Bieżeństwo

Wszyscy słyszeli o przesiedleniach Niemców po II wojnie światowej. Szacuje się, że przesiedlono ich od 11 do 14 milionów, z czego z terenów, które przypadły Polsce około 3,2 do 3,5 miliona. Mało jednak kto, poza tzw. ścianą wschodnią, wie, że w trakcie I wojny światowej, w 1915 roku, na podobną skalę wysiedlenia miały miejsce w zachodnich guberniach Rosji.

Sztuczna inteligencja tak o nich pisze:

Bieżeństwo to masowa, przymusowa i spontaniczna ucieczka ludności cywilnej (głównie wyznania prawosławnego) w głąb Imperium Rosyjskiego latem 1915 roku.

Czym było bieżeństwo?

  • Skala: Z terenów dzisiejszej Polski (głównie Podlasia, Chełmszczyzny, Mazowsza i Grodzieńszczyzny) uciekło lub zostało wysiedlonych nawet do 2 milionów osób.
  • Przyczyna: Ofensywa wojsk niemieckich podczas I wojny światowej oraz carski rozkaz o zastosowaniu taktyki spalonej ziemi i masowej ewakuacji.
  • Propaganda: Rosyjskie władze i wojsko siali panikę, strasząc ludność okrucieństwem Niemców, co zmusiło tysiące chłopów do porzucenia domów z dobytkiem na wozach.
  • Tragedia tułaczki: Uciekinierzy trafiali w głąb Rosji (aż po Syberię), cierpiąc z powodu głodu, chorób i zimna, a wielu z nich nigdy nie wróciło w rodzinne strony.
  • Pamięć historyczna: Wydarzenie to na długo zniknęło z oficjalnych podręczników i zostało przyćmione przez wydarzenia II wojny światowej. Dziś ocalałą pamięć przywracają m.in. badania i książki, w tym reportaż Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy autorstwa Anety Prymaki-Oniszk.

Z kolei Wikipedia pisze:

Bieżeństwo (biał. Бежaнствa, ukr. Біженство, ros. Беженство – uchodźstwo) – masowa ewakuacja w czasie I wojny światowej, w polszczyźnie nazywana też wygnaniem, przesiedleniem lub wysiedleniem ludności, głównie wyznania prawosławnego, z zachodnich guberni Imperium Rosyjskiego w głąb Rosji, po przerwaniu linii frontu przez wojska niemieckie w okresie od 3 maja do września 1915 roku. Apogeum bieżeństwa przypada na okres od wiosny do jesieni 1915 roku.

Historia

Wskutek niepowodzeń wojennych wojska rosyjskiego i szybko postępującej ofensywy wojsk Cesarstwa Niemieckiego po bitwie pod Gorlicami władze Imperium rozpoczęły szeroko zakrojoną akcję propagandową, wzywającą cywili do natychmiastowej ewakuacji w głąb Rosji. Aby nakłonić do wyjazdów, straszono mordami, gwałtami, rabunkami i innymi okrutnymi represjami, jakich miała doznać z rąk Niemców miejscowa ludność prawosławna. Do rozpowszechniania takich wiadomości mogły przyczynić się autentyczne zdarzenia, jak zbrodnie wojenne w Belgii (spalenie Leuven, masowe egzekucje w Dinant), zburzenie Kalisza czy zajścia w Częstochowie z początków wojny. W ten sposób zastosowano taktykę spalonej ziemi.

Ewakuowano też rodziny urzędników, pracowników wielu zakładów przemysłowych, kolejarzy itd.

Pod wpływem agitacji rodzinne strony opuściło od 2 do 3 milionów ludzi, w tym około 800 tysięcy mieszkańców guberni grodzieńskiej. Ziemie na wschód od Białegostoku opuściło nawet do 80% mieszkańców. Chaotyczna ucieczka w głąb Rosji trwająca wiele miesięcy pochłonęła wiele ofiar. Ucieczka odbywała się w skwarze, bez zapewnionej odpowiedniej ilości jedzenia, a nawet wody. Przy drogach pozostawały mogiły zmarłych, a część ciał nie została pogrzebana. Warunki sprzyjały wybuchom epidemii oraz doprowadziły do masowych śmierci dzieci.

Jednym ze skutków bieżeństwa była ewakuacja Imperatorskiego Uniwersytetu Warszawskiego do Rostowa nad Donem, ten ewakuowany uniwersytet to obecny Południowy Uniwersytet Federalny.

