Warszawa czasów Prusa

Druga połowa września to czas „Lalki” Bolesława Prusa. Już pojawił się serial Netflixa, a 30 września wchodzi na ekrany wersja kinowa. W związku z tym ukazało się w prasie, i nie tylko, wiele artykułów związanych z tą powieścią, którą wielu uważa za najwybitniejszą w polskiej literaturze. Mnie zainteresował artykuł z Polityki nr 37, 9.09-15.09.2026 autorstwa Tomasza Targańskiego Czego Prus nie mógł napisać. Poniżej fragment tego artykułu:

Warszawa w „Lalce” to miasto nowoczesnych arterii handlowych i stolica polskiego kapitalizmu. Pisarz pominął wszystko, co związane z rosyjską okupacją. Nie mógł pokazać twierdzy, w której rosyjscy żołnierze i urzędnicy czuli się jak u siebie.

Choć Bolesław Prus przedstawił Warszawę drugiej połowy XIX w. z mistrzowskim wyczuciem realiów, całkowicie świadomie dokonał bardzo istotnej ingerencji w ówczesną rzeczywistość. Z krajobrazu swojego najsłynniejszego dzieła starannie „wygumkował” Rosjan i wszelkie ślady ich obecności w mieście. W powieści nie ma mowy o urzędującym generał-gubernatorze ani innych carskich urzędnikach. Ani razu nie pada słowo car, a cesarz tylko w kontekście Bonapartych i Wilhelma I. Wśród dziesiątek pierwszo- i drugoplanowych postaci nie ma ówczesnego władcy Aleksandra II Romanowa, ani jednego Rosjanina (wspomina jedynie Suzina, kupca z Moskwy i partnera Wokulskiego w interesach).

Tymczasem gdybyśmy przechadzali się po Warszawie w dobie „Lalki”, od razu zauważylibyśmy, że miasto jest częścią Imperium Rosyjskiego. Stan wojenny wprowadzony w Królestwie Polskim po stłumieniu powstania styczniowego nie został formalnie zniesiony, więc obecność carskich wojsk i policji była nieodłączną częścią krajobrazu. U schyłku XIX w. liczebność Rosjan w Warszawie – urzędników, żołnierzy, policjantów wraz z rodzinami – dochodziła do 50 tys. Język rosyjski dało się słyszeć wszędzie, a w oczy rzucała się cyrylica, jako że na mocy obowiązujących przepisów nazwy ulic i szyldy reklamowe musiały być dwujęzyczne.

Rosyjskie dzielnice

Na ulicach roiło się od rosyjskich mundurów. Brodaci carscy generałowie jeździli dorożkami w obstawie Kozaków z nahajkami. Gdzieniegdzie można było zobaczyć formacje egzotycznych Czerkiesów w wysokich baranich czapkach, z zakrzywionymi szablami u boku i kindżałami za pasem. Najszerzej rozpoznawalnym – i najbardziej znienawidzonym elementem codzienności – był niebieski mundur owianej złą sławą carskiej policji politycznej, czyli Korpusu Żandarmów. Obok wojskowych pełno było także mundurów cywilnych, ponieważ w całym Imperium Rosyjskim wszyscy urzędnicy, od gubernatora po szeregowego pracownika biblioteki, zobowiązani byli nosić uniformy, zazwyczaj w formie fraka z wysokimi sztywnymi kołnierzami na wzór wojskowy. Również profesorowie i studenci Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego mieli nosić „formę”, czyli mundur, który pokazywał ich miejsce w hierarchii.

