Nihilizm

To, z czym mamy od ponad roku do czynienia, to niszczenie, destrukcja. Rządy większości krajów na świecie niszczą swoje gospodarki, niszczą ludziom zdrowie, ich źródła utrzymania, ich systemy wartości, tradycje, przyzwyczajenia i nawyki. A wszystko to oczywiście dla naszego bezpieczeństwa i w trosce o nasze zdrowie. A tak naprawdę chodzi o zniszczenie starego porządku, by wprowadzić nowy, zapewne nowy ład. Któryż to już raz? Nie jest ważne który raz. Ważne jest inne pytanie: po co? Po co była rewolucja francuska? Miało być po niej już tak dobrze, a nie było. Była następna – październikowa. Po niej wojny. Później upadek Związku Radzieckiego. I dalej źle. Teraz niby chcą wszystko zniszczyć. I jak zniszczą, to co? To ci, którzy zniszczą, będą panami a reszta będzie ich niewolnikami? I tak do końca świata? Nudy, nudy, jak na polskim filmie, by zacytować nieśmiertelną frazę z filmu „Rejs”. A gdzie konflikt? Gdzie Hegel i jego teza, antyteza i synteza. Był taki, który ogłosił koniec historii – Fukuyama. A jednak Hegel! Nie ma końca historii. Konflikt musi trwać – the show must go on. Tylko po co?

Już w latach 60-tych ci, którzy zarządzają tym bajzlem, zorientowali się, że systemu zaaplikowanego Związkowi Radzieckiemu i jego satelitom nie da się utrzymać, więc wymyślono sposób na jego obalenie. Niemały udział w tym „obalaniu” miała Solidarność, którą w tym celu stworzono. Obecnie mamy powtórkę z rozrywki, tyle że nie w skali lokalnej, tylko – globalnej. Tego już nie da się utrzymać. Tym razem nie skorzystano z usług proletariatu, tylko posłużono się wrogiem niewidzialnym – wirusem. Ludzie boją się rzeczy niewidzialnych, takich jak choćby duchy. Dlaczego więc nie wykorzystać tego dla swoich celów?

Samo niszczenie, o którym wspomniałem na wstępie, nie jest niczym nowym. Tego typu pomysły pojawiły się w XIX wieku. Skrajną odmianą tego szaleństwa był nihilizm, wychodzący z założenia, że jeśli chce się zbudować coś nowego, to trzeba doszczętnie zniszczyć stary porządek.

W tym blogu będę posługiwał się cytatami z książki Feliksy Eger Historia towarzystw tajnych. Książka ta ukazała się po raz pierwszy w Krakowie w 1894 roku. W Warszawie – w 1904 roku. Autorka przybliża w niej m.in. anarchizm i nihilizm oraz panslawizm.

Na początek wypada chyba sprecyzować terminy, które są wszystkim znane, ale ich definicje raczej nie. Feliksa Eger tak to opisuje:

»Nazwa socjalizmu nadana została wszelkim systemom dążącym do przetworzenia społeczeństwa. Co do sposobu wykonania systemy te dzielą się na dwa rodzaje: jeden z nich dąży do przeobrażenia rodziny i własności przy pomocy stowarzyszeń, którymi by państwo kierowało, co jest właściwym socjalizmem; drugi pragnie znieść wszelką własność osobistą, ustanowić wspólność dóbr, usunąwszy wszelką interwencję rządu; to się nazywa komunizm. Idee socjalistyczne i komunistyczne są koniecznym wynikiem dogmatu i moralności masońskiej, a tło ich stanowi materializm i naturalizm. Już w XVIII w. wolnomularze francuscy objawili zasady socjalistyczne i starali się zaprowadzić komunizm.«

Można więc na podstawie takich definicji wnioskować, że socjalizm toleruje państwo, a komunizm – nie. W komunizmie są już tylko gminy czy komuny, nad którymi stoi… no właśnie kto? Tego nikt nie precyzuje, ale chyba rząd światowy, no bo skoro komunizm usuwa wszelką interwencję rządu, to znaczy, że jest on zbyteczny. To się właśnie dzieje na naszych oczach. Rządy nie mają już nic do powiedzenia. Wypada jeszcze odnieść się do tego materializmu i naturalizmu.

»Wiemy, że jednym z najwybitniejszych dążeń masonerii jest utworzenie rzeczypospolitej. Wychodząc z zasady, że człowiek każdy biorący początek w materii jedynej, pierwotnej, jest istotą niezależną, królem i bogiem zarazem, uznaje masoneria, że nie ma praw nad prawa ludu, który znów, jak mówi Jefferson, „ma prawo zmieniania formy rządu co lat 18, to jest przy każdej zmianie generacji”. Monarchia konstytucyjna jest tylko przystankiem prowadzącym do republiki. Ojczyzna, narodowość nie mają żadnego prawa powstrzymywania jednostek. Tak jak w kraju pojedynczym lud może wcielać w siebie prowincje, znosić stowarzyszenia, wolności miejscowe, tak ludzkość znosić może pojedyncze narody.«

Tak więc według masonerii te pierwotne, naturalne instynkty są ważniejsze niż cały późniejszy rozwój człowieka, jego przynależność do pewnych społeczności, narodów, jego kultura, wiara, system wartości. Tylko dlaczego? Tego nikt nie wyjaśnia. Temu rozbiciu na jednostki, „wolne elektrony”, ma służyć obecnie dystans społeczny, zamykanie wszystkich miejsc, w których ludzie mogą się spotykać, rozmawiać ze sobą. Żeby cokolwiek zmienić, trzeba wszystko zburzyć.

W 1848 roku Marks założył stowarzyszenie internacjonalne, czyli międzynarodówkę. Wskutek upadku komuny paryskiej jego wpływy osłabły. Na kongresie w Hadze w 1872 roku wniósł on projekt przeniesienia Rady do Nowego Jorku. Wkrótce po tym kongresie przeniesiono Komitet Centralny do Ameryki. Jakkolwiek w założeniach programowych międzynarodówki nie leżała anarchia, to jednak stała się ona jej kolebką, przygotowała odpowiednie siły, pojawili się tacy ludzie jak Bakunin, Kropotkin i inni. Zarysowuje się też podział na tle sposobu dochodzenia do celu.

»Międzynarodowcy wszelkich partii dążą zgodnie do osiągnięcia ideału socjalnego wszelkimi drogami, jakie im okoliczności wskażą, wszelkimi siłami, jakimi tylko rozporządzać mogą. Nie mogą się jednak zgodzić co do sposobu, w jaki rządzić będą i kierować machiną towarzyską zbudowaną przez nich po zburzeniu obecnego porządku. Jedni, zachowując z całą ścisłością podstawy właściwego socjalizmu, przyjmują teorię rządu i chcą zorganizować komunizm za jego pomocą i pod jego władzą. Nowe to społeczeństwo byłoby rządzone i kierowane jak obecne przez rząd centralistyczny, który by miał w swych rękach wszelkie środki działania. Zarządzający państwem, mianowani przez głosowanie powszechne, byliby tylko delegowanymi od władzy zbiorowej, to jest ludu. Rządy miałyby wszędzie formę republikańską, byłyby sfederowane, podtrzymywałyby się wzajemnie w celu utrzymania w świecie nowego socjalnego porządku. Międzynarodowcy, stronnicy tej formy rządu zwani są federalistami, centralistami lub po prostu socjalistami. W pierwszych latach międzynarodówka rządziła się tymi zasadami i nie miała innych celów. Żyd Karol Marks stronnik jawny tego systemu, mianowany od początku członkiem Rady Ogólnej Londynu, utrzymywał ją na tej drodze swymi wpływami.

Druga partia międzynarodowców jest jawną nieprzyjaciółką państwa i wszelkiej konstytucji polityczno-mieszczańskiej. Nie chcą oni bynajmniej władzy centralistycznej, ale chcą zorganizować towarzystwo przez lud, podstawą rządu ma być gmina, czyli kółka robotników tworzących stowarzyszenia rolnicze lub przemysłowe. Każda gmina, czyli każde stowarzyszenie robotników rządziłoby się swoimi prawami, miałoby prawo własności gruntu, wszelkich narzędzi pracy i całego bogactwa miejscowego, czy to w naturze, czy w kapitale; własność ta mogłaby być użyta dla tej gminy jedynie i przez nią tylko. Delegowani wybrani przez głosowanie powszechne zarządzaliby tym. Wszystkie gminy sfederowane tworzyłyby niezmierne państwo międzynarodowe robotników. Ci międzynarodowcy noszą nazwę anarchistów. Pojęcia te wprowadził do międzynarodówki Rosjanin Bakunin. Sławny ten rewolucjonista był członkiem Ligi Pokoju i Wolności założonej przez wolnomularstwo w r. 1866, usunął się z niej w r. 1868 na kongresie tej Ligi w Bernie, z powodu, że nie zdołał zmusić wolnomularzy-mieszczan we Francji, w Niemczech i Szwajcarii do przyjęcia swego systemu. Wtedy to z kilku Francuzami i wszystkimi Rosjanami Ligi, utworzył pod nazwą Związku Demokracji Socjalnej, inne stowarzyszenie, którego centrum było w Genewie i które przyjęło program Bakunina, przywódcy związku.

Związek Demokracji Socjalnej połączył się z międzynarodówką r. 1868. Na kongresie rocznym, odbytym w r. 1869 w Bazylei, Bakunin wyłożył dokładnie swoje teorie. Żądał zniesienia wszelkiej władzy centralnej, gminę wskazał jako oś rządu rewolucyjnego i proponował zarządzenie zlikwidowania obrachowania ogólnego. Głosuję, rzekł on, za wspólnością gruntu i wszelkiego bogactwa społecznego lub prywatnej własności na rzecz likwidacji socjalnej. Rozumiem przez to wydziedziczenie prawne wszystkich właścicieli obecnych, zniesienie rządu i wszelkiego prawa, jako uświęcającego i zabezpieczającego własność obecną. Wydziedziczenie to nastąpić powinno w jak najkrótszym czasie, gdyż tego okoliczności wymagają.

Związek ten był w połowie jawny jak internacjonał, w połowie tajnym jak karbonaryzm. Przywódcami ruchu byli tak zwani Bracia Międzynarodowi; ci wybierali Braci Narodowych, których wysyłali do różnych krajów dla organizowania ruchów i przygotowywania rewolucji. Prócz tych w skład związku wchodzili zwyczajni członkowie, ofiarami pieniężnymi zasilający związek i dostarczający członków do dwóch pierwszych kategorii. Celem jego była rewolucja powszechna, socjalna, polityczna, ekonomiczna, a nawet filozoficzna. Kamień na kamieniu nie powinien pozostać w całej Europie, a następnie w całym świecie. Chcemy zburzyć, wołają Bracia Międzynarodowi, wszystkie państwa i Kościoły, wszystkie instytucje i ich prawa, zarówno religijne, jak polityczne, ekonomiczne i towarzyskie. Niepodobna pojąć jak program tak potworny mógł być przyjęty 53 głosami przeciwko 4. Tymi czterema byli Francuzi: Tolain, Langois, Murat i Tartaret, oni stanowili opozycję systemowi, którego pierwsze zastosowanie odbyć się miało na nieszczęśliwej ich ojczyźnie, któremu zawdzięcza Francja komunę z r. 1871.

W najbliższym związku z międzynarodowcami-anarchistami stoją nihiliści. Z liczby towarzystw tajnych nihilizm należy do najmłodszych, jest on ostatnim z kolei.

Od lat kilkudziesięciu młodzież rosyjska czerpała idee nowatorskie na uniwersytetach zagranicznych, zwłaszcza niemieckich. Początkowo nosiły one tylko cechę postępu. Iwan Turgieniew, przebywszy trzy lata w Berlinie, to jest od 1838 do 1841, na studiowaniu filozofii Hegla, przyczynił się bardzo do spopularyzowania idei przewrotu. Uniwersytet w Zurychu stał się pierwszym ogniskiem propagandy nihilistycznej.

Studenci Petersburga i Moskwy zawiązali około r. 1860 między sobą kółka naukowe i literackie, początkowo w bardzo dobrym celu. Za przykładem stolic poszły i inne miasta prowincjonalne, tak że w krótkim czasie we wszystkich miastach gubernialnych studenci potworzyli koła na wzór tamtych. Wolnomularstwo, które w takich przypadkach rade opieką swoją otaczać podobne stowarzyszenia i na swoją je korzyść obracać, potrafiło wcisnąć się do nich i w krótkim przeciągu czasu pozamieniało owe pierwotne naukowe związki na kółka mniej więcej rewolucyjne, które przyjmowały nazwy: Przyjaciół Ludu, Przyjaciół Prawdy, Dobra Ludu itp. Z czasem, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, wytworzyła się między nimi partia gorętsza, gwałtowniejsza, która zawładnęła innymi. Wtedy to dwóch ludzi weszło w ścisłe związki ze studentami rosyjskimi, Żyd Herzen i Michał Bakunin, właściwi twórcy nihilizmu w Rosji.

Wiemy już, że zasady tego ostatniego koncentrują się w słowach: Nic z tego, co istnieje obecnie w świecie cywilizowanym nie zasługuje na utrzymanie ani w Rosji, ani w świecie całym. Wszelkie religie, moralność, organizacja towarzyska, rządy, urzędy, duchowieństwo, wojsko, własność, rodzina, prawo, wychowanie, obyczaje, zwyczaje itp., jednym słowem wszystko powinno być do szczętu zburzone i zniszczone, by ślad przeszłości nie został. Nauka ta słusznie nosi nazwę nihilizmu, jest bowiem zburzeniem, zniesieniem wszystkiego, co istnieje. W istocie, co tylko najpotworniejszego mogło powstać w mózgu ludzkim, na co mogła zdobyć się piekielna żądza niszczenia zdziczałego człowieka, to wszystko stało się zadaniem nihilizmu. Środki, za pomocą których szatańską swą nienawiść i zemstę w czyn wprowadzić mieli, były 1. Terroryzm rolny, czyli podburzanie chłopów przeciwko właścicielom, namawianie ich do zabierania gruntów, lasów, niszczenia zbiorów i mordowania właścicieli ich jak to ma miejsce w Irlandii. 2. Terroryzm przemysłowy, zasadzający się na paleniu fabryk, warsztatów, zakładów przemysłowych, mordowaniu dyrektorów ich i starszych. 3. Terroryzm wojskowy, czyli podburzanie żołnierzy przeciwko oficerom, namawianie ich do mordowania zbyt surowych przewodników. 4. Terroryzm polityczny, dążący do zdyskredytowania rządu i wszystkich jego postanowień, zmniejszenia znaczenia władzy, osłabienia jej siły, do wywoływania buntów i zrodzenia nieporządków na każdym polu. Dla rozpowszechniania tych barbarzyńskich doktryn wydawał Herzen w Londynie tajemny dziennik „Dzwon”, który pomimo zakazu policji cesarskiej rozchodził się w znacznej liczbie po Rosji. Był to główny organ sekty. Bakunin ze swej strony wydawał mnóstwo mów i rozpraw wszelkiego rodzaju, a po śmierci Herzena redagował „Dzwon”. Michał Bakunin, szlachcic rosyjski i oficer artylerii, był spiskowcem i rewolucjonistą w całym znaczeniu tego wyrazu. Rzucił stan wojskowy, żeby się całą duszą poświęcić sprawie demagogii. Był on przyjacielem i uczniem wolnomularza-socjalisty Proudhona. Ogromny wzrost, niezmierna szerokość barków, czyniły z Bakunina zupełny typ Mongoła „barbarzyńcy rosyjskiego”, jak on sam zwykł był siebie nazywać.

Rozszerzenie nihilizmu w Rosji nie wystarczyło mu zupełnie. Mówiliśmy o jego wstąpieniu do międzynarodówki i pracy w jej szrankach. W r. 1861 w Londynie wszedł po raz pierwszy w stosunki z socjalistami zachodnimi. Niektórzy historycy nie mogą zrozumieć dlaczego Bakunin opierał się całe życie swoje wprowadzeniu międzynarodówki do Rosji. Wyjaśnienie tego daje nam p. Rudolf Meyer, pisarz niemiecki bardzo znany, mający przez długi czas ścisłe stosunki z Bismarckiem, znienawidzony przez niego w sposób niezwykły. Wiemy, że kwestie pangermanizmu i panslawizmu są szczeblami, po których wolnomularstwo dojść pragnie do zaprowadzenia rzeczypospolitej powszechnej. Otóż Bakunin był panslawistą zapamiętałym. Przytaczamy tu w tej materii wyciąg ze studium nad socjalizmem współczesnym p. Winterera (deputowany do parlamentu angielskiego – przyp. mój), którego sąd jest wielkiego znaczenia:

Według p. Meyera agitacja rosyjska w Szwajcarii i Anglii, prowadzona przez Bakunina i Herzena, nie była wymierzona przeciw Rosji, lecz przeciw Europie Zachodniej na korzyść Rosji. Herzen i Bakunin byli agitatorami rosyjskimi, czy to zostającymi wprost na usługach rządu, czy to na usługach partii panslawistycznej. Ich bowiem głównym celem była propaganda idei panslawistycznej, a nie socjalistycznej lub międzynarodowej. Jeżeli p. Meyer ma słuszność, to dreszcz przejmuje na myśl potwornej niemoralności polityki rosyjskiej i losu, jaki zgotowała Europie zachodniej. Trzeba wiedzieć, że nie tylko p. Meyer jest tego zdania. Karol Marks i jego adepci od dawna oskarżali Bakunina, że jest agentem rosyjskim. P. Meyer nie opiera się jedynie na oskarżeniach pewnych socjalistów, życie Bakunina, jego przedsięwzięcia, pisma, system jego, wszystko to zbadał starannie i wszystko to zdaje się potwierdzać podejrzenia ciążące na cynicznym bluźniercy kongresów szwajcarskich. Herzen był bez wątpienia także apostołem panslawizmu. Był socjalistą, bo panslawizm jest socjalistycznym. Marzeniem panslawizmu jest zapanowanie nad Europą i światem; pragnie on, zawładnąwszy szczątkami porządku socjalnego tej części świata, wśród jego ruin ustanowić panowanie socjalizmu rosyjskiego. Podstawą tej organizacji byłby komunizm gruntowy, na którym opierają się wszystkie marzenia panslawistów. Apostołowie jego mówią z pogardą o proletariacie Europy zachodniej, a z dumą o uwłaszczeniu włościan w swoich posiadłościach co wpłynęło na uwolnienie kraju od takiego proletariatu. Niestety posiada Rosja wiele innych ran społecznych równie ciężkich.

Do końca życia Bakunin był wierny swemu programowi panslawistycznemu. Sprzeczności w jego życiu są tylko pozorne. Gwałtowny agitator Ligi Pokoju i internacjonału, jest zawsze tym samym panslawistą, tylko mniej lub bardziej osłoniętym. Usprawiedliwia on przy każdej sposobności Rosję z zarzutu jej czynionego, że jest ogniskiem reakcji. Wtedy gdy Słowian nawołuje do działania, od socjalistów zachodnich żąda powstrzymania się od niego, nie chce bowiem, żeby związek zachodni miał przewagę. Sieje ziarna niepokoju, anarchii, zagrzewa do rewolucji na Zachodzie, bo gdy niszczeje ta część Europy, godzina panslawizmu nadejdzie, on zawojuje i przekształci świat. Bakunin niemający familijnego, osobistego majątku, spędził ostatnie lata swego życia w rozkosznej willi w Szwajcarii, którą mu podobno ofiarował dawniejszy przyjaciel Cafiero. Ze swej cichej willi mógł się agitator ten cieszyć widokiem nieszczęść, jakie zgotowały jego działania rewolucyjne.

Mógłby ktoś zrobić p. Meyerowi uwagę, że idee socjalistyczne, rozsiewane przez Bakunina w Szwajcarii, Hiszpanii i innych krajach, dowodzą, że zarzuty mu czynione nie mają pewnej podstawy. Tymczasem przeciwnie, zasady socjalistyczne Bakunina są nowym dowodem jego misji panslawistycznej, jest to bowiem jedynie program komunizmu gruntowego rosyjskiego. Że Bakunin był wysłańcem panslawizmu, jest to rzeczą pewną; stosunki bezpośrednie agitatora z rządem rosyjskim są mniej dokładnie dowiedzione. Napada on nieraz bardzo gwałtownie na cara i rząd jego; pomimo to rząd rosyjski wyrwał Bakunina z rąk Saksonii i Austrii i ten sam rząd dziwnie osłodził los tego wygnańca politycznego. Wypadki współczesne nie mogą usprawiedliwić rządu rosyjskiego z ciążącego na nim zarzutu. Misja Czerniajewa na innym wprawdzie gruncie i w innej sferze, ale czyż także nie była misją panslawistyczną? Czyż w Serbii nie było również silnej propagandy rewolucyjnej i panslawistycznej zarazem? Czyż Garibaldi nie był stronnikiem tego ruchu? Czy Czerniajew nie usunął się w czasie właściwym, pozyskawszy względy cesarza Aleksandra, czyż nie udał się do Pragi, tego pierwszego teatru działań Bakunina?… Jeżeli nie można mieć zupełnie pewnych dowodów, że Bakunin utrzymywał stosunki z rządem petersburskim, to przynajmniej jest pewne, że miał on ścisłe stosunki z partią panslawistyczną Rosji, cieszącą się względami rządu. Dążenia prawdziwych panslawistów są wstrętne. Siać zepsucie i rozstrój, osłabiać kraje Europy wywoływaniem rewolucji, wprowadzać bezrząd, łudzić proletariat Europy ideą komunizmu gruntowego, oto czym jest panslawizm, system potworny, który wraz z internacjonałem grozi Europie cywilizowanej.

Po śmierci Bakunina (1876) uczeń jego Czerniszewski złączył w jedno wszystkie stowarzyszenia młodzieży, które dotychczas jeszcze nie były połączone. Zorganizował olbrzymią propagandę, która od r. 1874 rozgałęziła się po całej Rosji. Pragnąc zmusić cesarza do wykonania ich programu, używali nihiliści najgwałtowniejszych środków wszelkiego rodzaju, zbyt jeszcze żywo w pamięci stojących, byśmy je wyszczególniać potrzebowali. Tymczasem żądali od cesarza konstytucji i rządu parlamentarnego, obiecując pod tym warunkiem zostawić go przy władzy. Nie otrzymawszy, czego żądali, mścili się po swojemu. Cesarz Aleksander II życiem to przypłacił.

Za życia swego głównego przywódcy nihiliści rosyjscy nie mieli ani spójni, ani stosunków z międzynarodówką, lecz ci którzy poza granicami jej się znajdowali, zawiązali z nią stosunki.

W r. 1871 nihilizm miał główny punkt oparcia i dziennik w Londynie; kierownikiem wówczas był Serebrenikow. Przewodnik ten nihilistów przesłał tego roku członkom komuny pewną liczbę egzemplarzy swego dziennika, w którym znajdował się biuletyn napisany oryginalnie w języku rosyjskim, a przetłumaczony złą francuszczyzną, pt. „Biuletyn francuski organu socjalistycznego rosyjskiego do komuny: Nasz program”. Potem następuje epigraf: „Zasada podstawowa: równość przede wszystkim”. Biuletyn ten w szeregu artykułów przedstawia organizację praktyczną systemu Bakunina. Po odniesionym zwycięstwie, to jest skoro partia socjalistyczna czynna wywróci rządy i władzę rządzącą obecną, obwoła ona bezzwłocznie, że wszelkie dobra i bogactwa indywidualne przechodzą na własność narodu. Po tym dekrecie ustanowione zostaną związki robotników, następnie rozmaite sekcje rolnicze i przemysłowe, czyli stowarzyszenia, składające oddzielne gminy. Pewien czas wyznaczony będzie każdemu, w ciągu którego zapisać się musi do jednej z grup, wybranej odpowiednio do zdolności, chęci i siły. Taka jest myśl główna trzech pierwszych artykułów; czwarty zasługuje na dosłowne przytoczenie:

Wszyscy ci, którzy nie wejdą do żadnej sekcji gminy pracującej, bez przyczyn ważnych i usprawiedliwiających, będą pozbawieni prawa otrzymania czegokolwiek z własności narodowej. Nie zostaną przyjęci do żadnego z zakładów mieszczących zapasy przeznaczone do zaspokajania potrzeb członków gminy. Sale jadalne, sypialnie, drogi komunikacyjne, poczty, telegrafy itd. itd. wszystko dla nich będzie niedostępne, zamknięte. Będą pozbawieni wszelkich środków i sposobów utrzymania życia, będą musieli wybierać między pracą a śmiercią głodową.

Tak więc wszystko, co stanowi życie fizyczne, materialne, moralne, towarzyskie człowieka, będzie własnością gminy, on sam będzie manekinem, a ktokolwiek poddać się temu nie zechce, nie będzie mógł żyć ani materialnie, ani moralnie… I to się nazywa wolnością! Czy utopiści ci chcą tylko innych wywieść w pole, czy też podlegają w istocie tak strasznemu obłędowi? Przysłowie: „Gdy Bóg chce kogo ukarać, to mu rozum odbiera” nigdy lepiej zastosowanym być nie mogło jak w czasach dzisiejszych.«

Czy rzeczywiście to była utopia? Na tamte czasy zapewne tak. Żydzi tworzą różne teorie społeczne, a później sprawdzają, czy już nadszedł czas ich wykorzystania. Wtedy było za wcześnie. Dziś już nie i nie zapomnieli o nihilizmie. Wiele punktów tego programu wykorzystują obecnie. A co do tego przysłowia, to Rosjanie mają chyba lepsze, albo przynajmniej bardziej obrazowe: “Każdy durak po swojemu s uma schodit”.

»Od r. 1880 nihilizm ma dwa główne ogniska poza granicami Rosji, jedno w Genewie, drugie w Paryżu. Pierwsze zostaje pod kierunkiem Dragomanowa, dawnego profesora Uniwersytetu Kijowskiego, przewodnika nihilizmu w Małorosji. Ma on swój organ w języku rosyjskim redagowany. Do niego należy towarzystwo rewolucyjno-socjalne, czyli Stowarzyszenie Jakobinów, mające także swój organ oddzielny. Dragomanow jest redaktorem naczelnym dwóch tych dzienników i trzeciego jeszcze przeznaczonego dla Rusinów. On to wysyła agentów do Galicji, Wiednia i wszystkich prowincji słowiańskich Austro-Węgier. Przewodnikiem drugiego jest Piotr Ławrow, główny następca Bakunina, kierownik nihilizmu w większej części Rosji. Ma on 13 sekretarzy, a dziennik jego wychodzi w Londynie pt. „Naprzód”. Od tego ogniska zależy Stowarzyszenie Oswobodzenia Ojczyzny. Nosi ono także nazwę Sekcji Działania, co mówi dostatecznie, jaką odgrywa rolę. Naczelnikiem jej jest Rosjanin Skaczew, a organem dziennik rosyjski „Dzwon na trwogę”. Obydwaj przywódcy nihilizmu Ławrow i Dragomanow działają zgodnie. Różnią się jedynie w sposobach używanych przez jednego i drugiego, dążących do osiągnięcia wspólnego celu. Imiona ich znane są w prasie francuskiej z listów pisywanych przez nich w przedmiocie nihilizmu. Prócz tych dwóch ognisk nihilizm posiada swoich motorów i organizatorów prawie we wszystkich stolicach Europy. Rozkazy naczelników wypełnione bywają z dokładnością i szybkością zadziwiającą, często o sto mil odległości, z czego wnosić należy, że nihilizm wchodzi w obręb powszechnej organizacji masońskiej.

Propaganda nihilistyczna nie poprzestaje na wciągnięciu do niej samych Rosjan, ale zakłada sidła wszelkiego rodzaju na Polaków i innych Słowian, zwłaszcza na młodzież polską w szkołach i uniwersytetach rosyjskich uczącą się, a nawet robi sobie stronników między Francuzami. W r. 1880 powstało Stowarzyszenie Nihilistów Francuskich. Statuty tego stowarzyszenia przyjęte zostały przez wielu radykałów francuskich.

Z drugiej strony dziennik „Univers” mówi, że otrzymał program nihilistek francuskich, w którym szanowne te panie ogłaszają, że wypowiadają wojnę bez pardonu obrzydłemu łotrostwu, ozdobionemu niewłaściwie nazwą organizacji socjalnej, której one więcej jeszcze od mężczyzn są ofiarami. W Rosji kobiety biorą udział w najohydniejszych spiskach, a co smutniejsze, że rodzice sami pchają dzieci do złego, pozostając z pewną czcią dla ich postępowych idei. W miastach, w których są uniwersytety, widać było przed laty kilku, w ubraniach prawie męskich z włosami uciętymi i w okularach niebieskich studentki nihilistki, chcące w praktykę wprowadzić podstawowy dogmat sekty: równość mężczyzny i kobiety. Nie chodzi im jednak o porównanie w prawach jedynie, ale o zniesienie radykalne rodziny. Nihiliści odrzucają małżeństwo, jeżeli jednak dla zapewnienia praw cywilnych dzieciom, zawierają rodzaj związków legalnych, mąż podpisuje niezwłocznie akt, którym zrzeka się wszelkich praw, jakie nadaje mu prawo lub religia. Zdarza się widzieć grupy całe nihilistów i nihilistek żyjących razem, u których wszystko jest wspólne. Ponieważ macierzyństwo jest wypływem nierównych praw natury, nihilistki starają się unikać go wszelkimi możliwymi sposobami, ta zaś której się tego dokazać nie uda, przynajmniej porzuca chętnie owoc swych miłostek, a raczej popędów naturalnych.

Obecnie zbrodnicze zamachy przerwane zostały, natomiast cała działalność skierowana jest do zdemoralizowania ludu, a szczególnie młodzieży. Nie trudno dziś usłyszeć zdanie, że obowiązkiem człowieka rozumnego jest demoralizowanie młodzieży i ludu, inaczej bowiem nie będzie z nich narzędzi do działania. Skutek prac jest też na nieszczęście bardzo wielki. Oto co w tym względzie pisze Dziennik Moskiewski:

Niepodobna jest pomyśleć o naszej młodzieży, żeby nie być przejętym goryczą i nie doznać najstraszniejszej obawy. W 12-tym roku dziecko przestaje wierzyć w Boga, ufać rodzinie, rządowi; w 14-tym zaczyna się zaprawiać do praktycznego protestowania przeciw obowiązkom; w 15-tym jest spiskowcem; w 16-tym jest już może zbrodniarzem, a w 17-stu latach zamyka bilans, odbierając sobie życie. Taka jest niestety historia naszych dzieci, zbyt często teraz powtarzająca się.«

Wygląda więc na to, że tzw. marksizm kulturowy, hippisi, kolorowe okulary, ostatnio modne, nie są niczym nowym. A czy nihiliści byli oryginalni? W średniowieczu taboryci, w założonym przez siebie mieście Tabor, znieśli własność prywatną, wprowadzili wspólność kobiet i proklamowali zniesienie rodziny. Miał rację cesarz Etiopii Hajle Syllasje, twierdząc, w rozmowie z Orianą Fallaci, że w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego.

»Ze wszystkiego tego cośmy tu o nihilizmie powiedzieli, wynika, że system ten socjalistyczny wypływa z tych samych źródeł co międzynarodówka, że teraz jest z nią zupełnie złączony i że stał się jej najwybitniejszą, najgwałtowniejszą partią. Na poparcie tego, ze wolnomularstwo, internacjonał i nihilizm – to jedno, wiele mamy dowodów. Gdy Żyd nihilista, Hartman czy Meyer, sprawca zamachu dokonanego w Moskwie z grudnia 1879 r., został zatrzymany przez policję francuską w Paryżu 16 lutego 1880 r., natychmiast deputowani francuscy należący do partii radykałów pracowali nad wypuszczeniem go na wolność; prezydujący w trzech grupach lewicy, starali się w ministerium o uwolnienie go. Ze swej strony ambasador rosyjski żądał wydania Hartmana. Rząd francuski wahał się, nie wiedział co uczynić, wszyscy międzynarodowcy i wolnomularze z całą namiętnością bronili zabójcy. Jeżeli Hartman zostanie wydany, Francja się zhańbi, wolnomularze nie będą już podtrzymywali ministerium. Dzienniki ich mówią to samo; puszczają w obieg i zalecają prośbę do Izb przeszkadzającą wydaniu nihilisty. Jednym słowem rząd masoński kierujący Francją, nie mogąc odważyć się na wydanie na śmierć brata, a szczególnie Żyda, lękając się następstw tego kroku, odmawia wydania go i wysyła Hartmana do Anglii. List Pyata do Garibaldiego i odpowiedź tego ostatniego są apoteozą Hartmana. Zabójstwo polityczne jest środkiem służącym do doprowadzenia rewolucji do portu… Hoedel, Nobiling, Moncasi, Passamante, Sołowiew, Otero i Hartman są zwiastunami rządu przyszłości, rzeczypospolitej socjalnej. Zabójcą jest ksiądz nienawistny, który postęp zamordował… Są to słowa Garibaldiego w tym właśnie liście datowanym z Kasprery 6 marca 1880 r. Mawiał on nieraz: Powtarzam z dumą: Jestem międzynarodowcem, a gdyby powstało stowarzyszenie diabłów, mające za cel walkę z księżmi i despotyzmem, zaciągnąłbym się w jego szeregi. Toteż nie łączył on się z żadnym stronnictwem, ale każde pochwalał, każdemu rad dopomagał, każde podsycał, skoro tylko w tych dwóch celach działało.

Tajni przywódcy masonów przewidzieli ze strony katolików-zachowawców opór energiczny przeciw ich prawom antyreligijnym i antysocjalnym. Dla łatwiejszego pokonania go przygotowują wprowadzeniem nihilizmu do Francji narzędzie straszniejsze jeszcze od internacjonału. Można o tym sądzić ze sposobu, w jaki nihiliści oceniają komunistów.

Nowe tajemne pismo ukazało się w Rosji. Nazwa jego rosyjska znaczy: „Przebudzenie”. Pismo to wyraża się o komunie paryskiej w drugim swoim numerze (z kwietnia 1879 r.) w sposób następujący: „Przede wszystkim nie ubierajcie się w cudze piórka, nie przejmujcie zasad, czynów, nie naśladujcie postępowania rewolucjonistów zachodnich. Przykłady to są nędzne, niezasługujące na uwagę. Patrzcie na r. 1871. Czegóż dokazali ci ludzie, co uważali się za reformatorów, za dobroczyńców ludzkości? Czyż oni nie wyobrażali sobie, że przetwarzają świat stary, gdy spalili kilkanaście domów, zniszczyli jakiś kawałek ziemi, zastrzelili kilku ludzi? Zdawało im się, że wiele zdziałali obalając rząd… Zapomnieli, że poza rządem jest społeczeństwo, poza społeczeństwem jest rodzina, poza rodziną jest człowiek pojedynczy, jednostka taka, jaką jest obecnie… To wszystko powinno zniknąć, być zmiecione, zmyte, zniszczone do gruntu, tak jak to zdarza się naturze. Przed zbudowaniem trzeba grunt oczyścić. Nie można budować na ruinach, na błocie, na zwaliskach, na nawozie; budynek wznosi się na powierzchni gładkiej, wyrównanej, oczyszczonej, na nowych, mocnych podwalinach. A cóż zrobili ci ludzie z 1871? Trzeba było uderzyć, piorunem razić, olśnić i przerazić świat, a owi reformatorzy bawili się – wynajdywaniem nowych mundurów… przedrzeźnianiem rządu, naśladowaniem ministrów… mianowaniem ambasadorów… Były to karły, a zatem i działalność ich karle miała rozmiary”.«

Zwraca uwagę fakt, że mniej więcej w tym samym czasie heglizm przenosi się do Rosji i do Ameryki. A więc oba największe kraje białego człowieka są kontrolowane przez Żydów.

