygranych wyborach 2015 Jarosław Kaczyński zrezygnował z inteligencji i przy pomocy Jacka Kurskiego i jego tandetnej oraz dotkliwie kaleczącej intelekt telewizji publicznej postanowił postawić na tłuszczę.«

Na końcu swojego bloga autor zamieścił zdjęcie, które całkowicie przeczy jego opisowi.

M/S Batory – stalowy król, okno na świat

Zdjęcie powyższe zostało zrobione w 1966 roku i przedstawia dwie rodziny z Podhala, wyjeżdżające do Ameryki. Nie wyglądają na ludzi, którzy wieźli ze sobą za wodę pożółkłe pierzyny, dziurawe poduszki, szafliki, miednice, żeliwne nocniki, sznury suszonych grzybów i opasłe pęta zzieleniałej kiełbasy domowej roboty, a więc typu opisanego przez autora bloga. Są skromnie ubrani, ale schludnie. Tak ubierała się wtedy większość ludzi, nie tylko na wsi, ale i w miastach. Owszem, była grupa młodzieży, zwanej bananową, która odbiegała wyglądem od reszty. To były przeważnie dzieci komunistycznych dyplomatów lub wysoko postawionych aparatczyków partyjnych. Zjawisko dotyczyło głównie Warszawy. Nie trudno chyba domyślić się, że większość tej młodzieży, to młodzież żydowska, bo tylko przedstawiciele tej nacji pracowali w dyplomacji lub stali najwyżej w hierarchii partyjnej.

W tamtych latach trwała jeszcze tzw. akcja łączenia rodzin. W ramach jej komuniści zezwalali niektórym rodzinom na wyjazd do Ameryki, gdzie już mieszkali ich bliscy. Ale bardzo nieliczni mogli wyjeżdżać na zachód i wracać. A jak komuś udało się pojechać na urlop do Bułgarii, to już było coś. Większości nie było stać nawet na takie luksusy.

Szkoda więc, że autor bloga nie napisał, w jaki to sposób udało mu się dostać wizę amerykańską, skoro było o nią tak trudno, a jeszcze bardziej szkoda, że nie napisał, w jaki sposób udało mu się dostać paszport i pozwolenie na wyjazd na „zgniły zachód”, co było jeszcze trudniejsze. Na takie wyróżnienie w latach 60-tych mogli liczyć tylko nieliczni. I jeszcze do tego wyjazd na saksy. Niektórzy, bardziej majętni, mogli pojechać na zachód na wycieczkę z biurem podróży, ale to nie to samo, co wyjazd w celach zarobkowych.

Ktoś, kto dostąpił takiego wyróżnienia, jak wyjazd do pracy, był po powrocie ustawiony do końca życia. Mógł sobie kupić mieszkanie czy wybudować dom i jeszcze mu sporo zostawało. Zapewne można było sobie za to kupić jakieś grunta w dobrych miejscach lub założyć jakąś firmę, co w tamtym czasie też nie było łatwe i nie każdy, kto chciał mógł tak zrobić. Ale jak już założył, to z braku konkurencji szybko się bogacił. Wygląda więc na to, że polityka paszportowa komunistycznych władz nie była przypadkowa, że tylko nieliczni, żeby nie powiedzieć wybrani, jakkolwiek dwuznacznie by to zabrzmiało, dostępowali tego zaszczytu i mogli zobaczyć inny świat, a po powrocie zasilić szeregi tych najbogatszych.

Szkoda więc, że autor bloga nie opowiedział o tym wszystkim, tylko skupił się na opisie zachowań ludzi, których w tamtych czasach w tamtym miejscu być nie mogło, a jak byli, to tacy, jak na zamieszczonym przez niego zdjęciu. Ale i tak się zdemaskował. Zdemaskował się swoją pogarda, nienawiścią do tego wszystkiego, co uważa za polskie. Tylko o inteligencji pisze dobrze. Przypadek? Pewnie wie kim są, w swojej masie, ci inteligenci. Nic się nie zmieniło od czasów pozytywizmu warszawskiego.

Ja oczywiście nie twierdzę, że nie ma w Polsce ludzi prostackich i prymitywnych. Są, tak jak w każdym innym społeczeństwie czy narodzie. Jest to jednak tylko fragment pewnej całości, części polskiego społeczeństwa. Uogólnianie tego zjawiska i pisanie, że się wstydzi tego, że jest się Polakiem, jest zabiegiem, który ma na celu wywołanie wrażenia, że Polacy to jakiś naród upośledzony, gorszy od innych narodów. Kim są więc ludzie, którzy tak piszą? Oni twierdzą, że też są Polakami, ale takimi lepszymi. Takie można odnieść wrażenie, sądząc po ich wywodach. Czyli że jesteśmy narodem podzielonym, skleconym z dwóch a może i z trzech wrogo do siebie nastawionych społeczności. A skoro tak, to czy my w ogóle jesteśmy narodem?

Pozytywizm

Jak już wcześniej wspomniałem, okres po powstaniu styczniowym, to najważniejszy okres w dziejach narodu polskiego. Ten okres nazywa się pozytywizmem. Sama nazwa pochodzi od łacińskiego positivus – oparty, uzasadniony. Jest to system filozofii pozytywnej. Wikipedia tak o nim pisze:

„Pozytywizm – kierunek w filozofii i literaturze zainicjowany przez Auguste’a Comte’a w drugiej połowie XIX wieku (Kurs filozofii pozytywnej). Został rozwinięty przez J.S. Milla oraz H. Spencera. Podstawowa teza pozytywizmu głosi, że jedyną wiedzą jest wiedza naukowa. Ta może być zdobyta tylko dzięki pozytywnej weryfikacji teorii za pomocą empirycznej metody naukowej. Pozytywizm podkreśla znaczenie wiedzy empirycznej i naukowości, a wzorem są w nim nauki przyrodnicze. Pozytywizm przeważnie odrzuca istniejące religie jako zabobony oparte na fikcjach, choć sam Comte proponował zastąpienie ich przez humanistyczną religię ludzkości. Prekursorem pozytywizmu był brytyjski empirysta i sceptyk David Hume.”

Z kolei w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-69) można przeczytać:

»Pozytywizm Polski, pozytywizm warszawski – prąd umysłowy i społeczny rozwijający się 1864-90 w kręgach inteligencji i liberalnej burżuazji polskiej na gruncie zespolenia pozytywizmu jako koncepcji światopoglądowej z programem społeczno-narodowym, opartym na ideach pracy organicznej i realizmu politycznego, tzn. przejściowego przynajmniej pogodzenia się z utratą samodzielnego bytu państwowego i rozwijania aktywności gospodarczej i kulturalnej. Na czoło ruchu pozytywistycznego wysunęli się i główną rolę w kształtowaniu jego ideologi odegrali wychowankowie Szkoły Głównej, a zwłaszcza A. Świętochowski, B. Prus, P. Chmielowski, J. Ochorowicz oraz K. Kraushar , W. Smoleński i wielu innych.

Skupili się oni wokół „Przeglądu Tygodniowego” (zał. 1866 przez A. Wiślickiego), który stał się organem teoretycznym p.p., reprezentującym jego najbardziej postępowe i radykalne tendencje światopoglądowe i społeczne. Później pojawiły się bardziej umiarkowane pisma pozytywistyczne „Niwa” (1872), „Ateneum” (1876), „Nowiny” (1878), „Prawda” (1881). Pozytywizm polski był nie tyle ruchem filozoficzno-naukowym, ile publicystyczno-literackim i polityczno-społecznym; głównymi jego rzecznikami byli literaci i publicyści.