Grupy bieżeńców

W grupie bieżeńców przeważały kobiety i dzieci. Dzieci stanowiły ok. 41–48% wszystkich uciekinierów. Według szacunków około 1/3 bieżeńców nie przeżyła ucieczki i pobytu na terytorium w głębi Rosji. Najwięcej ofiar zmarło w trakcie podróży, zarówno w głąb Rosji, jak też podróży powrotnej.

Zdecydowaną większość bieżeńców stanowili Białorusini i Rusini. Grupy etniczne, biorące udział w bieżeństwie stanowili:

  • Białorusini i Rusini – 67,5%
  • Polacy – 13,2%
  • Żydzi – 6,4%
  • Łotysze – 4,9%
  • inni (głównie Ormianie, Litwini, Estończycy) – 8%.

Bieżeńcy trafili na wielkie obszary poza Kraj Przywiślański Imperium Rosyjskiego, zarówno do wielkich miast, jak też odludnych wiosek aż pod chińską granicę. Powrót części z nich nastąpił w latach 1918–1921.

x

I jeszcze fragment ze strony bieżeństwo.pl:

Kto wyjeżdżał?

Bieżeństwo dotknęło głównie chłopów z zachodnich guberni Imperium Rosyjskiego. Najliczniej – z guberni grodzieńskiej (do niej należały ziemie dzisiejszego województwa podlaskiego). Opustoszały głównie prawosławne oraz mieszane wyznaniowo wsie (przytłaczająca większość bieżeńców stanowili Białorusini i Rusini); z katolickich ludzie wyjeżdżali mniej masowo – kościół namawiał do pozostania, chronili się więc w lasach, a po przejściu frontu wracali.

Licznie wyjeżdżali także chłopi z guberni Królestwa Polskiego, zwłaszcza chełmskiej i lubelskiej (dużą część stanowiła ludność ukraińska, określana wtedy jako Rusini lub Małorusy); ale także innych po prawej stronie Wisły (siedleckiej czy łomżyńskiej). Uchodziły też wioski Galicji, zajętej przez Rosję w 1914 roku.

Do Rosji udawali się również urzędnicy carscy i robotnicy ewakuowanych zakładów, jednak oni jechali pociągami do przygotowanych wcześniej miejsc i nie uczestniczyli w bieżeńskiej tułaczce. Z przyfrontowych guberni od początku wojny wysiedlani byli Żydzi, z których propaganda chętnie robiła niemieckich szpiegów; to zagadnienie wymaga jednak osobnego zajęcia się. Bieżeństwo dotyczyło także Łotyszy i Litwinów, a na Kaukazie – Ormian po rzezi tego narodu w Imperium Osmańskim.

Trudno podać dokładną liczbę bieżeńców – dostępne dane różnią się między sobą; najczęściej uwzględniają po prostu osoby korzystające z pomocy organizacji dobroczynnych. Komitet Wielkiej Księżnej Tatiany, największa instytucja niosąca pomoc uchodźcom, mówi o ponad 3 mln. osób, demograf radziecki Jewgienij Wołkow – o liczbie nawet dwukrotnie wyższej.

Wśród uchodźców przeważały kobiety i dzieci (wśród zarejestrowanych w polskich organizacjach uchodźców ok. 41-48 proc. stanowiły dzieci)

Szacuje się, że ok. 1/3 bieżeńców nie przeżyła; najwięcej ofiar pochłonęła podróż, zarówno tam jak i z powrotem.

Skąd pochodzili bieżeńcy?

Zgodnie z danymi Komitetu Wielkiej Księżnej Tatiany:

  • 31 proc. bieżeńców pochodziło z guberni grodzieńskiej,
  • 24 proc – z Wołynia,
  • 11 proc. z guberni chełmskiej,
  • 6 proc. z – z kowieńskiej.

x

I jeszcze parę, a może więcej, fragmentów z reportażu Bieżeństwo 1915 Zapomniani uchodźcy – Aneta Prymaka-Oniszk, Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2022:

Jeszcze na początku czerwca 1915 roku, gdy Rosjanie dopiero wycofują się z Galicji, dowódca frontu południowo-zachodniego wydaje rozkaz wysiedlenia tutejszych chłopów i wywozu ich całego majątku. Przecież gdyby zostali, zasilą szeregi wroga, a ich plony będą karmić nieprzyjacielskie wojsko.