„Iwan Turgieniew, przebywszy trzy lata w Berlinie, to jest od 1838 do 1841, na studiowaniu filozofii Hegla, przyczynił się bardzo do spopularyzowania idei przewrotu.”

Antony Sutton w swojej książce Skull and Bones; Tajemna elita Ameryki pisze:

„Zastanawiacie się dlaczego nasze społeczeństwo jest tak ogłupione? Winę za to ponosi trzech członków Skull and Bones, którzy w XIX wieku przenieśli na grunt amerykański pruski system edukacji oraz filozofia polityczna całkowicie sprzeczna z klasycznym liberalizmem kultywowanym w tym czasie w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. W klasycznym systemie liberalnym państwo jest zawsze podporządkowane jednostce. Heglowski etatyzm, jak widać na przykładzie nazizmu i marksizmu, czyni suwerenem państwo, a jednostka ma istnieć jedynie po to, by temu państwu służyć.

Nasz dwupartyjny republikańsko-demokratyczny system (w istocie tworzy go jedna heglowska partia, a nikt inny nie jest ani mile widziany, ani w ogóle do niego dopuszczony) stanowi odbicie owego heglizmu. Niewielka grupa – bardzo niewielka grupa – jest w stanie z jego pomocą manipulować i do pewnego stopnia kontrolować społeczeństwo, wykorzystując je do swoich własnych celów.

Wspólnym mianownikiem pozornie całkowicie odmiennych poglądów prezentowanych przez członków Zakonu jest fakt, że przyświeca im nadrzędny cel, dla realizacji którego kluczowe znaczenie ma konflikt idei. Dopóki przedmiotem dyskusji nie stają się prawa jednostki, zderzenie poglądów generuje konflikt niezbędny do wprowadzenia zmiany. Ponieważ celem jest także globalna kontrola, kładzie się nacisk na globalne myślenie, czyli internacjonalizm. Odbywa się to za pośrednictwem światowych organizacji i światowego prawa.”

Zwraca też uwagę fakt, że wszyscy ci rewolucjoniści mieszkają przeważnie w Szwajcarii. Tam też mieszczą się największe banki. To nie przypadek. Rewolucjoniści nie pracują, a z czegoś muszą żyć. Ktoś ich finansuje. A kto? Jednym z nich był Bakunin, który żył zupełnie inaczej niż chciał, by inni żyli. To też charakterystyczne dla wszystkich rewolucjonistów. Jego żoną była Polka Antonina Kwiatkowska, która w trakcie małżeństwa z nim urodziła troje dzieci, których ojcem był włoski anarchista Carlo Gambuzzi. Tak przynajmniej utrzymuje Wikipedia. Czyżby więc Bakunin był homoseksualistą? Tę willę, w której mieszkał w Szwajcarii, otrzymał od swego wcześniejszego przyjaciela. Czyżby więc była to reguła ponadczasowa, że wszyscy ci, którzy chcą na siłę uszczęśliwiać innych, są zboczeńcami i psychopatami?

„Wiemy, że kwestie pangermanizmu i panslawizmu są szczeblami, po których wolnomularstwo dojść pragnie do zaprowadzenia rzeczypospolitej powszechnej.”

Jeśli tak, to kolejnym wnioskiem powinno być to, że ich twórcami byli Żydzi. Od pangermanizmu do nazizmu droga bliska. Znaczy, że i oni stworzyli nazizm. Mają pieniądze, mają prasę i mają ludzi, którzy wymyślają różne idee. Nie dziwi więc, że obstawiają wszystkie partie polityczne, od lewa do prawa. Jeśli gdzieś się pojawia nowa twarz i jest ona intensywnie promowana przez media, nawet jeśli są to tylko media alternatywne, które też do nich należą, to z pewnością jest to ich twarz.

Jeśli w Ameryce, jak twierdzi Sutton, jest tylko jedna, heglowska partia, to spór pomiędzy republikanami a demokratami jest pozorny. Taki teatrzyk dla naiwnych. Tak więc Trump bierze w tym udział, bo ma takie zadanie do wykonania. Być może powróci do polityki, jako uwiarygodniony, niezależny, patriota, który chce dobra Ameryki i ludzi w niej mieszkających. Obawiam się jednak, że są to tylko pozory, ale poparcie dla niego nie będzie już pozorne.

Żydzi wymyślili chrześcijaństwo. Później podzielili je. Początkowo na kościół wschodni – prawosławie i zachodni. Z kolei zachodni podzielili na katolicyzm i protestantyzm. Kościół katolicki uczynili swoim największym wrogiem, by mieć z kim walczyć. Bądźmy szczerzy, skoro oni go utworzyli, to i oni mogliby go zniszczyć. Ale nie robią tego, bo walka z Kościołem to wygodny pretekst do tworzenia różnych ruchów rewolucyjnych. I tak to trwa od 2000 lat.

Te wszystkie konflikty są sztucznie kreowane. Konflikty o bzdety. Czasem zastanawiam się, czy Jan Tadeusz Stanisławski w swoim cyklu „wykładów” radiowych z ”mniemanologii stosowanej” pt. „O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”, nie chciał nam przekazać tej myśli, że te wszystkie spory są jałowe i bez sensu. Dla nas jałowe i bez sensu, a dla Żydów, nawet nie to, że mają one prowadzić do ich panowania nad światem, bo oni nad nim panują, tylko do utrzymania tego stanu poprzez utrzymywanie nas w skłóceniu i nienawiści wzajemnej.

Sierpień ’80

Grudzień ’70, Czerwiec ’76 i Sierpień ’80 łączy ten sam motyw – podwyżki cen żywności. Fakt ten świadczy o tym, że był to tylko pretekst. Gdyby to było autentyczne, to mądra władza, po Grudniu, nauczona doświadczeniem, już drugi raz nie postąpiłaby tak. A ona zrobiła to samo w czerwcu 1976 roku i znowu w sierpniu 1980 roku. A więc wyjątkowo głupia władza, która nie uczy się na błędach. Tak można by sądzić. Niestety, dla nas, władza nie jest wyjątkowo głupia, co najwyżej jest na usługach Żydów i masonów i musiała i musi słuchać ich rozkazów. Podwyżki cen żywności były wyjątkowo wygodnym instrumentem do wzniecania zamieszek i strajków, bo one mogły być powodem do strajku dla każdego zakładu, niezależnie od branży i miejsca, w którym był on zlokalizowany. W ten sposób mogły strajkować zakłady z całego kraju i z każdej branży. I strajkowały. Nie ma drugiego takiego powodu, który połączyłby wszystkich. Wszak wszyscy musimy jeść i to codziennie. Z pozoru bardzo racjonalny powód, ale tylko z pozoru, bo podwyżka cen żywności wcale nie musi wszystkich jednoczyć. To nie miało jednak znaczenia. Liczyły się pozory.

Sierpień ’80 został starannie przygotowany. Jesienią 1976 roku powstaje KOR. Jego członkami-założycielami byli m.in. Antoni Macierewicz, Jacek Kuroń, Piotr Naimski, Jan Józef Lipski, Ludwik Cohn. W 1978 roku powstają Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża. Ich Komitet Założycielski został powołany 29 kwietnia 1978 roku przez Andrzeja Gwiazdę, Krzysztofa Wyszkowskiego i Antoniego Sokołowskiego. Aktywnymi działaczami byli m.in. Bogdan Borusewicz, Joanna Duda-Gwiazda, Anna Walentynowicz, Lech Wałęsa, Lech Kaczyński, Bogdan Lis.

Pierwsze strajki były reakcją na podwyżkę cen mięsa i wędlin. Ogłoszono ją 1 lipca. I jeszcze tego samego dnia wybuchły strajki m.in. w WSK PZL-Mielec, POMET w Poznaniu i Transbud w Tarnobrzegu. Bardzo się chłopcy spieszyli. 16 lipca wybuchły strajki w Świdniku i Lublinie. Oprócz żądań ekonomicznych po raz pierwszy pojawił się postulat nowych wyborów do oficjalnych związków zawodowych. Strajki te kończyły się obietnicami podwyżek płac. W lipcu strajkowało około 80 tysięcy osób w 177 zakładach pracy.

Najważniejszy strajk, zorganizowany przez Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża, rozpoczął się 14 sierpnia w Stoczni Gdańskiej. Jego przywódcą był Bogdan Borusewicz, który dobrał sobie do towarzystwa paru robotników. Robotnicy, jak pisze Wikipedia, na zorganizowanym przez siebie wiecu żądają:

  • przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy
  • postawienia pomnika ofiar grudnia 70
  • zagwarantowania bezpieczeństwa strajkującym
  • podwyżki płac o 2 tysiące złotych
  • dodatku drożyźnianego i rodzinnego odpowiadających wysokości zasiłków funkcjonariuszy MO i SB

Do strajkujących przybywa Lech Wałęsa i obejmuje przewodnictwo strajku, który przybrał charakter okupacyjny.

16 sierpnia strajk omal nie zakończył się, ponieważ dyrektor stoczni Klemens Gniech zgodził się na spełnienie początkowych postulatów – przywrócenie do pracy Walentynowicz i Wałęsy, podwyżkę płac dla każdego zatrudnionego, budowę pomnika ofiar grudnia 1970 roku, gwarancje nietykalności dla strajkujących.

Wałęsa ogłosił koniec strajku, ale kilku członków komitetu strajkowego, m.in. Anna Walentynowicz, sprzeciwiło się, wzywając do strajku solidarnościowego z zakładami, które w tym czasie podjęły strajki. Utworzono Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, w skład którego weszli przybyli do stoczni delegaci innych strajkujących zakładów.

Przewodniczącym MKS został Lech Wałęsa, a w skład prezydium weszli działacze WZZ. Prezydium MKS tworzyli: Lech Wałęsa, dwóch wiceprzewodniczących – Andrzej Kołodziej i Bogdan Lis – oraz Lech Bądkowski, Joanna Duda-Gwiazda, Wojciech Gruszecki, Andrzej Gwiazda, Stefan Izdebski, Jerzy Kmiecik, Zdzisław Kobyliński, Henryka Krzywonos, Stefan Lewandowski, Alina Pienkowska, Józef Przybylski, Jerzy Sikorki, Lech Sobieszek, Tadeusz Stanny, Anna Walentynowicz i Florian Wiśniewski.

Lista żądań powstała na podstawie postulatów strajkujących zakładów pracy, po gorących dyskusjach w gronie liderów strajku, m.in. Andrzeja i Joanny Gwiazdów, Bogdana Lisa, Aliny Pienkowskiej i Lecha Wałęsy (ostatecznie zredagował je Bogdan Borusewicz). 18 sierpnia kierownictwo MKS zdecydowało o podaniu treści postulatów do publicznej wiadomości.

Portal DZIEJE.PL tak opisuje tamte wydarzenia:

»Spisano 21 postulatów MKS; pierwszym i najważniejszym było utworzenie niezależnych od władzy i pracodawców związków zawodowych. Protestujący powoływali się na ratyfikowaną przez PRL konwencję nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy, która gwarantowała wolność związkową. (Skąd robotnicy wiedzieli, że PRL ratyfikowała konwencję nr 87? – przyp. mój).

MKS domagał się też: prawa do strajku; wolności słowa, druku i publikacji; przywrócenia do pracy zwolnionych z powodów politycznych; podania w środkach masowego przekazu informacji o utworzeniu MKS i opublikowania listy postulatów; podjęcia działań na rzecz wyprowadzenia kraju z kryzysu; wypłacenia strajkującym wynagrodzenia za okres strajku; wzrostu płac o 2 tys. zł; gwarancji waloryzacji płac w stosunku do wzrostu cen i inflacji; pełnego zaopatrzenia rynku w artykuły żywnościowe; zniesienia cen komercyjnych i sprzedaży za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym; doboru kadry kierowniczej według kompetencji, a nie przynależności partyjnej, w tym zniesienia przywilejów dla MO i SB; wprowadzenia kartek na mięso i przetwory do czasu opanowania sytuacji na rynku; obniżenia wieku emerytalnego; zrównania rent i emerytur “starego portfela” do aktualnie wypłacanych; poprawy warunków pracy służby zdrowia; zwiększenia liczby miejsc w żłobkach i przedszkolach; wprowadzenia płatnego, trzyletniego urlopu macierzyńskiego; skrócenia czasu oczekiwania na mieszkanie; podwyżki diet; wprowadzenia wszystkich sobót jako dni wolnych od pracy.

64 intelektualistów wystosowało apel do władz o podjęcie rozmów z MKS: “Apelujemy do władz politycznych i do strajkujących robotników, aby była to droga rozmów, droga kompromisu” – napisali. Dwóch z nich – Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki, którzy przywieźli apel do Stoczni Gdańskiej – weszło w skład utworzonej przy MKS komisji ekspertów. Tworzyli ją też: Bogdan Cywiński, Tadeusz Kowalik, Waldemar Kuczyński, Jadwiga Staniszkis i Andrzej Wielowieyski.

Pierwsze porozumienie między stroną rządową i strajkującymi podpisane zostało 30 sierpnia w Szczecinie. Strajki obejmowały już wówczas ok. 700 zakładów; brało w nich udział ok. 750 tys. osób. Władze zgodziły się na postulaty strajkujących, w tym na nowe związki zawodowe; MKS wyraził zgodę, by zamiast “wolne” związki określono jako “samorządne”.

Tego samego dnia V Plenum KC PZPR przyjęło do “zatwierdzającej wiadomości” podpisanie porozumienia szczecińskiego i zaakceptowanie projektu porozumienia gdańskiego.

31 sierpnia Wałęsa i Jagielski podpisali porozumienie gdańskie. MKS deklarował zakończenie trwającego dwa tygodnie strajku. Delegacja rządowa zgodziła się m.in. na utworzenie nowych, niezależnych, samorządnych związków zawodowych, prawo do strajku, budowę pomnika ofiar grudnia 1970, transmisje niedzielnych mszy św. w Polskim Radiu i ograniczenie cenzury. Przyjęto też zapis, że nowe związki zawodowe uznają kierowniczą rolę PZPR w państwie. Uroczystość transmitowała TVP.

Nadal strajkowały kopalnie na Górnym Śląsku. Rozmowy z MKS w kopalni Manifest Lipcowy rozpoczęła rządowa komisja, której przewodniczył Aleksander Kopeć. Prasa opublikowała protokoły porozumień szczecińskich i gdańskich.

3 września 1980 r. podpisano trzecie porozumienie – w Jastrzębiu na Górnym Śląsku, gdzie strajk rozpoczął się pod koniec sierpnia. Zakładało ono m.in. wprowadzenie w 1981 r. wszystkich wolnych sobót. Kopalnie wznowiły pracę.

Porozumienia nie przesądzały, jaką strukturę będą miały nowe związki. 17 września 1980 r. przedstawiciele Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich (przekształconych z MKS) przyjęli statut, który rozstrzygał powstanie Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego “Solidarność” – jednego ogólnokrajowego związku o strukturze regionalnej. Na czele Krajowej Komisji Porozumiewawczej stanęli Wałęsa, jako przewodniczący, oraz Gwiazda. Jurczyk został przewodniczącym Zarządu Regionu Pomorze Zachodnie.

10 listopada 1980 r. Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ “Solidarność”. Wkrótce związek liczył niemal 10 mln członków (było to 80 proc. pracowników państwowych).«

Skala tego, co stało się w sierpniu 1980 roku, przerastała wszystko razem, co się w Polsce wydarzyło od 1956 roku. Można oczywiście wierzyć w to, że to wszystko było spontaniczne. Wtedy większość tak myślała i ja również. Człowiek młody ma ideały i w nie wierzy. Człowiek stary nie ma ideałów, więc, siłą rzeczy, nie może w nie wierzyć. Pozostaje chłodna ocena. Jak to było możliwe, że „podpalono” cały kraj? Po Grudniu nowa władza była bardziej tolerancyjna, bo zaciągnęła kredyty na Zachodzie i ten Zachód zaczął wtrącać się w polskie sprawy. A to prawa człowieka, prawa do zrzeszania się czy tworzenia różnych organizacji. Powstał KOR, powstały Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża i takie same, nawet wcześniej, na Śląsku. Przeciętny Polak nawet nie podejrzewał, że były takie organizacje. Ale one były i robiły to, co ktoś wyżej im zlecił.

Wywołanie strajku ogólnopolskiego to wielkie wyzwanie, jakbyśmy to dziś powiedzieli, logistyczne. To wymagało zaangażowania wielu ludzi. Tych w zakładach pracy i tych z zewnątrz. Czy mogło się to odbyć bez cichego przyzwolenia kierownictwa tych zakładów? Ja rozumiem, że robotnicy jednego zakładu mogą się porozumieć i podjąć decyzję o strajku, ale robotnicy z całego kraju i do tego z różnych branż i tak szybko? Nie ma takiej możliwości. Coś takiego nie może się zdarzyć spontanicznie. To wymagało wielomiesięcznych przygotowań.

Jeśli, ze zdroworozsądkowego punktu widzenia, nie mogło to zdarzyć się spontanicznie, to znaczy, że ktoś to wcześniej dokładnie zaplanował. I zaplanował. W tym celu powstał KOR, a później Wolne Związki Zawodowe. Nie robotnicy tworzyli te organizacje i nie oni decydowali o ich programach. A jeśli nie robotnicy, to znaczy, że celem tych organizacji nie była poprawa ich losu, tylko coś innego. Dziś już wiemy, że tym celem była Polska, jej przyszły kształt i to, kto w niej będzie dominował.

Strajk w Stoczni Gdańskiej rozpoczął się 14 sierpnia. 16 sierpnia omal nie skończył się, gdy dyrekcja zgodziła się na spełnienie początkowych pięciu postulatów. Nie tak to zaplanowano i znaleźli się tacy, m.in. Anna Walentynowicz, którzy nie dopuścili do jego zakończenia. Trzeba było zredagować nowe postulaty, których władza nie będzie w stanie spełnić. Wystarczyły dwa dni i 18 sierpnia pojawiła się lista 21 postulatów. Po dwóch cyklach obrad z godziny 10-tej i 20-tej uzgodniono ich treść. Gdy czyta się je, to trudno oprzeć się wrażeniu, że były one już wcześniej zredagowane i jeżeli nawet dyskutowano nad nimi, to tylko po to, by sprawić wrażenie, że robotnicy mają na coś wpływ i że one od nich wyszły, i że dokonało się to właśnie podczas strajku.

Przy MKS utworzono komisję, w skład której weszli Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Bogdan Cywiński, Tadeusz Kowalik, Waldemar Kuczyński, Jadwiga Staniszkis i Andrzej Wielowieyski. Skąd oni się wzięli? Kto utworzył tę komisję? Skąd się wzięło tych 64 intelektualistów? To są pytania, na które nie ma odpowiedzi i nie będzie. Pozostają domysły. Zapewne wielu z tych ludzi było masonami. W każdym razie robotnicy nie mieli tu nic do gadania.

Sierpień ’80, jak wszystkie polskie przesilenia, był dziełem Żydów i masonów. Żydzi sami nie są wstanie wszystkiego ogarnąć i kontrolować, dlatego przysposobili ich sobie do pomocy. Ich sposoby działania są od wieków takie same i dlatego ich zdradzają. To jest jednak tylko widoczne dla tych, którzy zadają sobie trud, by poznać te sposoby działania.

Cechą charakterystyczną Sierpnia było to, że akcja była szybka i totalna. Nie minęły dwa miesiące, a cały kraj był pogrążony w strajkach. W książce Historia towarzystw tajnych Feliksy Eger, wydanej po raz pierwszy w 1894 roku, można znaleźć takie fragmenty, które zdradzają, że te scenariusze nie są niczym nowym. One są wykorzystywane od wieków.

»Rewolucja lipcowa nie była owocem jednej chwili, pracowano od dawna nad jej wywołaniem. Dupin starszy, mason wyższych stopni, należący do Loży Trynozofów, uczeń Ragona, mówił wtedy: „Nie sądźcie, żeby w przeciągu trzech dni dokazano tego wszystkiego. Jeżeli rewolucja z takim pośpiechem, tak nagle została wywołana, to dlatego, że ona nikogo nieprzygotowanym nie zastała… zdziałaliśmy ją w ciągu kilku dni, bośmy mieli klucz do jej organizacji, mogliśmy zatem niezwłocznie istniejący porządek innym zastąpić”.

Jeszcze jednym dowodem, że rewolucja z r. 1830 była wynikiem długich knowań (te długie knowania, to w naszym przypadku KOR i WZZ – przyp. mój), jest jednoczesne wywołanie jej w wielu państwach Europy. Kraje położone bliżej Francji najsilniej to odczuły i pierwsze stały się ogniskami zaburzeń. Już 26 sierpnia wybuchło powstanie w Belgii, z 28 na 29 sierpnia widzimy je w Verriers, 30 sierpnia w Akwizgranie, następnie w Juliaku i Elberfeldzie. 6 września widzimy ruchy w Kassel, a za nimi w Fuldzie, Felsbergu, Wolfhagenie, Hanau, pomimo że konstytucja elektoralna heska była najwolnomyślniejszą z ogłoszonych w Niemczech. Z Hesji Elektoralnej ruch się udzielił Hesji Darmstadzkiej. W początku września wybuchły także ruchy w Saksonii, a mianowicie w Lipsku i Dreźnie, następnie w Chemnitz, Freibergu, Frankenbergu, Stolbergu, Schneebergu, Krichbergu, Auersbachu, Plauen, Königsbergu, nareszcie we wszystkich prawie osadach Górnych Łużyc. W Brunświku przyszło do prawdziwej rewolucji, która skończyła się wygnaniem księcia panującego, Karola, 6 września. Hanowerczycy poszli także za przykładem współrodaków. Lüneburg, Hildesheim, Hanower, a następnie Getynga (8 stycznia 1831) są także widownią zaburzeń, od których i północne państwa niemieckie wolnymi nie były. W Hamburgu i Meklemburgu wybuchły niepokoje także we wrześniu. Z kolei przeniósł się ruch nawet do Wrocławia i Berlina.

Szwajcaria pomimo liberalnej formy swego rządu nie uniknęła losu państw sąsiednich. Już w sierpniu objawił się ruch we Fryburgu i Bernie, 12 września – w Argowii, w początkach października – w Targowii, 13 października w Zurichu.

Z państw włoskich najwcześniej ruch wywołanym został w Sardynii, jako najbliżej Francji położonej, lecz na ognisko powstania przeznaczone zostało Państwo Kościelne, Modena, Parma i Toskania. Miało ono wybuchnąć jednocześnie we wszystkich tych krajach na początku lutego 1831 r. Punktem centralnym miała być Bolonia.

Inne państwa Europy wolnymi od niepokojów nie były: Hiszpania, Portugalia, Grecja, Albania i Bośnia były ich widownią, największe jednak rozmiary przybrały one w Belgii i Polsce.«

10 listopada 1980 roku Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ „Solidarność”. Wkrótce związek liczył niemal 10 mln członków. Stanowiło to 80% wszystkich zatrudnionych. No właśnie! Słowo „solidarność” zostało wybrane nieprzypadkowo. Nieprzypadkowo też wśród tych 21 postulatów znalazł się ten, mówiący o zniesieniu przywilejów dla MO i SB. W cytowanej książce można przeczytać:

„Mówcie często, wiele i wszędzie o jego nędzy i jego potrzebach. Lud sam siebie nie zna, ale działająca część społeczeństwa przejmuje się uczuciami litości dla ludu i prędzej lub później weźmie się do dzieła. Uczone rozprawy nie są tu ani potrzebne, ani pożyteczne. Są słowa upajające, zawierające wszystko, które należy często powtarzać wobec ludu, jak: wolność, prawa człowieka, postęp, równość i braterstwo; lud zrozumieć je potrafi, zwłaszcza gdy im się przeciwstawi wyrazy: despotyzm, przywileje, tyrania, niewola itd. Cała trudność nie polega na tym, aby lud poznać, ale by go zjednoczyć.”

Tak więc udało się zjednoczyć lud w 1980 roku. Podobną próbę podejmuje się obecnie w związku z „pandemią” – i z powodzeniem. Po stanie euforii i nadziei przyszedł stan wojenny, a wraz z nim represje i ofiary. I o tym też jest w tej książce:

„Spisek najlepiej ukartowany to ten, który najwięcej ma rozgłosu i najwięcej osób kompromituje; miejcie męczenników, miejcie ofiary, będziemy mieli między sobą takich, co to na korzyść sprawy obrócić potrafią.”

Były ofiary? Były. – Górnicy z kopalni Wujek. Byli męczennicy? Byli. – Ksiądz Popiełuszko i inni księża. Później przyszedł Okrągły Stół i ci, którzy „walczyli” z rządem, zajęli jego miejsce. O tym też jest we wspomnianej książce:

»Marszałek Maison, który niecną zdradą w Rambouillet zapewnił powodzenie rewolucji paryskiej, był wysokim urzędnikiem Wielkiego Wschodu. Praktyczny polityk D’Israeli tak w tej kwestii mówi: „Barykad nie wzniosło mieszczaństwo, ja znam tych, co je wznieśli; nie tworzą oni narodu, ale stowarzyszenie… Ich towarzystwa tajne pokrywają siecią całą Europę, rozgałęzione są w Hiszpanii, zrujnowały Włochy. Tażsama organizacja istnieje w Niemczech i Rosji”. Najwięcej przekonywującą okolicznością o już dawniejszym przygotowaniu rewolucji jest to, że wszyscy ci, którzy spiskowali przeciwko prawemu rządowi, występują teraz na widownię. Talleyrand jedzie do Londynu jako przedstawiciel nowego rządu, ks. Decazes zajmuje Luksemburg jako wielki referendarz Izby Parów, założyciele karbonaryzmu francuskiego Lafayette, Dupont de l’Eure i d’Argout zajmują najwyższe urzędy; Cousin za tajne usługi i za publiczne zarzuty czynione monarchii z katedry w Sorbonie zostaje radcą stanu, a następnie ministrem.«

Sierpień ’80 zakończył się stanem wojennym, a jego dalszą konsekwencją był Okrągły Stół. I wtedy wyszło na jaw, że cała ta opozycja solidarnościowa, to była opozycja licencjonowana, czyli taka, która licencję na opozycyjność dostała od władzy. Swego czasu Józef Mackiewicz nazwał Stefana Kisielewskiego licencjonowanym opozycjonistą. Mackiewicz twierdził, że prawdziwi opozycjoniści w PRL-u siedzieli w więzieniu, podczas gdy Kisielewski rozjeżdżał się po Europie Zachodniej, nocując w najlepszych hotelach. Po 1989 roku założył Kisielewski UPR. Nowa licencjonowana partia opozycyjna i takie samo środowisko. A więc nowi licencjonowani opozycjoniści Michalkiewicz, Korwin-Mikke, Miszalski, Sommer i inni. Licencję na opozycyjność ma również Konfederacja. I wszystkie te „niezależne” telewizje i kanały internetowe, które, dla uwiarygodnienia, faktycznie rządzący czasem blokują na dwa tygodnie, a później odblokowują. Żenujące numery, ale chyba wielu na nie się nabiera.

Ile są warte autentyczne strajki, to przekonali się robotnicy po 1989 roku, gdy likwidowano ich zakłady. Nikt się ich nie bał, nikt się z nimi nie liczył. To też w pośredni sposób dowodzi, że tamte solidarnościowe strajki to była ustawka, że wcale nie chodziło o polepszenie losu robotników i nie tylko ich losu.

Czerwiec ’76

Jest takie powiedzenie, że dużo musi się zmienić, żeby nic nie zmieniło się. Ono oczywiście niewiele znaczy, jeśli nie zostanie poparte odpowiednim przykładem. To trochę jak z tym chińskim przysłowiem, że jeden rysunek jest więcej wart niż 1000 słów. Po tragicznych wydarzeniach na Wybrzeżu w 1970 roku wydawało się, że nastąpiła radykalna zmiana. Przyszła nowa ekipa, „otwarta na świat”. Nowy przywódca, z większą ogładą. To jedno akurat było prawdą. Gierek był wyjątkowy w naszej powojennej historii, bo jako jedyny znał języki zachodnie. Podobno biegle mówił po francusku. Znał również flamandzki, choć nie tak dobrze jak francuski. Dla naszych prezydentów po 1989 roku rzecz nie do przeskoczenia – dla wszystkich bez wyjątku. Niemniej jednak dla przeciętnego obywatela PRL-u niewielkie to było pocieszenie, pomijając już fakt, że większość i tak o tym nie wiedziała.

Żeby opisać jakąś rzeczywistość, prawdziwą czy wykreowaną, należy zebrać odpowiednie fakty i spróbować wyciągnąć z niej jakieś wnioski. Cóż więc takiego wydarzyło się w czerwcu 1976 roku? W czerwcu 1976 nastąpiła „powtórka z rozrywki” z grudnia 1970 roku. Według Wikipedii przebieg wydarzeń wyglądał tak:

„Władze komunistyczne od początku liczyły się z masowymi wystąpieniami ludności, niezadowolonej z drakońskich podwyżek cen, o czym może świadczyć wczesne przygotowanie sztabu ćwiczeń Lato 76, na czele którego stanął wiceminister MSW i szef SB generał Bogusław Stachura. Typowano, iż zamieszki mogą wystąpić w Warszawie, Gdańsku, Szczecinie, Krakowie oraz na Śląsku. Plany te nie uwzględniały Radomia, do którego 25 czerwca skierowano jedynie 75 funkcjonariuszy ZOMO. Rozpoczęto tworzenie w komendach wojewódzkich MO specjalnych grup śledczych, których zadaniem była inwigilacja potencjalnych inspiratorów wystąpień. Wprowadzono tryb przyspieszony w postępowaniu przed sądami i kolegiami do spraw wykroczeń, przygotowano wolne miejsca w aresztach. 23 czerwca w przeddzień wystąpienia Jaroszewicza podniesiono gotowość bojową jednostek podległych MSW, rozpoczęła się właściwa faza Operacji Lato 1976.”

W tym miejscu wypada zadać sobie pytanie: Skąd władze wiedziały, że będą protesty i protestujący będą zachowywać się agresywnie?

»24 czerwca – transmisja na żywo przemówienia premiera Piotra Jaroszewicza i ogłoszenie podwyżek („nowych cen”).

25 czerwca – treść przemówienia pojawia się w prasie. Strajkuje 97 zakładów, m.in w Radomiu, Ursusie i Płocku. Rząd PRL ukrył przed opinią publiczną fakt wybuchu zamieszek, nazywając je „drobnymi, chuligańskimi wybrykami”. Mimo to, szybko wycofał się z zapowiadanych podwyżek, w lęku przed rozszerzeniem się protestów na cały kraj i zaproponował rozpoczęcie „szerokich konsultacji społecznych na temat podwyżek cen i trudnościach w zaopatrzeniu”. Równolegle przeprowadzono szybką, brutalną pacyfikację strajków, nadal utrzymując, że były to tylko chuligańskie wybryki. W Radomiu okradziono i zdemolowano ponad 100 sklepów. W Ursusie zatrzymano pociąg “Opolanin” prowadzony lokomotywą EP05-22, rozkręcono także szyny na międzynarodowej linii kolejowej. Oddziały Milicji były celowo nie wyposażone w broń palną. Edward Gierek wydał zalecenia traktujące użycie milicji przeciwko robotnikom jako ostateczność. Tak też się stało, zwlekano z użyciem ZOMO do chwili, aż podpalono KW i grabież sklepów stała się faktem.

26–30 czerwca – wydarzenia radomskie – rozszerzenie się strajków na wszystkie zakłady państwowe w Radomiu w odpowiedzi na brutalne pacyfikacje i aresztowania organizatorów pierwszych strajków. Władze lokalne ogłaszają stan wyjątkowy i czasowo zamykają wszystkie zakłady. W efekcie na ulice wychodzą zrewoltowane tłumy mieszkańców miasta, łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi, które dokonują m.in. podpalenia budynku komitetu wojewódzkiego PZPR. Miasto zostaje całkowicie spacyfikowane przez liczne oddziały ZOMO, z użyciem gazu łzawiącego i armatek wodnych. Skala aresztowań osiąga znaczne rozmiary. Aresztowanych poddaje się m.in. torturom polegającym na przechodzeniu przez szpaler milicjantów tłukących aresztanta pałkami, znanej jako „ścieżka zdrowia”. Edward Gierek dowiedziawszy się o tego typu praktykach nakazał natychmiastowe ich zaprzestanie. Równolegle, w całym kraju narasta oficjalna propaganda nazywająca uparcie protestującą ludność miasta – chuliganami i wichrzycielami, organizowane są „spontaniczne” wiece protestacyjne przeciw działaniom „radomskich warchołów”.

Według raportu sporządzonego przez MSW na potrzeby Biura Politycznego na terenie 12 województw zastrajkowało 112 zakładów, w strajkach uczestniczyło ponad 80 tysięcy osób (w tym 20 800 w Radomiu i 14 200 w Ursusie). Dramatyczny los spotkał także robotników, którzy protestowali w mniejszych zakładach pracy na prowincji. Tutaj najczęściej nie docierali emisariusze Komitetu Obrony Robotników, o represjonowanych nie mówiło się w rozgłośni Wolna Europa, a częściowa rehabilitacja nastąpiła w 1981lub później.«

Wikipedia pisze o drakońskich podwyżkach cen. Według niej wynosiły one średnio 70%. Istotnie – były one wyższe niż w 1970 roku. Mięso i ryby zdrożały o 70%, nabiał 64%, ryż 150%, cukier 90%. Portal historyczny DZIEJE.PL tak opisuje przebieg tamtych wydarzeń:

„W Radomiu, Ursusie i Płocku doszło do pochodów i demonstracji, zakończonych starciami z MO, a w przypadku Radomia – dramatycznymi walkami ulicznymi. W Radomiu strajk rozpoczęli robotnicy Zakładów Metalowych im. gen. Waltera, którzy wyszli na ulicę, aby powiadomić o strajku inne zakłady i ruszyć pod gmach KW PZPR. Do strajku przyłączyły się załogi 25 przedsiębiorstw, łącznie ok. 17 tys. osób. W kulminacyjnym momencie na ulicach demonstrowało ok. 20 tys. osób.