Pozytywiści głosili odwrót od romantyzmu zarówno w literaturze, jak i w polityce i ideologii; w imię postępu społecznego zwalczali umysłowe, społeczne i ekonomiczne zacofanie kraju; występowali z hasłem „pracy u podstaw” (tj. nad ludem i dla ludu), a zwłaszcza krzewienia wśród ludu oświaty i kultury, niesienia pomocy klasom upośledzonym w mieście i na wsi; walczyli o demokratyzację stosunków społecznych, świecki światopogląd, emancypację kobiet, równouprawnienie Żydów; domagali się reformy wychowania i intensywnego rozwijania „nauk pozytywnych”, zwłaszcza przyrodniczych; uwydatniali zadania spoleczno-wychowacze i możliwości poznawcze literatury; postulowali utylitarystyczną ocenę wszelkiej sztuki.

Od lat 80-tych dynamizm i postępowość społeczna pozytywizmu polskiego zaczęły słabnąć, a akcenty krytyki społecznej zanikać ustępując miejsca solidarystycznemu programowi społeczno-narodowemu.«

Na podstawie powyższych cytatów widać, że na świecie był to prąd filozoficzny, czy filozoficzno-naukowy, bo odnosił się do metodologii nauk, zwłaszcza nauk przyrodniczych. W Polsce natomiast był to prąd umysłowy i społeczny. Interesujące podejście do pozytywizmu polskiego przedstawia w swojej książce Historia Żydów w Polsce (1919) Teodor Jeske-Choiński. Poniżej fragmenty:

»Rok 1863 należy, jak wiadomo, do chwil przełomowych w ewolucji myśli narodu polskiego.

Zwyciężony po raz trzeci naród, oprzytomniawszy po odniesionej klęsce, zaczął szukać nowych dróg w walce o prawo do istnienia, nowych środków do wzmocnienia rozbitego organizmu.

Po roku 1863 zaczęły padać słowa: rozsądek, życie zwyczajne, nauka, specjalne wykształcenie, praktyczność, handel, przemysł, fabryki, technika itd., z których złożyły się powoli nowe hasła, skleił się nowy program myśli narodowej. Program ten wskazał wyraźnie lwowski „Dziennik Literacki”, gdy mówił: „Główną podstawą duchowego rozwoju w narodzie jest bogactwo materialne, powiększywszy bowiem na tej drodze dobrobyt ogólny, będziemy mogli krzewić oświatę itd.”.

Trzeźwość w poglądach była główną treścią nowego programu. Entuzjastyczne wzloty i marzenia romantyczne rozwiały się, jak rozwiewa się mgła poranna, gdy słońce wzejdzie, wyobraźnia usunęła się w cień, ustępując miejsca rozsądkowi. Rozsądek zapanował nad myślą polską.

Rozsądek ten rezonował: Zawiodło nas powstanie kościuszkowskie, nie wróciły nam pełnej swobody wojny napoleońskie, resztki naszej wolności politycznej zdruzgotała rewolucja listopadowa, zmiażdżył nas ostatecznie rok 1863. Więc oto nadszedł teraz czas zerwania z tradycjami Polski szlacheckiej i skierowania całej myśli narodowej w łożysko pracy cichej, spokojnej, praktycznej, tzw. pracy u podstaw, „organicznej”; zamiast pobrzękiwać bezsilną szablą, trzeba jąć się księgi, cyrkla, łokcia, miarki, młota – uczyć się dużo głównie w kierunku praktycznym, który by zapewnił narodowi dobrobyt, mocną podwalinę ekonomiczną, a reszta znajdzie się sama.

Tak rezonowało nowe pokolenie.

By nadać powagi temu rezonowaniu, trzeba było poszukać jakiejś doktryny, jakiejś teorii, na której by się rozsądek mógł oprzeć. Nie potrzeba było jej tworzyć, była już bowiem gotowa, wchodziła sama w ręce szukające.

Wiemy, że w pierwszej połowie XIX w. podniósł głowę stary buntownik nasamprzód we Francji i Anglii (około r. 1840), a następnie w Niemczech, i wiemy, iż ten buntownik kłócił się znów z Objawieniem i z ideami wrodzonymi. Pyszny rozum ludzki sięgnął znów po buławę w krainie ducha. W wieku XVIII nazywał się on we Francji encyklopedyzmem, a później, w całej Europie, pozytywizmem i ewolucjonizmem.

Tego pozytywizmu i ewolucjonizmu uczepiła się popowstaniowa młodzież, popularyzując w Polsce: Comte’a, Darwina, Drapera, Milla itd. Galicja jednak, pchnięta przez swoje warunki w kierunku politycznym, wycofała się rychło z szermierki ideowej. Poznań, zajęty walką o byt powszedni i obronę elementarnych praw narodowych, nie miał ani czasu, ani ochoty do tworzenia nowego światopoglądu. Rola ta przypadła po roku 1863 Warszawie, odciętej od wszelkiej polityki i praktycznej działalności społecznej.

Z dniem 7 stycznia 1866 roku zaczął Adam Wiślicki wydawać w Warszawie tygodnik pt. „Przegląd Tygodniowy”, który stał się głównym organem młodego pokolenia, wstępującego w szranki pracy dziennikarskiej i literackiej.

„Przegląd Tygodniowy” nie zarysował się od razu wyraźnie, bo w szeregach jego współpracowników nie było aż do roku 1870 bojowca ideowego, urodzonego polemisty, który by mógł poprowadzić żądną nowinek młódź w boj „przeciw zwietrzałym przesądom”.

Ten bojowiec ukazał się dopiero przy końcu 1870 roku. Był nim Aleksander Świętochowski. Stanął on na polu walki w pełnym rynsztunku szampiona wprawnej ręki. Bardzo bogato wyposażył go los do rzemiosła polemisty, dał mu bowiem niezwykle cięte, kłujące jak ostrze szpady, kąsające pióro, giętkość słowa, siłę logiki i argumentacji i ową fanatyczną wiarę w swoje przekonania, bez której żaden bojownik ideowy nie oddziaływa na szerokie masy.

Ponieważ wszelka robota reformatorska zaczyna się wszędzie i zawsze od oczyszczenia terenu, od usunięcia gruzów przeszłości i od spychania z zajętych stanowisk tak zwanych powag chwili, ponieważ żwawa młodzież woła: place aux jeunes! (miejsce dla młodych – przyp. W. L.), rzucił się Świętochowski na starszych pisarzów, autorów i publicystów, z rozmachem bojownika, i bezwzględnością. Adam Pług, Edward Lubawski, Wacław Szymanowski, Józef Ignacy Kraszewski, Paulina Wilkońska, Jan Zachariasiewicz, Felicjan Faleński, Józef Kenig, Chęciński, Lewestam, Aleksander Tyszyński, Adam August Jeske i inni, przeszli przez rózgi chłosty krytycznej.

