Judeochrześcijaństwo

Kiedy chce się przekonać ludzi do jakiejś idei czy koncepcji, to często używa się słów, które mają za zadanie usunąć ich niechęć czy brak zaufania lub ułatwić im zaakceptowanie nowej rzeczywistości. Takim słowem jest obecnie „judeochrześcijaństwo”. To ono ma być podstawą, fundamentem tożsamości europejskiej, przynajmniej na naszym podwórku. Przed wejściem Polski do wspólnoty europejskiej, bo wtedy jeszcze nie było unii europejskiej, akcentowano nasze wspólne korzenie antyczne.

Jerzy Trammer w zbiorze swoich opowiadań „Tyłem”, Wydawnictwo Spis Treści, Warszawa 2004, w jednym z nich – „Korzenie Europy” – pisze:

Wiedziony ważnym dla turystów przewodnikiem Grzegorza Rąkowskiego „Polska egzotyczna”, zwiedzałem ziemie wzdłuż wschodniej granicy Polski na rowerze. Właśnie u sadownika we wsi pomiędzy Huczwą a Bugiem jadłem śniadanie, gdy z radia leciały wiadomości. „W nowej europejskiej konstytucji – powiedział spiker – chce się podkreślić przede wszystkim antyczne korzenie Europy”. Wtedy staruszek, który wraz ze mną też w kuchni jadł, lecz dotąd milczał, odezwał się.

-Antyczne korzenie Europy… Wie pan – zwrócił się do mnie – my tu na Wschodzie we wrześniu 1939 roku aż zwijaliśmy się od sprzecznych wiadomości. „Nasze zwycięstwo” – mówiło się jednego dnia. „Zupełna klęska” – twierdziło się innego. Na pomoc wielkim pędem ruszyli nam Francuzi, za moment będą. Idą Sowieci… Nie! To Petain i Foch – Niemcy dostaną lanie.

Więc chodziliśmy pod krzyż na skrzyżowanie traktu hrubieszowskiego z naszym gościńcem i patrzyliśmy na północ, na południe, na wschód i zachód. Kto się pojawi? Co przyniesie? Z początku było pusto. Chociaż od wpatrywania się w te miejsca, gdzie wdali najpierw cienieją, a potem nikną drogi, aż nas bolały oczy, nikt nie przybywał. Może żyjemy tak na uboczu, że tu nie dotrze nikt i będzie tak, jak było?

Aż tu nagle, kolejnego dnia, w tumanie pyłu, błyskawicznie, z rykiem silników, jak gdyby ciśnięte w nasz krajobraz albo stworzone tu z niczego, zjawiły się auta pancerne. Na skrzyżowaniu zahamowały. Zanim pył opadł, zaczęli wyskakiwać z nich żołnierze. Nie było wtedy rzecz jasna telewizji. Nie wiedzieliśmy, jaki ma wygląd żołnierz niemiecki, a jaki francuski lub rosyjski. Z plebanii wyszedł ksiądz.

-Qui estis? (Kim jesteście?) – spytał żołnierzy po łacinie. Ukłonił się. – Germani sumus – też po łacinie odpowiedział oficer w motocyklowych okularach. Odkłonił się. Ksiądz uśmiechnął się. – Łączą nas wspólne, antyczne, prastare korzenie Europy – powiedział do nas. – Nie będzie źle. – A jednak – skończył staruszek – to była forpoczta apokalipsy, po przejściu której na ziemiach pomiędzy Bugiem a Huczwą nie został kamień na kamieniu.

Teraz, po latach członkostwa w unii, wiemy już, że Polsce jako państwu, te wspólne, antyczne korzenie wychodzą bokiem:

  • zlikwidowany własny przemysł
  • sieci handlowe – bo tylko tam są potężne obroty, generujące niewyobrażalne zyski – w obcych rękach
  • prawo polskie w 90% to prawo unijne
  • emigracja zarobkowa kilku milionów ludzi i zastępowanie jej imigrantami z Ukrainy i innych krajów

To tylko niektóre z tych negatywnych zjawisk, których dalekosiężne skutki nie w pełni są jeszcze odczuwalne. Skończył się pewien etap. Przechodzimy do następnego. Już nie łączą nas antyczne korzenie, tylko… judeochrześcijańskie! Jak to się wszystko zmienia! Nic stałego!

W numerze 21-22 z dnia 13-26 maja 2019 roku dziennikarz Najwyższego Czasu zapytał księdza profesora Waldemara Chrostowskiego, czy judeochrześcijaństwo jest precyzyjnym określeniem korzeni Europy. Ksiądz profesor tak to ujął:

Trzeba tego sformułowania używać z wielką ostrożnością oraz je doprecyzować, jeżeli w ogóle ma być używane. Jest źle i opacznie rozumiane wtedy, gdy przez „korzenie judeochrześcijańskie” rozumie się coś, co miałoby wynikać z połączenia chrześcijaństwa i judaizmu rabinicznego, czyli judaizmu w tym kształcie, w jakim istnieje on po narodzinach chrześcijaństwa. W tym znaczeniu nie można mówić o korzeniach judeochrześcijańskich, ponieważ drogi chrześcijaństwa i judaizmu rabinicznego rozeszły się w połowie I wieku, a później rozchodziły się coraz bardziej. Zatem szczególnie wspólnego dziedzictwa nie ma, było natomiast narastanie obustronnej niechęci, często posuniętej do wrogości, co skutkowało rozmaitymi napięciami i konfrontacją. Natomiast jeżeli mówiąc o „korzeniach judeochrześcijańskich” mamy na myśli judaizm czasów biblijnych, a dokładnie ostatnich kilku stuleci ery przedchrześcijańskiej – bo początki judaizmu sięgają reform Ezdrasza i Nehemiasza przeprowadzonych w połowie V wieku przed Chrystusem – wtedy to sformułowanie staje się poprawne. Na glebie judaizmu biblijnego jako części religii biblijnego Izraela wyrosły dwie religie: chrześcijaństwo i judaizm rabiniczny. Obawiam się jednak, że większość chrześcijan takiej świadomości nie ma ani takich rozróżnień nie czyni, co nakazuje, by tego rodzaju sformułowania rzetelnie doprecyzować albo ich zaniechać. Wprowadzają w błąd zwłaszcza wtedy, gdy pojawiają się w ustach polityków, których nie interesują niuanse historyczne i teologiczne, lecz polityczna koniunktura i poprawność.

Ksiądz profesor nie dopowiada jednak na czym polegały reformy Ezdrasza i Nehemiasza. Teodor Jeske-Choiński w książce „Historia Żydów w Polsce” pisze:

Jak Ezdrasz, zrozumiał także on, że naród słaby, otoczony zewsząd możnymi wrogami, jeżeli nie chce zginąć, roztopić się w potężnej fali obcych żywiołów, powinien się od nich odciąć, zasklepić się w skorupie swoich tradycji, swoich zwyczajów i obyczajów. By odciąć Żydów od możnych sąsiadów, rozkazał Nehemiasz razem z Ezdraszem zerwać wszelkie stosunki z innowiercami, odwrócić się od nich z pogardą, zrzec się żon wziętych z innych narodów i wypędzić je z domu z dziećmi spłodzonymi w małżeństwach mieszanych. Albowiem „Żyd powinien czuć się lepszym, wyższym od swoich chwilowych panów”.

Zwrot ten ocalił Żydów, wydobył ich z bagna bałwochwalstwa, zlał ich w jedną rodzinę, trzymającą się kupy. Uwierzyli oni w swoją świętość, osobliwość, wybraństwo i spoglądali odtąd z pogardą na wszystkich innowierców. Mieli się za jedyny bogobojny naród na świecie, co potwierdza Talmud.

Uratował ich powrót do Zakonu Mojżesza, stworzył ich niezwykłą, podziwu godną solidarność i wytrwałość, ale śmieszna arogancja „świętego nasienia i osobliwego, wybranego narodu” nie osłodziła im życia, czego Ezdrasz i Nehemiasz nie przewidzieli.

Wróciwszy do Zakonu Mojżeszowego, mieli się Żydzi za najmądrzejszych mędrców świata. Nie wiedzieli, że uczeni kapłani egipscy uprzedzili ich o kilka tysięcy lat, i że genialny Mojżesz kształcił się w tajemnej szkole nadnilowego państwa. Czego ich Mojżesz nie nauczył, to dopełniły ludy mieszkające dawno przed najazdem Jozuego w Palestynie i wysoko kulturalni Babilończycy, Asyryjczycy, Syryjczycy i Fenicjanie. Przyswoili sobie dużo od owych kulturalnych narodów.

W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN, Warszawa 1963 czytamy:

W połowie I wieku najznaczniejszymi skupiskami chrześcijan były Jerozolima i inne miejscowości palestyńskie oraz Antiochia; już wówczas w chrześcijaństwie występowały różne kierunki: gdy chrześcijanie palestyńscy uważali się wciąż za jedną z sekt żydowskich głoszących ideę mesjańską i akcentowali swą wierność prawu mojżeszowemu, to organizowane przez Pawła Apostoła gminy w świecie rzymsko-hellenistycznym składały się już w większości z nawróconych „pogan”, odrzucających zwyczaje żydowskie; zburzenie Jerozolimy w 70 r. n.e. i klęska powstań żydowskich przeciw Rzymowi zadały cios pierwszemu z tych kierunków: straciło aktualność oczekiwanie mesjasza, mającego być politycznym przywódcą i wybawicielem „narodu wybranego”, zwyciężyło uniwersalistyczne pojmowanie mesjasza jako wyzwoliciela całej ludzkości. Przezwyciężenie nacjonalistycznego mesjanizmu pozwoliło rozwinąć się chrześcijaństwu z sekty żydowskiej w religię ponadnarodową i pretendować do roli religii światowej.

Na podstawie przytoczonych cytatów widać więc, że poruszamy się po bardzo niepewnym gruncie i mówienie o wspólnych judeochrześcijańskich korzeniach jest co najmniej dyskusyjne. Judaizm to monolatria, czyli religia, w której Bóg jest wyłącznie Bogiem żydowskim. Chrześcijaństwo jest religią uniwersalną, w której Bóg jest Bogiem wszystkich ludzi tej religii, a nie – tylko narodu wybranego. Stąd u Żydów nienawiść do chrześcijan i do Krzyża, bo chrześcijaństwo pozbawiło ich charakteru narodu uprzywilejowanego w oczach Boga i mającego własnego Boga.

Czy judeochrześcijaństwo wyjdzie nam bokiem tak jak wspólne, antyczne korzenie Europy? Wszystko wskazuje, że tak. Prawdę mówiąc, to wychodzi nam od dawna, tylko dopiero teraz niektórzy z nas obudzili się. Szkoda tylko, że trochę za późno.

Wojna 1920 roku

Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. – Tak zaczyna się Trylogia Henryka Sienkiewicza, którą każdy, przynajmniej ten należący do starszego pokolenia czytał. Ja, parafrazując Sienkiewicza, napisałbym tak: Rok 1920 był to dziwny rok. Ale po prawdzie, to powinienem napisać: rok 1919 i 1920 to były dziwne lata, a właściwie wojna 1919-1920 to była dziwna wojna (drôle de guerre). Francuzi tak nazwali okres od 3 września 1939 roku (wypowiedzenie wojny Niemcom przez Francję i Anglię) do 10 maja 1940 roku, czyli napaści Niemiec na Francję. Do tego momentu oba państwa biernie przyglądały się temu, co dzieje się w Europie. W przypadku wojny polsko-sowieckiej było tak, że wojska polskie pierwszy raz zetknęły się z bolszewikami 9 lutego 1919 roku i praktycznie do 4 lipca 1920 roku nic na tym froncie nie działo się. I stąd moje określenie “dziwna wojna”. Oczywiście działo się, tyle że nie w sferze operacji wojennych tylko dyplomacji.

O tym, że była taka wojna 1920 roku, to coś tam nawet, w szczątkowej formie, pisano w podręcznikach szkolnych w PRL-u. W książkach historycznych, w artykułach prasowych, w telewizji – wszędzie tam coś o niej pisano i mówiono przy różnych okazjach. Od pewnego momentu zadawałem sobie pytanie: “Jak do niej doszło?” Ale pozostawało ono bez odpowiedzi, bo o tym “nie trzeba głośno mówić”, jakby to ujął sam Mackiewicz. I dopiero, gdy kupiłem książkę “Lewa wolna”, o której sprzedawca internetowy informował, że jest o wojnie polsko-bolszewickej 1920 roku, to znalazłem odpowiedź. Była to pierwsza książka Mackiewicza, którą przeczytałem. Gdy po parunastu stronach lektury znalazłem odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, to zrozumiałem, że mam do czynienia z zupełnie czymś nowym. Mackiewicz nie pasuje nikomu. Nie pasuje piłsudczykom, bo obraz w jakim przedstawia Piłsudskiego jest daleki od ideału. Nie pasuje też endekom, bo pisze, że manewr spod Dęblina nie był niczym szczególnym, nie był żadnym cudem, ani też przejawem geniuszu Rozwadowskiego, bo podobny manewr, w tym samym miejscu, tyle że w odwróconej konfiguracji, miał miejsce 6 lat wcześniej w 1914 roku i wtedy nikt nie uważał go za coś nadzwyczajnego. Tak! My kochamy mity! Mackiewicz pisał prawdę, a ona nikomu nie pasuje. Tak się jakoś dziwnie w życiu składa, że nikomu z nią nie po drodze. Ale po kolei!