Gdy przed siedzibą KW zgromadziło się kilka tysięcy ludzi, demonstranci, którzy weszli do budynku, nakłonili I sekretarza Janusza Prokopiaka do przekazania do Warszawy żądania odwołania podwyżki. Po dwóch godzinach oczekiwania, gdy okazało się, że w budynku nie ma już przedstawicieli partii (zostali ewakuowani), tłum zaczął niszczyć wyposażenie, a przed godz. 15.00 gmach podpalono. Władze skierowały do miasta oddziały ZOMO z Warszawy, Łodzi, Kielc i Lublina oraz Wyższej Szkoły Oficerskiej MO w Szczytnie – wieczorem oddziały MO liczyły ok. 1550 funkcjonariuszy. Doszło do gwałtownych walk, w czasie których młodzi ludzie wznosili barykady, rzucali kamieniami, cegłami, wyrwanym brukiem, a nawet butelkami z benzyną; MO posługiwała się pałkami, armatkami wodnymi i gazami łzawiącymi. Dwóch demonstrantów, Jan Łabęcki i Tadeusz Ząbecki, zginęło w tragicznym wypadku, zabitych przez rozpędzoną przyczepę wypełnioną betonowymi płytami, którą spychali w kierunku zomowców. Oprócz gmachu KW PZPR atakowano budynek KW MO i Urzędu Wojewódzkiego. Doszło do dewastacji sklepów i kradzieży. Oddziały MO opanowały sytuację w centrum miasta dopiero późnym wieczorem.

W Zakładach Mechanicznych Ursus od rana strajkowało 90% załogi. Robotnicy, którzy udali się pod gmach dyrekcji, usłyszeli tam wezwanie do powrotu do pracy. Wyszli na pobliskie tory kolejowe łączące Warszawę z Łodzią, Poznaniem i Katowicami, aby poinformować innych mieszkańców Polski o strajku. Ponad 1 tys. osób siedzących na torowisku tworzyło żywą zaporę i zatrzymywało pociągi. Aby na trwałe zablokować tory demonstranci próbowali przeciąć szyny palnikiem acetylenowym, a gdy to się nie udało rozkręcili je, a w powstałą wyrwę zepchnęli lokomotywę. Interwencja MO nastąpiła ok. 21.30, gdy tłum stopniał do kilkuset osób. Starcie trwało kilkanaście minut, po nim zaczęła się obława na demonstrantów.

W Płocku strajk wybuchł w Mazowieckich Zakładach Rafineryjnych i Petrochemicznych. Ok. godz. 14.00 przy jednej z bram doszło do spontanicznego wiecu, po którym grupa jego uczestników pomaszerowała pod gmach KW PZPR, ok. 17.00 tłum przed siedzibą partii liczył 2-3 tys. osób. Do zebranych przemówił I sekretarz. Część manifestantów ruszyła w stronę innych zakładów, ale ich pracownicy nie przyłączyli się do protestu. Po ogłoszeniu komunikatu o odwołaniu podwyżki, budynek KW obrzucono kamieniami, wybito kilka szyb, zaatakowano radiowóz straży pożarnej. Ok. godz. 21.00 demonstrantów zaatakowały ściągnięte z Łodzi oddziały ZOMO.”

Dwie nieścisłości wkradły się do tekstu Wikipedii. Pierwsza to, że podpalenie budynku KW miało miejsce 26 czerwca, podczas gdy w innych źródłach i w innym miejscu w Wikipedii podana jest data 25 czerwca. Druga to to, że w trakcie tych wydarzeń pojawili się emisariusze KOR-u, który oficjalnie powstał we wrześniu 1976 roku. Być może działali wtedy jeszcze nieoficjalnie, co dla pewnych organizacji jest stanem naturalnym.

Typowano, iż zamieszki mogą wystąpić w Warszawie, Gdańsku, Szczecinie, Krakowie oraz na Śląsku. Plany te nie uwzględniały Radomia, do którego 25 czerwca skierowano jedynie 75 funkcjonariuszy ZOMO.

Ach! Jakże fatalnie typowano! Tak starannie przygotowano się, obstawiono najważniejsze ośrodki w kraju, a tu masz ci babo placek! W Radomiu. Akurat tam, gdzie nie było prawie milicji i ZOMO. Taki pech!

Scenariusz wydarzeń był więc następujący:

  • przygotowanie operacji Lato 76
  • ogłoszenie podwyżek cen żywności
  • protesty już od rana następnego dnia
  • starcia z milicją i ZOMO
  • plądrowanie sklepów
  • podpalenie budynku komitetu wojewódzkiego partii
  • wycofanie się z podwyżek

Scenariusz, który do złudzenia przypomina ten sprzed sześciu lat z Wybrzeża. Jeśli scenariusz był taki sam, to znaczy, że układali go ci sami ludzie. A skoro ci sami, to znaczy, że nikt z prawdziwych decydentów nie został usunięty, pociągnięty do odpowiedzialności za masakrę z tamtych lat. Zmieniono zewnętrzny garnitur. Zaciągnięto kredyty, Polska „otworzyła się” na świat. „Ludziom żyło się lepiej, a Polska rosła w siłę.” Tak przynajmniej nam wmawiano. Dużo więc musiało się zmienić, by wszystko, poza kosmetycznymi zmianami, pozostało po staremu.

Były też pewne różnice. Nie użyto wojska i nie strzelano do ludzi z ostrej amunicji. Nowością były „ścieżki zdrowia”, które były jednym z przejawów represjonowania robotników. To stało się pretekstem do powstania KOR-u, który miał kontrolować kolejne przesilenie, czyli Sierpień ’80. Agenci KOR-u opanowali cały związek zawodowy Solidarność. Ci planiści, którzy zaplanowali Grudzień i Czerwiec, a zapewne też Marzec, już wiedzieli, że będzie kolejny strajk, który ogarnie cały kraj.

A skąd oni wiedzieli, że będzie taki strajk? Wiedzieli, bo wiedzieli, że pojawi się poważny kryzys. A skąd o tym wiedzieli? To proste. To oni udzielili Polsce kredytów, o których wiedzieli, że Polska nie będzie w stanie ich spłacić. Te kredyty były w dużym stopniu przeznaczone na uprzemysłowienie kraju. Powstały fabryki, które coś produkowały i to coś trzeba było sprzedać. Kredyty były w tzw. twardych walutach, których w Polsce nie było, bo była ona odcięta od gospodarki światowej. Sprzedaż towarów za waluty krajów demokracji ludowej nie wchodziła w grę, bo spłata kredytów musiała być w tej samej walucie, w której je zaciągnięto. Trzeba było sprzedawać te towary na Zachodzie, ale tam rynek był zamknięty, bo na nim rządzili ci, którzy dawali Polsce te kredyty. Sprzedaż czy inwestycje w tzw. Trzecim Świecie odbywały się najczęściej po cenach dumpingowych, co nie rozwiązywało problemu. Skutki nietrudno było przewidzieć. Problemy zaczęły się pojawiać już w pierwszej połowie lat 70-tych, co stwarzało okazję do wywołania zamieszek. I tak pojawił się Czerwiec ’76 – wstęp do Sierpnia ’80.

Poprzedni blog kończyłem cytatem z książki Historia towarzystw tajnych Feliksy Eger i tym razem też tak wypada:

W parę lat później, przyjaciel p. de Gougenot des Mousseaux, protestant, wysoki urzędnik w służbie państwa niemieckiego zostający, pisał do tego ostatniego: „W obecnych czasach widzę Żydów bardzo gorliwie pracujących nad zburzeniem podstawy naszego społeczeństwa i przygotowaniem rewolucji. Należą oni do rasy dziwnie hojnie obdarzonej, wydającej geniuszów na każdym polu i z wszelkiego rodzaju dążnościami; chcę powiedzieć ludzi oryginalnych, wysoko inteligentnych i bardzo czynnych… W r. 1848, roku przewrotów rewolucyjnych, miałem stosunki z pewnym Żydem, który przez próżność zdradzał tajemnice towarzystw tajnych, do których należał. Powiadamiał on mnie na osiem lub dziesięć dni naprzód o rewolucjach mających nastąpić w jakimkolwiek punkcie Europy. Wskutek tego nabrałem niezbitego przekonania, że te wszystkie ruchy ludów uciśnionych itd. itd. są z góry postanowione przez jakichś 12 indywiduów, które wydają rozkazy towarzystwom tajnym całej Europy. Grunt pod stopami naszymi jest cały podminowany, a Żydzi dostarczają duży kontyngent tych minerów”.

Grudzień ’70

Grudzień ’70 należy bez wątpienia do najtragiczniejszych wydarzeń w powojennej historii Polski. W trakcie tych zajść zginęło 41 osób, a według niektórych źródeł – 45. Dla porównania, w zamachu majowym zginęło 379 osób, 215 żołnierzy i 164 osoby cywilne. Dlaczego władze komunistyczne zdecydowały się na takie ekstremalne rozwiązanie? Co chciały przez to osiągnąć? Nic tam nie było dziełem przypadku. Wszystko zaplanowano i wykonano? Władza nie miała skrupułów, by strzelać do tłumu. Czy to były zabiegi zmierzające do pozbycia się Gomułki? Do tego nie potrzeba ofiar, jak pokazuje przykład usunięcia Gierka. A może to był fragment większej całości, pewnego planu, który miał doprowadzić do zmiany realiów politycznych w Europie Środkowej? A może chciano dokonać pewnego eksperymentu i sprawdzić ludzkie reakcje? Do jakiego stopnia można podporządkować sobie tłum, wykorzystując do tego swoich agentów? Jak on zareaguje na przemoc? Jak społeczeństwo zareaguje?

Oficjalnie przyczyną protestów były podwyżki cen żywności. Średnio wzrosły one o 23%. Polskie społeczeństwo, z natury raczej łagodne, nie reagowałoby tak gwałtownie na stosunkowo niewielką podwyżkę, nawet przed świętami Bożego Narodzenia. W latach 50-tych przeżyło wymianę pieniędzy, która okradła ludzi, ale protestów nie było. Zdarzały się natomiast samobójstwa.

Decyzję o podwyżce ogłoszono przez radio 12 grudnia wieczorem. To była sobota. Miała ona obowiązywać od poniedziałku 14 grudnia. Decyzję podjęto na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR 30l istopada. Jednak do całej operacji przygotowywano się znacznie wcześniej.

„Biuro Polityczne KC PZPR zdawało sobie sprawę, że wzrost cen głęboko dotknie obywateli i stanie się powodem niezadowolenia społecznego. Liczono się z demonstracjami i groźbą wybuchu zamieszek. Od czerwca 1969 r. do maja 1970 r. szef Głównego Inspektoratu Obrony Terytorialnej, wiceminister gen. Grzegorz Korczyński, nadzorował opracowanie planu „zabezpieczania reformy gospodarczej” przez wojsko. W pracach planistycznych wykorzystano m.in. doświadczenia z krwawej pacyfikacji Poznania w czerwcu 1956 r. oraz inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację z sierpnia 1968 r. W dniu 8 grudnia 1970 r. minister obrony narodowej, gen. Wojciech Jaruzelski, wydał rozkaz, w którym określił zasady współdziałania LWP z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych w przypadku wybuchu strajków.” – Tak to opisuje na swojej stronie Wojskowe Biuro Historyczne.

W protestach brało udział kilkanaście tysięcy osób. Po stronie rządowej było 27 tysięcy żołnierzy, 5 tysięcy milicjantów, 550 czołgów, 700 transporterów opancerzonych. Wyglądało to więc na jakieś manewry, ćwiczenia w terenie zabudowanym. Jeszcze jestem w stanie zrozumieć transportery opancerzone, ale czołgi! To była większa operacja LWP niż w Czechosłowacji. Tam było 24 tysiące żołnierzy. W Czechosłowacji zginęło 72-108 osób. Interwencja trwała miesiąc. W Polsce od 14 do 22 grudnia i 41-45 zabitych.

W poniedziałek 14 grudnia robotnicy Stoczni Gdańskiej odmówili podjęcia pracy i wielotysięczny tłum udał się pod siedzibę Komitetu Wojewódzkiego w Gdańsku. Zażądali spotkania z pierwszym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR, a od dyrektora stoczni podjęcia negocjacji w sprawie cofnięcia podwyżek. Ich postulaty nie zostały spełnione. Tego dnia doszło też do pierwszych starć z milicją. Przed południem delegacja stoczniowców próbowała rozmawiać z rektorem Politechniki Gdańskiej, a o 17-tej próbowano zorganizować tam wiec, ale bez powodzenia. W związku z tym udano się pod gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR, gdzie udało się go zorganizować. Podobny odbył się na placu przed dworcem głównym. W tych wiecach wzięli udział również studenci Politechniki Gdańskiej i Akademii Medycznej.

Można w tym miejscy zapytać: jak to możliwe, że podwyżki ogłoszono w sobotę wieczorem, a w poniedziałek rano robotnicy byli już doskonale zorganizowani. Ale nie tylko oni. Również milicja była na posterunku. Skąd milicja wiedziała, że będzie strajk? Wielotysięczny tłum, a takim była przecież załoga Stoczni Gdańskiej, nie mógł tak sam z siebie zorganizować się i do tego tak szybko. Wynika z tego, że cała załoga już wcześniej musiała być poddana intensywnej agitacji.

15 grudnia ogłoszono strajk powszechny, do którego przyłączyły się inne przedsiębiorstwa, m.in. Stocznia im. Komuny Paryskiej w Gdyni i pracownicy elbląskiego Zamechu. W skład pierwszego komitetu strajkowego weszli Zbigniew Jarosz (przewodniczący), Jerzy Górski (zastępca przewodniczącego), Stanisław Oziębło, Ryszard Podhajski, Kazimierz Szołoch, Lech Wałęsa, Zofia Zejser. Robotnicy udali się pod gmach KW PZPR na wcześniej zapowiedziany więc. Po drodze napotkali oddziały milicji. Doszło do walk ulicznych i starć z milicją. Późnym wieczorem podpalono budynek Komitetu Wojewódzkiego. Ogłoszono strajk okupacyjny. Wojsko i milicja zablokowały porty i stocznie.

Gdy płonął budynek komitetu wojewódzkiego partii, pensjonariusze domu poprawczego w Malborku rozpoczęli rabunek sklepów przy ulicy Rajskiej i sąsiednich. Cześć manifestantów próbowała ich powstrzymać, ale bez rezultatu. Około południa stoczniowcy zdobyli czołg, który zabezpieczono na terenie Gdańskiej Stoczni Remontowej. Około godziny 16-tej przed samym dworcem kolejowym został zastrzelony przez snajpera człowiek, który być może był tylko przechodniem, gdyż w tym czasie walki toczyły się pod komendą milicji, a nie na placu dworcowym. Strzał padł od strony wiaduktu Błędnik, gdzie nie było wtedy ani wojska, ani milicji. Musiał więc strzelać snajper, prawdopodobnie ulokowany w wieżowcu Centrum Techniki Okrętowej przy Błędniku. Potem stoczniowcy złożyli na środku hali dworcowej zwłoki kolegi rozjechanego przez czołg, rozbili dworcową kwiaciarnię i podpalili kasy dworcowe. Gdy oddziały wojska i milicji pojawiły się na Błędniku i od strony komitetu, manifestanci, którym groziło otoczenie, wpadli na dworzec i do stojącej jeszcze kolejki elektrycznej i odjechali zanim pojawili się milicjanci.

To są informacje z Wikipedii. Trudno oprzeć się wrażeniu, że te wydarzenia to jedna wielka prowokacja, sztucznie wywołany konflikt. Rabunki, podpalenia to zwykły wandalizm. Zapewne zwykłych robotników nie byłoby stać na takie zachowanie. Wielu ludzi z zewnątrz musiało być w to zaangażowanych, przeszkolonych i opłaconych. Skoro ktoś podpalił budynek komitetu partii, to znaczy, że już wcześniej podjął taki zamiar i musiał się do niego przygotować, choćby poprzez zdobycie i zabranie ze sobą materiałów łatwopalnych, bo samymi zapałkami, to można jedynie „podpalić” papierosa. A skąd się wzięli w Gdańsku pensjonariusze domu poprawczego w Malborku?

Dzień 16 i 17 grudnia jest dokładniej opisany na stronie Wojskowego Biura Historycznego i z niej pochodzi poniższy fragment:

„Operacją wojskową w Trójmieście kierował gen. Stanisław Antos. Użycie czołgów i transporterów opancerzonych przeciwko bezbronnym ludziom nieuchronnie musiało doprowadzić do tragedii. 15 grudnia w okolicy Dworca Głównego PKP w Gdańsku transporter opancerzony TOPAS z 7. Łużyckiej Dywizji Desantowej zmiażdżył gąsienicami jednego z protestujących. Mimo tej tragedii do Gdańska ściągały coraz to nowe pododdziały. Następnego dnia wojsko otoczyło teren Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Gdy strajkujący próbowali opuścić teren zakładu, żołnierze 16. Dywizji Pancernej i 13. pułku Wojsk Obrony Wewnętrznej otworzyli ogień z karabinków i pistoletów maszynowych. Od kul zginęli dwaj stoczniowcy, a jedenastu kolejnych zostało rannych. Na ulicach Gdańska strzelała także milicja. Łącznie w Gdańsku straciło życie 16 ludzi. Wobec groźby władzy, że Stocznia Gdańska zostanie zrównana z ziemią przez ciężką artylerię, strajkujący ustąpili. Kolejne dni przyniosły Gdańszczanom represje i szykany. Zamordowanych chowano na cmentarzach nocami, po cichu i w tajemnicy. Niemal natychmiast po pacyfikacji zbuntowanego miasta Służba Bezpieczeństwa przystąpiła do przeciwdziałania próbom upamiętnienia ofiar masakry.

W odróżnieniu od Gdańska, gdzie spłonął budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR, demonstracje w Gdyni miały na ogół spokojny przebieg. Mimo to, to właśnie Gdynianie ponieśli najkrwawszą ofiarę grudniowej masakry.

W nocy z 16 na 17 października milicja i żołnierze 8. Drezdeńskiej Dywizji Zmechanizowanej im. Bartosza Głowackiego otoczyli teren Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Jednocześnie w radiu i telewizji nadano wystąpienie Stanisława Kociołka, w którym wzywał stoczniowców do powrotu do pracy. Gdy wczesnym rankiem robotnicy wysiedli z pociągów na przystanku Gdynia-Stocznia, drogę do pracy zagrodziły im czołgi i żołnierze celujący do nich z ręcznych karabinów maszynowych. Napięcie sięgnęło zenitu, wojsko otworzyło ogień. W wyniku serii z broni maszynowej zginęło 11 stoczniowców. Ciało jednego z zabitych, Zbigniewa Godlewskiego, roztrzęsieni demonstranci położyli na drzwiach i ponieśli w kierunku budynku Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Pochód został kilkukrotnie obrzucony granatami dymnymi wystrzeliwanymi z ziemi i ze śmigłowców krążących nad Gdynią. W Śródmieściu milicja i wojsko ponownie otworzyły ogień do manifestantów. Padli ranni i zabici. Łącznie w masakrze zginęło 18 ludzi. Złapanych manifestantów poddawano brutalnym torturom w katowni urządzonej w budynku Prezydium MRN. Szczególnie okrutnie traktowano młodzież.

Gdy do Szczecina dotarły informacje o protestach w Trójmieście, robotnicy Stoczni im. Adolfa Warskiego wylegli na ulice. Oprócz stoczni do strajku przystąpiło szereg zakładów pracy w samym mieście i jego okolicach.

17 grudnia napięcie w Szczecinie rosło z godziny na godzinę. Dochodziło do licznych starć między protestującymi a milicją. Apogeum walk ulicznych stało się podpalenie budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR i Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. W celu spacyfikowania demonstrantów, w kierunku najważniejszych obiektów w mieście, z koszar wyjechały pododdziały z: 12. Dywizji Zmechanizowanej, 12. Brygady Wojsk Ochrony Pogranicza, 12. pułku pontonowego i 16. batalionu pontonowego Wojsk Obrony Wewnętrznej oraz 36. pułku inżynieryjno-budowlanego. Pojawienie się wojska na ulicach nie uspokoiło nastrojów, wręcz przeciwnie – dochodziło zarówno do walki, jak i prób bratania się z żołnierzami. W zamieszaniu wojskowi wielokrotnie uciekali się do użycia broni. Oddawano strzały w powietrze, w bruk, jak również w kierunku demonstrujących. Symbolem szczecińskiej tragedii stała się śmierć 16-letniej uczennicy, Jadwigi Kowalczyk. Dziewczynka obserwowała demonstrację przez okno ze swojego pokoju, gdy przypadkowo wystrzelony pocisk trafił ją prosto w głowę. Kolejny dzień – 18 grudnia – nie przyniósł uspokojenia. Wojsko otworzyło ogień do demonstrujących przed Stocznią im. Adolfa Warskiego, zabijając dwóch młodych chłopców i raniąc wielu innych. Łącznie w Szczecinie śmierć ponosiło 16 ludzi, a kilkuset zostało rannych. W obliczu groźby utraty życia na ulicach, robotnicy podjęli strajk okupacyjny na terenie swoich zakładów pracy. Zawiązał się Okołomiejski Komitet Strajkowy, zrzeszający większość szczecińskich zakładów pracy, który przejął faktyczną władzę na życiem miasta. Negocjacje pomiędzy robotnikami a władzą trwały do 22 grudnia 1970 r. i zakończyły się zawieszeniem strajku na czas świąt.”

Stocznie zostały spacyfikowane. We wszystkich objętych zamieszkami miastach Wybrzeża obowiązywały stan wyjątkowy i godzina milicyjna. Zginęło 41 osób. Niektóre źródła podają, że 45 osób. Kto wydał rozkaz strzelania do bezbronnych osób? Władze PZPR. A kto był tą władzą? Biuro Polityczne w składzie: Władysław Gomułka, Marian Spychalski, Józef Cyrankiewicz, Ignacy Loga-Sowiński, Mieczysław Moczar, Wojciech Jaruzelski, Alojzy Karkoszka, Zenon Kliszko, Kazimierz Świtała, Tadeusz Pietrzak. Zgodnie z rozkazem Gomułki strzały, po ostrzegawczej salwie w górę, miały być oddawane w nogi. Trudno więc w takiej sytuacji znaleźć winnego. Ktoś jednak ten rozkaz wydał. Nie dowiemy się kto, bo tak to wszystko jest zorganizowane, że prawdziwi decydenci są zawsze anonimowi.

Może więc warto sięgnąć do historii, by poznać od kuchni zasady działania władz i metody, jakimi one posługują się. To zapewne jest niezmienne. Różnica jest taka, że obecne władze dysponują bez porównania większymi możliwościami ze względu na postęp techniczny. Pisząc „władze” mam na myśli oczywiście te prawdziwe, tajne. Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych oparła się na rozprawie jezuity Nicolasa Deschampsa (1797-1873) i pracach innych badaczy zajmujących się problematyką masonerii. Poniżej fragment, który może choć trochę ułatwi zrozumienie tego, co działo się w grudniu 1970 roku na Wybrzeżu i nie tylko wtedy i nie tylko tam.

»W pierwszych chwilach wybuchu rewolucyjnego, zapanowało we Francji ogólne przerażenie. Najstraszniejsze wieści krążyły po kraju, rozruchy i pożary wybuchały wszędzie, lękano się wszystkiego. Taine w swej Historii rewolucji stawia pytanie, czy popłochu tego nie wywołały „ukryte, przekupione ręce”, na które to pytanie odpowiada zarazem: „Współcześni byli tego pewni, rzecz jest możliwą”. Nie tylko możliwą, ale i pewną, jak tego mamy niepodlegające wątpliwości świadectwo Bertranda de Molleville, ministra Ludwika XVI, dowodzącego, że program cały postępowania przygotowany był w komitecie propagandy w Loży Połączonych Przyjaciół. Projekt działania za pomocą terroryzmu, podał Adrian Duport, jeden z członków zgromadzenia, badacz historii i taktyki rewolucji dawnych i nowszych czasów, przyjęty do najtajniejszych narad fakcji filozoficznej. On to, wystosowawszy odpowiedni memoriał, przekonał członków komitetu, że jedynie terroryzmem wywołać można rewolucję i że należy w tym celu poświęcić kilka znanych postaci. Wskazał nawet pierwsze ofiary. Plan Adriana Duport został przyjęty. Niedługo potem widziano głowy pp. de Launey, de Flesselles, Bertlüer i Foulon obnoszone na pikach po ulicach Paryża. Niecny ten owoc filantropii i wolności, w obronie których niby to walczono, sprawił odpowiednie skutki. Pod wpływem przerażenia wszyscy wahający się dotychczas powiększyli liczbę rewolucjonistów. Szli oni bez przekonania, ale w celu własnej obrony. W r. 1789 Mirabeau zakomunikował plan Duporta Chamfortowi, ten zaś Marmontelowi.

Wskazówki dane przez tego ostatniego w swych pamiętnikach, odpowiadają zupełnie temu, co mówi p. de Molleville: „Pieniądze i pozwolenie rabunku wszechwładnie działają na lud. Dowód tego mieliśmy właśnie na przedmieściu św. Antoniego. Nie uwierzylibyście nawet, jak mało kosztowało ks. orleańskiego zburzenie fabryki uczciwego Reveillona, który spośród tego samego ludu stu rodzinom dawał utrzymanie. Mirabeau utrzymuje, że za tysiąc luidorów można wywołać ładne zaburzenie… Czy naród wie, czego pragnąć? Każą mu pragnąć i wyrazić życzenia, o których on nigdy nie pomyślał… Lud jest wielką trzodą myślącą jedynie o pastwisku, którą przy pomocy dobrych psów, pasterze prowadzą jak tylko chcą. Zresztą jego to dobra pragniemy, jakkolwiek bez jego wiedzy. Ani rząd, ani religia, ani obyczaje, ani towarzyskie stare przesądy nie zasługują na żadne względy. Wszystko to wzbudza politowanie i wstyd przynosi w wieku takim jak nasz. Nowe plany potrzebują oczyszczonego gruntu. Do owładnięcia mieszczaństwem, klasą niemającą wiele do stracenia, a mogącą dużo zyskać, jest wiele środków. Głód, niedostatek, pieniądze, postrach wybuchu, przerażające wieści, za pomocą których można wśród ludu wywołać trwogę do wściekłości ich doprowadzającą. Klasa bardziej oświecona wydaje eleganckich mówców, lecz wszyscy oni są niczym w porównaniu z tymi Demostenesami, którzy za talara w karczmach, na placach publicznych, w ogrodach i na wybrzeżach głoszą o spustoszeniach, pożarach wiosek, zrównaniu ich z ziemią, zalaniu krwią, o zamiarach oblężenia i zagłady Paryża ( W celu szybszego wywołania rewolucji w Paryżu ks. orleański zabrał wszystko zboże i wywiózł je na wyspę Jersey i Guernesey, a koryfeusze rewolucji oskarżali rząd o umyślne wywołanie głodu.). Użycia podobnych środków wymaga przewrót socjalny. Czyżby można dokazać czegokolwiek z tym ludem, gdyby go się okiełzało zasadami uczciwości i sprawiedliwości? Ludzie uczciwi są słabi i nie mają dosyć zuchwalstwa. Lud jest dlatego dobrym czynnikiem rewolucyjnym, że nie ma zasad moralnych. Tym, którzy w środkach nie przebierają, oprzeć się nie można. Nie ma ani jednej z dawnych cnót, która by nam pożyteczną być mogła. Innych cnót potrzeba ludowi”. Barruel, żyjący podczas rewolucji w Paryżu, wyjaśnia przyczynę tak łatwego kierowania ludem. „Od r. 1788 mówi on, robotnicy nasi z przedmieścia S. Antoine i S. Marceau, wtajemniczani bywali gromadnie do lóż masońskich. Zniesienie cechów sztuk i rzemiosł dało masom przewagę, tak drogo okupioną nieszczęściami klasy rzemieślniczej”.«

Czy naród wie, czego pragnąć? Każą mu pragnąć i wyrazić życzenia, o których on nigdy nie pomyślał… – no właśnie! Od czego są postulaty? Każdy strajk, to jakieś postulaty. A kto je tworzy? Robotnicy?

Ani rząd, ani religia, ani obyczaje, ani towarzyskie stare przesądy nie zasługują na żadne względy. – A więc żadnych skrupułów, żadnej litości dla jakichkolwiek wartości.

Nowe plany potrzebują oczyszczonego gruntu. – To tak jak ze starym budynkiem. Lepiej go zburzyć i zbudować nowy. Nowy rząd jest o wiele bardziej wiarygodny dla ludu niż stary. Jest to stwarzanie dla niego nowej nadziei, a dla nowego rządu czas do następnego kryzysu. Wszyscy ci ludzie przychodzą do odegrania pewnej roli, jaką im przypisano i mają tego świadomość. Tworzą więc frakcje, partie, programy i kłócą się ze sobą. A wszystko to po to, by zawrócić w głowie nieświadomemu niczego ludowi. Gdy przychodzi ich czas, to odchodzą. Na ich miejsce przychodzą inni, gdy nowy plan ma być wprowadzony.

Dlaczego wydarzenia na Wybrzeżu były tak krwawe? Widocznie takimi musiały być, bo tak zaplanowano. Co chciano w ten sposób osiągnąć? Trudno oceniać Grudzień ’70 w oderwaniu od pozostałych „polskich miesięcy”, od Marca ’68, Czerwca ’76, Sierpnia ’80, a może nawet od Października ’56. Według niektórych ocen Marzec ’68 wyszedł na dobre Polsce, bo wielu Żydów opuściło Polskę i w ten sposób w opozycji mogli również działać Polacy. Może tak właśnie chciała strona żydowska, by Polacy tak myśleli. Więcej Żydów wyjechało z Polski w latach 50-tych i na początku lat 60-tych niż w 1968 i 1969 roku. Ale jest ich w Polsce tak dużo i zajmują tak ważne stanowiska, że to nie miało znaczenia. Może więc ten Grudzień ’70 i Czerwiec ’76 potrzebne były jako uzasadnienie do powstania KOR-u i zdominowania opozycji. W każdym razie po Marcu nikomu nie przyszłoby do głowy, by podejrzewać, że za wypadki na Wybrzeżu są odpowiedzialni Żydzi. Kozioł ofiarny się znalazł. Ale on takie zadanie miał do wykonania i je wykonał, to znaczy wziął na siebie całą odpowiedzialność.

Marzec ’68

Nigdy nie miałem dobrego zdania o filozofii. Uważałem, że to nauka czy dziedzina oderwana od rzeczywistości, ale myliłem się. Leon Leszek Szkutnik to autor samouczków do języka angielskiego i niemieckiego, ale również tomików poezji czy refleksji pisanych w tych językach. W jednym z nich wyłowiłem taką perełkę.

Es gibt keine Wirklichkeit an sich. Eine Wirkichkeit kann sich ereignen. Muss aber nicht. Ein unwirkliches Leben nennt man normal. – Nie ma rzeczywistości samej w sobie. Rzeczywistość może się wydarzyć. Może, ale nie musi. Nierzeczywiste życie nazywamy normalnym.

Jeszcze nie tak dawno temu powiedziałbym, że jest to filozofowanie, jakieś chore wymysły. Ale obecnie, w naszej „pandemicznej”, sztucznie wykreowanej rzeczywistości, to już nie jest filozofowanie, to nasza rzeczywistość. Szkutnik napisał, że rzeczywistość może się wydarzyć. Może nie chciał napisać dosłownie, że ktoś tę sztuczną rzeczywistość stwarza, może chciał, by czytelnik sam domyślił się, jaka jest rzeczywistość, czy może nierzeczywistość. Prawie wszyscy chodzą w maskach, choć nie ma żadnego zagrożenia, bo śmiertelność jest na poziomie zwykłej grypy. A że ludzie chorują? Zawsze na coś chorują. W mediach jest tylko jeden temat, inne nie istnieją. Żyjemy w podstawionej rzeczywistości. No właśnie! – W podstawionej. I tę podstawioną zaczynamy uważać za normalną. Czy zatem, oprócz tej podstawionej, istnieje jakaś niepodstawiona? Czy istnieje rzeczywistość sama w sobie? Może więc ta filozofia nie jest taka zupełnie oderwana od rzeczywistości. Od rzeczywistości czy nierzeczywistości?

Ten wstęp był po to, by ułatwić zrozumienie tego, że Marzec 68 był również podstawioną rzeczywistością. To był sztucznie wykreowany konflikt. Przeczytałem wiele artykułów dotyczących tej problematyki, ale najpełniej opisuje to wydarzenie Wikipedia i z niej pochodzą poniższe informacje.

Przykręcanie śruby zaczęło się w parę miesięcy po Październiku ’56. Na początku lat 60-tych pojawiła się w partii frakcja tzw. Partyzantów pod przewodnictwem Mieczysława Moczara. Reprezentowali oni nurt patriotyczno-narodowy i antysemicki. „List 34” z 1964 roku to był protest intelektualistów, dotyczący swobód w dziedzinie kultury. W listopadzie 1964 roku wykluczono z partii Modzelewskiego i Kuronia. W odpowiedzi skierowali oni list otwarty do członków partii krytycznie analizujący sytuację w kraju. Za jego rozpowszechnianie zostali w marcu 1965 roku skazani na 3 lata więzienia. W październiku tego roku zostaje usunięty z PZPR Leszek Kołakowski. Druga połowa lat 60-tych to też szereg procesów twórców takich jak m.in. M. Wańkowicz, który zostaje skazany na pozbawienie wolności, ale wyroku nie wykonano.

Tak naprawdę coś się zaczęło dziać od 5 czerwca 1967 roku, od wybuchu tzw. wojny sześciodniowej, wojny izraelsko-arabskiej. Związek Radziecki potępił Izrael i zerwał z nim stosunki dyplomatyczne. Podobnie postąpiły władze polskie. Zaczęły one organizować wiece w zakładach pracy, potępiające żydowskie „zapędy imperialistyczne”. Jednak większość obywateli sympatyzowała z Izraelem. Tak przynajmniej utrzymuje Wikipedia. MSW i podległe służby zaczęły rejestrować proizraelskie wypowiedzi. Tego typu ludzi określano mianem syjonistów. Czy tak faktycznie było? Być może ludzie faktycznie cieszyli się, że sojusznicy Związku Radzieckiego ponieśli porażkę. Nie sądzę jednak, by ktoś na ulicy czy w innych publicznych miejscach wyrażał swoje zadowolenie. Zaczęto sztucznie kreować antysemityzm, a pretekstem do tego był fakt, że niektórzy cieszyli się ze zwycięstwa Izraela. Tylko czy to był fakt, czy tak ustalono, że ktoś się cieszy? A nawet jeśli ktoś się cieszył, to co z tego? Czy to stanowiło dla kogoś jakieś zagrożenie, a już szczególnie dla państwa?

Wojna sześciodniowa to była wojna pomiędzy Izraelem a Egiptem, Jordanią i Syrią. W tę wojnę zaangażowały się także Irak, Arabia Saudyjska, Kuwejt i Algieria. 13 maja 1967 przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej ZSRR Nikołaj Podgorny przekazał egipskiemu wiceprezydentowi Anwarowi Sadatowi fałszywą informację o koncentracji 12 izraelskich brygad przy granicy z Syrią. Wprowadzeni w błąd Egipcjanie byli przekonani, że Izrael przygotowuje się do inwazji. Dlatego ich reakcja była natychmiastowa i zdecydowana. 14 maja prezydent Naser zarządził mobilizację armii i rozpoczęto przerzucanie wojsk na półwysep Synaj, na którym stacjonowały siły UNEF – Doraźne Siły Narodów Zjednoczonych.