Łazienki Królewskie, gdzie lubili spacerować bohaterowie „Lalki”, były własnością i oficjalną rezydencją rodziny carskiej. Pełniły również funkcję koszar dla stacjonujących tam pułków kawalerii lejbgwardii. Krakowskie Przedmieście, gdzie Wokulski prowadził swój sklep, Aleje Ujazdowskie, gdzie znajdowała się kamienica Tomasza Łęckiego, i inne reprezentacyjne części miasta, stanowiły serce rosyjskiej Warszawy. Na przełomie lat 70. i 80. XIX w. stopniowo zatracały one swój polski charakter. Rosyjscy oficerowie i ich rodziny upodobali sobie bowiem te okolice, ponieważ stacjonujące niedaleko formacje gwardii dawały im poczucie bezpieczeństwa, a oficerowie mieli blisko do macierzystych jednostek. Aleksander Kraushar, historyk i mieszkaniec Warszawy tamtego okresu pisał: „Spotykano tam wyłącznie rodziny Rosjan, niańki w kokosznikach (wysokich czepcach – przyp. red.) i jaskrawych szatach prowadzące przybrane w czerkieski kostium dzieci rosyjskie. Po trotuarach ulicznych snuły się tłumy czynowników w czapkach z szerokim, sztywnym rondem, ozdobionych znaczkiem właściwej dekasterii, w której służyli, bączkiem na lampasie i z obowiązkową laseczką w ręku”.

Rosjanie zajmowali najlepsze mieszkania w prestiżowych dzielnicach, tworząc coś na kształt zamkniętej kolonii. Zaopatrywali się najczęściej w swoich sklepach, dokąd sprowadzano dla nich luksusowe towary z całego imperium: kawiory, tabakę, a nawet zapałki. Kraushar zauważył, że „mąki miejscowej nie kupowali, gdyż do ich wydelikaconego smaku przemawiała jedynie krupczatka”. Dużą popularnością wśród Rosjan cieszył się słodkawy chleb Filipowa (piekarnia Filipowa była jedną z najlepszych w XIX-wiecznej Moskwie).

Stopniowo postępowała rusyfikacja przestrzeni. Wielu ważnym ulicom nadawano kolonialne, niezwiązane z lokalną tradycją nazwy, np. Erywańska (obecnie Kredytowa) albo hrabiego Kotzeube (dziś Fredry), na cześć generał-gubernatora z lat 1874-80. Władze carskie konsekwentnie nadawały miastu specyficznie rosyjską formę. W tym celu przebudowywano reprezentacyjne budynki, np. Pałac Staszica, nadając jego fasadzie cechy stylu bizantyńsko-moskiewskiego. Prus słowem nie wspomina również o prawosławnych cerkwiach ani pomnikach rosyjskiej chwały. Jednym z najbardziej bolesnych dla Warszawiaków był zlokalizowany na Placu Saskim (a później przeniesiony na Plac Zielony) pomnik ku czci „Polaków poległych za wierność swojemu monarsze” w 1841 r., czyli generałów, którzy przeciwstawili się powstaniu listopadowemu.

x

Mamy więc przedstawiony tu obraz Warszawy z końca XIX wieku, który przetrwał do wybuchu I wojny światowej. A więc Warszawa opanowana przez Rosjan i Cerkiew prawosławną. Po wybuchu wojny Rosjanie wycofują się. Ale kto wycofuje się? Na pewno wojsko, najwyższe władze cywilne, ale czy reszta też? Czy ludzie, którzy byli właścicielami wszystkiego co najlepsze, najatrakcyjniejsze w tym mieście, czy ci ludzie wyjechali? Dokąd? Czy w Rosji, nawet gdyby była carska, znaleźliby dla siebie równie atrakcyjne mieszkania i równie wysoką pozycję społeczną? To raczej mało prawdopodobne. Tu mieli wszystko: piękne mieszkania w najlepszych lokalizacjach, lukratywne posady i wiążące się z nimi apanaże. Mieszkali tu od 1815 roku, a więc było to już czwarte pokolenie, które zapewne znało język polski od dziecka. Tak więc cały aparat urzędniczy pozostał. Bez niego stworzenie przez Niemców Królestwa Polskiego nie byłoby możliwe. Można usuwać najwyższych urzędników, ale reszta musi pozostać, bo nie da się w krótkim czasie wymienić starego aparatu urzędniczego na nowy, bo niby skąd ten nowy? Można tylko jeden język zastąpić drugim. I to, że język rosyjski zniknął z przestrzeni polskich miast nie oznaczało, że zniknęli Rosjanie. Oni w swojej masie pozostali, spolszczeni czy pozornie spolszczeni, ale pozostali. Taki stan był charakterystyczny nie tylko dla Warszawy. Podobnie pewnie było na prowincji w takich miastach jak Kielce, Radom, Lublin, Płock, Łódź, Piotrków. Tak więc nowe państwo, budowane przez Niemców od 1916 roku, było tworzone w oparciu o rosyjską administrację średniego i niższego szczebla. Innymi słowy – rosyjskie Królestwo Polskie, czyli jego administracja – było niezbędne do tego, by powstała „niepodległa” Polska.