Szef sztabu generał Mikołaj Januszkiewicz rozszerza ten rozkaz na cały obszar przyfrontowy. „W trakcie cofania się, zawczasu […] niszczyć posiewy przy pomocy koszenia lub w inny sposób; ludność męską, prócz Żydów, w wieku, w którym obowiązuje służba wojskowa, wydalać na zaplecze, by nie zostawić jej w ręku przeciwnika; wszystkie zapasy chleba i paszy, bydło i konie obowiązkowo wywozić; łatwiej będzie ponownie zaopatrzyć ludność przy naszej ofensywie, niż zostawić przeciwnikowi, który i tak wszystko odbierze” – brzmi jego zarządzenie.

Zdarza się, że wojskowi próbują ewakuować tylko mężczyzn, a kobiety i dzieci bez środków do życia zostawić wrogowi. Porzucają jednak ten pomysł w obawie przed powszechnym buntem. Wyganiają wszystkich. Wydzielone zostają specjalne oddziały, których zadaniem jest „oczyszczenie” wsi.

Latem 1915 roku o paleniu wsi i wygnaniu chłopów na zachodnich rubieżach Imperium aż huczy w piotrogrodzkich gabinetach. Podnoszą się głosy oburzenia i krytyki głównie pod adresem wojskowych, obdarzonych na czas wojny ogromną władzą.

„Niemcy babom cycki będą obcinać, dzieci nabijać na szable albo wrzucać do studni, starych żywcem wpychać w ogień” – niesie się wśród ludzi. Czasem ktoś ścisza głos: „ A mężczyzn będą kastrować”. Potomkowie bieżeńców sto lat później ze szczegółami powtarzają mi plotki krążące w 1915 roku po podlaskich wsiach. Mieli rozpuszczać je wojskowi, miał powtarzać ksiądz prawosławny po niedzielnym nabożeństwie, a ludzie przekazywać dalej.

Nikt tu nie jest pominięty. „Przyjdą i cycki ci obetną” – słyszy kobieta i bezwiednie łapie się za piersi. Albo: „Wrzucą żywcem w ogień” – starcy nie wątpią, że to może być prawda. Pracować przecież nie dadzą już rady, do wojska się nie nadają, wróg nie będzie żywić darmozjadów.

Przed wojną uciekają mieszkańcy Pierożek. To wieś w powiecie sokólskim, siedem kilometrów od moich rodzinnych Knyszewicz. Jeśli wierzyć dzisiejszym mieszkańcom, w 1915 roku ma sześćdziesiąt chat. Gdy nadchodzi front, nie zostaje tu nikt. Ale zaraz za wioską część – dziś mówi się, że większość – skręca na łąki, które nazywa się łuhem. To teren zabagniony, trudno dostępny; gdy latem skosi się trawę, trzeba ją wynosić gdzieś wyżej i tam suszyć. Mnóstwo tu bagiennych zarośli. Jeśli ktoś wie, którędy iść, by nie utonąć, może się tu dobrze skryć.

Na łuhu przez dwa tygodnie chowają się mieszkańcy Pieróżków, którzy nie chcieli jechać w nieznane. Widzą dym z płonącej wioski, czują zapach spalenizny. Może nawet odważniejsi idą nocą sprawdzić, co dzieje się z ich domami? Ale wioski nie zdołają uratować. Z pożaru wznieconego prawdopodobnie przez wycofujących się Rosjan, ocaleją tylko dwie stodółki. Po powrocie z łuhu zamieszka w nich część pozostałych ludzi; reszta będzie kopać ziemianki.

Jeśli spojrzeć na przekrój przybywających z Rosji mieszkańców dawnych zachodnich guberni Imperium, w 1918-1919 roku wracają raczej ci wykształceni i zamożniejsi.

Wydział reemigracyjny na początku 1919 roku podaje, że przy jego pomocy do swoich domów wróciło blisko pół miliona uchodźców. „Nie sposób oczywiście stwierdzić, na ile te liczby odzwierciedlają stan faktyczny” – pisze Dorota Sula. Uchodźcy często przechodzą przez zieloną granicę, korzystając z jej nieszczelności.

Na początku 1919 roku wybucha wojna polsko-sowiecka, legalne powroty stają się niemożliwe.

W marcu 1921 roku Polska i Rosja sowiecka podpisują kończący wojnę traktat ryski, a chwilę wcześniej układ o repatriacji. O powrót mogą się starać ci, którzy „są lub mają prawo być zapisani do ksiąg ludności stałej byłego Królestwa Polskiego” albo z ziem należących aktualnie do Polski. Także potomkowie powstańców i emigrantów z Polski. Oprócz bieżeńców: jeńcy wojenni oraz ci, którzy jeszcze przed wojną, dobrowolnie lub po niewoli, znaleźli się w Rosji.