Nowi pisarze, zwący się pozytywistami, dążyli do następujących celów: 1) jako nauczyciele społeczni do powszechnego dobrobytu kraju, wierząc, że bogactwo materialne da narodowi moc odporną, uzbroi go przeciw żarłoczności jego zwycięzców, zalecali handel, przemysł, nauki techniczne i mrówczą, mozolną „pracę u podstaw”; 2) jako naśladowcy ruchu pozytywistycznego Europy Zachodniej wysunęli na pierwszy plan wiedzę, wierząc w jej wszechmoc, a uznając tylko tę wiedzę, która się oparła na doświadczeniu i eksperymencie; głównie nauki ścisłe były ich ulubieńcami; 3) obcięli literaturze pięknej skrzydła fantazji, zakreślili jej ciasne granice użyteczności, zrobili z niej powolną sługę życia praktycznego; 4) wprowadzili do spraw żywotnych kwestię kobiecą, czyli emancypację płci, zwanej słabą.

Zarzucano im swego czasu brak patriotyzmu, był to jednak zarzut niesłuszny, byli oni bowiem dobrymi obywatelami kraju, pragnęli jaśniejszej, lepszej doli nieszczęśliwego narodu, do którego należeli. Życzyli dobrze swojemu narodowi, ale rozkochali się zanadto w wiedzy, usunąwszy ze swojego programu religię, tradycję, charakter rasy słowiańskiej i uczucia. Był czas, kiedy w Warszawie deklamowali wszyscy, chcący uchodzić za bardzo mądrych inteligentów: wiedza, wiedza, ona jedna, tylko ona nas zbawi! Kto ośmielił się nie podzielać tego zachwytu, był zahukany: wstecznik, obskurant, mamut, głupiec, nieuk!

Za bardzo uczonych mieli się młodzi publicyści, chociaż nie byli uczonymi mędrcami, co potwierdził Piotr Chmielowski w swoim „Zarysie literatury polskiej z ostatnich lat dwudziestu”: Chmielowskiemu można wierzyć, bo był sam pozytywistą, należał do sztabu reformatorów. Pisał on: „Powoli, bardzo powoli dowiadywało się nowe pokolenie o świetnych zdobyczach nauki nowożytnej lub o potężnych prądach, nurtujących umysłowość europejską. Z półsłówek, z gazeciarskich nowinek dowiedzieliśmy się o Erneście Renanie, jako autorze „Początków Chrześcijaństwa”, młodzież słyszała coś z boku, domyślała się, ale wiedziała tylko po wierzchu i z nazwiska. O teorii Darwina jej zwolennicy nie mieli z początku dokładnego pojęcia. Gdy się w młodym kółku zgodzono powszechnie na metodę eksperymentalną, znano tylko środek badania, nie zaś jego treść i rezultaty. Było wiele przeczucia, wiele mglistych obrazów, goniło się za wielu majakami, sądząc, że chwyta się kraj szaty, okrywającej prawdę. Wśród takiego położenia zaczęto coraz częściej wspominać o pozytywizmie. Naturalnie, gruntownej znajomości nie było natenczas u nikogo. Znalazło się kilku, co powodowani sumiennością, zajrzeli do źródła, skąd mądrość płynęła, odczytali sobie, jeśli nie samego Comte’a, to Littre’ego i nabrali mniej więcej dokładnego pojęcia o metodzie i całości nauki pozytywistycznej, ale znaczna większość zadowoliła się naprędce gdzieś pochwytanymi frazesami, modelując je według upodobania i według potrzeby”.

Trzeba tupetu młodości, aby się z takim marnym bagażem wiedzy mianować kapłanem wiedzy i nazywać starsze pokolenia mamutem, wstecznikiem, głupcem, osłem itp. Tylko młodość potrafi taką sztukę…

Nie chrześcijańscy autorzy, publicyści, uczeni, kupcy i przemysłowcy korzystali z tego przewrotu, lecz Żydzi. Pozytywizm warszawski włączył do swojego programu doktrynę asymilacji żydowskiej. Prawie wszyscy „postępowcy” owego czasu (po roku 1870) byli filosemitami, bratali się z Żydami, dopuszczali ich do współpracownictwa w swoich pismach. Oni to wyhodowali grupę literatów i dziennikarzy żydowskich, piszących po polsku, których prasa polska nie znała przed rokiem 1863.

Prąd przychylny Żydom znalazł także zastosowanie plastyczne w powieści. Prądem w tym kierunku szła Eliza Orzeszkowa, w pierwszej połowie swojej działalności autorskiej przekonana, gorliwa pozytywistka, krzewicielka tzw. „trzeźwych” poglądów. Już w powieści pt. „Na prowincji” naszkicowała „sympatycznego” karczmarza Szlomę, a w „Panu Grabie” starała się wytłumaczyć drapieżną chciwość lichwiarza Wigdora. Trzy powieści poświeciła typom żydowskim: „Eli Makower”, „Meir Ezofowicz” i „Mirtala”. Oprócz tego napisała w r. 1882 broszurę pt. „O Żydach i kwestii żydowskiej”, w której broniła z adwokacką iście swadą i kazuistyką swoich poglądów.

Tylko trzy wady dostrzegła Orzeszkowa w psychologii żydowskiej: „1) nieuczciwość tak w handlu, jak we wszystkich interesownych stosunkach, nieuczciwość, noszącą trywialną, ogólnie przyjętą nazwę szachrajstwa; 2) pychę, czyli arogancję, która rozśmiesza, a najczęściej drażni, oburza; 3) odrębność, wyrażającą się strojem, mową, fanatyzmem religijnym, organizacją wewnętrzną czyniącą ich w organizmie społecznym ciałem obcym i wielostronnie szkodliwym”.

Na te trzy „przywary” żydowskie znała Orzeszkowa tylko jeden środek – oświatę, wiedzę. Według niej wiedza, to potęga najwyższa; niczym w porównaniu z nią: religia, tradycja rasy, atawizm, patriotyzm, wychowanie. Ona tylko jedna wytrzebi z ludzkości wszystkie wady, przesądy, zawiści, nienawiści, egoizmy, odrębności.

Bardzo słusznie zauważyła Orzeszkowa w swojej broszurze, powołując się na Herberta Spencera, że nie sam tylko handel żydowski plami się nieuczciwością, że handel nowoczesny w ogóle nie ma nic wspólnego z czystością sumienia. Sługą Mamona jest, a Mamon drwi sobie z takich pęt jak uczciwość i honor. Ale zapomniała, albo nie wiedziała, że odnosi się to tylko do handlu nowoczesnego, od połowy wieku XVIII począwszy i że tę ogólną demoralizację handlu spowodowali dopiero Żydzi, wprowadziwszy do niego środki i metodę tzw. „czystego kapitalizmu”, czyli sztukę gromadzenia pieniędzy bez względu na jakość towaru i na sposób zdobywania złota. Dopóki etyka chrześcijańska wpływała na prawodawstwo narodów chrześcijańskich, nie śmiał stan kupiecki posługiwać się dzisiejszymi sztukami i sztuczkami, ciężkie bowiem kary powstrzymywały jego chciwość. Gdy chrystianizm zaczął tracić swoją powagę (w połowie XVIII stulecia) nasamprzód w Anglii, potem we Francji itd. nauczyli się kupcy chrześcijańscy, bezwzględności „wolnego handlu”, „wolnej konkurencji” od Żydów, co wykazał, dowiódł Werner Sombart w swym dziele pt. „Żydzi”.