Po kongresie wiedeńskim w 1815 roku Księstwo Warszawskie – stworzone przez Napoleona, okrojone o Wielkopolskę i Kraków – stało się Królestwem Polskim. Rosja, Austria, Prusy i Wielka Brytania zdecydowały, że przypadnie ono Rosji. W 1919 roku w Wersalu postanowiono, że powstanie Polska. II RP trwała trochę dłużej niż Księstwo Warszawskie. W rolę Napoleona wcieliła się III Rzesza i napadła na Rosję, czyli Związek Radziecki. W Jałcie – gdzie Związek Radziecki, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania zadecydowały, że Polska znajdzie się w radzieckiej strefie wpływów – historia jakby zatoczyła koło. Car po powstaniu listopadowym wymienił administrację Królestwa na rosyjską, a Stalin, po powstaniu warszawskim, przywiózł na czołgach swoją, bo tamta, stara, rosyjska w swoich korzeniach, być może już za bardzo spolszczyła się albo nie miał do niej zaufania.

Czy obecnie nie mamy do czynienia z podobnym procesem? Czy po zakończeniu wojny na Ukrainie, Polska – okrojona o tzw. ziemie odzyskane – nie znajdzie się w rosyjskiej strefie wpływów, czy zostanie wypchnięta do Europy wschodniej? Coraz więcej jest takich, którzy mówią, że Polska musi wyjść z unii i takich, którzy opowiadają się za ściślejszą współpracą z Rosją i Białorusią.

Niektóre wątki z tego bloga są bardziej rozwinięte w blogu Czyja religia, tego władza.

Rozum

W 2005 roku na jakiejś amerykańskiej stronie natrafiłem na pewną refleksję, która utkwiła mi w pamięci, nie tylko ze względu na myśl w niej zawartą, ale również dlatego, że została ona trafnie zobrazowana. Poniżej jej treść:

Reason is man's means of survival.
Reason is man's only means of knowing reality, upon which his survival in reality depends.
Whether man is alone on a desert island, scurrying around with a pack of savages, or living in a city of billions: man must think – and then act on his thinking, if life is his goal.
Źródło: Wikipedia.

To obraz „Geograf” Jana Vermeera, ukończony w 1669 roku. Wikipedia tak m.in. pisze:

Portrety naukowców były częstym motywem XVII-wiecznego holenderskiego malarstwa. Jako pierwszy uczonego wśród naukowych przyrządów namalował ok. 1630 Rembrandt. Później temat ten był podejmowany przez jego uczniów oraz innych malarzy, którzy go spopularyzowali. Vermeer wpisywał się w ten trend, portretując astronoma i geografa. Obraz Astronom jest bardzo zbliżony do Geografa i wielokrotnie oba płótna były sprzedawane razem. Oba przedstawiają mężczyznę o kręconych włosach i ubranego w długą, obfitą szatę, być może Antonie van Leeuwenhoeka. Badacze wskazują na widoczne podobieństwo między ryciną Rembrandta, przedstawiającą Fausta a Geografem.

x

Kiedy więc zobaczyłem po raz pierwszy ten obraz, to od razu pomyślałem sobie, że niemożliwe okazało się możliwe, czyli namalowanie myślenia, a więc pośrednio rozumu. O tym, że rozum, a raczej jego wykorzystanie, jest podstawą ludzkiego działania, dobrze wiedzą Żydzi. Zbigniew Krasnowski (Tadeusz Gluziński) w książce Światowa polityka żydowska (1934) w rozdziale Judaizm, czyli systemat „kawałów żydowskich” pisał:

Żydostwo – w dążeniu do urzeczywistnienia swoich podstawowych zadań – nie może obyć się bez pomocy narodów rdzennych, a ta pomoc z ich strony jest trudna do uzyskania, bo polega na naruszeniu ich najżywotniejszych interesów.