Zawsze wydawało mi się, że od rozpoznania zagrożenia zewnętrznego danego państwa jest jego wywiad wojskowy. Niby na granicy z Syrią Izrael skoncentrował 12 brygad, a informacja jest przekazana wiceprezydentowi Egiptu, który oddziela od Izraela Półwysep Synaj, na którym stacjonują wojska ONZ. Skąd więc taka panika, skoro informacja jest niepotwierdzona, a Egipt nie jest bezpośrednio zagrożony?

16 maja 1967 szef sztabu egipskiej armii generał Mohammed Fawzy zażądał wycofania międzynarodowych sił pokojowych UNEF z Synaju. Fawzy napisał w liście do dowódcy sił UNEF: „Do twojej wiadomości, wydałem rozkaz wszystkim siłom zbrojnym Egiptu być gotowym do działań przeciwko Izraelowi, który może przeprowadzić agresywne działania przeciwko jakiemukolwiek państwu arabskiemu. Z powodu tego rozkazu nasze wojsko już jest skoncentrowane na Synaju na naszej wschodniej granicy. Przez wzgląd na bezpieczeństwo wojsk ONZ, które stacjonują wzdłuż naszych granic, proszę abyś wydał rozkaz natychmiastowego ich wycofania”. Dowódca sił UNEF, generał Indar Jit Rikhye, odpowiedział, że musi poczekać na decyzję sekretarza generalnego ONZ.

Sekretarz U Tant podjął próbę negocjacji z Egipcjanami, a następnie 18 maja zaproponował Izraelowi przegrupowanie międzynarodowych sił pokojowych UNEF na terytorium Izraela, by mogły one nadal wypełniać swoją misję rozjemczą na granicy. Wobec odmowy, 18 maja 1967 U Thant wyraził zgodę na ewakuację sił UNEF z półwyspu Synaj i ze Strefy Gazy.

Czyż to nie jest jakaś kpina? Wyraźne kreowanie konfliktu: fałszywa informacja Podgornego, wojska ONZ-tu, ze względu na bezpieczeństwo, wycofują się z terenu, na którym ma być prowadzona wojna, bo tak im zasugerował egipski generał, a sekretarz U Tant wyraża zgodę na wycofanie wojsk ONZ. To już nawet nie jest kpina, to cyrk na kółkach, tym większy, jeśli się porówna siły obu walczących stron.

Siły Izraela i krajów arabskich (Egipt, Syria, Jordania, Irak):

  • żołnierze 264 000 – 310 000
  • samoloty 197 – 780
  • czołgi 1 300 – 1 600
  • działa artylerii 960 – 1700

Straty Izraela i krajów arabskich odpowiednio:

  • zabitych 779 – 20 000
  • rannych 2 563 – 34 500
  • samolotów 46 – 463
  • czołgów 80 – 725
  • dział artylerii 0 – 750

10 czerwca 1967 roku o godzinie 18.30 ogłoszono zawieszenie broni na froncie izraelsko-syryjskim. W momencie wprowadzenia rozejmu wojskom izraelskim brakowało kilku godzin, by dotrzeć do przedmieść Damaszku. Dziwna wojna. Dla porównania stosunek niemieckich do polskich sił w kampanii wrześniowej:

  • działa 10 000 – 4 300
  • czołgi 2 700 – 880
  • samoloty 1 300 – 400
  • żołnierze 1,6 mln – 1 mln
  • zabici 16 843 – 66 000
  • ranni 36 473 – 133 700.

Kampania wrześniowa trwała ponad miesiąc, a tam tylko 6 dni. W kampanii wrześniowej silniejszy przeciwnik wygrał dopiero po miesiącu. W przypadku wojny sześciodniowej słabszy przeciwnik nie tylko nie przegrywa, ale ponosi minimalne straty. W wyniku tej wojny Izrael zajmuje Półwysep Synaj od strony Egiptu i Wzgórza Golan od strony Syrii. Strona arabska miała przewagę praktycznie we wszystkim. Do tego była to wojna na dwa fronty: Egipt od zachodu, pozostałe państwa od wschodniej strony Izraela. Czy wojska arabskie i ich dowództwo było rzeczywiście tak nieudolne, czy to wszystko zostało wyreżyserowane? A jeśli tak, to w jakim celu?

19 czerwca 1967 roku Gomułka wygłasza przemówienie, w którym oskarżył Żydów mieszkających w Polsce o działanie na szkodę państwa. Określił ich mianem piątej kolumny. Podobno taka reakcja była wynikiem rozmowy, podczas której Breżniew zwracał Gomułce uwagę, że towarzysze żydowscy otwarcie krytykują politykę Związku Radzieckiego wobec państwa Izrael. Tak więc w sztuczny sposób podsycano w Polsce nastroje antysemickie. Przeprowadzano czystki w wojsku, milicji, organach bezpieczeństwa i innych instytucjach państwowych. Podobnie było na uczelniach. Usuwano profesorów pochodzenia żydowskiego.

W sumie można by sobie zadać pytanie: z jakiego powodu ich usuwano? Tylko dlatego, że byli Żydami? Przecież mieli obywatelstwo polskie, byli zatrudniani na podstawie jakichś umów o pracę i jeśli nie łamali regulaminu pracy i przestrzegali przepisów prawa, to nie było podstawy do ich zwolnienia. Nie było takiego paragrafu, który dawał podstawę do zwolnienia na podstawie narodowości i na podstawie tego, że ktoś otwarcie cieszył się z sukcesów armii izraelskiej. Poziom tej argumentacji każe przypuszczać, że to właśnie Żydzi byli inspiratorami tej nagonki. A dlaczego nie używali innych argumentów? Innych nie było. Skoro odstawiono taki cyrk jak wojna sześciodniowa, to znaczy, że wszystko można.

Krytyką zajmowali się towarzysze żydowscy. Czy tak było, czy tak powiedział Breżniew? Prawdy nie dowiemy się. Znamy tylko oficjalną wersję i to, że zwolnienia dotyczyły nie tylko towarzyszy żydowskich, ale i wielu innych osób. A czy były to faktycznie zwolnienia, czy te osoby same się zwalniały, podając jako przyczynę antysemityzm? Tego też się nie dowiemy. Jednak masowość zjawiska, z partii zwolniono ponad 8 tys. członków, wskazuje, że chyba nie o krytykę tu chodziło. Co miał do powiedzenia przeciętny członek partii, nawet jeśli był Żydem, i kto by się liczył z jego zdaniem?

W listopadzie 1967 roku przypadała 50 rocznica wybuchu rewolucji październikowej. Z tej okazji przygotowano w Polsce szereg imprez o charakterze propagandowym, kulturalnym i naukowym. Dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie Kazimierz Dejmek zdecydował się wystawić w nowoczesnej inscenizacji Dziady Adama Mickiewicza. Premiera odbyła się 25 listopada 1967 roku.

Spektakl nie spodobał się Wydziałowi Kultury KC PZPR w związku z czym zakazano drukowania pozytywnych recenzji. 21 grudnia Kazimierz Dejmek został wezwany na rozmowę z kierownictwem Wydziału Kultury KC. Spektakl skrytykowano za wydźwięk antyradziecki i „religianctwo”. Dejmek argumentował, że utwór nie jest antyradziecki tylko antycarski. Natomiast Gomułka stwierdził, że „Dziady” wbijają nóż w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej. Jednak było inaczej. W dzienniku Prawda ukazała się pozytywna recenzja i rozważano wystawienie Dziadów w Moskwie.

Tak to opisuje Wikipedia, ale nie dodaje, że w PRL-u funkcjonowało coś takiego jak cenzura. Nic nie mogło trafić do publiczności, jeśli wcześniej nie zostało sprawdzone i zaakceptowane przez cenzora. I tak było z tym spektaklem. Tę inscenizację musiał wcześniej obejrzeć cenzor i ją zaakceptować. Gdyby Dejmek próbował zrobić coś inaczej, to w pięć minut przestałby być dyrektorem. A skoro tak zrobił, to znaczy, że miał na to zgodę władz. Czyli że władza sama szykowała prowokację. Inna sprawa to to, że do obchodów rocznicy rewolucji wybrano utwór, który w żaden sposób nie nawiązywał do niej. Bo gdyby nawiązywał, to publiczność nie miałaby okazji do żywiołowych reakcji. Wszystko zostało dokładnie wyreżyserowane i prawdopodobnie publiczność również starannie dobrana i poinstruowana, jak ma reagować.

Po czterech pierwszych przedstawieniach poinformowano Dejmka, że spektakl może być grany tylko raz w tygodniu i ma on odnotowywać reakcję publiczności, która podobno wznosiła hasła antyradzieckie i antyrosyjskie. 16 stycznia zawiadomiono Dejmka, że 30 stycznia odbędzie się ostatnie przedstawienie. Po ostatnim, jedenastym przedstawieniu, doszło do manifestacji studentów, którzy złożyli pod pomnikiem Mickiewicza białe i czerwone kwiaty i transparent „Żądamy dalszych przedstawień”. Już praktycznie po manifestacji interweniowała milicja. Aresztowano 35 manifestantów, z których dziewięciu pociągnięto do odpowiedzialności i ukarano grzywnami od 500 do 3000 zł. Wśród ukaranych byli m.in. Andrzej Seweryn i Jan Lityński.

Studenci zaczęli zbierać podpisy pod petycjami do rządu, w których protestowano przeciwko ograniczeniom w kulturze i żądano przywrócenia przedstawień. Najbardziej aktywne było środowisko tzw. Komandosów, w którym prym wiedli Adam Michnik, Henryk Szlajfer, Seweryn Blumsztajn, Jan Lityński, Karol Modzelewski i inni. Nazywali się tak ze względu na fakt, że często znienacka pojawiali się na zebraniach organizacji młodzieżowych, podczas których zadawali kłopotliwe pytania i wygłaszali kontrowersyjne opinie. Pojawili się oni w połowie lat 60-tych.

22 lutego przywódcy ruchu studenckiego podjęli decyzję o zorganizowaniu wiecu w obronie studentów usuniętych z uczelni. Miało to nastąpić w tydzień od zebrania się Związku Literatów Polskich. Zebranie miało odbyć się 29 lutego, a więc data wiecu na UW wypadała na dzień 8 marca. 4 marca usunięto z uczelni Adama Michnika i Henryka Szlajfera za przedstawienie relacji z zajść reporterom prasy francuskiej. 7 marca władze Uniwersytetu Warszawskiego wydały zarządzenie, zgodnie z którym uznano zgromadzenie za nielegalne. 8 marca rano władze aresztowały przywódców studenckiego protestu Szlajfera, Seweryna, Blumsztajna, Lityńskiego, Modzelewskiego i Kuronia.

W południe 8 marca odbył się na dziedzińcu UW wcześniej zaplanowany wiec. Rozdawano ulotki i wzywano do obrony podstawowych praw obywatelskich. Uchwalono rezolucję, w której domagano się przywrócenia praw studenckich Michnikowi i Szlajferowi oraz zwolnienia od odpowiedzialności innych studentów. Gdy studenci rozchodzili się, na dziedziniec wjechało kilka autokarów, z których wysiadły oddziały ZOMO i ormowców ubrane po cywilnemu i zaczęły wyłapywać pojedyncze osoby i wywozić je poza teren uniwersytetu. Około godziny 13-tej prorektor wezwał studentów do rozejścia się. Po kwadransie zgodził się na rozmowy, w wyniku których milicjanci opuścili teren uniwersytetu. Ale już o godzinie 14-tej wrócili ormowcy, a pół godziny później pojawili się umundurowani milicjanci z długimi pałkami. Na dziedzińcu rozpoczęła się akcja pacyfikacyjna. Milicjanci atakowali studentów i pracowników naukowych. Później walki przeniosły się na ulice miasta. Według informacji MSW 9 marca do walki ze studentami na ulicach Warszawy użyto 1335 umundurowanych funkcjonariuszy, 510 cywilnych i 400 ormowców.

Manifestacje i starcia z milicją miały miejsce nie tylko w Warszawie, ale również w Gdańsku, Gliwicach, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Wrocławiu, Szczecinie, Poznaniu, Radomiu. Spokojnie było w Białymstoku, Bydgoszczy, Olsztynie, Opolu i Toruniu. 15 marca w Gdańsku odbyła się największa w skali kraju manifestacja. Udział w niej wzięło 20 tys. osób. 1 maja 1968 roku miała miejsce manifestacja we Wrocławiu.

W kilka dni po wydarzeniach 8 marca odbyło się zebranie aktywu spoleczno-politycznego w Komitecie Wojewódzkim PZPR, na którym podjęto decyzję o zorganizowaniu „masówek” w zakładach pracy. Ich uczestnicy domagali się ujawnienia i ukarania wszystkich winowajców awantur, oczyszczenia PZPR z „syjonistów, rewizjonistów i kosmopolitów” oraz wyrażali poparcie dla Władysława Gomułki. Powszechnie używanymi hasłami podczas tych spotkań były: „Literaci do pióra, studenci do nauki”, „Syjoniści do Syjonu”, „Syjoniści do Dajana”, „Oczyścić partię z syjonistów”. Ale najbardziej znane, bo błędne, było: „Syjoniści do Syjamu”. Syjam to obecna Tajlandia. Wiece były transmitowane przez telewizję. Tak więc zadbano o to, by marginalne wydarzenia utrwaliły się w powszechnej świadomości.

19 marca odbył się więc w Sali Kongresowej. Główne wystąpienie należało do Gomułki. Przemawiał przez dwie godziny. Stwierdził, że prawdziwe podziały nie przebiegają na linii robotnicy-studenci, lecz pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami socjalizmu. Potępił liderów protestu, a pozostałych nazwał „nieświadomymi”. Skrytykował „Dziady” i zaatakował Związek Literatów Polskich. Skrytykował Stefana Kisielewskiego, Janusza Szpotańskiego i Pawła Jasienicę. Odnosząc się do wiecu na Uniwersytecie Warszawskim stwierdził, że winnymi byli studenci pochodzenia żydowskiego. Podzielił też obywateli Polski pochodzenia żydowskiego na trzy grupy: nacjonalistów, kosmopolitów i tych, którzy uznali Polskę za jedyną ojczyznę. Nacjonalistom, jak stwierdził, jest gotów wydać paszporty emigracyjne. Jako przykład kosmopolity podał Antoniego Słonimskiego, który jeszcze w 1924 roku stwierdził, że nie czuje się ani Polakiem, ani Żydem. Co do trzeciej grupy, to stwierdził, że jedynym miernikiem oceny obywatela polskiego jest jego postawa wobec ustroju socjalistycznego oraz żywotność interesów Polski i Polaków.

A więc pojawił się już pierwszy sygnał, że coś się zaczyna w tej polityce zmieniać. Już nie wszyscy Żydzi są źli, tylko syjoniści. Co więcej, są nawet dobrzy Żydzi, którzy pracują dla dobra Polski.

21 marca Politechnika Warszawska ogłosiła 48-godzinny strajk okupacyjny, a na Uniwersytecie Warszawskim odbył się kolejny więc. Zwolniono kilku profesorów i docentów. 28 marca odbył się ostatni wiec. Po nim władze uczelni skreśliły z listy studentów 34 osoby i zawiesiły w prawach studenta kolejne 11. Pod koniec marca rozwiązano wydziały Ekonomii i Filozofii, cały trzeci rok na wydziale Matematyczo-Fizycznym oraz psychologię na Wydziale Pedagogicznym.

Osoby pochodzenia żydowskiego usuwano nie tylko z uczelni. Z PZPR wyrzucono ponad 8 tysięcy członków, zwalniano z SB i MO, z urzędów centralnych i terenowych, administracji państwowej, wojska, mediów, oświaty, służby zdrowia i środowisk naukowych. Za tą akcją stała przede wszystkim frakcja „Partyzantów”, widząca w rozrzedzeniu dotychczasowych struktur rządzących szanse na awans.

5 maja dochodzi do spotkania Gomułki z egzekutywą Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Warszawie. Gomułka podczas przemówienia stwierdza, że wystąpiło szereg wypaczeń, że jedna sprawa to praca, a druga polowanie na Żydów. Co do działań aparatu partyjnego, w rozmowie z Józefem Kępą, stwierdza: „To jest niedopuszczalne w Partii. Jeśli Partia ma być antysemicka, to ja mam w dupie taką partię!” Podczas spotkania kierownictwa partii z Sekretariatem KC (29 maja) Władysław Gomułka poleca zakończyć akcję rozliczeniową. 24 czerwca na zlecenie władz cenzura wprowadziła zalecenie, by zaniechać kontynuowania kampanii.

W czerwcu egzekutywa Komitetu Wojewódzkiego partii w Warszawie kieruje do swoich członków list, w którym stwierdza: „W słusznym dążeniu do poprawy sytuacji kadrowej wystąpiły jednak pewne nieprawidłowości oraz miały miejsce nietrafne i niesprawiedliwe decyzje. (…) Trzeba zwrócić uwagę, że wystąpiły próby wykorzystania sytuacji dla przeprowadzenia porachunków osobistych, dało sobie znać niepotrzebne zacietrzewienie, gromadzenie różnymi metodami i za wszelką cenę tzw. dowodów i argumentów, niekiedy z odległej przeszłości zamiast odpowiedzialnej i rzeczowej oceny (…) (…) Miały miejsce pożałowania godne wypadki przedstawiania świadectwa chrztu jako dowodu polskości. Podejrzenie, iż dany towarzysz jest pochodzenia żydowskiego, było dla niektórych ludzi faktycznym powodem szerzenia różnego rodzaju, częstokroć niesprawdzonych zarzutów. Te z gruntu obce naszej partii metody postępowania, wymagające zdecydowanego potępienia, były niejednokrotnie stosowane przez elementy skorumpowane, pragnące „odegrania się” (…). Partii naszej obce są wszelkie próby wartościowania ludzi według narodowości, obcy jest wszelki nacjonalizm, wszelki rasizm. (…) W procesie politycznego ożywienia wypłynęli tu i ówdzie różni „sezonowi aktywiści”, poszukujący dla siebie taniego poklasku chociażby za cenę krzywdzenia niewinnych ludzi, szerzenia nacjonalizmu i wypaczania sensu naszej polityki.”

W latach 1968-1969 wyemigrowało z Polski około 15 tys. Żydów bądź osób pochodzenia żydowskiego. Wśród nich było m.in. około 500 pracowników naukowych, około 1000 studentów, a także dziennikarze, filmowcy, pisarze i aktorzy. Wyjechało również około 200 byłych pracowników bezpieczeństwa i informacji wojskowej, odpowiedzialnych za zbrodnie stalinowskie. Tak podaje portal DZIEJE.PL.

Cała akcja trwała więc od czerwca 1967 roku do czerwca 1968 roku. Niewątpliwie kierowała tym partia, bo robotnicy, sami z siebie, nie zorganizowaliby wieców w zakładach pracy i w godzinach pracy. Ich udział miał utwierdzić w przekonaniu, że Polacy są antysemitami. Zdjęcie „Dziadów” również było wyreżyserowane, co wyżej uzasadniłem. Dało to pretekst do wywołania protestów i pojawili się niezawodnie Komandosi, którzy już od 1965 roku zdobywali doświadczenie. Do robienia w partii za antysemitów wykorzystano Partyzantów Moczara. Protesty studenckie stały się okazją do usuwania studentów i kadry profesorskiej.

I nagle 5 maja 1968 roku następuje odwrót od dotychczasowej polityki i Gomułka stwierdza, że jeśli Partia ma być antysemicka, to on ma w dupie taką partię. A rok wcześniej sam nazwał Żydów cieszących się ze zwycięstwa Izraela nad krajami arabskimi piątą kolumną. Ktoś, faktycznie rządzący, uznał, że cel został osiągnięty. A poza tym trzeba było skoncentrować się na innych zadaniach. Trwała Praska Wiosna, zainicjowana przez słowackiego Żyda Aleksandra Dubczeka. Zapewne planowano już inwazję na Czechosłowację, a Polska, choć „antysemicka”, miała brać udział w tej bezsensownej operacji, bo tam nic szczególnego się nie działo. Tak jak w Polsce, preteksty wystrugane z kija.

Gomułka, podobnie jak w 1956 roku, dobrze służył Żydom. Początkowo udawał patriotę i mówił o piątej żydowskiej kolumnie, a rok później stał się ich obrońcą. Najprawdopodobniej uznali oni, że swój cel osiągnęli i że trzeba zakończyć tę maskaradę. Kilkanaście tysięcy Żydów uzyskało status uchodźców politycznych na Zachodzie i mogli tam osiedlić się. Czy chodziło tylko o polepszenie losu poszczególnych jednostek? Po co im była potrzebna ta antysemicka kampania? 10 czerwca kończy się wojna sześciodniowa, a 19 czerwca Gomułka już wie, że Żydzi w Polsce działają na szkodę państwa. Związek przyczynowo-skutkowy obu wydarzeń jest wyraźny. Trudno jednak sobie wyobrazić, by wojna sześciodniowa została wywołana po to, by rozpocząć w Polsce akcję antysemicką.

Zapewne tym, co najmocniej spaja żydowską społeczność, jest antysemityzm. Po Marcu obraz Polski jako kraju antysemickiego utrwalił się w Europie i na świecie. Dla Żydów mieszkających w Polsce było to korzystne. Do dziś Marzec ’68 to dla nich koronny dowód na polski antysemityzm. Sami to wszystko zrobili, wykorzystując swoją pozycję w państwie i w PZPR, a winą obarczyli Polaków. A Polacy? Czy trudno dotrzeć do dokumentów, które wyjaśniłyby, w jaki sposób wszyscy ci ludzie byli zwalniani, a może nie zwalniani, tylko sami wyrażali zgodę na rozwiązywanie umów o pracę, zachęcani perspektywą lepszego życia na Zachodzie. Najwyraźniej trudno, bo pewnie Polacy nie mają dostępu do tych dokumentów. Przeszłość, jak powiedział Norwid, to dziś, tylko cokolwiek dalej. Ten rządzi teraźniejszością, kto ma dostęp do przeszłości.

Październik ’56

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.” – To oczywiście Szekspir. Jeśli więc świat jest teatrem, to z pewnością jest nią również polityka, która jest chyba najważniejszą z ludzkich aktywności, bo oddziałuje na nas wszystkich i nie ma od niej ucieczki. Politycy kolejno wchodzą i znikają. Kiedyś był Bolek, który stręczył nam drugą Japonię. Dziś jest drugi Bolek, który stręczy nam drugie Chiny. Ale są i inni, jakieś Brauny, Konfederacje i czort wie kto jeszcze. A to tylko fragment tego polskiego spektrum wchodzących i znikających. Zawsze tak było. Ludziom trudno w to uwierzyć, że to jest teatr. Jednak bliższe przyjrzenie się któremukolwiek z polskich przesileń politycznych zmusza do takich refleksji.

Jednym z nich był Październik 56. Wydarzenie, wbrew pozorom, mało znane i na ogół fałszywie interpretowane. Niewielu też chyba starało się to zagadnienie bardziej wnikliwie przeanalizować. Marian Miszalski w swojej książce Najnowsza spiskowa historia Polski pomija to wydarzenie. Zaczyna ją od upadku Gomułki. Czym był więc ten Październik?

Jego analizę wypadałoby chyba zacząć od przybliżenia postaci głównego bohatera tamtych wydarzeń. Władysław Gomułka, bo o niego tu chodzi, urodził się w 1905 roku w Białobrzegach Franciszkańskich. Obecnie jest to dzielnica Krosna. Z zawodu był ślusarzem. Od 1926 roku należał do nielegalnej Komunistycznej Partii Polski. Od 1930 roku był funkcjonariuszem Komitetu Centralnego KPP. Nie był więc w niej szeregowym członkiem. Wprost przeciwnie. Już jako 25-letni młodzieniec był jednym z najważniejszych działaczy KPP. Oficjalnie należał do PPS-Lewica, rozwiązanej przez władze sanacyjne w 1931 roku.

W 1930 roku udał się nielegalnie na zjazd Profinternu w Moskwie. Profintern to była Czerwona Międzynarodówka Związków Zawodowych. Podczas organizowania w 1932 roku strajku w Łodzi został aresztowany i skazany na 4 lata więzienia. Po dwuletnim pobycie w różnych więzieniach otrzymał krótki urlop zdrowotny, podczas którego pod fałszywym nazwiskiem wyjechał do ZSRR.

W latach 1934-35 leczył się na Krymie i przebywał w Moskwie, gdzie ukończył szkołę – Międzynarodową Szkołę Leninowską. Po powrocie do kraju został zawodowym funkcjonariuszem partyjnym działającym w podziemiu. W 1936 roku został skazany na 4,5 roku więzienia za „przygotowywanie zbrodni stanu”. Po agresji III Rzeszy na Polskę został zwolniony z więzienia w Sieradzu i po krótkim pobycie w Warszawie przedostał się do strefy radzieckiej do Białegostoku. Na przełomie lat 1941/42 wrócił na ziemię krośnieńską, gdzie wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej. W lipcu 1942, na wezwanie Pawła Findera, przyjechał do Warszawy. Został jednym z przywódców PPR. Po śmierci dwóch członków kierowniczej „trójki” PPR – przywódcy PPR Marcelego Nowotki i dowódcy Gwardii Ludowej Bolesława Mołojca, w styczniu 1943 roku został członkiem kierowniczej „trójki” PPR wraz z Pawłem Finderem i Franciszkiem Jóźwiakiem. 23 listopada 1943 roku na posiedzeniu KC PPR odbytym po aresztowaniu przez Gestapo dotychczasowego sekretarza PPR Pawła Findera objął kierownictwo partii. Kontrkandydatami byli Bolesław Bierut i Franciszek Jóźwiak. Był autorem podstawowych dokumentów programowych, w tym wydanej w 1943 roku broszury O co walczymy? W latach 1943-48 był I sekretarzem KC PPR.

15 sierpnia 1948 roku podjęto uchwałę w sprawie odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego. 21 sierpnia Bierut poinformował Gomułkę, że decyzja o jego usunięciu została uzgodniona ze Stalinem. W marcu 1949 roku został Gomułka wiceprezesem NIK, a w listopadzie tego roku – dyrektorem oddziału Ubezpieczalni Społecznej w Warszawie. 2 sierpnia 1951 roku, podczas urlopu w Krynicy, został aresztowany przez grupę funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Gomułkę przetrzymywano w specjalnym więzieniu w willi Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Miedzeszynie. Potem aż do uwolnienia przebywał w szpitalu.

Pierwsze głosy domagające się wyjaśnień w sprawie aresztowania Gomułki padły na naradzie centralnego aktywu partyjnego, który odbył się na przełomie listopada i grudnia 1954. Decyzję o zwolnieniu Gomułki władze partyjne podjęły 7 grudnia. Gomułkę więziono do 13 grudnia 1954. 6 kwietnia 1956 roku I sekretarz PZPR Edward Ochab poinformował warszawski aktyw partyjny o rehabilitacji Gomułki i oczyszczeniu go z zarzutów. 1 sierpnia Biuro Polityczne zdecydowało o zwrocie Gomułce legitymacji partyjnej. 21 października został wybrany na I sekretarza PZPR. 24 października 1956 roku wygłosił na wiecu ludności Warszawy na Placu Defilad słynne, emocjonalne, 40-minutowe przemówienie zaczynające się słowami: „Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący stolicy!”, które zyskało mu powszechną sympatię, a którego początek przeszedł później do kultury masowej.

To tyle Wikipedia, z której wybrałem pewne fragmenty z życiorysu Gomułki. Czy z takim życiorysem i z taką karierą można mówić o odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznym? Przecież on od najwcześniejszej młodości był ideowym komunistą. Odsuwają go od władzy, oskarżając o te odchylenia i kierują go na ciepłe posadki i dopiero po trzech latach aresztują. Ale co to za areszt! Luksusowa willa a później szpital. Też pewnie taki nie dla zwykłych robotników. Po trzech latach zwalniają go w grudniu 1954 roku i prawie przez 1,5 roku nie wiadomo, co się z nim dzieje.

Stalin umiera w marcu 1953 roku. O Gomułce „przypominają” sobie towarzysze na przełomie listopada i grudnia 1954 roku, a więc ponad 1,5 roku później: Pierwsze głosy domagające się wyjaśnień w sprawie aresztowania Gomułki padły na naradzie centralnego aktywu partyjnego… Dopiero trzy lata po aresztowaniu jakieś anonimowe głosy domagały się wyjaśnień. A wcześniej głosy te nie zauważyły zniknięcia Gomułki? Chruszczow wygłasza swój tajny referat o kulcie jednostki i zbrodniach stalinowskich w lutym 1956 roku – trzy lata po śmierci Stalina. Sam z siebie wygłosił taki referat? I dlaczego dopiero po trzech latach? Wynika z tego, że wszystko starannie planowano. Nie było tu żadnych spontanicznych reakcji. Skoro Gomułkę zwolniono na prawie dwa lata przed głównymi wydarzeniami, to znaczy, że już wtedy wyznaczono go na bohatera tamtych wydarzeń. Któż mógł się lepiej do tego nadawać? Patriota, stawiający się władzom radzieckim, więziony. I raptem przychodzi odwilż. Nie wiadomo skąd, ale przychodzi.

Gomułka zostaje wybrany na I sekretarza w dniu 21 października, a w dniu 19 października przylatuje bez zaproszenia delegacja radziecka i rozmawia z Biurem Politycznym i Gomułką. Jeszcze nie jest I sekretarzem, a już z nim rozmawiają. Znaczy, że wiedzą, że nim będzie. A dlaczego mieliby nie wiedzieć, skoro oni te klocki ustawiają? A wojska radzieckie stacjonujące na Dolnym Śląsku i Pomorzu idą na Warszawę. Ale jakoś nie dochodzą. W grudniu 1981 roku podeszły pod polskie granice wojska radzieckie, niemieckie i czeskie. Tylko po co? Przecież nadal były w Polsce wojska radzieckie na Dolnym Śląsku i Pomorzu. – Teatr. Czesi mają na to lepsze określenie – divadlo.

Obszernym opracowaniem na temat Października ’56, a właściwie na temat podziałów w PZPR w tamtym czasie, jest praca Witolda Jedlickiego „Chamy i żydy” zamieszczona w paryskiej „Kulturze” z grudnia 1962 roku. W notce biograficznej o nim można przeczytać:

„Witold Jedlicki ur. w lutym 1929 r. W czasie okupacji ukrywał się z powodu pochodzenia żydowskiego, był aresztowany przez Gestapo. Po wojnie studia na wydziale filozoficzno-społecznym Uniwersytetu Łódzkiego i Warszawskiego. Magisterium w r. 1952 pod kierunkiem prof. Kotarbińskiego. Od r. 1957 praca badawcza w Polskiej Akademii Nauk i dydaktyczna na Uniwersytecie Warszawskim w zakresie socjologii (w stopniu asystenta). Udział w Zespole badającym postawy studentów warszawskich. Autor popularnej książki o psychoanalizie Freuda (Wiedza Powszechna 1961). Wieloletni aktywny członek KLUBU KRZYWEGO KOLA i członek ostatniego Zarządu KRZYWEGO KOŁA. Opuścił Polskę jako emigrant do Izraela. Przyjął obywatelstwo izraelskie.”

Warto zapoznać się z pewnymi fragmentami tego opracowania, by spróbować zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło. Jest ono obszerne, bo liczy 40 stron. Starałem się z niego wybrać to, co najistotniejsze i najlepiej opisuje tamte wydarzenia. Wytłuszczenia moje, a moje komentarze pisane są kursywą.

Słynne tajne przemówienie Chruszczowa z dn. 25 lutego 1956 rozpętało falę masowego niezadowolenia i obudziło potężny ruch oddolny, dążący do szybkiej realizacji daleko idących reform w duchu jak najbardziej demokratycznym. Ruch ten zaczyna wywierać silną presję na kierownictwo partyjne. Podstawowym narzędziem tej presji staje się prasa, opanowana w tym czasie całkowicie przez pozapartyjne (lub partyjne, ale wypowiadające posłuszeństwo dyrektywom kierownictwa partyjnego) elementy konsekwentnie i szczerze demokratyczne. Istniało jednak także szereg innych form tej presji, takich jak publiczne wypowiedzi intelektualistów, tworzenie najrozmaitszych zrzeszeń, demonstracje (z najsławniejszą zbrojną demonstracją Poznańską z dn. 28 czerwca 1956 r. na czele) itd.

Te najrozmaitsze zrzeszenia to m.in. Klub Krzywego Koła, którego członkiem był autor cytowanego opracowania. Presję na władze partyjne wywiera prasa, która podlega tym władzom. Ciekawe. To tak jakby pracownicy Facebooka wywierali wpływ na jego właściciela i zamieszczali teksty sprzeczne z jego linią programową.

Inną formą presji były demonstracje takie jak zbrojna demonstracja poznańska. A więc ustawka, sprowokowanie robotników do strajku, by wywrzeć presję na władzy, a może raczej dać jej alibi. Pierwszy raz w Polsce Ludowej, ale nie ostatni. To był dopiero początek wykorzystywania robotników i innych naiwnych. A nam się wmawia, że Poznański Czerwiec to autentyczny robotniczy zryw i władza tak się przestraszyła, że aż odpuściła.

W obliczu tych wydarzeń część kierownictwa partyjnego zaczyna zdawać sobie sprawę z konieczności radykalnych przemian i przyłącza się do ruchu masowego do tych przemian nawołującego. Powstaje w ten sposób sojusz bardziej liberalnych, bardziej radykalnych, bardziej liczących się z rzeczywistością komunistów z masowym ruchem oddolnym, domagającym się radykalnych reform. Na przywódcę całego obozu zostaje wysunięty Władysław Gomułka. Ostatecznie obóz ten odnosi kolosalny sukces w październiku 1956 r., łamiąc opór sprzeciwiających się reformom stalinowców i eliminując ich od władzy. To, co się wówczas stało, było rodzajem zamachu stanu, który spotkał się z ostrym, popartym demonstracją zbrojną sprzeciwem Chruszczowa i ówczesnego kierownictwa K.P.Z.R. Gomułce udało się jednak wtedy przekonać Chruszczowa, żeby interwencji zbrojnej zaniechał.

Rzeczą powszechnie uznaną jest rola prasy i intelektualistów w rozbudzeniu opinii publicznej i w wywarciu presji na kierownictwo partyjne. Powstaje jednak pytanie, w jaki sposób prasa, w której nic nie może być wydrukowane bez aprobaty cenzury, może wywierać presję na cenzorów lub ich szefów? A więc jedno z dwojga: albo prasa spełniała wówczas dyrektywy kierownictwa partyjnego, albo kierownictwo partyjne dobrowolnie z jakichś powodów godziło się na to, żeby prasa pisała to, co uważa za stosowne. W obu wypadkach nie ma mowy o żadnej presji.

No właśnie! Intelektualiści rozbudzali opinie publiczną. Jakiej nacji oni byli? Prasa nie podlegała presji? Oczywiście, że nie! Ona była w rękach tych, którzy dokonywali tej „odwilży”.

Powszechnie uważa się, że nagły i gwałtowny zryw opinii publicznej na wiosnę 1956 r. był następstwem tajnego referatu Chruszczowa. Ale od razu powstaje pytanie, dlaczego ten referat rozpowszechniano? Przecież w innych krajach bloku go nie rozpowszechniano. Co więcej, dlaczego rozpowszechniano ten referat tak gorliwie, na otwartych zebraniach partyjnych, tak, żeby każdy, partyjny i bezpartyjny, mógł się z nim zapoznać? W tych warunkach poruszenie opinii publicznej musiało być rzeczą łatwą do przewidzenia. Stąd wniosek, że opinię publiczną rozbudzano celowo.