Sprzyjał także Żydom Aleksander Świętochowski. W jednej z trzech nowel pt. „O życie” (1879 r.) litował się nad Żydówką „Chawą Rubin”, a litował się ze względów szczególnego rodzaju. „Gdy na pola nasze spadnie szarańcza – mówił – bolejemy tylko nad zrządzonym przez nią spustoszeniem lub radujemy się jej zgubą. Nie umiemy jednak odczuć ani jej radości, gdy nas niszczy, ani jej boleści, gdy sama zginie. W podobnym stosunku znajdujemy się często do ludzi. Jeśli jakiś ich gatunek uznamy za obcy i szkodliwy, uwzględniamy w losach tylko nasze uczucia, nie dbając o to, że nasza boleść jest radością tych istot, a nasza radość ich boleścią”.

Tylko doktryna, oderwana od życia, może się zdobyć na tego rodzaju argumentację. Jako szampion pozytywizmu warszawskiego, który chorował na humanitaryzm bez zastrzeżeń, uważał sobie Świętochowski za obowiązek być tolerantem dla wszystkiego i dla wszystkich i doszedł do absurdu. Bo absurdem należy nazwać uwzględnianie radości szarańczy, niszczącej owoce pracy ludzkiej, tygrysa, lwa, szakala, pożerających z rozkoszą niewinną gazelę, żmii, zabijającej inną istotę żyjącą, wyzyskiwacza, oszusta, lichwiarza, niszczącego każdego, kogo omota swoimi bezlitosnymi mackami. Tylko naiwna doktryna mogła nakazać cieszyć się radością wroga cudzego dobra i życia i litować się nad jego bólem, gdy go spotka zasłużona kara.

Przez długi szereg lat był Świętochowski obrońcą Żydów, rzecznikiem asymilacji. Swoim nazwali go Żydzi, tłumnie garnęli się pod sztandar jego tygodnika („Prawda”) publicyści żydowscy, piszący po polsku.

Jak wszyscy pozytywiści warszawscy, wierzył także Prus w niezawodną moc oświaty, wiedzy, idei postępowych, dodawszy do tej recepty ze swojej strony jeszcze pobłażliwość i miłość. Dobre serce miał, wiadomo, naturą prawą był, na wskroś uczciwą. Ale dobrym sercem i uczciwością nie pokonywa się tradycji religijnych i narodowych długiego szeregu pokoleń, zwłaszcza gdy sobie jaki naród nie życzy zmiany starej skóry na nową.

Sprzyjał także Żydom Michał Bałucki, krakowski powieścio- i komediopisarz (ur. 1837 r.), co potwierdza jego powieść pt. „Żydówka”.

Oprócz pisarzów polskich, należących do pozytywizmu, podniecali chrześcijan do asymilacji z Żydami pisarze żydowscy, posługujący się językiem polskim.

Znalazło się w gromadzie warszawskich autorów i publicystów dwóch, którzy podjęli się walki (od roku 1882) z Żydami. Jan Jeleński i Teodor Jeske-Choiński byli zadeklarowanymi antyżydami. Pierwszy, utalentowany i pracowity publicysta był typem antyżyda „instynktowego”. Odczuwał on doskonale Żyda, widział jego szkodliwość społeczną i ekonomiczną, na którą zwracał głównie uwagę. On to, praktyczny, trzeźwy, ruchliwy, jest twórcą sklepów chrześcijańskich, ojcem późniejszego ruchu spółdzielczego, za co należy mu się trwała, wdzięczna pamięć narodu. Drugi dopełniał pierwszego, jako teoretyk kierunku. Za ten antyżydyzm byli obaj przez „oświeconą, postępową Polskę”, obałamuconą przez doktrynę asymilacyjną, bojkotowani lat dwadzieścia kilka i nazwano ich: wstecznikami, obskurantami, głupcami, idiotami, czarną sotnią itp.

Robocie tych dwóch „obskurantów” pomagał później Klemens Junosza Szaniawski (1849-1898), znakomity znawca szarego, pospolitego handlarza żydowskiego (faktora, arendarza, pachciarza, kupca, lichwiarza itd.). Z dwóch źródeł czerpał tę swoją znajomość duszy żydowskiej, 1) z osobistej obserwacji i 2) ze studiów nad literaturą żargonową. Zmuszony swoim położeniem materialnym ocierać się ciągle o lichwiarza żydowskiego, który nie wychodził z jego domu, patrzył bezustannie własnymi oczami na sztuki różnych „pająków”, a upodobawszy sobie jako nowelista i powieściopisarz najwięcej Żyda, nauczył się jego żargonu i zaznajomił się z jego literaturą.

Wszystkie swoje spostrzeżenia, odnoszące się do wyzysku żydowskiego, zebrał i uporządkował Junosza-Szaniawski w dwóch doskonałych powieściach, „Pająkach” (1894 r.) i w „Czarnym Błocie” (1895 r.). W pierwszej odmalował lichwę miejską, w drugiej wiejską. W powieściach tych rusza się, biega, wrzeszczy, kłamie, zaklina się na zdrowie swoje i swoich dzieci, na szczęście żony i rodziców, na zbawienie duszy i uczciwość cała zgraja handlarzy. Każdy z nich zapewnia, przysięga, że ma zamiary najczystsze, a każdy czyha tylko na lekkomyślność, nieopatrzność i nieszczęście „goja”.

Klemens Junosza-Szaniawski znał doskonale sztuki i sztuczki nie tylko „pająków” męskich, ale także żeńskich.

Świeża, nowa inteligencja żydowska wyzyskała dla swoich współplemieńców asymilację i pozytywizm. Gromadnie opuszczała po r. 1863 młodzież żydowska ghetta i chedery, tłocząc się do średnich i wyższych szkół chrześcijańskich. Patenty gimnazjalne, dyplomy uniwersyteckie dawały jej stanowisko społeczne. Zaroiło się po latach dwudziestu Królestwo od żydowskich: lekarzy, adwokatów, techników, dziennikarzy i literatów. Pomógł im nastrój chwili – zlew eksperymentów asymilacyjnych i doktryny pozytywistycznej. Eksperymenty asymilacyjne witały ich życzliwie, a doktryna pozytywistyczna, atakująca pod hasłem wiedzy nowoczesnej wszystkie dawniejsze „wartości”, całą przeszłość: tradycje, zwyczaje i obyczaje narodu, religię, katolicyzm, księży, szlachcica – pozwoliła im w skórze inteligenta zostać sobą.

Tak… sobą… Bo Żyd, wychowaniec Talmudu i handlu, nienawidzi kultury chrześcijańskiej i pozbawiony talentu dodatnio twórczego, lgnie „oświeciwszy” się, do wszelkiej negacji, do wszelkiego wywrotu. Jest on zawsze wszędzie tam, gdzie się w społeczeństwach innowierczych coś rysuje, wali, zapada, czy to będzie zaciekły krytycyzm, czy rewolucja, czy socjalizm albo anarchizm. Budować nie umie.

Europejska doktryna pozytywistyczna, adoptowana przez pokolenie popowstaniowe niewątpliwie w dobrej wierze (jako reakcja przeciw fantazji romantyzmu), pojęta uczciwie, jako „otrzeźwienie” społeczeństwa, grzeszyła nadmiernym krytycyzmem, który roztopił się ostatecznie w bezsilnym pesymizmie.

Grzech nadmiernego krytycyzmu podobał się bardzo oświeconym Żydom. Bo oni, którzy wyszli dopiero wczoraj z żydowskiego ghetta, odciętego chińskim murem tradycji talmudycznych, cofnęli się od świata chrześcijańskiego i tradycji narodów aryjskich.

Obcymi byli tej kulturze, tym tradycjom, a nie tylko obcymi, lecz wprost wrogimi.