W dniu 7 listopada 1917 roku bolszewicy zdobyli władzę w Petersburgu. Dziewiętnaście dni później Awram Krylenko, naczelny wódz wojsk rewolucyjnych, wysłał parlamentariuszy do niemieckiego generała Hoffmeistra, dowódcy dywizji. Przyszli oni z propozycją natychmiastowego zawieszenia broni. Hoffmeister przesłał ją do naczelnego dowództwa niemieckiego, które wkrótce poinformowało, że zgadza się na nią. Rokowania rozpoczęły się 2 grudnia w Brześciu Litewskim. Stronę niemiecką reprezentował generał Hoffmann. Stronę bolszewicką Joffe, Kamieniew i Karachan. Zawieszenie broni podpisano 17 grudnia, a 22 grudnia rozpoczęto rokowania o zawarcie traktatu pokojowego. W art. 2. tego traktatu Niemcy powołali się na deklarację Lenina „do narodów Rosji” o prawie samostanowienia tych narodów i zażądały wydzielenia z granic byłej Rosji: Polski, Litwy, Finlandii, Łotwy, Estonii i Białorusi. Wcześniej uznali oni prowizoryczny rząd narodowy Ukrainy i pertraktowali z nim bezpośrednio, nie pytając o zdanie delegacji sowieckiej.

Bolszewikom najwyraźniej taka propozycja nie odpowiadała, bo uważali, że prawo samostanowienia tych narodów jest dobre, gdy oni je wprowadzają, a gdy inni – to już takie dobre nie jest. Przeciągali rozmowy, wywoływali strajki w Niemczech, które jednak nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. W takiej niby patowej sytuacji, ni to wojny, ni pokoju, 18 lutego 1918 roku wojska niemieckie ruszyły naprzód. Nigdzie nie napotykając na opór, szybko zdobywały teren. To poskutkowało. Bolszewicy wysłali ofertę pokojową. Odpowiedź niemiecka nadeszła 22 lutego. Dnia 3 marca 1918 roku zawarto w Brześciu pokój. W jego wyniku wojska niemieckie zajęły kraje bałtyckie, Białoruś, Ukrainę, doszły do Dniepru, zajęły Kijów i Taganrog, doszły pod Petersburg i do Donu, weszły na Krym. I to był ten kordon tj. niemieckie wojska, które chroniły Europę przed bolszewicką nawałą.

W listopadzie 1918 roku kordon pękł. Cesarskie Niemcy zostały pokonane na zachodzie i zmuszone dnia 11 listopada do kapitulacji i podpisania warunków zawieszenia broni. Jeden z paragrafów tych warunków nakazywał im wycofanie wojsk z Austrii, Węgier, Bułgarii i Turcji, ale nakazywał im zostanie w Rosji tam gdzie stali, tak długo jak państwa alianckie uznają to za zasadne. Nie został on jednak spełniony. W dniu 9 listopada wybucha w Niemczech rewolucja i od razu zaczęła się przerzucać na wojska frontowe. Wskutek tego wiele oddziałów wypowiadało posłuszeństwo i wracało do domów. Dnia 13 listopada 1918 roku bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 25 listopada zajmują opuszczony przez Niemców Bobrujsk, 8 grudnia – Mińsk, 3 stycznia 1919 roku – Rygę, 6 stycznia – Wilno. W połowie miesiąca podeszli do Grodna, Prużan i Kobrynia. Ale na północy napotkali na opór niemieckich formacji ochotniczych generała von der Goltza, który 22 stycznia wypiera bolszewików z Rygi. W Estonii tworzy się tzw. „Armia Północna” pod wodzą generała Judenicza.

Dnia 25 stycznia 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaz do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok-Grodno, aby przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały. Rozkaz ten został wykonany w początku lutego. W praktyce oznaczało to też, że przebywanie wojsk niemieckich na tym terenie jest bezzasadne. I w takiej sytuacji wojska polskie 9 lutego 1919 roku zetknęły się po raz pierwszy z bolszewikami. Miało to miejsce pod Skidlem na Niemnie. Później do konfrontacji doszło koło Prużan i Kobrynia.

Rok 1919 jest w tej wojnie dziwnym rokiem w którym nie ma ani wojny, ani pokoju. Owszem, dochodzi do potyczek i wojska polskie posuwają się na wschód. 18 kwietnia zostaje zajęty Nowogródek, nieco wcześniej Baranowicze. 19 kwietnia w dzień Wielkiej Nocy zostaje zajęte Wilno, 8 sierpnia – Mińsk. 2-ga dywizja dociera do Berezyny, opanowuje przedmieścia Borysowa. Grupa Wielkopolska zajmuje w dniu 29 sierpnia Bobrujsk.

W początkach maja 1919 roku przyjeżdża do Warszawy, ukrywający się pod pseudonimem Jan Karski, Julian Marchlewski. Spotyka się z wiceministrem spraw wewnętrznych Józefem Beckiem (ojcem 26-letniego Józefa, towarzysza broni Piłsudskiego) i Tadeuszem Hołówką z PPS. Obaj są czynnymi organizatorami POW i najbliższymi współpracownikami naczelnika państwa. Celem jego misji jest upewnienie się, czy Polacy nie poprą carskich generałów. I nie zawiódł się. I organa prasowe PPS-u i rządowe wskazywały w swych artykułach, że większe niebezpieczeństwo grozi Polsce ze strony kontrrewolucji rosyjskiej.

W lipcu 1919 roku Marchlewski ponownie przybywa do Polski. Tym razem pod nazwiskiem Jan Kujawski. Rozmowy odbywają się w Białowieży. Do rozmów Piłsudski deleguje hr. S. M. Kossakowskiego i Aleksandra Więckowskiego, byłego przedstawiciela dyplomatycznego Polski w Moskwie. Do ostatecznego porozumienia nie dochodzi, jedynie do „rozeznania orientacyjnego”. W wyniku tego „rozeznania” bolszewicy wycofują się z Mińska bez walki. Natomiast wojska polskie nie posuwają się za linię Berezyny.

W czerwcu bolszewicy mobilizują wszystkie siły, by odeprzeć ofensywę admirała Kołczaka. I udaje im się to. Kołczak wycofuje się za Ural. Ale pojawia się znacznie większe zagrożenie. Rosyjska kontrrewolucyjna „Armia Ochotnicza” generała Denikina zdobywa w czerwcu Charków, Carycyn, Ekaterynosław. W dniu 4 lipca Denikin wydaje rozkaz marszu na Kursk – Orzeł – Tułę. W dniu 29 lipca zajmuje on Połtawę. Na początku sierpnia – Nikołajew, Chersoń i Odessę. 31 lipca generał Bredow prawym skrzydłem zdobywa Kijów, a lewym spycha 12-tą armię sowiecką na Żytomierz. Cofający się bolszewicy wpadają w worek pomiędzy antybolszewickim frontem rosyjskim i polskim.

W sierpniu 1919 roku Denikin wysyła do Warszawy kuriera, przedkładając Piłsudskiemu następującą propozycję:

Niech wojska polskie uderzą tylko wzdłuż linii Mozyrz – Kalenkowicze, w ogólnym kierunku na Dniepr. To wystarczy. Wydaje się, że ma Pan na tym odcinku czterokrotną przewagę nad bolszewikami. W ten sposób worek, w którym znajduje się już dziś cała 12-armia bolszewicka, zostanie ostatecznie zawiązany. Jednocześnie lewe skrzydło Armii Ochotniczej rosyjskiej uzyska zupełną swobodę działania. Natomiast prawe skrzydło frontu bolszewickiego, śmiertelnie zagrożone tym uderzeniem, musi się wygiąć do tyłu. Polska uzyska skrócenie frontu i zwolni wszystkie swoje wojska na południowym odcinku frontu. W tej perspektywie upadek Moskwy, a z nią razem ostateczny upadek bolszewizmu jest nieunikniony.

Na północnym zachodzie generał Judenicz podjął drugą w tym roku ofensywę na Petersburg. 12 października zdobył Jamburg. 17 października zajął Krasne Sioło, a kawaleria kontrrewolucji osiągnęła przedmieścia stolicy. Z Syberii rusza ponownie admirał Kołczak.

Lenin zdaje się tracić nerwy: ”Nigdy jeszcze wróg nie był tak blisko Petersburga! Nigdy jeszcze tak blisko Moskwy! To najbardziej krytyczny moment socjalistycznej rewolucji!”

Politbiuro ogłasza masową mobilizację wszystkich komunistów bez względu na zajmowane przez nich stanowiska. Miejskie komitety partii w pełnym składzie są wysyłane na front przeciw Denikinowi. 14 października prezydium Wszechzwiązkowej Centralnej Rady Związków Zawodowych podjęło uchwałę o wysłaniu przeciwko Denikinowi wszystkich bez wyjątku robotników i pracowników zawodowych. II Wszechrosyjski Zjazd Komsomołu postanowił zmobilizować wszystkich członków komunistycznego Związku Młodzieży od lat szesnastu.

W tym czasie, wzdłuż całej zachodniej granicy, na przestrzeni 1.200 kilometrów od Połocka do Rumunii ciągnie się front polski. Gdyby ten front ruszył, to losy rewolucji bolszewickiej byłyby przesądzone. Ale nie ruszył się.

Piłsudski w gronie najbardziej zaufanych dowódców wyłożył cele wojny i swoje w niej stanowisko:

Wiemy, że w tej chwili bolszewicy rzucili prawie wszystkie swe siły przeciwko Denikinowi, odsłaniając nasz front. Wydawałoby się może niektórym panom logiczne, że w takiej chwili winno nastąpić uzgodnienie działań pomiędzy naczelnym dowództwem polskim i Denikinem. a nie wstrzymanie się od wszelkiego nacisku na armię sowiecką, gdy jest ona właśnie zaangażowana najbardziej w walce z rosyjską armią ochotniczą. Taki wniosek wydaje się naturalny i słuszny z punktu widzenia postępowania wojskowego. Ale nie jest słuszny z punktu widzenia polskich interesów politycznych. Mniejszym złem jest ułatwić Rosji czerwonej pobicie Rosji białej. Gdybyśmy bowiem poparli teraz Denikina w naszej walce z bolszewikami, byłaby to w istocie walka o Rosję. A my z każdą Rosją prowadzimy walkę o Polskę. Niech sobie ten cały zafajdany Zachód gada co chce, ale my nie damy się wciągnąć i użyć do walki z rewolucją rosyjską, lecz odwrotnie, w imię nieprzemijających interesów polskich chcemy ułatwić armii rewolucyjnej jej działania przeciwko armii kontrrewolucyjnej.

Na stacji w Mikaszewiczach na Polesiu stoi pociąg pancerny „Kaniów”. Do niego doczepione są wagony osobowe, w których od 10 października przebywa tajna delegacja bolszewicka. W jej skład wchodzą: Przewodniczący delegacji Julian Marchlewski, jego żona Bronisława Marchlewska. Zygmunt Jabłoński, siostrzeniec prezesa łomżyńskiego towarzystwa rolniczego. Był on najbliższym współpracownikiem Uryckiego, kierownika petersburskiej Czeka. Aleksander Sonje -syn polskiego ministra spraw zagranicznych Stanisława Patka. Litewski komunista Kubelis. I jedyny Rosjanin w składzie delegacji – Mikołaj Jepaniesznikow.

Oficjalną przykrywką tajnych rozmów w Mikaszewiczach jest, podobnie jak w Białowieży, wymiana jeńców, więźniów politycznych i zakładników. Rozmowy na ten temat prowadził hr. Kossakowski. Natomiast tajne rozmowy polityczne prowadził z nadania Piłsudskiego kapitan Boerner. Po kilku dniach wyjechał on do Warszawy i zdał relację z pertraktacji z Marchlewskim Piłsudskiemu, który sformułował w kilku punktach warunki poufnego rozejmu. Najważniejszy brzmiał: „Naczelnik Państwa nie da rozkazu wojskom polskim posuwania się naprzód poza linię Nowogród – Zwiahel – Olewsk – rzeka Ptycz – Bobrujsk – Berezyna – Dźwina.”

Marchlewski przyjął do wiadomości warunki Piłsudskiego i natychmiast wyjechał do Moskwy, by powiadomić o nich Lenina. Ten praktycznie zgadza się na linię podziału terytorialnego i pozostałe warunki. Proponuje nawet zastąpić cichy rozejm zawarciem formalnego pokoju. Na to jednak Piłsudski nie zgadza się, twierdząc, że nie da się naciągnąć na jakieś daleko idące umowy, których Polska w danym momencie zawierać nie może. Zapewnił jednak Lenina, że uczyni wszystko, co w jego mocy, aby nie dopuścić do zwycięstwa kontrrewolucji. I to w zupełności wystarczyło Leninowi. Miał pewność, że na kontrofensywę przeciwko Denikinowi nie spadnie jakiś nieprzewidziany cios.

W pierwszych dniach października bolszewicka Dywizja Łotewska zaatakowała prawe skrzydło I korpusu generała Kutiepowa. Jednocześnie kawaleria Budiennego uderzyła na Woroneż w styk białej Armii Ochotniczej z kozacką Armią Dońską. I korpus opuścił Orzeł i zaczął się cofać. Na lewym skrzydle było jeszcze gorzej. Na nie nacierały wszystkie siły bolszewickie zwolnione z frontu polskiego i cała 12-ta armia oparta tyłem o poleski i wołyński front polski. Po Orle padają Kijów, Charków, Czernihów, Kursk. Karta się odwraca. Z Petersburga wycofuje się „Północna Armia” generała Judenicza. Finlandia, Estonia, Łotwa i Litwa nie były zainteresowane w podtrzymaniu kontrrewolucji. Były zainteresowane w zawarciu pokoju z Sowietami. Judenicz był osamotniony. Jego wojska zostały zepchnięte na teren nowo powstałej Estonii i tam internowane.