Na wschodzie dzisiejszej Polski od wieków mieszają się kultury i wyznania. Chrześcijanie, żydzi, muzułmanie. Prawosławie płynące ze wschodu i katolicyzm z zachodu. Rusini i Polacy.

W Rzeczypospolitej Obojga Narodów w 1596 roku unia brzeska tworzy Kościół unicki – greckokatolicki, do którego mają przystąpić prawosławni. Stając się unitami, uznają prymat papieża i katolickie dogmaty; zachowują wschodni obrządek i kalendarz juliański. Dobrowolnie lub nie, prawosławna ludność przyjmuje unię. Szlachta już wcześniej przechodziła na katolicyzm, to wiązało się z przywilejami.

Po rozbiorze Rzeczypospolitej władze carskie rozpoczynają przygotowania do „powrotu unitów na wiarę ojców”; w guberni grodzieńskiej następuje on w 1839 roku. Odbywa się to bez większych protestów, oporni duchowni są osadzani w klasztorach albo przesiedlani w głąb Rosji. Na Chełmszczyźnie, drugim ośrodku chrześcijaństwa wschodniego, „powrót” w 1875 roku nie idzie tak łatwo. Jest fatalnie przygotowany; interweniuje wojsko, są zabici i ranni. Gdy w 1905 roku ukaz tolerancyjny daje taką możliwość, ponad sto pięćdziesiąt tysięcy byłych unitów przechodzi tu na katolicyzm. W guberni grodzieńskiej takich przypadków jest nieporównywalnie mniej.

Czy prawosławny chłop może zostać Polakiem

„Tylko nierozumny człowiek chwali sanacyjny porządek” – mówi Włodzimierz Panfiluk z Dubicz Cerkiewnych. W wydanym przez „Niwę” kolejnym – po Bieżanstwie 1915 hoda – tomie wspomnień U nowaj ajczynie [W nowej ojczyźnie] te słowa zresztą mógłby wypowiedzieć którykolwiek z bohaterów. Sanacyjny porządek, który oznacza tu zwykle całe dwudziestolecie międzywojenne, potomkom ówczesnych prawosławnych chłopów kojarzy się wyłącznie źle. I nie chodzi tylko o nędzę po powrocie z bieżeństwa. Bardziej o poczucie krzywdy ze strony państwa. Niby swojego, ale obcego. Tej „pańskiej Polski”, którą straszyli ich bolszewicy.

*

Lista żalów jest długa. Zamknięcie cerkwi i odebranie majątku cerkiewnego. To, że ze względu na wyznanie i narodowość wykształceni przed wojną albo w Rosji nie mają szans na urzędnicze i nauczycielskie posady. A młodzi, nawet jeśli ich stać, nie są przyjmowani do szkół. Urzędnicy i policjanci traktują ich jako obywateli gorszej kategorii; sekwestratorzy nachodzą z wyjątkową uporczywością i bezwzględnością. No i osadnictwo wojskowe. Ono bardzo psuje krew miejscowym.

Rozpoczyna się zaraz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Władze nagradzają wojskowych nadaniem ziemi na tak zwanych kresach. Bezpłatnie oddają im przeznaczone do parcelacji grunta; często powojenny majątek cerkiewny. Chcą w ten sposób wzmocnić polskość i rozwodnić miejscowy, białoruski lub ukraiński, żywioł. Ale wywołują wściekłość u miejscowego ludu, duszącego się w swoich małych, przeludnionych gospodarstwach. Nawet jeśli ktoś ma pieniądze, ziemi kupić nie może. „Lud ten nienawidzi osadnictwa, w nim właśnie upatruje najjaskrawszy wyraz ucisku i krzywdy” – pisze publicysta i polityk Konstanty Srokowski, który w 1923 roku, na polecenie premiera Sikorskiego, odbywa podróż po województwach wschodnich. „Mniejszości słowiańskie na kresach są uciskane narodowościowo i wyniszczane gospodarczo” – podsumowuje on swój raport.

*

Włodzimierz Pawluczuk, socjolog z Rybołów między Zabłudowem a Bielskim, analizował zjawiska zachodzące na początku XX wieku na prawosławno-katolickim pograniczu. Zauważa rozchodzenie się chłopskich dróg, które przypieczętuje bieżeństwo.