Więc rzucili się skwapliwie w objęcia postępu pozytywistycznego, stali się wszyscy gorliwymi postępowcami.

Żydzi postępowcami! Któż nie wzruszy ramionami? Najkonserwatywniejszy, najwsteczniejszy naród na świecie, zastygły, stężały w swoim „wybraństwie” – postępowcem! Jego rzekomy postęp jest wszędzie tylko vendettą i geszeftem. Vendettą, bo usiłuje zburzyć „domy gojów” – geszeftem, bo gdzie się coś wali, rozpada, można dobrze zarobić. Im więcej wiórów „głupi goje” rozrzucą dookoła siebie, tym więcej ich przebiegły Żyd nazbiera łapczywie, czy to będzie gotówka albo jakieś przywileje.

Skrzętnie pomagali Żydzi oświeceni naszemu pozytywizmowi. Czego Polak, mimo swoją postępowość, znieważyć nie chciał, katolicyzmu i patriotyzmu, to oświecony Żyd swoim dwuznacznym uśmiechem, swoim cynicznym dowcipem wydrwiwał, odzierał z błękitnego płaszcza urok, jako „przesąd”, „zabobon”, stęchliznę wsteczną”. Żydowski dziennikarz, piszący po polsku, opluwał katolickiego księdza, polskiego szlachcica, mieszczanina i chłopa, szydził z „zabobonów” chrześcijańskich, ale niech tylko jakiś „goj” ośmielił dotknąć piórem mozaizmu i Talmudu, a choćby tylko rabinatu, zmarszczył natychmiast brwi, nastroszył się, żachnął się on, niby to oświecony, bezprzesądny, postępowy, tolerancyjny i stawał się pospolitym Żydem, krzycząc: nie tykaj mojej świętości, goju! Mnie wszystko wolno, a tobie nic; stul gębę.

Sposobności do obniżania i poniżania naszych „przesądów” było dużo w ostatnim okresie naszego rozwoju w XIX wieku. Pod płaszczykiem „niezawisłej” wiedzy atakowali pozytywiści nasamprzód religię, rozumie się chrześcijańską. Polscy publicyści robili to oględnie, zadowalając się biernym indyferentyzmem religijnym, gazeciarze zaś żydowscy bez ceremonii.

Skutkiem tej roboty był frazes: przyznawanie się do uczuć religijnych jest u człowieka oświeconego świadectwem słabości, ciasnoty jego umysłu. Zdawkowy ten frazes onieśmielił przeciętnego inteligenta, chcącego uchodzić za niezawisłego myśliciela, nauczył go albo ukrywać wstydliwie swoją „słabość”, albo „ciasnotę”, albo przyznawać się jawnie do bezwyznaniowości.

Solą, pieprzem w oku był dla „niezawisłych myślicieli” pochodzenia żydowskiego kler katolicki, bo kler ociera się ciągle, bezpośrednio, najbliżej, o szerokie masy ludu i może „postępowi” dużo zaszkodzić. Kłuł ich także w oczy obywatel ziemski, bo dwór wiejski jest najstarszą, najtrwalszą skarbnicą tradycji historycznych, czyli w pojęciach „postępowców” mchem porosłym mamutem, urodzonym zacofańcem itp.

Przeto trzeba księdza i obywatela ziemskiego zepchnąć z ich stanowiska, odsunąć ich od rządów moralnych społeczeństwa.

Pierwszy lepszy gazeciarz żydowski, mający o wsi i jej warunkach takie wyobrażenie, jakie ma analfabeta o filozofii, uczył księdza i ziemianina gospodarstwa i postępowania z ludem.«

Jeske-Choiński urodził się w 1854 roku w Pleszewie w Wielkopolsce, a więc w momencie wybuchu powstania styczniowego miał 9 lat. I dlatego nie mógł znać kulis wybuchu tego powstania. Przez dwa lata (1880-82) zamieszczał artykuły w „Przeglądzie Tygodniowym”. Później już w innych gazetach. W 1889 roku wyjechał do Paryża, skąd pisał artykuły do warszawskiego pisma „Wędrowiec”. W 1910 roku powrócił do Lwowa. Znał więc osobiście realia okresu lat 80-tych XIX wieku i rozwoju doktryny pozytywizmu.

Niemniej jednak ani on, ani chyba nikt inny nie zadał sobie pytania: kto zaszczepił ten pozytywizm polskiej młodzieży i nie tylko młodzieży? Bo, że po polskiej stronie było wielu entuzjastów tego prądu, to nie ulega wątpliwości i nie ulega też wątpliwości, że w jakiś sposób zostali zbałamuceni przez Żydów. Przecież idea pracy organicznej, „pracy u podstaw” nie była nowa. Nawet Wikipedia pisze, że „już po upadku powstania listopadowego zaczęto głosić, zwłaszcza w Wielkopolsce, potrzebę legalnej dobrze zorganizowanej pracy nad zabezpieczeniem polskiego stanu posiadania oraz rozwoju rodzimej gospodarki, nauki i kultury. Podobne inicjatywy pojawiały się także w Galicji, a w Królestwie Polskim po 1864 dążenia te stały się programem młodego pokolenia”.

Wszystko to prawda poza tym, że w Królestwie tego typu inicjatywy pojawiły się też po powstaniu listopadowym. Taką była przecież inicjatywa Andrzeja Zamoyskiego, jego „Towarzystwa Rolniczego” i ludzi skupionych wokół niego. Jednak Kronenberg zniszczył Zamoyskiego i jego środowisko. Dlaczego więc przed powstaniem styczniowym idea pracy organicznej nie była mile widziana w Królestwie, a po nim już – tak. Jedyne sensowne wytłumaczenie jest takie, że jeśli z inicjatywą wychodzą Polacy i ma to im przynieść korzyść, to wtedy należy to zniszczyć. Gdy natomiast z pomysłem wychodzą Żydzi i to ma im przynieść korzyści, to należy to popierać i rozwijać, wciągając w to niczego nieświadomych Polaków, by im całe to przedsięwzięcie uwiarygodnili.

Cała ta żydowska hucpa zwana pozytywizmem warszawskim trwała około 25 lat, a więc jedno pokolenie. Tyle trzeba było, by po wyjściu z getta stać się nie tylko polską inteligencją, ale też mieszczaństwem i burżuazją. Na początku lat 90-tych XIX wieku hucpa wygasa, bo trzeba było zrobić miejsce kolejnej, zwanej tym razem hucpą narodową. W 1887 roku powstaje w Szwajcarii Liga Polska, która w 1893 zostaje przekształcona w Ligę Narodową, a w 1897 roku działacze Ligi Narodowej utworzyli Stronnictwo Narodow-Demokratyczne. Czołowym ideologiem ruchu narodowego był Zygmunt Balicki, początkowo socjalista. A co! Jak trzeba, to będę narodowcem! Drugim był Jan Ludwik Popławski. Obaj Żydzi. Na dokładkę wzięli Dmowskiego.

Ale wróćmy, jak to mówią Francuzi, do naszych baranów, czyli do głównego wątku. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN pisze:

Skupili się oni wokół „Przeglądu Tygodniowego” (zał. 1866 przez A. Wiślickiego), który stał się organem teoretycznym p.p., reprezentującym jego najbardziej postępowe i radykalne tendencje światopoglądowe i społeczne.