22 grudnia 1919 roku Lenin przekazał poufnie Piłsudskiemu konkretne warunki pokojowe. W dniu 29 stycznia 1920 roku ponawia propozycję w oficjalnej nocie rządu sowieckiego, podpisanej przez siebie, Trockiego i Cziczerina. Aktualna linia frontu, od Dźwiny – Ptycz – Berezyna – Zwiahel – Nowogród Wołyński – Mohylew Podolski, ma być punktem wyjścia do rozgraniczenia terytorialnego. Jednak Piłsudski odrzucą tę propozycję z tego względu, że ma własne plany. Gdy już okaże się, że Denikin został całkowicie rozbity, w dniu 6 marca każe 9-tej dywizji Sikorskiego zająć Mozyrz i Kalenkowicze i wysunąć się w kierunku na Homel. Ten manewr ma na celu przejęcie linii kolejowej prowadzącej z Orszy przez Żytomierz na Ukrainę. Bolszewicy odpowiadają słabym przeciwuderzeniem dopiero 19 marca. Zostaje ono jednak łatwo odparte.

Dziwne rzeczy zaczynają się dziać na tym froncie. Działania Piłsudskiego stają się zupełnie niezrozumiałe dla jego najbliższego otoczenia. Bolszewicy wzmagają swoją aktywność na górnej Berezynie i na białoruskim odcinku frontu. Stopniowo, jak słabnie Denikin, przerzucają wojska z południa na północ. Pod koniec kwietnia 1920 roku bolszewicy koncentrują na froncie przeciwpolskim 20 dywizji i 5 brygad. Da to łącznie 200 tysięcy ludzi. Ukraiński odcinek frontu zostaje przeznaczony do związania przeciwnika lub nawet wciągnięcia go w głąb. Główne uderzenie ma pójść od Witebska i Orszy na Mińsk oraz z Połocka na Wilno – Lidę, w głębokie obejście frontu polskiego i koncentrycznym atakiem doprowadzić do zdobycia Warszawy.

O tych zamiarach i przygotowaniach uzyskuje informacje wywiad francuski i rezydujący w Berlinie kapitan Rollin przekazuje je wywiadowi polskiemu. Jednocześnie II Oddział sztabu generalnego w Warszawie otrzymuje z Ekspozytury w Wilnie informację o tym, że trwa koncentracja wojsk bolszewickich w rejonie Witebsk – Orsza – Borysów. Mija kilkanaście dni i informacje o koncentracji wojsk sowieckich na północy są alarmujące. Generał Szeptycki donosi, że naprzeciw tej koncentracji, wojska polskie wyciągnięte cienką linią na przestrzeni 600 kilometrów od granicy łotewskiej do Polesia, nie posiadają praktycznie żadnych odwodów. Mając te wszystkie informacje, po osobistym przybyciu do kwatery generała Szeptyckiego, Piłsudski zarządza 20 kwietnia wycofać z północnego frontu najsilniejszą 1-szą dywizję piechoty legionowej, 41-szy suwalski pułk piechoty oraz VII brygadę kawalerii z Wilna, i – przerzucić na południowy, ukraiński odcinek frontu.

Dnia 25 kwietnia 1920 roku, Piłsudski, nie przejmując się bolszewicką koncentracją na północy, rzucił, na tak zwaną Wyprawę Kijowską, trzy armie polskie. A w tym czasie bolszewicy skoncentrowali na północnym odcinku 130.000 wojska, pozostawiając na obszarze Wołynia i Ukrainy 36.000. 1-sza konna armia Budiennego przegrupowywała się na północnym Kaukazie. W tę pustkę uderzył Piłsudski. Na północ od Polesia stoją osłabione, izolowane i bez odwodów 1-sza i 4-ta armia. Dwie słabe armie sowieckie, 12-ta na Wołyniu i Ukrainie, 14-ta na Podolu, otrzymały rozkaz cofania się i wciągania przeciwnika w próżnię.

W takiej sytuacji, zdaniem fachowców, sukcesem byłoby dopędzenie i rozbicie tych dwóch armii sowieckich, zwłaszcza tej 12-tej, której los na jesieni 1919 roku był już przesądzony, a która wskutek cichego porozumienia została ocalona. I oto dnia 27 kwietnia, gdy tylko dwa dni marszu dzielą 3-cią armię polską od Kijowa, Piłsudski decyduje przerwać pościg i stanąć w tym miejscu na 10 dni. To pozwoliło wojskom sowieckim wycofać się za Dniepr. Bolszewicy opuszczają Kijów. 7 maja po południu wkracza do Kijowa kompania I brygady piechoty legionowej. Rano 8 maja Piłsudski, sądząc, że bolszewicy będą bronić miasta, wydaje rozkaz natarcia i zdobycia miasta. Miasta, które już jest zajęte przez jego własne wojska.

W dniu 14 maja 15-ta armia sowiecka z rejonu Lepel – Usza uderza na 1-szą armię polską, a 16-ta armia sowiecka z rejonu Witebsk – Orsza na 4-tą armię polską. Generał Szeptycki odparł atak i utrzymał swoją pozycję. Natomiast 1-sza armia polska poniosła porażkę i zaczęła wycofywać się. Wobec tego Piłsudski przerzuca bezczynne dywizje z Ukrainy na północ. Ale teraz wkracza już do boju przegrupowana 1-sza konna armia Budiennego. Naczelny Wódz lekceważy ją, twierdząc, że kawaleria nie sprawdziła się podczas I wojny światowej i jest bronią przestarzałą. Jednak okazało się, że jest ona główną siłą uderzeniową sowieckiej kontrofensywy, podjętej 27 maja, na osłabione wojska polskie na Ukrainie. Piłsudski ponownie przerzuca dywizje z północy na Ukrainę. Ten rodzaj strategii nazywa on „grą odwodami”. Ale na przestrzeni około 1000 kilometrów, o rzadkiej sieci linii kolejowych, przy braku taboru, stacji załadunkowych, było to bardzo wyczerpujące dla ludzi i koni. Chciał więc Piłsudski rozbić najpierw Budiennego, a później znowu przerzucić wojska na Białoruś. Niestety, na tę strategię było już za późno. 10 czerwca wojska polskie opuszczają Kijów. A tymczasem Tuchaczewski, zyskawszy trochę terenu na Białorusi w rejonie Lepla, przerwał swą „ofensywę majową” i przystąpił do zakończenia wielkiej koncentracji na północy.

W dniu 4 lipca 1920 roku północny front polski znajdował się w takiej pozycji:

Na odcinku od Dźwiny do górnej Berezyny stała 1-sza armia generała Zegadłowicza. Odcinek średniej Berezyny zajmowała armia generała Szeptyckiego. Odcinek od Ptycza do Prypeci – Grupa Poleska płk. Sikorskiego. Wojska te były rozciągnięte w cienką linię osłonową. Dywizje zajmowały po kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej, bez odwodów, rezerw, i w żadnym punkcie nie były zdolne do stawienia oporu większym siłom, ani tym bardziej do przeciwnatarcia. Na to niebezpieczeństwo próbowali wielokrotnie zwracać uwagę naczelnego dowództwa zarówno wojskowi jak i wpływowe w państwie osoby cywilne. Nie odniosło to jednak skutku, gdyż Piłsudski nie znosił, by ktokolwiek wtrącał się do jego decyzji. Takie ugrupowanie wojsk utrzymywano w dalszym ciągu, pomimo niekorzystnej sytuacji po klęsce Denikina, pomimo niepokojących informacji, że sowiecka koncentracja na północy nadal trwa.

O świcie 4 lipca, Tuchaczewski, dowódca północno-zachodniego frontu, rzucił na cienki polski kordon 4 armie i jedną samodzielną grupę wojsk. Po stronie polskiej były dwie armie i Grupa Poleska. Już po paru godzinach front polski zostaje przełamany jednocześnie w kilku miejscach. Było to możliwe poprzez koncentrację na poszczególnych odcinkach grup uderzeniowych. Wojska polskie zaskoczone tak gwałtownym uderzeniem, nie rozporządzając rezerwami, nie były w stanie wykonać kontrmanewru – rozpoczęły odwrót na całej linii. Miejscami odwrót stawał się odwrotem bezładnym, czasem przeobrażał się w ucieczkę. Rozwój sytuacji zwiastował katastrofę. O tym jak to faktycznie wyglądało świadczą poniższe meldunki.

Szef sztabu 1. Dywizji Litewsko-Białoruskiej, kpt. Edward Perkowicz, do Szefa Sztabu 1. armii płk. Kubina, 16.07.1920.

Od chwili cofnięcia się od rzeki Uszy, dywizja jest stale w tej sytuacji, że jej oddziały lewoskrzydłowe (11. dywizja) opuszczają wyznaczone stanowiska. Ostatnio o 2 dni wcześniej niż nakazano. Oddziały 11. dywizji cofają się w zupełnym nieładzie, małymi grupami. Stan moralny jest bardzo niski. Wojsko ucieka przy lada strzale, przy lada okrzyku „kawaleria”. Drogi są zapełnione tysiącami łazików bez karabinów. Trzeba stanowczych rozkazów, stanowczej egzekutywy w sprawach maruderstwa. Jeżeli tego nie będzie, cały kraj, przez który armii naszej cofać się wypadnie, zostanie doszczętnie ograbiony, a imię Polski na zawsze skompromitowane.

Dziś zajmuję pozycję nakazaną na dzień 17.VII (Iwje). Sytuacja mego sąsiada nie jest mi znana. Kierunek dalszego cofania nie jest mi znany. Dziś wiadomo, że II Bat. Mińskiego pułku z kpt. Niedźwieckim rozbił szwadron kawalerii nieprzyjacielskiej. O ile zdaje się wykrzesać w żołnierzu trochę energii, sprawa zaraz nabiera lepszego obrotu. Niestety trzeba nazywać rzeczy po imieniu, że masa panicznie i w największym nieładzie ucieka. Wstyd i hańba, którą wypowiedzieć trudno. Trzeba prędko i stanowczo zaradzić złemu, bo stan paniczny zwiększa się.

Gen. Jędrzejewski, d-ca Grupy, do d-cy 1. armii. Meldunek nr 2016. 17.VII. 1920.

Oddziały uciekają nawet przed patrolami, pomimo najostrzejszych środków, a nawet rozstrzeliwań. VII Brygada rezerwowa zdezerterowała z Lidy pociągiem. W 38. i 39. pułkach nie istnieje ani jedna kompania. Proszę o ostre zarządzenia i zbieranie dezerterów. Melduję o ogromnym przemęczeniu, upadku ducha i szerzeniu się grabieży. Oddziały nie są zdolne do stawienia jakiegokolwiek oporu.

W kilka dni później gen. Jędrzejewski melduje dowódcy 1-ej armii:

Wobec zupełnego rozbicia i zdekompletowania mojej Grupy, melduję prośbę o jej rozwiązanie. Ponieważ stan rzeczy uważam za niedopuszczalny i grożący zgubą naszej armii, proszę o wdrożenie śledztwa w tej sprawie i pociągnięcie winnych do odpowiedzialności. W tym, jeżeli ja jestem też winien, mnie również ukarać.

Tak więc od owego feralnego 4 lipca do połowy sierpnia wojska polskie cofają się, już chyba tylko z zamiarem stawienia większego oporu pod Warszawą. Tuchaczewski wyznacza zdobycie Warszawy na dzień 12 sierpnia. Jednocześnie 4-ej armii i poprzedzającemu ją III korpusowi konnemu poleca ruszyć w głębokie obejście od zachodu pomiędzy granicą Prus Wschodnich i Wisłą. Celem tego manewru jest przecięcie komunikacji z Gdańskiem i sforsowanie Wisły pod Włocławkiem. Padają kolejno: Łomża, Ostrołęka, Przasnysz, Ciechanów. Kawaleria sowiecka osiąga Włocławek i zbliża się do Torunia. Tu podobnie jak pod Radzyminem ważyły się losy stolicy. Gdyby sowieci pokonali polskie wojska, droga na Warszawę od zachodu stałaby otworem.

Wieczorem, 13 sierpnia, trzy armie czerwone zbliżyły się do Warszawy, otaczając ją półkolem od Karczewa na południu do Modlina na północnym zachodzie. Osią ataku stał się Radzymin. Tu rozgorzały zacięte walki. Miasto przechodziło kilkakrotnie z rąk do rąk. W nocy z 14 na 15 sierpnia kryzys osiągnął punkt szczytowy. W kościołach modlono się, na ulicach odbywały się manifestacje patriotyczne. Po kawiarniach i restauracjach krążyły grupy kobiet, które publicznie wytykały mężczyzn w cywilu i wyganiały ich na front. To była jedna strona medalu.