Opisuje chłopów pod Sokółką i Suchowolą. Katolicy i prawosławni mówią tu po prostu (w okolicach Bielska Podlaskiego mówią po swojemu – przyp. WL.), z językiem białoruskim związana jest ich cała kultura. Choć ich świadomość narodowa jest jeszcze w powijakach, polska religia pod rosyjskim zaborem staje się głównym wyznacznikiem tożsamości. Lud katolicki zaczyna więc swoją wędrówkę ku polskości. Na początku XX wieku wyrzeka się etnograficznego dziedzictwa: białoruskiego języka i kultury. Proces ten opisuje katolicki ksiądz Stanisław Szyroki, obejmując parafię w podsokólskim Janowie: „ ludowe śpiewy weselne nie istnieją wcale dla tej racji, że młodzież po białorusku śpiewać albo się wstydzi, albo zapomniała, a po polsku jeszcze się nie nauczyła. Zniknęły z oblicza ziemi w tej okolicy ludowe zwyczaje, śpiewy, stroje – słowem – cała kultura ludowa. Nic bowiem lud swojskiego nie ma, prócz języka białoruskiego, do którego też sam nie wie, czy się przyznawać”.

Ostatecznie tutejsi katoliccy chłopi po odzyskaniu przez Polskę niepodległości stają się Polakami. Zostawiają swoją kulturę ludową, ale zyskują przynależność do polskiej kultury narodowej. Jak pisze profesor Pawluczuk w rozprawie Światopogląd jednostki w warunkach rozpadu społeczności tradycyjnej, rzeczywistość tradycyjna płynnie przechodzi do narodowej. Wzmacniają ją struktury państwa: szkoła, wojsko, urzędy. To Polska, a nie tradycyjna wioska staje się centrum ich wszechświata.

Ich prawosławni sąsiedzi takiej możliwości nie mają. Nie czują się Polakami; polityka ówczesnej Polski jeszcze wzmacnia w nich poczucie obcości. „Również integracja z bardziej kulturowo bliskimi tej ludności wspólnotami narodowymi – białoruską czy ukraińską – jest poważnie utrudniona” – pisze profesor Pawluczuk. To tereny na peryferiach tamtych kultur, nie docierają tu rodzące się w ich ramach prądy. Zresztą i tak raczej nie znalazłyby one zrozumienia. Lata panowania caratu zakorzeniły tu panrosyjskie idee, nieuznające różnic między prawosławnymi narodami słowiańskimi.

Dodatkowo – poprzez bieżeństwo – upadek kultury tradycyjnej dla tutejszych prawosławnych jest szczególnie dramatyczny. Nagle zostali pozbawieni całego swojego świata; przeżyli osobiste dramaty, ale też odkryli świat, o którego istnieniu nie mieli pojęcia. W końcu rewolucja od podstaw zniszczyła ich chłopską świadomość. Po powrocie do dawnej wsi, ale do nowego świata, nie umieją się odnaleźć, czują się bezradni.

W 1926 roku w Harkawiczach powstaje hurtok – koło Białoruskiej Włościańsko-Robotniczej Hromady. Takie tworzą się wtedy w niemal każdej białoruskiej wsi. Hromada, która w czerwcu 1926 roku liczy niewiele ponad pięćset osób, przez pół roku staje się masowym ruchem. Zapisuje się do niej ponad sto tysięcy osób, tworzą co najmniej dwa tysiące kół. Badająca jej dzieje historyk Aleksandra Bergman twierdzi, że była najbardziej masowym ruchem chłopskim w ówczesnej Europie.

Za Hromadą stoją białoruscy posłowie. Rozgoryczeni państwową polityką, po nieudanych próbach porozumienia z poszczególnymi rządami, zbliżają się do komunistów. W programie Hromady mówią o „niezależnej republice pod władzą chłopów i robotników”. Poza tym żądają dopuszczenia białoruskiej edukacji, wolności kulturowej i wyznaniowej, zniesienia osadnictwa. W 1926 roku, po przewrocie majowym, gdy terenowy aparat władzy czuje się niepewnie, Hromada stanie się żywiołowym ruchem społecznym.

We wsiach oprócz hurtków powstają czytelnie, biblioteki, szkoły, spółdzielnie rolnicze, kasy pożyczkowe, zespoły śpiewacze i teatralne, nawet wydawnictwa. Prawdziwe przebudzenie.

Leon Tarasewicz, znany malarz, pochodzi z Walił pod Gródkiem, trzydzieści kilometrów od Białegostoku. Jego rodzina, tak jak wszyscy w okolicy, pojechała w bieżeństwo, on sam przez całe dzieciństwo bawił się przywiezionymi z Rosji pieniędzmi – carskimi rublami (do dziś pamięta majestatyczny portret carycy Katarzyny na sturublowym banknocie) i kierenkami.