Kim był Adam Wiślicki, to trudno ustalić. Nazwisko mogło być frankistowskie, bo pochodzi od miasta Wiślica. Ważniejszy jest tu jednak ten „Przegląd Tygodniowy”, taki postępowy i radykalny, czyli, mówiąc wprost – żydowski. Ci, którzy żyli w tamtych czasach nie mogli tego zrozumieć, tak jak my nie rozumiemy tego, co obecnie knują Żydzi. Tamci ludzie nie mogli dożyć do momentu, do którego ja dożyłem. W 1982 roku, a więc krótko po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, pojawił się tygodnik… „Przegląd Tygodniowy”. Czytałem go i pamiętam, że skojarzyłem go z tym z okresu pozytywizmu. To wiedziałem ze szkoły. Wtedy myślałem, że to nawiązanie do polskiej tradycji. Jakże się myliłem! Owszem, to było nawiązanie do tradycji, ale… żydowskiej. Dziś wiem, że pojawienie się tego tygodnika bezpośrednio po wprowadzeniu stanu wojennego, to sygnał do wybranych i wtajemniczonych: koniec z powstaniami (Solidarnością). Zaczyna się „praca u podstaw”, czyli kolejne przejęcie polskiego majątku, należącego już tym razem nie do szlachty, ale do całego narodu. Wtedy pozytywizm umożliwił im przejęcie kontroli nad całym życiem gospodarczym i kulturalnym kraju, a stan wojenny pozwolił im zlikwidować własność państwową i również całkowicie podporządkować sobie państwo i społeczeństwo.

Przewrót popowstaniowy

W poprzednim blogu napisałem, że powstanie styczniowe było najważniejszym wydarzeniem w dziejach narodu polskiego, bo po nim Żydzi stali się polską inteligencją i zdominowali wszystkie podstawowe dziedziny życia społecznego i gospodarczego. To, co się wtedy stało Dmowski określił mianem przewrotu popowstaniowego. Niejednokrotnie pisałem, że według mnie był on masonem. Że tak było, nie trzeba jakiegoś wymyślnego uzasadnienia. Był przywódcą i głównym ideologiem ruchu nacjonalistycznego, zwanym u nas narodowym. Wszędzie na świecie nacjonalizm był ich dziełem, a najjaskrawszym tego przykładem była Ameryka Południowa. Trudno, by w naszym przypadku było inaczej. To oczywiście nie jest zarzut, to tylko stwierdzenie faktu, a dla mnie wytłumaczenie, dlaczego ta ideologia, jego autorstwa, wydaje mi się sztuczna.

W przypadku Polski pojawił się problem, bo wcześniej narodem była szlachta, tzn. ona uważała się za naród, a chłopi, według niej, narodem nie byli. W związku z tym, gdy doszło do przemian i szlachtę wyrzucono na śmietnik historii, to trzeba było stworzyć naród z chłopów i jeszcze dorobić do tego nową ideologię. Jedynym spoiwem chłopskiej społeczności była wiara. Stąd nie dziwi tytuł jednej z ważniejszych publikacji Dmowskiego – Kościół, naród i państwo z 1927 roku i kolejność: kościół mamy na pierwszym miejscu, Kościół katolicki ma się rozumieć.

Ja, w odróżnieniu od większości endeków i „patriotów”, którzy – jak podejrzewam – nie czytali Dmowskiego, przeczytałem jego Myśli nowoczesnego Polaka, Kościół, naród i państwo oraz Dziedzictwo – powieść napisaną przez Dmowskiego pod pseudonimem Kazimierz Wybranowski. Jednak odniosłem wrażenie, że te publikacje i ta powieść są jakieś sztuczne, że pisał to ktoś, kto dostał zlecenie na stworzenie pewnej ideologii, że brak tam było osobistego zaangażowania, wszystko jakby z musu. No cóż, Dmowski był intelektualistą, nie było więc dla niego problemem pisanie na zlecenie. Ponadto był deistą, co w przypadku masona jest naturalne. Nawrócił się dopiero krótko przed śmiercią. Trudno więc było wymagać od niego, by pisał o wierze z sercem i pasją.

Jakiś czas temu trafiłem na jego publikację, która była zgoła odmienna w stylu od tego, co wcześniej czytałem. Dmowski pisał w niej tak od siebie, jakby go już nic nie krępowało. Może już nie był wtedy masonem? Ta publikacja to Przewrót popowstaniowy.

Myśli nowoczesnego Polaka to seria artykułów Dmowskiego ukazująca się w 1902 roku na łamach „Przeglądu Wszechpolskiego”. Pierwsze wydanie książkowe ukazało się w 1903 roku. Drugie wydanie ukazało się we Lwowie w 1904 roku. Trzecie – w 1907 roku też we Lwowie. Wydanie czwarte ukazało się w Warszawie w 1933 roku. W nim znalazły się dodatkowe publikacje: Podstawy polityki polskiej oraz Przewroty.

Przewroty, to trzyczęściowa rozprawa, na którą składają się: Przewrót popowstaniowy, Odbudowa państwa i Kryzys cywilizacji europejskiej. Pomiędzy trzecim wydaniem lwowskim a czwartym warszawskim minęło 26 lat. Dmowski zmarł w 1939 roku, a więc Przewrót popowstaniowy pisał na 6 lat przed śmiercią. To już był czas, że chyba nie miał złudzeń, co do tego, kto w Polsce rządził i ku czemu to zmierzało.

Całość znajduje się na stronie Cyfrowej Biblioteki Myśli Narodowej. https://cbmn.pl/uploads/ebooks/Roman%20Dmowski%20-%20My%C5%9Bli%20nowoczesnego%20Polaka.pdf. Poniżej tekst Przewrotu popowstaniowego:

„Powstanie 1863/64 roku było pogrzebem kwestii polskiej: od chwili jego upadku wykreślono ją spośród spraw międzynarodowych. Nastąpił czterdziestoletni okres utrwalania się układu Europy, w którym miejsca na Polskę nie było. W tym czasie nic się w polityce międzynarodowej nie działo, co by mogło wskazywać, że to jest tylko okres przejściowy; przeciwnie, powszechnie się zdawało, że kwestia ta raz na zawsze złożona została do archiwów, że Polska to już tylko przeszłość. Politycy europejscy nie tylko przestali się nią interesować, ale zatracili o niej najelementarniejszą wiedzę.

Ten wszakże okres martwoty na zewnątrz, był w wewnętrznych dziejach Polski jednym z najważniejszych. Nie było w całej naszej przeszłości kilku dziesięcioleci, w ciągu których tak głębokie, tak rewolucyjne zmiany zaszłyby w samej budowie społeczeństwa i w jego psychice.

Zaszły one prawie jednocześnie we wszystkich trzech zaborach, w każdym odpowiednio do miejscowych warunków politycznych, społecznych i gospodarczych, nad całością ich wszakże panuje swą potęgą i szybkością przewrót, który się odbył w zaborze rosyjskim, ściślej mówiąc, w Królestwie Kongresowym.

Zabory pruski i austriacki były tylko skrawkami Polski, wprawdzie dużymi, ale nie stanowiącymi geograficznej całości, nie mogącymi nawet wytworzyć jednego ośrodka ku któremu ciążyłaby cała dzielnica. Natomiast Królestwo Kongresowe, główna część Polski, licząca przeszło dwa razy tyle Polaków, co każda z trzech pozostałych dzielnic (zabór pruski, Galicja i Kraj Zabrany), stanowiło geograficzną całość, z jednym wielkim ośrodkiem, Warszawą. Miało ono po rozbiorach bogatsze od innych dzielnic, pełniejsze życie, było po Kongresie Wiedeńskim odrębnym, w pewnej mierze nowoczesnym państwem, żyło na wyższej stopie umysłowej i utrzymywało bliższe stosunki z życiem Zachodu.