Ale była też i druga. Już wieczorem zaczęły się gromadzić na ulicach Pragi inne tłumy, tłumy milczące o pochmurnych twarzach. I właśnie tamtędy wracał z oględzin pozycji pod Radzyminem prezes rady ministrów Wincenty Witos. Tłum nie rozstąpił się, samochód utknął. Nie było innego wyjścia, trzeba było wysiąść i przepychać się piechotą. Było się jak nie we własnej, ale wrogiej stolicy. W prezydium rady ministrów wiceminister Studziński oznajmił Witosowi, że bolszewicy powiadomili komunistów warszawskich i podobno również przywódców żydowskich, że ich wojska jeszcze tej nocy zajmą Warszawę, i że zostanie utworzony rząd komunistyczny, który obejmie władzę. Były więc wtedy dwie Warszawy. Jedna patriotyczna, druga – internacjonalistyczna. Czy dziś jest podobnie, czy może gorzej?

W dniu 15 sierpnia walki toczyły się na przedpolach Warszawy. Naczelny wódz opuścił Warszawę i udał się do „Grupy Uderzeniowej” skoncentrowanej pod Dęblinem. Całość operacji pozostawił w rękach szefa sztabu gen. Rozwadowskiego, dowódcy frontu gen. Hallera, oraz wojskowego doradcy francuskiego gen Weyganda.

Początkowo natarcie grupy uderzeniowej wyznaczono na 17 sierpnia, ale wobec niepewnej sytuacji obronnej, Piłsudski przyspiesza je o całą dobę. Dnia 16 sierpnia pięć polskich dywizji, dwie brygady „Grupy Uderzeniowej Naczelnego Wodza”, osłaniane od wschodu brygadą kawalerii, jazdą gen. Bułak-Bałachowicza, 6-tą dywizją ukraińską gen. Bezruczki, oraz brygadą Kozaków dońskich majora Salnikowa – ruszyło spod Dęblina na północ. Uderzyły one w lewy bok 16-tej armii sowieckiej, a tym samym w skrzydło głównych sił sowieckich. Zaskoczenie było wielkie.

Dlaczego jednak taki manewr był możliwy? Czy tylko dlatego, że prawe skrzydło sowieckiego frontu zapuściło się daleko na północny zachód, chcąc od tej strony zaatakować Warszawę, a lewe skrzydło pozostało daleko na południowym wschodzie, pod Lwowem? I czy to był błąd, którego dowództwo sowieckie nie dostrzegło?

To, co nastąpiło, to rozwarcie nożyc pomiędzy „północno-zachodnim” frontem Tuchaczewskiego, a „południowo-zachodnim” Jegorowa. Gdy Tuchaczewski zbliżał się do Warszawy, Jegorow zbliżał się do Lwowa. Pomiędzy tymi frontami powstała pustka. 11 sierpnia naczelne dowództwo sowieckie dostrzegło ten błąd i nakazało 1-szej konnej armii Budiennego odejść od Lwowa i ruszyć w kierunku na Zamość – Hrubieszów. To uniemożliwiłoby polskiej „Grupie Uderzeniowej” wykonanie manewru od Dęblina na północ. Ale Budienny nie wykonał tego rozkazu, bo Stalin, przewodniczący Rewolucyjnej Rady Wojennej, będąc pewny zdobycia Warszawy, chciał zdobyć Lwów i szybko przenieść rewolucję na Bałkany. Decyzja Stalina znaczyła więcej niż decyzja Jegorowa. Bedienny nie wykonał rozkazu naczelnego dowództwa i wdaje się w polemikę, że dopiero po zdobyciu Lwowa należy przystąpić do wykonania nowego rozkazu. Tę korespondencję, prowadzoną drogą radiową, przechwytuje i rozszyfrowuje pułkownik Jan Kowalewski w sztabie generalnym w Warszawie.

To, o czym sztab polski nie wiedział, a o czym również nie wiedział Tuchaczewski, to osobista ingerencja Lenina, zaniepokojonego nagłym zwrotem na wewnętrznym froncie kontrrewolucyjnym w Rosji. 2 sierpnia depeszował on do Stalina:

Przed chwilą przeprowadziliśmy w Biurze Politycznym podział frontów, abyście się zajęli wyłącznie Wranglem. W związku z powstaniami, szczególnie na Kubaniu, a następnie również na Syberii, niebezpieczeństwo ze strony Wrangla staje się olbrzymie, i w łonie KC wzmaga się dążenie do niezwłocznego zawarcia pokoju z burżuazyjną Polską. Proszę was, abyście bardzo wnikliwie rozważyli, jaką jest sytuacja z Wranglem i przedstawili waszą opinię. – Lenin.

A owego 11 sierpnia, w którym naczelne dowództwo nakazuje Budiennemu „bez najmniejszej zwłoki” ruszyć na Zamość – Hrubieszów, Stalin otrzymuje nową depeszę:

Zwycięstwo nasze w Polsce jest wielkie i będzie całkowite, jeżeli dobijemy Wrangla. Podejmiemy tutaj wszelkie środki ku temu. Naciśnijcie również i wy, aby w wyniku obecnego uderzenia odebrać za wszelką cenę cały Krym. Od tego zależy teraz wszystko. – Lenin.

A Wrangel nie tylko utrzymał się, ale 25 lipca rozpoczął nowe natarcie i zmusił południowo-zachodni front sowiecki do przerzucenia znacznych sił na front krymski. To spowodowało, że Stalin zaabsorbowany wypadkami na południowym odcinku frontu i jeszcze do tego obligowany uwagami Lenina, wahał się, tym bardziej, że Tuchaczewski wydawał się być zupełnym zwycięzcą na północnym froncie.

Rozpoczęty 16-go sierpnia atak polskiej „Grupy Uderzeniowej” od Dęblina, 17-go zdobywa Białą Podlaską i Siedlce, 18-go Drohiczyn nad Bugiem. Karta się odwraca, ale jeszcze nie do końca. Na północy, daleko wysunięta na zachód, 4-a armia sowiecka wisi w powietrzu. Plan Tuchaczewskiego polega na tym, by zawrócić ją na wschód i uderzyć w tyły 5-tej armii polskiej Sikorskiego: na Płońsk – Warszawę.

O świcie 15 sierpnia VIII brygada kawalerii polskiej, pod dowództwem gen. Karnickiego, wykonała rajd na tyły 4-ej armii sowieckiej. O godzinie 11 przed południem wpadła do Ciechanowa, gdzie kwaterował sztab 4-ej armii. Zaskoczenie było zupełne. Cały sztab rzucił się do ucieczki. Pozostała kancelaria dowództwa, mapy, meldunki, rozkazy, ale najważniejsze było to, że w polskie ręce dostała się radiostacja, jedyna forma łączności, najdalej wysuniętej na zachód armii, z dowództwem frontu i III korpusem konnym. Natychmiast zarządzone przeciwnatarcie, wyborowej 33-ciej dywizji kubańskiej, wyparło brygadę Karnickiego, ale nie odzyskano radiostacji. I od tego momentu załamał się porządek dowodzenia w sztabie armii. To prawdopodobnie zdecydowało o tym, że natarcie na Warszawę od strony północno-zachodniej nie doszło do skutku. Wojska z tamtego rejonu w ostateczności albo wycofały się na wschód, albo przeszły na stronę pruską i zostały internowane.

Resztki rozbitych wojsk sowieckich wycofują się spod Warszawy i 26 sierpnia próbują utworzyć nowy front, biegnący do Grodna na południe, przez Kuźnicę – Świsłocz – Białowieżę – Kamieniec Litewski – Żabinkę nad Muchawcem – Tyszowiec. W tym czasie stan liczebny armii polskich wzrasta do ponad 900 tysięcy. Ale dopiero po miesiącu, 21 września, Piłsudski decyduje się uderzyć na bolszewików. 2-ga armia pod wodzą generała Rydza Śmigłego forsuje Niemen koło Druskiennik, z zamiarem wyjścia na Lidę i obejścia frontu sowieckiego od północy.

To drugie uderzenie z 22 września, po odparciu wojsk bolszewickich spod Warszawy, całkowicie rozbija bolszewików na przestrzeni całego frontu i rozpędza ich armie. Ta operacja, nazwana bitwą niemeńską przesądziła o losach wojny. Generał Weygand, już na podstawie oceny bitwy warszawskiej, stwierdził 21 sierpnia w wywiadzie dla paryskiej gazety:

Jeżeli wojskowe kierownictwo polskie zechce w pełni i zupełności wyzyskać odniesione zwycięstwo, jestem absolutnie pewny, że armia bolszewicka przestanie wkrótce odgrywać jakąkolwiek rolę.

No właśnie! Jeśli zechce w pełni i zupełności wyzyskać. Tereny na północ od Prypeci, na całej Białorusi, były ogołocone z przeciwnika. Droga na Moskwę stała otworem. I ta 900-tysięczna armia stoi. Nie pierwszy zresztą raz w tej wojnie, dziwnej wojnie.

W dniu 21 września zbiera się w Moskwie na tajnej konferencji kilku członków CK partii. Są tam m.in. Lenin, Trocki, Stalin. W jej wyniku zapada uchwała o utworzeniu nowego „Południowego Frontu”, skierowanego wyłącznie przeciwko wojskom generała Wrangla, liczącym około 40 tysięcy żołnierzy. Na drugi dzień po tym postanowieniu, 22 września, czyli w dniu rozpoczęcia „niemeńskiej” ofensywy polskiej, Lenin przemawia na IX Konferencji RKP (bolszewików) i proponuje zawarcie pokoju z Polską. W rezultacie uchwalono rezolucję o konkretnych warunkach zawarcia pokoju, które osobiście sporządza i redaguje Lenin.

Klęska na froncie polskim nie zmieniła decyzji zapadłych na tajnej konferencji z dnia 21 września o skierowaniu wszystkich sił przeciwko Wranglowi. Z trudem udaje się ściągnąć z fińskiej i estońskiej granicy 6-tą armię czerwoną. Ale armia ta nie zostaje rozwinięta na Białorusi jako ostatnia zapora, zamykająca drogę na Moskwę. Przechodzi, niezatrzymywana, przed frontem polskim i kieruje się na front krymski. A tam napierał, powstrzymywany ostatkiem sił, Wrangel. Przed prawie milionowym wojskiem polskim droga na stolicę rewolucji wolna. Tylko ruszyć!

Dnia 8 października wojska polskie dotarły o 16 wiorst na zachód od Mińska. Władze bolszewickie uciekły z miasta. Mińsk pozostawiony sam sobie, leży przez kilka dni na ziemi niczyjej. A wojska polskie stoją, nie posuwają się naprzód, jakby zamieniły się w słup soli. Bolszewicy wracają. Ludzie głupieją. Lenin mówi o klęsce w wojnie z Polską, a wszystkie siły kieruje przeciwko Wranglowi. I deklaruje: „Zwycięstwo nad Wranglem jest obecnie naszym głównym i podstawowym celem”… O co w tym wszystkim chodzi? Polska dysponuje siłą dwudziestokrotnie większą niż Wrangel.

12 października został zawarty rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami. W dniu 16 listopada 4-ta armia czerwona, ta rozbita pod Ciechanowem i później powtórnie pod Grodnem, ta armia wkracza do Teodozji. 18-go zajęła Jałtę. Niedobitki armii Wrangla i cywile, zapakowani na statki, odpływali do Konstantynopola.

Wszystko, co powyżej zostało opisanie, wszystkie fakty, dokumenty, depesze itp., wszystko to pochodzi z książki Józefa Mackiewicza „Lewa wolna”. Jest to powieść nietypowa, bo złożona z dwóch części: fabularnej i dokumentalnej. I to właśnie z tej dokumentalnej wybrałem to, co najistotniejsze, co w możliwie najkrótszy sposób oddawałoby istotę i charakter tej wojny. Powieść ta liczy 500 stron, więc to, co wybrałem, to naprawdę drobiazg. W części fabularnej Mackiewicz opisuje tę wojnę taką, jaką ją widział jako 17-letni chłopak, ułan. Służył w 10 pułku ułanów Litewsko-Białoruskiej Dywizji. Następnie, na własne życzenie, zostaje przeniesiony do 13. pułku majora Jerzego Dąmbrowskiego. Część faktograficzna, która przeplata się z fabułą, jest niezwykle bogata. Zebranie tak wielkiej ilości dokumentów wiązało się z niezwykłym wysiłkiem i zajmowało wiele czasu. Wymagało też docierania do różnych dokumentów, penetrowania archiwów, przeglądania starej prasy itp. A to oznaczało, że trzeba było jeździć w różne miejsca, gdzieś nocować, coś jeść. A to kosztowało. Nic nie ma za darmo. A Mackiewicz, ze względu na swój upór pisania prawdy, niechętnie był wydawany, bo prawda nikomu nie pasuje. Żył skromnie. A jednak! Znaleźli się ludzie, którzy pomogli, i im zadedykował tę powieść:

Tym, którzy przyszli mi z pomocą materialną w długim okresie pracy nad tą książką, i w ten sposób umożliwili jej napisanie: Józefowi Frydowi w Rzymie, Zofii Kirsch w Bernie szwajcarskim, Włodzimierzowi Popławskiemu w Londynie.

Wielkie rzeczy, projekty, przedsięwzięcia – nigdy nie są dziełem jednego człowieka. Szkoda, że my o tym tak rzadko pamiętamy, a może, co gorsza, nawet nie wiemy. A właśnie takie współdziałanie, jak nigdy przedtem, jest nam teraz niezmiernie potrzebne.