Pomocy tej nie może przeto żydostwo uzyskać drogą prostą, ale tylko okólną – przez rzucanie haseł i idei zawierających w sobie treść dwuznaczną, obliczoną na wprowadzenie w błąd otoczenia, które, idąc na ich lep, musi żydostwu ulegać i działać na jego korzyść wbrew własnym interesom.

Te hasła i idee, korzystne dla żydostwa w jego dotychczasowym bycie i szkodliwe dla reszty narodów, stanowią treść judaizmu, czyli inaczej – „kawałów żydowskich”.

Sami żydzi, rzecz naturalna, w publikacjach przeznaczonych na użytek wewnętrzny, nie negują istnienia takiego systematu, jakkolwiek nie dają mu właściwej nazwy – nazwy judaizmu.

Rozpatrując znaczenie dwóch największych, jak stwierdza autor (dr J. Thon – przyp. W.L.), zdobyczy w historii żydowskiej w ciągu ostatnich 2 tysięcy lat – tzw. deklaracji Balfoura i tzw. traktatu o mniejszościach – i wskazując, że żydom udało się wyzyskać formułkę oficjalną Woodrowa Wilsona o „samostanowieniu narodów”, pomimo że właściwie żydów, jako narodu rozproszonego, bezterytorialnego, ta formułka nie powinna była dotyczyć, dr Jehoszua Thon w końcu 1928 r. tak pisał:

Otóż w tej właśnie sprawie żydom wypadło, ma się rozumieć, tylko instynktownie, zupełnie nieświadomie – uczynić „kawał żydowski”.

„Kawałów żydowskich” było na świecie bardzo, bardzo dużo, poczynając od X przykazań naszego nauczyciela Mojżesza, a kończąc kawałami czasów naszych. Utrzymuję tylko, że wszystkie te kawały pracowały najmniej dla nas. One były w istocie zupełnie kosmopolityczne, rzekłbym nawet: „kosmiczne”. Inne narody, silne, bardzo często „kawał żydowski” wykorzystywały, ale nam one mało korzyści przynosiły. Tym razem jednak ten kawał żydowski, przynajmniej teoretycznie, był akurat na naszą korzyść. Myśmy – jak mam to rzec? – podpowiedzieli światu interpretację, która była bardziej odpowiednia dla naszych potrzeb. Myśmy wnieśli różnicę między „narodem” a „państwem”, prawie żeśmy niejako te dwa pojęcia sobie przeciwstawili i „wszechwładzę” państwa ograniczyli na rzecz narodu… – „Hajnt”, Warszawa, nr 274, 23 XI 1928 r. – „10 lat historii żydowskiej”, dr Jehoszua Thon.

Autor, rzecz naturalna ze względów zrozumiałych, uważa za wskazane podkreślić na wszelki wypadek, że te kawały „pracowały jak najmniej” dla… żydów, a więcej przynosiły korzyści narodom rdzennym…

O tych „korzyściach” chyba najlepiej sądzić mogą narody rdzenne, które odczuwają na sobie ich skutki…

Czy choćby judofobia, która towarzyszy żydostwu we wszystkich krajach od zarania historii żydowskiej, nie jest dowodem, jaką „korzyść” wyciągają narody rdzenne z „kawałów żydowskich”?

Na istnienie tych „kawałów” i na posiłkowanie się nimi przez żydostwo wskazują również – prócz wyżej przytoczonego – także inne świadectwa działaczy żydowskich, jakkolwiek nie wyrażają się one tak otwarcie, tak jasno, jak uczynił to dr Jehoszua Thon.

My idziemy bez żołnierzy i bez armat – pisał w 1927 r. Apolinary Hartglas, działacz żydowski z terenu Polski, gdy omawiał walkę żydowską o urzeczywistnienie ideałów syjonistycznych – nie posiadamy żadnych wyspecjalizowanych oficerów, nie bijemy i nie zabijamy, nie idziemy siłą pięści, lecz siłą duszy i ludzkiego rozumu, aby zdobyć nasz kraj.