„To była podróż, niezwykła dla tych ludzi, czasem tragiczna. Ale każda podróż kształci. Oni wrócili jako inni ludzie. Gdyby tu siedzieli i nawet chodzili do szkół, nauczenie się tego wszystkiego zabrałoby im pewnie kilka pokoleń. To był dla tych ludzi ogromny skok mentalnościowy. Przywieźli zarówno praktyczne umiejętności, na przykład zdobienie domów, inna uprawa ziemi, jak i idee. Przecież ten cały ruch Hramady i KPZB (Komunistyczna Partia Zachodniej Białorusi – przyp. W.L.) to też był efekt bieżeństwa i tego, z czym zetknęli się w Rosji” – mówi. Czasem, wyraźnie podkreślając ten rozwój, zaskakuje ludzi przyzwyczajonych do opowieści o bieżeństwie wyłącznie jako nieszczęściu.

Marek Orciuch w 2000 roku jest dziennikarzem „Kuriera Porannego”, regionalnego białostockiego dziennika. Gdy nowy naczelny pyta o ciekawe tematy, mówi o bieżeństwie. Ten nie zna zagadnienia, dopytuje: „Kto jeszcze o tym pisze?” Media prawosławne i białoruskie. Zapada cisza. Chyba nie udźwigną, jeszcze coś zadrażnią w lokalnych stosunkach. Może wrócą do tego, jakby znaleźli dobrego mówcę.

W czerwcu 2013 roku, gdy Marek pracuje już gdzie indziej, „Kurier Poranny” zamieszcza rozmowę z księdzem Grzegorzem Misijukiem, prawosławnym duchownym znanym z audycji w lokalnym radiu. Czuć napięcie. I nie tylko wtedy, gdy dziennikarz Tomasz Mikulicz pyta o winnych bieżeństwa, sugerując, że są wśród nich prawosławni duchowni. Ksiądz Grzegorz Misijuk odpowiada wymijająco: „Panika rodzi obsesyjny strach. Batiuszka mógł w cerkwi powiedzieć, że idzie wojna i niech każdy ratuje się jak może. Wierni mogli zrozumieć to jako zachętę do ucieczki”.

Gdy dziennikarz mówi, że „środowisko prawosławne powinno więcej niż do tej pory o tym mówić, tak by problem ten zaistniał w świadomości ludzi”, ksiądz Misijuk przyznaje: „To prawda, że jest taka potrzeba. Musimy przełamać tu pewne stereotypy, jak choćby ten mówiący o tym, że skoro uciekali do Rosji, to po co wracali i czego tam jeszcze chcieli. Trzeba jednak pamiętać, że o bieżeństwie należy mówić słowami, które nie ranią”.

Kto miałby ranić? Dlaczego? Gdzie jest punkt sporny? Tego ani rozmówca, ani dziennikarz nie precyzują.

xxx

Podstawowe pytanie, jakie nasuwa mi się po przeczytaniu tego reportażu, to: jakie motywy kierowały carem, bo to chyba on był zwierzchnikiem sił zbrojnych, by zastosować taktykę spalonej ziemi? Przecież to, co było dobre 100 lat wcześniej, nie mogło sprawdzić się w nowej rzeczywistości. Wojsko, korzystając z kolei i innych zdobyczy techniki, nie było już tak zależne, w sensie zaopatrzenia, od podbitych terenów. Ale nawet jeśli założymy, że tak było, to po co było palić domy i stodoły? Opustoszałe nie mogły się na nic zdać zwycięskiemu wojsku. A jednak palono je. Zatem powód musiał być inny. Taktyka spalonej ziemi? -Owszem, ale nie dla celów wojskowych, tylko politycznych.

Żeby to zrozumieć, wypada wybiec myślami w przyszłość do czasu II RP. W cytowanych fragmentach pojawia się, w niektórych z nich, informacja o osadnictwie wojskowych na tych terenach. I tu jest, jak sądzę, pies pogrzebany. Czy możliwe byłoby to osadnictwo, gdyby nie doszło do wysiedlenia tych ludzi i spalenia ich domostw? Nie! Nie byłoby możliwe. To nie był teren pusty, to nie była pustynia. Tam mieszkali ludzie, którzy mieli swoje gospodarstwa; miała ziemię Cerkiew. A jak nie było ludzi, to i cerkwie pozamykali. W ten sposób pojawiło się mnóstwo ziemi do zagospodarowania. I tym zajęło się państwo zwane II RP. I stąd sprawa wojskowego osadnictwa na tym terenie była najbardziej drażliwą.