Mackiewicz w swojej powieści przytaczał fakty. Nigdy ich nie komentował. Nigdzie więc w niej nie ma słów krytyki pod adresem Piłsudskiego, choć z jego publicystyki ten żal, a nawet złość czy niechęć emanuje. I on tego nie ukrywał. Gdy droga na Moskwę w październiku 1920 roku stoi otworem, to on w niej opisuje nie tylko swoje, wtedy, rozczarowanie, ale też rozczarowanie swoich kompanów. Rozczarowanie, niedowierzanie, złość, bezradność i poczucie oszukania. Ci młodzi chłopcy, bo takimi byli ci ułani, wierzyli, że w tej wojnie chodzi o pobicie bolszewików. Narażali swoje życie, wielu z niej nie wróciło. A to wcale nie było tak! Nie chodziło o pobicie bolszewików. A więc o co chodziło? Dobre pytanie! Ale odpowiedź trudna.

Wydaje się, że zagadkę rozwikłał Antony C. Sutton, po tym jak wszedł w posiadanie pewnych tajnych dokumentów. W swojej książce „Skull and bones (Tajemna siła Ameryki)” pisze:

Z wypowiedzi prezydenta Kennedy’ego wynika rzecz niezwykle ważna, choć pozornie pozbawiona znaczenia. Prezydent sądził najwyraźniej, że Stany Zjednoczone finansują nacjonalistów, nie marksistów, choć tak naprawdę Ameryka wspomagała właśnie marksistów, podobnie jak czyniła to później w Republice Południowej Afryki, powielając schemat datujący się od czasów rewolucji bolszewickiej w Rosji w 1917 roku. Warto prześledzić tę sprawę w aktach Kennedy’ego i ustalić, na ile prezydent był świadomy poczynań pozostających pod kontrolą Zakonu (to ta tajemna siła Ameryki), CIA i Departamentu Stanu.

Marksiści z Ludowego Ruchu Wyzwolenia Angoli Neto przejęli kontrolę nad Angolą. Zakon, posiadający potężnych sojuszników w międzynarodowych korporacjach, wywierał nacisk na kolejne administracje, by nie odbierać Angoli roli kubańsko-radzieckiej bazy w południowej Afryce.

W 1975 roku Stany Zjednoczone, wspólnie z Republiką Południowej Afryki, rzeczywiście wykonały wojskowy rajd na terytorium Angoli. W kluczowym momencie, gdy siły południowoafrykńskie mogły dotrzeć do Luandy, Stany Zjednoczone wycofały jednak swoją pomoc. Republika Południowej Afryki nie miała wyboru i musiała się wycofać. Kraj ten przekonał się w bolesny sposób, że Stany Zjednoczone są antymarksistowskie jedynie w teorii. W praktyce Ameryka zrobiła Republice Południowej Afryki to, co robiła już w przeszłości wielokrotnie – elita zdradziła swoich antymarksistowskich sojuszników.

A więc schemat powtarza się: Atakujemy, ale tylko do pewnego momentu. Gdyby Sutton mógł przeczytać powieść Mackiewicza, to pewnie by go zacytował. Z kolei, gdyby Mackiewicz znał interpretację Suttona, to może nie byłby tak rozgoryczony. Ale dalej to jest niejasne. Jak to mówią Rosjanie: bez pól litra nie razbierosz. Żeby to wszystko zrozumieć, to pomijając to, że trzeba zaopatrzyć się w te pół litra, to trzeba jeszcze odwołać się do filozofii Hegla, w której rozwój może odbywać się tylko poprzez konfrontację dwóch sprzecznych sił tj. tezy i antytezy. Tezą może być prawica, a antytezą może być lewica. W takim konflikcie powstaje nowy system polityczny – nie będący lewicowy czy prawicowy, ale będący ich syntezą, czyli czymś nowym. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Idąc jednak dalej tym tropem, to musimy dojść do konkluzji, że w takim konflikcie nie chodzi o to, by jedna siła zwyciężyła drugą, bo wówczas ta zwycięska dominowałaby i „zabawa” skończyłaby się. A przecież przedstawienie musi trwać! Bo z tego są pieniądze. Skonfliktowane strony muszą kupować broń i opłacać rekrutów. Później odtwarzać zdewastowaną infrastrukturę. Wojna to najlepszy biznes. Najpierw zburzyć, a później odbudować.

Żeby jednak ta „zabawa” mogła trwać, to nie może być żadnej siły, która mogłaby to przerwać lub uniemożliwić. Piłsudski, uzasadniając motywy swoich decyzji, powiedział, że nie walczy z bolszewikami, tylko z Rosją. 21 lat później Hitler, o czym pisze Mackiewicz w powieści „Nie trzeba głośno mówić”, również mówił, uzasadniając swoje decyzje, niezrozumiałe dla innych, że on nie walczy z bolszewikami tylko z Rosją. Cóż więc to za zwierz jest, czy była, ta Rosja?

W drugiej połowie XIX wieku i na początku XX wieku Rosja podwajała liczbę ludności co 30 lat. Już wtedy Rosjanie byli najliczniejszym narodem białej rasy. To mogłaby być potęga, dominująca w świecie białego człowieka, a tym samym, na całym świecie. Komu więc zależało na zniszczeniu Rosji? Ktoś może powiedzieć, że Watykanowi. Ale Watykanowi nie zależało na zniszczeniu Rosji, tylko na jej przechrzczeniu na katolicyzm, a to nie to samo! Któż więc tak naprawdę obawiał się prawosławnej, konserwatywnej Rosji? Walczył z Rosją socjalista Piłsudski, który oświadczył, że wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku „niepodległość”. Ale czy rzeczywiście wysiadł? Walczył z Rosją Hitler. Kto za nimi stał? Kto finansował i finansuje te wszystkie wojny? I jaki jest jego cel?

W tym natłoku faktów można się pogubić i stracić główny wątek, więc w skrócie wyglądało to tak:

  • W maju 1919 roku przybywa do Warszawy Marchlewski i prowadzi rozmowy z najbliższymi współpracownikami Piłsudskiego
  • W czerwcu uaktywnia się na froncie południowym Denikin. Pod koniec lipca zdobywa Odessę i Kijów
  • W lipcu ponownie przybywa do Polski Marchlewski. Tym razem do Białowieży.
  • W połowie października bolszewicy gromadzą wszystkie siły przeciwko Denikinowi. 17 października generał Judenicz podchodzi do przedmieść Petersburga. W tym czasie wzdłuż całej zachodniej granicy rozciąga się front polski i… stoi w miejscu!
  • Na stacji w Mikaszewiczach stoi pociąg pancerny “Kaniów”, do którego doczepione są wagony osobowe, w których od 10 października przebywa delegacja sowiecka.
  • W styczniu 1920 roku linia frontu przebiega na Berezynie.
  • Pod koniec kwietnia bolszewicy koncentrują wojska na froncie północnym.
  • 20 kwietnia Piłsudski zarządza wycofanie części wojsk z frontu północnego i przerzucenie ich na front ukraiński.
  • 25 kwietnia, nie przejmując się postępującą koncentracją wojsk na froncie północnym, rzuca się Piłsudski na Wyprawę Kijowską.
  • 7 maja wojska polskie wkraczają do Kijowa.
  • 8 maja Piłsudski wydaje rozkaz natarcia i zdobycia miasta, w którym już jest jego wojsko.
  • 14 maja wojska bolszewickie uderzają na froncie północnym. Piłsudski przerzuca dywizje z Ukrainy na ten front.
  • 27 maja wkracza na front ukraiński armia Budiennego. Piłsudski przerzuca wojska z północy na Ukrainę.
  • 10 czerwca wojska polskie opuszczają Kijów.
  • 4 lipca Tuchaczewski atakuje na froncie północnym. W konsekwencji wojska polskie wycofują się aż pod Warszawę.
  • 15 sierpnia walki toczą się na przedpolach Warszawy.
  • 16 sierpnia manewr spod Dęblina odpycha wojska bolszewickie od Warszawy.
  • 26 sierpnia resztki rozbitych wojsk bolszewickich próbują utworzyć front biegnący od Grodna przez Białowieżę do Kamieńca Litewskiego i Tyszowca. W tym czasie stan liczebny armii polskich wzrasta do 900 tysięcy.
  • I dopiero po miesiącu, bo 21 września, Piłsudski decyduje się uderzyć na bolszewików.
  • 22 września ma miejsce bitwa niemeńska, która ostatecznie rozbija wojska bolszewickie.
  • 21 września, na tajnej konferencji, kilku członków CK partii podejmuje decyzję o skierowaniu wszystkich sił przeciwko Wranglowi.
  • 8 października wojska polskie docierają pod Mińsk. Bolszewickie władze miasta uciekają. Droga na Moskwę wolna.
  • 12 października podpisano wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami.
  • 18 listopada bolszewicy zajmują Jałtę. Niedobitki armii Wrangla i cywile odpływają do Konstantynopola.

To, co powyżej, to suche fakty. Każdy może je interpretować tak, jak chce. Ale najważniejszą rzeczą jest je znać, bo “jedynie prawda jest ciekawa”.

Powstanie warszawskie

Powstanie warszawskie budziło, budzi i będzie budzić kontrowersje. Czy powinno było wybuchnąć, czy – nie? Argumentów za i przeciw wysuwano wiele, a wątpliwości nadal pozostały. Wypadałoby więc zacząć od przedstawienia faktów.

W okresie od 28 listopada do 1 grudnia 1943 roku miała miejsce w Teheranie konferencja z udziałem przywódców USA, Anglii i ZSRR. W polskiej sprawie postanowiono:

  • ustalić nową granicę Polski i ZSRR na tak zwanej linii Curzona
  • dokonać podziału krajów Europy na alianckie strefy operacyjne – na mocy międzyalianckich uzgodnień Polska znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej.
  • ustalono też, iż Niemcy zostaną podzielone na strefy okupacyjne, zaś radziecka strefa okupacyjna Niemiec przylegać będzie do Polski, przez którą przebiegały linie komunikacyjne do tej strefy, co de facto przesądzało losy Polski. Ze względu na odbywające się jesienią 1944 roku w USA wybory prezydenckie, na prośbę prezydenta Roosevelta liczącego na głosy Polonii amerykańskiej utajniono postanowienia wielkiej trójki w kwestii polskiej. (Wikipedia)

6 czerwca 1944 roku miało miejsce lądowanie wojsk alianckich w Normandii. 1 sierpnia wybucha powstanie. Wojska sowieckie stoją pod Warszawą. Niemcy pod koniec lipca wzmacniają swoje siły w Warszawie. Przygotowania do powstania ulegają przyspieszeniu w miarę zbliżania się wojsk sowieckich. Ma ono dwa cele: polityczny i militarny. Polityczny – to zdobycie władzy w Warszawie zanim wkroczą tam bolszewicy, militarny – to pokonanie Niemiec.

Naczelnym Wodzem był gen. Kazimierz Sosnkowski, który rezydował w Londynie. To on wysłał pułkownika Okulickiego do Polski. Jego zrzut nastąpił 21 maja 1944 roku. 3 czerwca został przyjęty przez dowódcę AK i równocześnie został mianowany na stopień generalski. Został on skierowany do Polski jako zastępca dowódcy AK. Później został zastępcą szefa sztabu AK. W hierarchii ważności był trzecim co do ważności oficerem krajowego podziemia. Pierwszym był gen. Tadeusz Bór-Komorowski, drugim gen. Tadeusz Pełczyński. Jednak Okulicki był osobistym wysłannikiem Naczelnego Wodza i stąd jego pozycja była silniejsza.

Cóż z tego wynika? Wynika z tego, że nie bardzo było wiadomo, kto rządził, kto podejmował ostateczne decyzje. Pod koniec lipca ppłk Ludwik Muzyczka przedstawił Komorowskiemu opracowany przez siebie memoriał, którego treść została uzgodniona z płk Fieldorfem i płk Janem Skorobohatym-Jakubowskim. Domagał się w nim cofnięcia decyzji o powstaniu. Twierdził, że AK jest zbyt słaba na konfrontację z Niemcami oraz, że Polskę czeka długa walka przeciw Rosjanom. W takich warunkach podjęcie walki byłoby samobójstwem politycznym.

W dniu 31 lipca w KG AK o godzinie 18-tej odbyła się odprawa, choć zwykle popołudniowe odprawy rozpoczynały się o 17-tej. Obecni byli generałowie Bór-Komorowski, Pełczyński, Okulicki, płk Chruściel oraz mjr Janina Karasiówna. Chruściel stwierdził, że walkę należy rozpocząć bezzwłocznie, ponieważ Sowieci zbliżają się do Pragi. Gen. Komorowski, po krótkiej naradzie z obecnymi uznał, że trzeba skontaktować się z Delegatem Rządu, gdyż jego zgoda była potrzebna do wydania ostatecznego rozkazu. Po pół godzinie Jan Stanisław Jankowski przybył na odprawę i wyraził zgodę. Te fakty pochodzą z artykułu Lecha Mażewskiego „Duet legionowych generałów”. W nim również przytacza on wypowiedź gen. Kazimierza Sawickiego, który kontaktował się Okulickim. Rozmowy z nim Sawicki tak relacjonuje: „Wyniosłem z nich wrażenie, że Okulicki przyjechał z formalnym mandatem Naczelnego Wodza (…) Stosunek gen. Okulickiego do obecnych Naczelnych Władz AK był wręcz krytyczny – nie tylko odnośnie osobistych kwalifikacji tego zespołu, ale i kierunku pracy AK. Misją Okulickiego było ten stan rzeczy zmienić”. Dalej: „Podkreślał otrzymany od gen. Sosnkowskiego mandat, posiadanie z nim ścisłej i bezpośredniej łączności (specjalny kod) i możność komunikowania się z Londynem ponad głowami władz w Warszawie”. I ostateczna konkluzja: „Jak wszystko na to wskazuje, jego zadaniem nie było wysłuchiwanie argumentów, a przekonanie kogo się dało do poparcia idei powstania w Warszawie”.