I jeszcze jeden środek materialny, poza materiałem ludzkim, posiadamy, a tym jest pieniądz… – „Hajnt”, Warszawa, nr 78, 1 IV 1927 r. – „Pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy”. A. Hartglas, część I.

Ale wszak ideał syjonistyczny nie ogranicza się do zdobycia Erec Israel.

Erec Israel – pisał tenże autor dalej – jest dla nas tylko metropolią światowego żydostwa, jest tylko historycznym i jedynym krajem, gdzie żydzi będą mogli tworzyć większość ludności o silnej warstwie pracowników na roli i włościan, gdzie żydzi będą mogli rozwijać się samodzielnie, tworząc własne formy polityczne i kulturalne. Ze zdrowego i samodzielnego Erec Israel będzie się rozwijała kultura żydowska we wszystkich krajach golusa, gdzie jeszcze pozostali – lecz całe żydostwo z całego świata będzie nadal tworzyło jeden naród. I my twierdzimy, że bez silnego ekonomicznie żydowskiego rozproszenia nie możemy mieć ekonomicznie silnej kolonizacji żydowskiej w Erec Israel… – „Hajnt”, Warszawa, nr 79, 3 IV 1927 r. – „Pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy”, A. Hartglas, część II.

Już z przytoczonych wyżej wywodów Apolinarego Hartglasa – wywodów, ma się rozumieć, ogólnikowych – wynika, że środki walki żydostwa o urzeczywistnienie ideałów żydowskich polegają przede wszystkim na sile rozumu, a więc na różnych koncepcjach myśli żydowskiej, które ułatwiają poddanie otoczenia wpływom żydowskim.

Czyż koncepcje o rzekomym „wybraństwie” żydostwa, o jego „misji” wśród tych narodów, o jego „pokojowości” itp. „kawały żydowskie” nie są wyrazem sprytu i rozumu żydowskiego?

Prócz tego środkiem walki – w myśl wywodów Apolinarego Hartglasa – jest umiejętne stosowanie wobec swego otoczenia czynnika ekonomicznego, stanowiącego również „kawał żydowski” i polegającego na podsunięciu narodom rdzennym obecnie istniejącej budowy gospodarczej, która umożliwia żydostwu ograbienie ich z pieniądza.

Nieco konkretniej o charakterze tych środków walki, stosowanych przez czynniki żydowskie w zwalczaniu napotykanych przez siebie przeciwności, wypowiedział się prezes Organizacji Syjonistycznej w Stanach Zjednoczonych, Louis Lipski, na XIV Kongresie Syjonistycznym w Wiedniu (sierpień 1925 r.), gdy brał w obronę kierownictwo Światowej Organizacji Syjonistycznej z dr. Chaimem Weizmanem na czele przed niesłusznymi zarzutami ze strony opozycji, jakoby odbudowa żydowskiej siedziby narodowej w Palestynie nienależycie posuwała się naprzód.

Absurdem jest – mówił na posiedzeniu owego kongresu w dniu 20 sierpnia 1925 r. – obciążać kierownictwo małostkową krytyką, skoro zewnętrzne trudności polityczne krzyżują jego działalność. Są sprawy na koncie długu kierownictwa, ale ileż to ich należałoby przenieść na konto ociągań biurokratycznych, ociężałości działalności rządowej, w wyniku walki interesów politycznych oraz ciemnych wpływów wrogich sił. Wyliczenie błędów jest częstokroć wyliczeniem zewnętrznych trudności, które przez nas muszą być przezwyciężane, głównie za pomocą siły ekonomicznej i społecznej… – „Kongresszeitung”, Wien, Organ des XIV Zionisten-Kongresses, nr 4, 23 VIII 1925 r., na str. 3, w języku niemieckim, wydanie dla Polski.

Autor użył wyrażenia – „siły ekonomicznej i społecznej”…

Jak należy rozumieć to wyrażenie – „trudności, które przez nas muszą być przezwyciężone głównie za pomocą siły ekonomicznej i społecznej”?