Mamy zatem winnych. To car, który był zwierzchnikiem armii carskiej i duchowni prawosławni, którzy namawiali ludność tych terenów do ucieczki. Plan jednak musiał być opracowany znacznie wcześniej. Zapewne jeszcze przed wojną ustalono, w jakich granicach powstanie nowa Polska i że ziemianie z dalekich kresów zostaną wysiedleni i być może to im, przynajmniej niektórym, szykowano ziemię po wypędzonej ludności chłopskiej, bo wojskowi to raczej do roli nie nadawali się i pewnie też nie palili się do tego. Co innego jednak powiedzieć, że to ziemia dla wojskowych, którzy przecież walczyli, niż, że to ziemia dla ziemian z dalekich kresów. Jak tam było, tego nigdy nie dowiemy się, bo archiwa dla nas niedostępne, ale zwykła logika podsuwa taką interpretację i jest to najprostsze wyjaśnienie, a najprostsze wyjaśnienia, zgodnie z zasadą, zwaną brzytwą Occama, są najbliżej prawdy. Koniec ostatniego cytatu jest bardzo wymowny w kontekście tego, co napisałem:

Gdy dziennikarz mówi, że „środowisko prawosławne powinno więcej niż do tej pory o tym mówić, tak by problem ten zaistniał w świadomości ludzi”, ksiądz Misijuk przyznaje: „To prawda, że jest taka potrzeba. Musimy przełamać tu pewne stereotypy, jak choćby ten mówiący o tym, że skoro uciekali do Rosji, to po co wracali i czego tam jeszcze chcieli. Trzeba jednak pamiętać, że o bieżeństwie należy mówić słowami, które nie ranią”. Kto miałby ranić? Dlaczego? Gdzie jest punkt sporny? Tego ani rozmówca, ani dziennikarz nie precyzują.

No właśnie! Kogo miałaby zranić prawda? – Że to car i duchowni prawosławni są odpowiedzialni za to wysiedlenie? Dla tej ludności, głęboko wierzącej i zapatrzonej w Rosję, taka prawda byłaby podważeniem jej systemu wartości. Dla człowieka, który, przechodząc obok cerkwi, żegna się i bije pokłony, taka prawda to herezja. Zrozumiałe jest również to, że dla prawosławnego kleru jest to także prawda niewygodna czy może raczej wstydliwa, uwierająca sumienie.

Taki stan rzeczy wykorzystali też bolszewicy. To przecież oni w dużym stopniu decydowali, kto stamtąd powróci, a kto nie. Ilu z tych, którzy wrócili, stało się agentami radzieckimi? Gdy 17 września 1939 roku zaczęły się wywózki ludności polskiej z terenów zajętych przez Związek Radziecki, to zapewne z tej ludności rekrutowali się ci, którzy wskazywali NKWD, kogo wywieźć.

Rysuje się nam zatem bardzo skomplikowany obraz stosunków panujących na tym terenie w okresie od początku I wojny światowej do wybuchu drugiej. Żeby jednak zrozumieć tę kwadraturę koła, to trzeba cofnąć się do unii brzeskiej, o której wspomina autorka, która, jak sądzę, jest z pochodzenia Ukrainką.

x

W tym reportażu mamy również informację o tym, jak pojawiła się na wschodzie ludność polska. Autorka wspomina o unii brzeskiej z 1596 roku, czyli o powstaniu kościoła grecko-katolickiego. Zaczęło się jednak wcześniej, bo od unii horodelskiej w 1413 roku. Na mocy jednego z jej postanowień 47 rodów bojarów z Wielkiego Księstwa Litewskiego adoptowało 47 herbów szlachty polskiej, stając się w ten sposób polskimi szlachcicami. Jagiełło sam wybierał te rody. To było jeszcze za czasów unii personalnej. Unia realna z 1569 roku skutkowała tym, że powstało nowe państwo, a każdy władca, obejmujący tron, zobowiązywał się do podjęcia działań w celu odzyskania utraconych wcześniej przez WKL ziem na rzecz Wielkiego Księstwa Moskiewskiego (1263-1547) czy Carstwa Rosyjskiego po roku 1547. I stąd mamy Batorego pod Pskowem, czyli „drang nach Osten”. Za Batorym szli jezuici, którzy w Połocku, największym wówczas ośrodku prawosławia na Białorusi, zainstalowali się, okopali się i zaczęli przeciągać ludność prawosławną na katolicyzm. Batorego otruli, wojska wycofały się, ale jezuici zostali. I o to właśnie chodziło w tym „drang nach Osten”.