Jednak tego samego dnia tj. 31 lipca rano w KG AK odbyła się narada, pod koniec której gen. Okulicki powiedział do dowódcy AK: “Jeśli Pan Generał nie podejmie decyzji, będzie pan drugim Skrzyneckim”. To jednak nie wymusiło decyzji o powstaniu. Podjęto ją dopiero na odprawie z godziny 18-tej. Czy to o tej rannej naradzie pisze Adam Doboszyński w artykule “W pól drogi” z 1947 roku? – Takiego kierownictwa zabrakło nam niestety w ostatnich latach, i Naród nasz poprzez najcięższe próby dziejowe posuwa się niejako po omacku, zdany na własny instynkt, który nie zawsze potrafi wziąć górę nad połączonym działaniem agentur i inspirowanych z zagranicy konspiracji. Za przykład, do czego prowadzi brak poważnego kierownictwa narodowego, niech posłuży historia Powstania Warszawskiego z roku 1944. W przeddzień jego wybuchu, w dniu 31 lipca odbyła się narada najwyższego ciała Polski Podziemnej, przy udziale Delegata Rządu (wicepremiera na kraj), Dowódcy Armii Krajowej oraz przedstawicieli czterech rządzących stronnictw. Wszyscy obecni – bez wyjątku – opowiedzieli się przeciw powstaniu. Mimo to powstanie następnego dnia wybuchło i zniszczyło stolicę, co niezmiernie ułatwiło Sowietom opanowanie Polski.

Mażewski pisze też – Generał Sosnkowski przestrzegał: Natomiast w obecnych warunkach jestem bezwzględnie przeciwny powstaniu powszechnemu, którego sens historyczny musiałby z konieczności wyrazić się w zmianie jednej okupacji na drugą. Był więc przeciwny “powstaniu powszechnemu”, ale wzywał do kontynuacji planu “Burza”, czym faktycznie było powstanie warszawskie. Formalnego rozkazu, zakazującego walk powstańczych w Warszawie nie wydał. Anders wspominał po latach: Namawiałem go, żeby dał formalny rozkaz zakazujący powstania. Odpowiadał mi:Oni mnie nie posłuchają, oni posłuchają Mikołajczyka.

Z kolei Bór-Komorowski w 1965 roku oświadczył, że gdyby otrzymał od Naczelnego Wodza zakaz walki o Warszawę, to by jej nie rozpoczynał. Ale ten sam Bór-Komorowski podjął decyzję o wybuchu powstania, po tym, jak uzyskał zgodę Delegata Rządu. Z tego wynika, że bez zgody tego Delegata tego „ostatecznego rozkazu” nie wydałby. Czy Delegat Rządu podjął decyzję samodzielnie, czy w oparciu o instrukcje, które otrzymał wcześniej? Czy Okulicki też działał w oparciu o takie instrukcje? Innymi słowy, osoby wydelegowane z Anglii miały decydujący i ostateczny wpływ na podjęcie walki. Czy rząd będący na utrzymaniu innego rządu i korzystający z jego gościnności może podejmować decyzje zgodne z interesem własnego kraju i narodu, czy może raczej skłonny jest działać w interesie swego, jakbyśmy to dziś ujęli, sponsora?

Rosjanie w połowie września zajęli prawobrzeżną Warszawę. I zatrzymali się. I stali tak do 17 stycznia 1945 roku. Powstanie upadło na początku października, a oni przez trzy i pół miesiąca nie ruszyli się. Czy więc wybuch tego powstania miał zatrzymać Rosjan, tak by wojska, które wylądowały w Normandii mogły zdobywać teren? Ale dlaczego po upadku powstania stali jeszcze przez trzy i pół miesiąca?

Maria Dąbrowska w swoim dzienniku pod datą 18.XI. 1945 zapisała:

O ósmej rano Lutyk (z S.P.B.) przyjechał po mnie autem i zabrał mnie do Dąbrowy na uroczyste otwarcie i poświęcenie nowego gmachu (właściwie baraku) gimnazjum. W drodze opowiadał mi jak w zeszłym roku był świadkiem spowodowania powstania przez Moskali. Na dzień przed powstaniem wyjechał za Wisłę na letnisko do żony (pod Radzymin). We wtorek 1 sierpnia chciał wrócić. Szedł [?] na czołg sowiecki. Moskale symulowali szturm na Warszawę – 200 czołgów ruszyło bez benzyny i artylerii – W chwili nalotu niemieckiego, Moskale wyskoczyli z czołgów. 200 czołgów zostało zniszczone – ale ten pseudoszturm i zgiełk tej „bitwy” na przedpolach Pragi stał się hasłem do powstania. Warszawę zniszczyły Sowiety – świadomie na zimno.

Nie wiem czy warszawskie mosty były wtedy nienaruszone, ale jeśli nie, to z pewnością były podminowane. Czołgi musiałyby przejechać przez te mosty. Bez wsparcia artylerii i lotnictwa dowództwo sowieckie nie wykonałoby takiego manewru. A gdyby wkroczyło do akcji lotnictwo i artyleria, to mosty zostałyby wysadzone. Nawet nie chce mi się wierzyć, że gen. Bór-Komorowski mógł podjąć decyzję w oparciu o taki meldunek. I Delegat Rządu wyraził zgodę na rozpoczęcie walk. To wszystko grubymi nićmi szyte: i tłumaczenie się Sosnkowskiego, i argumenty Okulickiego. Rzucanie się z nieuzbrojonymi oddziałami, przecież nie regularnego wojska, na uzbrojoną i wzmocnioną, na krótko przed wybuchem powstania, armię, to szaleństwo. Liczenie na to, że utworzenie rządu, zanim wejdą do Warszawy Sowieci, da temu rządowi podstawy do negocjacji ze Stalinem, i że on będzie go respektował – to naiwność. Tyle że nie było tam naiwności i szaleństwa. A jeśli było, to tym gorzej dla nas. Józef Mackiewicz, który na krótko przed wybuchem powstania, uciekając przed bolszewikami z Wilna, przebywał w Warszawie, w powieści “Nie trzeba głośno mówić” napisał, że właśnie wtedy w Warszawie pojawiło się mnóstwo dolarów. Ale o tym nie trzeba głośno mówić! Bo mogłoby się okazać, że ci wszyscy, których uważa się za bohaterów, a przynajmniej niektórzy z nich, mogliby się okazać cynicznymi, wyrachowanymi kanaliami bez skrupułów. Jeszcze wszystko przed nami. Nasi posłowie, ze wszystkich partii, jak przyjdzie stosowny czas, sprzedadzą nas komu trzeba.

Warszawa została zniszczona, ludność zdziesiątkowana, rozproszona po Polsce i po świecie. Ta polska inteligencja, zaczątek polskiej elity, tak pieczołowicie odtwarzany po starcie, jaką przyniosła Wielka Emigracja po rozbiorach i po powstaniu listopadowym, i której najwięcej, po tym jak Lwów odpadł od Polski, było w Warszawie – ta polska inteligencja uległa unicestwieniu. Zniszczono ją, zniszczono budynki, domy, muzea z bezcennymi zbiorami, wszystko zniszczono. Miasto zrównano z ziemią. I dopiero w tym momencie można było budować od nowa. Ale do tych nowych mieszkań, do tych nowych muzeów, uczelni, instytucji centralnych itp., do nich przyszli nowi ludzie. Powstała nowa Warszawa i nowa Polska. I o to chodziło! Niech dopełnieniem do tego będzie cytat z artykułu “Dwa narody” Adama Doboszyńskiego z 1945 roku: Zniszczenie Warszawy stanowi poważny sukces na drodze do lubelskiego narodu. Historyczne budynki, wspomnienia i powiązania, ludzie żywi, ich mieszkania i pamiątki, wszystko to ciążyło kłodą u nogi. W Warszawie zbyt mało było z Szeli, zbyt dużo z Traugutta.

Komu na tym najbardziej zależało? Anglikom? A co oni by z tego mieli? To nie ich strefa wpływu. Bolszewikom? A oni co? Przecież nie zburzyli Pragi, Budapesztu, Bukaresztu i Sofii. Z opozycją poradziliby sobie bez burzenia miasta. No więc kto skorzystał? Kto obsiadł nową Warszawę, urzędy centralne, wydawnictwa, prasę, radio i telewizję, kulturę, teatr itp. Znaleźli sobie ludzi nijakich typu Sosnkowski, Okulicki, Bór-Komorowski, Delegat Rządu – Jan Stanisław Jankowski i tym podobnych. I oni, za pieniądze, z głupoty, czy z naiwności, dokonali dzieła zniszczenia. Warszawa została zniszczona, bo Polacy dali się sprowokować. A może przekupić? Możemy narzekać na Stalina i aliantów, ale przede wszystkim powinniśmy zacząć od krytycznego spojrzenia na siebie, na własne wady. Za dużo w nas emocji, za mało chłodnego myślenia, kalkulacji, a może za dużo w nas zdrajców bez skrupułów.

Nic się nie zmieniło. Ktoś znowu podburza Polaków, naiwnych Polaków, do uczestnictwa w Marszach. Mamy więc Marsz Niepodległości, Marsz Powstania Warszawskiego i czego tam jeszcze nie ma. A oni śmieją się: wasze ulice, nasze kamienice. A do tumanienia nas zatrudniają najzdolniejszych dziennikarzy, którzy uwodzą nas kwiecistą mową i świetnym piórem, ale, co zastanawiające, sami w nich nie biorą udziału, bo zawsze wypada jakieś spotkanie z czytelnikami albo coś innego. Powstanie warszawskie to jeden z – odległych już, ale jakże brzemiennych w skutkach – etapów budowania nowego państwa, w którym Polacy będą obywatelami trzeciej kategorii.

Powstanie warszawskie to wielka tragedia. Zniszczone miasto i jego ludność, która była zaczątkiem polskiej inteligencji i mieszczaństwa, czyli tego, czego Polsce zawsze brakowało, by być normalnym społeczeństwem. Nie ma usprawiedliwienia dla dobrych chęci i podpierania się patriotyzmem, gdy skutki są tak tragiczne. Ale o tym nie trzeba głośno mówić.

Lech Mażewski w swoim artykule opierał się na poniższych źródłach:

  1. Aleksander Skarżyński – Polityczne przyczyny powstania warszawskiego, Warszawa 1984.
  2. Jan M. Ciechanowski – Powstanie warszawskie, Warszawa 1984.
  3. Janusz K. Zawodny – Uczestnicy i świadkowie powstania warszawskiego. Wywiady, Warszawa 1994.
  4. Andrzej Przemyski – Ostatni komendant. Generał Leopold Okulicki, Lublin 1990.

“Cud nad Wisłą”

Czasem mam wrażenie, że Polacy lubią mity, żyją nimi i każde ważniejsze wydarzenie, im bardziej oddalamy się od niego w czasie, tym bardziej nimi obrasta i dociekanie prawdy nikogo nie interesuje. Tak było i jest w przypadku tzw. Cudu nad Wisłą. Jedni przypisują to zwycięstwo geniuszowi Piłsudskiego, inni – Rozwadowskiego, jeszcze inni informacjom polskiego wywiadu i złamaniu szyfrów sowieckich. Są również tacy, którzy uważają, że to zasługa francuskiego generała Weyganda. Natomiast Józef Mackiewicz w powieści „Lewa wolna” poświęcił temu zagadnieniu jeden rozdział, który zatytułował „Nie ma cudów”. I z właściwą sobie precyzją i bez emocji opisuje ten słynny manewr. Poniżej fragment tego rozdziału:

Sześć lat temu, jesienią 1914 roku, naczelne dowództwo rosyjskie, po zwycięstwie w Galicji i klęsce w Prusach Wschodnich, projektowało punkt ciężkości operacji wojennych przerzucić na lewy brzeg Wisły. Ale w zamiarze tym uprzedzone zostało przez połączone armie niemiecko-austriackie, które w końcu września 1914-go w łącznej sile około 20 korpusów same przeszły do natarcia po obu stronach górnej Wisły. Przy czym główne uderzenie wojsk niemieckich szło lewym brzegiem Wisły z zadaniem opanowania Dęblina, kluczowego celu całej operacji. Jednocześnie wojska austriackie dokonać miały wzdłuż prawego, południowego brzegu Wisły, manewru oskrzydlającego od południa z wyjściem na tyły przeciwnika, po sforsowaniu Sanu.

Ten na wielką skalę zakrojony ofensywny manewr i jego wykonanie, mimo dużego sukcesu początkowego, oparty był wszakże na strategicznym błędzie. Mianowicie odsłaniał całe lewe skrzydło głównego trzonu natarcia wojsk niemieckich na Dęblin, i podstawiał je pod uderzenie przeciwnika z północy. Błąd strategiczny rzucał się w oczy, i po prostu napraszał się, by go wykorzystać. Dostrzeżony od razu przez dowództwo rosyjskie, nieomal odruchowo wywołał w odpowiedzi kontrmanewr rosyjski.