W drugiej połowie stulecia dzielnica środkowa, skutkiem należenia do Rosji, w swych instytucjach politycznych o wiele więcej pozostawała w tyle za Europą niż zabory pruski i austriacki. Najważniejsza rzecz – ustrój pańszczyźniany przetrwał w niej aż do upadku ostatniego powstania.

Po uwłaszczeniu włościan, poprzedzonym przez zniesienie granicy celnej między Królestwem a Rosją, następuje w tym kraju gwałtowny przewrót gospodarczy.

Powstaje i rośnie szybko wielki przemysł fabryczny, oparty na węglu Zagłębia Dąbrowskiego i na rynkach z początku rosyjskich, a w dalszym ciągu i azjatyckich, do których wpływy rosyjskie sięgały. Wraz z nim rozwija się handel wschodni. Otwarło się dla kraju nowe, potężne źródło dochodów, wzrasta jego zamożność, a z nią pojemność jego rynku wewnętrznego. Kwitną rzemiosła, handel miejscowy, wreszcie wolne zawody. Rolnictwo, po krótkim, ciężkim okresie przystosowania się do nowoczesnych warunków produkcji, wchodzi na drogę szybkiego postępu i nowej pomyślności, którą zawdzięcza rozszerzającemu się rynkowi krajowemu.

Tym wielkim przemianom gospodarczym towarzyszy rewolucyjna w swej szybkości przebudowa społeczeństwa.

Szybko rośnie w liczbę mieszczaństwo przemysłowe, rzemieślnicze, handlowe, wreszcie pracująca w wolnych zawodach inteligencja. Powstaje liczna warstwa robotników przemysłowych. Jednocześnie zmiana warunków rolnictwa wyrzuca z ziemi znaczną część szlachty, nie mogącą się do tych warunków przystosować, zmienia się w niemałej mierze skład osobowy warstwy większych posiadaczy ziemskich, wreszcie ta większa własność, dominująca do ostatniego powstania w tym kraju, zmniejszona bardzo przez uwłaszczenie, zaczyna w ogromnej części topnieć przez parcelację. Nowy w swym charakterze żywioł, chłop-posiadacz, rośnie zarówno w liczbę, jako w siłę materialną, i, do niedawna ignorowany, zajmuje coraz wydatniejszą pozycję w życiu gospodarczym i społecznym, w końcu zaś skupia na sobie uwagę, jako wielka siła, podstawa narodowego bytu.

W parze z tymi dwoma przewrotami: gospodarczym i społecznym, idzie trzeci, bodaj najgwałtowniejszy -rewolucja myśli polskiej. Była ona nieuniknionym ich skutkiem.

Szybkość, z jaką się odbywał ten przewrót w życiu kraju, ta przebudowa społeczeństwa i jego myśli, miała liczne strony słabe i pociągała za sobą różne niebezpieczeństwa. Fatalną wprost okolicznością było to, że ten przewrót rozpoczął się w chwili bankructwa politycznego sprawy polskiej. Wreszcie, ten postęp gospodarczy i społeczny odbywał się przy braku instytucji publicznych, przy ujęciu całkowitej kontroli życia w ręce rządu, bardzo pierwotnie pojmującego potrzeby tego życia, co musiało stać się źródłem licznych zboczeń.

Kraj nie był przygotowany do tych nagłych przemian, nie posiadał nawet odpowiedniego materiału ludzkiego do tworzenia nowego życia. Jego wielki przemysł i handel tworzyli Niemcy i Żydzi. Polacy musieli się dużo nauczyć, zanim zaczęli z tamtymi współzawodniczyć, a ucząc się od Niemców i Żydów, nie nauczyli się wszystkiego, czego potrzeba przemysłowcowi i kupcowi polskiemu. Po dziś dzień sfera wielkiego przemysłu i handlu, która zresztą nigdzie nie odznacza się cnotami obywatelskimi, w Polsce jest wyjątkowo nieobywatelską. Wzrost jej wpływu, kosztem dawnego wpływu szlachty, nie podnosił wartości społeczeństwa. Tamta miała – przy licznych swoich brakach – tradycje obowiązku obywatelskiego: wyraziły się one i w okresie popowstaniowym w licznym odłamie ziemiaństwa, który z dużym poświęceniem pracował dla przyszłości Polski, i w inteligencji miejskiej pochodzenia szlacheckiego, której dziełem właściwie było odrodzenie aspiracji polskich i polskiej myśli politycznej.

Rosnąca szybko warstwa oświecona, tzw. inteligencja, kształtowała się bardzo niejednolicie. Powstanie potężnie podcięło siłę cywilizacji polskiej na Litwie i Rusi. Skutkiem tego, w tych głównie stronach, zaczęła się zjawiać młodzież polska, zrywająca z tradycją do tego stopnia, że aż głosząca pogardę dla wszystkiego, co polskie. Żyła ona pod urokiem rewolucyjnej umysłowości rosyjskiej. Różnice cywilizacyjne i moralne między Polską zachodnią a wschodnią pogłębiły się, później zaczęły się one znów zacierać, ale nierychło jeszcze czas naprawi to, co te lata popowstaniowe zrobiły.

Znacznie głębsze rozbicie inteligencji polskiej wynikło z tłumnego wtargnięcia w jej szeregi Żydów. Przeprowadzona w przeddzień powstania reforma Wielopolskiego zniosła prawne przegrody między nimi a społeczeństwem polskim. Rzucili się wtedy do szkół średnich i uniwersytetów. Wytworzyli liczną inteligencję, biorącą udział w życiu polskim, wnoszącą w nie swoje tendencje, narzucającą mu swe upodobania i swe nienawiści, a w wypadkach nawet, w których usiłowali być jak najwięcej Polakami, nie mogącą się pozbyć swej odrębnej psychiki, swych instynktów. Ta inteligencja, w miarę, jak liczba jej rosła, stawała się coraz słabiej polska, a coraz mocniej żydowską. Wiele idei i wiele dążeń w tym kraju miałoby inne losy, gdyby nie rola Żydów i ich wpływ na umysłowość polską.

Przed powstaniem psychika polska była starą psychiką społeczeństwa rolniczego. Inteligencja polska wisiała właściwie przy szlachcie. W okresie popowstaniowym wytwarza się z ogromną szybkością nowoczesna psychika komercyjna. Jest to zbyt wielki przewrót duchowy, ażeby w tak krótkim czasie mógł się odbyć gruntownie. Następuje więc przeróbka powierzchowna, tandetna, polegająca w ogromnej mierze na tym, że ludzie pozbywają się dawnych cnót, a nie zdobywają nowych. Z gorliwością prozelitów wyrzekają się oni wierzeń, pojęć, sposobów postępowania, którymi dotychczas żyli, ale czasu nie mają na to, żeby się dobrze wychować w nowych pojęciach, tym bardziej zaś w nowych, pożytecznych nałogach.