Dlaczego ci sarni ludzie, którzy potrafili ryzykować konflikt zbrojny z Z.S.S.R., byli później tak ulegli wobec presji sowieckiej w tysiącach spraw drobnych, takich np. czy zezwolić na ukazywanie się jakiegoś pisemka literackiego, albo czy zezwolić na wydrukowanie czegoś itp.? Dlaczego Gomułka, na którego poparta demonstracją militarną presja rosyjska nie podziałała w sprawie Rokossowskiego, uląkł się jej w sprawie Piaseckiego, który, jak to powszechnie sądzono, zawdzięczał swoją dalszą egzystencję i dobrobyt poparciu udzielonemu mu przez Moskwę?

Dlaczego? Skąd się bierze ten fenomen świadomego i planowego rozbudzania opinii publicznej w gruncie rzeczy przeciwko sobie? Po co Chruszczow wygłaszał ten swój tajny referat?

W jakim celu Cyrankiewicz, Ochab i Zambrowski w ciągu r. 1956 tak się wysilali, żeby zmobilizować opinię publiczną do krytyki partii i komunizmu? Przede wszystkim możemy odrzucić od razu ewentualność, że ci ludzie robili to ze względu na ukryte, ale szczere sympatie liberalne, które nakazywały im realizować pewien wzorzec ustrojowy uważany za słuszny nawet wbrew własnym interesom. Ani Chruszczow ani polscy leaderzy partyjni żadnych poważnych sympatii liberalnych nie mieli i nie mają. Nietrudno ostatecznie wskazać sytuacje, w których mieli oni okazję okazywania takich sympatii, a ich nie okazywali. Na ewentualny kontrargument, że może tu zachodzić normalne zjawisko zmiany przekonań, jest odpowiedź, że jeżeli za każdym razem zmiana przekonań służy interesom, to rzuca to cień na istnienie jakichkolwiek przekonań w ogóle.

Wspomniałem, że w literaturze na temat XX Zjazdu K.P.Z.R. znalazłem jedną myśl szczególnie interesującą· Mam na myśli przypuszczenie sformułowane na łamach “Kultury” przez Aleksandra Weissberg-Cybulskiego, że celem Chruszczowa było to, żeby stalinowskie metody rozprawiania się z przeciwnikami skompromitować tak doszczętnie, aby w przyszłych walkach o władzę nikomu już więcej nie opłacało się do tych metod uciekać.

Chodziło o to, by nie było w tej walce ofiar śmiertelnych. No bo skoro to jest teatr, to powinno być tak, jak w prawdziwym teatrze. Aktorzy grają, a jak mają być zastrzeleni, to tylko na niby.

Hipoteza Weissberga dowodzi, że może zaistnieć taka sytuacja, kiedy w interesie rządzących leży faktyczne rewoltowanie rządzących przeciwko sobie. Poprzednie moje uwagi zmierzały do tego, żeby wykazać, że taka sytuacja zaistniała w r. 1956 także w Polsce. Dlaczego?

Jeśli w interesie rządzących leży faktycznie rewoltowanie rządzących przeciwko sobie, to kto w takim razie rewoltuje ich przeciwko sobie? Albo ktoś, kto stoi ponad nimi lub, że oni sami ze sobą umawiają się, że będą odgrywać teatrzyk.

Kluczem do rozwiązania zagadki są wydarzenia VI Plenum K.C. P.Z.P.R., które się odbywało w Warszawie w połowie marca 1956. Z różnych niedyskrecji wiadomo już dzisiaj dość dobrze co wtedy zaszło. W Warszawie pojawił się Chruszczow, oficjalnie po to, aby peregrynować pieszo z Nowego Światu na Powązki za trumną Bieruta, faktycznie po to, by nie dopuścić do wyboru na jego następcę nikogo z ludzi Stalina.

Interwencja Chruszczowa stawia grupę kierowniczych komunistów, którzy faktycznie rządzili Polską za czasów Stalina, w położeniu rozpaczliwym. Stanowi dla nich jawną wskazówkę, że przestali się cieszyć zaufaniem mocodawców i tym samym, że ich dni są policzone; że muszą odejść i ustąpić miejsca ludziom nowym, którzy cieszą się zaufaniem nowych ludzi na Kremlu.

Kto należał do tej grupy i kim byli ludzie, na których obecnie stawiał Chruszczow? Ludzie, którzy faktycznie rządzili Polską w czasach Stalina, to przede wszystkim Bolesław Bierut, Roman Zambrowski, Jakub Berman, Hilary Minc i Franciszek Mazur. Ta piątka miała oczywiście całą armię dependentów, którzy zapewniali jej większość, gdzie tylko było potrzeba. Po śmierci Bieruta na czoło grupy wysuwa się wyraźnie Zambrowski. Natomiast Mazur, który zaczyna zerkać na stronę przeciwną, próbując, zresztą bezskutecznie coś z łaski Kremla dla siebie wyżebrać, zostaje przez grupę wyraźnie odsunięty. W sztabie grupy znajdują się w tym czasie m.in.: Jerzy Albrecht, Antoni Alster, Tadeusz Daniszewski, Ostap Dłuski, Maria Federowa, Romana Granas, Piotr Jaroszewicz, Helena Jaworska, Leon Kasman. Julian Kole, Wincenty Kraśko, Władysław Matwin, Jerzy Morawski, Marian Naszkowski, Mateusz Oks, Józef Olszewski, Jerzy Putrament, Mieczysław Rakowski, Adam Schaff, Artur Starewicz, Jerzy Sztachelski, Roman Werfel i Janusz Zarzycki. Niewątpliwie zbliżona do tej grupy jest większość byłych PPS-owców w K.C., konkretnie Józef Cyrankiewicz, nieżyjący już dziś Tadeusz Dietrich, Henryk Jabłoński, Oskar Lange, Lucjan Motyka, Adam Rapacki, Marian Rybicki i może przede wszystkim Andrzej Werblan. W swoim czasie poważną rolę odgrywali, dziś już całkowicie odsunięci sekretarze komitetów wojewódzkich największych miast: Stefan Staszewski i Stanisław Kuziński z Warszawy, Michalina Tatarkówna-Majkowska z Łodzi oraz Jan Kowarz z Wrocławia.

Grupa przeciwna składa się przeważnie z młodszych stażem członków K.C., zbuntowanych przeciwko piątce i gorliwych w zaprowadzaniu w Polsce nowego kursu, wyznaczonego przez Moskwę. Na czoło grupy wybija się Zenon Nowak. Na nieco niższym szczeblu jest kilku energicznych, ale wyjątkowo brutalnych i wyjątkowo niedoświadczonych działaczy jak Stanisław Brodziński, Wiktor Kłosiewicz, Władysław Kruczek, Stanisław Łapot, Kazimierz Mijal, Bolesław Rumiński, Jan Trusz i Kazimierz Witaszewski. Poparcie Moskwy zapewnia tej grupie automatycznie posłuszną solidarność ze strony niedotkniętej ekskomuniką Chruszczowa części Politbiura: stąd w tym czasie z grupą tą sympatyzują tacy starsi działacze jak Aleksander Zawadzki, Konstanty Rokossowski, Franciszek Jóźwiak, Hilary Chełchowski i Stefan Matuszewski. Wszystkich ich razem nazywano później “Natolińczykarni”. Natomiast na określenie pierwszej grupy w żargonie partyjnym utarła się nazwa ,”Grupa Puławska” . Nazwa ta nigdy jednak nie spopularyzowała się tak dalece jak poprzednia i o ile przeciętny Polak potrafiłby z łatwością odpowiedzieć na pytanie, Co to jest “Natolin”, rzadko kiedy umiałby wyjaśnić, co to są “Puławy”. Ale menadżerzy tych grup nazywają się wzajemnie od dawna inaczej. Dla Puławian Natolińczycy to “chamy”, a dla Natolińczyków Puławianie to “żydy”. Obie nazwy świadczą chlubnie o ideologicznym wyrobieniu i głębi socjalistycznych przekonań jednych i drugich.

Zaraz po VII Plenum K.C. zostają szeroko roztrąbione pierwsze informacje o Natolińczykach. Poza informacjami o ich antysemityzmie podkreśla się w szczególności ich antyinteligenckość, ich stalinowskie poglądy i nawyki oraz ich powiązania z ambasadą radziecką. Ostatnia informacja była bez wątpienia prawdziwa. Także informacja o antyinteligenckości Natolińczyków była prawdziwa, niezależnie od faktu, że ten moment nie bez powodu był wysunięty na plan pierwszy. Do stylu działania Puławian należało bowiem zawsze zaczynanie “od góry” społeczeństwa. Każdy działacz tej grupy miał prywatne powiązania z jakimiś środowiskami intelektualnymi lub artystycznymi, przeważnie warszawskimi. Każdą plotkę, każdą sugestię, każdą inspirację puszczano w obieg przede wszystkim tymi kanałami; dopiero później rozchodziły się one po całym społeczeństwie i po całym kraju. Rzecz prosta, informacja o antyinteligenckości Natolińczyków dla tych środowisk musiała mieć walor szczególnie mobilizujący; ona w pierwszym rzędzie zapewniała Puławianom poparcie tych środowisk. Natomiast jeżeli chodzi o stalinizm Natolińczyków, to ta etykieta jest w stosunku do nich uzasadniona na pewno nie bardziej, a może nawet trochę mniej, niż w stosunku do Puławian. Za czasów Stalina Natolińczycy w opozycji nie byli z pewnością i dyrektywy spełniali gorliwie. Ale gwardia stalinowska w Polsce, to przede wszystkim Puławianie, a Natolińczycy to raczej ludzie Chruszczowa. Natolińczycy domagali się odpowiedzialności personalnej za zbrodnie U.B., podczas gdy Puławianie wywijali się jak mogli i zrobili wszystko, żeby sprawę utopić. Oczywiście było w tej taktyce natolińskiej sporo demagogii i są wszelkie dane, aby sądzić, że ta odpowiedzialność miała też pewne, z góry zakreślone granice. Ale mimo wszystko sam fakt, że Natolińczycy dyskusję na ten temat prowokowali, a Puławianie bali się jej jak zarazy, o czymś świadczy.

Decydująca batalia zostaje rozegrana przez Puławian niezwykle zręcznie mimo, że nie odnoszą oni w końcu sukcesu tak olśniewającego, jaki sobie wymarzyli. Przede wszystkim udaje im się w końcu zjednać sobie Gomułkę. Pozbawiony własnych ludzi w aparacie partyjnym i możliwości realizowania własnych zamierzeń, Gomułka ma do wyboru bądź pozostać na uboczu, bądź stać się figurantem którejś z ubiegających się teraz o firmę jego nazwiska frakcji. Niewątpliwie do obu frakcji odnosi się ze wstrętem: jeżeli w końcu wybiera mniej wskazujących gotowości do ustępstw wobec niego Puławian, to niewątpliwie decyduje tu moment zależności Natolińczyków od ambasady sowieckiej. W długich, przeciągających się targach z Puławianami Gomułka stara się zapewnić sobie możliwie jak najlepszą i jak najsamodzielniejszą pozycję. Stawia warunki. Udaje mu się zapewnić sobie stanowisko sekretarza generalnego, wprowadzić maksymalną ilość swoich ludzi na kluczowe pozycje, doprowadzić – po długich oporach Puławian – do usunięcia Minca. Mimo to jest całkowicie w rękach dysponujących większością w K.C. i w aparacie Puławian. Może co najwyżej liczyć na to, że z biegiem czasu zakres jego osobistej władzy się powiększy. W tym momencie przygotowania do przewrotu są właściwie zakończone. Na trzy czy cztery dm przed VIII Plenum prasa nagle zaczyna robić publicity dla oficjalnie od siedmiu lat zapomnianego wodza. Następuje jednak interwencja sowiecka.

Puławianie zapewne celowo kompletnie zdezorganizowali aparat władzy w Polsce, żeby mieć potem wobec Chruszczowa argument, że przecież trzeba w Polsce dokonać jakichś zmian radykalnych po to, aby można było przywrócić porządek. Liczyli zapewne na to – i w tym się bynajmniej nie przeliczyli – że Chruszczowowi będzie bardziej zależało na przywróceniu porządku możliwie najprostszym sposobem i w możliwie najkrótszym terminie, niż na ochronie własnych agentów, którzy na dobitkę wykazali wręcz nieprawdopodobną nieudolność. Wydaje się jednak, że siła oporu Chruszczowa ich zaskoczyła. Nie mając w tym momencie już nic do stracenia, chwytają się środków radykalnych. Polskie Radio co chwilę powtarza z naciskiem, że Polska jest państwem suwerennym, a Komitet Warszawski P.Z.P.R. rozdaje broń robotnikom. Ten moment w ocenie wydarzeń jest szczególnie ważny. To nie opinia publiczna przez nieodpowiedzialne wystąpienia narażała kraj na interwencję sowiecką. Naprawdę na krawędź przepaści prowadziła kraj grupa pozbawionych skrupułów kombinatorów, kierując się wyłącznie motywem klikowego interesu. W tej sytuacji dochodzi do przyjazdu Chruszczowa i rozmowy Chruszczowa z Gomułką.

Zwracałem już wyżej uwagę na to, że rzeczywista treść tej rozmowy jest nikomu nieznana. Ale spróbujmy z pełną świadomością, że możemy się mylić, trochę na temat tej rozmowy pospekulować.

Gomułka nie miał żadnych powodów do sympatii w stosunku do grupy Puławskiej. To byli przecież ludzie Bieruta, ci sami którzy jego i jego przyjaciół podgryzali, kompromitowali, ośmieszali, upokarzali, a następnie aresztowali, więzili i torturowali. Co więcej, w czasie VIII Plenum musiał on rozpaczliwie szukać środków uniezależnienia się od ich kurateli. W tej sytuacji wydaje się chyba wysoce prawdopodobne, że Gomułka dążył do tego, żeby w oparciu o Chruszczowa kuratelę tę przynajmniej rozluźnić. Jego pozycja w rozmowie z Chruszczowem była o tyle dobra, że jawnie nie ponosił on odpowiedzialności za to, co się w danym momencie w Polsce działo. Mógł on przecież zawsze się powołać na to, że jeszcze trzy dni wcześniej był prywatną osobą nie mającą żadnych politycznych wpływów. Nie będąc naprawdę za nic odpowiedzialny, dążył on zapewne przede wszystkim do zrzucenia odpowiedzialności z siebie i obciążenia tych, którzy naprawdę byli za wszystko odpowiedzialni, tzn. Puławian. Swój sojusz z Puławianami mógł przed Chruszczowem umotywować tym, że był to dla niego środek dojścia do władzy i użycia jej w celu odbudowania rządzącego aparatu i przywrócenia w kraju porządku; wydaje się przy tym, że to był jego motyw rzeczywisty. Nie było mu zapewne trudno przekonać Chruszczowa, że w sojuszu z Natolińczykami zrobić tego samego nie było można; ci bowiem swoją nieudolnością i w ogóle całym swoim postępowaniem musieli i tak zdyskwalifikować się w oczach Chruszczowa kompletnie. (Zgoda Chruszczowa na odwołanie Rokossowskiego mogła być już prostą konsekwencją tego stanu rzeczy). Gomułka zapewne perswadował Chruszczowowi, że na uspokojenie opinii i przywrócenie porządku potrzeba czasu. Ale Chruszczow wiedział, że w razie użycia czołgów i karabinów maszynowych te same efekty też nie zostaną osiągnięte z dnia na dzień. Jeżeli dodamy do tego, że Chruszczow nie miał żadnych powodów do szczególnej nieufności wobec antystalinowskiego i przy tym niewątpliwie jak najbardziej komunistycznego działacza (w każdym razie nieufności większej, niż do innych satelickich dyktatorów), to w ogóle wszelkie racje użycia armat odpadały nawet, jeżeli Gomułka usiłował wykorzystywać swoją w gruncie rzeczy dosyć mocną pozycję do stawiania jakichś warunków.

Powtarzam, że to są tylko domysły, ale taki mniej więcej przebieg rozmowy wydaje mi się dość prawdopodobny tym bardziej, że dalsze wydarzenia wydają się taką hipotezę pośrednio potwierdzać. Z hipotezy tej wynika jednak kilka istotnych wniosków.

Po pierwsze, podobnie jak nieprawdą jest, że to opinia publiczna narażała kraj na konflikt zbrojny z Rosją, tak nieprawdą jest, że opinia publiczna przez swój polityczny rozsądek do konfliktu tego nie dopuściła. Armia Czerwona nie zaczęła strzelać w Warszawie nie dlatego, że opinia publiczna wykazała rozsądek, tylko dlatego, że nie było przeciwnika, do którego strzelanie miałoby jakikolwiek sens. Podobnie ta sama armia zaczęła zaczęła strzelać w Budapeszcie nie dlatego, że tam opinia publiczna okazała się nierozsądna, tylko dlatego, że tam był taki przeciwnik. Różnica pomiędzy Gomułką a Imre Nagy’m i jego rządem była ta, że Gomułka obiecywał zahamować proces demokratyzacji i położyć kres dalszym żądaniom mas, podczas gdy Nagy występował w imieniu mas i w ich imieniu dalsze żądania wysuwał.

Po drugie w tym, co się w październiku 1956 r. w Warszawie stało nie ma absolutnie żadnego elementu cudu. Wszystko było jak najbardziej naturalne i zrozumiałe. Nie jest wykluczone, że Chiny istotnie się sprzeciwiały kompromitującej cały blok wojnie pomiędzy kochającymi się bratnimi narodami. Ale zbawienie dla Warszawy przyszło nie z Pekinu, lecz z samej Warszawy. Gdy w Budapeszcie tej łaski boskiej zabrakło, to w Pekinie jej też nie było.

Po trzecie, cały “październik” był w gruncie rzeczy wielkim sowieckim sukcesem politycznym. Chruszczow przyleciał do Warszawy niewątpliwie przerażony tym, co się tam działo. Po paru godzinach mógł odlecieć spokojny, że sytuacja została opanowana i że w niedługim czasie anarchia zostanie ukrócona i porządek przywrócony. Panuje przekonanie, że Warszawa była sowiecką porażką a Budapeszt zwycięstwem. W rzeczywistości było chyba odwrotnie. W Warszawie i w Budapeszcie Chruszczow odniósł w końcu te same efekty: tylko że w Warszawie przy pomocy jednej gabinetowej rozmowy, a w Budapeszcie kosztem strat nieobliczalnych: kosztem groźby rozłamu, która długo jeszcze długo wisiała nad międzynarodowym ruchem komunistycznym, kosztem nieprawdopodobnych trudności w rokowaniach z Zachodem, kosztem utraty zaufania w państwach azjatyckich i afrykańskich, kosztem zupełnego niewykorzystania wspaniałej koniunktury sueskiej. Budapeszteński “sukces militarny” sukcesem politycznym nie był na pewno.

Po czwarte, “październik” oznacza zahamowanie procesu demokratyzacji w Polsce i punkt zwrotny, od którego zaczyna się cofanie. Jest to nawet nie tyle skutek tego, co Gomułka Chruszczowowi obiecywał i w ogóle jaki był przebieg ich rozmowy, ile skutek zmiany, jaka się dokonała w centralnym ośrodku władzy. Przed październikiem dwie grupy rywalizowały ze sobą o władzę nad narodem: po to, aby odnieść w tej rywalizacji sukces musiały starać się o pozyskanie opinii a po to, aby tę opinię pozyskać, musiały pójść na jakieś wobec niej ustępstwa. Przewrót październikowy tę pomyślną koniunkturę likwiduje: z dwóch grup rywalizujących pozostaje na placu boju tylko jedna, która nie ma już więcej żadnego interesu w tym, żeby czynić wobec mas jakiekolwiek ustępstwa. W interesie narodu polskiego leżało w r. 1956 utrwalenie stanu skłócenia i słabości władzy, a nie przechylanie szali na korzyść którejkolwiek ze stron. Tylko dzięki temu, że władza była wtedy skłócona i słaba, możliwe były tak szybkie postępy demokratyzacji jak te, które się dokonały między VI a VIII Plenum K.C. P.Z.P.R. Skupienie całej władzy w ręku Puławian w październiku 1956 kładzie tej wyjątkowej koniunkturze kres. To co się w Polsce działo między marcem a październikiem 1956 r. było swoistą namiastką systemu wielopartyjnego. Fakt rywalizacji jakichś grup o władzę stwarzał automatycznie pewne, bardzo zresztą niedoskonałe, formy kontroli władzy mimo, że nie było ani parlamentu, ani wolnych wyborów, ani innych elementów ustroju demokratycznego. Natomiast przewrót październikowy jest powrotem do zupełnej dyktatury. Dla sił demokratycznych w Polsce był to cios straszliwy.

Wreszcie wniosek piąty i ostatni. Cała historia październikowa polegała na wyjątkowo cynicznym i trzeba powiedzieć wyjątkowo skutecznym oszukiwaniu opinii publicznej i wprowadzaniu jej w błąd. Masy robiły w istocie to, czego chcieli Puławianie. W pewnym momencie interesy mas i interesy Puławian były istotnie zbieżne: w interesie mas leżało wykorzystanie za wszelką cenę i z maksymalną konsekwencją stworzoną przez Puławian koniunkturę na demokratyzację. Ale masy na ogół wierzyły w uczciwe intencje “sił postępowych partii”, w cały czarno-biały obraz układu sił frakcyjnych w kierownictwie partyjnym, w demagogiczne obietnice, które im rzucano. Masy darzyły ogromnym zaufaniem Gomułkę wtedy, kiedy jego celem było maksymalne skoncentrowanie władzy w swoim ręku i użycie jej w celu cofnięcia reform, które już zostały dokonane i niedopuszczenia do następnych. Masy pokładały ogromne nadzieje w przewrocie, który był dokonany po to, żeby nadzieje te zawieść. Masy dały z siebie entuzjazm, taki, jaki dla każdego rządu każdego kraju byłby szczytem marzeń. Tylko że są rządy, które umieją wykorzystać entuzjazm swoich narodów dla przeprowadzenia rzeczy konstruktywnych bez uciekania się do bata. Natomiast rząd Gomułki i Cyrankiewicza z bata zrezygnować nie miał zamiaru ani przez chwilę. Dlatego ten entuzjazm był tylko rzeczą krępującą: czymś, co należało odepchnąć i co faktycznie odepchnięto w sposób możliwie jak najbardziej brutalny.

To tyle autor. Z tego, co powyżej, wniosek wydaje się banalny: dużo musiało się zmienić, by nic się nie zmieniło. Jakkolwiek brutalnie by to brzmiało, ale tak było w przypadku Października ’56. Dokonano pewnych kosmetycznych zmian, odsunięto paru aparatczyków, ale systemu nie zmieniono. Czy w takim razie walki frakcyjne były autentyczne? „Chamy” były stalinowcami i „żydy” też. Jedni mieli poparcie ambasady radzieckiej i części radzieckiego Biura Politycznego, drudzy – Chruszczowa i, jak się można domyślać, pozostałej części tego Biura. Nikt więc nie ryzykował.

Autentyczny sprzeciw był na Węgrzech, bo wyszedł on tam od władzy, która miała poparcie społeczne i dlatego doszło do brutalnego stłumienia tego powstania. W Polsce władza, pozbawiona skrupułów i z bezwzględnym cynizmem, oszukiwała społeczeństwo. Skrajnym przypadkiem był Gomułka. Wykreowano go na patriotę, który stawia się władzom radzieckim. Już w 1948 roku, a może wcześniej, wiedziano, że taki ktoś może się przydać. Raptem człowiek, który w wieku 21 lat wstąpił do KPP, staje się patriotą o prawicowo-nacjonalistycznych odchyleniach. Społeczeństwo złapało się na ten haczyk. A skąd ono mogło znać jego życiorys? A nawet jeśli taki był dostępny, to zapewne nie był prawdziwy.

Wytworzył się podział na „chamów” i „żydów”. I to jest zdobycz tego „polskiego października”, którą wykorzystuje się obecnie. Ci ostatni zaczynali od góry, od inteligencji, środowisk twórczych, ale udało im się pociągnąć za sobą masy. „Chamy” nie miały wówczas ich poparcia. Po 1989 roku utrwalił się podział, ukształtowany w tamtym czasie. „Żydy” – ROAD, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, Platforma Obywatelska – też zaczynały od góry. „Chamy” to Prawo i Sprawiedliwość, które „dba” o doły społeczne. Różnica pomiędzy PiS a PO jest taka jak pomiędzy „Chamami” i „Żydami”. Można więc powiedzieć, że w tamtym czasie wypracowano pewien mechanizm na wypadek, gdyby przyszło działać w warunkach „demokracji”. Kto jaki elektorat miałby zagospodarować, do kogo się odwoływać. Dzielić i rządzić.

Po co była ta cała, jakbyśmy to dziś powiedzieli, zadyma? Wszystkie te wydarzenia tj. Październik 56, Grudzień 70, Sierpień 80 były po to, by dać społeczeństwu nadzieję, że teraz będzie już lepiej, że to, co było nie wróci, że tamci źle rządzili, ale teraz wszystko się zmieni. Jak tylko będziemy rządzić, to będzie tu druga Japonia. Później przyszedł taki, który obiecywał drugą Irlandię. Obecnie jeden podstawiony przekonuje, że tylko chińskie rozwiązania uzdrowią naszą ekonomię. Recept tyle, ilu szamanów. A nie brakuje ich w naszym wyjątkowym kraju. Ten mechanizm, w skondensowanej formie, przerabiamy obecnie przy okazji „pandemii”. Raz nam obiecują złagodzenie restrykcji i łagodzą, później przykręcają śrubę, bo druga i trzecia fala, bo nowa mutacja wirusa. Ale jest i nadzieja, jak się zaszczepimy, to będzie lepiej, ale teraz jeszcze wytrzymajmy. Właśnie! Teraz mamy wytrzymać, wcześniej kazano nam zaciskać pasa. Zresztą, to zaciskanie pasa może jeszcze wrócić, jeśli kompletnie rozłożą rolnictwo, do czego przecież dążą.

Gomułka zaczynał jako ekstremista o prawicowo-nacjonalistycznych odchyleniach. Później stał się zbawcą narodu, bohaterem, który oparł się Związkowi Radzieckiemu. W końcu został poddany ostrej krytyce jako blokujący reformy prostak, którego można było usunąć za samą postawę. A przecież cały czas był to ten sam człowiek. Wszystkie swoje role odgrywał chyba dobrze. Jednak naród był już zmęczony i trzeba było wstrzyknąć mu nową nadzieję. Sprowokowano strajki, polała się krew. Nastąpiła zmiana. Przyszedł nowy przywódca: No to jak Towarzysze? Pomożecie? – Pomożemy!

Czy Październik ’56 można porównać do jakiegoś innego wydarzenia? Aż się prosi przywołać stan wojenny z 1981 roku. Jaruzelski zrobił dokładnie to, co Gomułka, tylko Gomułka w białych rękawiczkach, a Jaruzelski – po chamsku. W obu wypadkach społeczeństwo zostało podpuszczone przez żydowską mniejszość i w obu wypadkach obaj uchodzą za zbawców narodu – uratowali nas przed radziecką interwencją.

Potop

Jednym z najważniejszych wydarzeń w dziejach I Rzeczypospolitej była wojna ze Szwecją, zwana popularnie potopem szwedzkim. Prawdę mówiąc, było to chyba najważniejsze wydarzenie w jej dziejach i jakże brzemienne w skutkach, początek końca tworu zwanego unią polsko-litewską. Niecałe sto lat po jej powstaniu dochodzi do wojny, której ta unia miała zapobiec. Taki miał być cel: zabezpieczenie się przed agresją ze strony Rosji. Unia, która powstała pod przymusem, bo Litwinów przymuszono do niej, nie mogła zapewnić bezpieczeństwa żadnemu z tych państw. Zanim doszło do agresji rosyjskiej, wybuchło powstanie kozackie na Ukrainie. W jego konsekwencji doszło do zajęcia prawie całych Kresów przez Rosję (1654). Jedynie północna część Wielkiego Księstwa Litewskiego pozostała wolną. I dopiero później włączają się Szwedzi (1655). By jednak to wszystko zrozumieć, wypada cofnąć się do wojny trzydziestoletniej (1618-1648), która była wojną religijną, kontynuacją reformacji. Idąc dalej tym tropem – powstanie na Ukrainie, potop rosyjski, potop szwedzki – były kontynuacją wojny trzydziestoletniej, a więc były to również wojny religijne. Reformacja nie pokonała katolicyzmu, choć był taki moment, że wydawało się, że jej zwycięstwo jest nieuniknione. Tak się jednak nie stało. Być może właśnie dlatego, by móc z kim walczyć w przyszłości. Gdyby zwyciężyła, nie byłoby wojny trzydziestoletniej, ani wojen w Polsce. Nie byłoby tylu start materialnych i ludzkich. Tak dobrze być nie mogło.

W 1617 roku na zamku Hornstein pod Weimarem hr. Ludwik Anhalt-Koethen zakłada tajny związek pod nazwą „fruchtbringende Gesellschaft” (owocne stowarzyszenie) zwany także „zakonem palmowym”. Nazwa pochodziła od jego symbolicznego godła, przedstawiającego palmę kokosową. To samo godło w starożytności, za czasów powstań machabejskich i powstania Bar-Kochby, symbolizowało wojującą Judeę. W skład tego stowarzyszenia wchodzili m.in. kanclerz szwedzki Oxenstierna , król szwedzki Karol Gustaw, elektor Fryderyk Wilhelm pruski (tzw. wielki elektor).

W 1618 roku wybucha, zorganizowane przez braci czeskich, powstanie przeciw Habsburgom. Równocześnie książę siedmiogrodzki, Bethlen Gabor, kalwin, zajmuje północne Węgry i ogłasza się królem węgierskim. W 1619 roku oblega Wiedeń. Król Zygmunt III wysłał na Węgry na pomoc Austrii oddział kozaków. Zawarł z nią uprzednio przymierze, bez zgody sejmu, a więc bezprawne. Wojska Bethlena Gabora zostały pobite i oblężenie Wiednia musiało zostać przerwane. Kalwin Bethlen zdobył w 1613 roku Siedmiogród przy pomocy wojsk tureckich. A to oznaczało dla Polski wojnę z Turcją i jej izolację.

W 1620 roku połączone wojska austriacko-bawarskie w bitwie pod Białą Górą pokonują wojska Fryderyka, palatyna reńskiego i Bethlena Gabora. To był początek wojny, która przez 30 lat niszczyła Niemcy i kraje sąsiednie i stała się dla Niemiec i Czech prawdziwą katastrofą cywilizacyjną. Inicjatywa wyszła od unii protestanckiej, której twórcą i głową był Fryderyk, palatyn reński. Jego przyjacielem i doradcą był wybitny Żyd niderlandzki, kabalista Abraham Zacuto Lusitano.

Manasse ben Izrael, żydowski kabalista i mesjanista, wierzył w nieodległe już panowanie Izraela nad innymi narodami. Księga Zohar, którą czcił, przepowiadała nadejście czasu łaski na rok 1648. Zwiastunem tego nadejścia miała być wyczerpująca wojna trzydziestoletnia. Obudziła w Żydach nadzieję, że zbliża się już, przepowiedziane w księdze Daniela i Apokalipsie, mesjańskie tysiącletnie królestwo.

Tak więc Żydzi i reformatorzy czekali na mesjasza, tyle że mesjanizm rozumieli jedni trochę inaczej niż drudzy. Reformatorzy chcieli panowania reformacji z udziałem narodu wybranego, natomiast Żydzi uważali swoich prozelitów za środek do zapewnienia Izraelowi nadejścia „czasu łaski”. I rzecz zadziwiająca! Zapowiedziany przez Zohar na rok 1648 początek czasu łaski, doby mesjańskiej, zbiegł się z zakończeniem wojny trzydziestoletniej i zawarciem pokoju westfalskiego w 1648 roku.

Na zachodzie pokój, a u nas właśnie w 1648 roku zaczyna się powstanie Chmielnickiego. W okresie wojny trzydziestoletniej wielu Żydów niemieckich napływa do Polski. Ale nie tylko ten fakt zaostrzył kwestię żydowską. Wobec przepowiedni Zoharu poczynali sobie Żydzi coraz bezwzględniej w stosunku do ludności chrześcijańskiej.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

»Trzy domy magnackie kolonizowały głównie Ukrainę i Małą Ruś: Koniecpolscy, Wiśniowieccy i Potoccy, którzy nałożone na Kozaków uciążliwe podatki wypuszczali w dzierżawę swoim plenipotentom żydowskim. Kozacy musieli opłacać podatek od każdego nowonarodzonego dziecka, od każdej świeżo zaślubionej pary. Aby nie można było ominąć tej dani, arendarze żydowscy przechowywali u siebie klucze od kościołów greckich i ilekroć duchowny miał ochrzcić dziecko lub połączyć ślubem jakie stadło, musiał o nie prosić arendarza, który je wręczał dopiero po uiszczeniu daniny.

Hasłem, którym Chmielnicki rozagitował tłumy było „Polacy oddali nas w niewolę przeklętemu nasieniu żydowskiemu”. Toteż całe kozactwo i zbuntowany lud ruski rzucił się przede wszystkim na żydów, a potem na szlachtę, która ich żydom oddała. Ofiarą padło wielu księży katolickich, z czego ukuli później historycy zarzut, że przyczyną buntu była zbyt obcesowa propaganda katolicka. Sądzę jednak, że nie trzeba aż tak daleko idących przypuszczeń, aby wyjaśnić zwrócenie się Kozaków przeciw duchowieństwu katolickiemu.

„Salwandy w swej Histoire de Jean Sobieski Paryż r. 1829 pisze, że wielu socynianów (braci polskich – przyp. mój) przyłączyło się do kozaków. My wiemy o jednym tylko wypadku dotyczącym Grzegorza Niemierycza, który podróżował z Ruarusem i Wiszowatym (wnuk Fausta Socyna, kaznodzieja ariański, ideolog religijny braci polskich – przyp. mój) i był autorem polskiej książki Modlitwy i Pieśni wydanej w r. 1653 i kilku rozpraw w języku łacińskim. Mając znaczne posiadłości na Ukrainie, a głównie po lewej stronie Dniepru, w kraju kozaków, przechylał się Niemierycz do kościoła wschodniego i miał namawiać swych współwyznawców do tego samego, spodziewając się przez to pozyskać wielki wpływ na zwolenników tego kościoła i użyć go na posunięcie naprzód sprawy socyniańskiej… Salwandy pisze również, że szlachta socyniańska wywołała powstanie chłopów w okolicach Krakowa i Poznania.”

Jak już nam wiadomo, „bracia” mieli zwykle w swym repertuarze powstania chłopskie, tak „bracia włoscy” jak „bracia niderlandzcy”, „bracia angielscy”, jak „bracia czescy”, bracia niemieccy, jak wreszcie „bracia polscy”. Skoro byli wśród kozaków, to na pewno nie zachęcali ich do łagodnego obchodzenia się z duchownymi katolickimi.