Polegał on na tym, aby przy jednoczesnym stworzeniu silnej bariery obronnej wokół Dęblina, skoncentrować w rejonie między Warszawą i Łowiczem 2-gą armię, w składzie II-go Syberyjskiego i I-go Syberyjskiego korpusów, do której miały jeszcze dojść dwa korpusy 5-tej armii – w specjalną „Grupę Uderzeniową Naczelnego Wodza”. Osłonięta od zachodu kawaleryjskim korpusem gen. Nowikowa, potężna ta pięść spaść miała na odsłonięte lewe skrzydło głównych, atakujących sił niemieckich, i zadać im druzgocącą klęskę. Ostateczny termin natarcia wydzielonej „Grypy Uderzeniowej Naczelnego Wodza” wyznaczono na 21 października.

Dowództwo niemieckie jednak, uzyskawszy zawczasu informacje o koncentracji „Grupy Uderzeniowej”, zarządziło w ostatniej chwili śpieszny odwrót, aby wyprowadzić wojska spod wzniesionej nad nimi pięści przeciwnika. W ten sposób do rozgromienia Niemców nie doszło. Wszelako klasyczny kontrmanewr rosyjski sam przez się doprowadził do zwycięstwa i odrzucenia niemiecko-austriackiej ofensywy nieomal do przedmieść Krakowa, i prawie do granic Śląska.

Manewr ten, w odwróconym kierunku, powtórzony został przez wojska polskie sześć lat później, w bitwie warszawskiej – przez niektórych przezwanej „Cudem nad Wisłą” – w sierpniu 1920-go roku. Dziwnym bowiem zbiegiem okoliczności wytworzyła się nieomal dosłowna sytuacja strategiczna.

Łuk Wisły z dopływami, na północnym wschodzie Bugu-Narwi, i na południowym wschodzie Sanu – w schematycznym oczywiście ujęciu – tworzy rozwarty X. Odwracając go zatem do góry nogami otrzymamy ten sam rysunek. Przy czym obydwa punkty docelowe: ofensywy niemieckiej w październiku 1914 – Dęblin, oraz ofensywy bolszewickiej w sierpniu 1920 – Warszawa, znajdą się w analogicznym położeniu.

Identycznie jak w roku 1914-tym Austriacy zapuścili się u południowego wierzchołka X-u celem sforsowania Sanu w głębokim obejściu – takoż w 1920-tym u północnego wierzchołka X-u zapuściła się 4-ta armia sowiecka celem sforsowania Wisły w głębokim obejściu na Włocławek.

Identycznie jak gros sił niemieckich uderzało na północ od dolnego ramienia X-u (Wisły), z zachodu na wschód, na Dęblin, tak teraz gros sił bolszewickich uderzało na południe od górnego ramienia X-u (Bugu-Narwi), ze wschodu na zachód, na Warszawę.

Identycznie jak w październiku 1914-go Niemcy podstawili pod uderzenie z północy swe odsłonięte lewe skrzydło głównych sił, tak teraz bolszewicy podstawili pod uderzenie z południa swe odsłonięte lewe skrzydło głównych sił.

Identycznie wydzielone zostały z frontów obronnych „Grupy Uderzeniowe Naczelnego Wodza”, w roku 1914 rosyjska, w 1920 polska; z identycznym zadaniem natarcia na otwarte skrzydło nieprzyjaciela; w październiku 1914 spod Warszawy na wojska atakujące Dęblin, w sierpniu 1920 spod Dęblina na wojska atakujące Warszawę od wschodu.

W obydwu wypadkach plan kontrmanewru należał do rzędu nie jakichś oryginalnych, czy zgoła genialnych koncepcji strategicznych, lecz do najbardziej elementarnych założeń sztuki wojennej. – Toteż w roku 1914-tym nikomu nie przyszłoby nawet do głowy wytaczać spór, kto był właściwym autorem tego planu obronnego: naczelny wódz W. Ks. Mikołaj Mikołajewicz, szef sztabu gen. Januszkiewicz, czy gen.- kwatermistrz Daniłow?!

W roku 1920-ym wybuchł zacięty spór o to, kto jest autorem tego kontrmanewru: naczelny wódz Józef Piłsudski, szef sztabu gen. Rozwadowski, czy przybyły do Warszawy na czele misji francuskiej gen. Weygand?…

Nic nowego c.d.

Przyglądając się naszej zawiłej rzeczywistości, nie sposób nie zauważyć, że mamy do czynienia z poważnym kryzysem, choć pewnie nie wszyscy tak uważają. Jego powaga polega na tym, że jest on wielowątkowy i globalny. Mamy więc kryzys cywilizacyjny, gospodarczy, energetyczny, demograficzny i imigracyjny.

Tak liczne skumulowanie niekorzystnych zjawisk rodzi pytanie, którego nie sposób uniknąć: czy to już początek końca? A jeśli tak, to co dalej? Jak zwykle w takich sytuacjach człowiek szuka odpowiedzi w historii. Wszak skoro już coś zdarzyło się, to nasi przodkowie musieli sobie z tym jakoś poradzić. Jakkolwiek przeszłość nie udzieli nam wiążącej odpowiedzi, to jej analiza z pewnością nie zaszkodzi.

We wstępie do swojej powieści „Faraon” B. Prus tak opisywał Egipt z czasów, w których umieścił jej akcję, a działo się to w XI wieku p.n.e.:

„Rodowici Egipcjanie mieli barwę skóry miedzianą, czym chełpili się, gardząc jednocześnie czarnymi Etiopami, żółtymi Semitami i białymi Europejczykami. Ten kolor skóry, pozwalający odróżnić swojego od obcego, przyczyniał się do utrzymania narodowej jedności silniej aniżeli religia, którą można przyjąć, albo język, którego można się wyuczyć.

Z biegiem czasu jednak, kiedy państwowy gmach zaczął pękać, do kraju coraz liczniej napływały obce pierwiastki. Osłabiały one spójność, rozsadzały społeczeństwo, a nareszcie zalały i rozpuściły w sobie pierwotnych mieszkańców kraju.

Faraon rządził państwem przy pomocy armii stałej i milicji czy policji tudzież mnóstwa urzędników, z których powoli utworzyła się arystokracja rodowa. Tytularnie był on prawodawcą, naczelnym wodzem, najbogatszym właścicielem, najwyższym sędzią, kapłanem, a nawet synem bożym i bogiem. Cześć boską odbierał nie tylko od ludu i urzędników, ale niekiedy sam sobie stawiał ołtarze i przed swymi własnymi wizerunkami palił kadzidła.

Obok faraonów, a bardzo często ponad nimi stali kapłani: był to zakon mędrców kierujący losami kraju.

Dziś prawie nie można wyobrazić sobie nadzwyczajnej roli, jaką stan kapłański odegrywał w Egipcie. Byli oni nauczycielami młodych pokoleń, wróżbitami, a więc doradcami ludzi dorosłych, sędziami zmarłych, którym ich wola i wiedza gwarantowała nieśmiertelność. Nie tylko spełniali drobiazgowe obrządki religijne przy bogach i faraonach, ale jeszcze leczyli chorych jako lekarze, wpływali na bieg robót publicznych jako inżynierowie tudzież na politykę jako astrologowie, a nade wszystko – znawcy własnego kraju i jego sąsiadów.

W historii Egiptu pierwszorzędne znaczenie mają stosunki, jakie istniały między stanem kapłańskim a faraonami. Najczęściej faraon ulegał kapłanom, składał bogom hojne ofiary i wznosił świątynie. Wówczas żył długo, a jego imię i wizerunki, ryte na pomnikach, przechodziły od pokolenia do pokolenia, pełne chwały. Wielu jednak faraonów panowało krótko, a niektórych znikały nie tylko czyny, ale nawet nazwiska. Parę razy zaś trafiało się, że upadła dynastia, a klaff, czapkę faraonów otoczoną wężem, przywdziewał kapłan.

Egipt rozwijał się, dopóki jednolity naród, energiczni królowie i mądrzy kapłani współdziałali sobie dla pomyślności ogółu. Lecz nadeszła epoka, że lud skutkiem wojen zmniejszył się liczebnie, w uścisku i zdzierstwie utracił siły, napływ zaś obcych przybyszów podkopał rasową jedność. A gdy jeszcze w powodzi azjatyckiego zbytku utonęła energia faraonów i mądrość kapłanów, i dwie te potęgi rozpoczęły między sobą walkę o monopol obdzierania ludu, wówczas Egipt dostał się pod władzę cudzoziemców, i światło cywilizacji przez kilka tysięcy lat płonące nad Nilem – zagasło.”

Brzmi znajomo? „Nihil novi sub sole” – Nic nowego pod słońcem, jak głosi starożytna maksyma. W 1972 roku słynna włoska dziennikarka Oriana Fallaci przeprowadziła wywiad z cesarzem Etiopii Hajle Syllasje.

Co sądzi Wasza Wysokość o nowym pokoleniu, które jest niezadowolone? Mam na myśli studentów, którzy burzą się na uniwersytetach, szczególnie w Addis Abebie i…

Młodzież to młodzież. Nie da się zmienić niestosownych zachowań młodzieży. Zresztą nie są one niczym nowym, na świecie nigdy nie dzieje się nic nowego. Proszę zastanowić się nad przeszłością: przekona się pani, że nieposłuszeństwo młodzieży jest odwieczne.

Józef Mackiewicz w powieści “Lewa wolna” pisze: Opowiadał przyjaciel, który przedostał się od Kołczaka. Tam w Omsku, czy Tomsku, czy innym Irkucku, był kinematograf gdzie pokazywali: dwie pary pederastów, później dwie pary lesbijek, później mężczyzna z kozą, później kobieta z psem…

Nic nowego

Na jednym z filmów zamieszczonych na YouTube usłyszałem takie zdanie: “Państwa walczące w I wojnie światowej zorientowały się po niej, że są zadłużone u tego samego wierzyciela.” Ależ to przecież nic nowego. Mamy taką wspaniałą powieść, która zasługiwała na Nobla, i w której wszystko, czego obecnie doświadczamy, zostało opisanie. Bolesław Prus skończył pisać “Faraona” 2.V. 1895, godz. 3 po południu. I co tam jest napisane?

” – Ty, panie, słuchasz dzisiaj rad fenickich, a tymczasem nasi Żydzi wykryli, że Fenicja chce wywołać wojnę między Egiptem i Asyrią… Podobno nawet co najprzedniejsi kupcy i bankierzy feniccy zobowiązali się do tego strasznymi przysięgami…

– Na cóż im ta wojna?… – wtrącił książę z udaną obojętnością.

– Na co!… – zawołała Sara. – Będą wam i Asyryjczykom dostarczać broni, towarów i wiadomości, a za wszystko każą sobie dziesięć razy drożej płacić… Będą od waszych i asyryjskich żołnierzy wykupywać zrabowane przedmioty i niewolników… Czyliż tego mało?… Egipt i Asyria zrujnują się, ale Fenicja pobuduje nowe składy na bogactwa.”

I jeszcze jeden cytat.

“Nie było tu żywych obrazów, ale jakby wystawa przemysłowa.

– Raczcie spojrzeć, dostojni – mówił. – Za dziewiętnastej dynastii te rzeczy przysyłali nam cudzoziemcy: z kraju Punt mieliśmy wonności, z Syrii złoto, żelazną broń i wozy wojenne. Oto wszystko. Lecz wówczas Egipt wyrabiał… Spójrzcie na te olbrzymie dzbany: ile tu kształtów, a jakie rozmaite kolory!… Albo sprzęty: to krzesło wyłożone jest dziesięcioma tysiącami kawałków złota, perłowej masy i kolorowych drzew… Zobaczcie ówczesne szaty: jaki haft, jaka delikatność tkanin, ile kolorów… A miecze brązowe, a szpilki, branzolety, zausznice, a narzędzia rolnicze i rzemieślnicze… Wszystko to robione u nas, za dziewiętnastej dynastii.

Przeszedł do następnej grupy przedmiotów.

– A dziś – patrzcie. Dzbany są małe i prawie bez ozdób, sprzęty proste, tkaniny grube i jednostajne. Ani jeden z tegoczesnych wyrobów nie może równać się pod względem rozmiarów, trwałości czy piękności z dawnymi. Dlaczego?…

Posunął się się znowu kilka kroków i otoczony pochodniami mówił:

– Oto jest wielka liczna towarów, które nam przywożą Fenicjanie z rozmaitych okolic świata. Kilkadziesiąt pachnideł, kolorowe szkła, sprzęty, naczynia, tkaniny, wozy, ozdoby, wszystko to przychodzi do nas z Azji i jest przez nas kupowane.

Czy rozumiecie teraz, dostojnicy: za co Fenicjanie wydzierali zboże, owoce i bydło pisarzom i faraonowi?… Za te właśnie obce wyroby, które zniszczyły naszych rzemieślników jak szarańcza trawę.”

Nic się nie zmieniło. Jedyna różnica to taka, że Fenicjan zastąpili Żydzi.

Gdyby ktoś czytał “Faraona” jeszcze 20-30 lat temu, to mógłby uznać, że jest to powieść nudna. O czym on tam pisze! Egipt – XI wiek przed naszą erą! A jednak! Z tej powieści, prawie z każdej jej kartki, emanuje współczesność. Teraz, gdy przeczytałem ją ponownie, dostrzegam to, czego nie mógłbym zauważyć, gdy czytałem ją wiele lat temu. Nie zwróciłbym uwagi na fragment, w którym opisana jest postać, która, kropka w kropkę, przypomina osobę o nazwisku Jonny Daniels.