Jak tylko powstała Rzeczpospolita Obojga Narodów, to niemal od razu zaczęły się powstania na Ukrainie. Rusin Chmielnicki wywołał powstanie przeciwko drugiemu Rusinowi, czyli Wiśniowieckiemu, który już był Polakiem. Ten został obdarowany dobrami na Ukrainie, tam gdzie rezydował Chmielnicki, przez króla polskiego Jana Kazimierza, czyli Szweda. Obaj Rusini kształcili się w kolegium jezuickim we Lwowie. Chmielnicki pozostał przy prawosławiu, a Wiśniowiecki stał się katolikiem. I tak powstał konflikt polsko-rusiński, który był faktycznie konfliktem rusińsko-rusińskim. Rusini, którzy nie byli posłami do sejmu I RP, nie mieli tych przywilejów, które mieli posłowie rusińscy zasiadający w sejmie w Warszawie.

Unia brzeska spowodowała przejście ludności prawosławnej na greko-katolicyzm, ale po rozbiorach Rzeczypospolitej Rosja zaczęła akcję nawracania na prawosławie ludności z terenów zaboru rosyjskiego. W większości przypadków udało się to. Najwięcej oporów było na Chełmszczyźnie. W 1905 roku ukaz tolerancyjny umożliwia ponad stu pięćdziesięciu tysiącom byłych unitów przejście na katolicyzm, czyli stanie się Polakami.

W XIX wieku wśród katolików z byłego WKL rozpoczyna się akcja uczenia ich języka polskiego. Co ciekawe, w tym samym czasie ma miejsce intensywna germanizacja ludności Wielkopolski i nie mniej intensywna rusyfikacja ludności Królestwa Polskiego, będącego częścią Imperium Rosyjskiego. Można więc powiedzieć, że zręby narodu polskiego są tworzone na wschodzie. Tam też rozkwita literatura polska. Jedynie Prus wyłamuje się z tego schematu i Sienkiewicz, ale on należy do potomków jednego z tych 47 rodów. Gdy więc powstaje II RP to mamy już gotowe jej elity ze wschodu oraz na Kresach ludność ze wschodniosłowiańskimi korzeniami, ale katolicką i mówiącą po polsku. Po drugiej wojnie światowej następują masowe przesiedlenia tej ludności, jak również ludności prawosławnej: ukraińskiej i białoruskiej. Ona często nie mówiła po polsku, o czym świadczą karty przesiedleńców z Ukrainy, drukowane po polsku i ukraińsku.

Współczesna Polska, ubogacona milionami Ukraińców, to istna mozaika narodowościowo-wyznaniowa. W takim układzie wzniecanie konfliktów na tle narodowościowym czy wyznaniowym jest bardzo łatwe. Kto tu jest patriotą, a kto nie? Konia z rzędem temu kto jest w stanie to wszystko ogarnąć. A jakie możliwości manipulacji dla tych, którzy zarządzają tym państwem! Mamy więc takich, którzy uważają, że wszystko dla Ukrainy i że są sługami Ukrainy, a Rosja to największy wróg. To ci z greko-katolickimi korzeniami. Mamy też takich, którzy uważają, że tylko z Rosją i Białorusią. Ci, z kolei, mają zapewne rosyjskie i białoruskie korzenie. Na tym tle pytania autorki reportażu o to, kto miałby ranić i dlaczego, zdradzają jej, jak sądzę, korzenie. I nie przypadkiem jest, że tego typu wątpliwości co do motywów i sprawców bieżeństwa pojawiły się w czasie, gdy konflikt ukraińsko-rosyjski przybierał na sile.

Czy zatem narastający obecnie konflikt polsko-ukraiński nie jest konfliktem ukraińsko-ukraińskim, czyli tych „mniejszości”, które PRL obdarzał przywilejami, z tymi, którzy tych przywilejów nie mają, a chcą je mieć, czyli odebrać je dotychczasowym beneficjentom? A więc starych Ukraińców udających Polaków, z młodszym pokoleniem, również udającym Polaków – konflikt o to, kto będzie rządził w Polszczy. A przecież są jeszcze prawosławni rytu moskiewskiego, którzy też mają coś tu do powiedzenia.

x

Ciekawostka: edytor tekstu nie podkreśla, czyli nie informuje mnie, że słowo “Polszczy” jest niepoprawne. Ot, taki signum temporis.

Leave a comment