Rozpoczął się dla Polski okres Potopu w tym samym roku, gdy na zachodzie kończono wojnę trzydziestoletnią pokojem westfalskim (1648r.). Po śmierci Władysława IV elekcja otwarta. Protestanci polscy kandydaturze Jana Kazimierza przeciwstawiają Stefana Rakoczego, księcia siedmiogrodzkiego.

Śmierć Stefana Rakoczego oddała tron polski bezspornie w ręce Jana Kazimierza. Po elekcji Komeński opuszcza Polskę i udaje się do Siedmiogrodu do Zygmunta Rakoczego i przedstawia mu plany swojej secta heroica, by zwalić katolicyzm. Tam styka się z niejakim Drabikiem, duchownym braci czeskich, który przedstawia Komeńskiemu swe przepowiednie, wieszczące katastrofę państw katolickich. Przepowiednie takie, tyczące Polski, znane są już w XVI w. i głosiły Polsce zalanie potopem wojsk nieprzyjacielskich, jeżeli nie osadzi na tronie króla protestanta.

Obecnie Drabikowi udaje się Komeńskiego pozyskać dla swoich przepowiedni. Jeden egzemplarz swych wróżb przesyła Drabik Januszowi Radziwiłłowi, czyniąc aluzje, że czeka go korona…«

Jak już nam wiadomo, „bracia” mieli zwykle w swym repertuarze powstania chłopskie, tak „bracia włoscy” jak „bracia niderlandzcy”, „bracia angielscy”, jak „bracia czescy”, bracia niemieccy, jak wreszcie „bracia polscy”. Skoro byli wśród kozaków, to na pewno nie zachęcali ich do łagodnego obchodzenia się z duchownymi katolickimi.

Rolicki sugeruje wprost, że bracia polscy byli wśród Kozaków. Wprawdzie nie traktuje się u nas Trylogii Sienkiewicza jako wiarygodnego źródła historycznego, co może nie do końca jest słuszne, bo w Ogniem i mieczem można natrafić na taki fragment, który dużo wyjaśnia:

»Na całej Ukrainie i Zadnieprzu poczęły zrywać się jakieś szumy, jakoby zwiastuny burzy bliskiej; jakieś dziwne wieści przelatywały od sioła do sioła, od futoru do futoru, na kształt owych roślin, które jesienią wiatr po stepach żenie, a które lud perekotypolem zowie. W miastach szeptano sobie o jakiejś wielkiej wojnie, lubo nikt nie wiedział, kto i przeciwko komu ma wojować. Coś zapowiadało się wszelako. Twarze ludzkie stały się niespokojne. Rolnik niechętnie z pługiem na pole wychodził, chociaż wiosna przyszła wczesna, cicha, ciepła, a nad stepami dzwoniły od dawna skowronki. Wieczorami ludzie po siołach gromadzili się w kupy i stojąc na drodze gwarzyli półgłosem o rzeczach strasznych. Ślepców krążących z lirami i pieśnią wypytywano o nowiny. Niektórym zdało się, ze nocami widzą jakieś odblaski na niebie i że księżyc czerwieńszy niż zwykle podnosi się zza borów. Wróżono klęski lub śmierć królewską (Władysław IV zmarł w 1648 roku, a ten opis, to wiosna tego roku – przyp. mój) – a wszystko to było tym dziwniejsze, że do ziem onych, przywykłych z dawna do niepokojów, walk, najazdów, strach niełatwy miał przystęp; musiały więc jakieś wyjątkowo złowrogie wichry grać w powietrzu, skoro niepokój stał się powszechnym.

Tym ciężej, tym duszniej było, że nikt nie umiał niebezpieczeństwa wskazać. Wszelako między oznakami złej wróżby dwie szczególnie zdawały się wskazywać, że istotnie coś zagraża. Oto naprzód niesłychane mnóstwo dziadów lirników zjawiło się po wszystkich wsiach i miastach, a były między nimi jakieś postacie obce, nikomu nie znane, o których szeptano sobie, że to są dziady fałszywe. Ci, włócząc się wszędzie, zapowiadali tajemniczo, iż dzień sądu i gniewu bożego się zbliża. Po wtóre Niżowcy poczęli pić na umór.

Druga oznaka była jeszcze niebezpieczniejsza. Sicz, w zbyt szczupłych granicach objęta, nie mogła wszystkich swych ludzi wyżywić, wyprawy nie zawsze się zdarzały, przeto stepy nie dawały chleba Kozakom, mnóstwo więc Niżowców rozpraszało się rokrocznie, w spokojnych czasach, po okolicach zamieszkanych. Pełno ich było na Ukrainie, ba! nawet na całej Rusi. Jedni zaciągali się do pocztów starościńskich, inni szynkowali wódkę po drogach, inni trudnili się po wsiach i miastach handlem i rzemiosłami. W każdej prawie wsi stała opodal od innych chata, w której mieszkał Zaporożec. Niektórzy mieli w takich chatach żony i gospodarstwo. A Zaporożec taki, jako człek zwykle kuty i bity, był poniekąd dobrodziejstwem wsi, w której mieszkał. Nie było nad nich lepszych kowali, kołodziejów, garbarzy, woskobojów, rybitwów i myśliwych. Kozak wszystko umiał, wszystko zrobił; dom postawił i siodło uszył. Powszechnie jednak nie byli to osadnicy spokojni, bo żyli życiem tymczasowym. Kto chciał wyrok zbrojno wyegzekwować, na sąsiada najazd zrobić lub się od spodziewanego obronić, potrzebował tylko krzyknąć, a wnet mołojcy zlatywali się jak kurcy na żer gotowi. Używała ich też szlachta, używali panowie wiecznie spory ze sobą wiodący, gdy jednak i takich wypraw brakło, to siedzieli cicho po wsiach pracując do upadłego i w pocie czoła zdobywając chleb powszedni.

I trwało tak czasem rok, dwa, aż nagle przychodziła wieść o jakiejś walnej wyprawie, czy to jakiego atamana na Tatarów, czy na Lachiw czy wreszcie paniąt polskich na Wołoszczyznę i wnet ci kołodzieje, kowale, garbarze, woskoboje porzucali spokojne zajęcie i przede wszystkim poczynali pić na śmierć we wszystkich szynkach ukraińskich.

Przepiwszy wszystko, pili dalej na borg, ne na to, szczo je, na to, szczo bude. Przyszłe łupy miały zapłacić hulatykę.

Zjawisko owo powtarzało się tak stale, że później doświadczeni ludzie ukraińscy zwykli mawiać: „Oho! trzęsą się szynki od Niżowców – w Ukrainie coś się gotuje.”

I starostowie wzmacniali zaraz załogi w zamkach, pilnie dając na wszystko baczenie, panowie ściągali poczty, szlachta wysyłała żony i dzieci do miast.

Owóż wiosny tej Kozacy poczęli pić jak nigdy, trwonić na ślepo wszelakie zapracowane dobro, i to nie w jednym powiecie, nie w jednym województwie, ale na całej Rusi, jak długa i szeroka.«

Oto naprzód niesłychane mnóstwo dziadów lirników zjawiło się po wszystkich wsiach i miastach, a były między nimi jakieś postacie obce, nikomu nie znane, o których szeptano sobie, że to są dziady fałszywe. Ci, włócząc się wszędzie, zapowiadali tajemniczo, iż dzień sądu i gniewu bożego się zbliża.

Któż, czytając ten fragment, domyśli się, że chodzi tu o braci polskich, nie wiedząc, że byli fachowcami od powstań chłopskich. Nie wiedząc, przemknie oczami po tym urywku i podąży za głównym wątkiem.

Sytuacja na Ukrainie była nader skomplikowana i fragment dialogu pomiędzy Chmielnickim i Skrzetuskim nieco wyjaśnia:

„Sami jeno Wiśniowieccy a Potoccy, a Zasławscy, a Kalinowscy, a Koniecpolscy, i szlachty garść! Dla nich starostwa, dostojeństwa, ziemia i ludzie, dla nich szczęście i złota wolność, a reszta narodu ręce we łzach do nieba wyciąga czekając bożego zmiłowania, bo i królewskie nie pomoże! Ileż to szlachty nawet nieznośnego ich ucisku wytrzymać nie mogąc na Sicz ucieka, jako ja sam uciekłem? Nie chcę też wojny z królem, nie chcę z Rzecząpospolitą! Ona mać, on ojciec! Król miłościwy pan, ale królewięta! Z nimi nam nie żyć; ich to zdzierstwa, ich to arendy, stawszczyzny, pojemszczyzny, suchomielszczyzny, oczkowe i rogowe; ich to tyrania i uciski przez Żydów czynione o zemstę do nieba wołają.

I któż są oni? – mówił dalej pan Skrzetuski – czy tu z Niemiec przyszli albo od Turek? Nie krew-że to z krwi, nie kość z kości waszej? Nie wasza-że to szlachta, nie wasi książęta? Co gdy tak jest, tedy ci biada, hetmanie, bo ty młodszych braci na starszych uzbrajasz i parrycydów (parrycyda, z łaciny – ojcobójca, morderca, zdrajca, wróg ojczyzny – przyp. mój) z nich czynisz.”

Tak więc spolonizowana arystokracja i szlachta ukraińska do spółki z Żydami eksploatowała ukraiński lud, a winą zostali obarczeni Polacy.

Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce tak opisuje przyczynę buntów kozackich:

»Najwięcej rozwydrzyli się Żydzi na Rusi i Ukrainie. Opętali szlachtę, zajmującą się w owym czasie więcej polityką, aniżeli swoimi majątkami, podniecili ją do wyzyskiwania Kozaków. Doszło do tego, że Judaici dzierżawili nie tylko dobra szlacheckie, lecz także cerkwie. Kto z ludu kozackiego chciał ochrzcić swoje dziecko, albo się żenić, musiał zapłacić członkom „wybranego narodu” haracz. Nawet umierać i wędrować po śmierci na cmentarz chrześcijański nie mógł bez pozwolenia dzierżawców wyznania talmudycznego.

Ta chciwa, potworna arogancja Żydów oburzyła nie tylko uczciwych „gojów”, lecz także żydowskiego historyka, Graetza, zaciętego wroga chrystianizmu. Pisze on:

„Odeszła od nich (od Żydów) rzetelność i prawość, jak opuściła ich prostota i zmysł prawdy. W oszukaństwie i przebiegłości znajdywali rozkosz, niby zwycięską radość. Uczyli szlachtę polską, jak upokarzać i poniewierać gruntownie Kozaków, narzucili się im na sędziów i mieszali się do ich praw kościelnych.”

Taka obłąkana arogancja musiała wywołać nienawiść Kozaków do Żydów. I stało się tak… Do dnia dzisiejszego pamiętają dzieci stepów swoją poniewierkę, nie zapomnieli krzywd, doznanych za rządów żydowskich.

Wyssani do ostatniego grosza, traktowani jak bydlęta, wysłali Kozacy poselstwo do Krakowa, do króla Jana Kazimierza, i prosili go, aby zdjął z nich pęta żydowskie: „Nie szukajcie w prawach surowości przeciwko Żydom – przemawiało poselstwo – ale pilnować należy, aby nie byli w mocy nas obdzierać”.

Jan Kazimierz nie przychylił się do słusznych żądań Kozaków, za co drogo zapłacił. Bowiem Kozacy, sprzykrzywszy sobie poniewierkę z dwóch stron, od Żydów i od bałamuconych przez nich szlachciców polskich, wzięli się do broni. Wojna Kozaków z Polską zaczęła się pogromem Judy. Strasznym był ten pogrom – dzikim, brutalnym, rafinowanym mordem.

Skopany, skrzywdzony Zaporożec stał się hieną, tygrysem, szakalem. Tysiące Żydów torturował bez litości i zabijał, jak wściekłych psów (w Niemirowie, Pilewcach, Zamościu, Tomaszowie, Turobinie, Tarnogrodzie, Biłgoraju, Kroczniku, Łucku itd.).

Przeliczyła się znów megalomania żydowska. Już się zdawało, że opanowała całą Sicz kozacką i Wołyń, i że będzie na zawsze władzą tych, gdy straszny, okrutny grom spadł na nią niespodzianie i zdruzgotał jej niemądrą pychę. Z torbami, zrabowani przez Kozaków, uciekli z Zaporoża ci magnaci żydowscy, którym udało się ocalić życie. Nadzy przyszli nad Dniepr, nadzy odeszli…«

Nadzy odeszli, pisze Jeske-Choiński, ale powrócili. I znowu gnębią ukraiński lud. Czy Zaporożec znowu się zbuntuje? Chyba nie! Ucieka do Polski, a w niej dalej nienawidzi Polaków za upokorzenia, których doznali jego przodkowie od swoich spolonizowanych współbraci i od Żydów.

Natomiast Wikipedia bunty kozackie tak tłumaczy:

„Właściwe rządy sprawowały rody magnackie (gł. Wiśniowieccy, Zasławscy, Ostrogscy), złożone ze spolonizowanej szlachty ruskiej i zarządzające ogromnymi latyfundiami. Ich polonizacja motywowana była często ambicjami politycznymi i nieodłącznie związana z porzuceniem prawosławia. Ukraińska historiografia właśnie im przypisuje główną odpowiedzialność za wybuch buntów – ich zaborcza i ekspansywna polityka rolna miała prowadzić do stałego podnoszenia powinności pańszczyźnianych i wpędzać chłopstwo w nędzę. W ten sposób nawarstwiała się nienawiść tzw. prostego ludu do warstw uprzywilejowanych, oparta również na uprzedzeniach narodowościowych i religijnych.”

Powstanie Chmielnickiego daje Moskwie pretekst do wkroczenia w granice Rzeczypospolitej. Henryk Rolicki tak to opisuje:

»W r. 1654 Chmielnicki poddał się Moskwie i wojska moskiewskie wkroczyły do Polski, zalewając całą wschodnią połać Polski i Litwy. Rozpoczął się potop, który miał pozbawić Polskę nie tylko roli mocarstwowej, lecz właściwie roli niepodległego państwa. Falą, która miała Polskę zalać, stali się Szwedzi, idący w pierwszym szeregu wojującej reformacji. Karol Gustaw i Axel Oxenstierna, jego kanclerz, dwaj członkowie zakonu palmowego, gotowi byli dobyć oręża. Fryderyk Wilhelm, margrabia brandenburski i lenny wobec Polski książę pruski, także członek zakonu palmowego, okazać miał poparcie, by wywalczyć sobie zwolnienie z lenna i tytuł dziejowy „wielkiego elektora”. Różokrzyżowiec Komeniusz, przyjaciel i agent Oxenstierny, siedzi u księcia siedmiogrodzkiego, by go nakłonić do secta heroica, mającej zwalczyć „wieżę Babel” (Kościół katolicki – przyp. mój). W Polsce jest biskupem braci czeskich, połączonych z kalwinami i mistrzem szefa kalwinów, Zbigniewa Gorajskiego. Jest w przyjaźni z Januszem Radziwiłłem, któremu Drabik przepowiedział koronę. Jest w bliskim kontakcie z Krzysztofem Opalińskim, drukującym swe „Satyry” w Amsterdamie. Na różnowierców może liczyć.

Rakoczy siedmiogrodzki gotów jest przystąpić do secta heroica. Już przedtem były obawy, że książę siedmiogrodzki nie tylko z samym Chmielnickim konspiruje, ale i między szlachtą licznych ma zwolenników. Podejrzewano o to przede wszystkim księcia Janusza Radziwiłła i księcia Wiśniowieckiego. Te stosunki domu Rakoczych zapewne nie zostały zerwane. Do Polski, której wschód zalały wojska moskiewskie, wkraczają teraz wojska Karola Gustawa (1655 r.). W Wielkopolsce Wittenberg bez walki przeciąga pospolite ruszenie pod wodzą Krzysztofa Opalińskiego na stronę Karola Gustawa. Satyryk amsterdamski okrywa się hańbą dziejową. Na Litwie naśladują go skwapliwie obaj Radziwiłłowie, Janusz i Bogusław. Obaj kalwini; Janusz przyjaciel Komeńskiego w r. 1644 w jego obecności przewodniczył synodowi ewangelików w Orlu. Bogusław, zaufany przyjaciel Fryderyka Wilhelma, księcia pruskiego, działającego, jak Oxenstierna, w zakonie machabejskiej palmy.

W całym kraju hulają wojska szwedzkie i pragną wytępić wszystko, co katolickie.

„Pisarze katoliccy przypisują protestantom w Wielkopolsce podmawianie Szwedów do popełniania owych gwałtów; a socynianie i bracia czescy, zwłaszcza ci, którzy z Czech i Moraw schronili się do Polski, najsilniej byli obwiniani o sprzyjanie wrogom.

Jakkolwiek popieranie obcego najeźdźcy przeciwko ojczyźnie bynajmniej nie zasługuje na pochwałę, łatwo się jednak tłumaczy tym, że w kraju tak podzielonym na stronnictwa, jakim wówczas byłą Polska, uczucie przywiązania do ojczyzny ustępowało przed duchem stronniczym. Wszelako mniej tu zadziwia postępowanie socynianów, którzy prześladowani zarówno przez katolików, jak i przez ewangelików, szukali opieki u Szweda; natomiast nie podobne do przebaczenia było zachowanie się w tym wypadku Czechów i Morawian, którzy znaleźli w Polsce schronienie przed prześladowaniem, jakiego doznawali we własnej ojczyźnie” – tak osobliwie osądza te zdrady pisarz kalwiński.” – Hr. W. Krasiński, Zarys dziejów reformacji.

Konfederacja tyszowiecka, śluby Jana Kazimierza w katedrze lwowskiej postawiły naród na nogi. Źle poczęło się dziać Szwedom i ich sprzymierzeńcom. W r. 1656 wojska polskie stają pod Lesznem. Rezyduje tam Komeński i podżega ludność (w znacznej mierze żydowską) do zbrojnego oporu ramię przy ramieniu z wojskiem szwedzkim. Miasto zostaje zdobyte i podpalone przez Polaków, jako gniazdo spisku. Komeński zdołał uciec za granicę, lecz archiwum jego i rękopisy stały się pastwą ognia.

Szwedzi ponoszą klęskę za klęską. Teraz już kalwini przechodzą na stronę Jana Kazimierza; sprawa na razie stracona. Osadzenie na tronie Karola Gustawa „wzniosłego z wysoko się pnącym słonecznikiem” nie powiodło się.

W r. 1657 najeżdża Polskę wraz z kozakami Chmielnickiego książę siedmiogrodzki, pozyskany przez Komeńskiego dla secta heroica. Usiłuje zdobyć bezskutecznie Lwów, potem śpieszy pod Kraków, który mu otwiera załoga szwedzka. Karol Gustaw łączy się z nim pod Chmielowem. Ostatnia próba. Za późno.

Karol Gustaw, popierany przez żydów i spiski reformacyjne, snuje teraz wprost plany rozbioru Polski. On pierwszy, po nim będzie August II Sas.

Z chciwym brandenburczykiem zawarł nowy traktat w Labiau i zapewnił mu udzielność Prus książęcych i Warmii, a z drugiej strony wciągnął do aliansu Rakoczego i Chmielnickiego, ofiarując pierwszemu Małopolskę, Ruś Czerwoną, Mazowsze, Litwę, Wołyń i Podole, drugiemu Ukrainę. Sobie oczywiście zachowuję Wielkopolskę i Gdańsk.

Po klęsce Rakoczego wojna ma się ku końcowi. Fryderyk Wilhelm pruski zawiera w r. 1657 z królem traktat welawski. Zostaje zwolniony od powinności lennej, zaś siostrzeniec jego, Bogusław Radziwiłł, odzyskuje swe dobra w Rzeczypospolitej.

Powstają samodzielne Prusy, a „osobliwie światło w Niemczech”, wielki elektor, kładzie podwaliny pod dzieło Fryderyka Wielkiego: pierwszy rozbiór Polski. Traktat oliwski ze Szwecją 1660 r. odpycha Polskę jeszcze bardziej od Bałtyku, pozbawiając ją Inflant.

A teraz kolej na zdrajców. Wielu przebaczono, umieli się osłonic. Jednak już na sejmie 1658 r. uchwalono wypędzenie braci polskich z kraju. W r. 1659 sejm kazał arianom opuścić Polskę do dnia 10 lipca 1660 r. Szwecja w traktacie usiłowała to odrobić, lecz bezskutecznie. Udali się częścią do Prus, gdzie ich przyjął gościnnie Bogusław Radziwiłł, częścią zaś do siedziby Spinozy, do Amsterdamu. Do wygnania braci zmusili sejm chłopi polscy; oni to w r. 1656 zdobyli Sącz, siedzibę arian i puścili z dymem; podobne zbrojne odruchy miały miejsce i gdzie indziej.

Na sejmie w r. 1658 rozważano również sprawę wygnania żydów z Polski za zdradę na rzecz Szwedów. Rzeczpospolita nie miała już jednak dość sił, aby sobie na to pozwolić. Minął potop i pozostawił za sobą zniszczone państwo. Zabrakło Polsce spokoju, aby mogła zagoić rany. Zaraz potem rokosz Lubomirskiego, potem wojny tureckie, wojna północna, wojna szwedzko-rosyjska, gdzie Rzeczpospolita musiała przyglądać się biernie, jak jej ziemie tratują wojska moskiewskie i szwedzkie.«

W Wikipedii potop szwedzki jest tak opisany:

Potop szwedzki (VI wojna polsko-szwedzka) – najazd Szwecji na Rzeczpospolitą w latach 1655–1660 będący jedną z odsłon II wojny północnej. Formalnie zakończył go pokój w Oliwie zawarty w 1660. Wojna ze Szwedami toczyła się równolegle z wojną polsko-rosyjską 1654-1667 znaną jako potop rosyjski.

Potop szwedzki był jedną z odsłon wojen prowadzonych przez Szwecję, która dążyła do całkowitej dominacji nad Morzem Bałtyckim, wynikiem czego były wcześniejsze wojny z Polską o ujście Wisły i Inflanty. Konflikt miał również swoje korzenie w sporze o tron Szwecji w obrębie dynastii Wazów, do czego zgłaszali pretensje królowie polscy z tej dynastii.

Najazd wojsk szwedzkich miał miejsce, gdy Rzeczpospolita prowadziła wyniszczającą wojnę obronną z Rosją, która wiosną i latem 1654 roku najechała ponad połowę jej terytorium (potop rosyjski) i wsparła trwające od 1648 roku powstanie Chmielnickiego. Zajęcie przez Rosjan Ukrainy i większości terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego stanowiło zagrożenie dla szwedzkich wpływów nad Bałtykiem i było bezpośrednią przyczyną wkroczenia Szwedów do Polski i na Litwę w 1655 roku.

Zaangażowana w wojnę z najazdem rosyjskim i osłabiona powstaniami kozackimi Rzeczpospolita nie zdołała odeprzeć militarnie najazdu Szwedów w 1655 roku, czego wyrazem było poddanie się wojsk pospolitego ruszenia, a nawet przypadki współpracy i podporządkowania się królowi szwedzkiemu. Od wiosny 1656 roku zaczął wzrastać opór armii koronnej, pojawiły się pierwsze sukcesy militarne, co zaczęło powoli doprowadzać do równowagi pomiędzy przeciwnikami. Od jesieni 1656 roku poprawiła się sytuacja międzynarodowa, co doprowadziło do wycofania się z Polski większości wojsk szwedzkich do czerwca 1657 roku. Szwedzi od tego czasu byli już w defensywie i utrzymywali pod swoją kontrolą jedynie niektóre twierdze z Toruniem na czele. I choć ostatecznie Szwedzi zostali wyparci, to jednak poniesione straty w wyniku walki z kilkoma przeciwnikami oraz koszty ustępstw pokojowych były ogromne.

Szacuje się, iż w wyniku działań wojennych ludność Warszawy zmniejszyła się aż o 90%. Do dziś nie zostały w większości odzyskane zagrabione przez Szwedów dobra kultury polskiej, m.in. zrabowane z Zamku Królewskiego w Warszawie, dwa brązowe lwy zdobią do dzisiaj siedzibę królewską w Sztokholmie.”

Mamy więc powstanie Chmielnickiego (1648-1657), wojnę polsko-rosyjską (1654-1667) i polsko-szwedzką (1655-1660). W sumie można więc powiedzieć, że były trzy wojny. Jednak ta ze Szwecją była najbardziej wyniszczająca. Wikipedia pisze:

„Wojna i okupacja prawie całego kraju przez potop wojsk szwedzkich spowodowały w Rzeczypospolitej ogromne straty demograficzne na skutek działań wojennych, głodu, chorób i epidemii (nawet do 40% całej populacji Rzeczypospolitej) zniszczenia materialne (ponad 50% całego majątku), wielkie straty dóbr kulturalnych, zagrabionych przez okupanta, a wreszcie utratę zwierzchnictwa nad Prusami Książęcymi i przypieczętowanie tego samego odnośnie do Inflant. Traktaty welawsko-bydgoskie pozwoliły na umocnienie Brandenburgii na arenie międzynarodowej.

Kolejnym skutkiem wojny są też niepowetowane straty materialne i kulturowe. Pomimo że większość polskich zamków i twierdz poddawała się Szwedom bez walki, zostały zniszczone i złupione jako potencjalne miejsca oporu. Wiele ze świetnych niegdyś rezydencji (Zamek Ogrodzieniec, Zamek w Chęcinach, Zamek w Olsztynie) po potopie szwedzkim nigdy nie zostało odbudowanych i nie odzyskało świetności; wizerunki niektórych znamy tylko dzięki pracom szwedzkiego wojskowego – Erika Dahlbergha. Rozgrabiono nie tylko biblioteki i skarbce, wywożono także relikwie świętych (np. św. Stanisława z Krakowa) czy detale architektoniczne (np. Marmurowe delfiny z fontanny w zamku królewskim w Warszawie).”

W wyniku wojny ze Szwecją Rzeczpospolita traci:

  • Prusy: uzyskują samodzielność
  • Inflanty

W wyniku wojny z Rosją Rzeczpospolita traci:

  • województwo smoleńskie
  • województwo czernihowskie
  • połowę województwa kijowskiego (250 tys. km kwadr.)
  • Zaporoże zostaje uznane za kondominium Polski i Rosji

W sumie można to uznać za pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej. Wszystkie trzy państwa, które brały udział w wojnie – Szwecja, Prusy i Rosja, coś zyskały jej kosztem.

A czy to było mocarstwo? Skoro Rosja zajmuje prawie całe Kresy i nie boi się, to chyba nie. Co ciekawe, zatrzymuje się prawie dokładnie na linii, którą my nazywamy linią Curzona. Co więcej, nie zajmuje północnej Litwy i nie wkracza w granice Korony. Jakby chciała zostawić to Szwecji, która dopiero w następnym roku zajmuje te tereny. Czy oni się wcześniej umówili?

Po co były te wojny? Żeby osłabić „mocarstwo”, które mocarstwem nie było? Gdyby nie było unii, to nie byłoby tych wojen. Straty terytorialne, jakie poniosła Rzeczpospolita, to były straty Wielkiego Księstwa Litewskiego, którego część południową, po unii, przyłączono do Korony. Największe zniszczenia materialne i ludzkie miały miejsce na terenie Korony, czyli Polski. Pomimo że większość polskich zamków i twierdz poddawała się Szwedom bez walki, zostały zniszczone i złupione jako potencjalne miejsca oporu. – Tak pisze Wikipedia. Skoro te twierdze i zamki poddawały się bez walki, to nie mogły już stanowić miejsc oporu. Skąd więc taka nienawiść? Czy tylko różnice wyznaniowe mogły być ich przyczyną? Skoro, niby, Karol Gustaw chciał być królem Polski, to po co obracać kraj w perzynę? Widocznie chyba jednak chodziło nie o jego podbicie, tylko o jego zniszczenie. Najwyraźniej król szwedzki wykonywał czyjeś instrukcje.

Potop szwedzki to był początek końca Rzeczypospolitej. W jego wyniku twór ten, dwa sztucznie złączone państwa, stracił niepodległość, jeśli w ogóle ją miał. Wtedy właśnie, po tej wojnie, rozpoczął się karnawał liberum veto – „wolne” nie pozwalam. Pierwszy zerwał sejm poseł z Litwy, W. Siciński, w 1652 roku. Następny zerwano w 1669 roku i tak to trwało przez stulecie. W pełni wykorzystano zaprojektowany u progu unii ustrój, który sparaliżował całkowicie państwo i jego organy i stał się przedmiotem drwin całej niemalże Europy. Nie Polacy go stworzyli, nie Polacy byli głównymi aktorami tego cyrku, ale na nich spadło całe to odium.

Dziwnie wyglądała ta wojna. Gdyby ktoś chciał pokonać tę unię dwóch, luźno ze sobą związanych państw, to dokonałby jednoczesnego ataku. A tu mamy jakieś niezrozumiałe posunięcia: powstanie Chmielnickiego 1648 roku, wkroczenie Rosji w 1654 roku, Szwecji – w 1655 roku i najazd Rakoczego wraz z Chmielnickim w 1657 roku, gdy Szwedzi są w totalnym odwrocie. W odwrocie, dlatego że odnosili porażki, czy dlatego, że tak chcieli? Tak jakby w tym wszystkim chodziło o to, by ta wojna trwała jak najdłużej, a nie o szybkie pokonanie i podporządkowanie sobie przeciwnika. Zupełnie jak w przypadku wojny Hitlera. Ci, którzy powołali do życia unię polsko-litewską i stworzyli jej idiotyczny ustrój, a więc Żydzi, mogliby ją zlikwidować, gdyby chcieli. Woleli jednak, by na jej terenie toczyły się wyniszczające wojny. Dla Polski była to katastrofa. Jej starty były, proporcjonalnie, większe niż w czasie II wojny światowej. To na terenie Korony, a nie na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, dokonano tego spustoszenia.

Pożar 1666 roku

Podejrzewam, że mało kto słyszał o wielkim pożarze Londynu w 1666 roku. Czy to był przypadek, że akurat właśnie w tym roku doszło do niego? Nasza „pandemia” pojawia się w 2020 roku, traktat wersalski – 1919. Ktoś może powiedzieć, że to przypadek. Przecież kiedyś to wszystko musiało się zdarzyć, a że tak wyszło? Nie da się udowodnić, że wielki pożar Londynu został zaplanowany na ten właśnie rok i że w ogóle został zaplanowany. Niemniej jednak pewna sekwencja zdarzeń, którą niżej przedstawiam, skłania do refleksji. Ale nawet informacja z Wikipedii, że pożar wybuchł we wschodniej części miasta, przy wietrze wiejącym w kierunku zachodnim, każe wątpić w przypadek. Z drugiej strony postawa mieszkańców Londynu i króla oraz jego najbliższego otoczenia nie rozwiewa tych wątpliwości.

Wikipedia pisze tak:

Wielki pożar Londynu – pożar trwający od 2 do 5 września 1666 roku w Londynie.

Pożar ten wybuchł w piekarni przy ulicy Pudding Lane we wschodniej części miasta. Z powodu silnego wiatru i konstrukcji budynków z materiałów łatwopalnych (drewno, słoma) ogień rozszerzył się w kierunku zachodnim na całe miasto. W sumie zostało zniszczonych 13 200 budynków i 87 (z ponad 100) kościołów, między innymi katedra św. Pawła (ang. St Paul’s Cathedral). Równało się to 2/3 powierzchni miasta.

W pożarze zginęło 6 osób. Żywioł zabił większość szczurów, które były odpowiedzialne za trwającą od 1665 roku epidemię dżumy. Pożar miał wielki wpływ na ówczesne społeczeństwo angielskie, a także na sam Londyn.

Znaczący udział w odbudowie miał architekt Sir Christopher Wren. Pierwotne plany Wrena dotyczące odbudowy zakładały oparcie się na przejrzystym układzie urbanistycznym na wzór kontynentalny, z szerokimi alejami i placami. Jednak ze względu na to, że z wielu budynków ocalały przyziemia, a spory prawne nie pozwalały szybko rozwiązać kwestii własności działek, w końcu zarzucono plany wytyczenia nowej siatki ulic.

W roku 1667 Parlament uchwalił podatek węglowy z przeznaczeniem na fundusz odbudowy Londynu. Miasto odbudowano w oparciu o istniejącą, jeszcze średniowieczną, strukturę ulic, jednak już z wykorzystaniem trwalszych materiałów (cegły i kamień), poprawiając warunki sanitarne i dostępność do budynków.

4 września 2016 roku, w ramach 4-dniowego festiwalu pod nazwą London’s Burning („Londyn płonie”) w 350. rocznicę Wielkiego Pożaru, na Tamizie ustawiono i spalono 120-metrową makietę przedstawiającą XVII-wieczny Londyn.”

Pożar ten został opisany w Dzienniku Samuela Pepysa. Dziennik obejmował okres od 1 stycznia 1660 do 31 maja 1669 roku. Pepys był wysokim urzędnikiem królewskim. Przekładu dokonała Maria Dąbrowska i we wstępie m.in. pisze:

„Okres, w którym Samuel Pepys pisał swój Dziennik, to pierwsze dziesięciolecie tzw. Restauracji, czyli przywrócenia na tron angielski – w osobie Karola II – dynastii Stuartów po upadku republiki ustanowionej przez tzw. Wielką Rebelię, tj. rewolucję z lat czterdziestych XVII wieku, w której wodzem był znany całemu światu Oliver Cromwell. U nas odpowiada tym czasom okres powstań ukraińskich związanych z imieniem Bohdana Chmielnickiego, okres szwedzkiego „potopu” i ostatnie dziesięciolecie panowania Jana Kazimierza. Kiedy Samuel Pepys, zagrożony utratą wzroku, przerywa swój szyfrowany Dziennik, Polska zabiera się do smutnej pamięci elekcji Michała Korybuta Wiśniowieckiego, tak soczyście opisanej przez naszego pamiętnikarza, współczesnego Pepysowi Jana Chryzostoma Paska.”

Za rządów Cromwella dochodzi do ponownego sprowadzenia Żydów do Anglii, wypędzonych stamtąd w 1290 roku. W akcji tej bierze też udział, w porozumieniu z nim, Manasse ben Izrael z Amsterdamu. Zaczyna się od zapewnienia swobody maranom, dotąd starannie utajnionym, dzięki czemu wracają oni masowo na judaizm. Od 1657 roku osiedlają się Żydzi w Londynie. W 1753 roku otrzymują, z pewnymi ograniczeniami, obywatelstwo angielskie i prawa polityczne. O wiele wcześniej niż w Europie kontynentalnej (po rewolucji francuskiej). To wydatnie ułatwiło im penetrację społeczeństw chrześcijańskich oraz wchodzenie do tajnych organizacji. Zmarłego w 1657 roku Manassego zastępuje jego uczeń, sławny filozof, Baruch Spinoza (1632-1677), hiszpański maran. Spinoza, podobnie jak Manasse, był kabalistą i wierzył w mesjańskie przepowiednie Zoharu.

Ten pożar, to pożar tej części miasta, którą nazywa się City of London, znajdującej się w obrębie rzymskich murów z okresu Imperium Rzymskiego. Pepys opisał go w swoim Dzienniku. Jednak wcześniej, w dniu 18 lutego, zanotował:

„18 lutego. (Niedziela.) Leżałem długo, rozmawiając z żoną, m.in. o tym, że Pola musi do nas przyjechać i być tu trochę, iżby nabrała światowej ogłady. Potem będąc w mieście wstąpiłem do mego księgarza po książkę, pisaną dwadzieścia lat temu o proroctwie na teraźniejszy rok, w której liczbę 1666 wykłada się jako bestię apokaliptyczną i Antychrysta zwiastującą.”