A więc, żeby nie być gołosłownym, cytuję:

“Rada kapłańska nie dlatego rozpędza dwadzieścia tysięcy wojska i otwiera bramy Egiptu bandytom, ażeby napełnić skarb faraona…

– Tylko?…

– Tylko dlatego, ażeby przypodobać się królowi Assarowi. A ponieważ jego świątobliwość nie godził się na oddanie Asyryjczykom Fenicji, więc wy chcecie osłabić państwo w inny sposób: przez rozpuszczenie najemników i wywołanie wojny na naszej zachodniej granicy…

– Biorę bogów na świadectwo, że zdumiewasz nas, wasza dostojność!… – zawołał Mentezufis.

– Cienie bogów bardziej zdumiałyby się usłyszawszy, że w tym samym Egipcie, w którym spętano królewską władzę, jakiś chaldejski oszust wpływa na losy państwa…

– Uszom nie wierzę!… – odparł Mentezufis. – Co wasza dostojność mówisz o jakimś Chaldejczyku?… Namiestnik zaśmiał się szyderczo.

– Mówię o Beroesie… Jeżeli ty, święty mężu, nie słyszałeś o nim, zapytaj czcigodnego Mefresa, a gdyby i on zapomniał, niech odwoła się do Herhora i Pentuera… Oto wielka tajemnica waszych świątyń!… Obcy przybłęda, który jak złodziej dostał się do Egiptu, narzuca członkom najwyższej rady traktat tak haniebny, że moglibyśmy podpisać go dopiero po przegraniu bitew, po utracie wszystkich pułków i obu stolic.

I pomyśleć, że zrobił to jeden człowiek, najpewniej szpieg króla Assara!…A nasi mędrcy tak dali się oczarować jego mowie, że gdy faraon nie pozwolił im wyrzec się Fenicji, to oni przynajmniej rozpuszczają pułki i wywołują wojnę na granicy zachodniej…”

Tak! Nihil novi sub sole – Nic nowego pod słońcem. To stara rzymska maksyma. Rzymianie czerpali z mądrości Egiptu. Ale nie tylko oni. Teodor Jeske-Choiński w swojej książce “Historia Żydów w Polsce” pisze: “Julian Ochorowicz twierdzi, że w etyce egipskiej, w ‘Księdze Umarłych’, znajdują się najwyraźniej sformułowane przykazania, ‘których część później ogłosił Mojżesz Żydom, zastosowawszy je do warunków uciekającego z Egiptu ludu i do potrzeb z jego charakteru wynikających.’

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby Mojżesz czerpał ze źródeł wiedzy egipskiej. Był przecież mężem Egipcjanki, Sefory, córki kapłana, i jako zięć i uczeń egipskiego mędrca, miał dostęp do tajemnic jego wiedzy.”

28 czerwca 1919

28 czerwca 2019 roku obchodziliśmy 100 rocznicę podpisania traktatu wersalskiego. Polskę reprezentował tam Dmowski i Paderewski. Dmowski przemawiał w dwóch językach: angielskim i niemieckim. Nie miał zaufania do tłumaczy. Wielu zwolenników Dmowskiego i endecji utrzymuje, że Polska odzyskała niepodległość właśnie wtedy, a nie dnia 11 listopada 1918 roku. W tym dniu Niemcy podpisały akt bezwarunkowej kapitulacji. Czy rzeczywiście było tak, że Polska odzyskała niepodległość dzięki Dmowskiemu i jego umiejętnie prowadzonej grze dyplomatycznej w Wersalu? I czy tylko to decydowało?

Józef Mackiewicz w swojej powieści “Lewa wolna” o wojnie 1920 roku pisał tak:

“W listopadzie 1918-go roku kordon padł.

To, co potem zaczęło się na tych ziemiach, było więc praktycznie nie tyle bezpośrednio skutkiem rewolucji bolszewickiej z 7-go listopada 1917-go roku, lecz bezpośrednim skutkiem rewolucji niemieckiej z 9-go listopada 1918-go roku.

Cesarskie Niemcy pokonane zostały na zachodzie, i dnia 11-go listopada 1918-go roku zmuszone do kapitulacji i podpisania podyktowanych im przez zwycięzców warunków zawieszenia broni. Wszelako paragraf 12-ty tych warunków, który nakazywał wprawdzie Niemcom natychmiastowe wycofanie ich wojsk z Austrii, Węgier, Bułgarii i Turcji, nakazywał im jednocześnie pozostawać gdzie stali w Rosji tak długo, dopóki Alianci ich przebywanie tam będą uważać – „za pożądane ze względu na wewnętrzna sytuację tych terenów”. W ten sposób kordon regularnych wojsk niemieckich, osłaniających przed rewolucją bolszewicką od Narwy po Dniepr, miał być utrzymany w dalszym ciągu, tym razem w dyspozycji zwycięskich mocarstw zachodnich.

Ale nie stało się zadość paragrafowi 12-mu. Dwa dni przedtem, 9-go listopada, w Niemczech wybuchła rewolucja i od razu przerzucać się zaczęła na wojska polowe. Zwoływano mityngi, powstawały „Rady żołnierzy”, gdzieniegdzie zrywano oficerom epolety, odznaki bojowe, krzyże. Wiele oddziałów z czerwonymi kokardami na mundurach, wypowiadało posłuszeństwo dowódcom, demonstracyjnie ruszyło do domów. Kordon wschodni zaczął się kruszyć, łamać i odtaczać w bezładzie na zachód. Tylko najbardziej zdyscyplinowane jednostki zatrzymały się gdzieś na linii Niemna.

Dnia 13-go listopada 1918-go roku bolszewicy unieważnili postanowienia pokojowe pokoju brzeskiego i ruszają na podbój świata.

Wachmistrz Leopold Kaczmarek był Polakiem rodem z Poznańskiego, zawodowym podoficerem armii niemieckiej. Był ostatnim wachmistrzem w pułku pruskich czarnych huzarów, jednej z tych nielicznych jednostek wojskowych, które po rewolucji 1918 roku w Niemczech, zachowały dyscyplinę i posłuszeństwo wyższym rozkazom. Wprawdzie po rozpadnięciu się frontu wschodniego, pułk odpłynął aż spod Dniepra, ale zgodnie z postanowieniem zachodnich aliantów zatrzymał się na linii górnego Niemna, i dopiero pod naporem bolszewików odszedł na linię górnej Narwi.

Dnia 25-go stycznia 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaz do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok – Grodno, aby przekazały Polsce terytorium do linii Brześć – Narwa – Krynki – Kuźnica – Nowy Dwór – Sopoćkinie, i przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały bolszewickiej. Rozkaz wykonany został w początku lutego, ale tym samym dalsze pozostawanie z bronią u nogi na tym terytorium stawało się bezprzedmiotowe. Pułk czarnych huzarów ściągnął w porządku z Bielska do Białegostoku, i począł ładować się do pociągów.

Kaczmarek jechał, jak zawsze, na swym czarnym koniu o białych pęcinach, z tyłu za trzecim szwadronem; jak zawsze postawny, mocny w siodle, małomówny, można by rzec o nim: wyniosły w dyscyplinie. A później, nie zsiadając z konia, krążył po odtajałej ze śniegu, brukowanej polnym kamieniem, rampie towarowej, wydawał ostanie zlecenia i instrukcje głosem przywykłym do niepowtarzania dwa razy rzeczy zbędnych. Dopatrzył wzorowo załadunku swego szwadronu. Nikt go jakoś nie zapytał, w jakim wagonie umieścił sam swego konia i siebie. Być może dlatego, iż nikomu do głowy nawet nie przyszło, by wachmistrz Kaczmarek, podoficer starej służby i czterech lat wojny, mógł nie działać w myśl jakiegoś wydanego rozkazu. Gdy ostatni koń i ostatni huzar trzeciego szwadronu znaleźli swoje miejsce w wagonach, wachmistrz precyzyjnym drgnięciem przegubu lewej dłoni położył cugle na szyi swego wierzchowca; koń wykonał mechaniczny wolt i, ostrożnie stawiając swe białe pęciny na oślizgłym bruku, zszedł z rampy towarowej. Kaczmarek nie pożegnał się z nikim; nie spiesząc, stępa odjechał do stojącego o 25 wiorst na południe pułku ułanów polskich.

Dnia 25 listopada 1918 roku bolszewicy zajęli opuszczony przez Niemców Bobrujsk. 8 grudnia Mińsk. Tegoż dnia, w Dyneburgu, proklamowali uroczystym aktem utworzenie Sowieckiej Litwy, 16 grudnia, w Polsce, na I Zjeździe połączonej SDKPiL oraz PPS-Lewicy, zorganizowała się “Komunistyczna Partia Robotnicza Polski”. Dnia 3 stycznia 1919 roku bolszewicy zajęli Rygę, a 6 stycznia Wilno. Już w połowie stycznia podeszli do Możejek, Szawel, Olity, Grodna, dalej na południu osiągając linię rzek Kotry – Niemna – Zelwianki i Różanki, aż do Prużan i Kobrynia. Wkrótce, 27 lutego 1919, proklamują w Wilnie utworzenie utworzenie na terytorium dawnego W. Ks. Litewskiego nowego tworu komunistycznego pod nazwą Lit-Bieł, do którego wejść mają ziemie litewsko-białoruskie, czyli gubernie: Kowieńska, Wileńska, Mińska, grodzieńska, a także częściowo Kurlandzka i Ziemia Białostocka.

Tymczasem na północy, w krajach bałtyckich, napotkali na opór ze strony niemieckich formacji ochotniczych generała von der Goltza i podległych mu de facto wojsk rzekomo rosyjskich, awanturnika Bermondt-Awałowa, nie uznawanego przez generałów rosyjskich. Już 22 stycznia von der Goltz wypiera bolszewików z Rygi. W portach bałtyckich pojawia się flota brytyjska, nie biorąca zresztą udziału w walkach. W Estonii tworzy się rosyjska tzw. “Armia Północna” pod wodzą gen. Judenicza. Jednocześnie Estończycy, Łotysze, Litwini i Białorusini proklamują niepodległość swych krajów, śpiesznie organizując własne oddziały. W ogólnym chaosie i wzajemnie kolidujących aspiracjach narodowo-terytorialnych, dochodzi do licznych konfliktów. – W międzyczasie Polska zgłasza pretensje do terytoriów dawnej Rzeczypospolitej sprzed rozbiorów 1772 roku.

W takim stanie rzeczy wojska polskie, przepuszczane przez linie niemieckie, już 9 lutego 1919 r. zetknęły się po raz pierwszy z bolszewikami pod Skidlem na Niemnie, a niebawem również wzdłuż rzek Zelwianki i Rózanki, koło Prużan i Kobrynia. Brakowało kawalerii. Wtedy zażądano posiłków.”

Rodzi się więc podstawowe pytanie: czy, gdyby niemieckie wojska utrzymały swoją pozycję daleko na wschodzie, to czy, w zamian za ten wysiłek, państwa alianckie zgodziłyby się przyznać Polsce Wielkopolskę? I drugie: czy w tej sytuacji pretensje do Piłsudskiego, że nie wsparł Powstania Wielkopolskiego, które wybuchło w grudniu 1918 roku, są zasadne? I jeszcze jedno: jaka Polska powstałaby, gdyby podczas konferencji wersalskiej wojska niemieckie stały daleko na wschodzie? 9 listopada 1918 roku wybuchła rewolucja w Niemczech. Czy bez wsparcia bolszewików miałaby szansę powodzenia? 13 listopada 1918 roku bolszewicy unieważniają postanowienia pokojowe pokoju brzeskiego i ruszają na podbój świata. Powstanie Wielkopolskie wybuchło 27 grudnia 1918 roku. Dnia 25 stycznia 1919 roku marszałek Foch wydaje rozkaz do oddziałów niemieckich, by opuściły terytorium i przepuściły wojska polskie. Rozkaz został wykonany na początku lutego 1919 roku. 9 lutego wojska polskie po raz pierwszy zetknęły się z bolszewikami. A więc na początku 1919 roku wojska polskie stopniowo zastępowały wojska niemieckie, a front niemiecko-bolszewicki stawał się powoli frontem polsko-bolszewickim. Traktat wersalski podpisano 28 czerwca 1919 roku. Do momentu jego podpisania, od czterech miesięcy, wojsko polskie stanowiło zaporę przed nawałą bolszewicką, dążącą już nie tyle do podboju Europy, co świata.

Dmowski był wybitną osobowością. Mało kto wie, że był synem kamieniarza, a więc pierwszym polskim politykiem, który nie wywodził się ze szlachty czy arystokracji. Powinniśmy sobie jednak zdawać sprawę z tego, że dyplomacja nie poparta silą niewiele zdziała. Mógłby sobie Dmowski przemawiać i w dziesięciu językach… Na nikim nie zrobiłoby to wrażenia. Ale miał w ręku jeden argument: polskie wojsko było zaporą dla bolszewików. Po zakończeniu I wojny nikomu na Zachodzie nie chciało się walczyć, ani nie mieli na to siły, ani środków. Jedynie polskie wojsko miało chęci. Jest zapewne w tym jakiś udział Piłsudskiego, ale wypada przypomnieć o tym, że powstania styczniowego nie poparli chłopi. A w wojnie 1920 roku, w krytycznym momencie, wojsko polskie liczyło ponad 900 tysięcy żołnierzy. Poparcie mas stało się faktem. To oczywiście wcześniejsza, jeszcze pod zaborami, praca endecji. Tak więc dobrze znać fakty, bo gdy ich nie znamy, to tworzymy mity.

Ma rację Mackiewicz: jedynie prawda jest ciekawa. Ale prawdy możemy dociec, gdy znamy wszystkie fakty, które pozwalają na właściwą ocenę sytuacji. Warto o tym pamiętać.