Jeszcze przed ostatnim powstaniem psychika inteligencji polskiej była wcale jednolita; w okresie popowstaniowym uległa ona głębokiemu rozbiciu. Wytworzyły się odłamy inteligencji tak mało wspólnego mające między sobą, jakby należały do różnych narodów. Ścierały się między sobą trzy jej typy: zachodni, wyrosły na tradycjach polskich i wpływach europejskich; wschodni, wychowany przez rewolucję rosyjską i jej literaturę; wreszcie żydowsko-polski, reprezentowany przez spolszczonych Żydów i zżydzonych Polaków. Ostatnie dwa w postępowaniu i nawet w ideach często zbliżały się do siebie, ile że w rewolucji rosyjskiej pierwiastek żydowski coraz silniejszą odgrywał rolę. Różnice między tymi trzema typami były o wiele głębsze, niż te, które wytworzył podział narodu pomiędzy trzy państwa. Stwierdzaliśmy to w naszych latach uniwersyteckich, kiedy porozumienie się z młodzieżą Galicji i Poznańskiego przychodziło nam o wiele łatwiej, aniżeli w naszej dzielnicy z młodzieżą typu wschodniego lub żydowsko-polskiego.

Fakt, że ten wielki przewrót w gospodarstwie, w budowie społecznej, wreszcie w myśli polskiej nastąpił w okresie bankructwa kwestii polskiej, jej pogrzebania w Europie i jej zduszenia w kraju, sprawił, że ta nowa myśl organizowała się bez udziału szerszych aspiracji polskich, a w znacznej mierze w duchu wrogim nie tylko tym aspiracjom, ale samej Polsce. Gdy te aspiracje na kilkanaście lat przed końcem stulecia zaczęły się odradzać w młodym pokoleniu, tylko mała część starszego była zdolna je zrozumieć. Co gorsza, podział duchowy na trzy typy sprawił, że znaczna część młodego pokolenia zajęła względem nich stanowisko skrajnie wrogie.

Tworzący się obóz narodowy rósł, organizował swą myśl i swe działanie w zaciętej walce wewnątrz społeczeństwa. Zwalczano go z najróżnorodniejszych stanowisk – w młodym pokoleniu głównie z socjalistycznego. Wprawdzie i wśród socjalistów wytworzył się odłam rzucający hasło niepodległej Polski, program wszakże, który to hasło głosił, tak mało miał wspólnego ze współczesnym położeniem międzynarodowym i z wewnętrznym położeniem Polski, że nie przedstawiał punktów stycznych z ruchem narodowym, ale był mu raczej biegunowo przeciwny.

Wewnętrzny tedy przewrót popowstaniowy na skutek warunków, w których się odbywał, dał w wyniku takie rozbicie polityczne, jakiego nie przedstawiał żaden naród w Europie. Była wprawdzie chwila, kiedy Królestwo Kongresowe sprawiało wrażenie wielkiej politycznej jednolitości, mianowicie w czasie wyborów do świeżo ustanowionej Dumy rosyjskiej, kiedy wszystkie właściwie okręgi znalazły się w rękach jednego stronnictwa -narodowego. Była to wszakże jednolitość w znacznej mierze pozorna, wywołana zachowaniem się obozu narodowego wobec ruchu rewolucyjnego, który się silnie skompromitował; umiejętną organizacją stronnictwa, która skupiła w jego szeregach liczne żywioły, zresztą bardzo różnorodne i mało rozumiejące właściwe dążenia jej kierowników; wreszcie szeroką pracą obozu narodowego wśród ludu, która mu pozwoliła pociągnąć za sobą masy. Rozbicie duchowe i polityczne inteligencji i w owej chwili się nie zmniejszyło.

Tym sposobem kraj był jak najgorzej przygotowany do zbliżającej się chwili dziejowej, w której kwestia polska ponownie wystąpiła na arenie międzynarodowej i zjawiły się warunki odbudowania państwa.”

Pisze więc Dmowski, że wewnętrzny przewrót popowstaniowy na skutek warunków, w których się odbywał, dał w wyniku takie rozbicie polityczne, jakiego nie przedstawiał żaden naród w Europie. I przetrwało ono do dziś. Przemiany społeczne po II wojnie światowej nie tylko utrwaliły to rozbicie, ale je spotęgowały. Tak więc i obecne społeczeństwo dzieli się na te same trzy typy:

  • zachodni
  • wschodni
  • żydowsko-polski

Typ wschodni, to typ, który jest obecny w południowej części województwa podlaskiego, w której mieszkam, to tzw. mniejszość białoruska i ukraińska. Tego typu ludzie mają oczy, serca i dusze zwrócone na wschód. Nad Narwią przy drodze Białystok-Lublin znajduje się zajazd, zbudowany chyba za Gierka. Nazywał się „Zagłoba”. Parę lat temu właściciel sprzedał go, a nowy zmienił nazwę i teraz to jest „Chutor nad Narwią”. Ciągnie wilka do lasu. Widać uznał, że taka nazwa przyciągnie klientów, a to by znaczyło, że takich ludzi, którym taka nazwa się spodoba, jest dużo.

Po wojnie na tzw. Ziemie Odzyskane przesiedlono ludzi z Kresów, na których większość z nich, to tzw. mniejszości narodowe. Z tego właśnie względu prawdopodobnie większość ludzi tam mieszkających to typ wschodni. Nie trzeba daleko szukać. Prezydent Gdańska, niejaka Dulkiewicz, mówi z wyraźnym akcentem ukraińskim, a ona od urodzenia mieszka w Polsce. Jeśli jeszcze dodamy do tego fakt, że mamy obecnie do czynienia ze zmasowaną imigracją Ukraińców i ukraińskich Żydów, a także Białorusinów, o czym się nie mówi, to prawdopodobnie typ wschodni jest obecnie najliczniejszym typem w Polsce.

Mamy też mniejszość żydowską, która może liczyć około 3-4 milionów. Skoro było ich tyle przed wojną, to nie ma podstaw, by sądzić, że obecnie jest ich mniej. Tylko niewielka część z nich zginęła w Oświęcimiu, choćby dlatego, że zwożono tam Żydów z całej Europy. Więc większość z nich to nie byli Żydzi polscy. Na Kresach ich nie brakowało i trafili na te tzw. Ziemie Odzyskane. Bezpośrednio po wojnie Wałbrzych był ich największym skupiskiem. A ilu przywiozła Armia Czerwona? A ilu mamy zżydzonych Polaków, czyli tzw. szabesgojów?

Jest więc obecna Polska podzielona na trzy grupy, czy typy, jak chciał Dmowski. Trzy obce sobie typy, często nawet wrogo do siebie nastawione. Propaganda komunistyczna wmówiła ludziom, że po wojnie Polska stała się krajem jednolitym etnicznie i wyznaniowo, co nie jest i nigdy nie było prawdą. Ale to wygodny argument, bo wtedy można wmawiać, że ten kraj jest taki, bo to Polacy tacy wredni, zawistni, leniwi, prymitywni, dresiarze i co tam jeszcze komu przyjdzie do głowy, słowem – Polactwo.

To rozbicie społeczeństwa polskiego na trzy grupy, to idealne rozwiązanie dla demokracji i polityków, którzy to wykorzystują, by antagonizować i tak już skłóconych. Klasycznym tego przykładem jest organizowanie Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce, w której 80% ludności to ludność prawosławna, która, mówiąc bardzo delikatnie, jest uczulona na tego typu obchody.

Konsekwencje powstania styczniowego odczuwamy do dziś, a przejawiają się one tym, że typ zachodni jest marginalizowany, a dwa pozostałe zwiększają swoją liczebność i znaczenie, ale o tym „nie trzeba głośno mówić”.