W dniu 2 września Pepys zapisuje w swoim dzienniku:

»2 września (Niedziela.) Dziewki nasze siedziały do późna w noc, aby przygotować wszystko dla dzisiejszych gości, a jedna z nich, Jane, około 3 nad ranem nuże nas wołać, że wielki pożar widać w Mieście. Tedy wstałem i oblókłszy się w nocny przyodziewek, poszedłem do jej okna i zdało mi się, że to gdzieś na tyłach ulicy Mark Lane, a nie będąc zwyczajny takich pożarów, jakie się potem okazały, mniemałem, że to dosyć daleko; tedy wróciłem do łóżka i zasnąłem. Około 7 wstałem, aby ubrać się, i wyjrzałem przez okno, i zobaczyłem ogień mniejszy, niż był przedtem, i dalszy, za czym poszedłem do mego nowego gabinetu, by po wczorajszym sprzątaniu ułożyć wszystko na miejscu. Ale wnet przyszła Jane i mówi mi, że słychać jakoby 300 domów spłonęło tej nocy od pożarów, któreśmy byli widzieli; i że teraz pali się cała Fish Street aż do Londyńskiego Mostu. Tedy zebrałem się natychmiast i poszedłem do Tower, i tam wdrapałem się na najwyższe miejsce, i stamtąd ujrzałem domy po tej stronie mostu wszystkie w płomieniach i olbrzymi pożar z obu stron mostu. Tedy zszedłem z sercem pełnym troski do komendanta Tower, który powiedział mi, że pożar zaczął się nad ranem w domu królewskiego piekarza na Pudding Lane i że strawił kościół Św. Magnusa i większość Fish Street. Zszedłem na wybrzeże i nająwszy czółno popłynąłem do mostu, i tam oglądałem to opłakane widowisko. Nieszczęsny dom Betty Michell, jako że cała ta część miasta w ogniu, który posuwał się coraz dalej, tak że bardzo szybko, przez czas kiedy tam byłem, dosięgnął Steel Yard. Wszyscy usiłowali ratować swoje dobro: biedni ludzie trzymali się swoich domów, aż póki nie zajęły się ogniem, a wtedy rzucali się do czółen albo tłoczyli się biegając od jednych schodów nad Rzeką do drugich. I biedne gołębie, którem widział, jak wzdragając się porzucić domy krążyły koło balkonów i okien tak długo, aż popadały opaliwszy sobie skrzydła. Postawszy tak z godzinę i napatrzywszy się szalejącego ognia a nie widząc dookoła nikogo, kto starałby się go ugasić, tylko wszystkich łapiących, co mieli dobytku pod ręką, i zostawiających resztę na pastwę pożaru, i widząc ogień już w Steel Yard i że wiatr bardzo silny przerzuca płomienie ku śródmieściu, i że wszystko po tak długiej suszy okazuje się palne, nawet same kamienie kościołów, i widząc m.in. biedną dzwonnicę Św. Wawrzyńca, koło której cudna pani Horsley mieszkała, jak zająwszy się od szczytu wnet objęta płomieniami zwaliła się – pośpieszyłem do Whitehall i tam do gabinetu Króla, gdzie zaraz wszyscy do mnie, i zdałem im sprawę o rzeczy, i przeraziłem ich, i zaraz posłano z tym do Króla. A zaś wnet byłem przed oblicze Króla wezwany i powiedziałem Królowi i księciu Yorku, com widział, i że o ile Jego Królewska Mość nie rozkaże burzyć domów, to nic nie wstrzyma szerzenia się pożaru. Zdawali się być bardzo poruszeni i Król poruczył mi pójść do Lorda Majora (odpowiednik obecnego burmistrza – przyp. mój) i nakazać mu Jego imieniem, żeby nie szczędził domów, tylko burzył je wszędzie, dokąd zbliża się pożar. Książę Yorku kazał mu też oznajmić, że gdyby potrzebował więcej żołnierzy, on ich da; to samo rzekł mi potem lord Arlington. Spotkawszy kapitana Cocke’a wziąłem jego powóz i z Creedem – do Św. Pawła, a stamtąd pieszo wzdłuż Watling Street, a iść nie było łatwo, bo wszystko, co żyje, uciekało stamtąd obładowane rzeczami, które chcieli ocalić; a tu i ówdzie niesiono chorych w łóżkach. Nad podziw kosztowne rzeczy wieźli też ludzie na wozach i nieśli na plecach. Dopiero na Canning Street spotkałem Lorda majora zgoła zmęczonego, z chustką do nosa na szyi. Słysząc zlecenie królewskie wykrzyknął jak mdła niewiasta: „Boże, co ja mogę uczynić? Umęczyłem się, a ludzie nie chcą mnie słuchać. Jam kazał burzyć domy, ale ogień szybko pomyka, nie możemy nadążyć!” Dodał, że nie trzeba mu więcej żołnierzy i że co do niego, to musi iść odetchnąć, bo był na nogach całą noc. Za czym rozstaliśmy się i poszedłem do domu oglądając po drodze ludzi prawie oszalałych, a nigdzie żadną miarą nie przedsiębrano jakichś środków dla przytłumienia pożaru. Domy też tu wszędzie gęsto tak stoją i pełno palnych materyj, jako to smoły i dziegciu w ulicach nad Tamizą; i domy towarowe z olejami, z winem, gorzałką i innymi rzeczami. Było już około 12, tedy do domu, gdzie zastałem już zaproszonych na dzisiaj gości, którymi byli: pan Wood i jego żona Barbara Sheldon (nasza Bab z Greenwich, świeżo mu poślubiona) oraz pan Moone z żoną, gładką niewiastą, a i on grzeczny człowiek. Ale zamiar pana Moone’a i też mój: obejrzeć mój nowy gabinet, którym – dawno przezeń pożądanym – widokiem chciałem go uradować, zawiódł nas całkiem, jako że byliśmy wszyscy w wielkim pomięszaniu i zatroskaniu z przyczyn pożaru, o którym nie wiemy, co myśleć. Ale obiad mieliśmy nadzwyczaj dobry i było nam wesoło, jak tylko w takim czasie być mogło. Zaraz po obiedzie ja i państwo Moone wyszliśmy i chodziliśmy po mieście; w ulicach nic tylko pełno ludzi, koni, wozów napełnionych wszelakim dobytkiem, gotowych lecieć jeden przez drugi, by przewozić dobro ludzkie z domów strawionych ogniem – w inne. Teraz wywożą wszystko z Canning Street (która rano przyjęła była dobytek z innych ulic) na Lumbard Street i dalej. Doszliśmy do Św. Pawła, stamtąd Moone z żoną do domu, a ja do przystani Św. Pawła. Nająłem tam czółno i to w dół, to w górę od mostu przypatrując się pożarowi, który szalał i szerzył się, i przytłumić go zdawało się niepodobieństwem. Spotkałem barkę z królem i księciem Yorku i z nimi do Queenshithe, gdzie wezwali do siebie sir Ryszarda Browne’a. Jedyny rozkaz, jaki wydali, to aby śpiesznie burzyć domy poniżej mostu wzdłuż wybrzeża, lecz niewiele było i mogło być zdziałane, gdyż ogień się za szybko na te domy przerzucał. Rzeka pełna czółen wiozących ludzki dobytek, a wiele cennych rzeczy pływało po wodzie, alem spostrzegł, że na co trzeciej bez mała szkucie albo łodzi widać było pośród innych sprzętów domowych wirginał. Napatrzywszy się tego do woli – do parku St. James, gdzie wedle umowy spotkałem żonę z Creedem, Woodem i jego żoną i siedliśmy do mego czółna i znów dalej to w dół, to w górę Rzeki ku pożarowi, który wzrastał, a wiatr był wielki. I tak blisko byliśmy ognia, jak tylko dym pozwalał, a płynąc pod wiatr, o małośmy lic nie popiekli od deszczu iskier, tak zaiste, jak zapalały się od tych iskier i strzępów ognia domy po trzy, po cztery, ba, po pięć i sześć, jeden za drugim. Kiedy nie mogliśmy już wytrwać na wodzie, weszliśmy do malej piwiarni na Strandzie naprzeciw „Trzech Żurawi” i tam siedzieliśmy prawie do zmroku, i widzieliśmy, jak pożary się wzmagały, a gdy się ściemniło, pokazywało się ich coraz więcej a więcej w zaułkach i na dzwonnicach, i między domy a kościoły; tak daleko, jak okiem sięgniesz, aż po wzgórza Śródmieścia, wszędzie najokrutniejszy, złośliwy, krwawy płomień, ani podobny pięknym płomykom zwyczajnego ognia. Zostaliśmy tam, aż się ściemniło, i widzieliśmy pożar jak jedno wielkie sklepienie ognia sięgające na tamtą stronę Rzeki i łukiem rozpostarte nad wyniosłością na jaką milę długości; na płacz mi się zbierało, gdym to widział. Kościoły, domy, wszystko paliło się pospołu; i przeraźliwy huk, jaki się w tych płomieniach rozlegał, i trzask walących się domów! Z ciężkim więc sercem do domu, a tam zastaliśmy wszystkich rozprawiających i lamentujących nad tą pożogą; i biedny Tom Hayter przybył z resztą swego dobytku ocalonego z domu, co spłonął na Fish Street. Zaprosiłem go, by został z nami, i przyjąłem jego rzeczy, ale źle obliczył wybrawszy się do nas, bo co chwila przychodziły wieści o rozszerzaniu się pożaru, tak że musieliśmy sami przystąpić do ładowania naszych rzeczy i gotować się do przeprowadzki; tedy przy miesiącu ( a po wietrznym dniu była piękna, sucha i ciepła noc miesięczna) znieśliśmy wiele z mego dobytku do ogrodu, a ja z panem Hayterem przenieśliśmy moje pieniądze i skrzynię żelazną do piwnicy mając to miejsce za najpewniejsze. Worki ze złotem, co ważniejsze papiery, a też talony w osobnym puzderku przygotowałem, by przenieść do urzędu. Strach był tak wielki, że sir J. Batten sprowadził ze wsi wozy, aby tejże nocy wywieźć całe moje mienie. Pan Hayter, nieborak, położył się za naszą namową do łóżka, aleć niewiele miał odpocznienia z przyczyny hałasu panującego w moim domu przy znoszeniu rzeczy.«

Dalej Pepys m.in. pisał:

»4 września. Po południu siedząc melancholicznie z sir W. Pennem w naszym ogrodzie i rozmyślając nad tym, że nasz urząd spłonie na pewno, jeśli nie zostaną przedsięwzięte nadzwyczajne środki ratunku, przedłożyłem, aby posłać po naszych robotników z Woolwich i Deptford i napisać do do sir W. Coventry’ego, żeby wystarał się o pozwolenie księcia Yorku na zburzenie domów okolicznych raczej, niż mielibyśmy stracić Urząd, co byłoby z wielką szkodą dla spraw państwowych. Tedy sir W. Penn wyruszył wieczorem, aby przysłać robotników na rano, a ja napisałem list do sir Coventry’ego w tej sprawie, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Tej nocy pani Turner i jej mąż wieczerzali z nami w urzędzie smętną bardzo manierą, mieliśmy tylko barani przodek i ani bodaj serwety lub jakichkolwiek nakryć, aleśmy byli weseli. Tylko od czasu do czasu, wyszedłszy na ogród, widzieliśmy, jak strasznie wygląda niebo całe w ogniu po nocy; i to było dosyć, i od tego widoku odechciewało nam się żartów; w samej rzeczy było to nad wyraz przerażające, bo wyglądało właśnie, jakby to już u nas się paliło, i całe niebo było w łunie. Po wieczerzy poszedłem w dół ku Tower Street i tam też widziałem już wszystko w ogniu: Trinity House z tamtej strony, i gospodę „Pod Delfinem” – z tej, co już było bardzo blisko nas, a paliło się wszystko z największą gwałtownością. Teraz nareszcie przystąpiono do burzenia domów na Tower Street, czego ludzie zrazu bali się więcej niż wszystkiego; aliści wszędzie, gdzie to uczyniono, pożar został wstrzymany. Ogień szerzy się już wzdłuż Fleet Street, spłonął już Św. Paweł i cała Cheapside. Napisałem dziś wieczór do ojca, lecz że i poczta spłonęła, listu nie mogłem wysłać.

6 września. Wstałem około 5, a przed bramą urzędu spotkałem pana Gaudena z wezwaniem dla naszych ludzi do Bishopsgate, gdzie dotąd ognia nie było, a teraz się pokazał, co nie bez racji daje ludziom, a też i mnie do myślenia, że jest w tym jakiś spisek (o co wielu tymi dniami ujęto i żadnemu cudzoziemcowi nie jest bezpiecznie chodzić w teraźniejszym czasie po ulicach); poszedłem z ludźmi i zagasiliśmy niebawem ten pożar, tak że już znowu wszystko w porządku.

15 września. Wieczorem przyszedł do nas kapitan Cocke i przechadzaliśmy się z nim po ogrodzie. Powiada, że roczny czynsz ze spalonych domów wart jest 600 000 funtów i że to uczyni parlament skłonniejszym do udzielenia pomocy Królowi. I mówiliśmy o tym, że nigdy jeszcze na świecie tak wielka klęska jak nasza nie była ścierpiana przez obywateli równie mężnym sercem. I że ani jeden bodaj kupiec nie ogłosi bankructwa.

13 grudnia. Will Hewer obiadował ze mną i pokazał mi gazetę z kwietnia tego roku, w której piszą (co i dziwno, że nikt sobie tego potem nie przypomniał), jako wielu było wtedy sądzonymi na śmierć, winnych zamysłu obalenia rządu i zamordowania króla, a jednym ze środków dla osiągnięcia tego celu miało być spalenie stolicy; i że dniem wyznaczonym na to przez spiskowców miał być dzień 3 września. A pożar wszczął się 2 września, co zdaje mi się bardzo dziwne.«

Po co był ten pożar? Spalenie miasta po to, by obalić rząd i zamordować króla wydaje się bez sensu. Tego można dokonać różnymi innymi i prostszymi sposobami. Spaliła się ta część miasta, która nazywa się City of London. Wszystko odbudowano i miejsce to stało się siedzibą światowej finansjery. Żeby to łatwiej zrozumieć, wypada przywołać nasze doświadczenia. Powstanie warszawskie doprowadziło w efekcie do zburzenia miasta. Po co je zburzono? Po to, by później odbudować. Ale to odbudowane miasto, to było już inne miasto i inni ludzie je zasiedlili. O to dokładnie chodziło w tym powstaniu. Miało być zrobione miejsce dla nowej elity rządzącej, która po części, może nawet większej, przybyła tu na radzieckich czołgach. Mieli być nowi ludzie i nowe miasto, które w niczym nie przypominałoby tamtego, nie miało nic w sobie z atmosfery tamtego. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w pożarze Londynu chodziło o coś podobnego. Żydzi po czterystu latach wygnania powrócili do Anglii i niemal od razu pokazali na co ich stać i kto tu będzie panem. W przypadku obu miast metody działania podobne, tylko cele realizowano innymi środkami. Czy ktoś łączy te dwa zdarzenia i to, że ci sami dokonali zniszczenia obu miast? Po metodach ich się poznaje.

Relacje anglosasko-żydowskie są może jeszcze bardziej pogmatwane niż te polsko-żydowskie. Pepys notuje w swoim Dzienniku 15 października 1666 roku:

„Colwill opowiadał mi dzisiaj o nieprawościach Dworu, o wzgardzie, jaką Król na siebie ściąga na nic nie będąc pamiętnym, jeno czyniąc to, czego chcą jego dworscy faworyci; że książę Yorku zupełnym stał się niewolnikiem tej kurwy Denham i o nią tylko dba i że istotnie były jakoweś amory między księżną Yorku a pięknym Sidneyem. Ale czym niepomiernie mnie zdziwił, choć to potwierdza Pierce, to wiadomością, że Coventry przystał do kabały z księciem Yorku, lordem Brounckerem i ową Denham, co istna hańba i bardzo mnie to boli; i że Coventry składa tej pani wizyty. Ale myślę, że to nie może być prawdą.”

Korzystam z drugiego wydania Dzienników z 1954 roku. W posłowiu Julian Hochfeld, chcąc być może odnieść się do treści powyższego cytatu, pisze:

W r. 1667 następuje upadek Clarendona, przeciw któremu król kieruje całą niechęć opinii publicznej. Nowe ministerstwo Karola II znane jest pod nazwą „kabały”, tj. intrygi, zmowy (przypadkowo angielskie słowo cabal odpowiada początkowym literom nazwisk członków ministerstwa: Clifford, Arlington, Buckingham, Ashley-Cooper, Lauderdale). Ministerstwo to intryguje przeciw innym, ale i sami jego członkowie intrygują nawzajem przeciw sobie.

Problem jednak polega na tym, że Pepys napisał swoje uwagi w październiku 1666 roku, a nowe ministerstwo Karola II, zwane „kabałą”, powstaje w 1667 roku.

Kryzys 1929

Kryzys z 1929 roku powszechnie uważa się za największy w historii gospodarczej świata. Na jego temat napisano wiele książek, analiz, artykułów. Był to kryzys globalny, bo objął nie tylko Stany Zjednoczone, ale też kraje europejskie, które były w dużym stopniu uzależnione od Ameryki. Co było jego przyczyną? Panika na giełdzie, objawiająca się masową wyprzedażą akcji. A skąd ona się wzięła? Kiedy byłem w wojsku, to panika ogarniała jednostkę, gdy ktoś, wysoki rangą, przyjeżdżał na inspekcję. Im wyższy rangą, tym większa panika. Jednak w przypadku giełdy trudno wskazać winowajcę, bo działa z ukrycia i anonimowo. Pomocna tu będzie stara rzymska zasada: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść). Co się pojawiło po kryzysie? New Deal – Nowy Ład. Brzmi znajomo? To byli ci sami chłopcy z ferajny, którzy stręczą nam dziś „nową normalność”. Wywołanie tamtego kryzysu było jednym z etapów prowadzących do obecnej rzeczywistości. Ale nie tylko New Deal! Kryzys rozprawił się też z tą częścią amerykańskiego sektora bankowego, która nie była żydowską. W Niemczech kryzys był jeszcze większy niż w Ameryce i ułatwił Hitlerowi realizację jego celów. Po takim przejściu i hiperinflacji z 1923 roku społeczeństwo niemieckie było bardziej skłonne zaakceptować system totalitarny. Bez tego kryzysu nie byłoby prawdopodobnie II wojny światowej.

W poprzednim blogu pisałem o kryzysie finansowym z 1914 roku, który trwał cztery miesiące i hiperinflacji w Niemczech, która trwała niewiele ponad pól roku. W przypadku kryzysu z 1929 roku męczono ludzi ponad cztery lata. Jak więc widać, jak się chce, to można szybko go przezwyciężyć, a jak się nie chce, to ciągnie się go latami.

Szukając w internecie informacji na temat tego kryzysu, trafia się, na ogół, na trywialne opracowania i analizy. Takie czasy. O wiele lepiej wygląda to w książkach sprzed 20 czy 30 lat. One wprawdzie też musiały być poprawne politycznie, ale jest w nich trochę więcej informacji, z których można wyciągnąć jakieś wnioski i zrozumieć, czym był ten kryzys, po co został wywołany i przez kogo.

Rondo Cameron w książce Historia gospodarcza świata pisze:

„W przeciwieństwie do Europy Stany Zjednoczone wyszły z wojny silniejsze niż kiedykolwiek. Z punktu widzenia czysto gospodarczego stały się z (per saldo) dłużnika (per saldo) wierzycielem. Odebrały producentom europejskim krajowe i zagraniczne rynki zbytu i zapewniły sobie wysokie dodatnie saldo bilansu handlowego. Wydawało się, że rozporządzając masowymi rynkami, rosnącą liczbą ludności i szybko rozwijającą się techniką, znalazły klucz do wiecznej pomyślności gospodarczej. Chociaż tak jak Europa przeżyły w latach 1920-1921 ostrą depresję, okazało się, że był to spadek krótkotrwały i przez niemal 10 lat trwał w USA wzrost gospodarczy z jedynie krótkotrwałymi fluktuacjami.”

Skoro Stany Zjednoczone wyszły z tej wojny silniejsze niż kiedykolwiek, to wypada sobie zadać pytanie, czy przypadkiem nie po to ta wojna została wywołana. Wraz z Arabami przychodzą Żydzi na Półwysep Iberyjski i trwają tam do czasu wielkich odkryć geograficznych Portugalczyków i Hiszpanów. Po ich wypędzeniu w 1492 roku, część z nich przenosi się do Holandii i Holandia staje się potęgą morską. W czasach, gdy Francja jest największą potęgą w Europie, Żydzi robią tam rewolucję. Gdy Anglia zaczyna dominować, ich tam też nie brakuje. Szybko trafiają do koloni w Ameryce i przejmują kontrolę nad nowym krajem. Na kontynencie europejskim Niemcy znaczą najwięcej i wykorzystują oni to państwo w obu wojnach światowych. Po pierwszej – Ameryka, którą kontrolują, staje się niekwestionowaną potęgą, po drugiej, tworzą podwaliny pod rząd światowy – ONZ i jego agendy.

„Latem 1928 roku amerykańscy bankierzy i w ogóle amerykańscy inwestorzy przestali kupować niemieckie i inne zagraniczne obligacje i zaczęli lokować swe pieniądze na giełdzie nowojorskiej, która przeżyła w związku z tym spektakularny wzrost obrotów. Podczas boomu spekulacyjnego – „wielkiego rynku byka” – wiele osób o skromnych zasobach odczuło pokusę nabywania akcji na kredyt. W końcu lata 1929 roku Europa wyraźnie już odczuła efekty zaprzestania przez Amerykanów lokowania pieniędzy za granicą. Przerwany został nawet wzrost gospodarczy w samej Ameryce. Produkt narodowy brutto USA osiągnął wielkość szczytową w pierwszym kwartale 1929 roku, a potem zaczął się stopniowo zmniejszać. Amerykańska produkcja samochodów zmniejszyła się z 622 000 w marcu do 416 000 we wrześniu. W Europie Wieka Brytania, Niemcy i Włochy znalazły się już w samym środku depresji gospodarczej. Ale w warunkach rekordowo rekordowo wysokich kursów akcji ani amerykańscy inwestorzy, ani amerykańscy urzędnicy publicznie nie przywiązywali większej wagi do tych niepokojących sygnałów.”

Cameron pisze, że wiele osób o skromnych zasobach odczuło pokusę nabywania akcji na kredyt. One mogły odczuwać pokusę, ale gdyby banki nie dały im tego kredytu, to skończyłoby się na pokusie. Gdy ja w 1992 roku zaczynałem działalność gospodarczą od kredytu, to musiałem mieć na ten kredyt pełne zabezpieczenie. To banki decydują, komu dają pieniądze i na jakich warunkach, a tym samym to one kreują rzeczywistość finansową. Mogą wykreować krach i wielki boom inwestycyjny, w zależności od tego, czy będą zwiększać ilość pieniądza na rynku, czy – zmniejszać.

„24 października 1929 roku – dzień ten przeszedł do historii finansów amerykańskich jako „czarny czwartek” – fala panicznej wyprzedaży akcji wywołała gwałtowny spadek ich kursów i wyeliminowała miliony dolarów fikcyjnej wartości papierów wartościowych. Następna fala wyprzedaży – „czarny wtorek” – wystąpiła 29 października. Indeks cen papierów wartościowych, który 3 września osiągnął szczytowy poziom 381 (rok 1926 = 100), spadł 13 listopada do 198… i spadał nadal. Banki zaczęły żądać zwrotu pożyczek, co zmusiło kolejnych inwestorów do rzucenia akcji na rynek bez względu na cenę, jaką można było za nie uzyskać. Amerykanie, inwestujący w Europie, nie tylko zaprzestali nowych inwestycji, ale sprzedawali swe dotychczasowe aktywa, by repatriować fundusze. Przez cały rok 1930 trwało takie wycofywanie kapitału z Europy, wywołując nieznośnie napięcia w całym systemie finansowym. Rynki finansowe ustabilizowały się, ale spadały (i nadal spadały) ceny surowców i w rezultacie skutki tego zaczęły odczuwać takie kraje, jak Argentyna czy Australia.

Krach giełdowy nie był przyczyną depresji – która już się rozpoczęła zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie – ale był wyraźnym sygnałem jej wystąpienia. Miesięczna produkcja samochodów w Stanach Zjednoczonych spadła w grudniu do 92 500 sztuk, a bezrobocie w Niemczech wzrosło do 2 mln osób. W pierwszym kwartale 1931 roku ogólne obroty handlu zagranicznego spadły do poziomu niższego od dwu trzecich ich wartości w analogicznym okresie roku 1929.”

Fala panicznej wyprzedaży akcji wywołała gwałtowny spadek ich kursów. Ale skąd wzięła się ta paniczna fala? Tak sama z siebie chyba nie mogła się wziąć. Albo ktoś puścił plotkę wśród inwestorów, albo jakiś większy inwestor rzucił na rynek potężny pakiet akcji, co zapoczątkowało panikę i dalszy spadek cen akcji. Tylko, że to niewygodna prawda, niepasująca do teorii finansowych. Pierwsza fala wyprzedaży miała miejsce 24 października, a następna pięć dni później. A w międzyczasie nic się nie działo? Tak jakby ktoś się umówił. A może dwóch większych inwestorów rzuciło na rynek swoje akcje w pięciodniowym odstępie. I żeby jeszcze pogorszyć sytuację banki zaczęły żądać zwrotu pożyczek. To na jakich warunkach udzielano tych pożyczek, kto je brał i kto ustalał warunki ich spłaty?

Jeśli obroty handlowe spadają o ponad 1/3 w pierwszym kwartale 1931 roku w porównaniu do analogicznego okresu z 1929 roku, to to jest dowód na depresję, według Camerona. Obroty handlowe spadną, gdy część pieniędzy zostanie wycofana z rynku i przerzuci się je na giełdę, na której wywoła się krach i już mamy wytłumaczenie: recesja na rynku, spadek produkcji, co negatywnie odbija się na giełdzie i mamy krach. Wszystko wyreżyserowane, a później dorabia się do tego teorię, najlepiej naukową. Ci, którzy rządzą pieniędzmi mają władzę nad wszystkim. Mogą ograniczyć dopływ pieniądza na rynek lub „wrzucić” go w takiej ilości, że spowodują inflację lub hiperinflację, ale mogą też tak pokierować tym strumieniem pieniędzy, że zażegnają niebezpieczeństwo.

„Co spowodowało depresję? Choć minęło już 60 lat, nie ma co do tego zgody. Zdaniem jednych były to głównie przyczyny monetarne – drastyczny spadek ilości pieniądza w głównych krajach uprzemysłowionych, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, i rozszerzanie się jego efektów na resztę świata. Zdaniem innych, przyczyn należy szukać w „realnej” gospodarce: w niezależnym spadku konsumpcji i wydatków inwestycyjnych rozszerzającym się na całą gospodarkę, a później na cały świat za pośrednictwem mechanizmu mnożnikowo-akceleratorowego. Proponuje się też inne wyjaśnienia – przyczynami depresji miały być: uprzednia depresja w rolnictwie, skrajne uzależnienie krajów Trzeciego Świata od niestabilnych rynków zbytu produktów działu pierwszego, niedostateczne rozmiary – lub zły rozdział – światowych rezerw złota itd. Istnieje też pogląd eklektyczny – przyczyną nie był jeden czynnik, lecz nieszczęśliwy zbieg różnych wydarzeń i okoliczności zarówno monetarnych, jak i niemonetarnych. Można też dowodzić, że korzenie owych wydarzeń i okoliczności sięgają w jakiejś mierze (być może w dużej) pierwszej wojny światowej i rozstrzygnięć pokojowych, które po niej nastąpiły. Załamanie się systemu waluty złotej, zakłócenia w handlu, których nigdy w pełni nie usunięto, i wreszcie nacjonalistyczna polityka gospodarcza lat dwudziestych – wszystko to przyczyniło się do wywołania depresji.”

Prawda jest zawarta w pierwszym zdaniu. Tylko kto spowodował ten drastyczny spadek ilości pieniądza? Krasnoludki? Ja oczywiście rozumiem, że autor nie mógł otwarcie napisać, bo w takiej rzeczywistości żyliśmy i nadal żyjemy. Ale przynajmniej z tego, co pisze, można wyciągnąć jakieś wnioski. Reszta to już zupełny bełkot, mający za zadanie zneutralizować pierwsze zdanie i wywołać zamęt w głowie czytelnika. Niezależny spadek konsumpcji i wydatków inwestycyjnych, rozszerzający się na cały świat za pośrednictwem mechanizmu mnożnikowo-akceleratorowego. Co to jest niezależny spadek konsumpcji? Niezależny od czego, czy od kogo? Czyli że ludzie niezależnie od siebie postanawiają zmniejszyć konsumpcję? Przecież całe te lata dwudzieste w Ameryce to „szalone lata dwudzieste” (Roaring Twenties), szalone zakupy i szalona konsumpcja. Być może państwa europejskie prowadziły wobec siebie nacjonalistyczną politykę gospodarczą, ale nie wobec Stanów Zjednoczonych, od których kredytów były uzależnione i otworzyły dla nich swoje rynki. Do 1928 roku Amerykanie inwestowali w Europie bez przeszkód i dopiero, gdy wycofali się, zaczęły się problemy.

„W przemówieniach przedwyborczych Roosevelt wzywał do Nowego Ładu w Ameryce. Podczas słynnych stu dni po objęciu przez niego urzędu pozytywnie nastawiony doń Kongres spełniał wolę prezydenta i w bezprecedensowym tempie uchwalał nowe ustawy. Podczas pierwszej kadencji Roosevelta uchwalono więcej ustaw niż za rządów jakiegokolwiek prezydenta. Dotyczyły głównie ożywienia gospodarczego i reform społecznych w dziedzinie rolnictwa, bankowości, systemu walutowego, rynku papierów wartościowych, pracy, bezpieczeństwa socjalnego, zdrowia, mieszkalnictwa, transportu i komunikacji, bogactwo naturalnych – w istocie wszystkich aspektów amerykańskiej gospodarki i amerykańskiego społeczeństwa.”

Tak więc państwo zaczęło kontrolować całą gospodarkę i wszelkie aspekty życia społecznego. System ten był bardzo zbliżony, jak pisał Cameron, do faszystowskiego systemu organizacji przemysłu we Włoszech, tyle że bez brutalności tamtego i bez metod państwa policyjnego.

O kryzysie 1929 roku pisał też w swojej książce Potęga pieniądza Niall Ferguson:

»16 października 1929 roku Irving Fisher, profesor ekonomii z Yale University, stwierdził, iż wszystko wskazuje na to, że „ceny amerykańskich akcji ustabilizowały się na trwałe na wysokim poziomie”. Osiem dni później, w „czarny czwartek” Indeks Dow Jones spadł o 2%. Przyjmuje się, że właśnie wtedy rozpoczął się krach na Wall Street, chociaż w istocie rynek osłabiał się od początku września i przeżył już nagły sześcioprocentowy spadek 23 października. W „czarny poniedziałek” (28 października) Dow Jones spadł o 13%, a następnego dnia o dalsze 12%. W ciągu następnych trzech lat akcje na giełdzie amerykańskiej straciły aż 89% wartości, najniższy poziom osiągając w lipcu 1932 roku. Indeks giełdowy odzyskał swój najwyższy poziom z roku 1929 dopiero w listopadzie 1954 roku. Co gorsza, spadek cen akcji zbiegł się z największym kryzysem gospodarczym w dziejach świata (a niektórzy twierdzą, że nawet go wywołał). W Stanach Zjednoczonych produkcja spadła o jedną trzecią. Bezrobocie dotknęło jedną czwartą siły roboczej, a nawet jedną trzecią, jeśli zastosować dzisiejsze przeliczniki. Była to globalna katastrofa, która spowodowała spadek cen i produkcji w gospodarkach niemal wszystkich krajów świata, chociaż tylko w Niemczech kryzys okazał się głębszy niż w Ameryce. Handel światowy skurczył się o jedną trzecią, ponieważ poszczególne państwa próbowały na próżno ratować się, wprowadzając bariery celne i kwoty importowe. Międzynarodowy system finansowy rozpadł się z powodu masowych przypadków niepłacenia zadłużenia, kontroli kapitału i deprecjacji walut.«

U Fergusona, inaczej niż u Camerona, kryzys rozwijał się stopniowo, bo od początku września rynek osłabiał się i przeżył nagły 6% spadek 23 października, o którym Cameron nie wspomina. Natomiast system finansowy rozpadł się z powodu masowych przypadków niespłacenia zadłużenia. Tylko kto komu nie spłacał tego zadłużenia? O tym Ferguson nie wspomina. Rozpadł się też z powodu kontroli kapitału. Kto kontrolował ten kapitał i dlaczego ta kontrola okazała się tak zgubna? O tym też nie wspomina. Deprecjacja walut. Jakich walut? O tym również nie wspomina. Parytet złota przyjęty w 1900 roku wynosił 20,67 dolara, a przyjęty w 1934 roku 35 dolarów za uncję. Tak więc dolar zachowywał swoją wartość w czasie kryzysu. Tak to się wszystko tłumaczy: wymienia się przyczyny bez żadnego uzasadnienia. A wszystko po to, by nie mówić prawdy.

„W roku 1929 wyemitowano akcje o wartości 6 miliardów dolarów, z czego aż jedną szóstą we wrześniu. Powstawały nowe instytucje finansowe zwane funduszami inwestycyjnymi, które miały zarabiać na boomie giełdowym. W tym samym czasie wielu drobnych inwestorów (jak choćby Irving Fisher) korzystało z dźwigni finansowej, aby zwiększyć pulę posiadanych przez siebie akcji. Sięgali w tym celu po pożyczki maklerskie (udzielane często przez firmy, a nie banki) i dzięki nim nabywali akcje na zasadzie buy on margin, to znaczy płacąc tylko część ceny nabywczej z własnych pieniędzy.”

Jak widać nawet profesor ekonomii na Uniwersytecie Yale, Irving Fisher, załapał się na tę bańkę giełdową. Żydowscy macherzy od finansów mają wielowiekowe doświadczenia w okradaniu gojów. Roztropniej jest więc nie próbować ich przechytrzać na tym polu. Raczej należałoby ich pozbawić władzy nad pieniądzem, ich najpotężniejszej broni.

„W jednej z najważniejszych prac na temat historii gospodarki amerykańskiej Milton Friedman i Anna Schwartz dowodzą, że główną odpowiedzialność za rozmiary wielkiego kryzysu ponosi System Rezerwy Federalnej. Nie obwiniają oni banku centralnego za samo powstanie bańki spekulacyjnej, przekonując , że za czasów Benjamina Stronga w Banku Rezerw Federalnych w Nowym Jorku osiągnięto rozsądną równowagę między zewnętrznymi zobowiązaniami Stanów Zjednoczonych do utrzymania przywróconego systemu waluty złotej a wewnętrznym obowiązkiem zachowania stabilności cen. Dzięki sterylizacji ogromnego napływu złota do Stanów Zjednoczonych (co uchroniło kraj przed ekspansją monetarną) System Rezerwy Federalnej zapobiegł prawdopodobnie jeszcze większemu rozdęciu bańki spekulacyjnej.”