Chyba w tym sensie, że koncepcje i idee, wytworzone przez żydostwo w dziedzinach – politycznej, gospodarczej i kulturalnej, silniej w danym momencie puszczone w ruch przez czynniki żydowskie w łonie narodów rdzennych, działają na te narody tak osłabiająco, że tracą one wreszcie zdolność do oporu wobec wymagań żydowskich.

Hasła „wolności” i „równości” – w razie silniejszego ich zastosowania – doprowadzają do upadku rządów. Oto dziedzina polityczna.

Strajki ekonomiczne, zastosowane przez przywódców żydowskich wśród rdzennych warstw robotniczych na tle idei – „walki klas” i „wspólnoty” wszystkich dóbr na świecie – decydują w większości wypadków o takim lub innym postępowaniu rządów, tym więcej, że giełdy będące wszędzie w posiadaniu żydowskim, odpowiednio reagują. Oto znowu dziedzina ekonomiczna i polityczna.

Takie lub inne oświetlenie przejawów życia w prasie, broszurach, literaturze itd., a więc w dziedzinie kulturalnej, wpływa na poglądy i na nastroje szerokich mas, a tym samym na zachowanie się rządów.

Tu kryją się właśnie te „siły”, o których mówił Louis Lipski. Oparte na koncepcjach myśli żydowskiej, na „kawałach żydowskich”, stanowią istotę judaizmu.

x

Można powiedzieć, że autor „wyłożył kawę na ławę”, ale nie do końca. W pewnym momencie zadaje pytanie:

Czyż koncepcje o rzekomym „wybraństwie” żydostwa, o jego „misji” wśród tych narodów, o jego „pokojowości” itp. „kawały żydowskie” nie są wyrazem sprytu i rozumu żydowskiego?

No, ale w tym momencie wypadałoby zadać sobie pytanie, skąd bierze się ten spryt, a przede wszystkim rozum żydowski? Czy są to jakieś moce nadprzyrodzone? Odpowiedź na to dał Bolesław Prus w swojej powieści „Lalka”. W pewnym momencie Szlangbaum mówi do Wokulskiego:

„U nas, panie, niby u Żydów, jak się młodzi zejdą, to oni nie zajmują się, jak u państwo, tańcami, komplementami, ubiorami, głupstwami, ale oni albo robią rachunki, albo oglądają uczone książki, jeden przed drugim zdaje egzamin albo rozwiązują sobie szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciągle jest zajęty rozum i dlatego Żydzi mają rozum, i dlatego, niech się pan nie obrazi, oni cały świat zawojują. U państwa wszystko robi się przez te sercowe gorączke i przez wojne, a u nas tylko przez mądrość i cierpliwość.”

Można oczywiście strajkować, jak ostatnio rolnicy, ale strajkując, rozum nie jest zajęty. U Żydów wszystko przez mądrość i cierpliwość. Wszelkie strajki to żydowska pułapka. Oni robią wszystko, by mieszać ludziom w głowach. Od tego mają media, te wielkie i te mniejsze typu Myśl Polska czy Klub Inteligencji Polskiej, czy wiele innych. Edukacja wszelkich szczebli jest przez nich kontrolowana, gospodarka, administracja państwowa, sądy, kultura – wszystko. A więc jest to nasza rzeczywistość, nasza dżungla, w której, jeśli chcemy przetrwać, musimy używać naszego rozumu, jeśli zależy nam pełniejszym, bardziej świadomym życiu.

I warto jeszcze pamiętać o aforyzmie Blaise Pascal’a: „Le cœur a ses raisons que la raison ne connaît point”, czyli „Serce ma swoje racje, których rozum nie zna (nie rozumie). W języku francuskim jest to gra słów, bo te „raisons”, czyli racje, wymawia się tak samo jak „raison” czyli rozum. Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że Żydzi grają na naszych emocjach i robią wszystko byśmy nie odwoływali się do rozumu. I to według mnie jest początek. Droga długa, wymagająca cierpliwości i mądrości, ale to można w sobie wypracować. Jak ktoś chodzi na siłownię, to rozwija mięśnie, jak ktoś ma rozum zajęty, to go rozwija. Więc to nie jest tak, że tylko Żydzi mogą mieć rozum.