W tym miejscu wypada przerwać ten cytat i wyjaśnić, co to jest ta sterylizacja w sensie ekonomicznym. Wikipedia tak to opisuje:

„Sterylizacja – polityka centralnych władz monetarnych kraju, której celem jest sprawienie, by deficyt bądź nadwyżka w bilansie płatniczym nie wpływały na podaż pieniądza na rynku krajowym.

W przypadku zapobiegania spadku podaży pieniądza na skutek deficytu bilansu płatniczego, władze skupują papiery wartościowe, w wyniku czego zwiększa się składnik krajowy bazy monetarnej, co powoduje zwiększenie się podaży pieniądza.

W przypadku zapobiegania wzrostu podaży pieniądza na skutek nadwyżki bilansu płatniczego, władze zwiększają podaż papierów wartościowych, w wyniku czego zmniejsza się składnik krajowy bazy monetarnej, co powoduje zmniejszenie się podaży pieniądza.”

Ja wiem, że język polski jest trudnym językiem, szczególnie dla obcokrajowców, ale my nie mamy innego i powinniśmy o niego dbać. Bo jeśli nie dbamy o swój język, to znaczy, że nie szanujemy samych siebie. Czasownik „zapobiegać” wymaga celownika, a więc zapobiegać spadkowi i wzrostowi. To można sprawdzić w Wikisłowniku. Ale nie tylko redaktorzy Wikipedii mają problem z celownikiem. Kiedyś niejaki Ziobro, z PiS-u, miał problem z odmianą w nim imienia i nazwiska – Donald Tusk. Wyszło mu – Donaldu Tusku, zamiast Donaldowi Tuskowi. Trudny jest ten polski język, nawet bardzo trudny.

Dzięki sterylizacji ogromnego napływu złota do Stanów Zjednoczonych (co uchroniło kraj przed ekspansją monetarną) System Rezerwy Federalnej zapobiegł prawdopodobnie jeszcze większemu rozdęciu bańki spekulacyjnej.

Skąd się wziął ten ogromny napływ złota do Stanów Zjednoczonych? Tego Ferguson nie wyjaśnia. Ale Cameron pisał o tym, że w 1928 roku Amerykanie zaczęli wycofywać swój kapitał z Europy. Zapewne żądali wypłat w dolarach, a Europejczycy ich nie mieli, bo wydali na inwestycje. Mogli pozyskać dolary tylko w jeden sposób, sprzedając swoje rezerwy złota. A dlaczego Amerykanie zaczęli wycofywać swój kapitał? Żeby go lokować na giełdzie nowojorskiej. Mieli więc Amerykanie, czyli amerykańscy Żydzi, złoto i dolary Europejczyków. Mogli więc wszystko i zdecydowali, że zrobią kryzys.

„Nowojorski Bank Rezerw Federalnych zareagował też skutecznie na wybuch paniki w październiku 1929 roku, przeprowadzając zakrojone na szeroką skalę (i bezprawne) operacje otwartego rynku (tzn. skupując obligacje od sektora finansowego), aby zasilić rynek świeżym zastrzykiem gotówki. Jednak po śmierci Stronga, który zmarł na gruźlicę w październiku 1928 roku, Zarząd Rezerwy Federalnej w Waszyngtonie zaczął wywierać decydujący wpływ na politykę monetarną, co przyniosło katastrofalne skutki.”

Tu pisze otwartym tekstem, że wszystkiemu był winien Fed. A kto za nim stał i komu to służyło? Wywierać decydujący wpływ na politykę monetarną oznacza, mówiąc wprost – wprowadzanie na rynek gotówki, bądź jej wycofywanie i decydowanie o tym, komu dajemy, a komu zabieramy, kto ma przetrwać, a kto ma zostać wyeliminowany z rynku. Ta właśnie działa „wolny rynek”.

„Po pierwsze, nie podjęto odpowiednich kroków, aby przeciwdziałać się kurczeniu (kontrakcji) kredytów, spowodowanemu upadkiem kolejnych banków. Problem ten dał o sobie znać już kilkanaście miesięcy przed krachem giełdowym, kiedy banki komercyjne dysponujące depozytami na sumę 80 milionów dolarów zawiesiły wypłaty. Moment krytyczny nastąpił jednak dopiero w listopadzie i grudniu 1930 roku, kiedy upadło 608 banków posiadających depozyty o łącznej sumie 550 milionów dolarów, wśród nich bank Stanów Zjednoczonych (Bank of United States), odpowiedzialny za utratę ponad jednej trzeciej wszystkich depozytów. Fiasko rozmów w sprawie fuzji, która mogła jeszcze uratować Bank Stanów Zjednoczonych, miało decydujące znaczenie dla dalszych dziejów wielkiego kryzysu.”

A więc ktoś nie chciał ratować Banku Stanów Zjednoczonych. Widocznie miał w tym jakiś cel. Ale kto to był? Fed?

„Po drugie w systemie, który obowiązywał przed rokiem 1913, to znaczy przed utworzeniem Rezerwy Federalnej, kryzys tego rodzaju spowodowałby ograniczenie wymiany depozytów bankowych na złoto. Fed pogorszył jednak dodatkowo sytuację, ograniczając dostępność i wielkość kredytu (grudzień 1930 – kwiecień 1931). Zmusiło to kolejne banki do wyprzedaży aktywów w rozpaczliwej pogoni za gotówką, co spowodowało spadek cen obligacji i doprowadziło do ogólnego pogorszenia sytuacji. Następna fala upadłości banków, która miała miejsce między lutym a sierpniem 1931 roku, spowodowała spadek depozytów w bankach komercyjnych o 2,7 miliona dolarów (prawdopodobnie nie miliona tylko miliarda – przyp. mój), co stanowiło 9% ogólnej liczby depozytów.

Po trzecie, kiedy Wielka Brytania we wrześniu 1931 roku porzuciła system waluty złotej, w wyniku czego zagraniczne banki zaczęły masowo zamieniać swoje zasoby dolarowe na złoto, Fed podniósł stopę dyskontową do 3,5%. Powstrzymało to odpływ, ale zepchnęło kolejne banki amerykańskie na skraj bankructwa. Między sierpniem 1931 roku a styczniem 1932 roku zbankrutowało 1860 banków, w których zgromadzono depozyty na kwotę 1,45 miliarda dolarów. Fed miał jednak pod dostatkiem złota. W przeddzień załamania funta zapasy amerykańskiego złota, warte 4,7 miliarda dolarów, były najwyższe w historii i stanowiły 40% wszystkich światowych zapasów. Nawet w październiku 1931 roku, kiedy osiągnęły najniższy poziom, rezerwy złota w amerykańskim banku centralnym przewyższały wymagane prawem pokrycie o ponad miliard dolarów.

Po czwarte, tylko w kwietniu 1932 roku pod wpływem nacisków politycznych Fed przeprowadził zakrojone na szeroką skalę operacje otwartego rynku. Był to pierwszy poważny krok podjęty przez Rezerwę Federalną w celu przeciwdziałania kryzysowi płynności. Lecz nawet to nie wystarczyło, aby zapobiec kolejnej i ostatniej już fali upadłości w sektorze bankowym w czwartym kwartale 1932 roku, która doprowadziła do pierwszych ogólnokrajowych wakacji bankowych, to znaczy do czasowego zamknięcie wszystkich banków.

Po piąte, kiedy pogłoski o tym, że nowa administracja prezydenta Roosevelta ma zamiar zdewaluować dolara, spowodowały zarówno na rynku krajowym, jak i zagranicznym ucieczkę o dolara w stronę złota. Fed po raz kolejny podniósł stopy dyskontowe, co doprowadziło do ogólnokrajowych wakacji bankowych ogłoszonych przez Roosevelta 6 marca 1933 roku, dwa dni po jego zaprzysiężeniu. Ponad 2000 banków miało już nigdy nie wrócić z tych wakacji.

Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec, miał kluczowe znaczenie dla przebiegu wielkiego kryzysu nie tylko z powodu wstrząsu, jakim był dla klientów, którzy stracili swoje oszczędności, czy dla akcjonariuszy, którzy stracili swoje udziały, ale także z powodu ogólnego wpływu na podaż pieniądza i portfel kredytów. W latach 1929-1933 obywatele zdołali zwiększyć swoje zasoby gotówkowe o 31%, rezerwy banków komercyjnych pozostały na niemal niezmienionym poziomie (banki, którym udało się przetrwać, zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe), ale wartość depozytów w bankach komercyjnych spadła o 37%, a wartość pożyczek aż o 47%. Liczby bezwzględne pokazują niebezpieczną dynamikę „wielkiego regresu”. Zwiększenie zasobów gotówki w rękach obywateli o 1,2 miliarda dolarów osiągnięto kosztem skurczenia się depozytów bankowych o 15,6 miliarda dolarów i ograniczenia pożyczek bankowych o 19,6 miliardów dolarów, co stanowiło 19% amerykańskiego PKB z 1929 roku.

Zdaniem Friedmana i Schwartz, Fed powinien był zrobić wszystko, aby już od 1929 roku konsekwentnie zasilać system bankowy gotówką, przeprowadzając zakrojone na szeroką skale operacje otwartego rynku i ułatwiając dostęp do pożyczek poprzez tzw. okno dyskontowe. Twierdzą oni także, że mniejszą wagę należało przypisywać kwestii odpływu złota. W ostatnim czasie słychać także głosy, że problemem okazał się sam system waluty złotej przywrócony w okresie międzywojennym, ponieważ doprowadził on do rozprzestrzenienia się kryzysów (jak europejskie kryzysy bankowe i walutowe z 1931 roku) na cały świat.”

Można wypisywać bzdury typu, że winny jest system złotej waluty i inne farmazony. Papier wszystko wytrzyma, podobnie jak ekran monitora. Obaj autorzy piszą takie bzdury, że głowa mała, inaczej nie mogą, ale należy oddać im sprawiedliwość: zamieszczają też informacje, które pozwalają na zrozumienie, o co tak naprawdę w tym kryzysie chodziło. A chodziło o upieczenie wielu pieczeni na jednym ogniu. Jeśli czytam: Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec…, to zadaję sobie pytanie: nie potrafił, czy nie chciał?

Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec… (…) banki, którym udało się przetrwać, zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. A więc były banki, aż 10 tysięcy, które upadły, ale były i takie, którym udało się przetrwać i zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. Czyli co? W tych dziesięciu tysiącach banków pracowali sami debile? No bo, skoro były takie, które przetrwały i nawet zgromadziły rezerwy dodatkowe, to znaczy, że w nich pracowali geniusze. Z perspektywy debila tak to można oczywiście tłumaczyć.

Skoro w trakcie tego wielkiego kryzysu upadło tak wiele banków, to pewnie były to małe banki, może odpowiedniki naszych banków spółdzielczych. Prawdopodobnie były to banki amerykańskie, nie – żydowskie. Żydowskie banki zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. Żydowskie banki nie upadają (zbyt duży, by upaść). Potwierdza to nasza rzeczywistość. To, że w czasie kryzysu z roku 2008 upadł tylko jeden bank, bank Lehman Brothers, potwierdza tylko regułę. On upadł prawdopodobnie nie ze względów rynkowych, tylko dlatego, że ktoś tam komuś się postawił i za karę został zlikwidowany.

Kryzys z 1929 roku załatwiał parę spraw: likwidował nie żydowską konkurencję finansową w Ameryce, stwarzał w niej Nowy Porządek i ułatwiał Hitlerowi realizowanie swojej polityki, co w rezultacie doprowadziło do wojny. Kryzys w Niemczech był jeszcze głębszy niż w Ameryce. A jednak! Pomimo tak traumatycznych przeżyć, jak hiperinflacja z 1923 roku i kryzys z lat 1929-1933, społeczeństwo niemieckie tylko w 37% poparło Hitlera w wolnych wyborach. Nie przeszkodziło to Hitlerowi w dojściu do władzy, które to dojście umożliwiły mu gierki polityczne niemieckich elit politycznych.

Dzięki temu kryzysowi Żydzi osiągnęli wszystkie cele, jakie sobie postawili. Była to bardzo skomplikowana, w sensie logistycznym, akcja, wymagająca współpracy wielu ośrodków finansowych i politycznych. Bardziej chyba skomplikowana niż obie wojny. Jedyne z czym można ją porównać, to z obecnym kreowaniem kryzysu przez rząd światowy, który prawdopodobnie istniał już w tamtym czasie i był odpowiedzialny za tamten kryzys.

Liberum veto

Ostatnio pojawiła się oddolna inicjatywa przedsiębiorców, którzy mają już dość zakazów, które uniemożliwiają im prowadzenie działalności i zarabianie na życie. Iskra wyszła z gór, dlatego sprzeciw określono mianem Góralskiego Veta. Inicjatorzy protestu odwołują się w ten sposób do tradycji I Rzeczypospolitej i to jej liberum veto ma symbolizować ten oddolny ruch. Czy rzeczywiście jest to oddolny ruch? Czy rzeczywiście sądy, tak same z siebie, wydają wyroki korzystne dla przedsiębiorców? W Ameryce zablokowano, jeszcze urzędującemu wówczas prezydentowi, komunikowanie się poprzez media społecznościowe, a u nas, zbuntowana restauracja w Cieszynie wykorzystuje Facebook do komunikowania się z innymi, chcącymi iść w jej ślady, a Facebook ich nie blokuje. – Zastanawiające. Restauracja ta rozpoczęła swoją działalność w połowie lipca 2019 roku pod nazwą „U trzech braci”. Czy ci „bracia”, to tutaj tacy przypadkowi? Ja dobrze pamiętam początki Solidarności, nadzieje i entuzjazm, jaki nam towarzyszył i rozczarowanie, jakie później przyszło i refleksja, że to była ustawka. Kontrolę nad nią szybko przejęli ludzie z KOR-u. Skończyło się to stanem wojennym, który został wprowadzony bezprawnie.

Argument, że to, co robi rząd, jest bezprawne, jest wyjątkowo naiwny. Tak, jak naiwna jest wiara w to, że sądy wydają korzystne dla przedsiębiorców wyroki. Jeśli takie wydają, to dlatego, że tak mają robić. Być może celem tej akcji, jak dla mnie, zaplanowanej z premedytacją, jest wprowadzenie ostrzejszych rygorów, gdy Góralskie Veto rozejdzie się po kraju i nagle zacznie „wzrastać” liczba zakażonych. Dla rządu nie jest problemem sfabrykowanie odpowiednich statystyk. One od początku nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Rząd, gdyby chciał, to w pięć minut spacyfikowałby to Góralskie Veto i tę cieszyńską restaurację. Stan wojenny z 1981 roku z dnia na dzień spacyfikował cały kraj. Inna sprawa, że rząd przygotowywał się do tego, prawdopodobnie, od jesieni 1980 roku, a może jeszcze wcześniej. A czy teraz on do czegoś nie przygotowuje się? Tego nie wiemy, ale taka „bezradność” rządu budzi niepokój – takie podpuszczanie. W 1981 roku też tak to wyglądało.

Wyskoczył ten przywódca Góralskiego Veta, Sebastian Pitoń, z nawiązaniem do tradycji I Rzeczypospolitej i jej liberum veto. No to spójrzmy, co to była za tradycja i czy rzeczywiście warto do niej nawiązywać.

W wyniku unii z 1569 roku Korona Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie zostały przekształcone w związek dwóch państw, które łączyła:

  • osoba wybieranego wspólnie króla
  • sejm
  • polityka zagraniczna
  • system monetarny (wspólna waluta, ale odrębne jej bicie w każdym kraju)

Osobne były:

  • skarb
  • wojsko
  • kancelaria i urzędy ministerialne

Podstawowe zasady i elementy ustroju Rzeczypospolitej określano od 1573 roku mianem złotej wolności. Składały się na nie:

  • nietykalność osobista
  • wolna elekcja monarchy przez ogół szlachty
  • sejm
  • pacta conventa
  • wolność wyznawanej religii
  • rokosz – prawo szlachty do buntu przeciwko królowi, gdy ten złamie prawo lub naruszy zagwarantowane przywileje
  • liberum veto – prawo każdego pojedynczego deputowanego do sprzeciwienia się decyzji większości na sejmie
  • konfederacja – prawo do tworzenia lokalnych lub ogólnopaństwowych związków szlachty w celu osiągnięcia określonych celów politycznych

Tak to opisuje Wikipedia, ale nie wspomina o sejmikach, których znaczenie było nie mniejsze niż sejmu, a może nawet większe. To był kluczowy element ustrojowy I Rzeczypospolitej. Ale o nim w dalszej części bloga.

Wmawia się nam, że I Rzeczypospolita była państwem o wspaniałym ustroju, demokracją, jakiej świat nie widział, a liberum veto symbolem wolności. Taką narrację przyjęto po 1989 roku. Wcześniej wyglądało to trochę inaczej. Wielka Encyklopedia Powszechna, powstała za czasów PRL-u, tak pisze:

»Liberum Veto (łac., ‘wolne „nie pozwalam” ‘), w Polsce XVII-XVIII wieku przyjęta potocznie nazwa prawa zrywania sejmu, wyrażanego w okrzyku posła „nie pozwalam” lub „protestuje się”; protest zgłoszony przeciwko jednej z uchwał danego sejmu (bez obowiązku uzasadnienia) unieważniał wszystkie jego uchwały, które traktowano jako całość. Po raz pierwszy zerwał w ten sposób sejm w 1652 roku poseł upicki W. Siciński; w 1669 roku zerwano sejm przed upływem czasu przewidzianego na obrady, a w 1688 nawet przed wyborem marszałka. W pierwszej połowie XVIII wieku za Augusta II zakończyły się uchwałami tylko 4 sejmy, za Augusta III – tylko 1 sejm.

U podłoża liberum veto leżała praktyka wiązania posłów zaprzysięganą przez nich instrukcją, co przyczyniało się do odrzucenia zasady większości głosów („nic na nas bez nas”). Wśród znacznej części szlachty liberum veto uchodziło za „źrenicę wolności”, wyraz „głosu wolnego” szlacheckiej demokracji. W praktyce zasada jednomyślności i liberum veto wiązały się z wpływami wielkich rodów magnackich na sejmikach i sejmach, a także z interwencją państw obcych w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej (gł. Prusy, Rosja i Francja).

Jednym ze środków zaradczych przeciwko liberum veto było chwilowe zawieszanie lub odraczanie obrad sejmu (limita). Bardziej skuteczne było zawiązywanie konfederacji, do której sejm przystępował, lub powoływanie jej przez sejm. Obowiązywała wówczas zasada większości głosów, a sejm skonfederowany nie mógł być zerwany.

Krytyka zasady jednomyślności i liberum veto oraz pierwsze reformy rozpoczęły się już w XVII wieku. Z postulatami zasadniczych zmian zmierzających do uzdrowienia polskiego sejmowania wystąpili przede wszystkim S. Leszczyński (Głos wolny wolność ubezpieczający 1749), S. Konarski (1760-64), J. Wybicki (1775). Reformy podjęte na Sejmie Czteroletnim zostały poprzedzone wystąpieniami H. Kołłątaja (1788-89) i S. Staszica (1787, 1790), którzy potępiając liberum veto, postulowali zamianę jednomyślności na nowoczesny system zwykłej lub kwalifikowanej większości głosów.

Reforma sejmowa podjęta w 1768 roku niewiele ograniczyła liberum veto, usunęła je tylko ze spraw drugorzędnych; Liberum veto pozostało jednym z praw kardynalnych. Ważniejsza była w tym czasie praktyka stałego konfederowania sejmów. Kres zasadzie jednomyślności i praktyce zrywania sejmów położyła dopiero Konstytucja 3 maja 1791.«

Encyklopedia podaje następujące źródła: W. Konopczyński Liberum veto, Kraków 1918; S. Kutrzeba Sejm walny dawnej Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1922; W. Czapliński Dwa sejmy roku 1652, Wrocław 1955.

W Wikipedii możemy m.in. przeczytać:

Liberum veto – zasada ustrojowa Rzeczypospolitej Obojga Narodów, dająca prawo każdemu z posłów biorących udział w obradach Sejmu do zerwania go i unieważnienia podjętych na nich uchwał.

Zasada ta powstała z zasady jednomyślności, a ta z kolei ze wspólnotowego charakteru Rzeczypospolitej, która w istocie rzeczy stanowiła federację ziem. Każdy z posłów był wybrany przez lokalny sejmik i reprezentował jeden okręg. Tym samym brał na siebie odpowiedzialność wobec sejmiku za wszystkie decyzje, które zapadną na Sejmie. Natomiast podejmowanie decyzji przez większość wbrew woli mniejszości (choćby tą mniejszością był tylko jeden sejmik) uznawano za łamanie zasady równości ustrojowej. Za zasadą jednomyślności przemawiały istotne względy praktyczne. W dawnej Polsce nie istniał bowiem urzędniczy aparat egzekucji prawa, utrzymywany przez samo państwo z pieniędzy podatników. Obowiązujące prawo egzekwowane było przez szlachtę – czy to indywidualnie, czy też zbiorowo. Funkcjonowanie władzy wykonawczej zależało więc od dobrowolnego wsparcia wszystkich obywateli. W takich warunkach próby egzekucji prawa niemającego za sobą powszechnego poparcia musiałyby więc być nieskuteczne lub – co gorsza – mogłyby prowadzić do wojny domowej.”

Jest to opis dosyć ogólnikowy i nie bardzo wiadomo, jak to wyglądało w praktyce. Norman Davies w swojej książce Boże Igrzysko opisuje to bardziej szczegółowo:

»Podstawową jednostką życia politycznego w Polsce i na Litwie był sejmik (zarówno ta nazwa, jak i nazwa „sejm” wywodzą się od starego czeskiego słowa ‘sejmowat’ – „zbierać się” lub „zwoływać”). Wykrystalizował się na przestrzeni XV w. z wcześniejszych form spotkań organizowanych przez szlachtę, przeważnie w celach wojskowych, i przekształcił się w stałą instytucję doradczą we wszystkich prowincjach Królestwa, a później Rzeczpospolitej. Moment przełomowy w jego dziejach nadszedł w r. 1454 w Nieszawie, na początku drugiej wojny krzyżackiej, kiedy to król zgodził się przyjąć zasadę, że nie będzie ani zwoływał wojska, ani też nakładał podatków bez uprzedniej konsultacji ze szlachtą. Od tego czasu szlachta każdej dzielnicy spotykała się w krótkich odstępach czasu dla omówienia własnych interesów w dziedzinie polityki i ustawodawstwa oraz rozważenia polityki króla. Gdy z biegiem czasu ustaliła się instytucja sejmu i trybunału koronnego, każdy sejmik ziemski wyznaczał delegatów, którzy mieli dbać o lokalne interesy swojej „ziemi” w okresach działalności centralnych organów ustawodawczych i sądowych. W XVI w. odbywały się już cztery rodzaje spotkań – czasem w tym samym czasie, czasem zaś kolejno. Sejmik poselski był zwoływany w celu wybrania dwóch posłów, których zadaniem było przekazywanie sejmowi „instrukcji” od szlachty danej prowincji; sejmik deputacki wybierał dwóch deputatów do trybunału koronnego, sejmik relacyjny zbierał się dla rozważenia uchwał; sejmik gospodarski wreszcie zbierał się dla zarządu nad handlem i skarbem danej prowincji oraz dla przeprowadzenia uchwał sejmowych w sprawach dotyczących podatków, służby wojskowej i użytkowania ziemi. Na zakończenie obrad sejmik wydawał ‘lauda’, czyli „postanowienia”, które miały pełną wagę prawną na terytorium objętym jego kompetencjami. Rezolucje te nie wymagały zatwierdzenia przez króla.

Trzeba sobie zatem zdać sprawę z faktu, że szlachta uważała się za najwyższą władzę w państwie, sejmiki zaś traktowała jako główną gałąź procesu ustawodawczego. Interesy centralnego rządu stanowiły jedynie jeden z aspektów jej debat, i to bynajmniej nie najistotniejszy. Propozycje ze strony króla, sejmu i urzędników państwowych przyjmowała z dużą rezerwą, jako wyraz zastrzeżeń w stosunku do jej własnej kompetencji; nie czuła się też zobowiązana do uległości i posłuszeństwa. Od posłów oczekiwano ścisłego trzymania się instrukcji: wymagano od nich przysięgi składanej „Wszechmogącemu Bogu w Trójcy jedynemu”, że „będą bronić naszej wolności” i nie dopuszczą „żadnych praw, które byłyby przeciwne instrukcjom”.«

Z tego opisu wynika, że większość spraw załatwiano na poziomie sejmików i posłów wiązały instrukcje od szlachty danej prowincji. Jednak ktoś tym wszystkim musiał rządzić. „W praktyce zasada jednomyślności i liberum veto wiązały się z wpływami wielkich rodów magnackich na sejmikach i sejmach, a także z interwencją państw obcych w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej (gł. Prusy, Rosja i Francja).” – I pewnie ten wniosek nie jest daleki od prawdy.

W Wikipedii można jeszcze natknąć się na taki fragment:

„Zasada liberum veto była też wyrazem przekonania szlachty, że gdyby prawie wszyscy posłowie szlacheccy ulegli korupcji, to zawsze znajdzie się chociażby jeden nieprzekupiony, który sprzeciwi się przyjęciu szkodliwej ustawy. Jej istnienie związane było z trwającym od dziesięcioleci konfliktem pomiędzy majestatem królewskim i wolnością szlachecką (łac. inter maiestatem ac libertatem), przy czym za potencjalnego sprawcę praktyk korupcyjnych uważano króla.”

Takiego argumentu używa też lider Góralskiego Veta, tłumacząc powód, dla którego odwołuje się do tej tradycji. No cóż, najwyraźniej nie słyszał on o instrukcjach od szlachty danej ziemi, które obowiązywały posła tej ziemi. Ale nie ograniczało się to do samych instrukcji. Był jeszcze jeden czynnik, jeszcze ważniejszy, który całkowicie wypaczał działanie tej „demokracji szlacheckiej”. Temat szczegółowo opisany w blogu „Sztadlani”. Tu przytoczę z niego parę fragmentów.

Ten, który bierze, to jurgieltnik, a ten, który daje to – sztadlan. W tym wypadku jednak nie chodzi o przedstawicieli mocarstw ościennych, korumpujących polskich urzędników. Wikipedia tak definiuje to słowo: Sztadlan – reprezentant gmin żydowskich lub rzecznik interesów Żydów. W okresie I Rzeczypospolitej sztadlan był rzecznikiem Sejmu Czterech Ziem. Sztadlanami nazywano także przedstawicieli gmin żydowskich przysyłanych na Sejm walny lub sejmiki ziemskie w celu niedopuszczenia, również drogą przekupstwa posłów, do podjęcia uchwał niekorzystnych dla Żydów, przede wszystkim w sferze podatkowej.

Ks. dr Stanisław Trzeciak w książce „Talmud o gojach a kwestia żydowska w Polsce”, wydanej po raz pierwszy w 1939 roku, opisuje to bardzo dokładnie i nie jest to, niestety, lektura budująca. Tym niemniej warto chyba poznać tę gorzką prawdę. A pisze on tak:

»Na żydów jako czynnik polityczny w tym czasie niewiele albo wcale nie zwraca się uwagi. Możnowładcy, a później szlachta sprawowała wyłącznie rządy, krępując bardzo często najlepszą wolę Królów. Na żydów nie zwracało się wcale uwagi, a tymczasem ci żydzi, poznawszy, jak pisał w swej odezwie do nich pseudomesjasz Frank, że „szlachta polska, czego wam właśnie potrzeba jest dobra i głupia. Jej królowie nie byli od niej mędrsi, dla was zaś byli zawsze jeszcze lepsi niż ona”, wykorzystywali chytrze i podstępnie wszystkie słabości rządzących i mających władzę i przy pomocy „darów i upominków”, a raczej łapówek dochodzili do nadzwyczajnych wpływów. – Łapownictwo tak rozwinęli i wyspecjalizowali, że wytworzyli osobną instytucję „sztadlanów”, zaopatrzoną w osobnych funkcjonariuszy do przekupywania nawet najwybitniejszych osobistości. Urzędników tych zwanych „sztadlanami” wybierały gminy żydowskie bardzo skrupulatnie na przeciąg kilku lat. Mieli oni przy pomocy pieniędzy, zbieranych przez kahały i okręgi (ziemstwa) żydowskie, interweniować bardzo dyskretnie w urzędach, na sejmikach, na sejmie, u ministrów i na dworze królewskim, by odwrócić grożące żydom niebezpieczeństwa lub nie dopuścić do wyboru na posła człowieka nieżyczliwego żydom lub uniemożliwić ustawę dla nich nieprzychylną.

Przerażający i zgubny wpływ żydów przez łapownictwo kreśli Izak Lewin w krótkim artykule pt. „Udział żydów w wyborach sejmowych w dawnej Polsce”.

Zaraz na wstępie zaznacza, że należy uważać jako fakt, iż „na wybór posłów poniekąd i pośrednio na obrady sejmu wpływali niekiedy – żydzi.

„Była wprawdzie izba poselska reprezentacją jedynie stanową, obejmującą wyłącznie szlachtę oraz wyjątkowo przedstawicieli mieszczaństwa krakowskiego, ale wpływy się w niej odzywały zgoła różnorakie. – W dobie saskiej, kiedy zresztą na kilkadziesiąt zwołanych sejmów doszło do skutku zaledwie 5, postronne te wpływy wzięły już całkiem górę. Co więcej nawet bezpośrednio brali udział w obradach sejmowych ludzie wcale do tego nieuprawnieni. Widzowie na sali sejmowej tamowali obrady zupełnie bezkarnie. Niekiedy spychali ci arbitrzy posłów z ław i zajmowali ich miejsca. Niekiedy atakowali czynnie posłów jeszcze ostrzej, celując np. w głowę przemawiającego posła gruszką lub jabłkiem.

… W takich warunkach nie wyda się już dziwne liberum veto, wstrzymywanie activitatis i inne zwyczaje, które wyryły swe piętno na dawnym sejmie polskim. Czyż więc przy tym procederze trudno było zainteresowanym osobom postronnym znaleźć sobie odpowiedni wpływ?”

Rzecz jasna, jak z tego wynika, że tymi osobami postronnymi, które wykorzystywały „liberum veto”, zrywały sejmy, wstrzymywały wykonywanie powziętych praw i uchwał byli żydzi, łatwo im było znaleźć odpowiedni wpływ przy pomocy pieniędzy i pijaństwa.

„Podobnie łatwo można było wpłynąć i na wybór posłów, których wybierano na sejmikach wojewódzkich i ziemskich, dając im zobowiązujące instrukcje, do których spełnienia zobowiązywali się posłowie pod przysięgą”.

„Wiedzieli o tym dobrze żydzi polscy, że instrukcje poselskie ważyły mocno na sali obrad sejmowych. Wiedzieli, że gdyby w instrukcji zalecono jakąś krzywdę, np. zwiększenie (podatku) pogłównego lub coś podobnego, byłoby później ominięcie grożącej klęski bardzo trudne, a przede wszystkim bardzo kosztowne. Wiedzieli dalej, że każdy poseł może odegrać ważną rolę i że należy wytężyć siły, aby na sejm pojechali deputaci, dobrze wobec żydów usposobieni. Wszczynali tedy energiczne starania w tym kierunku i brali w ten sposób czynny udział w wyborach sejmowych.”«

Z przytoczonych wyżej cytatów wynika, że liberum veto wcale nie było takie liberum, jak niektórym naiwnym wydaje się. Ja mam taką wadę, że jak ktoś odwołuje się do tradycji I Rzeczypospolitej, to od razu zapala mi się czerwona lampka.

Wikipedia pisze też:

„Ogółem w XVII–XVIII wieku sejm zerwano 73 razy. Podział posłów zrywających sejm ze względu na pochodzenie wygląda następująco:

  • 28 posłów z ziem litewskich
  • 24 posłów z ziem Rusi
  • 12 posłów z ziem Wielkopolski i Mazowsza
  • 9 posłów z Małopolski

Trzy razy zerwał sejm reprezentant sejmiku wileńskiego, cztery razy upickiego. W pierwszej połowie XVIII Sejmy zrywano często, natomiast od 1764 roku za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego liberum veto wyszło praktycznie z użycia, zasada jednomyślności nie dotyczyła bowiem sejmów skonfederowanych. Posłowie zawiązywali więc konfederację na początku obrad, aby zapobiec ich zerwaniu.

Ważnym głosem w kwestii liberum veto jest stanowisko Pawła Jasienicy, który gorąco przeciwstawiał się łączeniu politycznej anarchii z polskością czy też polskim charakterem narodowym, zwracając uwagę, że ani jeden poseł z Poznańskiego nie zerwał sejmu przy pomocy veto, natomiast większość vetujących pochodziła z litewskiej części Rzeczypospolitej. Jasienica nie zgadza się ze stwierdzeniami, że „naród polski przez swoją anarchię sam przygotował rozbiory”. Utrzymuje on, że to nie polskie społeczeństwo, lecz władza przyczyniła się do utraty państwowości. Zwłaszcza ostatni Jagiellonowie w niedostatecznym stopniu dopuszczali do głosu szlachtę, której żądania zwiększenia realnej władzy królewskiej pozostawały w opozycji do łagodnej polityki dworu. Po śmierci Zygmunta II Augusta niedopuszczana do głosu szlachta zmuszona była bez przygotowania wybrać następcę tronu, co gorsza z marnych kandydatów. Gdy pogorszyła się sytuacja międzynarodowa, przyniosło to opłakane skutki.”

I Rzeczypospolita trwała niewiele ponad 200 lat. Liberum veto panowało od polowy XVII wieku do połowy XVIII wieku. Czy była to taka wielka tradycja i czy rzeczywiście jest się do czego odwoływać? Tradycja niewątpliwie niechlubna. Po co więc odgrzewać ten zatruty kotlet? Może po to, by dać innym sygnał, skąd nam nogi wyrastają i po której stronie barykady stoimy.

Gdybym ja chciał nawiązywać do tradycji I Rzeczypospolitej, o której mam jak najgorsze zdanie, to te Góralskie Veto nazwałbym Góralskim Rokoszem, bo rokosz to prawo szlachty do buntu przeciwko królowi, gdy ten złamie prawo lub naruszy zagwarantowane przywileje. Obecnie taki bunt nazywamy obywatelskim nieposłuszeństwem i jest on skierowany, nie przeciwko królowi, tylko przeciwko rządowi i dlatego nie nazywamy go rokoszem, tylko obywatelskim nieposłuszeństwem, bo dziś wszyscy obywatele mają takie prawa, jak niegdyś szlachta.

Z historii, tej prawdziwej, możemy dowiedzieć się o wiele więcej o teraźniejszości, niż wielu się wydaje. I dzięki niej możemy tę teraźniejszość łatwiej zrozumieć. Tylko komu chce się ją zgłębiać i docierać do różnych źródeł, nawet tych oficjalnych, z których też można czasem wyłowić jakąś ciekawą informację.